Kategorie
Francja

W krainie skamieniałych legionów i katastrof budowlanych czyli wrażenia z południa Bretanii

“Ale przestrzeń po horyzont” napisała znajoma w reakcji na przesłane jej zdjęcia z podejścia na Roc’h Trevezel. Miałem podobne wrażenie oglądając teledysk The Gael – okazjonalnego składu muzycznego Breizh Pan Celtic – nakręcony częściowo w okolicy tej kulminacji Masywu Armorykańskiego. Bretania jest gęsto zaludniona na wybrzeżu, a pustawa w części centralnej. Z geologicznego punktu widzenia tą część krainy okupują bardzo stare góry – wytwór orogenezy kaledońskiej (490-380 mln lat temu). Tak długi okres podlegania procesom erozji spowodował, że najwyższy wierzchołek – Mont des Avaloirs – sięga zaledwie 416 m npm. Jako, że masyw ciągnie się równoleżnikowo i opada ku zachodowi, na obszarze Bretanii sięga ledwo 385 m npm, właśnie w Roc’h Trevezel i sąsiednim Roc’h Ruz. Mimo mizernej wysokości, brak roślinności drzewiastej, stromizna stoków i grzebień z niewysokich kwarcytowych skał na grzbiecie wywołują skojarzenia z bieszczadzkimi połoninami. Przemieszczając się z północnego na południowe wybrzeże Bretanii, nie mogliśmy pominąć tej atrakcji interioru półwyspu, zwłaszcza że najkrótsza droga wiodła u podnóża tych wzgórz.

Zostawiwszy samochód na dzikim, przydrożnym parkingu zanurzyliśmy się niewielkim jarzębinowo-wierzbowym zagajniku. Drzewka nie przekraczały 4-6 metrów wysokości, ale rzucały cień, co przy słonecznym dniu i szybko rosnącej temperaturze, było nie bez znaczenia. Po około 300 metrach wyszliśmy jednak na otwartą przestrzeń. Stok dźwigał się łagodnie na siodełko między dwoma wyniesieniami zwieńczonymi grupami skał. Ścieżka nie była znakowana, ale na rozdrożach umieszczono drogowskazy kierunkowe. Szparko nabieraliśmy wysokości. Wśród krzaków słychać było śpiew dobrze ukrytej pokląskwy. Wbrew obawom, tego dnia wiatr nie omiatał kulminacji Bretanii. Pewnie dlatego pod samym szczytem Roc’h Trevezel mogliśmy spotkać piękny okaz pazia żeglarza. Wkrótce siedzieliśmy już na grzbietowych skałkach. Mogliśmy przekonać się, że wrażenie odosobnienia na szczycie jest złudne. Nie chodzi o to, że spotkalismy parę dziadków z wnuczkiem. Szczyt obramowany jest dwoma drogami krzyżującymi się niespełna kilometr na wschód od naszego miejsca odpoczynku. Tuż nad skrzyżowaniem dróg wznosi się ogromny maszt przekaźnikowy na zboczach Roc’h Trédudon. W odległości 2,5-3,5 km ku północy znajdują się dwie znaczniejsze wsie: Commana i Plouneour Menez. Między skałami było momentami widać wyniosłe wieże kościołów,

Panoramy z Roc’h Trevezel, na jednym zdjęciu widać pobliska szosę, a na odległej górze kaplicę św. Michała

Widok ku południowi zamykał niższy grzbiet Czarnych Wzgórz (Montagnes Noires). Obniżenie u ich podnóża od 1937 roku zajmuje sztuczny zbiornik wodny, ale niegdyś pokrywały go rozległe torfowiska, na których według staroceltyckich wierzeń znajdował się Youdig będący, ni mniej ni więcej, bramą do piekieł. Nic dziwnego, że na wzniesieniu ograniczającym torfowiskową kotlinę wzniesiono w 1672 roku kaplicę poświęconą Archaniołowi Michałowi. Tak silny patron, który wedle pana Wołodyjowskiego, “całemu komunikowi niebieskiemu przewodzi” potrafił poradzić sobie z wypełzającymi przez owe wrota siłami zła. Anatole Le Braz w wydanej w 1893 roku książce “Les saints bretons” przytoczył pogląd miejscowych wieśniaków „Wielki Święty Michał wie, jak powstrzymać czarne wilki przed wyciem” (bret. Sant Mikêl vraz a oar an tu d’ampich ioual ar bleizi-du„). Zły przybierał więc czasem formy wilkowate. Co za podobieństwo z psem Baskerville’ów na bagnach Dartmoor. Tyle, że sztywni, a pragmatyczni, Anglicy nie mogąc liczyć na pomoc świętego, musieli zatrudniać Sherlocka Holmesa wraz z wiernym kompanem doktorem Watsonem.

Żeby dotrzeć do naszej miejscówki w Concarneau trzeba było nieźle kluczyć. Mieszkaliśmy w ścisłym centrum, gdzie wąskie ulice były, z zasady, jednokierunkowe, a dojazd komplikował jeszcze przeznaczony wyłącznie dla pieszych plac Gen. de Gaulle’a. Nawet nawigacja w samochodzie prowadziła nas na manowce. Po kilki dniach pobytu opanowaliśmy jednak lokalną topografię do tego stopnia, że nie byliśmy już zależni od GPS. Dlatego pewnego wieczora zaskoczył nas fakt przegrodzenia ulicy dojazdowej przenośną barierką. Pojechaliśmy dalej rozglądając się za wolnymi miejscami do zaparkowania. Miasteczka w Bretanii to spełnienie marzeń oszczędnego kierowcy. Tylko w najbardziej uczęszczanych czy turystycznych miejscach parkingi są płatne. 150 czy 200 metrów dalej można znaleźć wolne miejsca i nie ponosić kosztów parkowania. Tym razem jednak wzdłuż ulic gęsto ustawiły się samochody. Nawet duży parking płatny przy porcie nie miał już wolnych miejsc. Wróciliśmy więc pod barierkę zagradzającą wjazd ku naszej ulicy. Ponieważ za nią stały jakieś auta, zdecydowałem się na odsunięcie przeszkody i wjazd w głąb ulicy. Nie dotarliśmy jednak daleko! 100 m dalej środek przejazdu okupował ogromny betonowy blok. Nie było szans, by poruszyć go z miejsca bez specjalistycznego sprzętu. W pobliżu znalazłem oficjalną wywieszkę informująca, że ulica została zamknięta do godziny 2:00 w nocy. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że we Francji świętuje się także wigilię rocznicy zdobycia Bastylii w 1789 roku. Przy czym, 14 lipca to obchody państwowe: defilady, ordery, akademie i wieńce. Natomiast w przeddzień organizuje się koncerty, potańcówki, wydarzenia artystyczne czy, po prostu, spotkania z przyjaciółmi w, dłużej na ta okoliczność pracujących, restauracjach i barach.

W przeciwieństwie do pobytu w Perros-Guirec (link), gdzie mieszkaliśmy w kompleksie wypoczynkowo-hotelowym, w Concarneu zasiedliliśmy apartament w dosyć nowoczesnej plombie, w centrum miasta. Do morza było w prostej linii ok. 300 m, ale była to zatoka portowa. Do największej i najpiękniejszej w miasteczku plaży Les Sables Blancs było ok. 1,5 km. Jako, że na południowym wybrzeżu Bretanii temperatury są wyższe o 5-7 stopni C od tych na północy, co w czasie naszego pobytu przekładało się na 35-37 stopni C,  pokonywaliśmy tę drogę w klimatyzowanym samochodzie. Za to w granicach 5 minutowego spaceru mieliśmy hale targowe, dużego Carrefoura, aptekę i dobry tuzin restauracji wszelakiej specjalizacji. Co najważniejsze w podobnym czasie można było dotrzeć na most prowadzący na obwarowane murami stare miasto (ville close). Od XIII do połowy XIX w. było to rzeczywiste centrum miasta, a równocześnie ważna twierdza, o władzę nad  którą walczyli, a to Anglicy, a to Francuzi, a to marzący o większej autonomii książęta bretońscy. Dzisiaj twierdza, uznana w 2014 roku za największą atrakcję turystyczną Bretanii, przeżywa oblężenie turystów. Miejsce jest rzeczywiście wielce malownicze, bogate w sklepy z pamiątkami, lokale serwujące naleśniki i owoce morza, a także  lodziarnie, w tym jedną czynną nawet po zapadnięciu zmierzchu. Dla osób o specyficznych zainteresowaniach swoistą ofertę zapewnia Muzeum Rybołówstwa (Musee de la Peche). Nam jednak najbardziej podobał się spacer po liczących sobie 980 m długości murach. Zapewniały one widok z jednej strony na pełną łodzi i statków zatokę portową i wielkie hale, gdzie dawniej pakowano w puszki złowione przez rybaków sardynki, a z drugiej strony pozwalały zajrzeć na podwórka i w okna kamieniczek przy głównej uliczce wyspy. Wbrew pozorom nie skrywały one tajemnic mieszkańców, lecz często były przedłużeniem działalności komercyjnej reklamowej od strony frontowej.

Z murów ville close patrząc ku zachodowi ponad różnoraką zabudową sprzed około 100-150 lat widać charakterystyczny współczesny obiekt z przeszkloną ścianą szczytową i beczkowatym dachem. Przerasta go rozmiarami zlokalizowana w sąsiedztwie, masywna, kryta czterospadowym dachem, wieża. Trzeba dobrze wytężyć wzrok, by na ich szczytach dostrzec niewielkie krzyże. Jest to kościół św. Guinola, parafialna świątynia miasta. Nasz apartamentowiec, choć niewidoczny od strony morza, wznosił się tuż obok. Prawie codziennie przechodziliśmy przez otwarty na wszystkie strony dziedziniec. Wiedzieliśmy więc, że oprócz wieży-dzwonnicy w sąsiedztwie neomodornistycznej hali kościoła stał też rząd kolumn o romanizujących szczegółach architektury. Zaintrygowany oryginalną mieszanką stylów zacząłem szukać więcej informacji o historii tego miejsc.

Republika Francuska, szczególnie w początkowych latach swego istnienia, postrzegała kościół katolicki jako monarchistyczny relikt i podporę ancien regime. Gdy do władzy dochodzili politycy radykalni likwidowali przywileje kościoła i wręcz utrudniali jego działalność. Dlatego może w parafialnej broszurce cofnięcie w 1880 roku zgody na używanie kościoła w Ville close motywowane ryzykiem konstrukcyjnym, opisane było jako działanie krzywdzące. Może i jakieś drugie dno w tej decyzji było, skoro przez kolejne bez mała 50 lat zezwalano na czasowe używanie kościoła, a po jego ostatecznym zamknięciu dla celów kultowych, przekształcono w funkcjonujące przez kolejne 50 lat hospicjum? Niemniej jednak decyzja ta stała się impulsem do budowy nowej świątyni, której kamień węgielny położono w 1912, a siedzibę parafii przeniesiono doń w 1929 roku. Górujący nad zabudową miejską kościół zaprojektowano z rozmachem za wzór biorąc, ni mniej ni więcej, konstantynopolitańską Hagia Sophia. Prawda, że w latach poprzedzających rozpoczęcie budowy liczba mieszkańców Concarneau wzrosła czterokrotnie, ale świątynia mogąca pomieścić ok. 30% ogółu mieszkańców miała też chyba na celu przyćmienie swym rozmachem świeckich budowli miasta. Co niewątpliwie się udało, choć jak w starym medycznym dowcipie “Operacja się powiodła, ale pacjent zmarł”. 

Budowa, zawieszona w czasie I Wojny Światowej i kontynuowana w kryzysowych latach po jej zakończeniu, zmagała się z problemami finansowymi. W rezultacie, nigdy nie zrealizowano wszystkich elementów oryginalnego projektu. Nie powstał, między innymi, okółek kaplic mających, prócz funkcji kultowych i estetycznych, pełnić także rolę stabilizującą całą konstrukcję. W rezultacie ściany boczne kościoła podlegały nadmiernemu obciążeniu przez olbrzymią kopułę centralną. W trakcie działań wojennych II Wojny Światowej konstrukcja budowli uległa dalszemu osłabieniu, a katastrofalny huragan z października 1987 roku dopełnił dzieła zniszczenia. Świątynia nadal stała, ale jej ściany były popękane i dalsze użytkowanie było, po prostu, zbyt ryzykowne. Wobec postępującej sekularyzacji parafia miała też coraz mniej wiernych, na których potrzeby, zaplanowany z cesarsko-bizantyjskim rozmachem kościół, był zbyt duży i drogi w utrzymaniu. W rezultacie w roku 1994 świątynię wyburzono, a już w roku 1996 powstał obecny kościół. Podejrzewam, że apartamentowiec, w którym mieszkaliśmy, powstał w tym samym czasie, zaś środki na budowę kościoła pochodziły, częściowo, ze sprzedaży części obszernej działki parafialnej.

Bretończycy jako lud pochodzenia celtyckiego, mają długą tradycję tworzenia i kultywowania legend. Większość z nich, a w każdym razie te utrwalone w piśmie, dotyczą świątobliwych mężów – ojców chrześcijaństwa w tej krainie. Kościół w Concarneau ma za patrona św. Guinola. Onże już w dzieciństwie odzyskał oko niejakiej Clervie i przywrócił jej wzrok. Sprawcą nieszczęścia miała być gęś, która oko nie tylko wydziobała, ale i połknęła. W rezultacie skończyła niczym wilk, który połknął babcię Czerwonego Kapturka. Guinol jest też łączony z legendą o zatopionym mieście Ys. Rządził tam równie mityczny król Gradlon, mający złą i rozpustną córkę Dahut, która we współpracy z diabłem otworzyła tamy i doprowadziła do zalania miasta. Król uciekając przed nacierającym morzem na swym rumaku o imieniu Morvarc’h próbował ratować córkę, ale Guinol strącił (w wersji bardziej drastycznej zmusił do tego króla) ją z konia i zamienił w syrenę. Król zdołał się uratować i przeniósł swą siedzibę do położonego w głębi lądu Quimper. Podobne legendy na temat zatopionego miasta i konnej ucieczki są też znane w Kornwalii. W krainach, których wybrzeża narażone są na działania pływów morskich o największych znanych amplitudach nie może to jednak dziwić.

Król Gradlon miał zaprosić św. Korrentyna (który według innej wersji legendy miał być tym, który ukarał jego występną córkę!), by objął urząd biskupa w Quimper. I oto stanęliśmy u wrót kościoła katedralnego pod wezwaniem owego świętego w gradlonowej stolicy. Zadarłszy głowę można było dojrzeć, między dwiema frontowymi wieżami, konną figurę Gradlona. Ponoć do Rewolucji Francuskiej w święto patrona panował zwyczaj, że śmiałek zaopatrzony w butelkę wina wspinał się po dachu do figury, by poczęstować ją trunkiem. Opróżniona flaszka był rzucana w zgromadzony tłum, a kto ją zdołał złapać otrzymywał solidną gratyfikację finansową. Ciekawe, czy nie zachodziła konieczność łapania dzielnego, acz solidnie spojonego winem wspinacza? Katedra św. Korrentyna jest jedną z siedmiu historycznych katedr bretońskich. Jest olbrzymia: trzynawowa, z transeptem i dodatkowym pasem kaplic z każdej strony. Transpet, co raczej niespotykane w polskich kościołach gotyckich, dzieli budowlę na dwie, mniej więcej „równe połowy”. Część wschodnia zwana chórem (chœur), w sensie architektonicznym była przestrzenią między prezbiterium a nawą główną, przeznaczoną dla uczestniczących w nabożeństwach dostojników kościelnych. To głównie ich modlitwom miały towarzyszyć chóralne pienia, z czasem jednak przeniesione na emporę u wejścia do kościoła. W Quimper chór jest w stosunku do nawy głównej odchylony ku północy. Gdy w 1239 roku rozpoczęto budowę chóru inkorporowano w jego mury starszą Kaplicę Zwycięstwa (Chapelle de la Victoire). Tym tłumaczone jest to, że o dwa wieki późniejsza nawa główna nie jest utrzymana w jednej linii z chórem. Moim zdaniem, prawdopodobniejsze jest jednak, że wiązało się to z niedoskonałością ówczesnych przyrządów mierniczych, bądź z natrafieniem na jakieś przeszkody natury gruntowej. W każdym razie świątyni, w przeciwieństwie do tej z Concarneau, nie trapiły problemy związane z utratą stabilności.

Rozmiary świątyni powodują, że wszelkie elementy jej wyposażenia, może poza witrażami, wydają się zbyt małe jak na jej skalę. Rozliczne ołtarze, pomniki, epitafia i malowidła giną po prostu w tym ogromie. Jeśli miałbym wybrać jedno słowo opisujące wrażenia z wizyty w katedrze św. Korrentyna, byłoby to “ciągłość”. Mimo pożarów, kradzieży i dewastacji uderza, że każda epoka historyczna dodawała do jej wspaniałości kolejny element. Wiek grobowców waha się od 30 do 730 lat. Najstarsze witraże mają metrykę piętnastowieczną, gdy najnowsze powstały współcześnie. Ołtarz główny wart jest wzmianki ze względu na związaną z nim historię. Otóż, po wykonaniu był prezentowany na Wystawie Światowej w 1867 roku, a następnie podarowany katedrze przez Napoleona III. Znaczy to, ni mniej ni więcej, że wprawdzie zamawiającym był miejscowy biskup, ale dzieło zostało nabyte przez władcę, który kontynuował średniowieczne obowiązki patronackie.

Szyld naleśnikarni z bretońską nazwą i panią w stroju narodowym

Pomimo panujących upałów w drugiej części pobytu w Bretanii odwiedziliśmy więcej atrakcyjnych miejsc, niż podczas pobytu na Wybrzeżu Różowego Granitu (link). Po opuszczeniu Quimper udaliśmy się jeszcze na przylądek Pointe du Raz. To drugi najdalej na zachód wysunięty punkt Francji oraz najbardziej na południe usytuowany lądowy paluch, który w kierunku Atlantyku rozczapierza bretońska prowincja, nie bez kozery, zwana Finistère. Zawsze ciągnęło mnie ku wszelkim granicom, tak naturalnym, jak i polityczno-administracyjnym. Te morskie, a zwłaszcza nadatlantyckie, budzą podziw dla odwagi dawnych żeglarzy, którzy w swoich mizernych drewnianych skorupkach wypływali za horyzont, by udowadniać kulistość Ziemi. Smagane wiatrem od Atlantyku, wysunięte przyczółki Europy są do siebie podobne pod względem krajobrazowym. Czy to na portugalskim Cabo da Roca, na brytyjskim Land’s End, czy na Pointe du Raz, próżno szukać jakiegokolwiek drzewa. Teren okupują rozległe wrzosowiska, a dalej od morza – łany paproci. Gatunki krzaczaste starają się nie wychylać nadmiernie spoza ich osłony. Bretoński koniec Europy rozczarował mnie trochę brakiem ptactwa morskiego. Ot, nieco mew i parę kormoranów. Ma też chyba najniższe klify z trzech wymienionych miejsc, w dodatku schodkowato opadające ku podmorskiemu grzbietowi, ciągnącemu się dobrych kilkanaście kilometrów w morze i kulminującemu w kilku zamieszkanych tylko przez ptaki skałach i wyspie Sein, o dziwo, zamieszkanej też przez ludzi. Ta podwodna przeszkoda powoduje, że wody wokół Pointe du Raz są wyjątkowo zdradliwe dla żeglugi, a wysokie zagęszczenie latarni morskich rzuca się w oczy nie tylko marynarzom, ale i szczurom lądowym, takim jak my. Pogoda w dniu naszej wizyty była wyjątkowo przychylna. Stąd w trakcie spaceru po przylądku podziwialiśmy nie tylko krajobrazy, ale słyszeliśmy śpiew i widzieliśmy na wrzosowisku pokląskwy, kląskawki i świergotki, a nawet pokazał się nam, po raz wtóry na tym wyjeździe, paź żeglarz. Przylądek jest mniej zabudowany niż Land’s End, choć bardziej, niż Cabo da Roca. Ciekawym polonicum jest tu rzeźba Matki Boskiej Rozbitków (Notre-Dame des Naufrages) – dar rzeźbiarza Cypriana Godebskiego (tego od pomnika Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie) dla diecezji w Quimper. Mnie ujął też widok krzyża celtyckiego z ukazanymi na ramionach symbolami Bretanii i stylu życia jej mieszkańców.

Jeżdżąc tu i tam, zazwyczaj dysponowaliśmy 2-3 godzinami na poznanie lokalnych atrakcji. Dlatego w Pont Aven, znanym z goszczenia grupy malarskiej skupionej wokół Paula Gauguina i z miejscowego Muzeum Sztuk Pięknych, urzekła mnie ścieżka prowadząca przez usłaną głazami (takie miejsca w Bretanii noszą miejscową nazwę chaos) dolinę miejscowej rzeczki oraz restauracja w dawnym młynie u początku estuarium tejże. Z kolei w Quimperle, poza podziałem na Górne i Dolne Miasto, najciekawszy był kościół dawnego benedyktyńskiego opactwa Św. Krzyża. Po pierwsze, jest to jeden z dwóch w Bretanii kościołów zbudowanych na planie centralnym. Po drugie, część centralna, na skrzyżowaniu naw, jest podniesiona o jakieś dwa metry, by ułatwić dostęp do krypty z grobowcami opatów: św. Gurthierna oraz Henry’ego de Lespervez co jest z resztą pomysłem Emila Boeswillwalda, który odbudował kościół po katastrofalnym w skutkach zawaleniu się (czy tylko mnie wydaje się, że Bretania jest krainą katastrof budowlanych?) dwustuletniej wieży w 1862 roku. W końcu, kościół sąsiaduje z najpiękniejszą, moim zdaniem, halą targową w regionie.

Wedle oficjalnych danych, w Bretanii znajduje się ok. 6000 menhirów, 1000 dolmenów i idąca w setki liczba innych zabytków megalitycznych. Największe ich skupienie znajduje się w przybrzeżnych okolicach departamentu Morbihan. Nie jestem wielkim fanem prehistorii, ale urzekła mnie pomysłowość ludzka w interpretacji genezy i znaczenia tych zabytków. Sporo tu piszę o świętych bretońskich, muszę więc wspomnieć legendę dotyczącą św. Korneliusza. Miał on uciec z Rzymu do Bretanii w czasie prześladowań chrześcijan. Ścigany przez rzymskie legiony, w okolicy Carnac dokonał cudu petryfikacji ich żołnierzy. Przy takich zasługach aż dziwne, że został patronem, nie geologów, a bydła. Tylko dlatego, że próbował ukryć się w uchu jednego z wołów, które ciągnęły wóz z jego dobytkiem! Legenda ta jest oryginalną próbą chrystianizacji miejsca o przedchrześcijańskich korzeniach. Innym przykładem jest zwieńczenie jednego z najwyższych tumulusów (wał ziemny kryjący krypty pochówkowe) kaplicą pod wezwaniem św. Michała Archanioła. Obecna budowla wzniesiona w 1926 roku jest czwartą z kolei, ale pierwsza w tym miejscu stała już w VI w n.e. 

We Francji, spotkanie finałowe pucharu krajowego w piłce nożnej poprzedzone jest odegraniem hymnu narodowego. Tymczasem w 2014 roku, gdy w finale spotkały się dwie pochodzące z Bretanii drużyny Rennes i Guingamp, piosenkarka Nolwenn Leroy odśpiewała bretoński hymn Brezh gozh ma zadou. W dodatku, znaczna część zgromadzonych kibiców była w stanie jej asystować. Nazwy miejscowe w Bretanii mają bardzo często celtyckie korzenie, a tablice z nazwami miejscowości i na budynkach urzędów są dwujęzyczne. Na przykład Concarneau to Konk-Kerne, a Quimperle to Kemperle. Wiele nazw miejscowych, podobnie jak w Kornwalii, zaczyna się od celtyckiego przedrostka Ker- lub Tre-. Wszechobecne są czarno-białe, pasiaste flagi bretońskie, a tychże barw gronostaj jest zwierzęciem narodowym, obecnym w herbie wielu miast oraz na wszelakich suwenirach dostępnych w sklepach z pamiątkami. Około 10% uczniów w Bretanii uczestniczy w lekcjach języka bretońskiego. Odbywają się tu także coroczne festiwale panceltyckie, z których najbardziej znane mają miejsce w Concarneau i Lorient. Bretończycy, to tacy trochę Kaszubi Francji. Swą etniczną odmienność eksponują głównie w kulturze i sektorze turystycznym. Jednak, podobnie jak Kaszubi, mogą w dowolnym momencie spotkać się z zarzutami, ze strony twardego jądra polityków francuskich, prezentowania “ukrytej opcji irlandzkiej”.