Kategorie
Francja

W krainie skamieniałych legionów i katastrof budowlanych czyli wrażenia z południa Bretanii

“Ale przestrzeń po horyzont” napisała znajoma w reakcji na przesłane jej zdjęcia z podejścia na Roc’h Trevezel. Miałem podobne wrażenie oglądając teledysk The Gael – okazjonalnego składu muzycznego Breizh Pan Celtic – nakręcony częściowo w okolicy tej kulminacji Masywu Armorykańskiego. Bretania jest gęsto zaludniona na wybrzeżu, a pustawa w części centralnej. Z geologicznego punktu widzenia tą część krainy okupują bardzo stare góry – wytwór orogenezy kaledońskiej (490-380 mln lat temu). Tak długi okres podlegania procesom erozji spowodował, że najwyższy wierzchołek – Mont des Avaloirs – sięga zaledwie 416 m npm. Jako, że masyw ciągnie się równoleżnikowo i opada ku zachodowi, na obszarze Bretanii sięga ledwo 385 m npm, właśnie w Roc’h Trevezel i sąsiednim Roc’h Ruz. Mimo mizernej wysokości, brak roślinności drzewiastej, stromizna stoków i grzebień z niewysokich kwarcytowych skał na grzbiecie wywołują skojarzenia z bieszczadzkimi połoninami. Przemieszczając się z północnego na południowe wybrzeże Bretanii, nie mogliśmy pominąć tej atrakcji interioru półwyspu, zwłaszcza że najkrótsza droga wiodła u podnóża tych wzgórz.

Zostawiwszy samochód na dzikim, przydrożnym parkingu zanurzyliśmy się w niewielkim jarzębinowo-wierzbowym zagajniku. Drzewka nie przekraczały 4-6 metrów wysokości, ale rzucały cień, co przy słonecznym dniu i szybko rosnącej temperaturze, było nie bez znaczenia. Po około 300 metrach wyszliśmy jednak na otwartą przestrzeń. Stok dźwigał się łagodnie na siodełko między dwoma wyniesieniami zwieńczonymi grupami skał. Ścieżka nie była znakowana, ale na rozdrożach umieszczono drogowskazy kierunkowe. Szparko nabieraliśmy wysokości. Wśród krzaków słychać było śpiew dobrze ukrytej pokląskwy. Wbrew obawom, tego dnia wiatr nie omiatał kulminacji Bretanii. Pewnie dlatego pod samym szczytem Roc’h Trevezel mogliśmy spotkać piękny okaz pazia żeglarza. Wkrótce siedzieliśmy już na grzbietowych skałkach. Mogliśmy przekonać się, że wrażenie odosobnienia na szczycie jest złudne. Nie chodzi o to, że spotkalismy parę dziadków z wnuczkiem. Szczyt obramowany jest dwoma drogami krzyżującymi się niespełna kilometr na wschód od naszego miejsca odpoczynku. Tuż nad skrzyżowaniem dróg wznosi się ogromny maszt przekaźnikowy na zboczach Roc’h Trédudon. W odległości 2,5-3,5 km ku północy znajdują się dwie znaczniejsze wsie: Commana i Plouneour Menez. Między skałami było momentami widać wyniosłe wieże kościołów,

Panoramy z Roc’h Trevezel, na jednym zdjęciu widać pobliska szosę, a na odległej górze kaplicę św. Michała

Widok ku południowi zamykał niższy grzbiet Czarnych Wzgórz (Montagnes Noires). Obniżenie u ich podnóża od 1937 roku zajmuje sztuczny zbiornik wodny, ale niegdyś pokrywały go rozległe torfowiska, na których według staroceltyckich wierzeń znajdował się Youdig będący, ni mniej ni więcej, bramą do piekieł. Nic dziwnego, że na wzniesieniu ograniczającym torfowiskową kotlinę wzniesiono w 1672 roku kaplicę poświęconą Archaniołowi Michałowi. Tak silny patron, który wedle pana Wołodyjowskiego, “całemu komunikowi niebieskiemu przewodzi” potrafił poradzić sobie z wypełzającymi przez owe wrota siłami zła. Anatole Le Braz w wydanej w 1893 roku książce “Les saints bretons” przytoczył pogląd miejscowych wieśniaków „Wielki Święty Michał wie, jak powstrzymać czarne wilki przed wyciem” (bret. Sant Mikêl vraz a oar an tu d’ampich ioual ar bleizi-du„). Zły przybierał więc czasem formy wilkowate. Co za podobieństwo z psem Baskerville’ów na bagnach Dartmoor. Tyle, że sztywni, a pragmatyczni, Anglicy nie mogąc liczyć na pomoc świętego, musieli zatrudniać Sherlocka Holmesa wraz z wiernym kompanem doktorem Watsonem.

Żeby dotrzeć do naszej miejscówki w Concarneau trzeba było nieźle kluczyć. Mieszkaliśmy w ścisłym centrum, gdzie wąskie ulice były, z zasady, jednokierunkowe, a dojazd komplikował jeszcze przeznaczony wyłącznie dla pieszych plac Gen. de Gaulle’a. Nawet nawigacja w samochodzie prowadziła nas na manowce. Po kilku dniach pobytu opanowaliśmy jednak lokalną topografię do tego stopnia, że nie byliśmy już zależni od GPS. Dlatego pewnego wieczora zaskoczył nas fakt przegrodzenia ulicy dojazdowej przenośną barierką. Pojechaliśmy dalej rozglądając się za wolnymi miejscami do zaparkowania. Miasteczka w Bretanii to spełnienie marzeń oszczędnego kierowcy. Tylko w najbardziej uczęszczanych czy turystycznych miejscach parkingi są płatne. 150 czy 200 metrów dalej można znaleźć wolne miejsca i nie ponosić kosztów parkowania. Tym razem jednak wzdłuż ulic gęsto ustawiły się samochody. Nawet duży parking płatny przy porcie nie miał już wolnych miejsc. Wróciliśmy więc pod barierkę zagradzającą wjazd ku naszej ulicy. Ponieważ za nią stały jakieś auta, zdecydowałem się na odsunięcie przeszkody i wjazd w głąb ulicy. Nie dotarliśmy jednak daleko! 100 m dalej środek przejazdu okupował ogromny betonowy blok. Nie było szans, by poruszyć go z miejsca bez specjalistycznego sprzętu. W pobliżu znalazłem oficjalną wywieszkę informująca, że ulica została zamknięta do godziny 2:00 w nocy. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że we Francji świętuje się także wigilię rocznicy zdobycia Bastylii w 1789 roku. Przy czym, 14 lipca to obchody państwowe: defilady, ordery, akademie i wieńce. Natomiast w przeddzień organizuje się koncerty, potańcówki, wydarzenia artystyczne czy, po prostu, spotkania z przyjaciółmi w, dłużej na ta okoliczność pracujących, restauracjach i barach.

W przeciwieństwie do pobytu w Perros-Guirec, gdzie mieszkaliśmy w kompleksie wypoczynkowo-hotelowym, w Concarneu zasiedliliśmy apartament w dosyć nowoczesnej plombie, w centrum miasta. Do morza było w prostej linii ok. 300 m, ale była to zatoka portowa. Do największej i najpiękniejszej w miasteczku plaży Les Sables Blancs było ok. 1,5 km. Jako, że na południowym wybrzeżu Bretanii temperatury są wyższe o 5-7 stopni C od tych na północy, co w czasie naszego pobytu przekładało się na 35-37 stopni C,  pokonywaliśmy tę drogę w klimatyzowanym samochodzie. Za to w granicach 5 minutowego spaceru mieliśmy hale targowe, dużego Carrefoura, aptekę i dobry tuzin restauracji wszelakiej specjalizacji. Co najważniejsze w podobnym czasie można było dotrzeć na most prowadzący na obwarowane murami stare miasto (ville close). Od XIII do połowy XIX w. było to rzeczywiste centrum miasta, a równocześnie ważna twierdza, o władzę nad  którą walczyli, a to Anglicy, a to Francuzi, a to marzący o większej autonomii książęta bretońscy. Dzisiaj twierdza, uznana w 2014 roku za największą atrakcję turystyczną Bretanii, przeżywa oblężenie turystów. Miejsce jest rzeczywiście wielce malownicze, bogate w sklepy z pamiątkami, lokale serwujące naleśniki i owoce morza, a także  lodziarnie, w tym jedną czynną nawet po zapadnięciu zmierzchu. Dla osób o specyficznych zainteresowaniach swoistą ofertę zapewnia Muzeum Rybołówstwa (Musee de la Peche). Nam jednak najbardziej podobał się spacer po liczących sobie 980 m długości murach. Zapewniały one widok z jednej strony na pełną łodzi i statków zatokę portową i wielkie hale, gdzie dawniej pakowano w puszki złowione przez rybaków sardynki, a z drugiej strony pozwalały zajrzeć na podwórka i w okna kamieniczek przy głównej uliczce wyspy. Wbrew pozorom nie skrywały one tajemnic mieszkańców, lecz często były przedłużeniem działalności komercyjnej reklamowej od strony frontowej.

Z murów ville close patrząc ku zachodowi ponad różnoraką zabudową sprzed około 100-150 lat widać charakterystyczny współczesny obiekt z przeszkloną ścianą szczytową i beczkowatym dachem. Przerasta go rozmiarami zlokalizowana w sąsiedztwie, masywna, kryta czterospadowym dachem, wieża. Trzeba dobrze wytężyć wzrok, by na ich szczytach dostrzec niewielkie krzyże. Jest to kościół św. Guinola, parafialna świątynia miasta. Nasz apartamentowiec, choć niewidoczny od strony morza, wznosił się tuż obok. Prawie codziennie przechodziliśmy przez otwarty na wszystkie strony dziedziniec. Wiedzieliśmy więc, że oprócz wieży-dzwonnicy w sąsiedztwie neomodornistycznej hali kościoła stał też rząd kolumn o romanizujących szczegółach architektury. Zaintrygowany oryginalną mieszanką stylów zacząłem szukać więcej informacji o historii tego miejsc.

Republika Francuska, szczególnie w początkowych latach swego istnienia, postrzegała kościół katolicki jako monarchistyczny relikt i podporę ancien regime. Gdy do władzy dochodzili politycy radykalni likwidowali przywileje kościoła i wręcz utrudniali jego działalność. Dlatego może w parafialnej broszurce cofnięcie w 1880 roku zgody na używanie kościoła w Ville close motywowane ryzykiem konstrukcyjnym, opisane było jako działanie krzywdzące. Może i jakieś drugie dno w tej decyzji było, skoro przez kolejne bez mała 50 lat zezwalano na czasowe używanie kościoła, a po jego ostatecznym zamknięciu dla celów kultowych, przekształcono w funkcjonujące przez kolejne 50 lat hospicjum? Niemniej jednak decyzja ta stała się impulsem do budowy nowej świątyni, której kamień węgielny położono w 1912, a siedzibę parafii przeniesiono doń w 1929 roku. Górujący nad zabudową miejską kościół zaprojektowano z rozmachem za wzór biorąc, ni mniej ni więcej, konstantynopolitańską Hagia Sophia. Prawda, że w latach poprzedzających rozpoczęcie budowy liczba mieszkańców Concarneau wzrosła czterokrotnie, ale świątynia mogąca pomieścić ok. 30% ogółu mieszkańców miała też chyba na celu przyćmienie swym rozmachem świeckich budowli miasta. Co niewątpliwie się udało, choć jak w starym medycznym dowcipie “Operacja się powiodła, ale pacjent zmarł”. 

Budowa, zawieszona w czasie I Wojny Światowej i kontynuowana w kryzysowych latach po jej zakończeniu, zmagała się z problemami finansowymi. W rezultacie, nigdy nie zrealizowano wszystkich elementów oryginalnego projektu. Nie powstał, między innymi, okółek kaplic mających, prócz funkcji kultowych i estetycznych, pełnić także rolę stabilizującą całą konstrukcję. W rezultacie ściany boczne kościoła podlegały nadmiernemu obciążeniu przez olbrzymią kopułę centralną. W trakcie działań wojennych II Wojny Światowej konstrukcja budowli uległa dalszemu osłabieniu, a katastrofalny huragan z października 1987 roku dopełnił dzieła zniszczenia. Świątynia nadal stała, ale jej ściany były popękane i dalsze użytkowanie było, po prostu, zbyt ryzykowne. Wobec postępującej sekularyzacji parafia miała też coraz mniej wiernych, na których potrzeby, zaplanowany z cesarsko-bizantyjskim rozmachem kościół, był zbyt duży i drogi w utrzymaniu. W rezultacie w roku 1994 świątynię wyburzono, a już w roku 1996 powstał obecny kościół. Podejrzewam, że apartamentowiec, w którym mieszkaliśmy, powstał w tym samym czasie, zaś środki na budowę kościoła pochodziły, częściowo, ze sprzedaży części obszernej działki parafialnej.

Bretończycy jako lud pochodzenia celtyckiego, mają długą tradycję tworzenia i kultywowania legend. Większość z nich, a w każdym razie te utrwalone w piśmie, dotyczą świątobliwych mężów – ojców chrześcijaństwa w tej krainie. Kościół w Concarneau ma za patrona św. Guinola. Onże już w dzieciństwie odzyskał oko niejakiej Clervie i przywrócił jej wzrok. Sprawcą nieszczęścia miała być gęś, która oko nie tylko wydziobała, ale i połknęła. W rezultacie skończyła niczym wilk, który połknął babcię Czerwonego Kapturka. Guinol jest też łączony z legendą o zatopionym mieście Ys. Rządził tam równie mityczny król Gradlon, mający złą i rozpustną córkę Dahut, która we współpracy z diabłem otworzyła tamy i doprowadziła do zalania miasta. Król uciekając przed nacierającym morzem na swym rumaku o imieniu Morvarc’h próbował ratować córkę, ale Guinol strącił (w wersji bardziej drastycznej zmusił do tego króla) ją z konia i zamienił w syrenę. Król zdołał się uratować i przeniósł swą siedzibę do położonego w głębi lądu Quimper. Podobne legendy na temat zatopionego miasta i konnej ucieczki są też znane w Kornwalii. W krainach, których wybrzeża narażone są na działania pływów morskich o największych znanych amplitudach nie może to jednak dziwić.

Król Gradlon miał zaprosić św. Korrentyna (który według innej wersji legendy miał być tym, który ukarał jego występną córkę!), by objął urząd biskupa w Quimper. I oto stanęliśmy u wrót kościoła katedralnego pod wezwaniem owego świętego w gradlonowej stolicy. Zadarłszy głowę można było dojrzeć, między dwiema frontowymi wieżami, konną figurę Gradlona. Ponoć do Rewolucji Francuskiej w święto patrona panował zwyczaj, że śmiałek zaopatrzony w butelkę wina wspinał się po dachu do figury, by poczęstować ją trunkiem. Opróżniona flaszka był rzucana w zgromadzony tłum, a kto ją zdołał złapać otrzymywał solidną gratyfikację finansową. Ciekawe, czy nie zachodziła konieczność łapania dzielnego, acz solidnie spojonego winem wspinacza? Katedra św. Korrentyna jest jedną z siedmiu historycznych katedr bretońskich. Jest olbrzymia: trzynawowa, z transeptem i dodatkowym pasem kaplic z każdej strony. Transpet, co raczej niespotykane w polskich kościołach gotyckich, dzieli budowlę na dwie, mniej więcej „równe połowy”. Część wschodnia zwana chórem (chœur), w sensie architektonicznym była przestrzenią między prezbiterium a nawą główną, przeznaczoną dla uczestniczących w nabożeństwach dostojników kościelnych. To głównie ich modlitwom miały towarzyszyć chóralne pienia, z czasem jednak przeniesione na emporę u wejścia do kościoła. W Quimper chór jest w stosunku do nawy głównej odchylony ku północy. Gdy w 1239 roku rozpoczęto budowę chóru inkorporowano w jego mury starszą Kaplicę Zwycięstwa (Chapelle de la Victoire). Tym tłumaczone jest to, że o dwa wieki późniejsza nawa główna nie jest utrzymana w jednej linii z chórem. Moim zdaniem, prawdopodobniejsze jest jednak, że wiązało się to z niedoskonałością ówczesnych przyrządów mierniczych, bądź z natrafieniem na jakieś przeszkody natury gruntowej. W każdym razie świątyni, w przeciwieństwie do tej z Concarneau, nie trapiły problemy związane z utratą stabilności.

Rozmiary świątyni powodują, że wszelkie elementy jej wyposażenia, może poza witrażami, wydają się zbyt małe jak na jej skalę. Rozliczne ołtarze, pomniki, epitafia i malowidła giną po prostu w tym ogromie. Jeśli miałbym wybrać jedno słowo opisujące wrażenia z wizyty w katedrze św. Korrentyna, byłoby to “ciągłość”. Mimo pożarów, kradzieży i dewastacji uderza, że każda epoka historyczna dodawała do jej wspaniałości kolejny element. Wiek grobowców waha się od 30 do 730 lat. Najstarsze witraże mają metrykę piętnastowieczną, gdy najnowsze powstały współcześnie. Ołtarz główny wart jest wzmianki ze względu na związaną z nim historię. Otóż, po wykonaniu był prezentowany na Wystawie Światowej w 1867 roku, a następnie podarowany katedrze przez Napoleona III. Znaczy to, ni mniej ni więcej, że wprawdzie zamawiającym był miejscowy biskup, ale dzieło zostało nabyte przez władcę, który kontynuował średniowieczne obowiązki patronackie.

Szyld naleśnikarni z bretońską nazwą i panią w stroju narodowym

Pomimo panujących upałów w drugiej części pobytu w Bretanii odwiedziliśmy więcej atrakcyjnych miejsc, niż podczas pobytu na Wybrzeżu Różowego Granitu. Po opuszczeniu Quimper udaliśmy się jeszcze na przylądek Pointe du Raz. To drugi najdalej na zachód wysunięty punkt Francji oraz najbardziej na południe usytuowany lądowy paluch, który w kierunku Atlantyku rozczapierza bretońska prowincja, nie bez kozery, zwana Finistère. Zawsze ciągnęło mnie ku wszelkim granicom, tak naturalnym, jak i polityczno-administracyjnym. Te morskie, a zwłaszcza nadatlantyckie, budzą podziw dla odwagi dawnych żeglarzy, którzy w swoich mizernych drewnianych skorupkach wypływali za horyzont, by udowadniać kulistość Ziemi. Smagane wiatrem od Atlantyku, wysunięte przyczółki Europy są do siebie podobne pod względem krajobrazowym. Czy to na portugalskim Cabo da Roca, na brytyjskim Land’s End, czy na Pointe du Raz, próżno szukać jakiegokolwiek drzewa. Teren okupują rozległe wrzosowiska, a dalej od morza – łany paproci. Gatunki krzaczaste starają się nie wychylać nadmiernie spoza ich osłony. Bretoński koniec Europy rozczarował mnie trochę brakiem ptactwa morskiego. Ot, nieco mew i parę kormoranów. Ma też chyba najniższe klify z trzech wymienionych miejsc, w dodatku schodkowato opadające ku podmorskiemu grzbietowi, ciągnącemu się dobrych kilkanaście kilometrów w morze i kulminującemu w kilku zamieszkanych tylko przez ptaki skałach i wyspie Sein, o dziwo, zamieszkanej też przez ludzi. Ta podwodna przeszkoda powoduje, że wody wokół Pointe du Raz są wyjątkowo zdradliwe dla żeglugi, a wysokie zagęszczenie latarni morskich rzuca się w oczy nie tylko marynarzom, ale i szczurom lądowym, takim jak my. Pogoda w dniu naszej wizyty była wyjątkowo przychylna. Stąd w trakcie spaceru po przylądku podziwialiśmy nie tylko krajobrazy, ale słyszeliśmy śpiew i widzieliśmy na wrzosowisku pokląskwy, kląskawki i świergotki, a nawet pokazał się nam, po raz wtóry na tym wyjeździe, paź żeglarz. Przylądek jest mniej zabudowany niż Land’s End, choć bardziej, niż Cabo da Roca. Ciekawym polonicum jest tu rzeźba Matki Boskiej Rozbitków (Notre-Dame des Naufrages) – dar rzeźbiarza Cypriana Godebskiego (tego od pomnika Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie) dla diecezji w Quimper. Mnie ujął też widok krzyża celtyckiego z ukazanymi na ramionach symbolami Bretanii i stylu życia jej mieszkańców.

Jeżdżąc tu i tam, zazwyczaj dysponowaliśmy 2-3 godzinami na poznanie lokalnych atrakcji. Dlatego w Pont Aven, znanym z goszczenia grupy malarskiej skupionej wokół Paula Gauguina i z miejscowego Muzeum Sztuk Pięknych, urzekła mnie ścieżka prowadząca przez usłaną głazami (takie miejsca w Bretanii noszą miejscową nazwę chaos) dolinę miejscowej rzeczki oraz restauracja w dawnym młynie u początku estuarium tejże. Z kolei w Quimperle, poza podziałem na Górne i Dolne Miasto, najciekawszy był kościół dawnego benedyktyńskiego opactwa Św. Krzyża. Po pierwsze, jest to jeden z dwóch w Bretanii kościołów zbudowanych na planie centralnym. Po drugie, część centralna, na skrzyżowaniu naw, jest podniesiona o jakieś dwa metry, by ułatwić dostęp do krypty z grobowcami opatów: św. Gurthierna oraz Henry’ego de Lespervez – co jest z resztą pomysłem Emila Boeswillwalda, który odbudował kościół po katastrofalnym w skutkach zawaleniu się (czy tylko mnie wydaje się, że Bretania jest krainą katastrof budowlanych?) dwustuletniej wieży w 1862 roku. W końcu, kościół sąsiaduje z najpiękniejszą, moim zdaniem, halą targową w regionie.

Wedle oficjalnych danych, w Bretanii znajduje się ok. 6000 menhirów, 1000 dolmenów i idąca w setki liczba innych zabytków megalitycznych. Największe ich skupienie znajduje się w przybrzeżnych okolicach departamentu Morbihan. Nie jestem wielkim fanem prehistorii, ale urzekła mnie pomysłowość ludzka w interpretacji genezy i znaczenia tych zabytków. Sporo tu piszę o świętych bretońskich, muszę więc wspomnieć legendę dotyczącą św. Korneliusza. Miał on uciec z Rzymu do Bretanii w czasie prześladowań chrześcijan. Ścigany przez rzymskie legiony, w okolicy Carnac dokonał cudu petryfikacji ich żołnierzy. Przy takich zasługach aż dziwne, że został patronem, nie geologów, a bydła. Tylko dlatego, że próbował ukryć się w uchu jednego z wołów, które ciągnęły wóz z jego dobytkiem! Legenda ta jest oryginalną próbą chrystianizacji miejsca o przedchrześcijańskich korzeniach. Innym przykładem jest zwieńczenie jednego z najwyższych tumulusów (wał ziemny kryjący krypty pochówkowe) kaplicą pod wezwaniem św. Michała Archanioła. Obecna budowla wzniesiona w 1926 roku jest czwartą z kolei, ale pierwsza w tym miejscu stała już w VI w n.e. 

We Francji, spotkanie finałowe pucharu krajowego w piłce nożnej poprzedzone jest odegraniem hymnu narodowego. Tymczasem w 2014 roku, gdy w finale spotkały się dwie pochodzące z Bretanii drużyny Rennes i Guingamp, piosenkarka Nolwenn Leroy odśpiewała bretoński hymn Brezh gozh ma zadou. W dodatku, znaczna część zgromadzonych kibiców była w stanie jej asystować. Nazwy miejscowe w Bretanii mają bardzo często celtyckie korzenie, a tablice z nazwami miejscowości i na budynkach urzędów są dwujęzyczne. Na przykład Concarneau to Konk-Kerne, a Quimperle to Kemperle. Wiele nazw miejscowych, podobnie jak w Kornwalii, zaczyna się od celtyckiego przedrostka Ker- lub Tre-. Wszechobecne są czarno-białe, pasiaste flagi bretońskie, a tychże barw gronostaj jest zwierzęciem narodowym, obecnym w herbie wielu miast oraz na wszelakich suwenirach dostępnych w sklepach z pamiątkami. Około 10% uczniów w Bretanii uczestniczy w lekcjach języka bretońskiego. Odbywają się tu także coroczne festiwale panceltyckie, z których najbardziej znane mają miejsce w Concarneau i Lorient. Bretończycy, to tacy trochę Kaszubi Francji. Swą etniczną odmienność eksponują głównie w kulturze i sektorze turystycznym. Jednak, podobnie jak Kaszubi, mogą w dowolnym momencie spotkać się z zarzutami, ze strony twardego jądra polityków francuskich, prezentowania “ukrytej opcji irlandzkiej”.

Kategorie
Francja

W krainie świętych o dziwnych imionach i naszyjnikach z dziobów maskonurów, czyli wrażenia z najszerszych plaż Europy

Dotarłszy do portu w Ploumanac’h z pewną dozą rozczarowania stwierdziłem, że nie widać zeń żadnej z formacji skalnych, za których przyczyną tej części bretońskiego wybrzeża kanału La Manche nadano nazwę Wybrzeża Różowego Granitu (La Côte de Granit Rose). Ot, dosyć rozległa, głęboko wcięta w ląd, przestrzeń wody upstrzona licznymi jachtami i łodziami rybackimi. W otoczeniu schludne, kryte dachami z szarego łupka, otoczone bujną, a kolorową roślinnością, domy. Za ciekawostkę należało uznać, że na groblach odcinających ujścia do zatoki dwóch niewielkich potoków stoją budynki dawnych młynów wodnych.

Jednak zaledwie dwieście metrów dalej dociera się do plaży św. Guireca, której naturalne otoczenie nabiera nagle wręcz rozszalałej dynamiki. Niewielka zatoczka oflankowana jest skalistymi przylądkami. Wypiętrzają się na nich wszelakich kształtów i rozmiarów skały, najczęściej tworzące wielopiętrowe konstrukcje o powierzchni gładkiej lub porzeźbionej głębokimi szczelinami. Najwyższe z nich mają do kilkunastu metrów wysokości wyrastając ponad korony całkiem wiekowych sosen. Wiele ze skał w pełni pokazuje swoje pokaźne rozmiary dopiero podczas odpływu morza. Jako, że różnica w poziomie wód podczas odpływu sięga 7-8 metrów rezultat może przypominać przemianę z obiektu wielkości namiotu do rozmiarów dwukondygnacyjnego domku jednorodzinnego. Oczywiście, morze cofa się też znacznie umożliwiając dojście, prawda, że w kaloszach, aż do znajdującej się ok. 300 m od brzegu wyspy Costaérès. 

Wybrzeże Różowego Granitu

Foka to czy butelka?

W Polsce bez mała każdy znaczniejszy głaz, nie wspominając o ich większych grupach, obudowany jest legendą o diable, który go niósł w celu zniszczenia pobliskiego kościoła, kaplicy czy innego obiektu kultu religijnego. Na szczęście prawie zawsze opuszczał go przedwcześnie, chybiając celu, przez co dzisiaj możemy podziwiać zarówno pomniki natury jak i kultury. Z tej perspektywy na Wybrzeżu Różowego Granitu musiała odbyć się prawdziwa bitwa armii zła i dobra, gdyż takiej ilości głazów nie podołałby przenieść w pojedynkę nawet i sam Belzebub. Bretończycy dopatrując się podobnych przyczyn pochodzenia skalnych wariacji na tym odcinku wybrzeża, nadali stosowne nazwy poszczególnym formacjom. W okolicy mamy więc przylądek Diabelski Zamek (Pointe du Chateau du Diable), Kaplicę Diabła (Chapelle du Diable) czy Głowę Umarlaka (la Tete du Mort). Lecz, że ludzka inwencja nie zamyka się w czartowskich ramach, pochodzenie wielu nazw wywodzi się ze skojarzeń, które widok budził wśród obserwatorów. Stąd mamy tu Królika (le Lapin), Odwrócone Kopyto czy może Chodak (la Sabot Renverse) czy Paletę Malarską (Palette du peintre). Jako, że rozmaite skojarzenia przychodzą różnym ludziom do głowy, kamień, w którym my z Podziomkiem dopatrywaliśmy się wygrzewającej się na skałach foki, miejscowi nazwali prozaicznie Odwróconą Butelką (la Bouteille renverse). Poza królestwo topografii wyszła nazwa Kapelusz Napoleona (le Chapeau de Napoléon). “Czy Kapelusz Napoleona jest nadal w Perros-Guirec?” To zdanie wplecione w audycje BBC w języku francuskim nadane w 1944 roku, w przeddzień inwazji w Normandii, oznaczało sygnał dla bretońskiego ruchu oporu do podjęcia intensywnych działań odwracających uwagę niemieckich okupantów od głównego teatru działań wojennych.

Ludzka interwencja w okolice zatoki, przy podejściu do walorów krajobrazu takim jak we Francji, jest ilościowo intensywna, lecz jakościowo akceptowalna. Budynki, w tym nawet posiadający cztery kondygnacje i najdłuższą fasadę hotel Castel Beau Site starają się nie wyróżniać, lecz wpisywać w krajobraz. Stąd licowane kamieniem ściany, stonowane kolory i brak konkurowania wysokością i odcieniem z różem granitowych skał. Dwa budynki o najbardziej wyeksponowanej lokalizacji to wille o mocnych konotacjach historycznych. Château de Costaérès na wyspie o tej nazwie wybudował w 1896 roku polski inżynier, matematyk, wynalazca i kawaler Legii Honorowej Bruno Abakanowicz. Jako patron kultury polskiej zwykł był zapraszać do pobytu na wyspie twórców takich jak Aleksander Gierymski, Leon Wyczółkowski, Władysław Mickiewicz czy Henryk Sienkiewicz. Ten ostatni skończył tam pisać Krzyżaków i Rodzinę Połanieckich oraz pracował nad Quo Vadis. Na przylądku ograniczającym zatokę od zachodu letnią willę dla swego syna zbudował w 1903 roku sam Gustaw Eiffel. Posiadłość oryginalnie ochrzczona bretońską nazwą Villa Ker Avel (Miejsce Wiatru) obecnie znana jest raczej jako Eiffel Maison. Oba obiekty są własnością prywatną i nie są dostępne do zwiedzania, Dobrze chociaż, że z wielu miejsc, w tym od strony morza, można podziwiać ich sylwetki.

Widok piętrzących się na wybrzeżu skał przypuszczalnie też wzbudził diabelskie skojarzenia w grupie mężczyzn, lawirujących wśród nich w niewielkiej obitej wołowa skórą łodzi, zwanej w Irlandii currach,. Byli to walijscy mnisi przybyli szerzyć wiarę chrześcijańską wśród pogańskich mieszkańców Bretanii. Mimo to, podjęli wyzwanie tak żeglarskiej jak i religijnej  natury. Za takimi diabelskimi zasiekami, musieli wszak kryć się i wyznawcy szatana, a czymże milszym w oczach Pana byłoby ich nawrócenie na prawdziwą wiarę? Działo się to przed ponad półtora tysiącleciem, a grupie przewodził mnich o imieniu Guirec, mąż zasłużony w chrystianizacji Bretanii i późniejszy biskup czy raczej wikariusz generalny diecezji w Leon (północno-zachodni kraniec Bretanii). Te osiągnięcia czy nawet rzekome przywrócenie do zdrowia pewnej grzesznicy było jednak niczym w porównaniu do pośmiertnej sławy jaką dała mu zdolność do zapewniania szczęśliwego ożenku. W XI w. na skale przy wybrzeżu, w miejscu lądowania świętego na bretońskiej ziemi, wzniesiono kaplicę, w której umieszczono jego figurę. Zdesperowane panny i wdowy czekały na odpływ, suchą nogą docierały do kaplicy, by przy wtórze odpowiednich modlitw inkrustować nos świętego zaostrzonymi patykami czy też gwoździami lub pinezkami. Zwyczaj ten, podobno, był praktykowany do końca XIX w. Święty Guirec nie był jednym z siedmiu świętych założycieli bretońskiego Kościoła, ale znał dwóch z nich. Miał bowiem być uczniem św. Tugduala (ach, te brzmienie celtyckich imion!), a na prośbę św. Pola Aureliana objął funkcję w biskupstwie. Na brzegu w Ploumanac’h znajduje się 400 letni kościółek pod jego wezwaniem, w wielu okolicznych kościołach znajdziemy jego rzeźby i obrazy, a pięć lipcowych dni spędziliśmy w miasteczku Perros-Guirec, którego jest patronem.

Ploumanac’h, formalnie rzecz biorąc, jest dzielnicą Perros-Guirec. Mając trochę czasu można stamtąd dotrzeć do letniskowego centrum miejscowości biegnącą wzdłuż morza, malowniczą Ścieżką Celników (Sentier des Douaniers). Za centrum letniskowe, może nieco arbitralnie, uważam Plage de Trestraou. Jest to pół kilometrowej długości pas złotego piasku, którego szerokość waha się od 50 m podczas przypływu do, bez mała, 200 m podczas odpływu. Podczas tego ostatniego wieżyczka ratownika oddalona jest ponad 100 m od granicy morza i lądu, podczas, gdy przypływ powoduje, że jej podstawa skrywa się pod wodą. Miejsce wykorzystywane jest nie tylko przez plażowiczów i osoby decydujące się (przy temperaturze wody ok. 16०C) na kąpiel lub, w przypadku seniorów, równoległe do brzegu spacery w sięgającej do talii wodzie. Na plaży działają liczne szkółki żeglarskie i windsurfingowe oraz funkcjonuje przystań białej floty. Wzdłuż morza biegnie promenada, w środkowej części której wznoszą się dwa wielokondygnacyjne budynki hotelowo-usługowe jednak ich wysokość nie razi wobec rozmiarów plaży, a także skalistych przylądków na jej krańcach. Jako, że jeden z hoteli nosi nazwę Casino, wnioskuję że musi on mieścić jaskinię hazardu.  Na obydwu skrajach plaży ulokowały się długaśne pawilony z przebieralniami i natryskami/toaletami. Ich różnobarwne drzwi stanowią radosny akcent kolorystyczny, na tyle charakterystyczny, że wizerunek przebieralni zdobi wiele pamiątek i produktów lokalnych  charakterystycznych dla Perros-Guirec. Z ciekawostek, na plaży działa komercyjne centrum animacji i opieki nad dziećmi. 

Dwa kilometry na wschód znajdziemy Plage de Trestrignel, dwukrotnie mniejszą i otoczoną proporcjonalnie niższą zabudową, ale z przebieralnią równie kolorową co posiadana przez jej większą koleżankę. Przy mniejszych rozmiarach relatywnie bardziej imponującą postać przybiera sąsiadujący z nią skalisty przylądek Pointe du Chateau. Dalej wybrzeże skręca ku południowi i tam ukrywa się najmniej uczęszczana plaża miasteczka zwana Pors ar Goret. Niska frekwencja plażowiczów to rezultat braku ratownika, łatwego dojazdu i parkingu w pobliżu, kamienistego zejścia do wody, ale przed wszystkim przeszłości tego miejsca, które zdradza jego nazwa. Obecnie sfrancuszczona nazwa po bretońsku brzmiałaby Porzh ar Gored, co oznacza zatokę z pułapką na ryby. Rozpowszechnionym niegdyś sposobem łowienia ryb w Bretanii było budowanie kamiennych wałów, ponad którymi podczas przypływu przepływały ryby, lecz zostawały uwięzione między tą konstrukcją, a brzegiem podczas odpływu. Dodatkowego uroku temu miejscu nadaje wysoki mur oporowy, za którym skrywa się prawdziwie zaczarowany ogród posiadłości przy sąsiednie Rue du Pré de Saint Maur.

Jeszcze nieco dalej rozlokował się port jachtowy z nowszą zabudową na wybrzeżu. Dzielnicę tą odwiedziliśmy tylko raz, by zrobić zakupy na miejscowym targu spożywczym. Czyli można tą część Perros-Guirec nazwać centrum żeglarskim lub targowym. Między nim, a wcześniej opisanym centrum letniskowym, na wzgórzu, rozciąga się właściwe centrum miasteczka z budynkiem ratusza, pocztą, bankami i sklepami, w których kupić można dobra inne niż pożądane przez krótkoterminowego miłośnika plażowania. Ponieważ miejskość tamtejsza, jak na francuskie realia, jest stosunkowo świeżej daty nie ma tu rynku czy placu centralnego, o ile nie uważać za taki rozdroża naprzeciwko kościoła św. Jakuba. Ujrzawszy go Podziomek sformułowała opinię, że budowla jest chyba ciągle nieukończona. W rzeczy samej, spójność architektury nie jest cechą wiodącą tej świątyni. Wynika to z budowania fazami. Kościół posiada więc część romańską z XII w, gotycką z przełomu XIV i XV w,, zwieńczenie gotyckiej wieży barokowym hełmem o korzeniach sięgających wieku XVII oraz ledwo siedemdziesięcio paroletni transept. W środku najciekawsze są romańskie rzeźby w kapitelach filarów, te po południowej stronie nawy znacznie bardziej urozmaicone w porównaniu do ich odpowiedników z drugiej strony nawy. Romański portyk na ścianie południowej ukazuje Chrystusa w ujęciu tetramorficznym, tj. w otoczeniu symboli czterech ewangelistów, chociaż zachowały się tylko symbole lwa i orła.

Wzgórze centralne opada ku kanałowi La Manche dziesiątkami uliczek, dostarczających coraz to innych widoków za każdym zakrętem. Domy są schludne, zamożne, tonące w hortensjach i innym wielokwieciu. Z drzew najbardziej imponujące rozmiary przybierają sosny czarne. Podczas naszego pobytu pogoda była wyjątkowo ciepła (25-30०C) i słoneczna. Zazwyczaj lata są tu chłodne i deszczowe, ale zimy łagodne. W tych warunkach rosną tu z powodzeniem gatunki roślin południowych takie jak figowce, drzewa oliwne czy palmy. Nic dziwnego, że krajobraz budzi skojarzenia z wybrzeżem śródziemnomorskim dziwnym trafem oblanym zimnymi wodami. Domy i wille często znane są bardziej pod nazwami własnymi niż pod adresami. Duża ich część powinna, moim zdaniem, nosić nazwę Bellevue, jeno ze zmieniającym się numerem porządkowym.

Na ciasteczku zaserwowanym mi do kawy widniała sylwetka maskonura. Oczywiste jest, że ptak o wyglądzie papugi oceanów wzbudza zainteresowanie w każdym zakątku naszego globu. W Bretanii jednak jest ono wzmocnione przez fakt, że jest to jedyna część Francji gdzie ten północnoatlantycki gatunek wyprowadza swoje lęgi. No, a przy takim wyglądzie nie może dziwić, że ptaszek gra znaczną rolę w wizualnej promocji regionu, a jego wizerunek skolonizował produkty sektora pamiątkarskiego. Jednak nie zawsze tak było. W 1912 roku Zachodnia Kompania Kolejowa (Compagnie des chemins de fer de l’Ouest) organizowała swoiste safari oferując bilet kolejowy z Paryża w pakiecie z polowaniem na te ptaki w archipelagu Siedmiu Wysp (le Sept Iles) w pobliżu Perros-Guirec. Uzbrojeni w śrutówki podróżni, pracując w pocie czoła, w ciągu dwóch lat zmniejszyli tutejszą populację sześciokrotnie do liczby ok. 2 tysięcy par. Jako widomy znak celności ręki i oka otrzymywali naszyjniki z kolorowych dziobów tych ptaszków. Ostentacyjne barbarzyństwo tego procederu wywołało falę oburzenia społecznego, w rezultacie której powstała ogólnofrancuska Liga Ochrony Ptaków (LPO), a na wyspach utworzono rezerwat przyrody.

Statki do rezerwatu odbijają z przystani na zachodnim krańcu plaży Trestraou. W programie mają podpłynięcie do kolonii głuptaków na najdalej na wschód wysuniętej wyspie Rouzic, dotarcie w pobliże zwieńczonej latarnią morską wyspy aux Moines oraz powrót wzdłuż Wybrzeża Różowego Granitu. Wyspa Rouzic wygląda z dala jak gdyby jedną część miała trawiastą, a drugą skalistą. W istocie skały obecne są na całym jej obszarze, ale biel nadaje jej ptactwo. Samych głuptaków jest tam 12 tysięcy par. W porównaniu z odwiedzaną przez nas dwa lata temu Bass Rock koło Edynburga (opis tej wizyty znajduje się tutaj) to skromna liczba, ale wystarczająca by poczuć potęgę natury. W dodatku, bretońskie głuptaki obserwowaliśmy na późniejszym etapie rozwojowy przez co mogliśmy napawać się widokiem już całkiem pokaźnych podlotów. Maskonury widzieliśmy wyłącznie na wodzie i również w liczebności mniejszej niż u wybrzeży Szkocji. Cóż poczniesz, społeczności na granicy zasięgu gatunku nigdy nie będą tak liczne jak te mające szczęście zasiedlać bardziej sprzyjające okolice. Pojawiały się jeszcze nurzyki, kormorany i mewy srebrzyste, a ze ssaków foki szare, ale ogólnie rozmaitość gatunkowa była tu mniejsza, co pewnie ma związek z większą żyznością wód Morza Północnego.

Nasze plany wycieczek po północnej Bretanii obejmowały rozległy teren od Saint Malo na wschodzie po Morlaix na zachodzie. Rzeczywistość zweryfikowała je w sposób brutalny i, ostatecznie, wybraliśmy się na wycieczkę do pobliskiego miasta Lannion oraz leżącego jeszcze ciut dalej Château de Kergrist. Lannion leży nad rzeką Leguer w miejscu dokąd sięgają maksymalne przypływy morskie. To charakterystyczna lokalizacja dla wielu miast wybrzeża Bretanii. Miasta w takim miejscu z jednej strony mogły korzystać z benefitów handlu morskiego, z drugiej zaś były przez połowę czasu bezpieczne od wszelkiego rodzaju wrogów przybywających od morza. Dzisiaj ma to znaczenie dla kajakarzy górskich. Sztuczny tor do uprawiania ich dyscypliny zasilany jest w Lannion morską wodą zgromadzoną za specjalną śluzą podczas przypływu. Miasteczko, jest bogate w zabytki. Nie wszystkie można zwiedzać. Na przykład barokowy konwent Urszulanek, gdzie prowadzona była, zamknięta po rewolucji francuskiej, szkoła żeńska został przystosowany do działalności naukowej i  wystawowo-konferencyjnej. W jego rozległym kompleksie znaleziono miejsce i dla części mieszkalnej, w tym mieszkań socjalnych. Urbanistycznie jednak, jego gmachy nadal organizują przestrzeń miasta po lewej (południowej) stronie rzeki. Akurat był jakiś jarmark, duży ruch w centrum. Lannion jest na tyle znaczącym miastem, że wzniesiono w nim hale targową. Nie z tych największych, ale z wszelkimi wyznacznikami epoki fin de siecle, kiedy to powstała. W centrum cieszy też oko spora ilość kamienic o konstrukcji szachulcowej lub takich, gdzie nie tylko dachy, ale i ściany pokryte są łupkiem.

Kościół św. Trójcy dzięki znacznym rozmiarom oraz usytuowaniu na wzgórzu Crec’h Tanet (bret. Wzgórze Ognia) dominuje w krajobrazie miasta. Nic dziwnego, że jego wizerunek wykorzystywany jest w wizualnej promocji Lannion. Kościelne wzgórze choć oddalone ledwo o 700 m od siedziby mera miasta, historycznie rzecz biorąc, przynależało do wioski  Brélévenez. Dopiero w 1961 roku przyłączono ją do Lannion w konsekwencji decyzji o ulokowaniu pod miastem centrum telekomunikacji, którego pracownicy musieli gdzieś mieszkać, a w wiosce było sporo wolnych (czytaj: wykorzystywanych rolniczo) gruntów pod zabudowę. Schody o 142 stopniach doprowadzają z doliny potoku Stanco na kościelny podwórzec. Kościół jak na wiejską świątynię jest ogromny. Ma ponad 50 m długości i około 35 metrową wieżę. Wytłumaczenie tego stanu daje teoria, wedle której miał on być jedną z siedzib potężnego zakonu templariuszy. Siedzibą wiejskiej parafii został dopiero w XVIII w. Pamiątką sielskiej proweniencji jest, nadal funkcjonujący, cmentarz otaczający świątynię. Może też figury z wnętrz, które mimo renesansowej metryki powstania epatują stylem ludowo-prymitywistycznym. Na romańskim zrębie kolejne epoki odcisnęły swoje architektoniczne piętno. Wstyd przyznać, że pomimo ponad 800 letniej historii kościoła najbardziej w pamięci utkwiły mi elementy datowane na rok 1639. Są to trzy pilastry przy zewnętrznej ścianie południowej flankujące XII wieczny portal. Ze względu na liczbę budzą skojarzenia z wezwaniem świątyni. Kominopodobne zwieńczenia sugerują rolę wentylacyjną. Być może jednak pełniły funkcję przypór ratujących ścianę przed osunięciem? W każdym razie warto wspiąć się do kościoła, jeśli nie dla skarbów jego architektury i wyposażenia to dla interesującego widoku ku historycznemu centrum Lannion, nieco tylko zepsutego przez podkowiastego kształtu bloczysko zwane Residence du Centre. 

Czym byłaby wizyta we Francji bez odwiedzenia zamku? Wybraliśmy Château de Kergrist ze względu na bliskość Lannion. To średniej wielkości siedziba arystokratyczna powstała w XV w., i rozbudowana w wieku XVII. Po zniszczeniach rewolucji francuskiej odbudowała ją rodzina obecnych właścicieli stylizując jednak na XVII wieczną wersję. Dzisiaj obiekt utrzymuje się z  udostępniania zamku i parku filmowcom, firmom reklamowym i nowożeńcom. Park w stylu francuskim trochę ucierpiał w wyniku suchego lata. Ekspozycja we wnętrzach to mieszanina starych mebli, urządzeń, naczyń i obrazów, wśród których dopatrzyliśmy się kilku dzieł Rubensa. Piękna kuta brama u wjazdu oraz zamieniony na cele mieszkalno-biurowe budynek dawnej stajni dopełniają obrazu. Trochę szkoda, że właściciele nie hodują nadal koni! Zwiedzanie całości nie zajęło więcej niż 1-1,5 godziny, ale jako uzupełnienie programu wizyty w Lannion było warte poświęconego czasu.

Reprezentacyjny wjazd na teren posiadłości Kergrist

Ledwo usadziliśmy się przy stolikach z widokiem na plażę Trestraou i wody kanału La Manche zjawił się starszy kelner i postawił przed nami podwójne espresso dla Podziomka i dla mnie oraz cappuccino dla towarzyszącej nam cioci Kasi (jak wspominałem niegdyś pseudonim ten nadały jej nasze dzieci). Byliśmy tam raptem trzeci raz, a gość zdołał zapamiętać co sobie zamawiamy! Tym samym zyska tytuł Igora przyznawany w naszej rodzinie najlepszemu kelnerowi wyjazdu. Na lunche wpadaliśmy zawsze do wszechobecnych naleśnikarni preferując gryczane galettes ponad pszeniczne crepes. Trzeba było tylko pamiętać, że, poza miejscówkami wybitnie turystycznymi, będą one serwować te przysmaki tylko do godziny 14:00, a bywa, że i krócej. Część obiadów przygotowywaliśmy sami, ale na małże z frytkami i inne dania obiadowe nie musieliśmy chodzić daleko. W przyziemiu budynku, gdzie urzędował nasz Igor było też dobre pół tuzina restauracji. Były to lokale na tyle duże, że można było dostać w nich stolik bez uprzedniej rezerwacji.

W brytyjskim komedii “Johnny English” traktującej o agencie MI6 (w tej roli Rowan Atkinson) ratującym Zjednoczone Królestwo przed przejęciem przez niecnego, francuskiego hochsztaplera o nazwisku Pascal Sauvage, jedna z londyńskich stacji radiowych prowadzi konkurs zbierając najlepsze odpowiedzi na pytanie “Za co lubimy Francuzów?”. Prowadzący dziennikarz podsumowując postępy konkursu stwierdza “Odpowiedzi na razie nie wpłynęły”. Podziomek jest zwolennikiem teorii, że można kochać Francję, ale trudniej jej mieszkańców. Ja przychylam się ku teorii, że problem leży w języku. Francuski od końca II Wojny Światowej nie jest już językiem międzynarodowym. A przyswojenie angielskiego, co dla Polaków jest sprawą naturalną, przychodzi Francuzom z wielkim trudem. Stąd dopiero 38 miejsce Francji w światowym rankingu sprawności językowej w angielskim (EF EPI), w porównaniu do 15 miejsca Polski. Gdy już znajdziemy sposób porozumiewania się, wrażenia są znacznie lepsze. My doznaliśmy tego w małej kapliczce ewangelickiego kościoła reformowanego w Perros-Guirec. Kręcący się tam Bretończycy, gdy zorientowali jak śladowy jest nasz francuski, sprowadzili pastora z Wielkiej Brytanii, który w okresie letnim wspiera ich panią proboszcz. Ten okazał się być z pochodzenia Niemcem, co może tłumaczyć fakt znajomości kilku podstawowych zwrotów po polsku. Choć rozmowa kontynuowana była w niezrozumiałym dla nich języku miejscowi też w niej uczestniczyli podrzucając niemiecko-brytyjskiemu pastorowi informacje i fakty mogące, ich zdaniem, zaciekawić przybyszów z dalekiej Pologne. Czyli, jak to zwykle bywa, wszystko zależy na kogo się trafi!