Kategorie
Francja

W krainie świętych o dziwnych imionach i naszyjnikach z dziobów maskonurów, czyli wrażenia z najszerszych plaż Europy

Dotarłszy do portu w Ploumanac’h z pewną dozą rozczarowania stwierdziłem, że nie widać zeń żadnej z formacji skalnych, za których przyczyną tej części bretońskiego wybrzeża kanału La Manche nadano nazwę Wybrzeża Różowego Granitu (La Côte de Granit Rose). Ot, dosyć rozległa, głęboko wcięta w ląd, przestrzeń wody upstrzona licznymi jachtami i łodziami rybackimi. W otoczeniu schludne, kryte dachami z szarego łupka, otoczone bujną, a kolorową roślinnością, domy. Za ciekawostkę należało uznać, że na groblach odcinających ujścia do zatoki dwóch niewielkich potoków stoją budynki dawnych młynów wodnych.

Jednak zaledwie dwieście metrów dalej dociera się do plaży św. Guireca, której naturalne otoczenie nabiera nagle wręcz rozszalałej dynamiki. Niewielka zatoczka oflankowana jest skalistymi przylądkami. Wypiętrzają się na nich wszelakich kształtów i rozmiarów skały, najczęściej tworzące wielopiętrowe konstrukcje o powierzchni gładkiej lub porzeźbionej głębokimi szczelinami. Najwyższe z nich mają do kilkunastu metrów wysokości wyrastając ponad korony całkiem wiekowych sosen. Wiele ze skał w pełni pokazuje swoje pokaźne rozmiary dopiero podczas odpływu morza. Jako, że różnica w poziomie wód podczas odpływu sięga 7-8 metrów rezultat może przypominać przemianę z obiektu wielkości namiotu do rozmiarów dwukondygnacyjnego domku jednorodzinnego. Oczywiście, morze cofa się też znacznie umożliwiając dojście, prawda, że w kaloszach, aż do znajdującej się ok. 300 m od brzegu wyspy Costaérès. 

Wybrzeże Różowego Granitu

Foka to czy butelka?

W Polsce bez mała każdy znaczniejszy głaz, nie wspominając o ich większych grupach, obudowany jest legendą o diable, który go niósł w celu zniszczenia pobliskiego kościoła, kaplicy czy innego obiektu kultu religijnego. Na szczęście prawie zawsze opuszczał go przedwcześnie, chybiając celu, przez co dzisiaj możemy podziwiać zarówno pomniki natury jak i kultury. Z tej perspektywy na Wybrzeżu Różowego Granitu musiała odbyć się prawdziwa bitwa armii zła i dobra, gdyż takiej ilości głazów nie podołałby przenieść w pojedynkę nawet i sam Belzebub. Bretończycy dopatrując się podobnych przyczyn pochodzenia skalnych wariacji na tym odcinku wybrzeża, nadali stosowne nazwy poszczególnym formacjom. W okolicy mamy więc przylądek Diabelski Zamek (Pointe du Chateau du Diable), Kaplicę Diabła (Chapelle du Diable) czy Głowę Umarlaka (la Tete du Mort). Lecz, że ludzka inwencja nie zamyka się w czartowskich ramach, pochodzenie wielu nazw wywodzi się ze skojarzeń, które widok budził wśród obserwatorów. Stąd mamy tu Królika (le Lapin), Odwrócone Kopyto czy może Chodak (la Sabot Renverse) czy Paletę Malarską (Palette du peintre). Jako, że rozmaite skojarzenia przychodzą różnym ludziom do głowy, kamień, w którym my z Podziomkiem dopatrywaliśmy się wygrzewającej się na skałach foki, miejscowi nazwali prozaicznie Odwróconą Butelką (la Bouteille renverse). Poza królestwo topografii wyszła nazwa Kapelusz Napoleona (le Chapeau de Napoléon). “Czy Kapelusz Napoleona jest nadal w Perros-Guirec?” To zdanie wplecione w audycje BBC w języku francuskim nadane w 1944 roku, w przeddzień inwazji w Normandii, oznaczało sygnał dla bretońskiego ruchu oporu do podjęcia intensywnych działań odwracających uwagę niemieckich okupantów od głównego teatru działań wojennych.

Ludzka interwencja w okolice zatoki, przy podejściu do walorów krajobrazu takim jak we Francji, jest ilościowo intensywna, lecz jakościowo akceptowalna. Budynki, w tym nawet posiadający cztery kondygnacje i najdłuższą fasadę hotel Castel Beau Site starają się nie wyróżniać, lecz wpisywać w krajobraz. Stąd licowane kamieniem ściany, stonowane kolory i brak konkurowania wysokością i odcieniem z różem granitowych skał. Dwa budynki o najbardziej wyeksponowanej lokalizacji to wille o mocnych konotacjach historycznych. Château de Costaérès na wyspie o tej nazwie wybudował w 1896 roku polski inżynier, matematyk, wynalazca i kawaler Legii Honorowej Bruno Abakanowicz. Jako patron kultury polskiej zwykł był zapraszać do pobytu na wyspie twórców takich jak Aleksander Gierymski, Leon Wyczółkowski, Władysław Mickiewicz czy Henryk Sienkiewicz. Ten ostatni skończył tam pisać Krzyżaków i Rodzinę Połanieckich oraz pracował nad Quo Vadis. Na przylądku ograniczającym zatokę od zachodu letnią willę dla swego syna zbudował w 1903 roku sam Gustaw Eiffel. Posiadłość oryginalnie ochrzczona bretońską nazwą Villa Ker Avel (Miejsce Wiatru) obecnie znana jest raczej jako Eiffel Maison. Oba obiekty są własnością prywatną i nie są dostępne do zwiedzania, Dobrze chociaż, że z wielu miejsc, w tym od strony morza, można podziwiać ich sylwetki.

Widok piętrzących się na wybrzeżu skał przypuszczalnie też wzbudził diabelskie skojarzenia w grupie mężczyzn, lawirujących wśród nich w niewielkiej obitej wołowa skórą łodzi, zwanej w Irlandii currach,. Byli to walijscy mnisi przybyli szerzyć wiarę chrześcijańską wśród pogańskich mieszkańców Bretanii. Mimo to, podjęli wyzwanie tak żeglarskiej jak i religijnej  natury. Za takimi diabelskimi zasiekami, musieli wszak kryć się i wyznawcy szatana, a czymże milszym w oczach Pana byłoby ich nawrócenie na prawdziwą wiarę? Działo się to przed ponad półtora tysiącleciem, a grupie przewodził mnich o imieniu Guirec, mąż zasłużony w chrystianizacji Bretanii i późniejszy biskup czy raczej wikariusz generalny diecezji w Leon (północno-zachodni kraniec Bretanii). Te osiągnięcia czy nawet rzekome przywrócenie do zdrowia pewnej grzesznicy było jednak niczym w porównaniu do pośmiertnej sławy jaką dała mu zdolność do zapewniania szczęśliwego ożenku. W XI w. na skale przy wybrzeżu, w miejscu lądowania świętego na bretońskiej ziemi, wzniesiono kaplicę, w której umieszczono jego figurę. Zdesperowane panny i wdowy czekały na odpływ, suchą nogą docierały do kaplicy, by przy wtórze odpowiednich modlitw inkrustować nos świętego zaostrzonymi patykami czy też gwoździami lub pinezkami. Zwyczaj ten, podobno, był praktykowany do końca XIX w. Święty Guirec nie był jednym z siedmiu świętych założycieli bretońskiego Kościoła, ale znał dwóch z nich. Miał bowiem być uczniem św. Tugduala (ach, te brzmienie celtyckich imion!), a na prośbę św. Pola Aureliana objął funkcję w biskupstwie. Na brzegu w Ploumanac’h znajduje się 400 letni kościółek pod jego wezwaniem, w wielu okolicznych kościołach znajdziemy jego rzeźby i obrazy, a pięć lipcowych dni spędziliśmy w miasteczku Perros-Guirec, którego jest patronem.

Ploumanac’h, formalnie rzecz biorąc, jest dzielnicą Perros-Guirec. Mając trochę czasu można stamtąd dotrzeć do letniskowego centrum miejscowości biegnącą wzdłuż morza, malowniczą Ścieżką Celników (Sentier des Douaniers). Za centrum letniskowe, może nieco arbitralnie, uważam Plage de Trestraou. Jest to pół kilometrowej długości pas złotego piasku, którego szerokość waha się od 50 m podczas przypływu do, bez mała, 200 m podczas odpływu. Podczas tego ostatniego wieżyczka ratownika oddalona jest ponad 100 m od granicy morza i lądu, podczas, gdy przypływ powoduje, że jej podstawa skrywa się pod wodą. Miejsce wykorzystywane jest nie tylko przez plażowiczów i osoby decydujące się (przy temperaturze wody ok. 16०C) na kąpiel lub, w przypadku seniorów, równoległe do brzegu spacery w sięgającej do talii wodzie. Na plaży działają liczne szkółki żeglarskie i windsurfingowe oraz funkcjonuje przystań białej floty. Wzdłuż morza biegnie promenada, w środkowej części której wznoszą się dwa wielokondygnacyjne budynki hotelowo-usługowe jednak ich wysokość nie razi wobec rozmiarów plaży, a także skalistych przylądków na jej krańcach. Jako, że jeden z hoteli nosi nazwę Casino, wnioskuję że musi on mieścić jaskinię hazardu.  Na obydwu skrajach plaży ulokowały się długaśne pawilony z przebieralniami i natryskami/toaletami. Ich różnobarwne drzwi stanowią radosny akcent kolorystyczny, na tyle charakterystyczny, że wizerunek przebieralni zdobi wiele pamiątek i produktów lokalnych  charakterystycznych dla Perros-Guirec. Z ciekawostek, na plaży działa komercyjne centrum animacji i opieki nad dziećmi. 

Dwa kilometry na wschód znajdziemy Plage de Trestrignel, dwukrotnie mniejszą i otoczoną proporcjonalnie niższą zabudową, ale z przebieralnią równie kolorową co posiadana przez jej większą koleżankę. Przy mniejszych rozmiarach relatywnie bardziej imponującą postać przybiera sąsiadujący z nią skalisty przylądek Pointe du Chateau. Dalej wybrzeże skręca ku południowi i tam ukrywa się najmniej uczęszczana plaża miasteczka zwana Pors ar Goret. Niska frekwencja plażowiczów to rezultat braku ratownika, łatwego dojazdu i parkingu w pobliżu, kamienistego zejścia do wody, ale przed wszystkim przeszłości tego miejsca, które zdradza jego nazwa. Obecnie sfrancuszczona nazwa po bretońsku brzmiałaby Porzh ar Gored, co oznacza zatokę z pułapką na ryby. Rozpowszechnionym niegdyś sposobem łowienia ryb w Bretanii było budowanie kamiennych wałów, ponad którymi podczas przypływu przepływały ryby, lecz zostawały uwięzione między tą konstrukcją, a brzegiem podczas odpływu. Dodatkowego uroku temu miejscu nadaje wysoki mur oporowy, za którym skrywa się prawdziwie zaczarowany ogród posiadłości przy sąsiednie Rue du Pré de Saint Maur.

Jeszcze nieco dalej rozlokował się port jachtowy z nowszą zabudową na wybrzeżu. Dzielnicę tą odwiedziliśmy tylko raz, by zrobić zakupy na miejscowym targu spożywczym. Czyli można tą część Perros-Guirec nazwać centrum żeglarskim lub targowym. Między nim, a wcześniej opisanym centrum letniskowym, na wzgórzu, rozciąga się właściwe centrum miasteczka z budynkiem ratusza, pocztą, bankami i sklepami, w których kupić można dobra inne niż pożądane przez krótkoterminowego miłośnika plażowania. Ponieważ miejskość tamtejsza, jak na francuskie realia, jest stosunkowo świeżej daty nie ma tu rynku czy placu centralnego, o ile nie uważać za taki rozdroża naprzeciwko kościoła św. Jakuba. Ujrzawszy go Podziomek sformułowała opinię, że budowla jest chyba ciągle nieukończona. W rzeczy samej, spójność architektury nie jest cechą wiodącą tej świątyni. Wynika to z budowania fazami. Kościół posiada więc część romańską z XII w, gotycką z przełomu XIV i XV w,, zwieńczenie gotyckiej wieży barokowym hełmem o korzeniach sięgających wieku XVII oraz ledwo siedemdziesięcio paroletni transept. W środku najciekawsze są romańskie rzeźby w kapitelach filarów, te po południowej stronie nawy znacznie bardziej urozmaicone w porównaniu do ich odpowiedników z drugiej strony nawy. Romański portyk na ścianie południowej ukazuje Chrystusa w ujęciu tetramorficznym, tj. w otoczeniu symboli czterech ewangelistów, chociaż zachowały się tylko symbole lwa i orła.

Wzgórze centralne opada ku kanałowi La Manche dziesiątkami uliczek, dostarczających coraz to innych widoków za każdym zakrętem. Domy są schludne, zamożne, tonące w hortensjach i innym wielokwieciu. Z drzew najbardziej imponujące rozmiary przybierają sosny czarne. Podczas naszego pobytu pogoda była wyjątkowo ciepła (25-30०C) i słoneczna. Zazwyczaj lata są tu chłodne i deszczowe, ale zimy łagodne. W tych warunkach rosną tu z powodzeniem gatunki roślin południowych takie jak figowce, drzewa oliwne czy palmy. Nic dziwnego, że krajobraz budzi skojarzenia z wybrzeżem śródziemnomorskim dziwnym trafem oblanym zimnymi wodami. Domy i wille często znane są bardziej pod nazwami własnymi niż pod adresami. Duża ich część powinna, moim zdaniem, nosić nazwę Bellevue, jeno ze zmieniającym się numerem porządkowym.

Na ciasteczku zaserwowanym mi do kawy widniała sylwetka maskonura. Oczywiste jest, że ptak o wyglądzie papugi oceanów wzbudza zainteresowanie w każdym zakątku naszego globu. W Bretanii jednak jest ono wzmocnione przez fakt, że jest to jedyna część Francji gdzie ten północnoatlantycki gatunek wyprowadza swoje lęgi. No, a przy takim wyglądzie nie może dziwić, że ptaszek gra znaczną rolę w wizualnej promocji regionu, a jego wizerunek skolonizował produkty sektora pamiątkarskiego. Jednak nie zawsze tak było. W 1912 roku Zachodnia Kompania Kolejowa (Compagnie des chemins de fer de l’Ouest) organizowała swoiste safari oferując bilet kolejowy z Paryża w pakiecie z polowaniem na te ptaki w archipelagu Siedmiu Wysp (le Sept Iles) w pobliżu Perros-Guirec. Uzbrojeni w śrutówki podróżni, pracując w pocie czoła, w ciągu dwóch lat zmniejszyli tutejszą populację sześciokrotnie do liczby ok. 2 tysięcy par. Jako widomy znak celności ręki i oka otrzymywali naszyjniki z kolorowych dziobów tych ptaszków. Ostentacyjne barbarzyństwo tego procederu wywołało falę oburzenia społecznego, w rezultacie której powstała ogólnofrancuska Liga Ochrony Ptaków (LPO), a na wyspach utworzono rezerwat przyrody.

Statki do rezerwatu odbijają z przystani na zachodnim krańcu plaży Trestraou. W programie mają podpłynięcie do kolonii głuptaków na najdalej na wschód wysuniętej wyspie Rouzic, dotarcie w pobliże zwieńczonej latarnią morską wyspy aux Moines oraz powrót wzdłuż Wybrzeża Różowego Granitu. Wyspa Rouzic wygląda z dala jak gdyby jedną część miała trawiastą, a drugą skalistą. W istocie skały obecne są na całym jej obszarze, ale biel nadaje jej ptactwo. Samych głuptaków jest tam 12 tysięcy par. W porównaniu z odwiedzaną przez nas dwa lata temu Bass Rock koło Edynburga (opis tej wizyty znajduje się tutaj) to skromna liczba, ale wystarczająca by poczuć potęgę natury. W dodatku, bretońskie głuptaki obserwowaliśmy na późniejszym etapie rozwojowy przez co mogliśmy napawać się widokiem już całkiem pokaźnych podlotów. Maskonury widzieliśmy wyłącznie na wodzie i również w liczebności mniejszej niż u wybrzeży Szkocji. Cóż poczniesz, społeczności na granicy zasięgu gatunku nigdy nie będą tak liczne jak te mające szczęście zasiedlać bardziej sprzyjające okolice. Pojawiały się jeszcze nurzyki, kormorany i mewy srebrzyste, a ze ssaków foki szare, ale ogólnie rozmaitość gatunkowa była tu mniejsza, co pewnie ma związek z większą żyznością wód Morza Północnego.

Nasze plany wycieczek po północnej Bretanii obejmowały rozległy teren od Saint Malo na wschodzie po Morlaix na zachodzie. Rzeczywistość zweryfikowała je w sposób brutalny i, ostatecznie, wybraliśmy się na wycieczkę do pobliskiego miasta Lannion oraz leżącego jeszcze ciut dalej Château de Kergrist. Lannion leży nad rzeką Leguer w miejscu dokąd sięgają maksymalne przypływy morskie. To charakterystyczna lokalizacja dla wielu miast wybrzeża Bretanii. Miasta w takim miejscu z jednej strony mogły korzystać z benefitów handlu morskiego, z drugiej zaś były przez połowę czasu bezpieczne od wszelkiego rodzaju wrogów przybywających od morza. Dzisiaj ma to znaczenie dla kajakarzy górskich. Sztuczny tor do uprawiania ich dyscypliny zasilany jest w Lannion morską wodą zgromadzoną za specjalną śluzą podczas przypływu. Miasteczko, jest bogate w zabytki. Nie wszystkie można zwiedzać. Na przykład barokowy konwent Urszulanek, gdzie prowadzona była, zamknięta po rewolucji francuskiej, szkoła żeńska został przystosowany do działalności naukowej i  wystawowo-konferencyjnej. W jego rozległym kompleksie znaleziono miejsce i dla części mieszkalnej, w tym mieszkań socjalnych. Urbanistycznie jednak, jego gmachy nadal organizują przestrzeń miasta po lewej (południowej) stronie rzeki. Akurat był jakiś jarmark, duży ruch w centrum. Lannion jest na tyle znaczącym miastem, że wzniesiono w nim hale targową. Nie z tych największych, ale z wszelkimi wyznacznikami epoki fin de siecle, kiedy to powstała. W centrum cieszy też oko spora ilość kamienic o konstrukcji szachulcowej lub takich, gdzie nie tylko dachy, ale i ściany pokryte są łupkiem.

Kościół św. Trójcy dzięki znacznym rozmiarom oraz usytuowaniu na wzgórzu Crec’h Tanet (bret. Wzgórze Ognia) dominuje w krajobrazie miasta. Nic dziwnego, że jego wizerunek wykorzystywany jest w wizualnej promocji Lannion. Kościelne wzgórze choć oddalone ledwo o 700 m od siedziby mera miasta, historycznie rzecz biorąc, przynależało do wioski  Brélévenez. Dopiero w 1961 roku przyłączono ją do Lannion w konsekwencji decyzji o ulokowaniu pod miastem centrum telekomunikacji, którego pracownicy musieli gdzieś mieszkać, a w wiosce było sporo wolnych (czytaj: wykorzystywanych rolniczo) gruntów pod zabudowę. Schody o 142 stopniach doprowadzają z doliny potoku Stanco na kościelny podwórzec. Kościół jak na wiejską świątynię jest ogromny. Ma ponad 50 m długości i około 35 metrową wieżę. Wytłumaczenie tego stanu daje teoria, wedle której miał on być jedną z siedzib potężnego zakonu templariuszy. Siedzibą wiejskiej parafii został dopiero w XVIII w. Pamiątką sielskiej proweniencji jest, nadal funkcjonujący, cmentarz otaczający świątynię. Może też figury z wnętrz, które mimo renesansowej metryki powstania epatują stylem ludowo-prymitywistycznym. Na romańskim zrębie kolejne epoki odcisnęły swoje architektoniczne piętno. Wstyd przyznać, że pomimo ponad 800 letniej historii kościoła najbardziej w pamięci utkwiły mi elementy datowane na rok 1639. Są to trzy pilastry przy zewnętrznej ścianie południowej flankujące XII wieczny portal. Ze względu na liczbę budzą skojarzenia z wezwaniem świątyni. Kominopodobne zwieńczenia sugerują rolę wentylacyjną. Być może jednak pełniły funkcję przypór ratujących ścianę przed osunięciem? W każdym razie warto wspiąć się do kościoła, jeśli nie dla skarbów jego architektury i wyposażenia to dla interesującego widoku ku historycznemu centrum Lannion, nieco tylko zepsutego przez podkowiastego kształtu bloczysko zwane Residence du Centre. 

Czym byłaby wizyta we Francji bez odwiedzenia zamku? Wybraliśmy Château de Kergrist ze względu na bliskość Lannion. To średniej wielkości siedziba arystokratyczna powstała w XV w., i rozbudowana w wieku XVII. Po zniszczeniach rewolucji francuskiej odbudowała ją rodzina obecnych właścicieli stylizując jednak na XVII wieczną wersję. Dzisiaj obiekt utrzymuje się z  udostępniania zamku i parku filmowcom, firmom reklamowym i nowożeńcom. Park w stylu francuskim trochę ucierpiał w wyniku suchego lata. Ekspozycja we wnętrzach to mieszanina starych mebli, urządzeń, naczyń i obrazów, wśród których dopatrzyliśmy się kilku dzieł Rubensa. Piękna kuta brama u wjazdu oraz zamieniony na cele mieszkalno-biurowe budynek dawnej stajni dopełniają obrazu. Trochę szkoda, że właściciele nie hodują nadal koni! Zwiedzanie całości nie zajęło więcej niż 1-1,5 godziny, ale jako uzupełnienie programu wizyty w Lannion było warte poświęconego czasu.

Reprezentacyjny wjazd na teren posiadłości Kergrist

Ledwo usadziliśmy się przy stolikach z widokiem na plażę Trestraou i wody kanału La Manche zjawił się starszy kelner i postawił przed nami podwójne espresso dla Podziomka i dla mnie oraz cappuccino dla towarzyszącej nam cioci Kasi (jak wspominałem niegdyś pseudonim ten nadały jej nasze dzieci). Byliśmy tam raptem trzeci raz, a gość zdołał zapamiętać co sobie zamawiamy! Tym samym zyska tytuł Igora przyznawany w naszej rodzinie najlepszemu kelnerowi wyjazdu. Na lunche wpadaliśmy zawsze do wszechobecnych naleśnikarni preferując gryczane galettes ponad pszeniczne crepes. Trzeba było tylko pamiętać, że, poza miejscówkami wybitnie turystycznymi, będą one serwować te przysmaki tylko do godziny 14:00, a bywa, że i krócej. Część obiadów przygotowywaliśmy sami, ale na małże z frytkami i inne dania obiadowe nie musieliśmy chodzić daleko. W przyziemiu budynku, gdzie urzędował nasz Igor było też dobre pół tuzina restauracji. Były to lokale na tyle duże, że można było dostać w nich stolik bez uprzedniej rezerwacji.

W brytyjskim komedii “Johnny English” traktującej o agencie MI6 (w tej roli Rowan Atkinson) ratującym Zjednoczone Królestwo przed przejęciem przez niecnego, francuskiego hochsztaplera o nazwisku Pascal Sauvage, jedna z londyńskich stacji radiowych prowadzi konkurs zbierając najlepsze odpowiedzi na pytanie “Za co lubimy Francuzów?”. Prowadzący dziennikarz podsumowując postępy konkursu stwierdza “Odpowiedzi na razie nie wpłynęły”. Podziomek jest zwolennikiem teorii, że można kochać Francję, ale trudniej jej mieszkańców. Ja przychylam się ku teorii, że problem leży w języku. Francuski od końca II Wojny Światowej nie jest już językiem międzynarodowym. A przyswojenie angielskiego, co dla Polaków jest sprawą naturalną, przychodzi Francuzom z wielkim trudem. Stąd dopiero 38 miejsce Francji w światowym rankingu sprawności językowej w angielskim (EF EPI), w porównaniu do 15 miejsca Polski. Gdy już znajdziemy sposób porozumiewania się, wrażenia są znacznie lepsze. My doznaliśmy tego w małej kapliczce ewangelickiego kościoła reformowanego w Perros-Guirec. Kręcący się tam Bretończycy, gdy zorientowali jak śladowy jest nasz francuski, sprowadzili pastora z Wielkiej Brytanii, który w okresie letnim wspiera ich panią proboszcz. Ten okazał się być z pochodzenia Niemcem, co może tłumaczyć fakt znajomości kilku podstawowych zwrotów po polsku. Choć rozmowa kontynuowana była w niezrozumiałym dla nich języku miejscowi też w niej uczestniczyli podrzucając niemiecko-brytyjskiemu pastorowi informacje i fakty mogące, ich zdaniem, zaciekawić przybyszów z dalekiej Pologne. Czyli, jak to zwykle bywa, wszystko zależy na kogo się trafi!

Kategorie
Niemcy

Czy PKP jest lepsze od Deutsche Bahn czyli o korzyściach z przystanku w podróży

Euro Intercity Plus do Krakowa pokonywał swoją trasę zgodnie z planem aż do węzłowej  stacji Kozłów ulokowanej po północnej stronie przedwojennej dumy Polskich Kolei Państwowych – tunelu pod jurajskim masywem Białej Góry. Nie licząc warszawskiego tunelu średnicowego, był to pierwszy podziemny przejazd, który pokonałem w charakterze pasażera kolei przed ponad półwieczem. Pierwszy, więc nie do zapomnienia, zwłaszcza, że dalsza trasa do Krakowa pozwalała odpocząć oczom od monotonii krajobrazu Równiny Środkowopolskiej. Dziwne tym razem było, że pociąg zatrzymał się na tej, nie przewidzianej w rozkładzie jazdy, stacji. Niezapowiedziany postój zdawał się nie mieć granic. Obsługa nabrała wody w usta, ale nieoceniony internet suflował wyjaśnienie: Podobno doszło do zerwania sieci zasilania elektrycznego gdzieś pod Krakowem. W końcu z głośników podano potwierdzenie przyczyny postoju oraz wyjaśniono, że czekamy na zgodę zarządcy infrastruktury torowej na przejazd objazdem przez Olkusz. Takowa ostatecznie została udzielona i nasz skład dostojnie potoczył się po torach w stronę Aglomeracji Górnośląskiej. Dostojnie to właściwe słowo, bo w tempie nieprzekraczającym 40 km/h, co jak wyjaśniono, jest standardem w sytuacji, gdy pociąg jest wpuszczany na odcinek torów, po których zgodnie z planem nie powinien się poruszać. W rezultacie na Dworcu Głównym w Krakowie zameldowaliśmy się z czterogodzinnym opóźnieniem, a zarezerwowany obiad w nastrojowym lokalu  diabli wzięli.

Pobyt w dawnej stolicy był ledwie jednodobowej długości, więc kolejnego dnia stawiliśmy się na peronach krakowskiego dworca. Po rozstrzygnięciu nieporozumienia polegającego na wybraniu przez część uczestników naszej wycieczki wolniejszego, acz ruszającego w podobnej porze, z tego samego peronu połączenia przez Kielce i Radom, mogliśmy zająć miejsca w przedziale właściwego składu. Doczekaliśmy w nim pory planowanego odjazdu. Niestety, pociąg jak stał przy peronie tak przy nim i został. Po chwili z głośników wybrzmiało wyjaśnienie: Otóż, część naszego składu przewidziana do połączenia z naszym wagonami w Krakowie miała dotrzeć z Zakopanego. Miała, ale w tym pechowym dniu nie dotarła. Poproszono nas o cierpliwość, bo musieliśmy czekać na pechowców ze stolicy Tatr korzystających z komunikacji zastępczej. W końcu się na nich doczekaliśmy i z 50 minutowym opóźnieniem ruszyliśmy w drogę. Składniki na obiad czekały na nas w domowej lodówce.

Natura polska pozostaje w permanentnym stanie porównywania materialnych i duchowych parametrów polskości z odpowiednimi wskaźnikami krajów lepiej rozwiniętych, którym to poszczęściło się w historii, w sposób niezrozumiały i krzywdzący dla potomków dzielnych Sarmatów. Od lat z rozbawieniem przemieszanym z niesmakiem obserwuję kolejne paroksyzmy emocjonalnego wahadła kursującego od obrażonego poczucia niższości ku, często nieuzasadnionym, wzlotom natury wyższościowej. Jesienią 2025 roku, kiedy to miała miejsce opisywana wycieczka do Krakowa, polskie media elektroniczne obiegała fala wzmożenia w krytyczno-prześmiewczym opisywaniu różnorakich kłopotów Deutsche Bahn i jej pasażerów. Trudno skrywana Schadenfreude z kłopotów sąsiada ma jednak, w naszym przypadku, korzenie w długoletnim niezadowoleniu z poziomu usług zapewnianych przez rodzime PKP. W każdym razie, zgodnie z katastroficznymi doniesieniami o kolejach niemieckich możnaby sądzić, że przejęły one już obsługę linii z Warszawy do Krakowa. Cóż, kuszące to wyjaśnienie, pozostaje jednak w sferze polsko-narodowej fantasmagorii.

I oto podczas ostatniej wakacyjnej wyprawy do Bretanii ta wyśmiewana instytucja miała dostarczyć rozwiązania problemu stworzonego przez nadmierne przywiązanie naszych zachodnich sąsiadów do tradycyjnych procedur i instytucji w zderzeniu z wyzwaniami współczesności. Wyprawa była samochodowa. Droga do Bretanii to około 2200 km w jedną stronę. Podzieliłem ten dystans na pół i nocleg wypadł mi w Essen, w Zagłębiu Ruhry. Ku mojej radości okazało się, że miasto nie jest wytworem rewolucji przemysłowej, lecz ma korzenie sięgające okresu wczesnośredniowiecznego. Świadkiem czego jest kilka wybitnych zabytków, w tym katedra (Essener Münster) założona jako kościół kolegiacki w połowie wieku IX. W pobliżu znajduje się hotel o wdzięcznej nazwie Essener Hof (Dwór Esseński), gdzie dokonałem rezerwacji. Oba te obiekty to jednak ścisłe centrum miasta, a zatroskani o jakość powietrza miejscowi radni jeszcze w 2011 roku ogłosili praktycznie całe miasto strefą czystego transportu. Jakościowe wymogi stawiane pojazdom, które mogą wjechać do strefy nie są nadmiernie wygórowane, zwłaszcza dla wyprodukowanego w marcu 2026 roku samochodu, którym podróżowaliśmy. Cóż, kiedy dla służb kontrolnych nie ważne są parametry techniczne pojazdu, lecz fakt posiadania stosownej naklejki na szybę. Tą można wprawdzie zamówić i opłacić online, ale potem samoprzylepny druczek wysyłany jest tradycyjną pocztą na adres aplikanta. Już będąc w Niemczech można go wykupić w stacjach kontroli pojazdów, w punktach TÜV, w wydziałach komunikacji lub wybranych warsztatach samochodowych. Nie jest to jednak rozwiązanie dla osób podróżujących w weekend, bo pracownicy tych zacnych instytucji wszak też muszą mieć kiedyś wolne od pracy.

Mapa ukazująca popularność stref ochrony środowiska w Niemczech
Taką plakietkę dostarczy Ci poczta

W efekcie zadałem AI pytanie o najbliższą Essen stację kolejową leżącą poza strefą. W odpowiedzi wyrzuciło mi informację o Kettwig Stausee położonej jedyne 18 km od esseńskiego Hauptbahnhof. W dodatku kursująca przez nią linia S6 przemierzała trasę z Kolonii do Essen w półgodzinnych odstępach przez praktycznie całą noc. Dalej poszło jak z płatka. Parking P+R, choć niewielki, zapewnił naszej Skodzie wystarczająco miejsca. 24 godzinny bilet kupiony w biletomacie to wydatek mniej niż 3 Euro na osobę na przejazd. Ośmiominutowe opóźnienie można tolerować, zwłaszcza, że dociera się na perony położone jakieś 200 metrów od hotelu. Słowem, tak nam się spodobało, że postanowiliśmy nie zmieniać rezerwacji w Essener Hof w drodze powrotnej. Tymczasem, gdy po 10 dniach dotarliśmy na przystacyjny parking, a potem po schodach wdrapaliśmy się na perony stacji, zaskoczył nas całkowity brak ludzi. Dzwoniąca w uszach ciszę burzyło tylko skrzeczenie nocnego ptactwa w krzakach na skarpie powyżej torów. Wyświetlacze informacyjne pokazywały jeno aktualny czas. Znowu przydatna okazała się AI. Dowiedzieliśmy się od niej, że praktycznie przez cały czas naszego pobytu w Bretanii na linii S6 trwały nocne prace torowe. Po pewnym czasie znaleźliśmy nawet skromną strzałkę sugerującą, że 600 m od stacji znajduje się przystanek komunikacji zastępczej. Ze względu na późną porę, a było już po 23, nie zdecydowaliśmy się na dalsze testowanie systemu przewozów masowych w Zagłębiu Ruhry. Zawezwaliśmy taksówkę z Essen, której kierowca mówił po niemiecku jeszcze gorzej niż ja, nie wiedział gdzie jest nasz hotel oraz nie potrafił wstukać tej nazwy do nawigacji w aucie. Ostatecznie, dowiózł nas jednak na miejsce, gdzie czekało wygodne łóżko.

Niespodziewanie dla wszystkich hotel Essener Hof zaintrygował nas swoją architekturą i historią. Fasada frontowa, przecięta kilkoma pilastrami, łączyła harmonijnie kilka stylów architektonicznych, a jednocześnie wpisywała się zręcznie w okolice dworca kolejowego odbudowane w stylu uproszczonego modernizmu ze zniszczeń wojennych. Za dnia okazało się, że hotel zajmuje cały, trapezowego kształtu kwartał ulic, a jego fasada frontowa jest najwęższa i jako jedyna nie nosi śladów neogotyku. Czego nie da się powiedzieć o wnętrzach, gdzie a to trafi się art decowska klamka, a to historyzujący maszkaron na balustradzie przyschodowej. Słowem, z każdego etapu działalności i rozwoju budynku zostały jakieś pamiątki. Historia też dosyć nietuzinkowa, bo obiekt powstał w 1887 roku z inicjatywy parafii ewangelickiej potrzebującej miejsca na zebrania (synody) swoich członków. Początkowo przybrał formę gościńca i schroniska działających pod nazwą Gasthaus und Herberge zur Heimat. Wraz z kolejnymi etapami rozbudowy zmieniał się nie tylko wygląd, ale i nazwę oraz formy świadczonych usług. Po 1904 roku, gdy rozrósł się wzdłuż okolicznych ulic, zmienił nazwę na Hotel Vereinshaus, a wkrótce potem fronton przybrał modernistyczne szaty. W 1928 hotel zyskał dwie dodatkowe kondygnacje ponad pilastrami wieńczącymi jego fronton. Obecna nazwę przejął w 1975 roku po rozebranym firmowym hotelu zakładów Kruppa.

Instytucja na poziomie zakresu usług i form komunikacji z klientem jest całkiem współczesna, ale przekroczywszy jej progi ogarnęła mnie szczególna atmosfera podróży w czasie. Ze względu na późną porę przyjazdu przyjmowali nas nocni portierzy. Uważni widzowie “Stawki większej niż życie” pamiętają takie persony przyjmujące agenta J-23 w recepcjach każdego z hoteli, do których zaprowadził go scenariusz serialu. Wystrój obydwu pokoi, a trafiły nam się numery reprezentacyjne – najpierw usytuowany nad głównym wejściem, a potem jeden z czterech apartamentów z widokiem na wewnętrzny dziedziniec – epatował szarością i brązem w stylu uchodzącym za elegancki przed około 50 laty. W końcu różnica w jakości dwójek i jedynek, na które przysposobione chyba dawne pokoje służbowe personelu, niosły w sobie atmosferę swoistej dekadenckiej melancholii. Nie od rzeczy może tu być fakt, że zarządzając interesem rodzina Bosse pozostaje u steru od 1891 roku.

Do katedry esseńskiej jest z hotelu nie więcej niż 400 metrów. Jest ona kościołem biskupim ledwo od 1958 roku, co przy historii opactwa sięgającej roku 845 jest czasem niewiele dłuższym niż mrugnięcie powiekami. Obszar po południowej stronie kompleksu, aż do trzeciej dekady XIX w. wykorzystywany jako przykościelny cmentarz, później awansowany do roli reprezentacyjnego placu miasta, nie został zabudowany podczas powojennej rekonstrukcji przez co daje możność ogarnięcia wzrokiem całej pierzei. Poczynając od dawnego baptysterium, pełniącego później rolę kościoła dla przyklasztornej parafii, przez otoczone arkadowym ogrodzeniem atrium, pochodzący z okresu ottońskiego imponujący masywnością zespół zachodniego wejścia (Westwerk), nawę flankowaną pięcioma kaplicami krytymi osobnymi dachami, aż po zwieńczony wyniosłą sygnaturką fałszywy transept przedłużony w kierunku południowym przez współczesne zabudowania kurii i skarbca. Chociaż w nocy z 5 na 6 marca 1943 roku samoloty RAF zrzuciły na Essen bomby o łącznej wadze blisko 140 tysięcy ton, najstarsze części katedry wyszły z pożogi stosunkowo nienaruszone. Nie przeżył za to próbujący ratować skarby kościoła prepozyt (administrator) – Johannes Baptist Theissing. Odbudowany kościół świadczy o przedindustrialnej historii miasta i regionu wyróżniając się wśród otaczającego go morza współczesnej zabudowy.

Już wejście do świątyni dostarcza niecodziennych wrażeń, gdyż wiedzie przez atrium zamknięte od wschodu kamienną ścianą Westwerk. Poprzecinana jedynie pojedyńczymi otworami triforiów (niżej) i biforiów (wyżej), kulminuje ośmioboczną wieżą, po bokach jest zaś flankowana dwoma niższymi ryzalitami. Wszystkie trzy wieże zwieńczone są wielospadowymi hełmami krytymi pozieleniałą od wieku blachą miedzianą. Z drugiej strony dziedziniec zamyka gotycka ściana baptysterium, obecnie mianowanego kaplicą adoracji lub kościołem św. Jana Chrzciciela. Ze względu na dawną funkcję zbudowane jest na planie kwadratu. Zagląda tam mniej turystów, a schronienie w nim znalazły m. in ołtarze i inne elementy barokowego wyposażenia kościoła kolegiackiego przeniesione tam w XIX w. podczas modnej ówcześnie regotyzacji historycznych wnętrz. Neogotyckie wtręty, jako znajdujące się w najbardziej zniszczonej części kompleksu nie dotrwały do naszych czasów, tymczasem lekceważona sztuka baroku przetrwała czas pożogi w dawnym baptysterium. Kościół św. Jana Chrzciciela chlubi się też gotycką wieżą, najwyższą w całym zespole katedralnym.

Wnętrze głównej świątyni jest wysoce ascetyczne, przemawiając językiem sztuki budowniczej, a nie bogactwem wyposażenia. Najcenniejsze zabytki ruchome przeniesione zostały do skarbca, na którego zwiedzenia nie mieliśmy już czasu. Niemniej jednak, dwa obiekty z czasów przełomu pierwszego i drugiego tysiąclecia przyciągają uwagę zwiedzających. Olbrzymi, dwu i pół metrowy świecznik stoi na początku nawy głównej. W absydzie nawy północnej znajduje się figura Matki Boskiej z dzieciątkiem z pierwszej połowy X w., najstarsza tego typu dzieło znane na północ od Alp. Jak to praktykowano w sztuce wczesnoromańskiej, oba obiekty upiększono kamieniami szlachetnymi, a wykonaną z drewna figurę Matki Boskiej całą pozłocono. Przy całym szacunku dla historii, kunsztu twórców rzeźby oraz zrozumienia dla kultowej roli, jej obła bezkształtność i oślepiający blask skojarzyły mi się z antropomorficznymi przedmiotami kultów przedchrześcijańskich zwanymi bałwanami, by nie powiedzieć wręcz, że z biblijnymi złotymi cielcami. Z swojskich akcentów odkryliśmy ołtarz Matki Boskiej, czy może instalację edukacyjną wprowadzającą w istotność kultu maryjnego dla rzymskiego katolicyzmu, zdobny ikoną Matki Boskiej Włodzimierskiej, która Polakowi kojarzy się, rzecz jasna z Częstochowską. Prócz tego studiując umieszczony w krużgankach wirydarza poczet przeorysz tutejszego klasztoru odkryliśmy że ostatnia z nich była córka polskiego króla Augusta III Sasa. Podczas naszej krótkiej wizyty katedrę wypełniał zgiełk generowany przez trzy setki dzieciaków kłębiących się w jej wnętrzu. Okazało się, że był to chyba zlot dziecięcych chórów parafialnych. W pewnym momencie z 50 osobowa część tego bandar-logu została ustawiona przed ołtarzem i na dany znak rozpoczęła pienia rezonujące przenikliwie od  ścian i sklepienia świątyni. Poczuliśmy się jak podczas koncertu niemieckiej wersji Arki Noego. Młodzi śpiewacy koncertowali z zapałem odpowiednim dla wieku, w którym ciągle uważa się, że lepiej znaczy głośniej. Bez wątpienia, katedra w Essen nie jest świątynią, gdzie Boga uwielbia się bezgłośnie lub co najwyżej szeptem.

Prace torowe na linii S6 zakończyły się nad ranem więc bez najmniejszego problemu wróciliśmy do Kettwig Stausee, gdzie czekał, gotowy do dalszej drogi, nasz pojazd. W blisko 1100 km podróży do domu nachodziły mnie wspomnienia wszelakich kolejowych przygód z czasów studenckich. Były wśród nich i takie z międzynarodowym akcentem. W 1985 roku prowadziłem grupę w ramach organizowanego przez warszawskie SKPB rajdu Beskid Niski. 

W przeddzień wyjazdu kolega z roku spytał czy nie mógłbym zabrać ze sobą Marjon, holenderskiej stażystki jego instytutu. Obawiał się, że będzie się nudziła w długi, majowy weekend w opustoszałej Warszawie. Zgodziłem się i w ustalony dzień kilkunastoosobową grupą stawiliśmy się na peronie dworca Warszawa Wschodnia. Wraz z nami dobre kilka setek podróżnych planujących dostać się do wagonów nocnego pospiesznego do Krynicy. Jedno z okien wagonu, który zatrzymał się w pobliżu było uchylone. Zostawiliśmy więc możliwość walki o pierwszeństwo przy drzwiach reszcie podekscytowanego tłumu, sami zaś podsadziliśmy najszczuplejszą osobę ku owemu oknu, ta zaś wkrótce umożliwiła pozostałym członkom grupy wskoczenie do przedziału. Gdy przyszła kolej na Marjon na peronie pojawił się patrol Straży Ochrony Kolei (SOK). Jego wiedzeni dziwną nadgorliwością członkowie zdecydowali się zapobiec łamaniu przepisów kolejowych, według których od wchodzenia są drzwi, a nie okna. Nieszczęsna Marjon, będąca już górną połową ciała w przedziale, została pochwycona przez dzielnych funkcjonariuszy za nogi. Niemniej chrobrzy uczestnicy rajdu trzymali ją jednak za ręce. Nastąpiły dramatyczne zawody w przeciąganiu Marjon. W końcu przeważyli rajdowcy. Pociąg ruszył w drogę. Poczerwieniała z wysiłku i emocji Marjon zapytała: “Zawsze tak wchodzicie do pociągów?” Odpowiedź brzmiała: “Nie, ale ten sposób lubimy najbardziej!” 

Rok wcześniej, z kolegą Grzegorzem i psem Biszkoptem zmuszeni byliśmy skorzystać z usług PKP na trasie Gołdap – Warszawa. Nota bene, linia ta na odcinku do Olecka jest wyłączona z użytkowania przez więcej niż połowę czasu dzieląca nas od tej heroicznej podróży. Dlaczego heroicznej, zapytacie? Otóż za PRL obowiązywała obowiązkowa służba wojskowa. W dniu naszego powrotu nałożyły się na siebie jakieś elementy rekruckiej celebry. Jedni świętowali wojskową przysięgę, inni odejście do cywila. Perony pełne były zarówno rodzin żołnierzy jak i samych mundurowych. Ci ostatni, co do zasady, w stanie ciężkiej alkoholowej intoksykacji. Jako wsiadający, tym razem drzwiami, na stacji początkowej nie mieliśmy kłopotów z zajęciem miejsc w przedziale. Na kolejnych przystankach, a zwłaszcza w Ełku, dobiły ogromne ilości podróżujących. W ten sposób w naszym przedziale znalazło się dwóch żołnierzy. Ten bardziej pijany zaraz zasnął, ale już w okolicach Grajewa dostał napadu wymiotnego, co robił zresztą nie przerywając snu. Mniej pijany też spał, ale obudził się po jakimś czasie i widząc zabrudzone swoje buty i spodnie pośpiesznie opuścił przedział. Cywilni podróżni zrobili to już wcześniej. Na posterunku wytrwał zespół w składzie Grzegorz, Biszkopt i ja, w czym pomagał nam pęd, wpuszczonego przez szeroko otwarte okno, świeżego powietrza. W Białymstoku czekała nas przesiadka. Nie pamiętam jakim cudem znaleźliśmy w pociągu do Warszawy miejsca siedzące. Już w Łapach ogłoszono, że z powodu wypadku na trasie pociąg pojedzie trasę okrężną przez Ostrołękę. Oznaczało to wydłużenie podróży z 6 do 8 godzin. Gdzieś około północy Biszkopt zaczął wykazywać oznaki zniecierpliwienia. Nie, nie przeszkadzał mu tłok ani niedociągnięcia organizacyjne PKP. Zrozumiałem, że natura domaga się od zwierzaka swojej daniny. Żołnierzom puszczanie pawia w przedziałach uchodziło wówczas na sucho. Tolerancja taka nie rozciągała się jednak na sikające w przedziałach psy. Chcąc nie chcąc udaliśmy się do wagonowej toalety. Przybytki te ówcześnie miały w podłodze kratkę, co w zamyśle, miało usprawnić ich zmywanie strumieniem wody ze szlaucha. Wskazałem ją psu i zachęciłem do skorzystania. Biszkopt patrzył na mnie z niedowierzaniem, ale po przeprowadzonej inspekcji z wykorzystaniem organu powonienia załatwił się właśnie w tym miejscu. Założę się, że przed nim zrobiło tak wielu dwunożnych podróżnych.

Pamięć ludzka funkcjonuje w sposób wzmacniający wydarzenia generujące emocje, tak pozytywne jak i negatywne. Łatwo zapomina się, ile razy kolej bez przeszkód i na czas dowiozła nas do celu. Za to spóźnienie i objazdy znacznie łatwiej zakotwiczają się we  wspomnieniach. Jednak osoby z mojej generacji, po twardej szkole funkcjonowania w PRL-u, nie łatwo jest zbulwersować współczesnymi niedociągnięciami kolei. I nie ma tu znaczenia czy jej personel porozumiewa się po polsku czy niemiecku. Zwłaszcza, gdy ostatecznie pociąg dowiezie Cię do wygodnego noclegu czy atrakcji krajoznawczej, którą zapamięta się lepiej niż warunki podróżowania.