Moja, świętej pamięci, irlandzka ciotka podczas swojej jedynej wizyty w Polsce zatrzymała się w Warszawie, w hotelu Polonia. Mając z okna widok na Pałac Kultury i Nauki skomentowała go słowami “What a beautiful cathedral!”. Powiedzonko to zyskało w naszej rodzinie wręcz anegdotyczny status. Skądinąd, podobna pomyłka interpretacyjna zdarza się gościom z tzw. Zachodu dosyć regularnie. Bo, tradycyjnie rzecz ujmując, miejsce biskupiej posługi winno wyróżniać się długą historią, prestiżowym położeniem, imponującymi rozmiarami, strzelistością wież i wspaniałością zdobień. Czyż, poza pierwszym kryterium, pozostałe nie przyświecały też tak sowieckim jak i polskim pomysłodawcom wzbogacenia panoramy stolicy takim właśnie pomnikiem Stalina?
Przedostatni etap kształtowania struktury administracyjnej Kościoła Rzymskokatolickiego w Polsce w 1992 roku wyawansował do rangi stolic biskupich kilkanaście miast. Powstała konieczność wyznaczenia kościołów mających odtąd pełnić rolę katedr. Zazwyczaj kierowano się wymienionymi wyżej kryteriami. Kilku nowomianowanych hierarchów podjęło jednak śmiałe, a niezrozumiałe decyzje. Wszystkich przelicytował biskup rzeszowski wybierając nowo zbudowany, wątpliwej urody, kościół, 3,5 km od centrum, w otoczeniu osiedli domków jednorodzinnych i ogródków działkowych. Natomiast biskup ełcki zdecydował się na wybranie, wprawdzie jednego z dwóch historycznych kościołów w centrum miasta, ale był to obiekt mniejszy i położony bardziej na uboczu, zwany przez mieszkańców, nie bez kozery, “małym kościołem”. Ponieważ motywy podobnych decyzji w Kościele Katolickim w Polsce nie podlegają żadnej dyskusji można się tylko domyślać, że jakąś rolę odegrać mógł fakt, że świątynia ta, powstała w latach 90-tych XIX w. od razu jako katolicka, a duży kościół, mimo, że od 1945 roku pozostawał we władaniu katolików, był jednak stawiany jako ewangelicka kircha.
Katedralny kościół pod wezwaniem św. Wojciecha miał szczęście uniknąć zniszczeń podczas obu dwudziestowiecznych wojen światowych. Podczas pierwszego konfliktu, gdy Ełk był trzykrotnie zajmowany przez wojska rosyjskie, a znaczne zniszczenia powstały w rezultacie walk obydwu armii, decydować mogły jego mniejsze rozmiary – posterunki obserwacyjne lokowano na najwyższych wieżach miasta. Świadome tego wrogie wojska starały się takie punkty zniszczyć i w przypadku “dużego kościoła” to im się udało. Podczas II Wojny Światowej Niemcy opuścili miasto bez walki, a zniszczeń dokonano podczas grabieży miasta realizowanej przez żołnierz Armii Czerwonej i polskich szabrowników. Podobno ówczesny proboszcz i dziekan ełcki ks. Karl Fox zabezpieczył świątynię witając na jej progach słowiańskich zdobywców winem mszalnym i kawą. Pomogły mu w tym dziele znajomość języka polskiego (był Warmiakiem) oraz doświadczenie wyniesione z wcześniejszej pracy w Wielbarku, gdzie podczas I Wojny Światowej zaznał atrakcji związanych z zajęciem miasta przez wojska carskie. Co do popularności wina mszalnego wśród łupieżców dóbr poniemieckich nie mam żadnych wątpliwości. Natomiast co do kawy, żywię podejrzenia, że dzielny kapłan częstował raczej jakimś Erzact Kaffee z cykorii, żołędzi i suszonych buraków. Po spożyciu odpowiedniej ilości wina i innych spirytualiów smak czarnego naparu nie odgrywał przecież już większej roli.


Ksiądz Fox biorąc pod uwagę opisany wyżej czyn, jak też pomoc polskim robotnikom przymusowym i francuskim jeńcom wojennym, został pozytywnie zweryfikowany i mógł już jako Karol Foks, zostać w Prusach Wschodnich (zwanych wkrótce Mazurami). Jednak nie w swojej parafii. Podobno dobrze nie układała się jego współpraca z przybyłymi ze starej Polski duchownymi. Dogadał się za to doskonale ze swoimi nowymi parafianami w podełckich Starych Juchach. Niezłe osiągnięcie, jak na człowieka dobiegającego siedemdziesiątki, który musiał zrozumieć i polubić swoje nowe owieczki przybyłe w większości z okolic Suwałk, Augustowa i Grajewa z bagażem nie tylko doświadczeń wojennych, ale i życiowych jakże innych niż mieli katolicy Prus Wschodnich.
Jednak nietuzinkowy życiorys ełckiego i starojuskiego proboszcza nie był magnesem, który przyciągnął w połowie marca mnie, Podziomka i naszą czteroletnią wnuczkę do Starych Juch. Musiałem wywiązać się z obietnicy, przez Podziomka postrzeganej jako groźba, że będziemy zwiedzać w Polsce miejscowości o niezbyt zachęcających nazwach (patrz opis wyjazdu do Kobylej Góry). Dla mnie niemałą wagę miał fakt, że dom, w którym się zatrzymaliśmy należał do parafii metodystycznej. Nie nazwałbym tego turystyką ekumeniczną, ale jest to jakiś sposób studiowania rozmaitości wyznaniowej w naszym kraju. Byliśmy już u zielonoświątkowców w Świdnicy, u prawosławnych w Sokołowsku pod Wałbrzychem, teraz przyszedł czas na ewangelików-metodystów pod Ełkiem. Najważniejsza jednak była krajobrazowa atrakcyjność terenów między Ełkiem a Giżyckiem. Jan, mój przełożony z czasów pracy w Amerykańskim Korpusie Pokoju, zwykł mówić, że gdyby przyszło wybierać mu miejsce zamieszkania w Polsce osiadłby właśnie w tym regionie.
Mazury, poza sezonem letnim, pogrążone są w ciszy i zadumie. Jedyny w Starych Juchach pensjonat z prawdziwego zdarzenia jest czynny tylko w cieplejszej porze roku. Było to ważne o tyle, że oferuje on wówczas usługi restauracyjne. Podobnie dzieje się z miejscowym barem oraz punktem serwowania kawy i gofrów. Na szczęście, solidna oferta miejscowych sklepów pozwalała nam przygotowywać posiłki w domu. Z drugiej strony, niedogodność ta zachęcała do uprawiania turystyki kulinarnej, obserwacje z której opiszę poniżej.
Tradycyjna nazwa mazurska to Jucha. Do 1929 były aż trzy Juchy: Stara położona na południe od linii kolejowej Ełk-Giżycko, Nowa na północ od tej magistrali oraz Orla obejmująca majątek ziemski (zwany w Prusach domeną) położona w północno-wschodniej części miejscowości. Po ich połączeniu nazwa przybrała formę mnogą. Jakie jest pochodzenie tej oryginalnej nazwy? Otóż w lasku na wschód od Orlej Juchy od wieków leży pokaźny głaz narzutowy. W jego okolicy poszukiwacze niemieccy znaleźli ukryte pod ziemią pokaźne ilości kości zwierzęcych. Sam głaz uznano więc za jaćwieski ołtarz ofiarny. Podobno były na nim rdzawe wykwity żelaza, co interpretowano jako ślady krwi ofiar. Że zaś jednym z dawnych określeń krwi jest jucha, stąd określenie tą nazwą miejscowości. Ciekawostką jest, że w kamieniu mającym status pomnika przyrody wyryto, już za czasów polskich, bardzo akuratnie, wyjaśnienie co właśnie się przed nami znajduje. Można się wprawdzie burzyć na naruszenie piękna naturalnej struktury, lecz trzeba przyznać że żywotność tak wykonanej informacji znacząco przewyższa jakiekolwiek, których nośnikiem są tablice z blachy czy pleksiglasu.
Stare Juchy nie są nadmiernie przyjazne turyście. Pochodzący z XVI w. kościół, surowy produkt wczesnego luteranizmu, a pamiętajmy, że Prusy Książęce były pierwszym państwem, w którym wyznanie to uznane zostało za panujące, przypomina podobne w stylu świątynie w sąsiednich Wydminach czy Gołdapi. We wnętrzu ma cenny 400 letni tryptyk ołtarzowy i niewiele młodszą ambonę. Cóż kiedy przyjrzeć się im, pomijając uczestnictwo w nabożeństwach, można tylko z kościelnej kruchty. Dwór w Orlej Jusze, odbudowany po zniszczeniach I Wojny Światowej, jest centrum funkcjonującego przedsiębiorstwa rolnego i przyjrzeć mu można się tylko z daleka. W tej sytuacji położony na przydrożnym wzgórzu dworski cmentarz rodziny Gruberów z interesującymi żeliwnymi krzyżami urasta do rangi największej dostępnej atrakcji wykonanej ludzkimi rękoma. O ile nie brać pod uwagę ciekawego urbanistycznego założenia Starej Juchy, które przybrało formę półkola przeciętego promieniami ulic wychodzących z centralnego placyku przed kościołem.




Wędrując jedną z nich (Mazurska) pod górę dociera się do położonej na skraju zabudowy wieży widokowej. Warto się na nią wdrapać, gdyż podziwiać z niej można widok nie tylko na centralną część Starych Juch, ale i na długie jezioro Jędzelewo z dwoma wyspami, zgodnie z parametrami zwanymi Małą i Dużą, położone ku pd-zach. jeszcze wyższe wzgórze z wieżą GPS oraz Piaskową Górę na północnym brzegu jeziora. Jest ona pozostałością dawnej kopalni piasku. Udaliśmy się na nią dwukrotnie. Najmłodsza uczestniczka nie mogła przegapić możliwościa zabawy w tak wielkiej, w dodatku mocno zwerytykalizowanej, piaskownicy. Wzgórze dostarcza imponujące wrażenia widokowe, a miłośnicy kolei żelaznych mają okazję śledzić przejeżdżające tuż u jego podnóża składy Polregio i Intercity. Nam udało się uniknąć uciążliwego towarzystwa quadów i ich kierowców, ale lojalnie ostrzegam, że lubią oni ćwiczyć tam swoje umiejętności.








Podróżowanie z czterolatką nie daje wiele możliwości odwiedzania muzeów, wystaw i świątyń w przeciwieństwie do placów zabaw, mini zoo czy mostów, z których można rzucać do wody “misie patysie”. Więcej niż satysfakcjonującą ofertę podobnych atrakcji zapewniły nam tak Stare Juchy jak i powiatowa metropolia w Ełku. Prognozy pogody zapowiadały dwa dni deszczowe, kiedy to zaplanowaliśmy wizyty w ełckim parku trampolin. Prognozy się nie spełniły, ale my nie zrezygnowaliśmy z szaleństwa zabaw pod dachem dostępnych w ofercie parku. Podziomek dzielnie towarzyszył Zosi skacząc, wspinając się i zjeżdżając z górki na pazurki. Licznie odwiedzająca to miejsce dzieciarnia przedszkolna i grupy szkolne patrzyły na nią z podziwem, bo ich opiekunki okopały się w barku ograniczając się do konsumpcji kawy i strofowania najbardziej niesfornych uczestników zabaw. “Duży kościół” udało nam się jednak odwiedzić. Jego wnętrze zyskało swój obecny wygląd na przełomie lat 50-tych i 60-tych XX w. i jest wyjątkowo harmonijne. To znaczy, iż motywy z polichromii obecne są też na ławkach i konfesjonałach. Tyle, że autor polichromii – prof. Drapniewski z pomorskiego Pelplina wykorzystał w kolorystyce oraz motywach geometrycznych i roślinnych raczej wzorce kaszubskie niż lokalne, mazurskie. Przed kościołem wznosi się postument zwieńczony figurą Jezusa Chrystusa. Zawsze wydawała mi się ona zbyt mała w stosunku do podstawy. Sęk w tym, że zastąpiła ona pochodzącą z czasów pruskich figurę Nike, która to wieńczyła pomnik żołnierzy poległych w wojnie prusko-francuskiej 1870 roku. Analizując fotografie starego pomnika nie mogę się zdecydować czy jego proporcje były o wiele lepsze.






Historycznie rzecz biorąc, Ełk, podobnie jak Suwałki, składał się z jednej tylko ulicy. Biegnąc równolegle do wschodniego brzegu jeziora Ełckiego pełniła ona wszelkie miejskie funkcje, w tym targową. Nic dziwnego, że przez lata nazywano ją, po prostu, Główną (Hauptstrasse). Z czasem i zmieniającymi się wiatrami społeczno-politycznymi zmieniano jej nazwę na Kaiser Wilhelm str., Strasse der SA, a w końcu Wojska Polskiego. Dopiero po 1868 roku, gdy do miasta doprowadzono linię kolejową z Królewca wytyczono trzy ulice łączące ulicę Główną z terenami kolejowymi, a wkrótce i ich przecznice. Właśnie na skrzyżowaniu Głównej z ulicą prowadzącą do dworca kolejowego, w najwyższym punkcie nadjeziornej skarpy, wznosi się gmach “dużego kościoła”. Zatem centrum Ełku jest dzieckiem kaiserowskiej szkoły urbanistycznej. Nie mogło w niej zabraknąć reprezentacyjnego placu (Koenigin Luiseplatz, obecnie Park Solidarności), otoczonego wielkomiejskimi gmachami z wymuskaną zielenią i pomnikami (dawniej Hindenburga, dzisiaj mazurskiego poety Michała Kajki). Po zniszczeniach I Wojny Światowej nowe budynki odbudowano (NB, partnerem w tym przedsięwzięciu było nietknięte przez działania zbrojne miasto Opole) jako większe i bardziej imponujące niż ich poprzedniczki. To wszystko sprawia, że Ełk, nawet w porównaniu z innymi wschodniopruskimi miastami sprawiał porządniejsze i bardziej dostojne wrażenie. Cóż dopiero mówić o polskich miastach za pobliską granicą. Zachował się raport konsula polskiego w Ełku z lat 30-tych XX w. Dyplomata porównywał w nim ówczesny Ełk z Grajewem twierdząc, oględnie mówiąc, że to drugie nie stanowiło bynajmniej godnego okna wystawowego Rzeczpospolitej.








Tu dochodzimy do kwestii stołeczności Ełku. Za czasów niemieckich używano określenia Lyck – Hauptstadt Masurens, czyli stolica Mazurów a nie krainy historyczno-geograficznej, którą obecnie zwiemy Mazurami. Wynikało to po części ze znaczenia kulturalnego. Miasto już od XVI w. było siedzibą szkoły średniej. W tym samym czasie polski luteranin Jan Małecki (znany też jako Joannes Sandecensis czy z niemiecka jako Johannes Maletius)założył w swoim majątku pod miastem drukarnię. Spod prasy drukarskiej tej oficyny wyszły m. in. katechizm luterański i autorski przekład Nowego Testamentu na język polski. W późniejszym czasie w mieście działało seminarium nauczycielskie i sąd krajowy. W końcu Ełk stał się ważnym węzłem kolejowym. Na połączonej mostem z miastem wyspie, w budynkach pozamkowych, mieściło się więzienie nazwane przez Zygmunta Rogallę, bohatera powieści “Muzeum ziemi ojczystej” autorstwa ełczanina Siegfryda Lenza, najpiękniejszym na Mazurach. To pozwoliło mieszkańcom miasta patrzeć z góry na sąsiadów z innych pogranicznych miast wschodniopruskich. Jednak to głównie wynik plebiscytu 1920 roku, a właściwie rozmiary zwycięstwa niemieckiego (tylko 7 głosów za Polską) i panująca w kolejnych latach atmosfera patriotycznego wzmożenia, zachęciły niemieckich mieszkańców miasta do używania terminu stolica Mazurów.
W latach 90-tych XX w. próbowano ożywić to określenie. Obecnie władze miejskie już tego nie robią, ale pojęcie funkcjonuje w obrocie publicystycznym i w Internecie. Wywołuje to prześmiewczo-gniewne komentarze w innych miastach mazurskich. Nic dziwnego, skoro Mazury nigdy nie zaistniały jako wydzielona jednostka terytorialno-administracyjna. Nie miały więc realnej potrzeby posiadania stolicy. Co więcej, o ile do świadomości ogółu dotarło już, że w ramach Prus Wschodnich istniały, obecnie znajdujące się w Polsce, regiony Mazur i Warmii, o tyle precyzyjne wskazanie, gdzie przebiegały ich granice uda się pewnie tylko nielicznym. Pretensje do stołeczności położonego na skraju mazurskiego rogala Ełku wydają się skazane na niepowodzenie. Co rzekłszy, trzeba przyznać, że miasto ma największą wśród mazurskich grodów liczbę mieszkańców, malownicze położenie nad jednym ze znaczniejszych jezior w regionie, a w dodatku posiada, moim zdaniem, najbardziej imponujacy i najdłuższy waterfront na Mazurach. Wystarczy porównać co w tej dziedzinie ma do zaoferowania, pretendujące również do regionalnej stołeczności, Giżycko.
Kulinarna oferta Ełku nie podlega sezonowym wahaniom. Szczególnie rzuca się w oczy, co cieszy miłośników małej czarnej, znaczna liczba kawiarni. Co ciekawe kilka działających w mieście i okolicy zakładów piekarniczych zdecydowało wzbogacić ofertę o kawę i słodycze. To jednak zawsze ryzyko, że panie sprzedawczynie chleba i bułek, obciążone dodatkowo obowiązkami baristy, nie nie podołają nowej roli. Odwiedziliśmy taki lokal na jednym z nowych osiedli. Wystrój wnętrza i oferta były ciekawe, ale surowa pani, komenderująca gośćmi niczym sierżant w koszarach, była jakby z innej bajki. W tej sytuacji do miana kawiarni numer 1 w naszym rankingu urosła ełcka gałąź giżyckiej sieciówki, gdzie codziennie serwuje się inne wypieki. Nawiasem mówiąc, w tym samym lokalu, ale pod innym szyldem, raczyliśmy się kawą odwiedzając Ełk przed 10 laty. Wśród restauracji ilość chyba nie przeszła w jakość, choć tu moja ocena może być zaburzona przez fakt odwiedzenia tylko dwóch lokali. Pechowo dla Ełku już pierwszego dnia pobytu odkryliśmy restaurację w Wydminach, gdzie nie tylko menu, ale i porozwieszane po ścianach rowery, dwoje kocich rezydentów oraz schodki zbiegające z parkingu do garbatego mostku przez odnogę jeziora Wydmińskiego skradły nasze serca. Podobny poziom, tak gastronomicznie jak i stylistycznie prezentował zajazd w Upałtach pod Giżyckiem. Tyle, że ten miał jedną ścianę ukrytą za kolekcją nart biegowych, które, a jakże!, są zimą do wypożyczenia. No i położenie bliżej wód jeziora, co umożliwiało obserwację mew, kaczek i kormoranów znad talerza.

Muzeum Historyczne w Ełku mieści się w budynku dawnej stacji kolei wąskotorowej prowadzącej z miasta do dawnej granicy prusko-polskiej. Obecnie na skróconej trasie kursują tylko sezonowe składy turystyczne. Grupa entuzjastów kolei uratowała najpierw ruch na tej linii, potem założyła muzeum kolei wąskotorowej, które ostatecznie przybrało format miejskiej instytucji kultury o znacznie szerszym spektrum zainteresowań. Jak można oczekiwać wokół budynku stoi wiele lokomotyw i wagonów kryjących we wnętrzach ekspozycję dotyczącą kolei. Odwiedziliśmy też bogato zaopatrzony sklepik muzealny, gdzie nabyłem m. in. wspomnianą wcześniej powieść Lenza. Pozostałe pomieszczenia nie wyglądały na zagospodarowane, muzeum jest jednak bardzo aktywne w przybliżeniu historii miasta i regionu organizując spotkania, wydając książki a nawet przygotowując filmy (np. ciekawą serię spacerowników po mieście). Wujek Google zorientowawszy się, że interesuje mnie tematyka związana z Ełkiem zaczął dosłownie zasypywać mnie sugerowanymi linkami. Co ciekawe, było ich znacznie więcej niż w przypadku odwiedzonego niedawno Gniezna. To oczywiście pochodna dostępności materiałów w sieci, a te generują głównie internauci. Porównawszy charakter internetowych materiałów o Gnieźnie i Ełku zorientowałem się, że w pierwszym z tych miast narracja w niewielkim stopniu ześrodkowana jest na specyfice miasta. Opowiada raczej historię Polski ilustrując ją przykładami z historii lokalnej. W Ełku tymczasem, nie próbowano dowodzić, że jego historia jest podobna do innych miast w Polsce. Zamiast tego skupiono się na odmiennościach, które zebrane do wspólnego worka z historią innych miast i regionów tworzą dopiero urozmaiconą historię kraju.




Więzienie wyprowadziło się z ełckiego zamku w 1970 roku. Od tego czasu jego budynki stały puste i niszczały. Od ich zakupu przez prywatnego inwestora do rozpoczęcia widocznych prac rekonstrukcyjnych musiało minąć 14 lat. Żmudne negocjacje z kolejnymi konserwatorami zabytków doprowadziły do decyzji pozwalającej na nadanie mu, nietypowej jak na Mazury, formy barokowej. Wszystko z powodu braku historycznych planów zamku i ubóstwa źródeł ikonograficznych. Dowiedziono natomiast, że zamek jest w obecnej postaci większy niż w średniowieczu. Znaleziono też uwiecznioną gdzieś na elewacji wschodniej datę 1696. Żeby więc nie pomniejszać kompleksu do gotyckiego jądra zdecydowano się na barok. Dzisiaj jeden z budynków zamkowych jest już pokryty dachówką, ma wstawione okna i jest potynkowany na kolor pośredni między czerwienią a pomarańczą, co jest prawdziwą rewolucją dla obiektu i mieszkańców miasta, którzy przywykli do jego białych tynków. Drugi, ten z odtworzonym barokowymi szczytami czeka jeszcze na wykończenie. Ciekawe czy zostanie zachowany oryginalny więzienny mur z wieżyczką strażniczą? W każdym razie budynki wzbogacają już panoramę miasta. To kolejny powód by, bez względu na wątpliwy tytuł do stołeczność Mazur, zatrzymać się w mieście na obrzeżach tego regionu.
































































































































































































































