Niegdysiejsze czasopismo “Przekrój” uchodziło za kulturotwórcze i kształtowało gusta kilku pokoleń inteligencji polskiej w czasach PRL-u. Poprzez publikowane teksty popularyzowało sztukę nowoczesną, zasady zdrowego żywienia, jazz czy motoryzację. Nie należałem do regularnych czytelników tego tytułu, ale gdy już trafiał w moje ręce lekturę zaczynałem zawsze od ostatniej strony. Sądzących, że poszukiwałem tam rubryki sportowej oraz ostatnich wyników piłkarskich muszę rozczarować. “Przekrój” nie zajmował się tak przyziemną tematyką jak sport, zostawiając ją pismom specjalistycznym. Tym co przyciągało moją uwagę i zachęcało do dalszej lektury była rubryka “Humor zeszytów szkolnych”. Do dzisiaj nie wiem, czy redakcja “Przekroju” współpracowała z załamanymi polonistami dostarczającymi co ciekawsze wyrywki pisemnych prac swoich podopiecznych, czy też cytaty owe były autorstwa inteligentnie-złośliwego członka redakcji. Pomimo, że obecna reinkarnacja “Przekroju” nie zajmuje się już krytyką trudnej sztuki składania polskich słów w, w miarę zrozumiałe, zdania, samo pojęcie “Humor zeszytów szkolnych” zrobiło zawrotną karierę, a w internecie możemy znaleźć stronę (zdziwiłbym się, gdyby tylko jedną) bawiącą czytelników logiczno-językowymi lapsusami.

Bić się czy myśleć? Ten filozoficzny dylemat musiał, choć nieświadomie, przyświecać autorowi takiego oto zdania: „Jurand nie rzucił się na Krzyżaków, gdyż tymczasem bił się z myślami”. Ja też długo biłem się z myślami czy za temat kolejnego wpisu na blogu wybrać tekst o Trójmieście. Tak się złożyło, że ostatnio bywam tam 3-4 razy w roku. Są to jednak krótkie, najczęściej weekendowe, wypady wypełnione po części pracami porządkowymi, po części wizytami w sopockich biurach i instytucjach. Oczywiście, zawsze staramy się urozmaicić te wyjazdy jakimś turystyczno-krajoznawczym akcentem, ale koncepcja moich wpisów wydawała się pasować bardziej do opisu dłuższych wycieczek i poruszania szerszej tematyki niż rozważania nad atrakcyjnością miejsc i obiektów na trasie 2-3 godzinnego spaceru. Rzucałem się więc na inne tematy, Trójmiasto odkładając na przyszłość.
Niespodziewanie, inspiracji dostarczyła mi książka. Znalazłem ją w recepcji dolnomiejskiego Dworu Uphagenów. Kusiła tytułem – Nieprzewodnik, zapowiadającym gawędziarsko-osobisty charakter. Wydawca znany i poważany, recenzje omalże entuzjastyczne. Rzut oka na spis treści upewnił mnie, że autor opisał większość ciekawych zakątków miasta nad Motławą i Wisłą. Stałem się więc więc jej właścicielem. Nic w tym dziwnego, gdyż mapy i przewodniki są dla mnie najcenniejszymi pamiątkami z każdej podróży. Zaraz po przywitaniu z Podziomkiem, który w hotelu na Dolnym Mieście przebywał już od dwóch dni, przy kawie i ciastku w kawiarni mieszczącej się w pralni niegdysiejszego szpitala o dziewiętnastowiecznych korzeniach, poświęciłem się czytaniu. Lekturę rozpocząłem, a jakże!, od rozdziału dotyczącego Dolnego Miasta. Już na drugiej stronie tekstu natknąłem się na zdanie “Kamienica wyróżnia się tym, że przez jej środek przechodzi przejazd, czyli tak zwana brama”. Hmm! Być może mieszkańcom zabudowanych blokami z lat 70-tych XX w. gdańskich osiedli Zaspa i Przymorze trzeba tłumaczyć, czym była brama w tradycyjnej kamienicy, ale już twierdzenie, że w historycznej dzielnicy jaką jest Dolne Miasto, któryś z domów jest nietypowy, bo umożliwia wjazd na podwórze przez bramę wydało mi się nadmiernie śmiałą hipotezą. Po przewertowaniu następnych kilku stron trafiłem na kolejne kwiatki z bezcennej kolekcji Nieprzewodnika. Dowiedziałem się, że “działania wojenne małego cesarza (…) przywiodły czarne chmury nad nadmotławskich wolnomularzy”. Napoleon zresztą nie okazał się ich jedynym wrogiem. “Adolf Hitler w strachu przed oświeceniem zakazał działalności organizacji wolnomularskich na terenie Niemiec”. Znacznie mniej wojowniczy prezydent Mościcki dekretem z 1938 roku również zakazał działalności masońskiej w Rzeczpospospolitej, więc może skłonność do prowadzenia polityki zagranicznej przy pomocy armii nie była tu kluczową przyczyną?
Zaopatrzony w ołówek oraz zestaw kartek samoprzylepnych z rosnącą fascynacją analizowałem kolejne rozdziały, śledząc historię zmagań autora z zasadami ortografii, semantyki, logiki i zdrowego rozsądku. Na 240 stronach znalazły się rozliczne ślady tych heroicznych bojów. Dla sprawiedliwości muszę dodać, że natknąłem się też na strony, ba!, całe podrozdziały, co do których trudno było mieć większe zastrzeżenia. Szkoda tylko, że Nieprzewodnik dotyczył wyłącznie Gdańska. W trakcie ostatniej trójmiejskiej wycieczki spacerowaliśmy też po Gdyni i Sopocie. Niestety, gdy zdecyduję się pisać o północnych sąsiadach Gdańska będę pozbawiony smakowitych cytatów wyjętych z twórczości autora, pana Szymona Kranza.
Dolne Miasto, jedna z pięciu historycznych dzielnic Gdańska (pozostałe to Główne [Prawe] Miasto, Stare Miasto, Wyspa Spichrzów, Stare Przedmieście) poznałem stosunkowo późno – gdzieś na początku lat 90-tych XX w. Teren za Motławą nie zachęcał ówcześnie do spacerów. Otoczone przekrzywionym parkanem ruiny spichrzy, które nadały nazwę całej wyspie, jakieś puste place z baraczkami kryjącymi egzotyczne punkty usługowe, dzikie parkingi, wiatr niosący tumany kurzu, strzępy papieru i co inne śmieci. Ponad ten obraz nędzy i opuszczenia wznosiły się tylko Baszta Stągiewna, żelbetowej konstrukcji spichlerz Deo Gloria i kamienica mieszcząca obecnie Pomorski Urząd Skarbowy. Traf chciał, że w ramach wyjazdu służbowego zatrzymałem się w hotelu Orbis (obecny Novotel Centrum) tuż obok tego ostatniego budynku. W wolnych chwilach zapuściłem się za Nową Motławę na Długie Ogrody. Tam za budynkami mieszkalnymi wzniesionymi w latach 60-tych XX w. znalazłem stare drzewa owocowe – dowód na pochodzenie nazwy od charakteru tej dzielnicy. W jezdni ulicy leżały nieużywane już szyny tramwajowe. Poszedłem za nimi, ale nie w stronę Bramy Żuławskiej, lecz na południe w ulicę Łąkową. Przekroczyłem Podwale Przedmiejskie i nagle znalazłem się w innym świecie. Dzielnica obfitowała w zachowaną, dziewiętnastowieczną zabudowę i miała wyraźnie proletariacki charakter.

Świętej pamięci ciotka Podziomka była osobą o bardzo wyrazistych opiniach. Jedną z nich było głośno wyrażane przekonanie, że hotele to gniazda przestępczości i obyczajowych występków. Ja jednak nigdy nie zostałem nimi dotknięty w hotelowych murach, nawet nocując w niezapomnianym pensjonacie Amazonka na Przymorzu, gdzie przedstawicielki najstarszego zawodu świata musiały mozolnie przyuczać się do obsługi kasy fiskalnej, a ochroniarz z namaszczeniem oprowadzał mnie po podziemiach z rurami do zmysłowego tańca oraz z zacisznymi alkowami. Natomiast atmosfera Dolnego Miasta przed z górą 30 laty była nie tyle kryminalna, ile przesiąknięta lumpenproletariacką swojskością oraz rezerwą do nieznajomych i wszystkiego, co mogło przynieść zmiany w utrwalonym trybie życia i działania mieszkańców. Ciekawe, że PRL, który deklaratywnie był państwem robotników i chłopów, praktykował wobec tradycyjnie robotniczych dzielnic politykę swoistego “zagładzania” preferując raczej przenoszenie mieszkańców do nowych bloków i dzielnic niż inwestowanie w ich historyczne domy i ich okolice. Dopiero na przełomie XX i XXI w. władze miejskie ogłosiły program rewitalizacji dzielnicy, którego rezultaty możemy obserwować obecnie.
Przemysł, który odcisnął swoje piętno na wyglądzie dzielnicy, dawno już z niej zniknął. Miejsce Królewskiej Fabryki Karabinów (Königliche Gewehr-Fabrik) z czasów pruskich (nazwanej w Nieprzewodniku “fabryczką” co beztrosko skonfrontowano z informacją o zatrudnianiu w latach świetności 6 tysięcy pracowników i zajmowaniu “ogromnego kwartału” dzielnicy). W czasach, formalnie zdemilitaryzowanego, Wolnego Miasta Gdańska zastąpiły ją przeróżne mniejsze zakłady wytwórcze, a palmę pierwszeństwa w dzielnicy przejęły zakłady Gdańskiego Monopolu Tytoniowego (Danziger Tabak Monopol). Za PRL-u w dzielnicy działał Herbapol i zakłady futrzarskie. Obecnie ma tu siedzibę centrala wiodącej polskiej firmy odzieżowej, ale wajcha historii gospodarczej przesunęła się zdecydowanie w stronę usług.



W budynkach dziewiętnastowiecznego szpitala po stosownej modernizacji działa całkiem wypasiony hotel. Co więcej, jego dziedziniec, pozwalający podziwiać budynki z nieoczywistej perspektywy, jest dostępny dla publiczności. Także wnętrza starej części hotelu w tym ponad 200 letni Dwór Uphagenów można obejrzeć np. deklarując zainteresowanie wynajęciem przestrzeni konferencyjnych czy organizacją przyjęcia. Kaplica przyszpitalna, a obecnie kościół rzymskokatolicki pw. Niepokalanego Poczęcia NMP, wyróżnia się dwoma cechami. Po pierwsze, zbudowano ją i, mimo licznych rozbudów, utrzymano w stylu rzadkiego w Gdańsku neogotyku angielskiego. Po drugie, od początku istnienia, służyła rzymskokatolickiemu zgromadzeniu sióstr boromeuszek. Co świadczy, że rozwój przemysłu w dzielnicy ściągął do niej katolicką ludność Kaszub i Pomorza Nadwiślańskiego, a nie tylko rdzennych, protestanckich gdańszczan. Do wnętrza kościoła trudno się dostać poza porą nabożeństw. Nam się udało, bo podszyliśmy się pod dziadków dzieciarni przedkomunijnej. Wnętrze nie dostarcza jednak atrakcji, które mogłyby zachęcać innych do podobnej kreatywności. Odpowiedni akapit w Nieprzewodniku kusi do odwiedzenia dziedzińca, gdzie “można znaleźć jeszcze dwie własności kościelne”.

Opis kompleksu poszpitalnego dostarcza też okazji do zbadania zjawiska czasoprzestrzeni. Autor “Nieprzewodnika“ sugeruje podziwiania go od “najmłodszego budynku z lewej (…) do najwyższego (…) po prawej stronie ulicy”. W bonusie dorzuca, że to Dwór Uphagenów jest najmłodszą częścią kompleksu, podczas gdy jest dokładnie na odwrót.






Inną ciekawostką architektoniczną Dolnego Miasta jest budynek starej łaźni miejskiej, u zarania XX w. jednej z trzech funkcjonujących w Gdańsku. Odnowiony już w obecnym wieku neoromański budynek z czerwonej cegły mieści Centrum Sztuki Współczesnej. Łaźnia miała specyficzny zakres świadczeń i odpowiadający mu plan wnętrz. Zakład zapewniał usługi higieniczne osobno dla pań, panów i dzieci. Miejsca ich świadczenia były odseparowane, włącznie z tym, że gmach obsługiwały trzy klatki schodowe. Na trzeciej kondygnacji znajdowała się sala gimnastyczna pozwalająca zachować sprawność fizyczną dzieciom i młodzieży z sąsiednich szkół. Jeśliby kto sądził, że trzy kategorie klientów były traktowane w podobny sposób powinien zapoznać się garścią statystyki. Otóż uczniowie mieli do dyspozycji 36 pryszniców, mężczyźni 22 prysznice i 8 wanien, a kobiety 6 (tak, tak!) pryszniców i 8 wanien. Ówcześni decydenci uważali chyba czystość kobiet za fanaberię lub wierzyli w ich wrodzoną cierpliwość i nadmiar wolnego czasu do dyspozycji.


Rewitalizacja dzielnicy objęła już wiele, a może wręcz większość, domów, choć w przypadku prywatnych właścicieli miasto mogło zachęcać lecz nie zmuszać do podjęcia działań. Na ulicy Łąkowej odnowienia doczekała się też wąska, dwuosiowa kamienica. Na Głównym Mieście natrafimy wprawdzie na równie wąskie budynki, ale tam w trakcie powojennej odbudowy łączono po kilka, mizernych rozmiarów, kamieniczek w jeden blok mieszkalny skryty za kilkoma historycznie wąskim fasadami. Natomiast kamieniczka na Dolnym Mieście jest w pełni autonomiczną jednostką, co podkreśla brak bezpośrednio przyległych sąsiadów. Puste działki konsekwentnie wypełniają nowe, zharmonizowane rozmiarami z historycznymi, budynki. Rozpoczęła się też zabudowa części posesji należącej do nieczynnej od 1999 roku zajezdni tramwajowej. Usytuowany w pobliżu wóz tramwajowy z 1978 roku, historycznej linii nr 8 przypomina, że, choć dzisiaj ulokowane na uboczu, Dolne Miasto było skomunikowane z centrum zarówno od strony ulicy Łąkowej jak i Toruńskiej. Co do zajezdni istnieją plany urządzenia w niej muzeum z silnie podkreśloną funkcją integracji społeczeństwa dzielnicy.






Jak na mało prestiżowe korzenie dzielnicy, zadziwiają forma i rozmiary jej głównych ulic. Otóż są to dwujezdniowe aleje z otoczonym zielenią deptakiem pośrodku. Ich powstanie nie wiązało się jednak z ideałami dziewiętnastowiecznych przemysłowców chcących wpuścić do miasta świeże powietrze, a swoim robotnikom dostarczyć terenów spacerowych. Jeszcze w XVI w. obecny teren Dolnego Miasta pokrywały mokradła nie bez kozery zwane Świńskimi Łąkami. Zabudowę umożliwiły dopiero prace regulacyjne, które z jednej strony otoczyły dzielnicę gwiazdokształtnym Opływem Motławy, z drugiej pocięły jej obszar równo rozmieszczonymi kanałami, po obydwu brzegach których powstały jezdnie i wzniesione zostały domy. Łąkowa, według Nieprzewodnika, “nie była jedyną ulicą, przez którą przebiegał taki twór”. Pamiątką po zasypanych w latach 40-tych XIX w. kanałach jest szerokość obecnych ulic. W ramach rewitalizacji wyrównano chodniki i załatano dziury w jezdniach, wymieniono podziemne instalacje, postawiono nowe lampy, ławki i śmietniki. Jak twierdzi Podziomek, tego typu działania są warunkiem niezbędnym do stwierdzenia, że miasto ma troszczących się o jego wygląd gospodarzy. Obecny stan ulic Dolnego Miasta potwierdza tę obserwację.


Ja na jednym kajaku, Podziomek z młodszą córką na drugim opuściliśmy przystań przy ulicy o inspirującej nazwie Żabi Kruk. Wzdłuż Długiego Pobrzeża, Ołowianki z siedzibą filharmonii w dawnej miejskiej elektrowni, terenów postoczniowych za ujściem Kanału Raduni dotarliśmy do cypla Polski Hak, za którym skręciliśmy ostro na szerokie wody Martwej Wisły. Za Mostem Siennickim udało się wypatrzyć dosyć wąski pas wody na prawym brzegu, którym przedostaliśmy się wkrótce na Opływ Motławy. Ten zapewniał wspaniałe doznania. Wśród przybrzeżnych trzcinowisk i oczeretów ptaki śpiewały jak oszalałe, przekrzykując rechotanie żab. Po wodzie pływały łabędzie, krzyżówki i łyski. Za każdym zakrętem pojawiała się coraz to inna perspektywa. Choć bardziej odległe, widoki kamienic i kościelnych wież nie pozwalały zapomnieć, że jednak nie wypłynęliśmy poza miasto. Nabrzeża po prawej stronie Opływu dźwigały się coraz wyżej kulminując we wzniesieniach Bastionów Wilk i Żubr. Dwie groble z krągłymi wieżyczkami pokierowały nas ku Kamiennej Śluzie. Pokonanie jej bystrza dostarczyło nawet nieco emocji z zakresu profesjonalnego kajakarstwa. Podziomek z Krysią wybrały złą odnogę, utknęły, musiały wysiąść z kajaka i brodząc przeholować go na północną stronę śluzy. Wkrótce za Mostem Toruńskim boczny kanał doprowadził nas do punktu startu. Cała wyprawa trwała niespełna 3 godziny pozwalając poznać Gdańsk od strony wody. Opis odbytej przed laty wycieczki nie stracił na aktualności, choć mijane tereny wzbogaciły się w międzyczasie o nowe budynki. Spacerując ulicami Dolnego Miasta “jesteśmy szczelnie i bezpiecznie otuleni starymi fortyfikacjami” (nieoceniony Nieprzewodnik). Wzniesione w latach 1622–1636 miały się sprawdzić w latach Potopu szwedzkiego. Kamienna Śluza pozwalała uchronić przed zalaniem nabrzeża miasta podczas powodzi jak i, w razie potrzeby, podnieść poziom wody aż do zalania położonej po południowo-zachodniej stronie Opływu depresji Żuław Gdańskich.






O ile Dolne Miasto jest położoną na uboczu, ale niewątpliwą częścią szeroko rozumianego historycznego jądra Gdańska, cóż można powiedzieć o położonej po drugiej stronie Opływu Motławy Olszynce? Teren na Żuławach nosił w średniowieczu nazwę Bürgerwalde czyli Las Mieszczański. Gdy usypywano wały i wznoszono fortyfikacje w pierwszej połowie XVII w. las pozostał już tylko w nazwie powstałej tam osady Walddorf (Leśna Wieś) podzielonej następnie na Mały i Duży (Klein und Gross Walddorf). Jako, że na terenach podmokłych rosły lasy łęgowe ze znacznym udziałem olchy, polska nazwa całkiem zręcznie nawiązuje do historycznego charakteru miejsca. Gdy w 1933 roku włączano te tereny do miasta liczba mieszkańców nie przekraczała tysiąca. Nie odwiedziliśmy jednak tej dzielnicy dla jej sielskich klimatów. Magnesem był miejscowy dwór z historią sięgająca początków XIX w.. Jako, że ziemia należała tu do Gdańska, dwór był własnością miasta dzierżawioną przez kolejnych zarządców. Był to chyba niezły interes, bo popyt na produkty dworskiego folwarku miało się praktycznie zapewniony. Śladem tej praktyki jest decyzja polskiej już rady miasta z 1945 roku wypuszczająca gospodarstwo w dzierżawę niejakiemu Józefowi Łęgowskiemu. Gdy, po poniesieniu stosownych kosztów na usunięcie zniszczeń wojennych, gospodarstwo przyniosło w 1948 roku znaczne dochody, umowę dzierżawy błyskawicznie wypowiedziano i zainstalowano tam PGR. Nie śpieszmy się jednak z konkluzją, że to państwowi rolnicy doprowadzili majątek do ruiny. Po 1956 gospodarowała tu bowiem spółdzielnia ogrodniczo-pszczelarska, sam zaś dwór był podzielony na mieszkania komunalne.
Mimo wpisania do rejestru zabytków w 1973 roku dwór i zabudowania gospodarcze popadały w ruinę. W 2005 roku zawalił się dach na imponujacym rozmiarami budynku obory. Spółdzielnia pewnie splajtowała, majątek przeszedł w ręce miasta, które, po kilku nieudanych próbach sprzedaży, wydzierżawiło go zborowi zielonoświątkowców. Kiedyś znajomy rabin poprosił mnie o wytłumaczenie kim właściwie są zielonoświątkowcy. Odpowiedziałem mu, że to chasydzi chrześcijaństwa. Oprócz chwalenia Pana śpiewem i tańcem wyznawcy tej religii charakteryzują się protestanckim etosem pracy. Skrzyknęli się więc, zakasali rękawy i wkrótce przystosowali zdekapitalizowany budynek wozowni do pełnienia roli kaplicy. Wymienili też dach i okna w budynku dworu. Tymi działaniami przekonali radę miasta do sprzedaży posiadłości z 99% bonifikatą dla związków wyznaniowych. Teraz snują plany odbudowy obory. Oglądałem filmik o historii wspólnoty w tym miejscu. Najbardziej wzruszające w nim było, że każde swoje osiągnięcie, czy to podpisanie aktu notarialnego czy zwieńczenie wiechą wznoszonej konstrukcji kwitowano w nim słowami: “To prawdziwy cud! Chwalmy za niego Pana!”
Kompleks, choć częściowo otoczony murem, da się obserwować czy to od strony zabytkowej bramy, czy też w miejscach gdzie ogrodzenie jest z siatki. Warto obejrzeć ogrodową fasadę dworu, gdzie odrestaurowano drewnianą werandę. Najlepszy widok jest jednak z pobliskiej kładki przez Motławę prowadzącej na Orunię. Stojąc na niej pomyślałem sobie, że wiosenne śpiewy ptaków są tu tak głośne, że muszą być słyszalne w sali nabożeństw. Toż to prawdziwy cud! Chwalmy za niego Pana!






Otoczenie dworu jest słabo zurbanizowane. Po przyłączeniu do miasta zbudowano tu osiedle domków kolejarskich z pruskiego muru. Choć podlegały one wszelakim, czasem całkiem chybionym, modyfikacjom czynionym przez kolejne generacje mieszkańców, to jednak osiedle jako całość robi znacznie lepsze wrażenie niż 80 lat młodsza inwestycja o pretensjonalnej nazwie Motława Gardens wzdłuż pobliskiej ulicy Wspólnej. Deweloper w materiałach reklamowych posługuje się określeniem “Położone 600 metrów od Śródmieścia Gdańska” mając zapewne na myśli odległość od Opływu Motławy. Faktem jest jednak, że spacer do Zielonej Bramy na wschodnim krańcu Długiego Targu zajmie stąd mniej niż pół godziny. Tak, różnorodność poszczególnych dzielnic Gdańska jest olbrzymia, a żeby jej doznać wystarczy wybrać się na niedługą przechadzkę.
Kulinarnie Dolne Miasto nie jest pustynią choć, oczywiście, nie ma tu lokali, do których przyjeżdżanoby poucztować z innych części Trójmiasta. Kawiarnia, o której wspomniałem wcześniej trzyma poziom i ma bardzo ciekawe wnętrza. Podziomek chwalił też jakość posiłków w hotelowej restauracji. Na terenie dawnej Królewskiej Fabryki Karabinów działa też kilka lokali o offowym wyglądzie i atmosferze.
Jerzy Stuhr wyśpiewał, umyślnie fałszując, główną nagrodę festiwalu w Opolu w 1977 roku utworem pod znamiennym tytułem “Śpiewać każdy może”. Truizmem jest stwierdzenie, że tym bardziej każdy może pisać. Autor Nieprzewodnika jest tego najlepszym dowodem. Prowadzi profesjonalnie wyglądającą stronę internetową z odsyłaczami do innych narzędzi komunikacji społecznej. Zajrzałem tam w nadziei, że Nieprzewodnik jest może wypadkiem przy pracy czy sabotażem rosyjskich trolli. Cóż, już po chwili zebrałem parę przykładów stylu pisania, który zdominował strony Nieprzewodnika. Oto kilka pierwszych z brzegu cytatów:
- “Głównie działam na Instagramie, którego oczywiście zachęcam sprawdzić”.
- “Mój pomysł na kilkuminutowy, ale za to intensywny w ciekawe zabytki, spacer”.
- “Po zrobieniu fotek i po w pełni wchłonięciu ceglanego miejskiego pejzażu zapraszam dalej”
- “Buty muszą ponieść nas wzdłuż muru Wielkiego Młyna”
Na Dolnym Mieście działa stowarzyszenie Opowiadacze Historii Dolnego Miasta w Gdańsku. Zaświeciła mi idea, że pan Szymon jest ich członkiem a jego teksty pisane powstają na drodze transkrypcji przewodnicko-popularyzatorskich gawęd. Popełniane przez niego błędy są spotykane i bardziej tolerowane w języku mówionym. Znowu jednak pudło! Na liście członków Stowarzyszenie to nazwisko nie figuruje. Nie zmierzam znęcać się nad młodym miłośnikiem historii Gdańska. Autor Nieprzewodnika rzeczywiście posiada bogatą wiedzę na temat swego miasta. Braki wykształcenia historycznego powodują jednak, że im głębiej zapuszcza się w dziedzinę historii powszechnej tym jego teksty robią się bardziej mętne. Co nie znaczy, że z lektury Nieprzewodnika nie dowiedziałem się czegoś nowego o Gdańsku. A nie było to proste, gdy oczy zalewały łzy śmiechu, a ręka nerwowo szukała ołówka, by zaznaczyć kolejną niedoskonałość tekstu.
Popsioczywszy na autora warto zastanowić się jak pod logo wydawnictwa Bezdroża mógł ukazać się ten wyrób przewodnikopodobny (formalnie rzecz biorąc wydawcą jest Helion S.A. z Gliwic). Ciekawe, kto i dlaczego wpadł na pomysł, by uroczy gawędziarz z Trójmiasta sprawdził się jako autor książki? Tego się pewnie nie dowiemy. Natomiast swoimi nazwiskami jako redaktor prowadzący oraz osoba odpowiedzialna za redakcję dziełko to firmują pan Paweł Sondej i pani Agnieszka Muzyk. Czy tylko mnie wydaje się, że nazwiska te znalazły się na stronie redakcyjnej całkowicie przypadkowo?

“Miałam wobec tej książki naprawdę wysokie oczekiwania – i nie zawiodłam się ani trochę” z opinii o książce na stronie www Bezdroży (literacki.kociołek Włodarska Patrycja). To dosyć typowa afirmacja twórczości literackiej autora, a porównałem wiele opinii czytelników. Najdalej idące słowa krytyki dotyczyły braku zdjęć i ilustracji. Niechlujstwo językowe Nieprzewodnika nie stanowiło żadnego problemu. Przyjmowano je jako przejaw “żywego języka” używanego przez autora i przeciwstawiano sztywności tekstu tradycyjnych przewodników. Jak wiadomo fabryki rosyjskich trolli siejących dezinformację wśród łatwowiernych europejskich odbiorców to obecnie głównie programy sztucznej inteligencji. Aż kusi mnie, by postawić tezę, że w miarę wolnych mocy przerobowych produkują one pozytywne recenzje dla wszystkich chętnych ponieść koszty tych operacji. Kto wie, może są wśród nich i wydawnictwa z Polski?
To zawsze ryzykowne, gdy ktoś zajmujący się, nawet amatorsko, pisaniem bierze się za ocenę umiejętności innego autora. Wszak i mnie zdarzają się pomyłki. Tyle, że ja regularnie wracam do moich tekstów i staram się wyeliminować z nich błędy i przejawy siermiężności. Nie mam do współpracy osób mieniących się redaktorami. I mój produkt nie jest rozprowadzany w cenie sugerowanej 59,00 PLN. Tak więc, pokornie upraszam: Znoście moją pisaninę jeszcze przez jakiś czas! A gdy znajdziecie w niej błędy językowe, wytknijcie je, a ja obiecuję stosowne korekty. Wszyscy bowiem winniśmy być świadomi, że “Polski język – trudny język”!








































































































































































