Kategorie
Polska

Miedzy Juchami a Ełkiem, albo o niedocenianej stolicy Mazurów

Moja, świętej pamięci, irlandzka ciotka podczas swojej jedynej wizyty w Polsce zatrzymała się w Warszawie, w hotelu Polonia. Mając z okna widok na Pałac Kultury i Nauki skomentowała go słowami “What a beautiful cathedral!”. Powiedzonko to zyskało w naszej rodzinie wręcz anegdotyczny status. Skądinąd, podobna pomyłka interpretacyjna zdarza się gościom z tzw. Zachodu dosyć regularnie. Bo, tradycyjnie rzecz ujmując, miejsce biskupiej posługi winno wyróżniać się długą historią, prestiżowym położeniem, imponującymi rozmiarami, strzelistością wież i wspaniałością zdobień. Czyż, poza pierwszym kryterium, pozostałe nie przyświecały też tak sowieckim jak i polskim pomysłodawcom wzbogacenia panoramy stolicy takim właśnie pomnikiem Stalina? 

Przedostatni etap kształtowania struktury administracyjnej Kościoła Rzymskokatolickiego w Polsce w 1992 roku wyawansował do rangi stolic biskupich kilkanaście miast. Powstała konieczność wyznaczenia kościołów mających odtąd pełnić rolę katedr. Zazwyczaj kierowano się wymienionymi wyżej kryteriami. Kilku nowomianowanych hierarchów podjęło jednak śmiałe, a niezrozumiałe decyzje. Wszystkich przelicytował biskup rzeszowski wybierając nowo zbudowany, wątpliwej urody, kościół, 3,5 km od centrum, w otoczeniu osiedli domków jednorodzinnych i ogródków działkowych. Natomiast biskup ełcki zdecydował się na wybranie, wprawdzie jednego z dwóch historycznych kościołów w centrum miasta, ale był to obiekt mniejszy i położony bardziej na uboczu, zwany przez mieszkańców, nie bez kozery, “małym kościołem”. Ponieważ motywy podobnych decyzji w Kościele Katolickim w Polsce nie podlegają żadnej dyskusji można się tylko domyślać, że jakąś rolę odegrać mógł fakt, że świątynia ta, powstała w latach 90-tych XIX w. od razu jako katolicka, a duży kościół, mimo, że od 1945 roku pozostawał we władaniu katolików, był jednak stawiany jako ewangelicka kircha.

Katedralny kościół pod wezwaniem św. Wojciecha miał szczęście uniknąć zniszczeń podczas obu dwudziestowiecznych wojen światowych. Podczas pierwszego konfliktu, gdy Ełk był trzykrotnie zajmowany przez wojska rosyjskie, a znaczne zniszczenia powstały w rezultacie walk obydwu armii, decydować mogły jego mniejsze rozmiary – posterunki obserwacyjne lokowano na najwyższych wieżach miasta. Świadome tego wrogie wojska starały się takie punkty zniszczyć i w przypadku “dużego kościoła” to im się udało. Podczas II Wojny Światowej Niemcy opuścili miasto bez walki, a zniszczeń dokonano podczas grabieży miasta realizowanej przez żołnierz Armii Czerwonej i polskich szabrowników. Podobno ówczesny proboszcz i dziekan ełcki ks. Karl Fox zabezpieczył świątynię witając na jej progach słowiańskich zdobywców winem mszalnym i kawą. Pomogły mu w tym dziele znajomość języka polskiego (był Warmiakiem) oraz doświadczenie wyniesione z wcześniejszej pracy w Wielbarku, gdzie podczas I Wojny Światowej zaznał atrakcji związanych z zajęciem miasta przez wojska carskie. Co do popularności wina mszalnego wśród łupieżców dóbr poniemieckich nie mam żadnych wątpliwości. Natomiast co do kawy, żywię podejrzenia, że dzielny kapłan częstował raczej jakimś Erzact Kaffee z cykorii, żołędzi i suszonych buraków. Po spożyciu odpowiedniej ilości wina i innych spirytualiów smak czarnego naparu nie odgrywał przecież już większej roli.

Ksiądz Fox biorąc pod uwagę opisany wyżej czyn, jak też pomoc polskim robotnikom przymusowym i francuskim jeńcom wojennym, został pozytywnie zweryfikowany i mógł już jako Karol Foks, zostać w Prusach Wschodnich (zwanych wkrótce Mazurami). Jednak nie w swojej parafii. Podobno dobrze nie układała się jego współpraca z przybyłymi ze starej Polski duchownymi. Dogadał się za to doskonale ze swoimi nowymi parafianami w podełckich Starych Juchach. Niezłe osiągnięcie, jak na człowieka dobiegającego siedemdziesiątki, który musiał zrozumieć i polubić swoje nowe owieczki przybyłe w większości z okolic Suwałk, Augustowa i Grajewa z bagażem nie tylko doświadczeń wojennych, ale i życiowych jakże innych niż mieli katolicy Prus Wschodnich.

Jednak nietuzinkowy życiorys ełckiego i starojuskiego proboszcza nie był magnesem, który przyciągnął w połowie marca mnie, Podziomka i naszą czteroletnią wnuczkę do Starych Juch. Musiałem wywiązać się z obietnicy, przez Podziomka postrzeganej jako groźba, że będziemy zwiedzać w Polsce miejscowości o niezbyt zachęcających nazwach (patrz opis wyjazdu do Kobylej Góry). Dla mnie niemałą wagę miał fakt, że dom, w którym się zatrzymaliśmy należał do parafii metodystycznej. Nie nazwałbym tego turystyką ekumeniczną, ale jest to jakiś sposób studiowania rozmaitości wyznaniowej w naszym kraju. Byliśmy już u zielonoświątkowców w Świdnicy, u prawosławnych w Sokołowsku pod Wałbrzychem, teraz przyszedł czas na ewangelików-metodystów pod Ełkiem. Najważniejsza jednak była krajobrazowa atrakcyjność terenów między Ełkiem a Giżyckiem. Jan, mój przełożony z czasów pracy w Amerykańskim Korpusie Pokoju, zwykł mówić, że gdyby przyszło wybierać mu miejsce zamieszkania w Polsce osiadłby właśnie w tym regionie.

Mazury, poza sezonem letnim, pogrążone są w ciszy i zadumie. Jedyny w Starych Juchach pensjonat z prawdziwego zdarzenia jest czynny tylko w cieplejszej porze roku. Było to ważne o tyle, że oferuje  on wówczas usługi restauracyjne. Podobnie dzieje się z miejscowym barem oraz punktem serwowania kawy i gofrów. Na szczęście, solidna oferta miejscowych sklepów pozwalała nam przygotowywać posiłki w domu. Z drugiej strony, niedogodność ta zachęcała do uprawiania turystyki kulinarnej, obserwacje z której opiszę poniżej.

Tradycyjna nazwa mazurska to Jucha. Do 1929 były aż trzy Juchy: Stara położona na południe od linii kolejowej Ełk-Giżycko, Nowa na północ od tej magistrali oraz Orla obejmująca majątek ziemski (zwany w Prusach domeną) położona w północno-wschodniej części miejscowości. Po ich połączeniu nazwa przybrała formę mnogą. Jakie jest pochodzenie tej oryginalnej nazwy? Otóż w lasku na wschód od Orlej Juchy od wieków leży pokaźny głaz narzutowy. W jego okolicy poszukiwacze niemieccy znaleźli ukryte pod ziemią pokaźne ilości kości zwierzęcych. Sam głaz uznano więc za jaćwieski ołtarz ofiarny. Podobno były na nim rdzawe wykwity żelaza, co interpretowano jako ślady krwi ofiar. Że zaś jednym z dawnych określeń krwi jest jucha, stąd określenie tą nazwą miejscowości. Ciekawostką jest, że w kamieniu mającym status pomnika przyrody wyryto, już za czasów polskich, bardzo akuratnie, wyjaśnienie co właśnie się przed nami znajduje. Można się wprawdzie burzyć na naruszenie piękna naturalnej struktury, lecz trzeba przyznać że żywotność tak wykonanej informacji znacząco przewyższa jakiekolwiek, których nośnikiem są tablice z blachy czy pleksiglasu.

Stare Juchy nie są nadmiernie przyjazne turyście. Pochodzący z XVI w. kościół, surowy produkt wczesnego luteranizmu, a pamiętajmy, że Prusy Książęce były pierwszym państwem, w którym wyznanie to uznane zostało za panujące, przypomina podobne w stylu świątynie w sąsiednich Wydminach czy Gołdapi. We wnętrzu ma cenny 400 letni tryptyk ołtarzowy i niewiele młodszą ambonę. Cóż kiedy przyjrzeć się im, pomijając uczestnictwo w nabożeństwach, można tylko z kościelnej kruchty. Dwór w Orlej Jusze, odbudowany po zniszczeniach I Wojny Światowej, jest centrum funkcjonującego przedsiębiorstwa rolnego i przyjrzeć mu można się tylko z daleka. W tej sytuacji położony na przydrożnym wzgórzu dworski cmentarz rodziny Gruberów z interesującymi żeliwnymi krzyżami urasta do rangi największej dostępnej atrakcji wykonanej ludzkimi rękoma. O ile nie brać pod uwagę ciekawego urbanistycznego założenia Starej Juchy, które przybrało formę półkola przeciętego promieniami ulic wychodzących z centralnego placyku przed kościołem. 

Wędrując jedną z nich (Mazurska) pod górę dociera się do położonej na skraju zabudowy wieży widokowej. Warto się na nią wdrapać, gdyż podziwiać z niej można widok nie tylko na centralną część Starych Juch, ale i na długie jezioro Jędzelewo z dwoma wyspami, zgodnie z parametrami zwanymi Małą i Dużą, położone ku pd-zach. jeszcze wyższe wzgórze z wieżą GPS oraz Piaskową Górę na północnym brzegu jeziora. Jest ona pozostałością dawnej kopalni piasku. Udaliśmy się na nią dwukrotnie. Najmłodsza uczestniczka nie mogła przegapić możliwościa zabawy w tak wielkiej, w dodatku mocno zwerytykalizowanej, piaskownicy. Wzgórze dostarcza imponujące wrażenia widokowe, a miłośnicy kolei żelaznych mają okazję śledzić przejeżdżające tuż u jego podnóża składy Polregio i Intercity. Nam udało się uniknąć uciążliwego towarzystwa quadów i ich kierowców, ale lojalnie ostrzegam, że lubią oni ćwiczyć tam swoje umiejętności.

Podróżowanie z czterolatką nie daje wiele możliwości odwiedzania muzeów, wystaw i świątyń w przeciwieństwie do placów zabaw, mini zoo czy mostów, z których można rzucać do wody “misie patysie”. Więcej niż satysfakcjonującą ofertę podobnych atrakcji zapewniły nam tak Stare Juchy jak i powiatowa metropolia w Ełku. Prognozy pogody zapowiadały dwa dni deszczowe, kiedy to zaplanowaliśmy wizyty w ełckim parku trampolin. Prognozy się nie spełniły, ale my nie zrezygnowaliśmy z szaleństwa zabaw pod dachem dostępnych w ofercie parku. Podziomek dzielnie towarzyszył Zosi skacząc, wspinając się i zjeżdżając z górki na pazurki. Licznie odwiedzająca to miejsce dzieciarnia przedszkolna i grupy szkolne patrzyły na nią z podziwem, bo ich opiekunki okopały się w barku ograniczając się do konsumpcji kawy i strofowania najbardziej niesfornych uczestników zabaw. “Duży kościół” udało nam się jednak odwiedzić. Jego wnętrze zyskało swój obecny wygląd na przełomie lat 50-tych i 60-tych XX w. i jest wyjątkowo harmonijne. To znaczy, iż motywy z polichromii obecne są też na ławkach i konfesjonałach. Tyle, że autor polichromii – prof. Drapniewski z pomorskiego Pelplina wykorzystał w kolorystyce oraz motywach geometrycznych i roślinnych raczej wzorce kaszubskie niż lokalne, mazurskie. Przed kościołem wznosi się postument zwieńczony figurą Jezusa Chrystusa. Zawsze wydawała mi się ona zbyt mała w stosunku do podstawy. Sęk w tym, że zastąpiła ona pochodzącą z czasów pruskich figurę Nike, która to wieńczyła pomnik żołnierzy poległych w wojnie prusko-francuskiej 1870 roku. Analizując fotografie starego pomnika nie mogę się zdecydować czy jego proporcje były o wiele lepsze.

Historycznie rzecz biorąc, Ełk, podobnie jak Suwałki, składał się z jednej tylko ulicy. Biegnąc równolegle do wschodniego brzegu jeziora Ełckiego pełniła ona wszelkie miejskie funkcje, w tym targową. Nic dziwnego, że przez lata nazywano ją, po prostu, Główną (Hauptstrasse). Z czasem i zmieniającymi się wiatrami społeczno-politycznymi zmieniano jej nazwę na Kaiser Wilhelm str., Strasse der SA, a w końcu Wojska Polskiego. Dopiero po 1868 roku, gdy do miasta doprowadzono linię kolejową z Królewca wytyczono trzy ulice łączące ulicę Główną z terenami kolejowymi, a wkrótce i ich przecznice. Właśnie na skrzyżowaniu Głównej z ulicą prowadzącą do dworca kolejowego, w najwyższym punkcie nadjeziornej skarpy, wznosi się gmach “dużego kościoła”. Zatem centrum Ełku jest dzieckiem kaiserowskiej szkoły urbanistycznej. Nie mogło w niej zabraknąć reprezentacyjnego placu (Koenigin Luiseplatz, obecnie Park Solidarności), otoczonego wielkomiejskimi gmachami z wymuskaną zielenią i pomnikami (dawniej Hindenburga, dzisiaj mazurskiego poety Michała Kajki). Po zniszczeniach I Wojny Światowej nowe budynki odbudowano (NB, partnerem w tym przedsięwzięciu było nietknięte przez działania zbrojne miasto Opole) jako większe i bardziej imponujące niż ich poprzedniczki. To wszystko sprawia, że Ełk, nawet w porównaniu z innymi wschodniopruskimi miastami sprawiał porządniejsze i bardziej dostojne wrażenie. Cóż dopiero mówić o polskich miastach za pobliską granicą. Zachował się raport konsula polskiego w Ełku z lat 30-tych XX w. Dyplomata porównywał w nim ówczesny Ełk z Grajewem twierdząc, oględnie mówiąc, że to drugie nie stanowiło bynajmniej godnego okna wystawowego Rzeczpospolitej. 

Tu dochodzimy do kwestii stołeczności Ełku. Za czasów niemieckich używano określenia Lyck – Hauptstadt Masurens, czyli stolica Mazurów a nie krainy historyczno-geograficznej, którą obecnie zwiemy Mazurami. Wynikało to po części ze znaczenia kulturalnego. Miasto już od XVI w. było siedzibą szkoły średniej. W tym samym czasie polski luteranin Jan Małecki (znany też jako Joannes Sandecensis czy z niemiecka jako Johannes Maletius)założył w swoim majątku pod miastem drukarnię. Spod prasy drukarskiej tej oficyny wyszły m. in. katechizm luterański i autorski przekład Nowego Testamentu na język polski. W późniejszym czasie w mieście działało seminarium nauczycielskie i sąd krajowy. W końcu Ełk stał się ważnym węzłem kolejowym. Na połączonej mostem z miastem wyspie, w budynkach pozamkowych, mieściło się więzienie nazwane przez Zygmunta Rogallę, bohatera powieści “Muzeum ziemi ojczystej” autorstwa ełczanina Siegfryda Lenza, najpiękniejszym na Mazurach. To pozwoliło mieszkańcom miasta patrzeć z góry na sąsiadów z innych pogranicznych miast wschodniopruskich. Jednak to głównie wynik plebiscytu 1920 roku, a właściwie rozmiary zwycięstwa niemieckiego (tylko 7 głosów za Polską) i panująca w kolejnych latach  atmosfera  patriotycznego wzmożenia, zachęciły niemieckich mieszkańców miasta do używania terminu stolica Mazurów. 

W latach 90-tych XX w. próbowano ożywić to określenie. Obecnie władze miejskie już tego nie robią, ale pojęcie funkcjonuje w obrocie publicystycznym i w Internecie. Wywołuje to prześmiewczo-gniewne komentarze w innych miastach mazurskich. Nic dziwnego, skoro Mazury nigdy nie zaistniały jako wydzielona jednostka terytorialno-administracyjna. Nie miały więc realnej potrzeby posiadania stolicy. Co więcej, o ile do świadomości ogółu dotarło już, że w ramach Prus Wschodnich istniały, obecnie znajdujące się w Polsce, regiony Mazur i Warmii, o tyle precyzyjne wskazanie, gdzie przebiegały ich granice uda się pewnie tylko nielicznym. Pretensje do stołeczności położonego na skraju mazurskiego rogala Ełku wydają się skazane na niepowodzenie. Co rzekłszy, trzeba przyznać, że miasto ma największą wśród mazurskich grodów liczbę mieszkańców, malownicze położenie nad jednym ze znaczniejszych jezior w regionie, a w dodatku posiada, moim zdaniem, najbardziej imponujacy i najdłuższy waterfront na Mazurach. Wystarczy porównać co w tej dziedzinie ma do zaoferowania, pretendujące również do regionalnej stołeczności, Giżycko.

Kulinarna oferta Ełku nie podlega sezonowym wahaniom. Szczególnie rzuca się w oczy, co cieszy miłośników małej czarnej, znaczna liczba kawiarni. Co ciekawe kilka działających w mieście i okolicy zakładów piekarniczych zdecydowało wzbogacić ofertę o kawę i słodycze. To jednak zawsze ryzyko, że panie sprzedawczynie chleba i bułek, obciążone dodatkowo obowiązkami baristy, nie nie podołają nowej roli. Odwiedziliśmy taki lokal na jednym z nowych osiedli. Wystrój wnętrza i oferta były ciekawe, ale surowa pani, komenderująca gośćmi niczym sierżant w koszarach, była jakby z innej bajki. W tej sytuacji do miana kawiarni numer 1 w naszym rankingu urosła ełcka gałąź giżyckiej sieciówki, gdzie codziennie serwuje się inne wypieki. Nawiasem mówiąc, w tym samym lokalu, ale pod innym szyldem, raczyliśmy się kawą odwiedzając Ełk przed 10 laty. Wśród restauracji ilość chyba nie przeszła w jakość, choć tu moja ocena może być zaburzona przez fakt odwiedzenia tylko dwóch lokali. Pechowo dla Ełku już pierwszego dnia pobytu odkryliśmy restaurację w Wydminach, gdzie nie tylko menu, ale i porozwieszane po ścianach rowery, dwoje kocich rezydentów oraz schodki zbiegające z parkingu do garbatego mostku przez odnogę jeziora Wydmińskiego skradły nasze serca. Podobny poziom, tak gastronomicznie jak i stylistycznie prezentował zajazd w Upałtach pod Giżyckiem. Tyle, że ten miał jedną ścianę ukrytą za kolekcją nart biegowych, które, a jakże!, są zimą do wypożyczenia. No i położenie bliżej wód jeziora, co umożliwiało obserwację mew, kaczek i kormoranów znad talerza.

Garbaty mostek w Wydminach

Muzeum Historyczne w Ełku mieści się w budynku dawnej stacji kolei wąskotorowej prowadzącej z miasta do dawnej granicy prusko-polskiej. Obecnie na skróconej trasie kursują tylko sezonowe składy turystyczne. Grupa entuzjastów kolei uratowała najpierw ruch na tej linii, potem założyła muzeum kolei wąskotorowej, które ostatecznie przybrało format miejskiej instytucji kultury o znacznie szerszym spektrum zainteresowań. Jak można oczekiwać wokół budynku stoi wiele lokomotyw i wagonów kryjących we wnętrzach ekspozycję dotyczącą kolei. Odwiedziliśmy też bogato zaopatrzony sklepik muzealny, gdzie nabyłem m. in. wspomnianą wcześniej powieść Lenza. Pozostałe pomieszczenia nie wyglądały na zagospodarowane, muzeum jest jednak bardzo aktywne w przybliżeniu historii miasta i regionu organizując spotkania, wydając książki a nawet przygotowując filmy (np. ciekawą serię spacerowników po mieście). Wujek Google zorientowawszy się, że interesuje mnie tematyka związana z Ełkiem zaczął dosłownie zasypywać mnie sugerowanymi linkami. Co ciekawe, było ich znacznie więcej niż w przypadku odwiedzonego niedawno Gniezna. To oczywiście pochodna dostępności materiałów w sieci, a te generują głównie internauci. Porównawszy charakter internetowych materiałów o Gnieźnie i Ełku zorientowałem się, że w pierwszym z tych miast narracja w niewielkim stopniu ześrodkowana jest na specyfice miasta. Opowiada raczej historię Polski ilustrując ją przykładami z historii lokalnej. W Ełku tymczasem, nie próbowano dowodzić, że jego historia jest podobna do innych miast w Polsce. Zamiast tego skupiono się na odmiennościach, które zebrane do wspólnego worka z historią innych miast i regionów tworzą dopiero urozmaiconą historię kraju. 

Więzienie wyprowadziło się z ełckiego zamku w 1970 roku. Od tego czasu jego budynki stały puste i niszczały. Od ich zakupu przez prywatnego inwestora do rozpoczęcia widocznych prac rekonstrukcyjnych musiało minąć 14 lat. Żmudne negocjacje z kolejnymi konserwatorami zabytków doprowadziły do decyzji pozwalającej na nadanie mu, nietypowej jak na Mazury, formy barokowej. Wszystko z powodu braku historycznych planów zamku i ubóstwa źródeł ikonograficznych. Dowiedziono natomiast, że zamek jest w obecnej postaci większy niż w średniowieczu. Znaleziono też uwiecznioną gdzieś na elewacji wschodniej datę 1696. Żeby więc nie pomniejszać kompleksu do gotyckiego jądra zdecydowano się na barok. Dzisiaj jeden z budynków zamkowych jest już pokryty dachówką, ma wstawione okna i jest potynkowany na kolor pośredni między czerwienią a pomarańczą, co jest prawdziwą rewolucją dla obiektu i mieszkańców miasta, którzy przywykli do jego białych tynków. Drugi, ten z odtworzonym barokowymi szczytami czeka jeszcze na wykończenie. Ciekawe czy zostanie zachowany oryginalny więzienny mur z wieżyczką strażniczą? W każdym razie budynki wzbogacają już panoramę miasta. To kolejny powód by, bez względu na wątpliwy tytuł do stołeczność Mazur, zatrzymać się w mieście na obrzeżach tego regionu.

Kategorie
Polska

W mieście królów, królików i hokeistów na trawie czyli Walentynki w krainie cudu

Tuż przed końcem roku szkolnego 1972/73, ostatniego spędzonego w białostockiej szkole podstawowej nr 4, wziąłem udział w szkolnej wycieczce do Wielkopolski. Odwiedziliśmy Kruszwicę z Mysią Wieżą, Gniezno oraz Poznań. Wtedy to po raz pierwszy byłem w gnieźnieńskiej katedrze. Wstyd powiedzieć, ale jej materialne wspaniałości nie utkwiły w mej pamięci 14- latka. Za to historia opowiedziane przez przewodniczkę już tak. Prawdopodobnie dlatego, że jej bohaterem był duch. I to duch patriota, który w zamienionej przez Niemców w czasie okupacji na salę koncertową świątyni, wypłoszył żądną kulturalnych wzruszeń teutońską publikę. Zdaje się, że przewodniczka sugerowała wręcz boską ingerencję Chrystusa, który zszedł z krzyża na łuku tęczowym świątyni. Mógł to być też jednak św. Wojciech pochowany przecież w katedrze, którego wspaniała, barokowa konfesja, kryjąca relikwiarz,  zamyka nawę główną. Dostępne w internecie zestawienie gnieźnieńskich duchów wykazuje nadpopularność biskupa misyjnego Jordana i króla Bolesława Chrobrego, nie wspominając już o drobnicy w rodzaju tajemniczego mnicha (bywa, że w wersji bezgłowej – kłania się wpływ Harrego Pottera i Szkoły Magii w Hogwarcie) czy czarnego rycerza. W każdym razie nie odpowiadała mu narodowość słuchaczy, a może jednak repertuar koncertu.

Szkoda tylko trochę, że była to jednorazowa interwencja, a nie permanentna opieka. Przydałaby się bardzo w styczniu 1945 roku, gdy dwa dni po zajęciu miasta przez Armię Czerwoną ustawione na rynku czołgi “wyzwolicieli” rozpoczęły kilkugodzinny ostrzał, doskonale widocznej w perspektywie ulicy Tumskiej, katedry. Później tłumaczono, że na wieży ukrywał się niemiecki snajper, nikt jednak nie pamięta efektów jego działalności, za to rezultaty pracy tankistów w postaci spalonego dachu i zawalonego sklepienia świątyni straszyły do czasu odbudowy. W jej trakcie regotyzowano wnętrza noszące od końca XVIII wystrój klasycystyczny. Wtedy też zlikwidowano ołtarz główny, którego elementy można obecnie obejrzeć na wystawie w Muzeum Archidiecezjalnym. Otwartym pytaniem jest czy sowieccy czołgiści mogli wziąć katedralnego ducha za niemieckiego snajpera, natomiast nieświadomie przyczynili się do tego, że dzisiaj widzimy katedrę w tej, a nie innej szacie architektonicznej.

W Gnieźnie byłem kilkakrotnie w latach dziewięćdziesiątych XX w. Z tych czasów zapamiętałem stwierdzenie siostrzenicy Podziomka na widok gierkowskiego blokowiska na wjeździe – “Nareszcie prawdziwe miasto” oraz fakt, że nieistniejący już hotel, w którym się zatrzymałem, wyposażony był w modułową łazienkę ewidentnie przeznaczoną do urządzania wnętrz okrętowych. Jakieś 10 lat temu trafiłem też do miasta z grupą ukraińską, ale z tego co pamiętam odwiedziliśmy miejscowe wodociągi oraz zjedliśmy obiad, a na zwiedzanie nie znaleźliśmy czasu. Zmieniło się to dzięki wdrożonemu w ostatnich latach zwyczajowi świętowania Walentynek w kolejnych polskich miastach. Tak więc po zeszłorocznej wizycie w Chełmnie, tym razem świętowaliśmy w prymasowskiej siedzibie, a zarazem najstarszej diecezji rzymskokatolickiej w Polsce.

Oczywiście, w programie musiało znaleźć się Wzgórze Lecha. Pewnym zaskoczeniem dla mnie było, że katedra nie wznosi się wcale w jego najwyższym punkcie. To okupuje czworobok gmachu muzeum i archiwum Archidiecezji Gnieźnieńskiej. Jako, że tylko w części bramnej ma on dwie kondygnacje w żaden sposób nie dominuje w krajobrazie. Pewnikiem pozostaje, że po wizycie w kasie z biletami w ręku schodzi się w stronę katedry po schodkach w dół. Mijany po drodze kościółek św. Jerzego z art-decowską rzeźbą patrona nad wejściem powstał już w XII w., ale te czasy przypominają tylko niektóre z kamieni użytych do wymurowania jego ścian. Pod koniec XVIII w. podniesiono go z ruin i nadano styl barokowo-klasycystyczny. W cieniu katedry rozrzucone są też budynki kanonii, o różnorakiej, często wielce urozmaiconej architekturze. Całość tworzy malowniczy, zachęcający do powłóczenia się bez celu, kompleks swoistego duchownego miasteczka położonego niby w centrum, a jednak wyraźnie odbiegającego stylem od pobliskich budynków świeckiej części miasta.

Nie podejmuję się opisać bogatego wyposażenia wnętrz katedry. Informację takową zawierają rozliczne opracowania naukowe oraz, zwłaszcza dawniej wydane, przewodniki. Siłą rzeczy skupię się więc na wrażeniach. Wnętrze świątyni oddziaływuje na zwiedzającego poprzez kontrast między ascetycznym gotykiem nawy głównej, a rozbuchanym stylowo i informacyjnie barokiem zamykającej ją od strony wschodniej konfesji św. Wojciecha. Podobnie kontrastują nawy boczne z obiegającym cały kościół (w tym i jego prezbiterium)  łańcuchem kaplic bocznych. Oddzielone od reszty kościoła ozdobnymi kratami kryją niesłychaną rozmaitość obrazów, rzeźb i kościelnego wyposażenia w stylistyce od renesansowej po klasycystyczną. Każda z kaplic zawiera bogactwo dzieł sztuki, którymi z łatwością możnaby obdzielić przeciętnej wielkości kościół pozagnieźnieński. Kaplice przez większą część roku pozostają zamknięte z wyjątkiem tych, w których ulokowane są konfesjonały oraz przechowywany jest sakrament Eucharystii. Z ciekawostek: w dniu św. Walentego otwierana jest kaplica kryjąca relikwie patrona miłości. 

Katedra gnieźnieńska stanowi swoiste mauzoleum arcybiskupów i kanoników kolegiaty katedralnej. Pomniki nagrobne w większości wykonane zostały w piaskowcu bądź marmurze. Ich ilość powoduje jednak pewne zobojętnienie na prezentowane walory artystyczne. Właśnie dlatego, moją uwagę najbardziej przykuła spiżowa płyta nagrobna zmarłego w roku 1480 arcybiskupa Jakuba z Sienna. Ciekawa technika wykonania, oddająca tylko dwuwymiarowe kontury upamiętnianej osoby wraz z niezbędnymi jej rekwizytami, pozostawia wiele pola dla wyobraźni doszukującej się w nikłych zarysach, a to postaci Ewangelistów, to apostołów czy aniołów. Oczywiście, w dziedzinie metaloplastyki niezagrożoną pozycję mają Drzwi Gnieźnieńskie. Dostępne z osobnej kruchty, tylko z przewodnikiem, po wykupieniu biletu w kasach muzeum. Ciekawe, że wszystkie opracowania i przewodnicy mówiąc o odmiennej technice wykonania obu połaci drzwiowych zwracają uwagę na różnice w ich wysokości oraz barwie użytego stopu metali. Tymczasem, najbardziej rzucającym się w oczy dowodem jest różnica w położeniu lwich głów podtrzymujących obręcze służące jako uchwyty umożliwiające otworzenie wierzei. Dodatkowo, lewa główka jest filuternie przekrzywiona, podczas gdy prawa pozostaje w pozycji wertykalnej. Wyjątkowość tych drzwi jest tak wielka, że zupełnie przyćmiewa wspaniały, lecz 200 lat młodszy gotycki tympanon. Ukazuje on między innymi, postać Chrystusa na tronie z dwoma mieczami w ustach. Dosyć rzadkie na ziemiach polskich odzwierciedlenie ma teologiczne uzasadnienie w Apokalipsie wg św. Jana, która mówi o mieczu obosiecznym symbolizującym, że Chrystus osądza nie mieczem, lecz słowem stosując przy tym dwoiste zasady, zarówno sprawiedliwości jak i miłosierdzia.

Gotycki portal nad drzwiami z figurą Chrystusa z mieczem obosiecznym w ustach

Obecny, barokowy wygląd konfesji św. Wojciecha nie był takim od swego zarania. Relikwiarz w formie trumny jest jego częścią najstarszą, pochodzącą z roku 1662. Wykonany został w pracowni gdańskiej mistrza Petera von der Rennen, nota bene wyznawcy religii kalwińskiej. Ciekawostką jest, że w tym samym czasie otrzymał on też zlecenie na wykonanie relikwiarza drugiego patrona Polski – św. Stanisława dla katedry wawelskiej.

Dwadzieścia lat młodszy jest baldachim, ale już srebrne figury przedstawicieli czterech stanów podtrzymujące na ramionach relikwiarz wykonane zostały dopiero w końcu XIX w. Fotografia z 1915 roku przedstawia konfesję bez solidnego postumentu z czarnego marmuru wynoszącego obecnie część figuralną kompozycji wysoko ponad głowy wiernych. A ukryty za konfesją i widoczny najlepiej z ambitu (obejścia prezbiterium) nagrobek świętego to prawdziwy wędrowniczek. Pierwotnie stał on pod baldachimem kamiennym w miejscu obecnej konfesji. Uszkodzony podczas pożaru w 1613 roku, po rekonstrukcji znalazł się w kapitularzu – pomieszczeniu pod chórem katedry. Skąd zawędrował, w trakcie odbudowy po zniszczeniach czerwonoarmijnych, w obecne miejsce. Nawiasem mówiąc, niedostępne obecnie do zwiedzania, pomieszczenia kapitularza przed wojną było miejscem eksponowania zarówno wspaniałego XV-wiecznego tryptyku z Zieleńca jak i starszej o półwiecze rzeźbiarskiej sceny Opłakiwania z Gościeszyna. Obydwa dzieła stanowią obecnie eksponaty Muzeum Archidiecezjalnego. 

Skarby, w tym relikwie, katedry od dawna przyciągały uwagę wszelkich rabusiów. Historia odnotowała łupieżcze najazdy Czechów (zabrano wtedy większość szczątków świętego Wojciecha), Krzyżaków i Szwedów. W czasie II Wojny Światowej Niemcy, mimo desakralizacji świątyni, nie interesowali się jej wyposażeniem. Wyjątkiem był, pochodzący z katolickiej Nadrenii, sierżant Wehrmachtu imieniem Urban Thelen, który za namową księży z Inowrocławia przewiózł tam pociągiem schowane w specjalnej skrzyneczce relikwie świętego. Przetrwały one bezpiecznie wojnę ukryte pod podłogą zakrystii miejscowego kościoła św. Mikołaja. W XX w. katedra była miejscem zuchwałych włamań. Pierwszego w 1923 roku, kiedy to z katedralnego skarbca zrabowano kilka wartościowych kielichów i monstrancji jak też relikwiarz głowy św. Wojciecha (oglądany obecnie w muzeum jest tylko kopią). Z kolei, w 1986 włamywacze ukradli z konfesji postać św. Wojciecha, pastorał biskupi, poduszkę, trzy aniołki, odłamali też skrzydła sześciu orłom. Zanim zostali złapani zdążyli przetopić łup. Obecnie widoczne figury zostały wiernie odtworzone z odzyskanego stopu.

W przedwojennym “Przewodniku po pamiątkach Gniezna” autorstwa księdza Tadeusza Trzcińskiego opisowi katedry poświęcono 79 stron, podczas gdy pozostałe dziewięć kościołów miasta pomieściło się na stronach 29. Czy naprawdę są one nie warte odwiedzenia? Nic bardziej mylnego! Przede wszystkim, historia większości z nich sięga średniowiecza i jest to widoczne w niektórych elementach ich architektury. Po wtóre, wieńczą one większość z siedmiu wzgórz, na których rozciąga się miasto. Ich wieże urozmaicają panoramę Gniezna. Co ważne, z dwoma wyjątkami, kościoły te były dostępne dla zwiedzających poza godzinami nabożeństw. Wyposażenie, rzeczywiście nie jest imponujące, ale w każdym z nich można znaleźć coś ciekawego: kipiącą detalami ambonę w formie łodzi w kościele farnym, relikwiarz bł. Jolendy (siostry św. Kingi, co to Polszcze sól przyniosła) u Franciszkanów, rzeźbę patrona z narzędziem męki na zewnętrznej ścianie kościoła św. Wawrzyńca czy wczesnogotyckie polichromie w prezbiterium u św. Jana. Tych ostatnich nie udało nam się jednak zobaczyć. Podobno Muzeum Archidiecezji organizuje w południe dni powszednich wycieczki z przewodnikiem, ale dowiedzieliśmy się o tym zbyt późno, by zmienić coś w naszym harmonogramie. Z ciekawostek poza trasą naszej wycieczki, w nowozbudowanym kościele bł. Radzyma Gaudentego chrzcielnica ma formę basenu w kształcie równoramiennego krzyża. Na życzenie organizuje się tam chrzty poprzez zanurzenie. W tej rzymskokatolickiej parafii praktykuje się więc (pytanie tylko jak często?) obrzęd jakby żywcem przeniesiony z kościoła baptystów.

Oprócz uszkodzenia katedry Gniezno nie doznało zniszczeń podczas II Wojny Światowej. W szeroko rozumianym centrum prócz kilku plomb z lat 60-tych XX w. dominuje zabudowa z XIX i pierwszej połowy XX w. Jedynymi budynkami wzniesionymi na tym obszarze w bieżącym stuleciu są dwa hotele (w jednym z nich się zatrzymaliśmy) oraz budynek prokuratury rejonowej. Mało kto z odwiedzających miasto zdaje sobie sprawę, że obecny wygląd rynku oraz charakterystyczny ciąg ulic Chrobrego i Tumskiej z ikonicznym wręcz widokiem na zamykający go od zachodu widok na katedrę zawdzięczamy pruskiemu zaborcy. Po katastrofalnym pożarze z 1819 roku przygotowano plan regulacji miasta i uruchomiono dogodny system kredytowy, co umożliwiło szybką odbudowę w zachowanym do dzisiaj zarysie ulic i działek. Dwupiętrowe domy z czasów odbudowy można rozpoznać po ozdobnych reliefach biegnących między oknami pierwszej i drugiej kondygnacji.

Z braku lepszych przykładów, za ikonę architektury współczesnej w Gnieźnie uchodzi kompleks budynków zwany „Pomnikiem” na zachodnim, wysokim brzegu jeziora Jelonek. To dziecko epoki gierkowskiej gigantomanii mieści obecnie liceum ogólnokształcące i Muzeum Pierwszych Piastów. Podczas jego budowy przekroczono wszelkie założenia budżetowe (dość powiedzieć, że w trzy lata po oddaniu do użytku koszt dokończenia budowy szacowano na 250 mln ówczesnych złotych, gdy 10 lat wcześniej całość prac wyceniano na 80 mln zł) i nie dotrzymywano kolejnych terminów realizacji. Ze względu na szukanie oszczędności, tak w zakresie prac jak i jakości materiałów, oddany do użytku gmach przez długie lata angażował użytkowników w niekończące się prace modernizacyjno-ratunkowe. Już w XX wieku teren planowanych, a niezrealizowanych, obiektów dodatkowych przejął Uniwersytet Adama Mickiewicza z Poznania budując tam kompleks budynków na potrzeby Instytutu Kultury Europejskiej.

Założenie Pomnika ma kształt nierównej, otwierającej się na położone poniżej jezioro, litery U. Na powstały w ten sposób dziedziniec można wejść schodami od strony jeziora. Góruje nad nim gargantuiczny w formie pomnik Mieszka I i Bolesława Chrobrego. Miłośnikom “Władcy pierścienia” nasunie on niechybnie skojarzenia z parą trolli. Nota bene! Jest to jeden z trzech (!) pomników Bolesława I w mieście. Drugi stoi przed katedrą, a trzeci siedzi (to nie pomyłka) przed budynkiem starego ratusza na ul. (a jakże!) Chrobrego. Dziedziniec, w założeniu, miał dostarczać najpiękniejszy widok na katedrę i miasto. Cóż, kiedy założenie takie wymagało uwzględnienia korekty koron drzew porastających zbocze. Ponieważ tego nie robiono, dzisiaj jako miejsce widokowe poleca się nabrzeże sztucznej wyspy u zachodnich brzegów jeziora Jelonek. Skrzydło szkolne zdobi mała dzwonniczka oraz zegar, które są, przyznaję, sympatycznymi elementami małej architektury. Na rozrzuconych po dziedzińcu betonowych blokach umieszczono dosyć przypadkowo wybrane ważne daty z historii Polski. W tym otoczeniu, być może, odbywają się obchody ważnych uroczystości szkolnych czy państwowych. Na codzień, zwłaszcza w realiach lutowego, mroźnego popołudnia, była to całkiem martwa i nie wykorzystana przestrzeń. Główne, wspólne dla szkoły i muzeum, wejście znajduje się po zachodniej stronie kompleksu. Aby tam dotrzeć z dziedzińca trzeba nadłożyć sporo drogi. Ostrzyliśmy sobie zęby na obejrzenie wystawy średniowiecznych kafli, podobno największej tego rodzaju kolekcji w Polsce. Tymczasem po dotarciu do wejścia zastaliśmy kartkę informującą, iż z powodu awarii muzeum nie będzie czynne przez cały weekend. Czyżby kolejny przykład niekończącej się czkawki po gierkowskim partactwie? 

“ A wiecie Państwo gdzie się właściwie znajdujecie?” Młody, może dwudziestoparoletni chłopak oderwał się od ślizgania po zamarzniętej kałuży, by skierować w naszą stronę niespodziewane pytanie. Nie mógł się spodziewać, że trafi na gościa o zacięciu przewodnickim. Zdałem poprawnie ten test odpowiadając, że był to gródek Gnieźninek broniący podejścia pod książęcy gród na Górze Lecha (tam gdzie obecnie stoi budynek Muzeum Archidiecezjalnego). Wydawał się trochę rozczarowany, że odebrałem mu show, ale Bogiem a prawdą, tego typu wiedza jest częstsza wśród przyjezdnych niż lokalsów. Powinienem mu, chyba, pogratulować ponadprzeciętnej świadomości historycznej. Gródkowatości miejsca można było dopatrzeć się w fakcie, że wśród innych pagórków na terenie, największego w mieście, Parku Andersa wyróżniało się zagłębieniem zamiast wierzchołka. Niechybnie był to dziedzińczyk niegdysiejszej fortalicji. Po naszym przyjeździe do Gniezna sypnął śnieg i złapał lekki mróz. W sobotę było jeszcze pochmurnie, ale w niedzielę przejaśniło się i wyszło słońce. Spacer po parku w takich warunkach był czystą przyjemnością. 

Prócz typowej dla wszystkich parków małej architektury (kaskady, mostki, altany) ciekawostką jest przecinający teren nasyp bocznicy kolejowej prowadzącej do dawnej rzeźni miejskiej, przerzucony jednoprzęsłowym wiaduktem nad ścieżką łączącą zachodnią i wschodnią część parku. Znajdziemy tam też pomnik Piasta z okresu gdy zajmował się rolnictwem oraz syna jego Siemomysła w wieku pacholęcym. Po całym mieście, zgodnie z aktualna modą, rozrzucone są figurki królików (rozumiem, że przez skojarzenia z rangą miasta królewskiego) w różnych strojach i rolach. Ten z parku jest hokeistą. Mimo bliskości lodowiska miejskiego, nie jest to jednak łyżwiarz, lecz sportowiec uganiający się z laską po trawie. Hokej na trawie, dyscyplina egzotyczna w centralnej Polsce, cieszy się popularnością w Wielkopolsce. W samym Gnieźnie uprawiają ją w dwóch klubach. Wizyta w parku w okresie poza wegetacyjnym przynosi jedną korzyść – widok na okoliczną zabudowę. Ku wschodowi widać ciekawe wille dzielnicy Konikowo. Natomiast od zachodu – niebanalnej architektury budynek przedszkola oraz olbrzymie gmaszysko pokoszarowe, urozmaicone licowaniem pasami różnego koloru cegły, obecnie mieszczące liceum ogólnokształcące. Ten pierwszy obiekt wzniesiono w latach 50-tych XX w. na opuszczonym cmentarzu ewangelickim. W bliźniaczym budynku, postawionym na najstarszym w mieście cmentarzu żydowskim, funkcjonuje obecnie żłobek. Jak widać mieszkańcom Gniezna klątwa dybuka nie była straszna lub chroniła ich przed nią niewiedza co do historii miejsca.

Całkiem niespodziewanie, wrażenie kulinarne dostarczone przez Gniezno były wysublimowanego charakteru. Niespodziewanie, bo porady i informacje wyszukane w Internecie nie obiecywały niczego nadzwyczajnego. Pokoje, w których się zatrzymaliśmy mieściły się nad miejscowym minibrowarem. W takich przybytkach zazwyczaj serwuje się bardziej lub mniej wyszukane zakąski pod płynną produkcję poszukiwaną, wbrew obrazom kreowanym w reklamach, głównie przez publikę męską. Tymczasem restauracja browarowa w Gnieźnie oferowała doprawdy wyszukane i smaczne danie, a że drinki mieszano tam nie tylko na bazie piwa, klientelę miała całkiem zrównoważoną płciowo. Stolik na obiad w Walentynki zarezerwowałem z dwutygodniowym wyprzedzeniem, dzięki czemu uniknęliśmy losu desperatów błąkających się w ten wieczór od lokalu do lokalu. Włoska sieciówka (kiedyś odbiliśmy się od drzwi lokalu o tej nazwie w Warszawie) rozlokowała się w budynku wspomnianej wcześniej rzeźni miejskiej. Na dostarczenie zamówienia czekało się o kwadrans dłużej niż, optymistycznie!, zapewniała nas obsługa, ale było warto! Kuchnia zapewniała doznania smakowe na poziomie Premium. Ostatniego dnia trafiliśmy do lokalu rekomendowanego przez przypadkowego Youtubera. W dość niepozornym budynku byłego przemysłowego młyna kryła się zaciszna sala w stylu karczmianym. Nad naszym stołem nadal unosił się balon w kształcie serca. Mnie przyciągnął tam jednak nie wystrój, a możliwość skosztowania, uczciwszy uszy wszystkich wegan i wegetarian, zupy na bazie gęsiej krwi, czyli wielkopolsko-pomorskiego specjału jakim jest czernina. Jeśli oderwiemy wyobraźnię od pochodzenia składników, a skupimy się na wrażeniach smakowych, jest to całkiem udane danie. Zwłaszcza jeśli kucharz tak sprawnie łączy jego słodkie i kwaśne komponenty, jak robił to szef w tej restauracji. Gniezno oferuje też wiele miłych, choć raczej niewielkiej powierzchni kawiarni. W niektórych z nich serwują też śniadania. Ale uwaga! Mimo mizernych rozmiarów i weekendu można dokonywać w nich rezerwacji stolików. W rezultacie przybywszy na śniadanie ok. 9:45 udało nam się dostać jeszcze dwa z ostatnich czterech wolnych krzeseł. Spóźnialskim oferowano już tylko miejsca na dziedzińcu w foliowym namiocie. Prawda, że przy włączonych promiennikach. Mimo to, chętnych nie brakowało!

Od czasu zasłyszanej przed ponad półwieczem historii o przerwanym przez siły nadprzyrodzone koncercie w katedrze nie zetknąłem się tą historią. Tymczasem wertując przed wyjazdem wydany przez Starostwo gnieźnieńskie przewodnik “13 pomysłów na Gniezno i okolice” na stronie 75 znalazłem dowód na odrodzenie tej starej, dobrej legendy. Tym razem zjawa przyodziana była w kapłański strój, co sugerowało św. Wojciecha lub zmarłych już w XX wieku prymasa Dalbora czy, wielce zasłużonego dla miasta i regionu, biskupa pomocniczego Laubitza. Cóż! Jak pisał mistrz Konstanty Ildefons “Cudu, cudu! Jak jarmużu bedłki, tak cudu pragnie lud!”

Kategorie
Polska

Z pobytu na podostrzeszowskich morenach, czyli do kościoła zawsze pod górkę

Wraz z pierwszymi kroplami deszczu podjechaliśmy na parking pod kościelnym wzgórzem. Droga z Mikstatu do Parczewa (tak, Wielkopolska ma swój własny Parczew!) omija łukiem to sięgające 230 m npm. wzniesienie. By dotrzeć do kościoła trzeba jeszcze nieco wspiąć się cmentarną alejką. Wśród rozmaitych nagrobków wyróżniają się dwa, na których inskrypcje umieszczono na wykonanej z marmury rozłożonej księdze. Niechybnie, było to przedstawienie ostatniej strony księgi żywota i nawiązanie do jej religijnej symboliki. Sam kościół pod wezwaniem Narodzenia NMP był 11 listopada, było nie było, w święto państwowe, a nie kościelne, otwarty. A jest to świątynia nie byle jaka, lecz jedna z najstarszych w całej południowej Wielkopolsce. W 2008 roku parafia kotłowska świętowała swoje 800 lecie, choć niektórzy historycy przesuwają powstanie kościoła o pół wieku, a za fundatora mają nie palatyna Piotra Włosta, lecz księcia Mieszka III. W każdym razie zbudowany z granitowych głazów korpus główny świątyni prezentuje cechy charakterystyczne stylu romańskiego. Późniejsze dobudówki, jak wieża, zakrystie, czy transpet nie zdominowały stylistycznie najstarszej części. We wnętrzu rzuca się w oczy kontrast między przykrytą drewnianym sklepieniem, surową częścią romańską, a rokokowo zdobionymi częściami nowszymi.

Od początku XVII wieku w kościele znalazł schronienie obraz Matki Bożej Kotłowskiej adorowanej przez świętych Stanisława i Wojciecha. Kultowi tego obrazu zawdzięcza świątynia rangę sanktuarium. Obraz ten cieszył się ogromną popularnością wśród kopistów. W samym Kotłowie są conajmniej dwie kopie: Jedna w kapliczce na zewnętrznej ścianie prezbiterium, druga w polskokatolickiej prokatedrze z lat siedemdziesiątych XX w. położonej jakieś 600 m na wschód od sanktuarium. Kopia polskokatolicka jest również ukoronowana i cieszy się podobną czcią co obraz oryginalny. Nota bene, w Kotłowie katolicy rzymscy stanowią mniejszość wyznaniową, co stanowi pewną niespodziankę w realiach tak Wielkopolski jak i większości regionów naszego państwa. 

Wschodnia i północna część wzgórza kościelnego oddzielona jest od położonego niżej cmentarza murem oporowym. Tak on jak i ogrodzenie wykonane są z kamienia granitowego i wizualnie współgrają z romańskimi murami świątyni. W skład kompleksu wchodzą jeszcze dwa budynki: Plebania, która bardzo ujęła mnie swoją architekturą oraz dom parafialny. Ta pierwsza to dwa równolegle usytuowane stromodachowe budynki zespolone łącznikiem z wejściem pod drewnianym ganeczkiem. Drugi budynek obsługujący dzisiaj najpewniej grupy pielgrzymkowe, kiedyś pewnie służył nauczaniu religii, a w czasach wilhelmińskich, gdy powstawał, mógł być też katolicką szkołą powszechną. W owych czasach panowała bowiem na tym poziomie nauczania segregacja religijna. Dzięki jesiennemu ogołoceniu drzew z liści widok spod kościoła obejmował dolinę górnej Baryczy i okoliczne Wzgórza Wysockie. Natomiast zamglenia i duża wilgotność powietrza nie pozwalały nam zweryfikować twierdzenia, że kościół w Kotłowie “patrzy” na trzy inne świątynie: w Wysocku Wielkim, Chełmcu i Ołoboku.

Podziomek należy do osób, które nie są skłonne ryzykować wyjazdów w miejsca, o których nic nie słyszała, zwłaszcza jeśli noszą niezbyt zachęcające nazwy. Dlatego, próbując przekonać ją do listopadowej wycieczki do Kobylej Góry pomału, acz konsekwentnie podsyłałem jej atrakcyjne zdjęcia i filmiki z okolic tej podostrzeszowskiej miejscowości. W końcu dała się przekonać, może dlatego, że wybrana miejscówka noclegowa zlokalizowana była poza miasteczkiem. Wyłoniona metoda perswazji nie była jednak uniwersalnie skuteczna. Partner naszej młodszej córki oświadczył “Musieliby mi zapłacić, bym w listopadzie pojechał do Kobylej Góry”. W trosce o stabilność domowego budżetu nie poszliśmy na takie rozwiązanie, więc jak obiecał tak i zrobił. Po prawdzie mój pobyt był krótszy o 2 dni od podziomkowego. Nie załapałam się więc na pieszą wycieczką na Kobylą Górę. Sięgające 284 m npm. wzniesienie jest najwyższe w Wielkopolsce. Zespół mający w składzie m. in. dwa psy (Harrego i Winyla) oraz niespełna czteroletnią wnuczkę – Zosię zdobył je jednak, korzystając z jedynego dnia słonecznej pogody podczas całego wyjazdu. Od 1999 roku szczyt wieńczy wysoki na 20 m metalowy krzyż, wokół którego powstała infrastruktura dla organizowania polowych nabożeństw, a sam góra uzyskała drugie określenie – Milenijna. Wśród turystycznego wyposażenia miejsca można znaleźć lunetę, jednak bezużyteczną ze względu na szybko rosnący borek sosnowy wokół szczytu. Dlatego dla miłośników dalekich widoków bardziej atrakcyjne wydaje się wzniesienie Bałczyna (278 m npm.) na południowych obrzeżach Ostrzeszowa.

Wzniesienie Kobylej Góry z Krzyżem Millenijnym; fot. MOs810; lic. CC BT-SA 4.0

Krajobraz pogranicza wielkopolsko-dolnośląskiego ukształtowany został przez jeden ze stadiałów zlodowacenia środkowopolskiego, który pozostawił po sobie dwustukilometrowy wał morenowy, wschodnim końcem którego są Wzgórza Ostrzeszowskie. Widoki są w tym regionie bez mała mazurskie, choć bez jezior, jeno zagęszczenie siedzib ludzkich znacznie wyższe niż na północy Polski. Wzgórza malowniczo obramowują większość miasteczek tego regionu i stanowią doskonałą lokalizację dla wież widokowych, krzyży i kościołów. No i dostarczają możliwości spacerów po falistych i krętych drogach, z coraz to inną perspektywą za każdym z zakrętów. Pewnie z odmiennych powodów, ale spacery po tych okolicach dostarczały też ogromnej radości naszym czworonogom.

Na moją część kobylogórskiej wyprawy przypadły wycieczki do okolicznych miasteczek. Powiatowy Ostrzeszów przodował w ilości pozycji na liście zabytków, jak też ich wiekowości. Cztery kościoły: gotycki parafialny, barokowy wraz z klasztorem, neogotycki – poewangelicki oraz drewniany, niegdyś cmentarny kościółek św. Mikołaja; pozostałości zamku kazimierzowskiego, klasycystyczny ratusz i kilka ciekawych kamienic eklektycznych i secesyjnych. Jednocześnie miasto nie zaznawszy znaczących zniszczeń wojennych dzisiaj zmaga się z utrzymaniem wiekowych budynków w odpowiednim stanie. W listopadowej mgle zmieszanej z dymem spalanego w historycznych piecach węgla nie robiło oszałamiającego wrażenia. W dodatku zwiedzanie zabytków sakralnych było możliwe głównie z zewnątrz. W kościele farnym nawet rzut oka, z zazwyczaj ogólnodostępnej, kruchty był niemożliwy, bo przeszklone drzwi wiodące do nawy głównej zabezpieczono przed utrata ciepła grubą kapą. W tej sytuacji najciekawsze wspomnienia z miasta pochodzą z wypieszczonego wewnętrznego ogródka przy klasztorze sióstr nazaretanek. W kruchcie klasztornego kościoła odkryliśmy natomiast stację drogi krzyżowej oszpeconą przez rozliczne wpisy odwiedzających świątynię wandali. Okazało się jednak, że tradycja rycia w ścianie pamiątek swego pobytu liczy tu bez mała 220 lat, czyli zasługuje już sama w sobie na tytuł zabytku. W południowej, wyżej położonej części miasta, wznosi się modernistyczna wieża ciśnień postawiona w 1916 r., u schyłku pruskich rządów w Wielkopolsce. Obiekt, niewątpliwie interesujący i znaczący krajobrazowo, ale jeszcze ciekawsze jest jego otoczenie zabudowane współczesnymi mu dworkopodobnymi willami.

W czasach dawno minionych, gdy jedyną autostradą PRL-u był wybudowany za Hitlera odcinek autostrady z Berlina do Wrocławia, podróżując starą ósemką do stolicy Dolnego Śląska wielokrotnie przejeżdżałem przez Syców. Pojazdy wszelkiej wielkości przeciskały się wąskimi uliczkami (niektóre były nawet jednokierunkowe). Niewielka prędkość, a bywało, że i stanie w korkach, pozwalały kontemplować widoki. Zauważyłem, że jak to na Śląsku w miasteczku są dwa kościoły: katolicki i luterański. Architektura tego drugiego nie prezentowała jednak stereotypowego neogotyku, lecz dosyć pomysłowo potraktowany klasycyzm. Architekt mógł sobie na to pozwolić, bo po pierwsze był to sam Karl Gotthard Langhans, projektant Bramy Brandenburskiej w Berlinie, a po drugie budowa była szczodrze finansowana przez właściciela Sycowskiego Państwa Stanowego księcia Petera Biron von Curland. Z Kobylej Góry do Sycowa jest rzut beretem, choć to już nie Wielkopolska, a Dolny Śląsk. Nie dziwota, że jednego dnia się tam wybraliśmy. Stojąc pod kościołem ewangelickim mogliśmy podziwiać jego nietypową, okrągła wieżę zwieńczoną wydłużoną kopułką z kielichem zamiast krzyża na szczycie. Książe Pan mógł obserwować świątynię z okien swojego pałacu. Barokowa rezydencja spłonęła w trakcie kampanii śląskiej przeciwko Napoleonowi w 1813 r., ale pałac odrodził się w stylu gotyku angielskiego w połowie XIX w. Czerwonoarmiści oraz komunistyczni aparatczycy, skutecznie pozbyli się rezydencji z krajobrazu miasta. Kilka ocalałych rzeźb po koniecznej renowacji zdobi rozległy pałacowy park i okoliczne skwery. W parku ulokowane jest też mauzoleum rodu Bironów. Ta malownicza kaplica wygląda na zapomnianą, lecz trwa walcząc z upływem czasu. O ile odbudowa pałacu przekracza możliwości niewielkiego miasta, o tyle na remont mauzoleum budżet miejski na pewno byłoby stać. A tymczasem nie robi się nic! Jest to o tyle niezręczne, że ostatni z Bironów, książę Ernst Johann Carl Oskar Eitel Friedrich Peter Burchard (Któż inny mógłby używać tylu imion?), często odwiedzał miasto wspomagając finansowo i rzeczowo różne miejskie przedsięwzięcia, za co uhonorowany został honorowym obywatelstwem. Przykład na to jak trudno jest zastąpić podejście klientelistyczne, partnerskim. W ciekawym, gotyckim kościele katolickim odbywało się nabożeństwo więc nie weszliśmy do wnętrza. Spacer po kościelnym dziedzińcu, wobec bardzo urozmaiconej architektury zewnętrznej i perełkom w rodzaju wczesnorenesansowej płyty nagrobnej Elżbiety Haugwitz na ścianie zakrystii dostarczył jednak wystarczającej ilości wrażeń.

Pocztówka z widokiem pałacu przed I WŚ; domena publiczna

Mikstat, choć najmniejszy z odwiedzanych miasteczek zrobił na nas dobre wrażenie. Może ze względu na kompaktowość zabudowy odczuwa się, niemal fizycznie, jak wzgórza otulają centrum miejscowości. Od drewnianego kościółka na cmentarzu schodzi się doń długaśnymi schodami. W panoramie wyróżnia się zielonkawy, nieproporcjonalnie wysoki hełm na wieży kościoła parafialnego. Na wzgórzach po wschodniej stronie miasta jest podobno wieża widokowa, ale do niej nie dotarliśmy. Z kościoła, jako że wizyta przypadała 11 listopada, właśnie wychodzili uczestnicy mszy za ojczyznę. Strażacy, terytorialsi, harcerze, odświętnie ubrani panie i panowie. Sztandary państwowe i flagi kościelne. Nad głowami rozciągnięto biało-czerwoną flagę i przemaszerowano na pobliski rynek. Tam odśpiewano hymn, burmistrz przemówił, zagrała orkiestra i zgromadzeni rozeszli się do domów. Przecież w święto wielkopolska tradycja nakazuje napić się kawy zagryzając ciastem domowego wypieku. Okazuje się, że można świętować bez piętnowania “zdrajców ojczyzny” i rzucania petardami. W Mikstacie, przy kościele stoi krzyż dłuta Pawła Brylińskiego. Był to ludowy rzeźbiarz wędrowny, który działał w XIX wieku, głównie na południe i zachód od Ostrowa Wielkopolskiego tworząc krzyże z figuralnymi kompozycjami, zwane popularnie „Bożą męką”. Na krzyżu takim prócz figury Ukrzyżowanego przedstawione są też osoby oraz przedmioty związane z tym wydarzeniem. W zależności od zasobności fundatora elementów zdobniczych było więcej lub mniej, były malowane lub zostawały w kolorze drewna. Co ciekawe, niektóre z tych krzyży były rzeźbione w jednym pniu drzewa.

Do listy odwiedzonych obiektów sakralnych trzeba dopisać dwa wchodzące od 1919 roku w skład województwa wielkopolskiego, ale historycznie ulokowane na terytorium Śląska. Obydwa charakteryzuje położenie na uboczu, a nie w centrum miejscowości. Kościół ewangelicki w Pisarzowicach został postawiony w roku 1902 dla upamiętnienia przedwcześnie zmarłego syna książąt Bironów z Sycowa. Solidne, granitowe mury trzymają się krzepko mimo, że świątynia od lat pozbawiona jest dachu. Herby książęcych rodziców wciąż dumnie zdobią szczyty bocznej elewacji ponad ogromnymi otworami okiennymi. Wnętrza zostały ogołocone z bogatego (np. “kazalnica wysadzana szlachetnymi kamieniami”) wyposażenia. Co poniektóre elementy wystroju, jak dzwony, ławki i organy trafiły do okolicznych kościołów katolickich. Od kilku lat kościół jest własnością prywatną. Właściciel, trzeba to przyznać, oczyścił posesję i wnętrze, ale nie ujawnia czemu miałby służyć ten obiekt po ewentualnej renowacji. Atmosfera wnętrza sądząc po fotografiach jest surowa i nieco mistyczna. Mówi się, że to właśnie tu zespół Behemot nagrał jeden ze swoich teledysków. Drewniany, katolicki kościół pielgrzymkowy “na Pólku” wznosi się jakieś 2 km za granicami Bralina. Nietypowe jest, że zbudowano go na planie krzyża greckiego (równoramiennego). Ale jeszcze ciekawsze jest, że otoczono go czworobokiem zabudowy, w tym, od strony wschodnie zadaszonymi arkadami. Niegdyś, nocowali w nich przybyli z daleka pielgrzymi. Obecnie wstawiono tu konfesjonały przydatne przy dużym napływie wiernych, a pewnie gdy święto przypada w deszczowy dzień można w ich ukryciu uczestniczyć w liturgii. Kościółek chroni we wnętrzu obraz Matki Boskiej Pólkowskiej, a główne uroczystości odpustowe przypadały w tym roku na 22 lipca i 7 września. Ponieważ odprawiane są w nim nabożeństwa w każdą niedzielę o 15, zgaduję, że można wtedy zajrzeć do wnętrza. My byliśmy tam, niestety, w poniedziałek.

Domek w Ignacowie, gdzie się zatrzymaliśmy, miał bogato wyposażoną kuchnię. Stąd przygotowanie dwóch obiadów we własnym zakresie było nie problemem, a przyjemnością. Pozostałe dwa zjedliśmy w kobylogórskiej karczmie nad zalewem. Trzeba przyznać, że był to dobry wybór. Oferowane menu wychodziło poza schabowy z kapustą, żurek i pierogi, a lokal był na tyle obszerny, że nawet w dni świąteczne można w nim było dostać stolik bez wcześniejszej rezerwacji. W Ostrzeszowie działa naleśnikarnia, gdzie oprócz kawy można przekąsić jej słodkie i wytrawne produkty prosto z patelni. Pod tym samym szyldem działa też lokal w Kobylej Górze, ale pobyt był zbyt krótki byśmy znaleźli czas na jego odwiedzenie. W każdym z odwiedzanych miasteczek można znaleźć kawiarnie. Ta sycowska, technicznie rzecz biorąc, zlokalizowana jest poza granicami miasta, we wsi Nowy Dwór i jest dodatkiem do palarni kawy. Nie dziwota, że wybór czarnego naparu był w niej największy, a obsługi nie peszyły zamówienia w rodzaju np. flat white, co nie było już regułą w Mikstacie. Z branży pozakulinarnej warto wspomnieć, że czteroletnia uczestniczka wyjazdu w każdej z odwiedzanych miejscowości znajdowała bogato wyposażony plac zabaw, dzięki czemu opanowała technikę jazy na tyrolce.

Podziomek nie miał okazji zweryfikować swoich obaw związanych z Kobylą Górą. Jeździliśmy tam wyłącznie na zakupy lub do wspomnianej karczmy, zazwyczaj o zmierzchu lub wieczorem. Muszę jednak przyznać, że z wjazdu od strony Ostrzeszowa miasteczko, z górującym nad nim lesistym wałem wzgórz, prezentuje się atrakcyjnie. Tereny spacerowe wokół zalewu są w dni świąteczne licznie nawiedzane, do tego stopnia, że na okolicznych parkingach trudno znaleźć wolne miejsca. Jak widać, w Kobylej Górze nie tylko nazwa jest magnesem dla lokalnego ruchu turystycznego.

Kategorie
Chorwacja

Co ma płynąć nie utonie, czyli o magnetycznej sile przyciągania Komižy

Pchnąłem drzwi i moje wszystkie zmysły ogarnęła atmosfera wiejskiej gospody: gwar rozmów, ludowa, bawarska muzyka dobiegająca z radiowych głośników, zapach piwa, kiełbasy i, o zgrozo!, nikotynowego dymu. Zebrawszy rozsypane w pamięci niemieckie zwroty poprosiłem o pomoc. Otóż wiejską drogę prowadzącą do wybranego miejsca noclegu flankowal znak drogowy zabraniający wjazdu. Działo się to w Roku Pańskim 1998. Departament Obrony USA dopuścił już wprawdzie system nawigacji GPS do użytku cywilnego, ale dotyczył on głównie statków powietrznych, a telefon komórkowy (którego zresztą jeszcze nie posiadaliśmy) służyły do rozmów głosowych i wysyłania SMS-ów, a nie ściągania lokalizacji z satelity. Byliśmy więc skazani na papierowe mapy i pozyskiwanie informacji od mieszkańców odwiedzanych krajów i regionów. Zabrane naprędce konsylium pokiwało ze zrozumieniem głowami i zawyrokowało, bym nie zwracał uwagi na znaki, bo znaleziona droga jest najwłaściwsza. Moje, podszyte słowiańską niepewnością, wątpliwości rozwiano stwierdzeniem “Przecież wszyscy tak jeżdżą”.

I rzeczywiście, po kilku kilometrach jazdy, podczas której uspokajałem Podziomka, że niemiecka policja w wiejskiej części wschodniej Bawarii po godzinie 20 na pewno odpoczywa w domu przy piwie, dotarliśmy do imponujących rozmiarów Bauernhof-u oznaczonego tablicą z odpowiednią nazwą. Po całym dniu jazdy z chorwackiego Szybenika należał nam się odpoczynek. Noc była ciemna, tylko gwiazdy lśniły na nieboskłonie, chwytał pierwszy październikowy przymrozek. Niestety, dzwonienie, kołatanie, a nawet pohukiwanie “Ist jemand zu Hause?” nie przynosiły rezultatów. Gospodarstwo znajdowało się na uboczu, nie mogliśmy więc liczyć na pomoc sąsiadów. Przyszło więc wrócić do znajomej gospody, która powoli kończyła już dzienną aktywność. Nasz powrót początkowo skwitowano gromkim śmiechem, ale gdy wyjaśniłem, iż pomimo posiadanej rezerwacji nie mogę dostać się do pensjonatu towarzystwo poważnie się zafrasowało. Wśród wygłaszanych komentarzy królowało “Das ist nicht gut”. Próby nawiązania kontaktu telefonicznego z gospodarzami (oczywiście, za pomocą telefonii stacjonarnej) też nie przyniosły powodzenia.

W końcu Pani od obsługi piwnego nalewaka poleciła nam pójść za sobą. Wkrótce dotarliśmy do obiektu wyglądającego na opuszczony pensjonat. Zostaliśmy poinformowani, że należy on do rodziny, ale właściciele wyjechali po sezonie na zasłużony odpoczynek w Hiszpanii. Na czas ich nieobecności załatwili u właściwych władz czasowe zawieszenie działalności. Mieliśmy więc tam nocować na całkowitym nielegalu. Mimo to, jak przekonaliśmy się przy śniadaniu (nielegalnie nie oznaczało wszak odstąpienia od właściwych standardów noclegu), nie byliśmy tam jedynymi gośćmi. Rankiem, po upewnieniu się, że “Jemand ist schon zu Hause” mogliśmy przenieść się do docelowego miejsca noclegu. Przez pozostałe trzy dni pobytu gospodarze byli wobec nas przesadnie grzeczni i każdego ranka wyjaśniali, że ich nastoletni syn Steffl powinien nas wpuścić, ale słuchał głośnej muzyki, a potem zasnął. Winowajca był przy tej okazji wypychany przed front rodziny i zmuszany do złożenia samokrytyki. Pryszczaty nastolatek musiał nas z tego powodu szczerze znienawidzić!

Bauernhof w Bawarii – zdjęcie poglądowe

Wróciłem pamięcią do tej historii gdy, blisko północy, dotarłszy do ulicy, przy której mieliśmy spędzić tydzień naszych chorwackich wakacji utknęliśmy przy znaku zakazu wjazdu. W dodatku możliwość przejazdu ograniczały wetknięte w jezdnię słupki. Klimat był jednak śródziemnomorski, a my bogatsi w doświadczenie. Okazało się, że samochód zmieści się między słupkami. Gospodarz odbierał telefon i wkrótce przybył na skuterze z kluczami. Po kolejnych 30 minutach, rozpakowaniu się i odstawieniu pojazdu na parking mogliśmy więc zacząć nasz tygodniowy pobyt w Komižy na wyspie Vis. Nazajutrz obudził nas krzyk mew. Ponad dachami sąsiednich domów widać było Adriatyk. Opuściliśmy nasz mikroskopijny, acz wystarczający na zespół w składzie dwoje dorosłych plus pies Harry, pokoik, by sprawdzić co do zaoferowania przybyszom ma kolejne dalmatyńskie miasteczko. 

Wyspa Vis należy do najbardziej oddalonych od stałego lądu Chorwacji. Dotarcie tam zajmuje promowi Jadroliniji 2 godziny i 20 minut. To już na tyle długa podróż, że Harry wykazywał zniecierpliwienie, więc większość podróży spędziłem na pocieszaniu go, siedząc  na podłodze. Po prawdzie, wypłynęliśmy ze Splitu o 21 więc nie traciłem wielu widoków. Port promowy znajduje się w miasteczku Vis. Do pokonania jest jeszcze kilkanaście kilometrów drogi, na ostatnim odcinku opadającej gwałtownymi zawijasami ku Komižy. Kościół pw. Św. Mikołaja i dawny benedyktyński klasztor to pierwsze budynki widoczne z tej drogi. Pobudowane z dala od wybrzeża przybrały formę twierdzy mającej chronić zakonników przez atakami od strony morza. Z ciekawostek – świątynia został konsekrowana w roku 1177  przez samego papieża Aleksandra III, którego statek w czasie podróży do Wenecji został zepchnięty przez wiatry na okoliczne skały. Rozbudowywany latami kościół ma obecnie aż pięć naw i znajdziemy w nim ślady wielu stylów architektonicznych od romańskiego przez gotyk aż po barok choć, oczywiście, w wyposażeniu przeważa ten ostatni. Mnie w pamięci utkwiły zwłaszcza boczny ołtarz betlejemski będący w istocie drugą najstarszą, bo pochodząca z 1692 roku, szopką w Chorwacji jak też, przypominająca raczej balkon, ambona. Poniżej wczesno XVII wiecznych bastionów otaczających świątynię rozciąga się cmentarz różniący się od polskich zarówno architekturą poszczególnych nagrobków jak i bardziej efektywnym wykorzystaniem przestrzeni. Wyniosła kościelna wieża stanowi punkt orientacyjny dla zbliżających się do portu jednostek. Z kolei, patrząc z kościelnego dziedzińca ogarnia się wzrokiem całe miasteczko, zatokę nad którą jest ulokowane, pobliską wyspę Biševo, jak i bardziej odległą Svetac.

Kąpieli zażywaliśmy na najbliższej plaży, w północnej części miasteczka. Nie dość, że była dosyć rozległa, tak w części lądowej jak i morskiej, przez co nie miało się wrażenia tłoku, to jeszcze beach bar oprócz kawy i mocniejszych trunków serwował też całkiem pomysłowe owocowo-warzywne smoothie. Nic to jednak wobec widoku na trójszczytową fasadę kościoła NMP od Piratów (Gospa Gusarica) oraz koncertu bicia jego dzwonów w samo południe. Oryginalne wezwanie wiąże się z historią o piratach, którzy mieli podobno złupić kościół i zabrać z niego ikonę NMP. Cóż kiedy nie dali rady odpłynąć z łupami. Udało się to dopiero po wyrzuceniu ikony za burtę, ta zaś, ma się rozumieć, dopłynęła na brzeg tuż przy swoim kościółku. Wciśnięta między plażę, a opadające ku morzu górskie stoki świątynia jest w rzucie szersza niż dłuższa, wskutek czego każda z trzech naw jest z funkcjonalnego punktu widzenia autonomiczna. Uwagę zwraca metalowy krzyż. Mimo stosunkowo niewielkich rozmiarów skrupulatnie umieszczono na nim wszelakie młotki, gwoździe, cęgi i piki, czyli atrybuty męki Pańskiej. Skromne organy nie byłyby godne wzmianki, gdyby nie umieszczona w opisie kościoła informacja, że pochodzą z warsztatu Stefana Kolarewicza z Krakowa. Wobec braku dowodów, by w drugiej połowie XVII wieku funkcjonował w Krakowie taki warsztat, a równocześnie konstrukcyjną i melodyczną bliskość z instrumentami szkoły wenecko-dalmatyńskiej, historycy skłaniają się, pomijając koncepcję legendy miejskiej, do poszukiwania pochodzenia mistrza z innych miast/regionów o podobnej do Cracovii pisowni lub wymowie. Nie wykluczają przy tym wyspy Krk, która po łacinie zwie się Curicta. Ciekawe, że nikt nie dopuszcza możliwości, iż polskiego pochodzenia organmistrz był mnichem w jednym z licznych chorwackich klasztorów. Organy pochodzą wszak z epoki, gdy łatwiej było wyeksportować człowieka niż tak złożony instrument muzyczny. Vis nie ma naturalnych rzek. Większość źródeł wody pitnej znajduje się w strefie brzegowej. Jedno z nich znajduje się pod kościołem, skąd woda odprowadzana jest rurami do zdobionej płaskorzeźbami studni na dziedzińcu. W epoce przedwodociągowej przy studni zbierali się więc Komižanie, tak w celach praktycznych jak i towarzyskich.

Krzyż z zestawem atrybutów męki Pańskiej

Komiža była centrum rybołówstwa w środkowej Dalmacji. Miejscowi rybacy łowili niegdyś jakieś niespotykane ilości sardynek, a w XIX wieku wyspa stała się centrum połowów i dystrybucji, w tym eksportu, homarów. Działalność ta musiała być wysoce dochodową oceniając po ilości i jakości budynków wzniesionych przez mieszkańców. Cztery kościoły, wielokondygnacyjne kamienice (nasz apartament mieścił się właśnie w takim “drapaczu chmur”), w końcu czuwająca nad wejściem “Komuna”, czyli XVI wieczna wenecki fort mająca bronić portu i komižan przed piratami, którzy ściągali tam gdzie było co złupić. Nota bene, wenecka centrala wyłożyła na budowę tylko połowę potrzebnych środków. Druga połowa została sfinansowana z zysków z handlu rybami. Ot, taki renesansowy poprzednik partnerstwa publiczno-prywatnego. Współczesnę nazwę obiekt ten zawdzięcza przebudowie na siedzibę władz miasta przed 150 laty. Dodano wtedy wieżę zegarową, balkon oraz wykuto w grubych murach otwory okienne. Mimo, że ściany twierdzy nie opadają już wprost do morza, lecz są od niego oddzielone szerokim nabrzeżem to jednak obecność takiego znacznika krajobrazowego z wieżą wznosząca się ponad maszty zacumowanych w pobliżu jachtów dodaje portowi w Komižy swoistego uroku.

A tu widać jak solidna była to konstrukcja

Przetwórstwo ryb to też już historia. W mieście znajdziemy kilka opuszczonych budynków po fabrykach konserw. Jeden z nich od sierpnia do grudnia 2017 roku zajęło na swoje potrzeby kierownictwo produkcji filmu Mamma Mia 2. Miejsca gdzie przebywali aktorzy są skrupulatnie oznaczone, a co poniektórzy przedstawiciele świata usług turystycznych chwalą się znajomością np. z Piercem Brosnanem. Parking, na którym zostawiliśmy nasz pojazd znajdował się też na terenie upadłej przetwórni. Opuszczone hale zajęło kilka mniejszych firm (w tym miejscowy zakład oczyszczania miasta), ale że stoją one wśród śródziemnomorskiego lasu będącego największym obszarem zieleni w mieście, na spacery z Harrym chodziliśmy właśnie tam. Po rybackiej przeszłości pozostał jeszcze jeden relikt. Jest nim olbrzymia ilość kotów i ogólnie pozytywny stosunek mieszkańców do tych stworzeń. Z jednej strony ich obecność dostarcza wielu fascynujących tematów dla fotografów, z drugiej w najmniej spodziewanych momentach człowiek jest alarmowany dzikimi awanturami oraz przeraźliwymi odgłosami wydawanymi przez futrzaki z im tylko znanych powodów. Harry, którego stosunek do kotów jest raczej pozytywny, co i rusz zdumiewał się gdy zza uchylonego okna syczały na niego niczym węże, a czasem pazurzasta łapa wysuwała się zza ogrodzenia by trzepnąć go po ogonie.

W odległości 5 mil morskich od Komižy leży wyspa Biševo. Przy nabrzeżu w Komižy wiele firm oferuje wycieczki na Biševo. Ich program i cena różnią się w zależności od długości wycieczki i liczby oferowanych atrakcji. Każda opcja zawiera wizytę w Błękitnej Jaskini. To jaskinia z podwodnym wejściem, do której dostają się jednak odbite od dna promienie słońca. Aby umożliwić dotarcie doń osobom nieskłonnym do nurkowania użyto dynamitu, ale sklepienie uzyskanego otworu jest na wysokości tylko 1,5 m nad wodą. Powoduje to konieczność przesiadania się na wyspie do niziutkiego czółna oraz pochylanie głów, by nie nabawić się guza. Przy wzburzonym  morzu wpłynięcie do jaskini jest zupełnie niemożliwe. Pomimo ogromnego ruchu, kolejki czółen przed jaskinią i, generalnie, nastrojowi rozszalałej komercji wrażenie z wnętrza jaskini jest niezapomniane. Możliwość podziwiania gry światła na dnie i skałach oraz atmosfera zanurzenia w lazurowej bańce jest warta każdej ceny. 

W środku zapadamy się w świetlistą, błękitną bańkę

Doznania innego rodzaju zapewnia wizyta w Jaskini Niedźwiedziej. Ma ona aż 160 metrów długości, przez co w jej głębi panuje atramentowa ciemność. Szyper naszej łodzi zaproponował udanie się wpław do znajdującej się u jej końca  niewielkiej plaży, ale nam z Podziomkiem wystarczyło spenetrowanie pierwszych 10 metrów skalisto-morskiej szczeliny.

Gdyby w czyichś głowach pojawiło się pytanie skąd wziął się niedźwiedź w nazwie jaskini, spieszę wyjaśnić, że w jej okolicy znaleziono ślady bytowania rzadkiej foki – mniszki śródziemnomorskiej. Pobożni Chorwaci nie zdecydowali się na wprowadzanie akcentów religijnych do nazewnictwa zoologicznego i w ich języku zwierzę to nazwali medvjedić, czyli dosłownie niedźwiadek. Nasza wycieczka zajęła 6 godzin więc zdążyliśmy pobyczyć się dwie godziny w zacisznej zatoce Porat i opłynąć całe Biševo naokoło. Przy stromych, skalistych klifach po południowej stronie wyspy Podziomek dostrzegła niewielkiego sokoła. Chciałoby się wierzyć, że był to gniazdujący tu sokół skalny, zwany bardziej malowniczo w łacinie, angielskim i chorwackim sokołem Eleonory. W bonusie krajoznawczym przepłynęliśmy wolno wzdłuż południowo-zachodniego cypla wyspy Vis gdzie, wśród innych mini plaż, znajduje się też taka o swojskie nazwie Pizdica. Ponieważ nazwa ta oznacza to czego można się domyślić miejscowi przewodnicy snują najdziksze bajania na temat jej etymologii.

Nad dachem naszej kamienicy wyrastał  jeszcze penthouse. Jedno, niewielkie pomieszczenie z sofą, telewizorem i półkami na książki. Nie widziałem jednak, by ktoś z niego korzystał. Co innego otaczający je taras. Byliśmy jego regularnymi gośćmi. Ze względu na mizerność pokojowej wnęki kuchennej przenosiliśmy się tam ze śniadaniami. Wieczorami wpadaliśmy na lampkę (no dobrze, bywało, że i dwie) wina. Widok na ograniczoną górskimi zboczami zatokę, stojące na redzie jachty, czerwone dachy domów, wieże kościołów i “Komuny” nie chciał się nam znudzić. Wieczorami z dołu dochodziły stłumione odgłosy życia miasta, a księżyc w zmieniających się odcieniach żółci i pomarańczy przemieszczał się dostojnie ponad grzbietami gór. Nasza kamienica mogła pomieścić w swoich malutkich pokoikach 9 par spragnionych romantycznych doznań i widoków. Taras ze względu na swoją formę mógł w niekrępujący sposób pomieścić ledwie dwie pary. Mimo to udawało nam się uniknąć tłoku. Może ze względu na doświadczenie, tak życiowe jak i pobytowe: My zajmowaliśmy nasz lokal przez tydzień, gdy pozostali gości rzadko zatrzymywali się na dłużej niż dwie noce. Zawsze udawało nam się przyjść do naszego podniebnego azylu w momencie, gdy przynajmniej jego połowa była do naszej dyspozycji.

Oj, idzie na burzę!

Komiža prócz niewątpliwych wartości krajobrazowo-architektonicznych zaskoczyła nas kilkoma aspektami swojej oferty turystycznej. Choć epidemia zamkniętych kościelnych odrzwi nie jest w Chorwacji tak rozwinięta jak w Polsce, to, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach i obiektach nieuznawanych za zabytkowe zdarzało nam się pocałować klamkę. Tymczasem w trakcie ostatniej wizyty zetknęliśmy się z zasadą, iż każda świątynia miała określone godziny zwiedzania. Przy tym na każdej była informacja dotycząca wszystkich kościołów w mieście. Bardzo to ułatwiało planowanie ich odwiedzania. Komiža była też pierwszym miastem tej wielkości, gdzie prócz croissanta do porannej kawy można było zamówić cały zestaw śniadaniowy. W końcu, co też dotychczas było domeną większych miast, w miasteczku funkcjonuje regularna cukiernia, czyli przybytek w potocznej świadomości łączony z atmosferą i ofertą kawiarni w duchu habsburskim, a nie dalmatyńskim. Wszystkie te obserwacje mogą wynikać z wyjątkowości Komižy, ale mogą też być wynikiem zmian zachodzących w społeczeństwie i gospodarce chorwackiej. Przez długie lata sektor turystyczny Dalmacji zasilany był latem przez pracowników sezonowych z głębi lądu i większych miast. W tym roku, po raz pierwszy, zaobserwowaliśmy, że w gastronomii i hotelarstwie coraz więcej pozycji zajmują migranci, często pochodzenia azjatyckiego. Że jest to fenomen nie tylko komižski, ale ogólno chorwacki i ma charakter masowy, przekonaliśmy się podczas krótkiej wizyty na wyspie Krk, gdzie pod logo znanej sieci hotelowej funkcjonował hotel pracowniczy, a wokół niego odpoczywało sporo pracowników o egzotycznej powierzchowności. Cóż, jest to pewnie sposób na utrzymanie w miarę przystępnej oferty cenowej tej sieci.

Pisanie o chorwackiej gastronomii to zadanie miłe, bo karmi ona smacznie i zdrowo, ale równocześnie trudne, bo jak tu wskazać, która restauracja przewyższa inne i w jakim obszarze? W pobliżu naszej kamicy na wysuniętym w morze przylądku znajdowało się skupisko trzech restauracji. Jedna z nich chlubiła się faktem, że kilka scen do filmu Mamma Mia 2 było kręconych właśnie pod jej dachem. Poza tym znajdował się ona w historycznym budynku przechowywania i przygotowania do eksportu złowionych homarów. Nic dziwnego, że stanowią one i dzisiaj podstawę restauracyjnego menu. Po zrobieniu rezerwacji stolika (UWAGA: z dwudniowym wyprzedzeniem!) i my skusiliśmy się na owe frykasy. W ten sposób pobiliśmy życiowy rekord wysokości restauracyjnego rachunku. Czy homar był tego wart? Być może. Natomiast widok na komižski port w promieniach zachodzącego słońca na pewno.

Gdy przed laty jeździliśmy do Chorwacji z małoletnimi córkami zazwyczaj unikaliśmy zatłoczonych plaż szukając dzikich skrawków wybrzeża oddalonych sporo od siedzib ludzkich. Zauważyłem, że w ostatnich latach coraz częściej wystarczają nam plaże miejskie i, o zgrozo!, oznakowane kąpieliska. Stosunkowo nowym zjawiskiem w naszym sposobie letniego wypoczynku jest też wykupywanie dodatkowo płatnych atrakcji. Może po prostu już nas na nie stać, a może zaczęliśmy cenić swój czas i nie chcemy go nadmiernie tracić na samodzielne organizowanie każdej minuty wakacji. Samochód też miał dłuższy odpoczynek. Przez cały tydzień wyjechaliśmy z parkingu tylko raz, by odwiedzić stolicę wyspy – miasto Vis. Trafiliśmy na załamanie pogody, przez co trudno powiedzieć byśmy je dobrze poznali. Za to w odwiedzonej restauracji, gdzie byliśmy jedynymi klientami, nie dość, że pogadaliśmy sobie z panią właścicielką to jeszcze dostaliśmy nie przewidziany w karcie talerz owoców morza, który okazał się przepyszny. To wydarzenie spowodowal, że odżyla we mnie pokusa przyjazdu do Chorwacji poza sezonem letnim, tym samym nawiązując do naszej pierwszej wizyty w tym kraju, tej samej, z której powrotna droga wiodła przez Bawarię i pensjonat zaspanego Steffla.

Kategorie
Litwa

O szynelu rzeźbiarza, heretyku w katedrze oraz Igorze ze Zwierzyńca, czyli szybki powrót do Wilna

Na wileńskim Zarzeczu, mniej niż 100 metrów od przerzuconego nad rzeką Wilenką mostu na granicy samozwańczej republiki artystycznej, na kołku wbitym w ścianę kamienicy wisi płaszcz. Nie jakiś zwykły, tekstylny. Jest to płaszcz metalowy, może wręcz spiżowy. Umieszczona obok trzyjęzyczna tablica wyjaśnia, że jest to szynel Antoniego Wiwulskiego, rzeźbiarza służącego w siłach Samoobrony Wileńskiej. Artysta miał rzekomo przed tym właśnie domem oddać, w styczniu 1919 roku, swój przyodziewek bardziej zmarzniętemu koledze. Niestety, warunki pogodowe nie sprzyjały takim aktom altruizmu. Wiwulski, od lat zmagający się z gruźlicą, przeziębił się, wywiązało się zapalenie płuc i po tygodniu świat kultury i sztuki mógł zacząć o nim mówić w czasie przeszłym. Trwają dyskusje czy ciepłe okrycie rzeźbiarza należy nazywać szynelem (samoobrona była przecież tylko formacją paramilitarną) czy tylko kożuszkiem bądź wręcz płaszczem. Niektórym przedstawicielom mniejszości polskiej w Litwie przeszkadza brak uwypuklenia narodowości artysty czy celów o jakie walczyła Samoobrona. Tymniemniej, Republika Zarzecza zgodnie ze swoją konstytucyjną zasadą “Człowiek ma prawo przynależeć do różnych narodowości” upamiętniła nietuzinkową sytuację i nietuzinkową osobę bez zwracania uwagi jakiej narodowej bajki jest ona bohaterem.

Rzadko zdarza mi się wracać w te same miejsca bez kilkunastoletniej karencji. Tymczasem. Wilno znalazło się na naszej trasie po raz drugi w ciągu roku. Postanowiliśmy zerwać z tą praktyką, gdy po listopadowej wizycie wyszło na jaw, że towarzyszka wielu naszych wypraw, zwana w rodzinie ciocią Kasią, w stolicy Litwy nigdy jeszcze nie była. Do grupy dokooptowano jej brata, w planach była jeszcze jego małżonka, a nawet i pies, ale ostatecznie pojechaliśmy w czwórkę. Z drogi dojazdowej oprócz faktu, że nawigacja poprowadziła nas na zupełnie lokalne przejście graniczne koło Puńska, a potem, już po litewskiej stronie, przez dwa odcinki dróg gruntowych, warte wspomnienia jest, że zahaczyliśmy o Park Regionalny Zakola Niemna rozciągający się wzdłuż meandrującej rzeki od Rumbowiczy (Rumbonys) na południu po Pocuny (Pociūnai) na północy. Wprawdzie przesadnym wydaje się twierdzenie dawnego kronikarza, że flisacy płynący rzeką mogli po całym dniu biwakować przy pozostawionym rano ognisku, ale trzeba przyznać, że Niemen nie mógł się tu zdecydować gdzie właściwie ma pokierować swe wody. Z punktu widokowego w pobliżu Balwierzyszek (Balbieriškis) rzeka robi majestatyczne i paradoksalnie sielskie wrażenie. W uzdrowisku Birsztany (Birštonas) rozłożonym w najwęższym, niespełna dwukilometrowym przesmyku międzyrzecznym obserwowaliśmy czaple i kaczki znad talerzy z naleśnikami i plackami ziemniaczanymi. Do Wilna dotarliśmy około godziny 16, co pozwoliło rozpocząć zwiedzanie jeszcze tego samego dnia.

Nasz program ze względu na zróżnicowane doświadczenie turystyczne uczestników musiał zawierać zarówno wileńskie “must see” jak i miejsca rzadziej odwiedzane przez gości miasta. Wykupiliśmy więc wycieczki z przewodnikiem po uniwersytecie oraz do katedralnych krypt. Ta pierwsza obejmowała biblioteczne sale Smuglewicza i Lelewela oraz wnętrza i wieżę obserwatorium astronomicznego. Oprowadzanie było po polsku. Dwie Koreanki, które dołączyły do grupy miały wprawdzie zainstalowane programy translatorskie w swoich komórkach, ale wobec specyfiki wileńskiej polszczyzny przewodniczki wkrótce ograniczyły się do doznań wzrokowych. Z palety fresków na ścianach zwiedzanych pomieszczeń (barokowe w sali Smuglewicza, art decowskie w sali Lelewela) największe wrażenie, w moim przypadku, wywołały prace Petrasa Repšysa w holu Centrum Studiów Litewskich uniwersytetu. Wykonana w latach 1976-84 kompozycja nosi nazwę Pory Roku. Pełna stworów z litewskiej mitologii i mniej lub bardziej baśniowo oddanych zwierząt jest daleką reminiscencją obrazów Hieronima Boscha. Podobno autor tłumaczył zaniepokojonym cenzorom, że jego sztuka sięga korzeniami tradycji ludowych, a ten argument zamykał usta krytykom, bo wszak ich władza miala także wywodzić się z potrzeb ludu. Mam tylko nadzieję, że jako ilustrator książek dla dzieci, Repšys stosował mniej ekspresyjne techniki malarskie. 

Wycieczka po kryptach odbyła się w grupie anglojęzycznej. Młoda przewodniczka starała się głównie rozbawić jej uczestników. Nie dowiedzieliśmy się więc wiele nowego, choć mnie osobiście ujął jej dystans do kultu Wielkiego Księcia Witolda jaki panuje w Litwie. Wspomniała też bardzo oględnie o współczesnych sporach medialnych i prawnych między odkrywcami i eksploratorami krypt, a zarządcami świątyni i władzami miasta. To przykład swoistego genius loci, bo już w latach trzydziestych XX w., gdy po raz pierwszy penetrowano krypty i znaleziono pochówki królewskie, przedstawiciel strony kościelnej utyskiwał, że klucze do katedry musiał wydawać socjaliście (to o ówczesnym wojewodzie) oraz heretykowi (a to o konserwatorze zabytków). Ponieważ byłem świeżo po lekturze wspomnień osób zaangażowanych w prace archeologiczne w katedrze w latach 30-tych XX wieku, a przed oczami miałem tolkienowski wręcz obraz czaszki Barbary Radziwiłłówny w koronie królewskiej, tak jak ją ówcześnie znaleziono, szczególnie silnie odczuwałem rozdźwięk między atmosferą naszej komercyjno-edukacyjnej tury, a powagą zwiedzanego miejsca.

Barbara Radziwiłłówna, królowa Polski, tak jak ją znaleziono w kryptach katedry w 1931 roku

Kaplicy w Ostrej Bramie po raz kolejny nie udało się zwiedzić, gdyż każda grupa turystyczno-pielgrzymkowa z Polski organizuje tam własne nabożeństwo w porach daleko odbiegających od oficjalnego grafiku. Udało nam się jednak wspiąć na pięterko i z pomieszczenia sąsiadującego z kaplicą ocenić stan prac przy zieleni Ogrodu Ostrobramskiego. Ten ukryty wśród murów czarujący zakątek jest podobno dostępny przez budynek hotelu Domus Maria, ale nie zdecydowaliśmy się skorzystać z tej możliwości. Obejrzeliśmy za to dokładnie zdobienia po południowej, architektonicznie ciekawszej, lecz religijnie neutralnej, stronie bramy.

Świątynie zwiedzaliśmy tak trochę z przypadku. Drzwi były otwarte, a w środku nie odbywało się nabożeństwo, to wchodziliśmy do wnętrza. Wyjątek zrobiliśmy dla katedry (ach ta kaplica św. Kazimierza!), kościoła uniwersyteckiego św. Jana i, oczywiście, kościoła św. Piotra i Pawła na Antokolu. Nadmiar architektury sakralnej potrafi zlać się w taki religijny amalgamat, z którego wspomnienia trudno później przypisać do konkretnego obiektu. Zachowaliśmy jednak umiar dzięki czemu ciągle potrafię skojarzyć szaleństwo stiukowych ornamentów, hiszpańską figurę Chrystusa z prawdziwymi ludzkimi włosami na głowie, czy pokorne wyznanie “Tu spoczywa grzesznik” z antokolską świątynią. Podobnie jak figurę Matki Boskiej Brzemiennej z kościołem pofranciszkańskim, drewnianą architekturę ołtarzy i gotyckie freski z Bernardynami, a portret Stefana Batorego i metalową płaskorzeźbę Kościuszki dłuta Wiwulskiego z kościołem św. Jana. Nie byłbym sobą, gdybym nie powiódł grupy do kościoła luterańskiego, by pokazać jej rzeźbiarski wystrój wnętrz dłuta wileńskiego tytana barokowej rzeźby i architektury – Jana Krzysztofa Glaubitza.

Kolejna wizyta na Rossie utwierdziła mnie w przekonaniu, że cmentarze powinny być zakładane w terenie o pofałdowanej rzeźbie. Niestety, niektórym przypadło w udziale żyć, umierać i być pochowanym na bezkresnych równinach. W każdym razie myślę, że conajmniej połowa uroku cmentarza na Rossie wynika z jego lokalizacji. Z mnogości stylów architektury sepulkralnej najbardziej przemawia do mnie art deco i modernizm. Nota bene, cmentarz wojskowy oraz nagrobek matki Piłsudskiego i serca marszałka to też ten styl. Pomniki na grobach litewskich są ciekawe i robią duże wrażenie, gdy odwołują się do rzeźby ludowej tego regionu. W przeciwnym razie zanurzają się w niebezpieczne otchłanie eksperymentu na granicy dobrego smaku. Na Nowej Rossie znalazłem pomnik w kształcie głowy z ptasim ogonem. Nie był to wszak pomnik ornitologa. Wydłużony element pełnił funkcję przeciwwagi dla niezbyt stabilnego, owalnego czerepu. W morzu pięknych, polskich pochówków trafiają się jednak i potworki, takie jak mająca formę regularnego bunkra kaplica Raduszkiewiczów. Ci to nie oszczędzali na betonie! Wizyta na Rossie dostarczyła też dowodów, że nie zawsze uczymy się na własnym doświadczeniu. Po raz kolejny nie dostaliśmy się do kaplicy z pochówkami Sierakowskiego, Kalinowskiego i innych powstańców styczniowych mimo, że z poprzedniego pobytu powinniśmy zapamiętać, że wstęp do niej możliwy jest tylko w dni powszednie.

Wśród nieoczywistych miejsc odwiedzonych tym razem w Wilnie była hala targowa na rogu ulic Pylimo i Bazilijonu. Obiekt w sumie typowy, pochodzący z pierwszej dekady XX wieku. Podziomek i ja mamy jednak słabość do ówczesnych świątyń handlu, ich architektury i atmosfery. Pochodziliśmy trochę wśród stoisk ciesząc oczy kolorami i zapachami wystawianych na sprzedaż produktów. Udało nam się kupić w przystępnej cenie, tzn. 10 razy niższej niż na ulicy Wielkiej (Didžioji), okulary przeciwsłoneczne, a nawet skorzystać z miejscowej oferty kulinarnej.

Turyści z Polski mają w zwyczaju odwiedzać w Wilnie kościoły katolickie, gdzie mogą znaleźć wiele polskich śladów, pomijają natomiast cerkwie postrzegając je jako element rosyjskiej spuścizny kulturowej. Owszem, w mieście są cerkwie zbudowane za cara i mające wizualnie wyznaczać obszar panowania prawosławia takie jak cerkiew św. Michała i Konstantyna na Pohulance czy cerkiew Znamieńska na zachodnim zamknięciu ulicy Gedymina. Cerkwie staromiejskie są jednak, co do zasady, średniowieczne, co najwyżej rozbudowywane w czasach zaborów. Mało kto kojarzy, że prawosławie przyszło na Litwę przed katolicyzmem, a oficjalnym językiem urzędowym Wielkiego Księstwa Litewskiego był, przez długie lata, język staroruski. My odwiedziliśmy tylko centralnie położoną cerkiew św. Paraskewy, ale myślę, że odwiedzenie pozostałych byłoby ciekawym doświadczeniem.

Ikonostas w cerkwii Św. Paraskewy

W czasach Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej w Wilnie czynne były tylko trzy kościoły rzymskokatolickie. Pozostałym wyznaczono różne funkcje, z których te muzealne pozwalały na zachowanie maksymalnie dużej ilości wyposażenia wnętrz. Przywrócenie tych świątyń do celów kultowych oraz odtworzenie ich wyposażenia to dzieło wręcz tytaniczne. W kościele pofranciszkańskim dobiega ono już końca, u Bazylianów jest na bardzo wczesnym etapie. Kompleks poaugustiański, choć odzyskany przez Kościół, pozostaje podzielony na liczne pomieszczenia wynajmowane na cele komercyjne. Położony po drodze na Rossę kościół Wniebowstąpienia Pańskiego ma pięknie odnowioną fasadę, ale zdewastowane wnętrze, a pobliski kościół Serca Jezusowego wraz z klasztorem wizytek jeszcze nie podniósł się po latach, w których pełnił funkcje sowieckiego więzienia.

Jeszcze innym celem naszej wizyty były wileńskie parki. W części staromiejskiej nie są one zbyt rozległe. Nazwy zdradzają ich przeszłość. My odwiedziliśmy ogrody bernardyńskie oraz tereny parkowe na dawnych cmentarzach luterańskim i kalwińskim. Wszystkie mają bogatą i starannie wypielęgnowana zieleń. Tym pierwszym uroku dodaje sąsiedztwo rzeki Wilenki, a ich minusem, przynajmniej podczas naszej wizyty, była nadmiernie głośna muzyka dobiegająca z głośników rozmieszczonych przy centralnej części założenia. Po drugiej, wschodniej stronie Wilenki, na stromych stokach doliny rozciąga się za to całkiem dziki las z błotnistym ścieżkami i powalonymi drzewami. Można się stamtąd wdrapać nowymi, jednobiegowymi, metalowymi schodami aż na Bekieszową Górę. Park luterański na Górze Bouffałowej został za czasów sowieckich zdewastowany poprzez wybudowanie na jego terenie monstrualnych budynków już rozebranego pałacu związków zawodowych oraz pałacu ślubów.  Pamięć o przeszłości tego terenu przywrócono ostatnio poprzez powrót z cmentarza na Rossie pochodzących stąd nagrobków i pomników. Stanęły one w okolicy jedynej zachowanej in situ kaplicy cmentarnej chroniącej doczesne szczątki profesora chirurgii Jana Fryderyka Niszkowskiego. Za czasów sowieckich w kaplicy istniało stoisko sprzedaży pamiątek, którego funkcjonowanie z dala od atrakcji Starego Miasta jest na pewno jednym z dowodów na absurdy gospodarki planowej w ZSRR.

Nie zwiedziliśmy wielkiego, ponad 120 hektarowego parku, a właściwie lasu miejskiego, Zakręt (Vingio parkas) gdzie znajdują się ogród botaniczny oraz amfiteatr. Mieliśmy jednak okazję podziwiać jego panoramę z błoni po północnej stronie Wilii, od strony dzielnicy Zwierzyniec. Ta zresztą dzielnica jest moim osobistym odkryciem wyjazdu. Większa i bogatsza krewniaczka białostockich Bojar, zabudowana głównie drewnianymi domami znajduje się obecnie pod konserwatorską ochroną i uznawana jest znowu za dzielnicę prestiżową. Nie ma tam zbyt wiele do zwiedzania. Dwie świątynie prawosławne i jedna katolicka, karaimska kenesa, zruinowany budynek będący pierwszą siedzibą Polskiego Radia w Wilnie, kilka ambasad, ze trzy restauracje i jedna kawiarnia. Natomiast możliwość spaceru ulicami obramowanymi rzędem drewnianych, otoczonych ogrodami willi w słoneczny, lipcowy dzień, bez towarzystwa tłumu turystów i miejscowych, była naprawde bezcenna. Na nas z Podziomkiem spłynął tam taki spokój, że zupełnie w angielskim stylu, zalegliśmy na trawie na opadających ku Wilii stokach doliny.

Poniżej kilka przykładów architektury mieszkalnej Zwierzyńca

Błonia na skraju Zwierzyńca z mostem wiodącym przez Willię do Lasu Zakręt

W dziale kulinaria naszego wyjazdu staraliśmy się pogodzić wartości smakowe z oryginalną lokalizacją.W pobliżu placu Katedralnego znaleźliśmy ukrytą w podwórku restaurację absolutnie nie wartą wspomnienia, gdyby nie fakt, że oferowane tam jako zakąska paluszki serowe okazały się sześcioma solidnymi (na oko ok. 100 g sztuka) kawałami nabiału zasmażanymi w solidnej pierzynce panierki. Gdy zakąska zapewnia bez mała dzienną porcję kalorii, cóż dopiero mówić o daniach głównych! Restauracja w Zwierzyńcu zachwyciła nas ulokowaniem stolików w rozległym ogrodzie starej drewnianej willi. Miejscowy kelner zdobył tytuł Igora wyjazdu, przyznawany tradycyjnie przez naszą rodzinę najbardziej profesjonalnemu przedstawicielowi tego fachu. Nie dość, że znalazł nam miejsce, choć rezerwacja zrobiona była na dzień kolejny, to jeszcze miło nas zagadywał oraz kompetentnie doradzał przy wyborze dań. Nie dziwota, że kierowani jego uwagami trafiliśmy na same pyszne potrawy. Restauracja na XVII-wiecznym dziedzińcu alumnatu, obecnie wchodzącym w skład staromiejskiego kompleksu uniwersyteckiego, serwowała eleganckie włoskie dania. Młoda, polska kelnerką czarowała nas wymową aktorskiego “Ł”, za to włoski właściciel, który zjawiał się przy stolikach, by pytać gości o ich wrażenia, posługiwał się zabawną śródziemnomorską angielszczyzną. W jednym z pomieszczeń do wynajęcia w klasztorze poagustiańskim umościła się naleśnikarnia prowadzona przez fundację pomagająca osobom z problemami natury psychicznej. Architektura tego pomieszczenia jest wręcz spartańsko industrialna, ale życia i ciepła nadają jej ludzie, tak obsługa jak i liczni goście. Dodatkowo, prawie wszystkie prezenty z Wilna nabyliśmy właśnie w małym sklepiku tej restauracji.

Antoni Wiwulski znany jest głównie z dwóch dzieł w skali XXL: Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie oraz pomnika Trzech Krzyży na wzgórzu położonym na wschód od wileńskiego zamku. Ciekawe, że obydwa pomniki padły ofiarą ideologicznie motywowanych najeźdźców – krakowski został zniszczony przez hitlerowskich Niemców, a wileński przez komunistycznych ludzi radzieckich. Obydwa odbudowano na wzór oryginałów, lecz wprowadzając niewielkie zmiany. Krzyże w Wilnie zostały podwyższone, gdyż stawiane w 1916 roku na wzniesieniu zwanym Łysa Góra nie musiał ścigać się wysokością z okolicznymi drzewami, co ma obecnie miejsce. W Krakowie odtworzony król Jagiełło stanął w strzemionach miast siedzieć w siodle. W pierwotnej formie pozostało tylko kolejne dzieło – kaplica Objawienia Matki Boskiej w Szydłowie (Šiluva) na Żmudzi. Wyciągnięta w pionie, modernistyczna, biała bryła góruje nad małomiasteczkową zabudową. Gdy zobaczyłam jej zdjęcia moje serce, czułe na architekturę powstająca zgodnie z hasłem “Forma wynika z funkcji”, zadrżało. Już wiedziałem, że jeśli zdrowie pozwoli, program następnej wycieczki na Litwę obejmie Żmudź i zachodnią, bardziej oddaloną od Polski, część tego kraju.