Kategorie
Francja

W krainie świętych o dziwnych imionach i naszyjnikach z dziobów maskonurów, czyli wrażenia z najszerszych plaż Europy

Dotarłszy do portu w Ploumanac’h z pewną dozą rozczarowania stwierdziłem, że nie widać zeń żadnej z formacji skalnych, za których przyczyną tej części bretońskiego wybrzeża kanału La Manche nadano nazwę Wybrzeża Różowego Granitu (La Côte de Granit Rose). Ot, dosyć rozległa, głęboko wcięta w ląd, przestrzeń wody upstrzona licznymi jachtami i łodziami rybackimi. W otoczeniu schludne, kryte dachami z szarego łupka, otoczone bujną, a kolorową roślinnością, domy. Za ciekawostkę należało uznać, że na groblach odcinających ujścia do zatoki dwóch niewielkich potoków stoją budynki dawnych młynów wodnych.

Jednak zaledwie dwieście metrów dalej dociera się do plaży św. Guireca, której naturalne otoczenie nabiera nagle wręcz rozszalałej dynamiki. Niewielka zatoczka oflankowana jest skalistymi przylądkami. Wypiętrzają się na nich wszelakich kształtów i rozmiarów skały, najczęściej tworzące wielopiętrowe konstrukcje o powierzchni gładkiej lub porzeźbionej głębokimi szczelinami. Najwyższe z nich mają do kilkunastu metrów wysokości wyrastając ponad korony całkiem wiekowych sosen. Wiele ze skał w pełni pokazuje swoje pokaźne rozmiary dopiero podczas odpływu morza. Jako, że różnica w poziomie wód podczas odpływu sięga 7-8 metrów rezultat może przypominać przemianę z obiektu wielkości namiotu do rozmiarów dwukondygnacyjnego domku jednorodzinnego. Oczywiście, morze cofa się też znacznie umożliwiając dojście, prawda, że w kaloszach, aż do znajdującej się ok. 300 m od brzegu wyspy Costaérès. 

Wybrzeże Różowego Granitu

Foka to czy butelka?

W Polsce bez mała każdy znaczniejszy głaz, nie wspominając o ich większych grupach, obudowany jest legendą o diable, który go niósł w celu zniszczenia pobliskiego kościoła, kaplicy czy innego obiektu kultu religijnego. Na szczęście prawie zawsze opuszczał go przedwcześnie, chybiając celu, przez co dzisiaj możemy podziwiać zarówno pomniki natury jak i kultury. Z tej perspektywy na Wybrzeżu Różowego Granitu musiała odbyć się prawdziwa bitwa armii zła i dobra, gdyż takiej ilości głazów nie podołałby przenieść w pojedynkę nawet i sam Belzebub. Bretończycy dopatrując się podobnych przyczyn pochodzenia skalnych wariacji na tym odcinku wybrzeża, nadali stosowne nazwy poszczególnym formacjom. W okolicy mamy więc przylądek Diabelski Zamek (Pointe du Chateau du Diable), Kaplicę Diabła (Chapelle du Diable) czy Głowę Umarlaka (la Tete du Mort). Lecz, że ludzka inwencja nie zamyka się w czartowskich ramach, pochodzenie wielu nazw wywodzi się ze skojarzeń, które widok budził wśród obserwatorów. Stąd mamy tu Królika (le Lapin), Odwrócone Kopyto czy może Chodak (la Sabot Renverse) czy Paletę Malarską (Palette du peintre). Jako, że rozmaite skojarzenia przychodzą różnym ludziom do głowy, kamień, w którym my z Podziomkiem dopatrywaliśmy się wygrzewającej się na skałach foki, miejscowi nazwali prozaicznie Odwróconą Butelką (la Bouteille renverse). Poza królestwo topografii wyszła nazwa Kapelusz Napoleona (le Chapeau de Napoléon). “Czy Kapelusz Napoleona jest nadal w Perros-Guirec?” To zdanie wplecione w audycje BBC w języku francuskim nadane w 1944 roku, w przeddzień inwazji w Normandii, oznaczało sygnał dla bretońskiego ruchu oporu do podjęcia intensywnych działań odwracających uwagę niemieckich okupantów od głównego teatru działań wojennych.

Ludzka interwencja w okolice zatoki, przy podejściu do walorów krajobrazu takim jak we Francji, jest ilościowo intensywna, lecz jakościowo akceptowalna. Budynki, w tym nawet posiadający cztery kondygnacje i najdłuższą fasadę hotel Castel Beau Site starają się nie wyróżniać, lecz wpisywać w krajobraz. Stąd licowane kamieniem ściany, stonowane kolory i brak konkurowania wysokością i odcieniem z różem granitowych skał. Dwa budynki o najbardziej wyeksponowanej lokalizacji to wille o mocnych konotacjach historycznych. Château de Costaérès na wyspie o tej nazwie wybudował w 1896 roku polski inżynier, matematyk, wynalazca i kawaler Legii Honorowej Bruno Abakanowicz. Jako patron kultury polskiej zwykł był zapraszać do pobytu na wyspie twórców takich jak Aleksander Gierymski, Leon Wyczółkowski, Władysław Mickiewicz czy Henryk Sienkiewicz. Ten ostatni skończył tam pisać Krzyżaków i Rodzinę Połanieckich oraz pracował nad Quo Vadis. Na przylądku ograniczającym zatokę od zachodu letnią willę dla swego syna zbudował w 1903 roku sam Gustaw Eiffel. Posiadłość oryginalnie ochrzczona bretońską nazwą Villa Ker Avel (Miejsce Wiatru) obecnie znana jest raczej jako Eiffel Maison. Oba obiekty są własnością prywatną i nie są dostępne do zwiedzania, Dobrze chociaż, że z wielu miejsc, w tym od strony morza, można podziwiać ich sylwetki.

Widok piętrzących się na wybrzeżu skał przypuszczalnie też wzbudził diabelskie skojarzenia w grupie mężczyzn, lawirujących wśród nich w niewielkiej obitej wołowa skórą łodzi, zwanej w Irlandii currach,. Byli to walijscy mnisi przybyli szerzyć wiarę chrześcijańską wśród pogańskich mieszkańców Bretanii. Mimo to, podjęli wyzwanie tak żeglarskiej jak i religijnej  natury. Za takimi diabelskimi zasiekami, musieli wszak kryć się i wyznawcy szatana, a czymże milszym w oczach Pana byłoby ich nawrócenie na prawdziwą wiarę? Działo się to przed ponad półtora tysiącleciem, a grupie przewodził mnich o imieniu Guirec, mąż zasłużony w chrystianizacji Bretanii i późniejszy biskup czy raczej wikariusz generalny diecezji w Leon (północno-zachodni kraniec Bretanii). Te osiągnięcia czy nawet rzekome przywrócenie do zdrowia pewnej grzesznicy było jednak niczym w porównaniu do pośmiertnej sławy jaką dała mu zdolność do zapewniania szczęśliwego ożenku. W XI w. na skale przy wybrzeżu, w miejscu lądowania świętego na bretońskiej ziemi, wzniesiono kaplicę, w której umieszczono jego figurę. Zdesperowane panny i wdowy czekały na odpływ, suchą nogą docierały do kaplicy, by przy wtórze odpowiednich modlitw inkrustować nos świętego zaostrzonymi patykami czy też gwoździami lub pinezkami. Zwyczaj ten, podobno, był praktykowany do końca XIX w. Święty Guirec nie był jednym z siedmiu świętych założycieli bretońskiego Kościoła, ale znał dwóch z nich. Miał bowiem być uczniem św. Tugduala (ach, te brzmienie celtyckich imion!), a na prośbę św. Pola Aureliana objął funkcję w biskupstwie. Na brzegu w Ploumanac’h znajduje się 400 letni kościółek pod jego wezwaniem, w wielu okolicznych kościołach znajdziemy jego rzeźby i obrazy, a pięć lipcowych dni spędziliśmy w miasteczku Perros-Guirec, którego jest patronem.

Ploumanac’h, formalnie rzecz biorąc, jest dzielnicą Perros-Guirec. Mając trochę czasu można stamtąd dotrzeć do letniskowego centrum miejscowości biegnącą wzdłuż morza, malowniczą Ścieżką Celników (Sentier des Douaniers). Za centrum letniskowe, może nieco arbitralnie, uważam Plage de Trestraou. Jest to pół kilometrowej długości pas złotego piasku, którego szerokość waha się od 50 m podczas przypływu do, bez mała, 200 m podczas odpływu. Podczas tego ostatniego wieżyczka ratownika oddalona jest ponad 100 m od granicy morza i lądu, podczas, gdy przypływ powoduje, że jej podstawa skrywa się pod wodą. Miejsce wykorzystywane jest nie tylko przez plażowiczów i osoby decydujące się (przy temperaturze wody ok. 16०C) na kąpiel lub, w przypadku seniorów, równoległe do brzegu spacery w sięgającej do talii wodzie. Na plaży działają liczne szkółki żeglarskie i windsurfingowe oraz funkcjonuje przystań białej floty. Wzdłuż morza biegnie promenada, w środkowej części której wznoszą się dwa wielokondygnacyjne budynki hotelowo-usługowe jednak ich wysokość nie razi wobec rozmiarów plaży, a także skalistych przylądków na jej krańcach. Jako, że jeden z hoteli nosi nazwę Casino, wnioskuję że musi on mieścić jaskinię hazardu.  Na obydwu skrajach plaży ulokowały się długaśne pawilony z przebieralniami i natryskami/toaletami. Ich różnobarwne drzwi stanowią radosny akcent kolorystyczny, na tyle charakterystyczny, że wizerunek przebieralni zdobi wiele pamiątek i produktów lokalnych  charakterystycznych dla Perros-Guirec. Z ciekawostek, na plaży działa komercyjne centrum animacji i opieki nad dziećmi. 

Dwa kilometry na wschód znajdziemy Plage de Trestrignel, dwukrotnie mniejszą i otoczoną proporcjonalnie niższą zabudową, ale z przebieralnią równie kolorową co posiadana przez jej większą koleżankę. Przy mniejszych rozmiarach relatywnie bardziej imponującą postać przybiera sąsiadujący z nią skalisty przylądek Pointe du Chateau. Dalej wybrzeże skręca ku południowi i tam ukrywa się najmniej uczęszczana plaża miasteczka zwana Pors ar Goret. Niska frekwencja plażowiczów to rezultat braku ratownika, łatwego dojazdu i parkingu w pobliżu, kamienistego zejścia do wody, ale przed wszystkim przeszłości tego miejsca, które zdradza jego nazwa. Obecnie sfrancuszczona nazwa po bretońsku brzmiałaby Porzh ar Gored, co oznacza zatokę z pułapką na ryby. Rozpowszechnionym niegdyś sposobem łowienia ryb w Bretanii było budowanie kamiennych wałów, ponad którymi podczas przypływu przepływały ryby, lecz zostawały uwięzione między tą konstrukcją, a brzegiem podczas odpływu. Dodatkowego uroku temu miejscu nadaje wysoki mur oporowy, za którym skrywa się prawdziwie zaczarowany ogród posiadłości przy sąsiednie Rue du Pré de Saint Maur.

Jeszcze nieco dalej rozlokował się port jachtowy z nowszą zabudową na wybrzeżu. Dzielnicę tą odwiedziliśmy tylko raz, by zrobić zakupy na miejscowym targu spożywczym. Czyli można tą część Perros-Guirec nazwać centrum żeglarskim lub targowym. Między nim, a wcześniej opisanym centrum letniskowym, na wzgórzu, rozciąga się właściwe centrum miasteczka z budynkiem ratusza, pocztą, bankami i sklepami, w których kupić można dobra inne niż pożądane przez krótkoterminowego miłośnika plażowania. Ponieważ miejskość tamtejsza, jak na francuskie realia, jest stosunkowo świeżej daty nie ma tu rynku czy placu centralnego, o ile nie uważać za taki rozdroża naprzeciwko kościoła św. Jakuba. Ujrzawszy go Podziomek sformułowała opinię, że budowla jest chyba ciągle nieukończona. W rzeczy samej, spójność architektury nie jest cechą wiodącą tej świątyni. Wynika to z budowania fazami. Kościół posiada więc część romańską z XII w, gotycką z przełomu XIV i XV w,, zwieńczenie gotyckiej wieży barokowym hełmem o korzeniach sięgających wieku XVII oraz ledwo siedemdziesięcio paroletni transept. W środku najciekawsze są romańskie rzeźby w kapitelach filarów, te po południowej stronie nawy znacznie bardziej urozmaicone w porównaniu do ich odpowiedników z drugiej strony nawy. Romański portyk na ścianie południowej ukazuje Chrystusa w ujęciu tetramorficznym, tj. w otoczeniu symboli czterech ewangelistów, chociaż zachowały się tylko symbole lwa i orła.

Wzgórze centralne opada ku kanałowi La Manche dziesiątkami uliczek, dostarczających coraz to innych widoków za każdym zakrętem. Domy są schludne, zamożne, tonące w hortensjach i innym wielokwieciu. Z drzew najbardziej imponujące rozmiary przybierają sosny czarne. Podczas naszego pobytu pogoda była wyjątkowo ciepła (25-30०C) i słoneczna. Zazwyczaj lata są tu chłodne i deszczowe, ale zimy łagodne. W tych warunkach rosną tu z powodzeniem gatunki roślin południowych takie jak figowce, drzewa oliwne czy palmy. Nic dziwnego, że krajobraz budzi skojarzenia z wybrzeżem śródziemnomorskim dziwnym trafem oblanym zimnymi wodami. Domy i wille często znane są bardziej pod nazwami własnymi niż pod adresami. Duża ich część powinna, moim zdaniem, nosić nazwę Bellevue, jeno ze zmieniającym się numerem porządkowym.

Na ciasteczku zaserwowanym mi do kawy widniała sylwetka maskonura. Oczywiste jest, że ptak o wyglądzie papugi oceanów wzbudza zainteresowanie w każdym zakątku naszego globu. W Bretanii jednak jest ono wzmocnione przez fakt, że jest to jedyna część Francji gdzie ten północnoatlantycki gatunek wyprowadza swoje lęgi. No, a przy takim wyglądzie nie może dziwić, że ptaszek gra znaczną rolę w wizualnej promocji regionu, a jego wizerunek skolonizował produkty sektora pamiątkarskiego. Jednak nie zawsze tak było. W 1912 roku Zachodnia Kompania Kolejowa (Compagnie des chemins de fer de l’Ouest) organizowała swoiste safari oferując bilet kolejowy z Paryża w pakiecie z polowaniem na te ptaki w archipelagu Siedmiu Wysp (le Sept Iles) w pobliżu Perros-Guirec. Uzbrojeni w śrutówki podróżni, pracując w pocie czoła, w ciągu dwóch lat zmniejszyli tutejszą populację sześciokrotnie do liczby ok. 2 tysięcy par. Jako widomy znak celności ręki i oka otrzymywali naszyjniki z kolorowych dziobów tych ptaszków. Ostentacyjne barbarzyństwo tego procederu wywołało falę oburzenia społecznego, w rezultacie której powstała ogólnofrancuska Liga Ochrony Ptaków (LPO), a na wyspach utworzono rezerwat przyrody.

Statki do rezerwatu odbijają z przystani na zachodnim krańcu plaży Trestraou. W programie mają podpłynięcie do kolonii głuptaków na najdalej na wschód wysuniętej wyspie Rouzic, dotarcie w pobliże zwieńczonej latarnią morską wyspy aux Moines oraz powrót wzdłuż Wybrzeża Różowego Granitu. Wyspa Rouzic wygląda z dala jak gdyby jedną część miała trawiastą, a drugą skalistą. W istocie skały obecne są na całym jej obszarze, ale biel nadaje jej ptactwo. Samych głuptaków jest tam 12 tysięcy par. W porównaniu z odwiedzaną przez nas dwa lata temu Bass Rock koło Edynburga (opis tej wizyty znajduje się tutaj) to skromna liczba, ale wystarczająca by poczuć potęgę natury. W dodatku, bretońskie głuptaki obserwowaliśmy na późniejszym etapie rozwojowy przez co mogliśmy napawać się widokiem już całkiem pokaźnych podlotów. Maskonury widzieliśmy wyłącznie na wodzie i również w liczebności mniejszej niż u wybrzeży Szkocji. Cóż poczniesz, społeczności na granicy zasięgu gatunku nigdy nie będą tak liczne jak te mające szczęście zasiedlać bardziej sprzyjające okolice. Pojawiały się jeszcze nurzyki, kormorany i mewy srebrzyste, a ze ssaków foki szare, ale ogólnie rozmaitość gatunkowa była tu mniejsza, co pewnie ma związek z większą żyznością wód Morza Północnego.

Nasze plany wycieczek po północnej Bretanii obejmowały rozległy teren od Saint Malo na wschodzie po Morlaix na zachodzie. Rzeczywistość zweryfikowała je w sposób brutalny i, ostatecznie, wybraliśmy się na wycieczkę do pobliskiego miasta Lannion oraz leżącego jeszcze ciut dalej Château de Kergrist. Lannion leży nad rzeką Leguer w miejscu dokąd sięgają maksymalne przypływy morskie. To charakterystyczna lokalizacja dla wielu miast wybrzeża Bretanii. Miasta w takim miejscu z jednej strony mogły korzystać z benefitów handlu morskiego, z drugiej zaś były przez połowę czasu bezpieczne od wszelkiego rodzaju wrogów przybywających od morza. Dzisiaj ma to znaczenie dla kajakarzy górskich. Sztuczny tor do uprawiania ich dyscypliny zasilany jest w Lannion morską wodą zgromadzoną za specjalną śluzą podczas przypływu. Miasteczko, jest bogate w zabytki. Nie wszystkie można zwiedzać. Na przykład barokowy konwent Urszulanek, gdzie prowadzona była, zamknięta po rewolucji francuskiej, szkoła żeńska został przystosowany do działalności naukowej i  wystawowo-konferencyjnej. W jego rozległym kompleksie znaleziono miejsce i dla części mieszkalnej, w tym mieszkań socjalnych. Urbanistycznie jednak, jego gmachy nadal organizują przestrzeń miasta po lewej (południowej) stronie rzeki. Akurat był jakiś jarmark, duży ruch w centrum. Lannion jest na tyle znaczącym miastem, że wzniesiono w nim hale targową. Nie z tych największych, ale z wszelkimi wyznacznikami epoki fin de siecle, kiedy to powstała. W centrum cieszy też oko spora ilość kamienic o konstrukcji szachulcowej lub takich, gdzie nie tylko dachy, ale i ściany pokryte są łupkiem.

Kościół św. Trójcy dzięki znacznym rozmiarom oraz usytuowaniu na wzgórzu Crec’h Tanet (bret. Wzgórze Ognia) dominuje w krajobrazie miasta. Nic dziwnego, że jego wizerunek wykorzystywany jest w wizualnej promocji Lannion. Kościelne wzgórze choć oddalone ledwo o 700 m od siedziby mera miasta, historycznie rzecz biorąc, przynależało do wioski  Brélévenez. Dopiero w 1961 roku przyłączono ją do Lannion w konsekwencji decyzji o ulokowaniu pod miastem centrum telekomunikacji, którego pracownicy musieli gdzieś mieszkać, a w wiosce było sporo wolnych (czytaj: wykorzystywanych rolniczo) gruntów pod zabudowę. Schody o 142 stopniach doprowadzają z doliny potoku Stanco na kościelny podwórzec. Kościół jak na wiejską świątynię jest ogromny. Ma ponad 50 m długości i około 35 metrową wieżę. Wytłumaczenie tego stanu daje teoria, wedle której miał on być jedną z siedzib potężnego zakonu templariuszy. Siedzibą wiejskiej parafii został dopiero w XVIII w. Pamiątką sielskiej proweniencji jest, nadal funkcjonujący, cmentarz otaczający świątynię. Może też figury z wnętrz, które mimo renesansowej metryki powstania epatują stylem ludowo-prymitywistycznym. Na romańskim zrębie kolejne epoki odcisnęły swoje architektoniczne piętno. Wstyd przyznać, że pomimo ponad 800 letniej historii kościoła najbardziej w pamięci utkwiły mi elementy datowane na rok 1639. Są to trzy pilastry przy zewnętrznej ścianie południowej flankujące XII wieczny portal. Ze względu na liczbę budzą skojarzenia z wezwaniem świątyni. Kominopodobne zwieńczenia sugerują rolę wentylacyjną. Być może jednak pełniły funkcję przypór ratujących ścianę przed osunięciem? W każdym razie warto wspiąć się do kościoła, jeśli nie dla skarbów jego architektury i wyposażenia to dla interesującego widoku ku historycznemu centrum Lannion, nieco tylko zepsutego przez podkowiastego kształtu bloczysko zwane Residence du Centre. 

Czym byłaby wizyta we Francji bez odwiedzenia zamku? Wybraliśmy Château de Kergrist ze względu na bliskość Lannion. To średniej wielkości siedziba arystokratyczna powstała w XV w., i rozbudowana w wieku XVII. Po zniszczeniach rewolucji francuskiej odbudowała ją rodzina obecnych właścicieli stylizując jednak na XVII wieczną wersję. Dzisiaj obiekt utrzymuje się z  udostępniania zamku i parku filmowcom, firmom reklamowym i nowożeńcom. Park w stylu francuskim trochę ucierpiał w wyniku suchego lata. Ekspozycja we wnętrzach to mieszanina starych mebli, urządzeń, naczyń i obrazów, wśród których dopatrzyliśmy się kilku dzieł Rubensa. Piękna kuta brama u wjazdu oraz zamieniony na cele mieszkalno-biurowe budynek dawnej stajni dopełniają obrazu. Trochę szkoda, że właściciele nie hodują nadal koni! Zwiedzanie całości nie zajęło więcej niż 1-1,5 godziny, ale jako uzupełnienie programu wizyty w Lannion było warte poświęconego czasu.

Reprezentacyjny wjazd na teren posiadłości Kergrist

Ledwo usadziliśmy się przy stolikach z widokiem na plażę Trestraou i wody kanału La Manche zjawił się starszy kelner i postawił przed nami podwójne espresso dla Podziomka i dla mnie oraz cappuccino dla towarzyszącej nam cioci Kasi (jak wspominałem niegdyś pseudonim ten nadały jej nasze dzieci). Byliśmy tam raptem trzeci raz, a gość zdołał zapamiętać co sobie zamawiamy! Tym samym zyska tytuł Igora przyznawany w naszej rodzinie najlepszemu kelnerowi wyjazdu. Na lunche wpadaliśmy zawsze do wszechobecnych naleśnikarni preferując gryczane galettes ponad pszeniczne crepes. Trzeba było tylko pamiętać, że, poza miejscówkami wybitnie turystycznymi, będą one serwować te przysmaki tylko do godziny 14:00, a bywa, że i krócej. Część obiadów przygotowywaliśmy sami, ale na małże z frytkami i inne dania obiadowe nie musieliśmy chodzić daleko. W przyziemiu budynku, gdzie urzędował nasz Igor było też dobre pół tuzina restauracji. Były to lokale na tyle duże, że można było dostać w nich stolik bez uprzedniej rezerwacji.

W brytyjskim komedii “Johnny English” traktującej o agencie MI6 (w tej roli Rowan Atkinson) ratującym Zjednoczone Królestwo przed przejęciem przez niecnego, francuskiego hochsztaplera o nazwisku Pascal Sauvage, jedna z londyńskich stacji radiowych prowadzi konkurs zbierając najlepsze odpowiedzi na pytanie “Za co lubimy Francuzów?”. Prowadzący dziennikarz podsumowując postępy konkursu stwierdza “Odpowiedzi na razie nie wpłynęły”. Podziomek jest zwolennikiem teorii, że można kochać Francję, ale trudniej jej mieszkańców. Ja przychylam się ku teorii, że problem leży w języku. Francuski od końca II Wojny Światowej nie jest już językiem międzynarodowym. A przyswojenie angielskiego, co dla Polaków jest sprawą naturalną, przychodzi Francuzom z wielkim trudem. Stąd dopiero 38 miejsce Francji w światowym rankingu sprawności językowej w angielskim (EF EPI), w porównaniu do 15 miejsca Polski. Gdy już znajdziemy sposób porozumiewania się, wrażenia są znacznie lepsze. My doznaliśmy tego w małej kapliczce ewangelickiego kościoła reformowanego w Perros-Guirec. Kręcący się tam Bretończycy, gdy zorientowali jak śladowy jest nasz francuski, sprowadzili pastora z Wielkiej Brytanii, który w okresie letnim wspiera ich panią proboszcz. Ten okazał się być z pochodzenia Niemcem, co może tłumaczyć fakt znajomości kilku podstawowych zwrotów po polsku. Choć rozmowa kontynuowana była w niezrozumiałym dla nich języku miejscowi też w niej uczestniczyli podrzucając niemiecko-brytyjskiemu pastorowi informacje i fakty mogące, ich zdaniem, zaciekawić przybyszów z dalekiej Pologne. Czyli, jak to zwykle bywa, wszystko zależy na kogo się trafi!

Kategorie
Niemcy

Czy PKP jest lepsze od Deutsche Bahn czyli o korzyściach z przystanku w podróży

Euro Intercity Plus do Krakowa pokonywał swoją trasę zgodnie z planem aż do węzłowej  stacji Kozłów ulokowanej po północnej stronie przedwojennej dumy Polskich Kolei Państwowych – tunelu pod jurajskim masywem Białej Góry. Nie licząc warszawskiego tunelu średnicowego, był to pierwszy podziemny przejazd, który pokonałem w charakterze pasażera kolei przed ponad półwieczem. Pierwszy, więc nie do zapomnienia, zwłaszcza, że dalsza trasa do Krakowa pozwalała odpocząć oczom od monotonii krajobrazu Równiny Środkowopolskiej. Dziwne tym razem było, że pociąg zatrzymał się na tej, nie przewidzianej w rozkładzie jazdy, stacji. Niezapowiedziany postój zdawał się nie mieć granic. Obsługa nabrała wody w usta, ale nieoceniony internet suflował wyjaśnienie: Podobno doszło do zerwania sieci zasilania elektrycznego gdzieś pod Krakowem. W końcu z głośników podano potwierdzenie przyczyny postoju oraz wyjaśniono, że czekamy na zgodę zarządcy infrastruktury torowej na przejazd objazdem przez Olkusz. Takowa ostatecznie została udzielona i nasz skład dostojnie potoczył się po torach w stronę Aglomeracji Górnośląskiej. Dostojnie to właściwe słowo, bo w tempie nieprzekraczającym 40 km/h, co jak wyjaśniono, jest standardem w sytuacji, gdy pociąg jest wpuszczany na odcinek torów, po których zgodnie z planem nie powinien się poruszać. W rezultacie na Dworcu Głównym w Krakowie zameldowaliśmy się z czterogodzinnym opóźnieniem, a zarezerwowany obiad w nastrojowym lokalu  diabli wzięli.

Pobyt w dawnej stolicy był ledwie jednodobowej długości, więc kolejnego dnia stawiliśmy się na peronach krakowskiego dworca. Po rozstrzygnięciu nieporozumienia polegającego na wybraniu przez część uczestników naszej wycieczki wolniejszego, acz ruszającego w podobnej porze, z tego samego peronu połączenia przez Kielce i Radom, mogliśmy zająć miejsca w przedziale właściwego składu. Doczekaliśmy w nim pory planowanego odjazdu. Niestety, pociąg jak stał przy peronie tak przy nim i został. Po chwili z głośników wybrzmiało wyjaśnienie: Otóż, część naszego składu przewidziana do połączenia z naszym wagonami w Krakowie miała dotrzeć z Zakopanego. Miała, ale w tym pechowym dniu nie dotarła. Poproszono nas o cierpliwość, bo musieliśmy czekać na pechowców ze stolicy Tatr korzystających z komunikacji zastępczej. W końcu się na nich doczekaliśmy i z 50 minutowym opóźnieniem ruszyliśmy w drogę. Składniki na obiad czekały na nas w domowej lodówce.

Natura polska pozostaje w permanentnym stanie porównywania materialnych i duchowych parametrów polskości z odpowiednimi wskaźnikami krajów lepiej rozwiniętych, którym to poszczęściło się w historii, w sposób niezrozumiały i krzywdzący dla potomków dzielnych Sarmatów. Od lat z rozbawieniem przemieszanym z niesmakiem obserwuję kolejne paroksyzmy emocjonalnego wahadła kursującego od obrażonego poczucia niższości ku, często nieuzasadnionym, wzlotom natury wyższościowej. Jesienią 2025 roku, kiedy to miała miejsce opisywana wycieczka do Krakowa, polskie media elektroniczne obiegała fala wzmożenia w krytyczno-prześmiewczym opisywaniu różnorakich kłopotów Deutsche Bahn i jej pasażerów. Trudno skrywana Schadenfreude z kłopotów sąsiada ma jednak, w naszym przypadku, korzenie w długoletnim niezadowoleniu z poziomu usług zapewnianych przez rodzime PKP. W każdym razie, zgodnie z katastroficznymi doniesieniami o kolejach niemieckich możnaby sądzić, że przejęły one już obsługę linii z Warszawy do Krakowa. Cóż, kuszące to wyjaśnienie, pozostaje jednak w sferze polsko-narodowej fantasmagorii.

I oto podczas ostatniej wakacyjnej wyprawy do Bretanii ta wyśmiewana instytucja miała dostarczyć rozwiązania problemu stworzonego przez nadmierne przywiązanie naszych zachodnich sąsiadów do tradycyjnych procedur i instytucji w zderzeniu z wyzwaniami współczesności. Wyprawa była samochodowa. Droga do Bretanii to około 2200 km w jedną stronę. Podzieliłem ten dystans na pół i nocleg wypadł mi w Essen, w Zagłębiu Ruhry. Ku mojej radości okazało się, że miasto nie jest wytworem rewolucji przemysłowej, lecz ma korzenie sięgające okresu wczesnośredniowiecznego. Świadkiem czego jest kilka wybitnych zabytków, w tym katedra (Essener Münster) założona jako kościół kolegiacki w połowie wieku IX. W pobliżu znajduje się hotel o wdzięcznej nazwie Essener Hof (Dwór Esseński), gdzie dokonałem rezerwacji. Oba te obiekty to jednak ścisłe centrum miasta, a zatroskani o jakość powietrza miejscowi radni jeszcze w 2011 roku ogłosili praktycznie całe miasto strefą czystego transportu. Jakościowe wymogi stawiane pojazdom, które mogą wjechać do strefy nie są nadmiernie wygórowane, zwłaszcza dla wyprodukowanego w marcu 2026 roku samochodu, którym podróżowaliśmy. Cóż, kiedy dla służb kontrolnych nie ważne są parametry techniczne pojazdu, lecz fakt posiadania stosownej naklejki na szybę. Tą można wprawdzie zamówić i opłacić online, ale potem samoprzylepny druczek wysyłany jest tradycyjną pocztą na adres aplikanta. Już będąc w Niemczech można go wykupić w stacjach kontroli pojazdów, w punktach TÜV, w wydziałach komunikacji lub wybranych warsztatach samochodowych. Nie jest to jednak rozwiązanie dla osób podróżujących w weekend, bo pracownicy tych zacnych instytucji wszak też muszą mieć kiedyś wolne od pracy.

Mapa ukazująca popularność stref ochrony środowiska w Niemczech
Taką plakietkę dostarczy Ci poczta

W efekcie zadałem AI pytanie o najbliższą Essen stację kolejową leżącą poza strefą. W odpowiedzi wyrzuciło mi informację o Kettwig Stausee położonej jedyne 18 km od esseńskiego Hauptbahnhof. W dodatku kursująca przez nią linia S6 przemierzała trasę z Kolonii do Essen w półgodzinnych odstępach przez praktycznie całą noc. Dalej poszło jak z płatka. Parking P+R, choć niewielki, zapewnił naszej Skodzie wystarczająco miejsca. 24 godzinny bilet kupiony w biletomacie to wydatek mniej niż 3 Euro na osobę na przejazd. Ośmiominutowe opóźnienie można tolerować, zwłaszcza, że dociera się na perony położone jakieś 200 metrów od hotelu. Słowem, tak nam się spodobało, że postanowiliśmy nie zmieniać rezerwacji w Essener Hof w drodze powrotnej. Tymczasem, gdy po 10 dniach dotarliśmy na przystacyjny parking, a potem po schodach wdrapaliśmy się na perony stacji, zaskoczył nas całkowity brak ludzi. Dzwoniąca w uszach ciszę burzyło tylko skrzeczenie nocnego ptactwa w krzakach na skarpie powyżej torów. Wyświetlacze informacyjne pokazywały jeno aktualny czas. Znowu przydatna okazała się AI. Dowiedzieliśmy się od niej, że praktycznie przez cały czas naszego pobytu w Bretanii na linii S6 trwały nocne prace torowe. Po pewnym czasie znaleźliśmy nawet skromną strzałkę sugerującą, że 600 m od stacji znajduje się przystanek komunikacji zastępczej. Ze względu na późną porę, a było już po 23, nie zdecydowaliśmy się na dalsze testowanie systemu przewozów masowych w Zagłębiu Ruhry. Zawezwaliśmy taksówkę z Essen, której kierowca mówił po niemiecku jeszcze gorzej niż ja, nie wiedział gdzie jest nasz hotel oraz nie potrafił wstukać tej nazwy do nawigacji w aucie. Ostatecznie, dowiózł nas jednak na miejsce, gdzie czekało wygodne łóżko.

Niespodziewanie dla wszystkich hotel Essener Hof zaintrygował nas swoją architekturą i historią. Fasada frontowa, przecięta kilkoma pilastrami, łączyła harmonijnie kilka stylów architektonicznych, a jednocześnie wpisywała się zręcznie w okolice dworca kolejowego odbudowane w stylu uproszczonego modernizmu ze zniszczeń wojennych. Za dnia okazało się, że hotel zajmuje cały, trapezowego kształtu kwartał ulic, a jego fasada frontowa jest najwęższa i jako jedyna nie nosi śladów neogotyku. Czego nie da się powiedzieć o wnętrzach, gdzie a to trafi się art decowska klamka, a to historyzujący maszkaron na balustradzie przyschodowej. Słowem, z każdego etapu działalności i rozwoju budynku zostały jakieś pamiątki. Historia też dosyć nietuzinkowa, bo obiekt powstał w 1887 roku z inicjatywy parafii ewangelickiej potrzebującej miejsca na zebrania (synody) swoich członków. Początkowo przybrał formę gościńca i schroniska działających pod nazwą Gasthaus und Herberge zur Heimat. Wraz z kolejnymi etapami rozbudowy zmieniał się nie tylko wygląd, ale i nazwę oraz formy świadczonych usług. Po 1904 roku, gdy rozrósł się wzdłuż okolicznych ulic, zmienił nazwę na Hotel Vereinshaus, a wkrótce potem fronton przybrał modernistyczne szaty. W 1928 hotel zyskał dwie dodatkowe kondygnacje ponad pilastrami wieńczącymi jego fronton. Obecna nazwę przejął w 1975 roku po rozebranym firmowym hotelu zakładów Kruppa.

Instytucja na poziomie zakresu usług i form komunikacji z klientem jest całkiem współczesna, ale przekroczywszy jej progi ogarnęła mnie szczególna atmosfera podróży w czasie. Ze względu na późną porę przyjazdu przyjmowali nas nocni portierzy. Uważni widzowie “Stawki większej niż życie” pamiętają takie persony przyjmujące agenta J-23 w recepcjach każdego z hoteli, do których zaprowadził go scenariusz serialu. Wystrój obydwu pokoi, a trafiły nam się numery reprezentacyjne – najpierw usytuowany nad głównym wejściem, a potem jeden z czterech apartamentów z widokiem na wewnętrzny dziedziniec – epatował szarością i brązem w stylu uchodzącym za elegancki przed około 50 laty. W końcu różnica w jakości dwójek i jedynek, na które przysposobione chyba dawne pokoje służbowe personelu, niosły w sobie atmosferę swoistej dekadenckiej melancholii. Nie od rzeczy może tu być fakt, że zarządzając interesem rodzina Bosse pozostaje u steru od 1891 roku.

Do katedry esseńskiej jest z hotelu nie więcej niż 400 metrów. Jest ona kościołem biskupim ledwo od 1958 roku, co przy historii opactwa sięgającej roku 845 jest czasem niewiele dłuższym niż mrugnięcie powiekami. Obszar po południowej stronie kompleksu, aż do trzeciej dekady XIX w. wykorzystywany jako przykościelny cmentarz, później awansowany do roli reprezentacyjnego placu miasta, nie został zabudowany podczas powojennej rekonstrukcji przez co daje możność ogarnięcia wzrokiem całej pierzei. Poczynając od dawnego baptysterium, pełniącego później rolę kościoła dla przyklasztornej parafii, przez otoczone arkadowym ogrodzeniem atrium, pochodzący z okresu ottońskiego imponujący masywnością zespół zachodniego wejścia (Westwerk), nawę flankowaną pięcioma kaplicami krytymi osobnymi dachami, aż po zwieńczony wyniosłą sygnaturką fałszywy transept przedłużony w kierunku południowym przez współczesne zabudowania kurii i skarbca. Chociaż w nocy z 5 na 6 marca 1943 roku samoloty RAF zrzuciły na Essen bomby o łącznej wadze blisko 140 tysięcy ton, najstarsze części katedry wyszły z pożogi stosunkowo nienaruszone. Nie przeżył za to próbujący ratować skarby kościoła prepozyt (administrator) – Johannes Baptist Theissing. Odbudowany kościół świadczy o przedindustrialnej historii miasta i regionu wyróżniając się wśród otaczającego go morza współczesnej zabudowy.

Już wejście do świątyni dostarcza niecodziennych wrażeń, gdyż wiedzie przez atrium zamknięte od wschodu kamienną ścianą Westwerk. Poprzecinana jedynie pojedyńczymi otworami triforiów (niżej) i biforiów (wyżej), kulminuje ośmioboczną wieżą, po bokach jest zaś flankowana dwoma niższymi ryzalitami. Wszystkie trzy wieże zwieńczone są wielospadowymi hełmami krytymi pozieleniałą od wieku blachą miedzianą. Z drugiej strony dziedziniec zamyka gotycka ściana baptysterium, obecnie mianowanego kaplicą adoracji lub kościołem św. Jana Chrzciciela. Ze względu na dawną funkcję zbudowane jest na planie kwadratu. Zagląda tam mniej turystów, a schronienie w nim znalazły m. in ołtarze i inne elementy barokowego wyposażenia kościoła kolegiackiego przeniesione tam w XIX w. podczas modnej ówcześnie regotyzacji historycznych wnętrz. Neogotyckie wtręty, jako znajdujące się w najbardziej zniszczonej części kompleksu nie dotrwały do naszych czasów, tymczasem lekceważona sztuka baroku przetrwała czas pożogi w dawnym baptysterium. Kościół św. Jana Chrzciciela chlubi się też gotycką wieżą, najwyższą w całym zespole katedralnym.

Wnętrze głównej świątyni jest wysoce ascetyczne, przemawiając językiem sztuki budowniczej, a nie bogactwem wyposażenia. Najcenniejsze zabytki ruchome przeniesione zostały do skarbca, na którego zwiedzenia nie mieliśmy już czasu. Niemniej jednak, dwa obiekty z czasów przełomu pierwszego i drugiego tysiąclecia przyciągają uwagę zwiedzających. Olbrzymi, dwu i pół metrowy świecznik stoi na początku nawy głównej. W absydzie nawy północnej znajduje się figura Matki Boskiej z dzieciątkiem z pierwszej połowy X w., najstarsza tego typu dzieło znane na północ od Alp. Jak to praktykowano w sztuce wczesnoromańskiej, oba obiekty upiększono kamieniami szlachetnymi, a wykonaną z drewna figurę Matki Boskiej całą pozłocono. Przy całym szacunku dla historii, kunsztu twórców rzeźby oraz zrozumienia dla kultowej roli, jej obła bezkształtność i oślepiający blask skojarzyły mi się z antropomorficznymi przedmiotami kultów przedchrześcijańskich zwanymi bałwanami, by nie powiedzieć wręcz, że z biblijnymi złotymi cielcami. Z swojskich akcentów odkryliśmy ołtarz Matki Boskiej, czy może instalację edukacyjną wprowadzającą w istotność kultu maryjnego dla rzymskiego katolicyzmu, zdobny ikoną Matki Boskiej Włodzimierskiej, która Polakowi kojarzy się, rzecz jasna z Częstochowską. Prócz tego studiując umieszczony w krużgankach wirydarza poczet przeorysz tutejszego klasztoru odkryliśmy że ostatnia z nich była córka polskiego króla Augusta III Sasa. Podczas naszej krótkiej wizyty katedrę wypełniał zgiełk generowany przez trzy setki dzieciaków kłębiących się w jej wnętrzu. Okazało się, że był to chyba zlot dziecięcych chórów parafialnych. W pewnym momencie z 50 osobowa część tego bandar-logu została ustawiona przed ołtarzem i na dany znak rozpoczęła pienia rezonujące przenikliwie od  ścian i sklepienia świątyni. Poczuliśmy się jak podczas koncertu niemieckiej wersji Arki Noego. Młodzi śpiewacy koncertowali z zapałem odpowiednim dla wieku, w którym ciągle uważa się, że lepiej znaczy głośniej. Bez wątpienia, katedra w Essen nie jest świątynią, gdzie Boga uwielbia się bezgłośnie lub co najwyżej szeptem.

Prace torowe na linii S6 zakończyły się nad ranem więc bez najmniejszego problemu wróciliśmy do Kettwig Stausee, gdzie czekał, gotowy do dalszej drogi, nasz pojazd. W blisko 1100 km podróży do domu nachodziły mnie wspomnienia wszelakich kolejowych przygód z czasów studenckich. Były wśród nich i takie z międzynarodowym akcentem. W 1985 roku prowadziłem grupę w ramach organizowanego przez warszawskie SKPB rajdu Beskid Niski. 

W przeddzień wyjazdu kolega z roku spytał czy nie mógłbym zabrać ze sobą Marjon, holenderskiej stażystki jego instytutu. Obawiał się, że będzie się nudziła w długi, majowy weekend w opustoszałej Warszawie. Zgodziłem się i w ustalony dzień kilkunastoosobową grupą stawiliśmy się na peronie dworca Warszawa Wschodnia. Wraz z nami dobre kilka setek podróżnych planujących dostać się do wagonów nocnego pospiesznego do Krynicy. Jedno z okien wagonu, który zatrzymał się w pobliżu było uchylone. Zostawiliśmy więc możliwość walki o pierwszeństwo przy drzwiach reszcie podekscytowanego tłumu, sami zaś podsadziliśmy najszczuplejszą osobę ku owemu oknu, ta zaś wkrótce umożliwiła pozostałym członkom grupy wskoczenie do przedziału. Gdy przyszła kolej na Marjon na peronie pojawił się patrol Straży Ochrony Kolei (SOK). Jego wiedzeni dziwną nadgorliwością członkowie zdecydowali się zapobiec łamaniu przepisów kolejowych, według których od wchodzenia są drzwi, a nie okna. Nieszczęsna Marjon, będąca już górną połową ciała w przedziale, została pochwycona przez dzielnych funkcjonariuszy za nogi. Niemniej chrobrzy uczestnicy rajdu trzymali ją jednak za ręce. Nastąpiły dramatyczne zawody w przeciąganiu Marjon. W końcu przeważyli rajdowcy. Pociąg ruszył w drogę. Poczerwieniała z wysiłku i emocji Marjon zapytała: “Zawsze tak wchodzicie do pociągów?” Odpowiedź brzmiała: “Nie, ale ten sposób lubimy najbardziej!” 

Rok wcześniej, z kolegą Grzegorzem i psem Biszkoptem zmuszeni byliśmy skorzystać z usług PKP na trasie Gołdap – Warszawa. Nota bene, linia ta na odcinku do Olecka jest wyłączona z użytkowania przez więcej niż połowę czasu dzieląca nas od tej heroicznej podróży. Dlaczego heroicznej, zapytacie? Otóż za PRL obowiązywała obowiązkowa służba wojskowa. W dniu naszego powrotu nałożyły się na siebie jakieś elementy rekruckiej celebry. Jedni świętowali wojskową przysięgę, inni odejście do cywila. Perony pełne były zarówno rodzin żołnierzy jak i samych mundurowych. Ci ostatni, co do zasady, w stanie ciężkiej alkoholowej intoksykacji. Jako wsiadający, tym razem drzwiami, na stacji początkowej nie mieliśmy kłopotów z zajęciem miejsc w przedziale. Na kolejnych przystankach, a zwłaszcza w Ełku, dobiły ogromne ilości podróżujących. W ten sposób w naszym przedziale znalazło się dwóch żołnierzy. Ten bardziej pijany zaraz zasnął, ale już w okolicach Grajewa dostał napadu wymiotnego, co robił zresztą nie przerywając snu. Mniej pijany też spał, ale obudził się po jakimś czasie i widząc zabrudzone swoje buty i spodnie pośpiesznie opuścił przedział. Cywilni podróżni zrobili to już wcześniej. Na posterunku wytrwał zespół w składzie Grzegorz, Biszkopt i ja, w czym pomagał nam pęd, wpuszczonego przez szeroko otwarte okno, świeżego powietrza. W Białymstoku czekała nas przesiadka. Nie pamiętam jakim cudem znaleźliśmy w pociągu do Warszawy miejsca siedzące. Już w Łapach ogłoszono, że z powodu wypadku na trasie pociąg pojedzie trasę okrężną przez Ostrołękę. Oznaczało to wydłużenie podróży z 6 do 8 godzin. Gdzieś około północy Biszkopt zaczął wykazywać oznaki zniecierpliwienia. Nie, nie przeszkadzał mu tłok ani niedociągnięcia organizacyjne PKP. Zrozumiałem, że natura domaga się od zwierzaka swojej daniny. Żołnierzom puszczanie pawia w przedziałach uchodziło wówczas na sucho. Tolerancja taka nie rozciągała się jednak na sikające w przedziałach psy. Chcąc nie chcąc udaliśmy się do wagonowej toalety. Przybytki te ówcześnie miały w podłodze kratkę, co w zamyśle, miało usprawnić ich zmywanie strumieniem wody ze szlaucha. Wskazałem ją psu i zachęciłem do skorzystania. Biszkopt patrzył na mnie z niedowierzaniem, ale po przeprowadzonej inspekcji z wykorzystaniem organu powonienia załatwił się właśnie w tym miejscu. Założę się, że przed nim zrobiło tak wielu dwunożnych podróżnych.

Pamięć ludzka funkcjonuje w sposób wzmacniający wydarzenia generujące emocje, tak pozytywne jak i negatywne. Łatwo zapomina się, ile razy kolej bez przeszkód i na czas dowiozła nas do celu. Za to spóźnienie i objazdy znacznie łatwiej zakotwiczają się we  wspomnieniach. Jednak osoby z mojej generacji, po twardej szkole funkcjonowania w PRL-u, nie łatwo jest zbulwersować współczesnymi niedociągnięciami kolei. I nie ma tu znaczenia czy jej personel porozumiewa się po polsku czy niemiecku. Zwłaszcza, gdy ostatecznie pociąg dowiezie Cię do wygodnego noclegu czy atrakcji krajoznawczej, którą zapamięta się lepiej niż warunki podróżowania.

Kategorie
Polska

Humor przewodników turystycznych, czyli uboczne radości wizyty w Trójmieście

Niegdysiejsze czasopismo “Przekrój” uchodziło za kulturotwórcze i kształtowało gusta kilku pokoleń inteligencji polskiej w czasach PRL-u. Poprzez publikowane teksty popularyzowało sztukę nowoczesną, zasady zdrowego żywienia, jazz czy motoryzację. Nie należałem do regularnych czytelników tego tytułu, ale gdy już trafiał w moje ręce lekturę zaczynałem zawsze od ostatniej strony. Sądzących, że poszukiwałem tam rubryki sportowej oraz ostatnich wyników piłkarskich muszę rozczarować. “Przekrój” nie zajmował się tak przyziemną tematyką jak sport, zostawiając ją pismom specjalistycznym. Tym co przyciągało moją uwagę i zachęcało do dalszej lektury była rubryka “Humor zeszytów szkolnych”. Do dzisiaj nie wiem, czy redakcja “Przekroju” współpracowała z załamanymi polonistami dostarczającymi co ciekawsze wyrywki pisemnych prac swoich podopiecznych, czy też cytaty owe były autorstwa inteligentnie-złośliwego członka redakcji. Pomimo, że obecna reinkarnacja “Przekroju” nie zajmuje się już krytyką trudnej sztuki składania polskich słów w, w miarę zrozumiałe, zdania, samo pojęcie “Humor zeszytów szkolnych” zrobiło zawrotną karierę, a w internecie możemy znaleźć stronę (zdziwiłbym się, gdyby tylko jedną) bawiącą czytelników logiczno-językowymi lapsusami.

Wycinek z Przekroju numer 44 z roku 1966

Bić się czy myśleć? Ten filozoficzny dylemat musiał, choć nieświadomie, przyświecać autorowi takiego oto zdania: „Jurand nie rzucił się na Krzyżaków, gdyż tymczasem bił się z myślami”. Ja też długo biłem się z myślami czy za temat kolejnego wpisu na blogu wybrać tekst o Trójmieście. Tak się złożyło, że ostatnio bywam tam 3-4 razy w roku. Są to jednak krótkie, najczęściej weekendowe, wypady wypełnione po części pracami porządkowymi, po części wizytami w sopockich biurach i instytucjach. Oczywiście, zawsze staramy się urozmaicić te wyjazdy jakimś turystyczno-krajoznawczym akcentem, ale koncepcja moich wpisów wydawała się pasować bardziej do opisu dłuższych wycieczek i poruszania szerszej tematyki niż rozważania nad atrakcyjnością miejsc i obiektów na trasie 2-3 godzinnego spaceru. Rzucałem się więc na inne tematy, Trójmiasto odkładając na przyszłość. 

Niespodziewanie, inspiracji dostarczyła mi książka. Znalazłem ją w recepcji dolnomiejskiego Dworu Uphagenów. Kusiła tytułem – Nieprzewodnik, zapowiadającym gawędziarsko-osobisty charakter. Wydawca znany i poważany, recenzje omalże entuzjastyczne. Rzut oka na spis treści upewnił mnie, że autor opisał większość ciekawych zakątków miasta nad Motławą i Wisłą. Stałem się więc więc jej właścicielem. Nic w tym dziwnego, gdyż mapy i przewodniki są dla mnie najcenniejszymi pamiątkami z każdej podróży. Zaraz po przywitaniu z Podziomkiem, który w hotelu na Dolnym Mieście przebywał już od dwóch dni, przy kawie i ciastku w kawiarni mieszczącej się w pralni niegdysiejszego szpitala o dziewiętnastowiecznych korzeniach, poświęciłem się czytaniu. Lekturę rozpocząłem, a jakże!, od rozdziału dotyczącego Dolnego Miasta. Już na drugiej stronie tekstu natknąłem się na zdanie “Kamienica wyróżnia się tym, że przez jej środek przechodzi przejazd, czyli tak zwana brama”. Hmm! Być może mieszkańcom zabudowanych blokami z lat 70-tych XX w. gdańskich osiedli Zaspa i Przymorze trzeba tłumaczyć, czym była brama w tradycyjnej kamienicy, ale już twierdzenie, że w historycznej dzielnicy jaką jest Dolne Miasto, któryś z domów jest nietypowy, bo umożliwia wjazd na podwórze przez bramę wydało mi się nadmiernie śmiałą hipotezą. Po przewertowaniu następnych kilku stron trafiłem na kolejne kwiatki z bezcennej kolekcji Nieprzewodnika. Dowiedziałem się, że “działania wojenne małego cesarza (…) przywiodły czarne chmury nad nadmotławskich wolnomularzy”. Napoleon zresztą nie okazał się ich jedynym wrogiem. “Adolf Hitler w strachu przed oświeceniem zakazał działalności organizacji wolnomularskich na terenie Niemiec”. Znacznie mniej wojowniczy prezydent Mościcki dekretem z 1938 roku również zakazał działalności masońskiej w Rzeczpospospolitej, więc może skłonność do prowadzenia polityki zagranicznej przy pomocy armii nie była tu kluczową przyczyną? 

Zaopatrzony w ołówek oraz zestaw kartek samoprzylepnych z rosnącą fascynacją analizowałem kolejne rozdziały, śledząc historię zmagań autora z zasadami ortografii, semantyki, logiki i zdrowego rozsądku. Na 240 stronach znalazły się rozliczne ślady tych heroicznych bojów. Dla sprawiedliwości muszę dodać, że natknąłem się też na strony, ba!, całe podrozdziały, co do których trudno było mieć większe zastrzeżenia. Szkoda tylko, że Nieprzewodnik dotyczył wyłącznie Gdańska. W trakcie ostatniej trójmiejskiej wycieczki spacerowaliśmy też po Gdyni i Sopocie. Niestety, gdy zdecyduję się pisać o północnych sąsiadach Gdańska będę pozbawiony smakowitych cytatów wyjętych z twórczości autora, pana Szymona Kranza.

Dolne Miasto, jedna z pięciu historycznych dzielnic Gdańska (pozostałe to Główne [Prawe] Miasto, Stare Miasto, Wyspa Spichrzów, Stare Przedmieście) poznałem stosunkowo późno – gdzieś na początku lat 90-tych XX w. Teren za Motławą nie zachęcał ówcześnie do spacerów. Otoczone przekrzywionym parkanem ruiny spichrzy, które nadały nazwę całej wyspie, jakieś puste place z baraczkami kryjącymi egzotyczne punkty usługowe, dzikie parkingi, wiatr niosący tumany kurzu, strzępy papieru i co inne śmieci. Ponad ten obraz nędzy i opuszczenia wznosiły się tylko Baszta Stągiewna, żelbetowej konstrukcji spichlerz Deo Gloria i kamienica mieszcząca obecnie Pomorski Urząd Skarbowy. Traf chciał, że w ramach wyjazdu służbowego zatrzymałem się w hotelu Orbis (obecny Novotel Centrum) tuż obok tego ostatniego budynku. W wolnych chwilach zapuściłem się za Nową Motławę na Długie Ogrody. Tam za budynkami mieszkalnymi wzniesionymi w latach 60-tych XX w. znalazłem stare drzewa owocowe – dowód na pochodzenie nazwy od charakteru tej dzielnicy. W jezdni ulicy leżały nieużywane już szyny tramwajowe. Poszedłem za nimi, ale nie w stronę Bramy Żuławskiej, lecz na południe w ulicę Łąkową. Przekroczyłem Podwale Przedmiejskie i nagle znalazłem się w innym świecie. Dzielnica obfitowała w zachowaną, dziewiętnastowieczną zabudowę i miała wyraźnie proletariacki charakter.

Dolne Miasto na planie Gdańska z roku 1885

Świętej pamięci ciotka Podziomka była osobą o bardzo wyrazistych opiniach. Jedną z nich było głośno wyrażane przekonanie, że hotele to gniazda przestępczości i obyczajowych występków. Ja jednak nigdy nie zostałem nimi dotknięty w hotelowych murach, nawet nocując w niezapomnianym pensjonacie Amazonka na Przymorzu, gdzie przedstawicielki najstarszego zawodu świata musiały mozolnie przyuczać się do obsługi kasy fiskalnej, a ochroniarz z namaszczeniem oprowadzał mnie po podziemiach z rurami do zmysłowego tańca oraz z zacisznymi alkowami. Natomiast atmosfera Dolnego Miasta przed z górą 30 laty była nie tyle kryminalna, ile przesiąknięta lumpenproletariacką swojskością oraz rezerwą do nieznajomych i wszystkiego, co mogło przynieść zmiany w utrwalonym trybie życia i działania mieszkańców. Ciekawe, że PRL, który deklaratywnie był państwem robotników i chłopów, praktykował wobec tradycyjnie robotniczych dzielnic politykę swoistego “zagładzania” preferując raczej przenoszenie mieszkańców do nowych bloków i dzielnic niż inwestowanie w ich historyczne domy i ich okolice. Dopiero na przełomie XX i XXI w. władze miejskie ogłosiły program rewitalizacji dzielnicy, którego rezultaty możemy obserwować obecnie.

Przemysł, który odcisnął swoje piętno na wyglądzie dzielnicy, dawno już z niej zniknął. Miejsce Królewskiej Fabryki Karabinów (Königliche Gewehr-Fabrik) z czasów pruskich (nazwanej w Nieprzewodniku “fabryczką” co beztrosko skonfrontowano z informacją o zatrudnianiu w latach świetności 6 tysięcy pracowników i zajmowaniu “ogromnego kwartału” dzielnicy). W czasach, formalnie zdemilitaryzowanego, Wolnego Miasta Gdańska zastąpiły ją przeróżne mniejsze zakłady wytwórcze, a palmę pierwszeństwa w dzielnicy przejęły zakłady Gdańskiego Monopolu Tytoniowego (Danziger Tabak Monopol). Za PRL-u w dzielnicy działał Herbapol i zakłady futrzarskie. Obecnie ma tu siedzibę centrala wiodącej polskiej firmy odzieżowej, ale wajcha historii gospodarczej przesunęła się zdecydowanie w stronę usług. 

Gdański Monopol Tytoniowy, obecnie siedziba LPP, fot. Andrzej Otrębski, lic. CC BY-SA 4.0,

W budynkach dziewiętnastowiecznego szpitala po stosownej modernizacji działa całkiem wypasiony hotel. Co więcej, jego dziedziniec, pozwalający podziwiać budynki z nieoczywistej perspektywy, jest dostępny dla publiczności. Także wnętrza starej części hotelu w tym ponad 200 letni Dwór Uphagenów można obejrzeć np. deklarując zainteresowanie wynajęciem przestrzeni konferencyjnych czy organizacją przyjęcia. Kaplica przyszpitalna, a obecnie kościół rzymskokatolicki pw. Niepokalanego Poczęcia NMP, wyróżnia się dwoma cechami. Po pierwsze, zbudowano ją i, mimo licznych rozbudów, utrzymano w stylu rzadkiego w Gdańsku neogotyku angielskiego. Po drugie, od początku istnienia, służyła rzymskokatolickiemu zgromadzeniu sióstr boromeuszek. Co świadczy, że rozwój przemysłu w dzielnicy ściągął do niej katolicką ludność Kaszub i Pomorza Nadwiślańskiego, a nie tylko rdzennych, protestanckich gdańszczan. Do wnętrza kościoła trudno się dostać poza porą nabożeństw. Nam się udało, bo podszyliśmy się pod dziadków dzieciarni przedkomunijnej. Wnętrze nie dostarcza jednak atrakcji, które mogłyby zachęcać innych do podobnej kreatywności. Odpowiedni akapit w Nieprzewodniku kusi do odwiedzenia dziedzińca, gdzie “można znaleźć jeszcze dwie własności kościelne”.

Kościół pw. Niepokalanego Poczęcia NMP

Opis kompleksu poszpitalnego dostarcza też okazji do zbadania zjawiska czasoprzestrzeni. Autor “Nieprzewodnika“ sugeruje podziwiania go od “najmłodszego budynku z lewej (…) do najwyższego (…) po prawej stronie ulicy”. W bonusie dorzuca, że to Dwór Uphagenów jest najmłodszą częścią kompleksu, podczas gdy jest dokładnie na odwrót.

Inną ciekawostką architektoniczną Dolnego Miasta jest budynek starej łaźni miejskiej, u zarania XX w. jednej z trzech funkcjonujących w Gdańsku. Odnowiony już w obecnym wieku neoromański budynek z czerwonej cegły mieści Centrum Sztuki Współczesnej. Łaźnia miała specyficzny zakres świadczeń i odpowiadający mu plan wnętrz. Zakład zapewniał usługi higieniczne osobno dla pań, panów i dzieci. Miejsca ich świadczenia były odseparowane, włącznie z tym, że gmach obsługiwały trzy klatki schodowe. Na trzeciej kondygnacji znajdowała się sala gimnastyczna pozwalająca zachować sprawność fizyczną dzieciom i młodzieży z sąsiednich szkół. Jeśliby kto sądził, że trzy kategorie klientów były traktowane w podobny sposób powinien zapoznać się garścią statystyki. Otóż uczniowie mieli do dyspozycji 36 pryszniców, mężczyźni 22 prysznice i 8 wanien, a kobiety 6 (tak, tak!) pryszniców i 8 wanien. Ówcześni decydenci uważali chyba czystość kobiet za fanaberię lub wierzyli w ich wrodzoną cierpliwość i nadmiar wolnego czasu do dyspozycji.

Rewitalizacja dzielnicy objęła już wiele, a może wręcz większość, domów, choć w przypadku prywatnych właścicieli miasto mogło zachęcać lecz nie zmuszać do podjęcia działań.  Na ulicy Łąkowej odnowienia doczekała się też wąska, dwuosiowa kamienica. Na Głównym Mieście natrafimy wprawdzie na równie wąskie budynki, ale tam w trakcie powojennej odbudowy łączono po kilka, mizernych rozmiarów, kamieniczek w jeden blok mieszkalny skryty za kilkoma historycznie wąskim fasadami. Natomiast kamieniczka na Dolnym Mieście jest w pełni autonomiczną jednostką, co podkreśla brak bezpośrednio przyległych sąsiadów. Puste działki konsekwentnie wypełniają nowe, zharmonizowane rozmiarami z historycznymi, budynki. Rozpoczęła się też zabudowa części posesji należącej do nieczynnej od 1999 roku zajezdni tramwajowej. Usytuowany w pobliżu wóz tramwajowy z 1978 roku, historycznej linii nr 8 przypomina, że, choć dzisiaj ulokowane na uboczu, Dolne Miasto było skomunikowane z centrum zarówno od strony ulicy Łąkowej jak i Toruńskiej. Co do zajezdni istnieją plany urządzenia w niej muzeum z silnie podkreśloną funkcją integracji społeczeństwa dzielnicy. 

Jak na mało prestiżowe korzenie dzielnicy, zadziwiają forma i rozmiary jej głównych ulic. Otóż są to dwujezdniowe aleje z otoczonym zielenią deptakiem pośrodku. Ich powstanie nie wiązało się jednak z ideałami dziewiętnastowiecznych przemysłowców chcących wpuścić do miasta świeże powietrze, a swoim robotnikom dostarczyć terenów spacerowych. Jeszcze w XVI w. obecny teren Dolnego Miasta pokrywały mokradła nie bez kozery zwane Świńskimi Łąkami. Zabudowę umożliwiły dopiero prace regulacyjne, które z jednej strony otoczyły dzielnicę gwiazdokształtnym Opływem Motławy, z drugiej pocięły jej obszar równo rozmieszczonymi kanałami, po obydwu brzegach których powstały jezdnie i wzniesione zostały domy. Łąkowa, według Nieprzewodnika, “nie była jedyną ulicą, przez którą przebiegał taki twór”. Pamiątką po zasypanych w latach 40-tych XIX w. kanałach jest szerokość obecnych ulic. W ramach rewitalizacji wyrównano chodniki i załatano dziury w jezdniach, wymieniono podziemne instalacje, postawiono nowe lampy, ławki i śmietniki.  Jak twierdzi Podziomek, tego typu działania są warunkiem niezbędnym do stwierdzenia, że miasto ma troszczących się o jego wygląd gospodarzy. Obecny stan ulic Dolnego Miasta potwierdza tę obserwację.

Ja na jednym kajaku, Podziomek z młodszą córką na drugim opuściliśmy przystań przy ulicy o inspirującej nazwie Żabi Kruk. Wzdłuż Długiego Pobrzeża, Ołowianki z siedzibą filharmonii w dawnej miejskiej elektrowni, terenów postoczniowych za ujściem Kanału Raduni dotarliśmy do cypla Polski Hak, za którym skręciliśmy ostro na szerokie wody Martwej Wisły. Za Mostem Siennickim udało się wypatrzyć dosyć wąski pas wody na prawym brzegu, którym przedostaliśmy się wkrótce na Opływ Motławy. Ten zapewniał wspaniałe doznania. Wśród przybrzeżnych trzcinowisk i oczeretów ptaki śpiewały jak oszalałe, przekrzykując rechotanie żab. Po wodzie pływały łabędzie, krzyżówki i łyski. Za każdym zakrętem pojawiała się coraz to inna perspektywa. Choć bardziej odległe, widoki kamienic i kościelnych wież nie pozwalały zapomnieć, że jednak nie wypłynęliśmy poza miasto. Nabrzeża po prawej stronie Opływu dźwigały się coraz wyżej kulminując we wzniesieniach Bastionów Wilk i Żubr. Dwie groble z krągłymi wieżyczkami pokierowały nas ku Kamiennej Śluzie. Pokonanie jej bystrza dostarczyło nawet nieco emocji z zakresu profesjonalnego kajakarstwa. Podziomek z Krysią wybrały złą odnogę, utknęły, musiały wysiąść z kajaka i brodząc przeholować go na północną stronę śluzy. Wkrótce za Mostem Toruńskim boczny kanał doprowadził nas do punktu startu. Cała wyprawa trwała niespełna 3 godziny pozwalając poznać Gdańsk od strony wody. Opis odbytej przed laty wycieczki nie stracił na aktualności, choć mijane tereny wzbogaciły się w międzyczasie o nowe budynki. Spacerując ulicami Dolnego Miasta “jesteśmy szczelnie i bezpiecznie otuleni starymi fortyfikacjami” (nieoceniony Nieprzewodnik). Wzniesione w latach 1622–1636 miały się sprawdzić w latach Potopu szwedzkiego. Kamienna Śluza pozwalała uchronić przed zalaniem nabrzeża miasta podczas powodzi jak i, w razie potrzeby, podnieść poziom wody aż do zalania położonej po południowo-zachodniej stronie Opływu depresji Żuław Gdańskich.

O ile Dolne Miasto jest położoną na uboczu, ale niewątpliwą częścią szeroko rozumianego historycznego jądra Gdańska, cóż można powiedzieć o położonej po drugiej stronie Opływu Motławy Olszynce? Teren na Żuławach nosił w średniowieczu nazwę Bürgerwalde czyli Las Mieszczański. Gdy usypywano wały i wznoszono fortyfikacje w pierwszej połowie XVII w. las pozostał już tylko w nazwie powstałej tam osady Walddorf  (Leśna Wieś) podzielonej następnie na Mały i Duży (Klein und Gross Walddorf). Jako, że na terenach podmokłych rosły lasy łęgowe ze znacznym udziałem olchy, polska nazwa całkiem zręcznie nawiązuje do historycznego charakteru miejsca. Gdy w 1933 roku włączano te tereny do miasta liczba mieszkańców nie przekraczała tysiąca. Nie odwiedziliśmy jednak tej dzielnicy dla jej sielskich klimatów. Magnesem był miejscowy dwór z historią sięgająca początków XIX w.. Jako, że ziemia należała tu do Gdańska, dwór był własnością miasta dzierżawioną przez kolejnych zarządców. Był to chyba niezły interes, bo popyt na produkty dworskiego folwarku miało się praktycznie zapewniony. Śladem tej praktyki jest decyzja polskiej już rady miasta z 1945 roku wypuszczająca gospodarstwo w dzierżawę niejakiemu Józefowi Łęgowskiemu. Gdy, po poniesieniu stosownych kosztów na usunięcie zniszczeń wojennych, gospodarstwo przyniosło w 1948 roku znaczne dochody, umowę dzierżawy błyskawicznie wypowiedziano i zainstalowano tam PGR. Nie śpieszmy się jednak z konkluzją, że to państwowi rolnicy doprowadzili majątek do ruiny. Po 1956 gospodarowała tu bowiem spółdzielnia ogrodniczo-pszczelarska, sam zaś dwór był podzielony na mieszkania komunalne.

Mimo wpisania do rejestru zabytków w 1973 roku dwór i zabudowania gospodarcze popadały w ruinę. W 2005 roku zawalił się dach na imponujacym rozmiarami budynku obory. Spółdzielnia pewnie splajtowała, majątek przeszedł w ręce miasta, które, po kilku nieudanych próbach sprzedaży, wydzierżawiło go zborowi zielonoświątkowców. Kiedyś znajomy rabin poprosił mnie o wytłumaczenie kim właściwie są zielonoświątkowcy. Odpowiedziałem mu, że to chasydzi chrześcijaństwa. Oprócz chwalenia Pana śpiewem i tańcem wyznawcy tej religii charakteryzują się protestanckim etosem pracy. Skrzyknęli się więc, zakasali rękawy i wkrótce przystosowali zdekapitalizowany budynek wozowni do pełnienia roli kaplicy. Wymienili też dach i okna w budynku dworu. Tymi działaniami przekonali radę miasta do sprzedaży posiadłości z 99% bonifikatą dla związków wyznaniowych. Teraz snują plany odbudowy obory. Oglądałem filmik o historii wspólnoty w tym miejscu. Najbardziej wzruszające w nim było, że każde swoje osiągnięcie, czy to podpisanie aktu notarialnego czy zwieńczenie wiechą wznoszonej konstrukcji kwitowano w nim słowami: “To prawdziwy cud! Chwalmy za niego Pana!”

Kompleks, choć częściowo otoczony murem, da się obserwować czy to od strony zabytkowej bramy, czy też w miejscach gdzie ogrodzenie jest z siatki. Warto obejrzeć ogrodową fasadę dworu, gdzie odrestaurowano drewnianą werandę. Najlepszy widok jest jednak z pobliskiej kładki przez Motławę prowadzącej na Orunię. Stojąc na niej pomyślałem sobie, że wiosenne śpiewy ptaków są tu tak głośne, że muszą być słyszalne w sali nabożeństw. Toż to prawdziwy cud! Chwalmy za niego Pana! 

Otoczenie dworu jest słabo zurbanizowane. Po przyłączeniu do miasta zbudowano tu osiedle domków kolejarskich z pruskiego muru. Choć podlegały one wszelakim, czasem całkiem chybionym, modyfikacjom czynionym przez kolejne generacje mieszkańców, to jednak osiedle jako całość robi znacznie lepsze wrażenie niż 80 lat młodsza inwestycja o pretensjonalnej nazwie Motława Gardens wzdłuż pobliskiej ulicy Wspólnej. Deweloper w materiałach reklamowych posługuje się określeniem “Położone 600 metrów od Śródmieścia Gdańska” mając zapewne na myśli odległość od Opływu Motławy. Faktem jest jednak, że spacer do Zielonej Bramy na wschodnim krańcu Długiego Targu zajmie stąd mniej niż pół godziny. Tak, różnorodność poszczególnych dzielnic Gdańska jest olbrzymia, a żeby jej doznać wystarczy wybrać się na niedługą przechadzkę.

Kulinarnie Dolne Miasto nie jest pustynią choć, oczywiście, nie ma tu lokali, do których przyjeżdżanoby poucztować z innych części Trójmiasta. Kawiarnia, o której wspomniałem wcześniej trzyma poziom i ma bardzo ciekawe wnętrza. Podziomek chwalił też jakość posiłków w hotelowej restauracji. Na terenie dawnej Królewskiej Fabryki Karabinów działa też kilka lokali o offowym wyglądzie i atmosferze. 

Jerzy Stuhr wyśpiewał, umyślnie fałszując, główną nagrodę festiwalu w Opolu w 1977 roku utworem pod znamiennym tytułem “Śpiewać każdy może”. Truizmem jest stwierdzenie, że tym bardziej każdy może pisać. Autor Nieprzewodnika jest tego najlepszym dowodem. Prowadzi profesjonalnie wyglądającą stronę internetową z odsyłaczami do innych narzędzi komunikacji społecznej. Zajrzałem tam w nadziei, że Nieprzewodnik jest może wypadkiem przy pracy czy sabotażem rosyjskich trolli. Cóż, już po chwili zebrałem parę przykładów stylu pisania, który zdominował strony Nieprzewodnika. Oto kilka pierwszych z brzegu cytatów:

  • “Głównie działam na Instagramie, którego oczywiście zachęcam sprawdzić”. 
  • “Mój pomysł na kilkuminutowy, ale za to intensywny w ciekawe zabytki, spacer”. 
  • “Po zrobieniu fotek i po w pełni wchłonięciu ceglanego miejskiego pejzażu zapraszam dalej”
  • “Buty muszą ponieść nas wzdłuż muru Wielkiego Młyna”

Na Dolnym Mieście działa stowarzyszenie Opowiadacze Historii Dolnego Miasta w Gdańsku. Zaświeciła mi idea, że pan Szymon  jest ich członkiem a jego teksty pisane powstają na drodze transkrypcji przewodnicko-popularyzatorskich gawęd. Popełniane przez niego błędy są spotykane i bardziej tolerowane w języku mówionym. Znowu jednak pudło! Na liście członków Stowarzyszenie to nazwisko nie figuruje. Nie zmierzam znęcać się nad młodym miłośnikiem historii Gdańska. Autor Nieprzewodnika rzeczywiście posiada bogatą wiedzę na temat swego miasta. Braki wykształcenia historycznego powodują jednak, że im głębiej zapuszcza się w dziedzinę historii powszechnej tym jego teksty robią się bardziej mętne. Co nie znaczy, że z lektury Nieprzewodnika nie dowiedziałem się czegoś nowego o Gdańsku. A nie było to proste, gdy oczy zalewały łzy śmiechu, a ręka nerwowo szukała ołówka, by zaznaczyć kolejną niedoskonałość tekstu.

Popsioczywszy na autora warto zastanowić się jak pod logo wydawnictwa Bezdroża mógł ukazać się ten wyrób przewodnikopodobny (formalnie rzecz biorąc wydawcą jest Helion S.A. z Gliwic). Ciekawe, kto i dlaczego wpadł na pomysł, by uroczy gawędziarz z Trójmiasta sprawdził się jako autor książki? Tego się pewnie nie dowiemy. Natomiast swoimi nazwiskami jako redaktor prowadzący oraz osoba odpowiedzialna za redakcję dziełko to firmują pan Paweł Sondej i pani Agnieszka Muzyk. Czy tylko mnie wydaje się, że nazwiska te znalazły się na stronie redakcyjnej całkowicie przypadkowo? 

Oj! Wiele tego było! Tak wygląda Nieprzewodnik po zakończeniu krytycznej lektury

“Miałam wobec tej książki naprawdę wysokie oczekiwania – i nie zawiodłam się ani trochę”  z opinii o książce na stronie www Bezdroży (literacki.kociołek Włodarska Patrycja). To dosyć typowa afirmacja twórczości literackiej autora, a porównałem wiele opinii czytelników. Najdalej idące słowa krytyki dotyczyły braku zdjęć i ilustracji. Niechlujstwo językowe Nieprzewodnika nie stanowiło żadnego problemu. Przyjmowano je jako przejaw “żywego języka” używanego przez autora i przeciwstawiano sztywności tekstu tradycyjnych przewodników. Jak wiadomo fabryki rosyjskich trolli siejących dezinformację wśród łatwowiernych europejskich odbiorców to obecnie głównie programy sztucznej inteligencji. Aż kusi mnie, by postawić tezę, że w miarę wolnych mocy przerobowych produkują one pozytywne recenzje dla wszystkich chętnych ponieść koszty tych operacji. Kto wie, może są wśród nich i wydawnictwa z Polski? 

To zawsze ryzykowne, gdy ktoś zajmujący się, nawet amatorsko, pisaniem bierze się za ocenę umiejętności innego autora. Wszak i mnie zdarzają się pomyłki. Tyle, że ja regularnie wracam do moich tekstów i staram się wyeliminować z nich błędy i przejawy siermiężności. Nie mam do współpracy osób mieniących się redaktorami. I mój produkt nie jest rozprowadzany w cenie sugerowanej 59,00 PLN. Tak więc, pokornie upraszam: Znoście moją pisaninę jeszcze przez jakiś czas! A gdy znajdziecie w niej błędy językowe, wytknijcie je, a ja obiecuję stosowne korekty. Wszyscy bowiem winniśmy być świadomi, że “Polski język – trudny język”!

Kategorie
Polska

Między Juchami a Ełkiem, albo o niedocenianej stolicy Mazurów

Moja, świętej pamięci, irlandzka ciotka podczas swojej jedynej wizyty w Polsce zatrzymała się w Warszawie, w hotelu Polonia. Mając z okna widok na Pałac Kultury i Nauki skomentowała go słowami “What a beautiful cathedral!”. Powiedzonko to zyskało w naszej rodzinie wręcz anegdotyczny status. Skądinąd, podobna pomyłka interpretacyjna zdarza się gościom z tzw. Zachodu dosyć regularnie. Bo, tradycyjnie rzecz ujmując, miejsce biskupiej posługi winno wyróżniać się długą historią, prestiżowym położeniem, imponującymi rozmiarami, strzelistością wież i wspaniałością zdobień. Czyż, poza pierwszym kryterium, pozostałe nie przyświecały też tak sowieckim jak i polskim pomysłodawcom wzbogacenia panoramy stolicy takim właśnie pomnikiem Stalina? 

Przedostatni etap kształtowania struktury administracyjnej Kościoła Rzymskokatolickiego w Polsce w 1992 roku wyawansował do rangi stolic biskupich kilkanaście miast. Powstała konieczność wyznaczenia kościołów mających odtąd pełnić rolę katedr. Zazwyczaj kierowano się wymienionymi wyżej kryteriami. Kilku nowomianowanych hierarchów podjęło jednak śmiałe, a niezrozumiałe decyzje. Wszystkich przelicytował biskup rzeszowski wybierając nowo zbudowany, wątpliwej urody, kościół, 3,5 km od centrum, w otoczeniu osiedli domków jednorodzinnych i ogródków działkowych. Natomiast biskup ełcki zdecydował się na wybranie, wprawdzie jednego z dwóch historycznych kościołów w centrum miasta, ale był to obiekt mniejszy i położony bardziej na uboczu, zwany przez mieszkańców, nie bez kozery, “małym kościołem”. Ponieważ motywy podobnych decyzji w Kościele Katolickim w Polsce nie podlegają żadnej dyskusji można się tylko domyślać, że jakąś rolę odegrać mógł fakt, że świątynia ta, powstała w latach 90-tych XIX w. od razu jako katolicka, a duży kościół, mimo, że od 1945 roku pozostawał we władaniu katolików, był jednak stawiany jako ewangelicka kircha.

Katedralny kościół pod wezwaniem św. Wojciecha miał szczęście uniknąć zniszczeń podczas obu dwudziestowiecznych wojen światowych. Podczas pierwszego konfliktu, gdy Ełk był trzykrotnie zajmowany przez wojska rosyjskie, a znaczne zniszczenia powstały w rezultacie walk obydwu armii, decydować mogły jego mniejsze rozmiary – posterunki obserwacyjne lokowano na najwyższych wieżach miasta. Świadome tego wrogie wojska starały się takie punkty zniszczyć i w przypadku “dużego kościoła” to im się udało. Podczas II Wojny Światowej Niemcy opuścili miasto bez walki, a zniszczeń dokonano podczas grabieży miasta realizowanej przez żołnierz Armii Czerwonej i polskich szabrowników. Podobno ówczesny proboszcz i dziekan ełcki ks. Karl Fox zabezpieczył świątynię witając na jej progach słowiańskich zdobywców winem mszalnym i kawą. Pomogły mu w tym dziele znajomość języka polskiego (był Warmiakiem) oraz doświadczenie wyniesione z wcześniejszej pracy w Wielbarku, gdzie podczas I Wojny Światowej zaznał atrakcji związanych z zajęciem miasta przez wojska carskie. Co do popularności wina mszalnego wśród łupieżców dóbr poniemieckich nie mam żadnych wątpliwości. Natomiast co do kawy, żywię podejrzenia, że dzielny kapłan częstował raczej jakimś Erzact Kaffee z cykorii, żołędzi i suszonych buraków. Po spożyciu odpowiedniej ilości wina i innych spirytualiów smak czarnego naparu nie odgrywał przecież już większej roli.

Ksiądz Fox biorąc pod uwagę opisany wyżej czyn, jak też pomoc polskim robotnikom przymusowym i francuskim jeńcom wojennym, został pozytywnie zweryfikowany i mógł już jako Karol Foks, zostać w Prusach Wschodnich (zwanych wkrótce Mazurami). Jednak nie w swojej parafii. Podobno dobrze nie układała się jego współpraca z przybyłymi ze starej Polski duchownymi. Dogadał się za to doskonale ze swoimi nowymi parafianami w podełckich Starych Juchach. Niezłe osiągnięcie, jak na człowieka dobiegającego siedemdziesiątki, który musiał zrozumieć i polubić swoje nowe owieczki przybyłe w większości z okolic Suwałk, Augustowa i Grajewa z bagażem nie tylko doświadczeń wojennych, ale i życiowych jakże innych niż mieli katolicy Prus Wschodnich.

Jednak nietuzinkowy życiorys ełckiego i starojuskiego proboszcza nie był magnesem, który przyciągnął w połowie marca mnie, Podziomka i naszą czteroletnią wnuczkę do Starych Juch. Musiałem wywiązać się z obietnicy, przez Podziomka postrzeganej jako groźba, że będziemy zwiedzać w Polsce miejscowości o niezbyt zachęcających nazwach (patrz opis wyjazdu do Kobylej Góry). Dla mnie niemałą wagę miał fakt, że dom, w którym się zatrzymaliśmy należał do parafii metodystycznej. Nie nazwałbym tego turystyką ekumeniczną, ale jest to jakiś sposób studiowania rozmaitości wyznaniowej w naszym kraju. Byliśmy już u zielonoświątkowców w Świdnicy, u prawosławnych w Sokołowsku pod Wałbrzychem, teraz przyszedł czas na ewangelików-metodystów pod Ełkiem. Najważniejsza jednak była krajobrazowa atrakcyjność terenów między Ełkiem a Giżyckiem. Jan, mój przełożony z czasów pracy w Amerykańskim Korpusie Pokoju, zwykł mówić, że gdyby przyszło wybierać mu miejsce zamieszkania w Polsce osiadłby właśnie w tym regionie.

Mazury, poza sezonem letnim, pogrążone są w ciszy i zadumie. Jedyny w Starych Juchach pensjonat z prawdziwego zdarzenia jest czynny tylko w cieplejszej porze roku. Było to ważne o tyle, że oferuje  on wówczas usługi restauracyjne. Podobnie dzieje się z miejscowym barem oraz punktem serwowania kawy i gofrów. Na szczęście, solidna oferta miejscowych sklepów pozwalała nam przygotowywać posiłki w domu. Z drugiej strony, niedogodność ta zachęcała do uprawiania turystyki kulinarnej, obserwacje z której opiszę poniżej.

Tradycyjna nazwa mazurska to Jucha. Do 1929 były aż trzy Juchy: Stara położona na południe od linii kolejowej Ełk-Giżycko, Nowa na północ od tej magistrali oraz Orla obejmująca majątek ziemski (zwany w Prusach domeną) położona w północno-wschodniej części miejscowości. Po ich połączeniu nazwa przybrała formę mnogą. Jakie jest pochodzenie tej oryginalnej nazwy? Otóż w lasku na wschód od Orlej Juchy od wieków leży pokaźny głaz narzutowy. W jego okolicy poszukiwacze niemieccy znaleźli ukryte pod ziemią pokaźne ilości kości zwierzęcych. Sam głaz uznano więc za jaćwieski ołtarz ofiarny. Podobno były na nim rdzawe wykwity żelaza, co interpretowano jako ślady krwi ofiar. Że zaś jednym z dawnych określeń krwi jest jucha, stąd miano nadane miejscowości. Ciekawostką jest, że w kamieniu mającym status pomnika przyrody wyryto, już za czasów polskich, bardzo akuratnie, wyjaśnienie co właśnie się przed nami znajduje. Można się wprawdzie burzyć na naruszenie piękna naturalnej struktury, lecz trzeba przyznać że żywotność tak wykonanej informacji znacząco przewyższa jakiekolwiek, których nośnikiem są tablice z blachy czy pleksiglasu.

Stare Juchy nie są nadmiernie przyjazne turyście. Pochodzący z XVI w. kościół, surowy produkt wczesnego luteranizmu, a pamiętajmy, że Prusy Książęce były pierwszym państwem, w którym wyznanie to uznane zostało za panujące, przypomina podobne w stylu świątynie w sąsiednich Wydminach czy Gołdapi. We wnętrzu ma cenny 400 letni tryptyk ołtarzowy i niewiele młodszą ambonę. Cóż kiedy przyjrzeć się im, pomijając uczestnictwo w nabożeństwach, można tylko z kościelnej kruchty. Dwór w Orlej Jusze, odbudowany po zniszczeniach I Wojny Światowej, jest centrum funkcjonującego przedsiębiorstwa rolnego i przyjrzeć mu można się tylko z daleka. W tej sytuacji położony na przydrożnym wzgórzu dworski cmentarz rodziny Gruberów z interesującymi żeliwnymi krzyżami urasta do rangi największej dostępnej atrakcji wykonanej ludzkimi rękoma. O ile nie brać pod uwagę ciekawego urbanistycznego założenia Starej Juchy, które przybrało formę półkola przeciętego promieniami ulic wychodzących z centralnego placyku przed kościołem. 

Wędrując jedną z nich (Mazurska) pod górę dociera się do położonej na skraju zabudowy wieży widokowej. Warto się na nią wdrapać, gdyż podziwiać z niej można widok nie tylko na centralną część Starych Juch, ale i na długie jezioro Jędzelewo z dwoma wyspami, zgodnie z parametrami zwanymi Małą i Dużą, położone ku pd-zach. jeszcze wyższe wzgórze z wieżą GPS oraz Piaskową Górę na północnym brzegu jeziora. Jest ona pozostałością dawnej kopalni piasku. Udaliśmy się na nią dwukrotnie. Najmłodsza uczestniczka nie mogła przegapić możliwościa zabawy w tak wielkiej, w dodatku mocno zwerytykalizowanej, piaskownicy. Wzgórze dostarcza imponujące wrażenia widokowe, a miłośnicy kolei żelaznych mają okazję śledzić przejeżdżające tuż u jego podnóża składy Polregio i Intercity. Nam udało się uniknąć uciążliwego towarzystwa quadów i ich kierowców, ale lojalnie ostrzegam, że lubią oni ćwiczyć tam swoje umiejętności.

Podróżowanie z czterolatką nie daje wiele możliwości odwiedzania muzeów, wystaw i świątyń w przeciwieństwie do placów zabaw, mini zoo czy mostów, z których można rzucać do wody “misie patysie”. Więcej niż satysfakcjonującą ofertę podobnych atrakcji zapewniły nam tak Stare Juchy jak i powiatowa metropolia w Ełku. Prognozy pogody zapowiadały dwa dni deszczowe, kiedy to zaplanowaliśmy wizyty w ełckim parku trampolin. Prognozy się nie spełniły, ale my nie zrezygnowaliśmy z szaleństwa zabaw pod dachem dostępnych w ofercie parku. Podziomek dzielnie towarzyszył Zosi skacząc, wspinając się i zjeżdżając z górki na pazurki. Licznie odwiedzająca to miejsce dzieciarnia przedszkolna i grupy szkolne patrzyły na nią z podziwem, bo ich opiekunki okopały się w barku ograniczając się do konsumpcji kawy i strofowania najbardziej niesfornych uczestników zabaw. “Duży kościół” udało nam się jednak odwiedzić. Jego wnętrze zyskało swój obecny wygląd na przełomie lat 50-tych i 60-tych XX w. i jest wyjątkowo harmonijne. To znaczy, iż motywy z polichromii obecne są też na ławkach i konfesjonałach. Tyle, że autor polichromii – prof. Drapniewski z pomorskiego Pelplina wykorzystał w kolorystyce oraz motywach geometrycznych i roślinnych raczej wzorce kaszubskie niż lokalne, mazurskie. Przed kościołem wznosi się postument zwieńczony figurą Jezusa Chrystusa. Zawsze wydawała mi się ona zbyt mała w stosunku do podstawy. Sęk w tym, że zastąpiła ona pochodzącą z czasów pruskich figurę Nike, która to wieńczyła pomnik żołnierzy poległych w wojnie prusko-francuskiej 1870 roku. Analizując fotografie starego pomnika nie mogę się zdecydować czy jego proporcje były o wiele lepsze.

Historycznie rzecz biorąc, Ełk, podobnie jak Suwałki, składał się z jednej tylko ulicy. Biegnąc równolegle do wschodniego brzegu jeziora Ełckiego pełniła ona wszelkie miejskie funkcje, w tym targową. Nic dziwnego, że przez lata nazywano ją, po prostu, Główną (Hauptstrasse). Z czasem i zmieniającymi się wiatrami społeczno-politycznymi zmieniano jej nazwę na Kaiser Wilhelm str., Strasse der SA, a w końcu Wojska Polskiego. Dopiero po 1868 roku, gdy do miasta doprowadzono linię kolejową z Królewca wytyczono trzy ulice łączące ulicę Główną z terenami kolejowymi, a wkrótce i ich przecznice. Właśnie na skrzyżowaniu Głównej z ulicą prowadzącą do dworca kolejowego, w najwyższym punkcie nadjeziornej skarpy, wznosi się gmach “dużego kościoła”. Zatem centrum Ełku jest dzieckiem kaiserowskiej szkoły urbanistycznej. Nie mogło w niej zabraknąć reprezentacyjnego placu (Koenigin Luiseplatz, obecnie Park Solidarności), otoczonego wielkomiejskimi gmachami z wymuskaną zielenią i pomnikami (dawniej Hindenburga, dzisiaj mazurskiego poety Michała Kajki). Po zniszczeniach I Wojny Światowej nowe budynki odbudowano (NB, partnerem w tym przedsięwzięciu było nietknięte przez działania zbrojne miasto Opole) jako większe i bardziej imponujące niż ich poprzedniczki. To wszystko sprawiało, że Ełk, nawet w porównaniu z innymi wschodniopruskimi miastami prezentował porządniej i bardziej dostojnie. Cóż dopiero mówić o polskich miastach za pobliską granicą. Zachował się raport konsula polskiego w Ełku z lat 30-tych XX w. Dyplomata porównywał w nim ówczesny Ełk z Grajewem twierdząc, oględnie mówiąc, że to drugie nie stanowiło, bynajmniej, godnego okna wystawowego Rzeczpospolitej. 

Tu dochodzimy do kwestii stołeczności Ełku. Za czasów niemieckich używano określenia Lyck – Hauptstadt Masurens, czyli stolica Mazurów, a nie krainy historyczno-geograficznej, którą obecnie zwiemy Mazurami. Wynikało to po części ze znaczenia kulturalnego. Miasto już od XVI w. było siedzibą szkoły średniej. W tym samym czasie polski luteranin Jan Małecki (znany też jako Joannes Sandecensis czy z niemiecka jako Johannes Maletius)założył w swoim majątku pod miastem drukarnię. Spod prasy drukarskiej tej oficyny wyszły m. in. katechizm luterański i autorski przekład Nowego Testamentu na język polski. W późniejszym czasie w mieście działało seminarium nauczycielskie i sąd krajowy. W końcu Ełk stał się ważnym węzłem kolejowym. Na połączonej mostem z miastem wyspie, w budynkach pozamkowych, mieściło się więzienie nazwane przez Zygmunta Rogallę, bohatera powieści “Muzeum ziemi ojczystej” autorstwa ełczanina Siegfryda Lenza, najpiękniejszym na Mazurach. To pozwoliło mieszkańcom miasta patrzeć z góry na sąsiadów z innych pogranicznych miast wschodniopruskich. Jednak to głównie wynik plebiscytu 1920 roku, a właściwie rozmiary zwycięstwa niemieckiego (tylko 7 głosów za Polską) i panująca w kolejnych latach atmosfera  patriotycznego wzmożenia, zachęciły niemieckich mieszkańców miasta do używania terminu stolica Mazurów. 

W latach 90-tych XX w. próbowano ożywić to określenie. Obecnie władze miejskie już tego nie robią, ale pojęcie funkcjonuje w obrocie publicystycznym i w Internecie. Wywołuje to prześmiewczo-gniewne komentarze w innych miastach mazurskich. Nic dziwnego, skoro Mazury nigdy nie zaistniały jako wydzielona jednostka terytorialno-administracyjna. Nie miały więc realnej potrzeby posiadania stolicy. Co więcej, o ile do świadomości ogółu dotarło już, że w ramach Prus Wschodnich istniały, obecnie znajdujące się w Polsce, regiony Mazur i Warmii, o tyle precyzyjne wskazanie, gdzie przebiegały ich granice uda się pewnie tylko nielicznym. Pretensje do stołeczności położonego na skraju mazurskiego rogala Ełku wydają się skazane na niepowodzenie. Co rzekłszy, trzeba przyznać, że miasto ma największą wśród mazurskich grodów liczbę mieszkańców, malownicze położenie nad jednym ze znaczniejszych i najgłębszych jezior w regionie, a w dodatku posiada, moim zdaniem, najbardziej imponujacy i najdłuższy waterfront na Mazurach. Wystarczy porównać co w tej dziedzinie ma do zaoferowania, pretendujące również do regionalnej stołeczności, Giżycko.

Kulinarna oferta Ełku nie podlega sezonowym wahaniom. Szczególnie rzuca się w oczy, co cieszy miłośników małej czarnej, znaczna liczba kawiarni. Co ciekawe kilka działających w mieście i okolicy zakładów piekarniczych zdecydowało wzbogacić ofertę o kawę i słodycze. To jednak zawsze ryzyko, że panie sprzedawczynie chleba i bułek, obciążone dodatkowo obowiązkami baristy, nie podołają nowej roli. Odwiedziliśmy taki lokal na jednym z nowych osiedli. Wystrój wnętrza i oferta były ciekawe, ale surowa pani, komenderująca gośćmi niczym sierżant w koszarach, była jakby z innej bajki. W tej sytuacji do miana kawiarni numer 1 w naszym rankingu urosła ełcka gałąź giżyckiej sieciówki, gdzie codziennie serwuje się inne wypieki. Nawiasem mówiąc, w tym samym lokalu, ale pod innym szyldem, raczyliśmy się kawą odwiedzając Ełk przed 10 laty. Wśród restauracji ilość chyba nie przeszła w jakość, choć tu moja ocena może być zaburzona przez fakt odwiedzenia tylko dwóch lokali. Pechowo dla Ełku już pierwszego dnia pobytu odkryliśmy restaurację w Wydminach, gdzie nie tylko menu, ale i porozwieszane po ścianach rowery, dwoje kocich rezydentów oraz schodki zbiegające z parkingu do garbatego mostku przez odnogę jeziora Wydmińskiego skradły nasze serca. Podobny poziom, tak gastronomiczny jak i stylistyczny prezentował zajazd w Upałtach pod Giżyckiem. Tyle, że ten miał jedną ścianę ukrytą za kolekcją nart biegowych, które, a jakże!, są zimą do wypożyczenia. No i położony był bliżej wód jeziora, co umożliwiało obserwację mew, kaczek i kormoranów znad talerza.

Garbaty mostek w Wydminach

Muzeum Historyczne w Ełku mieści się w budynku dawnej stacji kolei wąskotorowej prowadzącej z miasta do dawnej granicy prusko-polskiej. Obecnie na skróconej trasie kursują tylko sezonowe składy turystyczne. Grupa entuzjastów kolei uratowała najpierw ruch na tej linii, potem założyła muzeum kolei wąskotorowej, które ostatecznie przybrało format miejskiej instytucji kultury o znacznie szerszym spektrum zainteresowań. Jak można oczekiwać wokół budynku stoi wiele lokomotyw i wagonów kryjących we wnętrzach ekspozycję dotyczącą historii kolei. Odwiedziliśmy też bogato zaopatrzony sklepik muzealny, gdzie nabyłem m. in. wspomnianą wcześniej powieść Lenza. Pozostałe pomieszczenia nie wyglądały na zagospodarowane, muzeum jest jednak bardzo aktywne w przybliżeniu historii miasta i regionu organizując spotkania, wydając książki a nawet przygotowując filmy (np. ciekawą serię spacerowników po mieście). Wujek Google zorientowawszy się, że interesuje mnie tematyka związana z Ełkiem zaczął dosłownie zasypywać mnie sugerowanymi linkami. Co ciekawe, było ich znacznie więcej niż w przypadku odwiedzonego niedawno Gniezna. To oczywiście pochodna dostępności materiałów w sieci, a te generują głównie internauci. Porównawszy charakter internetowych materiałów o Gnieźnie i Ełku zorientowałem się, że w pierwszym z tych miast narracja w niewielkim stopniu ześrodkowana jest na specyfice miasta. Opowiada raczej historię Polski ilustrując ją przykładami z historii lokalnej. W Ełku tymczasem, nie próbowano dowodzić, że jego historia jest podobna do innych miast w Polsce. Zamiast tego skupiono się na odmiennościach, które zebrane do wspólnego worka z historią różnych miast i regionów tworzą dopiero urozmaiconą historię kraju. 

Więzienie wyprowadziło się z ełckiego zamku w 1970 roku. Od tego czasu jego budynki stały puste i niszczały. Od ich zakupu przez prywatnego inwestora do rozpoczęcia widocznych prac rekonstrukcyjnych musiało minąć 14 lat. Żmudne negocjacje z kolejnymi konserwatorami zabytków doprowadziły do decyzji pozwalającej na nadanie mu, nietypowej jak na Mazury, formy barokowej. Wszystko z powodu braku historycznych planów zamku i ubóstwa źródeł ikonograficznych. Dowiedziono natomiast, że zamek jest w obecnej postaci większy niż w średniowieczu. Znaleziono też uwiecznioną gdzieś na elewacji wschodniej datę 1696. Żeby więc nie pomniejszać kompleksu do gotyckiego jądra zdecydowano się na barok. Dzisiaj jeden z budynków zamkowych jest już pokryty dachówką, ma wstawione okna i jest potynkowany na kolor pośredni między czerwienią a pomarańczą, co jest prawdziwą rewolucją dla obiektu i mieszkańców miasta, którzy przywykli do jego białych tynków. Drugi, ten z odtworzonym barokowymi szczytami czeka jeszcze na wykończenie. Ciekawe czy zostanie zachowany oryginalny więzienny mur z wieżyczką strażniczą? W każdym razie budynki wzbogacają już panoramę miasta. To kolejny powód by, bez względu na wątpliwy tytuł do stołeczność Mazur, zatrzymać się w mieście na obrzeżach tego regionu.

Kategorie
Polska

W mieście królów, królików i hokeistów na trawie czyli Walentynki w krainie cudu

Tuż przed końcem roku szkolnego 1972/73, ostatniego spędzonego w białostockiej szkole podstawowej nr 4, wziąłem udział w szkolnej wycieczce do Wielkopolski. Odwiedziliśmy Kruszwicę z Mysią Wieżą, Gniezno oraz Poznań. Wtedy to po raz pierwszy byłem w gnieźnieńskiej katedrze. Wstyd powiedzieć, ale jej materialne wspaniałości nie utkwiły w mej pamięci 14- latka. Za to historia opowiedziane przez przewodniczkę już tak. Prawdopodobnie dlatego, że jej bohaterem był duch. I to duch patriota, który w zamienionej przez Niemców w czasie okupacji na salę koncertową świątyni, wypłoszył żądną kulturalnych wzruszeń teutońską publikę. Zdaje się, że przewodniczka sugerowała wręcz boską ingerencję Chrystusa, który zszedł z krzyża na łuku tęczowym świątyni. Mógł to być też jednak św. Wojciech pochowany przecież w katedrze, którego wspaniała, barokowa konfesja, kryjąca relikwiarz,  zamyka nawę główną. Dostępne w internecie zestawienie gnieźnieńskich duchów wykazuje nadpopularność biskupa misyjnego Jordana i króla Bolesława Chrobrego, nie wspominając już o drobnicy w rodzaju tajemniczego mnicha (bywa, że w wersji bezgłowej – kłania się wpływ Harrego Pottera i Szkoły Magii w Hogwarcie) czy czarnego rycerza. W każdym razie nie odpowiadała mu narodowość słuchaczy, a może jednak repertuar koncertu.

Szkoda tylko trochę, że była to jednorazowa interwencja, a nie permanentna opieka. Przydałaby się bardzo w styczniu 1945 roku, gdy dwa dni po zajęciu miasta przez Armię Czerwoną ustawione na rynku czołgi “wyzwolicieli” rozpoczęły kilkugodzinny ostrzał, doskonale widocznej w perspektywie ulicy Tumskiej, katedry. Później tłumaczono, że na wieży ukrywał się niemiecki snajper, nikt jednak nie pamięta efektów jego działalności, za to rezultaty pracy tankistów w postaci spalonego dachu i zawalonego sklepienia świątyni straszyły do czasu odbudowy. W jej trakcie regotyzowano wnętrza noszące od końca XVIII wystrój klasycystyczny. Wtedy też zlikwidowano ołtarz główny, którego elementy można obecnie obejrzeć na wystawie w Muzeum Archidiecezjalnym. Otwartym pytaniem jest czy sowieccy czołgiści mogli wziąć katedralnego ducha za niemieckiego snajpera, natomiast nieświadomie przyczynili się do tego, że dzisiaj widzimy katedrę w tej, a nie innej szacie architektonicznej.

W Gnieźnie byłem kilkakrotnie w latach dziewięćdziesiątych XX w. Z tych czasów zapamiętałem stwierdzenie siostrzenicy Podziomka na widok gierkowskiego blokowiska na wjeździe – “Nareszcie prawdziwe miasto” oraz fakt, że nieistniejący już hotel, w którym się zatrzymałem, wyposażony był w modułową łazienkę ewidentnie przeznaczoną do urządzania wnętrz okrętowych. Jakieś 10 lat temu trafiłem też do miasta z grupą ukraińską, ale z tego co pamiętam odwiedziliśmy miejscowe wodociągi oraz zjedliśmy obiad, a na zwiedzanie nie znaleźliśmy czasu. Zmieniło się to dzięki wdrożonemu w ostatnich latach zwyczajowi świętowania Walentynek w kolejnych polskich miastach. Tak więc po zeszłorocznej wizycie w Chełmnie, tym razem świętowaliśmy w prymasowskiej siedzibie, a zarazem najstarszej diecezji rzymskokatolickiej w Polsce.

Oczywiście, w programie musiało znaleźć się Wzgórze Lecha. Pewnym zaskoczeniem dla mnie było, że katedra nie wznosi się wcale w jego najwyższym punkcie. To okupuje czworobok gmachu muzeum i archiwum Archidiecezji Gnieźnieńskiej. Jako, że tylko w części bramnej ma on dwie kondygnacje w żaden sposób nie dominuje w krajobrazie. Pewnikiem pozostaje, że po wizycie w kasie z biletami w ręku schodzi się w stronę katedry po schodkach w dół. Mijany po drodze kościółek św. Jerzego z art-decowską rzeźbą patrona nad wejściem powstał już w XII w., ale te czasy przypominają tylko niektóre z kamieni użytych do wymurowania jego ścian. Pod koniec XVIII w. podniesiono go z ruin i nadano styl barokowo-klasycystyczny. W cieniu katedry rozrzucone są też budynki kanonii, o różnorakiej, często wielce urozmaiconej architekturze. Całość tworzy malowniczy, zachęcający do powłóczenia się bez celu, kompleks swoistego duchownego miasteczka położonego niby w centrum, a jednak wyraźnie odbiegającego stylem od pobliskich budynków świeckiej części miasta.

Nie podejmuję się opisać bogatego wyposażenia wnętrz katedry. Informację takową zawierają rozliczne opracowania naukowe oraz, zwłaszcza dawniej wydane, przewodniki. Siłą rzeczy skupię się więc na wrażeniach. Wnętrze świątyni oddziaływuje na zwiedzającego poprzez kontrast między ascetycznym gotykiem nawy głównej, a rozbuchanym stylowo i informacyjnie barokiem zamykającej ją od strony wschodniej konfesji św. Wojciecha. Podobnie kontrastują nawy boczne z obiegającym cały kościół (w tym i jego prezbiterium)  łańcuchem kaplic bocznych. Oddzielone od reszty kościoła ozdobnymi kratami kryją niesłychaną rozmaitość obrazów, rzeźb i kościelnego wyposażenia w stylistyce od renesansowej po klasycystyczną. Każda z kaplic zawiera bogactwo dzieł sztuki, którymi z łatwością możnaby obdzielić przeciętnej wielkości kościół pozagnieźnieński. Kaplice przez większą część roku pozostają zamknięte z wyjątkiem tych, w których ulokowane są konfesjonały oraz przechowywany jest sakrament Eucharystii. Z ciekawostek: w dniu św. Walentego otwierana jest kaplica kryjąca relikwie patrona miłości. 

Katedra gnieźnieńska stanowi swoiste mauzoleum arcybiskupów i kanoników kolegiaty katedralnej. Pomniki nagrobne w większości wykonane zostały w piaskowcu bądź marmurze. Ich ilość powoduje jednak pewne zobojętnienie na prezentowane walory artystyczne. Właśnie dlatego, moją uwagę najbardziej przykuła spiżowa płyta nagrobna zmarłego w roku 1480 arcybiskupa Jakuba z Sienna. Ciekawa technika wykonania, oddająca tylko dwuwymiarowe kontury upamiętnianej osoby wraz z niezbędnymi jej rekwizytami, pozostawia wiele pola dla wyobraźni doszukującej się w nikłych zarysach, a to postaci Ewangelistów, to apostołów czy aniołów. Oczywiście, w dziedzinie metaloplastyki niezagrożoną pozycję mają Drzwi Gnieźnieńskie. Dostępne z osobnej kruchty, tylko z przewodnikiem, po wykupieniu biletu w kasach muzeum. Ciekawe, że wszystkie opracowania i przewodnicy mówiąc o odmiennej technice wykonania obu połaci drzwiowych zwracają uwagę na różnice w ich wysokości oraz barwie użytego stopu metali. Tymczasem, najbardziej rzucającym się w oczy dowodem jest różnica w położeniu lwich głów podtrzymujących obręcze służące jako uchwyty umożliwiające otworzenie wierzei. Dodatkowo, lewa główka jest filuternie przekrzywiona, podczas gdy prawa pozostaje w pozycji wertykalnej. Wyjątkowość tych drzwi jest tak wielka, że zupełnie przyćmiewa wspaniały, lecz 200 lat młodszy gotycki tympanon. Ukazuje on między innymi, postać Chrystusa na tronie z dwoma mieczami w ustach. Dosyć rzadkie na ziemiach polskich odzwierciedlenie ma teologiczne uzasadnienie w Apokalipsie wg św. Jana, która mówi o mieczu obosiecznym symbolizującym, że Chrystus osądza nie mieczem, lecz słowem stosując przy tym dwoiste zasady, zarówno sprawiedliwości jak i miłosierdzia.

Gotycki portal nad drzwiami z figurą Chrystusa z mieczem obosiecznym w ustach

Obecny, barokowy wygląd konfesji św. Wojciecha nie był takim od swego zarania. Relikwiarz w formie trumny jest jego częścią najstarszą, pochodzącą z roku 1662. Wykonany został w pracowni gdańskiej mistrza Petera von der Rennen, nota bene wyznawcy religii kalwińskiej. Ciekawostką jest, że w tym samym czasie otrzymał on też zlecenie na wykonanie relikwiarza drugiego patrona Polski – św. Stanisława dla katedry wawelskiej.

Dwadzieścia lat młodszy jest baldachim, ale już srebrne figury przedstawicieli czterech stanów podtrzymujące na ramionach relikwiarz wykonane zostały dopiero w końcu XIX w. Fotografia z 1915 roku przedstawia konfesję bez solidnego postumentu z czarnego marmuru wynoszącego obecnie część figuralną kompozycji wysoko ponad głowy wiernych. A ukryty za konfesją i widoczny najlepiej z ambitu (obejścia prezbiterium) nagrobek świętego to prawdziwy wędrowniczek. Pierwotnie stał on pod baldachimem kamiennym w miejscu obecnej konfesji. Uszkodzony podczas pożaru w 1613 roku, po rekonstrukcji znalazł się w kapitularzu – pomieszczeniu pod chórem katedry. Skąd zawędrował, w trakcie odbudowy po zniszczeniach czerwonoarmijnych, w obecne miejsce. Nawiasem mówiąc, niedostępne obecnie do zwiedzania, pomieszczenia kapitularza przed wojną było miejscem eksponowania zarówno wspaniałego XV-wiecznego tryptyku z Zieleńca jak i starszej o półwiecze rzeźbiarskiej sceny Opłakiwania z Gościeszyna. Obydwa dzieła stanowią obecnie eksponaty Muzeum Archidiecezjalnego. 

Skarby, w tym relikwie, katedry od dawna przyciągały uwagę wszelkich rabusiów. Historia odnotowała łupieżcze najazdy Czechów (zabrano wtedy większość szczątków świętego Wojciecha), Krzyżaków i Szwedów. W czasie II Wojny Światowej Niemcy, mimo desakralizacji świątyni, nie interesowali się jej wyposażeniem. Wyjątkiem był, pochodzący z katolickiej Nadrenii, sierżant Wehrmachtu imieniem Urban Thelen, który za namową księży z Inowrocławia przewiózł tam pociągiem schowane w specjalnej skrzyneczce relikwie świętego. Przetrwały one bezpiecznie wojnę ukryte pod podłogą zakrystii miejscowego kościoła św. Mikołaja. W XX w. katedra była miejscem zuchwałych włamań. Pierwszego w 1923 roku, kiedy to z katedralnego skarbca zrabowano kilka wartościowych kielichów i monstrancji jak też relikwiarz głowy św. Wojciecha (oglądany obecnie w muzeum jest tylko kopią). Z kolei, w 1986 włamywacze ukradli z konfesji postać św. Wojciecha, pastorał biskupi, poduszkę, trzy aniołki, odłamali też skrzydła sześciu orłom. Zanim zostali złapani zdążyli przetopić łup. Obecnie widoczne figury zostały wiernie odtworzone z odzyskanego stopu.

W przedwojennym “Przewodniku po pamiątkach Gniezna” autorstwa księdza Tadeusza Trzcińskiego opisowi katedry poświęcono 79 stron, podczas gdy pozostałe dziewięć kościołów miasta pomieściło się na stronach 29. Czy naprawdę są one nie warte odwiedzenia? Nic bardziej mylnego! Przede wszystkim, historia większości z nich sięga średniowiecza i jest to widoczne w niektórych elementach ich architektury. Po wtóre, wieńczą one większość z siedmiu wzgórz, na których rozciąga się miasto. Ich wieże urozmaicają panoramę Gniezna. Co ważne, z dwoma wyjątkami, kościoły te były dostępne dla zwiedzających poza godzinami nabożeństw. Wyposażenie, rzeczywiście nie jest imponujące, ale w każdym z nich można znaleźć coś ciekawego: kipiącą detalami ambonę w formie łodzi w kościele farnym, relikwiarz bł. Jolendy (siostry św. Kingi, co to Polszcze sól przyniosła) u Franciszkanów, rzeźbę patrona z narzędziem męki na zewnętrznej ścianie kościoła św. Wawrzyńca czy wczesnogotyckie polichromie w prezbiterium u św. Jana. Tych ostatnich nie udało nam się jednak zobaczyć. Podobno Muzeum Archidiecezji organizuje w południe dni powszednich wycieczki z przewodnikiem, ale dowiedzieliśmy się o tym zbyt późno, by zmienić coś w naszym harmonogramie. Z ciekawostek poza trasą naszej wycieczki, w nowozbudowanym kościele bł. Radzyma Gaudentego chrzcielnica ma formę basenu w kształcie równoramiennego krzyża. Na życzenie organizuje się tam chrzty poprzez zanurzenie. W tej rzymskokatolickiej parafii praktykuje się więc (pytanie tylko jak często?) obrzęd jakby żywcem przeniesiony z kościoła baptystów.

Oprócz uszkodzenia katedry Gniezno nie doznało zniszczeń podczas II Wojny Światowej. W szeroko rozumianym centrum prócz kilku plomb z lat 60-tych XX w. dominuje zabudowa z XIX i pierwszej połowy XX w. Jedynymi budynkami wzniesionymi na tym obszarze w bieżącym stuleciu są dwa hotele (w jednym z nich się zatrzymaliśmy) oraz budynek prokuratury rejonowej. Mało kto z odwiedzających miasto zdaje sobie sprawę, że obecny wygląd rynku oraz charakterystyczny ciąg ulic Chrobrego i Tumskiej z ikonicznym wręcz widokiem na zamykający go od zachodu widok na katedrę zawdzięczamy pruskiemu zaborcy. Po katastrofalnym pożarze z 1819 roku przygotowano plan regulacji miasta i uruchomiono dogodny system kredytowy, co umożliwiło szybką odbudowę w zachowanym do dzisiaj zarysie ulic i działek. Dwupiętrowe domy z czasów odbudowy można rozpoznać po ozdobnych reliefach biegnących między oknami pierwszej i drugiej kondygnacji.

Z braku lepszych przykładów, za ikonę architektury współczesnej w Gnieźnie uchodzi kompleks budynków zwany „Pomnikiem” na zachodnim, wysokim brzegu jeziora Jelonek. To dziecko epoki gierkowskiej gigantomanii mieści obecnie liceum ogólnokształcące i Muzeum Pierwszych Piastów. Podczas jego budowy przekroczono wszelkie założenia budżetowe (dość powiedzieć, że w trzy lata po oddaniu do użytku koszt dokończenia budowy szacowano na 250 mln ówczesnych złotych, gdy 10 lat wcześniej całość prac wyceniano na 80 mln zł) i nie dotrzymywano kolejnych terminów realizacji. Ze względu na szukanie oszczędności, tak w zakresie prac jak i jakości materiałów, oddany do użytku gmach przez długie lata angażował użytkowników w niekończące się prace modernizacyjno-ratunkowe. Już w XX wieku teren planowanych, a niezrealizowanych, obiektów dodatkowych przejął Uniwersytet Adama Mickiewicza z Poznania budując tam kompleks budynków na potrzeby Instytutu Kultury Europejskiej.

Założenie Pomnika ma kształt nierównej, otwierającej się na położone poniżej jezioro, litery U. Na powstały w ten sposób dziedziniec można wejść schodami od strony jeziora. Góruje nad nim gargantuiczny w formie pomnik Mieszka I i Bolesława Chrobrego. Miłośnikom “Władcy pierścienia” nasunie on niechybnie skojarzenia z parą trolli. Nota bene! Jest to jeden z trzech (!) pomników Bolesława I w mieście. Drugi stoi przed katedrą, a trzeci siedzi (to nie pomyłka) przed budynkiem starego ratusza na ul. (a jakże!) Chrobrego. Dziedziniec, w założeniu, miał dostarczać najpiękniejszy widok na katedrę i miasto. Cóż, kiedy założenie takie wymagało uwzględnienia korekty koron drzew porastających zbocze. Ponieważ tego nie robiono, dzisiaj jako miejsce widokowe poleca się nabrzeże sztucznej wyspy u zachodnich brzegów jeziora Jelonek. Skrzydło szkolne zdobi mała dzwonniczka oraz zegar, które są, przyznaję, sympatycznymi elementami małej architektury. Na rozrzuconych po dziedzińcu betonowych blokach umieszczono dosyć przypadkowo wybrane ważne daty z historii Polski. W tym otoczeniu, być może, odbywają się obchody ważnych uroczystości szkolnych czy państwowych. Na codzień, zwłaszcza w realiach lutowego, mroźnego popołudnia, była to całkiem martwa i nie wykorzystana przestrzeń. Główne, wspólne dla szkoły i muzeum, wejście znajduje się po zachodniej stronie kompleksu. Aby tam dotrzeć z dziedzińca trzeba nadłożyć sporo drogi. Ostrzyliśmy sobie zęby na obejrzenie wystawy średniowiecznych kafli, podobno największej tego rodzaju kolekcji w Polsce. Tymczasem po dotarciu do wejścia zastaliśmy kartkę informującą, iż z powodu awarii muzeum nie będzie czynne przez cały weekend. Czyżby kolejny przykład niekończącej się czkawki po gierkowskim partactwie? 

“ A wiecie Państwo gdzie się właściwie znajdujecie?” Młody, może dwudziestoparoletni chłopak oderwał się od ślizgania po zamarzniętej kałuży, by skierować w naszą stronę niespodziewane pytanie. Nie mógł się spodziewać, że trafi na gościa o zacięciu przewodnickim. Zdałem poprawnie ten test odpowiadając, że był to gródek Gnieźninek broniący podejścia pod książęcy gród na Górze Lecha (tam gdzie obecnie stoi budynek Muzeum Archidiecezjalnego). Wydawał się trochę rozczarowany, że odebrałem mu show, ale Bogiem a prawdą, tego typu wiedza jest częstsza wśród przyjezdnych niż lokalsów. Powinienem mu, chyba, pogratulować ponadprzeciętnej świadomości historycznej. Gródkowatości miejsca można było dopatrzeć się w fakcie, że wśród innych pagórków na terenie, największego w mieście, Parku Andersa wyróżniało się zagłębieniem zamiast wierzchołka. Niechybnie był to dziedzińczyk niegdysiejszej fortalicji. Po naszym przyjeździe do Gniezna sypnął śnieg i złapał lekki mróz. W sobotę było jeszcze pochmurnie, ale w niedzielę przejaśniło się i wyszło słońce. Spacer po parku w takich warunkach był czystą przyjemnością. 

Prócz typowej dla wszystkich parków małej architektury (kaskady, mostki, altany) ciekawostką jest przecinający teren nasyp bocznicy kolejowej prowadzącej do dawnej rzeźni miejskiej, przerzucony jednoprzęsłowym wiaduktem nad ścieżką łączącą zachodnią i wschodnią część parku. Znajdziemy tam też pomnik Piasta z okresu gdy zajmował się rolnictwem oraz syna jego Siemomysła w wieku pacholęcym. Po całym mieście, zgodnie z aktualna modą, rozrzucone są figurki królików (rozumiem, że przez skojarzenia z rangą miasta królewskiego) w różnych strojach i rolach. Ten z parku jest hokeistą. Mimo bliskości lodowiska miejskiego, nie jest to jednak łyżwiarz, lecz sportowiec uganiający się z laską po trawie. Hokej na trawie, dyscyplina egzotyczna w centralnej Polsce, cieszy się popularnością w Wielkopolsce. W samym Gnieźnie uprawiają ją w dwóch klubach. Wizyta w parku w okresie poza wegetacyjnym przynosi jedną korzyść – widok na okoliczną zabudowę. Ku wschodowi widać ciekawe wille dzielnicy Konikowo. Natomiast od zachodu – niebanalnej architektury budynek przedszkola oraz olbrzymie gmaszysko pokoszarowe, urozmaicone licowaniem pasami różnego koloru cegły, obecnie mieszczące liceum ogólnokształcące. Ten pierwszy obiekt wzniesiono w latach 50-tych XX w. na opuszczonym cmentarzu ewangelickim. W bliźniaczym budynku, postawionym na najstarszym w mieście cmentarzu żydowskim, funkcjonuje obecnie żłobek. Jak widać mieszkańcom Gniezna klątwa dybuka nie była straszna lub chroniła ich przed nią niewiedza co do historii miejsca.

Całkiem niespodziewanie, wrażenie kulinarne dostarczone przez Gniezno były wysublimowanego charakteru. Niespodziewanie, bo porady i informacje wyszukane w Internecie nie obiecywały niczego nadzwyczajnego. Pokoje, w których się zatrzymaliśmy mieściły się nad miejscowym minibrowarem. W takich przybytkach zazwyczaj serwuje się bardziej lub mniej wyszukane zakąski pod płynną produkcję poszukiwaną, wbrew obrazom kreowanym w reklamach, głównie przez publikę męską. Tymczasem restauracja browarowa w Gnieźnie oferowała doprawdy wyszukane i smaczne danie, a że drinki mieszano tam nie tylko na bazie piwa, klientelę miała całkiem zrównoważoną płciowo. Stolik na obiad w Walentynki zarezerwowałem z dwutygodniowym wyprzedzeniem, dzięki czemu uniknęliśmy losu desperatów błąkających się w ten wieczór od lokalu do lokalu. Włoska sieciówka (kiedyś odbiliśmy się od drzwi lokalu o tej nazwie w Warszawie) rozlokowała się w budynku wspomnianej wcześniej rzeźni miejskiej. Na dostarczenie zamówienia czekało się o kwadrans dłużej niż, optymistycznie!, zapewniała nas obsługa, ale było warto! Kuchnia zapewniała doznania smakowe na poziomie Premium. Ostatniego dnia trafiliśmy do lokalu rekomendowanego przez przypadkowego Youtubera. W dość niepozornym budynku byłego przemysłowego młyna kryła się zaciszna sala w stylu karczmianym. Nad naszym stołem nadal unosił się balon w kształcie serca. Mnie przyciągnął tam jednak nie wystrój, a możliwość skosztowania, uczciwszy uszy wszystkich wegan i wegetarian, zupy na bazie gęsiej krwi, czyli wielkopolsko-pomorskiego specjału jakim jest czernina. Jeśli oderwiemy wyobraźnię od pochodzenia składników, a skupimy się na wrażeniach smakowych, jest to całkiem udane danie. Zwłaszcza jeśli kucharz tak sprawnie łączy jego słodkie i kwaśne komponenty, jak robił to szef w tej restauracji. Gniezno oferuje też wiele miłych, choć raczej niewielkiej powierzchni kawiarni. W niektórych z nich serwują też śniadania. Ale uwaga! Mimo mizernych rozmiarów i weekendu można dokonywać w nich rezerwacji stolików. W rezultacie przybywszy na śniadanie ok. 9:45 udało nam się dostać jeszcze dwa z ostatnich czterech wolnych krzeseł. Spóźnialskim oferowano już tylko miejsca na dziedzińcu w foliowym namiocie. Prawda, że przy włączonych promiennikach. Mimo to, chętnych nie brakowało!

Od czasu zasłyszanej przed ponad półwieczem historii o przerwanym przez siły nadprzyrodzone koncercie w katedrze nie zetknąłem się tą historią. Tymczasem wertując przed wyjazdem wydany przez Starostwo gnieźnieńskie przewodnik “13 pomysłów na Gniezno i okolice” na stronie 75 znalazłem dowód na odrodzenie tej starej, dobrej legendy. Tym razem zjawa przyodziana była w kapłański strój, co sugerowało św. Wojciecha lub zmarłych już w XX wieku prymasa Dalbora czy, wielce zasłużonego dla miasta i regionu, biskupa pomocniczego Laubitza. Cóż! Jak pisał mistrz Konstanty Ildefons “Cudu, cudu! Jak jarmużu bedłki, tak cudu pragnie lud!”