Kategorie
Francja

W krainie świętych o dziwnych imionach i naszyjnikach z dziobów maskonurów, czyli wrażenia z najszerszych plaż Europy

Dotarłszy do portu w Ploumanac’h z pewną dozą rozczarowania stwierdziłem, że nie widać zeń żadnej z formacji skalnych, za których przyczyną tej części bretońskiego wybrzeża kanału La Manche nadano nazwę Wybrzeża Różowego Granitu (La Côte de Granit Rose). Ot, dosyć rozległa, głęboko wcięta w ląd, przestrzeń wody upstrzona licznymi jachtami i łodziami rybackimi. W otoczeniu schludne, kryte dachami z szarego łupka, otoczone bujną, a kolorową roślinnością, domy. Za ciekawostkę należało uznać, że na groblach odcinających ujścia do zatoki dwóch niewielkich potoków stoją budynki dawnych młynów wodnych.

Jednak zaledwie dwieście metrów dalej dociera się do plaży św. Guireca, której naturalne otoczenie nabiera nagle wręcz rozszalałej dynamiki. Niewielka zatoczka oflankowana jest skalistymi przylądkami. Wypiętrzają się na nich wszelakich kształtów i rozmiarów skały, najczęściej tworzące wielopiętrowe konstrukcje o powierzchni gładkiej lub porzeźbionej głębokimi szczelinami. Najwyższe z nich mają do kilkunastu metrów wysokości wyrastając ponad korony całkiem wiekowych sosen. Wiele ze skał w pełni pokazuje swoje pokaźne rozmiary dopiero podczas odpływu morza. Jako, że różnica w poziomie wód podczas odpływu sięga 7-8 metrów rezultat może przypominać przemianę z obiektu wielkości namiotu do rozmiarów dwukondygnacyjnego domku jednorodzinnego. Oczywiście, morze cofa się też znacznie umożliwiając dojście, prawda, że w kaloszach, aż do znajdującej się ok. 300 m od brzegu wyspy Costaérès. 

Wybrzeże Różowego Granitu

Foka to czy butelka?

W Polsce bez mała każdy znaczniejszy głaz, nie wspominając o ich większych grupach, obudowany jest legendą o diable, który go niósł w celu zniszczenia pobliskiego kościoła, kaplicy czy innego obiektu kultu religijnego. Na szczęście prawie zawsze opuszczał go przedwcześnie, chybiając celu, przez co dzisiaj możemy podziwiać zarówno pomniki natury jak i kultury. Z tej perspektywy na Wybrzeżu Różowego Granitu musiała odbyć się prawdziwa bitwa armii zła i dobra, gdyż takiej ilości głazów nie podołałby przenieść w pojedynkę nawet i sam Belzebub. Bretończycy dopatrując się podobnych przyczyn pochodzenia skalnych wariacji na tym odcinku wybrzeża, nadali stosowne nazwy poszczególnym formacjom. W okolicy mamy więc przylądek Diabelski Zamek (Pointe du Chateau du Diable), Kaplicę Diabła (Chapelle du Diable) czy Głowę Umarlaka (la Tete du Mort). Lecz, że ludzka inwencja nie zamyka się w czartowskich ramach, pochodzenie wielu nazw wywodzi się ze skojarzeń, które widok budził wśród obserwatorów. Stąd mamy tu Królika (le Lapin), Odwrócone Kopyto czy może Chodak (la Sabot Renverse) czy Paletę Malarską (Palette du peintre). Jako, że rozmaite skojarzenia przychodzą różnym ludziom do głowy, kamień, w którym my z Podziomkiem dopatrywaliśmy się wygrzewającej się na skałach foki, miejscowi nazwali prozaicznie Odwróconą Butelką (la Bouteille renverse). Poza królestwo topografii wyszła nazwa Kapelusz Napoleona (le Chapeau de Napoléon). “Czy Kapelusz Napoleona jest nadal w Perros-Guirec?” To zdanie wplecione w audycje BBC w języku francuskim nadane w 1944 roku, w przeddzień inwazji w Normandii, oznaczało sygnał dla bretońskiego ruchu oporu do podjęcia intensywnych działań odwracających uwagę niemieckich okupantów od głównego teatru działań wojennych.

Ludzka interwencja w okolice zatoki, przy podejściu do walorów krajobrazu takim jak we Francji, jest ilościowo intensywna, lecz jakościowo akceptowalna. Budynki, w tym nawet posiadający cztery kondygnacje i najdłuższą fasadę hotel Castel Beau Site starają się nie wyróżniać, lecz wpisywać w krajobraz. Stąd licowane kamieniem ściany, stonowane kolory i brak konkurowania wysokością i odcieniem z różem granitowych skał. Dwa budynki o najbardziej wyeksponowanej lokalizacji to wille o mocnych konotacjach historycznych. Château de Costaérès na wyspie o tej nazwie wybudował w 1896 roku polski inżynier, matematyk, wynalazca i kawaler Legii Honorowej Bruno Abakanowicz. Jako patron kultury polskiej zwykł był zapraszać do pobytu na wyspie twórców takich jak Aleksander Gierymski, Leon Wyczółkowski, Władysław Mickiewicz czy Henryk Sienkiewicz. Ten ostatni skończył tam pisać Krzyżaków i Rodzinę Połanieckich oraz pracował nad Quo Vadis. Na przylądku ograniczającym zatokę od zachodu letnią willę dla swego syna zbudował w 1903 roku sam Gustaw Eiffel. Posiadłość oryginalnie ochrzczona bretońską nazwą Villa Ker Avel (Miejsce Wiatru) obecnie znana jest raczej jako Eiffel Maison. Oba obiekty są własnością prywatną i nie są dostępne do zwiedzania, Dobrze chociaż, że z wielu miejsc, w tym od strony morza, można podziwiać ich sylwetki.

Widok piętrzących się na wybrzeżu skał przypuszczalnie też wzbudził diabelskie skojarzenia w grupie mężczyzn, lawirujących wśród nich w niewielkiej obitej wołowa skórą łodzi, zwanej w Irlandii currach,. Byli to walijscy mnisi przybyli szerzyć wiarę chrześcijańską wśród pogańskich mieszkańców Bretanii. Mimo to, podjęli wyzwanie tak żeglarskiej jak i religijnej  natury. Za takimi diabelskimi zasiekami, musieli wszak kryć się i wyznawcy szatana, a czymże milszym w oczach Pana byłoby ich nawrócenie na prawdziwą wiarę? Działo się to przed ponad półtora tysiącleciem, a grupie przewodził mnich o imieniu Guirec, mąż zasłużony w chrystianizacji Bretanii i późniejszy biskup czy raczej wikariusz generalny diecezji w Leon (północno-zachodni kraniec Bretanii). Te osiągnięcia czy nawet rzekome przywrócenie do zdrowia pewnej grzesznicy było jednak niczym w porównaniu do pośmiertnej sławy jaką dała mu zdolność do zapewniania szczęśliwego ożenku. W XI w. na skale przy wybrzeżu, w miejscu lądowania świętego na bretońskiej ziemi, wzniesiono kaplicę, w której umieszczono jego figurę. Zdesperowane panny i wdowy czekały na odpływ, suchą nogą docierały do kaplicy, by przy wtórze odpowiednich modlitw inkrustować nos świętego zaostrzonymi patykami czy też gwoździami lub pinezkami. Zwyczaj ten, podobno, był praktykowany do końca XIX w. Święty Guirec nie był jednym z siedmiu świętych założycieli bretońskiego Kościoła, ale znał dwóch z nich. Miał bowiem być uczniem św. Tugduala (ach, te brzmienie celtyckich imion!), a na prośbę św. Pola Aureliana objął funkcję w biskupstwie. Na brzegu w Ploumanac’h znajduje się 400 letni kościółek pod jego wezwaniem, w wielu okolicznych kościołach znajdziemy jego rzeźby i obrazy, a pięć lipcowych dni spędziliśmy w miasteczku Perros-Guirec, którego jest patronem.

Ploumanac’h, formalnie rzecz biorąc, jest dzielnicą Perros-Guirec. Mając trochę czasu można stamtąd dotrzeć do letniskowego centrum miejscowości biegnącą wzdłuż morza, malowniczą Ścieżką Celników (Sentier des Douaniers). Za centrum letniskowe, może nieco arbitralnie, uważam Plage de Trestraou. Jest to pół kilometrowej długości pas złotego piasku, którego szerokość waha się od 50 m podczas przypływu do, bez mała, 200 m podczas odpływu. Podczas tego ostatniego wieżyczka ratownika oddalona jest ponad 100 m od granicy morza i lądu, podczas, gdy przypływ powoduje, że jej podstawa skrywa się pod wodą. Miejsce wykorzystywane jest nie tylko przez plażowiczów i osoby decydujące się (przy temperaturze wody ok. 16०C) na kąpiel lub, w przypadku seniorów, równoległe do brzegu spacery w sięgającej do talii wodzie. Na plaży działają liczne szkółki żeglarskie i windsurfingowe oraz funkcjonuje przystań białej floty. Wzdłuż morza biegnie promenada, w środkowej części której wznoszą się dwa wielokondygnacyjne budynki hotelowo-usługowe jednak ich wysokość nie razi wobec rozmiarów plaży, a także skalistych przylądków na jej krańcach. Jako, że jeden z hoteli nosi nazwę Casino, wnioskuję że musi on mieścić jaskinię hazardu.  Na obydwu skrajach plaży ulokowały się długaśne pawilony z przebieralniami i natryskami/toaletami. Ich różnobarwne drzwi stanowią radosny akcent kolorystyczny, na tyle charakterystyczny, że wizerunek przebieralni zdobi wiele pamiątek i produktów lokalnych  charakterystycznych dla Perros-Guirec. Z ciekawostek, na plaży działa komercyjne centrum animacji i opieki nad dziećmi. 

Dwa kilometry na wschód znajdziemy Plage de Trestrignel, dwukrotnie mniejszą i otoczoną proporcjonalnie niższą zabudową, ale z przebieralnią równie kolorową co posiadana przez jej większą koleżankę. Przy mniejszych rozmiarach relatywnie bardziej imponującą postać przybiera sąsiadujący z nią skalisty przylądek Pointe du Chateau. Dalej wybrzeże skręca ku południowi i tam ukrywa się najmniej uczęszczana plaża miasteczka zwana Pors ar Goret. Niska frekwencja plażowiczów to rezultat braku ratownika, łatwego dojazdu i parkingu w pobliżu, kamienistego zejścia do wody, ale przed wszystkim przeszłości tego miejsca, które zdradza jego nazwa. Obecnie sfrancuszczona nazwa po bretońsku brzmiałaby Porzh ar Gored, co oznacza zatokę z pułapką na ryby. Rozpowszechnionym niegdyś sposobem łowienia ryb w Bretanii było budowanie kamiennych wałów, ponad którymi podczas przypływu przepływały ryby, lecz zostawały uwięzione między tą konstrukcją, a brzegiem podczas odpływu. Dodatkowego uroku temu miejscu nadaje wysoki mur oporowy, za którym skrywa się prawdziwie zaczarowany ogród posiadłości przy sąsiednie Rue du Pré de Saint Maur.

Jeszcze nieco dalej rozlokował się port jachtowy z nowszą zabudową na wybrzeżu. Dzielnicę tą odwiedziliśmy tylko raz, by zrobić zakupy na miejscowym targu spożywczym. Czyli można tą część Perros-Guirec nazwać centrum żeglarskim lub targowym. Między nim, a wcześniej opisanym centrum letniskowym, na wzgórzu, rozciąga się właściwe centrum miasteczka z budynkiem ratusza, pocztą, bankami i sklepami, w których kupić można dobra inne niż pożądane przez krótkoterminowego miłośnika plażowania. Ponieważ miejskość tamtejsza, jak na francuskie realia, jest stosunkowo świeżej daty nie ma tu rynku czy placu centralnego, o ile nie uważać za taki rozdroża naprzeciwko kościoła św. Jakuba. Ujrzawszy go Podziomek sformułowała opinię, że budowla jest chyba ciągle nieukończona. W rzeczy samej, spójność architektury nie jest cechą wiodącą tej świątyni. Wynika to z budowania fazami. Kościół posiada więc część romańską z XII w, gotycką z przełomu XIV i XV w,, zwieńczenie gotyckiej wieży barokowym hełmem o korzeniach sięgających wieku XVII oraz ledwo siedemdziesięcio paroletni transept. W środku najciekawsze są romańskie rzeźby w kapitelach filarów, te po południowej stronie nawy znacznie bardziej urozmaicone w porównaniu do ich odpowiedników z drugiej strony nawy. Romański portyk na ścianie południowej ukazuje Chrystusa w ujęciu tetramorficznym, tj. w otoczeniu symboli czterech ewangelistów, chociaż zachowały się tylko symbole lwa i orła.

Wzgórze centralne opada ku kanałowi La Manche dziesiątkami uliczek, dostarczających coraz to innych widoków za każdym zakrętem. Domy są schludne, zamożne, tonące w hortensjach i innym wielokwieciu. Z drzew najbardziej imponujące rozmiary przybierają sosny czarne. Podczas naszego pobytu pogoda była wyjątkowo ciepła (25-30०C) i słoneczna. Zazwyczaj lata są tu chłodne i deszczowe, ale zimy łagodne. W tych warunkach rosną tu z powodzeniem gatunki roślin południowych takie jak figowce, drzewa oliwne czy palmy. Nic dziwnego, że krajobraz budzi skojarzenia z wybrzeżem śródziemnomorskim dziwnym trafem oblanym zimnymi wodami. Domy i wille często znane są bardziej pod nazwami własnymi niż pod adresami. Duża ich część powinna, moim zdaniem, nosić nazwę Bellevue, jeno ze zmieniającym się numerem porządkowym.

Na ciasteczku zaserwowanym mi do kawy widniała sylwetka maskonura. Oczywiste jest, że ptak o wyglądzie papugi oceanów wzbudza zainteresowanie w każdym zakątku naszego globu. W Bretanii jednak jest ono wzmocnione przez fakt, że jest to jedyna część Francji gdzie ten północnoatlantycki gatunek wyprowadza swoje lęgi. No, a przy takim wyglądzie nie może dziwić, że ptaszek gra znaczną rolę w wizualnej promocji regionu, a jego wizerunek skolonizował produkty sektora pamiątkarskiego. Jednak nie zawsze tak było. W 1912 roku Zachodnia Kompania Kolejowa (Compagnie des chemins de fer de l’Ouest) organizowała swoiste safari oferując bilet kolejowy z Paryża w pakiecie z polowaniem na te ptaki w archipelagu Siedmiu Wysp (le Sept Iles) w pobliżu Perros-Guirec. Uzbrojeni w śrutówki podróżni, pracując w pocie czoła, w ciągu dwóch lat zmniejszyli tutejszą populację sześciokrotnie do liczby ok. 2 tysięcy par. Jako widomy znak celności ręki i oka otrzymywali naszyjniki z kolorowych dziobów tych ptaszków. Ostentacyjne barbarzyństwo tego procederu wywołało falę oburzenia społecznego, w rezultacie której powstała ogólnofrancuska Liga Ochrony Ptaków (LPO), a na wyspach utworzono rezerwat przyrody.

Statki do rezerwatu odbijają z przystani na zachodnim krańcu plaży Trestraou. W programie mają podpłynięcie do kolonii głuptaków na najdalej na wschód wysuniętej wyspie Rouzic, dotarcie w pobliże zwieńczonej latarnią morską wyspy aux Moines oraz powrót wzdłuż Wybrzeża Różowego Granitu. Wyspa Rouzic wygląda z dala jak gdyby jedną część miała trawiastą, a drugą skalistą. W istocie skały obecne są na całym jej obszarze, ale biel nadaje jej ptactwo. Samych głuptaków jest tam 12 tysięcy par. W porównaniu z odwiedzaną przez nas dwa lata temu Bass Rock koło Edynburga (opis tej wizyty znajduje się tutaj) to skromna liczba, ale wystarczająca by poczuć potęgę natury. W dodatku, bretońskie głuptaki obserwowaliśmy na późniejszym etapie rozwojowy przez co mogliśmy napawać się widokiem już całkiem pokaźnych podlotów. Maskonury widzieliśmy wyłącznie na wodzie i również w liczebności mniejszej niż u wybrzeży Szkocji. Cóż poczniesz, społeczności na granicy zasięgu gatunku nigdy nie będą tak liczne jak te mające szczęście zasiedlać bardziej sprzyjające okolice. Pojawiały się jeszcze nurzyki, kormorany i mewy srebrzyste, a ze ssaków foki szare, ale ogólnie rozmaitość gatunkowa była tu mniejsza, co pewnie ma związek z większą żyznością wód Morza Północnego.

Nasze plany wycieczek po północnej Bretanii obejmowały rozległy teren od Saint Malo na wschodzie po Morlaix na zachodzie. Rzeczywistość zweryfikowała je w sposób brutalny i, ostatecznie, wybraliśmy się na wycieczkę do pobliskiego miasta Lannion oraz leżącego jeszcze ciut dalej Château de Kergrist. Lannion leży nad rzeką Leguer w miejscu dokąd sięgają maksymalne przypływy morskie. To charakterystyczna lokalizacja dla wielu miast wybrzeża Bretanii. Miasta w takim miejscu z jednej strony mogły korzystać z benefitów handlu morskiego, z drugiej zaś były przez połowę czasu bezpieczne od wszelkiego rodzaju wrogów przybywających od morza. Dzisiaj ma to znaczenie dla kajakarzy górskich. Sztuczny tor do uprawiania ich dyscypliny zasilany jest w Lannion morską wodą zgromadzoną za specjalną śluzą podczas przypływu. Miasteczko, jest bogate w zabytki. Nie wszystkie można zwiedzać. Na przykład barokowy konwent Urszulanek, gdzie prowadzona była, zamknięta po rewolucji francuskiej, szkoła żeńska został przystosowany do działalności naukowej i  wystawowo-konferencyjnej. W jego rozległym kompleksie znaleziono miejsce i dla części mieszkalnej, w tym mieszkań socjalnych. Urbanistycznie jednak, jego gmachy nadal organizują przestrzeń miasta po lewej (południowej) stronie rzeki. Akurat był jakiś jarmark, duży ruch w centrum. Lannion jest na tyle znaczącym miastem, że wzniesiono w nim hale targową. Nie z tych największych, ale z wszelkimi wyznacznikami epoki fin de siecle, kiedy to powstała. W centrum cieszy też oko spora ilość kamienic o konstrukcji szachulcowej lub takich, gdzie nie tylko dachy, ale i ściany pokryte są łupkiem.

Kościół św. Trójcy dzięki znacznym rozmiarom oraz usytuowaniu na wzgórzu Crec’h Tanet (bret. Wzgórze Ognia) dominuje w krajobrazie miasta. Nic dziwnego, że jego wizerunek wykorzystywany jest w wizualnej promocji Lannion. Kościelne wzgórze choć oddalone ledwo o 700 m od siedziby mera miasta, historycznie rzecz biorąc, przynależało do wioski  Brélévenez. Dopiero w 1961 roku przyłączono ją do Lannion w konsekwencji decyzji o ulokowaniu pod miastem centrum telekomunikacji, którego pracownicy musieli gdzieś mieszkać, a w wiosce było sporo wolnych (czytaj: wykorzystywanych rolniczo) gruntów pod zabudowę. Schody o 142 stopniach doprowadzają z doliny potoku Stanco na kościelny podwórzec. Kościół jak na wiejską świątynię jest ogromny. Ma ponad 50 m długości i około 35 metrową wieżę. Wytłumaczenie tego stanu daje teoria, wedle której miał on być jedną z siedzib potężnego zakonu templariuszy. Siedzibą wiejskiej parafii został dopiero w XVIII w. Pamiątką sielskiej proweniencji jest, nadal funkcjonujący, cmentarz otaczający świątynię. Może też figury z wnętrz, które mimo renesansowej metryki powstania epatują stylem ludowo-prymitywistycznym. Na romańskim zrębie kolejne epoki odcisnęły swoje architektoniczne piętno. Wstyd przyznać, że pomimo ponad 800 letniej historii kościoła najbardziej w pamięci utkwiły mi elementy datowane na rok 1639. Są to trzy pilastry przy zewnętrznej ścianie południowej flankujące XII wieczny portal. Ze względu na liczbę budzą skojarzenia z wezwaniem świątyni. Kominopodobne zwieńczenia sugerują rolę wentylacyjną. Być może jednak pełniły funkcję przypór ratujących ścianę przed osunięciem? W każdym razie warto wspiąć się do kościoła, jeśli nie dla skarbów jego architektury i wyposażenia to dla interesującego widoku ku historycznemu centrum Lannion, nieco tylko zepsutego przez podkowiastego kształtu bloczysko zwane Residence du Centre. 

Czym byłaby wizyta we Francji bez odwiedzenia zamku? Wybraliśmy Château de Kergrist ze względu na bliskość Lannion. To średniej wielkości siedziba arystokratyczna powstała w XV w., i rozbudowana w wieku XVII. Po zniszczeniach rewolucji francuskiej odbudowała ją rodzina obecnych właścicieli stylizując jednak na XVII wieczną wersję. Dzisiaj obiekt utrzymuje się z  udostępniania zamku i parku filmowcom, firmom reklamowym i nowożeńcom. Park w stylu francuskim trochę ucierpiał w wyniku suchego lata. Ekspozycja we wnętrzach to mieszanina starych mebli, urządzeń, naczyń i obrazów, wśród których dopatrzyliśmy się kilku dzieł Rubensa. Piękna kuta brama u wjazdu oraz zamieniony na cele mieszkalno-biurowe budynek dawnej stajni dopełniają obrazu. Trochę szkoda, że właściciele nie hodują nadal koni! Zwiedzanie całości nie zajęło więcej niż 1-1,5 godziny, ale jako uzupełnienie programu wizyty w Lannion było warte poświęconego czasu.

Reprezentacyjny wjazd na teren posiadłości Kergrist

Ledwo usadziliśmy się przy stolikach z widokiem na plażę Trestraou i wody kanału La Manche zjawił się starszy kelner i postawił przed nami podwójne espresso dla Podziomka i dla mnie oraz cappuccino dla towarzyszącej nam cioci Kasi (jak wspominałem niegdyś pseudonim ten nadały jej nasze dzieci). Byliśmy tam raptem trzeci raz, a gość zdołał zapamiętać co sobie zamawiamy! Tym samym zyska tytuł Igora przyznawany w naszej rodzinie najlepszemu kelnerowi wyjazdu. Na lunche wpadaliśmy zawsze do wszechobecnych naleśnikarni preferując gryczane galettes ponad pszeniczne crepes. Trzeba było tylko pamiętać, że, poza miejscówkami wybitnie turystycznymi, będą one serwować te przysmaki tylko do godziny 14:00, a bywa, że i krócej. Część obiadów przygotowywaliśmy sami, ale na małże z frytkami i inne dania obiadowe nie musieliśmy chodzić daleko. W przyziemiu budynku, gdzie urzędował nasz Igor było też dobre pół tuzina restauracji. Były to lokale na tyle duże, że można było dostać w nich stolik bez uprzedniej rezerwacji.

W brytyjskim komedii “Johnny English” traktującej o agencie MI6 (w tej roli Rowan Atkinson) ratującym Zjednoczone Królestwo przed przejęciem przez niecnego, francuskiego hochsztaplera o nazwisku Pascal Sauvage, jedna z londyńskich stacji radiowych prowadzi konkurs zbierając najlepsze odpowiedzi na pytanie “Za co lubimy Francuzów?”. Prowadzący dziennikarz podsumowując postępy konkursu stwierdza “Odpowiedzi na razie nie wpłynęły”. Podziomek jest zwolennikiem teorii, że można kochać Francję, ale trudniej jej mieszkańców. Ja przychylam się ku teorii, że problem leży w języku. Francuski od końca II Wojny Światowej nie jest już językiem międzynarodowym. A przyswojenie angielskiego, co dla Polaków jest sprawą naturalną, przychodzi Francuzom z wielkim trudem. Stąd dopiero 38 miejsce Francji w światowym rankingu sprawności językowej w angielskim (EF EPI), w porównaniu do 15 miejsca Polski. Gdy już znajdziemy sposób porozumiewania się, wrażenia są znacznie lepsze. My doznaliśmy tego w małej kapliczce ewangelickiego kościoła reformowanego w Perros-Guirec. Kręcący się tam Bretończycy, gdy zorientowali jak śladowy jest nasz francuski, sprowadzili pastora z Wielkiej Brytanii, który w okresie letnim wspiera ich panią proboszcz. Ten okazał się być z pochodzenia Niemcem, co może tłumaczyć fakt znajomości kilku podstawowych zwrotów po polsku. Choć rozmowa kontynuowana była w niezrozumiałym dla nich języku miejscowi też w niej uczestniczyli podrzucając niemiecko-brytyjskiemu pastorowi informacje i fakty mogące, ich zdaniem, zaciekawić przybyszów z dalekiej Pologne. Czyli, jak to zwykle bywa, wszystko zależy na kogo się trafi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *