Kategorie
Polska

Humor przewodników turystycznych, czyli uboczne radości wizyty w Trójmieście

Niegdysiejsze czasopismo “Przekrój” uchodziło za kulturotwórcze i kształtowało gusta kilku pokoleń inteligencji polskiej w czasach PRL-u. Poprzez publikowane teksty popularyzowało sztukę nowoczesną, zasady zdrowego żywienia, jazz czy motoryzację. Nie należałem do regularnych czytelników tego tytułu, ale gdy już trafiał w moje ręce lekturę zaczynałem zawsze od ostatniej strony. Sądzących, że poszukiwałem tam rubryki sportowej oraz ostatnich wyników piłkarskich muszę rozczarować. “Przekrój” nie zajmował się tak przyziemną tematyką jak sport, zostawiając ją pismom specjalistycznym. Tym co przyciągało moją uwagę i zachęcało do dalszej lektury była rubryka “Humor zeszytów szkolnych”. Do dzisiaj nie wiem, czy redakcja “Przekroju” współpracowała z załamanymi polonistami dostarczającymi co ciekawsze wyrywki pisemnych prac swoich podopiecznych, czy też cytaty owe były autorstwa inteligentnie-złośliwego członka redakcji. Pomimo, że obecna reinkarnacja “Przekroju” nie zajmuje się już krytyką trudnej sztuki składania polskich słów w, w miarę zrozumiałe, zdania, samo pojęcie “Humor zeszytów szkolnych” zrobiło zawrotną karierę, a w internecie możemy znaleźć stronę (zdziwiłbym się, gdyby tylko jedną) bawiącą czytelników logiczno-językowymi lapsusami.

Wycinek z Przekroju numer 44 z roku 1966

Bić się czy myśleć? Ten filozoficzny dylemat musiał, choć nieświadomie, przyświecać autorowi takiego oto zdania: „Jurand nie rzucił się na Krzyżaków, gdyż tymczasem bił się z myślami”. Ja też długo biłem się z myślami czy za temat kolejnego wpisu na blogu wybrać tekst o Trójmieście. Tak się złożyło, że ostatnio bywam tam 3-4 razy w roku. Są to jednak krótkie, najczęściej weekendowe, wypady wypełnione po części pracami porządkowymi, po części wizytami w sopockich biurach i instytucjach. Oczywiście, zawsze staramy się urozmaicić te wyjazdy jakimś turystyczno-krajoznawczym akcentem, ale koncepcja moich wpisów wydawała się pasować bardziej do opisu dłuższych wycieczek i poruszania szerszej tematyki niż rozważania nad atrakcyjnością miejsc i obiektów na trasie 2-3 godzinnego spaceru. Rzucałem się więc na inne tematy, Trójmiasto odkładając na przyszłość. 

Niespodziewanie, inspiracji dostarczyła mi książka. Znalazłem ją w recepcji dolnomiejskiego Dworu Uphagenów. Kusiła tytułem – Nieprzewodnik, zapowiadającym gawędziarsko-osobisty charakter. Wydawca znany i poważany, recenzje omalże entuzjastyczne. Rzut oka na spis treści upewnił mnie, że autor opisał większość ciekawych zakątków miasta nad Motławą i Wisłą. Stałem się więc więc jej właścicielem. Nic w tym dziwnego, gdyż mapy i przewodniki są dla mnie najcenniejszymi pamiątkami z każdej podróży. Zaraz po przywitaniu z Podziomkiem, który w hotelu na Dolnym Mieście przebywał już od dwóch dni, przy kawie i ciastku w kawiarni mieszczącej się w pralni niegdysiejszego szpitala o dziewiętnastowiecznych korzeniach, poświęciłem się czytaniu. Lekturę rozpocząłem, a jakże!, od rozdziału dotyczącego Dolnego Miasta. Już na drugiej stronie tekstu natknąłem się na zdanie “Kamienica wyróżnia się tym, że przez jej środek przechodzi przejazd, czyli tak zwana brama”. Hmm! Być może mieszkańcom zabudowanych blokami z lat 70-tych XX w. gdańskich osiedli Zaspa i Przymorze trzeba tłumaczyć, czym była brama w tradycyjnej kamienicy, ale już twierdzenie, że w historycznej dzielnicy jaką jest Dolne Miasto, któryś z domów jest nietypowy, bo umożliwia wjazd na podwórze przez bramę wydało mi się nadmiernie śmiałą hipotezą. Po przewertowaniu następnych kilku stron trafiłem na kolejne kwiatki z bezcennej kolekcji Nieprzewodnika. Dowiedziałem się, że “działania wojenne małego cesarza (…) przywiodły czarne chmury nad nadmotławskich wolnomularzy”. Napoleon zresztą nie okazał się ich jedynym wrogiem. “Adolf Hitler w strachu przed oświeceniem zakazał działalności organizacji wolnomularskich na terenie Niemiec”. Znacznie mniej wojowniczy prezydent Mościcki dekretem z 1938 roku również zakazał działalności masońskiej w Rzeczpospospolitej, więc może skłonność do prowadzenia polityki zagranicznej przy pomocy armii nie była tu kluczową przyczyną? 

Zaopatrzony w ołówek oraz zestaw kartek samoprzylepnych z rosnącą fascynacją analizowałem kolejne rozdziały, śledząc historię zmagań autora z zasadami ortografii, semantyki, logiki i zdrowego rozsądku. Na 240 stronach znalazły się rozliczne ślady tych heroicznych bojów. Dla sprawiedliwości muszę dodać, że natknąłem się też na strony, ba!, całe podrozdziały, co do których trudno było mieć większe zastrzeżenia. Szkoda tylko, że Nieprzewodnik dotyczył wyłącznie Gdańska. W trakcie ostatniej trójmiejskiej wycieczki spacerowaliśmy też po Gdyni i Sopocie. Niestety, gdy zdecyduję się pisać o północnych sąsiadach Gdańska będę pozbawiony smakowitych cytatów wyjętych z twórczości autora, pana Szymona Kranza.

Dolne Miasto, jedna z pięciu historycznych dzielnic Gdańska (pozostałe to Główne [Prawe] Miasto, Stare Miasto, Wyspa Spichrzów, Stare Przedmieście) poznałem stosunkowo późno – gdzieś na początku lat 90-tych XX w. Teren za Motławą nie zachęcał ówcześnie do spacerów. Otoczone przekrzywionym parkanem ruiny spichrzy, które nadały nazwę całej wyspie, jakieś puste place z baraczkami kryjącymi egzotyczne punkty usługowe, dzikie parkingi, wiatr niosący tumany kurzu, strzępy papieru i co inne śmieci. Ponad ten obraz nędzy i opuszczenia wznosiły się tylko Baszta Stągiewna, żelbetowej konstrukcji spichlerz Deo Gloria i kamienica mieszcząca obecnie Pomorski Urząd Skarbowy. Traf chciał, że w ramach wyjazdu służbowego zatrzymałem się w hotelu Orbis (obecny Novotel Centrum) tuż obok tego ostatniego budynku. W wolnych chwilach zapuściłem się za Nową Motławę na Długie Ogrody. Tam za budynkami mieszkalnymi wzniesionymi w latach 60-tych XX w. znalazłem stare drzewa owocowe – dowód na pochodzenie nazwy od charakteru tej dzielnicy. W jezdni ulicy leżały nieużywane już szyny tramwajowe. Poszedłem za nimi, ale nie w stronę Bramy Żuławskiej, lecz na południe w ulicę Łąkową. Przekroczyłem Podwale Przedmiejskie i nagle znalazłem się w innym świecie. Dzielnica obfitowała w zachowaną, dziewiętnastowieczną zabudowę i miała wyraźnie proletariacki charakter.

Dolne Miasto na planie Gdańska z roku 1885

Świętej pamięci ciotka Podziomka była osobą o bardzo wyrazistych opiniach. Jedną z nich było głośno wyrażane przekonanie, że hotele to gniazda przestępczości i obyczajowych występków. Ja jednak nigdy nie zostałem nimi dotknięty w hotelowych murach, nawet nocując w niezapomnianym pensjonacie Amazonka na Przymorzu, gdzie przedstawicielki najstarszego zawodu świata musiały mozolnie przyuczać się do obsługi kasy fiskalnej, a ochroniarz z namaszczeniem oprowadzał mnie po podziemiach z rurami do zmysłowego tańca oraz z zacisznymi alkowami. Natomiast atmosfera Dolnego Miasta przed z górą 30 laty była nie tyle kryminalna, ile przesiąknięta lumpenproletariacką swojskością oraz rezerwą do nieznajomych i wszystkiego, co mogło przynieść zmiany w utrwalonym trybie życia i działania mieszkańców. Ciekawe, że PRL, który deklaratywnie był państwem robotników i chłopów, praktykował wobec tradycyjnie robotniczych dzielnic politykę swoistego “zagładzania” preferując raczej przenoszenie mieszkańców do nowych bloków i dzielnic niż inwestowanie w ich historyczne domy i ich okolice. Dopiero na przełomie XX i XXI w. władze miejskie ogłosiły program rewitalizacji dzielnicy, którego rezultaty możemy obserwować obecnie.

Przemysł, który odcisnął swoje piętno na wyglądzie dzielnicy, dawno już z niej zniknął. Miejsce Królewskiej Fabryki Karabinów (Königliche Gewehr-Fabrik) z czasów pruskich (nazwanej w Nieprzewodniku “fabryczką” co beztrosko skonfrontowano z informacją o zatrudnianiu w latach świetności 6 tysięcy pracowników i zajmowaniu “ogromnego kwartału” dzielnicy). W czasach, formalnie zdemilitaryzowanego, Wolnego Miasta Gdańska zastąpiły ją przeróżne mniejsze zakłady wytwórcze, a palmę pierwszeństwa w dzielnicy przejęły zakłady Gdańskiego Monopolu Tytoniowego (Danziger Tabak Monopol). Za PRL-u w dzielnicy działał Herbapol i zakłady futrzarskie. Obecnie ma tu siedzibę centrala wiodącej polskiej firmy odzieżowej, ale wajcha historii gospodarczej przesunęła się zdecydowanie w stronę usług. 

Gdański Monopol Tytoniowy, obecnie siedziba LPP, fot. Andrzej Otrębski, lic. CC BY-SA 4.0,

W budynkach dziewiętnastowiecznego szpitala po stosownej modernizacji działa całkiem wypasiony hotel. Co więcej, jego dziedziniec, pozwalający podziwiać budynki z nieoczywistej perspektywy, jest dostępny dla publiczności. Także wnętrza starej części hotelu w tym ponad 200 letni Dwór Uphagenów można obejrzeć np. deklarując zainteresowanie wynajęciem przestrzeni konferencyjnych czy organizacją przyjęcia. Kaplica przyszpitalna, a obecnie kościół rzymskokatolicki pw. Niepokalanego Poczęcia NMP, wyróżnia się dwoma cechami. Po pierwsze, zbudowano ją i, mimo licznych rozbudów, utrzymano w stylu rzadkiego w Gdańsku neogotyku angielskiego. Po drugie, od początku istnienia, służyła rzymskokatolickiemu zgromadzeniu sióstr boromeuszek. Co świadczy, że rozwój przemysłu w dzielnicy ściągął do niej katolicką ludność Kaszub i Pomorza Nadwiślańskiego, a nie tylko rdzennych, protestanckich gdańszczan. Do wnętrza kościoła trudno się dostać poza porą nabożeństw. Nam się udało, bo podszyliśmy się pod dziadków dzieciarni przedkomunijnej. Wnętrze nie dostarcza jednak atrakcji, które mogłyby zachęcać innych do podobnej kreatywności. Odpowiedni akapit w Nieprzewodniku kusi do odwiedzenia dziedzińca, gdzie “można znaleźć jeszcze dwie własności kościelne”.

Kościół pw. Niepokalanego Poczęcia NMP

Opis kompleksu poszpitalnego dostarcza też okazji do zbadania zjawiska czasoprzestrzeni. Autor “Nieprzewodnika“ sugeruje podziwiania go od “najmłodszego budynku z lewej (…) do najwyższego (…) po prawej stronie ulicy”. W bonusie dorzuca, że to Dwór Uphagenów jest najmłodszą częścią kompleksu, podczas gdy jest dokładnie na odwrót.

Inną ciekawostką architektoniczną Dolnego Miasta jest budynek starej łaźni miejskiej, u zarania XX w. jednej z trzech funkcjonujących w Gdańsku. Odnowiony już w obecnym wieku neoromański budynek z czerwonej cegły mieści Centrum Sztuki Współczesnej. Łaźnia miała specyficzny zakres świadczeń i odpowiadający mu plan wnętrz. Zakład zapewniał usługi higieniczne osobno dla pań, panów i dzieci. Miejsca ich świadczenia były odseparowane, włącznie z tym, że gmach obsługiwały trzy klatki schodowe. Na trzeciej kondygnacji znajdowała się sala gimnastyczna pozwalająca zachować sprawność fizyczną dzieciom i młodzieży z sąsiednich szkół. Jeśliby kto sądził, że trzy kategorie klientów były traktowane w podobny sposób powinien zapoznać się garścią statystyki. Otóż uczniowie mieli do dyspozycji 36 pryszniców, mężczyźni 22 prysznice i 8 wanien, a kobiety 6 (tak, tak!) pryszniców i 8 wanien. Ówcześni decydenci uważali chyba czystość kobiet za fanaberię lub wierzyli w ich wrodzoną cierpliwość i nadmiar wolnego czasu do dyspozycji.

Rewitalizacja dzielnicy objęła już wiele, a może wręcz większość, domów, choć w przypadku prywatnych właścicieli miasto mogło zachęcać lecz nie zmuszać do podjęcia działań.  Na ulicy Łąkowej odnowienia doczekała się też wąska, dwuosiowa kamienica. Na Głównym Mieście natrafimy wprawdzie na równie wąskie budynki, ale tam w trakcie powojennej odbudowy łączono po kilka, mizernych rozmiarów, kamieniczek w jeden blok mieszkalny skryty za kilkoma historycznie wąskim fasadami. Natomiast kamieniczka na Dolnym Mieście jest w pełni autonomiczną jednostką, co podkreśla brak bezpośrednio przyległych sąsiadów. Puste działki konsekwentnie wypełniają nowe, zharmonizowane rozmiarami z historycznymi, budynki. Rozpoczęła się też zabudowa części posesji należącej do nieczynnej od 1999 roku zajezdni tramwajowej. Usytuowany w pobliżu wóz tramwajowy z 1978 roku, historycznej linii nr 8 przypomina, że, choć dzisiaj ulokowane na uboczu, Dolne Miasto było skomunikowane z centrum zarówno od strony ulicy Łąkowej jak i Toruńskiej. Co do zajezdni istnieją plany urządzenia w niej muzeum z silnie podkreśloną funkcją integracji społeczeństwa dzielnicy. 

Jak na mało prestiżowe korzenie dzielnicy, zadziwiają forma i rozmiary jej głównych ulic. Otóż są to dwujezdniowe aleje z otoczonym zielenią deptakiem pośrodku. Ich powstanie nie wiązało się jednak z ideałami dziewiętnastowiecznych przemysłowców chcących wpuścić do miasta świeże powietrze, a swoim robotnikom dostarczyć terenów spacerowych. Jeszcze w XVI w. obecny teren Dolnego Miasta pokrywały mokradła nie bez kozery zwane Świńskimi Łąkami. Zabudowę umożliwiły dopiero prace regulacyjne, które z jednej strony otoczyły dzielnicę gwiazdokształtnym Opływem Motławy, z drugiej pocięły jej obszar równo rozmieszczonymi kanałami, po obydwu brzegach których powstały jezdnie i wzniesione zostały domy. Łąkowa, według Nieprzewodnika, “nie była jedyną ulicą, przez którą przebiegał taki twór”. Pamiątką po zasypanych w latach 40-tych XIX w. kanałach jest szerokość obecnych ulic. W ramach rewitalizacji wyrównano chodniki i załatano dziury w jezdniach, wymieniono podziemne instalacje, postawiono nowe lampy, ławki i śmietniki.  Jak twierdzi Podziomek, tego typu działania są warunkiem niezbędnym do stwierdzenia, że miasto ma troszczących się o jego wygląd gospodarzy. Obecny stan ulic Dolnego Miasta potwierdza tę obserwację.

Ja na jednym kajaku, Podziomek z młodszą córką na drugim opuściliśmy przystań przy ulicy o inspirującej nazwie Żabi Kruk. Wzdłuż Długiego Pobrzeża, Ołowianki z siedzibą filharmonii w dawnej miejskiej elektrowni, terenów postoczniowych za ujściem Kanału Raduni dotarliśmy do cypla Polski Hak, za którym skręciliśmy ostro na szerokie wody Martwej Wisły. Za Mostem Siennickim udało się wypatrzyć dosyć wąski pas wody na prawym brzegu, którym przedostaliśmy się wkrótce na Opływ Motławy. Ten zapewniał wspaniałe doznania. Wśród przybrzeżnych trzcinowisk i oczeretów ptaki śpiewały jak oszalałe, przekrzykując rechotanie żab. Po wodzie pływały łabędzie, krzyżówki i łyski. Za każdym zakrętem pojawiała się coraz to inna perspektywa. Choć bardziej odległe, widoki kamienic i kościelnych wież nie pozwalały zapomnieć, że jednak nie wypłynęliśmy poza miasto. Nabrzeża po prawej stronie Opływu dźwigały się coraz wyżej kulminując we wzniesieniach Bastionów Wilk i Żubr. Dwie groble z krągłymi wieżyczkami pokierowały nas ku Kamiennej Śluzie. Pokonanie jej bystrza dostarczyło nawet nieco emocji z zakresu profesjonalnego kajakarstwa. Podziomek z Krysią wybrały złą odnogę, utknęły, musiały wysiąść z kajaka i brodząc przeholować go na północną stronę śluzy. Wkrótce za Mostem Toruńskim boczny kanał doprowadził nas do punktu startu. Cała wyprawa trwała niespełna 3 godziny pozwalając poznać Gdańsk od strony wody. Opis odbytej przed laty wycieczki nie stracił na aktualności, choć mijane tereny wzbogaciły się w międzyczasie o nowe budynki. Spacerując ulicami Dolnego Miasta “jesteśmy szczelnie i bezpiecznie otuleni starymi fortyfikacjami” (nieoceniony Nieprzewodnik). Wzniesione w latach 1622–1636 miały się sprawdzić w latach Potopu szwedzkiego. Kamienna Śluza pozwalała uchronić przed zalaniem nabrzeża miasta podczas powodzi jak i, w razie potrzeby, podnieść poziom wody aż do zalania położonej po południowo-zachodniej stronie Opływu depresji Żuław Gdańskich.

O ile Dolne Miasto jest położoną na uboczu, ale niewątpliwą częścią szeroko rozumianego historycznego jądra Gdańska, cóż można powiedzieć o położonej po drugiej stronie Opływu Motławy Olszynce? Teren na Żuławach nosił w średniowieczu nazwę Bürgerwalde czyli Las Mieszczański. Gdy usypywano wały i wznoszono fortyfikacje w pierwszej połowie XVII w. las pozostał już tylko w nazwie powstałej tam osady Walddorf  (Leśna Wieś) podzielonej następnie na Mały i Duży (Klein und Gross Walddorf). Jako, że na terenach podmokłych rosły lasy łęgowe ze znacznym udziałem olchy, polska nazwa całkiem zręcznie nawiązuje do historycznego charakteru miejsca. Gdy w 1933 roku włączano te tereny do miasta liczba mieszkańców nie przekraczała tysiąca. Nie odwiedziliśmy jednak tej dzielnicy dla jej sielskich klimatów. Magnesem był miejscowy dwór z historią sięgająca początków XIX w.. Jako, że ziemia należała tu do Gdańska, dwór był własnością miasta dzierżawioną przez kolejnych zarządców. Był to chyba niezły interes, bo popyt na produkty dworskiego folwarku miało się praktycznie zapewniony. Śladem tej praktyki jest decyzja polskiej już rady miasta z 1945 roku wypuszczająca gospodarstwo w dzierżawę niejakiemu Józefowi Łęgowskiemu. Gdy, po poniesieniu stosownych kosztów na usunięcie zniszczeń wojennych, gospodarstwo przyniosło w 1948 roku znaczne dochody, umowę dzierżawy błyskawicznie wypowiedziano i zainstalowano tam PGR. Nie śpieszmy się jednak z konkluzją, że to państwowi rolnicy doprowadzili majątek do ruiny. Po 1956 gospodarowała tu bowiem spółdzielnia ogrodniczo-pszczelarska, sam zaś dwór był podzielony na mieszkania komunalne.

Mimo wpisania do rejestru zabytków w 1973 roku dwór i zabudowania gospodarcze popadały w ruinę. W 2005 roku zawalił się dach na imponujacym rozmiarami budynku obory. Spółdzielnia pewnie splajtowała, majątek przeszedł w ręce miasta, które, po kilku nieudanych próbach sprzedaży, wydzierżawiło go zborowi zielonoświątkowców. Kiedyś znajomy rabin poprosił mnie o wytłumaczenie kim właściwie są zielonoświątkowcy. Odpowiedziałem mu, że to chasydzi chrześcijaństwa. Oprócz chwalenia Pana śpiewem i tańcem wyznawcy tej religii charakteryzują się protestanckim etosem pracy. Skrzyknęli się więc, zakasali rękawy i wkrótce przystosowali zdekapitalizowany budynek wozowni do pełnienia roli kaplicy. Wymienili też dach i okna w budynku dworu. Tymi działaniami przekonali radę miasta do sprzedaży posiadłości z 99% bonifikatą dla związków wyznaniowych. Teraz snują plany odbudowy obory. Oglądałem filmik o historii wspólnoty w tym miejscu. Najbardziej wzruszające w nim było, że każde swoje osiągnięcie, czy to podpisanie aktu notarialnego czy zwieńczenie wiechą wznoszonej konstrukcji kwitowano w nim słowami: “To prawdziwy cud! Chwalmy za niego Pana!”

Kompleks, choć częściowo otoczony murem, da się obserwować czy to od strony zabytkowej bramy, czy też w miejscach gdzie ogrodzenie jest z siatki. Warto obejrzeć ogrodową fasadę dworu, gdzie odrestaurowano drewnianą werandę. Najlepszy widok jest jednak z pobliskiej kładki przez Motławę prowadzącej na Orunię. Stojąc na niej pomyślałem sobie, że wiosenne śpiewy ptaków są tu tak głośne, że muszą być słyszalne w sali nabożeństw. Toż to prawdziwy cud! Chwalmy za niego Pana! 

Otoczenie dworu jest słabo zurbanizowane. Po przyłączeniu do miasta zbudowano tu osiedle domków kolejarskich z pruskiego muru. Choć podlegały one wszelakim, czasem całkiem chybionym, modyfikacjom czynionym przez kolejne generacje mieszkańców, to jednak osiedle jako całość robi znacznie lepsze wrażenie niż 80 lat młodsza inwestycja o pretensjonalnej nazwie Motława Gardens wzdłuż pobliskiej ulicy Wspólnej. Deweloper w materiałach reklamowych posługuje się określeniem “Położone 600 metrów od Śródmieścia Gdańska” mając zapewne na myśli odległość od Opływu Motławy. Faktem jest jednak, że spacer do Zielonej Bramy na wschodnim krańcu Długiego Targu zajmie stąd mniej niż pół godziny. Tak, różnorodność poszczególnych dzielnic Gdańska jest olbrzymia, a żeby jej doznać wystarczy wybrać się na niedługą przechadzkę.

Kulinarnie Dolne Miasto nie jest pustynią choć, oczywiście, nie ma tu lokali, do których przyjeżdżanoby poucztować z innych części Trójmiasta. Kawiarnia, o której wspomniałem wcześniej trzyma poziom i ma bardzo ciekawe wnętrza. Podziomek chwalił też jakość posiłków w hotelowej restauracji. Na terenie dawnej Królewskiej Fabryki Karabinów działa też kilka lokali o offowym wyglądzie i atmosferze. 

Jerzy Stuhr wyśpiewał, umyślnie fałszując, główną nagrodę festiwalu w Opolu w 1977 roku utworem pod znamiennym tytułem “Śpiewać każdy może”. Truizmem jest stwierdzenie, że tym bardziej każdy może pisać. Autor Nieprzewodnika jest tego najlepszym dowodem. Prowadzi profesjonalnie wyglądającą stronę internetową z odsyłaczami do innych narzędzi komunikacji społecznej. Zajrzałem tam w nadziei, że Nieprzewodnik jest może wypadkiem przy pracy czy sabotażem rosyjskich trolli. Cóż, już po chwili zebrałem parę przykładów stylu pisania, który zdominował strony Nieprzewodnika. Oto kilka pierwszych z brzegu cytatów:

  • “Głównie działam na Instagramie, którego oczywiście zachęcam sprawdzić”. 
  • “Mój pomysł na kilkuminutowy, ale za to intensywny w ciekawe zabytki, spacer”. 
  • “Po zrobieniu fotek i po w pełni wchłonięciu ceglanego miejskiego pejzażu zapraszam dalej”
  • “Buty muszą ponieść nas wzdłuż muru Wielkiego Młyna”

Na Dolnym Mieście działa stowarzyszenie Opowiadacze Historii Dolnego Miasta w Gdańsku. Zaświeciła mi idea, że pan Szymon  jest ich członkiem a jego teksty pisane powstają na drodze transkrypcji przewodnicko-popularyzatorskich gawęd. Popełniane przez niego błędy są spotykane i bardziej tolerowane w języku mówionym. Znowu jednak pudło! Na liście członków Stowarzyszenie to nazwisko nie figuruje. Nie zmierzam znęcać się nad młodym miłośnikiem historii Gdańska. Autor Nieprzewodnika rzeczywiście posiada bogatą wiedzę na temat swego miasta. Braki wykształcenia historycznego powodują jednak, że im głębiej zapuszcza się w dziedzinę historii powszechnej tym jego teksty robią się bardziej mętne. Co nie znaczy, że z lektury Nieprzewodnika nie dowiedziałem się czegoś nowego o Gdańsku. A nie było to proste, gdy oczy zalewały łzy śmiechu, a ręka nerwowo szukała ołówka, by zaznaczyć kolejną niedoskonałość tekstu.

Popsioczywszy na autora warto zastanowić się jak pod logo wydawnictwa Bezdroża mógł ukazać się ten wyrób przewodnikopodobny (formalnie rzecz biorąc wydawcą jest Helion S.A. z Gliwic). Ciekawe, kto i dlaczego wpadł na pomysł, by uroczy gawędziarz z Trójmiasta sprawdził się jako autor książki? Tego się pewnie nie dowiemy. Natomiast swoimi nazwiskami jako redaktor prowadzący oraz osoba odpowiedzialna za redakcję dziełko to firmują pan Paweł Sondej i pani Agnieszka Muzyk. Czy tylko mnie wydaje się, że nazwiska te znalazły się na stronie redakcyjnej całkowicie przypadkowo? 

Oj! Wiele tego było! Tak wygląda Nieprzewodnik po zakończeniu krytycznej lektury

“Miałam wobec tej książki naprawdę wysokie oczekiwania – i nie zawiodłam się ani trochę”  z opinii o książce na stronie www Bezdroży (literacki.kociołek Włodarska Patrycja). To dosyć typowa afirmacja twórczości literackiej autora, a porównałem wiele opinii czytelników. Najdalej idące słowa krytyki dotyczyły braku zdjęć i ilustracji. Niechlujstwo językowe Nieprzewodnika nie stanowiło żadnego problemu. Przyjmowano je jako przejaw “żywego języka” używanego przez autora i przeciwstawiano sztywności tekstu tradycyjnych przewodników. Jak wiadomo fabryki rosyjskich trolli siejących dezinformację wśród łatwowiernych europejskich odbiorców to obecnie głównie programy sztucznej inteligencji. Aż kusi mnie, by postawić tezę, że w miarę wolnych mocy przerobowych produkują one pozytywne recenzje dla wszystkich chętnych ponieść koszty tych operacji. Kto wie, może są wśród nich i wydawnictwa z Polski? 

To zawsze ryzykowne, gdy ktoś zajmujący się, nawet amatorsko, pisaniem bierze się za ocenę umiejętności innego autora. Wszak i mnie zdarzają się pomyłki. Tyle, że ja regularnie wracam do moich tekstów i staram się wyeliminować z nich błędy i przejawy siermiężności. Nie mam do współpracy osób mieniących się redaktorami. I mój produkt nie jest rozprowadzany w cenie sugerowanej 59,00 PLN. Tak więc, pokornie upraszam: Znoście moją pisaninę jeszcze przez jakiś czas! A gdy znajdziecie w niej błędy językowe, wytknijcie je, a ja obiecuję stosowne korekty. Wszyscy bowiem winniśmy być świadomi, że “Polski język – trudny język”!

Kategorie
Polska

Między Juchami a Ełkiem, albo o niedocenianej stolicy Mazurów

Moja, świętej pamięci, irlandzka ciotka podczas swojej jedynej wizyty w Polsce zatrzymała się w Warszawie, w hotelu Polonia. Mając z okna widok na Pałac Kultury i Nauki skomentowała go słowami “What a beautiful cathedral!”. Powiedzonko to zyskało w naszej rodzinie wręcz anegdotyczny status. Skądinąd, podobna pomyłka interpretacyjna zdarza się gościom z tzw. Zachodu dosyć regularnie. Bo, tradycyjnie rzecz ujmując, miejsce biskupiej posługi winno wyróżniać się długą historią, prestiżowym położeniem, imponującymi rozmiarami, strzelistością wież i wspaniałością zdobień. Czyż, poza pierwszym kryterium, pozostałe nie przyświecały też tak sowieckim jak i polskim pomysłodawcom wzbogacenia panoramy stolicy takim właśnie pomnikiem Stalina? 

Przedostatni etap kształtowania struktury administracyjnej Kościoła Rzymskokatolickiego w Polsce w 1992 roku wyawansował do rangi stolic biskupich kilkanaście miast. Powstała konieczność wyznaczenia kościołów mających odtąd pełnić rolę katedr. Zazwyczaj kierowano się wymienionymi wyżej kryteriami. Kilku nowomianowanych hierarchów podjęło jednak śmiałe, a niezrozumiałe decyzje. Wszystkich przelicytował biskup rzeszowski wybierając nowo zbudowany, wątpliwej urody, kościół, 3,5 km od centrum, w otoczeniu osiedli domków jednorodzinnych i ogródków działkowych. Natomiast biskup ełcki zdecydował się na wybranie, wprawdzie jednego z dwóch historycznych kościołów w centrum miasta, ale był to obiekt mniejszy i położony bardziej na uboczu, zwany przez mieszkańców, nie bez kozery, “małym kościołem”. Ponieważ motywy podobnych decyzji w Kościele Katolickim w Polsce nie podlegają żadnej dyskusji można się tylko domyślać, że jakąś rolę odegrać mógł fakt, że świątynia ta, powstała w latach 90-tych XIX w. od razu jako katolicka, a duży kościół, mimo, że od 1945 roku pozostawał we władaniu katolików, był jednak stawiany jako ewangelicka kircha.

Katedralny kościół pod wezwaniem św. Wojciecha miał szczęście uniknąć zniszczeń podczas obu dwudziestowiecznych wojen światowych. Podczas pierwszego konfliktu, gdy Ełk był trzykrotnie zajmowany przez wojska rosyjskie, a znaczne zniszczenia powstały w rezultacie walk obydwu armii, decydować mogły jego mniejsze rozmiary – posterunki obserwacyjne lokowano na najwyższych wieżach miasta. Świadome tego wrogie wojska starały się takie punkty zniszczyć i w przypadku “dużego kościoła” to im się udało. Podczas II Wojny Światowej Niemcy opuścili miasto bez walki, a zniszczeń dokonano podczas grabieży miasta realizowanej przez żołnierz Armii Czerwonej i polskich szabrowników. Podobno ówczesny proboszcz i dziekan ełcki ks. Karl Fox zabezpieczył świątynię witając na jej progach słowiańskich zdobywców winem mszalnym i kawą. Pomogły mu w tym dziele znajomość języka polskiego (był Warmiakiem) oraz doświadczenie wyniesione z wcześniejszej pracy w Wielbarku, gdzie podczas I Wojny Światowej zaznał atrakcji związanych z zajęciem miasta przez wojska carskie. Co do popularności wina mszalnego wśród łupieżców dóbr poniemieckich nie mam żadnych wątpliwości. Natomiast co do kawy, żywię podejrzenia, że dzielny kapłan częstował raczej jakimś Erzact Kaffee z cykorii, żołędzi i suszonych buraków. Po spożyciu odpowiedniej ilości wina i innych spirytualiów smak czarnego naparu nie odgrywał przecież już większej roli.

Ksiądz Fox biorąc pod uwagę opisany wyżej czyn, jak też pomoc polskim robotnikom przymusowym i francuskim jeńcom wojennym, został pozytywnie zweryfikowany i mógł już jako Karol Foks, zostać w Prusach Wschodnich (zwanych wkrótce Mazurami). Jednak nie w swojej parafii. Podobno dobrze nie układała się jego współpraca z przybyłymi ze starej Polski duchownymi. Dogadał się za to doskonale ze swoimi nowymi parafianami w podełckich Starych Juchach. Niezłe osiągnięcie, jak na człowieka dobiegającego siedemdziesiątki, który musiał zrozumieć i polubić swoje nowe owieczki przybyłe w większości z okolic Suwałk, Augustowa i Grajewa z bagażem nie tylko doświadczeń wojennych, ale i życiowych jakże innych niż mieli katolicy Prus Wschodnich.

Jednak nietuzinkowy życiorys ełckiego i starojuskiego proboszcza nie był magnesem, który przyciągnął w połowie marca mnie, Podziomka i naszą czteroletnią wnuczkę do Starych Juch. Musiałem wywiązać się z obietnicy, przez Podziomka postrzeganej jako groźba, że będziemy zwiedzać w Polsce miejscowości o niezbyt zachęcających nazwach (patrz opis wyjazdu do Kobylej Góry). Dla mnie niemałą wagę miał fakt, że dom, w którym się zatrzymaliśmy należał do parafii metodystycznej. Nie nazwałbym tego turystyką ekumeniczną, ale jest to jakiś sposób studiowania rozmaitości wyznaniowej w naszym kraju. Byliśmy już u zielonoświątkowców w Świdnicy, u prawosławnych w Sokołowsku pod Wałbrzychem, teraz przyszedł czas na ewangelików-metodystów pod Ełkiem. Najważniejsza jednak była krajobrazowa atrakcyjność terenów między Ełkiem a Giżyckiem. Jan, mój przełożony z czasów pracy w Amerykańskim Korpusie Pokoju, zwykł mówić, że gdyby przyszło wybierać mu miejsce zamieszkania w Polsce osiadłby właśnie w tym regionie.

Mazury, poza sezonem letnim, pogrążone są w ciszy i zadumie. Jedyny w Starych Juchach pensjonat z prawdziwego zdarzenia jest czynny tylko w cieplejszej porze roku. Było to ważne o tyle, że oferuje  on wówczas usługi restauracyjne. Podobnie dzieje się z miejscowym barem oraz punktem serwowania kawy i gofrów. Na szczęście, solidna oferta miejscowych sklepów pozwalała nam przygotowywać posiłki w domu. Z drugiej strony, niedogodność ta zachęcała do uprawiania turystyki kulinarnej, obserwacje z której opiszę poniżej.

Tradycyjna nazwa mazurska to Jucha. Do 1929 były aż trzy Juchy: Stara położona na południe od linii kolejowej Ełk-Giżycko, Nowa na północ od tej magistrali oraz Orla obejmująca majątek ziemski (zwany w Prusach domeną) położona w północno-wschodniej części miejscowości. Po ich połączeniu nazwa przybrała formę mnogą. Jakie jest pochodzenie tej oryginalnej nazwy? Otóż w lasku na wschód od Orlej Juchy od wieków leży pokaźny głaz narzutowy. W jego okolicy poszukiwacze niemieccy znaleźli ukryte pod ziemią pokaźne ilości kości zwierzęcych. Sam głaz uznano więc za jaćwieski ołtarz ofiarny. Podobno były na nim rdzawe wykwity żelaza, co interpretowano jako ślady krwi ofiar. Że zaś jednym z dawnych określeń krwi jest jucha, stąd miano nadane miejscowości. Ciekawostką jest, że w kamieniu mającym status pomnika przyrody wyryto, już za czasów polskich, bardzo akuratnie, wyjaśnienie co właśnie się przed nami znajduje. Można się wprawdzie burzyć na naruszenie piękna naturalnej struktury, lecz trzeba przyznać że żywotność tak wykonanej informacji znacząco przewyższa jakiekolwiek, których nośnikiem są tablice z blachy czy pleksiglasu.

Stare Juchy nie są nadmiernie przyjazne turyście. Pochodzący z XVI w. kościół, surowy produkt wczesnego luteranizmu, a pamiętajmy, że Prusy Książęce były pierwszym państwem, w którym wyznanie to uznane zostało za panujące, przypomina podobne w stylu świątynie w sąsiednich Wydminach czy Gołdapi. We wnętrzu ma cenny 400 letni tryptyk ołtarzowy i niewiele młodszą ambonę. Cóż kiedy przyjrzeć się im, pomijając uczestnictwo w nabożeństwach, można tylko z kościelnej kruchty. Dwór w Orlej Jusze, odbudowany po zniszczeniach I Wojny Światowej, jest centrum funkcjonującego przedsiębiorstwa rolnego i przyjrzeć mu można się tylko z daleka. W tej sytuacji położony na przydrożnym wzgórzu dworski cmentarz rodziny Gruberów z interesującymi żeliwnymi krzyżami urasta do rangi największej dostępnej atrakcji wykonanej ludzkimi rękoma. O ile nie brać pod uwagę ciekawego urbanistycznego założenia Starej Juchy, które przybrało formę półkola przeciętego promieniami ulic wychodzących z centralnego placyku przed kościołem. 

Wędrując jedną z nich (Mazurska) pod górę dociera się do położonej na skraju zabudowy wieży widokowej. Warto się na nią wdrapać, gdyż podziwiać z niej można widok nie tylko na centralną część Starych Juch, ale i na długie jezioro Jędzelewo z dwoma wyspami, zgodnie z parametrami zwanymi Małą i Dużą, położone ku pd-zach. jeszcze wyższe wzgórze z wieżą GPS oraz Piaskową Górę na północnym brzegu jeziora. Jest ona pozostałością dawnej kopalni piasku. Udaliśmy się na nią dwukrotnie. Najmłodsza uczestniczka nie mogła przegapić możliwościa zabawy w tak wielkiej, w dodatku mocno zwerytykalizowanej, piaskownicy. Wzgórze dostarcza imponujące wrażenia widokowe, a miłośnicy kolei żelaznych mają okazję śledzić przejeżdżające tuż u jego podnóża składy Polregio i Intercity. Nam udało się uniknąć uciążliwego towarzystwa quadów i ich kierowców, ale lojalnie ostrzegam, że lubią oni ćwiczyć tam swoje umiejętności.

Podróżowanie z czterolatką nie daje wiele możliwości odwiedzania muzeów, wystaw i świątyń w przeciwieństwie do placów zabaw, mini zoo czy mostów, z których można rzucać do wody “misie patysie”. Więcej niż satysfakcjonującą ofertę podobnych atrakcji zapewniły nam tak Stare Juchy jak i powiatowa metropolia w Ełku. Prognozy pogody zapowiadały dwa dni deszczowe, kiedy to zaplanowaliśmy wizyty w ełckim parku trampolin. Prognozy się nie spełniły, ale my nie zrezygnowaliśmy z szaleństwa zabaw pod dachem dostępnych w ofercie parku. Podziomek dzielnie towarzyszył Zosi skacząc, wspinając się i zjeżdżając z górki na pazurki. Licznie odwiedzająca to miejsce dzieciarnia przedszkolna i grupy szkolne patrzyły na nią z podziwem, bo ich opiekunki okopały się w barku ograniczając się do konsumpcji kawy i strofowania najbardziej niesfornych uczestników zabaw. “Duży kościół” udało nam się jednak odwiedzić. Jego wnętrze zyskało swój obecny wygląd na przełomie lat 50-tych i 60-tych XX w. i jest wyjątkowo harmonijne. To znaczy, iż motywy z polichromii obecne są też na ławkach i konfesjonałach. Tyle, że autor polichromii – prof. Drapniewski z pomorskiego Pelplina wykorzystał w kolorystyce oraz motywach geometrycznych i roślinnych raczej wzorce kaszubskie niż lokalne, mazurskie. Przed kościołem wznosi się postument zwieńczony figurą Jezusa Chrystusa. Zawsze wydawała mi się ona zbyt mała w stosunku do podstawy. Sęk w tym, że zastąpiła ona pochodzącą z czasów pruskich figurę Nike, która to wieńczyła pomnik żołnierzy poległych w wojnie prusko-francuskiej 1870 roku. Analizując fotografie starego pomnika nie mogę się zdecydować czy jego proporcje były o wiele lepsze.

Historycznie rzecz biorąc, Ełk, podobnie jak Suwałki, składał się z jednej tylko ulicy. Biegnąc równolegle do wschodniego brzegu jeziora Ełckiego pełniła ona wszelkie miejskie funkcje, w tym targową. Nic dziwnego, że przez lata nazywano ją, po prostu, Główną (Hauptstrasse). Z czasem i zmieniającymi się wiatrami społeczno-politycznymi zmieniano jej nazwę na Kaiser Wilhelm str., Strasse der SA, a w końcu Wojska Polskiego. Dopiero po 1868 roku, gdy do miasta doprowadzono linię kolejową z Królewca wytyczono trzy ulice łączące ulicę Główną z terenami kolejowymi, a wkrótce i ich przecznice. Właśnie na skrzyżowaniu Głównej z ulicą prowadzącą do dworca kolejowego, w najwyższym punkcie nadjeziornej skarpy, wznosi się gmach “dużego kościoła”. Zatem centrum Ełku jest dzieckiem kaiserowskiej szkoły urbanistycznej. Nie mogło w niej zabraknąć reprezentacyjnego placu (Koenigin Luiseplatz, obecnie Park Solidarności), otoczonego wielkomiejskimi gmachami z wymuskaną zielenią i pomnikami (dawniej Hindenburga, dzisiaj mazurskiego poety Michała Kajki). Po zniszczeniach I Wojny Światowej nowe budynki odbudowano (NB, partnerem w tym przedsięwzięciu było nietknięte przez działania zbrojne miasto Opole) jako większe i bardziej imponujące niż ich poprzedniczki. To wszystko sprawiało, że Ełk, nawet w porównaniu z innymi wschodniopruskimi miastami prezentował porządniej i bardziej dostojnie. Cóż dopiero mówić o polskich miastach za pobliską granicą. Zachował się raport konsula polskiego w Ełku z lat 30-tych XX w. Dyplomata porównywał w nim ówczesny Ełk z Grajewem twierdząc, oględnie mówiąc, że to drugie nie stanowiło, bynajmniej, godnego okna wystawowego Rzeczpospolitej. 

Tu dochodzimy do kwestii stołeczności Ełku. Za czasów niemieckich używano określenia Lyck – Hauptstadt Masurens, czyli stolica Mazurów, a nie krainy historyczno-geograficznej, którą obecnie zwiemy Mazurami. Wynikało to po części ze znaczenia kulturalnego. Miasto już od XVI w. było siedzibą szkoły średniej. W tym samym czasie polski luteranin Jan Małecki (znany też jako Joannes Sandecensis czy z niemiecka jako Johannes Maletius)założył w swoim majątku pod miastem drukarnię. Spod prasy drukarskiej tej oficyny wyszły m. in. katechizm luterański i autorski przekład Nowego Testamentu na język polski. W późniejszym czasie w mieście działało seminarium nauczycielskie i sąd krajowy. W końcu Ełk stał się ważnym węzłem kolejowym. Na połączonej mostem z miastem wyspie, w budynkach pozamkowych, mieściło się więzienie nazwane przez Zygmunta Rogallę, bohatera powieści “Muzeum ziemi ojczystej” autorstwa ełczanina Siegfryda Lenza, najpiękniejszym na Mazurach. To pozwoliło mieszkańcom miasta patrzeć z góry na sąsiadów z innych pogranicznych miast wschodniopruskich. Jednak to głównie wynik plebiscytu 1920 roku, a właściwie rozmiary zwycięstwa niemieckiego (tylko 7 głosów za Polską) i panująca w kolejnych latach atmosfera  patriotycznego wzmożenia, zachęciły niemieckich mieszkańców miasta do używania terminu stolica Mazurów. 

W latach 90-tych XX w. próbowano ożywić to określenie. Obecnie władze miejskie już tego nie robią, ale pojęcie funkcjonuje w obrocie publicystycznym i w Internecie. Wywołuje to prześmiewczo-gniewne komentarze w innych miastach mazurskich. Nic dziwnego, skoro Mazury nigdy nie zaistniały jako wydzielona jednostka terytorialno-administracyjna. Nie miały więc realnej potrzeby posiadania stolicy. Co więcej, o ile do świadomości ogółu dotarło już, że w ramach Prus Wschodnich istniały, obecnie znajdujące się w Polsce, regiony Mazur i Warmii, o tyle precyzyjne wskazanie, gdzie przebiegały ich granice uda się pewnie tylko nielicznym. Pretensje do stołeczności położonego na skraju mazurskiego rogala Ełku wydają się skazane na niepowodzenie. Co rzekłszy, trzeba przyznać, że miasto ma największą wśród mazurskich grodów liczbę mieszkańców, malownicze położenie nad jednym ze znaczniejszych i najgłębszych jezior w regionie, a w dodatku posiada, moim zdaniem, najbardziej imponujacy i najdłuższy waterfront na Mazurach. Wystarczy porównać co w tej dziedzinie ma do zaoferowania, pretendujące również do regionalnej stołeczności, Giżycko.

Kulinarna oferta Ełku nie podlega sezonowym wahaniom. Szczególnie rzuca się w oczy, co cieszy miłośników małej czarnej, znaczna liczba kawiarni. Co ciekawe kilka działających w mieście i okolicy zakładów piekarniczych zdecydowało wzbogacić ofertę o kawę i słodycze. To jednak zawsze ryzyko, że panie sprzedawczynie chleba i bułek, obciążone dodatkowo obowiązkami baristy, nie podołają nowej roli. Odwiedziliśmy taki lokal na jednym z nowych osiedli. Wystrój wnętrza i oferta były ciekawe, ale surowa pani, komenderująca gośćmi niczym sierżant w koszarach, była jakby z innej bajki. W tej sytuacji do miana kawiarni numer 1 w naszym rankingu urosła ełcka gałąź giżyckiej sieciówki, gdzie codziennie serwuje się inne wypieki. Nawiasem mówiąc, w tym samym lokalu, ale pod innym szyldem, raczyliśmy się kawą odwiedzając Ełk przed 10 laty. Wśród restauracji ilość chyba nie przeszła w jakość, choć tu moja ocena może być zaburzona przez fakt odwiedzenia tylko dwóch lokali. Pechowo dla Ełku już pierwszego dnia pobytu odkryliśmy restaurację w Wydminach, gdzie nie tylko menu, ale i porozwieszane po ścianach rowery, dwoje kocich rezydentów oraz schodki zbiegające z parkingu do garbatego mostku przez odnogę jeziora Wydmińskiego skradły nasze serca. Podobny poziom, tak gastronomiczny jak i stylistyczny prezentował zajazd w Upałtach pod Giżyckiem. Tyle, że ten miał jedną ścianę ukrytą za kolekcją nart biegowych, które, a jakże!, są zimą do wypożyczenia. No i położony był bliżej wód jeziora, co umożliwiało obserwację mew, kaczek i kormoranów znad talerza.

Garbaty mostek w Wydminach

Muzeum Historyczne w Ełku mieści się w budynku dawnej stacji kolei wąskotorowej prowadzącej z miasta do dawnej granicy prusko-polskiej. Obecnie na skróconej trasie kursują tylko sezonowe składy turystyczne. Grupa entuzjastów kolei uratowała najpierw ruch na tej linii, potem założyła muzeum kolei wąskotorowej, które ostatecznie przybrało format miejskiej instytucji kultury o znacznie szerszym spektrum zainteresowań. Jak można oczekiwać wokół budynku stoi wiele lokomotyw i wagonów kryjących we wnętrzach ekspozycję dotyczącą historii kolei. Odwiedziliśmy też bogato zaopatrzony sklepik muzealny, gdzie nabyłem m. in. wspomnianą wcześniej powieść Lenza. Pozostałe pomieszczenia nie wyglądały na zagospodarowane, muzeum jest jednak bardzo aktywne w przybliżeniu historii miasta i regionu organizując spotkania, wydając książki a nawet przygotowując filmy (np. ciekawą serię spacerowników po mieście). Wujek Google zorientowawszy się, że interesuje mnie tematyka związana z Ełkiem zaczął dosłownie zasypywać mnie sugerowanymi linkami. Co ciekawe, było ich znacznie więcej niż w przypadku odwiedzonego niedawno Gniezna. To oczywiście pochodna dostępności materiałów w sieci, a te generują głównie internauci. Porównawszy charakter internetowych materiałów o Gnieźnie i Ełku zorientowałem się, że w pierwszym z tych miast narracja w niewielkim stopniu ześrodkowana jest na specyfice miasta. Opowiada raczej historię Polski ilustrując ją przykładami z historii lokalnej. W Ełku tymczasem, nie próbowano dowodzić, że jego historia jest podobna do innych miast w Polsce. Zamiast tego skupiono się na odmiennościach, które zebrane do wspólnego worka z historią różnych miast i regionów tworzą dopiero urozmaiconą historię kraju. 

Więzienie wyprowadziło się z ełckiego zamku w 1970 roku. Od tego czasu jego budynki stały puste i niszczały. Od ich zakupu przez prywatnego inwestora do rozpoczęcia widocznych prac rekonstrukcyjnych musiało minąć 14 lat. Żmudne negocjacje z kolejnymi konserwatorami zabytków doprowadziły do decyzji pozwalającej na nadanie mu, nietypowej jak na Mazury, formy barokowej. Wszystko z powodu braku historycznych planów zamku i ubóstwa źródeł ikonograficznych. Dowiedziono natomiast, że zamek jest w obecnej postaci większy niż w średniowieczu. Znaleziono też uwiecznioną gdzieś na elewacji wschodniej datę 1696. Żeby więc nie pomniejszać kompleksu do gotyckiego jądra zdecydowano się na barok. Dzisiaj jeden z budynków zamkowych jest już pokryty dachówką, ma wstawione okna i jest potynkowany na kolor pośredni między czerwienią a pomarańczą, co jest prawdziwą rewolucją dla obiektu i mieszkańców miasta, którzy przywykli do jego białych tynków. Drugi, ten z odtworzonym barokowymi szczytami czeka jeszcze na wykończenie. Ciekawe czy zostanie zachowany oryginalny więzienny mur z wieżyczką strażniczą? W każdym razie budynki wzbogacają już panoramę miasta. To kolejny powód by, bez względu na wątpliwy tytuł do stołeczność Mazur, zatrzymać się w mieście na obrzeżach tego regionu.

Kategorie
Polska

O miasteczku wyrosłym na kredzie czyli co widać z mielnickich wzgórz

Majowa noc miała się ku końcowi. Słowiki ciągle kląskały w nadrzecznych krzakach, ale gdzieś od sosnowego boru pobrzmiewały już pierwsze nieśmiałe trele drozdów i kosów. Uczestnicy całonocnych śpiewań na zakończenie pielgrzymki młodzieży prawosławnej byli już nieco zmęczeni. Ich krąg coraz bardziej zacieśniał się wokół dogasającego ogniska. Prowadzący podjął ostatnią próbę podbicia nastrojów. Posługując się piękną, literacką wersją języka białoruskiego przemówił do zebranych: “Usłyszeliśmy tu już wiele pięknych piosenek ukraińskich, teraz pokażmy jakie piękne są pieśni białoruskie”. Niestety, żadna z piosenek, które próbował zaintonować nie została podchwycona przez młodych pielgrzymów. Natomiast, okazało się, iż niespodziewanie powszechną znajomością słów i muzyki cieszył się utwór w języku polskim “Pokochałam pięknego (ładnego) Białorusa”. Zebrani pomału zaczęli się rozchodzić. Zostawiając za sobą zwieńczoną drewnianą cerkiewką górę krzyży podążali grupkami do pobliskiej stacji kolejowej w Syczach, by zdążyć na pociągi do Białegostoku czy Warszawy.

Fakt, że w repertuarze ogniska zamykającego pielgrzymkę przeważał repertuar ukraiński był naszej grupce na rękę, gdyż związani słabiej lub mocniej ze Studenckim Kołem Przewodników Beskidzkich w Warszawie, byliśmy z nim nieźle zaznajomieni. Z drugiej strony możliwość rozszerzenia naszych wokalnych doświadczeń o przykłady kultury białoruskiej została zaprzepaszczona. Cóż, środowisko mniejszości ukraińskiej, przynajmniej w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych XX w., na które to przypadło opisywane wydarzenie, było znacznie lepiej zorganizowane i prężniejsze niż jego białoruski odpowiednik. Musiało to ulec zmianie po upadku komunizmu, gdy monopol na zagospodarowanie życia kulturalnego polskich Białorusinów straciło Białoruskie Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne. W każdym razie, incydentalnie zaglądając w programy kolejnych pielgrzymek, a w tym roku odbyła się już 46, widzę, że program kulturalny ulega imponującemu rozrostowi, odchodząc równocześnie od piętna wąsko rozumianego wydarzenia folklorystycznego.

W kolejnych latach, mniej więcej raz na dekadę, odwiedzaliśmy Grabarkę z cerkiewką i klasztorem na świętej górze. Obserwowaliśmy jak ta prawosławna Częstochowa rozwija się i przeobraża. Po pożarze odbudowano w tej samej postaci, choć w innej technologii, cerkiew. Klasztor rozrósł się o kilka murowanych budynków, przy których jakby skarlała, choć jednocześnie wyszlachetniała, oryginalna, drewniana siedziba sióstr zakonnych. Tegoroczna wizyta przyniosła odkrycie w postaci muru ogradzającego cały kompleks i pokaźnych rozmiarów parkingu obrzeżonego rzędem reklamowych bilbordów. Wyasfaltowano też już chyba wszystkie drogi, którymi zmotoryzowani pielgrzymi i turyści mogą dotrzeć w to miejsce. Klasztory sklepik powiększył się i oprócz czysto kultowych produktów sprzedaje teraz regionalne produkty spożywcze, a nawet miejscową odmianę obrazka Żyda liczącego pieniądze. Jak widać także u braci prawosławnych wielu wierzy, że powodzenia finansowego nie sposób wymodlić, można je za to, w przystępnej cenie, kupić. Jedno co niezmienne, to głęboka wiara pielgrzymów, że modlitwa w tym miejscu przyniesie w ich życiu odmianę, a może i odkupienie win. Lektura inskrypcji na pozostawionych wokół cerkiewki krzyżach może być bardzo pouczająca. Podczas tej wizyty udało nam się znaleźć krzyż pozostawiony przez głowę kościoła prawosławnego Cypru jak i przywieziony przez arabskich chrześcijan w barwach Palestyny.

Grabarka leży w historycznej ziemi mielnickiej. Obecnie ma już inne przyporządkowanie administracyjne, ale że nasze podróże odbywają się wszak także w czasie, musieliśmy odwiedzić niegdysiejsze centrum regionu. Do Mielnika dostaliśmy się drogą nietypową, lecz wielce efektowną. Zostawiwszy samochód na parkingu przy cmentarzu katolickim na obrzeżach miasteczka (będę używał tego określenie, choć prawa miejskie Mielnika od 1934 roku są już tylko historią) udaliśmy się wąską ścieżką wiodąca wśród mieszanego lasu szparko pod górę. Podejście było krótkie, acz intensywne. Moja starsza siostra poprosiła o chwilę postoju dla złapania tchu. Wkrótce jednak osiągnęliśmy kulminację, za którą ścieżka nagle wyawansowana do rangi terenowych schodów, zaczęła opadać w dół ku wypłaszczeniu gdzie las się przerzedził. Korzystając z większej ilości światła docierającego do leśnego poszycia pod nogami pojawiły się dywany kwiatów, wśród których rozpoznałem zawilec wielkokwiatowy, szałwię łąkową, kokorycz wonną, kłobuczkę polną oraz koniczynę dwukłosową. Jednocześnie między drzewami, w dolinie poniżej oraz na zboczach sąsiedniego grzbietu pojawiły się dachy ludzkich siedzib. Jeszcze jedno strome zejście, chronione przed erozją systemem drewniano-ziemnych schodów, doprowadziło nas do placyku na końcu uliczki otoczonej przeciętnymi architektonicznie domami Mielnika.

200 metrów dalej, po lewej stronie widełkowatego rozdroża, zaraz za kilkoma wagonikami górniczymi, znajduje się kryta platforma widokowa na mielnicką kopalnię kredy. Głęboka na parę kondygnacji i długa na jakieś 300 m odkrywka razi oczy bielą swych ścian i stanowi niesamowity przerywnik w okolicy pokrytych zielenią i pociętych długimi dolinami łagodnych wzgórz. Po deszczach, na dnie wyrobiska widać kałuże, których woda dzięki kredowemu podłożu ma szmaragdowy kolor. Kreda w podłożu powoduje, że flora dopiero co pokonanych wzgórz – Wielkiego i Małego Usześcia jest tak bogata, a poludniowa ekspozycja pociąga za sobą obecność gatunków stepowych i kserotermicznych (sucho- i ciepłolubnych). 

Kraina w której położony jest Mielnik zwie się Podlaskim Przełomem Bugu. Krajobrazy nie są oczywiście tak dramatyczne, a rzeka tak kręta jak Dunajec w Pieninach, ale wzgórza Wysoczyzny Drohickiej, wymuszające bieg rzeki ku zachodowi, wznoszą się jednak do 90 metrów ponad poziom rzeki. Uszeście sięgające 203 m npm. nie jest wśród nich najwyższe, ale najciekawsze i widoczne od strony doliny z odległości wielu kilometrów. Wody opadowe spływając ku rzece po miękkim, kredowym podłożu, wyżłobiły w zboczach stosunkowo długie i głębokie doliny. Takie położenie i  rzeźba terenu zachęcały dawnych władców do założenia grodu i kontrolowania zarówno przeprawy przez rzekę, jak i transportu towarów doliną rzeczną. Stąd pierwsze wzmianki o Mielniku już z pierwszej połowy XIII w. oraz pojawiający się w nich książęta ruscy, litewscy i mazowieccy. Konsekwencją pobudowania grodu była jego kariera i status już w czasach pierwszej Rzeczypospolitej.

Mielnik mimo tak bogatej historii nie jest bogaty w zabytki. To jedno z tych miejsc gdzie, z braku materialnych dowodów, trzeba domyślać się dawnej świetności. Nie pomniejsza to jednak malowniczości miasteczka kształtowanej obecnie głównie przez rozmaitość krajobrazową. Położone na stokach domy, mimo że nie zawsze architektonicznie ciekawe, usytuowane są wyżej lub niżej od swych sąsiadów i cieszą oko właściciela dalekim widokiem. Często posadowione są na wysokich, zwłaszcza od strony opadających zboczy, podmurówkach. Niwelowanie terenu pod budowę domów skutkuje koniecznością umacniania uskoków przy pomocy, obficie tu występujących, kamieni i głazów narzutowych. Główna, biegnąca równolegle do Bugu, ulica przecina kolejne pasma wzgórz wijąc się przy tym zaciekle. Może nie podobać się podróżującym nią kierowcom, ale dodaje niewątpliwie malowniczości miejscowości. Mielnik ma w sobie wiele z Kazimierza Dolnego (położenie nad dużą rzeką, urozmaicenie terenu), jeno z bardziej lesistym otoczeniem i rzadszą zabudową.

Moja pierwsza wizyta w Mielniku przypadła na lata peerelowskiej restytucji po karnawale Solidarności z lat 1980-81. Miejscowa cerkiew prawosławna zachwyciła mnie mnogością cebulastych kopułek. Wejście do środka było niemożliwe, przeto rozejrzałem się po najbliższej okolicy. I tu, ku mojemu zaskoczeniu, znalazłem zwieńczony krzyżem kamień upamiętniający 300-lecia panowania dynastii Romanowych w Rosji. Wiernopoddańczy tekst w języku rosyjskim wyrażał m. in. życzenie, by miłościwie panujący cesarz Mikołaj II rządził jeszcze przez długie lata. Chichotem historii był fakt, że samodzierżawie carskie skończyło się już po niespełna 4 latach, a zdetronizowany cesarz zostały zamordowany przez bolszewików rok później. Kamień przetrwał kolejne 70 lat, ale następnych 40 już nie. Może nadal istnieje, przeniesiony tylko w mniej wyeksponowane miejsce. Przy cerkwi natomiast znajdziemy zestaw bardziej współczesnych upamiętnień m. in. stulecia autokefalii polskiej cerkwi prawosławnej. Mikołaj II nigdy na jurydyczne odłączenie cerkwi w Polsce od moskiewskiego patriarchatu by się nie zgodził więc sąsiedztwo z jego upamiętnieniem trudno sobie wyobrazić.

Murowana cerkiew parafialna wznosi się na jednej z mielnickich górek. Na tym samym grzbiecie lecz nieco niżej, rozciąga się cmentarz prawosławny, a na nim stoi starsza, bo XVIII-wieczna, drewniana kaplica cmentarna. Boczną furtką w cmentarnym murze można wyjść na wątłą ścieżkę wiodącą stromizną na, wyższą od cmentarnej, Górę Zamkową. Wśród porośniętych lilakiem zboczy opadających ku dolinie Bugu ukryty jest fragment średniowiecznego zamkowego muru. Resztki murów i rozsypane cegły na szczycie to ślady prawosławnej kaplicy Aleksandra Newskiego wystawionej po stłumieniu Powstania Styczniowego. Z Góry Zamkowej rozciąga się daleki widok na rzekę i jej drugi brzeg, który od Unii Lubelskiej pozostawał w Wielkim Księstwie Litewskim, a w czasie rozbiorów w Kongresówce, podczas gdy samo miasto leżało w Koronie, a w czasie zaborów w Rosji. Znacznie bliższy jest widok na kompleks położonych w dolinie boisk piłkarskich. Taka lokalizacja powoduje, że sprzedaż biletów na mecze nigdy nie będzie miała w Mielniku racji bytu.

Jak to w Polszcze z zamkami bywało, skończył on swe istnienie podczas potopu szwedzkiego, ale zniszczyli go nie najeźdźcy z północy, lecz siedmiogrodzcy Węgrzy walczący pod sztandarami sojusznika Szwedów – księcia Jerzego II Rakoczego. Na miejscu dolnego zamku pozostały tylko ruiny kościoła zamkowego. Budowla ta miała wyjątkowo bogatą historię. Odbudowany 60 lat po potopie, służył katolikom do czasów represji popowstaniowych, kiedy to został zamknięty i, w 1871 roku, przerobiony na cerkiew. Wypalone w 1915 roku, podczas przejścia frontu, mury oddano znowu katolikom. Ich mała parafia dopiero co wzniosła jednak swój kościół, a na odbudowę i utrzymanie drugiej świątyni nie miała środków. Dzieła zniszczenia dopełniła Armia Czerwona, która strzegła biegnącej w latach 1939-41 po Bugu granicy przyjaźni z III Rzeszą. Jak na tak wielkie zaangażowanie niszczycielskich sił z kościoła pozostało całkiem sporo. Po sąsiedzku postawiono przezroczystą tablicę, na której przedstawiono zarys dawnego kościoła do zsynchronizowania z jego widokiem współczesnym.

Wszystkie świątynie chrześcijańskie Mielnika wznoszą się na wzgórzach. Dwa niezabudowane wzgórza historycznie też pełniły rolę sakralną. Na górce św. Rocha stał katolicki kościółek, a na górce Woznesienskiej cerkiew, których wyznań łatwo się domyślić. Jedyna świątynia wzniesiona na terenie płaskim to nowa kaplica prawosławna we wschodniej części miasteczka, zwanej Przedmieściem. Tak, Mielnik jest wsią posiadająca własne przedmieście! Ufundowane jako byt konkurencyjny wobec miasta, wyróżnia się wyglądem, gdyż rozłożone jest ono u podnóża wysoczyzny, której zbocza odsuwają się w tym miejscu dalej od rzeki. Kaplica jest wyjątkowa, gdyż zdecydowano na pokrycie jej strzechą. Historycznie rzecz biorąc, uważano bowiem, iż Dom Boży powinien był odróżniać się wyglądem od zwykłej chłopskiej chałupy, m. in. przez pokryciem dachu gontem, blachą lub dachówką. Od chałupy, poza rozmiarami, nie wyróżnia się za to miejscowa synagoga. Zdewastowana przez Niemców podczas II wojny światowej pełniła później wiele funkcji, takich jak sklep spożywczy, galeria sztuki czy pensjonat. Obecnie zaś  stoi pusta w oczekiwaniu na lepsze czasy.

Wina gronowe produkowane w Polsce mają zazwyczaj płaski smak, innymi słowy, określiłbym je jako nudne w konsumpcji. Natomiast winnice stanowią niewątpliwe urozmaicenie krajobrazu, w której to opinii utwierdziliśmy się w Mielniku. Istniejąca w miasteczku od 15 lat winnica zajmuje dosyć szeroką w tym miejscu dolinkę obramowaną częściowo lasem, a częściowo zabudową mieszkalną. Różnica poziomów oraz pofalowane otoczenie dodaje jej uroku, którego pozbawione jest drugie z winnych pól gospodarstwa rozciągające się już na wierzchowinie wysoczyzny. 

Na północno-zachodnich obrzeżach miasteczka, na skraju zespołu przyrodniczo- krajobrazowego Głogi, rozciąga się Kraina Aniołów. Jej główną część stanowi iglasty labirynt, w którym umieszczono figury aniołów oraz sceny związane tematycznie z Biblią. Zwiedzający mają za zadanie pokonać gmatwaninę ścieżek i trafić na trawiastą agorę, pośrodku której stoi tablica z dziesięcioma przykazaniami. Choć cały kompleks jest manifestacją chrześcijańskich przekonań jego autora, to obecnie rozrasta się on w głąb sosnowo-dębowego lasu, gdzie powstać ma ogród azjatycki, siłą rzeczy odwołujący się do innych wartości kulturowych. Ta część odpowiadała mi najbardziej, gdyż projektant zachował tu naturalny las wzbogacając go o egzotyczne nasadzenia, w tym liczne rododendrony. Urozmaiconą rzeźbę terenu podkreślił zaś zwożąc i umieszczając w lesie liczne kamienie i głazy narzutowe z okolicznych pól. Mam wiele szacunku dla ludzi, którzy potrafią zrobić coś z niczego, zwłaszcza gdy dokonują tego, praktycznie pracą własnych rąk. Gawędząc z właścicielem nie mogłem jednak pozbyć się niepokoju czy jego idea przeżyje swego autora.

Gdy w latach osiemdziesiątych XX w. szlifowałem umiejętności jazdy konnej Studencki Klub Jeździecki UW posiadał letnią bazę w gajówce Tokary, położonej w mazowieckiej gminie Korczew, mniej więcej naprzeciwko nadbużańskiego Drohiczyna. Każdego roku zdarzało się uczestnikom letnich obozów jeździeckich docierać do Tokar w gminie Mielnik położonych na samej granicy z Białorusią (wtedy ZSRR). Ot, takie nieporozumienie z popularną nazwą miejscowości. My udaliśmy się tam rozmyślnie przyciągnięci, a to tragiczną historią miejscowości podzielonej granicą w 1945 roku, a to faktem posiadania dwóch ciekawych obiektów sakralnych. Oczywiście cerkwi prawosławnej i kościoła katolickiego. Przy czym ta ostatnia jest dosyć typową, pomalowaną na niebiesko, drewnianą świątynią postawioną dla upamiętnienia objawienia maryjnego, w uroczysku Koterka. Prawosławni mieszkańcy Tokar w 1945 stracili dostęp do swojej parafialnej świątyni i do rangi takowej wyawansowała cerkiew filialna malowniczo ulokowana na leśnej polanie, blisko 2 km od najbliższych zabudowań. Historycznie siedzibą parafii rzymskokatolickiej było położone bardziej na zachód Wilanowo. W ramach represji po Powstaniu Styczniowym parafię zlikwidowano, a drewniany kościół rozebrano wykorzystując pozyskany materiał do budowy cerkwi w sąsiednich Telatyczach. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości parafia odrodziła się już w Tokarach. W latach trzydziestych zbudowano kościół wg projektu nieżyjącego od prawie trzech dekad architekta Wdowiszowskiego z Krakowa. No i w efekcie pod białoruską granicą mamy obecnie, jedyny w województwie, kościół w stylu małopolskim (zakopiańskim). Położenie kościoła na zachodnim, a cerkwi na wschodnim krańcu wsi mogło, paradoksalnie, zdecydować o takim, a nie innym przebiegu granicy państwowej. Tokarska cerkiew przetrwała ZSRR, czego nie da się powiedzieć o większości zabudowań wsi, przeniesionych kilkaset metrów dalej na wschód. Ich przykład pokazuje, co mogło pozostać z Mielnika, gdyby okupacja sowiecka okazała się bardziej długotrwałą.

Siemiatycze początkowo traktowaliśmy wyłącznie jako miejsce robienia zakupów i centrum komunikacyjno-logistyczne powiatu. Wiedziałem wprawdzie, że dwór siemiatycki był za rządów księżnej Anny z Sapiehów Jabłonowskiej, u schyłku XVIII w., drugim po Białymstoku, centrum szerzenia idei oświeceniowych na Podlasiu. Siemiatycki kościół katolicki z metryką sięgającą lat trzydziestych XVII w. to jeden z najstarszych murowanych zabytków sakralnych województwa. Kościół poprzez dolinkę niewielkiego strumyka sąsiaduje z cerkwią prawosławną zwieńczoną jeszcze większą ilością kopułek niż jej mielnicki odpowiednik. Ze wzgórza cerkiewnego widać cmentarz wielowyznaniowy i położony nań skromny, drewniany kościółek św. Anny. Może 50 metrów dzieli go od nieużywanej do celów kultowych kaplicy ewangelickiej w kształcie rotundy mieszczącej obecnie galerię metalowych krzyży nagrobnych. Z drugiej strony obłego rynku wybiega ulica Pałacowa. Wbrew nazwie prowadzi ona do gmachu starostwa i prokuratury, przed którymi zachowały się 250 letnie figury dwóch sfinksów (a może jednak sfinksic?) flankujących niegdyś wjazd do pałacu księżnej Anny, który został zniszczony przez Rosjan po bitwie z powstańcami w lutym 1863 roku. Ciekawostką jest, że bliżej niż do świątyń chrześcijańskich było z pałacu do zachowanych budynków żydowskiej synagogi (dzisiaj biblioteka) i mykwy (dzisiaj szkoła branżowa). Co najważniejsze jednak, Pałacowa jest najbardziej harmonijnie zabudowaną ulicą miasta. Murowane i drewniane budynki utrzymane są w podobnej skali i nawet bloki z lat 60-tych XX w. zostały poddane tym samym urbanistycznym rygorom.

Siemiatycze dostarczają też ponadprzeciętnych atrakcji kulinarnych, tak obiadowych jak i kawowo-cukierniczych. Jedynie lokalizacja najciekawszych lokali jest nieco zaskakująca. Znajdują się one, bez wyjątku, na obrzeżach miasta a, w dwóch przypadkach, w dzielnicach przemysłowych. Za to są czynne przez cały tydzień i cały rok. Gdy więc, wybitnie ciekawa i nastrojowa, kawiarnia mielnicka otwiera swe podwoje tylko w weekendy i święta, od maja do września, lokale siemiatyckie przygarną nas bez względu na dzień i porę roku. Tylko, uwaga!, gastronomia w tej części Podlasia zamyka swoje podwoje wcześnie i po 19:00 zjedzenie posiłku możliwe jest w tylko nielicznych lokalizacjach. Sztandarowym daniem nadbużańskiego Podlasia są zaguby. Jest to rolada z ciasta pierogowego wypełniona ziemniaczanym farszem. W większości miejsc podawana jest po usmażeniu, jeno w drohiczyńskiej restauracji, która nota bene, zarejestrowała tę potrawę jako danie regionalne, serwują ją z wody. Nasza grupka podzieliła się w ocenie, która wersja jest smaczniejsza. Z kronikarskiego obowiązku donoszę jednak, że większość optowała za smażonymi zagubami. Mielnicka restauracja jest obiektem architektonicznie reliktowym, co widać zwłaszcza po stanie jej toalet, ale jakością serwowanych potraw nie odbiega od atrakcyjniej wyglądających lokali. Podziomek, ceniąca sobie nastrój i wystrój, odmówiła jednak konsumpcji w tym miejscu, mimo iż budynek restauracji stoi na miejscu po starej mielnickiej szkole, w której jako nauczyciele pracowali jej dziadkowie. Szkoła, zajęta przez sowieckich pograniczników, została potraktowana przez Niemców w 1941 roku jako obiekt militarny i zbombardowana, otwierając tym samym drogę do postawienia PRL-owskiego pawilonu gastronomicznego.

W Mielniku byłem dwa razy w ciągu miesiąca, najpierw z dziećmi i wnuczką, potem z Podziomkiem i siostrą. Starsza córka zakochała się po prostu w Mielniku i drogą ciągłych porównań ogłosiła w końcu rezultat: Mielnik-Drohiczyn 4:0. Po drugim wyjeździe zapytała mnie czy miasteczko przepadło równie do gustu starszemu pokoleniu. Odpowiedź brzmiała: “Wszystkim się podobało, ale inaczej”. Bo też zależy, co kto lubi! Mielnik jest nieporównywalny z sąsiadami, gdy chodzi o urozmaicenie krajobrazu, ale uboższy  w zabytki. Ma mniej ciekawą, nie wspominając, że tylko jedną!, restaurację, ale smaczniejszą kawę i wypieki w miejscowej kawiarni. Wspomniane miejscowości są jednak tak blisko siebie, że bez trudu można między nimi kursować wybierając atrakcje a’la carte. W moim przypadku skłaniałbym się ku wynikowi remisowemu, chyba że po otwarciu przywiezionej z wyjazdu butelki czerwonego wina, jego smak przechyli szalę na korzyść Mielnika.

PS. Niestety, wino z Mielnika nie okazalo się być szczegółnym atutem miasteczka.

Kategorie
Polska

Historia miłości czyli o tym jak Chełmno pokochało św. Walentego

Czasy po wprowadzeniu reformacji charakteryzowały się osobliwą dynamiką, a życie religijne trudną do zaakceptowania, z dzisiejszej perspektywy, ekspresją. Podczas gdy teologowie prowadzili uczone dysputy i konsylia, lud, tak protestancki jak i wyznania rzymskiego, koncentrował się na bardziej dosadnym okazywaniu swej wyższości wobec innych form religijności. W pomorskim Chełmnie, protestanccy żacy Gimnazjum Chełmińskiego, którzy zasiedlili opuszczony klasztor franciszkanów splądrowali krypty kościelne rozbijając trumny, a wyrzucone z nich szczątki ludzkie stały się “igrzyskiem pospolitym żaków zuchwałych”. Los ten spotkał również doczesne szczątki Jana z Łobdowa (Łobdowczyka), mistyka i lektora tutejszego klasztoru, który wedle XV wiecznego wykazu świątobliwych franciszkanów “w Prusach (…) jaśniał licznymi cudami po śmierci”.

Ale oto, po każdym takim incydencie jego kości wracały do grobowca. Katolicy widzieli w tym cud i potwierdzenie świętości cnego franciszkanina, natomiast podejrzliwi protestanci zorganizowali zasadzkę i przyłapali niejakiego Gorczyca z Lubawy, który nie tylko zbierał i z czcią czyścił porozrzucane kości, ale też uzupełniał ich braki, innymi, przynoszonymi z przykościelnego cmentarza. Zdarzenie to dało asumpt do kwestionowania autentyczności relikwii. Ani jednak uzupełnianie relikwii o cudze kości, ani też fakt, że formalnie Jan z Łobdowa był i nadal jest tylko kandydatem do “chwały ołtarzy” nie zmniejszyły jego kultu. Przygasał on i wybuchał, relikwie lądowały w coraz cenniejszych trumnach, w coraz to innych miejscach (obecnie znajdują się w kaplicy szyperskiej katedry toruńskiej), ale do dzisiaj wspomina się Łobdowczyka podczas nabożeństwa 9 października, w domniemanym dniu jego śmierci, a za patrona uważają go flisacy (uwaga, górale pienińscy: czy ktoś o tym u was słyszał?) oraz żeglarze, w każdym razie ci z Klubu Turystów Wodnych w Chełmnie.

O tym, że kult świętych nie rządzi się racjonalnym zasadami, przypomniałem sobie w chełmińskiej farze przed ołtarzem św. Walentego. W srebrnej puszce ufundowanej w roku 1630 przez Jadwigę Działyńską, starościnę bratiańską, ukryte są relikwie tego świętego. Za przyczyną świętego tak starościna jak i jej córka “doznały pomocy” w chorobie. Św. Walenty przez wieki uważany był za opiekuna w zdrowotnych niedomaganiach, zwłaszcza w przypadku epilepsji. Gdy w związku z postępem naukowym wzrosło zaufanie do medycyny, przypisano mu rolę patrona miłości, czyli zjawiska trudniejszego w opisie przy pomocy wzorów i formuł. Nadawał się do tego gdyż, w zależności od wersji życiorysu, a to udzielał ślubów żołnierzom rzymskim, gdy cesarz Klaudiusz II Gocki domagał się od nich pozostawania w stanie bezżennym, a to udzielił ślubu poganinowi i chrześcijance, a to w przeddzień ścięcia mieczem wysłał list (protowalentynkę) do córki strażnika więziennego podpisując go “Twój Walenty”. Jako, że relikwie Walentego posiada jeszcze z tuzin polskich kościołów, a we Włoszech, gdzie żył i umarł, liczby te są wielokrotnie większe, zachodzi podejrzenie, że można by z nich złożyć kilku bogobojnych mężów.

Jednakże, z kilkunastu polskich miast, w których przechowywane są relikwie św. Walentego tylko w Chełmnie postanowiono wykorzystać ten fakt do promocji miasta. Stąd, gdy otworzymy stronę internetową urzędu miasta pierwsze co rzuci się nam w oczy to hasło “Chełmno – miasto zakochanych” oraz logotyp w kształcie serca, obydwa chronione znakiem Ⓡ . W okolicach 14 lutego przygotowywany jest specjalny program walentynkowy, w ramach którego można za darmo zwiedzać miejskie zabytki, uczestniczyć w wystawach, prelekcjach, a nawet nabożeństwach dla zakochanych organizowanych w kościele ojców Pallotynów. Na rynku przez dwa dni odbywa się jarmark św. Walentego, a sklepy przyozdabiają się czerwonymi serduszkami i/lub elementami bielizny damskiej w tymże kolorze. Co jednak najważniejsze – naród ten scenariusz kupuje! Po zasiedleniu pokoju w staromiejskim pensjonacie wybraliśmy się z Podziomkiem na spacer po głównym staromiejskim deptaku – ulicy Grudziądzkiej. Było blisko godziny 20 w piątkowy wieczór, łapał lutowy mrozek, powietrze było ostre jak brzytwa. Ale ulica tętniła życiem, sklepy były otwarte, towarzystwo liczne i ożywione. Na rynku odbywał się jakiś koncert, do którego nagłośnienia użyto pewnie dużą część mocy konsumowanej przez miasto w przeciętny wieczór. Restauracje i kawiarnie puchły od klientów. Rezerwacji stolika, robionej na tydzień przed wyjazdem udało mi się dokonać w trzeciej z kolei, chyba największej w mieście, karczmie. Przy okazji dowiedziałem się, że na św. Walentego lokale wydłużają swoje normalne godziny pracy. A to wszystko w pomorskim, powiatowym miasteczku liczącym niespełna 20 tysięcy mieszkańców. Toż to prawdziwy cud za wstawiennictwem świętego!

Chełmno, w czasach przed rewolucją świętowalentyńską, miało się wszakże czym pochwalić. Założone przez Krzyżaków, jako przyszła stolica ich państwa, zaplanowane było z wielkim rozmachem. Nadane mu prawo chełmińskie służyło za wzór setkom później powstałych miast w naszym kraju. Stare miasto o rozmiarach 800 na 530 metrów przewyższa obszarem średniowieczne centra większości miast w Polsce. W granicach wytyczonych przez zachowane mury miejskie wznosi się sześć świątyń zbudowanych w stylu gotyckim. Tutaj prawdziwym jawi się slogan “Gotyk na dotyk”! Do tego rzadki na Pomorzu przykład renesansowego (acz, w przeciwieństwie do gdańskiego, potynkowanego na biało) ratusza i dziesiątki kamienic i kamieniczek rozmaitych w formie lecz wspartych na gotyckich fundamentach. Przy tym położenie na na wysokim wschodnim brzegu doliny Wisły zapewniające dalekie widoki na rzeką, położone na jej drugim brzegu Świecie i Bory Tucholskie na horyzoncie. Przy tylu turystycznych aktywach miasto, zasługujące na miano pomorskiego Kazimierza, nie było dawniej w Polsce specjalnie znane.

W odbudowanej wieży ciśnień dział jedna z kawiarni

Mnogość budowli sakralnych przy względnie małej liczbie mieszkańców skutkuje też, rzadką w Polsce, rozmaitością  formy ich użytkowania. To z kolei wpływa na ich atrakcyjność turystyczną. Parafia obejmująca całe stare miasto jest tylko jedna z kościołem farnym Wniebowzięcia NMP wznoszącym się w pd.-wsch. narożniku Rynku. Świeżo odnowione wnętrza atakują zwiedzających złoceniami rozbuchanego baroku. Ołtarz z relikwiami św. Walentego jest w tym otoczeniu skromnym elementem wyposażenia. W zamknięciu lewej nawy jest ołtarz z XVII wiecznym obrazem Matki Boskiej Bolesnej (Pieta Chełmińska). Uznana za opiekunkę miasta jest, w różnych formach, oddana i wyeksponowana w przestrzeni miejskiej np. jej rzeźba wita wkraczających do centrum przez Bramę Grudziądzką. Starsze, bo XIV wieczne, są polichromie, które ukazują, i to dwukrotnie, mojego patrona św. Krzysztofa. Ze względu na usytuowanie, bogactwo wyposażenia oraz fakt udostępniania w okresie letnim wieży widokowej, kościół ten jest najpopularniejszy i najbardziej znany wśród turystów. Ja sam, dotychczas, nie odwiedziłem innej chełmińskiej świątyni. 

Parafia ma dwie filie w dawnych kościołach franciszkanów i dominikanów. Ten pierwszy po kasacie zakonów katolickich w państwie pruskim został, po latach opuszczenia, przystosowany do roli kościoła szkolnego Gimnazjum Chełmińskiego. Dawne wyposażenie przeniesiono do innych świątyń, a nowe zaprojektowano w stylu neogotyckim w początkach XX w. Kościół dominikanów był w latach 1841-1945 używany przez chełmińskich ewangelików. Jego gotycka, szczytowa fasada służyła za wzór dla odbudowywanej po zniszczeniach II Wojny Światowej, katedry warszawskiej. To drugi, po prawie chełmińskim, prezent miasta dla obecnej stolicy. Obydwa kościoły służą celom kultowym tylko incydentalnie. Szpitalny kościół św. Ducha był pierwszym schronieniem dla chełmińskich relikwii św. Walentego. Teraz jest całkiem pusty i używany przez miejscowe bractwo rycerskie. W końcu, najmłodszy (bagatela, pochodzący z pierwszej połowy XIV w.) i najmniejszy kościółek św. Marcina, pełniący w przeszłości rolę, w zależności od relacji demograficznych, świątyni dla polsko- czy niemieckojęzycznej społeczności katolickiej miasta, obecnie jest tylko stylową ozdobą podwórka szkolnego mając za sąsiedztwo boisko sportowe i pawilon szkolnej biblioteki.

Oprócz kościoła farnego najcenniejsze wyposażenia zachowało się w klasztornym kościele sióstr szarytek. Szarytki, prowadzą w Chełmnie duży kompleks zakładów opiekuńczych. Duży w tym przypadku oznacza zajmujący powierzchnię ok. 1/6 starego miasta. Pierwotnie było to bowiem miejsce przewidziane na zamek, nie byle jaki, bo siedzibę Wielkiego Mistrza Zakonu NMP. Gdy plany się zmieniły, Krzyżacy udostępnili teren zakonowi cystersek, od których klasztor przejęły benedyktynki, a w końcu już w XIX w. szarytki. Kościół, przylegający do murów miejskich od ulicy oddzielony jest młodszą zabudową klasztorną. Jest architektonicznym klejnotem dla wtajemniczonych. Aby go zwiedzić trzeba udać się do klasztornej furty. To tradycyjne określenie oznacza wejście głównymi drzwiami i poproszenie o wskazówki siostry dyżurującej w pomieszczeniu, w świeckim świecie, zwanym portiernią. Zanim dostaniemy się do kościoła trzeba obejrzeć kilka pomieszczeń z historycznymi sprzętami i strojami liturgicznymi oraz klasztorną aptekę. Kościół ma wydłużony balkon chóru, skąd mszy słuchają zakonnice, więc cała reszta wyposażenia, w tym organy, upchnięta jest w prezbiterium i bocznych kaplicach. Poza wspaniałym barokowym ołtarzem znajdziemy tam przejmującą XIV wieczną figurę Chrystusa z ruchomymi ramionami umożliwiającymi zdjęcie z krzyża i umieszczanie jej w grobie przed Wielkanocą oraz doskonale zachowaną płytę grobową z końca XIII w. Swój dobry stan zawdzięcza faktowi, że przez wieki była używana jako blat stołu ołtarzowego. Wystrój malarski charakteryzuje użycie jaskrawych motywów kwiatowych oraz śmiałe zestawienia kolorów stwarzające, zwłaszcza w partiach wejściowych, wrażenie pewnej orientalności. Nie wszystkie części zespołu klasztorno-opiekuńczego są dostępne dla zwiedzających. Nam zdarzało się utknąć pod zamkniętymi drzwiami. Jednak bez paniki! Niespodziewanie pojawiała się wtedy postać w habicie, otwierała zamknięte wrota i udzielała rad co do dalszej drogi.

Charakterystyczne budynki nowszej części zespołu klasztorno-opiekuńczego sióstr szarytek

W roku 1386 papież Urban VI wydał przywilej, na mocy którego w Chełmnie powstać miał uniwersytet, na podobieństwo bolońskiego, z czterema wydziałami: teologicznymi, prawniczym, lekarskim i filozoficznym. Nadzór nad programem uczelni oraz jej warunkami finansowymi powierzono biskupom chełmińskim. Ci jednak chyba nie nazbyt palili się do angażowania w to przedsięwzięcie. Pomimo wydania kolejnego przywileju w roku 1434 przez cesarza Zygmunta Luksemburskiego uczelnia nadal nie powstała. Dopóki Zakon Najświętszej Marii Panny był katolicki krzyżacy nie palili się do posiadania na swych ziemiach wyższej uczelni. Po sekularyzacji i przyjęciu protestantyzmu książę Albrecht Hohenzollern (ten od Hołdu Pruskiego) zmienił zdanie, ale lokalizacja w Chełmnie nie mogła być brana pod uwagę, gdyż miasto należało już do Polski. U schyłku Rzeczypospolitej szkoła chełmińska uzyskała status kolonii akademickiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale granice porozbiorowe odcięły ją od macierzystej uczelni więc kolejna próba utworzenia uniwersytetu też się nie powiodła. Natomiast szkolnictwo na poziomie średnim miało się w Chełmnie zawsze dobrze, a miejscowe Królewskie (katolickie) Gimnazjum Klasyczne uzyskało w 1866 roku siedzibę na ul. Dominikańskiej, której nie powstydziłby się niejeden uniwersytet. Na pewno na uniwersyteckim poziomie stała biblioteka posiadająca w swoich zbiorach m. in. rękopisy dzieł Grzegorza Wielkiego, protestancką Biblię Radziwiłłowską z 1563 roku czy cenny zbiór pierścieni, gemm i kamei (miniaturowych kamiennych płaskorzeźb). Uległa ona jednak zniszczeniu i rozkradzeniu przez Niemców podczas II Wojny Światowej.

Budynek dawnego Gimnazjum obecnie mieści Zespół Szkół Ogólnokształcących nr 1, fot. Magdalenadreścik, lic. CC BY-SA 3.0 pl

Chełmno ze względu na położenie stwarza możliwość szybkiego dojazdu do innych turystycznych celów jakimi są Toruń i Grudziądz. Tym razem wybraliśmy to drugie miasto. Mamy tam ulubioną kawiarnię w uliczce pod parasolkami prowadzącej od Rynku ku ulicy Spichrzowej. Tym razem w ofercie zaskoczyła nas obecność piwa z miejscowego mini browaru. Szkoda tylko, że nie ma on praw do używania tradycyjnej dla miasta marki “Kuntersztyn”. Spacer po nadwiślańskich błoniach, w słoneczne, mroźne południe z widokiem na imponującą linię wielokondygnacyjnych spichrzy i górującymi nad nimi wieżami kościoła farnego, kolegium jezuickiego i odbudowanej wieży zamkowej, zwanej Klimkiem, utwierdził mnie w przekonaniu, że Grudziądz posiada najatrakcyjniejszy widokowo waterfront spośród wszystkich nadwiślańskich miast w Polsce. Odkryciami tego wyjazdu były dwa obiekty w stylu neogotyckim, obydwa związane z protestantami grudziądzkimi. Obecna świątynia parafialna wzniesiona w 1916 roku dla kościoła apostolsko-katolickiego (tu ciekawostka: wyrosłego z prezbiteriańskiego Kościoła Szkocji!) jest architektonicznie skromna, ale ze względu na usytuowania na bastionie murów miejskich jest efektownie wyeksponowana od strony południowej. Od strony północnej, schodkowy szczyt kościółka ładnie zamyka perspektywę ulicy Murowej. Obecna parafia jest liczbowo niewielka, ale przed II Wojną Światową, gdy ewangelików (głównie niemieckich) w mieście było ponad 3000, do celów kultowych służył im obecny rzymsko-katolicki kościół pw. Niepokalanego Serca NMP. Stracił on w wyniku działań wojennych wyniosły szczyt swej wieży, ale nadal prezentuje wszystkie cechy bogatego neogotyku. W środku natomiast świątynia jest zaskakująca surowa w wyglądzie. Dominującym elementem wyposażenia jest współczesny krucyfiks w prezbiterium. Na ścianie wschodniej umieszczono zachowane elementy neogotyckiego ołtarza. Ukłon w kierunku liturgicznych preferencji obecnych użytkowników stanowi udana figura Matki Boskiej we wnęce na zamknięciu lewej nawy oraz tematyka witraży w wielkich oknach naw. Prócz tego pustka pobielonych ścian. Czyżby to działał stary dobry “Genius loci”?

Moja wywodząca się z Pomorza rodzina ma w repertuarze bożonarodzeniowych kolęd także kilka pozycji niemieckich. Nawet w czasach obecnych, gdy liczba jej członków władających mową Goethego i Schillera mocno się skurczyła, śpiewamy czasem podczas rodzinnego kolędowania, do dziś popularny za naszą zachodnią granicą, świąteczny szlagier “Leise rieselt der Schnee”. W Grudziądzu skwer urządzony w dawnej miejskiej fosie w pobliżu kościoła protestanckiego nosi imię pastora Eduarda Ebela. Po sprawdzeniu hasła w Wikipedii okazało się, że był to autor tekstu tej kolędy, a jednocześnie proboszcz miejscowej parafii ewangelicko-unijnej. To odkrycie skierowało mnie ku refleksji nad polsko-niemiecką historią Pomorza. Według spisu ludności z 1910 roku w Chełmnie polski jako język ojczysty wykazało 6263, a niemiecki 5033 osób. Jak na swoją niewielką liczebność i ograniczone znaczenie administracyjne czy ekonomiczne, miasto może pochwalić się dużą liczbą znanych w historii osób. Ludwik Rydygier, późniejszy profesor i rektor Uniwersytetu we Lwowie, dokonał w Chełmnie pionierskich operacji resekcji żołądka. Rodzina Raszejów wydała trzech braci Maksymiliana, Franciszka i Leona, będących odpowiednio profesorami teologii i medycyny oraz, w przypadku Leona ostatnim przedwojennym prezydentem Torunia. Wszyscy trzej zginęli w czasie II Wojny Światowej. Spośród niemieckich mieszkańców Chełmna, znanego ówcześnie pod nazwą Kulm, na karty historii bez wątpienia przebił się generał Heinz Guderian, teoretyk i praktyk użycia wojsk pancernych w ramach blitzkriegu. Gdy kolumny pancerne generała siały popłoch na frontach II Wojny Światowej, inny słynny chełmianin – Kurt Schumacher – przebywał w obozach koncentracyjnych, w których w sumie spędził 9 lat, 9 miesięcy i 9 dni. Po wojnie odbudował socjaldemokrację niemiecką i bezskutecznie kandydował na stanowisko prezydenta RFN.

Oferta kulinarna Chełmna jako miasta turystycznego jest ponadprzeciętna. Wolny stolik trudno było jednak znaleźć i w powalentynkową sobotę. Z tego powodu znaleźliśmy się w najstarszej i najszacowniejszej restauracji, położonego na drugim brzegu Wisły, Świecia. Trafiliśmy tam na większe rodzinne przyjęcie, które postawiło przed obsługą, bez mała niemożliwe do wykonania, zadanie obsłużenia pozostałych gości. Atmosfera była więc napięta, lecz w menu odkryliśmy warte wzmianki, typowo pomorską zupę owocową z przetartych gruszek z kładzionymi kluseczkami oraz deserową bezę. Ta ostatnia zostawiła w pokonanym polu desery z innych lokali, w tym nawet tych o profilu kawiarnianym. Lokal odwiedzony w niedzielę pobił inne poziomem obsługi i stosunkiem jakości do ceny serwowanych steków. Natomiast walentynkowa karczma punktowała w dziedzinie całokształt (smak/wystrój/obsługa). No i w walentynkowym bonusie był nastrojowy spacer po wieczornym Chełmnie.

Chełmno, niewątpliwie, zasługuje na uznanie jako przykład mistrzowskiego wykorzystania dobra niematerialnego (kult św. Walentego) do promocji miasta. Niczym legendarny baron Münchhausen potrafiło wyciągnąć się za uszy z bagna prowincjonalnej, polskiej przeciętności. Na chełmińskim rynku znajdziemy jednak dowód, że ciągle można coś ulepszyć. Otóż na samym pn.-zach. narożniku placu razi oczy wielka wyrwa w zabudowie. Wznosił się tam niegdyś hotel Dwór Chełmiński mieszczący w czasach PRL także dom kultury i bibliotekę pedagogiczną. Budynek zgorzał w 1984 roku i do dzisiaj nie udało się go zastąpić nową kamienicą. Tymczasem w pobliżu, pod numerem 26, stoi obiekt z lat dwudziestych XX wieku, zbudowany już kilka lat po pożarze, który zniszczył stojącą w tym samym miejscu tzw. kamienicę z polską attyką. Nie mnie osądzać, czy jest to przykład skuteczności ówczesnego, jeszcze pruskiej proweniencji, systemu ubezpieczenia od ognia czy też większej niż w przypadku właściciela publicznego efektywności gospodarowania właściciela prywatnego. W każdym razie, nieumiejętność poradzenia sobie z tą luką w zabudowie w tak prestiżowym miejscu nie pozwala mi pisać o Chełmnie wyłącznie w trybie afektowano-laurkowym.

Kategorie
Polska

Między Sudetami, a Beskidami czyli blaski i cienie Raciborza

Staromiejska statua św. Jana Nepomucena w Raciborzu wykonana jest w wersji bogatej. Wyniesiona na szczyt zdobionego wolutami postumentu otoczona jest puttami wyłaniającymi się z obłych zawijasów, ni to chmur, ni fal Wełtawy. Chyba dla zrównoważenia kompozycji, bo nigdy nie słyszałem o takim atrybucie Nepomuka, u stóp świętego klęczy żebrak otrzymujący jałmużnę. Choć kompozycja rzeźbiarska musiała powstać w schyłkowym okresie panowania austriackiego nad Śląskiem (lata 20- do 40-tych XVIII w.), to w obecne miejsce trafiła z inicjatywy imiennika świętego, proboszcza pobliskiego kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, dopiero w roku 1818 i odtąd, przez 127 lat, stanowiła ozdobę Nowego Rynku. Nie ma wątpliwości, że fundatorzy nie poskąpili środków i najęli do prac utalentowanego rzeźbiarza. Prawdopodobnie był to sam Johann Melchior Oesterreich, tajemniczego pochodzenia (nie dajmy się zwieść nazwisku) artysta, autor kolumny maryjnej na raciborskim rynku, jak też mnogich Nepomuków rozsianych po Opolszczyźnie i Górnym Śląsku.  

Jeśliby kto szukał pozostałości zabudowań rynkowych, to stracił na to szansę w wyniku podpalenia zabudowań przez żołnierzy niezwyciężonej Armii Czerwonej wiosną 1945 roku oraz późniejszej decyzji, że substancja materialna odzyskanych piastowskich ziem nada się w sam raz do odbudowy, bardziej jednak Polakom bliskiej, stolicy państwa – Warszawy. W późniejszych latach centrum Raciborza, pozbawione 80% zabudowy, zapełniono historycyzującymi budynkami w stylu warszawskiego Mariensztatu, ale wydłużony prostokąt ograniczony ulicami Nową, Basztową, Piwną i kościołem farnym pominięto, prawdopodobnie zamierzając przeprowadzać tam masówki i pochody ludu pracującego miasta ku wsparciu polityki partii i rządu. Może o tym świadczyć wystawienie trwałej trybuny w pobliżu Baszty Więziennej. Z czasem moda na takie imprezy uległa wygaszeniu, rosła natomiast ilość samochodów w posiadaniu mieszkańców. I tu pusta przestrzeń, dla niepoznaki nazwana placem Długosza, okazała się jak znalazł, mieszcząc setki pojazdów mechanicznych raciborzan i gości miasta. I tak św. Jan Nepomucen został obstawiony samochodami, pełniąc rolę artystycznie wysublimowanego dziadka parkingowego.

Nie jest to jedyne miejsce w Raciborzu, gdzie boleśnie odczuwa się dysonans między małą architekturą, a jej otoczeniem. Wychodząc do miasta z dworca kolejowego, znajdziemy się na trójkątnym placyku, z którego szczytu wybiega w stroną centrum reprezentacyjna niegdyś ulica Kolejowa (Bahnhofstrasse), obecnie nosząca imię Mickiewicza. Można nią dotrzeć na raciborski rynek, a jej perspektywę zamyka wieża kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Włodarze miasta postanowili jednak wesprzeć lokalną przedsiębiorczość i, za ich zgodą, u początku miłej dla oka osi widokowej umiejscowiono plastikową budkę z kebabem. Podążając ulicą Mickiewicza w stronę centrum dotrzemy do pomnika Josepha von Eichendorffa, niemieckiego poety romantycznego, który urodził się i lata dzieciństwa spędził w Raciborzu i jego okolicach. Pomnik jest kopią wcześniejszego monumentu z 1909 roku. Pierwotnie za tło miał gmach starostwa powiatowego. Zarówno budynek, jak i pomnik, zostały starte z powierzchni ziemi “w wyniku” powrotu ziemi raciborskiej do Macierzy. Ponowne odsłonięcie pomnika nastąpiło w roku 1994, w pierwotnej lokalizacji. A po 14 latach zdecydowano, że najlepszym tłem dla niego będzie galeria handlowa. Tym sposobem poeta znany w Niemczech, jako “piewca lasów”, został zdegradowany do roli odźwiernego w świątyni komercji. Że nie jest to w Polsce wyjątek świadczy, opisany w jednym z wcześniejszych postów, przypadek pomnika Józefa Wybickiego w Kościerzynie.

Autorzy opisu raciborskiej kaplicy zamkowej pod wezwaniem św. Tomasza Kantuaryjskiego, w dziewiętnastowiecznym miesięczniku budowlanym Zeitschrift für Bauwesen stwierdzali, że Kaplica swoim szlachetnym i czystym stylem gotyckim bezspornie zafascynuje każdego miłośnika sztuki”. Dodam od siebie, że nawet osoby bez architektonicznego przygotowania podzielą tę opinię. Budowla jest krótka, lecz wysoka, a jej bryła i wnętrze zwracają uwagę swoją strzelistością. Kaplica nie ma obecnie wyposażenia, oprócz ławek, obrazu patrona i dwóch rzeźb. Nic nie przeszkadza więc w podziwianiu charakterystycznych dla gotyku elementów architektonicznych: sklepienia krzyżowo-żebrowego, zworników, półkolumienek wspierajacych ożebrowanie sklepienia, zdobień o motywach roślinnych, maswerków w ostrołukowych oknach, czy ciągu wnęk na ścianie północnej zwieńczonych wimpergami z krzyżem. Nie dziwota, że od połowy XIX w. porównywano ją z paryską Sainte Chapelle. Jako właścicielom zawilgoconej piwnicy, przeszkadzało nam tylko, że przy ostatniej renowacji nie rozwiązano i tego problemu. Para skraplająca się na szybie przykrywającej wziernik do podkaplicznej krypty, jest tego najlepszym dowodem.

Zamek już w XVI stuleciu stracił swój rezydencjonalno-obronny charakter. Pomału, acz konsekwentnie, coraz większą rolę odgrywała tu działalność piwowarska, czego zwieńczeniem, po pożarze w 1858 roku, była budowa browaru w miejscu północnego i zachodniego skrzydła dawnej warowni. Produkcja trwa tam do dziś i przez okna można dostrzec wielkie metalowe kadzie do warzenia złocistego trunku. Jednak proporcje działalności komercyjnej i kulturalnej właśnie ulegają zmianie. Powiat raciborski skończył dopiero co remont dawnej słodowni, z przeznaczeniem na muzeum przybliżające historię księstwa opolsko-raciborskiego. Eklektycznie skrojony program wystawienniczy tej instytucji rodzi jednak obawy, że będzie to multimedialne panoptikum o dosyć niejasnym przekazie. Co nie znaczy, że nie spodoba się odwiedzającym, zwłaszcza dziatwie szkolnej.

Strzelistość to najbardziej zauważalny przymiot kaplicy

Wspomniany wyżej kościół farny pw. Wniebowzięcia NMP sprawia wrażenie usytuowanego w pd.-wsch. narożniku rynku. Trudno uwierzyć, że w czasach niemieckich na niewielkim skwerku przed świątynią pomieściła się wielkomiejska kamienica. W tym przypadku jednak brak odbudowy pozwolił na wyeksponowanie gotyckiej bryły kościoła. Dla osoby przekraczającej po raz pierwszy główne wejście najbardziej zaskakującym jest to, że prowadzi ono do tzw. Kaplicy Polskiej, usytuowanej poprzecznie do nawy głównej i służącej jako miejsce codziennej adoracji Najświętszego Sakramentu. Chcąc więc dotrzeć do głównej części świątyni, trzeba przejść między pogrążonymi w modlitwie wiernymi, a obiektem ich kultu. Dla uniknięcia tej  niezręcznej sytuacji warto wiedzieć, że wchodząc wejściem od ul. Mickiewicza można, za plecami modlących się, skręcić do bocznej nawy głównego korpusu kościoła. A tam znajdziemy ciekawy, barokowy ołtarz, sklepienie gwiaździste, nagrobki i epitafia oraz malowidło podorganowe z 1966 roku ukazujące, obok deklaracji wierności kościołowi, historyczną panoramę miasta oraz jego patronów: papieża Marcelego, który w 1290 r. cudownym pojawieniem się przepłoszył Tatarów spod Raciborza i piastowską księżniczkę Eufemię (Ofkę), która wybrała życie dominikańskiej zakonnicy, zamiast świeckich splendorów. Nie zobaczymy już jednak wspaniałych, barokowych stalli z prezbiterium, o których wspominają wszystkie przewodniki, ponieważ zostały strawione przez czerwonoarmijną pożogę w roku 1945. 

Polichromia z patronami miasta

Wnętrze drugiego z rynkowych kościołów, podominikańskiego, pod wezwaniem św. Jakuba, uległo chyba jeszcze większym zniszczeniom. Nadal ma barokowe ołtarze boczne i ambonę, ale ołtarz główny, przedstawiający adorację Marii z dzieciątkiem przez anioły, jest całkiem nowy. To on jednak zrobił na mnie największe wrażenie swoją bezpretensjonalnością – umieszczenie figur na gołej ścianie wyeksponowało uroczo całą scenę. Trudno mu jednak przyjrzeć się z bliska, bo, poza porami nabożeństw, kościół pozostaje zamknięty. Ostatni ze staromiejskich kościołów, niegdyś dominikanek, pw. św. Ducha, nie pełni już od 1810 roku funkcji sakralnej, a w 1927 roku zamieniony został na muzeum. Wnętrze podzielono na trzy kondygnacje, dzięki czemu można z bliska podziwiać detale późnorenesansowych polichromii ściennych. Muzeum chlubi się posiadaniem oryginalnej, liczącej sobie ok. 2800 lat, mumii egipskiej wraz z sarkofagiem. Z Egiptu przywiózł ją baron Anzelm von Rothschild i podarował młodej narzeczonej. Ta – co za niespodzianka! – nie przyjęła makabrycznego prezentu, który ostatecznie trafił do muzeum. Mnie jednak najbardziej ujął renesansowy piec zrekonstruowany na podstawie pozostałości znalezionych na zamku, zwłaszcza, że wśród postaci oddanych na jego zielonkawych kaflach poczesne miejsce zajmuje mój patron – św. Krzysztof.

Racibórz “od zawsze” pełnił funkcję regionalnego centrum administracyjnego. Tak było za piastowskiego księstwa opolsko-raciborskiego i pod rządami Habsburgów. Z okresu książęcego pochodzą liczne kościoły. A było ich nawet więcej, bo tam gdzie dominikanie, musieli być i franciszkanie. Ich klasztor uległ kasacji, a kościół rozbiórce, w pierwszej połowie XIX w. Po przejęciu Śląska przez Prusy zniesiono stare struktury, ale w ich miejsce pojawiły się nowe. W roku 1817 miasto stało się siedzibą Wyższego Sądu Krajowego Prowincji Górnośląskiej (Oberlandesgericht). Tak prestiżowy urząd wymagał stosownej siedziby. Stąd dzisiejszy sąd rejonowy mieści się w gmachu wzniesionym w stylu berlińskiego klasycyzmu, projektu nadwornego architekta króla Prus – Karla Friedricha Schinkla, nie licząc imponującego neorenesansowego skrzydła dobudowanego 70 lat później. Zasilany francuskimi kontrybucjami budżet zjednoczonych Niemiec mógł po 1871 roku sfinansować budowę wielu gmachów publicznych, niezbędnych w nowoczesnym państwie. Co ciekawe, mimo skali powojennych zniszczeń, obiekty takie, jak szkoły, koszary, czy więzienie przetrwały i służą swym celom po dzień dzisiejszy. Po I Wojnie Światowej i powstaniach śląskich powiat raciborski utracił ok. 40% powierzchni, nie tylko na rzecz Polski, ale i Czechosłowacji. Racibórz stał się miastem przygranicznym i musiał przyjąć sporą grupę przybyszów, którzy nie godzili się na pozostanie w dotychczasowych miejscach zamieszkania kosztem przyjęcie obywatelstwa nowopowstałych państw.  

Mimo to, był to okres wzrostu znaczenia miasta. Na podobieństwo bowiem dzisiejszych województw: lubuskiego i kujawsko-pomorskiego, ówczesna prowincja górnośląska miała dwie stolice. Nominalnie było nią Opole, ale rezydował tam tylko odpowiednik polskiego wojewody. Władze samorządowe natomiast miały siedzibę w Raciborzu. Na ich potrzeby powstały lub zostały przystosowane, kolejne reprezentacyjne gmachy, np. dzisiejsze liceum ogólnokształcące im. Kasprowicza funkcjonuje w dawnym budynku administracji prowincji. Rzesze urzędników potrzebowały dachu nad głową. Dla zaspokojenia ich głodu mieszkaniowego powstawały, zachowane do dzisiaj, całkiem udane założenia mieszkalne. Aż do dojścia Hitlera do władzy, prowincją rządziła katolicka partia Centrum. Wiodące funkcje we władzach zajmowali Ślązacy, stąd ze zbitki ich nazwisk powstała prześmiewcza i całkiem nie germańska nazwa prowincji: Propiulka. Litery “ul” w nazwie zawdzięczała Karlowi Ulitzka, wieloletniemu proboszczowi kościoła św. Mikołaja w Raciborzu, pełniącemu funkcję przewodniczącego Wydziału Krajowego, czyli odpowiednika urzędu marszałkowskiego. Na swojej plebanii przyjmował możnych tego świata, tak niemieckich, np. prezydenta Hindenburga, jak i zagranicznych. Ze względu na wpływy i możliwości, zwano go królem Górnego Śląska. Co ciekawe, Ulitzka był dwukrotnie wygnany z Raciborza. W 1939 roku – przez niemieckich nazistów, a w 1945 roku – przez polskich komunistów. W obydwu przypadkach parafianie pisali w jego obronie listy podnosząc, a to że uratował Racibórz i zachodnią część Górnego Śląska dla Niemiec, a to, że bronił praw polskojęzycznej ludności miasta i regionu, przez co był prześladowany przez hitlerowców, włącznie z uwięzieniem w obozie koncentracyjnym w Dachau. Pod koniec życia Ulitzka marzył o niepodległym Górnym Śląsku, na podobieństwo Szwajcarii, wracając przy tym do zapomnianego politycznego projektu z czasów plebiscytu 1921 roku. Taki ciekawy raciborski życiorys, który nie mieści się w biało-czarnej, swojsko-obcej narracji.

Jeśli o mnie chodzi, wystarczającym powodem, by odwiedzić Racibórz jest to, że z jego wybranych punktów można podziwiać widoki, zarówno na Beskidy, jak i na Sudety. Oczywiście znajdują się one, nie w położonym w dolinie Odry centrum miasta, ale na wyniesionych obrzeżach. My, obydwa pasma mogliśmy dostrzec z platformy położonej w sąsiedztwie obserwatorium geofizycznego PAN, w zachodniej części miasta. Znajduje się ono w specjalnie zaprojektowanej, drewnianej, modernistycznej willi, która mieściła centrum sieci sejsmologicznej, stworzonej na potrzeby i z funduszy górnośląskich kopalni. Najciekawsze, że był to typowy dla swej epoki “one man show”. Profesor Carl Mainka, osiadłszy tu w 1926 roku z żoną w charakterze asystentki i z jednym pracownikiem technicznym, przy użyciu aparatury swojego pomysłu prowadził badania, których wyniki ukazywały się w wiodących światowych pismach branżowych. Badacz, odludek, poświęcający życie nauce, to model realizowany w owych czasach choćby przez Paula Robiena w jego stacji ornitologicznej na jeziorze Dąbie pod Szczecinem, czy Alfreda Lityńskiego w stacji hydrobiologicznej nad Wigrami. Wymieniona dwójka nie przeżyła wkroczenia i przyfrontowych rządów Armii Czerwonej w 1945 roku. Profesor Mainka miał więcej szczęścia – zmarł śmiercią naturalną w 1943 roku.

W bliższej perspektywie, widok z tego miejsca zdominowany jest przez wielopiętrowe budownictwo mieszkalne z czasów PRL-u. Warto jednak zatrzymać wzrok na dwóch obiektach: Tuż u podnóża wzgórza, w kierunku wschodnim, wznosi się jedyny w mieście kościół w stylu barokowym, kryjący sanktuarium Matki Boskiej Raciborskiej. Znajduje się tu, otoczona kultem, 400 letnia ikony w typie Matki Boskiej Częstochowskiej. Była ona trzykrotnie koronowana: w roku 1932, 1955 i 1987. Powodem powtarzania tych uroczystości była dwukrotna kradzież cennych precjozów. Za pierwszym razem, pod koniec wojny – przez samych-wiecie-ktosiów, za drugim – zupełnie nie wiemy przez kogo, ale niewątpliwie posiadacza polskiego obywatelstwa. Fotografie z pierwszej koronacji, z czasów schyłkowej Republiki Weimarskiej, noszą podpis: Matka Boža Kirche. Ot, taki przygraniczny volapük (poprzednik esperanto w roli języka międzynarodowego, wymyślony przez niemieckiego księdza rzymskokatolickiego Johanna Martina Schleyera).

Widok na Lysa Hora (1323 m npm.) – najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego

Ku północy natomiast, w odległości nieco ponad kilometra, widać żelbetowej konstrukcji wieżę ciśnień oddaną do użytku w 1936 roku. O ile jej powstanie było uzasadnione rzeczywistymi problemami miasta z zaopatrzeniem w wodę, o tyle forma, którą przybrała oraz sposób użytkowania, starały się sprostać potrzebom ideowym rządzącej już wówczas niepodzielnie NSDAP. Konstrukcja o wysokości 37 metrów była doskonale widoczna z polskiego brzegu Odry, dlatego na jej szczycie zainstalowano maszt flagowy, godło państwowe oraz pierwsze wiersze niemieckiego hymnu narodowego. W przyziemiu  natomiast ulokowano mauzoleum bojowników o nazistowkie Niemcy, a na kolejnych kondygnacjach, ośrodek szkoleniowy NSDAP. Całości nadano nazwę Wieży Nadgranicznej (Grenzlandturm). Obiekt, choć imponujący rozmachem, nie spełnił założonej roli, gdyż wytwarzał zbyt wysokie ciśnienie wody, jak na wytrzymałość mającej już swoje lata raciborskiej sieci wodociągowej. Może, gdyby o jego parametrach decydowali inżynierowie, a nie politycy, byłby bardziej przydatny dla miasta.

Wschodni brzeg doliny Odry, powyżej Raciborza, jest wysoki, często lesisty. Tu znajduje się Las Obory, a w nim Arboretum Bramy Morawskiej z ogrodem w formie labiryntu i mini zoo. Liczne ścieżki spacerowe wiją się wśród liściastych lasów pokrywających bogato urzeźbione zbocza. Podobne warunki terenowe, choć z uboższą infrastrukturą, można spotkać w położonym w górę doliny Lesie Widok. W Pogrzebieniu, na krawędzi doliny, wzniesiono wieżę widokową. Nie widać stamtąd Beskidów, ale ku zachodowi, za upstrzoną lustrami stawów rybnych doliną Odry, majaczą sudeckie szczyty. Ku wschodowi, za mozaiką lasów, pól i wiejskich zabudowań, wzrok przyciąga regularny stożek monstrualnych rozmiarów hałdy Szarlota w Rydułtowach. Kolejny punkt widokowy znajdziemy w Grabówce. Widać stąd głównie zespół stawów Wielikąt, za to w pobliżu platformy wznosi się mały kościółek o ciekawej historii. Pierwotnie stał on we wsi Ligota Tworkowska, wysiedlonej w związku z budową polderu przeciwpowodziowego. Został rozebrany i odtworzony przez jej mieszkańców na wysokiej skarpie doliny Odry. Co ciekawe, ocalili oni i przenieśli w pobliże kościoła także kilka kamiennych słupów granicznych, wyznaczających przedwojenną granicę Polski i Niemiec. Napotkana przy pielęgnacji roślin sympatyczna pani w średnim wieku zaprowadziła nas do świetlicy wiejskiej, wchodzącej w skład powstałego tu kompleksu budowli. Pokazała nam dużą salę wielofunkcyjną, izbę pamięci oraz kronikę miejscowego zespołu śpiewaczego Koła Gospodyń Wiejskich. I był to bardzo charakterystyczny element tego wyjazdu. W każdym z odwiedzanych miejsc, napotkane osoby chętnie wchodziły z nami w interakcje opowiadając, a to o problemach z niesfornym szczeniakiem, a to o doborze właściwego serka do doskonałego tiramisu, a to o działalności grup zainteresowań w wiejskiej świetlicy. W tej części Śląska ludzie ewidentnie żyją ze sobą, a nie obok siebie.

Kulinarnie Racibórz plasuje się ponad średnią krajową. Każdego z sześciu dni pobytu jadaliśmy gdzie indziej, a i tak nie odwiedziliśmy wielu lokali. Co ciekawe, przy szeroko reklamowanej i nie podlegającej wątpliwości śląskości miasta, kulinarny klasyk w postaci rolady z kluskami śląskimi i modrą kapustą znaleźliśmy tylko w dwóch restauracjach, z których jedna miała estetykę nowoczesnego prosektorium. Że Racibórz gastronomicznie aspiruje wyżej, niżby wskazywała jego wielkość świadczy to, że śniadanie można zamówić, nie tylko w hotelowych restauracjach, ale i w byłym studiu fotograficznym. Ta zresztą restauracja przebiła się nawet do ogólnokrajowych mediów lifestylowych. Kwiatokawiarnię odwiedziliśmy zaś dwa razy, nie z konieczności, lecz z wyboru. Nie dość, że zapach kawy mieszał się z wonią kwiatów, to jeszcze urodziwe mieszkanki urządzały tam sesje fotograficzne.

Parking Długosza stanowi skazę na estetycznej mapie miasta. Władze są chyba tego świadome, bo co rusz ogłaszają kolejne plany jego zagospodarowania. A to centrum integracji mieszkańców, a to szkoła z funkcją handlową (!?), a to mieszkaniówka. Przeciwko oddaniu placu na pastwę działalności deweloperskiej protestowała niedawno inicjatywa mieszkańców miasta. Opowiada się ona za transformacją parkingu w park. Brzmi dobrze, ale w centrum Raciborza wcale nie brakuje zieleni. Została ona wprowadzona podczas odbudowy miasta, w czasach gdy rozgęszczenie zabudowy i dosłonecznienie podwórek było aksjomatem środowiska architektonicznego. Mieszkaliśmy 100 metrów od rynku, ale znalezienie kawałka zieleni do spaceru z Harrym nie stanowiło problemu. Poza tym, jakie to polskie miasto ma, zamiast reprezentacyjnego centrum, park? Zaraz, zaraz! Jednak istnieje takie miasto, a zwie się Warszawa. Tu, na północ od Pałacu Kultury i Nauki, rozciąga się pas zieleni, zwany oficjalnie Parkiem Świętokrzyskim. Racibórz może być drugim przykładem takiego zagospodarowania przestrzeni miejskiej. Warszawą Śląska! Tylko, czy na pewno będzie zadowolony z takich porównań? I jak się w tym wszystkim odnajdzie św. Jan Nepomucen?