Tuż przed końcem roku szkolnego 1972/73, ostatniego spędzonego w białostockiej szkole podstawowej nr 4, wziąłem udział w szkolnej wycieczce do Wielkopolski. Odwiedziliśmy Kruszwicę z Mysią Wieżą, Gniezno oraz Poznań. Wtedy to po raz pierwszy byłem w gnieźnieńskiej katedrze. Wstyd powiedzieć, ale jej materialne wspaniałości nie utkwiły w mej pamięci 14- latka. Za to historia opowiedziane przez przewodniczkę już tak. Prawdopodobnie dlatego, że jej bohaterem był duch. I to duch patriota, który w zamienionej przez Niemców w czasie okupacji na salę koncertową świątyni, wypłoszył żądną kulturalnych wzruszeń teutońską publikę. Zdaje się, że przewodniczka sugerowała wręcz boską ingerencję Chrystusa, który zszedł z krzyża na łuku tęczowym świątyni. Mógł to być też jednak św. Wojciech pochowany przecież w katedrze, którego wspaniała, barokowa konfesja, kryjąca relikwiarz, zamyka nawę główną. Dostępne w internecie zestawienie gnieźnieńskich duchów wykazuje nadpopularność biskupa misyjnego Jordana i króla Bolesława Chrobrego, nie wspominając już o drobnicy w rodzaju tajemniczego mnicha (bywa, że w wersji bezgłowej – kłania się wpływ Harrego Pottera i Szkoły Magii w Hogwarcie) czy czarnego rycerza. W każdym razie nie odpowiadała mu narodowość słuchaczy, a może jednak repertuar koncertu.
Szkoda tylko trochę, że była to jednorazowa interwencja, a nie permanentna opieka. Przydałaby się bardzo w styczniu 1945 roku, gdy dwa dni po zajęciu miasta przez Armię Czerwoną ustawione na rynku czołgi “wyzwolicieli” rozpoczęły kilkugodzinny ostrzał, doskonale widocznej w perspektywie ulicy Tumskiej, katedry. Później tłumaczono, że na wieży ukrywał się niemiecki snajper, nikt jednak nie pamięta efektów jego działalności, za to rezultaty pracy tankistów w postaci spalonego dachu i zawalonego sklepienia świątyni straszyły do czasu odbudowy. W jej trakcie regotyzowano wnętrza noszące od końca XVIII wystrój klasycystyczny. Wtedy też zlikwidowano ołtarz główny, którego elementy można obecnie obejrzeć na wystawie w Muzeum Archidiecezjalnym. Otwartym pytaniem jest czy sowieccy czołgiści mogli wziąć katedralnego ducha za niemieckiego snajpera, natomiast nieświadomie przyczynili się do tego, że dzisiaj widzimy katedrę w tej, a nie innej szacie architektonicznej.
W Gnieźnie byłem kilkakrotnie w latach dziewięćdziesiątych XX w. Z tych czasów zapamiętałem stwierdzenie siostrzenicy Podziomka na widok gierkowskiego blokowiska na wjeździe – “Nareszcie prawdziwe miasto” oraz fakt, że nieistniejący już hotel, w którym się zatrzymałem, wyposażony był w modułową łazienkę ewidentnie przeznaczoną do urządzania wnętrz okrętowych. Jakieś 10 lat temu trafiłem też do miasta z grupą ukraińską, ale z tego co pamiętam odwiedziliśmy miejscowe wodociągi oraz zjedliśmy obiad, a na zwiedzanie nie znaleźliśmy czasu. Zmieniło się to dzięki wdrożonemu w ostatnich latach zwyczajowi świętowania Walentynek w kolejnych polskich miastach. Tak więc po zeszłorocznej wizycie w Chełmnie, tym razem świętowaliśmy w prymasowskiej siedzibie, a zarazem najstarszej diecezji rzymskokatolickiej w Polsce.
Oczywiście, w programie musiało znaleźć się Wzgórze Lecha. Pewnym zaskoczeniem dla mnie było, że katedra nie wznosi się wcale w jego najwyższym punkcie. To okupuje czworobok gmachu muzeum i archiwum Archidiecezji Gnieźnieńskiej. Jako, że tylko w części bramnej ma on dwie kondygnacje w żaden sposób nie dominuje w krajobrazie. Pewnikiem pozostaje, że po wizycie w kasie z biletami w ręku schodzi się w stronę katedry po schodkach w dół. Mijany po drodze kościółek św. Jerzego z art-decowską rzeźbą patrona nad wejściem powstał już w XII w., ale te czasy przypominają tylko niektóre z kamieni użytych do wymurowania jego ścian. Pod koniec XVIII w. podniesiono go z ruin i nadano styl barokowo-klasycystyczny. W cieniu katedry rozrzucone są też budynki kanonii, o różnorakiej, często wielce urozmaiconej architekturze. Całość tworzy malowniczy, zachęcający do powłóczenia się bez celu, kompleks swoistego duchownego miasteczka położonego niby w centrum, a jednak wyraźnie odbiegającego stylem od pobliskich budynków świeckiej części miasta.




Nie podejmuję się opisać bogatego wyposażenia wnętrz katedry. Informację takową zawierają rozliczne opracowania naukowe oraz, zwłaszcza dawniej wydane, przewodniki. Siłą rzeczy skupię się więc na wrażeniach. Wnętrze świątyni oddziaływuje na zwiedzającego poprzez kontrast między ascetycznym gotykiem nawy głównej, a rozbuchanym stylowo i informacyjnie barokiem zamykającej ją od strony wschodniej konfesji św. Wojciecha. Podobnie kontrastują nawy boczne z obiegającym cały kościół (w tym i jego prezbiterium) łańcuchem kaplic bocznych. Oddzielone od reszty kościoła ozdobnymi kratami kryją niesłychaną rozmaitość obrazów, rzeźb i kościelnego wyposażenia w stylistyce od renesansowej po klasycystyczną. Każda z kaplic zawiera bogactwo dzieł sztuki, którymi z łatwością możnaby obdzielić przeciętnej wielkości kościół pozagnieźnieński. Kaplice przez większą część roku pozostają zamknięte z wyjątkiem tych, w których ulokowane są konfesjonały oraz przechowywany jest sakrament Eucharystii. Z ciekawostek: w dniu św. Walentego otwierana jest kaplica kryjąca relikwie patrona miłości.
Katedra gnieźnieńska stanowi swoiste mauzoleum arcybiskupów i kanoników kolegiaty katedralnej. Pomniki nagrobne w większości wykonane zostały w piaskowcu bądź marmurze. Ich ilość powoduje jednak pewne zobojętnienie na prezentowane walory artystyczne. Właśnie dlatego, moją uwagę najbardziej przykuła spiżowa płyta nagrobna zmarłego w roku 1480 arcybiskupa Jakuba z Sienna. Ciekawa technika wykonania, oddająca tylko dwuwymiarowe kontury upamiętnianej osoby wraz z niezbędnymi jej rekwizytami, pozostawia wiele pola dla wyobraźni doszukującej się w nikłych zarysach, a to postaci Ewangelistów, to apostołów czy aniołów. Oczywiście, w dziedzinie metaloplastyki niezagrożoną pozycję mają Drzwi Gnieźnieńskie. Dostępne z osobnej kruchty, tylko z przewodnikiem, po wykupieniu biletu w kasach muzeum. Ciekawe, że wszystkie opracowania i przewodnicy mówiąc o odmiennej technice wykonania obu połaci drzwiowych zwracają uwagę na różnice w ich wysokości oraz barwie użytego stopu metali. Tymczasem, najbardziej rzucającym się w oczy dowodem jest różnica w położeniu lwich głów podtrzymujących obręcze służące jako uchwyty umożliwiające otworzenie wierzei. Dodatkowo, lewa główka jest filuternie przekrzywiona, podczas gdy prawa pozostaje w pozycji wertykalnej. Wyjątkowość tych drzwi jest tak wielka, że zupełnie przyćmiewa wspaniały, lecz 200 lat młodszy gotycki tympanon. Ukazuje on między innymi, postać Chrystusa na tronie z dwoma mieczami w ustach. Dosyć rzadkie na ziemiach polskich odzwierciedlenie ma teologiczne uzasadnienie w Apokalipsie wg św. Jana, która mówi o mieczu obosiecznym symbolizującym, że Chrystus osądza nie mieczem, lecz słowem stosując przy tym dwoiste zasady, zarówno sprawiedliwości jak i miłosierdzia.









Obecny, barokowy wygląd konfesji św. Wojciecha nie był takim od swego zarania. Relikwiarz w formie trumny jest jego częścią najstarszą, pochodzącą z roku 1662. Wykonany został w pracowni gdańskiej mistrza Petera von der Rennen, nota bene wyznawcy religii kalwińskiej. Ciekawostką jest, że w tym samym czasie otrzymał on też zlecenie na wykonanie relikwiarza drugiego patrona Polski – św. Stanisława dla katedry wawelskiej.
Dwadzieścia lat młodszy jest baldachim, ale już srebrne figury przedstawicieli czterech stanów podtrzymujące na ramionach relikwiarz wykonane zostały dopiero w końcu XIX w. Fotografia z 1915 roku przedstawia konfesję bez solidnego postumentu z czarnego marmuru wynoszącego obecnie część figuralną kompozycji wysoko ponad głowy wiernych. A ukryty za konfesją i widoczny najlepiej z ambitu (obejścia prezbiterium) nagrobek świętego to prawdziwy wędrowniczek. Pierwotnie stał on pod baldachimem kamiennym w miejscu obecnej konfesji. Uszkodzony podczas pożaru w 1613 roku, po rekonstrukcji znalazł się w kapitularzu – pomieszczeniu pod chórem katedry. Skąd zawędrował, w trakcie odbudowy po zniszczeniach czerwonoarmijnych, w obecne miejsce. Nawiasem mówiąc, niedostępne obecnie do zwiedzania, pomieszczenia kapitularza przed wojną było miejscem eksponowania zarówno wspaniałego XV-wiecznego tryptyku z Zieleńca jak i starszej o półwiecze rzeźbiarskiej sceny Opłakiwania z Gościeszyna. Obydwa dzieła stanowią obecnie eksponaty Muzeum Archidiecezjalnego.







Skarby, w tym relikwie, katedry od dawna przyciągały uwagę wszelkich rabusiów. Historia odnotowała łupieżcze najazdy Czechów (zabrano wtedy większość szczątków świętego Wojciecha), Krzyżaków i Szwedów. W czasie II Wojny Światowej Niemcy, mimo desakralizacji świątyni, nie interesowali się jej wyposażeniem. Wyjątkiem był, pochodzący z katolickiej Nadrenii, sierżant Wehrmachtu imieniem Urban Thelen, który za namową księży z Inowrocławia przewiózł tam pociągiem schowane w specjalnej skrzyneczce relikwie świętego. Przetrwały one bezpiecznie wojnę ukryte pod podłogą zakrystii miejscowego kościoła św. Mikołaja. W XX w. katedra była miejscem zuchwałych włamań. Pierwszego w 1923 roku, kiedy to z katedralnego skarbca zrabowano kilka wartościowych kielichów i monstrancji jak też relikwiarz głowy św. Wojciecha (oglądany obecnie w muzeum jest tylko kopią). Z kolei, w 1986 włamywacze ukradli z konfesji postać św. Wojciecha, pastorał biskupi, poduszkę, trzy aniołki, odłamali też skrzydła sześciu orłom. Zanim zostali złapani zdążyli przetopić łup. Obecnie widoczne figury zostały wiernie odtworzone z odzyskanego stopu.
W przedwojennym “Przewodniku po pamiątkach Gniezna” autorstwa księdza Tadeusza Trzcińskiego opisowi katedry poświęcono 79 stron, podczas gdy pozostałe dziewięć kościołów miasta pomieściło się na stronach 29. Czy naprawdę są one nie warte odwiedzenia? Nic bardziej mylnego! Przede wszystkim, historia większości z nich sięga średniowiecza i jest to widoczne w niektórych elementach ich architektury. Po wtóre, wieńczą one większość z siedmiu wzgórz, na których rozciąga się miasto. Ich wieże urozmaicają panoramę Gniezna. Co ważne, z dwoma wyjątkami, kościoły te były dostępne dla zwiedzających poza godzinami nabożeństw. Wyposażenie, rzeczywiście nie jest imponujące, ale w każdym z nich można znaleźć coś ciekawego: kipiącą detalami ambonę w formie łodzi w kościele farnym, relikwiarz bł. Jolendy (siostry św. Kingi, co to Polszcze sól przyniosła) u Franciszkanów, rzeźbę patrona z narzędziem męki na zewnętrznej ścianie kościoła św. Wawrzyńca czy wczesnogotyckie polichromie w prezbiterium u św. Jana. Tych ostatnich nie udało nam się jednak zobaczyć. Podobno Muzeum Archidiecezji organizuje w południe dni powszednich wycieczki z przewodnikiem, ale dowiedzieliśmy się o tym zbyt późno, by zmienić coś w naszym harmonogramie. Z ciekawostek poza trasą naszej wycieczki, w nowozbudowanym kościele bł. Radzyma Gaudentego chrzcielnica ma formę basenu w kształcie równoramiennego krzyża. Na życzenie organizuje się tam chrzty poprzez zanurzenie. W tej rzymskokatolickiej parafii praktykuje się więc (pytanie tylko jak często?) obrzęd jakby żywcem przeniesiony z kościoła baptystów.









Oprócz uszkodzenia katedry Gniezno nie doznało zniszczeń podczas II Wojny Światowej. W szeroko rozumianym centrum prócz kilku plomb z lat 60-tych XX w. dominuje zabudowa z XIX i pierwszej połowy XX w. Jedynymi budynkami wzniesionymi na tym obszarze w bieżącym stuleciu są dwa hotele (w jednym z nich się zatrzymaliśmy) oraz budynek prokuratury rejonowej. Mało kto z odwiedzających miasto zdaje sobie sprawę, że obecny wygląd rynku oraz charakterystyczny ciąg ulic Chrobrego i Tumskiej z ikonicznym wręcz widokiem na zamykający go od zachodu widok na katedrę zawdzięczamy pruskiemu zaborcy. Po katastrofalnym pożarze z 1819 roku przygotowano plan regulacji miasta i uruchomiono dogodny system kredytowy, co umożliwiło szybką odbudowę w zachowanym do dzisiaj zarysie ulic i działek. Dwupiętrowe domy z czasów odbudowy można rozpoznać po ozdobnych reliefach biegnących między oknami pierwszej i drugiej kondygnacji.



Z braku lepszych przykładów, za ikonę architektury współczesnej w Gnieźnie uchodzi kompleks budynków zwany „Pomnikiem” na zachodnim, wysokim brzegu jeziora Jelonek. To dziecko epoki gierkowskiej gigantomanii mieści obecnie liceum ogólnokształcące i Muzeum Pierwszych Piastów. Podczas jego budowy przekroczono wszelkie założenia budżetowe (dość powiedzieć, że w trzy lata po oddaniu do użytku koszt dokończenia budowy szacowano na 250 mln ówczesnych złotych, gdy 10 lat wcześniej całość prac wyceniano na 80 mln zł) i nie dotrzymywano kolejnych terminów realizacji. Ze względu na szukanie oszczędności, tak w zakresie prac jak i jakości materiałów, oddany do użytku gmach przez długie lata angażował użytkowników w niekończące się prace modernizacyjno-ratunkowe. Już w XX wieku teren planowanych, a niezrealizowanych, obiektów dodatkowych przejął Uniwersytet Adama Mickiewicza z Poznania budując tam kompleks budynków na potrzeby Instytutu Kultury Europejskiej.
Założenie Pomnika ma kształt nierównej, otwierającej się na położone poniżej jezioro, litery U. Na powstały w ten sposób dziedziniec można wejść schodami od strony jeziora. Góruje nad nim gargantuiczny w formie pomnik Mieszka I i Bolesława Chrobrego. Miłośnikom “Władcy pierścienia” nasunie on niechybnie skojarzenia z parą trolli. Nota bene! Jest to jeden z trzech (!) pomników Bolesława I w mieście. Drugi stoi przed katedrą, a trzeci siedzi (to nie pomyłka) przed budynkiem starego ratusza na ul. (a jakże!) Chrobrego. Dziedziniec, w założeniu, miał dostarczać najpiękniejszy widok na katedrę i miasto. Cóż, kiedy założenie takie wymagało uwzględnienia korekty koron drzew porastających zbocze. Ponieważ tego nie robiono, dzisiaj jako miejsce widokowe poleca się nabrzeże sztucznej wyspy u zachodnich brzegów jeziora Jelonek. Skrzydło szkolne zdobi mała dzwonniczka oraz zegar, które są, przyznaję, sympatycznymi elementami małej architektury. Na rozrzuconych po dziedzińcu betonowych blokach umieszczono dosyć przypadkowo wybrane ważne daty z historii Polski. W tym otoczeniu, być może, odbywają się obchody ważnych uroczystości szkolnych czy państwowych. Na codzień, zwłaszcza w realiach lutowego, mroźnego popołudnia, była to całkiem martwa i nie wykorzystana przestrzeń. Główne, wspólne dla szkoły i muzeum, wejście znajduje się po zachodniej stronie kompleksu. Aby tam dotrzeć z dziedzińca trzeba nadłożyć sporo drogi. Ostrzyliśmy sobie zęby na obejrzenie wystawy średniowiecznych kafli, podobno największej tego rodzaju kolekcji w Polsce. Tymczasem po dotarciu do wejścia zastaliśmy kartkę informującą, iż z powodu awarii muzeum nie będzie czynne przez cały weekend. Czyżby kolejny przykład niekończącej się czkawki po gierkowskim partactwie?







“ A wiecie Państwo gdzie się właściwie znajdujecie?” Młody, może dwudziestoparoletni chłopak oderwał się od ślizgania po zamarzniętej kałuży, by skierować w naszą stronę niespodziewane pytanie. Nie mógł się spodziewać, że trafi na gościa o zacięciu przewodnickim. Zdałem poprawnie ten test odpowiadając, że był to gródek Gnieźninek broniący podejścia pod książęcy gród na Górze Lecha (tam gdzie obecnie stoi budynek Muzeum Archidiecezjalnego). Wydawał się trochę rozczarowany, że odebrałem mu show, ale Bogiem a prawdą, tego typu wiedza jest częstsza wśród przyjezdnych niż lokalsów. Powinienem mu, chyba, pogratulować ponadprzeciętnej świadomości historycznej. Gródkowatości miejsca można było dopatrzeć się w fakcie, że wśród innych pagórków na terenie, największego w mieście, Parku Andersa wyróżniało się zagłębieniem zamiast wierzchołka. Niechybnie był to dziedzińczyk niegdysiejszej fortalicji. Po naszym przyjeździe do Gniezna sypnął śnieg i złapał lekki mróz. W sobotę było jeszcze pochmurnie, ale w niedzielę przejaśniło się i wyszło słońce. Spacer po parku w takich warunkach był czystą przyjemnością.
Prócz typowej dla wszystkich parków małej architektury (kaskady, mostki, altany) ciekawostką jest przecinający teren nasyp bocznicy kolejowej prowadzącej do dawnej rzeźni miejskiej, przerzucony jednoprzęsłowym wiaduktem nad ścieżką łączącą zachodnią i wschodnią część parku. Znajdziemy tam też pomnik Piasta z okresu gdy zajmował się rolnictwem oraz syna jego Siemomysła w wieku pacholęcym. Po całym mieście, zgodnie z aktualna modą, rozrzucone są figurki królików (rozumiem, że przez skojarzenia z rangą miasta królewskiego) w różnych strojach i rolach. Ten z parku jest hokeistą. Mimo bliskości lodowiska miejskiego, nie jest to jednak łyżwiarz, lecz sportowiec uganiający się z laską po trawie. Hokej na trawie, dyscyplina egzotyczna w centralnej Polsce, cieszy się popularnością w Wielkopolsce. W samym Gnieźnie uprawiają ją w dwóch klubach. Wizyta w parku w okresie poza wegetacyjnym przynosi jedną korzyść – widok na okoliczną zabudowę. Ku wschodowi widać ciekawe wille dzielnicy Konikowo. Natomiast od zachodu – niebanalnej architektury budynek przedszkola oraz olbrzymie gmaszysko pokoszarowe, urozmaicone licowaniem pasami różnego koloru cegły, obecnie mieszczące liceum ogólnokształcące. Ten pierwszy obiekt wzniesiono w latach 50-tych XX w. na opuszczonym cmentarzu ewangelickim. W bliźniaczym budynku, postawionym na najstarszym w mieście cmentarzu żydowskim, funkcjonuje obecnie żłobek. Jak widać mieszkańcom Gniezna klątwa dybuka nie była straszna lub chroniła ich przed nią niewiedza co do historii miejsca.








Całkiem niespodziewanie, wrażenie kulinarne dostarczone przez Gniezno były wysublimowanego charakteru. Niespodziewanie, bo porady i informacje wyszukane w Internecie nie obiecywały niczego nadzwyczajnego. Pokoje, w których się zatrzymaliśmy mieściły się nad miejscowym minibrowarem. W takich przybytkach zazwyczaj serwuje się bardziej lub mniej wyszukane zakąski pod płynną produkcję poszukiwaną, wbrew obrazom kreowanym w reklamach, głównie przez publikę męską. Tymczasem restauracja browarowa w Gnieźnie oferowała doprawdy wyszukane i smaczne danie, a że drinki mieszano tam nie tylko na bazie piwa, klientelę miała całkiem zrównoważoną płciowo. Stolik na obiad w Walentynki zarezerwowałem z dwutygodniowym wyprzedzeniem, dzięki czemu uniknęliśmy losu desperatów błąkających się w ten wieczór od lokalu do lokalu. Włoska sieciówka (kiedyś odbiliśmy się od drzwi lokalu o tej nazwie w Warszawie) rozlokowała się w budynku wspomnianej wcześniej rzeźni miejskiej. Na dostarczenie zamówienia czekało się o kwadrans dłużej niż, optymistycznie!, zapewniała nas obsługa, ale było warto! Kuchnia zapewniała doznania smakowe na poziomie Premium. Ostatniego dnia trafiliśmy do lokalu rekomendowanego przez przypadkowego Youtubera. W dość niepozornym budynku byłego przemysłowego młyna kryła się zaciszna sala w stylu karczmianym. Nad naszym stołem nadal unosił się balon w kształcie serca. Mnie przyciągnął tam jednak nie wystrój, a możliwość skosztowania, uczciwszy uszy wszystkich wegan i wegetarian, zupy na bazie gęsiej krwi, czyli wielkopolsko-pomorskiego specjału jakim jest czernina. Jeśli oderwiemy wyobraźnię od pochodzenia składników, a skupimy się na wrażeniach smakowych, jest to całkiem udane danie. Zwłaszcza jeśli kucharz tak sprawnie łączy jego słodkie i kwaśne komponenty, jak robił to szef w tej restauracji. Gniezno oferuje też wiele miłych, choć raczej niewielkiej powierzchni kawiarni. W niektórych z nich serwują też śniadania. Ale uwaga! Mimo mizernych rozmiarów i weekendu można dokonywać w nich rezerwacji stolików. W rezultacie przybywszy na śniadanie ok. 9:45 udało nam się dostać jeszcze dwa z ostatnich czterech wolnych krzeseł. Spóźnialskim oferowano już tylko miejsca na dziedzińcu w foliowym namiocie. Prawda, że przy włączonych promiennikach. Mimo to, chętnych nie brakowało!
Od czasu zasłyszanej przed ponad półwieczem historii o przerwanym przez siły nadprzyrodzone koncercie w katedrze nie zetknąłem się tą historią. Tymczasem wertując przed wyjazdem wydany przez Starostwo gnieźnieńskie przewodnik “13 pomysłów na Gniezno i okolice” na stronie 75 znalazłem dowód na odrodzenie tej starej, dobrej legendy. Tym razem zjawa przyodziana była w kapłański strój, co sugerowało św. Wojciecha lub zmarłych już w XX wieku prymasa Dalbora czy, wielce zasłużonego dla miasta i regionu, biskupa pomocniczego Laubitza. Cóż! Jak pisał mistrz Konstanty Ildefons “Cudu, cudu! Jak jarmużu bedłki, tak cudu pragnie lud!”
