Kategorie
Polska

Rzecz o Tykocinie, czyli jak się odnaleźć bez królów, hetmanów i Żydów

Wezwanie do stawienia się na posterunku Milicji Obywatelskiej nigdy nie precyzowało dokładnie o co chodzi. Ostatecznie za czasów PRL-u (i nie tylko wtedy) władzy nie chodziło o to by jej ufać, ale by się jej bać. Ponieważ jednak nie byłem działaczem podziemia solidarnościowego, w wyznaczonym terminie karnie stawiłam się pod wskazany adres. Mundurowy, do którego zostałem skierowany, otworzył z namaszczeniem biurko i wyciągnął kopertę z szarego papieru. W miarę jak ją otwierał wyraz twarzy zmienił mu się ze znudzonego na wyrażający obrzydzenie. I nie dziwota! Z wnętrza koperty bił charakterystyczny zapach siarkowodoru. W ten sposób odzyskałem swój utracony dowód osobisty i mogłem odgadnąć, gdzie w międzyczasie przebywał ten dokument. Czytelnicy z młodszych pokoleń mogą nie wiedzieć, że ówczesny dowód osobisty był z papieru i miał format książeczkowy. Wydobyty z kanalizacji był w stanie, w którym zwykłe wymycie nie wystarczało, by pozbyć się uciążliwego odoru. Na szczęście, zdążyłem już złożyć wniosek i uzyskać nowy dowód.

Opisane zdarzenie było pokłosiem wizyty w Tykocinie, odbytej przed 40 laty. Nie zapomnę nigdy wrażenia, jakie zrobiła na mnie bytność w miejscowej, zamienionej na muzeum synagodze, której wnętrza, prócz pieczołowicie odrestaurowanych malowideł ściennych, wypełniał odtworzony z magnetofonu śpiew żydowskiego kantora. W miasteczku bez Żydów ich wołania wciąż wypełniały opustoszały dom modlitw! Po przeżyciach duchowych ciało upomniało się o swe potrzeby. W owych czasach jedynym przybytkiem gastronomicznym w miasteczku była restauracja w domu wycieczkowym PTTK, mieszczącym się w Alumnacie –  siedemnastowiecznym przytułku dla weteranów wojennych. Czym się posililiśmy nie pomnę, ale myślami byłem pewnie ciągle w synagodze. W każdym razie, dopiero w pociągu do Warszawy zorientowałem się, że musiałem zostawić w restauracji swój oryginalny wojskowy mapnik, a w nim portfel z wszystkimi dokumentami. Oczywiście, po przyjeździe do domu, zatelefonowałem do alumnatu, ale obsługa nie znalazła zguby. Nie mogę wyjść z podziwu dla determinacji nieznanych mi osób, które wykryły i dostarczyły śmierdzące znalezisko na milicję. Czyżby, jak twierdzą gloryfikatorzy czasów minionych, “żyło się biednie, ale ludzie byli sobie życzliwsi”?

Książeczkowe dowody osobiste, domena publiczna

Drewniany, piętrowy dom stał frontem do ulicy. Za nim ciągnął się, łagodnie opadając ku Narwi, ogród. Rosło w nim sporo wysokopiennych drzew, w tym kilka dębów. Ponieważ zaparkowaliśmy nasze pojazdy w ich pobliżu, pobytowi towarzyszył odgłos żołędzi spadających na blaszane dachy. Rutynowo też zaczynaliśmy każdy dzień od usuwania z samochodów gęstej pierzynki rudawych, dębowych liści. Szerszy widok na rzekę uniemożliwiała duża, murowana stodoła. Wzniesiona z prefabrykowanych elementów i pokryta eternitem, stanowiła w tym otoczeniu raczej dysonans, ale za to na obydwu krańcach kalenicy jej dachu bociany zdecydowały się zbudować swoje gniazda. To od zachodniej strony było prawdziwie wiekowe i miało ponad metr wysokości. Miło byłoby zatrzymać się w domu na wiosnę i podpatrywać, jak ptaki krzątają przy wychowie swoich piskląt. Niestety, dziura ziejąca w dachu stodoły od strony rzeki ostrzegała, że bociany wkrótce będą musiały poszukać bardziej stabilnej podstawy pod nowe gniazda.

Od czasu mojej pierwszej wizyty w Tykocinie zdarzało nam się kilkukrotnie odwiedzić miasteczko. Nigdy jednak nie zdecydowaliśmy się w nim przenocować. Aż do jesieni tego roku. W XXI wieku Tykocin, odzyskawszy status miasta, rozwinął znacząco swoją ofertę noclegowo-gastronomiczną. Jako, że grupa była liczna, wybraliśmy cały podzielony na trzy apartamenty dom we wschodniej części miejscowości. W pierwszych wiekach miejskości Tykocina, jego lokalizacja na pograniczu litewsko-mazowieckim sprzyjała obecności mieszkańców pochodzenia ruskiego. Oni to w większości zamieszkiwali Nowe Miasto, czyli część Tykocina, gdzie się zatrzymaliśmy. Jak miasto, to musiało mieć też rynek, a przy nim kościół i cerkiew. Dzisiaj nie ma po nich śladu, podobnie jak nie używa się określenia Nowe Miasto. Po wcieleniu w 1569 roku ówczesnego województwa podlaskiego do Korony tereny te uległy stopniowej polonizacji. Doprowadziło to do sytuacji, gdy cerkiew podlegająca bazyliańskiemu monastyrowi w Supraślu była użytkowana jedynie przez przyjezdnych wyznania unickiego, a nie mieszkańców miasteczka. W tej sytuacji władze Królestwa Kongresowego przekazały ją parafii katolickiej, a proboszcz w obawie, że dar może być odebrany przez Rosjan, sprzedał drewniany obiekt w roku 1833 proboszczowi w odległych o 20 km Sokołach, gdzie ciągle można go obejrzeć na miejscowym cmentarzu. Jedyny ślad obecności cerkwi w Tykocinie zachował się w nazwie ulicy Zacerkiewnej. Pozostałe resztki przestrzennej autonomii dzielnicy zlikwidowała przebudowa miasta za czasów hetmana Jana Klemensa Branickiego. To prawdziwy paradoks, że działalność hetmana, któremu miasteczko zawdzięcza, w znacznym stopniu, swój wygląd i atrakcyjność, w przypadku Nowego Miasta zdegradowała je do roli rolniczego przedmieścia.

Budynki przy głównej ulicy –

Pomnik upamiętniający ustanowienie w Tykocinie Orderu Orła Białego

Kaplica Glogerów na cmentarzu katolickim usytuowanym na skraju Nowego Miasta

Z braku drzew nad nekropolią dominuje wieża kaplicy cmentarnej

11 Listopada – Nowego Miasta

Dworek administratora, obecnie Urząd Miasta

Cerkiew unicka z Tykocina, przeniesiona na cmentarz w Sokołach, fot. Thebleeding, lic. CC BY-SA 3.0

Prawosławny nagrobek na katolickim cmentarzu

Jednak coś za coś. Za czasów hetmana Branickiego Tykocin zyskał reprezentacyjny rynek z pomnikiem Stefana Czarnieckiego (prywatnie – dziadka hetmana) oraz z kościołem misjonarzy, który zamyka rynek od wschodu. Łukowe arkady wybiegające od głównego korpusu świątyni łączą go z dwiema wieżami wolnostojącymi w narożnikach rynku. Fasada stwarza wrażenie bardziej pałacowe, niż sakralne. Wnętrza poświadczają, że kościół cieszył się patronatem i wsparciem jednego z najbogatszych magnatów Rzeczpospolitej. Barok, zwłaszcza w wydaniu małomiasteczkowym, bywa dość szablonowy – tykociński kościół św. Trójcy wymyka się jednak tej zasadzie. Nam spodobały się zwłaszcza polichromie (te osiemnastowieczne i te z początków XX wieku) oraz prospekt organowy, czyli część frontowa obudowy instrumentu. Pewnego dysonansu poznawczego doznaliśmy w malutkiej kaplicy św. Mikołaja, która od strony wejścia do kościoła zamyka nawę południową. Ciekawy obraz umieszczony tamże, zamiast szczodrobliwego biskupa Miry w stroju oficjalnym, przedstawiał golasa przywiązanego do słupa, bez wątpienia w celach niecnych. Wypisz, wymaluj – św. Sebastian, choć jeszcze nie naszpikowany strzałami. Niestety, nie znaleźliśmy ślubnych konterfektów hetmana i jego trzeciej żony, młodszej o, bagatela!,41 lat, królewskiej siostry, Izabeli z Poniatowskich. Może nadal są w renowacji lub na wypożyczeniu.

Pomnik hetmana Czarnieckiego na rynku

Kościół św. Trójcy – fasada jeszcze przed odświeżeniem, fot. Krzysztof Popławski, domena publiczna

Wnętrze kościoła św. Trójcy

Jedna z wież kościelnych z Alumnatem na drugim planie

Organy kościelne

Obraz w kaplicy św. Trójcy

Przypuszczalnie to jednak nie kościół, a synagoga, jest największym magnesem ściągającym turystów do Tykocina. Jej czterospadowy, łamany dach, kryty czerwoną dachówką, góruje nad zachodnią częścią miasta, zwaną Kaczorowem. Zwieńczenie obiektu to też inwestycja z czasów hetmańskich. Pierwotny, płaski dach skryty był za renesansową attyką. Wielkość i zdobność wnętrza potwierdzają zamożność i rolę żydowskiej gminy w Tykocinie, podobno drugiej po krakowskiej, w całej Rzeczypospolitej.  Polichromie pokrywające ściany, to głównie teksty modlitw. Jako biologowi z wykształcenia, brakowało mi w nich dodatku ornamentów zoomorficznych. W krużgankach obiegających z dwóch stron salę główną, gdzie niegdyś modliły się kobiety, znajduje się wystawa wszelkich artefaktów związanych z kulturą i życiem religijnym Żydów tykocińskich. Na ten sam bilet, co do synagogi, wejdziemy też do sąsiedniego domu talmudycznego. Wystawy tam prezentowane mają już charakter bardziej regionalny i wielotematyczny. Jedna z sal jest zamieniona na sklepik muzealny, mający w ofercie nieporównanie bogatszą, niż w synagodze, paletę książek o regionie i kulturze żydowskiej, różnorakie pamiątki, ale i kolekcję miodów podlaskich. 

Kaczorowo ma zabudowę murowaną. Nie wynika to jednak z różnicy w majętności ludności żydowskiej i ich polskich, bądź ruskich sąsiadów. W krótkim okresie po trzecim rozbiorze Polski, kiedy większość obecnego Podlasia należała do Prus, dzielnicę dotknął katastrofalny pożar. Król pruski wielkodusznie dołożył się do odbudowy stawiając jednak rozsądny warunek, by domy były murowane, czyli już mniej łatwopalne. O znaczeniu gminy żydowskiej w Tykocinie świadczy to,  jak wielu wydała myślicieli, rabinów i znawców Talmudu. Wśród nich warta wspomnienia jest kobieta, córka tykocińskiego rabina – Rebeka Tiktiner, która, prawdopodobnie, była pierwszą autorką pisząca i publikującą w języku Jidish. W roku 1609, w Pradze wydano jej książkę zatytułowaną Mejnekes Riwke, traktującą o edukacji religijnej i świeckiej dzieci żydowskich oraz roli społecznej kobiet. Wyjątkowość autorki dostrzegł i rozsławił po 100 latach Johann Conrad Luft, tytułując swoją, wydaną w Niemczech, rozprawę o niej „De Rebecca Polona eruditarum in gente Judaica Foeminarum rariori exemplo„. 

Synagoga tykocińska

Koncert w synagodze

Samotna macewa na cmentarzu żydowskim

Bima i Aron Hakodesz

Tabliczka na murze cmentarza żydowskiego

Trójcę najbardziej imponujących atrakcji Tykocina zamyka zamek. Znajduje się on na przeciwnym, niż miasteczko, północnym brzegu Narwi. Do czasów regulacji biegu Narwi miejsce było obronne – otoczone ramionami rzeki. To przypuszczalnie najmłodszy zamek Rzeczpospolitej – dosyć swobodna, z racji braku materiałów ikonograficznych, rekonstrukcja dawnej królewskiej warowni. Powstał w pierwszej dekadzie XXI wieku. Jego zwiedzanie, to gra na wyobraźni. Użycie innego koloru kamienia w posadzce jednej z komnat przyziemia ma upamiętniać fakt, że trumna z zabalsamowanymi zwłokami Zygmunta Augusta czekała w zamku ponad rok na przetransportowanie w celu pochowania do Krakowa. Zresztą pole do prowadzenia swobodnych gawęd przewodnickich jest w zamku ogromne. Za punkt wyjścia można wziąć, a to umieszczenie tu królewskiego arsenału, a to skarbca, czy ogromnej, jak na realia XVI wieku, biblioteki. Ostatnio na popularności zyskuje historia, jakoby arrasy, zanim trafiły na Wawel, zdobiły i ocieplały ściany zamku tykocińskiego. Do tworzenia legend zamkowych przyczynił się też mistrz Sienkiewicz, połączywszy w jedno historię śmierci hetmana wielkiego litewskiego Janusza Radziwiłła, z wysadzeniem części murów zamkowych przez Szwedów broniących ich przed wojskami wiernymi Janowi Kazimierzowi. W rzeczywistości, oba wydarzenia dzieliło prawie 13 miesięcy, a łączył jedynie fakt, że oba miały miejsce zimową porą. To zresztą nie Szwedzi doprowadzili do ruiny zamku, ani nawet nie zwolennicy Stanisława Leszczyńskiego, którzy w trakcie trwania II Wojny Północnej podpalili zamek, to wielce zasłużony dla Tykocina hetman Jan Klemens Branicki, który zezwolił na jego rozbiórkę i wykorzystanie cegły do realizacji programu inwestycji w mieście. Coś musiało zniknąć, by powstać mogło coś innego!

Zamek tykociński widziany z nad Narwi

Studnia na dziedzińcu

Dziedziniec zamkowy

Mając więcej czasu na pobyt w miasteczku, mogliśmy tym razem docenić jego mniej oczywiste walory. Obejrzeliśmy w środku skromny kościół pobernardyński. Ciekawsza, niż jego wnętrza, jest historia wspólnoty zakonnej, dla której była to czwarta lokalizacja w mieście. Najdłużej klasztor funkcjonował na kępie zamkowej, z przerwą na osiedlenie się przy nowomiejskim rynku. Gdyby nie śmierć patrona i związane z nim ograniczenia w finansowaniu budowy, miasteczko pewnie doczekałoby się drugiej świątyni katolickiej, konkurującej pod względem wystawności z kościołem Św. Trójcy. Za klasztornymi zabudowaniami rozciąga się ascetycznie zaplanowany, acz rozległy, ogród. Jako, że kompleks ulokowany jest na skraju miasteczka, rozpościera się z niego daleki widok na dźwigające się stopniowe, pokryte w górnych częściach lasem, zbocza doliny. Ogrodu pilnuje pomysłowy strach, a raczej stracha na wróble. Kobieca figura uczepiona rowerowej kierownicy, w okularach i peruce, dzięki osadzeniu w ziemi za pomocą pokaźnej sprężyny, podskakuje i wiruje ponad trawnikiem. W mglisty, listopadowy poranek wyglądało to niepokojąco, ale wyobrażam sobie, jakie wstrząsające wrażenie musi robić w nocy!

Tykocin nie posiada znaczących kamienic mieszczańskich. Jednak zachowany na rynku kompleks małomiasteczkowych dworków z ganeczkami robi duże wrażenie. Ostrzyliśmy sobie zęby na zwiedzanie wnętrza jednego z nich, będącego siedzibą Centrum Badań nad Historią i Kulturą Małych Miast. We wnętrzach zachowujących tradycyjne wyposażenie organizowane są rozmaite wystawy i wydarzenia, ale jednocześnie dom nadal pełni funkcje mieszkalne. To prywatne muzeum, bez biletów i określonych godzin wstępu. I tu leży pies pogrzebany! Telefonicznie uzyskałem zapewnienie, że zostaniemy wpuszczeni, ale drzwi otworzyła nam zupełnie inna osoba, która w świątecznym planie dnia nie miała oprowadzania obcych ludzi po swoich włościach. Cóż, trzeba było zadowolić się spacerami po świeżo powstałych nadrzecznych bulwarach, czy uroczej, krytej kocimi łbami uliczce Poświętnej, przeciskając się między kościelnym murem, a budynkiem alumnatu. Odkryciem tego wyjazdu był dla mnie położony przy uliczce odchodzącej od rynku budynek kina “Hetman”, będący przykładem białostockiej szkoły muratorskiej. Ten styl budownictwa, charakteryzujący się użyciem cegieł żółtego i czerwonego koloru, pozwala tworzyć na fasadach pomysłowe, a malownicze ornamenty. 

Kościół w zespole pobernardyńskim

Niepokojąca stracha na wróble w ogrodzie przyklasztornym

Wnętrze kościoła

Daleki widok z ogrodu klasztornego

W dziedzinie kulinarnej Tykocin ma, jako się rzekło, wiele do zaoferowania. Ze względu na swoją historię oferuje egzotyczny konglomerat kuchni magnacko-żydowsko-międzynarodowej. Można tu znaleźć restauracje specjalizujące się w tej, czy innej z powyższych opcji, ale już restauracja zamkowa zdołała upchnąć w jednym menu wszystkie alternatywy. Co więcej, potrawy podobne w składzie i smaku, są serwowane, np. jako czulent, bądź kociołek Radziwiłła. Na zamku można kupić na wynos, ale też zamówić jako podstawę różnego rodzaju kanapek, białysy. Te wypieki, będące ubogimi krewnymi lubelskich cebularzy, były specjalnością żydowskich piekarzy w Białymstoku i okolicach. Przeniesione wraz z emigrantami żydowskimi do USA, zrobiły tam wielką karierę, zwłaszcza w Nowym Jorku. Receptura została odtworzona przez właściciela tykocińskiego zamku, a same bułki wpisane na listę produktów regionalnych. Odznaką turystycznej popularności miasteczka jest też obecność całkiem godnej kawiarni, przy głównej ulicy łączącej rynek “polski” i “żydowski”. Kawę serwują tu wręcz wybitną, a marcinek tykociński – smaczniejszy od hajnowskiego oryginału. Pierwszego dnia wybraliśmy się na Kolonię – wiejską część Tykocina, położoną 4 kilometry od centrum –  gdzie gospodarzą i produkują sery podpuszczkowe pp. Paszkowscy. Solidnie zaopatrzeni, pałaszowaliśmy je przez cały wyjazd, a nawet kilka dni po powrocie do domu. Wizyta w serowarni ma też w bonusie możliwość zawarcia znajomości z przyjazną psią czeredą.

Białysy z kultowej nowojorskiej piekarni Kossara, fot. EGiniger1, lic. CC BY-SA 4.0

Podlasie, a precyzyjnie mówiąc, województwo podlaskie, jest świadkiem kilku spektakularnych transformacji uśpionych niegdyś, prowincjonalnych miejscowości, w centra całkiem znacznego ruchu turystycznego. Przykładami są: Białowieża i Supraśl, jak również Tykocin i Drohiczyn. Odwiedzający Tykocin na pewno nie będą tu się nudzili, nawet w brzydką pogodę. Inna sprawa, że oferta skrojona jest pod turystów. Ludność miejscowa zdaje się z niej nie korzystać. W każdym z odwiedzanych lokali byliśmy, albo jedynymi gośćmi, albo z ledwością znajdowaliśmy wolne miejsce. To taki syndrom: przyjechał autokar, albo grupa koleżeńska w kilka samochodów, zajęli wszystko, odjechali po 45 minutach i zostawili za sobą pustkę. Wieczorem, podczas spacerów z psami, wsłuchując się w odgłos własnych kroków na pustej ulicy, zastanawiałem się, czy dla prawdziwego tykocinanina zmiana charakteru miasteczka, to szansa, czy zagrożenie. Oraz, czy zmiany i inwestycje przynoszone przez rozwój turystyki, nie zakwestionują w końcu przyczyny, dla której jeździmy na Podlasie. Bo przecież, upraszczając, szukamy miejsc, gdzie woda czysta, a trawa zielona, gdzie rano śpiewają ptaki, a wieczorami kumkają żaby. To oczywiście zmartwienia na wyrost, a widoczna rezerwa mieszkańców wobec obranej drogi rozwoju pozwoli może nadnarwiańskiej perle baroku uniknąć losu całkowicie zdominowanych przez turystykę – Zakopanego i Podhala.

Tradycyjnej konstrukcji budynek gospodarczy nad Narwią

Kategorie
Polska

Co, ja nie dam rady!? Czyli o krok od dorosłości

Po ponad dwóch godzinach pedałowania czułem już w nogach trudy tej wycieczki. Po zakończeniu zajęć lekcyjnych zdecydowałem się na przejażdżkę rowerową. Rower był odziedziczoną po siostrze damką bez żadnych udogodnień, zresztą w przerzutki w owych czasach wyposażone były tylko tzw. kolarzówki, ale podróżowało się nim zadziwiająco przyjemnie. Wkrótce dotarłem więc do północnych  granic Białegostoku i pomyślałem, że nigdy jeszcze nie przybyłem do Supraśla na rowerze. Pokonanie tych raptem kilkunastu kilometrów nie wyczerpało we mnie zapału do pożerania kolejnych. Z tabliczki na krańcu miejscowości wyczytałem, że do Sokołdy zostało jeszcze tylko 9 km. Może nie byłem orłem z matematyki, ale wykalkulowałem sobie szybko, że jeśli tam dotrę, to wycieczka w obie strony przekroczy dystans 50 kilometrów. Wydało mi się to celem godnym realizacji.

Odpocząwszy chwilę na moście z widokiem na łąki w dolinie Sokołdy zebrałem się do powrotu. Ten nie był już tak atrakcyjny, jak droga z miasta. Cel został osiągnięty, a wrócić przecież jakoś było trzeba! Mijane krajobrazy jeszcze chwilę wcześniej cieszące nowością, poczęły nużyć. Wzniesienie między Krasnem a Ogrodniczkami urosło do rozmiarów jakiejś górskiej premii. Jednak było to bardziej znużenie psychiczne, niż jakiś poważny fizyczny kryzys. Zegarek sugerował, że nie przemieszczałem się wcale wolniej, niż w przeciwną stronę. W końcu dotarłem na ulice Białegostoku. Myślami byłem już przy obiedzie. Zjeżdżając pod nowo oddany do użytku wiadukt kolejowy na ulicy Sienkiewicza znacząco rozpędziłem mój wehikuł. Przez chwilę dałem odpocząć nogom, po czym spróbowałem znowu docisnąć pedały. Te jednak zaczęły wirować z oszałamiającą prędkością. Prawa stopa odrzucona siłą odśrodkową poleciała wprzód i wbiła się między szprychy przedniego koła. Wyrzucony straszliwą siłą przeleciałem nad kierownicą i wylądowałem na asfalcie. Nadal wczepiony w moją stopę rower zdzielił mnie dodatkowo w tył głowy. Poderwawszy się z ziemi odkuśtykałem na wolnej nodze ku poboczu. Z rykiem klaksonu wyminęła mnie ciężarówka. 

Po oswobodzeniu stopy i uspokojeniu drżenia wszystkich mięśni zbadałem rower i okazało się, że wyszedł on z całego zdarzenia w lepszym stanie, niż jego kierowca. Wyprostowanie kilku szprych i skręconej kierownicy pozwoliło mi nawet na nim jechać. Jednak prawa strona mojego ciała od głowy przez ręką, aż po kolano, była obolała i krwawiąca. Musiałem przedstawiać sobą malowniczy widok, więc starałem się dotrzeć do domu bocznymi uliczkami. Choć obiad smakował jak nigdy, a rodzice, poza odeskortowaniem mnie do przychodni, gdzie otrzymałem zastrzyk przeciwtężcowy, nie zadawali zbędnych pytań, to jednak dręczyła mnie świadomość, jak wiele niezasłużonego szczęścia miałem w tej sytuacji. Niewiele wszak brakowało, bym stał się bohaterem rubryki „Znowu tragiczny wypadek na polskich drogach”. W dziedzinie cyklizmu starałem się odtąd mierzyć zamiary na siły i poznać dokładnie wszystkie narowy dwukołowej bestii przed wyruszeniem na nawet umiarkowanie ambitne trasy.

Spadłem nie z tego, lecz równie wiekowego dwukołowca.
Wiadukt pod którym wywinąłem kozła. Źródło Google Street View

Tej zimy wraz z nadejściem opadów śniegu i spadnięciem słupka rtęci w termometrach poniżej wskaźnika 0°C, media oprócz rutynowego alarmowania o problemach z utrzymaniem dróg, ochoczo podjęły temat zimowej turystyki górskiej oraz lekkomyślności osób wyprawiających się w takich warunkach w góry. Za źródło tych informacji służą sprawozdania z wypraw ratunkowych, umieszczane w mediach społecznościowych przez TOPR i GOPR. Nie wdając się w rozważania nad charakterem dziennikarstwa („Człowiek pogryzł psa” czyli news według Marka Twaina), wpływem masowości turystyki na ilość wypadków w górach, czy też złudną pewnością siebie, jaką daje posiadanie współczesnego osprzętu i gadżetów dostępnych każdemu posiadaczowi smartfona (kiedyś używało się zwrotu – zjadaczowi chleba), przywołuję z pamięci wiele sytuacji, w których sam znalazłem się realizując wszelakie turystyczno rekreacyjne pasje. Wyszedłem z nich bez większego uszczerbku. Przy czym największych zagrożeń doświadczyłem w trakcie wykonywania obowiązków służbowych. Jednak bogatszy w lata i doświadczenia rozumiem teraz, że byłem blisko sytuacji, które dzisiaj opisuje i komentuje się w apokaliptycznym tonie.

Od czasu, gdy przed 50 laty, podczas wędrówki po Karkonoszach, znalazłem drogowskaz z informacją „Schronisko Odrodzenie 45 min.” z dopiskiem „Chyba biegiem” stałem się świadomy, że w zależności od kondycji i warunków pogodowych pokonanie wybranej trasy zajmie różną ilość czasu. Zwłaszcza, że za młodu nagminnie łamałem jedno z przykazań turystycznego dekalogu, brzmiące „Nie wybieraj się samotnie w góry”, a w tej sytuacji w zimie nie można liczyć, że ktoś inny przetrze nam ślad w śniegu. Za studenckich czasów wybrałem się zimową porą na okrężną trasę z Sopotni Wielkiej w Beskidzie Żywieckim do schroniska na Hali Rysianka i później – przez szczyt Romanki (1366 npm.) z powrotem do Sopotni. W letnich warunkach pokonanie tej trasy powinno zająć jakieś 4,5-5 godzin. A wtedy zima była piękna, lutowy mróz dokuczał tylko w nocy, a w dzień, w promieniach słońca, było nawet parę stopni powyżej zera. Ostatnie śnieg spadł pewno przed tygodniem, więc nie spodziewałem się, by bardzo utrudniał mi marsz. I rzeczywiście, bez większych problemów dotarłem do schroniska i po krótkim odpoczynku kontynuowałem wycieczkę na szczyt Romanki. Wzniesienie to, całkiem pokaźne jak na Beskidy, wznosi się na północ od grzbietu granicznego, którym biegnie popularny szlak na Halę Miziową pod Pilskiem. Nawet obecnie, w opiniach dotyczących letnich wycieczek na Romankę przewijają się, jak mantra, słowa „spokój, cisza, odludzie”. Co dopiero wówczas, gdy narciarstwo skiturowe, czy chodzenie w rakietach śnieżnych, dopiero raczkowały w naszym kraju. Na szczycie byłem o 15:00. Zejście z Romanki do Sopotni powinno było zająć około 1,5 godziny. Jednak, na północnych stokach góry zalegała niepokalana, metrowa warstwa śniegu. Po godzinie przebijania się przez nią i pokonaniu mniej więcej ¼ trasy zrozumiałem, że jeśli będę trzymał się pierwotnego planu, noc złapie mnie w górach. Liczyłem wprawdzie, że im niżej, tym mniej będzie śniegu, ale z drugiej strony trudno było ocenić, na jak długo starczy mi jeszcze energii. Zdecydowałem więc, że spróbuję zejść bezdrożami ku dolinie potoku Sopotnia po stoku, gdzie leżało wyraźnie mniej śniegu. Była to dobra decyzja! Po pewnym czasie natrafiłem na stokową drogę leśną, z której wkrótce udało się zejść na dno doliny. W zapadającym zmroku dotarłem do swojej kwatery. Szczęśliwie, chodząc bezdrożami nie wpadłem do żadnego wykrotu i nie potknąłem o ukryte pod śniegiem pniaki!

Widok na Romankę spod Rachowca, fot. Arian Tync, licencja CC BY-SA 4.0

Najbardziej „honornym” szlakiem całych Beskidów jest Perć Akademików, wiodąca od Górnego Płaju – ścieżki łączącej schronisko na Markowych Szczawinach z przełęczą Krowiarki, przez strome północne zbocza Babiej Góry, aż na szczyt Diablaka. Obecnie służy on tylko do podejścia, a ze względu na zagrożenie lawinowe władze parku narodowego zamykają go na zimę.  Nie zawsze jednak tak bywało! W małej grupce znajomych, w kwietniowy weekend przed 40 laty postanowiliśmy wejść na Królową Beskidów właśnie tą trasą. Do górnej granicy lasu szło się jako tako. Wyżej weszliśmy w chmury, a ścieżka zniknęła pod pokładami zgromadzonego przez całą zimę śniegu. W teorii należało wspinać się trawersem ku wschodowi, by dotrzeć do Czarnego Dzioba – ośmiometrowej ścianki skalnej, którą pokonuje się z pomocą zamocowanych na stałe klamer i łańcucha. Lecz szukaj tu skalnego dzioba, gdy wokoło otacza cię niczym niezmącona biel. Szliśmy więc ku górze od jednego do drugiego widocznego spod śniegu głazu. Śnieg był ubity i dobrze związany z podłożem, ale dawało się w nim wybijać butami stopnie potrzebne do utrzymania równowagi. Szedłem na czele naszej grupki. W pewnym momencie osiągnęliśmy niewielkie wypłaszczenie. Odwróciłem się, by sprawdzić czy nikt nie odstaje. W tym momencie nagły powiew wiatru rozproszył chmury. Oczom moim ukazała się nasza grupka rozciągnięte na dnie żlebiku, który opadał w dół coraz stromiej. Jego dno znikało za niewielka bulą, a wzrok sięgał swobodnie aż ku reglom rozciągającym się dobre 200 metrów niżej. Nie pierwszy raz byłem na Babiej Górze, ale nie spodziewałem się w tym miejscu aż takiej ekspozycji. Na szczęście chmury za chwilę powróciły, więc żaden z członków wycieczki nie musiał rozpraszać się rozważaniami, co mogło kryć się za tą bulą.  Wkrótce dotarliśmy na główny grzbiet na zachód od szczytu Diablaka. Powrót przez przełęcz Brona, przy widoczności na około 30 metrów, był skomplikowany orientacyjnie, ale nie nazbyt stresujący stromiznami. Dzisiaj wiem, że podeszliśmy na grzbiet tzw. Piarżystym Żlebem. Rozumiem też decyzję parku o zamykaniu szlaku w miesiącach zimowych.

Babia Góra dostarczyła mi też doświadczenia o charakterze ekstremalno-niewytłumaczalnym. Po drugim roku studiów na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego zorganizowano nam wyjazdy terenowe, w trakcie których mieliśmy poznawać różne typy środowisk przyrodniczych. W połowie września 1980 roku trafiliśmy na Babią Górę, która – jak wiadomo –  ma modelowo rozwinięte piętra roślinności górskiej. Mieszkaliśmy w schronisku na Markowych Szczawinach i każdego dnia penetrowaliśmy kolejne skupiska roślin: regle dolny i górny, kosodrzewinę i w końcu piętro alpejskie. Rankiem w dniu, gdy mieliśmy udać się pod szczyt Diablaka, obudziły nas krople deszczu siekącego po oknach. Doświadczenie podpowiadało, że 500 metrów wyżej może być tylko gorzej. Mimo to, po śniadaniu, całą – tym razem liczną grupą – wyruszyliśmy na szlak. Śnieg zaczął padać, nim dotarliśmy na przełęcz Brona. Widoczność spadała z każdą chwilą. Zaproponowaliśmy odwrót, ale niewiele starsze od nas opiekunki naukowe upierały się, by kontynuować marsz. Nie wiem, jak wyobrażały sobie studiowanie alpejskiej roślinności pod śniegiem. Może metodą jakiejś odkrywki? Zmagając się z wiatrem parliśmy więc przed siebie. Byliśmy z kolegą Maciejem świeżo po lekturze “Sygnałów ze skalnych ścian” Żuławskiego. Z bezwzględnością  właściwą wiekowi młodzieńczemu zabawialiśmy więc towarzystwo szczegółowym opisem najbardziej dramatycznych akcji ratowniczych wczesnego TOPR-u. Nastroje jakby siadły, ale determinacja naszych organizatorek była nadal ogromna. Do momentu, kiedy z białej nicości przed nami wyłoniła się postać ludzka. Był to mężczyzna w pokrytej lodową skorupą kangurce, dźwigający na plecach staromodny, brezentowy plecak. Zbliżywszy się do nas, wychrypiał spod śniegowej brody: ”Nie idźcie dalej, tam jest piekło!” Po czym zniknął, tak nagle, jak się pojawił. Na takie dictum struchlały najodważniejsze serca i zarządzono pośpieszny odwrót. Po powrocie do schroniska rozglądaliśmy się uważnie w nadziei, że może tajemniczy nieznajomy się w nim zatrzymał i będzie można z nim porozmawiać. Jednak nasza zjawa nie chciała się zmaterializować, a personel zapewnił nas, że nikogo takiego w schronisku nie zauważono. Tak więc, murawki alpejskie zmuszeni byliśmy poznawać w sposób teoretyczny, a zawdzięczaliśmy to postaci jakby żywcem wyjętej z kart dopiero co przywoływanej książki.

Babia_Góra spod Sokolicy, fot. Slawojar, lic. GNU Free Documentation License, Version 1.2
Zamieć, zdjęcie poglądowe z Norwegii, fot. A szu, lic. CC BY-SA 4.0

Należę do pokolenia, które w dzieciństwie marzyło o przygodach ukazanych na kartach “Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren. Ostatnio złapałem się na myśli, że miałem możność, podobnie jak bohaterowie tej powieści, jeżdżenia na łyżwach po zamarzniętych stawach i jeziorach, a nie jak większość współczesnych dzieci, na lodowiskach sztucznych bądź na boiskach przyszkolnych, zalanych przy pierwszych mrozach warstewką wody. W latach 90-tych XX wieku często jeździliśmy zimą na Suwalszczyznę. Mieliśmy szczęście trafiać na okresy mrozu. W miejscach pobytu były wypożyczalnie sprzętu, więc wystarczyło przy pomocy szufli usunąć nadmiar śniegu z lodowej tafli i można było już ćwiczyć piruety. Ze względu na towarzystwo małych dzieci ślizgaliśmy się w bardzo bezpiecznych miejscach – w cichych zatoczkach przy brzegu. Nie groziło nam, niczym największemu urwisowi z Bullerbyn, wjechanie do przerębla. Inaczej już jednak było przy wyprawach wyruszających z wigierskiego klasztoru, w którym gościliśmy kilkukrotnie, do Starego Folwarku po drugiej stronie jeziora. Klasztor ulokowany jest na półwyspie. Każdy spacer wiązał się z pokonaniem dłuższego lub krótszego odcinka asfaltowej szosy. Tymczasem po drugiej stronie jeziora była nie tylko ciekawa miejscowość, ale też otwierały się możliwości dalszych pieszych wycieczek. Dzięki antarktycznej praktyce byłem świadom istnienia prądów na podobnych akwenach, konieczności nie zbliżania się do jakichkolwiek obiektów wtopionych w lód, czy też faktu, że spękania na lodzie częściej powstają pod wpływem nierównomiernej dynamiki zamarzania, niż w wyniku załamywania się skorupy pod ciężarem maszerującego człowieka. Wędrowaliśmy więc gęsiego, w bezpiecznych odstępach, zawsze niosąc ze sobą długaśną tyczkę ratowniczkę, wykorzystując ścieżki przedeptane przez miejscowych wędkarzy. Pamiętam jednak pewien niepokój gnębiący mnie, zwłaszcza po opadach śniegu, czy silniejszych wiatrach, że możemy wdepnąć w zamaskowaną śniegiem przerębel, wykonaną przez miłośników wędkarstwa podlodowego. Szczęśliwie udało się nam takich przygód uniknąć, a w innych miejscach lód był dla nas łaskawy.

Klasztor wigierski, fot. polimerek, lic. CC BY-SA 3.0
Na mapie widać klasztor i plażę PTTK pomiędzy którymi pokonywaliśmy Wigry po lodzie

Najniebezpieczniejszą zimową sytuację przeżyłem jednak nie w górach, ani na jeziorach, ale na skraju podlaskiej wsi Downary w Kotlinie Biebrzańskiej. Przyjechaliśmy tam z Podziomkiem w lutym 1988 roku, po wielkiej śnieżycy, która sparaliżowała komunikację autobusową w całym regionie. Zamiast więc PKS-em do Trzciannego, pojechaliśmy PKP do Goniądza, skąd na nartach biegówkach planowaliśmy dotrzeć do zagubionego wśród bagien przysiółka Budy. Po drodze mieliśmy owe Downary. Gdy tylko wyszliśmy poza ich opłotki, drogę zagrodziła nam wysoka na chłopa zaspa. Rezolutnie wdrapałem się na jej zbocza. Byłem już prawie u szczytu, gdy najpierw jeden, a potem – znagła dociążony – drugi kijek, zapadły mi się aż po rękojeść. Utknąłem twarzą w sypkim, zimnym puchu. Narty nie wypięły się, jeno utknęły głęboko w śniegu. Z góry dociskał mnie plecak załadowany zapasami na kilka dni. Nie mogłem go zdjąć bez rozpięcia pasa biodrowego. Jednak każda próba sięgnięcia doń jedną ręką powodowała, że oparte tylko na drugim kijku ciało osuwało się w głąb białego puchu. Przez głowę przemknęło mi, że Jack London opisywał podobne sytuacje z okresu gorączki złota nad Jukonem. No, ale śmierć w takich okoliczność na Alasce miała w sobie jakąś dozę romantyzmu, a na skraju podlaskiej wsi byłaby jednak mniej heroiczna. Na szczęście, podobnie jak u Londona, w krytycznym momencie pomocna dłoń Podziomka wyzwoliła mnie od ciążącego brzemieniem plecaka, co pozwoliło wygrzebać się z zaspy. Nie było już żadnych wątpliwości, że z tą właśnie dziewczyną będziemy pożerać niedźwiedzie mięso do końca naszych dni.

Woda to kapryśny żywioł. Podczas opisanego wcześniej spływu kajakowego z Podziomkiem i Harrym po Liwcu, rzece która w dolnym biegu obfituje w łachy i mielizny, przypomniała mi się przygoda sprzed lat, gdy brodząc po takiej łasze, a poprawniej rzekłszy – po zakosie, przy ujściu Liwca, dotarłem do jej krawędzi opadającej stromo w odmęty Bugu. I szybko przekonałem się, że z takiego uskoku nie ma już odwrotu, w każdym razie – nie pieszo i nie drogą, którą się tam dotarło. Jako osobnik, który zaliczył epizod w pływackiej sekcji juniorów klubu Juvenia Białystok, nie miałem wątpliwości co do dalszego postępowania. Po prostu ufnie dałem unieść me ciało prądowi Bugu aż dopłynąłem do miejsca, gdzie można było wyjść na brzeg. Z czasem dowiedziałem się, że paniczne próby powrotu na bezpieczną płyciznę w podobnych miejscach, są częstszym powodem utonięć nawet wśród osób potrafiących pływać, lecz błędnie oceniających ryzyko swego położenia.

Liwiec, fot. Brzeszczot, lic. CC BY-SA 3.0
Ujście Liwca z satelity, widoczne łachy wcinające się w nurt Bugu

Korzystając z chwilowego oddalenia się mundurowych cerberów, Jarek i ja, dźwigając canoe, zboczyliśmy z bitej drogi w las, w kierunku Łyny. Żołnierzowi czuwającemu przy naszych workach żeglarskich oświadczyliśmy, że łódź jest już zwodowana i nie mamy siły z powrotem jej wyciągać na drogę. Machnął na nas ręką, więc pośpiesznie oddaliliśmy się od niego oraz specjalnego, oznaczonego kryptonimem W-1, ośrodka rządowego w Łańsku. Nasza próba przepłynięcia przez środek partyjnego matecznika, gdzie kolejni pierwsi sekretarze odpoczywali i przyjmowali swoich gości, zakończyła się właśnie połowicznym sukcesem. Oceniając pokonany dystans – to nawet więcej, niż połowicznym. Pomimo, że był sierpień 1981 roku i władza PZPR w Polsce trzeszczała w szwach, w krytycznych momentach towarzysze krzyczeli “No pasaran!” i na pierwszy plan wysłali żołnierzy Jednostek Nadwiślańskich MSW. U wypływu Łyny z jeziora Łańskiego jest śluza, w pobliżu której wznosiły się najściślej strzeżone pawilony ośrodka. Tam właśnie zostaliśmy wezwani na brzeg, przesłuchani, a następnie zmuszeni do wykonania przenioski o długości, nie 100 m, lecz 1,5 kilometra. W końcu byliśmy poza ośrodkiem i mogliśmy kontynuować nasz spływ do Olsztyna. Problem w tym, że poniżej jeziora Łańskiego rzeka płynie głębokim jarem w tempie zbliżonym do rzek górskich. Nie stanowiłoby to problemu, gdyby usuwano drzewa, które osunęły się na dno jaru i runęły do wody. Kilka z nich udało nam się gracko wyminąć. Ale przy kolejnym, mieliśmy mniej szczęścia. Canoe uderzyło dziobem w niewidoczny pod wodą konar, prąd obrócił nas i przyparł bokiem łodzi do głównego, przegradzającego nurt pnia. Gdy tylko spróbowaliśmy ruszyć się z naszych miejsc, łódź zmieniwszy środek ciężkości obróciła się wokół swej osi do góry dnem. Na szczęście, zaplątała się między gałęzie, więc nie odpłynęła, czego niestety nie da się powiedzieć o tych rzeczach, których nie zamknęliśmy w wodoszczelnych lukach. W ten sposób straciłem swoją pierwszą lornetkę. Gdy już wydobyliśmy canoe spod wody, okazało się, że siła uderzenia była tak wielka, że uszkodziła jedną z poprzecznych wręg wzmacniających dno łodzi. Musieliśmy skrócić trasę naszego spływu, ale wyszliśmy z tej przygody cało. A rozbudzona wyobraźnia podsuwała pytania, co mogłoby się zdarzyć, gdyby to nie dobytek, ale nas prąd wepchnął między podwodne przeszkody.

Jezioro Łańskie, fot. Krzysztof Dudzik, CC BY-SA 3.0
Na podobnej przeszkodzie zakończył się nasz spływ Łyną, fot. S. Czachorowski, CC BY-SA 4.0

Ostatnio czytałem opracowanie badaczy wilków, z którego wynikało, że wysoka śmiertelność wśród osobników młodych jest pochodną, nie tyle braku doświadczenia życiowego, co znacznej skłonności do podejmowania zadań o wysokim stopniu ryzyka. Naukowcy uczynili efektowną parabolę, przypisując podobny model zachowań także rodzajowi ludzkiemu. Wszystkie opisane sytuacje wydarzyły się, nim ukończyłem 30 rok życia. W wieku 32 lat znalazłem się, po raz kolejny, na antarktycznej wyspie King George. W wolnych chwilach włóczyłem się po okolicach stacji im. Arctowskiego, obserwując tamtejszą ornitofaunę. W pewnej chwili dotarłem na krawędź kilkunastometrowego urwiska. Przy nim, w odległości może 1,5 metra, wznosiła się samotna iglica skalna, a tuż pod jej szczytem dostrzegłem gniazdo mewy dominikańskiej. Bardzo chciałem zrobić mu zdjęcie, ale nie mając teleobiektywu uważałem, że stoję zbyt daleko, by wykonać fotografię odpowiedniej jakości. Przez głowę przemknęła mi myśl, że przecież doskoczę na tę iglicę. Powrót na urwisko byłby nieco trudniejszy, acz ciągle wykonalny. Już spinałem się do śmiałego susa, gdy wtem naszła mnie refleksja: “Hej, masz już rodzinę i córkę! Czy na pewno chcesz ich narażać na możliwe sieroctwo?” No i wykonałem zdjęcie z miejsca, gdzie już stałem. Dzisiaj uważam, że w tamtym momencie przekroczyłem Rubikon dorosłości.

Gdzieś po lewej stronie tego zdjęcia była skała z mewim gniazdem, fot. Acaro, lic. CC BY-SA 3.0
Kategorie
Polska

Czy Kraśnik może być bardziej krasny

Nie pamiętam już jak dotarliśmy z położonej na uboczu stacji kolejowej na główną ulicę. Moją uwagę zwróciło tylko, że kilka osób, które wraz ze mną i ojcem wysiadło na niewielkiej stacyjce z motoraka, udało się, bez wyjątku, w przeciwna stronę. Gdy już zawędrowaliśmy do historycznego centrum, uderzyła nas cisza. Zanurzyliśmy się w kaniony uliczek gęsto obstawionych trzystu i czterystuletnimi kamienicami. Nad zamkniętymi na głucho wjazdowymi bramami pyszniły się kamienne symbole budowniczych i właścicieli. Okna zabito deskami, czasem jednak zabezpieczenia odpadły i przez zakurzone szyby było widać spłowiałe firanki, czy doniczki z zeschłymi kwiatami. Dachy niektórych domów już się zapadły i tylko murowane kominy utrzymywały pion. Spod opadających tynków wyglądały gotycką czcionką reklamy nieistniejących sklepów. W końcu dotarliśmy pod średniowieczny kościół otoczony, o dziwo, rusztowaniami. Tu wreszcie spotkaliśmy ludzi. Nie byli to jednak robotnicy, a para biednie ubranych staruszków, jakże pasująca powierzchownością do depresyjnego wyglądu okolicy.

Horni Slavkov w okolicach Karlovych Varów odwiedziliśmy korzystając z gierkowskiej liberalizacji warunków podróżowania do innych demoludów (poza ZSRR, oczywiście), w końcu lat siedemdziesiątych XX wieku. Jedno z pięciu największych miast królestwa Czech wzbogaciło się na działalności górniczej. Od końca XVIII wieku działała tam najstarsza w Czechach fabryka porcelany. Dwa wydarzenia z drugiej połowy lat 40-tych XX wieku zdeterminowały jego dalsze dzieje. Po pierwsze wysiedlenie do Niemiec dotychczasowej populacji, po drugie odnalezienie w pobliżu złóż uranu. W rezultacie miasteczko stało się centrum gigantycznego łagru i to jego więźniowie budowali obiekty kopalniane. Początkowo byli też jedynymi pracownikami kopalni. Z oczywistych przyczyn nie zasiedlano nimi opuszczonych domostw, lecz umieszczano ich w położonych na uboczu obozowych barakach. Z czasem zastąpili ich pracownicy przyjeżdżający z głębi kraju. Jako że socjalistyczne relacje społeczne trudno było budować w średniowiecznych kamieniczkach, wybudowano dla nich całkiem udane miasteczko w stylu socrealizmu. Tam właśnie kierowali swe kroki z dworca kolejowego nasi współtowarzysze podróży. Zabytkowe centrum zostało skazane na rozkład i zapomnienie.

Horni Slavkov przed I Wojną Światową
Przykłady porcelany slavkovskiej
A tu w roku 1961
Dawny hotel obecnie ratusz w nowej części Horni Slavkova
Nowe socrealistyczne miasto górnicze

Wspomnienia sprzed  ponad 40 lat uporczywie kołatały się w mojej głowie podczas zwiedzania Kraśnika. Miasto składa się z dwóch części: położonego na wschodzie historycznego centrum oraz oddalonego o 6 km na zachód Kraśnika Fabrycznego, powstałego wokół przedwojennej fabryki amunicji, przekształconej po II Wojnie Światowej w fabrykę łożysk tocznych. Oba miasta połączono w jeden organizm w roku 1975. Chociaż z biegiem lat luki w zabudowie pomiędzy nimi zostały załatane, do dzisiaj odczuwa się tu jakieś wewnętrzne rozdarcie. W gazetce zakładowej z wczesnych lat 50-tych autor, postulując przyznanie praw miejskich przyfabrycznej osadzie, z wyraźną wyższością opisywał Kraśnik, było nie było, powiatową stolicę. No, bo w części fabrycznej wszystko było nowoczesne, zaplanowane i większe. Władza ludowa wolała też tam lokować kolejne inwestycje. Powinno się to zmienić po zjednoczeniu, ale malowniczo rozłożone na wzgórzu centrum Kraśnika pozostaje w swoistym uśpieniu. Nikt tu nie zdecydował się na unicestwienie dzielnicy, co więcej, uratowano przed zniszczeniem kompleks synagogalny, pojawiło się kilka nowych budynków, powołano muzeum, wybrukowano rynek, ale ciągle podstawowym powodem odwiedzania tego miejsca przez mieszkańców jest udział w niedzielnej mszy w kościele parafialnym. Czy umówilibyście się bowiem ze znajomymi, bądź sympatią, pod pomnikiem cegły? Nazwa nie jest zachęcająca podobnie, jak i forma mająca się kojarzyć z wlotem pieca do wypału ceramicznego. Pomnik w 2003 roku ustawili właściciele pięciu okolicznych cegielni. Używając kultowej frazy z filmu Miś, był to pomnik na miarę ich możliwości. Mnie się jednak wydaje, że przy aktywniejszej roli władz miejskich tę ilość budulca można było wykorzystać rozsądniej i ciekawiej.

Kraśnik Fabryczny, lata 50-te XX wieku
Kraśnik Fabryczny, lata 50-te XX wieku
Rynek w Kraśniku
Wielka Synagoga
Ten przesmyk to ulica Ratuszowa
Kościół Św. Ducha
Muzeum 24 Pułku Ułanów
Stary dom na Bóżniczej
Restaurowany budynek dawnego szpitala
Zabytkowy budynek przy kościele Św. Ducha
Pompa na ulicy Piłsudskiego
Pomnik cegły kraśnickiej na rynku

Do Kraśnika, oprócz konieczności zrobienia zakupów na całą majówkę, sprowadziła nas chęć zwiedzenia kościoła parafialnego pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Pochodząca z XV wieku świątynia przedstawia obecnie harmonijną mieszankę stylów – gotyckiego, renesansowego i barokowego. W bogato wyposażonym wnętrzu uwagę zwracają barokowe, złocone ołtarze, piękne polichromie na sklepieniach oraz renesansowe epitafia przedstawicieli rodu Tęczyńskich, którzy władali miastem w XV i XVI wieku. Autorem dwóch z nich był sam Santi Gucci – budowniczy Zygmunta Augusta i Stefana Batorego, dla którego wykonał nagrobek w katedrze wawelskiej. Z jednym z grobowych pomników związana jest romantyczna legenda o niespełnionym związku pana na Kraśniku i Tęczynie – Jana Baptysty i królewny szwedzkiej Cecylii Wazówny. Fakty są następujące: Jan Tęczyński wysłany przez Zygmunta Augusta z misją dyplomatyczną do Szwecji zakochał się z wzajemnością w księżniczce. Podpisano umowę przedślubną i narzeczony powrócił do Polski w celu zdania sprawozdania królowi ze swojej misji. Mimo narastającej wrogości między obydwu państwami spieniężył swe dobra, wynajął statek i popłynął przez Bałtyk po ukochaną. Traf chciał, że wpadł w ręce floty duńskiej, która blokowała wybrzeże szwedzkie. Duńczycy uwięzili go w twierdzy w Kopenhadze, gdzie wkrótce umarł w wieku lat 23. Jego ciało sprowadzono do Kraśnika i pochowano w krypcie kościoła parafialnego.

Widok na kościół Wniebowzięcia NMP ze wzgórza zamkowego.
Dzwonnica przy kościele.
Ołtarz boczny.
Kościół Wniebowzięcia NMP widok od frontu.
Ołtarz główny i sklepienie nad prezbiterium.
Barokowa ambona.

Cecylia została żoną margrabiego badeńskiego Krzysztofa, z którym doczekała się sześciorga dzieci. Po śmierci męża przeszła na katolicyzm. Istnieją przekazy twierdzące, że w 1592 roku przyjechała do Polski na ślub swego brata Zygmunta III Wazy z Anną Austriaczką, a potem odwiedziła Kraśnik, gdzie modliła się przy grobie Jana i ufundowała pamiątkową tablicę. Tablica nie zachowała się, a grobowiec Jana Tęczyńskiego został splądrowany przez Szwedów w czasie Potopu. Ta niecodzienna historia przyciągała uwagę ludzi pióra. Już Jan Kochanowski, zaraz po śmierci Jana, stworzył poemat „Pamiątka wszystkimi cnotami hojnie obdarzonemu Janowi Baptyście hrabi na Tęczynie, bełskiemu wojewodzie i lubelskiemu staroście”, a w XIX wieku do tematu wrócił Julian Ursyn Niemcewicz pisząc powieść historyczną „Jan z Tęczyna”. Onże zwrócił uwagę na kraśnicki nagrobek przedstawiający parę pochylonych ku sobie młodych ludzi obejmujących się ramionami i trzymających za ręce. Ich postacie układają się w kształt zbliżony do serca. Wizerunek pasował do historii niemogących się połączyć kochanków, więc został okrzyknięty nagrobkiem Jana i Cecyli. Z czasem historycy sztuki odkryli, że to nagrobek rodzeństwa – Andrzeja i Zofii z bocznej linii Tęczyńskich, ale legenda trzyma się mocno. Tyle, że chyba poza Kraśnikiem, gdyż miasto nie próbuje dyskontować jej potencjału.

Renesansowy nagrobek jednego z Tęczyńskich.
Domniemany nagrobek Jana i Cecylii.

Bazę wypadową założyliśmy w odległym o kilkanaście kilometrów od Kraśnika Salominie. Drewniany dom z zewnątrz nie zdradzał, że pomieścimy się w nim całą szóstką, plus dwa psy. Dzięki jednak umieszczeniu kuchni i jadalni w szklanej dobudówce od strony ogrodu, w środku było całkiem komfortowo. Gdy pogoda zaczęła grymasić, gromadziliśmy się wokół kominka grając w gry planszowe lub oglądając filmy. Domek był nam udostępniony na wyłączność, ale miał stałego mieszkańca. Solidnej budowy suczka Tosia, po wstępnych nieporozumieniach dogadała się z naszymi urwisami. Biegała z nimi po polach podczas porannych i wieczornych spacerów, a my wpuszczaliśmy ją pod dach, gdy na zewnątrz siekała ulewa i hulał wiatr.

Antonia w ulubionej pozie.
Sfora na spacerze. Po lewej stronie drogi nasza baza.

Salomin znany jest z dwóch powodów. Po pierwsze wodę, przed zbudowaniem wodociągów, czerpano tu z trzech studni o głębokości 60-80 metrów – najgłębszych na całej Lubelszczyźnie. Po drugie, stąd właśnie dokonano rekordowej obserwacji długodystansowej Tatr – w prostej linii to jakieś 230 km! Pole do takich obserwacji stwarza położenie miejscowości na krawędzi Wyżyny Lubelskiej. Ku południowi rozciąga się Kotlina Sandomierska, a na zachód Małopolski Przełom Wisły, obydwie krainy położone o jakieś 100 metrów niżej, niż pofalowany płaskowyż, na którym rozłożyła się wieś.

Jako, że uczestnicy naszej wycieczki wciąż nie byli w pełni zabezpieczeni przed COVID’em planowo unikaliśmy większych skupisk ludzkich koncentrując się na atrakcjach dostarczanych przez naturę. W okolicy mieliśmy sporo rezerwatów i pomników przyrody, w dodatku o krańcowo różnej specyfice. W zasięgu pieszej wycieczki z Salomina były dwa obszary chronione. My wybraliśmy się do rezerwatu Doły Szczeckie. To ponad 200 ha mieszanego lasu z przewagą buka i grabu, porastającego zbocza wyżyny opadające ku południowi. Teren pocięty jest jarami i wąwozami, a różnice poziomów między najwyższym, a najniższym punktem przekracza 80 metrów. Wczesną wiosną, zanim drzewa obsypią się listowiem, dno lasu pokrywa dywan białych zawilców przerywany gdzieniegdzie żółtymi plamami kwiatów ziarnopłonu. Ciekawostką jest występowanie w tym miejscu typowo górskiego gatunku, jakim jest żywiec gruczołowaty. Jego fioletowych kwiatów nie było nam jednak dane zobaczyć ze względu na tegoroczne opóźnienie wiosny.

Jar w Szczeckich Dołach.
Kolejny jar.
Zawilce.
Wiatrołom w rezerwacie.
Łuskiewnik.
Harry podziwia krajobrazy.
Kwitnący ziarnopłon.
Obalony totem.

Parę kilometrów dalej, w miejscowości Łany, u podnóża skarpy doliny rzeczki Tuczyn, biją podpływowe źródełka rzadko spotykane na Wyżynie Lubelskiej. Wypływająca pod ciśnieniem woda wzbija warstwę luźnych piasków, tworząc mini gejzery rozsiane po dnie kilku niewielkich stawków. Ponieważ temperatura wody wynosi niezmiennie ponad 10°C, jest to najcieplejsze źródło na terenie Roztocza i Wyżyny Lubelskiej! Woda z tych źródeł ma dobry smak i najniższą z notowanych w wodach źródlanych w Polsce zawartość chlorków. Gdy zawitaliśmy na źródlisko, nastąpiło istne oberwanie chmury. W strugach płynącej wody okolica wyglądała tym bardziej nastrojowo. Krople deszczu wywoływały na powierzchni rozchodzące się koliście fale i wzmacniały efekt ruchomego dna w każdym ze stawków. Źródliska znajdują się w części wsi bardziej oddalonej od gminnego Gościeradowa. Jadąc samochodem łatwo je minąć. Należy wypatrywać łąki ze sztucznie wykopanym stawem oraz sporej wiaty położonej poniżej skarpy, po której biegnie droga. Na miejscu jest też spory parking.

Źródlisko w Łanach.
Źródlisko w Łanach.
Źródełka podpływowe.
Rzeczka Tuczyn w strugach deszczu.

Wizyta w rezerwacie Imielty Ług przynosi diametralnie odmienne wrażenia. Rezerwat położony jest już w Lasach Janowskich, na równinie rozciągającej się na południe ku dolinie Tanwi. Na imponującej powierzchni 800 ha znajdują się dwa pokaźne stawy przecięte groblą, porośnięte sosnowym borem wydmy oraz rozległe torfowiska typu zarówno przejściowego, jak i wysokiego. Poprowadzona przez rezerwat ścieżka przyrodnicza umożliwia poznanie wszystkich jego biotopów oraz dokonanie obserwacji gęsi gęgawych, czernic, perkozów, czy czapli. Przy odrobinie szczęścia można spotkać bielika lub rybołowa, a ze ssaków łosie i wilki. Nam się to nie udało może dlatego, że ruch był całkiem spory – w czasie 2 godzinnego spaceru spotkaliśmy ponad 20 zwiedzających. Ja cenię sobie pewną ekskluzywność turystyki przyrodniczej, ale dostrzegam, że zwiększone zainteresowanie terenami nieskażonej natury przekłada się na zwiększoną świadomość ich unikalności, a co za tym idzie presję społeczną na rzecz ich ochrony. Po pokonaniu grobli między stawami dociera się na wydmę o nazwie Duża Grępa. Wcina się ona cyplem między południowym ze stawów, a torfowiskiem porośniętym borem bagiennym. Na jego końcu postawiono wieżę widokową. Widoczna z niej panorama kojarzy się bardziej z krajobrazami Finlandii, niż południowej Polski.

Imielty Ług – bór na torfie
Kępa turzycy.
Widok z grobli.
Kładka przez torfowisko wysokie.
Grobla biegnąca przez stawy
Krajobraz ciągle przedwiosenny.
Widoki niemal skandynawskie.
Kapliczka w rezerwacie.

Trzeci z odwiedzonych przez nas rezerwatów miał jeszcze inny charakter. Góry Pieprzowe na wschodnich przedmieściach Sandomierza górski wygląd mają tylko od strony Wisły. Są to góry pozbawione wierzchołków. Za to opadające stromo ku dolinie rzeki oraz pocięte wąwozami zbocza to  już co innego. Poprowadzone po nich ścieżki mają nawet zabezpieczenia w postaci grubych lin. Budujące góry kambryjskie łupki na stokach wychodzą na powierzchnię i wietrzejąc rzekomo upodobniają się do ziaren pieprzu. Stąd ma pochodzić nazwa miejscowa gór. Mnie jednak bardziej przekonuje hipoteza, że wyeksponowane ku południowi zbocza muszą być w lecie suche jak pieprz. Stąd bogactwo roślinności stepowej i sucholubnej. Pojedyncze sosny uczepione stromych stoków budzą też pewne skojarzenia z Pieninami. Powrót na wierzchowinę wzdłuż spływającego jarem strumyka to jeszcze inne doświadczenie. Stroma i wąska ścieżka przeciskająca się między gęstymi zaroślami, konieczność pokonywania blokujących ją połamanych gałęzi, coraz stromsze zbocza wąwozu, nasuwają zwątpienie czy rzeczywiście samochód zostawiliśmy nie dalej, niż 500 metrów stąd. Co do parkingu, to najlepiej zostawić wóz przy pensjonacie Willa Dzika Róża. Parking jest płatny, ale położony bardzo blisko punktu widokowego na dolinę Wisły, Kotlinę Sandomierską i samo miasto. Drogi prowadzące w pobliże Gór Pieprzowych są wąskie, a ich pobocza nie nadają się do parkowania. Oczywiście samochód można zostawić w Sandomierzu i udać się do celu czterokilometrowym spacerem.

Góry Pieprzowe – widok na starorzecze Wisły.
Strome ścieżki są zabezpieczone linami.
Widok na Sandomierz.
Skromna naśladowczyni sosny z Sokolicy,
Od strony rzeki mają górski charakter.
Podłoże niepokryte zielenią to wychodnią łupków kambryjskich czyli tzw. goła skała.
Kwitnący wilczomlecz.
Ścieżka powrotna na parking.

Obserwacji prawdziwie długodystansowych nie udało nam się niestety dokonać, być może z braku odpowiedniego wyposażenia. W okolicy Gościeradowa oraz Stróży wdrapaliśmy się jednak na wzgórza, z których widok jest wystarczająco daleki. Nie ma tu wybitnych szczytów, ale oko cieszy mnogość długich grzbietów, oddzielonych głębokimi dolinami. Jako, że była wiosna, roślinność będąca na różnych etapach wegetacji znaczyła krajobraz wieloma odcieniami zieleni oraz bielą kwiecia.

Poza zabytkami Kraśnika – oprócz wspomnianych wcześniej kościoła i synagogi warte zobaczenia są poszpitalny kościół św. Ducha i restaurowany obecnie budynek przytułku (dworek modrzewiowy) – w okolicy wyróżniały się dwie świątynie. W Stróży, na wschód od Kraśnika, znajduje się kaplica św. Trójcy, postawiona na odpowiednim do wezwania planie trójkąta. Powoduje to dziwne skrzywienie połaci jej dwuspadowego dachu. Kaplica stoi na wysokim brzegu doliny Wyżnicy, przeglądając się w lustrze wody ulokowanych w niej stawów. Ponieważ sąsiaduje z cmentarzem, pełni funkcje kaplicy grzebalnej. Niestety, z pozostałych stron otaczają ją duże i mniejsze zakłady usługowe i produkcyjne. Przy głównej ulicy natomiast pyszni się nowy kościół parafialny wybudowany w nadekspresyjnym, a jednocześnie całkowicie nijakim stylu industrialnym. Taki paradoks: obiekt, który mógłby zdobić, jest starannie ukryty, natomiast ten niewątpliwie brzydki, jest bezwstydnie wyeksponowany. Druga wyróżniająca się świątynia – cmentarny kościół św. Anny w Zaklikowie, liczy sobie ponad 400 lat, ale nie wiek czyni ją oryginalną. Jej drewniane ściany są do wysokości 3-3,5 metra pokryte tabliczkami trumiennymi z nazwiskami i datami urodzin i śmierci osób pochowanych na tutejszej nekropolii. A że w mieście działali uzdolnieni kamieniarze, to w pobliżu kościółka można znaleźć wiele wykonanych z artystycznym zacięciem nagrobków.

Kaplica Św. Trójcy w Straży kontrastuje wyglądem z współczesnym kościołem parafilanym w tej miejscowości.
Kościół św. Anny w Zaklikowie.
Na jego ścianach umieszczone satabliczki trumienne.
Jest otoczony przez cmentarz.
Na cmentarzu znajduje się wiele ciekawych nagrobków.

Odwiedzając mniejsze miasta okolicy, a byliśmy jeszcze w Zawichoście dla zobaczenia wodomierza znanego z raportu o stanie wód, podawanego przez Polskie Radio, mimowolnie porównywaliśmy ich centra z okolicami kraśnickiego rynku. I zawsze porównanie wypadało na niekorzyść Kraśnika. W moim rodzinnym Białymstoku zwykło się mawiać, że tam wszystko następuje później, bo mieszkańcy stosują kalendarz prawosławny. W Kraśniku właśnie teraz, w roku 2021, remontowane są, ku utrapieniu kierowców, główne ulice miasta. W większości miast w kraju tego typu inwestycje już dawno ukończono. W ramach programu rewitalizacji remontowanych jest też kilka kamienic. Mam jednak nieodparte wrażenie, że aby w kraśnickie Stare Miasto tchnąć więcej życia, potrzebne są nie tylko pieniądze, ale przede wszystkim pomysł. Bez tego nie będzie można mówić o rewitalizacji, a wyłącznie o remontach poszczególnych obiektów.

Słynny wodometr w Zawichoście.
Prom przez Wisłę.
Widok na Zawichost od przystani promowej.
Wisła pod Zawichostem.

Nie miałem jeszcze okazji odwiedzić powtórnie Horni Slavkov. Zwiedziłem go jednak wirtualnie oraz starałem się znaleźć informacje ze źródeł pozamiejskich o tym, jak wygląda i czym żyje obecnie ta miejscowość. Miasto podkreśla swoją górniczą, chlubną przeszłość oraz fakt, że było modelowym przykładem architektury socrealizmu. Jako obiekty warte zwiedzenia wskazuje odrestaurowany kościół Sv. Jiří. Na fotografiach można podziwiać odnowione kamienice, choć wydaje się, że mimo świeżych tynków i kolorowych dachów nie wszystkie zostały zasiedlone. Na zdjęciach z satelity, czy Google Street View, w oczy rzuca się znaczny udział przestrzeni niezabudowanej w historycznym centrum miasteczka. Nic dziwnego, gdyż, jak się okazuje, złych czasów nie przetrwało 70% zabytkowej substancji miasta. Trzymam kciuki za Kraśnik, aby zdołał ocalić swoje centrum przed podobnym losem.

Kategorie
Polska

Kaszuby, czyli genealogia w pięknych okolicznościach przyrody

Gazeta Toruńska z 11 stycznia 1903 roku doniosła w rubryce Prusy Królewskie z Pomorzem: „Ksiądz wikary Donderski z Altschottland (?) wyratował z toni chłopca. W pobliżu domu sierót ślizgało się po lodzie Raduni kilku chłopców. Jeden z nich zarwał się. Chłopiec, zanim go z narażeniem własnego życia wyratował młody kapłan, był już dwukrotnie pod lodem.” Altschottland to obecnie Stare Szkoty, osiedle położone między gdańskim Starym Przedmieściem a Orunią. Sierociniec po 113 latach służby przeobraził się teraz w gdańską siedzibę Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych. Natomiast wikary Donderski to stryj mojej babci ze strony ojcowskiej.
Stałem właśnie przed jego grobem na cmentarzu w Kartuzach. Młody kapłan (w ów styczniowy dzień liczący sobie lat 26) pozostał młodym do końca swych dni. Wcześnie wyawansował wprawdzie na proboszcza kartuskiej parafii, ale też wcześnie, bo w wieku 39 wiosen rozstał się był z ziemskim padołem. Wizyta na cmentarzu zwykle skłania do refleksji. Mnie jako pierwsza naszła trywialna wątpliwość: Jakim cudem kanał Raduni mógł niegdyś nieść tyle wody, że wpadnięcie doń groziło utonięciem? A swoją drogą ciekawe jakim sposobem pamięć o przodkach przenosi się przez pokolenia. Oczywiście w przypadku osób publicznych, a takimi na przełomie XIX i XX wieku byli księża, łatwiej jest trafić na pisemne wzmianki o ich działalności i dokonaniach.

Sierociniec dla chłopców na pocz. XX wieku
Rozbudowany gmach sierocińca jako PJATK
Klepsydra z Gazety Gdańskiej, 21.11.1916
Grób proboszcza Donderskiego na cmentarzu w Kartuzach

W moim przypadku wyszukiwanie śladów przodka w sutannie zaczęło się od fotografii. Nie byle jakiej, ale najstarszej fotografii w rodzinnym albumie. Przedstawia ona absolwentów seminarium nauczycielskiego w Grudziądzu i została wykonana w połowie lat 50-tych XIX wieku. Jednym z przedstawionych na niej młodych mężczyzn jest Antoni Donderski, ojciec bohaterskiego księdza. Potem został on kierownikiem szkoły w Jeżewie na Kociewiu i tam wykonano kolejną fotografię, na której został uwieczniony wraz z małżonką Cecylią z Zielińskich w otoczeniu dorosłych już dzieci. Jednym z nich był nasz dzielny kapłan, tak jak i ojciec noszący imię Antoni. Obydwie fotografie oprawione w ramki wiszą na ścianie w naszym domu – nic dziwnego więc, że chciałem obudować wizerunek panów Donderskich jak można największą ilością informacji o ich życiu. Tak dotarłem do opisu incydentu w Nowych Szkotach, ustaliłem, że ksiądz był wikarym w Oliwie, a później proboszczem w Kartuzach, a także gdzie umarł i został pochowany. Muszę jeszcze kiedyś wyjaśnić czy ufundowana przez niego szafa gdańskiej roboty nadal zdobi zakrystię kolegiaty Najświętszej Marii Panny w tym mieście.
Na Kaszuby wybraliśmy się z Podziomkiem i Harrym zimową porą i była to ostatnia zima, kiedy rzeczywiście panowała mroźna pogoda. Niby nic specjalnego, kilka stopni poniżej zera w nocy i około zera w dzień, cieniutka warstwa śniegu na ziemi i jeszcze skromniejsza powłoka lodowa na jeziorach. Z perspektywy dwóch bezśnieżnych zim wspomnienia tygodnia polarnej pogody urasta jednak bez mała do wydarzenia dekady. Zamieszkaliśmy w Ręboszewie, w starym wiatraku zamienionym na pensjonat. Wiatrak zgodnie z przeznaczeniem stał na wysokim, a stromym wzgórzu z widokiem na jezioro Brodno Małe. Prowadząca doń, wykładana betonowymi płytami droga po opadach śniegu stanowiła prawdziwy test przyczepności opon naszego samochodu. Mimo to, nie musieliśmy ani razu zostawić go na parkingu u podnóża wzgórza. Choć do zabudowań wsi było nie dalej niż 300 metrów to na naszym wzgórzu doświadczaliśmy „splendid isolation”. Sypialnia mieściła się na piętrze. Każdy ranek rozpoczynał się od zejścia do pomieszczeń na parterze, gdzie w sezonie letnim pracuje bar, ale w zimie znajdowała się nasza kuchnia i bawialnia. Po rozsunięciu drewnianych zabezpieczeń przez wielką przeszkloną ścianę do wnętrza wlewało się światło wraz z porcją optymizmu i pomysłów na kolejne wycieczki. Jezioro poniżej to szkliło się refleksami odbitych promieni słonecznych, to znowu biel jego lodowej pokrywy zlewała się z zimną szarością pochmurnego nieba. Pod drzwi podchodziły stada saren i dzików oraz, już pojedynczo, lisy. Wieczory przy grzanym winie urozmaicało czasem poświstywanie wiatru w ramionach wiatraka.

Nasza siedziba na wzgórzu

Jezioro Brodno Małe
Harry pozuje z widokiem na jez. Brodno Wielkie
Most na przesmyku między Brodnem Małym i Wielkim
Widok spod mostu na Brodno Małe

By zakosztować uroków cywilizacji wybieraliśmy się do powiatowych Kartuz. Miasto to, jako jedno z co najmniej trzech, pretenduje do tytułu stolicy Kaszub. Tymczasem, prawa miejskie uzyskało raptem w 1923 roku, co nie przeszkadzało mu przez poprzednie 105 lat nosić już godność stolicy powiatu. Jeszcze wcześniej była to przyklasztorna osada obsługująca istniejące tu od końca XIV wieku zgromadzenie zakonu kartuzów. Kolegiata Najświętszej Marii Panny jest najstarszym i najważniejszym obiektem zabytkowym w Kartuzach. Mieliśmy pecha, bo jednego dnia wnętrza były niedostępne dla zwiedzających, a kolejnego odbywał się w niej ślub za ślubem więc nie dane nam było zobaczyć jej bogatego wyposażenia. Podziwianie architektury zewnętrznej kościoła ze słynnym barokowym dachem w kształcie wieka trumny oraz starannie utrzymanej okolicznej zabudowy samo w sobie zapewniało jednak wiele wrażeń estetycznych. Spod kościoła wzdłuż brzegów jeziora Klasztornego Małego biegnie ścieżka filozofów dostarczająca przyjemnych widoków na klasztor i miasto. Innym znanym punktem widokowym jest położone na południowych krańcach miasta, nad jeziorem Karczemnym, wzgórze z Ławką Asesora. Upamiętnia ona Karla Pernina, krajoznawcę i autora pierwszego przewodnika po Kaszubach, który przez kilka lat pracował w kartuskim sądzie pełniąc obowiązki asesorskie. W centrum bywaliśmy głównie na kawie i ciastkach w przyrynkowej kawiarni, ale sprawiało ono sympatyczne wrażenie, jak przystało na wytwór XIX wiecznej niemieckiej myśli urbanistycznej.

Kolegiata Najświętszej Marii Panny w Kartuzach

Budynek plebani
Harry przed Ławką Asesora
Refektarz – obecnie galeria sztuki
Śródmiejski mural
Gryf kaszubski powiewa nad kartuskim rynkiem

Położone bliżej Gdańska Żukowo miastem jest jeszcze krócej, bo od 1989 roku, ale historię ma od Kartuz dłuższą, gdyż zakon sióstr norbertanek osadzono nad Radunią już z początkiem XIII wieku. Zespół poklasztorny z kościołem Wniebowzięcia NMP jest najcenniejszym zabytkiem miasteczka i, co za niespodzianka, można go zwiedzić kontaktując się z agencją przewodnicką. Jako, że wojny i pożary ominęły ten obiekt wnętrza zachwycają bogactwem wyposażenia z różnych epok historycznych. Barokowy ołtarz głównym z obrazem patronki pędzla gdańskiego mistrza Hermana Hahna, przebogaty w detale renesansowy tryptyk typu antwerpskiego oraz wspaniale zabudowany chór można kontemplować długimi godzinami. My jednak nastawiliśmy się na zwiedzenia parafialnego muzeum. Mimo że jego nazwa nie brzmi może zachęcająco, Muzeum Parafialne w Żukowie dokumentuje intrygującą historię rozwoju kaszubskich haftów. W norbertańskim klasztorze żukowskim funkcjonowała bowiem szkoła, w której uczono m.in. tkactwa i hafciarstwa. Po rozwiązaniu zakonu przez władze pruskie tradycje hafciarstwa kontynuowały mieszkanki miejscowości. Dzisiaj istnieje wiele szkół haftu kaszubskiego, ale to Żukowo dumnie określa się jako „Kolibka kaszëbsczégò wësziwkù”. Haft tutejszy wykorzystuje symbolikę kwietną i owadzią oraz tylko pięć kolorów: niebieski (w różnych odcieniach) czarny, czerwony, zielony i żółty. Motywami znanymi z hafciarstwa zdobi się też ceramikę, odzież, a nawet meble. W pamięci utkwiło mi ogromne zaskoczenie ukraińskich samorządowców, gdy na organizowane przeze mnie parę lat wcześniej spotkanie z władzami gminy Żukowo w wyszywanych w ludowe wzory koszulach przyszli nie tylko oni, ale i gospodarze.

Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Żukowie
Tablica z Magnificat po kaszubsku na bramie zespołu klasztornego
Dziedziniec Kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Żukowie
Ołtarz główny z obrazem Hermana Hahna
Chór

Źródło: Wikipedia (https://pl.wikipedia.org/wiki/Kościół_Wniebowzięcia_Najświętszej_Marii_Panny_w_Żukowie) CC BY-SA 4.0

Przyklady użycia motywów haftu kaszubskiego

Północna część powiatu kartuskiego leży w dorzeczu Łeby, jest silnie zalesiona i nieco zapóźniona turystycznie w porównaniu do miejscowości leżących nad słynną kaszubską podkową, czyli łańcuchem jezior o takim kształcie usytuowanych na południowy zachód od Kartuz. Nie grozi jej więc zalew turystów, za wyjątkiem lipcowego i wrześniowego odpustu w Sanktuarium Matki Boskiej Królowej Kaszub w Sianowie, kiedy do niedużego, szachulcowego kościółka chroniącego XV-wieczną figurkę pielgrzymują tłumy wiernych. Figurka jest niewielka, ale moc swoją okazała dwa razy uchodząc cało z pożogi wcześniej zbudowanych świątyń. Jest wystawiana na widok wiernych tylko podczas najważniejszych świąt, więc musieliśmy się zadowolić jej malarskim odwzorowaniem na tablicy informacyjnej. Kilka kilometrów dalej położone jest Mirachowo – za czasów Rzeczpospolitej szlacheckiej siedziba starosty, miejsce odbywania sądów i sejmików, a nawet działalności kata. Ta miejscowość skarlała potem kosztem rozwijających się Kartuz. Obecnie to wioszczyna, o której dawnej sławie przypomina XVIII wieczny dwór starościński. Drewniany, wydłużony budynek zdobią lukarny dachowe oraz misternie wyciosane zdobienia drewnianego ganku. Pod kątem rozwartym przylega do głównego korpusu oficyna zbudowana z pruskiego muru. Budynek już od 90 lat jest własnością tej samej rodziny, co jak na polskie warunki i dworski charakter zabudowań musi budzić respekt. Niewiele brakowało, aby figurka Matki boskiej Sianowskiej była zwana Mirachowską. Wedle legendy tu właśnie znaleziono ją leżącą w wielkiej jasności u brzegu jeziora. Wtedy rozpoczęto budowę kościoła w Mirachowie. Ale Matka Boska pokazała swą wolę trzykrotnie znikając z Mirachowa i odnajdując się w Sianowie. Mirachowianie zrozumieli te znaki i kościół dla świętej figurki postawiono w sąsiedniej miejscowości.

W Sianowie zimą nie ma żywego ducha
Kopia figurki Królowej Kaszub
Widok na jez. Sianowskie
Dwór starościński w Mirachowie
Sanktuarium Matki Boskiej w Sianowie
Okolice Sianowa
Kaplica pw. Matki Boskiej Nieustającej Pomocy z 1740
Główna ulica Mirachowa

Można kwestionować stołeczność Kartuz w odniesieniu do wszystkich obszarów zasiedlonych przez Kaszubów, ale rangi jedynego miasta na terenie Szwajcarii Kaszubskiej odmówić im już nie można. To chyba najstarsza – nazwy tej po raz pierwszy użyto w latach 80-tych XIX wieku – i najbardziej znana Szwajcaria w granicach Polski. Skojarzenia z krainą Helwetów budzi nadzwyczajna malowniczość i urozmaicona rzeźba terenu. Porównywać ją w Polsce można chyba tylko z Suwalszczyzną, tyle, że tutaj wzgórza są wyższe, jeziora większe, a lasy rozleglejsze. Porównanie to wypada niekorzystnie wyłącznie gdy chodzi o gęstość zaludnienia oraz związane z nim zagęszczenie infrastruktury komunikacyjnej (zwolenników turystyki motorowej uprasza się o wyrozumiałość dla tej opinii). Jako, że Wieżyca jest najwyższym wzniesieniem Polski poza górami, nie mogliśmy odmówić sobie jej zdobycia. Zaplanowaliśmy wycieczkę całodniową, więc za punkt startowy i końcowy wybraliśmy Ostrzyce, gdzie na parkingu przed miejscowym SPA można zostawić samochód i pokrzepić się przed drogą aromatyczną kawą. Podejścia mieliśmy ze 200 metrów, bo oprócz samej Wieżycy musieliśmy pokonać grzbiecik między Ostrzycą, a linią kolejową z Gdyni do Kościerzyny. Po drodze nie spotkaliśmy ani jednego piechura, za to były wspaniałe lasy bukowe, a nawet forsowanie w bród pokrytego lodem strumienia. Na szczycie Wieżycy, o wysokości niespełna 329 m n.p.m., zwieńczonym wieżą widokową, niespodziewanie znaleźliśmy się w chmurach. Zamiast więc podziwiać widoki sugerowane przez tablice turystyczne, zmuszeni byliśmy patrzeć jak wilgoć kondensuje się w wielkie krople wody na końcach bukowych gałęzi. Coś za coś, wizyta latem gwarantowałaby lepszą widoczność, ale też sporą kolejkę po bilety wstępu na wieżę. Nie przypadkiem przewodnik po regionie zachęcająco informuje, że z najbliższego do szczytu Wieżycy parkingu chętnych czeka zaledwie 10 minutowe podejście.

Szwajcaria Kaszubska

Widok na Wieżycę
Śniegu było miejscami sporo
Okolice stacji Wieżyca
Obrazki z Wieżycy

Moja rodzina wywodzi się z Kociewia. Do dzisiaj w tym regionie mieszka najwięcej nosicieli nazwiska Filcek, chociaż to nie jest już bliska rodzina. W powiecie kartuskim baza PESEL nie wykazuje obecnie żadnego Filcka. W Łapalicach, dzisiaj najbardziej znanych z nieukończonego zamku, nauczycielką była niegdyś ciotka mojego ojca. Spędził on u niej, jako nastolatek, ostatnie lata okupacji niemieckiej. Nigdy jej nie poznałem, ale moją wyobraźnię pobudzają informacje, że była esperantystką oraz aktywną przeciwniczką zmian w liturgii mszalnej kościoła katolickiego wprowadzonych po drugim soborze watykańskim. Podróże po tym regionie dostarczają wielu genealogicznych niespodzianek. Około 15 lat temu odwiedziłem miasteczko Brusy na południowych Kaszubach. Wizytowałem miejscowe liceum, jedyne w Polsce gdzie prowadzone są zajęcia w języku kaszubskim. Kierowniczce biblioteki, jednocześnie zawiadującej szkolną izbą pamięci, pochwaliłem się swoimi kociewskimi korzeniami. Zapytała o moje nazwisko, a usłyszawszy odpowiedź wykrzyknęła: „Jedna z moich ciotek była zamężna za Filcka”. Od słowa do słowa okazało się, że był to stryj mego ojca, a ciotkę Wandę zdążyłem jeszcze poznać nim oboje umarli w końcu lat 80-tych XX wieku.
Nie jestem aż takim pasjonatem genealogii by studiować mormońskie archiwa lub układać plany wyjazdów tak, aby zatrzymywać się wyłącznie u krewnych. Przyznać jednak muszę, że świadomość, iż odwiedzane miejsca związane są z losem praszczurów dodaje wycieczce dodatkowego smaku. Nachodzi mnie też refleksja jakim jestem szczęściarzem, że moi przodkowie nie tylko pozostawili po sobie namacalne ślady i wspomnienia, ale też zostawili je w bardzo atrakcyjnych miejscach Polski. Zastanawia mnie, czy trafili tam przypadkiem, czy też dokonywali świadomych wyborów kierowani podobnym do mojego poczuciem estetyki. Nigdy się tego już nie dowiem, ale lubię hasać po takich obszarach myślowych spekulacji.

Kategorie
Polska

Kwintesencja Podlasia plus

Nasz busik zatrzymał się przy końcu ulicy. Wraz z grupą gości z Ukrainy wysypaliśmy się na trotuar. Był grudniowy wieczór, w ciepłym świetle latarni tańczyły bezgłośnie płatki śniegu. Jego nietknięta żadnym śladem warstwa kładła się cieniutkim dywanikiem od kościoła z wyniosłą wieżą aż po placyk z neorenansowym pałacykiem fabrykanckim. Topniejąc zamarzał w sopelki skrzące się na krawędziach dachów. Światło świątecznych iluminacji odbijało się od lodu i śniegu. Kierowca wyłączył silnik i otoczyła nas cisza. Tym wyraźniej dotarł do mnie sceniczny szept jednego z uczestników: Це Норвегія чи що? (To Norwegia czy co?)

Zima na głównej ulicy Supraśla

Podbiałostocki Supraśl może wywoływać takie skojarzenia przez wszechobecność drewnianych domów mieszkalnych oraz zimy, mroźniejsze i bardziej śnieżne od tych, które doświadcza centralna Polska. Może się jednak kojarzyć też ze środkową Ukrainą, tzw. hetmańską, na której po oderwaniu tych ziem od Rzeczpospolitej w II połowie XVII wieku rządzili kozaccy hetmani, jeśli za punkt odniesienia wziąć barokowe zabudowania klasztorne Monastyru Zwiastowania Przenajświętszej Bogurodzicy. Gdy jednak we wnętrzu monasterskiej cerkwi staniemy przed pieczołowicie rekonstruowanymi freskami pełnymi wielkookich i smukłych świętych i męczenników, poczujemy bliskość kultury bałkańskiej, jako że mnich, który jako pierwszy rozpisał w XVI wieku ściany, filary i sklepienie świątyni pochodził z Serbii. Ze względu na położenie na leśnej polanie oraz architekturę niektórych obiektów hotelowych miasteczko przypomina Białowieżę. A gdy zapomnimy o skandynawskich skojarzeniach, drewniane domki przy ulicy 3 Maja przypomną nam architekturę osiedli fabrycznych łódzkiego okręgu przemysłowego. Stamtąd bowiem, a konkretnie ze Zgierza, przybyli przemysłowcy niemieccy, aby w przyklasztornej osadzie robić interesy bez konieczności płacenia ceł przy wwozie swoich tekstyliów na obszar Cesarstwa Rosyjskiego.
Mnogość konotacji wynika z bogactwa funkcji jakie pełniło miasteczko. U zarania było to uroczysko w puszczy, na które z początkiem XVI wieku mnisi prawosławni przenieśli monastyr z nadto gwarnego Gródka położonego w górnym biegu rzeki Supraśli. Ponad 300 lat później rozpoczęła się dla osady epoka industrializacji, która na okres ponad 30 lat (do czasu wytyczenia linii kolei przez Białystok) zapewniła mu tytuł największego centrum przemysłowego w regionie, nagły wzrost liczby mieszkańców i widoczne do dzisiaj założenie przestrzenne miasteczka. W końcu, z początkiem XX wieku, dostrzeżono zalety letniskowo-kąpieliskowe, będące w szczególnej cenie wśród mieszkańców znacznie już większego Białegostoku. Na rynku pojawiły się domy na wynajem letnikom, powstawały sanatoria i ośrodki kolonijne, a od lat 20-tych XX wieku w okresie letnim rzesze spragnionych kąpieli i świeżego powietrza mieszczuchów były dowożone ze stolicy regionu kursującymi co godzinę autobusami. XXI wiek to okres zaniku funkcji przemysłowej, rozwoju infrastruktury turystycznej, oficjalne nadanie miastu statusu uzdrowiska oraz przyrost liczby mieszkańców wynikający z przenoszenie się na stałe za miasto licznych białostoczan.

Przedwojenny pensjonat Lewitówka

Jako białostoczanin z urodzenia bardzo wcześnie zacząłem korzystać z uroków Supraśla. Jedno z najwcześniejszych wspomnień to wycieczka mojej grupy przedszkolnej do supraskiego lasu. Później do Supraśla jeździłem na ryby, nie tyle żeby je łowić – tym zajmował się znacznie sprawniej ojciec kolegi z podwórka – lecz by kontemplować widoki na nadrzecznej polanie zwanej Pólkiem; na narty biegówki, bo śnieg w lesie zalegał dłużej niż w mieście; w końcu rowerem dla czystej przyjemności zaliczenia górskiej premii między Ogrodniczkami a Krasnem. Przenosiny do Warszawy nie zerwały tych kontaktów, jeno że wyjazd wymagał już więcej czasu i zachodu. Nie było dziełem przypadku, że pierwszym turystycznym doświadczeniem mojej starszej córki, gdy miała raptem 10 miesięcy i obowiązywały jeszcze kartki na mięso, był pobyt w domku letniskowym w podsupraskim Zapiecku. Jako że tradycyjnie w czasach zarazy uciekało się z miast i zaszywało w lasach, postanowiliśmy w ostatnich tygodniach spędzić tam kilka wolnych dni.
Mieszkaliśmy w pensjonacie w północnej części miasteczka, oddzielonej od reszty zabudowy dolinką z kompleksem stawów rybnych. Jesienią nie ma w nich wody, ale w sezonie wiosenno-letnim dobiega z nich żabie kumkanie, a ponad stawami widać w oddali wieże monasterskiej cerkwi Zwiastowania oraz kościoła poewangelickiego. Podobnie jak w okolicach monastyru rzeka Supraśl obmywa tu podnóże pokaźnego wzgórza, na którym stoi kilkanaście budynków wykorzystywanych głównie w celach letniskowych. Ta część miasteczka zwana jest uzdrowiskową ze względu na usytuowanie w niej szpitala uzdrowiskowego. W miejscowości gdzie budownictwo wielorodzinne jest absolutnym wyjątkiem sprawia przytłaczające wrażenie, nie tyle ze względu na wysokość, co na długość swej fasady. Najważniejsze jednak, że do lasu mieliśmy nie więcej niż 300 metrów, a do rzeki może ze 100. Z ciekawostek: Właścicielka prowadzi pracownię witraży. Nie wiem czy wykonuje prace wielkoformatowe, ale kolekcjonerzy aniołków i witrażowej ornitofauny znajdą tam coś dla siebie.

Widok od pensjonatu ku miastu

Spacer po okolicznych lasach Puszczy Knyszyńskiej jest daleki od monotonii. Sosna ciągle jest tu dominującym gatunkiem, ale, zwłaszcza na terenach podmokłych, wypiera ją świerk. A miejsc takich jest wiele, jako że prócz Supraśli i jej głównych dopływów (Czarna, Sokołda, Słoja, Płoska) las poprzecinany jest dolinkami pomniejszych cieków wodnych. Wyliczono, że w Puszczy Knyszyńskiej jest największe zagęszczenie obszarów źródliskowych na Niżu Polskim. Moim ulubionym jest źródełko na wschodnim krańcu Pólka, dużej śródleśnej polany rozciągającej się wzdłuż rzeki Supraśli z widokiem na rozległe łąki pokrywające dno doliny i zalesione wzgórza po jej północnej stronie. W ciepłe dni jest tu tłoczno i gwarno, ale poza sezonem miejsce emanuje spokojem. Źródełko wytacza swe wody spod niewysokiej skarpy, by po około 10 metrach biegu oddać je bezpiecznej toni większej rzeki. Tym razem poznaliśmy też objętą ochroną rezerwatową dolinkę strumienia Woronicza. Ścieżka przyrodnicza biegnie tam przez świerkowe bory przypominające południową tajgę przecinając wielokrotnie strumień po przerzuconych mostkach. Jej część wiedzie też trasą nieużywanej od lat kolejki leśnej. Początek i koniec ścieżki znajduje się na rozległej polanie służącej niegdyś składowaniu ściętych drzew przed wywiezieniem ich wąskotorówką do tartaków w Supraślu czy Czarnej Białostockiej. Na jej skraju powstaje obecnie zagroda pokazowa żubrów, których coraz liczniejsze stado bytuje w puszczańskich ostępach.
Choć okolice Białegostoku nie kojarzą nam się z dramatycznymi różnicami wzniesień ani imponującymi wysokościami bezwzględnymi, to jest to teren polodowcowy bogaty w mozaikowo poprzeplatane wzniesienia morenowe, ozy, kemy, zagłębienia wytopiskowe i równiny sandrowe. W samym Supraślu przejazd z zachodniej części miasta do dzielnicy uzdrowiskowej wymaga pokonania dwóch wyraźnych grzbiecików, niewysokich, ale o stromych stokach. Las skrywa pomniejsze formy polodowcowe, a podczas spaceru co rusz natrafia się na mniejsze i większe wzniesienia. Króciutki grzbiecik Łysej Góry między Zapieckiem, a dolinką potoku Jałówka wznosi się prawie 50 metrów ponad dno doliny Supraśli, a zdobywanie jego kolejnych kulminacji szybko doprowadza do zadyszki nawet sprawne fizycznie osoby. Znacznie dłuższe i sięgające wysokości 211 m npm Wzgórza Świętojańskie stanowią wschodnią oprawę doliny prawostronnego dopływu Supraśli rzeczki Płoski. Spacer ich grzbietem z widokami na strome, pocięte głębokimi dolinami zbocza dostarcza bez mała beskidzkich wrażeń, zwłaszcza, że w drzewostanie dominuje na znacznych obszarach grab, przez co krajobrazy są takie … dolnoreglowe. Dodatkowo, na Górze Świętego Jana postawiono drewnianą wieżę widokową skąd podziwiać można pejzaż doliny Płoski przecinającej ciągnące się po horyzont morze lasów.

Imponujący pałac przy końcu ulicy 3 Maja w Supraślu ma wygląd i rozmiary jakich nie powstydziłyby się rezydencje fabrykantów łódzkich. Nie przez przypadek – Adolf Buchholz zbudował go dla swojej małżonki Adeli ze znakomitej rodziny łódzkich przemysłowców Scheiblerów. Rodzina Zachertów, równie ważna dla rozwoju przemysłu w miasteczku, nie musiała budować sobie pałacu. Za swą siedzibę obrali jedno ze skrzydeł kompleksu klasztornego, gdzie początkowo zresztą mieściła się też ich fabryka. Od siedemdziesięciu lat pałac Buchholzów jest siedzibą Liceum Sztuk Plastycznych. Obecność licznej grupy artystycznie ukierunkowanej młodzieży ożywia Supraśl. Prace uczniów i absolwentów są rozrzucone po terenie miasteczka i całej Puszczy Knyszyńskiej. Charakterystyczny witacz przy drodze od strony Białegostoku czy cmentarzyk Powstańców Listopadowych w Kopnej Górze są ich znamienitymi przykładami. Na wieży pałacu Bucholzów, od kiedy pamiętam, ulokowane jest ogromne bocianie gniazdo. Ptaki te średnio przeżywają 8-9 lat, a ledwo 2% ich populacji dożywa 20 roku życia. Tak więc z wieży na pałacu obserwuje miasto, nadrzeczne łąki i okoliczne lasy już szósta generacja bocianów. Tradycja ludowa mówi, że obecność bocianiego gniazda chroni domostwo przed pożarem. Poczucie bezpieczeństwa „od ognia” musi być w Supraślu duże skoro ośrodek szkoleniowy straży pożarnej mieszczący się przez lata w pokaźnym budynku w centrum został zlikwidowany w 2006 roku.

Cmentarz powstańców listopadowych w Kopnej Górze

Za głębokiego PRL-u piesze wycieczki po puszczy z metą w Supraślu często kończyły się wizytą w barze Jarzębinka. Był to wówczas chyba jedyny ogólnodostępny lokal w miasteczku. Atmosfera panowała tam mocno proletariacka, ale wieść gminna niosła, że serwowano najlepszą kaszankę w okolicy. Dzisiaj w miasteczku przekąsić można w wielu lokalach. Pomimo obowiązującej sprzedaży tylko na wynos otwartych pozostało tak wiele z nich, że każdego dnia zamawialiśmy posiłek w innym miejscu. Dawna Jarzębinka już nie istnieje, ale odrodziła się pod tą samą nazwą kilka domów dalej. Jako że Podlasie chlubi się potrawami z ziemniaków, a Supraśl corocznie organizuje mistrzostwa świata w ich przyrządzaniu, objadaliśmy się kiszką i babką ziemniaczaną oraz kartaczami z Jarzębinki, Łukaszówki i Spiżarni Smaków. Podobnie jak we Francji, gdzie zupa cebulowa przyrządzana przez różnych kucharzy musi czymś się różnić, tak i tu babka babce nie była równa, ale wszystkie były warte grzechu obżarstwa. Wsparte szeroką paletą pierogów, w tym wegańskich, z białostockiego lokalu o bezpretensjonalnej nazwie Pani Pierożek, tak nam dogodziły, że po raz pierwszy w historii wspólnych wyjazdów nikt nie zgłosił uwag krytycznych do żadnego z zamówionych dań. Puszcza Knyszyńska okazała się rajem smakosza.

Gdy wyjechaliśmy na skraj nadsupraskich łąk słońce chyliło się ku zachodowi. Jego pomarańczowo kula wisiała tuż ponad koronami drzew. Robiło się coraz chłodniej. Na sygnał instruktora ruszyliśmy najpierw kłusem, a potem galopem. Jechałem w ariergardzie naszej grupy i, zwłaszcza na zakrętach, widziałem przed sobą wszystkich jeźdźców. Drogę wśród łąk pokrywała wąska lecz gęsta warstwa mgły. Sięgała końskich brzuchów, skrywając ich nogi. Płynęliśmy wśród morza mgły niczym okręty!
Te wspomnienia studenckich obozów jeździeckich w Puszczy Knyszyńskiej odżyły gdy spacerując po Supraślu dotarliśmy na przedpole monastyru do rozległej łąki zajętej przez pastwisko, ujeżdżalnie i stajnie klubu jeździeckiego Victoria. Korzenie aktywności jeździeckiej w miasteczku sięgają lat 90-tych XX wieku. Odwiedzałem wtedy Supraśl służbowo będąc częstym gościem Zarządu Parku Krajobrazowego Puszczy Knyszyńskiej. Tak wówczas jak i dzisiaj mieścił on się w uroczym dworku usytuowanym na skarpie między rzeką Supraśl, a zespołem klasztornym. Dworek zbudował w początku XIX wieku unicki biskup supraski, a później był on używany przez administratora dóbr fabrykanckiej rodziny Zachertów. Prócz podziwiania jego architektury miałem okazje poznać zespół pracujących tam wówczas ludzi. Była to niezwykle ciekawa i energiczna grupa. Prawdziwy rozsadnik pomysłów na rozwój Supraśla i jego okolicy. Jeśli się nie mylę przyczynili się do rozwoju supraskiego jeździectwa. Bez wątpienia natomiast znaleźli się wśród pomysłodawców Uroczyska – corocznego kilkudniowego wydarzenia reklamowanego jako spotkania z naturą i sztuką. Im więcej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonany, że o atrakcyjności Supraśla decyduje nie tylko położenie i architektura, ale i ludzie, którzy wcielając w życie swoje pomysły czynią wizytę w tym miejscu tak ciekawą.

Konie klubu jeździeckiego Victoria