Kategorie
Holandia

Czy w Holandii są zamki?

„Holandia jest to kraj cwany, 

Van Houten i tulipany, 

Ale gdzie pogrzebano psa? 

Jest to żarówka Philippsa!”

Melchior Wańkowicz utraciwszy w połowie lat 20-tych XX wieku posadę ministerialną postanowił zarabiać piórem, a powyższy czterowiersz sprzedany jako slogan reklamowy właścicielowi warszawskiego sklepu oferującego lampy i żarówki stał się początkiem jego błyskotliwej kariery literackiej. Van Houten to nazwa firmy, która w XIX wieku zrewolucjonizowała technologię obróbki ziaren kakaowca i wprowadziła na rynek czekoladę w znanej nam postaci. Gdyby o skojarzenia z Holandią zapytać cudzoziemców odwiedzających ten kraj, producent słodyczy ustąpiłby pewnie miejsca wiatrakom. Kolejne skojarzenie to woda, kanały i urządzenia hydrotechniczne. A co ze skojarzeniami architektonicznymi? No tak, kamienice mieszczańskie, których kolorowe fasady odbijają się w lustrze wody i urocze wiejskie domki w otoczeniu bujnej zieleni. Gdy wyszukiwarce Google polecimy odnalezienie obrazów związanych z Niderlandami, zostaniemy zasypani takimi właśnie widokami. Trzeba się sporo naklikać, aby trafić na obiekty z dwóch innych kategorii, które zwyczajowo stanowią atrakcje turystyczne w większości pozostałych krajów europejskich, a mianowicie kościoły i zamki. Miasta niderlandzkie, choć obfitują w imponujące średniowieczne i nowożytne świątynie, obecnie nie uważają ich za swoje najcenniejsze atrakcje. Holandia nie posiada obiektu sakralnego o symbolicznym znaczeniu katedry kolońskiej, paryskiej Notre Dame, czy angielskiego Canterbury. Z zamkami sytuacja jest jeszcze gorsza! Po pierwsze, w kraju płaskim jak stół i z wysokim poziomem wód gruntowych brakowało miejsca na stawianie tradycyjnie rozumianych obiektów obronnych, jakimi są zamki. Po wtóre, zamki jako symbole władzy feudalnej, w państwie opartym na rozwoju handlu, silnych miastach i klasie mieszczańskiej oraz wolnych włościanach, nie były chyba najchętniej widziane. Mamy więc w Holandii obiekty noszące cechy architektury zamkowej, jak Parlament w Hadze, Rijksmuseum w Amsterdamie, czy nawet niektóre dworce kolejowe, ale służą one innym celom. Nie dajmy jednak wiary pogłoskom, że zamków w Holandii nie ma! W trakcie moich wizyt w tym kraju natknąłem się na bardzo interesujące przykłady architektury obronno-rezydencyjnej.

Dwa symbole Niderlandów

Położony kilkanaście kilometrów na zachód od Utrechtu zamek de Haar jest największym  obiektem tego typu w Holandii. Jest też jednym z najchętniej odwiedzanych muzeów w kraju. Jak na tak gęsto zaludnione terytorium, powierzchnią 55 ha imponuje też otaczający zamek park. Skoro natura poskąpiła stromizny stoków jako elementu obronnego, otoczenie zamku, jak na Niderlandy przystało, pocięto systemem kanałów i zbiorników wodnych. Mury zamkowe schodzą wprost do wody, co jako posiadaczowi zagrożonych wilgocią piwnic, wzbudzało we mnie pewien niepokój o ich stan. Zamek od XV wieku stanowi własność rodziny van Zuylen, chociaż niejednokrotnie przechodził z rąk przedstawicieli jednych jego gałęzi, do dalszych krewnych. Historia milczy o heroicznych szturmach, czy obronie jego murów, choć prawdopodobnie budowla ucierpiała podczas walk mieszczan utrechckich ze swoim biskupem w II połowie XV wieku, czy po zajęciu jej przez Francuzów w 1687 roku. Jak to często bywa, nie niszczycielska działalność człowieka, lecz brak interwencji rąk ludzkich doprowadził w końcu szacowny budynek do ruiny. W takim też stanie odziedziczył go kolejny właściciel – baron Etienne van Zuylen van Nijevelt – fascynat średniowiecznej architektury oraz historii swego rodu. Jako, że jego małżonką była baronessa Helene de Rothschild z francuskiej gałęzi bankierskiego klanu, począwszy od 1892 roku mógł zacząć wcielanie w życie marzenia o rekonstrukcji rodzinnego gniazda. Do tego zadania zatrudniono architekta Pierre’a Cuypersa znanego z licznych realizacji w stylistyce historyzującej. Prace trwały 20 lat, ale ich rezultat, mimo upływu lat, wciąż robi ogromne wrażenie.

Odnoszące się do pary inwestorskiej przekazy, jakoby ich związek został uznany w obydwu rodzinach za mezalians, a nawet, że Helena została wydziedziczona, kłócą się z wiedzą na temat zakresu prac, które zostały wykonane oraz bogactwem wyposażenia zamku, jakże często noszącego adnotację: „Pochodzi z kolekcji rodziny Rotschildów”. Prace wokół zamku nie sprowadzały się do prostej odbudowy, a stanowiły jego rozbudowę polegającą na wzbogaceniu go o nowe elementy i nadaniu nowej roli pozostałościom dawnej budowli. Zamek miał służyć mieszkańcom – beneficjentom epoki bezprecedensowego rozwoju cywilizacyjnego. Zapewniono w nim więc dostęp do wszelkich udogodnień oferowanych w końcu XIX wieku takich, jak elektryczność i centralne ogrzewanie. Zamkowa kuchnia została wyposażona przez paryską firmę specjalizującą się projektowaniu i zaopatrzeniu kuchni luksusowych hoteli. Wszystkie te sprzęty zostały zachowane – w pseudośredniowiecznym sztafażu zamek oferuje też zwiedzającym swoisty przegląd luksusowej techniki użytkowej sprzed 120 lat. Pozostałe pomieszczenia zamku zadziwiają pomieszaniem unikalnych obiektów z różnych epok, a nawet z różnych stron świata. Jednym z najcenniejszych eksponatów jest japońska lektyka (jedna z dwóch tego typu zachowanych na świecie), w innej sali podziwiać można rzeźbę gotyckiej Madonny, a ściany sali balowej pokryte są XVI wiecznymi gobelinami. Park otaczający kompleks zamkowy podzielony jest na kilka części: rzymską, rozarium, park angielski i francuski. W trakcie rekonstrukcji otoczenie zamku wyglądało jednak inaczej. Pod same mury podchodziły zabudowania wsi Haarzuilens. Została ona więc przeniesiona 1,5 km na zachód, a jej zabudowania za wyjątkiem kościółka zniesione. W jej miejsce nasadzono 7 tysięcy drzew w wieku nawet 40 lat. Baronostwo nie mogli bowiem tak długo czekać, żeby cieszyć oczy w pełni wyrośniętym drzewostanem.

Zamek w takim stanie odziedziczył baron Etienne van Zuylen
Aleja parkowa w de Haar
Domy Haarzuilens podchodziły kiedyś pod same mury zamku

Sąsiadem Utrechtu od wschodu jest miasto Zeist. Położone w otoczeniu lasów i  kanałów, od XIX wieku stało się ulubionym miejscem odpoczynku, a z czasem i zamieszkania, bogatych mieszkańców Utrechtu. Dzisiaj cieszy oko wieloma wystawnymi rezydencjami – jak to w Holandii – nie tylko bogatymi, ale i udanymi architektonicznie. Miejscowość emanuje uporządkowanym dostatkiem. W Zeist ma swoją siedzibę Królewski Niderlandzki Związek Piłki Nożnej. Na kartach historii, w dziale międzynarodowe prawo karne, miasto zapisało się przez fakt przeprowadzenia w pobliskiej bazie lotniczej procesu terrorystów odpowiedzialnych za zamach na samolot linii PANAM nad szkockim Lockerby. Na mapie miasta wyróżnia się założenie pałacowo-parkowe stanowiące zarówno punkt odniesienia, jak i element porządkujący plan całej jego południowo-zachodniej części. To tam, na miejscu po średniowiecznym zamku, książę Willem Adrian I van Nassau-Odijk zlecił budowę pałacu wzorowanego na Wersalu. Książę był solidnie skoligaconym dyplomatą, awanturnikiem i oszustem, który prawem kaduka przywłaszczył sobie uprawnienie do używania drugiej części nazwiska, gdyż majątek Odijk nigdy do niego nie należał. Wychował się w Paryżu i choć był zmuszony opuścić miasto z powodu długów karcianych, wywiózł stamtąd najlepsze wzory architektoniczne. Pałac był gotowy w 1687 roku. Jest, oczywiście, tylko miniaturą swojego pierwowzoru. Ściany ma licowane czerwoną cegłą, a zdobienia używane dosyć oszczędnie, przez co bywa klasyfikowany jako wczesny przykład niderlandzkiego klasycyzmu. Jak na okolicę przystało, otoczony jest fosą, a teren pałacowego parku pocięty został licznymi kanałami. Majątek należał do rodziny van Nassau tylko nieco ponad 60 lat, potem często zmieniał właścicieli. W latach 40-tych XVIII wieku zaproszono do osiedlenia się w Zeist braci morawskich – reprezentujących nurt luteranizmu kładący nacisk na rozbudzenie uczuć religijnych poprzez modlitwę, studiowanie Biblii, krzewienie idei religii żywej, edukację warstw najuboższych i działalność misyjną. Na przedpolu pałacu wzniesionego przez księcia Willema Adriana bracia stworzyli większy od niego kompleks zabudowań ze zborem i szkołą. Rozłożony po obu stronach alei dojazdowej prostokąt zabudowy, nawiązujący stylem do pałacu, stanowi oprawę swoistego dziedzińca wstępnego do małego Wersalu księcia Willema Adriana.

Zeist – zabudowa centrum

Poznawszy już rezydencję arystokratyczną (Zeist) i arystokratyczno-burżuazyjną (de Haar) warto zainteresować się realizacją marzeń o siedzibie na odludziu, w otoczeniu przyrody i kolekcji sztuki współczesnej. Na takie mogli sobie pozwolić ludzie naprawdę majętni, do których w początkach XX wieku należeli Anton Kröller i jego żona Helene Kröller-Müller. Ich małżeństwo, niczym dawne księstwa, połączyło w 1888 roku prosperujące przedsiębiorstwa z Holandii i Niemiec, tworząc jedną z pierwszych ponadnarodowych firm w Europie. Dorobiwszy się na handlu i transporcie rud kopalnych, skupili oni ok. 6500 ha terenów na północ od Arnhem. W 1915 roku zlecili zaprojektowanie i budowę w tym miejscu swej siedziby wybitnemu architektowi Hendrikowi Petrusowi Berlage. Ten, początkowo projektował w duchu historyzmu, ale po wizycie w USA, gdzie poznał twórczość Franka Lloyda Wrighta, przerzucił się na racjonalny modernizm. W takim właśnie duchu zaprojektował Dom Myśliwski Świętego Huberta – Myśliwski, gdyż ogrodzony teren zalesiano i sprowadzano doń różne gatunki jeleniowatych oraz muflony. Były to czasy, gdy z lasu można było pozyskiwać drewno lub zwierzynę. Ten pierwszy sposób uznawano za chciwość, a drugi za zainteresowanie naturą, o ile łowiectwo  było prowadzone z umiarkowanym natężeniem. Tak, więc architekt Berlage zaprojektował rozległe założenie, rozciągnięte wzdłuż sztucznego jeziora, którego rzut przypomina niektórym głowę jelenia z imponującym porożem. Projekt obejmował dom z wyposażaniem i całe otoczenie. Tematem wiodącym był żywot świętego Huberta z Liege. Witraże w holu odzwierciedlają historię jego życia, a poszczególne pomieszczenia budynku mają różne motywy kolorystyczne, które symbolizują jego etapy. Cóż ta, ukończona w roku 1920, siedziba ma wspólnego z zamkiem? Otóż w przeciwieństwie do angielskich pierwowzorów nowożytnych domków myśliwskich, wieńczy ją wysoka na 31 metrów wieża, zdobna, niczym głowa spotkanego przez św. Huberta jelenia, solidnym krzyżem. Malowniczo odbija się ona w lustrze jeziora. A, że cały budynek licowany jest czerwoną cegłą, wrażenie zamkowości jest uderzające.

Widok ogólny Domu Myśliwskiego Świętego Huberta. Fot. China Crisis, licencja CC-BY-SA 3.0 nl
Dom Myśliwski Świętego Huberta – fasada boczna. Fot. China Crisis, licencja CC-BY-SA 3.0 nl
Jadalnia w domu myśliwskim. Fot. Michele Ahin, licencja CC-BY-SA 3.0 nl

Równie ciekawy, jak architektura opisanych obiektów, jest ich program funkcjonalny. Zamek De Haar wraz z parkiem został przekazany przez rodzinę van Zuylen van Nijevelt Fundacji Kasteel de Haar, natomiast pozostała część posiadłości należy do Stowarzyszenia Natuurmonumenten, zajmującego się ochroną przyrody. Arystokratyczni właściciele zastrzegli sobie prawo wyłączności do użytkowania zamku we wrześniu każdego roku. Szczególnie za czasów barona Thierry’ego van Zuylen (1932-2011) zjazdy rodzinne były uświetniane obecnością gości specjalnych, zwłaszcza ze sfer artystycznych. W tym charakterze de Haar odwiedzili m. in. Coco Chanel, Maria Callas, Gregory Peck, Roger Moore, Yves Saint Laurent, Joan Collins i Brigitte Bardot. Obecnie pięć córek i wnuczek barona Thierry’ego starają się nadal kontynuować tę tradycję. Oprócz głównego zamku, w skład kompleksu wchodzi też zamek bramny, czyli Châtelet. Choć nie odróżnia się stylem od głównego korpusu, pomyślany był jako budynek zaplecza technicznego oraz mieszkania dla służby. Jeszcze jednak za życia fundatorów powstały tam pokoje gościnne, do których z czasem przenieśli się gospodarze i ich dzieci. Począwszy od lat 50-tych XX wieku pokoje te wykorzystywane są w czasie pozawrześniowych wizyt członków rodziny van Zuylen. Można ich tam spotkać regularnie w okresie świąt Bożego Narodzenia. Fundacja utrzymuje się wyłącznie ze sprzedaży biletów do zamku i parku oraz komercyjnego udostępniania obiektu. Odbywają się tam targi, wystawy i konferencje. I oczywiście wesela. Do wynajęcia jest też kościół, w którym dysponujący sumą około 2000 Euro mogą zorganizować ceremonię ślubną.

Łazienka w zamku de Haar

Pałac w Zeist od prawie 100 lat jest własnością miasta i pełni rolę odpowiednika naszego centrum kultury. Tyle, że nie w znaczeniu instytucjonalnym, a czysto użytkowym. Usługi takie, jak wystawy, przedstawienia teatralne, organizacja koncertów, czy imprez weselnych, a nawet oprowadzanie po wnętrzach obiektu, świadczone są przez organizacje partnerskie. Okoliczny park, prócz dostarczania pożywienia i miejsc lęgowych ptactwu wodnemu i lądowemu, służy też za galerię rzeźby specjalizującą się w sztuce nowoczesnej. Bracia morawscy natomiast wynajmują swoją część zabudowań na potrzeby komercyjne.

Zbór braci morawskich w Zeist

Posiadłość Kröller-Müllerów ma najbardziej różnorodne funkcje. Lasy i wrzosowiska zostały objęte ochroną, jako największy w Holandii park narodowy Hoge Veluwe. W 1935 roku Helena Kröller-Möller podarowała swoją unikalną kolekcję malarstwa państwu, w pakiecie z projektem muzeum przygotowanym kilkanaście lat wcześniej przez słynnego Henrego van de Velde. Budynek powstał już w trzy lata później, a ofiarodawczyni została jego pierwszą dyrektorką. Drugą na świecie, pod względem ilościowym, kolekcję obrazów Van Gogha w towarzystwie znakomitych dzieł Pabla Picassa, Odilona Redona, Georges-Pierra Seurata, Augusta Rodina i Pieta Mondriana można więc dzisiaj odwiedzić w sercu obszaru chronionej przyrody. Muzeum z czasem rozbudowało się o nowoczesne pawilony oraz galerię rzeźby. Park Narodowy także wzbogacał okolicę w lekkie, współczesne konstrukcje na potrzeby administracji i obsługi ruchu turystycznego, czego zwieńczeniem było oddane do użytku w 1993 roku Museonder, czyli muzeum przyrodniczo-geologicznego szczycącego się mianem  pierwszego na świecie muzeum w pełni skrytego pod powierzchnią gruntu. Na terenie parku mamy więc obszerny przegląd architektury XX wieku. Sam dom myśliwski po  przejęciu przez państwo służył przez kilkadziesiąt lat, jako rządowa rezydencja. Obecnie jednak jego główną rolą jest przybliżanie postaci Kröller-Müllerów oraz twórczości Hendrika Berlaga. Jako, że jesteśmy w Niderlandach, podstawowym środkiem transportu w parku są bezpłatnie użyczane rowery.

Kröller-Müller Museum – pawilon Rietvelda. Fot. Gerardus, domena publiczna
Wejście do Kröller-Müller Museum. Fot. Gerardus, domena publiczna
Pawilon parkowy w Parku Narodowym Hoge Veluwe. Fot. Stijn Bollaert, za https://www.dezwartehond.nl/en/projecten
Wejście do Museonder, fot. Henk Monster na licencji Creative Commons

Holandia uchodzi za kraj nudny, monotonny nie tylko krajobrazowo, ale i obyczajowo. Trudno mi zgodzić się z taką oceną. Widzę w niej raczej olbrzymią różnorodność upakowaną na niezbyt wielkim obszarze. Mam też wobec tego kraju dług wdzięczności, jako, że wizyta tam przed 27 laty nauczyła mnie segregować śmieci i pić kawę, a nawet, do pewnego stopnia, odróżniać jej rodzaje. Zwiedzając niderlandzkie zamki i pałace nauczyłem się natomiast nie tylko podziwiać rozmach ich architektury i bogactwo wyposażenia, ale też pomysłowość ich wykorzystania z nadaniem współczesnych funkcji częstokroć odbiegających od najbardziej szalonych pomysłów ich fundatorów. 
No, ale cóż: „Holandia jest to kraj cwany, (…)”

Kategorie
Belgia

Gdzie właściwie są granice Brukseli?


Kompleks gmachów Parlamentu i innych instytucji europejskich wbija się bezceremonialnie w zastaną tkankę miasta. Najlepiej widać to od strony Placu Luksemburskiego. Nad dwukondygnacyjnym dawnym budynkiem dworca luksemburskiego, mieszczącym obecnie Visitor center Parlamentu, wznosi się szklano-kamienna ściana głównego kompleksu. Minąwszy budyneczek dworca, noszący obecnie nazwę Station Europe, wchodzimy do innego, także w architektonicznym sensie słowa, świata. Za nami pozostaje architektura mieszczańska. Otacza nas obecnie biurowy post-modernizm.

Otacza także w dosłownym znaczeniu – przejście z Visitor Center do Parlamentu biegnie na wysokości drugiej kondygnacji zabudowanym okrężnym pasażem. Ściany pasażu służą jako stelaż do ekspozycji wszelakich wystaw przygotowanych pod patronatem PE. Symbolicznie wyznaczają też granice Agory Simone Veil, wieloletniej eurodeputowanej i przewodniczącej pierwszego składu PE pochodzącego z wyborów bezpośrednich. Przestrzeń ta wraz z Esplanadą Solidarności 1980 roku (tak, tak!) stanowi corocznie tło dla ponad 40 wydarzeń o charakterze publicznym, urządzanych przez instytucje europejskie i inne organizacje.

Nazwa esplanady nie jest jedynym polskim akcentem w najbliższej okolicy. Na środku Placu Luksemburskiego wznosi się pomnik poświęcony dziewiętnastowiecznemu przemysłowcowi angielskiemu Johnowi Cockerillowi. Jako innowator w zakresie technologii i zarządzania był on pomysłodawcą powstania w Belgii pierwszego zintegrowanego kompleksu przemysłowego, obejmującego kopalnie, huty, linie kolejowe, port i flotę transportową. Ponieważ taki mózg dla realizacji swych pomysłów potrzebował większych przestrzeni, Cockerilla nosiło po Europie od Londynu po Petersburg. W ówczesnym Królestwie Polskim angażował się w rozwój przemysłu włókienniczego. I traf sprawił, że właśnie na ziemiach polskich padł ofiarą tyfusu i umarł w roku 1850 w Warszawie.


Skwer przed Komitetem Regionów i przedstawicielstwem Bawarii w EU. Kogo symbolizują chowające głowę w piasek strusie?
Widok z Parc Leopold na Dom Historii Europejskiej

Stojąc pod jego pomnikiem i podziwiając kompleks Parlamentu mało kto zdaje sobie sprawę, że jest to widok międzymiastowy. Plac Luksemburski należy do Ixelles, a Parlament ma adres już we właściwej Brukseli. Obszar, który potocznie nazywamy Brukselą, to jeden z trzech regionów, na które podzielona jest Belgia – Region Stołeczny Brukseli, dzielący się z kolei na 19 gmin miejskich. Cały region obejmuje powierzchnię nieco ponad 160 km² i ma niemalże 1,2 mln mieszkańców, z czego właściwa Bruksela (Bruxelles-Ville) zajmuje ok 1/5 powierzchni i odpowiada za 15% populacji. Poszczególne gminy różnią się wielkością i liczbą mieszkańców, ale łączy je dosyć fantazyjny przebieg granic. Gmina Bruksela to oczywiście centrum, w granicach obwodowych bulwarów (z powodu kształtu zwane Pentagonem) wraz z zachodnią wypustką obejmującą dzielnicę europejską i Park Pięćdziesięciolecia oraz znacznie rozleglejszymi terenami na północ od centrum, obejmującymi Laeken na zachodnim i Haren na wschodnim brzegu rzeki Senne. Na granicy z Ixelles dwa muzea (Wiertza i Historii Naturalnej) usytuowane prawie naprzeciwko siebie, przy Rue Vautier, znajdują się formalnie w różnych miastach. Prowadzone przez sieć Marriota Executive Apartments na Rue du Parnasse umiejscawiają się w Brukseli, ale Google Maps opisują ten adres, jako należący do Ixelles. Wszystko to jednak nic w porównaniu z gminą Baarle leżącą na granicy z Holandią (przepraszam – Niderlandami), gdzie komisja wyznaczająca granicę w 1839 roku zdecydowała, że o przynależności państwowej zdecyduje wola właścicieli każdej parceli w mieście. W rezultacie granica jest mozaiką około 30 enklaw i eksklaw, często o konstrukcji szkatułkowej, a tubylcy wybijają otwory drzwiowe w ścianie domu wychodzącej na teren państwa, gdzie aktualnie płaci się niższe podatki. Na przyjezdnym sprawia to wrażenie ogromnego chaosu, ale miejscowi w tym systemie świetnie się odnajdują. Zdolności zarządzania takim chaosem przydały się niewątpliwie obywatelom belgijskim w rekordowym okresie 535 dni bez rządu, który nastąpił po wyborach jesienią 2016 roku

W stolicy Belgii i Europy bywałem już parokrotnie. Że jednak były to, albo wyjazdy służbowe z dosyć napiętym programem, albo krótkie postoje, kiedy koncentrowałem się na wybranym obiekcie bądź ich zespole, nie potrafiłem sobie skonstruować spójnego obrazu tego miasta. Bo z jednej strony, oczywiście, wspaniała zabudowa Grand Place i obowiązkowy spacer do figurki Manneken Pis’a, podświetlane nocną porą Atomium, czy widok na miasto spod Pałacu Sprawiedliwości. Z drugiej, przelotowe ulice, co rusz nurkujące w tunele i wizyta w depresyjnych podziemiach Gare Central. Już wówczas jednak miałem wrażenie spotkania z miastem patchworkowym i policentrycznym, gdzie pompatyczność i wielkomiejskość przeplatają się z przytulnością i urbanistyczną swojskością. Ostatnio miałem okazję uporządkować autonomiczne migawki z dotychczasowych wizyt w jeden, w miarę spójny, obraz – całe dwa dni poświęcone wyłącznie Brukseli! Taką sposobność trzeba było wykorzystać.

Wielkie miasta lokowane były zazwyczaj nad wielkimi rzekami. Może nie tyle wielkimi w sensie długości, ale na pewno na tyle pełnowodnymi, aby stanowiły szlaki wodne, którymi transportowano do dawnych miast olbrzymie ilości potrzebnych towarów. W żyjących z handlu miastach Flandrii i Niderlandów port morski lub rzeczny był niezbędnym warunkiem rozwoju i prosperity. Z czasem do roli transportowej dodano krajobrazową. Rzeki dawały rozległą perspektywę stawianym na ich brzegach budowlom. Ich szerokie doliny wpuszczały do gęsto zabudowanych dzielnic centralnych jakże potrzebne świeże powietrze. Tymczasem Bruksela wydaje się być wyjątkiem od tej reguły. Idę o zakład, że 99 na 100 turystów spotkanych na Grand Place nie wie nad jaką rzeką leży to miasto i nie potrafi powiedzieć, gdzie trzeba jej szukać. Tymczasem przez Brukselę przepływa rzeka Senne tyle, że przesunięta w wyniku działań ludzkich około 1,5 km na północny-zachód od swego pierwotnego koryta. Ma ona nabrzeżne bulwary, przecina ją kilka ciekawych architektonicznie mostów, ale jej okolica emanuje jakąś drugorzędnością, a ku północy szybko nabiera charakteru industrialno-ruderalnego.

Nie zawsze jednak tak było. Jeszcze w połowie XIX wieku Senne płynęła przez miasto  czterema ramionami, z których dwa przecinały samo centrum. Wiły się one malowniczo, tworząc wyspy i cyple, przeciskając się między domostwami oraz pod niezliczonymi mostkami i kładkami. Były jednak coraz bardziej zamulone, służyły za śmietnik i ściek oraz stwarzały zagrożenie sanitarne. W ramach modernizacyjnych wysiłków burmistrza Julesa Anspacha ich wody zostały uregulowane i ukryte w murowanych kanałach. Był to pierwszy etap wypychania  rzeki z centrum miasta. Kolejny nastąpił w latach 50-tych XX wieku, kiedy zlikwidowano wcinające się w miasto baseny portowe, a rzekę z kanałów przeniesiono na zachód od Pentagonu, do koryta biegnącego mniej więcej po śladzie dawnego Canal de Charleroi.

Współczesne centrum Brukseli z rzeką wypchniętą na ubocze

Ta długotrwała ingerencja w miejscową hydrografię pozostawiła ślady w nazwach ulic. W północno-zachodniej części centrum aż roi się od ulic mających w nazwie słowo nabrzeże (Quai). W pobliżu mieścił się nasz hotel i od tej strony rozpoczęliśmy zwiedzanie. Baseny portowe miały sporą szerokość i taką zachowały powstałe na ich miejscu ulice i place. W sposób charakterystyczny dla Brukseli mieszają się tu style i przeznaczenia budynków. Trzytraktowe, wąskie a wysokie kamieniczki o średniowiecznym pochodzeniu sąsiadują z XIX wiecznymi pałacami miejskimi, obok których wznoszą się ascetyczne produkty międzywojennej architektury modernistycznej. Brukselczycy nie żywią nadmiernego szacunku dla reliktów przeszłości. Jeśli coś można zburzyć i zastąpić czymś nowym, to zapewne tak się stanie. Jest tu wiele cennych pamiątek historii, ale trudno  wskazać konkretny obiekt historyczny, który można uznać za charakterystyczny dla miasta.

Imponująca fontanna upamiętniająca burmistrza Anspacha i jego dokonania może uchodzić zarówno za taki symbol, jak i służyć jako przykład elastycznego podejścia do zabytków przeszłości. Gdy rzekę Senne zasklepiono w kanałach, jako architektoniczną kulminantę powstałych na powierzchni bulwarów pozostawiono XVII wieczny kościół Augustianów. Budynek ten, zdesakralizowany jeszcze w 1830 roku, służył później jako sala koncertowa i urząd pocztowy, ale ku końcowi XIX wieku został uznany za niewystarczająco reprezentacyjną przeszkodę w ruchu drogowym. Bogiem a prawdą parcela w tak reprezentacyjnym miejscu nie przynosiła miastu dochodów. Wzniesiono więc zamiast dawnego kościoła hotel Continental. Przed hotelem, na Place De Brouckère, postawiono imponująca fontannę. Miejsce było odpowiednio wybrane, na osi bulwarów i w rozwidleniu podziemnego kanału powstałego z inicjatywy burmistrza. W tej lokalizacji fontanna dotrwała do 1973 roku, kiedy musiała ustąpić budowanej linii metra (a właściwie podziemnego tramwaju, zwanego pre-metrem). Po kilku latach władze znalazły jej właściwą lokalizację, nadal związaną z rzeką Senne. Teraz fontanna Anspacha wieńczy od północy kompleks basenów upamiętniających istnienie w tym miejscu dawnych nabrzeży portowych. Wszyscy, którym żal było zniszczonego kościoła, też otrzymali satysfakcję. Jego wspaniała fasada w stylu baroku brabanckiego została zdemontowana i sprzedana parafii katolickiej św. Trójcy w Ixelle. Oddany do użytku w 1908 roku kościół cieszy tam oczy starszą o 270 lat fasadą.

Dzwonnica – najstarszy zachowany element kościoła św. Katarzyny

Okolice kościoła św. Katarzyny zamykające od południa dawną dzielnicę portową noszą jeszcze jeden ślad niegdysiejszego przeznaczenia. Miejscowe restauracje mają w ofercie największy w mieście wybór ryb i owoców morza. Niegdyś sprzedawano je z kutrów cumujących naprzeciwko i kucharze nie musieli tracić wiele czasu na ich zakup. Obecnie muszą pokonać nieco dłuższą i bardziej skomplikowaną drogę na talerz smakoszy, ale genius loci miejsca, gdzie serwują najświeższe i najlepiej przyrządzone ryby, wciąż obowiązuje. A ponieważ w wielu restauracjach nie prowadzi się rezerwacji, wieczorami stoją przed nimi długie kolejki miejscowych i turystów stęsknionych smaku świeżej rybki. Nam nie wystarczyło cierpliwości, ale nie żałujemy, bo w pobliżu znaleźliśmy miejsce w zacisznej Brasserie du Gourmet. Jedzonko było pyszne, a stolik przy oknie dawał widok na Place du Beguinage oraz iluminowaną fasadę kościoła beginek. Pobliska kawiarnia Cafe Velvet z wejściem naprzeciwko stacji metra Sainte Catherine przez cały dzień pracy, niestety tylko do godziny 18, serwuje dania z menu śniadaniowego. W cenie przeciętnego obiadu można zjeść obfite, późne śniadanie i zamówić jeszcze parę drinków w pobliskich barach.

Chociaż północna Belgia, gdzie rozlokowana jest Bruksela, to kraj nizinny, to jednak miasto podzielone jest na Dolne i Górne. To ostatnie znajduje się w zachodniej części Pentagonu i nosi historyczną nazwę Coudenberg. Na początku XII wieku książęta Brukseli i Leuven wznieśli tu swoją siedzibę. Położony na wzgórzu zamek miał naturalne walory obronne i pozwalał kontrolować położone niżej miasto. Od tego czasu jest to dzielnica władzy sprawowanej przez hrabiów, książęta, arcybiskupów, królów, cesarzy i gubernatorów. W mroźną noc 3 lutego 1731 roku cały kompleks pałacowy wraz z bogatym wyposażeniem, w tym dziełami Brueghla i Rubensa, strawił pożar. Do dnia dzisiejszego zachowały się tylko odkopane przez archeologów podziemia. Ruiny pałacu przetrwały ponad 40 lat, zanim z inicjatywy gubernatora Niderlandów – księcia Karola Lotaryńskiego – usunięto je tworząc istniejący do dzisiaj Place Royale. Jako, że gotycka kaplica zamkowa, która przetrwała pożar, kłóciła się z koncepcją zabudowy w stylu klasycystycznym, padła ofiarą modernizacyjnych ambicji księcia gubernatora. Burmistrz Anspach miał, jak widać, godnych poprzedników. W stojącym przy placu kościele św. Jakuba, 21 lipca 1831 Leopold, książę Sachsen-Coburg-Saalfeld został zaprzysiężony na pierwszego króla Belgów. Książe miał unikalną okazję przebierania w ofertach – jednocześnie swój tron ofiarowywali mu Grecy.

Muzeum Instrumentów Muzycznych

W okolicy placu ulokowały się narodowe instytucje kultury takie, jak Muzeum Sztuk Pięknych. Kolejny król Leopold II, wymarzył więc sobie, aby cały stok wzgórza, opadający ku Dolnemu Miastu, przeznaczyć na cele kultury. Ówczesny burmistrz, Charles Buls, miał bardziej zachowawczy pomysł, polegający na modernizacji przy zachowaniu najcenniejszych obiektów zabytkowych. Jak jednak było do przewidzenia, to pomysł króla porwał umysły radnych, więc burmistrz podał się do dymisji. Niestety, za życia Leopolda II zdołano przeprowadzić tylko masowe wyburzenia. Realizacja pomysłu pradziadka ziściła się w latach 50-tych XX wieku, kiedy na tronie zasiadał król Baudoin. Powstały wówczas budynki Biblioteki Królewskiej, Archiwum Narodowego oraz Pałac Kongresowy. Cały teren zyskał też nazwę Wzgórza Sztuki (Mont des Arts). Zwiedzanie muzeów i poznanie ich zasobów to zadanie na wiele dni, ale wizyta w tej dzielnicy to ciekawe przeżycie ze względu na wspaniałą architekturę budynków oraz rozległy widok na Dolne Miasto i dalej położone dzielnice/gminy całej aglomeracji. Spośród świetnych gmachów wyróżnia się Muzeum Instrumentów Muzycznych, mieszczące się w dawnym domu towarowym Old England. Postawiony w 1899 roku sześciokondygnacyjny budynek był jedną z pierwszych budowli o konstrukcji stalowej tej skali. W dodatku, po raz pierwszy do pokrycia ścian użyto w nim wyłącznie tafli szklanych. Malowniczo położony na stoku Coudenberg przy łukowato wygiętej ulicy, bogaty w wymyślne zdobienia w stylu Art Noveau jest, w moim osobistym rankingu, jednym z kandydatów do architektonicznego symbolu Brukseli. 

W mapę Brukseli wpisują się zielone plamy wielkich parków: Pięćdziesięciolecia na zachód od siedziby Komisji Europejskiej i Brukselskiego na wprost Pałacu Królewskiego. Pod względem zagęszczenia atrakcji bije je jednak na głowę filigranowy Square du Petit Sablon. Choć z nazwy jest placem, to jednak ma charakter uroczego parku kieszonkowego. Jego powstaniu przyświecał swoisty program ideowy. Jest  to mianowicie mauzoleum ku czci przywódców antyhiszpańskiego powstania, hrabiów Egmonta i Hoorna, jak również pomnik cywilizacyjnych osiągnięć XVI wiecznych prowincji niderlandzkich. Utworzono go na miejscu zamkniętego średniowiecznego cmentarza w 1890 roku przenosząc tu z Grand Place pomnik wspomnianych hrabiów, straconych na rozkaz hiszpańskiego namiestnika, księcia Alby, w 1568 roku. Figury bohaterów na wyniosłym cokole nieustraszenie kroczą na szafot, a otacza je półkręgiem zanurzonym w zieleni 10 rzeźb współczesnych im postaci – wiodących przedstawicieli nauki i sztuki. Wśród nich znajdziemy Gerarada Mercatora – geografa i kartografa, twórcę siatki kartograficznej jego imienia. Park otoczony jest parkanem z misternie kutego żelaza, na filarach którego umiejscowiono kolejne 48 figurek symbolizujących tradycyjne rzemiosła XVI wiecznej Brukseli. Po przeciwnej stronie Rue de la Regence widok zamyka malowniczy gotycki kościół Matki Boskiej z Sablon. Choć jego styl lepiej chyba nazwać supergotyckim. W czasie renowacji, na przełomie XIX i XX wieku, architekci – wyznawcy teorii wielkiego Violet le Duc’a (tego od paryskiej katedry Notre Dame) – stworzyli budowlę, która nie przypomina którejkolwiek ze swoich wcześniejszych wersji. Dodali wieżyczki, szczyty i ażurowe balustrady, zbudowali przypory i najeżyli obrys pinaklami i rzygaczami. Cóż by dopiero było, gdyby komisja przyjmująca do wykonania ich projekt nie odrzuciła pierwszej wersji uznając, iż była nadmiernie ekstrawagancka.

Kościół Matki Boskiej z Sablon z misternym ogrodzeniem Petit Sablon

Z dawnych pobytów w Brukseli w pamięci utkwiło mi wrażenie przebywania, nie w metropolii i stolicy Europy, a w prowincjonalnym miasteczku nieokreślonego kraju zachodniej Europy. Częściowo powodowała to skala zabudowy prócz centralnej części, daleka od monumentalizmu. Swoje dokładała też urbanistyka: ulice mieszkalne są wąskie; rola budynków publicznych jest podkreślona usytuowaniem przy placach i skwerach; w wielu z brukselskich miast/gmin centralnym punktem jest wciąż plac naprzeciwko parafialnego kościoła. Wrażenie to powróciło do mnie podczas krótkiego wypadu do Saint Gilles. Trafiliśmy tam w sposób niezaplanowany – chciałem rodzinie pokazać Porte de Hal, jedyną zachowaną bramę drugiego pasa średniowiecznych murów miejskich. Nie zdecydowano się jej zburzyć wraz pozostałymi umocnieniami zlikwidowanymi w pierwszej połowie XIX wieku, gdyż wciąż pełniła funkcje militarne – była mianowicie więzieniem wojskowym. W latach 1868-71 została odrestaurowana w sposób oddający ducha romantycznego postrzegania wieków średnich. Nawiasem mówiąc, za jej obecny wygląd odpowiada Henri Beyaert, ten sam, który 20 lat później zaprojektował opisany wcześniej Square du Petit Sablon. Po  przejściu na drugą stronę obwodowego bulwaru, jest się już w Saint Gilles. Przewodniki polecają tu liczne budowle w stylu belgijskiej secesji, tworzone przez najsłynniejszych architektów epoki takich, jak Victor Horta oraz degustację dań w którejś z wybornych restauracji. Wybór jest szerszy, niż gdzie indziej. Pewnie też dlatego, że Saint Gilles ma największy w Belgii odsetek ludności pochodzenia zagranicznego (48,2%). Nam udało się połączyć architekturę secesyjną z kuchnią etniczną w trakcie wizyty w portugalskiej cukierni na Rue Vanderschrick. Patriotów kulinarnych ucieszą tu też liczne sklepy, a nawet restauracje z kuchnią polską. Po to jednak jeździ się zagranicę, aby zmysł smaku wystawiać na nowe wyzwania. Dlatego dzień zamknęliśmy degustując dania kuchni etiopskiej w niewielkiej restauracji położonej tylko nieco ponad 100 metrów od sikającego symbolu miasta. Koronowirus grasował dopiero po Dalekim Wschodzie, ale ostrożność już nakazywała nam zrezygnować z etiopskiego zwyczaju nabierania potraw w chlebek indżera i ręcznego częstowania współbiesiadników, który w zamyśle służy umacnianiu więzi rodzinnych i przyjacielskich.


Saint Gilles – podpis zbyteczny

Po powrocie do Polski, zdając sprawę z wizyty w Brukseli mojej bywałej w świecie Mamie zostałem zaskoczony jej stwierdzeniem, że to miasto turystycznie z niczym się jej nie kojarzy. Gdy pierwsze zaskoczenie minęło, musiałem jednak przyznać, że jest to dosyć typowy pogląd. W Brukseli bywa się w interesach lub w ramach obowiązków zawodowych i wraca z niejasnym wspomnieniem szklanych budynków biurokracji europejskiej. Tymczasem jest to fascynujące miasto, a jego patchworkowa struktura powoduje, że każda składowa ma do opowiedzenia odrębną, ciekawą historię. Wbrew też powszechnemu przekonaniu, w dni wolne od pracy miasto nie zastyga w niebycie. Wtedy właśnie tym lepiej widać, że jego mieszkańcy wiodą spokojne, bezpieczne życie zasiedziałych europejczyków. W naszym przypadku, szybko okazało się też, że w dwa dni nie zrealizujemy wszystkich planów. Co tylko znaczy, że gdy pandemia ustąpi, przystąpimy do planowania kolejnej wizyty w stolic y Belgii i Europy.

Kategorie
Polska

Książę Witold patronem MO, czyli o wrocławskich paradoksach

Średniowieczne, kręte schody musiały być wysokie jak na zasięg nóg jedenastolatka. Z pewnością spieszyłem się, aby jak najprędzej dotrzeć na platformę widokową. Ojciec niewątpliwie powściągał moje ambicje wieżobiegacza. Mimo to, na platformę widokową na wieży kościoła św. Elżbiety przy wrocławskim rynku dotarliśmy sprawnie i w dobrym czasie. Wstyd się przyznać, ale nie pamiętam, czy było tam wielu turystów. Nie pamiętam też, czy oprócz kościelnych wież i dachów kamienic przy rynku widać było góry, np. najbliższą miastu Ślężę. Pamiętam za to doskonale ulice biegnące dalej rynku, przy których stały tylko ściany kamienic. Ich wnętrza pozbawione dachów i stropów ukazywały naścienne preferencje malarskie dawnych mieszkańców. Podwórka wypełniały sięgające kilku metrów góry gruzu, na których rosły całkiem już pokaźne brzózki oraz wszelka inna kolonizatorska roślinność. Patrzyłem na ten widok w oniemieniu. Ani w Białymstoku, gdzie naówczas mieszkałem, ani w żadnym innym odwiedzanym polskim mieście, nie zetknąłem się tak namacalnie ze śladami wojny. „Czterej pancerni” i „Stawka większa niż życie” cieszyły się wśród odbiorców w moim wieku wielką popularnością, ale ich akcja dotyczyła przecież lat dawno minionych, tymczasem we Wrocławiu historia rzucała ciągle swój złowrogi cień. Było lato 1970 roku, walki o twierdzę Breslau zakończyły się przed ćwierćwieczem.

Później odwiedzałem Wrocław mniej więcej co dekadę. Patrzyłem na miasto coraz bardziej świadomym okiem. Ruin i gruzowisk nie spotykałem już w latach osiemdziesiątych XX wieku. Bez trudu za to zauważyłem, że centrum oddzielone jest od położonej na południe dzielnicy Krzyki kilometrowym pasem pozbawionej wszelkiej zabudowy przestrzeni, gdzie wśród roślinności o charakterze ruderalnym biegły równo wybrukowane ulice z rdzewiejącymi szynami tramwajowymi pośrodku. Wraz z rosnącą popularnością motoryzacji tereny te zaczęto użytkować jako zorganizowane lub dzikie parkingi. Owe nieposiadające naturalnych granic przestrzenie często zwano placami posiadającymi, a jakże, swoich godnych patronów, natomiast bardzo często pozbawionymi choćby jednego zamieszkałego budynku, dla którego byłyby adresem. Jeszcze w początku lat dziewięćdziesiątych nocowałem w nieistniejącym już hotelu Panorama z widokiem na plac Dominikański. Z okna miałem widok na olbrzymi ogrodzony teren (obecnie zajęty przez Galerię Dominikańską), w którym wykopano pokaźnych rozmiarów jamę. Zagłębienie to wypełnione było wodą, jak zgaduję gruntową, z której tu i ówdzie wystawały szczątki ceglanych ścian uporczywie przypominając, że kiedyś było tam miasto. Z pobliskiej Odry na rozlewisko przylatywały dzikie kaczki spędzając czas na pluskaniu się w wodzie i odpoczynku wśród szczątków mieszczańskich piwnic.

Aż w lipcu 1997 roku nadeszła wielka powódź. Wybudowane na przełomie XIX i XX wieku kanały, jazy i wały wrocławskiego węzła wodnego nie wytrzymały naporu wody o 1/3 przekraczającego ich przepustowość. Wezbrane wody Odry i jej dopływów zalały 40% powierzchni miasta. Zalane lub podtopione zostało ponad 2500 budynków. Dramatyczne wysiłki służb i tysięcy wolontariuszy pomogły uratować zabytki Starego Miasta, zbiory muzeów i Ossolineum oraz życie zwierzęcych mieszkańców ogrodu  zoologicznego. Katastrofa ta, paradoksalnie, odmieniła oblicze miasta rozpoczynając okres jego burzliwego rozwoju. Środki na odbudowę popłynęły od rządu i instytucji międzynarodowych. Wkrótce, z wejściem Polski do Unii Europejskiej, brama do unijnego  budżetu otworzyła się jeszcze szerzej. Powódź przeorała też, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, świadomość mieszkańców miasta. Ocalone wspólnym wysiłkiem, stało się dobrem wspólnym,  powodem do dumy oraz oprawą dla realizacji wielu lokalnych inicjatyw. Atmosfera tymczasowości oraz bylejakości przeminęła bezpowrotnie. Historia przestała być pojmowana jako niepowiązane okresy – polski, czeski, austriacki, niemiecki i znowu polski. Symbolem tego było zamówienie przez władze miasta u Normana Daviesa i Rogera Moorhousa historycznego portretu Wrocławia, łączącego elementy dotychczas rywalizujących wizji historiograficznych, w dziele o znamiennym tytule „Mikrokosmos”.

Wrocław jest, w moim odczuciu, miastem bogatym w paradoksy. Czy nie jest na przykład takowym fakt, że ulica Wielkiego Księcia Witolda na Kępie Mieszczańskiej zawdzięcza swoją nazwę stacjonującym nań milicjantom, których naczelnym komendantem w latach 1945-49 był komunistyczny generał Franciszek Jóźwiak, używający podczas okupacji niemieckiej pseudonimu „Witold”. Władzom miejskim niezbyt wypadało walczyć z takim protektorem, ale że żyjącym nazwy ulic nie przysługiwały, w duchu kompromisu zamieniły generała na Wielkiego Księcia, a sąsiednim ulicom za patronów dały innych bohaterów sienkiewiczowskich „Krzyżaków”. Obecnie okolica ta jest intensywnie zabudowywana, ale przez dziesięciolecia była to powojenna pustynia pozostająca pod czujnym okiem oddziałów prewencji Milicji Obywatelskiej. Pobliskie dwie elektrownie wodne są jedynymi znanymi mi z Polski przykładami usytuowania takich obiektów w centrum dużego miasta. Jako, że zaprojektowano je w ciekawej modernistycznej szacie, Wrocław ma zabytki nie tylko na brzegach, ale i w nurcie Odry.

Jednym z najbardziej malowniczych i urbanistycznie „kompletnych” rejonów miasta jest Ostrów  Tumski, swoista dzielnica biskupia i historyczna ostoja katolicyzmu w zasadniczo protestanckim Wrocławiu. W poprzecinanym ramionami Odry i jej dopływów mieście jest to jedyna wyspa nosząca miano Ostrowia oraz jedyna, którą wody opływają obecnie tylko z jednej, południowej strony. Ostatnimi śladami obmywającego ją do 1807 roku północnego ramienia rzeki są stawy w Ogrodzie Botanicznym.

Do katedry wrocławskiej w grudnia zeszłego roku powrócił historyczny srebrny ołtarz biskupa Jerina. Słynne arcydzieło wrocławskiego złotnictwa ma w swojej bogatej historii wiele elementów paradoksalnych. W 1632 roku, gdy Ostrów Tumski zdobyły i splądrowały protestanckie wojska szwedzkie i saksońskie, ołtarz nie dostał się w ich ręce. Katolicki biskup oddał go na przechowanie protestanckiej radzie miasta, a tam zdobywcy już go nie szukali. 80% zdemontowanego przed oblężeniem w roku 1945 ołtarza przetrwało wojnę, ale zostało skazane na zesłanie: najpierw do kościoła w Szamotułach, a od lat 60-tych XX wieku do wrocławskiego Muzeum Archidiecezjalnego. Tam spoczywało w ciszy i, paradoksalnie, zapomnieniu aż do wystawy pt. „Skarby katedry wrocławskiej” zorganizowanej w 2017 roku w Muzeum Narodowym. Zmontowany tymczasowo na potrzeby wystawy, tak zachwycił muzealników, duchownych i przedstawicieli władz miejskich, że podjęto decyzję o jego rekonstrukcji i powrocie do katedry. Dziś pyszni się na dawnym miejscu w prezbiterium. Szkoda tylko, że oglądać go można jedynie z daleka oraz na razie bez możliwości podziwiania renesansowych malowideł na skrzydłach poliptyku.

Zrekonstruowany ołtarz biskupa Jerina

Również kościół św. Krzysztofa odcięty od Starego Miasta, niegdyś nurtem Czarnej Oławy, a obecnie ruchliwą staromiejską obwodnicą (ul. Kazimierza Wielkiego), to skarb dla poszukiwacza wrocławskich paradoksów. Jest to świątynia ewangelików niemieckojęzycznych. W każdą niedzielę o godzinie 10:00 zbiera się w nim na modlitwę niewielka wspólnota wiernych. Tymczasem od początku XV do końca XIX wieku było to miejsce, gdzie modlili się polskojęzyczni wyznawcy rytu luterańskiego. Naturalnej wielkości figura patrona, mimo, iż wykonana z drewna, jest jedynym elementem dawnego wyposażenia, który przetrwał bombardowania i pożar wnętrza świątyni w 1945 roku. Było to możliwe, gdyż od szalejących płomieni oddzieliły ją grube gotyckie ściany – w owych czasach figura stała we wnęce po zewnętrznej stronie murów świątyni. W oknach prezbiterium zainstalowano niedawno witraże, które w duchu ekumenizmu ukazują męczenników za wiarę z okresu III Rzeszy (ewangelików: Dietricha Bonhoeffera i biskupa Juliusza Bursche oraz katolików: św. Maksymiliana Kolbe i św. Edyty Stein).

Wrocław ma też szereg zabytków, którym dano szansę na drugie życie. Tradycja ta nie ogranicza się do lat powojennej odbudowy miasta, lecz sięga korzeniami do czasów wcześniejszych. W południową ścianę gotyckiego kościoła św. Marii Magdaleny wmurowany jest wspaniały, romański portal ołbiński. Pochodzi on z rozebranego w 1529 roku, pod pretekstem zagrożenia tureckiego, opactwa norbertanów, znajdującego się niegdyś w podwrocławskim Ołbinie, będącym dzisiaj dzielnicą  miasta. Mało kto ma szansę go podziwiać, bo wąska, zastawiona parkującymi samochodami, uliczka nie zachęca do zapuszczania się weń turystów, którzy do wnętrza  dostają się z przeciwnej strony kościoła. Mało kto również trafia do położonego na Nadodrzu kościoła Opieki św. JózefaJego gotycki poprzednik podzielił losy ołbińskiego opactwa i w tym samym czasie został złożony w ofierze potrzeb bezpieczeństwa miasta. Historia powtórzyła się z jego następcą w 1806 roku, z tą różnicą, że tym razem wróg w postaci wojsk napoleońskich dotarł jednak na miejsce i zdobył Wrocław. W końcu, w 1821 roku, powstała istniejąca do dzisiaj świątynia w stylu klasycystycznym. Na jej frontonie znalazła się gotycka scena ukrzyżowania i kartusze herbowe pochodzące z rozebranej nieco wcześniej bramy Mikołajskiej.

Gotyckie rzeźby na fasadzie klasycystycznego kościoła Opieki św. Józefa

Największym wrocławskim paradoksem jest jednak fakt, że przy tak olbrzymich zniszczeniach, zachowało się tak wiele ciekawych budynków i elementów dawnej architektury. Bez problemu możnaby nimi obdzielić kilkanaście mniej historycznie doświadczonych miejscowości. W czasie ostatniego pobytu trafiliśmy na ulicę Mikołaja Reja, gdzie z wysokości czwartej i piątej kondygnacji obserwuje otoczenie piękna dama bujająca się na huśtawce, w towarzystwie dwóch amorków. Cała okolica to rezerwat architektury sprzed I wojny światowej zachowanej mimo, iż w pobliżu Niemcy wyburzyli całe kwartały zabudowy na potrzeby powstającego lotniska polowego (dzisiejszy plac Grunwaldzki). Z kolei pilczycki Park Zachodni, pełniący w historii rolę kompleksu grzebalnego (obejmującego cmentarze żydowski, komunalny oraz katolicki), zachował interesujący nagrobek z figurą anioła i niemiecką inskrypcją mówiąca w tłumaczeniu: „Również cierpienie jest posłańcem Boga”. Nie wiadomo, czy decydentami zleconej w 1967 roku likwidacji cmentarzy powodowało uznanie dla wartości artystycznej tego pomnika, czy też chcieli jednak pozostawić materialny ślad cmentarnej historii parku.

Każda wizyta we Wrocławiu daje możliwość podobnego spotkania z przeszłością i to nie tylko na Starym Mieście, ale i w pozornie mniej zabytkowych dzielnicach. Dlatego wyjeżdżając z tego miasta już układam plany kolejnej wizyty, obejmującej miejsca i obiekty, o których dowiedziałem się śledząc jego dzieje, lecz których również tym razem nie zdołałem odwiedzić.

Kategorie
Polska

Od Warty po Barycz, czyli podróże z Jajem Orangutana

Zmierzchało już gdy dotarliśmy do Działoszyna. Lutowy mróz szczypał w policzki, a śnieg skrzypiał pod nogami. Najbliższy PKS do Częstochowy odjeżdżał za godzinę, szukaliśmy więc miejsca, gdzie można się ogrzać. Działoszyn był przykładem prowincjonalnego miasteczka poddanego PRL-owskiej industrializacji. W pobliżu zbudowano w latach 60-tych XX wieku cementownię Warta. Ta potrzebowała pracowników, którzy musieli gdzieś mieszkać, pobudowano więc osiedle standardowych kilkupiętrowych bloków w zachodniej części miejscowości. Do tego dodano kilka pawilonów ze sklepami spożywczymi i innymi usługami, a w jednym z nich,  – o radości! – funkcjonowała restauracja o pompatycznej nazwie „Kosmiczna”. Nie pamiętam już, czy zamówiliśmy coś do jedzenia, czy tylko gorącą herbatę, najważniejsze było, że nasza potrzeba dotrwania w cieple do odjazdu autobusu została spełniona.

Dzisiaj już trudno znaleźć podobne lokale, które wówczas zaświadczały o awansie cywilizacyjnym miejscowości, w których je zlokalizowano. Zbyt przestronne, za wysokie, niedogrzane, z personelem, który często nie krył niezadowolenia na widok klienta. Przytulność była pojęciem pasującym do restauracji „Kosmicznej” niczym wół do karety. Takie warunki miały jednak pewne korzyści. Jedyni, prócz nas, goście lokalu – czterej zmęczeni panowie rozpijający butelkę wódki „Bałtyk” do galaretki z nóżek („Alkohol podajemy wyłącznie do konsumpcji”) – siedzieli dostatecznie daleko, by nam nie zawadzać.  Do czasu jednak, gdy zwabieni naszym odmiennym wyglądem i zachowaniem, postanowili przekazać nam tajemnicę swej profesji. Otóż panowie ci pracowali w kopalni wapienia dobywanego na potrzeby cementowni. Słusznie oceniając, że mamy coś wspólnego ze środowiskiem akademickim, zwierzyli się nam, że w kopalni znaleziono ostatnio sensacyjną skamienielinę – ni mniej, ni więcej, a JAJO ORANGUTANA! Nieco zszokowani tym odkryciem, zachowaliśmy jednak na tyle przytomności, by odmówić kupna cennego znaleziska po okazyjnej cenie równoważnika jednej butelki „Bałtyku” i jeszcze zdążyć na autobus.

To moje wyobrażenie znalezionego jaja. Poszukiwania oryginalnego logo KTP nadal trwają.
Budynek byłej restauracji Kosmiczna. Sala konsumpcyjna była tak duża, że od roku 1995 z powodzeniem służy jako tymczasowa kaplica parafii bł. Michała Kozala.

Do Działoszyna trafiliśmy w lutym 1983 roku na zakończenie weekendowego wypadu mającego za cel zwiedzenie największego w Polsce zimowiska nietoperzy w jaskini Szachownica. Wraz z grupą przyjaciół z Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego od pewnego czasu jeździliśmy po kraju poznając kolejne, cenne przyrodniczo miejsca. Historia z jajem orangutana utkwiła nam mocno w pamięci i, gdy wkrótce potem, założyliśmy na Wydziale Klub Turystyki Przyrodniczej (KTP) w jego logo znalazł się długoręki przedstawiciel naczelnych wysiadujący na pokaźnych rozmiarów gnieździe swoje jajo. Pod tym symbolem zjechaliśmy Polskę wzdłuż i wszerz, w tym zaliczając bytność na Stawach Milickich. W lutym 2019 roku zawitaliśmy tam z Podziomkiem i Harrym w nadziei na odświeżenie wspomnień i ciekawe obserwacje ornitologiczne.

Bogiem, a prawdą, z tym odświeżaniem wspomnień miałem problem. W przeciwieństwie do wyjazdu działoszyńskiego, ten milicki pozostawił w mojej pamięci tylko mgliste reminiscencje. Mgliste w dosłownym znaczeniu tego słowa, bo wyjazd odbył się w październikowy weekend i mgła często skrywała widok na stawy. W pamięci zostały obrazki neogotyckiego budynku szkoły w Miliczu, w którym nocowaliśmy, kolejki wąskotorowej mozolnie ciągnącej dziecinnych rozmiarów wagoniki, ceglanych domków Rudy Milickiej, starych dębów na polanie oraz wierzb porastających groble między stawami. Co najdziwniejsze, poza obserwacją rzadkiego wówczas orła bielika, mój notes obserwatora ptaków nie wzbogacił się wówczas o żaden wpis. Tłumaczyłem to sobie, oprócz niesprzyjających warunków atmosferycznych, także faktem, że w mojej świadomości jedynym prawdziwym królestwem ptaków była dolina Biebrzy, przez co nie mogłem w pełni docenić innych ptasich sanktuariów. Oczywiście okoliczności takie, jak konieczność poruszania się komunikacją publiczną i na piechotę, ograniczały zakres naszej penetracji do najbliższych okolic Milicza.

Kompleks stawów w dolinie Baryczy i jej dopływów zaczęli tworzyć cystersi jeszcze w XIII wieku. Dzisiaj rozciąga się na przestrzeni ok. 55 km, między Sulmierzycami na wschodzie i Żmigrodem na zachodzie, obejmując ponad 285 stawów o łącznej powierzchni ok. 77 km². Stawy tworzą kilka skupisk. My na bazę wypadową wybraliśmy miejscowość Wróbliniec położoną w pobliżu kompleksu Potasznia, blisko międzywojewódzkiej granicy z Wielkopolską. Na uboczu wsi, na skraju lasu znajdują się „Apartamenty Żuraw i Czapla„. Lokalizacja wymarzona dla gości z psami; wieczory spędzane przy kominku; dostawa produktów regionalnych, za które płaci się co łaska do wystawionego koszyczka. I do tego nazwa jakże adekwatna – nawoływania żurawi dało się słyszeć już podczas pierwszego spaceru z psem.

Z Wróblińca można piechotą penetrować kompleks stawów Potasznia (a właściwie jego północną część). Każdy staw ma własną, często zastanawiającą, nazwę np. Pijawnik, Górnik, czy Próżna Robota. Prócz mew, krzyżówek i łysek nie spostrzegliśmy tam innych gatunków ptaków, natomiast  możliwość rewelacyjnych obserwacji dają Łąki Odolanowskie, czyli odcinek doliny Baryczy na pograniczu śląsko-wielkopolskim. Z drogi Wróbliniec-Bartniki można, nie wychodząc z samochodu, obserwować ogromne stada zimujących gęsi gęgawych i białoczelnych. W okresie lęgowym licznie gniazdują tam ptaki siewkowate, ale w lutym musieliśmy zadowolić się widokiem gęsi. Ponieważ po mroźnej nocy nastał bardzo ciepły (ponad 10 stopni C) dzień, wędrowaliśmy nieśpiesznie, nie spotykając ani miejscowych, ani przybyszów. Dopiero w okolicach Zamku Myśliwskiego (to nazwa miejscowa, choć oddająca historyczne przeznaczenie tych okolic) spotkaliśmy ludzi wyprowadzających konie z pastwiska. W zabudowaniach gospodarczych mieści się obecnie stadnina, a w dawnym domku myśliwskim działa restauracja, cóż kiedy w poniedziałkowe popołudnie zamknięta. Krótka rozmowa z właścicielką uczyniła jednak cud: specjalnie dla nas drzwi się otworzyły, uruchomiono ekspres do kawy i ku naszemu zadowoleniu na stół trafił świeżo upieczony sernik. Grzaliśmy się więc w promieniach przedwiosennego słońca, kawa była aromatyczna i gorąca, nad lasem niosło się pokrakiwanie kruków, a z padoku dobiegało rżenie koni. I wszystko to niemal na wyłączność – oto korzyści z podróżowania w lutym do miejsc pięknych, acz nieoczywistych.

Kompleks Stawno jest położony najbliżej Milicza i to właśnie on krył się we mgle podczas mojej poprzedniej wizyty. Obecnie jest najbardziej przystosowany do uprawiania turystyki przyrodniczej. Liczne szlaki i ścieżki tematyczne biegną groblami i brzegami stawów. Pobudowano tam wieże widokowe, a nawet schrony obserwacyjne. Prawda, że poza sezonem pełnią one częściej rolę schronów bankietowych a, jak to często bywa, nie przewidziano konieczności ich sprzątania. Tym niemniej, ptaków tu więcej, niż w kompleksie Potaszni. Duże wrażenie robi zwłaszcza kormorania wyspa na Rudzkim Stawie oraz liczne zgryzy bobrowe na brzegach stawu Grabownickiego. U wjazdu na teren kompleksu od strony Milicza rozłożyła się Ruda Milicka zwana Ptasią Wioską. Znajduje się tu Stacja Ornitologiczna Uniwersytetu Wrocławskiego oraz największy w dolinie Baryczy, pochodzący z XIX stulecia, jaz spiętrzający wody na wysokość 4,7 metra. Po szlaku wąskotorówki zamkniętej w roku 1991 biegnie ścieżka przyrodnicza. Swoistą ciekawostką jest wagon tramwajowy sprowadzony z Wrocławia już po naszej wizycie i wykorzystany, jako biblioteka oraz miejsce wydarzeń kulturalnych. Cel niewątpliwie szczytny, ale ze względu na historię miejsca, bardziej pasowałby tu wagonik kolejki wąskotorowej. Cóż, decydująca była chyba dostępność wagonu tramwajowego i jego większa pojemność.

Lecą żurawie

Spośród kolejnych dwóch kompleksów stawów ten w Rudzie Sułowskiej urzekł nas widokiem stada białych czapli większego, niż jakiekolwiek obserwowane zgromadzenia ich bardziej pospolitych, szarych, krewniaczek. Jednocześnie, jako że wieś jest siedzibą przedsiębiorstwa rybackiego zawiadującego hodowlą ryb i utrzymaniem stawów, powstało tu centrum turystyczne całego regionu. Najlepszy hotel, elegancka restauracja, mini skansen rybacki gdzie, jedyny raz w ciągu całego tygodnia, można było odczuć popularność tego miejsca wśród turystów. Nam jednak bardziej przypadł do gustu znajdujący się na wschód od Krośnic kompleks stawów zwanych Czarnymi. Leżą one nieco na uboczu, w otoczeniu lasów, co uzasadnia ich nazwę. Ludzi niepodobna tam spotkać, za to teren upodobały sobie zimorodki. Czatują na ryby na sterczących ponad wodę suchych gałęziach lub mkną nad taflą stawów, niczym błękitne strzały.

Prócz zabytków architektury hydrotechnicznej, region może pochwalić się szachulcowymi kościołami w Miliczu i Sułowie, pałacami w Miliczu i Krośnicach oraz ciekawymi, acz skromnymi, budynkami mieszkalnymi i gospodarczymi z rudy darniowej. Chociaż wąskotorówka z Wrocławia  do Sulmierzyc, przecinająca dolinę Baryczy, dawno już przeszła do historii, to zastąpić stara się ją kolejka w Krośnicach, kursująca od 2013 roku po trzykilometrowej pętli na terenie zespołu pałacowo-parkowego dawnej rezydencji rodziny Volmersteinów. Podobno hrabia Heinrich von Salish, mający swoją rezydencję w Postolinie, zwykł żartować ze swoich arystokratycznych sąsiadów Maltzanów z Milicza twierdząc, że owoce jego pasji polegającej na kolekcjonowaniu i aklimatyzacji rzadkich gatunków drzew i krzewów, będą bardziej trwałe, niż zbiór cennych obrazów gromadzonych w milickim pałacu. Historia przyznała mu rację – pałac został ograbiony w roku 1945. Podobny los spotkał wprawdzie i siedzibę Salishów, ale już kolekcja drzew przetrwała tworząc swoiste arboretum. Postolin był zresztą moim małym odkryciem tego wyjazdu. Oprócz restaurowanego pałacyku, chlubi się oryginalnym kościołem poewangelickim z doskonale zachowanym wyposażeniem, w tym oryginalnym piecem centralnego ogrzewania z końca XIX wieku. Miejscowość usytuowana jest u podnóża Wzgórz Krośnickich, dzielących dolinę Baryczy na dolny i górny basen. Wzgórza sięgają 230 m npm, co daje ok. 120 metrów przewyższenia nad dnem doliny. Zbocza pokrywa dorodny las bukowy, a całość sprawia bardzo górskie wrażenie. Na wzgórzu Joanny (imię matki hrabiego Salisha) wznosi się nawet wieża widokowa, na którą z braku czasu już nie dotarliśmy.

Jako, że stawy milickie są największym w Europie centrum hodowli karpia, potrawy z tej ryby są serwowane w większości miejscowych restauracji. Corocznie odbywa się tu festiwal karpia, a kucharze trudzą się wymyślając przepisy coraz bardziej odległe od kanonicznej wersji z galaretą, znanej z bożonarodzeniowych stołów. Dla osób z nietolerancją potraw z karpia przygotowano ofertę na bazie innych gatunków ryb. Mnie do gustu przypadły flaki z suma, serwowane w przydrożnym zajeździe w Średzinie na trasie z Milicza do Odolanowa. 

Podziomek zadurzył się w tym regionie i namawia mnie na kolejny wyjazd. Też chętnie tam wrócę, chociaż może w okresie ptasich wędrówek, który gwarantuje większą rozmaitość napotkanych gatunków. Drugie spotkanie ze stawami milickimi utwierdziło mnie w przekonaniu, że bogactwo przyrody (a konkretniej świata ptasiego) jest tylko jednym z czynników stanowiących o atrakcyjności tego regionu. Stawy Milickie są tworem człowieka, a gospodarka na ich terenie – elementem wielowiekowej kultury. I właśnie materialne świadectwa tej kultury czynią wizytę na pograniczu śląsko-wielkopolskim tak ciekawą. Przekonałem się także, że krajobraz doliny Baryczy tworzą, prócz stawów, urozmaicone lasy i wzgórza. I właśnie rozmaitość doznań powoduje, że z kolejnej wizyty w tej części kraju zapamiętałem znacznie więcej niż z poprzedniej. Zwłaszcza, że wrażenia spisane są zapamiętane w dwójnasób.

Kategorie
Polska

Wpisy z 2019 roku

Znajdziecie pod adresem