Kategorie
Polska

Śladami carów, prezydentów i pomniejszych fabrykantów nad Pilicą

Leśniczówka w Katrynce stała na skraju miejscowości, oddzielona obszernym sadem od drogi na Augustów, przy której zatrzymywał się niebieski autobus PKS z Białegostoku. Wjazd na podwórko prowadził nie od głównej drogi, lecz od ciągnącej się cienistym kanionem świerków dróżki bocznej, wiodącej w głąb Puszczy Knyszyńskiej. Nie wiem jakim sposobem rodzice dowiedzieli się, że pani leśniczyna w poszukiwaniu dodatkowych źródeł utrzymania wynajmuje pokoje letnikom. Tym niemniej, nawiązali z nią kontakt, skutkujący naszymi kilkukrotnymi pobytami w leśniczówce, w letnich miesiącach pierwszej połowy lat 60-tych XX wieku. Brat będący wtedy na etapie wózeczkowym wypoczywał w błogiej nieświadomości. Siostra –  wczesna nastolatka, oddelegowana do opieki nad młodszym rodzeństwem, pewnie musiała się nudzić. Najczęściej przebywała tam z nami babcia. Rodzice dojeżdżali autobusem w sobotnie popołudnia. Nie pamiętam czy zajmowaliśmy jeden czy dwa pokoje. Pamiętam za to mycie w metalowej misce oraz wizyty w sławojce, urozmaicone obserwacjami pająków czyhających na swoje ofiary pośrodku misternej sieci pajęczyny. Wyprawa do toalety wymagała zresztą nie lada odwagi i uwagi, by nie zostać po drodze boleśnie poszczypanym przez złośliwego gęsiora. Dzięki swej agresywności ptaszor uniknął roli obiektu eksperymentów, która to stała się dolą pozostałego drobiu podwórkowego. Moją ulubioną rozrywką było bowiem wspinanie się po drabinie na dach, skąd testowałem zdolność do lotu kolejnych przedstawicieli ptasiego klanu. Nie wydaje mi się, aby pałali oni entuzjazmem do uczestnictwa w tych ćwiczeniach.

Za drogą, w kierunku doliny rzeczki Czarnej rozciągały się łąki. Muliste dno niespecjalnie zachęcało do kąpieli. Chodziliśmy jednak na łąki, na których spotkać można było bociany oraz wszelkiego rodzaju bezkręgowe towarzystwo, na czele z pasikonikami, trzmielami i wielobarwnymi motylami. Posiłki przygotowywaliśmy sobie sami, choć pamiętam rok kiedy wykupiliśmy obiady w jednym z sąsiednich domostw. Do dzisiaj nie mogę wyjść z podziwu, że w osadzie liczącej sobie mniej niż 10 gospodarstw dostępne były takie usługi. W Katrynce bowiem nie było nawet sklepu. Po chleb wybieraliśmy się do Wólki, położonej kilometr dalej, po drugiej stronie rzeczki. Był to dla mnie wtedy prawdziwy koniec świata. Takie przekonanie umacniał fakt, iż Wólka położona była na wzniesieniu i docierając do niej nie można było zobaczyć co się znajduje poza miejscowością. Większe zakupy docierały pod koniec tygodnia wraz z wizytą rodziców.

Ówczesna oferta letniskowa z punktu widzenia ekonomicznego była zupełną szarą strefą, chociaż władze ją tolerowały, a nawet próbowały narzucić pewien schemat organizacyjny, używając dla tego zjawiska nazwy „Wczasy pod gruszą”. Czytając ostatnio książkę Andrzeja Kobalczyka „Z letnikami nad Pilicę” złapałem się na spostrzeżeniu, że wprawdzie organizacyjnie pobyt w Katrynce odbiegał daleko od realiów wcześniejszych o 70 lat stacji klimatycznych, ale stała za nim ta sama mieszczańska potrzeba wyrwania się latem poza rozgrzane mury miasta. A już doświadczenie wiejskiego życia i przyrody, zwłaszcza z perspektywy letnika w wieku juniorskim, dostarczał wielce podobne. Z tą myślą udaliśmy się parę tygodni temu z Podziomkiem i psem Harrym do tradycyjnego zagłębia letniskowego, jakim od ponad 130 lat są okolice Tomaszowa Mazowieckiego.

***

Na opracowanej przez Fr. Karpińskiego mapie ”Zdrojowiska, miejsca kąpielowe i stacje klimatyczne w Królestwie Polskim”, pośród do dziś znanych Buska, Ciechocinka czy Nałęczowa, figurują również liczne miejscowości dzisiaj zupełnie nie kojarzone z tymi funkcjami, w tym dwie nadpilickie: Inowłódz i Nowe Miasto. Inowłodzka stacja klimatyczno-leśna była prywatną inwestycją adwokata Bernarda  Birenzweiga, który począwszy od 1884 roku postawił tam około 10 willi szwajcarskich. Corocznie reklamował w prasie łódzkiej i warszawskiej tamtejsze „kąpiele rzeczne, nabiał, warzywo, owoce, wszelkie artykuły żywności w doborowym gatunku” jak też położenie „wśród lasów, w miejscowości górzystej, przez lekarzy uznanej za zdrowotną”. Julian Tuwim, który wraz z matką i siostrą spędzał tam kilkakrotnie letnie miesiące opisał jej bywalców w „Kwiatach polskich” w następujący sposób:

„Był to na lato punkt inwazji drobnej żydowskiej burżuazji, nie było tam potężnych szczepów wsławionych w przemysłowym dziele. Lecz tacy sobie właściciele mniejszych fabryczek, większych sklepów, bo księstwo o manierach dworskich, rody Rotwandów i Przeworskich, Poznańscy ani Natansony nie zaglądali w tamte strony. Oni po Ritzach i Biarritzach, Ostendach, Badach, zagranicach, a moim  łódzcy Goldbergowie i co lepszego w Tomaszowie – zjeżdżali tu. I tu nieśmiała, panieńsko smutna i nerwowa z Irą i Julkiem przyjeżdżała pani Adela Tuwimowa”. Jak to w historii zazwyczaj bywa pamięć o pobycie właścicieli mniejszych fabryczek i większych sklepów uległa zatarciu. Natomiast pobyt artystów i naukowców takich jak Tuwim, pianista Artur Rubinstein, odkrywca grup krwi – Ludwik Hirszfeld, publicysta i krytyk literacki –Tadeusz Boy-Żeleński czy diva operowa – Lucyna Messal, został dobrze udokumentowany. Może dlatego, że rzeczeni sprawnie władali piórem pisząc wspomnienia oraz listy do krewnych i przyjaciół. Ciekawie brzmią opisy pobytu letników w Inowłodzu. Ze względu na brak własnego środka lokomocji, był to pobyt stacjonarny w ścisłym znaczeniu tego słowa. Brak zapisów o wynajmowaniu furek czy dorożek na dalsze wycieczki. Spacerowano po lesie i brzegami Pilicy, zwiedzano zabytki Inowłodza, czasem pływano po rzece łódkami, grano w karty, urządzano potańcówki. W weekendy przygrywała orkiestra przybyła z Tomaszowa, na której poziom zresztą regularnie narzekano. Letnicy organizowali się w amatorskie kółka teatralne, osoby utalentowane muzycznie dawały mini koncerty. No i, przede wszystkim, ludzie rozmawiali ze sobą, nawiązywali nowe znajomości lub pogłębiali dotychczasowe. Zarząd stacji oprócz rozrywki zapewniał konsultacje lekarskie.

Za Andrzej Kobalczyk „Z letnikami nad Pilicę”

Właściciel letniska zadbał o promocję.

Wille szwajcarskie były budowlami o malowniczym wyglądzie. Konstrukcyjnie były to lekkie, drewniane budynki przeznaczone do użytku tylko w sezonie letnim. Nieogrzewane zimą, ulegały postępującej degradacji, niemniej wszystkie dotrwały do grudnia 1914 roku, kiedy to wojska kajzerowskich Niemiec dotarły do linii dolnej Pilicy, na której na całe 5 miesięcy zatrzymał się front. Położone na wysokich brzegach Pilicy wille stanowiły punkty orientacyjne dla rosyjskiej artylerii, poza tym drewno rozbiórkowe można było użyć dla ogrzania żołnierzy zimowa porą. W rezultacie, gdy umilkły działa, z całego kompleksu ostał się tylko jedyny budynek murowany.

W latach międzywojennych powstało parę willi, ale palmę pierwszeństwa przejął położony w górę rzeki Teofilów. Nie nazywano go już stacją klimatyczną, ale swojsko: letniskiem. Po II Wojnie Światowej, zgodnie z duchem epoki, powstały tam ośrodki wypoczynku masowego łódzkich i tomaszowskich fabryk. Tymczasem inowłodzka stacja, ulokowana faktycznie we wsi Zakościele, nie stwarzała warunków dla rozwoju ośrodków wypoczynkowych. Dopiero kolejna zmiana systemu w roku 1989 stworzyła warunki do turystycznego rozkwitu miejscowości. Dzisiaj gości przyjmują tam gospodarstwa agroturystyczne i pensjonaty, działają liczne wypożyczalnie kajaków i rowerów, a nawet stajnia pozwalająca na skorzystanie z jazdy konnej. O uzależnieniu wsi od turystyki świadczy stwierdzenie pracownika wypożyczalni kajaków, który na nasze pytanie o prognozę pogody rzucił: Jak dla mnie, mogłoby padać przez cały tydzień, byle w weekend była ładna pogoda.

Sądząc ze starych fotografii, spacer po Inowłodzu dostarcza dzisiaj więcej przyjemnych wrażeń niż na przełomie XIX i XX wieku. Wydłużony rynek uniknął ogólnopolskiej mody na porządne wybrukowanie. Nie stanowi też jednak przykładu niekontrolowanej ekspansji drzew, krzewów i roślinności zielno-ruderalnej. Widać, że przeprowadzono tu rewitalizację wedle planu przygotowanego  przez architekta krajobrazu. W efekcie powstał całkiem przyjemny mini park, gdzie drzewa mają ukształtowane korony, trawniki są koszone, a alejki cieszą równą nawierzchnią. Ukłonem w kierunku współczesnej mody z dziedziny małej architektury, jest przykrycie dawnej studni miejskiej drewnianym daszkiem i wyposażenie jej w imponujących rozmiarów kołowrót. Domy wokół placu prezentują ciekawą mieszankę stylów architektury małomiasteczkowej i w większości są starannie utrzymane. Przy rynku, obok standardowego zestawu usług dla ludności (poczta, bank, fryzjer itp.), znajduje się też kawiarnio-pizzeria, a nawet galeria sztuki/rzemiosła Czarna Kura. Solidne skórzane torby i metalowa biżuteria nie u wszystkich znajdą uznanie, ale można wpaść na pogawędkę z sympatyczną właścicielką. Na jednym krańcu rynku wznosi się sięgający historią początków XVI wieku kościółek św. Michała Archanioła, a na drugim dwustuletnia synagoga. Łączy je fakt nabrzeżnego usytuowania: kościoła nad Pilicą, a synagogi nad dawnym jej korytem, doprowadzającym też wody do fosy inowłodzkiego zamku. Położenie jest też atutem plebani. Bezpretensjonalny, drewniany budynek góruje nad zbiegającym ku rzece sadem.

Zabudowa przy rynku
Galeria Czarna Kura
Pomysłowe podkreślenie średniowiecznego rodowodu Inowłodza
Studnia miejska
Plebania

Synagoga wymieniana jest w każdym przewodniku jako ciekawostka, gdyż obecnie mieści sklep ogólnospożywczy, zresztą bardzo porządnie zaopatrzony. Personel ze spokojem znosi, że niektórzy z klientów robią zdjęcia zdobiącym wnętrze polichromiom. A te są, w skali Polski, absolutnym unikatem gdyż zawierają modlitwę za panującego władcę i to w dwóch językach: hebrajskim po jednej, a rosyjskim po drugiej stronie świątyni. Jako, że użyto języka rosyjskiego, wychwalano cara Wszechrusi Mikołaja Aleksandrowicza. Odmienna czcionka sugeruje jednak, że tą część inskrypcji zmieniano wraz z intronizacją kolejnego panującego.

Wspomniany już zamek w Inowłodzu, jak to w Polsce najczęściej bywa, wzniósł Kazimierz Wielki, a zniszczyli Szwedzi podczas Potopu. Jeszcze 15 lat temu ostatki jego murów tylko gdzieniegdzie dźwigały się na wysokość 3-4 metrów. W ostatniej dekadzie został jednak zrekonstruowany do postaci tzw. trwałej ruiny. W pomieszczeniach przyziemia oraz pierwszej kondygnacji wygospodarowano miejsce na powierzchnie wystawowe, pomieszczenia dla gminnego ośrodka kultury i biblioteki.

Nad Inowłodzem, na wysokim północnym brzegu Pilicy, wznosi się kościół św. Idziego postawiony jako wotum za narodziny syna przez księcia Władysława Hermana w roku 1082. Ze względu na położenie jest zewsząd widoczny, ale najciekawszą perspektywę daje spojrzenie z  parku położonego przy świeżo zagospodarowanej plaży i przystani kajakowej. Kościół ma za sobą stulecia nieużywania i upadku, zniszczenia wojenne i odbudowy, a swój obecny, wysmukły wygląd zawdzięcza przebudowie w latach 1936-38. Lokalną ciekawostką są murale inspirowane miniaturami zdobiącymi średniowieczne rękopisy. Jeden z budynków kompleksu Ochotniczej Straży Pożarnej wyraźnie naśladuje architekturę kościółka św. Idziego. Chciałbym wierzyć, że eksponowany przed nim stary wóz z ręczną sikawką to ten sam, który w 1902 roku podarował z okazji założenia jednostki właściciel stacji klimatycznej, mecenas Birenzweig.

Synagoga inowłodzka
Dziedziniec zamkowy
Kościół św. Idziego od strony absydy
Kompleks ochotniczej straży pożarnej
Inskrypcja we wnętrzu synagogi wychwalająca cara
Romański kościół św. Idziego
Kościółek św. Michała Archanioła
Zabudowa małomiasteczkowa przy rynku
Czy ta pompa strażacka pamięta początki OSP w Inowłodzu?

Niespełna 12 km na wschód znajduje się gminna wieś Poświętne, a w niej sanktuarium Świętej Rodziny. Dotarłem tam w połowie lat 80-tych XX wieku i wyniosłem pod powiekami obraz imponującej barokowej świątyni położonej na wzgórzu nad dosyć mizerną zabudową wsi. Z biegiem lat zbierając przewodniki i inne materiały dotyczące tego regionu ze zdziwieniem odkryłem, że opisują one Poświętne i jego atrakcje w zadziwiająco zdawkowej formie. Przyczyną mogą być trudności lokalizacyjne. Nie żeby trudno było tam trafić – świątynia jest widoczna z daleka i jadąc droga krajową nr 48 nie sposób jej nie zauważyć. Natomiast samą katolicką parafię przypisuje się do coraz to innych miejscowości. Obecnie oficjalnie będąca pod wezwaniem św. Filipa Neri i Jana Chrzciciela jednostka ma w nazwie wieś Studzianną. To tam znajdował się dwór, w którym pierwotnie przechowywano obraz Świętej Rodziny, zanim uznano go za cudowny. Historycznie był to teren parafii Brudzewice, później włączonej do parafii w Drzewicy.  Kiedy w 1820 roku reaktywowano parafię Brudzewice, w Studziannej i jej przysiółku Poświętnem istniały już trzy kościoły, w tym barokowy gigant postawiony przez nieznanego architekta, ale przypisywany mistrzom tej epoki, a to Tylmanowi van Gameren, a to Francesco Solariemu. Po stu latach przyznano więc parafię Studziannej, ale administrowana jest ona przez księży filipinów z klasztoru w Poświętnem.

Spróbujmy opisać to miejsce. Nad szeroką fasadą, flankowaną niskimi wieżami, góruje potężna kopuła. We wnękach na dwóch poziomach umieszczone są rzeźby świętych związanych ze zgromadzeniem filipinów. Za świątynią rozciągają się klasztor i zabudowania gospodarcze. Kompleks otoczony jest murem przeciętym kilkoma zdobnymi bramami, a całość zwieńczona  jest od frontu dwiema wieżami. We wnętrzu, do którego można tylko zerknąć z kruchty (Niespodzianka? A skądże!), dominuje ołtarz główny, w którym pod srebrnymi koronkami kryje się obraz Świętej Rodziny przy posiłku. Ołtarz jest wykonany z drewna, ale kolumny po jego bokach doskonale imitują zielony marmur. Całości dopełniają malowidła na ścianach i sklepieniu. Na sąsiednim wzgórzu, w miejscu pierwotnej lokalizacji sanktuarium, wznosi się kościółek św. Anny. Po drodze na cmentarz, już faktycznie w Studziannej, znajduje się skromny kościółek św. Józefa. W słoneczne i ciepłe popołudnie ta rzadko używana świątynia bardzo przypominała nam swoje chorwackie odpowiedniki.

Sanktuarium w Poświętnem
Mur klasztorny i jedna z narożnych wież
I co ja mogę? Jedna z rzeżb zdobiących fasadę kościola
Kościółek św. Józefa
Kościół sanktuaryjny – widok od pólnocy
Ołtarz główny
Kościółek św. Anny
Brama na klasztorny folwark

Z drogi Poświętne – Inowłódz, skręcając w stronę Pilicy, można dotrzeć do Szańca Hubala. Tak dla upamiętnienia nazwano miejsce, gdzie w 1940 roku zginął pierwszy partyzant Rzeczpospolitej, jeździec i olimpijczyk z Amsterdamu, major Henryk Dobrzański. Nazwa jest nieco myląca, gdyż oddział Hubala nie stawiał Niemcom długotrwałego oporu zza istniejącego kamiennego kręgu. Biwakujący, w kadłubowej już liczebności, oddział został zaatakowany przez obławę niemiecką, a w czasie krótkiej potyczki zginęło tylko trzech partyzantów, w tym major Hubal. Jest to bardzo malownicze miejsce na skraju lasu. Wewnątrz kamiennego kręgu stoi kamień z tablicą ku czci Hubala. Z boku na osobnym murze wiszą pamiątkowe płyty z nazwiskami wszystkich żołnierzy, którzy przewinęli się przez oddział majora. Nad wszystkim górują brzozowe krzyże. Jako, że w upamiętnienie tego miejsca zaangażował się Polski Związek Jeździecki, obok dużego głazu Hubala spoczywa niewielki kamień z wyrytym napisem Demon, upamiętniający konia majora, który też zginął w czasie feralnej potyczki. Mają w Brukseli swój pomnik gołębie wojskowe, ma reprezentant kawaleryjskich rumaków pod Anielinem. Szkoda, że o tylu innych czworonogach poległych w ludzkich konfliktach nikt nie pamięta.

Szaniec Hubala pod Anielinem
Tablice z listą żolnierzy Hubala
W potyczce zginął też koń majora
Szaniec od frontu
Orzeł zdobiący grzbiet muru
Tablica ufundowana przez PZJ

7 października 1901 roku przed drewnianym kościółkiem w podtomaszowskich Białobrzegach zebrał się, pod kierownictwem księdza proboszcza, tłumek odświętnie ubranych włościan dzierżąc specjalnie przygotowany bochen chleba i naczynie z solą. Wyobraźnia podpowiada, że nad grupą powiewały kościelne i państwowe, biało-niebiesko-czerwone flagi. Kto wie czy wzorem większych miast nie wzniesiono specjalnej bramy tryumfalnej. Ku rozczarowaniu zgromadzonych i proboszcza, orszak cara Mikołaja II i jego małżonki Aleksandry Fiodorowny przejechał przez wieś nie zatrzymując się ani na chwilę. Cesarska para była już może zmęczona udziałem w uroczystości poświęcenia cerkwi prawosławnej w Tomaszowie, a może preferowała kontakty z ludem w formie i czasie zaplanowanym przez dwór.

W każdym razie, w kronice parafialnej z opisem tego dnia pozostała pusta kartka, na której ręką proboszcza, na skos strony, umieszczono adnotację: „Miejsce to miało służyć na położenie podpisów przez Najj. Państwa”. Ksiądz chciał uroczystym powitaniem nawiązać do specjalnych relacji łączących jego poprzednika Ludwika Żmudowskiego z ojcem cara, Aleksandrem III. Otóż ksiądz ów był zapalonym myśliwym i znawcą lasów nadpilickich. Przy pomocy osób bliskich dworowi carskiemu udało mu się zaprosić następcę tronu do udziału w polowaniu w tej okolicy. Było to zaproszenie atrakcyjne dla myśliwego, jako że w pobliżu carskiej rezydencji w Skierniewicach, gdzie akurat przebywała rodzina panująca, można było polować co najwyżej na bażanty i zające. Tak więc we wrześniu 1876 odbyło się 11 dniowe polowanie, w którym ksiądz Żmudziński służył za miejscowego łowczego. Było ono na tyle udane, że carewicz nakazał u ujścia rzeczki Gać do Pilicy postawić stanicę myśliwską, a księdzu podarował złoty pierścień oprawny w diamenty. Zapraszał go też, już jako imperator Wszechrusi, na kolejne polowania w okolicach osady, którą od nazwiska właściciela młyna nad Gacią nazwano Spałą.

Takie były początki śródleśnej rezydencji służącej początkowo jako ustronie dla carów, później dla prezydentów Polski, następnie dla „ciężko pracujących robotników” w ramach Funduszu Wczasów Pracowniczych, a obecnie dla każdego. Początkowo było to całkiem bezpretensjonalne miejsce – tu prym wiodła pani prezydentowa Wojciechowska samodzielnie prowadząc kuchnię. Z czasem, nabierając funkcji reprezentacyjnych, osada obrastała w coraz większą ilość obiektów projektowanych w stylu myśliwsko-alpejskim. Dopiero PRL dorzucił swoje klockowate obiekty i nadbudówki, których jedynym celem było pomieszczenie jak największej ilości gości. Z upadkiem komunizmu oraz FWP, a także otwarciem kurka z funduszami unijnymi, z niepozornej poczwarki począł wykluwać się atrakcyjny motyl.

Widok płacyku prezydenta z pomnikiem żubra na pierwszym planie

Zdjęcia z M. Słoniewski, S. Czestnych „Pałac i ludzie. Historia rezydencji myśliwskiej w Spale 1885-1945”

Obecnie Spała stara się łączyć ofertę dla turysty masowego z estetyką godną koronowanych głów, dyplomatów, ministrów i ojców narodu, którzy niegdyś tu bywali. My zatrzymaliśmy się w pensjonacie o nazwie Carski Dwór, gdzie na ścianach podziwialiśmy pokaźną galerię portretów przedstawicieli rodziny Romanowów, a gdy obrazów zabrakło, dodatkowo oprawione w ramki rosyjskie papiery dłużne. W miejscowości znajdują się również kawiarnio-restauracja Carska Wieża i Carskie Apartamenty. Nie dziwią napisy w cyrylicy i dwugłowe orły. Polacy może są antyrosyjscy, gdy chodzi o geopolitykę, ale zmienia się to, gdy rosyjski akcent może przynieś finansowe zyski.

Carski Dwór
Mikołaj i Aleksandra
Elementy zastawy stołowej z czasów carskich
Galeria rodziny Romanowów
Imperialne godło na ogrodzeniu Carskich Apartamentów

Równocześnie kultywuje się tu prezydencki okres Spały. Z naszego rezerwatu imperialnej Rosji chodziliśmy na śniadania do hotelu Mościcki, a jeden z obiadów zamówiliśmy w restauracji należącej do położonego na drugim brzegu Pilicy hotelu Prezydent. Ulubionym obiektem robienia sesji fotograficznych jest ławeczka Mościckiego, gdzie można przysiąść się do prezydenta na stanowisku myśliwskim, dzierżącego w ręku dwururkę, z psem Lordem u boku. Niegdysiejszy symbol rezydencji, żeliwny pomnik żubra, pierwotnie ustawiony w Zwierzyńcu koło Białowieży, odzyskany na mocy traktatu ryskiego z ZSRR został, decyzją prezydenta Mościckiego ustawiony w przypałacowym parku. Dzisiaj ukryty w zieleni na zapleczu nowego obiektu z apartamentami na wynajem jest nieco zapomniany. Jednak jego wizerunek używany jest powszechnie do celów promocyjnych przez miejscowe instytucje, organizacje i obiekty turystyczne.

Ławeczka prezydenta Mościckiego
Białowieski pomnik żubra w Spale. Fotografia z roku 2013. Budynek w tle zmienił się nie do poznania

Spała to miejsce bogate w historię, ale nie w wartościowe zabytki. O jej uroku stanowi zanurzenie zabudowy w zieleni. Gęste mieszane lasy o prawdziwie puszczańskim charakterze otaczają całą miejscowość. Na spiętrzonej rzeczce Gać stworzono staw, wokół którego spacerują liczni goście. W dół Pilicy na jej wysokim brzegu rozłożyło się uroczysko Grzybek, nazwane tak od wiaty takiegoż kształtu. Kolejni władcy (z pomazania czy też z wyboru) odwiedzali to miejsce piechotą, powozem, konno czy jak Mikołaj II – łódką. W pobliżu ułożono z głazów narzutowych pomnik podnoszący zasługi prezydenta Mościckiego dla odnowienia tradycji łowieckich. Przy tej kamiennej piramidzie skromnie wygląda miejsce pochówku Lorda.

Wzdłuż głównej ulicy rozciąga się malowniczy park projektu wiodącego architekta zieleni przełomu XIX i XX wieków – Waleriana Kronenberga. Został on w ostatnich latach odnowiony, wzbogacony o nowe ogrodzenie i fontannę, ale też uatrakcyjniony o modne obecnie kwiatowe łąki. Spośród nich wyrasta bez mała stuletnia drewniana kaplica prezydencka. Wnętrze tej niewielkiej świątyni, jedynej do której można wejść poza porą nabożeństw, zdobią międzywojenne witraże oraz drewniany ołtarz ukazujący nawrócenie świętego Huberta. W środku jest mrocznie i nastrojowo, a powietrze przesycone jest zapachem drewna. Ceniący celebrę swego urzędu Mościcki, udając się na nabożeństwa, zostawiał większość swojej świty przed drzwiami. Zwykł się za to modlić w towarzystwie delegacji dzieci z miejscowego sierocińca.

Staw na Gaci ze współczesnym budynkiem świetlicy wiejskiej
Dawniej elektrownia wodna, obecnie bar Turbina
Kaplica prezydencka
Harry przy kamieniu Lorda
Willa szwajcarska
Jeden z większych i strojniejszych budynków w Spale
Dawny kompleks zabudowań gospodarczych
Grzybek na uroczysku po ostatniej przebudowie uzyskał więcej nóżek
Carska wieża ciśnień od strony parku

Architektura drewniana Spały i okolic jest ujmująco bezpretensjonalna. Być może wynika to z funkcji, drewniane domki służyły bowiem głównie jako schronienie dla strażników całego kompleksu. Dwa z takich domków znajdziemy przy drogach wyjazdowych na zachód i ku północy. Na najciekawszy można jednak natrafić około 3.5 km na północny zachód od miejscowości, na granicy wsi Glinik i Dąbrowa. Zbudowany z bali i kryty czerwonym dachem domek ma malowane okiennice i okapy oraz półkolistych kształtów drewniany parawan kryjący szczytową część budynku. Pomalowany w wyraziste kolory wygląda wedle opisu na Google maps „jak z ruskiej bajki”.

Spała jest też ważnym miejscem na kajakowej trasie Pilicy. Nad rzekę można wygodnie dojechać, a samochód zostawić na sporym parkingu. Liczne wypożyczalnie działające w okolicy nie skarżą się na brak zainteresowania, na co wpływ ma rzadki w centralnej Polsce charakter rzeki, której obydwa brzegi (na odcinku do Inowłodza) porastają całkiem gęste lasy. My spłynęliśmy do Żądłowic (ok. 18 km). Po drodze zaliczyliśmy dwie mielizny oraz ze cztery bystrza, gdzie dno kajaka szorowało o kamienie. Harry przeżył nurkowanie z kajaka na „główkę”, ale dzięki temu szczęśliwie przekonał się, że potrafi pływać. Na rzece spotkaliśmy sporo kaczek oraz tracze nurogęsi i gągoły z młodymi. Sąsiad z pensjonatu miał więcej szczęścia, bo udało mu się spostrzec czarnego bociana. No i panorama Inowłodza od strony rzeki z obydwoma kościołami definitywnie uatrakcyjnia spływ akurat tym odcinkiem Pilicy.

Domek jak z ruskiej bajki
Pilica pod Spałą
Most wiszący nad Pilicą
Kaczki i tracze odpoczywaja na mieliźnie
Kapliczka w Dąbrowie
Kościół w Inowłodzu od strony rzeki
Pilica płytnie w zielonym obramowaniu lasów
Wysokie brzegi pod Inowłodzem

***

Jednym z niewielu powodów do narzekań letników odwiedzających pod koniec XIX w. stację klimatyczno-leśną w Inowłodzu był stan dróg, a co za tym idzie, czas i komfort dojazdu od najbliższej stacji kolejowej w Tomaszowie. Piasek do pół osi konnego wozu, a po deszczach błoto – to było pierwsze doświadczenie przyjeżdżających na wypoczynek. Właściciel stacji słał monity do władz odpowiedzialnych za ten stan rzeczy, a nawet zakupił w Hamburgu niewielki stateczek parowy w celu transportowania gości. Władze były jednak nierychliwe, a droga wodna, ze względu na zmienną głębokość i krzywizny rzeki zajmowała więcej czasu niż przejazd furmanką. W końcu w 1902 roku zbudowano drogę z Tomaszowa do Inowłodza wiodącą przez Brzustów. Najkrótsza droga przez lasy nadpilickie i Spałę była niedostępna, podróżni nie mieli prawa zakłócać wypoczynku pierwszych osób w państwie.

Zmieniło się to wraz z otwarciem Spały dla wypoczynku masowego. Początkowo nie miało to większego znaczenia, ale wraz z rozwojem motoryzacji, przeciskająca się między pocarskimi zabytkami droga krajowa nr 48 stała się problemem. Wyobraźcie sobie tylko posiadówkę nad espresso w kawiarnianym ogródku, przerwaną dźwiękiem filiżanki podskakującej na spodku i widokiem ogromnego TIR-a w odległości 5 metrów od stolika. Aż się prosi o zastosowanie niemieckiego patentu na okiełznanie ruchu drogowego w miejscach turystycznych, a mianowicie stworzenie dwóch solidnych parkingów na każdym końcu miejscowości z zakazem ruchu tranzytowego pomiędzy nimi. Możnaby wtedy ukoić zmysły sterane zmaganiami z codziennością na podobieństwo gości inowłodzkiej wilegiatury sprzed 100 laty. Pomarzyć zawsze warto…

Kategorie
Polska

Wędrujące zabytki

Figurę siedzącej kobiety odzianej w złote szaty spływające w licznych fałdach na jej kolana i stopy umieszczono w złotym barokowym obramowaniu. Spod błyszczącej korony na przykryte króciutką pelerynką ramiona opadały niezliczonymi lokami kasztanowe włosy. Pucołowata twarzyczka z prostym noskiem i ledwo zarysowana kreską ust emanowała spokojem. Po  obu stronach koronowanej głowy unosiły się dwa bezskrzydłe aniołki okrywające plecy świętej osoby podbitą niebieskim materiałem opończą. Ułożenie rąk i dłoni figury sugerowało, że pierwotnie musiała trzymać w nich jakiś atrybut swojej pozycji. Czerwony bucik wysuwający się spod fałdów sukni spoczywał na pysku przyklękłego przed nią czarnego stwora o wyglądzie mastifa. Na jego widok cała nasza, psiolubna grupa zakrzyknęła „O, Mimsio!” (taki przydomek nosi Vinyl – czarnofutry podopieczny mojej córki i zięcia, o  którym więcej można przeczytać we wcześniejszym wpisie „O urokach podróżowania z psem”).

Św. Małgorzata z cegłowskiego kościoła

W ten sposób świętą Małgorzatę z Antiochi oddał uczeń Wita Stwosza – mistrz Lazarus Gertner z Ulm, który na zamówienie kapituły warszawskiej wykonał w roku 1510 ołtarz do kościoła św. Jana w Warszawie – obecnej katedry warszawskiej. Wraz trzema innymi, bardzo popularnymi w średniowieczu, świętymi niewiastami: Katarzyną Aleksandryjską, Dorotą z Cezarei i Barbarą z Nikomedii, asystuje centralnej scenie pogawędki świętych (Santa Converatione) prowadzonej między Matką Boską, a świętym Janem Chrzcicielem i biskupem Stanisławem ze Szczepanowa. Ciekawy jest już wybór całkowicie żeńskiej asysty umieszczonej na skrzydłach tryptyku, ale na tym nie koniec niespodzianek. Opisana wyżej święta Małgorzata powinna mieć za atrybuty krzyż, liść palmy i smoka. Ten ostatni symbolizuje szatana, który starał się, bezskutecznie, odwieść ją od wiary chrześcijańskiej. Lazarus za symbol poskromionego zła przewrotnie wybrał czarnego psa, który w symbolice średniowiecznej miał jednoznacznie pozytywną konotację z wiernością i służbą.

Odwiedzając katedrę na warszawskim Starym Mieście na próżno będziemy jednak rozglądać się za tym arcydziełem późnogotyckiej snycerki. Już w nieco ponad sto lat po jego wykonaniu uznano, że w podniesionym do rangi stołecznej mieście, główna świątynia zasługuje na bardziej reprezentacyjny ołtarz. Większy i co ważniejsze, wykonany we wchodzącym w modę stylu barokowym. Podjęto wówczas decyzję o przeniesieniu starego ołtarza do kościoła w stanowiącej uposażenie kapituły kolegiackiej św. Jana Chrzciciela, wsi Cegłów, położonej 55 km na wschód od Warszawy.

Cegłowski kościół
Ołtarz mistrza Lazarusa

Kanonicy kapitulni  sprzed 400 lat wykazali się świadomością wartości artystycznej dzieła mistrza Lazarusa lub, po prostu, byli ludźmi praktycznymi, rozumiejącymi, że ciąży na nich obowiązek wyposażenia cegłowskiej świątyni. A po co wydawać środki na sfinansowanie nowych zamówień, skoro w zasobach ma się już gotowy ołtarz. Z grubsza rzecz biorąc takimi motywami, aż po dzień dzisiejszy, kierują się osoby podejmujące decyzje skutkujące migracjami obiektów zabytkowych do nowych lokalizacji.

Stojąc przed cegłowskim ołtarzem starałem się przypomnieć sobie przykłady innych, z założenia nieruchomych obiektów, które jednak przenosiły się, często po kilkakroć, w nowe miejsca. Zdarzało mi się wspominać na łamach „Za widnokręgiem” o przenoszeniu zabytkowych elementów kamieniarki we Wrocławiu, czy w Brukseli, ale zapewne najczęściej przenoszonymi były budowle drewniane. Decydowała o tym prostota, zarówno konstrukcji, jak i demontażu. Powszechność drewnianego budownictwa mieszkaniowego w przedwojennym Białymstoku była tłumaczona tym, że w okresie raptownej industrializacji miasta po Powstaniu Styczniowym ludność okolicznych wsi przenosiła się do pracy w mieście, nie tylko z dobytkiem ruchomym, ale też z dotychczasowym, rozłożonym na pojedyncze belki domem, który następnie starannie odtwarzała na przydzielonym spłachetku miejskiego gruntu. Proces taki musiał być żywiołowy i pozostaje słabo udokumentowany. Z czasem domy takie starzały się, a warunki życia, które zapewniały, coraz dalej odbiegały od oczekiwań kolejnych pokoleń już „miastowych” mieszkańców. Ani mieszkańcy, ani władze, nie widziały w ich historii niczego cennego, więc cały proceder nie został oceniony, ani ilościowo, ani jakościowo, a jego skali możemy się tylko domyślać.

Inaczej rzecz ma się z drewnianymi obiektami sakralnymi, których peregrynacje zostały opisane zarówno w kronikach parafialnych, jak i dokumentacji konserwatorskiej. Podróżując ostatnio przez północno-wschodnie Mazowsze przejeżdżałem przez Krasnosielc. Wznosi się tam skromny, acz harmonijnej architektury kościółek klasycystyczny, zbudowany w końcu XVIII wieku z fundacji Krasińskich. Musiał mu ustąpić miejsca ledwo 50 letni wówczas obiekt drewniany, który zdecydowano się przenieść do pobliskiego Drążdżewa. Tam spędził następnych 200 lat, by po zbudowaniu nowej, murowanej świątyni pójść na dziesięcioletnie „bezrobocie”, by od 2007 roku, po odbyciu 120 kilometrowej podróży, osiąść szczęśliwie w Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu.

Skanseny wydają się naturalnym miejscem ulokowania zabytkowych obiektów drewnianych, których właściciel nie chce lub nie może utrzymywać w dotychczasowej roli. W ten sposób do Nowego Sącza trafiła cerkiew z Czarnego w Beskidzie Niskim, a do Sanoka, ta z bieszczadzkiego Rosolina. W obydwu przypadkach wspólnoty religijne korzystające z tych świątyń przestały istnieć w wyniku powojennych przymusowych wysiedleń ludności łemkowskiej i bojkowskiej z ich ojcowizny. Skansen to lokalizacja bezpieczna, ale nieco sztuczna, jako że związana ze zmiana funkcji z liturgicznej na wystawową. Dlatego może lepiej, że Górnośląski Park Etnograficzny powstał ostatecznie w Chorzowie, a nie, jak  planowano przed II Wojną Światową, w Parku Kościuszki w Katowicach. Dzięki sprowadzonemu w 1938 roku z Syryni nad Odrą ponad 400 letniemu kościółkowi św. Michała Archanioła Katowice chlubią się posiadaniem zabytku z XVI wieku, a młode pary zyskały malownicze miejsce ceremonii ślubnych, jak też towarzyszących im sesji fotograficznych.

Kościół w Drążdżewie, fot. D. Krzesniak
Cerkiew z Czarnego w Sądeckim Parku Etnograficznym, fot. Henryk Bielamowicz, lic. CC-BY SA 4.0
Wnętrze cerkwi z Czarnego, fot. Henryk Bielamowicz, lic. CC-BY SA 4.0

Cerkiew z Rosolina w MBL w Sanoku, fot. Henryk Bielamowicz, lic. CC-BY SA 4.0
Kościół św. Michała Archanioła w Katowicach
Wnętrze najstarszego zabytku miasta, fot. Paweł Grzywocz, lic. CC-BY SA 2.5 

Pod względem pokonanej odległości żaden z przeniesionych kościółków nie może się równać z kościółkiem Wang. Przebył on trasę z środkowej Norwegii, przez Szczecin i Berlin, do Karpacza, bagatela – ponad półtora tysiąca kilometrów. Jest to też obiekt z najdłuższą historią. W chwili nabycia przez króla Prus Fryderyka Wilhelma IV liczył już sobie ponad 700 lat. Wprawdzie osoba prowadząca prace budowlane w Karpaczu narzekała, że ledwo 15% sprowadzonych z Norwegii części nadawało się do użycia, jednak obowiązująca wówczas praktyka konserwatorska dopuszczała dosyć dowolne uzupełnianie zabytkowego oryginału. W rezultacie światynia w dzisiejszej formie jest, podobnie jak neogotyckie zamki, bardziej staronorweska w wyglądzie, niż jakakolwiek z tych, które pozostały w Norwegii.

Kościółek Wang po przeniesienu do Karpacza, domena publiczna

Kościółek Wang zanim trafił do Karpacza był przeznaczony do muzeum berlińskiego. Król zmienił zdanie w tej kwestii pod wpływem sugestii hrabiny von Reden z Bukowca, posiadaczki posiadłości sąsiadującej z królewskimi Mysłakowicami. Czyli Karpacz był nieplanowaną lokalizacją. Natomiast Kunčice pod Ondřejníkem, położone w Beskidzie Śląsko-Morawskim, gdzie znajduje się kościółek św. Prokopa i Barbary, były lokalizacją przemyślaną. Tam mianowicie miał swój letni dom dyrektor Przedsiębiorstwa Górniczo-Hutniczego w Ostrawie, inż. Śebely. Był on człowiekiem majętnym, a córkę miał wydać za hrabiego Larisch-Monnicha. Jako kochający ojciec chciał, aby uroczystość ślubna miała jak najwspanialszą oprawę. Dlatego, w 1928 roku zakupił na należącym wówczas do Czechosłowacji Zakarpaciu cerkiewkę, którą zlecił zdemontować, przewieźć do Kunčic i ustawić ponownie naprzeciwko swojego domu. Pierwszą uroczystością odbywającą się w tej świątyni był ślub córki inżyniera. Kto jeszcze uważa, że Czechom brakuje fantazji?

Kościół św. Prokopa i Barbary w Kunčicach, fot. Daniel Baránek, lic. CC-BY SA 3.0

Nadnarwiański Tykocin zwany jest barokową perłą Podlasia. Wjeżdżając do miasteczka od północy mija się całkiem udaną rekonstrukcję zamku królewskiego i wkrótce już można zobaczyć górujące nad niską zabudową barokowe szczyty wież kościoła parafialnego oraz stromy dach synagogi. Jak twierdzą najstarsi mieszkańcy, niegdyś aby dotrzeć do miasta, trzeba było pokonać siedem drewnianych mostów, gdyż tyloma ramionami toczyła swe wody Narew. Obecnie, po regulacji biegu rzeki, most jest tylko jeden (nie licząc pomniejszych przepustów), ale za to jaki! Zwieńczony czterema łukami metalowych kratownic, tylko w jednej trzeciej długości biegnie ponad rzeką, a w pozostałej części nad zalewowymi łąkami. W sezonie zawsze można na nim spotkać turystów starających się z tej perspektywy uchwycić najbardziej malownicze ujęcie w obiektywie swoich aparatów fotograficznych. Przyglądając się uważnie elementom metalowej konstrukcji w części północnej mostu, znajdziemy niewielką tabliczkę informującą, że obiekt zbudowała (w oryginale wzmocniła – verstärkt) w roku 1910 firma Beuchelt & Co. z Grünberg, Schl. Ta zielonogórska firma wyprodukowała wprawdzie blisko 500 mostów stalowych, ale znakomita większość z nich stanęła w granicach wilhelmińskiej Rzeszy Niemieckiej (na Śląsku firma miała bez mała monopolistyczną pozycję). Nieliczne mosty jej produkcji poza Niemcami stawiane były w koloniach lub np. na trasie strategicznej dla kajzera inwestycji, jaką była linia kolejowa Berlin – Bagdad. Most w Tykocinie, służący przed I Wojną Światową głównie jako ułatwienie dojazdu ludności wiejskiej na targ w miasteczku, na pewno nie miał takiej rangi. Zresztą nawet w Polsce międzywojennej mosty o trwałej (metalowej, czy żelbetowej) konstrukcji stawiano głównie na liniach kolejowych. Natomiast mosty drogowe, poza dużymi miastami i najważniejszymi szlakami komunikacyjnymi, budowano z drewna. Wziąwszy pod uwagę natężenie ruchu oraz niską średnią masę ówczesnych  pojazdów, było to rozwiązanie zupełnie wystarczające. Jak więc ciekawy przykład architektury mostowej epoki wilhelmińskiej zawitał na podlaską prowincję? Otóż jest to zdobycz wojenna z czasów II Wojny Światowej. Wycofujący się Wehrmacht wysadzał przeprawy mostowe, ale dla utrudnienia ruchu wojsk przeciwnika wystarczało zniszczyć jedno, czy dwa przęsła. Zdobywcom, zwłaszcza na szerszych rzekach, pozostawały jeszcze spore odcinki mostów do wykorzystania. Armia Czerwona demontowała je i wywoziła na wschód, ale zagęszczenie infrastruktury na ziemiach przyłączonych do Polski było tak duże, że wystarczyło i dla nas. W latach 50-tych XX wieku most trafił do Tykocina, niestety bez informacji o pierwotnej lokalizacji. W ostatnich latach w Zielonej Górze i Wrocławiu wyrażano pewne zainteresowanie pochodzeniem mostu tykocińskiego, ale w przeciwieństwie do przewiezionych po wojnie pomników i pomniejszych dzieł sztuki nie zażądano jego rewindykacji.

Most w Tykocinie, po lewej stronie w tle widoczny zamek

W tym samym czasie, choć w mniej dramatycznych okolicznościach, zdecydowano o losach zdemontowanego kilka lat wcześniej mostu w Fordonie koło Bydgoszczy. Ta otwarta w 1893 roku przez cesarza Wilhelma II przeprawa liczyła sobie 1325 m długości (dokładnie tyle, co aleja Unter den Linden w Berlinie) i była najdłuższą w ówczesnych Niemczech. Most składał się z dwóch części: biegnącej nad rzeką oraz nad terenami zalewowymi doliny Wisły. Część nadrzeczna podczas II Wojny Światowej była niszczona przez saperów, już to polskich w 1939 roku, już to niemieckich w 1945 roku. Część lądowa mostu natomiast przetrwała nienaruszona do powojennej odbudowy, kiedy to, ze względów oszczędnościowych, postanowiono most skrócić o 310 metrów. Część trasy poprowadzono po nasypie, a nowy most uzyskał szersze jezdnie. Zdemontowane stare przęsła, po konserwacji, rozdysponowano w następujący sposób: do Brzegu nad Odrą, do Plosek nad Narwią, do Dorohuska i Zosina nad Bugiem, do Jarosławia nad Sanem i wreszcie jedno przęsło otrzymał Czarnków nad Notecią. Byłoby prawdziwym chichotem historii, gdyby most w Tykocinie pierwotnie łączył brzegi Odry w Brzegu (a firma Beuchelt & Co. postawiła nad Odrą aż 42 przeprawy), a następnie powędrował na wschód, zaś na jego miejsce sprowadzono elementy mostu z Fordonu.

Most w Fordonie, przęsłą części nadrzecznej byly łukowato zamknięte
Dwa przęsła części nadzalewowej fordońskiego mostu przeniesiono do Plosek nad Narwią

Mosty przenoszono także w międzywojniu, czego najlepszym przykładem jest ten z Opalenia na Wiśle, kilka kilometrów na południe od Kwidzyna. Zbudowano go w 1909 roku, a swoją przydatność wykazał w pierwszych tygodniach I Wojny Światowej służąc szybkiemu przerzuceniu oddziałów niemieckich do zagrożonych rosyjską ofensywą Prus Wschodnich. W rezultacie Rosjanie zostali pokonani w bitwie pod Tannenbergiem. Jednak Niemcy przegrali całą wojnę i zgodnie z warunkami traktatu wersalskiego musieli oddać Polsce korytarz pomorski, a także dolinę Wisły na wschód od rzeki, aż do wałów przeciwpowodziowych. Ponad kilometrowej długości most znalazł się w całości na terenie Polski, gdzie okazał się niepotrzebny, bo można nim było dojechać co najwyżej do nadrzecznych łąk. W tej sytuacji podjęto decyzje o rozbiórce, przeprowadzonej w latach 1928-29. Z większości pozyskanych przęseł zbudowano most drogowy w Toruniu, a z części także most nad ramieniem Warty w Koninie. W korycie Wisły pozostały, do dzisiaj widoczne, potężne filary, na których wspierała się oryginalna konstrukcja.

Most w Opaleniu przed I Wojną Światową
Most w Toruniu zbudowany z przęseł mostu opaleńskiego, fot. Jacek 767, lic. CC-BY SA 3.0
Filary mostu w Opaleniu

Już w XXI wieku w Poznaniu przeprowadzono spektakularną operację przeniesienia na odległości około jednego kilometra w dół rzeki przęsła nadrzecznego mostu Św. Rocha i osadzenia go, jako kładki pieszo-rowerowej łączącej Ostrów Tumski i Śródkę, w miejscu, gdzie od X wieku, aż do roku 1970, już istniała przeprawa mostowa. Przęsło starego mostu, zbudowanego w roku 1949, trzeba było przewieźć po specjalnie zbudowanych z obu stron rzeki torach oraz przemieścić nad znajdującym się po drodze mostem Mieszka I. Ważące 450 ton przęsło podniesiono w tym celu na wysokość 9 m, przetoczono nad mostem Mieszka I, aby je znowu opuścić na poziom gruntu. W dniu 29 września 2007 roku setki poznaniaków oglądały kulminacyjny moment przetaczania stalowego przęsła po moście. Wprawdzie po przeniesieniu zmienił on nazwę na Most Cybiński, ale nie zmieniły się ryzykowne zwyczaje młodych mieszkańców miasta, którzy spacerują, a nawet próbują przejazdu rowerem po łukach stalowej konstrukcji.

Most Cybiński w Poznaniu z katedrą w tle
Zdemontowane przęsło mostu św. Rocha czeka na przeniesienie w nowe miejsce, fot. Krzysztof Piechota, lic. CC_BY SA 4.0

W latach 60-tych XX wieku większość historycznych budowli Warszawy została już odbudowana. Minął też okres bezmyślnego wyburzania obiektów, które przetrwały hekatombę bombardowań i podpalania, ale stały na przeszkodzie wizji tworzenia nowoczesnego urbanistycznie miasta. Władze chlubiły się przychylnym stosunkiem do zabytków przeszłości oraz wiedzą i umiejętnościami polskich konserwatorów. Gdy więc dochodziło do kolizji planów dalszego rozwoju z szacunkiem do zabytkowej materii miasta kilkakrotnie zdecydowano się na spektakularne przemieszczenie całych wielkogabarytowych obiektów murowanych. Zaczęto w 1961 roku od północnego budynku rogatek grochowskich, co umożliwiło poszerzenie ulicy biegnącej między nimi. Niespełna rok później, o 21 metrów na północ przesunięto cały, ważący 6,8 tysięcy ton, kościół Najświętszej Marii Panny przy warszawskim Lesznie (wówczas al. Świerczewskiego). W końcu, w 1970 roku przeprowadzono najbardziej skomplikowaną, wielotygodniową operację przekręcenia o 74⁰ Pałacu Lubomirskich. Tu przyczyną była chęć wizualnego zamknięcia osi saskiej, pozbawionej na swoim wschodnim końcu nieodbudowanego Pałacu Saskiego. Przy okazji przesunięty obiekt zasłonił wschodni budynek Hal Mirowskich, którego neogotycka architektura nie cieszyła się naówczas uznaniem władz. W tej samej dekadzie przesunięto jeszcze, choć bez zbytniego rozgłosu, wartownię numer 1 na Westerplatte w Gdańsku. Obiekt, kluczowy punkt oporu polskiego w pierwszych dniach września 1939 roku, musiał ustąpić miejsca poszerzonemu kanałowi portowemu. Po 30 letniej przerwie moda na przemieszczanie zabytków powróciła. W zmienionych warunkach ustrojowych nie decydowali już o tym politycy, ale konserwatorzy zabytków. W 2001 roku los północnej sąsiadki podzieliła południowa rogatka grochowska. Ponieważ z biegiem lat coraz młodsze obiekty zyskiwały status zabytków, wśród tych przeniesionych znalazły się również niemieckie bunkry z okresu II Wojny Światowej. Czasem też o przeniesieniu zabytku decydowano wbrew woli właścicieli. Tak było podczas budowy linii szybkiego tramwaju w Szczecinie Zdrojach. Premodernistyczną willę Grüneberga przesunięto w 2014 roku o 45 metrów, eksmitując z niej właścicieli. Otaczający ją ogród nie został jednak odtworzony, a sam budynek do dzisiaj pozostaje niezagospodarowany.

Przygotowania do przesunięcia kościoła NMP w Warszawie
Cztery fazy przesunięcia kościoła NMP w Warszawie, dom. publ.
Pałac Lubomirskich, sierpień 1970. Na zdjęciu widać odciete i rozebrane oficyny tylne pałacu. PAP/CAF/Adam Urbanek
Westerplatte – wartownia nr 1, fot. Jan Jerszyński, lic. CC-BY SA 2.5

Przesunięcia obiektów historycznych utrwaliło w naszej powszechnej opinii przekonanie o Polsce, jako kraju, który wyjątkowo troszczy się o los zabytków. Prezentowane bywa nawet stanowisko, że jako jedyny kraj posiadamy umiejętności i odpowiednie kadry dla przeprowadzania takich operacji. Tymczasem, już w 1930 roku w Indianapolis przesunięto ośmiopiętrowy budynek poczty o wadze 11000t. U naszych wschodnich sąsiadów przesunięto w 1939 roku o 80 metrów kompleks budynków Sawińskie Podworie w Moskwie, o wadze 23000 ton. Łącznie  w latach 1936-1941 w Moskwie przesunięto 22 budynki o całkowitej kubaturze 300 tys. m3. Specyfiką rosyjską było przesuwanie budynków wraz z ich mieszkańcami/użytkownikami, którzy obowiązkowo powinni byli się uśmiechać i wyrażać dumę z osiągnięć radzieckiego inżyniera i robotnika. Dla Rosjan dodatkowym bodźcem do tych działań była chęć pobicia parametrów przesuniętego budynku z Indianapolis. Jak by to obecnie źle nie brzmiało, przykład takich operacji przyszedł więc do nas ze wschodu, a ich rozmachem nigdy nie prześcignęliśmy pierwowzoru.

Willa Grunebergów – widoczna po lewej stronie – należała do rodziny producentów organów
Willa Grunebergów po przesunięciu, fot. Hoa binh, lic. CC-BY SA 4.0
Wnętrze willi Grunebergów, fot. Kapitel CC-BY SA 4.0

Decyzje o przeniesieniu zabytku umieszczone są zawsze w kontekście szeroko rozumianych trendów modernizacyjnych oraz w taktyce godzenia i priorytetyzacji wartości. Przenoszone obiekty przestawały wystarczać potrzebom estetycznym, czy użytkowym, w dotychczasowym miejscu lokalizacji, ale spełniały je w nowym miejscu, wśród nowych użytkowników. Chyba tylko Pałac Lubomirskich przeniesiony został z motywów wyłącznie estetycznych. Czego nie mogli przewidzieć mocodawcy przeniesień to faktu, że nowa, mniej prestiżowa, lokalizacja mogła się też okazać bezpieczniejszą. Ołtarz zesłany do Cegłowa, zastąpiony został w latach 1611-18 z fundacji króla Zygmunta III Wazy przez wczesnobarokowy, z obrazem weneckiego malarza Jacopo Palmy Młodszego, który zdobił kolegiatę, a później katedrę warszawską przez ponad 300 lat. Według niektórych źródeł został on uznany za tak cenny, że po 1806 roku przeniesiono go do Muzeum Napoleona w paryskim Luwrze. Tym samym byłby jedynym, obok gdańskiego Sądu Ostatecznego Hansa Memlinga, dziełem sztuki z Polski wartym takiej podróży. Na szczęście Kongres Wiedeński decydował nie tylko o restytucji rodów królewskich, ale i o przynależności dóbr kultury. Dlatego ołtarz mógł udać się w drogę powrotną z Paryża do Warszawy. Biorąc pod uwagę przebytą odległość, zostawił za sobą nawet epicką podróż kościółka Wang. Niestety, nie był ognioodporny i nie przetrwał zniszczenia katedry przez Niemców w 1944 roku. Znamy go więc  tylko z opisów i starych fotografii. Tymczasem św. Małgorzata ze swymi gotyckimi towarzyszkami przetrwała bezpiecznie do naszych czasów w Cegłowie, stając się dumą miasteczka i magnesem ściągającym doń coraz liczniejszych turystów.

Zniszczony barokowy ołtarz główny w Katedrze św. Jana Chrzciela w Warszawie
Kategorie
Polska

Gdzie Krajna, gdzie Lwów czyli rozważania o pograniczu

Na cmentarzu parafialnym w Sopocie przy ulicy Malczewskiego znajduje się nagrobek skrywający  doczesne szczątki, jak głosi inskrypcja, Włodzimierza Decykiewicza – senatora II RP.  Jako miejsce urodzenia wskazany jest Lwów. Wydawać by się mogło, że kamień ten dokumentuje typowe kresowiackie losy osoby przymusowo wysiedlonej po 1944 roku na tzw. Ziemie Odzyskane. Tymczasem już notka biograficzna na Wikipedii ukazuje całkiem nieoczekiwany i nietuzinkowy życiorys. Otóż Wołodymyr Decykewycz (Володимир Децикевич) był ukraińskim politykiem i działaczem społecznym, pełniącym rozliczne funkcje państwowe, z których najpoważniejszą była rola ostatniego austriackiego namiestnika Galicji i Lodomerii. Co prawda, godność tą 1 listopada 1918 roku przekazał mu gubernator Karl von Huym niejako pod przymusem, gdyż był już internowany przez siły ukraińskie, a sam Decykewycz pełnił ją tylko przez kilka godzin oddając władzę przedstawicielom Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej. Tym niemniej, pamiętając, że był to krok uruchamiający lawinę dramatycznych zdarzeń kierujących narodowe świadomości Polaków i Ukraińców na kurs kolizyjny, odkrywszy ten nagrobek miałem odczucie otarcia się o prawdziwą historię.


Decykewycz w międzywojniu był działaczem Ukraińskiego Zjednoczenia Narodowo Demokratycznego (UNDO), radnym Lwowa i członkiem zarządu województwa lwowskiego oraz członkiem władz większości ukraińskich organizacji społecznych tego okresu. Był jednak człowiekiem starej daty, zwolennikiem umiaru w polityce i postępu osiąganego drogą negocjacji, a te wartości były coraz mniej cenione w radykalizującym się politycznie społeczeństwie ukraińskim tuż przedwojennej epoki. W roku 1943 Decykewyczowie przenieśli się do Nowego Targu gdzie mieszkała rodzina jego żony, z domu Tarnawskiej, a po wojnie trafili do Sopotu, gdzie krótkotrwały namiestnik Galicji i Lodomerii dożył swoich dni. Nie wiem, czy opuścił swoje rodzinne miasto z powodu dolegliwości podeszłego wieku (w 1943 roku liczył sobie już 78 lat), obawy przed nadciągającymi Sowietami czy też ogólnego zniechęcenia atmosferą gęstniejącego okrucieństwa i barbarii. Dla mnie jest on jednak przykładem człowieka pogranicza, żyjącego w środowisku mieszanym etnicznie i kulturowo, gdzie równie łatwo można opowiedzieć się po jednej ze stron jak wybrać własną drogę polityczną czy życiową pozwalającą na lokowanie się poza sporem lub mniej czy bardziej harmonijne łączenie stanowisk każdej ze stron.

Refleksje nad losami Decykewycza oraz innego człowieka pogranicza, Górnoślązaka Carla Ulitzki (o którym kiedyś chętnie napiszę), towarzyszyły mi w odbytej pod koniec lutego wycieczce do Krajny. Nie, nie na Ukrainę – region w zachodniej Polsce, położony w trójkącie między Bydgoszczą, Piłą i Chojnicami bieże swą nazwę od wielowiekowego położenia na krajach państwa polskiego, a także na granicy Wielkopolski i Pomorza. Obecnie to bez mała centralna Polska, wiec nazwa jest nieco zwodnicza. Oprócz map i przewodników, które zresztą,

Gerd Heinrich na Celebes z upolowanym „chrapiącym ptakiem”

zwłaszcza w wersji papierowej, są trudnodostępne, wiozłem ze sobą książkę Bernda Heinricha „Chrapiący ptak. Rodzinna podróż przez stulecie biologii”.„Chrapiący ptak” to jednak książka biograficzna, której akcja toczy się m. in. na terenie powiatu sępoleńskiego, gdzie zamierzaliśmy się zatrzymać. Ojciec autora, Gerd Heinrich był przyrodnikiem i eksploratorem w XIX wiecznym znaczeniu tego słowa, a równocześnie właścicielem majątku Borówki położonego na wschód od Sępólna Krajeńskiego. Okoliczne lasy, mokradła i jeziora kształtowały jego wrażliwość przyrodniczą oraz ciekawość świata. Stąd wyruszał na wyprawy badawcze do Persji, w Dobrudżę i Rodopy, do Birmy i na wyspę Celebes. Ekspedycje badawcze oraz poszukiwania rzadkich gatunków ptaków i owadów pozwalały mu usunąć się poza pole niemiecko-polskiego konfliktu o państwową przynależność Krajny.

Zatrzymaliśmy się w Lutówku nad jeziorem Lutowskim. Do swojej dyspozycji mieliśmy cały dom, z okien którego roztaczał się widok na pokryte lodem jezioro. Mimo, że temperatura za dnia skoczyła do dwucyfrowych wartości na plusie, nocne przymrozki nie pozwoliły ustąpić pokrywie lodowej. Ku naszemu przerażeniu wędkarze nadal praktykowali na tym i sąsiednich jeziorach wędkarstwo lodowe. Na szczęście nie słyszeliśmy o żadnych związanych z nim wypadkach. Rankami budził nas klangor żurawi, klucze dzikich gęsi z gęganiem ciągnęły nad jeziorem i dachami domów, a przy śniadaniu, przez okno można było obserwować czaplę białą sprawdzająca czy przy brzegu nie pojawił się pas wolnej od lodu wody. Zaraz za ostatnimi zabudowaniami zaczynał się, ciągnący się przez dobrych 10 km na zachód, las. Miejscami był na tyle stary i naturalny, że utworzono w nim cztery rezerwaty przyrody. Jezioro Lutowskie wypełnia polodowcową rynnę, a jego lustro wody leży kilkanaście metrów poniżej pofalowanyego terenu na północ od wsi zajętego przez pola, łąki, podmokłe zagłębienia oraz niewielkie zagajniki. Przez krawędź jeziornej rynny przerzynają się koryta strumieni spływających z wysoczyzny. Jako, że nastała odwilż po śnieżnej zimie niosły one sporo wody. Wieczorny spacer z psami był dźwiękowo obudowany nie tylko głosami dzikich gęsi, ale i bulgotaniem strumieni śpieszących oddać swą zawartość jeziorowej toni. Mimo, że jezioro Lutowskie i jego wschodni sąsiad jezioro Sępoleńskie należą do jezior rynnowych, ich linia brzegowa (zwłaszcza tego pierwszego) jest bardzo urozmaicona. Wędrówkę wzdłuż ich brzegów urozmaicają półwyspy, zatoki, wodne przesmyki i ukryte wśród lasów pomniejsze zbiorniki wodne. Ich ustronne brzegi stwarzają okazje do obserwacji ptasich drapieżników, głównie myszołowów.

Jezioro Lutowskie
Nasz dom w Lutówku
Jezioro Lutowskie
Dawna szkoła
Okolice Lutówka
Przedwiosenne rozlewisko
Żurawie na śniegu
I w locie
Nadleśnictwo
Stary dom
Łabędzie wykorzystują skrawek wolnej od lodu wody
Klucz dzikich gęsi

Położone w pobliżu powiatowe Sępólno odwiedzaliśmy tylko w celu zrobienia zakupów. Miasto, choć uniknęło zniszczeń wojennych, nie obfituje w obiekty historyczne. Naszą uwagę zwrócił zespół rzeźb figuralnych przy głównej ulicy, nieco rozwlekle i stylistycznie wątpliwie, nazwany Pomnikiem Wdzięczności ku Czci Chrystusa Króla. Został on wzniesiony na 20-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości, wkrótce potem zniszczony przez Niemców i odbudowany po kolejnych 75 latach. Ustawionej centralnie figurze Chrystusa hołd oddaje 13 postaci z jednej strony reprezentujących wielkość i sukcesy (w rozumieniu militarnym) Polski, a z drugiej wszystkie stany odrodzonej ojczyzny. Pomimo wielkości i bogactwa szczegółów założenie dosyć harmonijnie wpisuje się w zbocze cmentarnego wzgórza, a same rzeźby zdradzają zręczne dłuto ich wykonawców. Prócz pomnika wielkością i starannością wykonania wyróżniają się międzywojenny gmach Starostwa Powiatowego, jak też przypominający lotniskową wieżę kontroli lotów współczesny budynek Urzędu Skarbowego. W sępoleńskiej pizzerii o nazwie nawiązującej do dalmatyńskiej wyspy zamawialiśmy obiady. W menu zwróciliśmy, nie bezkrytyczną, uwagę na produkt o nazwie „Panacetta”, który, ku ogólnemu zaskoczeniu, zajął pierwsze miejsce wśród wszystkich skosztowanych pizz.

Pomnik o bardzo długiej nazwie, fot. MOs810, lic. CC BY-SA 4.0
Starostwo, fot. Jkwa007, lic. CC BY-SA 3.0
Urząd Skarbowy

Krajna została przez Traktat Wersalski podzielona granicą państwową w sposób, który Polsce przyznał jej część wschodnią, m. in. z Sępólnem i południową z Wyrzyskiem i Łobżenicą, przy Niemcach zaś zachowując część pn.-zach. ze Złotowem. Nie był to podział idealny, gdyż zostawiał po obydwu stronach granicy znaczące liczbowo skupiska Polaków bądź Niemców. Jednym z takich ośrodków było Zakrzewo w powiecie złotowskim, zasiedlone w większości przez Polaków. Polskość podtrzymywał tam energiczny proboszcz Bolesław Domański, będący od 1933 roku aż do swej śmierci w kwietniu 1939 roku prezesem Związku Polaków w Niemczech. Na potrzeby mniejszości polskiej zbudowano w latach 1934-35 Dom Polski, w którym koncentrowały się działania polskich organizacji społecznych. Największą salę w tym budynku ozdobiły, układające się w cykl Polski Rok Obrzędowy, freski autorstwa Janiny Kłopockiej, która wcześniej zaprojektowała znak graficzny Związku Polaków – słynne Rodło. Wykonane w technice sgraffito malowidła zostały w 1939 zachlapane wapnem i odsłonięte dopiero w roku 1972 na 50 rocznicę powstania Związku Polaków w Niemczech. Podobno decyzji tej pomogła pomysłowość ówczesnego dyrektora Domu Polskiego, który usunął nieco dachówek doprowadzając do zalania sufitu i ścian sali, która wkrótce miała pomieścić dostojnych gości tego wydarzenia. Znalazły się fundusze, a skuwając zamoczone tynki odkryto przedwojenne malowidła. Dorobek malarski Kłopockiej uległ zniszczeniu podczas Powstania Warszawskiego. Oprócz Rodła i zachowanego w zakrzewskiej kaplicy obrazu Matki Boskiej Radosnej malowidła z zakrzewskiego Domu Polskiego stanowią największy zbiór jej prac. Co ciekawe herb gminy Zakrzewo składa się z dwóch pól, na których znajdują się prace Kłopockiej – wizerunek Matki Boskiej Radosnej na lewym i Rodło na prawym polu.

Dom Polski od podwórza
Dom Polski widoczny na lewo od kościoła
Wejście do sali Rodła
Wnętrze sali Rodła

Malowidła na ścianach sali Rodła

Herb gminy Zakrzewo

Krajna nie obfituje w zabytki rangi ogólnopolskiej. Jednakże w wielu wsiach znajdują się zabytkowe kościoły, często  o konstrukcji szachulcowej, takie jak np. kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Sypniewie. Mam też wrażenie, że w regionie zachowała się ponadprzeciętna ilość dworów i pałaców. Cóż z tego, skoro obiekty te są turystycznie martwe. Kościoły pozostają zamknięte poza godzinami nabożeństw. Pałace albo nie są udostępniane turystycznie ze względu na swoje funkcje, tak jak będący siedziba firmy pałac w Zamartem, albo pełnią funkcję hotelowe (Sypniewo, Kromierowo) i dostępne są tylko dla gości. COVID dołożył swoje ograniczenia, bo w normalnych czasach moglibyśmy odwiedzić chociaż hotelowe restauracje. A tak pozostało nam zaglądanie i robienie zdjęć zza parkanów. Udało nam się jednak odwiedzić dwie świątynie pełniące jednocześnie rolę sanktuariów maryjnych. Górka Klasztorna koło Łobżenicy jest najstarszym miejscem kultu maryjnego w Polsce, gdyż objawienie miało w roku 1079. Zamarte na granicy województw kujawsko-pomorskiego i pomorskiego jest z kolei jednym z najmłodszych miejsc kultu, gdyż zostało uznane za takowe tylko w roku 1994, chociaż już w roku 1417 wielki mistrz Zakonu NMP Michał Küchmeister ufundował tam kaplicę i umieścił w niej uznawaną za cudowną figurkę Matki Boskiej.

Kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Sypniewie, fot. Krzysztof Golik, lic. CC BY 3.0
Pałac von Wilckensów w Sypniewie, fot. Gww, lic. CC BY-SA 3.0 pl
Pałac Komierowskich w Komierowie od frontu
Pałac Komierowskich od strony kaplicy

Długotrwałość kultu jest przyczyną, dla której Górka Klasztorna obrosła w infrastrukturę obsługi pielgrzymów, taką jak noclegownie, jadalnie, ołtarze polowe i wolno stojące kaplice, w tym jedną kryjącą święte źródełko. Sama świątynia, choć starsza o prawie sto lat i wyposażona w stylu barokowym nie budzi takiego wrażenia jak ta w Zamartem. Kościół zamarcki jest bogatszy w ciekawostki i wysmakowany stylowo. Świętą figurkę ukradziono w roku 1983 (polecam tą datę uwadze wszystkich wyznawców teorii, że zepsucie przyszło dopiero z demokracją), zastąpiła ją XVIII-wieczna kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Malowidła pokrywające sklepienia i ściany kościoła opisywane są w przewodnikach jako przykład czeskiego rokoko. Ich autor, brat Paschalis Wołos, jest jednak obecnie uznawany za przedstawiciela szkoły lwowskiej. Cóż, inspiracja czeska czy lwowska i tak pozostaje wyjątkiem w pomorsko-krajeńskim otoczeniu. Jeszcze jednym rarytasem jest znajdujący się w bocznym ołtarzu XVI-wieczny obraz przedstawiający patrona Warszawy, błogosławionego Ładysława z Gielniowa. W tle można podziwiać realistycznie oddaną panoramę ówczesnej Warszawy. W 1994 roku sanktuarium objęli zakonnicy warszawskiej Prowincji Karmelitów Bosych i to oni sprowadzili to jakże oryginalne w tym otoczeniu dzieło sztuki.

Brama do Sanktuarium w Górce Klasztornej
Kaplica, w której ukryta jest
Górka Klasztorna – widok na oltarz główny
Sanktuarium w Zamartem
Bł. Ładysław z Gielniowa unoszący się ponad XVI wieczną Warszawą
Sanktuarium w Górce Klasztornej
Święta studzienka
Górka Klasztorna – ambona
Ołtarz z kopią ikony MB Częstochowskiej
Prospekt organowy w Zamartem
Polichromie szkoły lwowskiej
Rokokowy konfesjonał i korespondujące z nim malowidło ścienne

W ramach zaliczania korony wzniesień polskich odwiedziliśmy kompleks Dębowej Góry koło Wyrzyska. Kulminacja sięga raptem 192 m npm., ale jako, że dno doliny Noteci, nad którą bezpośrednio wyrastają wzgórza jest na poziomie ok. 50 m npm. mamy tu do czynienia z przewyższeniami rzadko spotykanymi na polskim niżu. Podchodziliśmy od północy, od strony leśniczówki Zielona Góra, gdzie można zostawić samochód. Droga wkrótce wkracza tam do gęstego lasu, który tworzą głównie graby, dęby i buki. Co charakterystyczne, a nietypowe dla wzniesień północnej Polski, rzeźba terenu jest tu niesłychanie bogata, przez co masyw ma wiele kulminacji, a prowadzone wśród nich ścieżki wiją się, aby je ominąć. Spacerowaliśmy pod koniec pogodnego, przedwiosennego dnia, więc promienie słońca bez przeszkód docierały na dno lasu, a my mogliśmy cieszyć się całkiem odległymi widokami. Zaliczyliśmy kilka wzniesień, choć z braku szczegółowej mapy i kończącego się dnia nie mogę pochwalić się zdobyciem najwyższego wzniesienia Krainy. Dla porządku warto też wspomnieć o wizycie w Obkaskich Górach. To pasmo pagórków, tylko nieznacznie niższych od Dębowej Góry, rozciągające się między miejscowościami Obkas na zachodzie, a Dąbrówką na wschodzie, jest okrzyknięte kulminacją całego województwa kujawsko-pomorskiego. Niestety, sosnowy bór z jeżynowym poszyciem oraz ubóstwo ścieżek dostępnych dla turysty sprawiają, że pasmo pod względem atrakcyjności znacznie ustępuje Dębowej Górze. Chyba, że ktoś gotów jest wędrować zwierzęcymi ścieżkami, czerpiąc radość ze spotkania z sarnami, a może nawet ze studiowania koprologii czyli nauki o zwierzęcych odchodach.

W drodze na Dębową Górę
Jedna z licznych dolin
Przedwieczorne słońce
można podziwiać urozmaiconą rzeźbę terenu
Od takich drzew góra wzięła swoją nazwę
rzucało długie cienie na okoliczne zbocza
Idealny teren na spacery z czworonogiem
Harry w drodze na Dębową Górę
Obkaskie Góry od strony Dąbrówki

Widoki z Obkaskich Gór

Na skraju Obkaskich Gór

Bernd Heinrich w swojej książce wspomniał o ziemiańskich sąsiadach ojca tylko w kontekście początków II Wojny Światowej. Tomasza Komierowskiego, zapalonego myśliwego i działacza organizacji rolniczych w 1939 roku „zastrzelono podczas gdy przechadzał się po swoim lesie”. Hans-Jürgen von Wilckens, który przed wybuchem wojny zbiegł do Niemiec, a powrócił już mundurze SS, przewodził „komisji odsiewającej zwolenników III Rzeszy od potencjalnych przeciwników”, w istocie był też inspiratorem prześladowań i eksterminacji polskich sąsiadów w początkowych miesiącach wojny. Gerd Heinrich zakopał cenne zbiory gąsieniczników (rodzaj owadów składających jajka w gąsienicach motyli) birmańskich oraz dotyczącą ich monografię na terenie majątku, po czym wraz z rodziną uciekł szczęśliwie do Niemiec. Jeszcze później wyemigrowali wszyscy do USA. W 1959 roku poinformował Instytut Zoologii PAN o lokalizacji zakopanych zbiorów. Zostały odnalezione i do dzisiaj kolekcja jest przechowywana w Muzeum Zoologii PAN, a cztery zeszyty wydawanych przez ten instytut Annales Zoologici zostały poświęcone opisowi taksonomii tej grupy owadów jego autorstwa. Dwór w Borówkach został prymitywnie przebudowany na mieszkania dla pracowników PGR-u. Miał mniej szczęścia niż pałac w Komierowie czy sypniewska rezydencja von Wilckensów. Entomolog spędził 40% swego życia i umarł z dala od stron rodzinnych, podobnie jak Wołodymyr Decykewycz.  Życie na pograniczu zawsze było obciążone ryzykiem i często trzeba było za nie płacić wysoką cenę.

Fot. Kordiann, lic. CC BY-SA 4.0
Kategorie
Niemcy

Kolorowe wspomnienia z Harzu

Czerwone światło zatrzymało nas na skrzyżowaniu w centrum Halberstadt. Dziwne to było miasto Anno 1980. Siedziba najstarszej diecezji, na wschodzie cesarstwa karolińskiego, z przepięknym, wzorowanym na katedrze w Reims kościołem św. Stefana i Sykstusa oraz dziesiątkami innych zabytków sakralnych i świeckich, w tym mnóstwem charakterystycznej dla miast przedpola Harzu zabudowy szachulcowej, miało pecha w czasie II Wojny Światowej. Pomimo, że był tu węzeł kolejowy, garnizon i fabryka części do bombowców Junkers bombardowania rozpoczęły się dopiero w 1944 roku. Ich apogeum przyszło 8 kwietnia 1945 roku gdy oddziały amerykańskie znajdowały się w odległości 40 km od miasta. Tego dnia 218 amerykańskich latających fortec B-17 zrzuciło na miasto 595 ton bomb pozbawiając życia ok. 2500 mieszkańców i zostawiając po sobie 1,5 mln m3 gruzu. Katedra przetrwała, ale jedna trzecia domów z pruskiego muru spłonęła, kolejną jedną trzecią zniszczyli wschodnioniemieccy urbaniści „odbudowując” miasto. Nic dziwnego, że skrzyżowanie z sygnalizacją świetlną znajdowało się na pośrodku otwartej przestrzeni, z rzadka upstrzonej domami, za to z dobrym widokiem na kompleks katedralny. Terkoczący dzwonkiem, żółty wagon tramwajowy przecinał nieśpiesznie tą miejską pustynię.

W końcu sygnalizator pozwolił mi ruszyć. Nowiutki Fiat 126p, nasz gierkowskiej odpowiednik Forda model T, skierował się w stronę katedry. Przy wrzuceniu dwójki, skrzynia biegów podejrzanie zachrzęściła, a drążek już bez pomocy sprzęgła począł swobodnie przemieszczać się między biegami. Dla naszego ”malucha” wyjazd do NRD był pierwszą tak daleką podróżą. Dotychczas sprawował się dzielnie, ale ta awaria nie powinna nas właściwie dziwić. Wszak słyszało się o egzemplarzach, które psuły się kilkadziesiąt metrów za bramą Polmozbytu (tak zwał się monopolistyczny odpowiednik dzisiejszego salonu sprzedaży). Szczęściem w nieszczęściu, nasz pojazd nie został całkowicie pozbawiony napędu, więc już po 2,5 godzinach dostojnie dotoczył się do Wernigerode, gdzie mieliśmy założoną bazę. Wkrótce okazało się, że w kraju dumnym ze zdolności technicznych swoich mieszkańców, naprawić można wyłącznie Trabanta lub Wartburga. Nie pomogły również, podesłane przez niemieckich znajomych, miejscowe „złote rączki”. Problemem był brak części zamiennych. Na szczęście, udało nam się napotkać, co było prostsze wówczas niż dzisiaj, rodaka, który przekonany przez ojca wziął nas na hol i przeciągnął 300 km na wschód, do Słubic gdzie naprawiania podobnych awarii było na porządku dziennym.

Doświadczenie prowadzonego „malucha” na miękkim holu, po autostradzie, z prędkością przekraczającą 120 km/godz. było silnym przeżyciem. Być może dlatego z samego pobytu w Wenigerode zostało mi niewiele wspomnień. Oczywiście, w pamięci utkwiło określenie „das Bunte Stadt am Harz” (kolorowe miasto Harzu) ukute w początkach XX wieku przez poetę Hermana Lönsa oraz obrazki ulic „w kratę”, na których całe pierzeje zabudowane były domami z pruskiego muru. W domowym albumie zostało też czarno-białe zdjęcie wspartego o kamienną balustradę na schodach wernigerodzkiego ratusza młodego mężczyzny z burzą czarnych włosów na głowie, w okularach o grubej oprawce i ledwo sypiącym się nad wargą wąsem. Tak, to moja podobizna sprzed 40 lat – ciekawe czy ktoś z dzisiejszych znajomych byłby w stanie mnie rozpoznać? Planując ostatni wyjazd w Góry Harzu nie ulegało wątpliwości, że bazę wypadową założymy znowu w Wernigerode, a ja wejdę na te same schody, oprę o barierę żeby zobaczyć czy widzę to samo co moje wcześniejsze czarnowłose wcielenie.

1980/2020

Rynek w Wernigerode zdominowany jest przez budynek ratusza, a właściwie kompleks budynków ratuszowych. Ściany zdobnego w smukłe wieżyczki, szachulcowego budynku ze spadzistym dachem, wieńczy sygnaturka, a ratuszowy zegar umieszczony jest, nietypowo, w połaci dachowej. Ściany zdobią fryzy z wyeksponowaną ryglową konstrukcją oraz służące za wsporniki wyższych kondygnacji drewniane figurki z przedstawieniem typów mieszczańskich i ich profesji. Kamienice wokół rynku pochodzą z różnych okresów, ale wszystkie postawiono z użyciem muru pruskiego. Jako, że ratusz tworzy południową pierzeję rynku jego centrum zajmuje, pochodząca z połowy XIX wieku, żeliwna fontanna dobroczyńców miasta. Wśród nich wymieniony jest pułkownik Gustaw Petri, który odmówił rozkazu obrony miasta przed Amerykanami i został rozstrzelany w kwietniu 1945 roku. Cóż, Niemcy to kraj, gdzie potrafi się docenić tych, którzy znając konsekwencje swego wyboru, nie zdecydowali się walczyć do końca.

Wrażenie bogactwa kolorów nie pochodzi wyłącznie od powszechnego w mieście zwyczaju malowania wypełnień między belkami konstrukcji, ale także od barwnych elementów rzeźbiarskich w wystroju fasad. Tymczasem, kamieniczka będąca jednym z architektonicznych symboli miasta – Krummelsches Haus ma fronton od dachu po piwnice pokryte barokową, przebogatą, rzeźbiarską dekoracją pozostawioną jednak w kolorze naturalnego drewna. Fasada ta zawsze wzbudzała estetyczne emocje i byli chętni do jej nabycia. Aby temu zapobiec w połowie lat 20-tych XX wieku władze miasta wprowadziły wymóg zakupu budynku w całości skutecznie uniemożliwiając wywiezienie jego najcenniejszej części. Innym ciekawym budynkiem jest krzywy młyn, o którym foldery turystyczne mówią, iż jest bardziej odchylony od pionu niż słynna wieża w Pizie. W przyziemiu budynku aż do połowy XX wieku pracowało koło młyńskie. Napędzająca je woda żłobiła coraz głębsze koryto powodując osiadanie budynku. Jest to wyraźny przykład elastyczności konstrukcji szachulcowej, której drewniane elementy wygięły się, ale nadal utrzymywały spójność całej ściany. Zaraz na początku wybiegającej z rynku Breite Strasse w uroczej renesansowej kamieniczce z 1583 roku mieści się Cafe Wien. Jej wnętrza urządzono w kojarzącym się z naddunajską metropolią stylu Art Deco co stanowi kontrast z typowo wernigerodzka fasadą, przy której tworzeniu snycerz pofolgował swoim najdzikszym fantazjom.

Nad miastem góruje zamek książąt von Stolberg-Wernigerode. Przez wieki pozostawał on w cieniu głównej rezydencji książęcej w Stolbergu. Dopiero około 1730 roku zmienił się jego status, ale musiało upłynąć jeszcze ponad sto lat nim książę Otto, zaufany współpracownik kanclerza Bismarcka, zamówił projekt przebudowy, która nadała zamkowi wygląd bardziej średniowieczny niż w jakimkolwiek okresie jego historii. Od 1930 zamek udostępniono zwiedzającym. Podczas pierwszego pobytu w Wernigerode nie mogłem go jednak zwiedzić. Nikt ze znajomych Niemców nie uważał go zresztą za atrakcję turystyczną. Oprócz jednej wzmianki w angielskiej wersji Wikipedii trudno znaleźć kto był jego użytkownikiem. Według tego źródła, w 1945 roku zajęła go radziecka administracja wojskowa. Znalazłem jeszcze informacje, że od lat 60-tych zaczęto przywracać jego oryginalne wyposażenie. Popularne, współczesne informatory historyczne okres od 1945 po 1990 po prostu pomijają. Aura usilnie podtrzymywanej tajemnicy zdaje się nasuwać odpowiedź: Po Rosjanach zamek zajęły NRD-owskie tajne służby. Tego rodzaju zagadki historyczne nie zaprzątają jednak głów masom turystów, dla których to najciekawszy obiekt w całym mieście.

Hotel w budynku z pruskiego muru/Dziedziniec zamkowy

Jako, że przebywaliśmy w granicach historycznego księstwa czuliśmy się w obowiązku odwiedzić jego współstolicę czyli Stolberg. Miasteczko położone jest po południowej stronie gór Harzu. W przeciwieństwie do Wernigerode ulokowane jest w głębi gór, a jego zabudowa ciągnie się wzdłuż kilku wąskich dolin. Z położonego na wzgórzu u zbiegu tych dolin zamku książęcego cieszy oczy widok na rozchodzące się odśrodkowo pasma krytych czerwoną dachówką domów przypominające kształtem wyciągniętą rozgwiazdę. Sam zamek jest ospale remontowany. Na razie ukończono jedno z jego skrzydeł oraz odrestaurowano ogrody zamkowe. Doprowadzenie go do kwitnącego stanu zajmie jeszcze lata, ale czuć w nim autentyzm miejsca, którego pozbawiony jest jego wernigerodzki odpowiednik. Mieszka tu ledwie ponad 1200 osób, o ponad 1000 mniej niż w roku 1833. Przy tej wielkości miasteczka wszędzie jest blisko, a zagęszczanie obiektów cennych historycznie i godnych obejrzenia wprost przytłacza. Prócz zamku i kościoła parafialnego zachowały się bramy miejskie, stara książęca mennica (o jej roli świadczy, że obok tych dwóch wyżej wymienionych jest największą budowlą Stolbergu) oraz ratusz. Ciekawostką jest, iż ten ostatni mając trzy kondygnacje nie posiada klatki schodowej. Na każde z pięter można dostać się zewnętrznymi drzwiami ze wspinających się po zboczu, wzdłuż budynku, kamiennych schodów. Pomnik urodzonego w mieście radykalnego reformatora kościoła oraz przywódcy XVI wiecznych buntów chłopskich Thomasa Müntzera, choć zaprojektowany jeszcze za NRD, nie razi pompatycznością ani nadmierną łopatologią przekazu. W końcu, Stolberg jest „typisch Harz”. Tym mianem określa się hercyńskie produkty regionalne z czego korzysta miejscowy producent pieczywa cukierniczego.

Goslar do 1989 roku leżał za żelazną kurtyną więc podczas wcześniejszej wizyty nie był dla nas dostępny. Obecnie jednak odległość 30 km nie stanowi żadnej przeszkody, aby odwiedzić ulubioną siedzibę cesarzy z dynastii salickiej. Jeden z nich, Henryk III, nakazał nawet pochować tu swoje serce. A jego syn Henryk IV właśnie z Goslaru wyruszył do Kanossy, aby ukorzyć się przed papieżem Grzegorzem VII. Wydarzenia to pamięta romańskie palatium położone na południowym krańcu starego miasta z pięknym widokiem na pobliskie góry. Budowla korzeniami sięgająca XI wieku, w XIX wieku groziła już zawaleniem, ale ratunek przyszedł w ostatnie chwili ze strony Królestwa Prus, które nabyło obiekt i rozpoczęło jego rekonstrukcję. Wspaniała, romańska kolegiata św. Szymona i Judy nie dotrwała do czasów mody na historyzm. Rozebrano ją, za wyjątkiem północnego przedsionka, w roku 1820. Rekonstrukcja zbiegła się ze zjednoczeniem Niemiec, co narzuciło całemu przedsięwzięciu silny plan ideowy. Otóż zarówno monumentalne malowidła w największej sali Domu Cesarskiego, jak i pomniki w otoczeniu palatium miały nawiązywać do zjednoczenia oraz legendy o cesarzu Fryderyku Barbarossa. Cesarz, który w rzeczywistości utonął w rzece Salef podczas wyprawy krzyżowej, według legendy śpi w jaskini w masywie Kyffhäuser czekając na wezwanie, aby odnowić imperium. Wilhelm I, król pruski koronowany na cesarza Niemiec, był kreowany na wcielenie Fryderyka. Stąd obu władcom wzniesiono konne pomniki przed palatium. Prowadzące do nich monumentalne schody flankowane są przez kopie lwów brunszwickich. Te znalazły się w towarzystwie władców, aby wzmocnić jednościową narrację. W rzeczywistości były one symbolem saskiego księcia Henryka Lwa, zaciekłego przeciwnika Barbarossy, który w końcu skazał księcia na banicję. Goslar jednak zasłużył na posiadanie kopii lwów udzielając schronienia oryginałom w korytarzach kopalni Rammelsberg w latach 1943-45.


Działająca przez ponad 1000 lat kopalnia Rammelsberg, gdzie dobywano rudy metali, w tym srebra, była przyczyną zainteresowania władców oraz źródłem bogactwa miasta. Zamknięta z powodu wyczerpania złóż w 1988 roku została wraz z goslarską starówką wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Dla podkreślenia górniczych tradycji, najciekawsze miejsca miasta oznakowane są wydatnymi bryłami rudy. Cztery razy dziennie pod zegarem na budynku kamery (zarządu finansów miasta) gromadzą się turyści, by podziwiać Glockenspiel – mechanizm napędza figurki odgrywające sceny związane z odkryciem złóż rudy i pracą gwarków w Rammelsberg. Jako miasto cesarskie, w dodatku czerpiące korzyści z górnictwa rud metali, Goslar dorobił się imponującej liczby obiektów uznanych z czasem za zabytkowe. Domów o konstrukcji szachulcowej jest tu nawet więcej niż w Wernigerode, jednak jaskrawość ich kolorów tonują charakterystyczne pokrycia dachowe z szarego łupka będącego ubocznym produktem działalności wydobywczej. Bardziej znaczące budowle np. te usytuowane przy rynku, w całości pokryte tym materiałem, zyskały wielce dystyngowany wygląd. Ulubionym miejscem spotkań mieszkańców miasta jest rynek przy fontannie – najstarszej i największej romańskiej konstrukcji tego typu w Niemczech. Wieńczący ją złoty orzeł cesarski jest jaskrawym dowodem na trudności artystów wczesnego średniowiecza w odwzorowaniu tego ptaka. Jakby się nie starali zamiast orła wychodził im kurek. Potwierdzi to każdy, kto widział denar Bolesława Chrobrego. W Goslarze zachowały się znaczne odcinki murów miejskich z imponującymi rozmiarem i precyzją architektoniczną bramami i basztami. W ich cieniu kryją się zaciszne parki i zieleńce. W wielu domach przetrwały oryginalne elementy architektury zewnętrznej: z łatwością można spacerować szlakiem rzeźbionych odrzwi czy zdobionych klamek.

Lew brunszwicki
Plac Schulhof w Goslarze

Z odwiedzaniem zabytków sakralnych we wszystkich trzech miastach mieliśmy kłopot, nie tylko ze względu na towarzystwo czworonoga, ale, przede wszystkim, na niedostępność obiektów, całkowitą lub w godzinach, gdy akurat przebywaliśmy w pobliżu. Dlatego jedynym zwiedzionym, także wewnątrz, był kościół Gustawa Adolfa w Hahneklee na południe od Goslaru. Jedyny, ale za to jaki! Na niewysokim, pokrytym trawą wzgórzu wyrasta drewniana budowla o stromym, wielopołaciowym dachu i pnącej się ku niebu masywnej, centralnej sygnaturce. Jest to kościół słupowy wzorowany na kościołach staronorweskich z prowincji Vestland. Wzniesiony w latach 1907-08, jest znacząco większy od oryginałów norweskich, ale też musiał pomieścić nie tylko miejscowych wiernych, ale i rosnącą raptownie liczbę przyjezdnych. Podobnie jak pierwowzory, dzieli wiele rozwiązań technicznych oraz stylistykę zdobień ze szkutnictwem Wikingów. Zwłaszcza konstrukcja dachowa może przypominać odwróconą do góry dnem łódź. Popularne wśród Wikingów elementy zdobnicze takie jak węże, głowy smoka czy nawet swastyka są obecne także w tym kościele. Parafia utrzymuje braterskie stosunki ze społecznością ewangelicką skupioną wokół kościółka Wang w polskim Karpaczu.

Kościół św. Jana w Wernigerode
Kościół Gustawa Adolfa ma konstrukcję słupowo-klepkową
Kościół Gustawa Adolfa od zaplecza

Gastronomia niemiecka nie jest u nas nazbyt popularna, ale czego by nie mówić, karmi do syta. Nawet jeśli specjalizuje się w kuchni włoskiej czy greckiej to wielkość porcji będzie jak najbardziej niemiecka. Deser lodowy w szklanym pucharku to misterna konstrukcja wypełniająca naczynie o rozmiarach wazonu. Do większości restauracji bez problemów można wejść z psem. Trzeba się jednak liczyć z możliwością odmowy przyjmowania kart płatniczych innych niż Eurocard/Mastercad lub, wręcz, kart wydawanych przez banki zagraniczne. Ot, taka bankowa wersja „nur für Deutsche”. W dawnych miastach wschodnich Niemiec, trudno o obsługę w języku innym niż niemiecki. W miejscowej gastronomii nie spotkaliśmy, w przeciwieństwie do niemieckiego wybrzeża Bałtyku, żadnych pracowników z Polski. Za to w Wernigerode udało mi się zrealizować niespełnione zamówienie z Frankonii – „sechs Nürnberger Würstchen”. Kiełbaski jak kiełbaski, ale za to legenda tłumacząca ich rozmiar jest już pyszna. Otóż kiełbaskę wielkości małego palca można było serwować chętnym nawet po zamknięciu karczmy przez dziurkę od klucza.


Z ratuszowych schodów w Wernigerode widać miasto bardziej kolorowe i ukwiecone niż przed laty. W ogóle, postęp w dziedzinie małej architektury i rozwiązań służących wygodzie użytkownika jest tym co różni dzisiejsze wschodnie Niemcy od tych pod rządami Honeckera (przywódca państwa i partii komunistycznej w latach 1971-89). Rynek jest też bardziej zatłoczony, gdyż w każdej z jego pierzei funkcjonują restauracje, kawiarnie i galerie sztuki czy sklepy z pamiątkami. Pod ratuszem można też natknąć się na obrazki nie do wyobrażenia w dawnej rzeczywistości. Oto mężczyzna o wyglądzie niskiej rangi urzędnika ściskający w rękach plik zadrukowanych kartek coś z nich odczytuje otoczony półkolem niemrawo oklaskujących go słuchaczy. Drugie, równie nieliczne, półkole tworzą oponenci mówcy z transparentami w rodzaju „Faszyzm nie przejdzie”. Porządku nad wiecem prawicowej partii AfD pilnuje jeden znudzony policjant. Nie wygląda to ani groźnie, ani atrakcyjnie. Czego z ratuszowych schodów nie widać, ale co powoduje prawdziwą różnicę, to świadomość, że Wernigerode nie jest już miastem w cieniu żelaznej kurtyny. Skręcając z rynku w Heidestrasse w ciągu 5 minut dojdzie się na stację kolei wąskotorowej, którą można dojechać na sam szczyt niedostępnego w czasach NRD Brockenu. A zmotoryzowany turysta może wybierać czy bardziej interesuje go zwiedzenie, położonych w podobnej odległości, katedry w Magdeburgu czy zamku Henryka Lwa w Brunszwiku.
Co do przygód dostarczanych przez niewłaściwie wybrany środek lokomocji to muszę przyznać, że halbersztackie doświadczenie niewiele nas nauczyło. W roku 1990 wybraliśmy się z Podziomkiem w, a jakże, świeżo zakupionym „maluchu” w podróż poślubną do Hiszpanii. Dotarliśmy tam szczęśliwie, ale w drodze powrotnej spędziliśmy nieplanowane dwa tygodnie na kempingu w południowej Francji czekając na dostarczenie z magazynu w Turynie nowego silnika. Zebraliśmy tam mnóstwo ciekawych doświadczeni i zawarliśmy nowe znajomości, ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

Kategorie
Niemcy

Gdzie tańcują czarownice, czyli czy Orłowicz miał skłonność do przesady

„W dni powszednie specjalne pociągi turystyczne przyjeżdżały tu rzadziej, w niedziele i święta prawie co kilka minut. Jedne z nich przyjeżdżały na końcową stację – Karpacz, drugie na inną końcową stację – Szklarska Poręba. Większość wychodziła z Berlina, mniej – z miast saskich, czyli z Drezna, Lipska, Chemnitz albo Hale. Z każdego pociągu wysypywało się jakieś 500 albo 600 podróżnych. W rezultacie przyjeżdżało na każdą stację po 20 takich pociągów, z których wysiadało w Karpaczu i Szklarskiej Porębie po 12 tysięcy turystów w przybliżeniu. Cała ta gromada rzucała się w Karkonosze, projektując do wieczora zrobić długą grzbietową wycieczkę z Karpacza do Szklarskiej Poręby, lub ze Szklarskiej Poręby do Karpacza w zależności od miejsca przybycia. Myliłby się ten, kto idąc wówczas w Karkonosze spodziewał się, że zazna tu spokoju. Bynajmniej. Były to góry najbardziej hałaśliwe, jakie widziałem w życiu. Połowa Niemców przychodziła tu na całe niedziele po prostu tylko w tym celu, żeby wykrzyczeć się do spuchnięcia gardła, wypić kilkanaście halb piwa, o ile możności prosto z lodowni, i zjeść po kilka par parówek albo po kilka porcji gulaszu. (…)

Odległość od schroniska do schroniska wynosiła na ogół nie więcej niż jeden kilometr. Było ich na całej trasie bardzo dużo. (…) Zanim doszło się do schroniska ukrytego przeważnie w lesie, dodawały ducha do dalszego marszu zachęcające turystę napisy w rodzaju; „Jeszcze 10 minut do najbliższego pilznera” (…) Turysta idący w stanie zziajania był co 2 minuty krzepiony na duchu napisami na ławeczkach, ile jeszcze minut dzieli go od najbliższej bomby piwa albo najbliższej pary parówek z musztardą. I jakże tu nie wyciągać nóg, by przyspieszyć o minutę błogą chwilę, gdy zasiądzie się przy tacy parówek podawanych na podstawkach z masy papierowej i gdy pociągnie się tęgi haust pilznera, (…). I tak idąc od schroniska do schroniska i od ławeczki do ławeczki nawet nie zauważało się przybycia do Karpacza czy Szklarskiej Poręby i tura była skończona, a 15 bomb pilznera wypitych. W głowie trochę szumiało, ale za to świat wydawał się piękny, nawet w dni z ulewnym deszczem, a gulasz i parówki smakowite jak nigdy”.

Ta relacja Mieczysława Orłowicza opisująca odbytą w roku 1908 wycieczkę w Karkonosze na lata ukształtowała opinię polskich środowisk turystycznych o zagospodarowaniu i stylu uprawiania turystyki górskiej w Niemczech. Równocześnie budowała ona poczucie wyższości naszego turysty nad niemieckim. Wszak tam gdzie swojski górołaz idzie, tam niemiecki jedzie; gdy u nas schroniska oddalone są o dzień drogi, tam o kilometr; gdy Niemiec gasi pragnienie piwem to Polak źródlaną wodą, gdy ten pierwszy stoi w kolejce za Bockwurstem, ten drugi zbiera chrust na rozpalenie ogniska, na którym uwarzy strawę. Mało kto zwracał uwagę na przesadę w ocenach nestora polskiej turystyki – przy takim zagęszczeniu schronisk winno ich być w Karkonoszach 200, a wówczas było tylko 20. Nie zawracano sobie również głowy faktem, ze turystykę zaczęto uprawiać w Karkonoszach ponad 100 lat wcześniej, podczas gdy w Karpatach Wschodnich, które były punktem odniesienia dla Orłowicza i jego towarzyszy z Akademickiego Klubu Turystycznego, jej historia obejmowała raptem kilka lat. Słowem abstrahowano od faktu, że turystyka w Niemczech była rozrywką masową mającą już znaczenie gospodarcze, podczas gdy na ziemiach polskich ciągle była zabawą stosunkowo wąskiego grona elit o odkrywczo-romantycznym podejściu do obszaru swych wędrówek.

Udało mi się poznać góry wschodniej części Niemiec jeszcze w latach 70-tych XX wieku. Odwiedziłem wtedy zachodnią część Rudaw (Erzgebirge), Las Turyński i Harz. Oprócz podstawowej różnicy, że szlaki w górach znakowało się nie kolorowym paskiem a kółkiem oraz, że dystans na drogowskazach był pokazany w kilometrach, a nie w czasie potrzebnym do jego pokonania, w oczy rzucał się brak turystów na szlakach. Turystów w wydaniu plecakowym, bo spacerowiczów na parkopodobnych ścieżkach blisko miast jednak się spotykało. Istniejące w górach schroniska i gospody zostały zlikwidowane, za wyjątkiem tych, które przekazano związkom zawodowym lub młodzieżówce wschodnioniemieckiej partii komunistycznej (FDJ) na ośrodki wypoczynkowe. Przy panującej w byłej NRD kulturze kolektywistycznej indywidualne wałęsanie się po górach było wręcz podejrzane, grupowe zaś w oparciu o swoje obiekty mogły organizować tylko wyżej wymienione organizacje. Prawda, że nie miałem okazji zdobyć najwyższych szczytów w granicach tego Państwa, bo choć w owych czasach nikt nie nazywał ich Koroną gór, to jednak nigdy i nigdzie nie brakowało ludzi kolekcjonujących wszelkie naj, w tym zaliczających kolejne rekordy wysokości. Jednak Fichtelberg (1214 m npm) w Rudawach był zbyt daleko, zwłaszcza dla osób niezmotoryzowanych, od miejsca naszego pobytu w Klingenthal. Natomiast Brocken (1142 m npm) w Górach Harzu był obszarem zamkniętym, otoczonym murem, za którym specjalny oddział Armii Czerwonej oraz grupa wschodnioniemieckiej bezpieki Stasi, zajmowały się obserwowaniem zgniłego zachodu oraz przechwytywaniem informacji o zbliżającym się ataku NATO.

Widok na Brocken z Wernigerode

Przy dobrej pogodzie szczyt ten widać było wyraźnie z położonego u podnóża gór miasta Wernigerode, gdzie mieliśmy swoją bazę. Cóż, trzeba było jednak wtedy obejść się tylko widokiem bądź opisem zawartym w przedwojennych przewodnikach. Z pewnym poczuciem niespełnienia opuszczałem więc wówczas Góry Harzu. Wracając po 40 latach byłem ciekaw nie tylko jak zagospodarowano odzyskany dla turystyki szczyt, ale też jak zmieniła się turystyka w górach byłej NRD. Za bazę znowu wybraliśmy Wernigerode. Nocleg znaleźliśmy w pensjonacie Ginko, pod samym lasem (ważne ze względu na potrzeby czworonożnego uczestnika wyjazdu), w dzielnicy zabudowanej ponad stuletnimi willami w stylu kurortowym. Można się było poczuć jak w Sopocie, brakowało wprawdzie szumu morza, ale w zamian dostawało się widok na Brocken najeżony wieżami zainstalowanej tam infrastruktury. Pensjonat mieścił się w willi o zastanawiającej nazwie Bogdanowo starannie wypisanej alfabetem gotyckim ponad drzwiami wejściowymi.

Teren spacerów z Harrym

W ramach przygotowań do wycieczki na Brocken zaplanowaliśmy kilka coraz dłuższych spacerów. Harz to jedne z najstarszych, geologicznie rzecz ujmując, gór w Europie. Dał on nazwę orogenezie hercyńskiej – ruchom górotwórczym, które miały miejsce jakieś 300-360 mln lat temu. Góry mają tu strome zbocza i płaskie wierzchołki. Pomiędzy poszczególnymi gniazdami górskimi ciągną się rozległe płaskowyże pokryte łąkami, gdzie krajobraz przypominałby nasze Mazury czy Pojezierze Pomorskie, gdyby nie widoczne na horyzoncie znacznie wyższe szczyty, najczęściej te znajdujące się w gnieździe Brockenu. Większe miejscowości jak Wernigerode czy Goslar położone są stosunkowo nisko, całodzienna wycieczka z tej pierwszej miejscowości na Brocken oprócz pokonania 16 km wymaga też zmierzenia się z przewyższeniem blisko 900 metrów. Chyba, że skorzysta się z opisanych dalej ułatwień.

W ramach przygotowań weszliśmy na Große Auerberg (580 m npm) aby obejrzeć wieżę widokową w formie podwojonego krzyża. Obiekt wzniesiony w latach 90-tych XIX wieku konstrukcyjnie naśladuje wieżę Eiffela. Nam nie udało się nań wejść z powodu zbyt późnej pory przybycia, ale dzięki temu nie zaznaliśmy tłoku, a z drogi zejściowej na parking przy pobliskiej szosie i tak widać było odległy o 32 km Brocken. Celem kolejnej wycieczki była malownicza dolina rzeki Bode, która wyżłobiła wypływając z gór w okolicy miasteczka Thale głęboki na 150 metrów i obramowany wyniosłymi formacjami skalnymi jar. Po wschodniej stronie doliny wznosi się wzgórze Hexentanzeplatz (454 m npm), a po zachodniej Rosstrappe (403 m npm). Obydwie nazwy są opisowe, pierwsza oznacza Miejsce Tańca Czarownic, bo tu właśnie miały one zbierać się przed odlotem na Brocken, druga to, w dowolnym tłumaczeniu, Koński Ślad odbity w skale przez rumaka legendarnej księżniczki Brunhildy uchodzącej przed olbrzymem Bodo. Dzielne zwierzę przeskoczyło cały liczący, bagatela, ze 200 metrów szerokości jar, a olbrzym nie dał rady i wpadł w przepaść. My wybraliśmy drugie ze wzgórz, które jest w mniejszym stopniu zagospodarowane niż jego vis-a-vis po przeciwnej stronie doliny. W mniejszym znaczy, że nie ma tam pawilonu wystawowego z malarskimi ilustracjami nocy Walpurgii czy teatru górskiego oraz odlanych z metalu figur wiedźm i diabłów. Reszta już porównywalna: hotele, restauracje, parkingi i stacje kolei linowych/krzesełkowych. Ale już zejście z Rosstrapppe na dno doliny oraz spacer w jej górnej części, ponad gościńcem Koenigsruhe ładnymi, naturalnymi ścieżkami, przez malowniczy las dolnoreglowy z pięknymi widokami i umiarkowanym ruchem turystycznym można, z czystym sumieniem, polecić osobom szukającym w górach spokoju i harmonii z naturą.

Ostateczną próbą było wejście na Wurmberg (971 m npm), drugi pod względem wysokości w Harzu i najwyższy w zachodnioniemieckiej części szczyt tych gór. Podchodziliśmy z Braunlage, miejscowości typowo wypoczynkowej przypominającej nieco karkonoską Szklarską Porębą. Braunlage jest bazą, a Wurmberg areną największego w Harzu ośrodka narciarskiego. Liczne wyciągi oraz kolejka gondolowa przecinają zbocza góry. Wprawdzie we wrześniu pracuje tylko ta ostatnia, ale piechur musi się o tej porze roku wystrzegać straceńców zjeżdżających z góry na Monsterrollerach, czyli hulajnogach na grubaśnych oponach. Z ciekawostek pod samym szczytem przez długie lata funkcjonowała skocznia narciarska, której wieża sędziowska została, po zamknięciu obiektu, przekształcona na wieżę widokową. Drugą ciekawostką jest zbiornik wodny z fontanną pod samym szczytem wykorzystywany w zimie do naśnieżania stoków. Reszta typowa jak na Harz po wejściu/wjechaniu na szczyt trzeba przecie gdzieś zjeść i wypić.

Widok z Wurmbergu na Brocken
Fontanna pod szczytem Wurmbergu

Pisząc o wycieczce na Brocken nie sposób pominąć roli kolejki wąskotorowej (Brockenbahn) na ten szczyt. Tak, to nie pomyłka, na szczyt wiedzie regularna linia kolejowa o rozstawie szyn 1000 mm. Buchające dymem lokomotywy ciągnące za sobą kremowo-czerwone wagony bez pomocy żadnej zębatej, trzeciej szyny są w stanie wdrapać się na wysokość 1125 m npm gdzie znajduje się stacja końcowa. Nachylenie trasy jest stałe i wynosi 3,3% przez co skład musi objechać szczyt 1,5 raza zanim osiągnie stację docelową. Trasa odgałęzia się od prowadzącej z Wernigerode do Nordhausen w Turyngii ponad 60 kilometrowej trasy Harzquerbahn. Trasa ma też odgałęzienie do Quedlinburga, a przed II wojna światową można też było nią dotrzeć do Walkenried u południowo-zachodnich krańców Harzu. Ta ostatnia linia została odcięta granicą wewnątrzniemiecką, a następnie zlikwidowana na początku lat 60-tych XX wieku. Odgałęzienie na Brocken zostało zamknięte dla ruchu osobowego i w latach 1961-1989 służyło tylko zaopatrzeniu szpiegowskiego garnizonu na szczycie. Motoryzacja w NRD rozwijała się wolniej niż u zachodniego sąsiada i kolejka przetrwała stając się z czasem samoistną atrakcją turystyczną. Za czasów pierwszego pobytu w Wernigerode, w roku 1980 przejażdżka kolejką dostarczała dodatkowego dreszczyku emocji gdyż trasa częściowo biegła przez strefę przygraniczną gdzie wysiadać mogły tylko osoby ze specjalnymi przepustkami. Zakaz ten był egzekwowany przez patrole Narodowej Armii Ludowej uzbrojone jak do walki z Amerykanami. Oficerowie tej armii nosili, zgodne z tradycją, bufiaste na udach spodnie wpuszczone poniżej kolan w wysokie buty. Na zaszytych wśród gór i lasów stacyjkach brakowało tylko Klosa z Brunnerem, aby poczuć się jak za okupacji.

Obecnie, w okresie letnim na szczyt dociera 5 składów z Wernigerode i dodatkowo 3 z Drei Annnen Hohne, które skomunikowane są z pociągami jadącymi od strony Turyngii. Nie są to częstotliwość budzące przerażenie Orłowicza, ale jednak w takim składzie mieści się około 200 osób co zapewnia szczytowym przybytkom gastronomicznym stały napływ gości. Na kolejkę można patrzeć jako na osiągnięcie techniczne lub Lewiatana wypluwającego zadeptujący góry tłum. Faktem jest jednak, że widok kolorowych wagoników i lśniącej od smarów lokomotywy wywołuje same sympatyczne reakcje. Jako, że na swej trasie linia przecina wiele dróg i ścieżek lokomotywka co chwilę używa sygnału, którego smętny odgłos dociera do najbardziej odległych zakątków gór, a dla mnie stał się dźwiękowym symbolem całej wycieczki. Nas kolejka dowiozła do stacji w leżącej najbliżej Brockenu wsi Schierke skąd na szczyt mieliśmy jeszcze 6 kilometrów i 450 metrów przewyższenia. Wybranie tej opcji pozwala podziwiać położony powyżej stacyjki kompleks skalny zwany Fauerstein. Harz obfituje w wychodnie skalne, ale ta jest chyba najbardziej znana, gdyż jej wizerunek zdobi etykietkę ziołowego likieru miejscowej produkcji.

Jednak Fauerstein nie byłby tak dobrze widoczny gdyby nie wycięto martwego lasu świerkowego na jego przedpolu. Harz jest bowiem miejscem katastrofalnej gradacji kornika. Tutejsze monokultury świerkowe, dodatkowo osłabione przez kwaśne deszcze, nie były mu się w stanie oprzeć. Ogromne połacie zboczy, np. zachodnie stoki Brockenu pokryte są sterczącymi w niebo suchymi pniami. Gdzie indziej, zwłaszcza na obrzeżach Parku Narodowego Harzu prowadzi się ich wyrąb i wywózkę. Równocześnie zakłada się bierną renaturalizuję lasów, które na tych wysokościach w znacznie większej części powinny być budowane przez drzewa liściaste np. buki. W wielu miejscach widzieliśmy tablice, na których administracja leśna tłumaczyła powody takiej katastrofy oraz przybliżała przyjętą strategię działania. Ogłoszenia podobnej treści podawane były także w wagonikach kolejki jadącej na Brocken. Takie starania dotarcia do świadomości osób odwiedzających góry muszą budzić szacunek. Każda okazja, czas i miejsce są dobre, aby się czegoś nauczyć. W tym przypadku zarządzania przyrodą w sposób zrównoważony.

Skała Fauerstein w Schierke
Kolejka zjeżdża z Brockenu do Wernigerode

Patrząc na mapę turystyczna Harzu można doznać oczopląsu. Wylicza ona 50 (tak, tak!) rodzajów szlaków pieszych, wyznaczanych przez kilkanaście organizacji, każdy ze swoim systemem znakowania. Dodajmy do tego 20 rodzajów szlaków rowerowych i oraz szlaki do turystyki konnej, narciarskiej czy nordic-walking. Niezły galimatias! Na szczęście w realu jest znacznie prościej. Oznakowanie spotyka się rzadko, a jeśli już to na wbitych wzdłuż drogi drewnianych słupkach lub na drogowskazach. Te ostatnie są na każdym skrzyżowaniu czasem nawet w zbyt dużej ilości. Trzeba tylko znać potoczne nazwy ścieżek, bo kierunkowskaz może wskazywać trasę do określonego celu, ale różnymi drogami! Przydatna jest też znajomość nazw punktów pośrednich. Wskazanie odległego punktu docelowego jest raczej wyjątkiem niż normą i to tylko na głównych drogach dojściowych. Wybrawszy ciekawsze, acz dłuższe zejście z Brockenu do Wernigerode ani razu nie natknęliśmy się na drogowskaz z nazwą tego miasta.

Nasze wejście na kulminację Harzu odbyło się więc początkowo wzdłuż gruntowej Glasshuttenweg, a następnie po Brockenstrasse – regularnej asfaltowej ulicy zbudowanej niegdyś dla potrzeb szczytowego garnizonu. Tłum pieszych i rowerzystów gęstniał z każdą minutą marszu w kierunku szczytu. Na Brocken wiodą tylko dwie drogi dojściowe z czego zdecydowanie popularniejsza jest południowa zbierająca ruch także ze wschodu i zachodu. Co najmniej co piąty człowiek na tej drodze był rowerzystą. Po osiągnięciu podszczytowego płaskowyżu tłum nagle się rozpierzchł. Mogło to być rezultatem przenikliwego, wilgotnego wiatru smagającego pozbawione lasu szczytowe partie Brockenu, lecz faktem jest, że było gdzie schronić się przed tą niedogodnością. Szczyt jest wyjątkowo gęsto zabudowany: mamy więc stację kolejową z wszelkimi towarzyszącymi usługami, hotel wraz z kompleksem gastronomicznym, muzeum Brockenu z informacją turystyczną, wieżę przekaźnikową radia i telewizji oraz budynek stacji meteorologicznej. Oprócz stacji kolejowej są to obiekty wielopiętrowe z platformami widokowymi w górnej części. Małą architekturę reprezentują XIX wieczny schron turystyczny, stos kamieni wyznaczających najwyższy punkt Harzu czy upamiętnienia wizyt na szczycie Goethego i Heinego. Ten ostatni uwiecznił wycieczkę z 1824 roku słowami „Viele Steine, müde Beine, Aussicht keine, Heinrich Heine” (Wiele kamieni, bolące nogi, zero widoków) nakreślonymi w, wówczas już prowadzonej, księdze wejść na szczyt. W narzekaniu na brak widoków poeta nie mógł być odosobniony. Statystycznie, przez 300 dni w roku szczyt ginie w chmurach i mgle. My mieliśmy więcej szczęścia nie na tyle jednak by zobaczyć większość z miejsc wskazanych na wpuszczonych w grunt metalowych tabliczkach kierunkowych.

Glasshuttenweg w kierunku Brockenu
Przejazd kolejowy przez drogę na Brocken
Skałki Renneklippen ponad Wenigerode

„Jeśli wejdziesz między wrony tedy krakaj jako ony”. A jeśli wejdziesz na Brocken tak jak wszyscy inni kieruj się w kierunku baru pod chmurką (do restauracji stoi kolejka, a i tak nie wpuszczają tam z psem). Wzmocnieni Bockwurstem w bułce i kubeczkiem gorącego grogu śpiesznie opuściliśmy szczyt wybierając drogę ku północy. Z wagonika zjeżdżającej ze szczytu kolejki pomachał do nas gość, który kilka godzin wcześniej razem z nami wyjechał z Wernigerode. Droga zwała się Heineweg i była wyłożona betonowymi, perforowanymi płytami. Zejście z niej na gruntowe drogi prowadzące ku wschodowi przez dolinę strumienia Ilse i dalej ku Wernigerode oznaczało koniec towarzystwa ludzkiego oraz ciszę przerywaną tylko głosami ptaków i przejmującym świstem dalekiej lokomotywy. Od rozdroża Molkenhausstern teren się wypłaszczył, a lasy były mniej zniszczone przez kornika. Końcowe zejście stromą ścieżynką wzdłuż kaskad małego strumienia do doliny Holtemme swoją malowniczością zadowoliłoby każdego karpackiego konesera. Z pierwszymi kroplami deszczu dotarliśmy na skraj Wernigerode. Mieliśmy szczęście! Ostatni kursowy autobus do centrum miasta wyruszał za 5 minut.

Harz to dziwne góry. W częściach szczytowych są znacznie bardziej ucywilizowane i nasycone infrastrukturą niż w partiach niższych i bliższych siedzibom ludzkim. Dzięki temu jednak zarówno miłośnik zdobywania korony gór i poznawania jak zmienia się smak piwa wraz z wzrostem wysokości nad poziom morza, jak i miłośnik samotnych wędrówek i podpatrywania ptaków znajdzie w nich coś dla siebie. To prawda, że momentami bywało tam tłoczno, ale ani przez moment nie czuliśmy się niezręcznie czy niebezpiecznie. Turyści są życzliwi wobec siebie i wyglądają na dobrze przygotowanych do przebywania w górach. Nawet zjeżdżający z Wurmberga na monsterreollerach miłośnicy adrenaliny zwalniali i pozdrawiali nas przyjaznym Tschüs! Nie zaobserwowaliśmy też żadnych napięć na linii piesi – użytkownicy dwukołowców czy przejawów niechęci wobec właścicieli psów. Te ostatnie muszę wędrować po parku narodowym na smyczy w okresie marzec-lipiec i w pozostałych miesiącach, o ile należą do ras myśliwskich i gończych. Pozostałe można spuścić z uwięzi jeśli się nad nimi panuje. Dla pewności jednak wszystkie idą grzecznie na smyczy. Turystyka górska w Niemczech ciągle jest bardziej skomercjalizowana niż w Polsce, ale tłokiem na górskich szlakach na pewno już Niemcom dorównujemy. I zdaje się, że gdyby Orłowicz miał szansę wyprawić się obecnie w Tatry czy Bieszczady jego doznania mogłyby być wielce podobne do tych spisanych przed ponad wiekiem po wycieczce w Karkonosze.