Kategorie
Polska

Wędrujące zabytki

Figurę siedzącej kobiety odzianej w złote szaty spływające w licznych fałdach na jej kolana i stopy umieszczono w złotym barokowym obramowaniu. Spod błyszczącej korony na przykryte króciutką pelerynką ramiona opadały niezliczonymi lokami kasztanowe włosy. Pucołowata twarzyczka z prostym noskiem i ledwo zarysowana kreską ust emanowała spokojem. Po  obu stronach koronowanej głowy unosiły się dwa bezskrzydłe aniołki okrywające plecy świętej osoby podbitą niebieskim materiałem opończą. Ułożenie rąk i dłoni figury sugerowało, że pierwotnie musiała trzymać w nich jakiś atrybut swojej pozycji. Czerwony bucik wysuwający się spod fałdów sukni spoczywał na pysku przyklękłego przed nią czarnego stwora o wyglądzie mastifa. Na jego widok cała nasza, psiolubna grupa zakrzyknęła „O, Mimsio!” (taki przydomek nosi Vinyl – czarnofutry podopieczny mojej córki i zięcia, o  którym więcej można przeczytać we wcześniejszym wpisie „O urokach podróżowania z psem”).

Św. Małgorzata z cegłowskiego kościoła

W ten sposób świętą Małgorzatę z Antiochi oddał uczeń Wita Stwosza – mistrz Lazarus Gertner z Ulm, który na zamówienie kapituły warszawskiej wykonał w roku 1510 ołtarz do kościoła św. Jana w Warszawie – obecnej katedry warszawskiej. Wraz trzema innymi, bardzo popularnymi w średniowieczu, świętymi niewiastami: Katarzyną Aleksandryjską, Dorotą z Cezarei i Barbarą z Nikomedii, asystuje centralnej scenie pogawędki świętych (Santa Converatione) prowadzonej między Matką Boską, a świętym Janem Chrzcicielem i biskupem Stanisławem ze Szczepanowa. Ciekawy jest już wybór całkowicie żeńskiej asysty umieszczonej na skrzydłach tryptyku, ale na tym nie koniec niespodzianek. Opisana wyżej święta Małgorzata powinna mieć za atrybuty krzyż, liść palmy i smoka. Ten ostatni symbolizuje szatana, który starał się, bezskutecznie, odwieść ją od wiary chrześcijańskiej. Lazarus za symbol poskromionego zła przewrotnie wybrał czarnego psa, który w symbolice średniowiecznej miał jednoznacznie pozytywną konotację z wiernością i służbą.

Odwiedzając katedrę na warszawskim Starym Mieście na próżno będziemy jednak rozglądać się za tym arcydziełem późnogotyckiej snycerki. Już w nieco ponad sto lat po jego wykonaniu uznano, że w podniesionym do rangi stołecznej mieście, główna świątynia zasługuje na bardziej reprezentacyjny ołtarz. Większy i co ważniejsze, wykonany we wchodzącym w modę stylu barokowym. Podjęto wówczas decyzję o przeniesieniu starego ołtarza do kościoła w stanowiącej uposażenie kapituły kolegiackiej św. Jana Chrzciciela, wsi Cegłów, położonej 55 km na wschód od Warszawy.

Cegłowski kościół
Ołtarz mistrza Lazarusa

Kanonicy kapitulni  sprzed 400 lat wykazali się świadomością wartości artystycznej dzieła mistrza Lazarusa lub, po prostu, byli ludźmi praktycznymi, rozumiejącymi, że ciąży na nich obowiązek wyposażenia cegłowskiej świątyni. A po co wydawać środki na sfinansowanie nowych zamówień, skoro w zasobach ma się już gotowy ołtarz. Z grubsza rzecz biorąc takimi motywami, aż po dzień dzisiejszy, kierują się osoby podejmujące decyzje skutkujące migracjami obiektów zabytkowych do nowych lokalizacji.

Stojąc przed cegłowskim ołtarzem starałem się przypomnieć sobie przykłady innych, z założenia nieruchomych obiektów, które jednak przenosiły się, często po kilkakroć, w nowe miejsca. Zdarzało mi się wspominać na łamach „Za widnokręgiem” o przenoszeniu zabytkowych elementów kamieniarki we Wrocławiu, czy w Brukseli, ale zapewne najczęściej przenoszonymi były budowle drewniane. Decydowała o tym prostota, zarówno konstrukcji, jak i demontażu. Powszechność drewnianego budownictwa mieszkaniowego w przedwojennym Białymstoku była tłumaczona tym, że w okresie raptownej industrializacji miasta po Powstaniu Styczniowym ludność okolicznych wsi przenosiła się do pracy w mieście, nie tylko z dobytkiem ruchomym, ale też z dotychczasowym, rozłożonym na pojedyncze belki domem, który następnie starannie odtwarzała na przydzielonym spłachetku miejskiego gruntu. Proces taki musiał być żywiołowy i pozostaje słabo udokumentowany. Z czasem domy takie starzały się, a warunki życia, które zapewniały, coraz dalej odbiegały od oczekiwań kolejnych pokoleń już „miastowych” mieszkańców. Ani mieszkańcy, ani władze, nie widziały w ich historii niczego cennego, więc cały proceder nie został oceniony, ani ilościowo, ani jakościowo, a jego skali możemy się tylko domyślać.

Inaczej rzecz ma się z drewnianymi obiektami sakralnymi, których peregrynacje zostały opisane zarówno w kronikach parafialnych, jak i dokumentacji konserwatorskiej. Podróżując ostatnio przez północno-wschodnie Mazowsze przejeżdżałem przez Krasnosielc. Wznosi się tam skromny, acz harmonijnej architektury kościółek klasycystyczny, zbudowany w końcu XVIII wieku z fundacji Krasińskich. Musiał mu ustąpić miejsca ledwo 50 letni wówczas obiekt drewniany, który zdecydowano się przenieść do pobliskiego Drążdżewa. Tam spędził następnych 200 lat, by po zbudowaniu nowej, murowanej świątyni pójść na dziesięcioletnie „bezrobocie”, by od 2007 roku, po odbyciu 120 kilometrowej podróży, osiąść szczęśliwie w Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu.

Skanseny wydają się naturalnym miejscem ulokowania zabytkowych obiektów drewnianych, których właściciel nie chce lub nie może utrzymywać w dotychczasowej roli. W ten sposób do Nowego Sącza trafiła cerkiew z Czarnego w Beskidzie Niskim, a do Sanoka, ta z bieszczadzkiego Rosolina. W obydwu przypadkach wspólnoty religijne korzystające z tych świątyń przestały istnieć w wyniku powojennych przymusowych wysiedleń ludności łemkowskiej i bojkowskiej z ich ojcowizny. Skansen to lokalizacja bezpieczna, ale nieco sztuczna, jako że związana ze zmiana funkcji z liturgicznej na wystawową. Dlatego może lepiej, że Górnośląski Park Etnograficzny powstał ostatecznie w Chorzowie, a nie, jak  planowano przed II Wojną Światową, w Parku Kościuszki w Katowicach. Dzięki sprowadzonemu w 1938 roku z Syryni nad Odrą ponad 400 letniemu kościółkowi św. Michała Archanioła Katowice chlubią się posiadaniem zabytku z XVI wieku, a młode pary zyskały malownicze miejsce ceremonii ślubnych, jak też towarzyszących im sesji fotograficznych.

Kościół w Drążdżewie, fot. D. Krzesniak
Cerkiew z Czarnego w Sądeckim Parku Etnograficznym, fot. Henryk Bielamowicz, lic. CC-BY SA 4.0
Wnętrze cerkwi z Czarnego, fot. Henryk Bielamowicz, lic. CC-BY SA 4.0

Cerkiew z Rosolina w MBL w Sanoku, fot. Henryk Bielamowicz, lic. CC-BY SA 4.0
Kościół św. Michała Archanioła w Katowicach
Wnętrze najstarszego zabytku miasta, fot. Paweł Grzywocz, lic. CC-BY SA 2.5 

Pod względem pokonanej odległości żaden z przeniesionych kościółków nie może się równać z kościółkiem Wang. Przebył on trasę z środkowej Norwegii, przez Szczecin i Berlin, do Karpacza, bagatela – ponad półtora tysiąca kilometrów. Jest to też obiekt z najdłuższą historią. W chwili nabycia przez króla Prus Fryderyka Wilhelma IV liczył już sobie ponad 700 lat. Wprawdzie osoba prowadząca prace budowlane w Karpaczu narzekała, że ledwo 15% sprowadzonych z Norwegii części nadawało się do użycia, jednak obowiązująca wówczas praktyka konserwatorska dopuszczała dosyć dowolne uzupełnianie zabytkowego oryginału. W rezultacie światynia w dzisiejszej formie jest, podobnie jak neogotyckie zamki, bardziej staronorweska w wyglądzie, niż jakakolwiek z tych, które pozostały w Norwegii.

Kościółek Wang po przeniesienu do Karpacza, domena publiczna

Kościółek Wang zanim trafił do Karpacza był przeznaczony do muzeum berlińskiego. Król zmienił zdanie w tej kwestii pod wpływem sugestii hrabiny von Reden z Bukowca, posiadaczki posiadłości sąsiadującej z królewskimi Mysłakowicami. Czyli Karpacz był nieplanowaną lokalizacją. Natomiast Kunčice pod Ondřejníkem, położone w Beskidzie Śląsko-Morawskim, gdzie znajduje się kościółek św. Prokopa i Barbary, były lokalizacją przemyślaną. Tam mianowicie miał swój letni dom dyrektor Przedsiębiorstwa Górniczo-Hutniczego w Ostrawie, inż. Śebely. Był on człowiekiem majętnym, a córkę miał wydać za hrabiego Larisch-Monnicha. Jako kochający ojciec chciał, aby uroczystość ślubna miała jak najwspanialszą oprawę. Dlatego, w 1928 roku zakupił na należącym wówczas do Czechosłowacji Zakarpaciu cerkiewkę, którą zlecił zdemontować, przewieźć do Kunčic i ustawić ponownie naprzeciwko swojego domu. Pierwszą uroczystością odbywającą się w tej świątyni był ślub córki inżyniera. Kto jeszcze uważa, że Czechom brakuje fantazji?

Kościół św. Prokopa i Barbary w Kunčicach, fot. Daniel Baránek, lic. CC-BY SA 3.0

Nadnarwiański Tykocin zwany jest barokową perłą Podlasia. Wjeżdżając do miasteczka od północy mija się całkiem udaną rekonstrukcję zamku królewskiego i wkrótce już można zobaczyć górujące nad niską zabudową barokowe szczyty wież kościoła parafialnego oraz stromy dach synagogi. Jak twierdzą najstarsi mieszkańcy, niegdyś aby dotrzeć do miasta, trzeba było pokonać siedem drewnianych mostów, gdyż tyloma ramionami toczyła swe wody Narew. Obecnie, po regulacji biegu rzeki, most jest tylko jeden (nie licząc pomniejszych przepustów), ale za to jaki! Zwieńczony czterema łukami metalowych kratownic, tylko w jednej trzeciej długości biegnie ponad rzeką, a w pozostałej części nad zalewowymi łąkami. W sezonie zawsze można na nim spotkać turystów starających się z tej perspektywy uchwycić najbardziej malownicze ujęcie w obiektywie swoich aparatów fotograficznych. Przyglądając się uważnie elementom metalowej konstrukcji w części północnej mostu, znajdziemy niewielką tabliczkę informującą, że obiekt zbudowała (w oryginale wzmocniła – verstärkt) w roku 1910 firma Beuchelt & Co. z Grünberg, Schl. Ta zielonogórska firma wyprodukowała wprawdzie blisko 500 mostów stalowych, ale znakomita większość z nich stanęła w granicach wilhelmińskiej Rzeszy Niemieckiej (na Śląsku firma miała bez mała monopolistyczną pozycję). Nieliczne mosty jej produkcji poza Niemcami stawiane były w koloniach lub np. na trasie strategicznej dla kajzera inwestycji, jaką była linia kolejowa Berlin – Bagdad. Most w Tykocinie, służący przed I Wojną Światową głównie jako ułatwienie dojazdu ludności wiejskiej na targ w miasteczku, na pewno nie miał takiej rangi. Zresztą nawet w Polsce międzywojennej mosty o trwałej (metalowej, czy żelbetowej) konstrukcji stawiano głównie na liniach kolejowych. Natomiast mosty drogowe, poza dużymi miastami i najważniejszymi szlakami komunikacyjnymi, budowano z drewna. Wziąwszy pod uwagę natężenie ruchu oraz niską średnią masę ówczesnych  pojazdów, było to rozwiązanie zupełnie wystarczające. Jak więc ciekawy przykład architektury mostowej epoki wilhelmińskiej zawitał na podlaską prowincję? Otóż jest to zdobycz wojenna z czasów II Wojny Światowej. Wycofujący się Wehrmacht wysadzał przeprawy mostowe, ale dla utrudnienia ruchu wojsk przeciwnika wystarczało zniszczyć jedno, czy dwa przęsła. Zdobywcom, zwłaszcza na szerszych rzekach, pozostawały jeszcze spore odcinki mostów do wykorzystania. Armia Czerwona demontowała je i wywoziła na wschód, ale zagęszczenie infrastruktury na ziemiach przyłączonych do Polski było tak duże, że wystarczyło i dla nas. W latach 50-tych XX wieku most trafił do Tykocina, niestety bez informacji o pierwotnej lokalizacji. W ostatnich latach w Zielonej Górze i Wrocławiu wyrażano pewne zainteresowanie pochodzeniem mostu tykocińskiego, ale w przeciwieństwie do przewiezionych po wojnie pomników i pomniejszych dzieł sztuki nie zażądano jego rewindykacji.

Most w Tykocinie, po lewej stronie w tle widoczny zamek

W tym samym czasie, choć w mniej dramatycznych okolicznościach, zdecydowano o losach zdemontowanego kilka lat wcześniej mostu w Fordonie koło Bydgoszczy. Ta otwarta w 1893 roku przez cesarza Wilhelma II przeprawa liczyła sobie 1325 m długości (dokładnie tyle, co aleja Unter den Linden w Berlinie) i była najdłuższą w ówczesnych Niemczech. Most składał się z dwóch części: biegnącej nad rzeką oraz nad terenami zalewowymi doliny Wisły. Część nadrzeczna podczas II Wojny Światowej była niszczona przez saperów, już to polskich w 1939 roku, już to niemieckich w 1945 roku. Część lądowa mostu natomiast przetrwała nienaruszona do powojennej odbudowy, kiedy to, ze względów oszczędnościowych, postanowiono most skrócić o 310 metrów. Część trasy poprowadzono po nasypie, a nowy most uzyskał szersze jezdnie. Zdemontowane stare przęsła, po konserwacji, rozdysponowano w następujący sposób: do Brzegu nad Odrą, do Plosek nad Narwią, do Dorohuska i Zosina nad Bugiem, do Jarosławia nad Sanem i wreszcie jedno przęsło otrzymał Czarnków nad Notecią. Byłoby prawdziwym chichotem historii, gdyby most w Tykocinie pierwotnie łączył brzegi Odry w Brzegu (a firma Beuchelt & Co. postawiła nad Odrą aż 42 przeprawy), a następnie powędrował na wschód, zaś na jego miejsce sprowadzono elementy mostu z Fordonu.

Most w Fordonie, przęsłą części nadrzecznej byly łukowato zamknięte
Dwa przęsła części nadzalewowej fordońskiego mostu przeniesiono do Plosek nad Narwią

Mosty przenoszono także w międzywojniu, czego najlepszym przykładem jest ten z Opalenia na Wiśle, kilka kilometrów na południe od Kwidzyna. Zbudowano go w 1909 roku, a swoją przydatność wykazał w pierwszych tygodniach I Wojny Światowej służąc szybkiemu przerzuceniu oddziałów niemieckich do zagrożonych rosyjską ofensywą Prus Wschodnich. W rezultacie Rosjanie zostali pokonani w bitwie pod Tannenbergiem. Jednak Niemcy przegrali całą wojnę i zgodnie z warunkami traktatu wersalskiego musieli oddać Polsce korytarz pomorski, a także dolinę Wisły na wschód od rzeki, aż do wałów przeciwpowodziowych. Ponad kilometrowej długości most znalazł się w całości na terenie Polski, gdzie okazał się niepotrzebny, bo można nim było dojechać co najwyżej do nadrzecznych łąk. W tej sytuacji podjęto decyzje o rozbiórce, przeprowadzonej w latach 1928-29. Z większości pozyskanych przęseł zbudowano most drogowy w Toruniu, a z części także most nad ramieniem Warty w Koninie. W korycie Wisły pozostały, do dzisiaj widoczne, potężne filary, na których wspierała się oryginalna konstrukcja.

Most w Opaleniu przed I Wojną Światową
Most w Toruniu zbudowany z przęseł mostu opaleńskiego, fot. Jacek 767, lic. CC-BY SA 3.0
Filary mostu w Opaleniu

Już w XXI wieku w Poznaniu przeprowadzono spektakularną operację przeniesienia na odległości około jednego kilometra w dół rzeki przęsła nadrzecznego mostu Św. Rocha i osadzenia go, jako kładki pieszo-rowerowej łączącej Ostrów Tumski i Śródkę, w miejscu, gdzie od X wieku, aż do roku 1970, już istniała przeprawa mostowa. Przęsło starego mostu, zbudowanego w roku 1949, trzeba było przewieźć po specjalnie zbudowanych z obu stron rzeki torach oraz przemieścić nad znajdującym się po drodze mostem Mieszka I. Ważące 450 ton przęsło podniesiono w tym celu na wysokość 9 m, przetoczono nad mostem Mieszka I, aby je znowu opuścić na poziom gruntu. W dniu 29 września 2007 roku setki poznaniaków oglądały kulminacyjny moment przetaczania stalowego przęsła po moście. Wprawdzie po przeniesieniu zmienił on nazwę na Most Cybiński, ale nie zmieniły się ryzykowne zwyczaje młodych mieszkańców miasta, którzy spacerują, a nawet próbują przejazdu rowerem po łukach stalowej konstrukcji.

Most Cybiński w Poznaniu z katedrą w tle
Zdemontowane przęsło mostu św. Rocha czeka na przeniesienie w nowe miejsce, fot. Krzysztof Piechota, lic. CC_BY SA 4.0

W latach 60-tych XX wieku większość historycznych budowli Warszawy została już odbudowana. Minął też okres bezmyślnego wyburzania obiektów, które przetrwały hekatombę bombardowań i podpalania, ale stały na przeszkodzie wizji tworzenia nowoczesnego urbanistycznie miasta. Władze chlubiły się przychylnym stosunkiem do zabytków przeszłości oraz wiedzą i umiejętnościami polskich konserwatorów. Gdy więc dochodziło do kolizji planów dalszego rozwoju z szacunkiem do zabytkowej materii miasta kilkakrotnie zdecydowano się na spektakularne przemieszczenie całych wielkogabarytowych obiektów murowanych. Zaczęto w 1961 roku od północnego budynku rogatek grochowskich, co umożliwiło poszerzenie ulicy biegnącej między nimi. Niespełna rok później, o 21 metrów na północ przesunięto cały, ważący 6,8 tysięcy ton, kościół Najświętszej Marii Panny przy warszawskim Lesznie (wówczas al. Świerczewskiego). W końcu, w 1970 roku przeprowadzono najbardziej skomplikowaną, wielotygodniową operację przekręcenia o 74⁰ Pałacu Lubomirskich. Tu przyczyną była chęć wizualnego zamknięcia osi saskiej, pozbawionej na swoim wschodnim końcu nieodbudowanego Pałacu Saskiego. Przy okazji przesunięty obiekt zasłonił wschodni budynek Hal Mirowskich, którego neogotycka architektura nie cieszyła się naówczas uznaniem władz. W tej samej dekadzie przesunięto jeszcze, choć bez zbytniego rozgłosu, wartownię numer 1 na Westerplatte w Gdańsku. Obiekt, kluczowy punkt oporu polskiego w pierwszych dniach września 1939 roku, musiał ustąpić miejsca poszerzonemu kanałowi portowemu. Po 30 letniej przerwie moda na przemieszczanie zabytków powróciła. W zmienionych warunkach ustrojowych nie decydowali już o tym politycy, ale konserwatorzy zabytków. W 2001 roku los północnej sąsiadki podzieliła południowa rogatka grochowska. Ponieważ z biegiem lat coraz młodsze obiekty zyskiwały status zabytków, wśród tych przeniesionych znalazły się również niemieckie bunkry z okresu II Wojny Światowej. Czasem też o przeniesieniu zabytku decydowano wbrew woli właścicieli. Tak było podczas budowy linii szybkiego tramwaju w Szczecinie Zdrojach. Premodernistyczną willę Grüneberga przesunięto w 2014 roku o 45 metrów, eksmitując z niej właścicieli. Otaczający ją ogród nie został jednak odtworzony, a sam budynek do dzisiaj pozostaje niezagospodarowany.

Przygotowania do przesunięcia kościoła NMP w Warszawie
Cztery fazy przesunięcia kościoła NMP w Warszawie, dom. publ.
Pałac Lubomirskich, sierpień 1970. Na zdjęciu widać odciete i rozebrane oficyny tylne pałacu. PAP/CAF/Adam Urbanek
Westerplatte – wartownia nr 1, fot. Jan Jerszyński, lic. CC-BY SA 2.5

Przesunięcia obiektów historycznych utrwaliło w naszej powszechnej opinii przekonanie o Polsce, jako kraju, który wyjątkowo troszczy się o los zabytków. Prezentowane bywa nawet stanowisko, że jako jedyny kraj posiadamy umiejętności i odpowiednie kadry dla przeprowadzania takich operacji. Tymczasem, już w 1930 roku w Indianapolis przesunięto ośmiopiętrowy budynek poczty o wadze 11000t. U naszych wschodnich sąsiadów przesunięto w 1939 roku o 80 metrów kompleks budynków Sawińskie Podworie w Moskwie, o wadze 23000 ton. Łącznie  w latach 1936-1941 w Moskwie przesunięto 22 budynki o całkowitej kubaturze 300 tys. m3. Specyfiką rosyjską było przesuwanie budynków wraz z ich mieszkańcami/użytkownikami, którzy obowiązkowo powinni byli się uśmiechać i wyrażać dumę z osiągnięć radzieckiego inżyniera i robotnika. Dla Rosjan dodatkowym bodźcem do tych działań była chęć pobicia parametrów przesuniętego budynku z Indianapolis. Jak by to obecnie źle nie brzmiało, przykład takich operacji przyszedł więc do nas ze wschodu, a ich rozmachem nigdy nie prześcignęliśmy pierwowzoru.

Willa Grunebergów – widoczna po lewej stronie – należała do rodziny producentów organów
Willa Grunebergów po przesunięciu, fot. Hoa binh, lic. CC-BY SA 4.0
Wnętrze willi Grunebergów, fot. Kapitel CC-BY SA 4.0

Decyzje o przeniesieniu zabytku umieszczone są zawsze w kontekście szeroko rozumianych trendów modernizacyjnych oraz w taktyce godzenia i priorytetyzacji wartości. Przenoszone obiekty przestawały wystarczać potrzebom estetycznym, czy użytkowym, w dotychczasowym miejscu lokalizacji, ale spełniały je w nowym miejscu, wśród nowych użytkowników. Chyba tylko Pałac Lubomirskich przeniesiony został z motywów wyłącznie estetycznych. Czego nie mogli przewidzieć mocodawcy przeniesień to faktu, że nowa, mniej prestiżowa, lokalizacja mogła się też okazać bezpieczniejszą. Ołtarz zesłany do Cegłowa, zastąpiony został w latach 1611-18 z fundacji króla Zygmunta III Wazy przez wczesnobarokowy, z obrazem weneckiego malarza Jacopo Palmy Młodszego, który zdobił kolegiatę, a później katedrę warszawską przez ponad 300 lat. Według niektórych źródeł został on uznany za tak cenny, że po 1806 roku przeniesiono go do Muzeum Napoleona w paryskim Luwrze. Tym samym byłby jedynym, obok gdańskiego Sądu Ostatecznego Hansa Memlinga, dziełem sztuki z Polski wartym takiej podróży. Na szczęście Kongres Wiedeński decydował nie tylko o restytucji rodów królewskich, ale i o przynależności dóbr kultury. Dlatego ołtarz mógł udać się w drogę powrotną z Paryża do Warszawy. Biorąc pod uwagę przebytą odległość, zostawił za sobą nawet epicką podróż kościółka Wang. Niestety, nie był ognioodporny i nie przetrwał zniszczenia katedry przez Niemców w 1944 roku. Znamy go więc  tylko z opisów i starych fotografii. Tymczasem św. Małgorzata ze swymi gotyckimi towarzyszkami przetrwała bezpiecznie do naszych czasów w Cegłowie, stając się dumą miasteczka i magnesem ściągającym doń coraz liczniejszych turystów.

Zniszczony barokowy ołtarz główny w Katedrze św. Jana Chrzciela w Warszawie
Kategorie
Polska

Gdzie Krajna, gdzie Lwów czyli rozważania o pograniczu

Na cmentarzu parafialnym w Sopocie przy ulicy Malczewskiego znajduje się nagrobek skrywający  doczesne szczątki, jak głosi inskrypcja, Włodzimierza Decykiewicza – senatora II RP.  Jako miejsce urodzenia wskazany jest Lwów. Wydawać by się mogło, że kamień ten dokumentuje typowe kresowiackie losy osoby przymusowo wysiedlonej po 1944 roku na tzw. Ziemie Odzyskane. Tymczasem już notka biograficzna na Wikipedii ukazuje całkiem nieoczekiwany i nietuzinkowy życiorys. Otóż Wołodymyr Decykewycz (Володимир Децикевич) był ukraińskim politykiem i działaczem społecznym, pełniącym rozliczne funkcje państwowe, z których najpoważniejszą była rola ostatniego austriackiego namiestnika Galicji i Lodomerii. Co prawda, godność tą 1 listopada 1918 roku przekazał mu gubernator Karl von Huym niejako pod przymusem, gdyż był już internowany przez siły ukraińskie, a sam Decykewycz pełnił ją tylko przez kilka godzin oddając władzę przedstawicielom Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej. Tym niemniej, pamiętając, że był to krok uruchamiający lawinę dramatycznych zdarzeń kierujących narodowe świadomości Polaków i Ukraińców na kurs kolizyjny, odkrywszy ten nagrobek miałem odczucie otarcia się o prawdziwą historię.


Decykewycz w międzywojniu był działaczem Ukraińskiego Zjednoczenia Narodowo Demokratycznego (UNDO), radnym Lwowa i członkiem zarządu województwa lwowskiego oraz członkiem władz większości ukraińskich organizacji społecznych tego okresu. Był jednak człowiekiem starej daty, zwolennikiem umiaru w polityce i postępu osiąganego drogą negocjacji, a te wartości były coraz mniej cenione w radykalizującym się politycznie społeczeństwie ukraińskim tuż przedwojennej epoki. W roku 1943 Decykewyczowie przenieśli się do Nowego Targu gdzie mieszkała rodzina jego żony, z domu Tarnawskiej, a po wojnie trafili do Sopotu, gdzie krótkotrwały namiestnik Galicji i Lodomerii dożył swoich dni. Nie wiem, czy opuścił swoje rodzinne miasto z powodu dolegliwości podeszłego wieku (w 1943 roku liczył sobie już 78 lat), obawy przed nadciągającymi Sowietami czy też ogólnego zniechęcenia atmosferą gęstniejącego okrucieństwa i barbarii. Dla mnie jest on jednak przykładem człowieka pogranicza, żyjącego w środowisku mieszanym etnicznie i kulturowo, gdzie równie łatwo można opowiedzieć się po jednej ze stron jak wybrać własną drogę polityczną czy życiową pozwalającą na lokowanie się poza sporem lub mniej czy bardziej harmonijne łączenie stanowisk każdej ze stron.

Refleksje nad losami Decykewycza oraz innego człowieka pogranicza, Górnoślązaka Carla Ulitzki (o którym kiedyś chętnie napiszę), towarzyszyły mi w odbytej pod koniec lutego wycieczce do Krajny. Nie, nie na Ukrainę – region w zachodniej Polsce, położony w trójkącie między Bydgoszczą, Piłą i Chojnicami bieże swą nazwę od wielowiekowego położenia na krajach państwa polskiego, a także na granicy Wielkopolski i Pomorza. Obecnie to bez mała centralna Polska, wiec nazwa jest nieco zwodnicza. Oprócz map i przewodników, które zresztą,

Gerd Heinrich na Celebes z upolowanym „chrapiącym ptakiem”

zwłaszcza w wersji papierowej, są trudnodostępne, wiozłem ze sobą książkę Bernda Heinricha „Chrapiący ptak. Rodzinna podróż przez stulecie biologii”.„Chrapiący ptak” to jednak książka biograficzna, której akcja toczy się m. in. na terenie powiatu sępoleńskiego, gdzie zamierzaliśmy się zatrzymać. Ojciec autora, Gerd Heinrich był przyrodnikiem i eksploratorem w XIX wiecznym znaczeniu tego słowa, a równocześnie właścicielem majątku Borówki położonego na wschód od Sępólna Krajeńskiego. Okoliczne lasy, mokradła i jeziora kształtowały jego wrażliwość przyrodniczą oraz ciekawość świata. Stąd wyruszał na wyprawy badawcze do Persji, w Dobrudżę i Rodopy, do Birmy i na wyspę Celebes. Ekspedycje badawcze oraz poszukiwania rzadkich gatunków ptaków i owadów pozwalały mu usunąć się poza pole niemiecko-polskiego konfliktu o państwową przynależność Krajny.

Zatrzymaliśmy się w Lutówku nad jeziorem Lutowskim. Do swojej dyspozycji mieliśmy cały dom, z okien którego roztaczał się widok na pokryte lodem jezioro. Mimo, że temperatura za dnia skoczyła do dwucyfrowych wartości na plusie, nocne przymrozki nie pozwoliły ustąpić pokrywie lodowej. Ku naszemu przerażeniu wędkarze nadal praktykowali na tym i sąsiednich jeziorach wędkarstwo lodowe. Na szczęście nie słyszeliśmy o żadnych związanych z nim wypadkach. Rankami budził nas klangor żurawi, klucze dzikich gęsi z gęganiem ciągnęły nad jeziorem i dachami domów, a przy śniadaniu, przez okno można było obserwować czaplę białą sprawdzająca czy przy brzegu nie pojawił się pas wolnej od lodu wody. Zaraz za ostatnimi zabudowaniami zaczynał się, ciągnący się przez dobrych 10 km na zachód, las. Miejscami był na tyle stary i naturalny, że utworzono w nim cztery rezerwaty przyrody. Jezioro Lutowskie wypełnia polodowcową rynnę, a jego lustro wody leży kilkanaście metrów poniżej pofalowanyego terenu na północ od wsi zajętego przez pola, łąki, podmokłe zagłębienia oraz niewielkie zagajniki. Przez krawędź jeziornej rynny przerzynają się koryta strumieni spływających z wysoczyzny. Jako, że nastała odwilż po śnieżnej zimie niosły one sporo wody. Wieczorny spacer z psami był dźwiękowo obudowany nie tylko głosami dzikich gęsi, ale i bulgotaniem strumieni śpieszących oddać swą zawartość jeziorowej toni. Mimo, że jezioro Lutowskie i jego wschodni sąsiad jezioro Sępoleńskie należą do jezior rynnowych, ich linia brzegowa (zwłaszcza tego pierwszego) jest bardzo urozmaicona. Wędrówkę wzdłuż ich brzegów urozmaicają półwyspy, zatoki, wodne przesmyki i ukryte wśród lasów pomniejsze zbiorniki wodne. Ich ustronne brzegi stwarzają okazje do obserwacji ptasich drapieżników, głównie myszołowów.

Jezioro Lutowskie
Nasz dom w Lutówku
Jezioro Lutowskie
Dawna szkoła
Okolice Lutówka
Przedwiosenne rozlewisko
Żurawie na śniegu
I w locie
Nadleśnictwo
Stary dom
Łabędzie wykorzystują skrawek wolnej od lodu wody
Klucz dzikich gęsi

Położone w pobliżu powiatowe Sępólno odwiedzaliśmy tylko w celu zrobienia zakupów. Miasto, choć uniknęło zniszczeń wojennych, nie obfituje w obiekty historyczne. Naszą uwagę zwrócił zespół rzeźb figuralnych przy głównej ulicy, nieco rozwlekle i stylistycznie wątpliwie, nazwany Pomnikiem Wdzięczności ku Czci Chrystusa Króla. Został on wzniesiony na 20-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości, wkrótce potem zniszczony przez Niemców i odbudowany po kolejnych 75 latach. Ustawionej centralnie figurze Chrystusa hołd oddaje 13 postaci z jednej strony reprezentujących wielkość i sukcesy (w rozumieniu militarnym) Polski, a z drugiej wszystkie stany odrodzonej ojczyzny. Pomimo wielkości i bogactwa szczegółów założenie dosyć harmonijnie wpisuje się w zbocze cmentarnego wzgórza, a same rzeźby zdradzają zręczne dłuto ich wykonawców. Prócz pomnika wielkością i starannością wykonania wyróżniają się międzywojenny gmach Starostwa Powiatowego, jak też przypominający lotniskową wieżę kontroli lotów współczesny budynek Urzędu Skarbowego. W sępoleńskiej pizzerii o nazwie nawiązującej do dalmatyńskiej wyspy zamawialiśmy obiady. W menu zwróciliśmy, nie bezkrytyczną, uwagę na produkt o nazwie „Panacetta”, który, ku ogólnemu zaskoczeniu, zajął pierwsze miejsce wśród wszystkich skosztowanych pizz.

Pomnik o bardzo długiej nazwie, fot. MOs810, lic. CC BY-SA 4.0
Starostwo, fot. Jkwa007, lic. CC BY-SA 3.0
Urząd Skarbowy

Krajna została przez Traktat Wersalski podzielona granicą państwową w sposób, który Polsce przyznał jej część wschodnią, m. in. z Sępólnem i południową z Wyrzyskiem i Łobżenicą, przy Niemcach zaś zachowując część pn.-zach. ze Złotowem. Nie był to podział idealny, gdyż zostawiał po obydwu stronach granicy znaczące liczbowo skupiska Polaków bądź Niemców. Jednym z takich ośrodków było Zakrzewo w powiecie złotowskim, zasiedlone w większości przez Polaków. Polskość podtrzymywał tam energiczny proboszcz Bolesław Domański, będący od 1933 roku aż do swej śmierci w kwietniu 1939 roku prezesem Związku Polaków w Niemczech. Na potrzeby mniejszości polskiej zbudowano w latach 1934-35 Dom Polski, w którym koncentrowały się działania polskich organizacji społecznych. Największą salę w tym budynku ozdobiły, układające się w cykl Polski Rok Obrzędowy, freski autorstwa Janiny Kłopockiej, która wcześniej zaprojektowała znak graficzny Związku Polaków – słynne Rodło. Wykonane w technice sgraffito malowidła zostały w 1939 zachlapane wapnem i odsłonięte dopiero w roku 1972 na 50 rocznicę powstania Związku Polaków w Niemczech. Podobno decyzji tej pomogła pomysłowość ówczesnego dyrektora Domu Polskiego, który usunął nieco dachówek doprowadzając do zalania sufitu i ścian sali, która wkrótce miała pomieścić dostojnych gości tego wydarzenia. Znalazły się fundusze, a skuwając zamoczone tynki odkryto przedwojenne malowidła. Dorobek malarski Kłopockiej uległ zniszczeniu podczas Powstania Warszawskiego. Oprócz Rodła i zachowanego w zakrzewskiej kaplicy obrazu Matki Boskiej Radosnej malowidła z zakrzewskiego Domu Polskiego stanowią największy zbiór jej prac. Co ciekawe herb gminy Zakrzewo składa się z dwóch pól, na których znajdują się prace Kłopockiej – wizerunek Matki Boskiej Radosnej na lewym i Rodło na prawym polu.

Dom Polski od podwórza
Dom Polski widoczny na lewo od kościoła
Wejście do sali Rodła
Wnętrze sali Rodła

Malowidła na ścianach sali Rodła

Herb gminy Zakrzewo

Krajna nie obfituje w zabytki rangi ogólnopolskiej. Jednakże w wielu wsiach znajdują się zabytkowe kościoły, często  o konstrukcji szachulcowej, takie jak np. kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Sypniewie. Mam też wrażenie, że w regionie zachowała się ponadprzeciętna ilość dworów i pałaców. Cóż z tego, skoro obiekty te są turystycznie martwe. Kościoły pozostają zamknięte poza godzinami nabożeństw. Pałace albo nie są udostępniane turystycznie ze względu na swoje funkcje, tak jak będący siedziba firmy pałac w Zamartem, albo pełnią funkcję hotelowe (Sypniewo, Kromierowo) i dostępne są tylko dla gości. COVID dołożył swoje ograniczenia, bo w normalnych czasach moglibyśmy odwiedzić chociaż hotelowe restauracje. A tak pozostało nam zaglądanie i robienie zdjęć zza parkanów. Udało nam się jednak odwiedzić dwie świątynie pełniące jednocześnie rolę sanktuariów maryjnych. Górka Klasztorna koło Łobżenicy jest najstarszym miejscem kultu maryjnego w Polsce, gdyż objawienie miało w roku 1079. Zamarte na granicy województw kujawsko-pomorskiego i pomorskiego jest z kolei jednym z najmłodszych miejsc kultu, gdyż zostało uznane za takowe tylko w roku 1994, chociaż już w roku 1417 wielki mistrz Zakonu NMP Michał Küchmeister ufundował tam kaplicę i umieścił w niej uznawaną za cudowną figurkę Matki Boskiej.

Kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Sypniewie, fot. Krzysztof Golik, lic. CC BY 3.0
Pałac von Wilckensów w Sypniewie, fot. Gww, lic. CC BY-SA 3.0 pl
Pałac Komierowskich w Komierowie od frontu
Pałac Komierowskich od strony kaplicy

Długotrwałość kultu jest przyczyną, dla której Górka Klasztorna obrosła w infrastrukturę obsługi pielgrzymów, taką jak noclegownie, jadalnie, ołtarze polowe i wolno stojące kaplice, w tym jedną kryjącą święte źródełko. Sama świątynia, choć starsza o prawie sto lat i wyposażona w stylu barokowym nie budzi takiego wrażenia jak ta w Zamartem. Kościół zamarcki jest bogatszy w ciekawostki i wysmakowany stylowo. Świętą figurkę ukradziono w roku 1983 (polecam tą datę uwadze wszystkich wyznawców teorii, że zepsucie przyszło dopiero z demokracją), zastąpiła ją XVIII-wieczna kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Malowidła pokrywające sklepienia i ściany kościoła opisywane są w przewodnikach jako przykład czeskiego rokoko. Ich autor, brat Paschalis Wołos, jest jednak obecnie uznawany za przedstawiciela szkoły lwowskiej. Cóż, inspiracja czeska czy lwowska i tak pozostaje wyjątkiem w pomorsko-krajeńskim otoczeniu. Jeszcze jednym rarytasem jest znajdujący się w bocznym ołtarzu XVI-wieczny obraz przedstawiający patrona Warszawy, błogosławionego Ładysława z Gielniowa. W tle można podziwiać realistycznie oddaną panoramę ówczesnej Warszawy. W 1994 roku sanktuarium objęli zakonnicy warszawskiej Prowincji Karmelitów Bosych i to oni sprowadzili to jakże oryginalne w tym otoczeniu dzieło sztuki.

Brama do Sanktuarium w Górce Klasztornej
Kaplica, w której ukryta jest
Górka Klasztorna – widok na oltarz główny
Sanktuarium w Zamartem
Bł. Ładysław z Gielniowa unoszący się ponad XVI wieczną Warszawą
Sanktuarium w Górce Klasztornej
Święta studzienka
Górka Klasztorna – ambona
Ołtarz z kopią ikony MB Częstochowskiej
Prospekt organowy w Zamartem
Polichromie szkoły lwowskiej
Rokokowy konfesjonał i korespondujące z nim malowidło ścienne

W ramach zaliczania korony wzniesień polskich odwiedziliśmy kompleks Dębowej Góry koło Wyrzyska. Kulminacja sięga raptem 192 m npm., ale jako, że dno doliny Noteci, nad którą bezpośrednio wyrastają wzgórza jest na poziomie ok. 50 m npm. mamy tu do czynienia z przewyższeniami rzadko spotykanymi na polskim niżu. Podchodziliśmy od północy, od strony leśniczówki Zielona Góra, gdzie można zostawić samochód. Droga wkrótce wkracza tam do gęstego lasu, który tworzą głównie graby, dęby i buki. Co charakterystyczne, a nietypowe dla wzniesień północnej Polski, rzeźba terenu jest tu niesłychanie bogata, przez co masyw ma wiele kulminacji, a prowadzone wśród nich ścieżki wiją się, aby je ominąć. Spacerowaliśmy pod koniec pogodnego, przedwiosennego dnia, więc promienie słońca bez przeszkód docierały na dno lasu, a my mogliśmy cieszyć się całkiem odległymi widokami. Zaliczyliśmy kilka wzniesień, choć z braku szczegółowej mapy i kończącego się dnia nie mogę pochwalić się zdobyciem najwyższego wzniesienia Krainy. Dla porządku warto też wspomnieć o wizycie w Obkaskich Górach. To pasmo pagórków, tylko nieznacznie niższych od Dębowej Góry, rozciągające się między miejscowościami Obkas na zachodzie, a Dąbrówką na wschodzie, jest okrzyknięte kulminacją całego województwa kujawsko-pomorskiego. Niestety, sosnowy bór z jeżynowym poszyciem oraz ubóstwo ścieżek dostępnych dla turysty sprawiają, że pasmo pod względem atrakcyjności znacznie ustępuje Dębowej Górze. Chyba, że ktoś gotów jest wędrować zwierzęcymi ścieżkami, czerpiąc radość ze spotkania z sarnami, a może nawet ze studiowania koprologii czyli nauki o zwierzęcych odchodach.

W drodze na Dębową Górę
Jedna z licznych dolin
Przedwieczorne słońce
można podziwiać urozmaiconą rzeźbę terenu
Od takich drzew góra wzięła swoją nazwę
rzucało długie cienie na okoliczne zbocza
Idealny teren na spacery z czworonogiem
Harry w drodze na Dębową Górę
Obkaskie Góry od strony Dąbrówki

Widoki z Obkaskich Gór

Na skraju Obkaskich Gór

Bernd Heinrich w swojej książce wspomniał o ziemiańskich sąsiadach ojca tylko w kontekście początków II Wojny Światowej. Tomasza Komierowskiego, zapalonego myśliwego i działacza organizacji rolniczych w 1939 roku „zastrzelono podczas gdy przechadzał się po swoim lesie”. Hans-Jürgen von Wilckens, który przed wybuchem wojny zbiegł do Niemiec, a powrócił już mundurze SS, przewodził „komisji odsiewającej zwolenników III Rzeszy od potencjalnych przeciwników”, w istocie był też inspiratorem prześladowań i eksterminacji polskich sąsiadów w początkowych miesiącach wojny. Gerd Heinrich zakopał cenne zbiory gąsieniczników (rodzaj owadów składających jajka w gąsienicach motyli) birmańskich oraz dotyczącą ich monografię na terenie majątku, po czym wraz z rodziną uciekł szczęśliwie do Niemiec. Jeszcze później wyemigrowali wszyscy do USA. W 1959 roku poinformował Instytut Zoologii PAN o lokalizacji zakopanych zbiorów. Zostały odnalezione i do dzisiaj kolekcja jest przechowywana w Muzeum Zoologii PAN, a cztery zeszyty wydawanych przez ten instytut Annales Zoologici zostały poświęcone opisowi taksonomii tej grupy owadów jego autorstwa. Dwór w Borówkach został prymitywnie przebudowany na mieszkania dla pracowników PGR-u. Miał mniej szczęścia niż pałac w Komierowie czy sypniewska rezydencja von Wilckensów. Entomolog spędził 40% swego życia i umarł z dala od stron rodzinnych, podobnie jak Wołodymyr Decykewycz.  Życie na pograniczu zawsze było obciążone ryzykiem i często trzeba było za nie płacić wysoką cenę.

Fot. Kordiann, lic. CC BY-SA 4.0
Kategorie
Niemcy

Kolorowe wspomnienia z Harzu

Czerwone światło zatrzymało nas na skrzyżowaniu w centrum Halberstadt. Dziwne to było miasto Anno 1980. Siedziba najstarszej diecezji, na wschodzie cesarstwa karolińskiego, z przepięknym, wzorowanym na katedrze w Reims kościołem św. Stefana i Sykstusa oraz dziesiątkami innych zabytków sakralnych i świeckich, w tym mnóstwem charakterystycznej dla miast przedpola Harzu zabudowy szachulcowej, miało pecha w czasie II Wojny Światowej. Pomimo, że był tu węzeł kolejowy, garnizon i fabryka części do bombowców Junkers bombardowania rozpoczęły się dopiero w 1944 roku. Ich apogeum przyszło 8 kwietnia 1945 roku gdy oddziały amerykańskie znajdowały się w odległości 40 km od miasta. Tego dnia 218 amerykańskich latających fortec B-17 zrzuciło na miasto 595 ton bomb pozbawiając życia ok. 2500 mieszkańców i zostawiając po sobie 1,5 mln m3 gruzu. Katedra przetrwała, ale jedna trzecia domów z pruskiego muru spłonęła, kolejną jedną trzecią zniszczyli wschodnioniemieccy urbaniści „odbudowując” miasto. Nic dziwnego, że skrzyżowanie z sygnalizacją świetlną znajdowało się na pośrodku otwartej przestrzeni, z rzadka upstrzonej domami, za to z dobrym widokiem na kompleks katedralny. Terkoczący dzwonkiem, żółty wagon tramwajowy przecinał nieśpiesznie tą miejską pustynię.

W końcu sygnalizator pozwolił mi ruszyć. Nowiutki Fiat 126p, nasz gierkowskiej odpowiednik Forda model T, skierował się w stronę katedry. Przy wrzuceniu dwójki, skrzynia biegów podejrzanie zachrzęściła, a drążek już bez pomocy sprzęgła począł swobodnie przemieszczać się między biegami. Dla naszego ”malucha” wyjazd do NRD był pierwszą tak daleką podróżą. Dotychczas sprawował się dzielnie, ale ta awaria nie powinna nas właściwie dziwić. Wszak słyszało się o egzemplarzach, które psuły się kilkadziesiąt metrów za bramą Polmozbytu (tak zwał się monopolistyczny odpowiednik dzisiejszego salonu sprzedaży). Szczęściem w nieszczęściu, nasz pojazd nie został całkowicie pozbawiony napędu, więc już po 2,5 godzinach dostojnie dotoczył się do Wernigerode, gdzie mieliśmy założoną bazę. Wkrótce okazało się, że w kraju dumnym ze zdolności technicznych swoich mieszkańców, naprawić można wyłącznie Trabanta lub Wartburga. Nie pomogły również, podesłane przez niemieckich znajomych, miejscowe „złote rączki”. Problemem był brak części zamiennych. Na szczęście, udało nam się napotkać, co było prostsze wówczas niż dzisiaj, rodaka, który przekonany przez ojca wziął nas na hol i przeciągnął 300 km na wschód, do Słubic gdzie naprawiania podobnych awarii było na porządku dziennym.

Doświadczenie prowadzonego „malucha” na miękkim holu, po autostradzie, z prędkością przekraczającą 120 km/godz. było silnym przeżyciem. Być może dlatego z samego pobytu w Wenigerode zostało mi niewiele wspomnień. Oczywiście, w pamięci utkwiło określenie „das Bunte Stadt am Harz” (kolorowe miasto Harzu) ukute w początkach XX wieku przez poetę Hermana Lönsa oraz obrazki ulic „w kratę”, na których całe pierzeje zabudowane były domami z pruskiego muru. W domowym albumie zostało też czarno-białe zdjęcie wspartego o kamienną balustradę na schodach wernigerodzkiego ratusza młodego mężczyzny z burzą czarnych włosów na głowie, w okularach o grubej oprawce i ledwo sypiącym się nad wargą wąsem. Tak, to moja podobizna sprzed 40 lat – ciekawe czy ktoś z dzisiejszych znajomych byłby w stanie mnie rozpoznać? Planując ostatni wyjazd w Góry Harzu nie ulegało wątpliwości, że bazę wypadową założymy znowu w Wernigerode, a ja wejdę na te same schody, oprę o barierę żeby zobaczyć czy widzę to samo co moje wcześniejsze czarnowłose wcielenie.

1980/2020

Rynek w Wernigerode zdominowany jest przez budynek ratusza, a właściwie kompleks budynków ratuszowych. Ściany zdobnego w smukłe wieżyczki, szachulcowego budynku ze spadzistym dachem, wieńczy sygnaturka, a ratuszowy zegar umieszczony jest, nietypowo, w połaci dachowej. Ściany zdobią fryzy z wyeksponowaną ryglową konstrukcją oraz służące za wsporniki wyższych kondygnacji drewniane figurki z przedstawieniem typów mieszczańskich i ich profesji. Kamienice wokół rynku pochodzą z różnych okresów, ale wszystkie postawiono z użyciem muru pruskiego. Jako, że ratusz tworzy południową pierzeję rynku jego centrum zajmuje, pochodząca z połowy XIX wieku, żeliwna fontanna dobroczyńców miasta. Wśród nich wymieniony jest pułkownik Gustaw Petri, który odmówił rozkazu obrony miasta przed Amerykanami i został rozstrzelany w kwietniu 1945 roku. Cóż, Niemcy to kraj, gdzie potrafi się docenić tych, którzy znając konsekwencje swego wyboru, nie zdecydowali się walczyć do końca.

Wrażenie bogactwa kolorów nie pochodzi wyłącznie od powszechnego w mieście zwyczaju malowania wypełnień między belkami konstrukcji, ale także od barwnych elementów rzeźbiarskich w wystroju fasad. Tymczasem, kamieniczka będąca jednym z architektonicznych symboli miasta – Krummelsches Haus ma fronton od dachu po piwnice pokryte barokową, przebogatą, rzeźbiarską dekoracją pozostawioną jednak w kolorze naturalnego drewna. Fasada ta zawsze wzbudzała estetyczne emocje i byli chętni do jej nabycia. Aby temu zapobiec w połowie lat 20-tych XX wieku władze miasta wprowadziły wymóg zakupu budynku w całości skutecznie uniemożliwiając wywiezienie jego najcenniejszej części. Innym ciekawym budynkiem jest krzywy młyn, o którym foldery turystyczne mówią, iż jest bardziej odchylony od pionu niż słynna wieża w Pizie. W przyziemiu budynku aż do połowy XX wieku pracowało koło młyńskie. Napędzająca je woda żłobiła coraz głębsze koryto powodując osadzanie budynku. Jest to wyraźny przykład elastyczności konstrukcji szachulcowej, której drewniane elementy wygięły się, ale nadal utrzymywały spójność całej ściany. Zaraz na początku wybiegającej z rynku Breite Strasse w uroczej renesansowej kamieniczce z 1583 roku mieści się Cafe Wien. Jej wnętrza urządzono w kojarzącym się z naddunajską metropolią stylu Art Deco co stanowi kontrast z typowo wernigerodzka fasadą, przy której tworzeniu snycerz pofolgował swoim najdzikszym fantazjom.

Nad miastem góruje zamek książąt von Stolberg-Wernigerode. Przez wieki pozostawał on w cieniu głównej rezydencji książęcej w Stolbergu. Dopiero około 1730 roku zmienił się jego status, ale musiało upłynąć jeszcze ponad sto lat nim książę Otto, zaufany współpracownik kanclerza Bismarcka, zamówił projekt przebudowy, która nadała zamkowi wygląd bardziej średniowieczny niż w jakimkolwiek okresie jego historii. Od 1930 zamek udostępniono zwiedzającym. Podczas pierwszego pobytu w Wernigerode nie mogłem go jednak zwiedzić. Nikt ze znajomych Niemców nie uważał go zresztą za atrakcję turystyczną. Oprócz jednej wzmianki w angielskiej wersji Wikipedii trudno znaleźć kto był jego użytkownikiem. Według tego źródła, w 1945 roku zajęła go radziecka administracja wojskowa. Znalazłem jeszcze informacje, że od lat 60-tych zaczęto przywracać jego oryginalne wyposażenie. Popularne, współczesne informatory historyczne okres od 1945 po 1990 po prostu pomijają. Aura usilnie podtrzymywanej tajemnicy zdaje się nasuwać odpowiedź: Po Rosjanach zamek zajęły NRD-owskie tajne służby. Tego rodzaju zagadki historyczne nie zaprzątają jednak głów masom turystów, dla których to najciekawszy obiekt w całym mieście.

Hotel w budynku z pruskiego muru/Dziedziniec zamkowy

Jako, że przebywaliśmy w granicach historycznego księstwa czuliśmy się w obowiązku odwiedzić jego współstolicę czyli Stolberg. Miasteczko położone jest po południowej stronie gór Harzu. W przeciwieństwie do Wernigerode ulokowane jest w głębi gór, a jego zabudowa ciągnie się wzdłuż kilku wąskich dolin. Z położonego na wzgórzu u zbiegu tych dolin zamku książęcego cieszy oczy widok na rozchodzące się odśrodkowo pasma krytych czerwoną dachówką domów przypominające kształtem wyciągniętą rozgwiazdę. Sam zamek jest ospale remontowany. Na razie ukończono jedno z jego skrzydeł oraz odrestaurowano ogrody zamkowe. Doprowadzenie go do kwitnącego stanu zajmie jeszcze lata, ale czuć w nim autentyzm miejsca, którego pozbawiony jest jego wernigerodzki odpowiednik. Mieszka tu ledwie ponad 1200 osób, o ponad 1000 mniej niż w roku 1833. Przy tej wielkości miasteczka wszędzie jest blisko, a zagęszczanie obiektów cennych historycznie i godnych obejrzenia wprost przytłacza. Prócz zamku i kościoła parafialnego zachowały się bramy miejskie, stara książęca mennica (o jej roli świadczy, że obok tych dwóch wyżej wymienionych jest największą budowlą Stolbergu) oraz ratusz. Ciekawostką jest, iż ten ostatni mając trzy kondygnacje nie posiada klatki schodowej. Na każde z pięter można dostać się zewnętrznymi drzwiami ze wspinających się po zboczu, wzdłuż budynku, kamiennych schodów. Pomnik urodzonego w mieście radykalnego reformatora kościoła oraz przywódcy XVI wiecznych buntów chłopskich Thomasa Müntzera, choć zaprojektowany jeszcze za NRD, nie razi pompatycznością ani nadmierną łopatologią przekazu. W końcu, Stolberg jest „typisch Harz”. Tym mianem określa się hercyńskie produkty regionalne z czego korzysta miejscowy producent pieczywa cukierniczego.

Goslar do 1989 roku leżał za żelazną kurtyną więc podczas wcześniejszej wizyty nie był dla nas dostępny. Obecnie jednak odległość 30 km nie stanowi żadnej przeszkody, aby odwiedzić ulubioną siedzibę cesarzy z dynastii salickiej. Jeden z nich, Henryk III, nakazał nawet pochować tu swoje serce. A jego syn Henryk IV właśnie z Goslaru wyruszył do Kanossy, aby ukorzyć się przed papieżem Grzegorzem VII. Wydarzenia to pamięta romańskie palatium położone na południowym krańcu starego miasta z pięknym widokiem na pobliskie góry. Budowla korzeniami sięgająca XI wieku, w XIX wieku groziła już zawaleniem, ale ratunek przyszedł w ostatnie chwili ze strony Królestwa Prus, które nabyło obiekt i rozpoczęło jego rekonstrukcję. Wspaniała, romańska kolegiata św. Szymona i Judy nie dotrwała do czasów mody na historyzm. Rozebrano ją, za wyjątkiem północnego przedsionka, w roku 1820. Rekonstrukcja zbiegła się ze zjednoczeniem Niemiec, co narzuciło całemu przedsięwzięciu silny plan ideowy. Otóż zarówno monumentalne malowidła w największej sali Domu Cesarskiego, jak i pomniki w otoczeniu palatium miały nawiązywać do zjednoczenia oraz legendy o cesarzu Fryderyku Barbarossa. Cesarz, który w rzeczywistości utonął w rzece Salef podczas wyprawy krzyżowej, według legendy śpi w jaskini w masywie Kyffhäuser czekając na wezwanie, aby odnowić imperium. Wilhelm I, król pruski koronowany na cesarza Niemiec, był kreowany na wcielenie Fryderyka. Stąd obu władcom wzniesiono konne pomniki przed palatium. Prowadzące do nich monumentalne schody flankowane są przez kopie lwów brunszwickich. Te znalazły się w towarzystwie władców, aby wzmocnić jednościową narrację. W rzeczywistości były one symbolem saskiego księcia Henryka Lwa, zaciekłego przeciwnika Barbarossy, który w końcu skazał księcia na banicję. Goslar jednak zasłużył na posiadanie kopii lwów udzielając schronienia oryginałom w korytarzach kopalni Rammelsberg w latach 1943-45.


Działająca przez ponad 1000 lat kopalnia Rammelsberg, gdzie dobywano rudy metali, w tym srebra, była przyczyną zainteresowania władców oraz źródłem bogactwa miasta. Zamknięta z powodu wyczerpania złóż w 1988 roku została wraz z goslarską starówką wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Dla podkreślenia górniczych tradycji, najciekawsze miejsca miasta oznakowane są wydatnymi bryłami rudy. Cztery razy dziennie pod zegarem na budynku kamery (zarządu finansów miasta) gromadzą się turyści, by podziwiać Glockenspiel – mechanizm napędza figurki odgrywające sceny związane z odkryciem złóż rudy i pracą gwarków w Rammelsberg. Jako miasto cesarskie, w dodatku czerpiące korzyści z górnictwa rud metali, Goslar dorobił się imponującej liczby obiektów uznanych z czasem za zabytkowe. Domów o konstrukcji szachulcowej jest tu nawet więcej niż w Wernigerode, jednak jaskrawość ich kolorów tonują charakterystyczne pokrycia dachowe z szarego łupka będącego ubocznym produktem działalności wydobywczej. Bardziej znaczące budowle np. te usytuowane przy rynku, w całości pokryte tym materiałem, zyskały wielce dystyngowany wygląd. Ulubionym miejscem spotkań mieszkańców miasta jest rynkowa fontanna – najstarsza i największa romańska fontanna w Niemczech. Wieńczący ją złoty orzeł cesarski jest jaskrawym dowodem na trudności artystów wczesnego średniowiecza w odwzorowaniu tego ptaka. Jakby się nie starali zamiast orła wychodził im kurek. Potwierdzi to każdy, kto widział denar Bolesława Chrobrego. W Goslarze zachowały się znaczne odcinki murów miejskich z imponującymi rozmiarem i precyzją architektoniczną bramami i basztami. W ich cieniu kryją się zaciszne parki i zieleńce. W wielu domach przetrwały oryginalne elementy architektury zewnętrznej: z łatwością można spacerować szlakiem rzeźbionych odrzwi czy zdobionych klamek.

Lew brunszwicki
Plac Schulhof w Goslarze

Z odwiedzaniem zabytków sakralnych we wszystkich trzech miastach mieliśmy kłopot, nie tylko ze względu na towarzystwo czworonoga, ale, przede wszystkim, na niedostępność obiektów, całkowitą lub w godzinach, gdy akurat przebywaliśmy w pobliżu. Dlatego jedynym zwiedzionym, także wewnątrz, był kościół Gustawa Adolfa w Hahneklee na południe od Goslaru. Jedyny, ale za to jaki! Na niewysokim, pokrytym trawą wzgórzu wyrasta drewniana budowla o stromym, wielopołaciowym dachu i pnącej się ku niebu masywnej, centralnej sygnaturce. Jest to kościół słupowy wzorowany na kościołach staronorweskich z prowincji Vestland. Wzniesiony w latach 1907-08, jest znacząco większy od oryginałów norweskich, ale też musiał pomieścić nie tylko miejscowych wiernych, ale i rosnącą raptownie liczbę przyjezdnych. Podobnie jak pierwowzory, dzieli wiele rozwiązań technicznych oraz stylistykę zdobień ze szkutnictwem Wikingów. Zwłaszcza konstrukcja dachowa może przypominać odwróconą do góry dnem łódź. Popularne wśród Wikingów elementy zdobnicze takie jak węże, głowy smoka czy nawet swastyka są obecne także w tym kościele. Parafia utrzymuje braterskie stosunki ze społecznością ewangelicką skupioną wokół kościółka Wang w polskim Karpaczu.

Kościół św. Jana w Wernigerode
Kościół Gustawa Adolfa ma konstrukcję słupowo-klepkową
Kościół Gustawa Adolfa od zaplecza

Gastronomia niemiecka nie jest u nas nazbyt popularna, ale czego by nie mówić, karmi do syta. Nawet jeśli specjalizuje się w kuchni włoskiej czy greckiej to wielkość porcji będzie jak najbardziej niemiecka. Deser lodowy w szklanym pucharku to misterna konstrukcja wypełniająca naczynie o rozmiarach wazonu. Do większości restauracji bez problemów można wejść z psem. Trzeba się jednak liczyć z możliwością odmowy przyjmowania kart płatniczych innych niż Eurocard/Mastercad lub, wręcz, kart wydawanych przez banki zagraniczne. Ot, taka bankowa wersja „nur für Deutsche”. W dawnych miastach wschodnich Niemiec, trudno o obsługę w języku innym niż niemiecki. W miejscowej gastronomii nie spotkaliśmy, w przeciwieństwie do niemieckiego wybrzeża Bałtyku, żadnych pracowników z Polski. Za to w Wernigerode udało mi się zrealizować niespełnione zamówienie z Frankonii – „sechs Nürnberger Würstchen”. Kiełbaski jak kiełbaski, ale za to legenda tłumacząca ich rozmiar jest już pyszna. Otóż kiełbaskę wielkości małego palca można było serwować chętnym nawet po zamknięciu karczmy przez dziurkę od klucza.


Z ratuszowych schodów w Wernigerode widać miasto bardziej kolorowe i ukwiecone niż przed laty. W ogóle, postęp w dziedzinie małej architektury i rozwiązań służących wygodzie użytkownika jest tym co różni dzisiejsze wschodnie Niemcy od tych pod rządami Honeckera (przywódca państwa i partii komunistycznej w latach 1971-89). Rynek jest też bardziej zatłoczony, gdyż w każdej z jego pierzei funkcjonują restauracje, kawiarnie i galerie sztuki czy sklepy z pamiątkami. Pod ratuszem można też natknąć się na obrazki nie do wyobrażenia w dawnej rzeczywistości. Oto mężczyzna o wyglądzie niskiej rangi urzędnika ściskający w rękach plik zadrukowanych kartek coś z nich odczytuje otoczony półkolem niemrawo oklaskujących go słuchaczy. Drugie, równie nieliczne, półkole tworzą oponenci mówcy z transparentami w rodzaju „Faszyzm nie przejdzie”. Porządku nad wiecem prawicowej partii AfD pilnuje jeden znudzony policjant. Nie wygląda to ani groźnie, ani atrakcyjnie. Czego z ratuszowych schodów nie widać, ale co powoduje prawdziwą różnicę, to świadomość, że Wernigerode nie jest już miastem w cieniu żelaznej kurtyny. Skręcając z rynku w Heidestrasse w ciągu 5 minut dojdzie się na stację kolei wąskotorowej, którą można dojechać na sam szczyt niedostępnego w czasach NRD Brockenu. A zmotoryzowany turysta może wybierać czy bardziej interesuje go zwiedzenie, położonych w podobnej odległości, katedry w Magdeburgu czy zamku Henryka Lwa w Brunszwiku.
Co do przygód dostarczanych przez niewłaściwie wybrany środek lokomocji to muszę przyznać, że halbersztackie doświadczenie niewiele nas nauczyło. W roku 1990 wybraliśmy się z Podziomkiem w, a jakże, świeżo zakupionym „maluchu” w podróż poślubną do Hiszpanii. Dotarliśmy tam szczęśliwie, ale w drodze powrotnej spędziliśmy nieplanowane dwa tygodnie na kempingu w południowej Francji czekając na dostarczenie z magazynu w Turynie nowego silnika. Zebraliśmy tam mnóstwo ciekawych doświadczeni i zawarliśmy nowe znajomości, ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

Kategorie
Niemcy

Gdzie tańcują czarownice, czyli czy Orłowicz miał skłonność do przesady

„W dni powszednie specjalne pociągi turystyczne przyjeżdżały tu rzadziej, w niedziele i święta prawie co kilka minut. Jedne z nich przyjeżdżały na końcową stację – Karpacz, drugie na inną końcową stację – Szklarska Poręba. Większość wychodziła z Berlina, mniej – z miast saskich, czyli z Drezna, Lipska, Chemnitz albo Hale. Z każdego pociągu wysypywało się jakieś 500 albo 600 podróżnych. W rezultacie przyjeżdżało na każdą stację po 20 takich pociągów, z których wysiadało w Karpaczu i Szklarskiej Porębie po 12 tysięcy turystów w przybliżeniu. Cała ta gromada rzucała się w Karkonosze, projektując do wieczora zrobić długą grzbietową wycieczkę z Karpacza do Szklarskiej Poręby, lub ze Szklarskiej Poręby do Karpacza w zależności od miejsca przybycia. Myliłby się ten, kto idąc wówczas w Karkonosze spodziewał się, że zazna tu spokoju. Bynajmniej. Były to góry najbardziej hałaśliwe, jakie widziałem w życiu. Połowa Niemców przychodziła tu na całe niedziele po prostu tylko w tym celu, żeby wykrzyczeć się do spuchnięcia gardła, wypić kilkanaście halb piwa, o ile możności prosto z lodowni, i zjeść po kilka par parówek albo po kilka porcji gulaszu. (…)

Odległość od schroniska do schroniska wynosiła na ogół nie więcej niż jeden kilometr. Było ich na całej trasie bardzo dużo. (…) Zanim doszło się do schroniska ukrytego przeważnie w lesie, dodawały ducha do dalszego marszu zachęcające turystę napisy w rodzaju; „Jeszcze 10 minut do najbliższego pilznera” (…) Turysta idący w stanie zziajania był co 2 minuty krzepiony na duchu napisami na ławeczkach, ile jeszcze minut dzieli go od najbliższej bomby piwa albo najbliższej pary parówek z musztardą. I jakże tu nie wyciągać nóg, by przyspieszyć o minutę błogą chwilę, gdy zasiądzie się przy tacy parówek podawanych na podstawkach z masy papierowej i gdy pociągnie się tęgi haust pilznera, (…). I tak idąc od schroniska do schroniska i od ławeczki do ławeczki nawet nie zauważało się przybycia do Karpacza czy Szklarskiej Poręby i tura była skończona, a 15 bomb pilznera wypitych. W głowie trochę szumiało, ale za to świat wydawał się piękny, nawet w dni z ulewnym deszczem, a gulasz i parówki smakowite jak nigdy”.

Ta relacja Mieczysława Orłowicza opisująca odbytą w roku 1908 wycieczkę w Karkonosze na lata ukształtowała opinię polskich środowisk turystycznych o zagospodarowaniu i stylu uprawiania turystyki górskiej w Niemczech. Równocześnie budowała ona poczucie wyższości naszego turysty nad niemieckim. Wszak tam gdzie swojski górołaz idzie, tam niemiecki jedzie; gdy u nas schroniska oddalone są o dzień drogi, tam o kilometr; gdy Niemiec gasi pragnienie piwem to Polak źródlaną wodą, gdy ten pierwszy stoi w kolejce za Bockwurstem, ten drugi zbiera chrust na rozpalenie ogniska, na którym uwarzy strawę. Mało kto zwracał uwagę na przesadę w ocenach nestora polskiej turystyki – przy takim zagęszczeniu schronisk winno ich być w Karkonoszach 200, a wówczas było tylko 20. Nie zawracano sobie również głowy faktem, ze turystykę zaczęto uprawiać w Karkonoszach ponad 100 lat wcześniej, podczas gdy w Karpatach Wschodnich, które były punktem odniesienia dla Orłowicza i jego towarzyszy z Akademickiego Klubu Turystycznego, jej historia obejmowała raptem kilka lat. Słowem abstrahowano od faktu, że turystyka w Niemczech była rozrywką masową mającą już znaczenie gospodarcze, podczas gdy na ziemiach polskich ciągle była zabawą stosunkowo wąskiego grona elit o odkrywczo-romantycznym podejściu do obszaru swych wędrówek.

Udało mi się poznać góry wschodniej części Niemiec jeszcze w latach 70-tych XX wieku. Odwiedziłem wtedy zachodnią część Rudaw (Erzgebirge), Las Turyński i Harz. Oprócz podstawowej różnicy, że szlaki w górach znakowało się nie kolorowym paskiem a kółkiem oraz, że dystans na drogowskazach był pokazany w kilometrach, a nie w czasie potrzebnym do jego pokonania, w oczy rzucał się brak turystów na szlakach. Turystów w wydaniu plecakowym, bo spacerowiczów na parkopodobnych ścieżkach blisko miast jednak się spotykało. Istniejące w górach schroniska i gospody zostały zlikwidowane, za wyjątkiem tych, które przekazano związkom zawodowym lub młodzieżówce wschodnioniemieckiej partii komunistycznej (FDJ) na ośrodki wypoczynkowe. Przy panującej w byłej NRD kulturze kolektywistycznej indywidualne wałęsanie się po górach było wręcz podejrzane, grupowe zaś w oparciu o swoje obiekty mogły organizować tylko wyżej wymienione organizacje. Prawda, że nie miałem okazji zdobyć najwyższych szczytów w granicach tego Państwa, bo choć w owych czasach nikt nie nazywał ich Koroną gór, to jednak nigdy i nigdzie nie brakowało ludzi kolekcjonujących wszelkie naj, w tym zaliczających kolejne rekordy wysokości. Jednak Fichtelberg (1214 m npm) w Rudawach był zbyt daleko, zwłaszcza dla osób niezmotoryzowanych, od miejsca naszego pobytu w Klingenthal. Natomiast Brocken (1142 m npm) w Górach Harzu był obszarem zamkniętym, otoczonym murem, za którym specjalny oddział Armii Czerwonej oraz grupa wschodnioniemieckiej bezpieki Stasi, zajmowały się obserwowaniem zgniłego zachodu oraz przechwytywaniem informacji o zbliżającym się ataku NATO.

Widok na Brocken z Wernigerode

Przy dobrej pogodzie szczyt ten widać było wyraźnie z położonego u podnóża gór miasta Wernigerode, gdzie mieliśmy swoją bazę. Cóż, trzeba było jednak wtedy obejść się tylko widokiem bądź opisem zawartym w przedwojennych przewodnikach. Z pewnym poczuciem niespełnienia opuszczałem więc wówczas Góry Harzu. Wracając po 40 latach byłem ciekaw nie tylko jak zagospodarowano odzyskany dla turystyki szczyt, ale też jak zmieniła się turystyka w górach byłej NRD. Za bazę znowu wybraliśmy Wernigerode. Nocleg znaleźliśmy w pensjonacie Ginko, pod samym lasem (ważne ze względu na potrzeby czworonożnego uczestnika wyjazdu), w dzielnicy zabudowanej ponad stuletnimi willami w stylu kurortowym. Można się było poczuć jak w Sopocie, brakowało wprawdzie szumu morza, ale w zamian dostawało się widok na Brocken najeżony wieżami zainstalowanej tam infrastruktury. Pensjonat mieścił się w willi o zastanawiającej nazwie Bogdanowo starannie wypisanej alfabetem gotyckim ponad drzwiami wejściowymi.

Teren spacerów z Harrym

W ramach przygotowań do wycieczki na Brocken zaplanowaliśmy kilka coraz dłuższych spacerów. Harz to jedne z najstarszych, geologicznie rzecz ujmując, gór w Europie. Dał on nazwę orogenezie hercyńskiej – ruchom górotwórczym, które miały miejsce jakieś 300-360 mln lat temu. Góry mają tu strome zbocza i płaskie wierzchołki. Pomiędzy poszczególnymi gniazdami górskimi ciągną się rozległe płaskowyże pokryte łąkami, gdzie krajobraz przypominałby nasze Mazury czy Pojezierze Pomorskie, gdyby nie widoczne na horyzoncie znacznie wyższe szczyty, najczęściej te znajdujące się w gnieździe Brockenu. Większe miejscowości jak Wernigerode czy Goslar położone są stosunkowo nisko, całodzienna wycieczka z tej pierwszej miejscowości na Brocken oprócz pokonania 16 km wymaga też zmierzenia się z przewyższeniem blisko 900 metrów. Chyba, że skorzysta się z opisanych dalej ułatwień.

W ramach przygotowań weszliśmy na Große Auerberg (580 m npm) aby obejrzeć wieżę widokową w formie podwojonego krzyża. Obiekt wzniesiony w latach 90-tych XIX wieku konstrukcyjnie naśladuje wieżę Eiffela. Nam nie udało się nań wejść z powodu zbyt późnej pory przybycia, ale dzięki temu nie zaznaliśmy tłoku, a z drogi zejściowej na parking przy pobliskiej szosie i tak widać było odległy o 32 km Brocken. Celem kolejnej wycieczki była malownicza dolina rzeki Bode, która wyżłobiła wypływając z gór w okolicy miasteczka Thale głęboki na 150 metrów i obramowany wyniosłymi formacjami skalnymi jar. Po wschodniej stronie doliny wznosi się wzgórze Hexentanzeplatz (454 m npm), a po zachodniej Rosstrappe (403 m npm). Obydwie nazwy są opisowe, pierwsza oznacza Miejsce Tańca Czarownic, bo tu właśnie miały one zbierać się przed odlotem na Brocken, druga to, w dowolnym tłumaczeniu, Koński Ślad odbity w skale przez rumaka legendarnej księżniczki Brunhildy uchodzącej przed olbrzymem Bodo. Dzielne zwierzę przeskoczyło cały liczący, bagatela, ze 200 metrów szerokości jar, a olbrzym nie dał rady i wpadł w przepaść. My wybraliśmy drugie ze wzgórz, które jest w mniejszym stopniu zagospodarowane niż jego vis-a-vis po przeciwnej stronie doliny. W mniejszym znaczy, że nie ma tam pawilonu wystawowego z malarskimi ilustracjami nocy Walpurgii czy teatru górskiego oraz odlanych z metalu figur wiedźm i diabłów. Reszta już porównywalna: hotele, restauracje, parkingi i stacje kolei linowych/krzesełkowych. Ale już zejście z Rosstrapppe na dno doliny oraz spacer w jej górnej części, ponad gościńcem Koenigsruhe ładnymi, naturalnymi ścieżkami, przez malowniczy las dolnoreglowy z pięknymi widokami i umiarkowanym ruchem turystycznym można, z czystym sumieniem, polecić osobom szukającym w górach spokoju i harmonii z naturą.

Ostateczną próbą było wejście na Wurmberg (971 m npm), drugi pod względem wysokości w Harzu i najwyższy w zachodnioniemieckiej części szczyt tych gór. Podchodziliśmy z Braunlage, miejscowości typowo wypoczynkowej przypominającej nieco karkonoską Szklarską Porębą. Braunlage jest bazą, a Wurmberg areną największego w Harzu ośrodka narciarskiego. Liczne wyciągi oraz kolejka gondolowa przecinają zbocza góry. Wprawdzie we wrześniu pracuje tylko ta ostatnia, ale piechur musi się o tej porze roku wystrzegać straceńców zjeżdżających z góry na Monsterrollerach, czyli hulajnogach na grubaśnych oponach. Z ciekawostek pod samym szczytem przez długie lata funkcjonowała skocznia narciarska, której wieża sędziowska została, po zamknięciu obiektu, przekształcona na wieżę widokową. Drugą ciekawostką jest zbiornik wodny z fontanną pod samym szczytem wykorzystywany w zimie do naśnieżania stoków. Reszta typowa jak na Harz po wejściu/wjechaniu na szczyt trzeba przecie gdzieś zjeść i wypić.

Widok z Wurmbergu na Brocken
Fontanna pod szczytem Wurmbergu

Pisząc o wycieczce na Brocken nie sposób pominąć roli kolejki wąskotorowej (Brockenbahn) na ten szczyt. Tak, to nie pomyłka, na szczyt wiedzie regularna linia kolejowa o rozstawie szyn 1000 mm. Buchające dymem lokomotywy ciągnące za sobą kremowo-czerwone wagony bez pomocy żadnej zębatej, trzeciej szyny są w stanie wdrapać się na wysokość 1125 m npm gdzie znajduje się stacja końcowa. Nachylenie trasy jest stałe i wynosi 3,3% przez co skład musi objechać szczyt 1,5 raza zanim osiągnie stację docelową. Trasa odgałęzia się od prowadzącej z Wernigerode do Nordhausen w Turyngii ponad 60 kilometrowej trasy Harzquerbahn. Trasa ma też odgałęzienie do Quedlinburga, a przed II wojna światową można też było nią dotrzeć do Walkenried u południowo-zachodnich krańców Harzu. Ta ostatnia linia została odcięta granicą wewnątrzniemiecką, a następnie zlikwidowana na początku lat 60-tych XX wieku. Odgałęzienie na Brocken zostało zamknięte dla ruchu osobowego i w latach 1961-1989 służyło tylko zaopatrzeniu szpiegowskiego garnizonu na szczycie. Motoryzacja w NRD rozwijała się wolniej niż u zachodniego sąsiada i kolejka przetrwała stając się z czasem samoistną atrakcją turystyczną. Za czasów pierwszego pobytu w Wernigerode, w roku 1980 przejażdżka kolejką dostarczała dodatkowego dreszczyku emocji gdyż trasa częściowo biegła przez strefę przygraniczną gdzie wysiadać mogły tylko osoby ze specjalnymi przepustkami. Zakaz ten był egzekwowany przez patrole Narodowej Armii Ludowej uzbrojone jak do walki z Amerykanami. Oficerowie tej armii nosili, zgodne z tradycją, bufiaste na udach spodnie wpuszczone poniżej kolan w wysokie buty. Na zaszytych wśród gór i lasów stacyjkach brakowało tylko Klosa z Brunnerem, aby poczuć się jak za okupacji.

Obecnie, w okresie letnim na szczyt dociera 5 składów z Wernigerode i dodatkowo 3 z Drei Annnen Hohne, które skomunikowane są z pociągami jadącymi od strony Turyngii. Nie są to częstotliwość budzące przerażenie Orłowicza, ale jednak w takim składzie mieści się około 200 osób co zapewnia szczytowym przybytkom gastronomicznym stały napływ gości. Na kolejkę można patrzeć jako na osiągnięcie techniczne lub Lewiatana wypluwającego zadeptujący góry tłum. Faktem jest jednak, że widok kolorowych wagoników i lśniącej od smarów lokomotywy wywołuje same sympatyczne reakcje. Jako, że na swej trasie linia przecina wiele dróg i ścieżek lokomotywka co chwilę używa sygnału, którego smętny odgłos dociera do najbardziej odległych zakątków gór, a dla mnie stał się dźwiękowym symbolem całej wycieczki. Nas kolejka dowiozła do stacji w leżącej najbliżej Brockenu wsi Schierke skąd na szczyt mieliśmy jeszcze 6 kilometrów i 450 metrów przewyższenia. Wybranie tej opcji pozwala podziwiać położony powyżej stacyjki kompleks skalny zwany Fauerstein. Harz obfituje w wychodnie skalne, ale ta jest chyba najbardziej znana, gdyż jej wizerunek zdobi etykietkę ziołowego likieru miejscowej produkcji.

Jednak Fauerstein nie byłby tak dobrze widoczny gdyby nie wycięto martwego lasu świerkowego na jego przedpolu. Harz jest bowiem miejscem katastrofalnej gradacji kornika. Tutejsze monokultury świerkowe, dodatkowo osłabione przez kwaśne deszcze, nie były mu się w stanie oprzeć. Ogromne połacie zboczy, np. zachodnie stoki Brockenu pokryte są sterczącymi w niebo suchymi pniami. Gdzie indziej, zwłaszcza na obrzeżach Parku Narodowego Harzu prowadzi się ich wyrąb i wywózkę. Równocześnie zakłada się bierną renaturalizuję lasów, które na tych wysokościach w znacznie większej części powinny być budowane przez drzewa liściaste np. buki. W wielu miejscach widzieliśmy tablice, na których administracja leśna tłumaczyła powody takiej katastrofy oraz przybliżała przyjętą strategię działania. Ogłoszenia podobnej treści podawane były także w wagonikach kolejki jadącej na Brocken. Takie starania dotarcia do świadomości osób odwiedzających góry muszą budzić szacunek. Każda okazja, czas i miejsce są dobre, aby się czegoś nauczyć. W tym przypadku zarządzania przyrodą w sposób zrównoważony.

Skała Fauerstein w Schierke
Kolejka zjeżdża z Brockenu do Wernigerode

Patrząc na mapę turystyczna Harzu można doznać oczopląsu. Wylicza ona 50 (tak, tak!) rodzajów szlaków pieszych, wyznaczanych przez kilkanaście organizacji, każdy ze swoim systemem znakowania. Dodajmy do tego 20 rodzajów szlaków rowerowych i oraz szlaki do turystyki konnej, narciarskiej czy nordic-walking. Niezły galimatias! Na szczęście w realu jest znacznie prościej. Oznakowanie spotyka się rzadko, a jeśli już to na wbitych wzdłuż drogi drewnianych słupkach lub na drogowskazach. Te ostatnie są na każdym skrzyżowaniu czasem nawet w zbyt dużej ilości. Trzeba tylko znać potoczne nazwy ścieżek, bo kierunkowskaz może wskazywać trasę do określonego celu, ale różnymi drogami! Przydatna jest też znajomość nazw punktów pośrednich. Wskazanie odległego punktu docelowego jest raczej wyjątkiem niż normą i to tylko na głównych drogach dojściowych. Wybrawszy ciekawsze, acz dłuższe zejście z Brockenu do Wernigerode ani razu nie natknęliśmy się na drogowskaz z nazwą tego miasta.

Nasze wejście na kulminację Harzu odbyło się więc początkowo wzdłuż gruntowej Glasshuttenweg, a następnie po Brockenstrasse – regularnej asfaltowej ulicy zbudowanej niegdyś dla potrzeb szczytowego garnizonu. Tłum pieszych i rowerzystów gęstniał z każdą minutą marszu w kierunku szczytu. Na Brocken wiodą tylko dwie drogi dojściowe z czego zdecydowanie popularniejsza jest południowa zbierająca ruch także ze wschodu i zachodu. Co najmniej co piąty człowiek na tej drodze był rowerzystą. Po osiągnięciu podszczytowego płaskowyżu tłum nagle się rozpierzchł. Mogło to być rezultatem przenikliwego, wilgotnego wiatru smagającego pozbawione lasu szczytowe partie Brockenu, lecz faktem jest, że było gdzie schronić się przed tą niedogodnością. Szczyt jest wyjątkowo gęsto zabudowany: mamy więc stację kolejową z wszelkimi towarzyszącymi usługami, hotel wraz z kompleksem gastronomicznym, muzeum Brockenu z informacją turystyczną, wieżę przekaźnikową radia i telewizji oraz budynek stacji meteorologicznej. Oprócz stacji kolejowej są to obiekty wielopiętrowe z platformami widokowymi w górnej części. Małą architekturę reprezentują XIX wieczny schron turystyczny, stos kamieni wyznaczających najwyższy punkt Harzu czy upamiętnienia wizyt na szczycie Goethego i Heinego. Ten ostatni uwiecznił wycieczkę z 1824 roku słowami „Viele Steine, müde Beine, Aussicht keine, Heinrich Heine” (Wiele kamieni, bolące nogi, zero widoków) nakreślonymi w, wówczas już prowadzonej, księdze wejść na szczyt. W narzekaniu na brak widoków poeta nie mógł być odosobniony. Statystycznie, przez 300 dni w roku szczyt ginie w chmurach i mgle. My mieliśmy więcej szczęścia nie na tyle jednak by zobaczyć większość z miejsc wskazanych na wpuszczonych w grunt metalowych tabliczkach kierunkowych.

Glasshuttenweg w kierunku Brockenu
Przejazd kolejowy przez drogę na Brocken
Skałki Renneklippen ponad Wenigerode

„Jeśli wejdziesz między wrony tedy krakaj jako ony”. A jeśli wejdziesz na Brocken tak jak wszyscy inni kieruj się w kierunku baru pod chmurką (do restauracji stoi kolejka, a i tak nie wpuszczają tam z psem). Wzmocnieni Bockwurstem w bułce i kubeczkiem gorącego grogu śpiesznie opuściliśmy szczyt wybierając drogę ku północy. Z wagonika zjeżdżającej ze szczytu kolejki pomachał do nas gość, który kilka godzin wcześniej razem z nami wyjechał z Wernigerode. Droga zwała się Heineweg i była wyłożona betonowymi, perforowanymi płytami. Zejście z niej na gruntowe drogi prowadzące ku wschodowi przez dolinę strumienia Ilse i dalej ku Wernigerode oznaczało koniec towarzystwa ludzkiego oraz ciszę przerywaną tylko głosami ptaków i przejmującym świstem dalekiej lokomotywy. Od rozdroża Molkenhausstern teren się wypłaszczył, a lasy były mniej zniszczone przez kornika. Końcowe zejście stromą ścieżynką wzdłuż kaskad małego strumienia do doliny Holtemme swoją malowniczością zadowoliłoby każdego karpackiego konesera. Z pierwszymi kroplami deszczu dotarliśmy na skraj Wernigerode. Mieliśmy szczęście! Ostatni kursowy autobus do centrum miasta wyruszał za 5 minut.

Harz to dziwne góry. W częściach szczytowych są znacznie bardziej ucywilizowane i nasycone infrastrukturą niż w partiach niższych i bliższych siedzibom ludzkim. Dzięki temu jednak zarówno miłośnik zdobywania korony gór i poznawania jak zmienia się smak piwa wraz z wzrostem wysokości nad poziom morza, jak i miłośnik samotnych wędrówek i podpatrywania ptaków znajdzie w nich coś dla siebie. To prawda, że momentami bywało tam tłoczno, ale ani przez moment nie czuliśmy się niezręcznie czy niebezpiecznie. Turyści są życzliwi wobec siebie i wyglądają na dobrze przygotowanych do przebywania w górach. Nawet zjeżdżający z Wurmberga na monsterreollerach miłośnicy adrenaliny zwalniali i pozdrawiali nas przyjaznym Tschüs! Nie zaobserwowaliśmy też żadnych napięć na linii piesi – użytkownicy dwukołowców czy przejawów niechęci wobec właścicieli psów. Te ostatnie muszę wędrować po parku narodowym na smyczy w okresie marzec-lipiec i w pozostałych miesiącach, o ile należą do ras myśliwskich i gończych. Pozostałe można spuścić z uwięzi jeśli się nad nimi panuje. Dla pewności jednak wszystkie idą grzecznie na smyczy. Turystyka górska w Niemczech ciągle jest bardziej skomercjalizowana niż w Polsce, ale tłokiem na górskich szlakach na pewno już Niemcom dorównujemy. I zdaje się, że gdyby Orłowicz miał szansę wyprawić się obecnie w Tatry czy Bieszczady jego doznania mogłyby być wielce podobne do tych spisanych przed ponad wiekiem po wycieczce w Karkonosze.

Kategorie
Holandia

Czy w Holandii są zamki?

„Holandia jest to kraj cwany, 

Van Houten i tulipany, 

Ale gdzie pogrzebano psa? 

Jest to żarówka Philippsa!”

Melchior Wańkowicz utraciwszy w połowie lat 20-tych XX wieku posadę ministerialną postanowił zarabiać piórem, a powyższy czterowiersz sprzedany jako slogan reklamowy właścicielowi warszawskiego sklepu oferującego lampy i żarówki stał się początkiem jego błyskotliwej kariery literackiej. Van Houten to nazwa firmy, która w XIX wieku zrewolucjonizowała technologię obróbki ziaren kakaowca i wprowadziła na rynek czekoladę w znanej nam postaci. Gdyby o skojarzenia z Holandią zapytać cudzoziemców odwiedzających ten kraj, producent słodyczy ustąpiłby pewnie miejsca wiatrakom. Kolejne skojarzenie to woda, kanały i urządzenia hydrotechniczne. A co ze skojarzeniami architektonicznymi? No tak, kamienice mieszczańskie, których kolorowe fasady odbijają się w lustrze wody i urocze wiejskie domki w otoczeniu bujnej zieleni. Gdy wyszukiwarce Google polecimy odnalezienie obrazów związanych z Niderlandami, zostaniemy zasypani takimi właśnie widokami. Trzeba się sporo naklikać, aby trafić na obiekty z dwóch innych kategorii, które zwyczajowo stanowią atrakcje turystyczne w większości pozostałych krajów europejskich, a mianowicie kościoły i zamki. Miasta niderlandzkie, choć obfitują w imponujące średniowieczne i nowożytne świątynie, obecnie nie uważają ich za swoje najcenniejsze atrakcje. Holandia nie posiada obiektu sakralnego o symbolicznym znaczeniu katedry kolońskiej, paryskiej Notre Dame, czy angielskiego Canterbury. Z zamkami sytuacja jest jeszcze gorsza! Po pierwsze, w kraju płaskim jak stół i z wysokim poziomem wód gruntowych brakowało miejsca na stawianie tradycyjnie rozumianych obiektów obronnych, jakimi są zamki. Po wtóre, zamki jako symbole władzy feudalnej, w państwie opartym na rozwoju handlu, silnych miastach i klasie mieszczańskiej oraz wolnych włościanach, nie były chyba najchętniej widziane. Mamy więc w Holandii obiekty noszące cechy architektury zamkowej, jak Parlament w Hadze, Rijksmuseum w Amsterdamie, czy nawet niektóre dworce kolejowe, ale służą one innym celom. Nie dajmy jednak wiary pogłoskom, że zamków w Holandii nie ma! W trakcie moich wizyt w tym kraju natknąłem się na bardzo interesujące przykłady architektury obronno-rezydencyjnej.

Dwa symbole Niderlandów

Położony kilkanaście kilometrów na zachód od Utrechtu zamek de Haar jest największym  obiektem tego typu w Holandii. Jest też jednym z najchętniej odwiedzanych muzeów w kraju. Jak na tak gęsto zaludnione terytorium, powierzchnią 55 ha imponuje też otaczający zamek park. Skoro natura poskąpiła stromizny stoków jako elementu obronnego, otoczenie zamku, jak na Niderlandy przystało, pocięto systemem kanałów i zbiorników wodnych. Mury zamkowe schodzą wprost do wody, co jako posiadaczowi zagrożonych wilgocią piwnic, wzbudzało we mnie pewien niepokój o ich stan. Zamek od XV wieku stanowi własność rodziny van Zuylen, chociaż niejednokrotnie przechodził z rąk przedstawicieli jednych jego gałęzi, do dalszych krewnych. Historia milczy o heroicznych szturmach, czy obronie jego murów, choć prawdopodobnie budowla ucierpiała podczas walk mieszczan utrechckich ze swoim biskupem w II połowie XV wieku, czy po zajęciu jej przez Francuzów w 1687 roku. Jak to często bywa, nie niszczycielska działalność człowieka, lecz brak interwencji rąk ludzkich doprowadził w końcu szacowny budynek do ruiny. W takim też stanie odziedziczył go kolejny właściciel – baron Etienne van Zuylen van Nijevelt – fascynat średniowiecznej architektury oraz historii swego rodu. Jako, że jego małżonką była baronessa Helene de Rothschild z francuskiej gałęzi bankierskiego klanu, począwszy od 1892 roku mógł zacząć wcielanie w życie marzenia o rekonstrukcji rodzinnego gniazda. Do tego zadania zatrudniono architekta Pierre’a Cuypersa znanego z licznych realizacji w stylistyce historyzującej. Prace trwały 20 lat, ale ich rezultat, mimo upływu lat, wciąż robi ogromne wrażenie.

Odnoszące się do pary inwestorskiej przekazy, jakoby ich związek został uznany w obydwu rodzinach za mezalians, a nawet, że Helena została wydziedziczona, kłócą się z wiedzą na temat zakresu prac, które zostały wykonane oraz bogactwem wyposażenia zamku, jakże często noszącego adnotację: „Pochodzi z kolekcji rodziny Rotschildów”. Prace wokół zamku nie sprowadzały się do prostej odbudowy, a stanowiły jego rozbudowę polegającą na wzbogaceniu go o nowe elementy i nadaniu nowej roli pozostałościom dawnej budowli. Zamek miał służyć mieszkańcom – beneficjentom epoki bezprecedensowego rozwoju cywilizacyjnego. Zapewniono w nim więc dostęp do wszelkich udogodnień oferowanych w końcu XIX wieku takich, jak elektryczność i centralne ogrzewanie. Zamkowa kuchnia została wyposażona przez paryską firmę specjalizującą się projektowaniu i zaopatrzeniu kuchni luksusowych hoteli. Wszystkie te sprzęty zostały zachowane – w pseudośredniowiecznym sztafażu zamek oferuje też zwiedzającym swoisty przegląd luksusowej techniki użytkowej sprzed 120 lat. Pozostałe pomieszczenia zamku zadziwiają pomieszaniem unikalnych obiektów z różnych epok, a nawet z różnych stron świata. Jednym z najcenniejszych eksponatów jest japońska lektyka (jedna z dwóch tego typu zachowanych na świecie), w innej sali podziwiać można rzeźbę gotyckiej Madonny, a ściany sali balowej pokryte są XVI wiecznymi gobelinami. Park otaczający kompleks zamkowy podzielony jest na kilka części: rzymską, rozarium, park angielski i francuski. W trakcie rekonstrukcji otoczenie zamku wyglądało jednak inaczej. Pod same mury podchodziły zabudowania wsi Haarzuilens. Została ona więc przeniesiona 1,5 km na zachód, a jej zabudowania za wyjątkiem kościółka zniesione. W jej miejsce nasadzono 7 tysięcy drzew w wieku nawet 40 lat. Baronostwo nie mogli bowiem tak długo czekać, żeby cieszyć oczy w pełni wyrośniętym drzewostanem.

Zamek w takim stanie odziedziczył baron Etienne van Zuylen
Aleja parkowa w de Haar
Domy Haarzuilens podchodziły kiedyś pod same mury zamku

Sąsiadem Utrechtu od wschodu jest miasto Zeist. Położone w otoczeniu lasów i  kanałów, od XIX wieku stało się ulubionym miejscem odpoczynku, a z czasem i zamieszkania, bogatych mieszkańców Utrechtu. Dzisiaj cieszy oko wieloma wystawnymi rezydencjami – jak to w Holandii – nie tylko bogatymi, ale i udanymi architektonicznie. Miejscowość emanuje uporządkowanym dostatkiem. W Zeist ma swoją siedzibę Królewski Niderlandzki Związek Piłki Nożnej. Na kartach historii, w dziale międzynarodowe prawo karne, miasto zapisało się przez fakt przeprowadzenia w pobliskiej bazie lotniczej procesu terrorystów odpowiedzialnych za zamach na samolot linii PANAM nad szkockim Lockerby. Na mapie miasta wyróżnia się założenie pałacowo-parkowe stanowiące zarówno punkt odniesienia, jak i element porządkujący plan całej jego południowo-zachodniej części. To tam, na miejscu po średniowiecznym zamku, książę Willem Adrian I van Nassau-Odijk zlecił budowę pałacu wzorowanego na Wersalu. Książę był solidnie skoligaconym dyplomatą, awanturnikiem i oszustem, który prawem kaduka przywłaszczył sobie uprawnienie do używania drugiej części nazwiska, gdyż majątek Odijk nigdy do niego nie należał. Wychował się w Paryżu i choć był zmuszony opuścić miasto z powodu długów karcianych, wywiózł stamtąd najlepsze wzory architektoniczne. Pałac był gotowy w 1687 roku. Jest, oczywiście, tylko miniaturą swojego pierwowzoru. Ściany ma licowane czerwoną cegłą, a zdobienia używane dosyć oszczędnie, przez co bywa klasyfikowany jako wczesny przykład niderlandzkiego klasycyzmu. Jak na okolicę przystało, otoczony jest fosą, a teren pałacowego parku pocięty został licznymi kanałami. Majątek należał do rodziny van Nassau tylko nieco ponad 60 lat, potem często zmieniał właścicieli. W latach 40-tych XVIII wieku zaproszono do osiedlenia się w Zeist braci morawskich – reprezentujących nurt luteranizmu kładący nacisk na rozbudzenie uczuć religijnych poprzez modlitwę, studiowanie Biblii, krzewienie idei religii żywej, edukację warstw najuboższych i działalność misyjną. Na przedpolu pałacu wzniesionego przez księcia Willema Adriana bracia stworzyli większy od niego kompleks zabudowań ze zborem i szkołą. Rozłożony po obu stronach alei dojazdowej prostokąt zabudowy, nawiązujący stylem do pałacu, stanowi oprawę swoistego dziedzińca wstępnego do małego Wersalu księcia Willema Adriana.

Zeist – zabudowa centrum

Poznawszy już rezydencję arystokratyczną (Zeist) i arystokratyczno-burżuazyjną (de Haar) warto zainteresować się realizacją marzeń o siedzibie na odludziu, w otoczeniu przyrody i kolekcji sztuki współczesnej. Na takie mogli sobie pozwolić ludzie naprawdę majętni, do których w początkach XX wieku należeli Anton Kröller i jego żona Helene Kröller-Müller. Ich małżeństwo, niczym dawne księstwa, połączyło w 1888 roku prosperujące przedsiębiorstwa z Holandii i Niemiec, tworząc jedną z pierwszych ponadnarodowych firm w Europie. Dorobiwszy się na handlu i transporcie rud kopalnych, skupili oni ok. 6500 ha terenów na północ od Arnhem. W 1915 roku zlecili zaprojektowanie i budowę w tym miejscu swej siedziby wybitnemu architektowi Hendrikowi Petrusowi Berlage. Ten, początkowo projektował w duchu historyzmu, ale po wizycie w USA, gdzie poznał twórczość Franka Lloyda Wrighta, przerzucił się na racjonalny modernizm. W takim właśnie duchu zaprojektował Dom Myśliwski Świętego Huberta – Myśliwski, gdyż ogrodzony teren zalesiano i sprowadzano doń różne gatunki jeleniowatych oraz muflony. Były to czasy, gdy z lasu można było pozyskiwać drewno lub zwierzynę. Ten pierwszy sposób uznawano za chciwość, a drugi za zainteresowanie naturą, o ile łowiectwo  było prowadzone z umiarkowanym natężeniem. Tak, więc architekt Berlage zaprojektował rozległe założenie, rozciągnięte wzdłuż sztucznego jeziora, którego rzut przypomina niektórym głowę jelenia z imponującym porożem. Projekt obejmował dom z wyposażaniem i całe otoczenie. Tematem wiodącym był żywot świętego Huberta z Liege. Witraże w holu odzwierciedlają historię jego życia, a poszczególne pomieszczenia budynku mają różne motywy kolorystyczne, które symbolizują jego etapy. Cóż ta, ukończona w roku 1920, siedziba ma wspólnego z zamkiem? Otóż w przeciwieństwie do angielskich pierwowzorów nowożytnych domków myśliwskich, wieńczy ją wysoka na 31 metrów wieża, zdobna, niczym głowa spotkanego przez św. Huberta jelenia, solidnym krzyżem. Malowniczo odbija się ona w lustrze jeziora. A, że cały budynek licowany jest czerwoną cegłą, wrażenie zamkowości jest uderzające.

Widok ogólny Domu Myśliwskiego Świętego Huberta. Fot. China Crisis, licencja CC-BY-SA 3.0 nl
Dom Myśliwski Świętego Huberta – fasada boczna. Fot. China Crisis, licencja CC-BY-SA 3.0 nl
Jadalnia w domu myśliwskim. Fot. Michele Ahin, licencja CC-BY-SA 3.0 nl

Równie ciekawy, jak architektura opisanych obiektów, jest ich program funkcjonalny. Zamek De Haar wraz z parkiem został przekazany przez rodzinę van Zuylen van Nijevelt Fundacji Kasteel de Haar, natomiast pozostała część posiadłości należy do Stowarzyszenia Natuurmonumenten, zajmującego się ochroną przyrody. Arystokratyczni właściciele zastrzegli sobie prawo wyłączności do użytkowania zamku we wrześniu każdego roku. Szczególnie za czasów barona Thierry’ego van Zuylen (1932-2011) zjazdy rodzinne były uświetniane obecnością gości specjalnych, zwłaszcza ze sfer artystycznych. W tym charakterze de Haar odwiedzili m. in. Coco Chanel, Maria Callas, Gregory Peck, Roger Moore, Yves Saint Laurent, Joan Collins i Brigitte Bardot. Obecnie pięć córek i wnuczek barona Thierry’ego starają się nadal kontynuować tę tradycję. Oprócz głównego zamku, w skład kompleksu wchodzi też zamek bramny, czyli Châtelet. Choć nie odróżnia się stylem od głównego korpusu, pomyślany był jako budynek zaplecza technicznego oraz mieszkania dla służby. Jeszcze jednak za życia fundatorów powstały tam pokoje gościnne, do których z czasem przenieśli się gospodarze i ich dzieci. Począwszy od lat 50-tych XX wieku pokoje te wykorzystywane są w czasie pozawrześniowych wizyt członków rodziny van Zuylen. Można ich tam spotkać regularnie w okresie świąt Bożego Narodzenia. Fundacja utrzymuje się wyłącznie ze sprzedaży biletów do zamku i parku oraz komercyjnego udostępniania obiektu. Odbywają się tam targi, wystawy i konferencje. I oczywiście wesela. Do wynajęcia jest też kościół, w którym dysponujący sumą około 2000 Euro mogą zorganizować ceremonię ślubną.

Łazienka w zamku de Haar

Pałac w Zeist od prawie 100 lat jest własnością miasta i pełni rolę odpowiednika naszego centrum kultury. Tyle, że nie w znaczeniu instytucjonalnym, a czysto użytkowym. Usługi takie, jak wystawy, przedstawienia teatralne, organizacja koncertów, czy imprez weselnych, a nawet oprowadzanie po wnętrzach obiektu, świadczone są przez organizacje partnerskie. Okoliczny park, prócz dostarczania pożywienia i miejsc lęgowych ptactwu wodnemu i lądowemu, służy też za galerię rzeźby specjalizującą się w sztuce nowoczesnej. Bracia morawscy natomiast wynajmują swoją część zabudowań na potrzeby komercyjne.

Zbór braci morawskich w Zeist

Posiadłość Kröller-Müllerów ma najbardziej różnorodne funkcje. Lasy i wrzosowiska zostały objęte ochroną, jako największy w Holandii park narodowy Hoge Veluwe. W 1935 roku Helena Kröller-Möller podarowała swoją unikalną kolekcję malarstwa państwu, w pakiecie z projektem muzeum przygotowanym kilkanaście lat wcześniej przez słynnego Henrego van de Velde. Budynek powstał już w trzy lata później, a ofiarodawczyni została jego pierwszą dyrektorką. Drugą na świecie, pod względem ilościowym, kolekcję obrazów Van Gogha w towarzystwie znakomitych dzieł Pabla Picassa, Odilona Redona, Georges-Pierra Seurata, Augusta Rodina i Pieta Mondriana można więc dzisiaj odwiedzić w sercu obszaru chronionej przyrody. Muzeum z czasem rozbudowało się o nowoczesne pawilony oraz galerię rzeźby. Park Narodowy także wzbogacał okolicę w lekkie, współczesne konstrukcje na potrzeby administracji i obsługi ruchu turystycznego, czego zwieńczeniem było oddane do użytku w 1993 roku Museonder, czyli muzeum przyrodniczo-geologicznego szczycącego się mianem  pierwszego na świecie muzeum w pełni skrytego pod powierzchnią gruntu. Na terenie parku mamy więc obszerny przegląd architektury XX wieku. Sam dom myśliwski po  przejęciu przez państwo służył przez kilkadziesiąt lat, jako rządowa rezydencja. Obecnie jednak jego główną rolą jest przybliżanie postaci Kröller-Müllerów oraz twórczości Hendrika Berlaga. Jako, że jesteśmy w Niderlandach, podstawowym środkiem transportu w parku są bezpłatnie użyczane rowery.

Kröller-Müller Museum – pawilon Rietvelda. Fot. Gerardus, domena publiczna
Wejście do Kröller-Müller Museum. Fot. Gerardus, domena publiczna
Pawilon parkowy w Parku Narodowym Hoge Veluwe. Fot. Stijn Bollaert, za https://www.dezwartehond.nl/en/projecten
Wejście do Museonder, fot. Henk Monster na licencji Creative Commons

Holandia uchodzi za kraj nudny, monotonny nie tylko krajobrazowo, ale i obyczajowo. Trudno mi zgodzić się z taką oceną. Widzę w niej raczej olbrzymią różnorodność upakowaną na niezbyt wielkim obszarze. Mam też wobec tego kraju dług wdzięczności, jako, że wizyta tam przed 27 laty nauczyła mnie segregować śmieci i pić kawę, a nawet, do pewnego stopnia, odróżniać jej rodzaje. Zwiedzając niderlandzkie zamki i pałace nauczyłem się natomiast nie tylko podziwiać rozmach ich architektury i bogactwo wyposażenia, ale też pomysłowość ich wykorzystania z nadaniem współczesnych funkcji częstokroć odbiegających od najbardziej szalonych pomysłów ich fundatorów. 
No, ale cóż: „Holandia jest to kraj cwany, (…)”