Kategorie
Polska

W mieście królów, królików i hokeistów na trawie czyli Walentynki w krainie cudu

Tuż przed końcem roku szkolnego 1972/73, ostatniego spędzonego w białostockiej szkole podstawowej nr 4, wziąłem udział w szkolnej wycieczce do Wielkopolski. Odwiedziliśmy Kruszwicę z Mysią Wieżą, Gniezno oraz Poznań. Wtedy to po raz pierwszy byłem w gnieźnieńskiej katedrze. Wstyd powiedzieć, ale jej materialne wspaniałości nie utkwiły w mej pamięci 14- latka. Za to historia opowiedziane przez przewodniczkę już tak. Prawdopodobnie dlatego, że jej bohaterem był duch. I to duch patriota, który w zamienionej przez Niemców w czasie okupacji na salę koncertową świątyni, wypłoszył żądną kulturalnych wzruszeń teutońską publikę. Zdaje się, że przewodniczka sugerowała wręcz boską ingerencję Chrystusa, który zszedł z krzyża na łuku tęczowym świątyni. Mógł to być też jednak św. Wojciech pochowany przecież w katedrze, którego wspaniała, barokowa konfesja, kryjąca relikwiarz,  zamyka nawę główną. Dostępne w internecie zestawienie gnieźnieńskich duchów wykazuje nadpopularność biskupa misyjnego Jordana i króla Bolesława Chrobrego, nie wspominając już o drobnicy w rodzaju tajemniczego mnicha (bywa, że w wersji bezgłowej – kłania się wpływ Harrego Pottera i Szkoły Magii w Hogwarcie) czy czarnego rycerza. W każdym razie nie odpowiadała mu narodowość słuchaczy, a może jednak repertuar koncertu.

Szkoda tylko trochę, że była to jednorazowa interwencja, a nie permanentna opieka. Przydałaby się bardzo w styczniu 1945 roku, gdy dwa dni po zajęciu miasta przez Armię Czerwoną ustawione na rynku czołgi “wyzwolicieli” rozpoczęły kilkugodzinny ostrzał, doskonale widocznej w perspektywie ulicy Tumskiej, katedry. Później tłumaczono, że na wieży ukrywał się niemiecki snajper, nikt jednak nie pamięta efektów jego działalności, za to rezultaty pracy tankistów w postaci spalonego dachu i zawalonego sklepienia świątyni straszyły do czasu odbudowy. W jej trakcie regotyzowano wnętrza noszące od końca XVIII wystrój klasycystyczny. Wtedy też zlikwidowano ołtarz główny, którego elementy można obecnie obejrzeć na wystawie w Muzeum Archidiecezjalnym. Otwartym pytaniem jest czy sowieccy czołgiści mogli wziąć katedralnego ducha za niemieckiego snajpera, natomiast nieświadomie przyczynili się do tego, że dzisiaj widzimy katedrę w tej, a nie innej szacie architektonicznej.

W Gnieźnie byłem kilkakrotnie w latach dziewięćdziesiątych XX w. Z tych czasów zapamiętałem stwierdzenie siostrzenicy Podziomka na widok gierkowskiego blokowiska na wjeździe – “Nareszcie prawdziwe miasto” oraz fakt, że nieistniejący już hotel, w którym się zatrzymałem, wyposażony był w modułową łazienkę ewidentnie przeznaczoną do urządzania wnętrz okrętowych. Jakieś 10 lat temu trafiłem też do miasta z grupą ukraińską, ale z tego co pamiętam odwiedziliśmy miejscowe wodociągi oraz zjedliśmy obiad, a na zwiedzanie nie znaleźliśmy czasu. Zmieniło się to dzięki wdrożonemu w ostatnich latach zwyczajowi świętowania Walentynek w kolejnych polskich miastach. Tak więc po zeszłorocznej wizycie w Chełmnie, tym razem świętowaliśmy w prymasowskiej siedzibie, a zarazem najstarszej diecezji rzymskokatolickiej w Polsce.

Oczywiście, w programie musiało znaleźć się Wzgórze Lecha. Pewnym zaskoczeniem dla mnie było, że katedra nie wznosi się wcale w jego najwyższym punkcie. To okupuje czworobok gmachu muzeum i archiwum Archidiecezji Gnieźnieńskiej. Jako, że tylko w części bramnej ma on dwie kondygnacje w żaden sposób nie dominuje w krajobrazie. Pewnikiem pozostaje, że po wizycie w kasie z biletami w ręku schodzi się w stronę katedry po schodkach w dół. Mijany po drodze kościółek św. Jerzego z art-decowską rzeźbą patrona nad wejściem powstał już w XII w., ale te czasy przypominają tylko niektóre z kamieni użytych do wymurowania jego ścian. Pod koniec XVIII w. podniesiono go z ruin i nadano styl barokowo-klasycystyczny. W cieniu katedry rozrzucone są też budynki kanonii, o różnorakiej, często wielce urozmaiconej architekturze. Całość tworzy malowniczy, zachęcający do powłóczenia się bez celu, kompleks swoistego duchownego miasteczka położonego niby w centrum, a jednak wyraźnie odbiegającego stylem od pobliskich budynków świeckiej części miasta.

Nie podejmuję się opisać bogatego wyposażenia wnętrz katedry. Informację takową zawierają rozliczne opracowania naukowe oraz, zwłaszcza dawniej wydane, przewodniki. Siłą rzeczy skupię się więc na wrażeniach. Wnętrze świątyni oddziaływuje na zwiedzającego poprzez kontrast między ascetycznym gotykiem nawy głównej, a rozbuchanym stylowo i informacyjnie barokiem zamykającej ją od strony wschodniej konfesji św. Wojciecha. Podobnie kontrastują nawy boczne z obiegającym cały kościół (w tym i jego prezbiterium)  łańcuchem kaplic bocznych. Oddzielone od reszty kościoła ozdobnymi kratami kryją niesłychaną rozmaitość obrazów, rzeźb i kościelnego wyposażenia w stylistyce od renesansowej po klasycystyczną. Każda z kaplic zawiera bogactwo dzieł sztuki, którymi z łatwością możnaby obdzielić przeciętnej wielkości kościół pozagnieźnieński. Kaplice przez większą część roku pozostają zamknięte z wyjątkiem tych, w których ulokowane są konfesjonały oraz przechowywany jest sakrament Eucharystii. Z ciekawostek: w dniu św. Walentego otwierana jest kaplica kryjąca relikwie patrona miłości. 

Katedra gnieźnieńska stanowi swoiste mauzoleum arcybiskupów i kanoników kolegiaty katedralnej. Pomniki nagrobne w większości wykonane zostały w piaskowcu bądź marmurze. Ich ilość powoduje jednak pewne zobojętnienie na prezentowane walory artystyczne. Właśnie dlatego, moją uwagę najbardziej przykuła spiżowa płyta nagrobna zmarłego w roku 1480 arcybiskupa Jakuba z Sienna. Ciekawa technika wykonania, oddająca tylko dwuwymiarowe kontury upamiętnianej osoby wraz z niezbędnymi jej rekwizytami, pozostawia wiele pola dla wyobraźni doszukującej się w nikłych zarysach, a to postaci Ewangelistów, to apostołów czy aniołów. Oczywiście, w dziedzinie metaloplastyki niezagrożoną pozycję mają Drzwi Gnieźnieńskie. Dostępne z osobnej kruchty, tylko z przewodnikiem, po wykupieniu biletu w kasach muzeum. Ciekawe, że wszystkie opracowania i przewodnicy mówiąc o odmiennej technice wykonania obu połaci drzwiowych zwracają uwagę na różnice w ich wysokości oraz barwie użytego stopu metali. Tymczasem, najbardziej rzucającym się w oczy dowodem jest różnica w położeniu lwich głów podtrzymujących obręcze służące jako uchwyty umożliwiające otworzenie wierzei. Dodatkowo, lewa główka jest filuternie przekrzywiona, podczas gdy prawa pozostaje w pozycji wertykalnej. Wyjątkowość tych drzwi jest tak wielka, że zupełnie przyćmiewa wspaniały, lecz 200 lat młodszy gotycki tympanon. Ukazuje on między innymi, postać Chrystusa na tronie z dwoma mieczami w ustach. Dosyć rzadkie na ziemiach polskich odzwierciedlenie ma teologiczne uzasadnienie w Apokalipsie wg św. Jana, która mówi o mieczu obosiecznym symbolizującym, że Chrystus osądza nie mieczem, lecz słowem stosując przy tym dwoiste zasady, zarówno sprawiedliwości jak i miłosierdzia.

Gotycki portal nad drzwiami z figurą Chrystusa z mieczem obosiecznym w ustach

Obecny, barokowy wygląd konfesji św. Wojciecha nie był takim od swego zarania. Relikwiarz w formie trumny jest jego częścią najstarszą, pochodzącą z roku 1662. Wykonany został w pracowni gdańskiej mistrza Petera von der Rennen, nota bene wyznawcy religii kalwińskiej. Ciekawostką jest, że w tym samym czasie otrzymał on też zlecenie na wykonanie relikwiarza drugiego patrona Polski – św. Stanisława dla katedry wawelskiej.

Dwadzieścia lat młodszy jest baldachim, ale już srebrne figury przedstawicieli czterech stanów podtrzymujące na ramionach relikwiarz wykonane zostały dopiero w końcu XIX w. Fotografia z 1915 roku przedstawia konfesję bez solidnego postumentu z czarnego marmuru wynoszącego obecnie część figuralną kompozycji wysoko ponad głowy wiernych. A ukryty za konfesją i widoczny najlepiej z ambitu (obejścia prezbiterium) nagrobek świętego to prawdziwy wędrowniczek. Pierwotnie stał on pod baldachimem kamiennym w miejscu obecnej konfesji. Uszkodzony podczas pożaru w 1613 roku, po rekonstrukcji znalazł się w kapitularzu – pomieszczeniu pod chórem katedry. Skąd zawędrował, w trakcie odbudowy po zniszczeniach czerwonoarmijnych, w obecne miejsce. Nawiasem mówiąc, niedostępne obecnie do zwiedzania, pomieszczenia kapitularza przed wojną było miejscem eksponowania zarówno wspaniałego XV-wiecznego tryptyku z Zieleńca jak i starszej o półwiecze rzeźbiarskiej sceny Opłakiwania z Gościeszyna. Obydwa dzieła stanowią obecnie eksponaty Muzeum Archidiecezjalnego. 

Skarby, w tym relikwie, katedry od dawna przyciągały uwagę wszelkich rabusiów. Historia odnotowała łupieżcze najazdy Czechów (zabrano wtedy większość szczątków świętego Wojciecha), Krzyżaków i Szwedów. W czasie II Wojny Światowej Niemcy, mimo desakralizacji świątyni, nie interesowali się jej wyposażeniem. Wyjątkiem był, pochodzący z katolickiej Nadrenii, sierżant Wehrmachtu imieniem Urban Thelen, który za namową księży z Inowrocławia przewiózł tam pociągiem schowane w specjalnej skrzyneczce relikwie świętego. Przetrwały one bezpiecznie wojnę ukryte pod podłogą zakrystii miejscowego kościoła św. Mikołaja. W XX w. katedra była miejscem zuchwałych włamań. Pierwszego w 1923 roku, kiedy to z katedralnego skarbca zrabowano kilka wartościowych kielichów i monstrancji jak też relikwiarz głowy św. Wojciecha (oglądany obecnie w muzeum jest tylko kopią). Z kolei, w 1986 włamywacze ukradli z konfesji postać św. Wojciecha, pastorał biskupi, poduszkę, trzy aniołki, odłamali też skrzydła sześciu orłom. Zanim zostali złapani zdążyli przetopić łup. Obecnie widoczne figury zostały wiernie odtworzone z odzyskanego stopu.

W przedwojennym “Przewodniku po pamiątkach Gniezna” autorstwa księdza Tadeusza Trzcińskiego opisowi katedry poświęcono 79 stron, podczas gdy pozostałe dziewięć kościołów miasta pomieściło się na stronach 29. Czy naprawdę są one nie warte odwiedzenia? Nic bardziej mylnego! Przede wszystkim, historia większości z nich sięga średniowiecza i jest to widoczne w niektórych elementach ich architektury. Po wtóre, wieńczą one większość z siedmiu wzgórz, na których rozciąga się miasto. Ich wieże urozmaicają panoramę Gniezna. Co ważne, z dwoma wyjątkami, kościoły te były dostępne dla zwiedzających poza godzinami nabożeństw. Wyposażenie, rzeczywiście nie jest imponujące, ale w każdym z nich można znaleźć coś ciekawego: kipiącą detalami ambonę w formie łodzi w kościele farnym, relikwiarz bł. Jolendy (siostry św. Kingi, co to Polszcze sól przyniosła) u Franciszkanów, rzeźbę patrona z narzędziem męki na zewnętrznej ścianie kościoła św. Wawrzyńca czy wczesnogotyckie polichromie w prezbiterium u św. Jana. Tych ostatnich nie udało nam się jednak zobaczyć. Podobno Muzeum Archidiecezji organizuje w południe dni powszednich wycieczki z przewodnikiem, ale dowiedzieliśmy się o tym zbyt późno, by zmienić coś w naszym harmonogramie. Z ciekawostek poza trasą naszej wycieczki, w nowozbudowanym kościele bł. Radzyma Gaudentego chrzcielnica ma formę basenu w kształcie równoramiennego krzyża. Na życzenie organizuje się tam chrzty poprzez zanurzenie. W tej rzymskokatolickiej parafii praktykuje się więc (pytanie tylko jak często?) obrzęd jakby żywcem przeniesiony z kościoła baptystów.

Oprócz uszkodzenia katedry Gniezno nie doznało zniszczeń podczas II Wojny Światowej. W szeroko rozumianym centrum prócz kilku plomb z lat 60-tych XX w. dominuje zabudowa z XIX i pierwszej połowy XX w. Jedynymi budynkami wzniesionymi na tym obszarze w bieżącym stuleciu są dwa hotele (w jednym z nich się zatrzymaliśmy) oraz budynek prokuratury rejonowej. Mało kto z odwiedzających miasto zdaje sobie sprawę, że obecny wygląd rynku oraz charakterystyczny ciąg ulic Chrobrego i Tumskiej z ikonicznym wręcz widokiem na zamykający go od zachodu widok na katedrę zawdzięczamy pruskiemu zaborcy. Po katastrofalnym pożarze z 1819 roku przygotowano plan regulacji miasta i uruchomiono dogodny system kredytowy, co umożliwiło szybką odbudowę w zachowanym do dzisiaj zarysie ulic i działek. Dwupiętrowe domy z czasów odbudowy można rozpoznać po ozdobnych reliefach biegnących między oknami pierwszej i drugiej kondygnacji.

Z braku lepszych przykładów, za ikonę architektury współczesnej w Gnieźnie uchodzi kompleks budynków zwany „Pomnikiem” na zachodnim, wysokim brzegu jeziora Jelonek. To dziecko epoki gierkowskiej gigantomanii mieści obecnie liceum ogólnokształcące i Muzeum Pierwszych Piastów. Podczas jego budowy przekroczono wszelkie założenia budżetowe (dość powiedzieć, że w trzy lata po oddaniu do użytku koszt dokończenia budowy szacowano na 250 mln ówczesnych złotych, gdy 10 lat wcześniej całość prac wyceniano na 80 mln zł) i nie dotrzymywano kolejnych terminów realizacji. Ze względu na szukanie oszczędności, tak w zakresie prac jak i jakości materiałów, oddany do użytku gmach przez długie lata angażował użytkowników w niekończące się prace modernizacyjno-ratunkowe. Już w XX wieku teren planowanych, a niezrealizowanych, obiektów dodatkowych przejął Uniwersytet Adama Mickiewicza z Poznania budując tam kompleks budynków na potrzeby Instytutu Kultury Europejskiej.

Założenie Pomnika ma kształt nierównej, otwierającej się na położone poniżej jezioro, litery U. Na powstały w ten sposób dziedziniec można wejść schodami od strony jeziora. Góruje nad nim gargantuiczny w formie pomnik Mieszka I i Bolesława Chrobrego. Miłośnikom “Władcy pierścienia” nasunie on niechybnie skojarzenia z parą trolli. Nota bene! Jest to jeden z trzech (!) pomników Bolesława I w mieście. Drugi stoi przed katedrą, a trzeci siedzi (to nie pomyłka) przed budynkiem starego ratusza na ul. (a jakże!) Chrobrego. Dziedziniec, w założeniu, miał dostarczać najpiękniejszy widok na katedrę i miasto. Cóż, kiedy założenie takie wymagało uwzględnienia korekty koron drzew porastających zbocze. Ponieważ tego nie robiono, dzisiaj jako miejsce widokowe poleca się nabrzeże sztucznej wyspy u zachodnich brzegów jeziora Jelonek. Skrzydło szkolne zdobi mała dzwonniczka oraz zegar, które są, przyznaję, sympatycznymi elementami małej architektury. Na rozrzuconych po dziedzińcu betonowych blokach umieszczono dosyć przypadkowo wybrane ważne daty z historii Polski. W tym otoczeniu, być może, odbywają się obchody ważnych uroczystości szkolnych czy państwowych. Na codzień, zwłaszcza w realiach lutowego, mroźnego popołudnia, była to całkiem martwa i nie wykorzystana przestrzeń. Główne, wspólne dla szkoły i muzeum, wejście znajduje się po zachodniej stronie kompleksu. Aby tam dotrzeć z dziedzińca trzeba nadłożyć sporo drogi. Ostrzyliśmy sobie zęby na obejrzenie wystawy średniowiecznych kafli, podobno największej tego rodzaju kolekcji w Polsce. Tymczasem po dotarciu do wejścia zastaliśmy kartkę informującą, iż z powodu awarii muzeum nie będzie czynne przez cały weekend. Czyżby kolejny przykład niekończącej się czkawki po gierkowskim partactwie? 

“ A wiecie Państwo gdzie się właściwie znajdujecie?” Młody, może dwudziestoparoletni chłopak oderwał się od ślizgania po zamarzniętej kałuży, by skierować w naszą stronę niespodziewane pytanie. Nie mógł się spodziewać, że trafi na gościa o zacięciu przewodnickim. Zdałem poprawnie ten test odpowiadając, że był to gródek Gnieźninek broniący podejścia pod książęcy gród na Górze Lecha (tam gdzie obecnie stoi budynek Muzeum Archidiecezjalnego). Wydawał się trochę rozczarowany, że odebrałem mu show, ale Bogiem a prawdą, tego typu wiedza jest częstsza wśród przyjezdnych niż lokalsów. Powinienem mu, chyba, pogratulować ponadprzeciętnej świadomości historycznej. Gródkowatości miejsca można było dopatrzeć się w fakcie, że wśród innych pagórków na terenie, największego w mieście, Parku Andersa wyróżniało się zagłębieniem zamiast wierzchołka. Niechybnie był to dziedzińczyk niegdysiejszej fortalicji. Po naszym przyjeździe do Gniezna sypnął śnieg i złapał lekki mróz. W sobotę było jeszcze pochmurnie, ale w niedzielę przejaśniło się i wyszło słońce. Spacer po parku w takich warunkach był czystą przyjemnością. 

Prócz typowej dla wszystkich parków małej architektury (kaskady, mostki, altany) ciekawostką jest przecinający teren nasyp bocznicy kolejowej prowadzącej do dawnej rzeźni miejskiej, przerzucony jednoprzęsłowym wiaduktem nad ścieżką łączącą zachodnią i wschodnią część parku. Znajdziemy tam też pomnik Piasta z okresu gdy zajmował się rolnictwem oraz syna jego Siemomysła w wieku pacholęcym. Po całym mieście, zgodnie z aktualna modą, rozrzucone są figurki królików (rozumiem, że przez skojarzenia z rangą miasta królewskiego) w różnych strojach i rolach. Ten z parku jest hokeistą. Mimo bliskości lodowiska miejskiego, nie jest to jednak łyżwiarz, lecz sportowiec uganiający się z laską po trawie. Hokej na trawie, dyscyplina egzotyczna w centralnej Polsce, cieszy się popularnością w Wielkopolsce. W samym Gnieźnie uprawiają ją w dwóch klubach. Wizyta w parku w okresie poza wegetacyjnym przynosi jedną korzyść – widok na okoliczną zabudowę. Ku wschodowi widać ciekawe wille dzielnicy Konikowo. Natomiast od zachodu – niebanalnej architektury budynek przedszkola oraz olbrzymie gmaszysko pokoszarowe, urozmaicone licowaniem pasami różnego koloru cegły, obecnie mieszczące liceum ogólnokształcące. Ten pierwszy obiekt wzniesiono w latach 50-tych XX w. na opuszczonym cmentarzu ewangelickim. W bliźniaczym budynku, postawionym na najstarszym w mieście cmentarzu żydowskim, funkcjonuje obecnie żłobek. Jak widać mieszkańcom Gniezna klątwa dybuka nie była straszna lub chroniła ich przed nią niewiedza co do historii miejsca.

Całkiem niespodziewanie, wrażenie kulinarne dostarczone przez Gniezno były wysublimowanego charakteru. Niespodziewanie, bo porady i informacje wyszukane w Internecie nie obiecywały niczego nadzwyczajnego. Pokoje, w których się zatrzymaliśmy mieściły się nad miejscowym minibrowarem. W takich przybytkach zazwyczaj serwuje się bardziej lub mniej wyszukane zakąski pod płynną produkcję poszukiwaną, wbrew obrazom kreowanym w reklamach, głównie przez publikę męską. Tymczasem restauracja browarowa w Gnieźnie oferowała doprawdy wyszukane i smaczne danie, a że drinki mieszano tam nie tylko na bazie piwa, klientelę miała całkiem zrównoważoną płciowo. Stolik na obiad w Walentynki zarezerwowałem z dwutygodniowym wyprzedzeniem, dzięki czemu uniknęliśmy losu desperatów błąkających się w ten wieczór od lokalu do lokalu. Włoska sieciówka (kiedyś odbiliśmy się od drzwi lokalu o tej nazwie w Warszawie) rozlokowała się w budynku wspomnianej wcześniej rzeźni miejskiej. Na dostarczenie zamówienia czekało się o kwadrans dłużej niż, optymistycznie!, zapewniała nas obsługa, ale było warto! Kuchnia zapewniała doznania smakowe na poziomie Premium. Ostatniego dnia trafiliśmy do lokalu rekomendowanego przez przypadkowego Youtubera. W dość niepozornym budynku byłego przemysłowego młyna kryła się zaciszna sala w stylu karczmianym. Nad naszym stołem nadal unosił się balon w kształcie serca. Mnie przyciągnął tam jednak nie wystrój, a możliwość skosztowania, uczciwszy uszy wszystkich wegan i wegetarian, zupy na bazie gęsiej krwi, czyli wielkopolsko-pomorskiego specjału jakim jest czernina. Jeśli oderwiemy wyobraźnię od pochodzenia składników, a skupimy się na wrażeniach smakowych, jest to całkiem udane danie. Zwłaszcza jeśli kucharz tak sprawnie łączy jego słodkie i kwaśne komponenty, jak robił to szef w tej restauracji. Gniezno oferuje też wiele miłych, choć raczej niewielkiej powierzchni kawiarni. W niektórych z nich serwują też śniadania. Ale uwaga! Mimo mizernych rozmiarów i weekendu można dokonywać w nich rezerwacji stolików. W rezultacie przybywszy na śniadanie ok. 9:45 udało nam się dostać jeszcze dwa z ostatnich czterech wolnych krzeseł. Spóźnialskim oferowano już tylko miejsca na dziedzińcu w foliowym namiocie. Prawda, że przy włączonych promiennikach. Mimo to, chętnych nie brakowało!

Od czasu zasłyszanej przed ponad półwieczem historii o przerwanym przez siły nadprzyrodzone koncercie w katedrze nie zetknąłem się tą historią. Tymczasem wertując przed wyjazdem wydany przez Starostwo gnieźnieńskie przewodnik “13 pomysłów na Gniezno i okolice” na stronie 75 znalazłem dowód na odrodzenie tej starej, dobrej legendy. Tym razem zjawa przyodziana była w kapłański strój, co sugerowało św. Wojciecha lub zmarłych już w XX wieku prymasa Dalbora czy, wielce zasłużonego dla miasta i regionu, biskupa pomocniczego Laubitza. Cóż! Jak pisał mistrz Konstanty Ildefons “Cudu, cudu! Jak jarmużu bedłki, tak cudu pragnie lud!”

Kategorie
Polska

Z pobytu na podostrzeszowskich morenach, czyli do kościoła zawsze pod górkę

Wraz z pierwszymi kroplami deszczu podjechaliśmy na parking pod kościelnym wzgórzem. Droga z Mikstatu do Parczewa (tak, Wielkopolska ma swój własny Parczew!) omija łukiem to sięgające 230 m npm. wzniesienie. By dotrzeć do kościoła trzeba jeszcze nieco wspiąć się cmentarną alejką. Wśród rozmaitych nagrobków wyróżniają się dwa, na których inskrypcje umieszczono na wykonanej z marmury rozłożonej księdze. Niechybnie, było to przedstawienie ostatniej strony księgi żywota i nawiązanie do jej religijnej symboliki. Sam kościół pod wezwaniem Narodzenia NMP był 11 listopada, było nie było, w święto państwowe, a nie kościelne, otwarty. A jest to świątynia nie byle jaka, lecz jedna z najstarszych w całej południowej Wielkopolsce. W 2008 roku parafia kotłowska świętowała swoje 800 lecie, choć niektórzy historycy przesuwają powstanie kościoła o pół wieku, a za fundatora mają nie palatyna Piotra Włosta, lecz księcia Mieszka III. W każdym razie zbudowany z granitowych głazów korpus główny świątyni prezentuje cechy charakterystyczne stylu romańskiego. Późniejsze dobudówki, jak wieża, zakrystie, czy transpet nie zdominowały stylistycznie najstarszej części. We wnętrzu rzuca się w oczy kontrast między przykrytą drewnianym sklepieniem, surową częścią romańską, a rokokowo zdobionymi częściami nowszymi.

Od początku XVII wieku w kościele znalazł schronienie obraz Matki Bożej Kotłowskiej adorowanej przez świętych Stanisława i Wojciecha. Kultowi tego obrazu zawdzięcza świątynia rangę sanktuarium. Obraz ten cieszył się ogromną popularnością wśród kopistów. W samym Kotłowie są conajmniej dwie kopie: Jedna w kapliczce na zewnętrznej ścianie prezbiterium, druga w polskokatolickiej prokatedrze z lat siedemdziesiątych XX w. położonej jakieś 600 m na wschód od sanktuarium. Kopia polskokatolicka jest również ukoronowana i cieszy się podobną czcią co obraz oryginalny. Nota bene, w Kotłowie katolicy rzymscy stanowią mniejszość wyznaniową, co stanowi pewną niespodziankę w realiach tak Wielkopolski jak i większości regionów naszego państwa. 

Wschodnia i północna część wzgórza kościelnego oddzielona jest od położonego niżej cmentarza murem oporowym. Tak on jak i ogrodzenie wykonane są z kamienia granitowego i wizualnie współgrają z romańskimi murami świątyni. W skład kompleksu wchodzą jeszcze dwa budynki: Plebania, która bardzo ujęła mnie swoją architekturą oraz dom parafialny. Ta pierwsza to dwa równolegle usytuowane stromodachowe budynki zespolone łącznikiem z wejściem pod drewnianym ganeczkiem. Drugi budynek obsługujący dzisiaj najpewniej grupy pielgrzymkowe, kiedyś pewnie służył nauczaniu religii, a w czasach wilhelmińskich, gdy powstawał, mógł być też katolicką szkołą powszechną. W owych czasach panowała bowiem na tym poziomie nauczania segregacja religijna. Dzięki jesiennemu ogołoceniu drzew z liści widok spod kościoła obejmował dolinę górnej Baryczy i okoliczne Wzgórza Wysockie. Natomiast zamglenia i duża wilgotność powietrza nie pozwalały nam zweryfikować twierdzenia, że kościół w Kotłowie “patrzy” na trzy inne świątynie: w Wysocku Wielkim, Chełmcu i Ołoboku.

Podziomek należy do osób, które nie są skłonne ryzykować wyjazdów w miejsca, o których nic nie słyszała, zwłaszcza jeśli noszą niezbyt zachęcające nazwy. Dlatego, próbując przekonać ją do listopadowej wycieczki do Kobylej Góry pomału, acz konsekwentnie podsyłałem jej atrakcyjne zdjęcia i filmiki z okolic tej podostrzeszowskiej miejscowości. W końcu dała się przekonać, może dlatego, że wybrana miejscówka noclegowa zlokalizowana była poza miasteczkiem. Wyłoniona metoda perswazji nie była jednak uniwersalnie skuteczna. Partner naszej młodszej córki oświadczył “Musieliby mi zapłacić, bym w listopadzie pojechał do Kobylej Góry”. W trosce o stabilność domowego budżetu nie poszliśmy na takie rozwiązanie, więc jak obiecał tak i zrobił. Po prawdzie mój pobyt był krótszy o 2 dni od podziomkowego. Nie załapałam się więc na pieszą wycieczką na Kobylą Górę. Sięgające 284 m npm. wzniesienie jest najwyższe w Wielkopolsce. Zespół mający w składzie m. in. dwa psy (Harrego i Winyla) oraz niespełna czteroletnią wnuczkę – Zosię zdobył je jednak, korzystając z jedynego dnia słonecznej pogody podczas całego wyjazdu. Od 1999 roku szczyt wieńczy wysoki na 20 m metalowy krzyż, wokół którego powstała infrastruktura dla organizowania polowych nabożeństw, a sam góra uzyskała drugie określenie – Milenijna. Wśród turystycznego wyposażenia miejsca można znaleźć lunetę, jednak bezużyteczną ze względu na szybko rosnący borek sosnowy wokół szczytu. Dlatego dla miłośników dalekich widoków bardziej atrakcyjne wydaje się wzniesienie Bałczyna (278 m npm.) na południowych obrzeżach Ostrzeszowa.

Wzniesienie Kobylej Góry z Krzyżem Millenijnym; fot. MOs810; lic. CC BT-SA 4.0

Krajobraz pogranicza wielkopolsko-dolnośląskiego ukształtowany został przez jeden ze stadiałów zlodowacenia środkowopolskiego, który pozostawił po sobie dwustukilometrowy wał morenowy, wschodnim końcem którego są Wzgórza Ostrzeszowskie. Widoki są w tym regionie bez mała mazurskie, choć bez jezior, jeno zagęszczenie siedzib ludzkich znacznie wyższe niż na północy Polski. Wzgórza malowniczo obramowują większość miasteczek tego regionu i stanowią doskonałą lokalizację dla wież widokowych, krzyży i kościołów. No i dostarczają możliwości spacerów po falistych i krętych drogach, z coraz to inną perspektywą za każdym z zakrętów. Pewnie z odmiennych powodów, ale spacery po tych okolicach dostarczały też ogromnej radości naszym czworonogom.

Na moją część kobylogórskiej wyprawy przypadły wycieczki do okolicznych miasteczek. Powiatowy Ostrzeszów przodował w ilości pozycji na liście zabytków, jak też ich wiekowości. Cztery kościoły: gotycki parafialny, barokowy wraz z klasztorem, neogotycki – poewangelicki oraz drewniany, niegdyś cmentarny kościółek św. Mikołaja; pozostałości zamku kazimierzowskiego, klasycystyczny ratusz i kilka ciekawych kamienic eklektycznych i secesyjnych. Jednocześnie miasto nie zaznawszy znaczących zniszczeń wojennych dzisiaj zmaga się z utrzymaniem wiekowych budynków w odpowiednim stanie. W listopadowej mgle zmieszanej z dymem spalanego w historycznych piecach węgla nie robiło oszałamiającego wrażenia. W dodatku zwiedzanie zabytków sakralnych było możliwe głównie z zewnątrz. W kościele farnym nawet rzut oka, z zazwyczaj ogólnodostępnej, kruchty był niemożliwy, bo przeszklone drzwi wiodące do nawy głównej zabezpieczono przed utrata ciepła grubą kapą. W tej sytuacji najciekawsze wspomnienia z miasta pochodzą z wypieszczonego wewnętrznego ogródka przy klasztorze sióstr nazaretanek. W kruchcie klasztornego kościoła odkryliśmy natomiast stację drogi krzyżowej oszpeconą przez rozliczne wpisy odwiedzających świątynię wandali. Okazało się jednak, że tradycja rycia w ścianie pamiątek swego pobytu liczy tu bez mała 220 lat, czyli zasługuje już sama w sobie na tytuł zabytku. W południowej, wyżej położonej części miasta, wznosi się modernistyczna wieża ciśnień postawiona w 1916 r., u schyłku pruskich rządów w Wielkopolsce. Obiekt, niewątpliwie interesujący i znaczący krajobrazowo, ale jeszcze ciekawsze jest jego otoczenie zabudowane współczesnymi mu dworkopodobnymi willami.

W czasach dawno minionych, gdy jedyną autostradą PRL-u był wybudowany za Hitlera odcinek autostrady z Berlina do Wrocławia, podróżując starą ósemką do stolicy Dolnego Śląska wielokrotnie przejeżdżałem przez Syców. Pojazdy wszelkiej wielkości przeciskały się wąskimi uliczkami (niektóre były nawet jednokierunkowe). Niewielka prędkość, a bywało, że i stanie w korkach, pozwalały kontemplować widoki. Zauważyłem, że jak to na Śląsku w miasteczku są dwa kościoły: katolicki i luterański. Architektura tego drugiego nie prezentowała jednak stereotypowego neogotyku, lecz dosyć pomysłowo potraktowany klasycyzm. Architekt mógł sobie na to pozwolić, bo po pierwsze był to sam Karl Gotthard Langhans, projektant Bramy Brandenburskiej w Berlinie, a po drugie budowa była szczodrze finansowana przez właściciela Sycowskiego Państwa Stanowego księcia Petera Biron von Curland. Z Kobylej Góry do Sycowa jest rzut beretem, choć to już nie Wielkopolska, a Dolny Śląsk. Nie dziwota, że jednego dnia się tam wybraliśmy. Stojąc pod kościołem ewangelickim mogliśmy podziwiać jego nietypową, okrągła wieżę zwieńczoną wydłużoną kopułką z kielichem zamiast krzyża na szczycie. Książe Pan mógł obserwować świątynię z okien swojego pałacu. Barokowa rezydencja spłonęła w trakcie kampanii śląskiej przeciwko Napoleonowi w 1813 r., ale pałac odrodził się w stylu gotyku angielskiego w połowie XIX w. Czerwonoarmiści oraz komunistyczni aparatczycy, skutecznie pozbyli się rezydencji z krajobrazu miasta. Kilka ocalałych rzeźb po koniecznej renowacji zdobi rozległy pałacowy park i okoliczne skwery. W parku ulokowane jest też mauzoleum rodu Bironów. Ta malownicza kaplica wygląda na zapomnianą, lecz trwa walcząc z upływem czasu. O ile odbudowa pałacu przekracza możliwości niewielkiego miasta, o tyle na remont mauzoleum budżet miejski na pewno byłoby stać. A tymczasem nie robi się nic! Jest to o tyle niezręczne, że ostatni z Bironów, książę Ernst Johann Carl Oskar Eitel Friedrich Peter Burchard (Któż inny mógłby używać tylu imion?), często odwiedzał miasto wspomagając finansowo i rzeczowo różne miejskie przedsięwzięcia, za co uhonorowany został honorowym obywatelstwem. Przykład na to jak trudno jest zastąpić podejście klientelistyczne, partnerskim. W ciekawym, gotyckim kościele katolickim odbywało się nabożeństwo więc nie weszliśmy do wnętrza. Spacer po kościelnym dziedzińcu, wobec bardzo urozmaiconej architektury zewnętrznej i perełkom w rodzaju wczesnorenesansowej płyty nagrobnej Elżbiety Haugwitz na ścianie zakrystii dostarczył jednak wystarczającej ilości wrażeń.

Pocztówka z widokiem pałacu przed I WŚ; domena publiczna

Mikstat, choć najmniejszy z odwiedzanych miasteczek zrobił na nas dobre wrażenie. Może ze względu na kompaktowość zabudowy odczuwa się, niemal fizycznie, jak wzgórza otulają centrum miejscowości. Od drewnianego kościółka na cmentarzu schodzi się doń długaśnymi schodami. W panoramie wyróżnia się zielonkawy, nieproporcjonalnie wysoki hełm na wieży kościoła parafialnego. Na wzgórzach po wschodniej stronie miasta jest podobno wieża widokowa, ale do niej nie dotarliśmy. Z kościoła, jako że wizyta przypadała 11 listopada, właśnie wychodzili uczestnicy mszy za ojczyznę. Strażacy, terytorialsi, harcerze, odświętnie ubrani panie i panowie. Sztandary państwowe i flagi kościelne. Nad głowami rozciągnięto biało-czerwoną flagę i przemaszerowano na pobliski rynek. Tam odśpiewano hymn, burmistrz przemówił, zagrała orkiestra i zgromadzeni rozeszli się do domów. Przecież w święto wielkopolska tradycja nakazuje napić się kawy zagryzając ciastem domowego wypieku. Okazuje się, że można świętować bez piętnowania “zdrajców ojczyzny” i rzucania petardami. W Mikstacie, przy kościele stoi krzyż dłuta Pawła Brylińskiego. Był to ludowy rzeźbiarz wędrowny, który działał w XIX wieku, głównie na południe i zachód od Ostrowa Wielkopolskiego tworząc krzyże z figuralnymi kompozycjami, zwane popularnie „Bożą męką”. Na krzyżu takim prócz figury Ukrzyżowanego przedstawione są też osoby oraz przedmioty związane z tym wydarzeniem. W zależności od zasobności fundatora elementów zdobniczych było więcej lub mniej, były malowane lub zostawały w kolorze drewna. Co ciekawe, niektóre z tych krzyży były rzeźbione w jednym pniu drzewa.

Do listy odwiedzonych obiektów sakralnych trzeba dopisać dwa wchodzące od 1919 roku w skład województwa wielkopolskiego, ale historycznie ulokowane na terytorium Śląska. Obydwa charakteryzuje położenie na uboczu, a nie w centrum miejscowości. Kościół ewangelicki w Pisarzowicach został postawiony w roku 1902 dla upamiętnienia przedwcześnie zmarłego syna książąt Bironów z Sycowa. Solidne, granitowe mury trzymają się krzepko mimo, że świątynia od lat pozbawiona jest dachu. Herby książęcych rodziców wciąż dumnie zdobią szczyty bocznej elewacji ponad ogromnymi otworami okiennymi. Wnętrza zostały ogołocone z bogatego (np. “kazalnica wysadzana szlachetnymi kamieniami”) wyposażenia. Co poniektóre elementy wystroju, jak dzwony, ławki i organy trafiły do okolicznych kościołów katolickich. Od kilku lat kościół jest własnością prywatną. Właściciel, trzeba to przyznać, oczyścił posesję i wnętrze, ale nie ujawnia czemu miałby służyć ten obiekt po ewentualnej renowacji. Atmosfera wnętrza sądząc po fotografiach jest surowa i nieco mistyczna. Mówi się, że to właśnie tu zespół Behemot nagrał jeden ze swoich teledysków. Drewniany, katolicki kościół pielgrzymkowy “na Pólku” wznosi się jakieś 2 km za granicami Bralina. Nietypowe jest, że zbudowano go na planie krzyża greckiego (równoramiennego). Ale jeszcze ciekawsze jest, że otoczono go czworobokiem zabudowy, w tym, od strony wschodnie zadaszonymi arkadami. Niegdyś, nocowali w nich przybyli z daleka pielgrzymi. Obecnie wstawiono tu konfesjonały przydatne przy dużym napływie wiernych, a pewnie gdy święto przypada w deszczowy dzień można w ich ukryciu uczestniczyć w liturgii. Kościółek chroni we wnętrzu obraz Matki Boskiej Pólkowskiej, a główne uroczystości odpustowe przypadały w tym roku na 22 lipca i 7 września. Ponieważ odprawiane są w nim nabożeństwa w każdą niedzielę o 15, zgaduję, że można wtedy zajrzeć do wnętrza. My byliśmy tam, niestety, w poniedziałek.

Domek w Ignacowie, gdzie się zatrzymaliśmy, miał bogato wyposażoną kuchnię. Stąd przygotowanie dwóch obiadów we własnym zakresie było nie problemem, a przyjemnością. Pozostałe dwa zjedliśmy w kobylogórskiej karczmie nad zalewem. Trzeba przyznać, że był to dobry wybór. Oferowane menu wychodziło poza schabowy z kapustą, żurek i pierogi, a lokal był na tyle obszerny, że nawet w dni świąteczne można w nim było dostać stolik bez wcześniejszej rezerwacji. W Ostrzeszowie działa naleśnikarnia, gdzie oprócz kawy można przekąsić jej słodkie i wytrawne produkty prosto z patelni. Pod tym samym szyldem działa też lokal w Kobylej Górze, ale pobyt był zbyt krótki byśmy znaleźli czas na jego odwiedzenie. W każdym z odwiedzanych miasteczek można znaleźć kawiarnie. Ta sycowska, technicznie rzecz biorąc, zlokalizowana jest poza granicami miasta, we wsi Nowy Dwór i jest dodatkiem do palarni kawy. Nie dziwota, że wybór czarnego naparu był w niej największy, a obsługi nie peszyły zamówienia w rodzaju np. flat white, co nie było już regułą w Mikstacie. Z branży pozakulinarnej warto wspomnieć, że czteroletnia uczestniczka wyjazdu w każdej z odwiedzanych miejscowości znajdowała bogato wyposażony plac zabaw, dzięki czemu opanowała technikę jazy na tyrolce.

Podziomek nie miał okazji zweryfikować swoich obaw związanych z Kobylą Górą. Jeździliśmy tam wyłącznie na zakupy lub do wspomnianej karczmy, zazwyczaj o zmierzchu lub wieczorem. Muszę jednak przyznać, że z wjazdu od strony Ostrzeszowa miasteczko, z górującym nad nim lesistym wałem wzgórz, prezentuje się atrakcyjnie. Tereny spacerowe wokół zalewu są w dni świąteczne licznie nawiedzane, do tego stopnia, że na okolicznych parkingach trudno znaleźć wolne miejsca. Jak widać, w Kobylej Górze nie tylko nazwa jest magnesem dla lokalnego ruchu turystycznego.

Kategorie
Chorwacja

Co ma płynąć nie utonie, czyli o magnetycznej sile przyciągania Komižy

Pchnąłem drzwi i moje wszystkie zmysły ogarnęła atmosfera wiejskiej gospody: gwar rozmów, ludowa, bawarska muzyka dobiegająca z radiowych głośników, zapach piwa, kiełbasy i, o zgrozo!, nikotynowego dymu. Zebrawszy rozsypane w pamięci niemieckie zwroty poprosiłem o pomoc. Otóż wiejską drogę prowadzącą do wybranego miejsca noclegu flankowal znak drogowy zabraniający wjazdu. Działo się to w Roku Pańskim 1998. Departament Obrony USA dopuścił już wprawdzie system nawigacji GPS do użytku cywilnego, ale dotyczył on głównie statków powietrznych, a telefon komórkowy (którego zresztą jeszcze nie posiadaliśmy) służyły do rozmów głosowych i wysyłania SMS-ów, a nie ściągania lokalizacji z satelity. Byliśmy więc skazani na papierowe mapy i pozyskiwanie informacji od mieszkańców odwiedzanych krajów i regionów. Zabrane naprędce konsylium pokiwało ze zrozumieniem głowami i zawyrokowało, bym nie zwracał uwagi na znaki, bo znaleziona droga jest najwłaściwsza. Moje, podszyte słowiańską niepewnością, wątpliwości rozwiano stwierdzeniem “Przecież wszyscy tak jeżdżą”.

I rzeczywiście, po kilku kilometrach jazdy, podczas której uspokajałem Podziomka, że niemiecka policja w wiejskiej części wschodniej Bawarii po godzinie 20 na pewno odpoczywa w domu przy piwie, dotarliśmy do imponujących rozmiarów Bauernhof-u oznaczonego tablicą z odpowiednią nazwą. Po całym dniu jazdy z chorwackiego Szybenika należał nam się odpoczynek. Noc była ciemna, tylko gwiazdy lśniły na nieboskłonie, chwytał pierwszy październikowy przymrozek. Niestety, dzwonienie, kołatanie, a nawet pohukiwanie “Ist jemand zu Hause?” nie przynosiły rezultatów. Gospodarstwo znajdowało się na uboczu, nie mogliśmy więc liczyć na pomoc sąsiadów. Przyszło więc wrócić do znajomej gospody, która powoli kończyła już dzienną aktywność. Nasz powrót początkowo skwitowano gromkim śmiechem, ale gdy wyjaśniłem, iż pomimo posiadanej rezerwacji nie mogę dostać się do pensjonatu towarzystwo poważnie się zafrasowało. Wśród wygłaszanych komentarzy królowało “Das ist nicht gut”. Próby nawiązania kontaktu telefonicznego z gospodarzami (oczywiście, za pomocą telefonii stacjonarnej) też nie przyniosły powodzenia.

W końcu Pani od obsługi piwnego nalewaka poleciła nam pójść za sobą. Wkrótce dotarliśmy do obiektu wyglądającego na opuszczony pensjonat. Zostaliśmy poinformowani, że należy on do rodziny, ale właściciele wyjechali po sezonie na zasłużony odpoczynek w Hiszpanii. Na czas ich nieobecności załatwili u właściwych władz czasowe zawieszenie działalności. Mieliśmy więc tam nocować na całkowitym nielegalu. Mimo to, jak przekonaliśmy się przy śniadaniu (nielegalnie nie oznaczało wszak odstąpienia od właściwych standardów noclegu), nie byliśmy tam jedynymi gośćmi. Rankiem, po upewnieniu się, że “Jemand ist schon zu Hause” mogliśmy przenieść się do docelowego miejsca noclegu. Przez pozostałe trzy dni pobytu gospodarze byli wobec nas przesadnie grzeczni i każdego ranka wyjaśniali, że ich nastoletni syn Steffl powinien nas wpuścić, ale słuchał głośnej muzyki, a potem zasnął. Winowajca był przy tej okazji wypychany przed front rodziny i zmuszany do złożenia samokrytyki. Pryszczaty nastolatek musiał nas z tego powodu szczerze znienawidzić!

Bauernhof w Bawarii – zdjęcie poglądowe

Wróciłem pamięcią do tej historii gdy, blisko północy, dotarłszy do ulicy, przy której mieliśmy spędzić tydzień naszych chorwackich wakacji utknęliśmy przy znaku zakazu wjazdu. W dodatku możliwość przejazdu ograniczały wetknięte w jezdnię słupki. Klimat był jednak śródziemnomorski, a my bogatsi w doświadczenie. Okazało się, że samochód zmieści się między słupkami. Gospodarz odbierał telefon i wkrótce przybył na skuterze z kluczami. Po kolejnych 30 minutach, rozpakowaniu się i odstawieniu pojazdu na parking mogliśmy więc zacząć nasz tygodniowy pobyt w Komižy na wyspie Vis. Nazajutrz obudził nas krzyk mew. Ponad dachami sąsiednich domów widać było Adriatyk. Opuściliśmy nasz mikroskopijny, acz wystarczający na zespół w składzie dwoje dorosłych plus pies Harry, pokoik, by sprawdzić co do zaoferowania przybyszom ma kolejne dalmatyńskie miasteczko. 

Wyspa Vis należy do najbardziej oddalonych od stałego lądu Chorwacji. Dotarcie tam zajmuje promowi Jadroliniji 2 godziny i 20 minut. To już na tyle długa podróż, że Harry wykazywał zniecierpliwienie, więc większość podróży spędziłem na pocieszaniu go, siedząc  na podłodze. Po prawdzie, wypłynęliśmy ze Splitu o 21 więc nie traciłem wielu widoków. Port promowy znajduje się w miasteczku Vis. Do pokonania jest jeszcze kilkanaście kilometrów drogi, na ostatnim odcinku opadającej gwałtownymi zawijasami ku Komižy. Kościół pw. Św. Mikołaja i dawny benedyktyński klasztor to pierwsze budynki widoczne z tej drogi. Pobudowane z dala od wybrzeża przybrały formę twierdzy mającej chronić zakonników przez atakami od strony morza. Z ciekawostek – świątynia został konsekrowana w roku 1177  przez samego papieża Aleksandra III, którego statek w czasie podróży do Wenecji został zepchnięty przez wiatry na okoliczne skały. Rozbudowywany latami kościół ma obecnie aż pięć naw i znajdziemy w nim ślady wielu stylów architektonicznych od romańskiego przez gotyk aż po barok choć, oczywiście, w wyposażeniu przeważa ten ostatni. Mnie w pamięci utkwiły zwłaszcza boczny ołtarz betlejemski będący w istocie drugą najstarszą, bo pochodząca z 1692 roku, szopką w Chorwacji jak też, przypominająca raczej balkon, ambona. Poniżej wczesno XVII wiecznych bastionów otaczających świątynię rozciąga się cmentarz różniący się od polskich zarówno architekturą poszczególnych nagrobków jak i bardziej efektywnym wykorzystaniem przestrzeni. Wyniosła kościelna wieża stanowi punkt orientacyjny dla zbliżających się do portu jednostek. Z kolei, patrząc z kościelnego dziedzińca ogarnia się wzrokiem całe miasteczko, zatokę nad którą jest ulokowane, pobliską wyspę Biševo, jak i bardziej odległą Svetac.

Kąpieli zażywaliśmy na najbliższej plaży, w północnej części miasteczka. Nie dość, że była dosyć rozległa, tak w części lądowej jak i morskiej, przez co nie miało się wrażenia tłoku, to jeszcze beach bar oprócz kawy i mocniejszych trunków serwował też całkiem pomysłowe owocowo-warzywne smoothie. Nic to jednak wobec widoku na trójszczytową fasadę kościoła NMP od Piratów (Gospa Gusarica) oraz koncertu bicia jego dzwonów w samo południe. Oryginalne wezwanie wiąże się z historią o piratach, którzy mieli podobno złupić kościół i zabrać z niego ikonę NMP. Cóż kiedy nie dali rady odpłynąć z łupami. Udało się to dopiero po wyrzuceniu ikony za burtę, ta zaś, ma się rozumieć, dopłynęła na brzeg tuż przy swoim kościółku. Wciśnięta między plażę, a opadające ku morzu górskie stoki świątynia jest w rzucie szersza niż dłuższa, wskutek czego każda z trzech naw jest z funkcjonalnego punktu widzenia autonomiczna. Uwagę zwraca metalowy krzyż. Mimo stosunkowo niewielkich rozmiarów skrupulatnie umieszczono na nim wszelakie młotki, gwoździe, cęgi i piki, czyli atrybuty męki Pańskiej. Skromne organy nie byłyby godne wzmianki, gdyby nie umieszczona w opisie kościoła informacja, że pochodzą z warsztatu Stefana Kolarewicza z Krakowa. Wobec braku dowodów, by w drugiej połowie XVII wieku funkcjonował w Krakowie taki warsztat, a równocześnie konstrukcyjną i melodyczną bliskość z instrumentami szkoły wenecko-dalmatyńskiej, historycy skłaniają się, pomijając koncepcję legendy miejskiej, do poszukiwania pochodzenia mistrza z innych miast/regionów o podobnej do Cracovii pisowni lub wymowie. Nie wykluczają przy tym wyspy Krk, która po łacinie zwie się Curicta. Ciekawe, że nikt nie dopuszcza możliwości, iż polskiego pochodzenia organmistrz był mnichem w jednym z licznych chorwackich klasztorów. Organy pochodzą wszak z epoki, gdy łatwiej było wyeksportować człowieka niż tak złożony instrument muzyczny. Vis nie ma naturalnych rzek. Większość źródeł wody pitnej znajduje się w strefie brzegowej. Jedno z nich znajduje się pod kościołem, skąd woda odprowadzana jest rurami do zdobionej płaskorzeźbami studni na dziedzińcu. W epoce przedwodociągowej przy studni zbierali się więc Komižanie, tak w celach praktycznych jak i towarzyskich.

Krzyż z zestawem atrybutów męki Pańskiej

Komiža była centrum rybołówstwa w środkowej Dalmacji. Miejscowi rybacy łowili niegdyś jakieś niespotykane ilości sardynek, a w XIX wieku wyspa stała się centrum połowów i dystrybucji, w tym eksportu, homarów. Działalność ta musiała być wysoce dochodową oceniając po ilości i jakości budynków wzniesionych przez mieszkańców. Cztery kościoły, wielokondygnacyjne kamienice (nasz apartament mieścił się właśnie w takim “drapaczu chmur”), w końcu czuwająca nad wejściem “Komuna”, czyli XVI wieczna wenecki fort mająca bronić portu i komižan przed piratami, którzy ściągali tam gdzie było co złupić. Nota bene, wenecka centrala wyłożyła na budowę tylko połowę potrzebnych środków. Druga połowa została sfinansowana z zysków z handlu rybami. Ot, taki renesansowy poprzednik partnerstwa publiczno-prywatnego. Współczesnę nazwę obiekt ten zawdzięcza przebudowie na siedzibę władz miasta przed 150 laty. Dodano wtedy wieżę zegarową, balkon oraz wykuto w grubych murach otwory okienne. Mimo, że ściany twierdzy nie opadają już wprost do morza, lecz są od niego oddzielone szerokim nabrzeżem to jednak obecność takiego znacznika krajobrazowego z wieżą wznosząca się ponad maszty zacumowanych w pobliżu jachtów dodaje portowi w Komižy swoistego uroku.

A tu widać jak solidna była to konstrukcja

Przetwórstwo ryb to też już historia. W mieście znajdziemy kilka opuszczonych budynków po fabrykach konserw. Jeden z nich od sierpnia do grudnia 2017 roku zajęło na swoje potrzeby kierownictwo produkcji filmu Mamma Mia 2. Miejsca gdzie przebywali aktorzy są skrupulatnie oznaczone, a co poniektórzy przedstawiciele świata usług turystycznych chwalą się znajomością np. z Piercem Brosnanem. Parking, na którym zostawiliśmy nasz pojazd znajdował się też na terenie upadłej przetwórni. Opuszczone hale zajęło kilka mniejszych firm (w tym miejscowy zakład oczyszczania miasta), ale że stoją one wśród śródziemnomorskiego lasu będącego największym obszarem zieleni w mieście, na spacery z Harrym chodziliśmy właśnie tam. Po rybackiej przeszłości pozostał jeszcze jeden relikt. Jest nim olbrzymia ilość kotów i ogólnie pozytywny stosunek mieszkańców do tych stworzeń. Z jednej strony ich obecność dostarcza wielu fascynujących tematów dla fotografów, z drugiej w najmniej spodziewanych momentach człowiek jest alarmowany dzikimi awanturami oraz przeraźliwymi odgłosami wydawanymi przez futrzaki z im tylko znanych powodów. Harry, którego stosunek do kotów jest raczej pozytywny, co i rusz zdumiewał się gdy zza uchylonego okna syczały na niego niczym węże, a czasem pazurzasta łapa wysuwała się zza ogrodzenia by trzepnąć go po ogonie.

W odległości 5 mil morskich od Komižy leży wyspa Biševo. Przy nabrzeżu w Komižy wiele firm oferuje wycieczki na Biševo. Ich program i cena różnią się w zależności od długości wycieczki i liczby oferowanych atrakcji. Każda opcja zawiera wizytę w Błękitnej Jaskini. To jaskinia z podwodnym wejściem, do której dostają się jednak odbite od dna promienie słońca. Aby umożliwić dotarcie doń osobom nieskłonnym do nurkowania użyto dynamitu, ale sklepienie uzyskanego otworu jest na wysokości tylko 1,5 m nad wodą. Powoduje to konieczność przesiadania się na wyspie do niziutkiego czółna oraz pochylanie głów, by nie nabawić się guza. Przy wzburzonym  morzu wpłynięcie do jaskini jest zupełnie niemożliwe. Pomimo ogromnego ruchu, kolejki czółen przed jaskinią i, generalnie, nastrojowi rozszalałej komercji wrażenie z wnętrza jaskini jest niezapomniane. Możliwość podziwiania gry światła na dnie i skałach oraz atmosfera zanurzenia w lazurowej bańce jest warta każdej ceny. 

W środku zapadamy się w świetlistą, błękitną bańkę

Doznania innego rodzaju zapewnia wizyta w Jaskini Niedźwiedziej. Ma ona aż 160 metrów długości, przez co w jej głębi panuje atramentowa ciemność. Szyper naszej łodzi zaproponował udanie się wpław do znajdującej się u jej końca  niewielkiej plaży, ale nam z Podziomkiem wystarczyło spenetrowanie pierwszych 10 metrów skalisto-morskiej szczeliny.

Gdyby w czyichś głowach pojawiło się pytanie skąd wziął się niedźwiedź w nazwie jaskini, spieszę wyjaśnić, że w jej okolicy znaleziono ślady bytowania rzadkiej foki – mniszki śródziemnomorskiej. Pobożni Chorwaci nie zdecydowali się na wprowadzanie akcentów religijnych do nazewnictwa zoologicznego i w ich języku zwierzę to nazwali medvjedić, czyli dosłownie niedźwiadek. Nasza wycieczka zajęła 6 godzin więc zdążyliśmy pobyczyć się dwie godziny w zacisznej zatoce Porat i opłynąć całe Biševo naokoło. Przy stromych, skalistych klifach po południowej stronie wyspy Podziomek dostrzegła niewielkiego sokoła. Chciałoby się wierzyć, że był to gniazdujący tu sokół skalny, zwany bardziej malowniczo w łacinie, angielskim i chorwackim sokołem Eleonory. W bonusie krajoznawczym przepłynęliśmy wolno wzdłuż południowo-zachodniego cypla wyspy Vis gdzie, wśród innych mini plaż, znajduje się też taka o swojskie nazwie Pizdica. Ponieważ nazwa ta oznacza to czego można się domyślić miejscowi przewodnicy snują najdziksze bajania na temat jej etymologii.

Nad dachem naszej kamienicy wyrastał  jeszcze penthouse. Jedno, niewielkie pomieszczenie z sofą, telewizorem i półkami na książki. Nie widziałem jednak, by ktoś z niego korzystał. Co innego otaczający je taras. Byliśmy jego regularnymi gośćmi. Ze względu na mizerność pokojowej wnęki kuchennej przenosiliśmy się tam ze śniadaniami. Wieczorami wpadaliśmy na lampkę (no dobrze, bywało, że i dwie) wina. Widok na ograniczoną górskimi zboczami zatokę, stojące na redzie jachty, czerwone dachy domów, wieże kościołów i “Komuny” nie chciał się nam znudzić. Wieczorami z dołu dochodziły stłumione odgłosy życia miasta, a księżyc w zmieniających się odcieniach żółci i pomarańczy przemieszczał się dostojnie ponad grzbietami gór. Nasza kamienica mogła pomieścić w swoich malutkich pokoikach 9 par spragnionych romantycznych doznań i widoków. Taras ze względu na swoją formę mógł w niekrępujący sposób pomieścić ledwie dwie pary. Mimo to udawało nam się uniknąć tłoku. Może ze względu na doświadczenie, tak życiowe jak i pobytowe: My zajmowaliśmy nasz lokal przez tydzień, gdy pozostali gości rzadko zatrzymywali się na dłużej niż dwie noce. Zawsze udawało nam się przyjść do naszego podniebnego azylu w momencie, gdy przynajmniej jego połowa była do naszej dyspozycji.

Oj, idzie na burzę!

Komiža prócz niewątpliwych wartości krajobrazowo-architektonicznych zaskoczyła nas kilkoma aspektami swojej oferty turystycznej. Choć epidemia zamkniętych kościelnych odrzwi nie jest w Chorwacji tak rozwinięta jak w Polsce, to, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach i obiektach nieuznawanych za zabytkowe zdarzało nam się pocałować klamkę. Tymczasem w trakcie ostatniej wizyty zetknęliśmy się z zasadą, iż każda świątynia miała określone godziny zwiedzania. Przy tym na każdej była informacja dotycząca wszystkich kościołów w mieście. Bardzo to ułatwiało planowanie ich odwiedzania. Komiža była też pierwszym miastem tej wielkości, gdzie prócz croissanta do porannej kawy można było zamówić cały zestaw śniadaniowy. W końcu, co też dotychczas było domeną większych miast, w miasteczku funkcjonuje regularna cukiernia, czyli przybytek w potocznej świadomości łączony z atmosferą i ofertą kawiarni w duchu habsburskim, a nie dalmatyńskim. Wszystkie te obserwacje mogą wynikać z wyjątkowości Komižy, ale mogą też być wynikiem zmian zachodzących w społeczeństwie i gospodarce chorwackiej. Przez długie lata sektor turystyczny Dalmacji zasilany był latem przez pracowników sezonowych z głębi lądu i większych miast. W tym roku, po raz pierwszy, zaobserwowaliśmy, że w gastronomii i hotelarstwie coraz więcej pozycji zajmują migranci, często pochodzenia azjatyckiego. Że jest to fenomen nie tylko komižski, ale ogólno chorwacki i ma charakter masowy, przekonaliśmy się podczas krótkiej wizyty na wyspie Krk, gdzie pod logo znanej sieci hotelowej funkcjonował hotel pracowniczy, a wokół niego odpoczywało sporo pracowników o egzotycznej powierzchowności. Cóż, jest to pewnie sposób na utrzymanie w miarę przystępnej oferty cenowej tej sieci.

Pisanie o chorwackiej gastronomii to zadanie miłe, bo karmi ona smacznie i zdrowo, ale równocześnie trudne, bo jak tu wskazać, która restauracja przewyższa inne i w jakim obszarze? W pobliżu naszej kamicy na wysuniętym w morze przylądku znajdowało się skupisko trzech restauracji. Jedna z nich chlubiła się faktem, że kilka scen do filmu Mamma Mia 2 było kręconych właśnie pod jej dachem. Poza tym znajdował się ona w historycznym budynku przechowywania i przygotowania do eksportu złowionych homarów. Nic dziwnego, że stanowią one i dzisiaj podstawę restauracyjnego menu. Po zrobieniu rezerwacji stolika (UWAGA: z dwudniowym wyprzedzeniem!) i my skusiliśmy się na owe frykasy. W ten sposób pobiliśmy życiowy rekord wysokości restauracyjnego rachunku. Czy homar był tego wart? Być może. Natomiast widok na komižski port w promieniach zachodzącego słońca na pewno.

Gdy przed laty jeździliśmy do Chorwacji z małoletnimi córkami zazwyczaj unikaliśmy zatłoczonych plaż szukając dzikich skrawków wybrzeża oddalonych sporo od siedzib ludzkich. Zauważyłem, że w ostatnich latach coraz częściej wystarczają nam plaże miejskie i, o zgrozo!, oznakowane kąpieliska. Stosunkowo nowym zjawiskiem w naszym sposobie letniego wypoczynku jest też wykupywanie dodatkowo płatnych atrakcji. Może po prostu już nas na nie stać, a może zaczęliśmy cenić swój czas i nie chcemy go nadmiernie tracić na samodzielne organizowanie każdej minuty wakacji. Samochód też miał dłuższy odpoczynek. Przez cały tydzień wyjechaliśmy z parkingu tylko raz, by odwiedzić stolicę wyspy – miasto Vis. Trafiliśmy na załamanie pogody, przez co trudno powiedzieć byśmy je dobrze poznali. Za to w odwiedzonej restauracji, gdzie byliśmy jedynymi klientami, nie dość, że pogadaliśmy sobie z panią właścicielką to jeszcze dostaliśmy nie przewidziany w karcie talerz owoców morza, który okazał się przepyszny. To wydarzenie spowodowal, że odżyla we mnie pokusa przyjazdu do Chorwacji poza sezonem letnim, tym samym nawiązując do naszej pierwszej wizyty w tym kraju, tej samej, z której powrotna droga wiodła przez Bawarię i pensjonat zaspanego Steffla.

Kategorie
Chorwacja

O ryzyku wyboru niewłaściwego małżonka oraz antyfaszyzmie bez faszyzmu czyli rozważania o historii nad Adriatykiem

Dojeżdżając do Zadaru od Maslenickiego Mostu nad kanałem łączącym Morze Novigradzkie z Kanałem Welebickim mija się miejscowość o nazwie Islam Latinski. Sąsiaduje ona z wsią o nazwie Islam Grčki. Taki nazewniczy oksymoron zwrócił moją uwagę. Poszperawszy po Internecie dowiedziałem się, że miejscowości te wzięły nazwy od fortu założonego w 1577 roku, na granicy zasięgu państwa tureckiego, o symbolicznej nazwie Sedd-i Islam, czyli wał lub mur Islamu. Pomimo, że po siedemdziesięciu latach Turcy zostali wyparci przez Wenecjan, nazwa nie została zmieniona, z czasem dodano tylko przymiotnik wskazujący kto zamieszkiwał poszczególne części wsi. Oczywiście, owymi Łacinnikami byli współcześni Chorwaci, a Grekami – Serbowie. Słuszność tych nazw potwierdzał jeszcze spis ludności z 1991 roku. Potem Jugosławię rozdarły na części konflikty etniczne. Przez dwa lata okolice były opanowane przez serbskich zwolenników ancient regime, potem wróciły w ręce chorwackie. Ostateczny rezultat konfliktu – powstanie państwa chorwackiego – spowodował demograficzny upadek Greckiego Islamu. Dzisiaj mieszka w nim ok. 13% liczby mieszkańców, porównując do danych z 1991 roku. Koincydencja z ówczesną liczbą mieszkańców pochodzenia innego, niż serbskie rzuca się w oczy.

Po raz drugi w naszych prawie corocznych wizytach w Chorwacji zmuszeni zostaliśmy do skorzystania z usług miejscowej pomocy drogowej. Podjechaliśmy zobaczyć kościół i klasztor Franciszkanów w miejscowości Donji Karin (o czym poniżej). Dojechaliśmy bez problemu, ale ruszyć w drogę powrotną już nie zdołaliśmy. Na szczęście miejscowy mechanik potrafił przywrócić automobil, zwany w naszej rodzinie Orką, do życia. Jak to obecnie bywa, zawiodła nie mechanika, lecz elektronika. Pamiątką po tej przygodzie jest język chorwacki, w którym próbuje się z nami komunikować komputer pokładowy. Córka, a także wspólniczka, właściciela warsztatu władała dobrym angielskim, co pozwoliło nam porozmawiać, gdy podwoziła nas swoim samochodem na miejsca odbioru Orki. Dowiedzieliśmy się, że rodzina przyjechała do Krajiny ze Slawonii, czyli pn.-wsch. krańca Chorwacji. Tereny te były w faktycznym władaniu Serbii do 1998 roku. Chorwacka rodzina, będąca uchodźcami wojennymi, przeniosła się do odzyskanej już w 1995 roku Krajiny, prawdopodobnie zajmując dom również uchodźców – serbskich. Trudno jest znaleźć wiele informacji na temat skali migracji wywołanej konfliktem serbsko-chorwackim. Temat był poruszany w mediach przez może dekadę po ustaniu działań zbrojnych. Ostatnio można się natknąć, co najwyżej, na przyczynkarskiej natury doniesienia o osobach (zazwyczaj Serbach), które, wbrew wszystkim przeszkodom, postanowiły wrócić do rodzinnego regionu w Chorwacji i im się powiodło.

Przeciętny turysta nie ma wielu okazji dotrzeć do informacji o burzliwej przeszłości regionu, w którym wypoczywa. Od czasu uniewinnienia w roku 2012 przez izbę apelacyjną Trybunału Haskiego generała Ante Gotoviny od zarzutów zbrodni wojennych, jego podobizny zniknęły ze straganów z pamiątkami. Nadmierne rozpamiętywanie traumatycznej historii nie sprzyjałoby zachęcaniu cudzoziemców do spędzania wakacji nad Adriatykiem. Dzięki przypadkowemu spotkaniu i egzotycznym nazwom podzadarskich miejscowości temat ten niespodziewanie dotarł do naszej świadomości. Ale, żeby była jasność! W trakcie rozmowy z naszą miłą szoferką poruszaliśmy raczej kwestie różnic w wymowie i słownictwie między mieszkańcami obydwu znanych jej części Chorwacji. Choć nie wyobraża ona sobie życia z daleka od morza, to jednak idealizowała daleką Slawonię, twierdząc, że gdyby nasz samochód miał awarię tamże, otrzymalibyśmy, nie tylko pomoc fachową, ale i doświadczylibyśmy gościnności i serdeczności ze strony mieszkańców. 

Tego roku podróżowaliśmy po Chorwacji we trójkę, z Podziomkiem i moją Siostrą. Chcieliśmy pokazać jej miejsca warte odwiedzenia, a bliskie naszemu sercu. Tak trafiliśmy do Novigradu w Żupanii Zadarskiej. Podczas zeszłorocznych wakacji spędziliśmy weekend w Ribnicy nad Morzem Novigradskim. Dwie wizyty w Novigradzie wystarczyły wówczas, by zakochać się w tym miasteczku. Malownicze położenie wzdłuż północnego brzegu esowatych kształtów kanału, wcinającego się głęboko w ląd, jego drugi brzeg porośnięty gęstym lasem sosnowym, ruiny zamku górujące wysoko nad miastem, kilka doprawdy niezłych restauracji i winiarni oraz kawiarnia serwująca najlepsze lody w okolicy, były wystarczającym powodem. Do tego dodać trzeba bogatą historię, w której główną rolę gra piastowskiej krwi Elżbieta Bośniaczka, żona Ludwika Węgierskiego i matka polskiego króla (to nie przejęzyczenie!) Jadwigi Andegaweńskiej, poślubionej Władysławowi Jagielle. Piękna i ambitna Elżbieta, po śmierci swego królewskiego małżonka – Ludwika rządziła, jako regentka, Królestwem Węgier. Starała się lawirować między Luksemburczykami i Andegawenami, którzy rościli sobie prawo do tronu św. Stefana. Przedstawiciel tych ostatnich – Karol, król Neapolu, koronował się na władcę Węgier nie zważając na to, że córka Elżbiety, a siostra Jadwigi, królewna Maria, została poślubiona przez Zygmunta Luksemburskiego, co wiązało się z obietnicą objęcia tronu u boku małżonki. Po niespełna dwóch miesiącach na tronie, Andegaweńczyk został jednak zamordowany z rozkazu Elżbiety. To nie umocniło jednak pozycji obydwu pań, jako władczyń państwa węgierskiego. Zwolennicy zamordowanego króla pojmali je i uwięzili na zamku w Novigradzie. Chcieli je wysłać do Neapolu, lecz Wenecja zarządziła morską blokadę, a od strony lądu zamek otoczyły siły rozwścieczonego luksemburskiego małżonka Marii. Otwartym pytaniem pozostaje, gdzie wcześniej przebywał i dlaczego nie było go u boku Marii w momencie jej porwania. Zdeterminowani obrońcy zamku udusili Elżbietę, podobno na oczach córki, a jej ciało wywiesili na murach. Nic im to jednak nie pomogło! Zygmunt zdobył zamek i odzyskał prawowitą małżonkę.

Czyli, bywało tu i światowo i dramatycznie. Obecnie jest już tylko malowniczo i spokojnie. Owszem, docierają tu turyści, ale w liczbie ograniczonej. Morze Novigradskie nie jest chyba uważane za pełnoprawną część Adriatyku, choć na nabrzeżu cumują jachty z różnych stron świata, a największy z nich pływa nawet pod polską banderą. My mieszkaliśmy w dolinie będącej przedłużeniem biegnącego przez Novigrad kanału. Teraz jej dno jest suche, ale nie zawsze tak bywało. Miejscowe muzeum, ulokowane w budynku dawnej spółdzielni rybackiej (brzmi może nie zachęcająco, ale budynek ma 250 letnią historię), o nazwie Dežderatovica, ma w swej kolekcji fotografię z czasów I Wojny Światowej, gdy w Novigradzie przed niebezpieczeństwem ataku chroniły się jednostki Cesarsko-Królewskiej Marynarki Wojennej, jak i statki handlowe. Ponad stłoczonymi w kanale kadłubami statków, ich masztami i kominami, widać, że morze sięgało znacznie dalej w głąb doliny. Nawiasem mówiąc, w muzeum byliśmy jedynymi gośćmi, dzięki czemu, w cenie biletu uzyskaliśmy też oprowadzenie po wystawie przez sympatyczną pracownicę tego przybytku kultury. 

Program każdego naszego dnia w Novigradzie był podobny. Po śniadaniu – sesja plażowa i kąpiele w morzu. Potem sjesta, a po małym co nieco, wyjazd do sąsiednich atrakcji turystycznych. W ten sposób odwiedziliśmy Zadar, Nin i Pag. Oczywiście, taki dwu-trzygodzinny wypad wystarczał na pospacerowanie główną ulicą, odwiedzenie najciekawszego kościoła i zjedzenie późnego obiadu w restauracji z ładnym widokiem na morze. Z takiego programu, nie tylko za sprawą awarii samochodu, wyłamała się nasza wizyta w Donji Karin. Tamtejszy klasztor franciszkański zachwyca położeniem nad ujściem niewielkiej rzeki do Morza Karinskiego. Budowla z białego kamienia, z wyniosłą wieżą, wznosi się ponad otaczającymi ją, nieco zdziczałymi, sadami oliwnymi i figowymi. Choć klasztor ma kilkusetletnią historię i zachował historyczne rozplanowanie, to wnętrza, szczególnie kościoła, mają zadziwiająco oszczędny i nowoczesny wystrój. Ten paradoks wytłumaczył nam napotkany w wirydarzu braciszek zakonny. Otóż, w trakcie stosunkowo krótkiej obecności w okolicy wojsk serbskich, zdołały one w metodyczny sposób złupić i zdemolować świątynię. Umieszczone na ścianach klasztoru fotografie poświadczały, że sytuacja ta nie była, niestety, wyjątkiem, lecz normą. W ten sposób naocznie przekonałem się o kolejnym przejawie barbarzyństwa, które towarzyszyło chorwacko-serbskiemu konfliktowi, a którego skutki trwają nadal.

Widok z restauracyjnego tarasu mógł zaspokoić wszelakie estetyczne potrzeby. Nie chodzi, oczywiście, o skróconą perspektywę nadmorskiego deptaka pełnego turystów i budek z wątpliwymi jakościowo pamiątkami. Po wschodniej stronie zatoki kolejne rzędy domów wspinają się po stromych zboczach, aż po szczytowe wypłaszczenie istryjskiego płaskowyżu. Po zachodniej – spadające ku zatoce stoki skrywa sosnowy las. Tylko gdzieniegdzie uległ on przerzedzeniu. Na takiej polance widać znacznych rozmiarów ruiny dawnego terminalu, z którego wywożono statkami minerały wydobywane w głębi półwyspu. Ku południowi horyzont zamykają górzyste wyspy Cres i Losinj, natomiast z przeciwnej strony, wysoko na wzgórzach, widoczne są dachy i wieże miasteczka Labin. Jest to klasyczne istryjskie miasteczko rozłożone na szczycie wzgórza. Wyróżnia się jednak spośród innych, podobnych, posiadaniem dzielnic położonych niżej, gdzie mieszkali i pracowali górnicy wydobywający, do 1988 roku, węgiel i boksyty. Rabac, w którym zatrzymaliśmy się na kilka dni przed wizytą w Novigradzie, w dawnych czasach był portem dla Labina i na stałe zamieszkiwali tam tylko nieliczni rybacy. Wąska i kręta droga wystarczała dla transportu ryb i owoców morza, ale była zbyt niebezpieczna dla ciężkich pojazdów zwożących kopalniany urobek. Dlatego miasto i terminal nad zatoką połączono towarową kolejką linową.

Odpoczynek przy lodach i drinku na labinskim rynku dostarczał wrażeń podobnych, jak w każdym innym historycznym, istryjskim miasteczku. Była loggia, pod której arkadami kupcy mogli rozkładać swój towar, a heroldzi obwieszczać ważne dla mieszkańców ogłoszenia. Były zdobione rzeźbami bramy, wystawne pałace i wiekowe kamienice z kruszejącymi tynkami. Ponad dachami widać było wyniosłą wieżę zegarową i jeszcze wyższą dzwonnicę. Jednak, miejsce to wyróżniało się na tle innych powenecjańskich placów. Położenie Labina powoduje, że główna droga samochodowa wspina się na centralne wzgórze i przecina rynek, a pojazdy lawirują wśród pieszych. Dodatkowo, główny plac miasta jest położony poza murami miejskimi. Żeby było jeszcze ciekawiej, kierowcy chcący się zatrzymać, mogą z tego placu, wprawdzie mając specjalne zezwolenie lub 66 Euro do zbycia, wjechać na parking położony na miejskich wałach. Oczywiście piesi za wejście nie płacą, chociaż z platformy murów ozdobionych starymi armatami rozciągają się piękne panoramy na znaczną część Istrii, zatokę Rijecką oraz najwyższy na całym półwyspie, sięgający 1400 m npm, masyw górski Ućka, zwieńczony biała kopułą przekaźnika radiowo-telewizyjnego na szczycie Vojaka.

Z nieoczywistych atrakcji miasteczka trzeba wymienić, położoną w nowej części, wieżę windową nad dawnym kopalnianym szybem. Do jej podnóża nie dotarliśmy, ale mogliśmy ją podziwiać z różnych miejsc widokowych Starego Miasta. Byliśmy za to w położonej nieopodal hali targowej, czyli po chorwacku – Tržnicy. Nazwa ta stosuje się zarówno do rozmaitej architektury zadaszonych obiektów handlowych (np. w Labinie), jak i do małych placyków (np. w Novigradzie), na których sprzedawane są wszelakie płody rolne. My z Podziomkiem uwielbiamy widoki, zapachy i atmosferę takich targowisk. To w Labinie, ma dwa poziomy oraz wydzieloną specjalną salę do sprzedaży ryb i innych morsko pachnących stworzeń. Każdy może tam znaleźć coś dla siebie. Dla mnie były to sery i pieczywo, dla Podziomka – barwne warzywa, owoce i oliwa. No i doświadczyliśmy – a jakże – poczęstunku śliwowicą przy okazji banalnego zakupu fig i innych owoców. Prawdziwym koneserom miejskich atrakcji rekomenduję wizytę w dziewięćdziesięcioletniej toalecie publicznej, ukrytej za flankującym wjazd na rynek, Krągłym Bastionem. Jest to przybytek jednostanowiskowy, w typie tureckim (kucanym), ukryty za betonową, obłą, umiarkowanie zdobioną obudową. Wyglądał na nieużywany. Nie wnikając w przyczyny tego stanu rzeczy, uznaliśmy, że to dobrze. Obecnie można bowiem skupić się na architekturze i koncepcji użytkowej obiektu, bez nadmiernego podrażnienia zmysłu węchu.

Labin jest jednym z wielu istryjskich miast położonych na szczycie wzgórza (ach jak cenię sobie zwięzłość angielskiego określenia hilltop towns). Być może, konkurencja pod względem atrakcyjności z innymi miasteczkami powoduje, że nie znajduje ono uznania wśród autorów przewodników turystycznych. Częściej, niż o jego zabytkach i wiekowej historii, wzmiankuje się o robotniczym powstaniu i miesięcznych rządach rewolucyjnej Republiki Labińskiej. Miały one miejsce wczesną wiosną 1921 roku. Lata, które nastąpiły bezpośrednio po zamilknięciu dział na frontach I Wojny Światowej, były w całej Europie bardzo trudne. Zmiany granic, polityczna niestabilność, szalejąca inflacja oraz problemy natury sanitarno-zdrowotnej, zachęcały do poszukiwania radykalnych rozwiązań. Górnikom labińskim atrakcyjne wydawały się propozycje komunistów, którzy dodatkowo umiejętnie rozgrywali sprzeczności pomiędzy chorwackimi pracownikami, a włosko-węgierskimi właścicielami kopalni. W każdym razie, robotnicy wygnali kierownictwo oraz mizernej wielkości lokalne siły porządkowe i zaczęli wdrażać w życie komunistyczna utopię. Jej kres położyło przybycie wojsk włoskich. Ofiary nie były zbyt liczne, a represje nadmiernie uciążliwe, sądząc z tego, że wśród ofiar wymienia się robotnika, który jako członek Czerwonej Gwardii, pełnił w deszczową noc wartę, w trakcie której przemókł, przeziębił się i w rezultacie umarł. 

Za czasów titowskiej Jugosławii, rządzący komuniści, którzy kochali uwiarygodniać się, jako jedyni prawdziwi przeciwnicy faszyzmu, okrzyknęli to wydarzenie pierwszym antyfaszystowskim powstaniem na świecie. Wprawdzie Mussolini doszedł do władzy we Włoszech dopiero półtora roku później, ale tłumaczono, że miejscowe władze i kierownictwo kopalni, nie będąc formalnie członkami ruchu faszystowskiego, stosowały w istocie faszystowskie metody rządzenia. Niepodległa Chorwacja, akcentując bardziej narodowe, niż klasowe, podłoże konfliktu, nadal podtrzymuje pamięć o powstaniu. W samym Labinie jest wiele pomników i tablic pamiątkowych odwołujących się, nie tyle do wydarzeń z 1921 roku, ile do szeroko rozumianej walki o sprawiedliwość społeczną i prawa narodowe.

Formuła naszego pobytu, z licznymi wizytami w okolicznych miejscowościach powodowała, że odwiedzaliśmy też różne restauracje. A w Novigradzie kilkakrotnie sami przygotowaliśmy sobie śródziemnomorski obiadek. W tej sytuacji, za warte wspomnienia uznałem jedynie lokale odwiedzone przez nas więcej, niż jeden raz. W Rabacu była to kafejka przy promenadzie, w której do porannej kawy można było spożyć wypieki przyniesione osobiście z sąsiedniej piekarni. Wspomniana wyżej lodziarnia w Novigradzie trzyma nadal wysoki poziom, a pani obsługująca rozpoznaje stałych klientów i zaskakująco szybko akceptuje ich dziwactwa, takie, jak indywidualne mieszanie espresso z tonikiem. Wreszcie, restauracja z widokiem na zakole kanału i jego, zdobny stawą (miniaturową latarnią) wylot na Novigradsko More, prócz serwowania pysznych dań kuchni dalmatyńskiej, ma z mojej perspektywy dwa plusy: pierwszym jest fakt, że w talerzu płodów morza uwzględnia tuńczyka, a drugim – że delektując się wspaniałymi daniami, można obserwować nie tylko mewy, ale i regularnie latające nad kanałem czaple nadobne.

Moja Siostra należy do niezbyt pływającej części rodziny. Dlatego na pławienie się w wodach Adriatyku wybieraliśmy zorganizowane kąpieliska. Jak wspomniałem, gości latoś było jakby mniej, przez co na plażach nie odczuwało się tłoku. Mimo to, dla Podziomka i dla mnie, wybierających dotychczas dzikie kąpieliska lub plaże “za pse”, była to dramatyczna odmiana. Jednak nawet w tych dniach, w których Siostra nie towarzyszyła nam na plaży, nie próbowaliśmy szukać niczego nowego. W obezwładniającym upale docenialiśmy korzyści dotychczasowego miejsca. Czy miała tu znaczenie kwestia wzrastającej z wiekiem potrzeby wygody, czy wymogi rekonwalescencji poszczególnych uczestników wycieczki, czy też bliskość beach baru i przebieralni, trudno przesądzić. W każdym razie, z kronikarskiego obowiązku odnotowuję tę zmianę naszych preferencji w sprawach kąpielowych. A otwartość na zmiany, w przypadku podróżników klasy 60+, oceniam jako wartość niewątpliwie pozytywną.

Kategorie
Polska

W podgorzowskich lasach czyli gdzie Stary Fryc armaty rychtował

Jadąc autostradą A2 w kierunku granicy z Niemcami jeszcze przed opuszczeniem Wielkopolski dotychczasowy krajobraz ulega zmianie: miejsce rozległych pól uprawnych zajmują lasy, które, z niewielkimi przerwami, ciągną się aż do Świecka. Że są one ważnym elementem miejscowych ekosystemów oraz miejscem zamieszkania rozlicznej zwierzyny świadczy ilość ponaddrogowych przejść dla zwierząt. Zdarza mi się, dla urozmaicenia podróży, prowadzenie prostych badań statystycznych: A to, zwłaszcza zimą, liczę ilość myszołowów na przydrożnych płotach i słupkach, a to ilość obiektów infrastruktury drogowej. No i w przypadku mostów dla zwierząt, na tym odcinku autostrady, doliczyłem się trzynastu. Wiem, że prowadzone są badania intensywności ruchu zwierząt na tych przejściach. Byłoby super ciekawe móc obserwować ten ruch z zainstalowanych na mostach kamerek.

Powierzchnia województwa lubuskiego, ku zaskoczeniu mieszkańców centralnej Polski, jest w połowie pokryta lasami. Nie są to może puszcze na miarę Białowieskiej, Augustowskiej czy lasów karpackich, ale wskaźnik ten, zwłaszcza na tle ogólnopolskiej średniej – 29,6%, robi wrażenie. Ta oczywista konstatacja przemknęła mi przez głowę w drodze z Gorzowa Wielkopolskiego do Santoczna. Tereny rolnicze dominowały tylko do pierwszej podgorzowskiej wsi Różanki. Potem wjeżdżało się w las, w którym, niczym wyspy na morzu, ulokowane były poszczególne miejscowości. Santoczno położone jest na uboczu. Nie przy głównej drodze z Gorzowa do Wałcza, nawet nie przy powiatówce łączącej Zdroisko z Dankowem, ale kilkaset metrów w bok od tej ostatniej. Po prawdzie z braku oficjalnego, zielonego kierunkowskazu dwa zjazdy do wsi można łatwo pominąć. A byłoby czego żałować!

Lubuskie lasy

Pierwszym wrażeniem kierowcy i pasażerów wjeżdżających do Santoczna pojazdów to odgłos kół toczących się po brukowanych ulicach. Są one wyłożone czy to kostką granitową  czy to wręcz kocimi łbami. Natychmiast przypomniała mi się opinia burmistrza podlaskiego Tykocina z początków XXI wieku, który zamierzał taką nawierzchnię pokryć równiutkim asfaltem szermując mieszaniną argumentów odwołujących się do wygody kierowców i mieszkańców oraz skojarzeniem kocich łbów z wiejskością, co w świetle świeżo odzyskanych praw miejskich było wspomnieniem bolesnym. W przypadku Santoczna dla polskiej ludności napływającej tu po 1945 roku takie utwardzenie dróg było, co do zasady, oznaką postępu i nowoczesności. W późniejszych latach położenie z dala od głównych traktów komunikacyjnych nie generowało parcia do unowocześnienia nawierzchni, a popyt wewnętrzny ze strony skromnej liczby mieszkańców, która nigdy za polskich czasów nie osiągnęła ⅓ liczby przedwojennej ludności, musiał być też nikły. W końcu z postępującą zmianą funkcji na wieś letniskową brukowane uliczki stały się nie problemem, ale zaletą dodającą malowniczości i swoistego charakteru Santocznu.

Miejscowość nigdy nie miała charakteru rolniczego. Od połowy XVII wieku na rzeczce o nazwie Zanze powstał młyn. Co miałby tam mielić, gdy w okolicy nie było ziem uprawnych pozostaje kwestią otwartą. Być może, ze względu na lesistość okolicy, siła wody napędzała trak, czyli piłę używaną do cięcia pni drzew na długie i grube belki. Jak było, tak było, tym niemniej rzeczka, nosząca obecnie tą samą nazwę co miejscowość, jest w samym centrum spiętrzona i kilkoma kaskadami pokonuje przeszkody na swojej drodze do Warty. Na miejscu młyna wznoszą się obecnie bardziej współczesne zabudowania, a szum spadającej kaskadami wody nadaje Santocznu bez mała podgórskiego sznytu.

Obrazki z Santoczna

W 1762 roku, po szczęśliwym dla Prus, wycofaniu się Rosji z udziału w wojnie siedmioletniej, Fryderyk Wielki zdecydował o wzmocnieniu państwa poprzez wspieranie jego rozwoju gospodarczo-cywilizacyjnego. W tym celu zlecił Franzowi Balthasarowi Schönberg von Brenkenhoff przeprowadzenie akcji kolonizacyjnej m. in. w zmeliorowanej na ten cel dolinie Noteci i Warty. Oprócz sprowadzania kolonistów urzędnik ten zasłynął budową Kanału Bydgoskiego oraz tworzeniem zrębów przemysłu na tym obszarze.  Korzystając z energii wodnej oraz dostępności węgla drzewnego przy młynie powstała w 1765 roku huta żelaza, a wokół niej rozwinęło się osiedle fabryczne, które od rzeki wzięło nazwę Zanzhausen. W hucie tej odlano elementy pierwszej niemieckiej maszyny parowej, a już na pewno części do armat, których ogień bezlitośnie wspierał działania pruskiej piechoty. Choć huta już z początkiem XIX wieku okazała się ekonomicznie niewydajna to jednak różne formy obróbki metali trwały w Zanzhausen aż do 1945 roku. Dzisiejsze Santoczno było więc w swej historii głównie osadą fabryczną.

Jak w takich warunkach odnaleźli się przesiedleńcy z Wileńszczyzny, którzy, może poza kowalami, nie potrafili ocenić zastanych na miejscu warsztatów i technologii, trudno orzec. Nie zajmowali się chyba uprawą roli, jakąś pracę mogło dawać leśnictwo lub rybołówstwo. W ostatnich latach liczba mieszkańców wsi się zwiększa gdyż, oprócz roli podmiejskiego letniska, Santoczno zaczyna przyciągać też mieszczuchów spragnionych świeżego powietrza i śpiewu ptaków o świcie. W każdym razie, ani przesiedleńcy ze wschodu, ani miejskie pięknoduchy nie poczynili tu, tak przestrzennie jak i krajobrazowo, większych szkód. Nadal w zabudowie przeważają nieduże, tradycyjne domy ze spadzistymi dachami. Zabudowa nowsza owszem jest, ale nie dominuje, bo została zlokalizowana na obrzeżach miejscowości. Być może rolę swoistego, architektonicznego odgromnika, pełni pobliskie osiedle letniskowe o nazwie Rybakowo. Tam inwestorzy mogli dać upust fantazji, nie ograniczani sąsiedztwem pozostawionej na uboczu tradycyjnej zabudowy.

Ponieważ historia Santoczna nie jest długa nie ma tu wielu zabytków. Najciekawszy jest kościół z pruskiego muru z wieżą dostawioną, oryginalnie, z boku głównej osi budynku. Wielkie drewniane wrota, nie będące obecnie wejściem do kościoła, zdradzają, że obiekt pełnił niegdyś inne funkcje. Jest to dawny magazyn wyrobów hutniczych, do którego musiały wjeżdżać celem załadunku duże rozmiarowo wozy. Wnętrze nie jest na codzień dostępne, co w tym przypadku jest o tyle zrozumiałe, że ksiądz mieszka na plebanii za lasem, we wspomnianych Różankach. Przez okna widać, że z czasów gdy służył luteranom zachowano, obiegające wkoło nawę, empory. Niestety, całkowicie sprzeczna z formami liturgii rzymskokatolickiej kazalnica ołtarzowa został rozebrana. Stary cmentarz ewangelicki mieścił się na niewielkim wzgórzu po zachodniej stronie rzeki, w pobliżu mostu i młyna. Dzisiaj jest pokryty gąszczem zdziczałej roślinności. Zachowane nagrobki przeniesione jednak bliżej drogi gdzie urządzono swoiste lapidarium. Współczesny, acz założony jeszcze w czasach niemieckich, cmentarz znajduje się pod lasem za domostwami w pn.-zach. części Santoczna.  Miejscowość stanowi kapitalny punkt wypadów do lasów i rozsianych wśród nich niewielkich jezior. Podpiętrzona rzeka snuje się urokliwie wśród położonych na brzegu domów, z których prawie każdy dysponuje własnym pomostem i łódką. Nieco w górę jej biegu rozciąga się niewielkie, ale malownicze jezioro Mrowinko. Komu niestraszne komary, może tu na pewno ciekawie spędzić czas.

Jako baza wypadowa Santoczno służy eksploracji Pojezierza Myśliborskiego. My wybraliśmy się do Barlinka i Myśliborza, w każdym przypadku starając się zaliczyć prócz samego miasta także jakąś okoliczną atrakcję. Do miejscowości Równo przyciągnęłą nas nazwa znajdującego się w pobliżu rezerwatu “Skalisty Jar Libberta”. Na polskim niżu wszak trudno napotkać prawdziwe skałki. Niby to tylko piaskowce i zlepieńce, w dodatku czwartorzędowe, czyli w skali geologicznej bardzo młode, niby o wysokości ledwo 2,5 metra, ale jedyne na terenie całego województwa zachodniopomorskiego. Słowem miejsce kusiło atrakcjami, a dodatkowo chcieliśmy wypróbować nowokupione buty turystyczne Podziomka podczas spaceru w warunkach niemalże górskich. Jar wcina się bowiem na głębokość około 40 metrów w pofalowaną równinę z najwyższą w okolicy Gorzowa Wielkopolskiego kulminacją sięgająca 115 m npm. Wzmiankowany w nazwie rezerwatu Libbert był lokalnym botanikiem (pewnie nauczycielem przyrody) z pobliskich Lipian, który za czasów niemieckich pierwszy opisał to miejsce.

Samochód najlepiej zostawić na pofolwarcznym dziedzińcu w Równie, obecnie zamienionym na rodzaj wielofunkcyjnego skweru z zadbaną zielenią oraz placem zabaw.  Otaczające go zabudowania mieszkalne i gospodarcze są w stosunkowo dobrym stanie, co pozwala uniknąć uczucia przygnębienia, które atakuje mnie w wielu miejscach o podobnym przeznaczeniu i historii. Obecność huśtawek i zjeżdżalni niczym magnes przyciągnęła i zatrzymała w miejscu najmłodszego uczestnika wycieczki. Jakieś 200 metrów za ogromnym, ceglanym budynkiem stodoły w pn.-wsch. narożniku kompleksu folwarcznego widać już pasmo starego drzewostanu na krawędziach jaru. Słabo oznakowany szlak turystyczny biegnie na wschód i sprowadza do dolnej część jaru położonej u jego połączenia z główną, biegnącą południkowo, doliną, Ponieważ skałki ulokowane są w górnej części wąwozu spróbowaliśmy dostać się do nich od zachodu. No i tu trzeba się przyznać do niepowodzenia. W dół jaru nie prowadzi stamtąd żadna ścieżka. Zdołaliśmy w końcu znaleźć strome zejście mniej więcej w połowie rezerwatu. Znaleźliśmy się na dnie głębokiego parowu, którego zbocza porośnięte były liściastym lasem z przewagą buka. Widok w górę wąwozu ograniczał gęsty podrost oraz pokaźnych rozmiarów wiatrołomy. Ich obejście wymagało niejednokrotnie wspinaczki do połowy wysokości zboczy. Gdzieś wysoko, w koronach drzew szczebiotały ptaki. Za to całkiem blisko naszych ciał przenikliwie bzyczały komary. Daliśmy za wygraną i zwierzęcą ścieżką dotarliśmy na przeciwległy kraniec jaru. Z jego południowej krawędzi też nie wypatrzyliśmy skałek. Cóż, najwyraźniej trzeba ich szukać w porze, gdy natura nie daje im liściastej osłony.

Historia tragicznego lotu litewskich lotników Dariusa i Girenasa nieodmiennie przypomina wrażenia, które ogarnęły mnie przy pierwszej lekturze “Nocnego lotu” Antoine’a de Saint Exupery. Oczywiście, okoliczności obydwu zakończonych nieszczęśliwie lotów były odmienne. Podobne były tylko możliwości techniczne, ambicja pchająca ludzi do dokonywania nadzwyczajnych czynów i w końcu ich samotność w obliczu ostateczności. Rankiem 17 lipca 1933 tłumy mieszkańców Kowna oraz władze państwa litewskiego oczekiwały przylotu dwóch bohaterskich pogromców przestworzy, którzy aeroplanem o symbolicznej nazwie Lituanica dwa dni wcześniej wylecieli z Nowego Jorku. Orientacyjny termin przylotu dawno już minął, ale samolot nie pojawiał się na horyzoncie. Brakowało też wieści, by zaobserwowano go nad Polską czy Prusami Wschodnimi. W sercach oczekujących narastał niepokój. W końcu gruchnęła wiadomość: Wrak samolotu i ciała lotników znaleziono w lesie w podmyśliborskim Pszczelniku (Kuhdamm). Katastrofa zdarzyła się 36 minut po północy, gdy do celu pozostawało już tylko około 10% zaplanowanej drogi. W 1936 roku w miejscu katastrofy wzniesiono pomnik w formie krzyża Witolda Wielkiego. Bardzo ciekawe są też wykonane w litewskim stylu obiekty drewniane. Nieco dalej, w pobliżu dawnej leśniczówki, w 1989 roku ustawiono przeniesioną ze skansenu w Rumszyszkach chatę żmudzką. Podobno jest w niej jakaś wystawa, ale podczas naszej wizyty domek był zamknięty na trzy spusty. Darius i Girenas zostali bohaterami, niczym polscy lotnicy Żwirko i Wigura, a tysiące Litwinów dzięki ich śmierci dowiedziały się o istnieniu  maleńkiej niemieckiej/polskiej miejscowości pod Myśliborzem.

Upamiętnienie bohaterów katastrofy lotniczej w Pszczelniku

Barlinek, w którego polskiej nazwie, poprzez zmianę jednej litery, starano się ukryć jakiekolwiek odniesienia do stolicy Niemiec już w trakcie pierwszej wizyty przed blisko 30 laty wywarł na mnie korzystne wrażenie. Mimo upływu lat wszyscy uczestnicy wycieczki podzielili ten pogląd. Mały Berlin, dzielący z tym wielkim nadjeziorne położenie, to atrakcyjne i zadbane miasteczko. Malowniczości dodaje mu położenie w otoczonej lasami kotlinie zajętej pośrodku przez obszerne Jezioro Barlineckie. Całkiem długa historia nie znajduje odzwierciedlenia w wybitnych osiągnięciach architektonicznych. Ot, jeden monumentalny kościół pw. Niepokalanego Serca NMP z korzeniami gotyckimi, kilka młodszych i mniejszych świątyń, w tym jedna służąca obecnie wspólnocie prawosławnej, kilka zadbanych kamienic i fragment murów miejskich to jednak nie wszystko co Barlinek ma do zaoferowania. Jest jeszcze fontanna na rynku z wdzięczną figurką Gęsiareczki oraz Pałacyk Cebulowy na północnym krańcu jeziora. Ostatni, nazwany tak ze względu na formę zwieńczenia narożnych wieżyc, a będący de facto willą bogatego mieszczanina czy przedsiębiorcy o nazwisku Dülfer, ma architekturę tak ekspresyjną, że inspirowała ona powstanie legend miejskich o pomieszkiwaniu w nim kochanek Göringa, Himmlera czy nawet samego (skądinąd znanego z dosyć ascetycznego stylu życia) Hitlera. Jednak najwięcej uroku miasteczku nadają położone nad jeziorem tereny zielone, gdzie oprócz spacerów można też poćwiczyć sprawność fizyczną z pięknymi widokami na okolicę.

Myślibórz rekomenduje się dłuższą i bardziej chwalebną metryką. Przez prawie 240 lat był stolicą Nowej Marchii czyli zaodrzańskiej (z punktu widzenia centrali) części państwa brandenburskiego. Skutkowało to powstaniem nie tylko murów miejskich, ale i większej ilości świątyń oraz większą reprezentacyjnością obiektów publicznych np. wzniesionego przez wspomnianego wcześniej von Brenkenhoffa ratusza. Obiekty te, w większości zachowane, oraz nadjeziorne położenie predestynują miasteczko do odgrywania roli lokalnego centrum turystycznego. Tymczasem, Myślibórz epatuje atmosferą, nieobecnego w Barlinku, zastoju. W ciepłe, majowe popołudnie nieco ruchu panowało na plaży miejskiej oraz w rynku, gdzie dzieciarnia miejscowa i przyjezdna slalomowała między tryskającymi wodą dyszami fontanny powstałej ostatnio w ramach ogólnopolskiej mody na zwalczanie rynkowej zieleni. Krótki spacer po, częściowo zabudowanym blokami z lat 60-tych XX w., centrum to już uczta dla wszelkiej maści mizantropów. Obecność ludzka nie przeszkadza w podziwianiu Bramy Nowogrodzkiej, baszty Prochowej czy gotyckiej kaplicy św. Gertrudy. Czasem ktoś zerknął na nas zza uchylonego okna. Chociaż, przepraszam, blisko wejścia do największej świątyni miasta, kolegiaty św. Jana Chrzciciela, grupa mieszkańców sąsiedniej kamieniczki piknikowała przy ognisku zasilanym drewnem z połamanych mebli. W kaplicy św. Gertrudy złożono, przed odesłaniem na Litwę, ciała Dariusa i Girenasa. Okolicę można nazwać dzielnicą pamięci lotników, bo przed kaplicą wzniesiono upamiętnienie w postaci rozpołowionego kamienia, a pobliska szkoła nosi imię lotników i szczyci się współpracą z Litwą. Budynek szkoły wzniesiony, sądząc po formie, w latach 20/30-tych XX w. i starannie odnowiony ostatnimi czasy, zachował nad każdym z wejść rzeźbę dziewczynki trzymającej na kolanach rozłożona księgę. Co charakterystyczne obie figurki pozbawione są głów. Czyżby w obliczu zbliżającej się 80 rocznicy powrotu do Macierzy oczekiwano, że utrącone przez Polaków głowy doprawią Niemcy?

Dwuipółletnia uczestniczka nie ceniła sobie wprawdzie zwiedzania historycznych budowli i dziwów natury, ale udowodniła, że jest znakomitym kompanem w turystyce kulinarnej. Nie dane nam było odwiedzenie sympatycznie wyglądającej santoczańskiej karczmy, a to ze względu na ściśle mięsny charakter oferowanego menu. Barlinecka restauracja z widokiem na jezioro zapewniała za to znacznie bardziej urozmaicone doznania smakowe. Lodziarnio-kawiarnia przy rynku serwowała dobre lody, lecz przeciętną kawę, co jest chyba normą w takich miejscach. Za to kawiarenka na plaży w Myśliborzu potrafiła pogodzić jakość serwowanych lodów i napojów, a przy tym jej personel zaimponował nam znakomitą organizacją pracy w mikroskopijnym, kontenerowym lokaliku. Dwakroć udaliśmy się na obiad do Gorzowa. Geografia kulinarna wygląda tam tak, że ¾ lokali znajduje się między biegnąca wzdłuż Warty estakadą kolejową, a ciągiem ulic Sikorskiego i Obotryckiej. W pierwszej odwiedzanej, eleganckiej, restauracji młodociana dama tak długo i ze smakiem celebrowała swój obiadek, że w końcu męska obsługa wydawała się być gotowa już tylko na  jej wyzwanie. Na pizzę udaliśmy się natomiast do lokalu w jedynej przedwojennej kamienicy zachowanej przy rynku. Zajęliśmy stolik w ogródku od strony katedry, dzięki czemu mogliśmy oglądać i podsłuchiwać krzątające się wokół jej wieży pustułki. W pobliżu znajdowała się też kocia kawiarnia, więc gdy czas się dłużył można było przyjrzeć się przez okno tamtejszym futrzatym rezydentom. Warto tu wspomnieć, że przy gorzowskim rynku konkurują ze sobą aż trzy lodziarnie. Wybrana przez nas oferowała smaczne lody, ale nie mieliśmy siły, by porównać je z ofertą pozostałych.

Wydawałoby się, że zagubione wśród lasów Santoczno powinno być miejscem częstych spotkań człowieka z przedstawicielami świata zwierzęcego. Tymczasem oprócz kruka (za to z jajkiem w dziobie) przelatującego nad przydomowym ogródkiem oraz ptactwa wodnego nad jeziorami nie zauważyliśmy nic szczególnego. Pomimo utyskiwania środowisk łowieckich, że tradycje myśliwskie w narodzie są niszczone, polscy przedstawiciele fauny nie dają się przekonać, że, niczym na filmikach w Youtube, można bezkarnie odwiedzać ludzkie sadyby. Łatwiej jest spostrzec dziką zwierzynę z samochodu pędzącego autostradą niż podczas spaceru po lesie. Choć nie wykluczam, że gdyby w przydomowych ogródkach masowo instalowano, niczym na autostradowych wiaduktach dla zwierząt, fotopułapki rezultaty mogłyby okazać się całkiem ciekawe, a zaskakujące. Póki co miłośnicy podglądania natury podczas wyjazdów z wnuczkami muszą czerpać satysfakcję ze wspólnie odkrywanych ślimaków i innych “robaków” (w nomenklaturze najmłodszej uczestniczki słowem tym opisuje się owady bezskrzydłe).