Spacer przez centrum Wilna od katedry po Ostrą Bramę to wyjątkowe przeżycie. Różnorodna architektura, starannie utrzymane kamieniczki, ciekawe zabytki, kawiarenki i bistra pełne wielojęzycznych gości. Do tego liczne ślady wspólnej historii z czasów Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Nic dziwnego, że odpoczywając przy kawie czuliśmy się nieco uwzniośleni. Na gorąco dzieliliśmy się wrażeniami z dotychczasowego przebiegu wycieczki, gdy nagle Podziomek rzuciła: „Nie wydaje wam się, że Wilno to takie Suwałki tylko z wiekszą liczbą mieszkańców, cenniejszymi zabytkami i ogólnie wyższym poziomem życia?” Takie postawienie sprawy wywołało odruchowy sprzeciw. Jak to? Gdzie Rzym, gdzie Krym? Współstolica największego obszarowo państwa Europy porównywana do polskiej stolicy zimna, która nigdy nie dochrapała sie roli większej, niż siedziba gubernatora czy wojewody. Jednak od słowa do słowa zrozumieliśmy, że Podziomek w syntetyczny sposób uchwyciła różnice w urbanistyce na terenach należących niegdyś do Rosji, a tych będących pod władaniem Wiednia czy Berlina.
Gdy odwiedza się miasta w byłym zaborze pruskim, charakter ich zabudowy wywołuje wrażenie, że jest się w w znacznie większym skupisku ludzkim, niż wykazuje to statystyka. Wrażenie, które wywołuje większość miast dawnej Kongresówki, jest dokladnie odwrotne. Porównanie Wilna z drugim, symbolicznym dla wielu Polaków miastem, jakim jest Lwów, pokazuje z kolei różnice pomiędzy urbanistycznym obliczem stolicy rosyjskiej guberni, a głównym miastem austriackiego kraju koronnego – Galicji i Lodomerii. Upraszczając, zabudowa Lwowa jest wyższa, szersza i – mówiąc kolokwialnie – bardziej imponująca. Porównania tego rodzaju można prowadzić nie tylko wobec dziedzictwa rosyjskiej myśli urbanistycznej. „Jakieś skarlałe to miasto” skomentował mój zięć – Mariusz – po wizycie w Krakowie, poprzedzonej wycieczką do Wrocławia.


Swoiste Déjà vu przeżyliśmy podczas weekendowego wypadu do Płocka. Oczywiście celem naszego przyjazdu do stolicy polskiej chemii nie była próba potwierdzenia obserwacji dokonanych przed laty w Wilnie. Zapragnęliśmy odwiedzić nową wystawę stałą Muzeum Mazowieckiego, poświęconą epoce i sztuce Art Deco. To kolejna próba tego muzeum, wyspecjalizowania się w konkretnym rodzaju sztuki. W 2005 roku, po przeniesieniu się do nowej siedziby, wyeksponowano w niej w pełni największą w Polsce kolekcję sztuki secesyjnej. Teraz również kolekcję umieszczono w nowej siedzibie przy ulicy Kolegialnej. Google Street View umożliwia ocenę, jak wiele pracy włożono w doprowadzeniu tego budynku do obecnego stanu. Na dwóch kondygnacjach umieszczono zbiory wszelkiego rodzaju. Ku naszej radości, najliczniej reprezentowana była architektura wnętrz i sztuka użytkowa. Symbolami wizualnymi kolekcji są: jaskrawoczerwony kabriolet marki Jowett z 1926 roku oraz „Martwa natura” z antyczną rzeźbą autorstwa ikony Art Deco – Tamary Łempickiej. Multimedia w przypadku tej wystawy nie odgrywają większej roli, co nie wydawało się przeszkadzać licznym odwiedzającym ekspozycję. W każdym razie, w muzeum było ich znacznie więcej, niż w sobotnie południe można było spotkać na sąsiednich ulicach, było nie było, w samym sercu miasta.
Zdjęcia z wystawy Art Deco w Muzeum Mazowieckim
Historyczna część Płocka jest rozciągnięta wzdłuż skarpy doliny Wisły, osiągającej na terenie miasta wysokość 47 metrów ponad poziom rzeki. Poza ulicami zbiegającymi do mostu (historycznie: do przeprawy) przez Wisłę, pozostałe tworzą siatkę regularnie krzyżujących się traktów. Na planie tej części miasta są też cztery równomiernie rozmieszczone place: Stary Rynek na zachodzie, Nowy Rynek na północy, Plac Obrońców Warszawy (dawniej Kolegialny na wschodzie) i plac Narutowicza (dawniej Rynek Kanoniczny) w centrum. Taką regularność założenia miasto zawdzięcza krótkiemu okresowi zaboru pruskiego na przełomie XVIII i XIX wieku, kiedy to przygotowano plan jego rozwoju, który był następnie cierpliwie realizowany przez władze wojewódzkie i gubernialne. Najstarsza część miasta rozciąga się między Starym Rynkiem a Rynkiem Kanonicznym. W XIX wieku miasto rozwinęło się ku wschodowi i północy. Jego ówczesne granice wyznaczały cztery pary klasycystycznych rogatek, spośród których zachowały się trzy – czyli więcej, niż w Warszawie. Kolej dotarła do Płocka dopiero w międzywojniu, co przyczyniło się do rozwoju przyłączonego właśnie do miasta zawiślanego Radziwia. Później zabudowa zaczęła pełzać ku, położonemu 2,5 km na północ od centrum, dworcowi kolejowemu. Cała reszta miasta, to blokowiska z czasów petrochemicznego i wojewódzkiego awansu oraz deweloperka z okresu III Rzeczpospolitej – ważne dla mieszkańców, ale nieistotne turystycznie.
Jak to bywało z miastami obdarowanymi industrializacją w czasach PRL-u, których rozwój gwałtownie przyśpieszył, stare miasto w Płocku popadało stopniowo w niełaskę decydentów. Ilość i klasa zabytków oraz obecność gmachów użyteczności publicznej powodowały, że ciągle się tam bywało, ale w zdekapitalizowanych kamieniczkach mieszkano już tylko z przyzwyczajenia. W rezultacie, w epokę samorządności lokalnej miasto weszło ze zniszczonym centrum, upstrzonym na podobieństwo rodzynek w cieście, znaczną liczbą bardzo ciekawych i – zwłaszcza w przypadku obiektów sakralnych – nieźle zachowanych zabytków. Nawet przestrzenie w założeniu reprezentacyjne, jak zamieniona w deptak, łacząca Nowy Rynek z placem Narutowicza ulica Tumska, czy Stary Rynek z siedzibą władz miejskich, w ostatniej dekadzie XX wieku straszyły opuszczonymi domami i porosłymi chwastami działkami. Wysiłki rewitalizacyjne miasta, obejmujące nie tylko odbudowę starych domów, ale i dogęszczanie dzielnicy nową zabudową mieszkalną spowodowały, że dzisiaj coraz trudniej o takie obrazki, chociaż na Starym Rynku kilka domów ciągle czeka na inwestorów z pomysłem.
W średniowiecznym Płocku za lokalizację prestiżową uchodziła ta na krawędzi skarpy wiślanej. Tam więc stanęły: zamek książęcy, katedra, parafialny kościół św. Bartłomieja, kościół i klasztor Dominikanów, a także kolegiata św. Michała, której gotycka wieża góruje nad kompleksem najstarszej w Polsce szkoły średniej, słynnej Małachowianki oraz kościół św. Trójcy przekształcony z początkiem XIX wieku w nieistniejący już teatr miejski. Lokalizacja była na dłuższą metę ryzykowna, gdyż skarpa podmywana przez rzekę i dodatkowo obciążona wzniesionymi na niej budowlami traciła stabilność i osuwała się do Wisły. Dla ówczesnych włodarzy ważniejsze było jednak, że przynajmniej od jej strony nie musieli obawiać się najścia niepożądanych gości. Dla współczesnego turysty te okoliczności nie mają już znaczenia, natomiast przyczyniły się do powstania jednej z najatrakcyjniejszych panoram miejskich w Polsce. Widok z kratownicowego mostu Legionów Piłsudskiego, czy też z rzuconego w nurt Wisły sierpowatego kształtu mola, jest jedyny w swoim rodzaju. Podobnie zresztą jak z poprowadzonej krawędzią skarpy ścieżki spacerowej, gdzie oprócz wymienionych obiektów można podziwiać zabudowę Radziwia mającą za tło zielony pas lasów rozciągających się na południe od miasta.
Nad dzielnicą dominuje budynek elewatora zbożowego. Gmach postawiono w roku 1950 posługując się planami jeszcze sprzed I Wojny Światowej, dla których inspirację stanowiła renesansowa architektura Gdańska. W rezultacie powstał obiekt na planie krzyża, kryty czerwoną dachówką, o 13 kondygnacjach, z blendami w schodkowanych szczytach. Jak wieść gminna niesie, komunistycznych aparatczyków do nietypowej formy budynku przekonano argumentem, że będzie on w panoramie miasta przeciwwagą dla dominujących na drugim brzegu Wisły wież katedralnych. Radziwski brzeg Wisły różni się także od północnego większym urozmaiceniem. Wcinają się weń dwa kanały: jeden prowadzący do elewatora, a drugi do stoczni rzecznej. Na nabrzeżu tej ostatniej stoi nawet prawdziwy, portowy dźwig. Tak więc lekceważona, zarówno przez płocczan jak i przyjezdnych, dzielnica po drugiej stronie rzeki posiada kilka znaczących punktów orientacyjnych, mających przy tym ciekawą historię i niezaprzeczalne walory estetyczne.
Bogiem, a prawdą, wizualne zdystansowanie katedry płockiej jest marzeniem ściętej głowy. Po pierwsze, jest to jedna z największych świątyń wczesnośredniowiecznych w Polsce. Po wtóre, zlokalizowana jest na Wzgórzu Tumskim, które do jej strzelistości dodaje dodatkowe, bez mała 50 metrów wysokości. W końcu, katedra stanowi jeden kompleks z zamkiem książąt mazowieckich. Pod względem funkcjonalnym, już od końca XV wieku najwyższa wieża zamkowa pełniła funkcję katedralnej dzwonnicy, a większość obiektu zaczęła pełnić funkcje sakralne, jako opactwo benedyktynów, w 1538 roku. Katedra i zamek wznoszą się tak blisko siebie, że widziane nawet z nieznacznego oddalenia zlewają się w jeden, imponujący czerwonocegły kompleks, najeżony dwoma gotyckimi wieżami katedry, wieżą Szlachecką zamku w tym samym stylu, renesansową kopułą nad skrzyżowaniem nawy głównej i transeptu katedry oraz wieżą Zegarową zamku zwieńczoną przysadzistym barokowym hełmem. O wyposażeniu katedry możnaby napisać osobną rozprawkę. Wspomnę tu tylko o drzwiach zamówionych w XII wieku u magdeburskich ludwisarzy. Te, które widzimy wchodząc obecnie do katedry, są wykonaną przed 40 laty kopią. Oryginał znajduje się w cerkwi św. Sofii w Nowogrodzie Wielkim i istnieje multum teorii w jaki sposób i kiedy dokładnie tam trafił. Nie trzeba dodawać, że teorie polskie i rosyjskie znacząco się rozmijają, a jeszcze odmienną teorię mają badacze niemieccy, bo wszak jako przedstawiciele kraju pochodzenia drzwi, powinni wiedzieć swoje. Pod północną wieżą katedry znajduje się kaplica zwana Królewską, gdzie w marmurowym czarnym sarkofagu pochowano znalezione w 1825 roku szczątki licznych książąt mazowieckich oraz Władysława Hermana i jego syna, Bolesława Krzywoustego. Tym samym Płock jest kolejnym, obok Gniezna, Krakowa i Warszawy, miejscem pochówku władców Polski. Nie wiadomo tylko czemu w nazwie kaplicy jest określenie Królewska choć żaden z tych władców nie był koronowany na króla. Najlepiej świadczy o tym znajdujący się na szczycie sarkofagu herb książęcy – alabastrowy orzeł, pozbawiony prawa noszenia korony na głowie.




Płock chlubi się jeszcze jedną katedrą – Starokatolickim Kościołem Mariawitów. Nie wchodząc w analizę różnic doktrynalnych, mariawici byli ruchem reformatorskim wewnątrz kościoła katolickiego, który po otrzymaniu w 1906 roku papieskiego nakazu odstąpienia od swych poglądów wyewoluował w samodzielną konfesję. Ciekawostką jest, że założycielką ruchu była kobieta – Maria Kozłowska, przełożona Zgromadzenia Sióstr Mariawitek Nieustającej Adoracji Ubłagania oraz, że mistyczne objawienie, które kazało jej tworzyć ten ruch, miało miejsce w Płocku, a pierwszymi stronnikami stali się wykładowcy miejscowego seminarium duchownego. Tak więc mariawici są z pochodzenia najbardziej polskim wyznaniem chrześcijaństwa. Kompleks katedralny zbudowano w stylu neogotyckim, ale ze względu na pokrycie murów szarym, jak mariawickie sutanny, tynkiem oraz bogatą ornamentykę zewnętrznych ścian, ma nieco mauretański charakter. Trzy wyniosłe, a wąskie, wieżyce zdobione są koronami. Liczne okna u podstawy czteropołaciowej kopuły zwieńczonej sceną adoracji hostii przez anioły, zapewniają obfity dopływ światła do wnętrza. Lokalizacja katedry, przez odsunięcie o około 300 metrów od skarpy wiślanej, nie jest tak dramatyczna, jak jej rzymskokatolickiej odpowiedniczki, ale za to duża działka pozwoliła na założenie starannie utrzymanego ogrodu i rabat kwiatowych.
Kiedy służbowo odwiedzałem Płock przed ok. 25 laty, miasto nie dostarczało wielu możliwości skorzystania z posiłku, czy odpoczynku przy kawie. Pamiętam, że pewnym wydarzeniem było wtedy otwarcie Zajazdu Rybackiego nad Wisłą. W dziedzinie barystyki (pozwalam sobie zaproponować to słowo, jako poręczniejsze, niż zwrot sztuka zaparzania kawy) miasto i tak było uprzywilejowane, gdyż na deptaku swoją placówkę miał Hortex. Ściśle mówiąc, lokal określał się jako koktajl bar, ale kawę też można było tam dostać. Brak placówek gastronomicznych nie jest jednak problemem współczesnych płocczan. Nam zarekomendowano miejsce przy Grodzkiej, gdzie rzeczywiście można się zrelaksować przy kawie i miejscowych wypiekach. UWAGA: Polecana w niektórych rankingach kawiarnia przy ul. Jerozolimskiej jest mała i nie ma ogródka, więc trudno ją traktować jako miejsce na kawowe posiaduchy. W każdym razie pomysł wpadnięcia na kawę w sobotę po godzinie 14 wydaje się całkiem powszechny wśród mieszkańców i gości Płocka. A jeszcze dwie godziny wcześniej ulice były pustawe. Natomiast po kawie, publika udawała się na przechadzkę po eleganckiej promenadzie wiodącej szczytem skarpy wiślanej. Całkiem godny sposób spędzania weekendowego popołudnia!
50 km na północ od Płocka, nad Wkrą, położony jest Bieżuń. Formalnie jest miastem, ale to miejscowość balansująca na granicy miasta i wsi. Wokół niedotkniętego betonozą rynku wznoszą się domy w różnym wieku i stylach, jako cechę wspólną mające dosyć skromne rozmiary. Tymczasem na rogu ulicy Warszawskiej i rynku wznosi się kamienica przerastająca skalą wszystkie inne w miasteczku. Wystawił ją w 1906 roku kupiec Ludwik Węglewski, który wcześniej prowadził sklep delikatesowo-kolonialny w Warszawie na rogu Kruczej i Wilczej. W budynku wyglądającym niczym przeniesiony z narożnika tych stołecznych ulic, nadal prowadził sklep, ale i restaurację, a na wyższych kondygnacjach mieszkania na wynajem. Obecnie, po rozbudowie, mieści się w nim Urząd Miasta i Gminy. Na rynku, w domu o dworkowej architekturze, znalazło zaś miejsce Muzeum Małego Miasta. Cóż, bieżuniacy nie mają wątpliwości, że pomimo ekspozytury architektury wielkomiejskiej, ich miasto na mapie Polski jest tylko maleńkim punktem.
A jak pod tym względem sytuuje się Płock? Owszem, secesyjna kamienica bedąca siedzibą muzeum była na pewno, w czasach swego powstania, największym budynkiem mieszkalnym w mieście. Reszta zabudowy skalą przypomina rzeczywiście Suwałki. Pamiętać jednak trzeba, że przed I Wojną Światową oba miasta były podobnej wielkości i pełniły podobną rolę – miasta gubernialnego. Natomiast mnogość zabytków historii, monumentalność budowli, tak świeckich jak i publicznych, obfitość instytucji i inicjatyw w obszarze kultury nie pozostawiają w przypadku Płocka wątpliwości, że Suwałki tylko na pewnym etapie swej historii zbliżyły się do rangi niegdysiejszej stolicy Mazowsza, czego ślady pozostały w podobnej skali architekturze.
Płock, zachował jednak pewne cechy małego miasta. W zgodnej opinii Podziomka i mojej, zamykanie sklepów na 40-50 minut przed oficjalnie zadeklarowanymi godzinami funkcjonowania jest tego wymownym przykładem. Może wynika to jednak z faktu, że w jesienną sobotę płocczanie wolą odwiedzić wystawę lub zaznać ostatnich promieni słońca, zamiast kupować kolejny element garderoby.













































































































































































































