Kategorie
Polska

Mały czy duży, grunt, że ciekawy

Spacer przez centrum Wilna od katedry po Ostrą Bramę to wyjątkowe przeżycie. Różnorodna architektura, starannie utrzymane kamieniczki, ciekawe zabytki, kawiarenki i bistra pełne wielojęzycznych gości. Do tego liczne ślady wspólnej historii z czasów Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Nic dziwnego, że odpoczywając przy kawie czuliśmy się nieco uwzniośleni. Na gorąco dzieliliśmy się wrażeniami z dotychczasowego przebiegu wycieczki, gdy nagle Podziomek rzuciła: „Nie wydaje wam się, że Wilno to takie Suwałki tylko z wiekszą liczbą mieszkańców, cenniejszymi zabytkami i ogólnie wyższym poziomem życia?” Takie postawienie sprawy wywołało odruchowy sprzeciw. Jak to? Gdzie Rzym, gdzie Krym? Współstolica największego obszarowo państwa Europy porównywana do polskiej stolicy zimna, która nigdy nie dochrapała sie roli większej, niż siedziba gubernatora czy wojewody. Jednak od słowa do słowa zrozumieliśmy, że Podziomek w syntetyczny sposób uchwyciła różnice w urbanistyce na terenach należących niegdyś do Rosji, a tych będących pod władaniem Wiednia czy Berlina.

Gdy odwiedza się miasta w byłym zaborze pruskim, charakter ich zabudowy wywołuje wrażenie, że jest się w w znacznie większym skupisku ludzkim, niż wykazuje to statystyka. Wrażenie, które wywołuje większość miast dawnej Kongresówki, jest dokladnie odwrotne. Porównanie Wilna z drugim, symbolicznym dla wielu Polaków miastem, jakim jest Lwów, pokazuje z kolei różnice pomiędzy urbanistycznym obliczem stolicy rosyjskiej guberni, a głównym miastem austriackiego kraju koronnego – Galicji i Lodomerii. Upraszczając, zabudowa Lwowa jest wyższa, szersza i – mówiąc kolokwialnie – bardziej imponująca. Porównania tego rodzaju można prowadzić nie tylko wobec dziedzictwa rosyjskiej myśli urbanistycznej. „Jakieś skarlałe to miasto” skomentował mój zięć – Mariusz – po wizycie w Krakowie, poprzedzonej wycieczką do Wrocławia.

Plac Ratuszowy w Wilnie, fot. Pudelek (Marcin Szala), lic. CC-BY-SA 3.0
Suwałki – róg Piłsudskiego i Kościuszki, fot. Fotoeksplorer, lic. CC-BY-SA 3.0

Swoiste Déjà vu przeżyliśmy podczas weekendowego wypadu do Płocka. Oczywiście celem naszego przyjazdu do stolicy polskiej chemii nie była próba potwierdzenia obserwacji dokonanych przed laty w Wilnie. Zapragnęliśmy odwiedzić nową wystawę stałą Muzeum Mazowieckiego, poświęconą epoce i sztuce Art Deco. To kolejna próba tego muzeum, wyspecjalizowania się w konkretnym rodzaju sztuki. W 2005 roku, po przeniesieniu się do nowej siedziby, wyeksponowano w niej w pełni największą w Polsce kolekcję sztuki secesyjnej. Teraz również kolekcję umieszczono w nowej siedzibie przy ulicy Kolegialnej. Google Street View umożliwia ocenę, jak wiele pracy włożono w doprowadzeniu tego budynku do obecnego stanu. Na dwóch kondygnacjach umieszczono zbiory wszelkiego rodzaju. Ku naszej radości, najliczniej reprezentowana była architektura wnętrz i sztuka użytkowa. Symbolami wizualnymi kolekcji są: jaskrawoczerwony kabriolet marki Jowett z 1926 roku oraz „Martwa natura” z antyczną rzeźbą autorstwa ikony Art Deco – Tamary Łempickiej. Multimedia w przypadku tej wystawy nie odgrywają większej roli, co nie wydawało się przeszkadzać licznym odwiedzającym ekspozycję. W każdym razie, w muzeum było ich znacznie więcej, niż w sobotnie południe można było spotkać na sąsiednich ulicach, było nie było, w samym sercu miasta.

Plakat zapraszający na wystawę
Nowy budynek Muzeum Mazowieckiego
Jowett model 1926
         Zdjęcia z wystawy Art Deco w Muzeum Mazowieckim

Historyczna część Płocka jest rozciągnięta wzdłuż skarpy doliny Wisły, osiągającej na terenie miasta wysokość 47 metrów ponad poziom rzeki. Poza ulicami zbiegającymi do mostu (historycznie: do przeprawy) przez Wisłę, pozostałe tworzą siatkę regularnie krzyżujących się traktów. Na planie tej części miasta są też cztery równomiernie rozmieszczone place: Stary Rynek na zachodzie, Nowy Rynek na północy, Plac Obrońców Warszawy (dawniej Kolegialny na wschodzie) i plac Narutowicza (dawniej Rynek Kanoniczny) w centrum. Taką regularność założenia miasto zawdzięcza krótkiemu okresowi zaboru pruskiego na przełomie XVIII i XIX wieku, kiedy to przygotowano plan jego rozwoju, który był następnie cierpliwie realizowany przez władze wojewódzkie i gubernialne. Najstarsza część miasta rozciąga się między Starym Rynkiem a Rynkiem Kanonicznym. W XIX wieku miasto rozwinęło się ku wschodowi i północy. Jego ówczesne granice wyznaczały cztery pary klasycystycznych rogatek, spośród których zachowały się trzy – czyli więcej, niż w Warszawie. Kolej dotarła do Płocka dopiero w międzywojniu, co przyczyniło się do rozwoju przyłączonego właśnie do miasta zawiślanego Radziwia. Później zabudowa zaczęła pełzać ku, położonemu 2,5 km na północ od centrum, dworcowi kolejowemu. Cała reszta miasta, to blokowiska z czasów petrochemicznego i wojewódzkiego awansu oraz deweloperka z okresu III Rzeczpospolitej – ważne dla mieszkańców, ale nieistotne turystycznie.

Jak to bywało z miastami obdarowanymi industrializacją w czasach PRL-u, których rozwój gwałtownie przyśpieszył, stare miasto w Płocku popadało stopniowo w niełaskę decydentów. Ilość i klasa zabytków oraz obecność gmachów użyteczności publicznej powodowały, że ciągle się tam bywało, ale w zdekapitalizowanych kamieniczkach mieszkano już tylko z przyzwyczajenia. W rezultacie, w epokę samorządności lokalnej miasto weszło ze zniszczonym centrum, upstrzonym na podobieństwo rodzynek w cieście, znaczną liczbą bardzo ciekawych i – zwłaszcza w przypadku obiektów sakralnych – nieźle zachowanych zabytków. Nawet przestrzenie w założeniu reprezentacyjne, jak zamieniona w deptak, łacząca Nowy Rynek z placem Narutowicza ulica Tumska, czy Stary Rynek z siedzibą władz miejskich, w ostatniej dekadzie XX wieku straszyły opuszczonymi domami i porosłymi chwastami działkami. Wysiłki rewitalizacyjne miasta, obejmujące nie tylko odbudowę starych domów, ale i dogęszczanie dzielnicy nową zabudową mieszkalną spowodowały, że dzisiaj coraz trudniej o takie obrazki, chociaż na Starym Rynku kilka domów ciągle czeka na inwestorów z pomysłem.

Ratusz przy Starym Rynku i dzwonnica kościoła św. Bartłomieja
Ulica Tumska
Dzwonnica przy kościele Dominikanów
Biura konserwatora zabytków w starej baszcie
Kościół św. Bartłomieja
Ulica Tumska
Najstarszy budynek kanonii
Plac Narutowicza
Prokuratura okręgowa w dawnym budynku banku
Pałacyk Ludwika Flatau przy ul. Kolegialnej

W średniowiecznym Płocku za lokalizację prestiżową uchodziła ta na krawędzi skarpy wiślanej. Tam więc stanęły: zamek książęcy, katedra, parafialny kościół św. Bartłomieja, kościół i klasztor Dominikanów, a także kolegiata św. Michała, której gotycka wieża góruje nad kompleksem najstarszej w Polsce szkoły średniej, słynnej Małachowianki oraz kościół św. Trójcy przekształcony z początkiem XIX wieku w nieistniejący już teatr miejski. Lokalizacja była na dłuższą metę ryzykowna, gdyż skarpa podmywana przez rzekę i dodatkowo obciążona wzniesionymi na niej budowlami traciła stabilność i osuwała się do Wisły. Dla ówczesnych włodarzy ważniejsze było jednak, że przynajmniej od jej strony nie musieli obawiać się najścia niepożądanych gości. Dla współczesnego turysty te okoliczności nie mają już znaczenia, natomiast przyczyniły się do powstania jednej z najatrakcyjniejszych panoram miejskich w Polsce. Widok z kratownicowego mostu Legionów Piłsudskiego, czy też z rzuconego w nurt Wisły sierpowatego kształtu mola, jest jedyny w swoim rodzaju. Podobnie zresztą jak z poprowadzonej krawędzią skarpy ścieżki spacerowej, gdzie oprócz wymienionych obiektów można podziwiać zabudowę Radziwia mającą za tło zielony pas lasów rozciągających się na południe od miasta.

Nad dzielnicą dominuje budynek elewatora zbożowego. Gmach postawiono w roku 1950 posługując się planami jeszcze sprzed I Wojny Światowej, dla których inspirację stanowiła renesansowa architektura Gdańska. W rezultacie powstał obiekt na planie krzyża, kryty czerwoną dachówką, o 13 kondygnacjach, z blendami w schodkowanych szczytach. Jak wieść gminna niesie, komunistycznych aparatczyków do nietypowej formy budynku przekonano argumentem, że będzie on w panoramie miasta przeciwwagą dla dominujących na drugim brzegu Wisły wież katedralnych. Radziwski brzeg Wisły różni się także od północnego większym urozmaiceniem. Wcinają się weń dwa kanały: jeden prowadzący do elewatora, a drugi do stoczni rzecznej. Na nabrzeżu tej ostatniej stoi nawet prawdziwy, portowy dźwig.  Tak więc lekceważona, zarówno przez płocczan jak i przyjezdnych, dzielnica po drugiej stronie rzeki posiada kilka znaczących punktów orientacyjnych, mających przy tym ciekawą historię i niezaprzeczalne walory estetyczne.

Sezon żeglarski ciągle trwa
Most Legionów Piłsudskiego
Skarpa wiślana
Molo i marina na Wiśle
Molo, amfiteatr i baseny portowe Radziwia
Basen stoczni rzecznej na Radziwiu
Elewator w stylu gdańskim

Bogiem, a prawdą, wizualne zdystansowanie katedry płockiej jest marzeniem ściętej głowy. Po pierwsze, jest to jedna z największych świątyń wczesnośredniowiecznych w Polsce. Po wtóre, zlokalizowana jest na Wzgórzu Tumskim, które do jej strzelistości dodaje dodatkowe, bez mała 50 metrów wysokości. W końcu, katedra stanowi jeden kompleks z zamkiem książąt mazowieckich. Pod względem funkcjonalnym, już od końca XV wieku najwyższa wieża zamkowa pełniła funkcję katedralnej dzwonnicy, a większość obiektu zaczęła pełnić funkcje sakralne, jako opactwo benedyktynów, w 1538 roku. Katedra i zamek wznoszą się tak blisko siebie, że widziane nawet z nieznacznego oddalenia zlewają się w jeden, imponujący czerwonocegły kompleks, najeżony dwoma gotyckimi wieżami katedry, wieżą Szlachecką zamku w tym samym stylu, renesansową kopułą nad skrzyżowaniem nawy głównej i transeptu katedry oraz wieżą Zegarową zamku zwieńczoną przysadzistym barokowym hełmem. O wyposażeniu katedry możnaby napisać osobną rozprawkę. Wspomnę tu tylko o drzwiach zamówionych w XII wieku u magdeburskich ludwisarzy. Te, które widzimy wchodząc obecnie do katedry, są wykonaną przed 40 laty kopią. Oryginał znajduje się w cerkwi św. Sofii w Nowogrodzie Wielkim i istnieje multum teorii w jaki sposób i kiedy dokładnie tam trafił. Nie trzeba dodawać, że teorie polskie i rosyjskie znacząco się rozmijają, a jeszcze odmienną teorię mają badacze niemieccy, bo wszak jako przedstawiciele kraju pochodzenia drzwi, powinni wiedzieć swoje. Pod północną wieżą katedry znajduje się kaplica zwana Królewską, gdzie w marmurowym czarnym sarkofagu pochowano znalezione w 1825 roku szczątki licznych książąt mazowieckich oraz Władysława Hermana i jego syna, Bolesława Krzywoustego. Tym samym Płock jest kolejnym, obok Gniezna, Krakowa i Warszawy, miejscem pochówku władców Polski. Nie wiadomo tylko czemu w nazwie kaplicy jest określenie Królewska choć żaden z tych władców nie był koronowany na króla. Najlepiej świadczy o tym znajdujący się na szczycie sarkofagu herb książęcy – alabastrowy orzeł, pozbawiony prawa noszenia korony na głowie.

Wzgórze Tumskie
Kopia drzwi płockich
Wieże katedralne i wieża Zegarowa zamku
Sarkofag Władysława Hermana i Bolesława Krzywoustego

Płock chlubi się jeszcze jedną katedrą – Starokatolickim Kościołem Mariawitów. Nie wchodząc w analizę różnic doktrynalnych, mariawici byli ruchem reformatorskim wewnątrz kościoła katolickiego, który po otrzymaniu w 1906 roku papieskiego nakazu odstąpienia od swych poglądów wyewoluował w samodzielną konfesję. Ciekawostką jest, że założycielką ruchu była kobieta – Maria Kozłowska, przełożona Zgromadzenia Sióstr Mariawitek Nieustającej Adoracji Ubłagania oraz, że mistyczne objawienie, które kazało jej tworzyć ten ruch, miało miejsce w Płocku, a pierwszymi stronnikami stali się wykładowcy miejscowego seminarium duchownego. Tak więc mariawici są z pochodzenia najbardziej polskim wyznaniem chrześcijaństwa. Kompleks katedralny zbudowano w stylu neogotyckim, ale ze względu na pokrycie murów szarym, jak mariawickie sutanny, tynkiem oraz bogatą ornamentykę zewnętrznych ścian, ma nieco mauretański charakter. Trzy wyniosłe, a wąskie, wieżyce zdobione są koronami. Liczne okna u podstawy czteropołaciowej kopuły zwieńczonej sceną adoracji hostii przez anioły, zapewniają obfity dopływ światła do wnętrza. Lokalizacja katedry, przez odsunięcie o około 300 metrów od skarpy wiślanej, nie jest tak dramatyczna, jak jej rzymskokatolickiej odpowiedniczki, ale za to duża działka pozwoliła na założenie starannie utrzymanego ogrodu i rabat kwiatowych.

Katedra Mariawitów od frontu
Wirydarz klasztorny
Katedra Mariawitów od ogrodu
Starannie utrzymane rabaty kwiatowe
Wnętrze katedry Mariawitów

Kiedy służbowo odwiedzałem Płock przed ok. 25 laty, miasto nie dostarczało wielu możliwości skorzystania z posiłku, czy odpoczynku przy kawie. Pamiętam, że pewnym wydarzeniem było wtedy otwarcie Zajazdu Rybackiego nad Wisłą. W dziedzinie barystyki (pozwalam sobie zaproponować to słowo, jako poręczniejsze, niż zwrot sztuka zaparzania kawy) miasto i tak było uprzywilejowane, gdyż na deptaku swoją placówkę miał Hortex. Ściśle mówiąc, lokal określał się jako koktajl bar, ale kawę też można było tam dostać. Brak placówek gastronomicznych nie jest jednak problemem współczesnych płocczan. Nam zarekomendowano miejsce przy Grodzkiej, gdzie rzeczywiście można się zrelaksować przy kawie i miejscowych wypiekach. UWAGA: Polecana w niektórych rankingach kawiarnia przy ul. Jerozolimskiej jest mała i nie ma ogródka, więc trudno ją traktować jako miejsce na kawowe posiaduchy. W każdym razie pomysł wpadnięcia na kawę w sobotę po godzinie 14 wydaje się całkiem powszechny wśród mieszkańców i gości Płocka. A jeszcze dwie godziny wcześniej ulice były pustawe. Natomiast po kawie, publika udawała się na przechadzkę po eleganckiej promenadzie wiodącej szczytem skarpy wiślanej. Całkiem godny sposób spędzania weekendowego popołudnia!

50 km na północ od Płocka, nad Wkrą, położony jest Bieżuń. Formalnie jest miastem, ale to miejscowość balansująca na granicy miasta i wsi. Wokół niedotkniętego betonozą rynku wznoszą się domy w różnym wieku i stylach, jako cechę wspólną mające dosyć skromne rozmiary. Tymczasem na rogu ulicy Warszawskiej i rynku wznosi się kamienica przerastająca skalą wszystkie inne w miasteczku. Wystawił ją w 1906 roku kupiec Ludwik Węglewski, który wcześniej prowadził sklep delikatesowo-kolonialny w Warszawie na rogu Kruczej i Wilczej. W budynku wyglądającym niczym przeniesiony z narożnika tych stołecznych ulic, nadal prowadził sklep, ale i restaurację, a na wyższych kondygnacjach mieszkania na wynajem. Obecnie, po rozbudowie, mieści się w nim Urząd Miasta i Gminy. Na rynku, w domu o dworkowej architekturze, znalazło zaś miejsce Muzeum Małego Miasta. Cóż, bieżuniacy nie mają wątpliwości, że pomimo ekspozytury architektury wielkomiejskiej, ich miasto na mapie Polski jest tylko maleńkim punktem.

Największa kamienica Bieżunia, fot. baspan2050
Ulica Kościuszki w Płocku – zabudowa małomiasteczkowa, fot. Krzysztof Lisocki, lic. CC_BY_SA 4.0
Największa kamienica Płocka

A jak pod tym względem sytuuje się Płock? Owszem, secesyjna kamienica bedąca siedzibą muzeum była na pewno, w czasach swego powstania, największym budynkiem mieszkalnym w mieście. Reszta zabudowy skalą przypomina rzeczywiście Suwałki. Pamiętać jednak trzeba, że przed I Wojną Światową oba miasta były podobnej wielkości i pełniły podobną rolę – miasta gubernialnego. Natomiast mnogość zabytków historii, monumentalność budowli, tak świeckich jak i publicznych, obfitość instytucji i inicjatyw w obszarze kultury nie pozostawiają w przypadku Płocka wątpliwości, że Suwałki tylko na pewnym etapie swej historii zbliżyły się do rangi niegdysiejszej stolicy Mazowsza, czego ślady pozostały w podobnej skali architekturze.

Płock, zachował jednak pewne cechy małego miasta. W zgodnej opinii Podziomka i mojej, zamykanie sklepów na 40-50 minut przed oficjalnie zadeklarowanymi godzinami funkcjonowania jest tego wymownym przykładem. Może wynika to jednak z faktu, że w jesienną sobotę płocczanie wolą odwiedzić wystawę lub zaznać ostatnich promieni słońca, zamiast kupować kolejny element garderoby.

Kategorie
Chorwacja

W krainie węży czyli Dalmacja na leniwo

Sosnowy las pachniał żywicą. Powietrze wibrowało od głosów cykad. Ścieżka wiła się wśród powalonych drzew i wychodni skalnych, które niczym żebra poległego olbrzyma w regularnych odstępach wynurzały się z poszycia. Miejscami wieńczyły je murki z drobniejszych kamieni wykonane, nie wiedzieć kiedy i dlaczego, rękami ludzkimi. Wkrótce dotarliśmy do celu. To był nasz kawałek wybrzeża Adriatyku. Nasz, bo sami go odnaleźliśmy, a Podziomek własnymi rękoma oczyścił go ze wszelkiego śmiecia. Za całą infrastrukturę miał drewnianą europaletę, a wejście do wody było utrudnione przez kanciastość i mnogość kamieni i skałek, ale rekompensował to niezwykły widok. Poprzez kanał św. Antoniego widać było imponujące, wznoszące się wprost z wody mury twierdzy św. Michała. Jako, że nasze wybrzeże miało południowo-wschodnią ekspozycję, widzieliśmy też szeroki pas morza dzielący stały ląd od górzystego wybrzeża wyspy Zlarin. Z lewej widok zamykał sztucznie usypany półwysep porośnięty oszałamiająco pachnącymi ziołami i kwieciem. Przy wyższym poziomie wody zamieniał on się w wyspę, śladem czego, przy niższym jej stanie, była obecność oczek wodnych bogatych w stada małych rybek i krabów. Z prawej strony widok ograniczał cypel z białym budynkiem latarni morskiej na końcu. U swej nasady cypel był położony tak blisko poziomu morza, że widać było przemieszczające się za nim maszty i nadbudówki jachtów i statków. Kanał prowadził do ruchliwego portu w Szybeniku, więc panował na nim ciągły ruch jednostek pływających, począwszy od małych rybackich łódek, poprzez wyglądające w sposób tradycyjny lub futurystyczny jachty, aż po wielkie wycieczkowce i promy Jadrolinii. Zegarki można było regulować przy pojawieniu się pracowicie prującego wody zatoki promu Plima, dowożącego mieszczuchów na popularne kąpielisko Jadrija. Nie dziwota, że gdy morze było spokojniejsze, nie chcą tracić tych widoków, nie zdejmowałem do kąpieli okularów optycznych.

Okolice naszej „plaży”
Latarnia morska z 1871 roku
Komfort na wodzie
Ruch na cieśnienie strzeżonej przez twierdzę
Jacht wychodzący w morze
Pracowita Plima, czyli szybenicki tramwaj wodny
Cieśnina między stałym lądem a wyspą Zlarin

Tegoroczny wyjazd na dalmatyńskie wybrzeże Chorwacji różnił się od tych z lat poprzednich, opisanych już na łamach „Za widnokręgiem”. Po pierwsze, wynajęliśmy cały dom na 4 tygodnie. Była to nowość nie tylko dla nas. Zdumieni właściciele kilkukrotnie dopytywali się, czy to na pewno nie pomyłka. Po drugie, byliśmy tam wyjątkowo liczną, pięcioosobową grupą, do czego trzeba dodać dwa psy, gdyż do Harrego dołączył jego pobratymiec Vinyl (o podróżach z tą dwójką i innymi czworonogami pisałem już wcześniej). Po trzecie, nie wszyscy uczestnicy decydowali się na pobyt 28 dniowy, przez co wyjazd zrobił się logistycznym wyzwaniem, a my poznawaliśmy nie odwiedzane wcześniej miejsca, takie jak wypożyczalnie samochodów, czy port lotniczy w Splicie. W końcu, nie wybraliśmy domu z widokiem na morze, lecz na jezioro! Bogiem, a prawdą, Prokljansko Jezero ma wodę słoną jak w Bałtyku, gdyż mieszają się w niej słodkie wody spływającej z Gór Dynarskich rzeki Krki oraz docierające przez szeroki, acz krótki kanał od strony Szybenika wody morskie. Jezioro jest kryptodepresją, tzn. jego dno leży znacznie poniżej poziomu morza. Im więc głębiej, tym wody są w nim bardziej słone, co sprawia, że jezioro zasiedla fauna zarówno morska, jak i słodkowodna.

Prokljansko Jezero z autostrady, fot. Josef Kotulić, licencja CC-BY-SA 3.0
Prokljansko Jezero o zmierzchu

Nasz dom stał na stoku wzgórza w miejscowości Vrulje, będącej częścią miasteczka Bilice. Źródłosłów nazwy naszego miejsca pobytu może mieć coś wspólnego z chorwackim słowem „vruće”, czyli gorące. Przez pierwsze trzy tygodnie było rzeczywiście bardzo gorąco, z temperaturami dochodzącymi w dzień do 38⁰C, a nocą nie spadającymi poniżej 25⁰C. Wymuszało to na nas aktywność poranno-wieczorną, z obowiązkową sjestą i drzemką w klimatyzowanych wnętrzach w środku dnia. Vrulje to całkiem spora, licząca kilkadziesiąt domów, miejscowość. Jest w niej wiele pensjonatów, duża marina, zorganizowane kąpielisko, beach bar i nic poza tym! Po pieczywo do piekarni, zakupy do sklepu, czy posiłek w restauracji, trzeba więc było wybierać się samochodem, albo do centrum Bilic rozciągniętego wzdłuż szosy Szybenik-Knin, albo do najbardziej turystycznie rozwiniętej części tej miejscowości, jaką jest położony nad brzegami sąsiedniej zatoki Stubalj. Bez dwóch zdań, jest to więc miejsce dla turystów zmotoryzowanych. Oczywiście mając samochód ma się w zasięgu 15-20 minutowej przejażdżki wszystkie wielkomiejskie usługi i atrakcje Szybenika.

Holiday Home Oliva od frontu
Nasz ogród

Wysokie temperatury, przeciwskazania medyczne, konieczność pracy zdalnej oraz pewna taka pocovidowa nieśmiałość, gdy chodzi o zbyt częste kontakty z masami turystów zapełniających wybrzeże nadmorskich miejscowości spowodowały, że nie byliśmy tak mobilni, jak zazwyczaj. Upodobniliśmy się wręcz pod względem stylu życia do tubylców. Każdy ranek prócz spaceru z psami oznaczał wizytę w piekarni, skąd wracaliśmy obładowani pachnącymi i jeszcze ciepłymi slanacami, lepinją, pogacem, czy kiflami. Raz, czy dwa, w tygodniu kupowaliśmy burek – znany we wszystkich krajach bałkańskich placek z ciasta typu filo nadziewany mięsem, serem lub jabłkami. To bardzo sycące danie – jeden kawałek szczodrze sformowany przez piekarza może zaspokoić apetyt przeciętnego konsumenta na dłuższy czas. Posiłki jadaliśmy na dziedzińcu ukrytym między ścianami naszego budynku, a ogrodem zdobywającym tarasami wzgórze na zapleczu domu. Podlewaniem ogrodu zajmował się przyjeżdżający od czasu do czasu gospodarz, ale my mogliśmy korzystać z jego płodów takich, jak pomidory, papryki, czy figi. Ponieważ domek był znakomicie wyposażony, w tym w kawiarkę, kawę parzyliśmy sobie sami. No i przynajmniej połowę obiadów także ugotowaliśmy sami – na stole królował makron z duszonymi warzywami. Na owoce morza wybieraliśmy się jednak do restauracji.

Burek, za Wikipedia, lic. CC-BY-SA 2.5

Jeśli już mowa o przybytkach miejscowej gastronomii, do dwóch zdecydowaliśmy się nawet wrócić: konobą Marenda na szybenickiej starówce zarządza twardą ręką chorwacka babcia mająca do pomocy milkliwego małżonka. Nie ma tam menu. Zamiast tego pani babcia objaśnia, także po angielsku, co na dany dzień przygotowała. Zazwyczaj są to cztery dania, z których jedno zmienia się w kolejnym tygodniu. Do tego godne wino stołowe i bardzo przystępne ceny. Prostotę i jakość docenił Żółty Przewodnik Gault&Millau, uwzględniając lokal na swoich stronach. Konobę Dalmatino w Skradinie, miasteczku przy ujściu rzeki Krki do Jezioro Prokljansko nazwaliśmy lokalem u Włocha, gdyż kelnerzy władali sprawnie tym językiem, a z głośników płynęło disco italiano. Obsługa nieco wolna, ale bardzo pomysłowa w przedstawianiu usprawiedliwień tego stanu rzeczy. Jedliśmy tam najlepszą rybę pieczoną tego wyjazdu. A w dodatku na poczekanie serwują bruschetty, a na pożegnanie po kieliszeczku travaricy. Uwaga nocne Marki! Miasteczko położone jest w głębokiej dolinie, a od rzeki ciągnie chłodem. Temperatura jest tam 3-4 stopni niższa, niż na wybrzeżu, więc na wieczorną posiadówkę warto zabrać odzienie z długim rękawem. Konoba Trs w Trogirze cieszy się wyróżnieniem gwiazdką Michelina. Położona tylko 40 metrów od trogirskiej katedry, serwuje fenomenalną pieczoną ośmiornicę i inne pomysłowe dania z owoców morza. W dodatku obsługa jest tam super sprawna. Jeśli cenimy jakość kuchni i obsługi, musimy być gotowi docenić to finansowo. To jedyne miejsce, gdzie rachunek za obiad dla czterech osób przekroczył granicę 1000 kuna. Dosyć nieoczekiwanym plusem tego miejsca jest możliwość ucieczki od tłumów turystów, zalewających wąskie uliczki średniowiecznego miasteczka. Natomiast najlepsze lody w Szybeniku serwują w lodziarni KaGrom, położonej na małym placyku naprzeciwko szybenickiego teatru. W okolicy znajduje się kilka innych lokali serwujących „sladoled”, ale wystarczy ocenić, gdzie stoi najdłuższa kolejka, aby trafić do właściwego.

Nasz gospodarz, Ante, miał swoisty sposób okazywania troski o swoich gości. Gdy zjawiał się w celu podlania ogródka, koniecznie chciał dowiedzieć się czy może nam jakoś pomóc. Ograniczona znajomość angielskiego pozwalała mu jednak tylko na zadanie pytania: Any problem? Ponieważ nasza odpowiedź zazwyczaj była negatywna, Ante przechodził na dzielenie się swoimi problemami. Były nimi: pogoda, początkowo zbyt upalna, a przy końcu pobytu zbyt deszczowa i chłodna, oprócz tego konieczność uprawy ogródka, brak dostatecznej ilości wnuków, duża odległość z naszego domu do sklepu. Wśród tych narzekań groźnie zabrzmiało, że problemem naszego gospodarza są też węże. Przez wiele lat nawiedzania wybrzeża dalmatyńskiego nigdy się na nie nie natknęliśmy. A tym razem i owszem, ale tylko w dwóch przypadkach były to spotkania przyżyciowe. Nieszczęsne gady i to w wieku młodocianym spotykaliśmy, najczęściej, w formie zwłok rozprasowanych na jezdniach. W dodatku były to całkowicie nieszkodliwe zaskrońce. Raz nawet odwiedzając „Plaźe za pse”  dostrzegliśmy zaskrońca zażywającego kąpieli, co zresztą nie wzbudzało zainteresowania, ani obecnych tam czworonogów, ani ich właścicieli.

Zaskroniec, fot. Michał Krawiec, lic. CC-BY-SA 4.0

Kolejnym dowodem, że Prokljansko to jednak jezioro, była znaczna liczebność mew śmieszek, które raczej nie zapuszczają się na pełnosłone wody. W pobliżu domu pomieszkiwała, ku naszemu zaskoczeniu, cała rodzina wilg, których obserwacja ze względu na niskopienność drzew i krzewów była znacznie prostsza, niż w Polsce. Po ścianach wędrowały gekony, do ogrodu zaglądały cykady, modliszki i skorpiony.

Cykada
Skorpion
Modliszka

Nie mogliśmy odpuścić sobie zwiedzenia katedry św. Jakuba, najwspanialszej świątyni i architektonicznego symbolu Szybenika. Jak na chorwackie warunki obiekt z przełomu XV i XVI wieku to młodziak, ale geniusz jego projektanta – Juraja Dalmatinca – spowodował, że jest to jeden z najoryginalniejszych kościołów Chorwacji. Zewnętrzne ściany prezbiterium zdobią, niczym w Sali Poselskiej na Wawelu, dwa rzędy wyrzeźbionych głów ówczesnych mieszkańców miasta. Przez przeozdobny kamienny portal wkracza się do wnętrza, gdzie czysto subiektywnie rekomendujemy wstąpić do niewielkiego, lecz zdobnego w gotyckie ornamenty baptysterium, zatrzymać się przed wstrząsającym wyrazem cierpienia krucyfiksem, oraz znaleźć lwy pilnujące jednego z bocznych ołtarzy. W odróżnieniu od lwów flankujących boczne wejście do świątyni, te są rozmiarów zbliżonych do pekińczyka, co nie ujmuje im swoistego wdzięku.

Katedra św. Jakuba nocą
Wnętrze katedry
Baptysterium
Lewki miniaturki
Ołtarz mojego patrona
Przejmujący krucyfiks
Bocznego wejścia strzegą już lwy pokaźnych rozmiarów
Głowy XVI-wiecznych mieszkańców miasta

Tym razem nie skupialiśmy się jednak na zwiedzaniu, ale staraliśmy się czerpać przyjemność z mniej jednoznacznych odkryć. Jednym z najwspanialszych był widok z drogi wiodącej z położonych na wzgórzach dzielnic, ku leżącej nad morzem starówce. I nie chodziło nawet o nietypową perspektywę, morze czerwonych dachów z wyrastającą ponad nie kopułą katedry oraz górującymi nad zabudową wyniosłymi murami twierdzy, lecz o dalszy widok na Adriatyk poprzecinany pasmami kolejnych wysp. A trzeba wiedzieć, że na wysokości Szybenika, między brzegiem, a otwartym morzem rozciągają się cztery łańcuchy ostrowów. Zdecydowanie było więc na czym zawiesić oczy. W rankingu widoków drugie miejsce zajął ten z tarasu hotelu Panorama, położonego parę kilometrów za miastem przy drodze do Zadaru. Bunkrowatej urody budynek, do którego wejście wiedzie przez rozległy parking, stoi tuż przy moście przerzuconym nad kanałem łączącym Prokljansko z morzem. Mijaliśmy go wiele razy, a architektura i otoczenie nie zachęcały do zatrzymania się. Tymczasem, z przeciwnej strony budynek posiada taras wychodzący na rozległy gaj oliwny. Siedząc przy zimnym drinku, czy filiżance kawy, podziwiać można ponad koronami drzewek i wodami kanału wielce oryginalny, skrótowy widok na Szybenik. Tak nam się spodobał, że przyjechaliśmy tam raz jeszcze, tym razem na obiad, co dało możliwość podziwiania go w wersji nocnej.

Most na trasie Szybenik-Zadar
Szybenicka starówka z zamkiem i katedrą
Uzasadnienie dla nazwy hotelu Panorama

Widok Szybenika od strony Adriatyku wieńczą trzy budowle obronne: najbliżej morza zamek pod wezwaniem patrona miasta – św. Michała Archanioła, a jeszcze wyżej fort pod wezwaniem św. Jana oraz forteca pozbawiona opieki świętego patrona, o nazwie Barone. Służyły one za osłonę miasta przed zagrożeniem ze strony władających Bośnią Turków. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że miasto rozciaga się jeszcze spory kawałek poza linię wzgórz łaczących dwie ostatnie budowle. Jest tam m. in. dzielnica Subicevać, którą regularnie mijaliśmy w drodze do centrum i nad morze. Któregoś dnia zdecydowaliśmy się zapuścić w jej głąb i dokonaliśmy odkrycia obiektu, który w naszym wewnętrznym rankingu konkuruje o miano architektonicznej gwiazdy wyjazdu. Niejednokrotnie na tych łamach krytykowałem pospolitość, czy wręcz brzydotę współczesnej architektury sakralnej. W Chorwacji nie ma wielu nowych kościołów. A współczesna, franciszkańska świątynia pod wezwaniem św. Antoniego Padewskiego na szczęście w niczym nie przypomina upiornej twórczości polskich proboszczów. Cylindryczna, kremowobiała bryła z wyniosłą wieżą góruje nad okoliczną zabudową mieszkalną. Projekt jest nieprzegadany, wykończenie staranne, wpasowanie w otoczenie wręcz idealne. Szyby z kolorowego szkła oraz świetlik pod sklepieniem wypełniają wnętrze tęczowymi barwami. Mozaika zaołtarzowa, duży krucyfiks, stacje drogi krzyżowej oraz wzór płytek posadzkowych nie przytłaczają rozległego wnętrza, ani nie rozpraszają wiernych. A z tarasu przy wejściu, w prześwicie między blokami, można podziwiać nieoczywistą perspektywę fortu św. Jana.

Forteca Barone z widokiem na miasto i archipelag sąsiednich wysp, za Barone Fortress | Amadria Park | Hrvatski
Kościół św. Antoniego Padewskiego
Wnętrze kościoła
Główne wejście
Światło wpada do środka filtrowane przez kolorowe szyby w oknach
Mozaika zaołtarzowa
Licowanie ścian kamieniem współgra z odkrywką skalną w sąsiedztwie świątyni

Czy były jakieś minusy tegorocznego pobytu w Chorwacji? Mam wrażenie, że wybrzeże Adriatyku jest coraz bardziej zaśmiecone. Chodzi tu oczywiście o części dzikie, bo oficjalne plaże są regularnie sprzątane. Część śmieci zostawiają odwiedzający te miejsca wędkarze i zwolennicy plażowania w dzikiej naturze. Znaczna część jest jednak wyrzucana przez morze. To taki ciemny rewers malowniczego obrazu morza pełnego statków i jachtów, opisanego w pierwszym paragrafie tych wspomnień. Załogi i pasażerowie tych jednostek produkują śmieci, których pozbywaja się w nie zawsze legalny sposób. Frakcja pływająca, wcześniej, czy później, ląduje na brzegu. Jaki wpływ ma taka działalność na faunę morską, możemy dowiedzieć się z szeregu doniesień medialnych i ogłoszeń społecznych.

Jechać nad ciepłe morze i narzekać na tłok, to dostarczać świadectwo naiwności i braku zdolności przewidywania. My byliśmy przewidujący i stąd ulokowaliśmy się we Vrulje, a nie nad samym morzem. Szybenik wieczorami bywał zatłoczony, ale to miasto na tyle rozległe, że ucieczka w boczne uliczki dawała chwile wytchnienia. Wizyta w wielce popularnym wśród rodaków Trogirze dostarczyła jednak doświadczeń z rodzaju ekstremalnych. Wąskie uliczki wręcz pękały od przeciskających się tłumów. A w sytuacji, gdy zamknięto kładkę na znajdujące się na wyspie Stare Miasto, dotarcie do jedynego czynnego mostu i jego pokonanie zajmowało dobre kilkanaście minut. Szacuje się, że liczba Polaków odwiedzających w tym roku Chorwację wzrosła w porównaniu do lat ubiegłych o 85%. Zabrakło Brytyjczyków i Rosjan, za to pojawili się Francuzi, Szwajcarzy i Ukraińcy. Wobec wprowadzenia kontroli sanitarnej na granicach państwa kolejki samochodów przy wyjeździe oczekiwały na ich przekroczenie po 7 godzin. Częściowo odpowiedzialność za taki stan rzeczy spada na COVID, ale niewątpliwie Chorwacja jest ofiarą własnego sukcesu.

Tłumy turystów szturmują Trogir
Komercha rządzi!

Podziomek z wszystkich miast Dalmacji najbardziej ceni Split. Fakt, koncepcja wciśnięcia dużej części starówki w mury zewnętrzne pałacu Dioklecjana i harmonijne połączenie zabudowy okresu rzymskiego i średniowiecznego robi wrażenie. Do tego ta szeroka promenada nadmorska, obsadzona kilkoma szeregami palm! Ja jednak pozostaję wierny Szybenikowi. To pierwsze dalmatyńskie miasto, które poznałem. A stara miłość nie rdzewieje! W dodatku, jeśli z każdą kolejną wizytą potrafi zaskoczyć czymś nowym.

Kategorie
Polska

Imieniny w Radomiu, czyli Petersburg z kompleksami

Po zapadnięciu zmroku upał zelżał. Dotarłszy do swego pokoju mogłem rozsunąć zasłony i otworzyć okno. Niebo zaciągnęło się już głębokim granatem i tylko u styku z horyzontem ciągnął się wąski pasek różowawej poświaty. Chłodniejsze powietrze z impetem wdarło się do pomieszczenia niosąc zapach ziół. Powietrze drgało od cykania szarańczaków. Z wysokości szóstego piętra wzrok sięgał daleko, ale miasto ze swoimi zabudowaniami zaczynało się dopiero za rozległym obszarem zieleni porastającej szmat nieużytków. Od zachodu wdzierała się w nie nieśmiało zabudowa jednorodzinna. Dopiero za nią świeciły latarnie wzdłuż ulicy Warszawskiej. Chociaż wiedziałem, że kampus Politechniki Radomskiej od wschodu i północy otoczony był blokowiskami z gierkowskiej wielkiej płyty, to widok z okna zdawał się temu przeczyć.

Pod koniec lat 90-tych XX wieku uczestniczyłem w realizacji szkoleń dla  wolontariuszy Amerykańskiego Korpusu Pokoju, które kilka lat z rzędu odbywały się w Radomiu. Byliśmy zakwaterowani w hotelu asystenta, który górował wówczas nad całkiem niemiejskim sąsiedztwem. Z dzisiejszej perspektywy czasy były heroiczne: zajęcia odbywały się w barakach studium wojskowego, których blaszane ściany i dachy w letnie dni zapewniały kursantom i prowadzącym komfort pieca garncarskiego. Dopiero ostatni  kurs, w 1999 roku, rozpieszczał warunkami w oddanym świeżo do użytku budynku obecnych wydziałów: Finansów i Zarządzania oraz Prawa i Administracji. Po zajęciach rzadko wybieraliśmy się do centrum. Raz, że odbywały się różne podsumowania oraz przygotowania programu na kolejne dni, drugim powodem była niewielka ilość miejsc, do których można było pójść, by coś przekąsić i w spokoju porozmawiać. Za takie uchodziła chińska restauracja Milion Słoni w budynku radomskiego oddziału Naczelnej Organizacji Technicznej. Wizyta w Pizzerii 7, gdzie w zgodnej opinii serwowano najlepszą margheritę w mieście, to była cała wyprawa, gdyż lokal położony był u granic Radomia, przy wylotówce na Warszawę.

Naówczas liznąłem tylko atrakcji radomskich. Późniejsze krótkie postoje w czasie wypraw na południe Polski niewiele poszerzyły moją znajomość grodu nad Mleczną. Wiedziałem, oczywiście, że ulica Żeromskiego jest tutejszą Main street, a Stare Miasto nie leży tam, gdzie się przyjezdnym wydaje. Lepiej jednak znałem chyba topografię okolic ciągu tranzytowych ulic Czarnieckiego i Kieleckiej, ba, zaliczyłem tam nawet stłuczkę i wątpliwą przyjemność spisywania policyjnego protokołu z tego wydarzenia. Mimo wszystko przypuszczam, że moja znajomość Radomia jest większa, niż przeciętnego rodaka, który od czasu zbudowania ekspresowej obwodnicy miasta ma jeszcze mniej okazji, by do niego zajrzeć. Gdzie brakuje wiedzy, tam wchodzą stereotypy, dzięki którym miasto stało się ulubionym przedmiotem zainteresowania twórców prześmiewczych memów. Tymczasem, historia Radomia pod obecną nazwą sięga połowy XII wieku, a że miasto ominęły kataklizmy natury i zniszczenia wojenne, to zasłużyło na posiadanie w Wikipedii osobnego hasła Zabytki Radomia. Wiedząc, że Podziomka zainteresowała wzmianka o wystawie „Historie w torebkach zaklęte” zorganizowanej przez Muzeum im. Malczewskiego, zaproponowałem spędzenia dnia mojego patrona  – św. Krzysztofa – właśnie w Radomiu.

Obecnie tak nazwa jak i logo uczelni są już inne
W tym gmachu uczelni odbywał się kurs w 1999 roku

Muzeum zajmuje dawne kolegium pijarskie i jest jedną z dwóch najbardziej imponujących budowli przy radomskim rynku. Wybitny portyk wsparty na czterech pokaźnych kolumnach stanowi godną oprawę wejścia do tego przybytku kultury. Wystawy o torebkach, choć dla mnie bardzo ciekawej, nie mogę polecać, z prostego powodu, że obejrzeliśmy ją ostatniego dnia przed zamknięciem. Za to zbiór ponad 40 obrazów Jacka Malczewskiego jest na pewno godny zobaczenia. Wybitny przedstawiciel symbolizmu w sztuce malarskiej urodził się w Radomiu i gdy w 1925 roku świętował jubileusz 50-lecia twórczości, miasto za 3000 ówczesnych złotych nabyło od mistrza kilka malunków, które stworzyły zaczątek kolekcji. W czasie naszej wizyty w muzeum odbywał się koncert, co powodowało, że w niedzielne południe było to jedyne miejsce generujące jakikolwiek ruch ludzki na rynku.

Muzeum w gmachu popijarskim
Tablice z przykładami mody z początków XX wieku
Wyposażenie pani modnej
Malczewski często sam się portretował
Katalog wystawy
Torebki, torebeczki …
Tajemnicza pani przy zatrutej studni
Wizja Ezechiela

Rynek jest centralnym punktem Miasta Kazimierzowskiego (chyba łatwo zgadnąć, który król dokonał lokacji) i od połowy XIV do połowy XIX wieku stanowił rzeczywiste centrum miasta. Potem jednak centrum przeniosło się na wschód, w kierunku siedziby władz województwa, a później guberni radomskiej i dzielnica uległa pauperyzacji. Zagłada radomskich Żydów podczas II Wojny Światowej pozwoliła władzom PRL zasiedlić pozostałe domy ludźmi klasyfikowanymi jako „element aspołeczny”, a dla takich mieszkańców nie warto było inwestować. W rezultacie, jak stwierdził specjalista geografii ekonomicznej i społecznej miast prof. Grzegorz Węcławowicz, „w przestrzeni Radomia ukształtował się ogromny, zwarty przestrzennie obszar ubóstwa i szczególnego nasilenia zjawisk patologii społecznej. Teren ten obejmuje praktycznie całą centralną część miasta. Skala i nasilenie zjawisk negatywnych pozwala określić ten obszar jako slumsy”. Miasto od kilku lat usiłuje rewitalizować tę dzielnicę budując nowe i odnawiając stare domy, czego sztandarowym przykładem jest tzw. Pałac Deskurów, położny pomiędzy rynkiem, a kościołem św. Jana Chrzciciela, a przykładem bardziej przyziemnym, nowe nawierzchnie ulic i trotuarów. Okazuje się jednak, że łatki złej dzielnicy pozbyć się jest znacznie trudniej, niż załatać dziury w chodnikach.

Pomnik Czynu Legionowego na Rynku
Pałac Deskurów
Dawny ratusz
Tu zaczyna się Miasto Kazimierzowskie

Jeśli rynek nie jest centrum Radomia, to gdzie można je znaleźć? Odrzucę złośliwe komentarze, że w rozsianych po całym, rozległym obszarze miasta centrach handlowych. Moim zdaniem jest nim położony w środkowej części ulicy Żeromskiego Plac Konstytucji 3 Maja. W każdym razie jest to na pewno mekka miłośników spotkania przy filiżance espresso. Spośród kilku kawiarni my wybraliśmy, kierując się zachwytami w Internecie, Marcus Cafe. W środku utrzymana w stylistyce fin de siècle, serwuje dobrego smaku kawę i przyzwoity wybór słodyczy. Choć byliśmy tam bez naszego najwierniejszego przyjaciela, to doceniliśmy fakt, iż goście z psami dobrze czuli się w kawiarnianym ogródku. Południowa część placu zdominowana jest przez kopułę niegdysiejszej cerkwi, przebudowywanej w latach 20-tych XX w. na garnizonowy kościół św. Stanisława. Ciekawym akcentem jest też modernistyczny niebotyk, czyli 5 kondygnacyjny dom mieszkalny, najwyższy w przedwojennym mieście. Gdyby inwestorowi nie zabrakło kapitału, mógłby też być jedynym w mieście gmachem z zainstalowana windą pasażerską. Północną, mniejszą obszarowo, część placu zdominował pawilon z amfiteatralnym dachem, z którego można podziwiać zainstalowane u jego podnóża fontanny. Plac zamyka efektowny, 170-cio letni budynek Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, remontowany i uzupełniany o nowe skrzydła na potrzeby planowanego tu hotelu. Dysonansem w tym przyjemnym otoczeniu okazał się jednak lekko podpity obywatel agresywnie broniący prawa do uwiecznienia swego wizerunku. Gdyby tylko ktoś chciał go fotografować! W każdym razie nie byłem to ja.

Kościół św. Stanisława
Pomnik radomianina Leszka Kołakowskiego z kamienicą Staniszewskich w tle
Ściana szczytowa domu Podedworskich zdobiona jest fryzem i popiersiami starożytnych postaci
Czworonożny gość Marcus Cafe 1
Radomski niebotyk
Upamiętnienie obuwniczych tradycji miasta
Maszyny do szycia Łucznik też produkowano w Radomiu
Czworonożny gość Marcus Cafe 2

W XIX wieku działki budowlane w miastach zabudowywane były w ten sposób, że najpierw powstawał dom frontowy od ulicy. Z czasem sady i ogrody znajdujące się na jego zapleczu były obudowywane oficynami ciągnącymi się prostopadle do pierzei frontowej. Jeszcze później powstawały oficyny poprzeczne. Na wewnętrzne podwórka wjeżdżało się przez bramę w budynku frontowym. Przy maksymalnym zagęszczeniu zabudowy podwórko z adresem na jednej ulicy łączyło się poprzez budynek oficyny poprzecznej z podwórkiem na ulicy równoległej. W wielkich miastach takich, jak Warszawa, czy Łódź, oficyny osiągały wysokość kamienicy frontowej, tworząc podwórka studnie. W miastach mniejszych oficyny były zazwyczaj niższe, a czasem wręcz budowane z drewna. Podwórka studnie zostały utrwalone w literaturze, jako synonim substandardowych warunków  mieszkaniowych. Faktycznie, mieszkania były tam tańsze, niż od frontu, a do niżej położonych lokali rzadko docierały promienie słoneczne. Sporadycznie wspomina się, że oficyny stanowiły też siedzibę wszelkiego rodzaju działalności wytwórczej i usług. Mieściły się w nich czasami nawet dziesiątki małych firm. W Radomiu, na zapleczu kamienicy przy Lubelskiej 28 (dzisiaj Żeromskiego), od 1823 roku działała drukarnia, w latach późniejszych znana, jako Zakłady Drukarsko-Litograficzne „Jan Kanty Trzebiński”.  Tłoczono w nich „Dziennik Urzędowy Guberni Radomskiej”, ale także „Gazetę Radomską” oraz liczne publikacje książkowe. Za wysoką jakość produkcji drukarnię uhonorowano złotym medalem na Wystawie Rolno-Przemysłowej w Radomiu. Od 1918 roku na cele drukarni, w podwórku, postawiono malowniczy pawilon z czerwonej cegły z łamanych dachem i kamieniarką z beżowego piaskowca, według projektu Adolfa Szyszko-Bohusza, głównego konserwatora zamku  królewskiego na Wawelu. Na Żeromskiego 66 kryje się natomiast dowód, że w oficynach kwitło nie tylko życie gospodarcze, ale i religijne. Nad brama wjazdową od strony podwórka znajduje się tam drewniany wykusz, wsparty na metalowej kolumnie. Jest to pomieszczenie, w którym podczas święta Sukkot, przez okrągły tydzień, mieszkali i modlili się religijni Żydzi. Ponieważ w Polsce święto to zwano Kuczki, taka nazwa przyjęła się też dla miejskich konstrukcji symbolizujących szałasy postawione niegdyś na pustyni.

Budynek drukarni Trzebińskiego
Oficyny na jednym z podwórek
Kuczki na radomskim podwórku

Z licznych radomskich świątyń odwiedziliśmy trzy: parafialny  kościół Miasta Kazimierzowskiego pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela, kościół bernardynów u początków ulicy Żeromskiego oraz katedrę Opieki Najświętszej Maryi Panny. Dwa pierwsze mają średniowieczne pochodzenie, a katedra zbudowana jest w stylu neogotyckim, na przełomie XIX i XX wieku. Kościół św. Jana Chrzciciela wyróżnia się tablicą upamiętniającą chrzest Jacka Malczewskiego, licznymi figuralnymi polichromiami z lat 60-tych XX w. oraz tym, że jego wieża domyka perspektywę ulicy Żeromskiego od strony zachodniej. Klasztor bernardynów ma malowniczy dziedziniec oraz urocze ogrody kwiatowe. Od strony ogrodu do klasztoru przylega też pochodzący z XV w. budynek gospodarczy, zwany piekarnikiem, z górującym nad nim masywnym kominem. Nazwa jest zwodnicza, podobno nie wypiekano w nim chleba, jeno warzono piwo. Jest to jedyny budynek o takim przeznaczeniu i wieku, zachowany w Polsce. Do stylu neogotyckiego przywykałem latami, traktując go jako podróbkę, czyli w gruncie rzeczy podrzędną imitację oryginalnego gotyku. Z wiekiem zacząłem jednak ten styl doceniać. Za rozmach, przemyślne łączenie nowoczesnych rozwiązań konstrukcyjnych z tradycyjną formą, a przypadku architektury sakralnej, także za urbanistyczne wpasowanie w istniejącą tkankę miasta. Taka jest właśnie radomska katedra. Wysokie na 72 m wieże przypominające krakowski Kościół Mariacki, górują nad parkiem Kościuszki oddzielającym katedrę od budynku gubernatorstwa, siedziby ówczesnych władz świeckich. Wnętrza są obszerne, ściany pokryte stiukami, światło do wnętrza sączy się przez okna, w których zainstalowano olbrzymie, impresjonistyczne witraże. W niedzielne, letnie popołudnie wnętrze emanowało spokojem i chłodem.

Kościół św. Jana Chrzciciela
Oraz malowidła na ścianach kościoła
Piekarnik na zapleczu klasztoru bernardynów
Grupa ukrzyżowania na ołtarzu kościoła bernardynów
Fronton katedry Opieki Najświętszej Maryi Panny
Polichromie na ścianach katedry
Polichromie na sklepieniu kościoła
Tablica Malczewskiego
Widok na klasztor i kościół bernardynów od strony ogrodu
Renesansowy nagrobek w prezbiterium kościoła
Nawa boczna katedry
Witraże w oknach katedry

Centrum Radomia przez stulecie wędrowało po rozległych przestrzeniach miasta. Zanim przemieściło się z Miasta Kazimierzowskiego na wschód, w X-XI wieku mieściło się na tzw. Piotrówce, na południowy-zachód od rynku. Nazwa pochodzi od wezwania najstarszego, nieistniejącego już kościoła radomskiego. W wieku XII centrum przemieściło się na północ, w okolice obecnej ulicy Stare Miasto i kościoła św. Wacława. Jest to najstarsza radomska świątynia, choć obecny wygląd zawdzięcza regotycyzacji przeprowadzonej w latach 80-tych XX w., po 200 latach użytkowania jako magazyn, więzienie, przytułek i szpital dla psychicznie chorych. Po doprowadzeniu do Radomia kolei żelaznej, w roku 1883, miasto zaczęło rozwijać się ku południowi, w kierunku dworca kolejowego. Proces ten wzmocniło powstanie w tych okolicach, w latach międzywojennych, Fabryki Broni oraz usytuowanych w pobliżu osiedli przeznaczonych dla jej pracowników. Ta część miasta do dzisiaj ma najbardziej wielkomiejski wygląd. Odkryciem naszej ostatniej wizyty była jednak ulica Piłsudskiego. Obudowana ściśle z obydwu stron rzędami eklektycznych, dobrze utrzymanych kamienic o pastelowej kolorystyce, z perspektywą zamkniętą kopułą garnizonowego kościoła św. Stanisława, ma ona iście petersburski klimat. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, że miasto rangi gubernialnej starało się czerpać wzorce ze stolicy imperium.

Ulica Piłsudskiego -widok jak z Petersburga
Ta kamienica wyróżnia się czerwoną cegłą
Imponująca fasada czeka na remont
Odnowiona kamienica zyskałą na elegancji
Gmach Sądu Okręgowego
Piękne żeliwne balkony

Hasło promocyjne Radomia brzmi „Siła w precyzji”. Kilka lat temu magistrat zlecił badania opinii publicznej, w których, miedzy innymi, pytano o odbiór tego hasła. Okazało się, że odpytywani, albo się z nim nie spotkali, albo go nie rozumieli, albo wręcz się z nim nie utożsamiali. Omawiając te wyniki, autorzy podkreślali konieczność zintensyfikowania komunikacji z mieszkańcami oraz szukania ich akceptacji dla proponowanych, a nie już wprowadzonych, rozwiązań. Podczas wizyty w Radomiu zetknęliśmy się z dwoma sytuacjami potwierdzającymi, że komunikacja międzyludzka nie stoi tu na najwyższym poziomie. Przed przyjazdem zastanawiałem się, czy wspomniana już Marcus Cafe otworzyła się po okresie lockdownu zwłaszcza, że ostatni wpis na jej Facebooku datowany był na 20 września 2020 roku. Dwa dni przed wyjazdem wysłałem więc zapytanie, używając facebookowego Messengera. Nie doczekawszy odpowiedzi, zadzwoniłem pod wskazany numer, ale wysłuchałem tylko nagrania, że abonent jest nieosiągalny. Liczyłem się więc z koniecznością szukania innego miejsca, ale kawiarnia była jak najbardziej czynna, tyle że jej kierownictwo zdaje się nie przykładać wagi do korzystania z podstawowych obecnie kanałów kontaktu z klientami. Na ulicy Traugutta budynek starej, 120 letniej elektrowni, po bardzo udanej rekonstrukcji i rozbudowie, przeznaczono na siedzibę Centrum Sztuki Współczesnej. Radom ma bowiem znaczącą kolekcję dzieł współczesnych artystów, której zbieranie rozpoczęto jeszcze za PRL-u. Ze względu na industrialną historię, budynek ten nie stoi frontem do ulicy, a wejście do niego jest dla przechodnia niewidoczne. Za to w oczy rzuca się sporych rozmiarów parking, chroniony automatycznym szlabanem. Brakuje jakiegokolwiek wskazówki jak dotrzeć do wejścia do budynku Centrum. Tylko stali bywalcy oraz wysoce zdeterminowani goście znajdą wejście za parkingiem, ale kierownictwo obiektu w żaden sposób im tego nie ułatwia.

Stara elektrownia zaminiona na Centrum Sztuki Współczesnej
Nowe skrzydło centrum
Aby wejść do środka trzeba pokonać parking
Wspomnienie industrialnej przeszłości budynku
Murale na dziedzińcu centrum

Radom nie jest miastem jednoznacznym. Długa i bogata historia, mnogość historycznych postaci, które przewinęły się przez miasto, zabytki i ciekawa architektura z jednej strony, a recesja, deindustrializacja, bezrobocie i błędy w zarządzaniu, z drugiej. Dlatego trzeba wobec niego wykazać wiele cierpliwości i zrozumienia. Trzeba też wielu wizyt, by zdobyć się na refleksję Marii Dąbrowskiej, ujętą w jej Dziennikach: „Cały czas uderza mnie za poprzedniej bytności niezauważana piękność Radomia. Przestronne ulice, stare, piękne, rozłożyste kamienice, stare zaułki, stylowe kościoły, dużo drzew, koloryt murów żółty, ciepły”. Wszystkim, którzy nie doceniają Radomia, czy uważają go za miejsce pokrzywdzone przez los i rządzących zwracam uwagę, że ta sama Maria Dąbrowska tekstowi o moim rodzinnym Białymstoku z lat 20-tych XX w. nadała znamienny tytuł: „Brzydkie miasto”.

Kategorie
Polska

Śladami carów, prezydentów i pomniejszych fabrykantów nad Pilicą

Leśniczówka w Katrynce stała na skraju miejscowości, oddzielona obszernym sadem od drogi na Augustów, przy której zatrzymywał się niebieski autobus PKS z Białegostoku. Wjazd na podwórko prowadził nie od głównej drogi, lecz od ciągnącej się cienistym kanionem świerków dróżki bocznej, wiodącej w głąb Puszczy Knyszyńskiej. Nie wiem jakim sposobem rodzice dowiedzieli się, że pani leśniczyna w poszukiwaniu dodatkowych źródeł utrzymania wynajmuje pokoje letnikom. Tym niemniej, nawiązali z nią kontakt, skutkujący naszymi kilkukrotnymi pobytami w leśniczówce, w letnich miesiącach pierwszej połowy lat 60-tych XX wieku. Brat będący wtedy na etapie wózeczkowym wypoczywał w błogiej nieświadomości. Siostra –  wczesna nastolatka, oddelegowana do opieki nad młodszym rodzeństwem, pewnie musiała się nudzić. Najczęściej przebywała tam z nami babcia. Rodzice dojeżdżali autobusem w sobotnie popołudnia. Nie pamiętam czy zajmowaliśmy jeden czy dwa pokoje. Pamiętam za to mycie w metalowej misce oraz wizyty w sławojce, urozmaicone obserwacjami pająków czyhających na swoje ofiary pośrodku misternej sieci pajęczyny. Wyprawa do toalety wymagała zresztą nie lada odwagi i uwagi, by nie zostać po drodze boleśnie poszczypanym przez złośliwego gęsiora. Dzięki swej agresywności ptaszor uniknął roli obiektu eksperymentów, która to stała się dolą pozostałego drobiu podwórkowego. Moją ulubioną rozrywką było bowiem wspinanie się po drabinie na dach, skąd testowałem zdolność do lotu kolejnych przedstawicieli ptasiego klanu. Nie wydaje mi się, aby pałali oni entuzjazmem do uczestnictwa w tych ćwiczeniach.

Za drogą, w kierunku doliny rzeczki Czarnej rozciągały się łąki. Muliste dno niespecjalnie zachęcało do kąpieli. Chodziliśmy jednak na łąki, na których spotkać można było bociany oraz wszelkiego rodzaju bezkręgowe towarzystwo, na czele z pasikonikami, trzmielami i wielobarwnymi motylami. Posiłki przygotowywaliśmy sobie sami, choć pamiętam rok kiedy wykupiliśmy obiady w jednym z sąsiednich domostw. Do dzisiaj nie mogę wyjść z podziwu, że w osadzie liczącej sobie mniej niż 10 gospodarstw dostępne były takie usługi. W Katrynce bowiem nie było nawet sklepu. Po chleb wybieraliśmy się do Wólki, położonej kilometr dalej, po drugiej stronie rzeczki. Był to dla mnie wtedy prawdziwy koniec świata. Takie przekonanie umacniał fakt, iż Wólka położona była na wzniesieniu i docierając do niej nie można było zobaczyć co się znajduje poza miejscowością. Większe zakupy docierały pod koniec tygodnia wraz z wizytą rodziców.

Ówczesna oferta letniskowa z punktu widzenia ekonomicznego była zupełną szarą strefą, chociaż władze ją tolerowały, a nawet próbowały narzucić pewien schemat organizacyjny, używając dla tego zjawiska nazwy „Wczasy pod gruszą”. Czytając ostatnio książkę Andrzeja Kobalczyka „Z letnikami nad Pilicę” złapałem się na spostrzeżeniu, że wprawdzie organizacyjnie pobyt w Katrynce odbiegał daleko od realiów wcześniejszych o 70 lat stacji klimatycznych, ale stała za nim ta sama mieszczańska potrzeba wyrwania się latem poza rozgrzane mury miasta. A już doświadczenie wiejskiego życia i przyrody, zwłaszcza z perspektywy letnika w wieku juniorskim, dostarczał wielce podobne. Z tą myślą udaliśmy się parę tygodni temu z Podziomkiem i psem Harrym do tradycyjnego zagłębia letniskowego, jakim od ponad 130 lat są okolice Tomaszowa Mazowieckiego.

***

Na opracowanej przez Fr. Karpińskiego mapie ”Zdrojowiska, miejsca kąpielowe i stacje klimatyczne w Królestwie Polskim”, pośród do dziś znanych Buska, Ciechocinka czy Nałęczowa, figurują również liczne miejscowości dzisiaj zupełnie nie kojarzone z tymi funkcjami, w tym dwie nadpilickie: Inowłódz i Nowe Miasto. Inowłodzka stacja klimatyczno-leśna była prywatną inwestycją adwokata Bernarda  Birenzweiga, który począwszy od 1884 roku postawił tam około 10 willi szwajcarskich. Corocznie reklamował w prasie łódzkiej i warszawskiej tamtejsze „kąpiele rzeczne, nabiał, warzywo, owoce, wszelkie artykuły żywności w doborowym gatunku” jak też położenie „wśród lasów, w miejscowości górzystej, przez lekarzy uznanej za zdrowotną”. Julian Tuwim, który wraz z matką i siostrą spędzał tam kilkakrotnie letnie miesiące opisał jej bywalców w „Kwiatach polskich” w następujący sposób:

„Był to na lato punkt inwazji drobnej żydowskiej burżuazji, nie było tam potężnych szczepów wsławionych w przemysłowym dziele. Lecz tacy sobie właściciele mniejszych fabryczek, większych sklepów, bo księstwo o manierach dworskich, rody Rotwandów i Przeworskich, Poznańscy ani Natansony nie zaglądali w tamte strony. Oni po Ritzach i Biarritzach, Ostendach, Badach, zagranicach, a moim  łódzcy Goldbergowie i co lepszego w Tomaszowie – zjeżdżali tu. I tu nieśmiała, panieńsko smutna i nerwowa z Irą i Julkiem przyjeżdżała pani Adela Tuwimowa”. Jak to w historii zazwyczaj bywa pamięć o pobycie właścicieli mniejszych fabryczek i większych sklepów uległa zatarciu. Natomiast pobyt artystów i naukowców takich jak Tuwim, pianista Artur Rubinstein, odkrywca grup krwi – Ludwik Hirszfeld, publicysta i krytyk literacki –Tadeusz Boy-Żeleński czy diva operowa – Lucyna Messal, został dobrze udokumentowany. Może dlatego, że rzeczeni sprawnie władali piórem pisząc wspomnienia oraz listy do krewnych i przyjaciół. Ciekawie brzmią opisy pobytu letników w Inowłodzu. Ze względu na brak własnego środka lokomocji, był to pobyt stacjonarny w ścisłym znaczeniu tego słowa. Brak zapisów o wynajmowaniu furek czy dorożek na dalsze wycieczki. Spacerowano po lesie i brzegami Pilicy, zwiedzano zabytki Inowłodza, czasem pływano po rzece łódkami, grano w karty, urządzano potańcówki. W weekendy przygrywała orkiestra przybyła z Tomaszowa, na której poziom zresztą regularnie narzekano. Letnicy organizowali się w amatorskie kółka teatralne, osoby utalentowane muzycznie dawały mini koncerty. No i, przede wszystkim, ludzie rozmawiali ze sobą, nawiązywali nowe znajomości lub pogłębiali dotychczasowe. Zarząd stacji oprócz rozrywki zapewniał konsultacje lekarskie.

Za Andrzej Kobalczyk „Z letnikami nad Pilicę”

Właściciel letniska zadbał o promocję.

Wille szwajcarskie były budowlami o malowniczym wyglądzie. Konstrukcyjnie były to lekkie, drewniane budynki przeznaczone do użytku tylko w sezonie letnim. Nieogrzewane zimą, ulegały postępującej degradacji, niemniej wszystkie dotrwały do grudnia 1914 roku, kiedy to wojska kajzerowskich Niemiec dotarły do linii dolnej Pilicy, na której na całe 5 miesięcy zatrzymał się front. Położone na wysokich brzegach Pilicy wille stanowiły punkty orientacyjne dla rosyjskiej artylerii, poza tym drewno rozbiórkowe można było użyć dla ogrzania żołnierzy zimowa porą. W rezultacie, gdy umilkły działa, z całego kompleksu ostał się tylko jedyny budynek murowany.

W latach międzywojennych powstało parę willi, ale palmę pierwszeństwa przejął położony w górę rzeki Teofilów. Nie nazywano go już stacją klimatyczną, ale swojsko: letniskiem. Po II Wojnie Światowej, zgodnie z duchem epoki, powstały tam ośrodki wypoczynku masowego łódzkich i tomaszowskich fabryk. Tymczasem inowłodzka stacja, ulokowana faktycznie we wsi Zakościele, nie stwarzała warunków dla rozwoju ośrodków wypoczynkowych. Dopiero kolejna zmiana systemu w roku 1989 stworzyła warunki do turystycznego rozkwitu miejscowości. Dzisiaj gości przyjmują tam gospodarstwa agroturystyczne i pensjonaty, działają liczne wypożyczalnie kajaków i rowerów, a nawet stajnia pozwalająca na skorzystanie z jazdy konnej. O uzależnieniu wsi od turystyki świadczy stwierdzenie pracownika wypożyczalni kajaków, który na nasze pytanie o prognozę pogody rzucił: Jak dla mnie, mogłoby padać przez cały tydzień, byle w weekend była ładna pogoda.

Sądząc ze starych fotografii, spacer po Inowłodzu dostarcza dzisiaj więcej przyjemnych wrażeń niż na przełomie XIX i XX wieku. Wydłużony rynek uniknął ogólnopolskiej mody na porządne wybrukowanie. Nie stanowi też jednak przykładu niekontrolowanej ekspansji drzew, krzewów i roślinności zielno-ruderalnej. Widać, że przeprowadzono tu rewitalizację wedle planu przygotowanego  przez architekta krajobrazu. W efekcie powstał całkiem przyjemny mini park, gdzie drzewa mają ukształtowane korony, trawniki są koszone, a alejki cieszą równą nawierzchnią. Ukłonem w kierunku współczesnej mody z dziedziny małej architektury, jest przykrycie dawnej studni miejskiej drewnianym daszkiem i wyposażenie jej w imponujących rozmiarów kołowrót. Domy wokół placu prezentują ciekawą mieszankę stylów architektury małomiasteczkowej i w większości są starannie utrzymane. Przy rynku, obok standardowego zestawu usług dla ludności (poczta, bank, fryzjer itp.), znajduje się też kawiarnio-pizzeria, a nawet galeria sztuki/rzemiosła Czarna Kura. Solidne skórzane torby i metalowa biżuteria nie u wszystkich znajdą uznanie, ale można wpaść na pogawędkę z sympatyczną właścicielką. Na jednym krańcu rynku wznosi się sięgający historią początków XVI wieku kościółek św. Michała Archanioła, a na drugim dwustuletnia synagoga. Łączy je fakt nabrzeżnego usytuowania: kościoła nad Pilicą, a synagogi nad dawnym jej korytem, doprowadzającym też wody do fosy inowłodzkiego zamku. Położenie jest też atutem plebani. Bezpretensjonalny, drewniany budynek góruje nad zbiegającym ku rzece sadem.

Zabudowa przy rynku
Galeria Czarna Kura
Pomysłowe podkreślenie średniowiecznego rodowodu Inowłodza
Studnia miejska
Plebania

Synagoga wymieniana jest w każdym przewodniku jako ciekawostka, gdyż obecnie mieści sklep ogólnospożywczy, zresztą bardzo porządnie zaopatrzony. Personel ze spokojem znosi, że niektórzy z klientów robią zdjęcia zdobiącym wnętrze polichromiom. A te są, w skali Polski, absolutnym unikatem gdyż zawierają modlitwę za panującego władcę i to w dwóch językach: hebrajskim po jednej, a rosyjskim po drugiej stronie świątyni. Jako, że użyto języka rosyjskiego, wychwalano cara Wszechrusi Mikołaja Aleksandrowicza. Odmienna czcionka sugeruje jednak, że tą część inskrypcji zmieniano wraz z intronizacją kolejnego panującego.

Wspomniany już zamek w Inowłodzu, jak to w Polsce najczęściej bywa, wzniósł Kazimierz Wielki, a zniszczyli Szwedzi podczas Potopu. Jeszcze 15 lat temu ostatki jego murów tylko gdzieniegdzie dźwigały się na wysokość 3-4 metrów. W ostatniej dekadzie został jednak zrekonstruowany do postaci tzw. trwałej ruiny. W pomieszczeniach przyziemia oraz pierwszej kondygnacji wygospodarowano miejsce na powierzchnie wystawowe, pomieszczenia dla gminnego ośrodka kultury i biblioteki.

Nad Inowłodzem, na wysokim północnym brzegu Pilicy, wznosi się kościół św. Idziego postawiony jako wotum za narodziny syna przez księcia Władysława Hermana w roku 1082. Ze względu na położenie jest zewsząd widoczny, ale najciekawszą perspektywę daje spojrzenie z  parku położonego przy świeżo zagospodarowanej plaży i przystani kajakowej. Kościół ma za sobą stulecia nieużywania i upadku, zniszczenia wojenne i odbudowy, a swój obecny, wysmukły wygląd zawdzięcza przebudowie w latach 1936-38. Lokalną ciekawostką są murale inspirowane miniaturami zdobiącymi średniowieczne rękopisy. Jeden z budynków kompleksu Ochotniczej Straży Pożarnej wyraźnie naśladuje architekturę kościółka św. Idziego. Chciałbym wierzyć, że eksponowany przed nim stary wóz z ręczną sikawką to ten sam, który w 1902 roku podarował z okazji założenia jednostki właściciel stacji klimatycznej, mecenas Birenzweig.

Synagoga inowłodzka
Dziedziniec zamkowy
Kościół św. Idziego od strony absydy
Kompleks ochotniczej straży pożarnej
Inskrypcja we wnętrzu synagogi wychwalająca cara
Romański kościół św. Idziego
Kościółek św. Michała Archanioła
Zabudowa małomiasteczkowa przy rynku
Czy ta pompa strażacka pamięta początki OSP w Inowłodzu?

Niespełna 12 km na wschód znajduje się gminna wieś Poświętne, a w niej sanktuarium Świętej Rodziny. Dotarłem tam w połowie lat 80-tych XX wieku i wyniosłem pod powiekami obraz imponującej barokowej świątyni położonej na wzgórzu nad dosyć mizerną zabudową wsi. Z biegiem lat zbierając przewodniki i inne materiały dotyczące tego regionu ze zdziwieniem odkryłem, że opisują one Poświętne i jego atrakcje w zadziwiająco zdawkowej formie. Przyczyną mogą być trudności lokalizacyjne. Nie żeby trudno było tam trafić – świątynia jest widoczna z daleka i jadąc droga krajową nr 48 nie sposób jej nie zauważyć. Natomiast samą katolicką parafię przypisuje się do coraz to innych miejscowości. Obecnie oficjalnie będąca pod wezwaniem św. Filipa Neri i Jana Chrzciciela jednostka ma w nazwie wieś Studzianną. To tam znajdował się dwór, w którym pierwotnie przechowywano obraz Świętej Rodziny, zanim uznano go za cudowny. Historycznie był to teren parafii Brudzewice, później włączonej do parafii w Drzewicy.  Kiedy w 1820 roku reaktywowano parafię Brudzewice, w Studziannej i jej przysiółku Poświętnem istniały już trzy kościoły, w tym barokowy gigant postawiony przez nieznanego architekta, ale przypisywany mistrzom tej epoki, a to Tylmanowi van Gameren, a to Francesco Solariemu. Po stu latach przyznano więc parafię Studziannej, ale administrowana jest ona przez księży filipinów z klasztoru w Poświętnem.

Spróbujmy opisać to miejsce. Nad szeroką fasadą, flankowaną niskimi wieżami, góruje potężna kopuła. We wnękach na dwóch poziomach umieszczone są rzeźby świętych związanych ze zgromadzeniem filipinów. Za świątynią rozciągają się klasztor i zabudowania gospodarcze. Kompleks otoczony jest murem przeciętym kilkoma zdobnymi bramami, a całość zwieńczona  jest od frontu dwiema wieżami. We wnętrzu, do którego można tylko zerknąć z kruchty (Niespodzianka? A skądże!), dominuje ołtarz główny, w którym pod srebrnymi koronkami kryje się obraz Świętej Rodziny przy posiłku. Ołtarz jest wykonany z drewna, ale kolumny po jego bokach doskonale imitują zielony marmur. Całości dopełniają malowidła na ścianach i sklepieniu. Na sąsiednim wzgórzu, w miejscu pierwotnej lokalizacji sanktuarium, wznosi się kościółek św. Anny. Po drodze na cmentarz, już faktycznie w Studziannej, znajduje się skromny kościółek św. Józefa. W słoneczne i ciepłe popołudnie ta rzadko używana świątynia bardzo przypominała nam swoje chorwackie odpowiedniki.

Sanktuarium w Poświętnem
Mur klasztorny i jedna z narożnych wież
I co ja mogę? Jedna z rzeżb zdobiących fasadę kościola
Kościółek św. Józefa
Kościół sanktuaryjny – widok od pólnocy
Ołtarz główny
Kościółek św. Anny
Brama na klasztorny folwark

Z drogi Poświętne – Inowłódz, skręcając w stronę Pilicy, można dotrzeć do Szańca Hubala. Tak dla upamiętnienia nazwano miejsce, gdzie w 1940 roku zginął pierwszy partyzant Rzeczpospolitej, jeździec i olimpijczyk z Amsterdamu, major Henryk Dobrzański. Nazwa jest nieco myląca, gdyż oddział Hubala nie stawiał Niemcom długotrwałego oporu zza istniejącego kamiennego kręgu. Biwakujący, w kadłubowej już liczebności, oddział został zaatakowany przez obławę niemiecką, a w czasie krótkiej potyczki zginęło tylko trzech partyzantów, w tym major Hubal. Jest to bardzo malownicze miejsce na skraju lasu. Wewnątrz kamiennego kręgu stoi kamień z tablicą ku czci Hubala. Z boku na osobnym murze wiszą pamiątkowe płyty z nazwiskami wszystkich żołnierzy, którzy przewinęli się przez oddział majora. Nad wszystkim górują brzozowe krzyże. Jako, że w upamiętnienie tego miejsca zaangażował się Polski Związek Jeździecki, obok dużego głazu Hubala spoczywa niewielki kamień z wyrytym napisem Demon, upamiętniający konia majora, który też zginął w czasie feralnej potyczki. Mają w Brukseli swój pomnik gołębie wojskowe, ma reprezentant kawaleryjskich rumaków pod Anielinem. Szkoda, że o tylu innych czworonogach poległych w ludzkich konfliktach nikt nie pamięta.

Szaniec Hubala pod Anielinem
Tablice z listą żolnierzy Hubala
W potyczce zginął też koń majora
Szaniec od frontu
Orzeł zdobiący grzbiet muru
Tablica ufundowana przez PZJ

7 października 1901 roku przed drewnianym kościółkiem w podtomaszowskich Białobrzegach zebrał się, pod kierownictwem księdza proboszcza, tłumek odświętnie ubranych włościan dzierżąc specjalnie przygotowany bochen chleba i naczynie z solą. Wyobraźnia podpowiada, że nad grupą powiewały kościelne i państwowe, biało-niebiesko-czerwone flagi. Kto wie czy wzorem większych miast nie wzniesiono specjalnej bramy tryumfalnej. Ku rozczarowaniu zgromadzonych i proboszcza, orszak cara Mikołaja II i jego małżonki Aleksandry Fiodorowny przejechał przez wieś nie zatrzymując się ani na chwilę. Cesarska para była już może zmęczona udziałem w uroczystości poświęcenia cerkwi prawosławnej w Tomaszowie, a może preferowała kontakty z ludem w formie i czasie zaplanowanym przez dwór.

W każdym razie, w kronice parafialnej z opisem tego dnia pozostała pusta kartka, na której ręką proboszcza, na skos strony, umieszczono adnotację: „Miejsce to miało służyć na położenie podpisów przez Najj. Państwa”. Ksiądz chciał uroczystym powitaniem nawiązać do specjalnych relacji łączących jego poprzednika Ludwika Żmudowskiego z ojcem cara, Aleksandrem III. Otóż ksiądz ów był zapalonym myśliwym i znawcą lasów nadpilickich. Przy pomocy osób bliskich dworowi carskiemu udało mu się zaprosić następcę tronu do udziału w polowaniu w tej okolicy. Było to zaproszenie atrakcyjne dla myśliwego, jako że w pobliżu carskiej rezydencji w Skierniewicach, gdzie akurat przebywała rodzina panująca, można było polować co najwyżej na bażanty i zające. Tak więc we wrześniu 1876 odbyło się 11 dniowe polowanie, w którym ksiądz Żmudziński służył za miejscowego łowczego. Było ono na tyle udane, że carewicz nakazał u ujścia rzeczki Gać do Pilicy postawić stanicę myśliwską, a księdzu podarował złoty pierścień oprawny w diamenty. Zapraszał go też, już jako imperator Wszechrusi, na kolejne polowania w okolicach osady, którą od nazwiska właściciela młyna nad Gacią nazwano Spałą.

Takie były początki śródleśnej rezydencji służącej początkowo jako ustronie dla carów, później dla prezydentów Polski, następnie dla „ciężko pracujących robotników” w ramach Funduszu Wczasów Pracowniczych, a obecnie dla każdego. Początkowo było to całkiem bezpretensjonalne miejsce – tu prym wiodła pani prezydentowa Wojciechowska samodzielnie prowadząc kuchnię. Z czasem, nabierając funkcji reprezentacyjnych, osada obrastała w coraz większą ilość obiektów projektowanych w stylu myśliwsko-alpejskim. Dopiero PRL dorzucił swoje klockowate obiekty i nadbudówki, których jedynym celem było pomieszczenie jak największej ilości gości. Z upadkiem komunizmu oraz FWP, a także otwarciem kurka z funduszami unijnymi, z niepozornej poczwarki począł wykluwać się atrakcyjny motyl.

Widok płacyku prezydenta z pomnikiem żubra na pierwszym planie

Zdjęcia z M. Słoniewski, S. Czestnych „Pałac i ludzie. Historia rezydencji myśliwskiej w Spale 1885-1945”

Obecnie Spała stara się łączyć ofertę dla turysty masowego z estetyką godną koronowanych głów, dyplomatów, ministrów i ojców narodu, którzy niegdyś tu bywali. My zatrzymaliśmy się w pensjonacie o nazwie Carski Dwór, gdzie na ścianach podziwialiśmy pokaźną galerię portretów przedstawicieli rodziny Romanowów, a gdy obrazów zabrakło, dodatkowo oprawione w ramki rosyjskie papiery dłużne. W miejscowości znajdują się również kawiarnio-restauracja Carska Wieża i Carskie Apartamenty. Nie dziwią napisy w cyrylicy i dwugłowe orły. Polacy może są antyrosyjscy, gdy chodzi o geopolitykę, ale zmienia się to, gdy rosyjski akcent może przynieś finansowe zyski.

Carski Dwór
Mikołaj i Aleksandra
Elementy zastawy stołowej z czasów carskich
Galeria rodziny Romanowów
Imperialne godło na ogrodzeniu Carskich Apartamentów

Równocześnie kultywuje się tu prezydencki okres Spały. Z naszego rezerwatu imperialnej Rosji chodziliśmy na śniadania do hotelu Mościcki, a jeden z obiadów zamówiliśmy w restauracji należącej do położonego na drugim brzegu Pilicy hotelu Prezydent. Ulubionym obiektem robienia sesji fotograficznych jest ławeczka Mościckiego, gdzie można przysiąść się do prezydenta na stanowisku myśliwskim, dzierżącego w ręku dwururkę, z psem Lordem u boku. Niegdysiejszy symbol rezydencji, żeliwny pomnik żubra, pierwotnie ustawiony w Zwierzyńcu koło Białowieży, odzyskany na mocy traktatu ryskiego z ZSRR został, decyzją prezydenta Mościckiego ustawiony w przypałacowym parku. Dzisiaj ukryty w zieleni na zapleczu nowego obiektu z apartamentami na wynajem jest nieco zapomniany. Jednak jego wizerunek używany jest powszechnie do celów promocyjnych przez miejscowe instytucje, organizacje i obiekty turystyczne.

Ławeczka prezydenta Mościckiego
Białowieski pomnik żubra w Spale. Fotografia z roku 2013. Budynek w tle zmienił się nie do poznania

Spała to miejsce bogate w historię, ale nie w wartościowe zabytki. O jej uroku stanowi zanurzenie zabudowy w zieleni. Gęste mieszane lasy o prawdziwie puszczańskim charakterze otaczają całą miejscowość. Na spiętrzonej rzeczce Gać stworzono staw, wokół którego spacerują liczni goście. W dół Pilicy na jej wysokim brzegu rozłożyło się uroczysko Grzybek, nazwane tak od wiaty takiegoż kształtu. Kolejni władcy (z pomazania czy też z wyboru) odwiedzali to miejsce piechotą, powozem, konno czy jak Mikołaj II – łódką. W pobliżu ułożono z głazów narzutowych pomnik podnoszący zasługi prezydenta Mościckiego dla odnowienia tradycji łowieckich. Przy tej kamiennej piramidzie skromnie wygląda miejsce pochówku Lorda.

Wzdłuż głównej ulicy rozciąga się malowniczy park projektu wiodącego architekta zieleni przełomu XIX i XX wieków – Waleriana Kronenberga. Został on w ostatnich latach odnowiony, wzbogacony o nowe ogrodzenie i fontannę, ale też uatrakcyjniony o modne obecnie kwiatowe łąki. Spośród nich wyrasta bez mała stuletnia drewniana kaplica prezydencka. Wnętrze tej niewielkiej świątyni, jedynej do której można wejść poza porą nabożeństw, zdobią międzywojenne witraże oraz drewniany ołtarz ukazujący nawrócenie świętego Huberta. W środku jest mrocznie i nastrojowo, a powietrze przesycone jest zapachem drewna. Ceniący celebrę swego urzędu Mościcki, udając się na nabożeństwa, zostawiał większość swojej świty przed drzwiami. Zwykł się za to modlić w towarzystwie delegacji dzieci z miejscowego sierocińca.

Staw na Gaci ze współczesnym budynkiem świetlicy wiejskiej
Dawniej elektrownia wodna, obecnie bar Turbina
Kaplica prezydencka
Harry przy kamieniu Lorda
Willa szwajcarska
Jeden z większych i strojniejszych budynków w Spale
Dawny kompleks zabudowań gospodarczych
Grzybek na uroczysku po ostatniej przebudowie uzyskał więcej nóżek
Carska wieża ciśnień od strony parku

Architektura drewniana Spały i okolic jest ujmująco bezpretensjonalna. Być może wynika to z funkcji, drewniane domki służyły bowiem głównie jako schronienie dla strażników całego kompleksu. Dwa z takich domków znajdziemy przy drogach wyjazdowych na zachód i ku północy. Na najciekawszy można jednak natrafić około 3.5 km na północny zachód od miejscowości, na granicy wsi Glinik i Dąbrowa. Zbudowany z bali i kryty czerwonym dachem domek ma malowane okiennice i okapy oraz półkolistych kształtów drewniany parawan kryjący szczytową część budynku. Pomalowany w wyraziste kolory wygląda wedle opisu na Google maps „jak z ruskiej bajki”.

Spała jest też ważnym miejscem na kajakowej trasie Pilicy. Nad rzekę można wygodnie dojechać, a samochód zostawić na sporym parkingu. Liczne wypożyczalnie działające w okolicy nie skarżą się na brak zainteresowania, na co wpływ ma rzadki w centralnej Polsce charakter rzeki, której obydwa brzegi (na odcinku do Inowłodza) porastają całkiem gęste lasy. My spłynęliśmy do Żądłowic (ok. 18 km). Po drodze zaliczyliśmy dwie mielizny oraz ze cztery bystrza, gdzie dno kajaka szorowało o kamienie. Harry przeżył nurkowanie z kajaka na „główkę”, ale dzięki temu szczęśliwie przekonał się, że potrafi pływać. Na rzece spotkaliśmy sporo kaczek oraz tracze nurogęsi i gągoły z młodymi. Sąsiad z pensjonatu miał więcej szczęścia, bo udało mu się spostrzec czarnego bociana. No i panorama Inowłodza od strony rzeki z obydwoma kościołami definitywnie uatrakcyjnia spływ akurat tym odcinkiem Pilicy.

Domek jak z ruskiej bajki
Pilica pod Spałą
Most wiszący nad Pilicą
Kaczki i tracze odpoczywaja na mieliźnie
Kapliczka w Dąbrowie
Kościół w Inowłodzu od strony rzeki
Pilica płytnie w zielonym obramowaniu lasów
Wysokie brzegi pod Inowłodzem

***

Jednym z niewielu powodów do narzekań letników odwiedzających pod koniec XIX w. stację klimatyczno-leśną w Inowłodzu był stan dróg, a co za tym idzie, czas i komfort dojazdu od najbliższej stacji kolejowej w Tomaszowie. Piasek do pół osi konnego wozu, a po deszczach błoto – to było pierwsze doświadczenie przyjeżdżających na wypoczynek. Właściciel stacji słał monity do władz odpowiedzialnych za ten stan rzeczy, a nawet zakupił w Hamburgu niewielki stateczek parowy w celu transportowania gości. Władze były jednak nierychliwe, a droga wodna, ze względu na zmienną głębokość i krzywizny rzeki zajmowała więcej czasu niż przejazd furmanką. W końcu w 1902 roku zbudowano drogę z Tomaszowa do Inowłodza wiodącą przez Brzustów. Najkrótsza droga przez lasy nadpilickie i Spałę była niedostępna, podróżni nie mieli prawa zakłócać wypoczynku pierwszych osób w państwie.

Zmieniło się to wraz z otwarciem Spały dla wypoczynku masowego. Początkowo nie miało to większego znaczenia, ale wraz z rozwojem motoryzacji, przeciskająca się między pocarskimi zabytkami droga krajowa nr 48 stała się problemem. Wyobraźcie sobie tylko posiadówkę nad espresso w kawiarnianym ogródku, przerwaną dźwiękiem filiżanki podskakującej na spodku i widokiem ogromnego TIR-a w odległości 5 metrów od stolika. Aż się prosi o zastosowanie niemieckiego patentu na okiełznanie ruchu drogowego w miejscach turystycznych, a mianowicie stworzenie dwóch solidnych parkingów na każdym końcu miejscowości z zakazem ruchu tranzytowego pomiędzy nimi. Możnaby wtedy ukoić zmysły sterane zmaganiami z codziennością na podobieństwo gości inowłodzkiej wilegiatury sprzed 100 laty. Pomarzyć zawsze warto…

Kategorie
Polska

Wędrujące zabytki

Figurę siedzącej kobiety odzianej w złote szaty spływające w licznych fałdach na jej kolana i stopy umieszczono w złotym barokowym obramowaniu. Spod błyszczącej korony na przykryte króciutką pelerynką ramiona opadały niezliczonymi lokami kasztanowe włosy. Pucołowata twarzyczka z prostym noskiem i ledwo zarysowana kreską ust emanowała spokojem. Po  obu stronach koronowanej głowy unosiły się dwa bezskrzydłe aniołki okrywające plecy świętej osoby podbitą niebieskim materiałem opończą. Ułożenie rąk i dłoni figury sugerowało, że pierwotnie musiała trzymać w nich jakiś atrybut swojej pozycji. Czerwony bucik wysuwający się spod fałdów sukni spoczywał na pysku przyklękłego przed nią czarnego stwora o wyglądzie mastifa. Na jego widok cała nasza, psiolubna grupa zakrzyknęła „O, Mimsio!” (taki przydomek nosi Vinyl – czarnofutry podopieczny mojej córki i zięcia, o  którym więcej można przeczytać we wcześniejszym wpisie „O urokach podróżowania z psem”).

Św. Małgorzata z cegłowskiego kościoła

W ten sposób świętą Małgorzatę z Antiochi oddał uczeń Wita Stwosza – mistrz Lazarus Gertner z Ulm, który na zamówienie kapituły warszawskiej wykonał w roku 1510 ołtarz do kościoła św. Jana w Warszawie – obecnej katedry warszawskiej. Wraz trzema innymi, bardzo popularnymi w średniowieczu, świętymi niewiastami: Katarzyną Aleksandryjską, Dorotą z Cezarei i Barbarą z Nikomedii, asystuje centralnej scenie pogawędki świętych (Santa Converatione) prowadzonej między Matką Boską, a świętym Janem Chrzcicielem i biskupem Stanisławem ze Szczepanowa. Ciekawy jest już wybór całkowicie żeńskiej asysty umieszczonej na skrzydłach tryptyku, ale na tym nie koniec niespodzianek. Opisana wyżej święta Małgorzata powinna mieć za atrybuty krzyż, liść palmy i smoka. Ten ostatni symbolizuje szatana, który starał się, bezskutecznie, odwieść ją od wiary chrześcijańskiej. Lazarus za symbol poskromionego zła przewrotnie wybrał czarnego psa, który w symbolice średniowiecznej miał jednoznacznie pozytywną konotację z wiernością i służbą.

Odwiedzając katedrę na warszawskim Starym Mieście na próżno będziemy jednak rozglądać się za tym arcydziełem późnogotyckiej snycerki. Już w nieco ponad sto lat po jego wykonaniu uznano, że w podniesionym do rangi stołecznej mieście, główna świątynia zasługuje na bardziej reprezentacyjny ołtarz. Większy i co ważniejsze, wykonany we wchodzącym w modę stylu barokowym. Podjęto wówczas decyzję o przeniesieniu starego ołtarza do kościoła w stanowiącej uposażenie kapituły kolegiackiej św. Jana Chrzciciela, wsi Cegłów, położonej 55 km na wschód od Warszawy.

Cegłowski kościół
Ołtarz mistrza Lazarusa

Kanonicy kapitulni  sprzed 400 lat wykazali się świadomością wartości artystycznej dzieła mistrza Lazarusa lub, po prostu, byli ludźmi praktycznymi, rozumiejącymi, że ciąży na nich obowiązek wyposażenia cegłowskiej świątyni. A po co wydawać środki na sfinansowanie nowych zamówień, skoro w zasobach ma się już gotowy ołtarz. Z grubsza rzecz biorąc takimi motywami, aż po dzień dzisiejszy, kierują się osoby podejmujące decyzje skutkujące migracjami obiektów zabytkowych do nowych lokalizacji.

Stojąc przed cegłowskim ołtarzem starałem się przypomnieć sobie przykłady innych, z założenia nieruchomych obiektów, które jednak przenosiły się, często po kilkakroć, w nowe miejsca. Zdarzało mi się wspominać na łamach „Za widnokręgiem” o przenoszeniu zabytkowych elementów kamieniarki we Wrocławiu, czy w Brukseli, ale zapewne najczęściej przenoszonymi były budowle drewniane. Decydowała o tym prostota, zarówno konstrukcji, jak i demontażu. Powszechność drewnianego budownictwa mieszkaniowego w przedwojennym Białymstoku była tłumaczona tym, że w okresie raptownej industrializacji miasta po Powstaniu Styczniowym ludność okolicznych wsi przenosiła się do pracy w mieście, nie tylko z dobytkiem ruchomym, ale też z dotychczasowym, rozłożonym na pojedyncze belki domem, który następnie starannie odtwarzała na przydzielonym spłachetku miejskiego gruntu. Proces taki musiał być żywiołowy i pozostaje słabo udokumentowany. Z czasem domy takie starzały się, a warunki życia, które zapewniały, coraz dalej odbiegały od oczekiwań kolejnych pokoleń już „miastowych” mieszkańców. Ani mieszkańcy, ani władze, nie widziały w ich historii niczego cennego, więc cały proceder nie został oceniony, ani ilościowo, ani jakościowo, a jego skali możemy się tylko domyślać.

Inaczej rzecz ma się z drewnianymi obiektami sakralnymi, których peregrynacje zostały opisane zarówno w kronikach parafialnych, jak i dokumentacji konserwatorskiej. Podróżując ostatnio przez północno-wschodnie Mazowsze przejeżdżałem przez Krasnosielc. Wznosi się tam skromny, acz harmonijnej architektury kościółek klasycystyczny, zbudowany w końcu XVIII wieku z fundacji Krasińskich. Musiał mu ustąpić miejsca ledwo 50 letni wówczas obiekt drewniany, który zdecydowano się przenieść do pobliskiego Drążdżewa. Tam spędził następnych 200 lat, by po zbudowaniu nowej, murowanej świątyni pójść na dziesięcioletnie „bezrobocie”, by od 2007 roku, po odbyciu 120 kilometrowej podróży, osiąść szczęśliwie w Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu.

Skanseny wydają się naturalnym miejscem ulokowania zabytkowych obiektów drewnianych, których właściciel nie chce lub nie może utrzymywać w dotychczasowej roli. W ten sposób do Nowego Sącza trafiła cerkiew z Czarnego w Beskidzie Niskim, a do Sanoka, ta z bieszczadzkiego Rosolina. W obydwu przypadkach wspólnoty religijne korzystające z tych świątyń przestały istnieć w wyniku powojennych przymusowych wysiedleń ludności łemkowskiej i bojkowskiej z ich ojcowizny. Skansen to lokalizacja bezpieczna, ale nieco sztuczna, jako że związana ze zmiana funkcji z liturgicznej na wystawową. Dlatego może lepiej, że Górnośląski Park Etnograficzny powstał ostatecznie w Chorzowie, a nie, jak  planowano przed II Wojną Światową, w Parku Kościuszki w Katowicach. Dzięki sprowadzonemu w 1938 roku z Syryni nad Odrą ponad 400 letniemu kościółkowi św. Michała Archanioła Katowice chlubią się posiadaniem zabytku z XVI wieku, a młode pary zyskały malownicze miejsce ceremonii ślubnych, jak też towarzyszących im sesji fotograficznych.

Kościół w Drążdżewie, fot. D. Krzesniak
Cerkiew z Czarnego w Sądeckim Parku Etnograficznym, fot. Henryk Bielamowicz, lic. CC-BY SA 4.0
Wnętrze cerkwi z Czarnego, fot. Henryk Bielamowicz, lic. CC-BY SA 4.0

Cerkiew z Rosolina w MBL w Sanoku, fot. Henryk Bielamowicz, lic. CC-BY SA 4.0
Kościół św. Michała Archanioła w Katowicach
Wnętrze najstarszego zabytku miasta, fot. Paweł Grzywocz, lic. CC-BY SA 2.5 

Pod względem pokonanej odległości żaden z przeniesionych kościółków nie może się równać z kościółkiem Wang. Przebył on trasę z środkowej Norwegii, przez Szczecin i Berlin, do Karpacza, bagatela – ponad półtora tysiąca kilometrów. Jest to też obiekt z najdłuższą historią. W chwili nabycia przez króla Prus Fryderyka Wilhelma IV liczył już sobie ponad 700 lat. Wprawdzie osoba prowadząca prace budowlane w Karpaczu narzekała, że ledwo 15% sprowadzonych z Norwegii części nadawało się do użycia, jednak obowiązująca wówczas praktyka konserwatorska dopuszczała dosyć dowolne uzupełnianie zabytkowego oryginału. W rezultacie światynia w dzisiejszej formie jest, podobnie jak neogotyckie zamki, bardziej staronorweska w wyglądzie, niż jakakolwiek z tych, które pozostały w Norwegii.

Kościółek Wang po przeniesienu do Karpacza, domena publiczna

Kościółek Wang zanim trafił do Karpacza był przeznaczony do muzeum berlińskiego. Król zmienił zdanie w tej kwestii pod wpływem sugestii hrabiny von Reden z Bukowca, posiadaczki posiadłości sąsiadującej z królewskimi Mysłakowicami. Czyli Karpacz był nieplanowaną lokalizacją. Natomiast Kunčice pod Ondřejníkem, położone w Beskidzie Śląsko-Morawskim, gdzie znajduje się kościółek św. Prokopa i Barbary, były lokalizacją przemyślaną. Tam mianowicie miał swój letni dom dyrektor Przedsiębiorstwa Górniczo-Hutniczego w Ostrawie, inż. Śebely. Był on człowiekiem majętnym, a córkę miał wydać za hrabiego Larisch-Monnicha. Jako kochający ojciec chciał, aby uroczystość ślubna miała jak najwspanialszą oprawę. Dlatego, w 1928 roku zakupił na należącym wówczas do Czechosłowacji Zakarpaciu cerkiewkę, którą zlecił zdemontować, przewieźć do Kunčic i ustawić ponownie naprzeciwko swojego domu. Pierwszą uroczystością odbywającą się w tej świątyni był ślub córki inżyniera. Kto jeszcze uważa, że Czechom brakuje fantazji?

Kościół św. Prokopa i Barbary w Kunčicach, fot. Daniel Baránek, lic. CC-BY SA 3.0

Nadnarwiański Tykocin zwany jest barokową perłą Podlasia. Wjeżdżając do miasteczka od północy mija się całkiem udaną rekonstrukcję zamku królewskiego i wkrótce już można zobaczyć górujące nad niską zabudową barokowe szczyty wież kościoła parafialnego oraz stromy dach synagogi. Jak twierdzą najstarsi mieszkańcy, niegdyś aby dotrzeć do miasta, trzeba było pokonać siedem drewnianych mostów, gdyż tyloma ramionami toczyła swe wody Narew. Obecnie, po regulacji biegu rzeki, most jest tylko jeden (nie licząc pomniejszych przepustów), ale za to jaki! Zwieńczony czterema łukami metalowych kratownic, tylko w jednej trzeciej długości biegnie ponad rzeką, a w pozostałej części nad zalewowymi łąkami. W sezonie zawsze można na nim spotkać turystów starających się z tej perspektywy uchwycić najbardziej malownicze ujęcie w obiektywie swoich aparatów fotograficznych. Przyglądając się uważnie elementom metalowej konstrukcji w części północnej mostu, znajdziemy niewielką tabliczkę informującą, że obiekt zbudowała (w oryginale wzmocniła – verstärkt) w roku 1910 firma Beuchelt & Co. z Grünberg, Schl. Ta zielonogórska firma wyprodukowała wprawdzie blisko 500 mostów stalowych, ale znakomita większość z nich stanęła w granicach wilhelmińskiej Rzeszy Niemieckiej (na Śląsku firma miała bez mała monopolistyczną pozycję). Nieliczne mosty jej produkcji poza Niemcami stawiane były w koloniach lub np. na trasie strategicznej dla kajzera inwestycji, jaką była linia kolejowa Berlin – Bagdad. Most w Tykocinie, służący przed I Wojną Światową głównie jako ułatwienie dojazdu ludności wiejskiej na targ w miasteczku, na pewno nie miał takiej rangi. Zresztą nawet w Polsce międzywojennej mosty o trwałej (metalowej, czy żelbetowej) konstrukcji stawiano głównie na liniach kolejowych. Natomiast mosty drogowe, poza dużymi miastami i najważniejszymi szlakami komunikacyjnymi, budowano z drewna. Wziąwszy pod uwagę natężenie ruchu oraz niską średnią masę ówczesnych  pojazdów, było to rozwiązanie zupełnie wystarczające. Jak więc ciekawy przykład architektury mostowej epoki wilhelmińskiej zawitał na podlaską prowincję? Otóż jest to zdobycz wojenna z czasów II Wojny Światowej. Wycofujący się Wehrmacht wysadzał przeprawy mostowe, ale dla utrudnienia ruchu wojsk przeciwnika wystarczało zniszczyć jedno, czy dwa przęsła. Zdobywcom, zwłaszcza na szerszych rzekach, pozostawały jeszcze spore odcinki mostów do wykorzystania. Armia Czerwona demontowała je i wywoziła na wschód, ale zagęszczenie infrastruktury na ziemiach przyłączonych do Polski było tak duże, że wystarczyło i dla nas. W latach 50-tych XX wieku most trafił do Tykocina, niestety bez informacji o pierwotnej lokalizacji. W ostatnich latach w Zielonej Górze i Wrocławiu wyrażano pewne zainteresowanie pochodzeniem mostu tykocińskiego, ale w przeciwieństwie do przewiezionych po wojnie pomników i pomniejszych dzieł sztuki nie zażądano jego rewindykacji.

Most w Tykocinie, po lewej stronie w tle widoczny zamek

W tym samym czasie, choć w mniej dramatycznych okolicznościach, zdecydowano o losach zdemontowanego kilka lat wcześniej mostu w Fordonie koło Bydgoszczy. Ta otwarta w 1893 roku przez cesarza Wilhelma II przeprawa liczyła sobie 1325 m długości (dokładnie tyle, co aleja Unter den Linden w Berlinie) i była najdłuższą w ówczesnych Niemczech. Most składał się z dwóch części: biegnącej nad rzeką oraz nad terenami zalewowymi doliny Wisły. Część nadrzeczna podczas II Wojny Światowej była niszczona przez saperów, już to polskich w 1939 roku, już to niemieckich w 1945 roku. Część lądowa mostu natomiast przetrwała nienaruszona do powojennej odbudowy, kiedy to, ze względów oszczędnościowych, postanowiono most skrócić o 310 metrów. Część trasy poprowadzono po nasypie, a nowy most uzyskał szersze jezdnie. Zdemontowane stare przęsła, po konserwacji, rozdysponowano w następujący sposób: do Brzegu nad Odrą, do Plosek nad Narwią, do Dorohuska i Zosina nad Bugiem, do Jarosławia nad Sanem i wreszcie jedno przęsło otrzymał Czarnków nad Notecią. Byłoby prawdziwym chichotem historii, gdyby most w Tykocinie pierwotnie łączył brzegi Odry w Brzegu (a firma Beuchelt & Co. postawiła nad Odrą aż 42 przeprawy), a następnie powędrował na wschód, zaś na jego miejsce sprowadzono elementy mostu z Fordonu.

Most w Fordonie, przęsłą części nadrzecznej byly łukowato zamknięte
Dwa przęsła części nadzalewowej fordońskiego mostu przeniesiono do Plosek nad Narwią

Mosty przenoszono także w międzywojniu, czego najlepszym przykładem jest ten z Opalenia na Wiśle, kilka kilometrów na południe od Kwidzyna. Zbudowano go w 1909 roku, a swoją przydatność wykazał w pierwszych tygodniach I Wojny Światowej służąc szybkiemu przerzuceniu oddziałów niemieckich do zagrożonych rosyjską ofensywą Prus Wschodnich. W rezultacie Rosjanie zostali pokonani w bitwie pod Tannenbergiem. Jednak Niemcy przegrali całą wojnę i zgodnie z warunkami traktatu wersalskiego musieli oddać Polsce korytarz pomorski, a także dolinę Wisły na wschód od rzeki, aż do wałów przeciwpowodziowych. Ponad kilometrowej długości most znalazł się w całości na terenie Polski, gdzie okazał się niepotrzebny, bo można nim było dojechać co najwyżej do nadrzecznych łąk. W tej sytuacji podjęto decyzje o rozbiórce, przeprowadzonej w latach 1928-29. Z większości pozyskanych przęseł zbudowano most drogowy w Toruniu, a z części także most nad ramieniem Warty w Koninie. W korycie Wisły pozostały, do dzisiaj widoczne, potężne filary, na których wspierała się oryginalna konstrukcja.

Most w Opaleniu przed I Wojną Światową
Most w Toruniu zbudowany z przęseł mostu opaleńskiego, fot. Jacek 767, lic. CC-BY SA 3.0
Filary mostu w Opaleniu

Już w XXI wieku w Poznaniu przeprowadzono spektakularną operację przeniesienia na odległości około jednego kilometra w dół rzeki przęsła nadrzecznego mostu Św. Rocha i osadzenia go, jako kładki pieszo-rowerowej łączącej Ostrów Tumski i Śródkę, w miejscu, gdzie od X wieku, aż do roku 1970, już istniała przeprawa mostowa. Przęsło starego mostu, zbudowanego w roku 1949, trzeba było przewieźć po specjalnie zbudowanych z obu stron rzeki torach oraz przemieścić nad znajdującym się po drodze mostem Mieszka I. Ważące 450 ton przęsło podniesiono w tym celu na wysokość 9 m, przetoczono nad mostem Mieszka I, aby je znowu opuścić na poziom gruntu. W dniu 29 września 2007 roku setki poznaniaków oglądały kulminacyjny moment przetaczania stalowego przęsła po moście. Wprawdzie po przeniesieniu zmienił on nazwę na Most Cybiński, ale nie zmieniły się ryzykowne zwyczaje młodych mieszkańców miasta, którzy spacerują, a nawet próbują przejazdu rowerem po łukach stalowej konstrukcji.

Most Cybiński w Poznaniu z katedrą w tle
Zdemontowane przęsło mostu św. Rocha czeka na przeniesienie w nowe miejsce, fot. Krzysztof Piechota, lic. CC_BY SA 4.0

W latach 60-tych XX wieku większość historycznych budowli Warszawy została już odbudowana. Minął też okres bezmyślnego wyburzania obiektów, które przetrwały hekatombę bombardowań i podpalania, ale stały na przeszkodzie wizji tworzenia nowoczesnego urbanistycznie miasta. Władze chlubiły się przychylnym stosunkiem do zabytków przeszłości oraz wiedzą i umiejętnościami polskich konserwatorów. Gdy więc dochodziło do kolizji planów dalszego rozwoju z szacunkiem do zabytkowej materii miasta kilkakrotnie zdecydowano się na spektakularne przemieszczenie całych wielkogabarytowych obiektów murowanych. Zaczęto w 1961 roku od północnego budynku rogatek grochowskich, co umożliwiło poszerzenie ulicy biegnącej między nimi. Niespełna rok później, o 21 metrów na północ przesunięto cały, ważący 6,8 tysięcy ton, kościół Najświętszej Marii Panny przy warszawskim Lesznie (wówczas al. Świerczewskiego). W końcu, w 1970 roku przeprowadzono najbardziej skomplikowaną, wielotygodniową operację przekręcenia o 74⁰ Pałacu Lubomirskich. Tu przyczyną była chęć wizualnego zamknięcia osi saskiej, pozbawionej na swoim wschodnim końcu nieodbudowanego Pałacu Saskiego. Przy okazji przesunięty obiekt zasłonił wschodni budynek Hal Mirowskich, którego neogotycka architektura nie cieszyła się naówczas uznaniem władz. W tej samej dekadzie przesunięto jeszcze, choć bez zbytniego rozgłosu, wartownię numer 1 na Westerplatte w Gdańsku. Obiekt, kluczowy punkt oporu polskiego w pierwszych dniach września 1939 roku, musiał ustąpić miejsca poszerzonemu kanałowi portowemu. Po 30 letniej przerwie moda na przemieszczanie zabytków powróciła. W zmienionych warunkach ustrojowych nie decydowali już o tym politycy, ale konserwatorzy zabytków. W 2001 roku los północnej sąsiadki podzieliła południowa rogatka grochowska. Ponieważ z biegiem lat coraz młodsze obiekty zyskiwały status zabytków, wśród tych przeniesionych znalazły się również niemieckie bunkry z okresu II Wojny Światowej. Czasem też o przeniesieniu zabytku decydowano wbrew woli właścicieli. Tak było podczas budowy linii szybkiego tramwaju w Szczecinie Zdrojach. Premodernistyczną willę Grüneberga przesunięto w 2014 roku o 45 metrów, eksmitując z niej właścicieli. Otaczający ją ogród nie został jednak odtworzony, a sam budynek do dzisiaj pozostaje niezagospodarowany.

Przygotowania do przesunięcia kościoła NMP w Warszawie
Cztery fazy przesunięcia kościoła NMP w Warszawie, dom. publ.
Pałac Lubomirskich, sierpień 1970. Na zdjęciu widać odciete i rozebrane oficyny tylne pałacu. PAP/CAF/Adam Urbanek
Westerplatte – wartownia nr 1, fot. Jan Jerszyński, lic. CC-BY SA 2.5

Przesunięcia obiektów historycznych utrwaliło w naszej powszechnej opinii przekonanie o Polsce, jako kraju, który wyjątkowo troszczy się o los zabytków. Prezentowane bywa nawet stanowisko, że jako jedyny kraj posiadamy umiejętności i odpowiednie kadry dla przeprowadzania takich operacji. Tymczasem, już w 1930 roku w Indianapolis przesunięto ośmiopiętrowy budynek poczty o wadze 11000t. U naszych wschodnich sąsiadów przesunięto w 1939 roku o 80 metrów kompleks budynków Sawińskie Podworie w Moskwie, o wadze 23000 ton. Łącznie  w latach 1936-1941 w Moskwie przesunięto 22 budynki o całkowitej kubaturze 300 tys. m3. Specyfiką rosyjską było przesuwanie budynków wraz z ich mieszkańcami/użytkownikami, którzy obowiązkowo powinni byli się uśmiechać i wyrażać dumę z osiągnięć radzieckiego inżyniera i robotnika. Dla Rosjan dodatkowym bodźcem do tych działań była chęć pobicia parametrów przesuniętego budynku z Indianapolis. Jak by to obecnie źle nie brzmiało, przykład takich operacji przyszedł więc do nas ze wschodu, a ich rozmachem nigdy nie prześcignęliśmy pierwowzoru.

Willa Grunebergów – widoczna po lewej stronie – należała do rodziny producentów organów
Willa Grunebergów po przesunięciu, fot. Hoa binh, lic. CC-BY SA 4.0
Wnętrze willi Grunebergów, fot. Kapitel CC-BY SA 4.0

Decyzje o przeniesieniu zabytku umieszczone są zawsze w kontekście szeroko rozumianych trendów modernizacyjnych oraz w taktyce godzenia i priorytetyzacji wartości. Przenoszone obiekty przestawały wystarczać potrzebom estetycznym, czy użytkowym, w dotychczasowym miejscu lokalizacji, ale spełniały je w nowym miejscu, wśród nowych użytkowników. Chyba tylko Pałac Lubomirskich przeniesiony został z motywów wyłącznie estetycznych. Czego nie mogli przewidzieć mocodawcy przeniesień to faktu, że nowa, mniej prestiżowa, lokalizacja mogła się też okazać bezpieczniejszą. Ołtarz zesłany do Cegłowa, zastąpiony został w latach 1611-18 z fundacji króla Zygmunta III Wazy przez wczesnobarokowy, z obrazem weneckiego malarza Jacopo Palmy Młodszego, który zdobił kolegiatę, a później katedrę warszawską przez ponad 300 lat. Według niektórych źródeł został on uznany za tak cenny, że po 1806 roku przeniesiono go do Muzeum Napoleona w paryskim Luwrze. Tym samym byłby jedynym, obok gdańskiego Sądu Ostatecznego Hansa Memlinga, dziełem sztuki z Polski wartym takiej podróży. Na szczęście Kongres Wiedeński decydował nie tylko o restytucji rodów królewskich, ale i o przynależności dóbr kultury. Dlatego ołtarz mógł udać się w drogę powrotną z Paryża do Warszawy. Biorąc pod uwagę przebytą odległość, zostawił za sobą nawet epicką podróż kościółka Wang. Niestety, nie był ognioodporny i nie przetrwał zniszczenia katedry przez Niemców w 1944 roku. Znamy go więc  tylko z opisów i starych fotografii. Tymczasem św. Małgorzata ze swymi gotyckimi towarzyszkami przetrwała bezpiecznie do naszych czasów w Cegłowie, stając się dumą miasteczka i magnesem ściągającym doń coraz liczniejszych turystów.

Zniszczony barokowy ołtarz główny w Katedrze św. Jana Chrzciela w Warszawie