Po raz kolejny i bez nadziei na powodzenie sprawdziłem kolejne przyciski na tablicy sterowniczej przy wjeździe na parking. Niespodziewanie pod sufitem zaczęła mrugać zielona lampka i olbrzymie wrota uniosły się do góry. Byliśmy wreszcie wolni! Mrużąc oczy przed światłem latarni wyszliśmy na uliczkę dojazdową do centrum handlowego. I natychmiast dostrzegliśmy kawalkadę pojazdów skręcających w nią z Köpenicker Strasse. Na przedzie jechał wóz bojowy Straży Pożarnej, za nim busik dowodzenia akcją, a w ariergardzie radiowóz policyjny. I całe towarzystwo, a jakże, na włączonych „kogutach” sygnalizujących, że przyjechali tu służbowo.
Tak kończył się nasz jednodniowy wypad do Berlina z Podziomkiem, dwiema córkami i koleżanką starszej latorośli, w roku Pańskim 2002. Aby nie wbijać samochodem do ścisłego centrum miasta zostawiliśmy go na parkingu centrum handlowego we wschodniej części miasta i dalej pojechaliśmy U-bahnem. Gdy wróciliśmy około 21:00, centrum było już zamknięte, a w budce parkingowego nie zastaliśmy obsługi. Przy wejściu był jednak przycisk umożliwiający wejście do tunelu prowadzącego na parking. Skorzystaliśmy z tej możliwości licząc, że o tej porze parking przechodzi w tryb samoobsługi. Nic bardziej błędnego! Tunelowe wrota zatrzasnęły się za nami, a dalej były kolejne, już bez funkcji otwierania. Znaleźliśmy wprawdzie wewnątrz tunelu panel sterowania, ale był on niesłychanie rozbudowany, a wciskanie kolejnych przełączników nie przynosiło rezultatów. W tej sytuacji zadzwoniłem na numer 112 i poprosiłem o pomoc. Ekipa ratunkowa przybyła w nadzwyczaj licznym gronie!
Wszystko skończyło się jednak dobrze. Wśród strażaków znalazł się anglojęzyczny, który wyjaśnił wszystko policjantom, a Ci znaleźli pana parkingowego w najbliższym kebabie. Rozstaliśmy się wśród uśmiechów i wzajemnego poklepywania o 23:30. Czekała nas jeszcze 2 godzinna podróż do miejsca zakwaterowania. Spędzaliśmy bowiem kilka letnich tygodni w domu wynajętym w miejscowości Kamionna, położonej około 70 km na zachód od Poznania. Był to nasz pierwszy dłuższy pobyt w Wielkopolsce. Zdarzenia rangi podobnej do wyżej opisanego (10 dniowy pobyt starszej córki w szpitalu w Międzychodzie z podejrzeniem zakażenia Salmonellą, niespodziewany powrót do domu współtowarzyszki wyjazdu, obecność na posesji funkcjonującego chlewika wraz z jego intensywnie pachnącymi lokatorami, czy nawet gościnność gospodyni przejawiająca się w dostarczaniu nam co sobotę pokaźnych rozmiarów placka z kruszonką – „bo przecie w niedzielę trzeba mieć ciasto do kawy”) spowodowały, że atrakcje turystyczne tego wyjazdu jakoś zatarły się w naszej pamięci. Podziomek nie zapamiętała chociażby jedynego, wprawdzie zrekonstruowanego, zamku w okolicy, znajdującego się w nadwarciańskim Sierakowie. Gdy więc udało się nam znaleźć atrakcyjną „miejscówkę” w pobliżu tego miasteczka, bez wahania ruszyliśmy tam na kilkudniową majówkę. Bohaterka pobytu w międzychodzkim szpitalu wybrała się ze swoim ślubnym i, po raz pierwszy, z córką (Tak, tak! Naszą wnuczką!). Planowanie programu, jak i konkretnych wycieczek, wymagało uwzględnienia możliwości i preferencji pięciomiesięcznej uczestniczki.
Zakwaterowanie znaleźliśmy we wsi Chojno Młyn. Przyjeżdżając doń po zmroku trudno uwierzyć, że mieszkają tam jacyś ludzie, gdyż większość zabudowań odsunięta jest na kilkadziesiąt/kilkaset metrów od drogi i ukryta za smugą lasu. Tylko szczekanie psów lub pianie koguta zdradza, że wśród drzew ukryte są siedliska. Za to młyn, który nadał nazwę miejscowości nadal istnieje, chociaż nie pełni już dawnej funkcji gospodarczej. Znajduje się przy nim spiętrzenie wody na strudze płynącej do Warty oraz kaskada napędzająca niegdyś koło młyńskie. Fakt jej obecności pozwala oferować w budynku usługi noclegowe pod, skądinąd egzotycznym na polskim niżu, szyldem „Nad Wodospadem”. My zatrzymaliśmy się w pobliżu, w budynku przearanżowanym na potrzeby turystyczne ze starej stodoły. Spacer nad Wartę, oddaloną od naszej kwatery o 500 metrów, prowadził szeroką miedzą, przy której stały, obsypane kwieciem, pokaźne grusze. Rzeka stanowi tu granicę między dwiema krainami. Na południe od niej rozciąga się Pojezierze Międzychodzko-Sierakowskie, a na północ Puszcza Notecka. Ta pierwsza obfituje w zbiorniki wodne (nie na darmo slogan reklamowy powiatu międzychodzkiego brzmi „Kraina 100 jezior”) oraz morenowe wzgórza, ta druga to bardzo rezległe obszary porośniętych sosnowymi borami wydm, między którymi kryją się jeziora i torfowiska. Upraszczając, na południe od Warty mamy gęściej zasiedlone Mazury, na północ zaś rozleglejszą i bardziej przesuszoną wersję Puszczy Kampinoskiej. To zabawne, ale jako mieszkańcom centralnej Polski, te typy krajobrazu w Wielkopolsce wydawały się nam nieoczekiwane.
Co zaskakujące dla Mazowszan, jest oczywistością dla Wielkopolan. Popularność tych okolic ma, niestety, uboczny skutek w postaci gęstniejącej zabudowy letniskowej nad brzegami jezior. Z taką sytuacją zetknęliśmy się nad jeziorem Chrzypskim. O najlepszym hotelu w Sierakowie można wprawdzie napisać, że usytuowany jest w pięknym lesie nad jeziorem Lutomskim, ale byłaby to tylko częściowa prawda. Jest on otoczony całym kompleksem pensjonatów, domków i budek o przeznaczeniu zarówno noclegowym, jak i gastronomiczno-usługowym. W majowy weekend jedyna prowadząca tam droga przypominała zagęszczeniem ruchu pieszych i pojazdów dojazd na bałtycką plażę w Rowach, nic nie ujmując tym ostatnim. W solidnym tłumku trzeba było czekać, nie tylko na kupno lodów na sierakowskim rynku. W sporym towarzystwie podziwiać też trzeba widoki spod kamiennego grzyba („pierwszy pomnik wystawiony w XXI wieku”) koło Łężyczek, jak i zadzierać głowy pod nieczynnym wiaduktem kolejowym w Chrzypsku Małym. Tłoku przy atrakcjach turystycznych można się było spodziewać, gorzej że koncepcja oddzielenia ruchu pieszego od samochodowego nie jest tu popularna. To jednak ogólnopolska bolączka, a osobom szukającym odosobnienia polecam Puszczę Notecką lub wizyty na pojezierzu w środku tygodnia.
Chojno Młyn należy do gminy Wronki w powiecie szamotulskim. Znacznie stąd jednak bliżej do Sierakowa w powiecie międzychodzkim. A, że miejscowość ma ciekawą historię, liczne zabytki i, co nie do zlekceważenia, miejsca zakupów spożywczych, bywaliśmy tam częściej. Numer jeden na liście miejsc wartych zobaczenia zajmuje niewątpliwie pobernardyński kościół parafialny. Położony atrakcyjnie na skraju parku, wyróżnia się zewnętrznie posiadaniem kopuły z latarnią na skrzyżowaniu nawy i transeptu. Dosyć zaniedbane fasady nie zapowiadają skarbów znajdujących się w środku świątyni. A jest ich co niemiara, gdyż kościół pełnił też funkcję mauzoleum swych fundatorów – ważnego w Wielkopolsce rodu Opalińskich. Barokowe i manierystyczne ołtarze, pięknie intarsjowane stalle i ława kolatorska, a do tego dwa monumentalne nagrobki przedstawicieli rodu, w tym jeden ufundowany przez królową francuską Marię Leszczyńską, po kądzieli pochodzącą z Opalińskich. Znalezione na początku lat 90-tych XX w., bogato zdobione sarkofagi z doczesnymi szczątkami przedstawicieli tego rodu, po renowacji przeniesiono do odbudowanego w tym samym czasie zamku sierakowskiego. Powodem przenosin była nadmierna wilgotność panująca w kościelnej krypcie, ale niczym z deszczu pod rynnę, podobne warunki trapią też prochy Opalińskich w kaplicy zamkowej.

W Sierakowie mieszkali niegdyś wyznawcy luteranizmu, dla których u schyłku XVIII w. wzniesiono szachulcową świątynię nad brzegami Warty. Po powojennym wysiedleniu miejscowych Niemców świątynia długie lata używana była jako magazyn, potem stała opuszczona, by w roku 2010 ulec spektakularnemu zniszczeniu przez zawalenie wieży. Obecnie kończy się jej odbudowa ze zmianą funkcji, z sakralnych na kulturalne. Panoramie miasta został przywrócony jeszcze jeden charakterystyczny element. Choć rzadko uznawany za atrakcję turystyczną, w moim przekonaniu, takowym jest most w Sierakowie. Nie ten jednak, pod którym toczy swe wody Warta. Wjeżdżający do miasta od północy zapoznają się z ciekawym rozwiązaniem z zakresu inzynierii ruchu drogowego. W pewnym momencie droga skręca dwukrotnie pod kątem prostym, by następnie skierować się po dnie tzw. zalewu Warty, równolegle do biegnącego nad nim mostu, ku właściwej przeprawie. A most to nie byle jaki! Zbudowany w latach 1908-09, był naówczas jednym z pierwszych i najdłuższym w całych Niemczech mostem o konstrukcji żelbetowej. W XXI wieku, ze względu na stan jego zużycia, najpierw dołem puszczono ruch ciężarowy, by następnie przenieść pieszych, z grożących ich bezpieczeństwu chodników na jezdnię, tym samym zostawiając samochodom osobowym jeden pas z ruchem w kierunku północnym. Nie słyszałem o planach ratowania tego wybitnego dzieła inżynieryjnego, chociaż wcześniej, czy później pod most przyjdzie wielka woda i zniszczy biegnącą po dnie zalewu drogę.

Zabudowania sierakowskiej stadniny koni wymieniane są za to, jako atrakcja i słusznie, bo najstarsze pochodzą jeszcze z 1829 roku i, w ogóle, jest to wielce malownicze założenie. Pamiętam z wizyty sprzed 20 lat, że za zabudowaniami, skrajem nadwarciańskich łąk biegła droga skryta w cieniu wiekowych drzew, z której można było obserwować pasące się stada ogierów. Nie udało nam się jednak odświeżyć wspomnień, gdyż pomimo otwartej na oścież bramy, zatrzymała nas i sporą grupkę innych ciekawskich tabliczka grożąca próbującym wejść na teren stadniny interwencją policji. Serio! W całym dotychczasowym, niekrótkim przecież, życiu nie spotkałem się z tak niechętnym turyście podejściem ze strony zarządcy zabytkowego obiektu. Dopuszczano wprawdzie zwiedzanie w grupach, ale telefon wskazany do kontaktu milczał, a dopadnięta w końcu biuralistka wyjaśniła, że zwiedzania nie będzie, bo pracownicy dostali wolne. Z pobliskich domów wyszedł, jak się okazało, dawny pracownik stadniny i próbował, bezskutecznie, nam pomóc. Potwierdził, że za czasów jego zatrudnienia ze zwiedzaniem nie było problemów i w dosyć dosadnych słowach podsumował kwalifikacje obecnego kierownictwa do prowadzenia stadniny.

Do gminnego centrum we Wronkach jedzie się drogą z pięknymi widokami na dolinę Warty. Miasto kojarzy się przedstawicielom starszych generacji z wielkim więzieniem, a kibicom i użytkownikom sprzętu AGD z marką Amica. Byliśmy tam krótko, w celu nabycia produktów do zgrilowania (zadziałał widocznie genius locci). Zdołaliśmy jednak poznać główne atrakcje miasta. Najstarszy rodowód ma kościół farny pod wezwaniem św. Katarzyny, który ufundowano jeszcze w XVI wieku. Zachował on gotycką bryłę, chociaż wnętrza są efektem udanej regotycyzacji z lat 40-tych XX w. Wykonano ją w bardzo kulturalny sposób, wkomponowując historyczne elementy, takie jak XV wieczny krucyfiks, czy pochodzącą z XVI wieku figurę Piety, we współczesne lub późniejsze, niż gotyckie wyposażenie. Świątynia jest raczej przysadzistych kształtów, przez co nie wyróżnia się w panoramie miasta. Co innego kościół franciszkański, wystawiony jako dominikański, w stylu barokowym, pod koniec XVII wieku. Dzięki bardziej pokaźnym rozmiarom, położeniu bliżej Warty oraz sąsiedztwu imponującego parametrami i fasadą z czerwonej cegły gmachu seminarium duchownego, jest on doskonale widoczny z wielu punktów miasta. Chyba najlepszy widok roztacza się z kładki nad Wartą. Rzeka jest tu zresztą szersza, niż w Sierakowie i sama w sobie przyjemna dla oka. Z kolei na wronieckim rynku stoi uroczy pomniczek, przedstawiający osiołka zaprzężonego do wózka. Jest to bohater prawdziwej historii z lat okupacji niemieckiej, który zepsuł przejmującym rykiem obchody urodzin Führera, organizowane przez władze i wojsko niemieckie. Mleczarz, który wjechał całym zaprzęgiem na rynek, zebrał ze strony rozwścieczonych organizatorów srogie cięgi, ale to nie on, lecz jego niesforny podopieczny, doczekał się pomnika.

Do Goraja i Lubasza trafiliśmy już w drodze powrotnej. Miejscowości te położone są na terenie Szwajcarii Czarnkowskiej będącej, de facto, wyjątkowo wysoką południową krawędzią doliny Noteci, w pobliżu miasta rodzinnego średniowiecznego kronikarza. Jako że wody spływające z tej krawędzi do Noteci wyżłobiły system krętych, głębokich jarów, a cały obszar okryty jest zielona pierzyną wiekowej buczyny pomorskiej, region zasłużył na porównanie do krajobrazu krainy Helwetów. Wijąca, szparko wznosząca się droga doprowadza na polanę, na której w latach 1910-13 ówczesny właściciel tych ziem, książę Wilhelm Bolko von Hochberg, rodzony brat pana na Pszczynie i Książu, pobudował pałac w stylu neorenesansowym, wzorowany na zamku Varenholz w Westfalii. Pałac stanowił centrum całego, używając współczesnego określenia, kompleksu przemysłowo-rolnego. Książę był dobrym gospodarzem i pracodawcą i, jak to w owych czasach bywało, zapamiętałym myśliwym. Jako taki, roztaczał opiekę nad okolicznym lasami, gdzie wszak mieszkały potencjalne ofiary jego pasji. Kręta, przypominająca beskidzkie, ścieżka doprowadza do kamienia postawionego na jego grobie. Grób jest zadbany, pokryty barwinkiem i, co niesłychanie rzadkie w przestrzeni publicznej naszego kraju, pomimo, że inskrypcja na kamieniu nagrobnym jest tylko w języku niemieckim, nie nosi śladów wcześniejszej dewastacji. Na tablicy informacyjnej umieszczono kilka zdjęć księcia. Na jednym z nich, gdzie prezentuje poroże jakiegoś szczególnie cennego trofeum myśliwskiego, upamiętniony został w laczkach. Już sobie wyobrażam scenę, gdy do księcia pogrążonego w lekturze przy kominku dociera wiadomość, że przyjechał fotograf z miasta, a on, nie wzuwając obuwia, wychodzi przed pałac, gdzie już czeka łowczy z wyprawionym jelenim czerepem.







W pobliskim Lubaszu znajduje się kościół Narodzenia NMP, wzniesiony w stylu barokowym w latach 1750-61, z otoczonym czcią obrazem Matki Boskiej Śnieżnej, ukoronowanym papieskimi koronami w 2000 roku, na miejsce skradzionych, pochodzących z XVIII wieku. Wnętrze utrzymane jest w stylistyce rokokowej, przyozdobione pochodzącymi z lat 30-tych XX wieku polichromiami. Z dojrzałym barokiem kościoła kontrastuje ustawiona po drugiej stronie drogi neogotycka dzwonnica. Za kościołem rozciąga się cmentarz założony w 1761 roku. Wśród innych grobów wyróżniają się: pomnik ku czci powstańców wielkopolskich oraz pokaźne grobowce rodzinne ze skrupulatnym wyliczeniem szeregu pochowanych w nich osób: ziemian, lekarzy, prawników i wojskowych. Przy czym są to obiekty w pełni funkcjonujące, z ostatnimi pochówkami sprzed ledwie 30-40 lat. W Lubaszu jest też barokowy pałacyk, ale uznaliśmy, że jeden obiekt architektury rezydencjonalnej na dzień, to wystarczająca ilość. Na skraju miejscowości, w nieczynnej stacji kolejowej, mieści się lokal o nazwie sugerującej kawiarnię, ale serwującym prócz kawy i słodyczy także dania obiadowe oraz szeroką gamę drinków. Lokal akceptuje psy, a że cieszy się dużą popularnością, spod co drugiego stołu machał jakiś ogon lub dochodziły skomlenia i powarkiwania. Z tego też względu Harry i Vinyl zostawieni zostali w samochodzie. Siedząc pod parasolem na peronie można, prócz infrastruktury kolejowej, podziwiać rozległe pola z latającymi nad nimi bocianami i ptakami drapieżnymi. Architektura dworca/kawiarni nie odbiega daleko od tej, bardziej znanej, na stacji Białowieża Towarowa (nawiasem mówiąc: ciekawe, jak białowieska branża turystyczna wyjdzie z wprowadzonego na wschodnim pograniczu stanu wyjątkowego?), duch lubaskiego lokalu jest jednak zdecydowanie bardziej egalitarny. Sącząc espresso z filiżanki złapałem się na refleksji, że na obszarze o rozpiętości około 40 km doświadczyliśmy uroków trzech różnych krain. Jak bardzo myli się ten, kto twierdzi, że Wielkopolska to nudna kraina!












































































































































































































































