Kategorie
Niemcy Polska

Po wschodnich kresach Saksonii, czyli co widać zza Nysy Łużyckiej

W 2011 roku Grupa Wydawnicza Rewasz wydała książkę pt. „Zachodnie Kresy Rzeczpospolitej” autorstwa Bogusława Wojciecha Różyckiego z podtytułem „Nie tylko przewodnik”. Autor idąc w ślady wcześniejszego nie tylko przewodnika Grzegorza Rąkowskiego pod nazwą „Polska egzotyczna – opowieść o wędrówce wzdłuż wschodnich granic Polski” opisał bardzo ciekawie, nie stroniąc od osobistych komentarzy, wrażenia z trasy wiodącej wzdłuż granicy Polski z Niemcami. Byliśmy już w Unii Europejskiej i strefie Schengen więc przekroczenie granicy i opisanie atrakcji będących bez mała na wyciągnięcie ręki, wydawało się naturalne. Tymczasem autor odwiedził i opisał zespół pałacowy w Bad Muskau, wymienił i zachęcił do zwiedzania historycznych świątyń we Frankfurcie nad Odrą, ale w przypadku Goerlitz ograniczył się do zauważenia wspaniałej panoramy miasta ze wschodniego brzegu Nysy Łużyckiej, zwieńczonej wyniosłymi wieżami kościoła św. Piotra i Pawła.

Ponad 10 lat temu wizytowałem szkołę w Hołowecku, w ukraińskim rejonie starosamborskim, gdzie wespół z Fundacją UPS realizowaliśmy projekt rozwojowy. Dyrektor szkoły zaprosił nas na poczęstunek do swego domu w położonej w górę doliny wsi Babyno. Przy okazji podwiózł nas do historycznej drewnianej cerkwi pod wezwaniem Wniebowstąpienia Pańskiego. Z dziedzińca cerkiewnego ciągnął się widok w górę doliny Mszańca, przeciętej na skutek arbitralnej decyzji Stalina z 1951 roku, granicą polsko-ukraińską (USRR). Najwyższe szczyty na horyzoncie leżały już na terytorium Polski. Moja towarzyszka, Kanadyjka ukraińskiego pochodzenia, zapytała, jak się czuję widząc ojczyste góry. Nie była do końca zadowolona z odpowiedzi, że czuję się tak samo po jednej, jak i drugiej stronie granicy. Ale cóż można odpowiedzieć na takie pytanie? W sensie dosłownym nie były to góry ojczyste, bo nie w nich się urodziłem. Znałem je jednak dobrze jako turysta. Z perspektywy historycznej, ziemie te przez większość ostatniego tysiąclecia nie były podzielone granicą, a zamieszkująca je ludność była podobnego pochodzenia i w podobny sposób zarabiała na życie. Co musiało znaleźć odbicie w wyglądzie wsi, ale też miejscowych lasów i pól.

Jednak przyznam, że zawsze mnie kusi, by w znane już miejsca dotrzeć inną drogą. Dotyczy to zwłaszcza miejsc przygranicznych i położonych na samej granicy. Ta ciekawość, jak wygląda świat widziany od drugiej strony, korzeniami sięga czasów środkowego PRL-u, kiedy to kartografowie często przedstawiali tereny poza granicami Polski jako białą kartę. Tymczasem każdy, kto dotarł do granicznych atrakcji, mógł zobaczyć, że świat ciągnie się dalej i wydaje się nie mniej ciekawy. Pamiętam podekscytowanie, które ogarnęło mnie, gdy na główny, znany mi z wcześniejszych wypraw, grzbiet Karkonoszy, dotarłem wędrując doliną Górnej Łaby i potem połogą równiną rozciągającą się wokół hotelu Labska Bouda. Niezapomnianym wrażeniem było też dostrzeżenie pierwszego skrawka Polski podczas powrotu z wyprawy antarktycznej, a było to, odwiedzone raptem 2 lata wcześniej, święte wzgórze Słowińców – Rowokół koło Smołdzina. Dlatego podczas ostatniego pobytu na polskich Łużycach, od początku planowałem wycieczki na niemiecką stronę Nysy Łużyckiej. Od najbliższego mostu przez rzekę nasz pensjonat w Grabiszycach Górnych dzieliło ledwie nieco ponad 20 kilometrów.

Do Zgorzelca/Goerlitz było trochę dalej, ale wizytę w podzielonym granicą mieście mieliśmy zapisaną w kategorii “obowiązkowo”. Nie odstraszyły nas więc wyjątkowo dziurawe drogi w okolicach Sulikowa. Co ciekawe, slalomy między dziurami zmuszeni byliśmy wykonywać na drogach mających status wojewódzki. To prawdziwe przekleństwo – cieszyć się bogactwem infrastruktury! Wszak potem trzeba ponosić koszty jej utrzymywania!

Goerlitz zostało założone i przez wieki rozwijało się głównie po zachodniej stronie Nysy. Przez most Staromiejski wiodły drogi na wschód do Wrocławia i południowy-wschód do Pragi. Wzdłuż nich rozwinęło się Przedmieście Wschodnie (Ostvorstadt), zwane w Polsce Nyskim. Na miedziorycie z 1650 roku, autorstwa Matthäusa Meriana, całe przedmieście to raptem zespół młyński przy moście oraz budynki wzdłuż ww. dróg. Co ciekawe, tak jak obecnie, na współczesnej ulicy Daszyńskiego (Prager Strasse) domy stały tylko w jednym rzędzie. Przypuszczalnie ze względu na stosunkową stromość zboczy doliny rzecznej, droga flankowana dwoma rzędami zabudowy po prostu się tam nie mieściła. Sytuacja zmieniła się w dopiero po zjednoczeniu Niemiec, kiedy postanowiono skrócić i uprościć drogę do Czech przez budowę w roku 1875 Mostu Libereckiego (Reichenberger Brücke). Kolejny, potężny impuls rozwojowy ta część miasta otrzymała na przełomie wieków, kiedy zbudowano monumentalną Górnołużycką Halę Chwały (obecnie Miejski Dom Kultury) oraz poprowadzono przez most linię tramwajową do dzielnicy Ujazd (Moys). W okolicy pobudowano wielkomiejskie kamienice w stylu wilhelmińskim oraz pałacyki miejskie dla zamożniejszych mieszkańców. Polska odziedziczyła więc w 1945 roku część miasta, która składała się z wąskiego paska historycznej, mocno zdekapitalizowanej, zabudowy naprzeciwko Starego Miasta oraz całkiem reprezentacyjne i rozległe przedmieście, ciągnące się ku południowemu-wschodowi. Miasto nie było zniszczone, nie licząc uszkodzeń spowodowanych działalnością saperów niemieckich, którzy 7 maja 1945 roku wysadzili wszystkie mosty przez Nysę. Osłabiło to konstrukcję okolicznych domów i pozbawiło je okien oraz części dachów. W konsekwencji, Zgorzelec za PRL-u rozwijał się ku północy, czego rezultatem jest widok ze strony niemieckiej na całkiem nieinspirujące blokowiska tej części miasta.

Goerlitz w 1650 roku, miedzioryt Matthäusa Meriana, źródło: Wikipedia

Tu mieszkały elity społeczne miasta

Wielkomiejska część Zgorzelca

Górnołużycka Hala Chwały, czyli najwspanialszy dom kultury w Polsce

Ze względu na podróżowanie z Harrym, większość odwiedzanych przez nas miast oceniamy z perspektywy psa. Dlatego w Zgorzelcu, oprócz tradycyjnego spaceru wzdłuż Nysy z widokiem na Goerlitz oraz penetrowania parkowego otoczenia Domu Kultury, poznaliśmy również Park Paderewskiego. Jest to ciekawe założenie, odpowiadające dzisiejszym parkom linearnym. Długi na ponad 850 metrów pas zieleni, ma szerokość od 18 do 35 metrów. Od strony ulicy Kościuszki wchodzi się doń pomiędzy dwoma parterowymi pawilonami. Od wschodu, w pobliżu szkieletu konstrukcji stacji Zgorzelec Miasto, park zamyka płaski kopiec o średnicy 120 metrów. Cały kompleks powstał w latach 1929-31, za nadburmistrza Georga Wiessnera i przed wojną nosił jego imię. Wytyczone równocześnie ulice prostopadłe do osi parku, do roku 1939 zapełniły się willami i niewielkimi kamieniczkami. W latach 60-tych i 70-tych XX w. we wschodnią część parku wcięło się osiedle niedużych bloków, przez co jest on w tej części węższy, niż w okolicach o dominacji przedwojennej zabudowy. 

Pomnik ku czci internowanych żołnierzy grackich

Zabudowa w okolicy Parku Paderewskiego

Park Paderewskiego w całej szerokości

W każdym razie, zgorzelczanie masowo odwiedzają ten park z psami. Harry miał więc towarzystwo oraz doczekał się słów uznania ze strony miejscowych psiarzy. U zachodniego wyjścia z parku wznosi się monument upamiętniający fakt stacjonowania w pobliżu, podczas I Wojny Światowej, kilku tysięcy internowanych żołnierzy greckich. Co ciekawe, Grecja przyłączyła się do wojny po stronie Entanty, ale żołnierzy nie potraktowano jak jeńców. Ich dowódca, pułkownik Jannis Chatzopulous, przekonał Niemców, że jego żołnierze mogą przy zmianie politycznych wiatrów przejść na stronę Państw Centralnych. Nie wiadomo, czy był germanofilem, czy też Niemców zwodził, ale jego decyzja pozwoliła przetrwać bezpiecznie wojnę wielu jego podkomendnym. Zdziesiątkowała ich dopiero, już po zawieszeniu broni w 1918 roku, epidemia grypy hiszpanki. Groby kilkunastu z nich, w tym dowódcy, są zachowane na cmentarzu w niemieckiej części miasta.  

Zanim tam się udaliśmy, zahaczyliśmy o willową dzielnicę na wzgórzu zwieńczonym nowoczesną w formie wieżą ciśnień (ul. Górna). Obiekt jest wprawdzie zamknięty dla turystów, ale okoliczne wille są malownicze, a w perspektywie niektórych ulic, np. Pięknej, jawią się oryginalne, acz wycinkowe panoramy Goerlitz.

Wieża ciśnień w Zgorzelcu

Widok na Goerlitz z perspektywy ul. Pięknej

Okoliczna zabudowa willowa

Do opisania Goerlitz użyto wielu sformułowań. Najbardziej na wschód wysunięte miasto Niemiec, jedyne tej wielkości nie zniszczone podczas II Wojny Światowej, położone na 15 południku, przez co czas zegarowy i słoneczny są takie same, posiadające 4000 obiektów zabytkowych, reprezentujących style architektoniczne od romańskiego do współczesnych, miasto ulubione przez filmowców i zwane przez nich Goerliwood. Ja dodałbym określenie – miasto, w którym tramwajem dojedziesz do podnóża wygasłego wulkanu. Wyspowo usytuowane wzgórze Landeskrone wznosi się na wysokość 420 m npm. Od krańcówki tramwaju pokonać trzeba około kilometra drogi i 160 metrów przewyższenia. Początkowo trasa wiedzie przez dostatnie uliczki dzielnicy Biesnitz, gdzie nie brakuje pensjonatów, restauracji i – niespodzianka – obiektów o funkcji opiekuńczej. Później, przez mieszany las, do ¾ wysokości wzgórza, wiodą szerokie i oświetlone schody. Ostatni odcinek jest najstromszy, przeto pokonuje się go asfaltową drogą okrężną, z której miejscami otwierają się widoki na przekształcone w pokaźne jezioro Berzdorfer See wyrobisko odkrywkowej kopalni węgla brunatnego oraz bliższe i dalsze wzgórza Pogórza Łużyckiego. Na szczycie znajduje się hotel z restauracją, których działalność została zawieszona z początkiem tego roku oraz wieża Bismarcka, również zamknięta na cztery spusty. Widok w kierunku miasta można więc sobie tylko wyobrazić. Walory obronne wzgórza doceniono już w epoce brązu, potem był tu gród słowiański oraz zamek rycerski zburzony wkrótce po przejściu na własność miasta Goerlitz, w 1440 roku. Od końca XVIII wieku było to już miejsce spacerów mieszczan zgorzeleckich, pomału obrastające w infrastrukturę typowo turystyczną. Nawet turyści nie wytykający nosa poza centrum miasta spotykają się z nazwą Landeskrone. Pod tą marką bowiem miejscowy browar sprzedaje piwo.

Zbliżamy się do Landeskrone

Część szczytowa Landeskrone

Wieża Bismarcka na Landeskrone

Zabudowania u podnóża wzgórza

Widok na Pogórze Łużyckie

Schody prowadzące do miasta

Zasobne dzielnice u podnóża Landeskrone

Ilość i rozmaitość zabytków Goerlitz powoduje, że zwiedzanie go przypomina wizytę w słynnych galeriach sztuki. Pojawia się dylemat: przebiec przez wszystkie ulice/sale, czy też skupić się na wybranych? A jeśli tak, to według jakiego klucza dokonać wyboru? Trzeba być jednak świadomym, że niewiele brakowało, by Goerlitz nie wyglądało tak, jak dzisiaj. Włodarze NRD, podobnie do innych przywódców tzw. obozu demokracji ludowych, wyznawali zasadę, że dobra materialne należy użytkować tak długo, jak się da, a następnie można je porzucić. Okres przydatności do użycia wielu obiektów średniowiecznego miasta nad Nysą, po 40 latach takiego gospodarowania, dobiegał już końca. Pojawiły się pomysły masowych wyburzeń i skupienia wysiłków konserwatorskich na kilkunastu najcenniejszych obiektach. Nawet jednak takie rozwiązanie wymagało nakładów, a te były wszak potrzebne gdzie indziej. Żadna decyzja więc nie zapadła, system runął pod ciężarem własnej nieudolności i nastąpiło zjednoczenie Niemiec. Wkrótce potem popłynęła rzeka funduszy na rewitalizację, a dodatkowo – anonimowy darczyńca przez 10 lat rokrocznie na odnowę zabytków miasta łożył mniej więcej jeden milion Euro (przy okazji, ta kwota jest imponująca, jak na pojedynczego dobroczyńcę, ale daleko niewystarczająca na przedsięwzięcie tej skali).

W każdym razie, spacer po mieście obfituje w widoki wywołujące „ochy” i „achy”. W mojej ocenie swoistą magią emanują: romański portal kościoła św. Piotra i Pawła, wąziutka uliczka Verratergasse, spięta nad wlotem w Langestrasse dwoma kamiennymi łukami, czy trójkątny placyk u zbiegu Berliner- z Salomonstrasse, zdobny współczesną fontanną i zamknięty przeszklonym pawilonem Cafe Central. Dom Towarowy na Marienplatz został odkryty przez ekipę filmową Wesa Andersona i użyty, jako miejsce zdjęć do filmu “Grand Budapest Hotel”. Od tego czasu zyskał promocyjną nazwę „Najpiękniejszy dom handlowy Niemiec” co jest niewątpliwym nadużyciem zważywszy, że już w momencie budowy, w 1912 roku, jego architekci nie ukrywali, że biorą za wzór berliński dom handlowy Wartheima. Obecnie znajduje się on w posiadaniu prywatnego właściciela, który na efektownej stronie www przedstawia świetlane perspektywy rozbudowy i powrotu do funkcji handlowych. Póki co, za jego drzwi nie zajrzymy, chyba że planujemy nakręcić spot reklamowy lub teledysk, co właściciel zdaje się akceptować, jako tymczasową formę działalności. Tymczasem, kilkaset metrów dalej znajduje się pięknie odrestaurowany, secesyjny Pasaż Strassbourga. Nazwę przyjął, nie od stolicy Alzacji, lecz od nazwiska kupca tekstylnego, Otto Strassbourga, którego interes rozwijał się tak burzliwie, że pozwalał wykupić budynki w sąsiedztwie macierzystego sklepu na Berlinerstrasse, a w końcu także hotel na równoległej Jacobstrasse. Po przebudowie, połączono je w 1908 roku długą na 115 metrów przeszkloną alejką, wzdłuż której ulokowały się sklepy, restauracje, a w początkowym okresie nawet i kino. Dzisiaj, po renowacji, obiekt pełni funkcje handlowe i kulturalne. Pulsuje w nim życie, przeciwnie, niż u pretendenta do tytułu najpiękniejszego domu handlowego Niemiec.

Romański portal kościoła św. Piotra i Pawła w Goerlitz

Górny Rynek z kościołem św. Trójcy

„Najpiękniejszy” dom handlowy w Niemczech

Panieńska albo Gruba Wieża od strony Diabelskiej Studni

Wnętrze Pasażu Strassbourga

Kolumny przy budynku wagi miejskiej zwieńczone są podobiznami XVI wiecznych zgorzelczan, ale tylko 4 nie są postaciami fikcyjnymi

Wylot Verratergasse w Langestrasse

Wejście do Pasażu Strassbourga od strony Berli8nerstrasse

Bogato zdobiony portal na Berlinerstrasse

Placyk przed Cafe Central

Wśród budowli sakralnych miasta godne miejsce znalazła Nowa Synagoga. Oddana do użytku w 1911 roku, wzniesiona w stylu modernizmu, była wyrazem mocy i ambicji członków społeczności żydowskiej, którzy choć stanowili mniej, niż 1% mieszkańców miasta, to jednak należeli do jego elity finansowej i społecznej. Budynek przetrwał próbę podpalenia przez nazistowskie bojówki w 1938 roku, gdyż w przeciwieństwie do innych miast niemieckich, miejscowa straż pożarna zrobiła, co do niej należało. W 1963 roku gmina żydowska z Drezna (w Goerlitz po wojnie instytucjonalne życie żydowskie już się nie odrodziło) odstąpiła opuszczony obiekt miastu. W ostatniej dekadzie synagoga przeszła pełną rewitalizację, zwieńczoną w 2022 roku zamocowaniem Gwiazdy Dawida na kopule. W synagodze działa Forum Kultury, organizujące wystawy i spotkania z twórcami zajmującymi się głównie, lecz nie wyłącznie, problematyką żydowską. Udostępnia też salę modlitw społeczności żydowskiej. Skromne rozmiary Starej Synagogi na Langestrasse pokazują, jak różna była pozycja gminy żydowskiej w roku 1853, gdy powstawała. Jednocześnie, jej architektura jest, przynajmniej dla obserwatora z Polski, bardziej stereotypowo synagogalna. Po przenosinach dotychczasowych gospodarzy do Nowej Synagogi, budynek był wykorzystywany jako magazyn i sala prób, przez miejscowy teatr. Dlatego niezagrożony przetrwał rządy Hitlera i spółki. Jest to obecnie obiekt prywatny, odrestaurowany i służący, o dziwo!, także potrzebom kultury, jako tzw. Dom Literatury. No, ale mówimy o kraju, gdzie ludzie chcą uczestniczyć w odpłatnych spotkaniach z pisarzami.

Nowa Synagoga

Stara Synagoga w Goerlitz

Klasztor cystersek w Marienthal koło Ostritz jest położony nad samą Nysą. Jej dolina jest w tym miejscu dosyć głęboka, co skutkuje możliwością przeoczenia zjazdu na klasztorny parking z szosy Goerlitz – Zittau. Z zachodniego brzegu Nysy Polska jawi się jako kraj bez mała nieskażonej natury, a przecież naprzeciwko klasztoru mamy Worek Turoszowski, który – poza wąskim pasmem wzdłuż rzeki – składa się z gigantycznego wyrobiska kopalni węgla brunatnego Turów. Marienthal jest najstarszym, działającym nieprzerwanie od roku 1234, klasztorem żeńskim Niemiec. Ze względu na położenie, zespół zabudowań jest narażony na zniszczenie przez powodzie. Ostatni raz Nysa wyszła z brzegów w roku 2010 i w wielu miejscach widać znaczniki pokazujące, że woda w budynkach stała „na chłopa”. Historia wspólnoty zakonnej w tym miejscu jest pełna paradoksów. Cesarskie, katolickie Czechy przekazały, za wojenne długi, Górne Łużyce protestanckiej Saksonii w roku 1635, zastrzegłszy jednak w akcie przekazania prawo do istnienia i funkcjonowania katolickich wspólnot monastycznych, w tym w Marienthal. Katolickie zakonnice miały więc protestanckich patronów i kolatorów, same posiadając wsie zamieszkane przez wiernych tego wyzwania. Realizując swoje prawa właścicielskie, cysterki musiały np. wybierać pastorów dla kościołów luterańskich w tych miejscowościach. Z kolei zmiany granic po 1945 skutkowały pozbawieniem klasztoru około połowy jego posiadłości ziemskich. Wczesne NRD wypłacało kompensacje swoim obywatelom, za mienie utracone na wschodzie. Jednocześnie, ochoczo i konsekwentnie, nacjonalizowało wielką własność ziemską. Ważąc zyski i straty tych operacji, wschodnioniemieccy komuniści zdecydowali, że odszkodowania mniszkom nie zapłacą, zostawiając w zamian klasztorowi jego ziemie (głównie lasy).

Odbudowany po powodziowych zniszczeniach klasztor tworzy bardzo spójny zespół w stylu barokowym. Nie zwiedzimy tam jednak wielu wnętrz. Klasztor wraz ze zwieńczoną zieloną kopułą kaplicą są wyłączone ze zwiedzania ze względu na regułę zakonną. Kościół przyklasztorny ma wyposażenie neogotyckie i prócz ciekawych polichromii oraz faktu, że ma wysunięty do 1/3 długości nawy balkon chóru (liczba sióstr musiała być niegdyś większa, niż obecne – 10) nie jest najciekawszy. Większość zabudowań służy potrzebom noclegowo-konferencyjnym prowadzonego tu Międzynarodowego Centrum Spotkań. Wyjątkowo obszerny sklep klasztorny oferuje mnóstwo pamiątek, książek i produktów spożywczych, w tym wysokoprocentowych, firmowanych przez klasztor. Polecam wspięcie się na Weinberg – wzgórze ze stacjami drogi krzyżowej. Znajdująca się pod Golgotą ławeczka, to prawdziwe centrum mocy i harmonii. Z drogi poniżej szczytu jest też najlepszy widok na cały klasztor i najbardziej na wschód wysuniętą winnicę Niemiec.

Marienthal – Droga Krzyżowa na Winnej Górze

Wśród klasztornych zabudowań

Jeden z ołtarzy bocznych wraz z relikwiarzami w kościele klasztornym

Dom przysłupowy w osadzie przyklasztornej

Marienthal – widok na zespół klasztorny sponad najbardziej wysuniętej na wschód winnicy Niemiec

Opiekunka klasztoru

Klasztorne dachy

Idylliczny widok na Polskę ponad kompleksem klasztornym

Na głównej uliczce osady przyklasztornej

Pobliskie miasteczko Ostritz zostało wybrane w 2018 roku przez neofaszystów, jako godne goszczenia imprezy pod hasłem Tarcza i Miecz, w terminie, całkiem przypadkowo, przypadającym w dniu urodzin Hitlera. Imprezy nie udało się zablokować, niezadowolonym z takiej promocji mieszkańcom pozostało jedynie zorganizować w kontrze Festiwal Pokoju. W następnym roku naziole postanowili powtórzyć wydarzenie. By choć trochę uprzykrzyć im życie, miejscowe władze uzyskały sądowy zakaz sprzedaży i publicznej konsumpcji piwa w terminie wydarzenia. Skutkowało to policyjnymi konfiskatami zasobów złocistego trunku, przywiezionych przez uczestników. I tu dochodzimy do najbardziej rozczulającej części tej historii. Mieszkańcy Ostritz nie chcąc psuć interesów lokalnym sklepikarzom, skrzyknęli się i wykupili cały zapas piwa zgromadzony w miejscowości. Pewnie kilka solidnych imprez przy grillu zostało później podlanych tymi zapasami.

W miejscu, gdzie Nysa Łużycka przybiera kierunek południkowy, równocześnie poczynając pełnić rolę granicy polsko-niemieckiej, zaczyna się biegnące ku zachodowi pasmo Gór Żytawskich (Zittauer Gebirge). Dla osób z mojego pokolenia, przywykłych do informacji, że Sudety kończą się na zachodzie obniżeniem Bramy Łużyckiej, ciągle zaskakujący jest fakt, że obecnie geografowie określają to pasmo, jako najbardziej zachodnią część Sudetów. W każdym razie, jednego popołudnia zawitaliśmy do miejscowości Oybin, której kurortowa zabudowa wciska się krętą doliną pod główny grzbiet tych gór. Romantycznie i z fasonem można tam dojechać kolejką wąskotorową, kursującą z Żytawy (Zittau). My jednak nie zdołaliśmy dopasować naszego planu dnia do rozkładu jazdy kolejki, przyjechaliśmy więc samochodem, zostawiając go na rozległym i, uwaga!, płatnym parkingu w centrum miejscowości. Wokół, jak okiem sięgnąć, widać nad zabudową górskie zbocza, a spośród lasów co rusz przebijają się zespoły skałek i skał. Góry Żytawskie, to raj dla geologa, gdyż znajdzie tu skały, zarówno pochodzenia osadowego (piaskowce), jak i metamorficznego (bazalty). Skał jest tu tak wiele, że poprowadzono wśród nich dwie, charakterystyczne raczej dla krajów alpejskich, via ferraty. Nad samym, wyznaczonym stacyjką wąskotorówki, centrum Oybina wznosi się wzgórze o tej samej nazwie, zwieńczone imponującą ścianą skalną. To był cel naszej wizyty, nie tyle ze względu na jej wysokość (raptem 514 m npm.), ile na fakt, że w miejscu tak obronnym z natury król czeski, a zarazem cesarz Karol IV (ten od Mostu Karola w Pradze), wzniósł na początku XIV wieku rezydencję i klasztor dla zakonu Celestynów. Użytkowanie tego miejsca, ze względu na nastanie Reformacji, trwało tylko nieco ponad 200 lat, ale zamek zasłużył się jako miejsce ukrycia cesarsko-królewskiego skarbca, podczas wojen husyckich. 

Wstęp na górę jest płatny, nawet jeśli naszym planem jest tylko skorzystanie z posiłku w ulokowanej na skraju urwiska restauracji. Po zakupie biletów zauważyliśmy, że Harry’emu jako “dużemu psu” – mimo, że nie musiał kupić biletu – przysługuje prawo wejścia osobną, pozbawioną liczącego gości kołowrotka, bramką. Z zamku i klasztoru zachowały się jedynie piwnice i ściany. Te ostatnie, często w pełnej wysokości, poprzecinane gotyckimi obramowaniami okien, z zachowanymi maswerkami. Szczególnie malownicze okno dawnej biblioteki klasztornej zostało uwiecznione na płótnie przez romantycznego malarza Caspara Davida Friedricha, a obecnie stanowi ulubiony motyw każdego zaopatrzonego w smartfon turysty. Kilka położonych coraz wyżej ścieżek obiega całą górę. Jak to w skalnym labiryncie bywa, czasem trzeba się pochylić, a czasem wciągnąć brzuch, by przejść między skalnymi ścianami. Co chwilę ścieżka doprowadza na skraj urwiska, skąd można podziwiać bogate, choć nie nazbyt odległe widoki. Warto też zwrócić uwagę na drzewa, które zmuszone są często dosłownie opleść korzeniami skały, by nie runąć w rozpościerającą się poniżej przepaść. Oprócz ruin średniowiecznego pochodzenia, cysterny na wodę i wspomnianej restauracji (Berggasthof), w kompleksie trafimy na wciśnięty między skalne ściany cmentarz górski. To bardzo urokliwe miejsce jest całkiem pozbawione sztancowych produktów kamieniarki nagrobnej. Ze względu na jego szczupłość, pomniki są skromnych rozmiarów, lecz często bardzo oryginalnej formy. Najbardziej zadziwia jednak, że cmentarz nadal funkcjonuje. Wydaje się bowiem, że każde miasto zmarłych ma swoją pojemność, a zwłaszcza położone tak, jak na górze Oybin.

Oybin – kurortowa zabudowa w cieniu skalnych ścian

Kościół górski w Oybin

Ruiny kompleksu zamkowo-klasztornego zlewają się ze skałami

Prezbiterium kościoła klasztornego z wiszącą nad głowami gwiazdą morawską (hernhucką)

Między skałami widok na na północna część Oybina

Cmentarz górski tym razem z widokiem na gospodę

Widok na stację kolei wąskotorowej w Oybin z lotu ptaka

Krewniaczka sosny z Sokolicy też nie ma łatwego życia

Pięknie utrzymany dom przysłupowy w Oybin

Wnętrze kościoła górskiego

Zasłona Wielkopostna w kościele górskim

Okno biblioteki klasztornej

Zachowane krużganki/nawa boczna kościoła klasztornego

Malowniczy cmentarz górski z widokiem na zamkowe mury

Imponujący blok skalny nad przepaścią

Południowa (górna) część miasteczka Oybin

Nawet na krótkim odcinku drogi z parkingu pod zamek, natknęliśmy się na ciekawe przykłady architektury kurortowej, w tym domy przysłupowe (więcej o ich genezie i architekturze przeczytacie w moim wcześniejszym wpisie). Najciekawszy był jednak kościół górski (Bergkirche) – niewielka luterańska świątynia, zbudowana w początku XVIII wieku. Wnętrze jest halowe, bogato zdobione malowidłami na sklepieniu oraz szczytach dwupoziomowych empor. Ponieważ kościół został posadowiony na litej skale, na stromym stoku, poziom podłogi opada amfiteatralnie od wejścia ku głównemu ołtarzowi. Jako, że czas był wielkopostny, ołtarz zakryto kopią XVII wiecznej zasłony wielkopostnej (Festentuch), przedstawiającej sceny z misterium Męki Pańskiej. Pomimo, iż nie znaleźliśmy czasu na zwiedzenie Żytawy, która chlubi się posiadaniem aż dwóch okazów takich zasłon, maleńki kościółek w Oybin zrekompensował nam to planistyczne niedociągnięcie. 

Kościół św. Piotra i Pawła w Goerlitz jest orientowany, czyli prezbiterium ma skierowane na wschód, w stronę Nysy i polskiego Zgorzelca. Od strony doliny rzecznej dziedziniec kościelny ogranicza mur z przebitymi otworami pseudookien. Poniżej Mostu Staromiejskiego rzeka podpiętrzona jest jazem, który z obydwu brzegów flankują średniowieczne założenia młyńskie. Widok, zwłaszcza w górę rzeki, jest rzeczywiście przedni. Natomiast nieco w dół rzeki, na polskim brzegu, widać solidnie ogrodzone murem wzgórze, zwieńczone ogromnych rozmiarów rezydencją w stylu nowoczesno-klasycystycznym. Budynek jest w centralnej części dwukondygnacyjny, z parterowymi oficynami po bokach. Z polskiej strony widać go w pełni chyba tylko z najwyższych kondygnacji pobliskich bloków mieszkalnych. Działka, na której wzniesiono tę rezydencję, ma blisko 2 ha powierzchni. Internet oprócz zdjęć z drona, nie daje odpowiedzi, kto może być właścicielem domu w tak prestiżowym miejscu. Skojarzenie ze średniowieczem podpowiada – ani chybi sam właściciel miasta. Ci jednak, korzystając z miasta, dawali mu też coś w zamian, np. bezpieczeństwo. A tu, jaką korzyść może mieć miasto z wycięcia z jego tkanki działki, na której można by wyobrazić sobie coś znacznie ciekawszego i pożyteczniejszego, niż luksusowy dom jednorodzinny? Chyba, że ta inwestycja miała być zaczątkiem swoistego miasteczka  aktorskiego dla gwiazd przybywających kręcić filmy w Goerliwood.

Most Staromiejski i Zgorzelec za Nysą Łużycką

Kruczy Folwark za czasów niemieckich, fot. foto-polska.eu, źródło: zgorzelec.naszemiasto.pl

Dom Jakuba Boehme z popiersiem i tablica ku czci filozofa

Polska dumnie spogląda na Niemcy, źródło polska-org.pl

Kruczy Folwark obecnie, czyli DPS Jutrzenka, fot. PCPR Zgorzelec, źródło: zgorzelec.naszemiasto.pl

Mapa Górnych Łużyc autorstwa Bartholomäusa Scultetusa, źródło: Wikipedia

Wprawdzie nie przez obserwację z niemieckiego brzegu, ale z porównania wspomnianego miedziorytu Meriana ze współczesnymi zdjęciami satelitarnymi, odkryłem po polskiej stronie tzw. Kruczy Folwark (Rabenberge), zajmowany obecnie przez Dom Pomoc Społecznej „Jutrzenka”. Niegdyś położony poza miastem, wzmiankowany już w latach 40-tych XV wieku, kompleks obecnie skrył się wśród gęstej okolicznej zabudowy. Współczesne budynki, po wielu przebudowach nie wyglądają na wiele starsze, niż stuletnie, ale kompleks zachował prostokątne założenie z bramą w jednym z narożników oraz wewnętrznym dziedzińcem. Jest to prawdopodobne miejsce narodzin Bartholomäusa Scultetusa – humanisty, matematyka, astronoma i sześciokrotnego burmistrza Goerlitz, począwszy od 1592 roku. Jako kartograf, opracował on też pierwszą mapę Górnych  Łużyc. W pobliżu folwarku/DPSu biegnie ulica jego imienia, a pod drzewem przy bramie wjazdowej ukryty jest pamiątkowy kamień poświęcony temu mężowi wielu talentów. Jest to druga z niemieckich osobistości, uznanych i pamiętanych także w polskiej części miasta. Pierwszą jest Jakub Boehme, szewc i filozof religii. Dom, w którym mieszkał, jest lepiej znany, bo wznosi się na dawnej Pragerstrasse (obecnie Daszyńskiego) nad samą Nysą i nie trzeba szukać go posługując się XVII wiecznymi miedziorytami. 

Nasz krótka wycieczka wzdłuż granicy poniekąd wytłumaczyła mi, dlaczego autor polskiego przewodnika nie zajął się opisem terenów po niemieckiej stronie granicy. Jego dzieło musiało by mieć co najmniej trzykrotnie większą objętość. A wtedy nie dałoby się go już upchnąć do kieszeni plecaka!

Kategorie
Polska

Julia i Julie, czyli wspomnienia z polskich Łużyc

Julie jest  prawdziwą damą. Kiedy nie przebywa w domu przechadza się, odziana w powłóczyste, migdałowej barwy futro po obejściu. Nic nie może ujść jej uwadze: ani kolorowe jajko z plastiku, które miast zdobić w przedświąteczny czas krzaki rosnące wzdłuż domu, a spadło na trawnik, ani niesforna kaczka, która umknęła z zagrody przy kurniku. W obejściu Julie wszystko musi znać swoje miejsce i na nim pozostawać. W stosunku do licznie przybywających gości Julie okazuje życzliwość i zainteresowanie podszyte pewną dozą interesowności. Wszak ludzie tak potraktowani okażą wdzięczność i obdarzą ją komplemencikami, na które ze wszech miar zasługuje. Gdy goście przybywają ze swymi czworonogami, Julie nie zgłasza obiekcji i zezwala na hasanie po obejściu. Obce psy nie mogą jednak liczyć na większe zrozumienie, gdy wkraczają w jej strefę komfortu. Daje im jasno do zrozumienie jak daleko mogą się posunąć w próbach spoufalania się z gospodynią.

Julie pilnująca obejścia

Tylko bez poufałości, proszę!

Julie jest domatorką. Można zostawić na oścież otwartą bramę bez obawy, że ją przekroczy i wyruszy na wycieczkę po wsi. Julie jest bowiem owczarkiem szetlandzkim i do jej obowiązków należy doglądanie stada składającego się z drobiu, kotów, ludzkich gospodarzy i ich gości. Julie mieszka w położonej na Pogórzu Izerskim wsi Grabiszyce Górne, poniżej której w dolinie Grabiszówki ciągną się jeszcze Grabiszyce Średnie i Dolne. Od krańca do krańca to odległość ponad 4 km, przy czym najniżej położone zabudowania leżą na wysokości około 280 m. npm., a te najwyżej – przekraczają poziomicę 420 m. npm. Nic dziwnego, że strumień biegnący doliną ma bystry nurt, a dominującym odgłosem natury, słyszalnym zwłaszcza nocą, gdy ustanie ludzka krzątanina, jest szum i bulgotanie spływających w dół wód. 

Ta obecność ludzi nie jest zresztą nadmiernie intensywna. Na początku siódmej dekady XIX wieku wszystkie trzy wsie zamieszkiwało ponad 2600 osób. Ostatni spis powszechny wykazał już tylko około 700 mieszkańców. Gdy wieczorami wychodziliśmy z Harrym na spacery, tylko w niewielu oknach paliło się światło. Nie wszystkie domy są opuszczone. Część wykorzystywana jest na cele letniskowe, część użytkowana nie dla celów mieszkalnych, lecz gospodarczych. Przy czym gospodarka rolna jest raczej działalnością marginesową. Ledwie w kilku miejscach widziałem niewielkie stadka krów. Porównanie gęstości zabudowy ukazanej na przedwojennej sztabówce z sytuacją obecną uświadamia jak wiele budynków nie dotrwało do naszych czasów. Po całej wsi można wypatrzyć jakieś relikty: a to prowadzące donikąd schody, to znów ułamek muru, czy charakterystyczny zespół roślinności porastającej gruzowisko. 

Grabiszycka Atlantyda

Dzięki działalności w Grabiszycach regionalnego stowarzyszenia, historia tej miejscowości jest lepiej poznana. Wydano mapę wsi, na której zaznaczono niegdysiejsze obiekty i formy ich użytkowania, w kilku miejscach ustawiono tablice informacyjne. Dzięki temu łatwiej zrozumieć przemiany, jakie zaszły tu oraz ich reprezentatywność dla większości terenów wiejskich Dolnego Śląska. Otóż tradycyjna wieś była tu w dużym stopniu autonomiczna. W każdej części Grabiszyc przed II Wojną Światową funkcjonowały szkoły, działały piekarnie sklepy i młyny. Oprócz dużych gospodarstw rolnych, rozwijało się też rzemiosło. Tradycyjne dla tego regionu było tkactwo, ale też powstało tu kilka fabryczek. W górnej części wsi do dzisiaj wznosi się pokaźny kompleks dawnej wytwórni ręczników. Dostępne na miejscu były usługi szewskie, krawieckie, murarskie, fryzjerskie oraz magiel. We wsi funkcjonowały agencje pocztowa i celna. Obecnie działa tu jeden sklep spożywczy, kilka firm/hurtowni, swoją jednostkę ma też ochotnicza straż pożarna. Uczniowie uczęszczają do jednej szkoły podstawowej, kontynuuje działalność kamieniołom, a wyrąb drzew z pobliskich lasów jest ważniejszym źródłem dochodów, niż było to za czasów niemieckich. 

Tablica informacyjna – turysta nie może narzekać, że nie wie co zobaczyć w Grabiszycach

Podróż przez wiejskie i małomiasteczkowe rejony Dolnego Śląska to odkrywanie swoistej Atlantydy, zabawa dla wyobraźni sklejającej z jakichś zaobserwowanych resztek piękne puchary używane w kulturach, które przeminęły. Jeśli nie chcesz lub nie potrafisz uczestniczyć w tej grze, grozi ci poddanie się nostalgii i przygnębieniu. Sytuacja jest prostsza w miejscowościach silnie zniszczonych w wyniku działań wojennych. W podgórskie obszary Dolnego Śląska czerwonoarmiści dotarli jednak dopiero po kapitulacji III Rzeszy, więc ocalała tu większość substancji materialnej, resztki której przypominają o niegdysiejszej prospericie. Znajoma pochodząca z Rynu na Mazurach po wizycie na Dolnym Śląsku podzieliła się refleksją „Tu jest podobnie jak u nas, tylko bardziej”. Nie wnikając, co konkretnie miała na myśli, oczywistym jest, że obydwa regiony podlegały po 1945 roku podobnym przemianom społeczno-gospodarczym. Porównując dawny Gerlachheim z dzisiejszymi Grabiszycami dostrzegam, nade wszystko, uwiąd sfery „usług dla ludności”, które zostały w większości oddelegowane na poziom miejscowości gminnych, czy powiatowych, przez co nie pełnią już roli spoiwa lokalnych społeczności. Ponieważ obecnie cenimy sobie wielce rozwój społeczności lokalnych, tym bardziej odbieramy jego niedostatek. Na niekorzyść grabiszycopodobnych miejscowości działa wysoki „poziom bazy”. Coś co istniało, a zniknęło, uważa się za wartość zabraną. A to boli nawet bardziej, niż wspaniała obietnica, która się nigdy się nie ziściła!

Jak, prócz rozważań nad dawnymi czasy, można spędzać czas w Grabiszycach? My odbyliśmy dwie wycieczki piesze po okolicy. Wzgórza Grodziszcze na zachód oraz Stożek Światowida na wschód od wsi nie stanowią celu same w sobie. Ich wierzchołki są zalesione i ominięte przez ścieżki. Natomiast droga przez rozległe łąki dostarcza dalekich widoków na pofalowane grzbiety pogórza z wyrastającymi ponad nie bazaltowymi ostańcami. Skały, o ile nie zostały odkryte w wyniku działalności ludzkiej, są rzadko wyeksponowane na powierzchni, lecz zapewniając odporność na niszczące działanie wody, wiatru i czasu dają gwarancję względnego przewyższenie nad poziom okolicznych grzbietów. Od południa krajobraz zamyka wał Gór Izerskich pokrytych, pod koniec marca, nadal śniegiem. Dopiero podczas takich spacerów można docenić piękno lokalizacji Grabiszyc. Ponieważ różnice wysokości są umiarkowane, a teren miejscami podmokły, ma się wrażenie pewnej mazurskości krajobrazu. Dlatego nie zdziwiłem się usłyszawszy pewnego razu charakterystyczne odgłos, który wydają wibrujące sterówki bekasa kszyka podczas jego lotu godowego. Oczywiście, był to tylko trening, w przerwie migracyjnej, przed popisami, które wkrótce będą słyszalne nad Biebrzą. Prócz kszyków, co chwilę natykaliśmy się na żurawie i sarny.

Ku południowi piętrzy się główne pasmo Gór Izerskich

Malownicze otoczenie Grabiszyc

Spotkanie na spacerze

W samej wsi zachował się kościół zawdzięczający obecny wygląd XVIII wiecznej odbudowie. Jak to kościoły na Śląsku, otoczony jest starym cmentarzem z niszczejącymi, niemieckimi nagrobkami. W każdej części wsi przetrwały dwory. Ten w Grabiszycach Średnich, ze względu na wielkość, nazwać można nawet pałacem. W nim właśnie siedzibę znalazła miejscowa szkoła. Wszystkie rezydencje pochodzą z XIX wieku, choć każda zbudowana jest w innym stylu. Dwór w Grabiszycach Górnych jest zamieszkały, ale ukryty za rozpadającymi się budynkami gospodarczymi, nie jest udostępniony do zwiedzania. Co więcej, w jego okolicach odbywają się istne manewry pojazdów zwożących wycięte w lesie drzewa. Natomiast neorenesansowy dwór (willa) w Grabiszycach Dolnych stoi pusty, z oknami zabitymi deskami. Za to na ogrodzeniu ma tabliczkę firmy ochroniarskiej, a w nocy jest rzęsiście iluminowany. Ma właściciel fantazję, nie ma co mówić! Choć w ilości niewystarczającej na rozpoczęcie remontu.

Kościół w Grabiszycach Średnich

Pałac w Grabiszycach Górnych, fot. SchiDD, CC BY-SA 4.0.

Przykościelny cmentarz

Pałac w Grabiszycach Średnich

Pałac w Grabiszycach Dolnych, fot. SchiDD, CC BY-SA 4.0.

Pogranicze polsko-czesko-niemieckie jest matecznikiem specyficznej konstrukcji budynków, zwanej budownictwem przysłupowym. Charakteryzują się ona odrębnym systemem nośnym pierwszej i drugiej kondygnacji. Parter jest drewniany i ma konstrukcję zrębową, podczas kiedy piętro o konstrukcji ryglowej i wypełnieniach międzybelkowych z gliny, wsparte jest na położonych zewnętrznie względem parteru drewnianych słupach. Podobno, powstanie takich budynków wymusił rozwój tkactwa. Warsztat tkacki w trakcie pracy wpadał w wibracje, które przenosiły się na konstrukcję domu. Tradycyjne budownictwo źle znosiło tego rodzaju obciążenia. Konstrukcja przysłupowa ograniczała złowrogi wpływ drgań tylko do części domu, w której umieszczono warsztat. Tyle o genezie, ale popularność takich domów sięgała daleko poza grupę zawodową tkaczy. Budowali tak i mieszkali w nich także bogaci chłopi, kupcy i urzędnicy. Tak jest do dzisiaj. W Grabiszycach jest kilkanaście, jeśli nie więcej, takich domów. Część została zrekonstruowana, tyle, że nie będąc w konserwatorskim rejestrze zabytków, niektóre z nich zostały docieplone w sposób likwidujący charakterystyczne wnęki między słupami. Są to nadal domy przysłupowe, choć na pierwszy rzut oka trudniej się tego domyślić.

Przykłady budownictwa przysłupowego z Grabiszyc

Budynek byłej jednoklasowe ewangelickiej szkoły ludowej w Grabiszycach Górnych

Grabiszyce należą do gminy Leśna i powiatu lubańskiego. Do Leśnej mieliśmy raptem 7 km drogi. Wybraliśmy się tam na obiad i większe zakupy. Jak na swoją wielkość, miasteczko obfituje w zabytki: dwa kościoły, ratusz i wiele zachowanych w niezłym stanie kamienic. Starszy z kościołów, otoczony dawnym cmentarzem, oferuje szeroki przegląd kamieniarki nagrobnej. Pomimo, iż nie najstarszy, najbardziej zachwycił mnie secesyjny pomnik w formie kolumny udrapowanej fałdami kamiennej kotary. Dziedziniec kościelny jest z jednego boku otoczony półkolem dwukondygnacyjnych kamieniczek, przez które przebito malowniczą bramę wjazdową. Natomiast neoromański kościół św. Jana, mimo mniejszych rozmiarów, ze względu na położenie na wzgórzu i kamienne oblicze, wyróżnia się na tle okolicznej, przeważnie barokowej, architektury sakralnej. Kilka wielkomiejskich kamienic wyrasta ponad kompleks oryginalnej zabudowy drobnomieszczańskiej. Mimo, że rynek doczekał się modernizacji oświetlenie i nawierzchni, a wznoszące się przy nim kamieniczki nowej warstwy tynku na fasadach, wystarczyło skręcić w odchodzące zeń ulice, by odczuć przygnębiającą atmosferę marazmu. Wprawdzie wybuch wulkanu historii nie dokonał tu bezpośrednich zniszczeń, ale zdaje się, że warstwa wulkanicznego pyłu była na tyle gruba, że mieszkańcy do dzisiaj się spod niej nie wykopali. Miejscowy klub piłkarski ciągle nosi nazwę Włókniarz. Niestety, branża tekstylna dawno przestała już być kołem zamachowym gospodarki i stymulatorem rozwoju.

Kościół pw. Chrystusa Króla w Leśnej, fot. Putin 1auto CC BY-SA 3.0

Tablice nagrobne przy kościele

Oryginalny nagrobek secesyjny

Brama na dziedziniec kościelny

Rynek z budynkiem ratusza w Leśnej

Widoki z ulicy Sienkiewicza – jednej z głównych ulic miasteczka

Neoromański kościół pw. Jana Chrzciciela

Do Lubania najkrótsza droga wiedzie przez Wielki Las Lubański. Jest to rzeczywiście największy obszarowo kompleks leśny w całym powiecie. Ten oczywisty fakt został odkryty i uwieczniony oficjalną  nazwą dopiero po 1945 roku. Wcześniej był to po prostu Las Lubański. Nazwa ta wywoływała we mnie skojarzenia rodem z „Dzieci z Bullerbyn” i napawała optymizmem przed odwiedzeniem powiatowej stolicy. Prusy objęły w posiadanie okolice Lubania później, niż Dolny Śląsk, bo dopiero w wyniku decyzji Kongresu Wiedeńskiego w 1815 roku. Wcześniej obszar ten, należący do historycznej krainy Górnych Łużyc, był przez 180 lat częścią Saksonii. Lubań przez bez mała 500 lat należał do Związku Sześciu Miast Górnołużyckich, mających zapewnić spokój i bezpieczny rozwój handlu na tych terenach. Granica śląsko-łużycka biegła po rzece Kwisie. Obecnie, łużyckość tych okolic jest podkreślana bardziej, niż śląskość, a godło powiatu lubańskiego zgodnie zawiera połówki śląskiego czarnego orła i czarno-żółtej saksońskiej „zebry”.

Godło powiatu lubańskiego

Słup milowy poczty saskiej na rynku w Lubaniu

W przeciwieństwie do terenów leżących bliżej gór, Lubań był miejscem ciężkich walk na przełomie lutego i marca 1945 roku. Miasto przechodziło z rąk do rąk, a z okazji odbicia go przez Niemców zawitał tu sam Goebbels, co zostało uwiecznione przez niemiecką Kronikę Filmową (Wochenshau). Było to ostatnie wystąpienie na wizji niesławnego ministra propagandy III Rzeszy. W każdym razie miasto uległo zniszczeniu w 60%, co, patrząc na jego dzisiejszy stan, wydaje się wskaźnikiem zawyżonym. Sądząc po obecności PRL-owskich bloków w zachodniej części starego miasta, ten wskaźnik osiągnięto już po rozbiórce domów (np. szkoły zawodowej mieszczącej się w historycznym budynku tzw. szkoły ceglarskiej), które nie pasowały do wizji prapolskiego grodu ówczesnym decydentom i urbanistom. Taki los spotkał cały kompleks zabudowy śródrynkowej, który został, w sposób dosyć swobodny, odtworzony już w XXI wieku. W każdym razie, miasto zachowało najważniejsze zabytki, a jego krajobraz naznaczają liczne wieże: Bracka, Trynitarska, Kramarska oraz ratuszowa, kościelna staromiejska i ta przy kościele w zakwisańskiej dzielnicy Uniegoszcz. Wieża ewangelicko-augsburskiego kościoła Marii Panny jest skromniejszych rozmiarów, lecz sama świątynia jest najstarszym kościołem w mieście i od samego początku, do dnia dzisiejszego, służy ewangelikom. W czasach, gdy na Śląsku srożyła się kontrreformacja, kościół miał status ucieczkowy. Wbrew nazwie nie służył zapewnieniu fizycznego bezpieczeństwa luteranom zza Kwisy, lecz możliwości ich uczestniczenia w ewangelickich nabożeństwach.

Kościół ten leży na skraju wcinającego się w zabudowę wzniesienia Kamiennej Góry. Przez lata była ona miejscem funkcjonowania kamieniołomu. Nie jest przesadą twierdzenie, że Lubań zbudowano z materiału pozyskanego na Kamiennej Górze. Dopiero w XIX wieku kamieniołom zakończył działalność, a jego okolice zamieniono na park. Pod szczytem zbudowano też hotel górski, obecnie mieszczący szkołę muzyczną. Jako, że teren wokół wzgórza uchodził za prestiżowy, pobudowano tu wiele gmachów urzędowych, np. Starostwo, i mieszkalnych. Spacer przedwiosenną porą wśród starego drzewostanu z widokiem na dostatnią i harmonijną zabudowę poniżej stanowi jedno z moich ulubionych wspomnień z Lubania. Zwłaszcza, że po kamieniołomie pozostała imponująca odkrywka kilkunastometrowej wysokości słupów bazaltowych, a w najgłębszych miejscu wyrobiska powstało niewielkie jeziorko. Pod górą w czasie II Wojny Światowej Niemcy wydrążyli system korytarzy. Przez lata zapomniane, zostały powtórnie odkryte w 2011 roku. W 2018 roku udało się przez dokonane odwierty wpuścić do podziemnych korytarz kamerę. Na wykonanym filmie widać tory kolejki i wagoniki do wywożenia urobku. Eksploratorzy szukają nadal środków na odblokowanie wejść do podziemnych labiryntów, ucinając równocześnie spekulacje na temat Złotego Pociągu. Złota na pewno tam nie ma (pamiętajmy, że wnętrza penetrowali już Rosjanie po zakończeniu wojny), ale historycznie cenne, acz mniej spektakularne, archiwalia i zbiory miejscowego muzeum może jednak tam się znajdą.

Kino, urząd miasta i Wieża Bracka w Lubaniu

Wieża Trynitarska

Wieże ratuszowa i Kramarska

Ulica Bracka z widokiem na lubański ratusz

Widok na kościół pw. Świętej Trójcy spoza murów miejskich

Gmach Starostwa Powiatowego w Lubaniu

Willa u podnóża Kamiennej Góry

Nieczynny kamieniołom na Kamiennej Górze

Jeziorko w kamieniołomie

Willa na przeciwko budynku Starostwa

Kościół Ewangelicki Marii Panny – najstarsza świątynia w mieście

Pobyt w Grabiszycach wymagał wyjazdów na obiady zwłaszcza, że specyficznych kryteriów dietetycznych jednego z uczestników nie spełniała większość lokali w okolicy. Ku naszemu zaskoczeniu, najlepsze restauracje znaleźliśmy w mniejszych z odwiedzanych miast: Leśnej i Gryfowie Śląskim. W tym pierwszym – lokal przyjął stylizację karczmiano-łużycką i serwował nie tylko dania z ryb, ale i plince łużyckie. Jest to rodzaj zawijańca z gryczanej mąki, serwowany do rybno-grzybowej przekąski. Oryginalna jest tu forma oraz mąka gryczana jako podstawa, bo plince jako rodzaj placków ziemniaczanych, są znane w kuchni wielkopolskiej i kaszubskiej. W gryfowskiej restauracji, serwującej na masową skalę pizzę na wynos, menu zaskakuje solidną ilościowo i pomysłowo skomponowaną sałatką z owoców morza. I to na głębokim śródlądziu! Kawowym zagłębiem okazał się natomiast Lubań. Odwiedziliśmy dwie z tamtejszych kawiarni. Pierwsza wyróżnia się tym, że jako jedyna pracuje w niedziele. Druga, prócz najlepszego widoku na lubański ratusz, szerokiej gamy wypieków i smacznej kawy, stanowi prawdziwe miejsce spotkań i ożywionych dyskusji na tematy tak różne, jak współczesne trendy w wychowaniu przedszkolnym czy nieśmiertelne rozważanie, który aparat fotograficzny jest najlepszy dla ambitnego amatora i dlaczego jest to Nikon. Życie kawiarniane rozkwita więc w Lubaniu w najlepsze i to na bardzo wielu płaszczyznach.

Piec, od którego nazwę wziął lokal w Leśnej

Widok z nad filiżanki kawy na lubański ratusz

Grabiszyce zapewniają zaskakująco wiele miejsc noclegowych, jak na swoje oddalenie od gór i znakowanych szlaków. Tradycyjne gospodarstwo górnołużyckie pod jednym dachem mieści część mieszkalną i gospodarczą. W wybranym przez nas domu połowa części gospodarczej została przebudowana na apartament do wynajęcia. Przez tylną bramę można było wyjść z obejścia na łąki wznoszące się łagodnie ku granicy czeskiej. Jedno z gospodarstw agroturystycznych we wsi zwie się „Fabryka chusteczek”. Nazwa ta upamiętnia fakt, że Lubań i okolice specjalizowały się w ich produkcji. Na początku XX wieku miejscowe warsztaty miały dzienną moc produkcyjną 420 tysięcy sztuk tej płóciennej galanterii. Duża część produkcji szła na eksport, uzasadniając powiedzenie „Lubań wyciera noc całemu światu”. Dzisiaj trudno wskazać jakiś aspekt lubańskości mający aż takie znaczenie.

Szukając ciekawostek o tym regionie natknąłem się na postać Rozalii Juli Augusty Gaertner, która urodziła się w 1842 roku w Grabiszycach, jako panna Sametzki. W wieku 13 lat wraz rodziną wyemigrowała do Brazylii, gdzie osiadła w niemieckiej kolonii Blumenau w stanie Santa Catarina. Pomimo, że była rozwódką oraz wcześnie owdowiałą matką ośmiorga dzieci, realizowała swoje teatralne pasje i doprowadziła do zbudowania w mieście w 1896  roku pierwszego teatru. Była też prawdziwą bizneswoman – po śmierci drugiego męża założyła i z powodzeniem prowadziła firmę transportu rzecznego operującą flotą kilku statków i barek, na których zatrudnienie znalazło kilkudziesięciu pracowników. Zafascynowałem się prawdziwie historią i osiągnięciami tej niezwykłej kobiety. Chociaż jestem absolutnie pewien, że imię Julie nadane pupilce naszych gospodarzy było przypadkowe, to jednak obserwując pełną godności konsekwencję postępowania tej psinki, powziąłem podejrzenia, że w przypadku Grabiszyc genius locci może obejmować też czworonogi. Co dawałoby nadzieję na lepszą przyszłość i prosperitę dla całej grabiszyńskiej społeczności.

Rozalia Julia Augusta Gaertner – zasłużona obywatelka miasta Blumenau w Brazylii

Współczesny widok na gmach teatru w Blumenau, fot. gustavobnu, www.freeimages.com



		
Kategorie
Polska

Podlascy ornitolodzy otwierają okiennice, czyli jak wykreować produkt turystyczny

Suwalski krajoznawca i dziennikarz – Antoni Patla w wydanej w 1959 roku książeczce „Piękno ziemi Suwalsko-Augustowskiej”, w jednym z rozdziałów, szeroko omówił uroki jeziora Wigry. Na dłużej pochylił się nad wyspą Ostrów podkreślając jej wielkość (80 morgów, tj. prawie 45 ha), „przepiękną i przebogatą rzeźbę powierzchni”, „rozległe panoramy jeziora” oraz wykorzystywanie jej przez gospodarzy z Bryzgla do wypasu bydła i owiec. Ostatnia funkcja wymagała dwa razy w roku, na wiosnę i jesienią, przprawienia stada wpław przez licząca sobie około 150 metrów szerokości cieśninę.

Podsumowując, autor podzielił się z czytelnikami następującą refleksją: „Jedno jest tu uderzające: że wykorzystanie tych wspaniałych zabytków przyrody na pastwiska, jest skandalicznym marnowaniem ich wartości. Gdyby takie Wigry z wyspami znalazły się gdzieś w Poznańskiem, lub w Małopolsce, w okolicy Krosna, dawno by na wyspie stanął wielki dom turystyczny i kilkanaście domów wczasowych. Sprzyjają temu warunki komunikacyjne, bo prawie pod sam Bryzgiel podjeżdża kolejka leśna, łącząca tartak w Płocicznie z puszczą”.

Cytat ten powracał do mnie natrętnie podczas ostratniego pobytu w Krainie Otwartych Okiennic, czyli trzech wsiach na północnym, położonym już za Narwia, krańcu powiatu hajnowskiego. Miejscowości te oraz kilka innych, znane są z bogacta elementów zdobniczych na tradycyjnych podlaskich budynkach mieszkalnych i gospodarczych. Wedle większości źródeł, miejscowi snycerze za wzór wzięli ofertę rosyjskiej szkoły zdobniczej. Najpopularniejsza jest teoria, że prawosławna ludność wywieziona podczas I Wojny Światowej na wschód wraz wycofującą się przed Niemcami armią rosyjską, zastała po powrocie swoje domy w ruinie. W przypadku zabudowy drewnianej oznaczało to zazwyczaj całkowite spalenie. Zabrano się do odbudowy w pamięci mając jak wyglądały wiejskie domy w głębi Rosji. Przykłady zdobnictwa drewnianych domów na modłę wschodnią dotarły jednak w te okolice już wcześniej. Miejscowa ludność mogła je podziwiać na powstających budynkach mniejszych stacji kolejowych, czy na pałacu carskim oraz zabudowie dworskiej w Białowieży. W jakikolwiek sposób jaskrawo malowane okiennice, zdobne narożniki, czy misternie wycinane, ażurowe konstrukcje w szczycie dachu dotarły na Podlasie, źródła są zgodne, że umiejętniość ich wytwarzania wygasła wraz z rosnącą na wsi popularnością budownictwa murowanego, gdzieś w latach 80-tych XX wieku.

Kraina Otwartych Okiennic to nazwa projektu realizowanego przez Północnopodlaskie Towarzystwo Ochrony Ptaków w 2001 roku. Dlaczego ornitolodzy zajęli się budownictwem ludowym? Był to przykład działań mających zachować krajobraz kulturowy doliny Narwii oraz miejscowości położonych w sąsiedztwie Puszczy Białowieskiej. Przyrodnicy już dawno wykryli, że bioróżnorodność mierzona liczbą gatunków jest wyższa w krajobrazach mozaikowych, w tym w tych stworzonych w wyniku działań człowieka, niż w jednolitych, nawet naturalnego charakteru. Czyli, upraszczając, działanie wspierające atrakcyjność dotychczasowych form życia i aktywności miejscowej ludności, powinno sprzyjać zachowaniu populacji ptasich zasiedlających dolinę Górnej Narwi. Nie znalazłem żadnych danych dotyczących ptaków, ale w dziedzinie budownictwa ludowego oraz promocji i rozpoznawalności marki projekt okazał się pełnym sukcesem. Trzy wsie – Trześcianka, Puchły i Soce – objęte oryginalnymi granicami Krainy, wyróżniają się swym wyglądem. Rzemiosło snycerskie zostało tu odratowane, a nawet wykreowano popyt na produkcję rzemieślniczą. Rynek nieruchomości doznał ożywczego impulsu. Domy we wsiach kupili nabywcy z całej Polski, a nowi właściciele dostosowali się do lokalnej mody zdobienia domostw. Kraina Otwartych Okiennic wdarła się na listę Top 10 największych turystycznych atrakcji województwa podlaskiego. Powstało kilka gospodarstw agroturystycznych i pensjonatów, w których można przenocować w całkiem komfortowych warunkach. Podczas listopadowej wizyty presja turystyczna nie była odczuwalna, ale podobno w sezonie wiosenno-letnim na parkingu przed cerkwią w Trześciance potrafi ustawić się kolejka autokarów.

Trześcianka

Według Narodowego Spisu Powszechnego, Trześciankę zamieszkują 233 osoby. Ale proboszcz parafii prawosławnej, obejmującej też kilka mniejszych wsi, przyznaje się do posiadania tylko nieco ponad 170 parafian. Spacerując przez wieś po zapadnięciu zmroku można dostrzec światło w oknach może w co piątym budynku. W godzinach pracy jedynego we wsi sklepu ogólnospożywczego sionkę okupuje kilku uprzedzająco grzecznych panów z butelkami piwa w garściach. Podczas spacerów spotykaliśmy kręcące się po obejściach nieliczne starsze panie. Przy wjeździe do Trześcianki od strony Białegostoku znajduje się nowoczesne gospodarstwo rolne, jeszcze w jednym, czy dwóch, obejściach dostrzegłem nagromadzenie sprzętu, świadczące o prowadzeniu intensywnej gospodarki rolnej. W znacznie mniejszych Socach, czy Puchłach trudniej o takie obserwacje. Ba, nawet trudniej o spotkanie mężczyzn, bo mieszkają tam głównie starsze panie. Gmina Narew, w której granicach leżą wszystkie trzy miejscowości, w latach 2002-21 straciła ponad 25% mieszkańców. Obecnie żyje się więc tu ciekawiej, w estetyczniejszym otoczeniu, pojawiły się nowe możliwości zarobkowania, a ceny nieruchomości wzrosły, ale to ciągle typowa gmina ściany wschodniej, podlegająca intensywnemu procesowi wyludniania. Znamienne, że podczas spaceru po Socach, w samym środku wsi spotkaliśmy przebiegające drogę dwie sarny.

Podziomek lubi podnosić swoisty porządek wsi podlaskiej, przeciwstawiając go mazowieckiemu chaosowi. W Krainie Otwartych Okiennic łatwo utwierdzić się w takim przekonaniu. Tutejsze wsie to ulicówki, z domami stojącymi szczytami do drogi. Wszystkie zabudowania gospodarcze ustawione są rzędem, sięgając daleko w głąb wąskiej działki osiedleńczej. Jest to swoisty zabytek wielkiej reformy rolnej XVI wieku, jaką była „pomiara włóczna”. Zapoczątkowana około roku 1540 przez króla Zygmunta Starego za namową jego żony, Bony Sforzy, polegała na skomasowaniu rozdrobnionych gruntów i zabudowy, oczynszowaniu chłopów oraz wprowadzeniu gospodarki trójpolowej. W jej wyniku dochody królewskie znacząco wzrosły, a utworzony wówczas porządek przestrzenny trwa już bez mała 500 lat! Z osobliwości lokalnych, w Trześciance po obydwu stronach głównej ulicy biegną dwie wyznaczone wówczas drogi zastodolne. Północną z nich poprowadzono w ostatnich latach obwodnicę wsi. Południowa jest ciągle gruntówką. Natomiast Soce są ulicówką zdublowaną – zabudowa ciągnie się wzdłuż dwóch ulic, biegnących po obydwu stronach rozległej łąki, której środkiem płynie rzeczka Rudnia. O zdobieniach domów w Krainie Otwartych Okiennic można by wiele napisać, ale lepiej je zobaczyć – na początku na załączonych fotografiach. W Trześciance panuje też sympatyczny zwyczaj oznaczania poszczególnych domów drewnianą tabliczką z pochodzącą od nazwiska właściciela nazwą siedliska. Podobnie, jak kolorowe są miejscowe domy, tak barwne są miejscowe cerkwie. Ta w Trześciance jest głęboko zielona, podczas gdy ta w Puchłach – jaskrawo niebieska. Jako, że postawiono tu na turystykę, obydwie świątynie można zwiedzić, co nie jest powszechnie spotykane nawet w większych miastach regionu. Soce mają tylko skromną kaplicę prawosławną pod wezwaniem św. Proroka Eliasza. Za to każdy narożnik tej wsi znaczony jest krzyżami z drewna, metalu lub kamienia. Wiele z nich nosi datę 1895 . Wedle miejscowej tradycji wzniesiono je w jedną noc, w celu odpędzenia panującej zarazy. Dla większej pewności połączono je nicią, także uplecioną w jedną noc przez mieszkanki wsi.

Zdjęcia z wycieczki do Soców

Chociaż duża część (większość ?) zabudowy tych wsi wpisana jest conajmniej do ewidencji zabytków, to jednak można w nich znaleźć też obiekty przypominające, że krajobraz polskich wsi kształtują nie tylko decyzje konserwatorskie. W Trześciance, po południowej stronie głównej ulicy, znajduje się jeden murowany budynek o stylistyce – nadbudowanej o trzecią kondygnację – tzw. „kostki mazowieckiej” oraz jeden dom będący świadectwem tego, jak wyobrażano sobie dwór polski w latach 90-tych XX w. Z drugiej strony drogi, blisko cerkwi, wznosi się pawilon sklepowy z tego samego okresu, ciągle noszący barwy jednej z pomniejszych sieci handlowych oraz zdobny w tabliczkę z napisem „Sklepu brak”. Główna ulica tej miejscowości, jeszcze niedawno mająca rangę drogi wojewódzkiej, jest oczywiście pokryta asfaltem, choć oryginalnie miała nawierzchnię utwardzaną „kocimi łbami”. W Socach do utwardzenia głównych ulic użyto polbruku, który na każdym z czterech krańców wsi przechodzi w drogi gruntowe. Ruchu kołowego tam niewiele, więc nasza 11 miesięczna wnuczka mogła bez obaw ćwiczyć chodzenie po ulicy w prawdziwych butach!

Zdjęcia z wycieczki do Puchłów i Ciełuszek
Ciełuszki – wymieniany we wszystkich tekstach o Krainie krzyż z radziecką gwiazdą. Ze względu na wiadome okoliczności gwiazda została zamaskowana.
Cerkiew pw. Opieki Matki Bożej w Puchłach, źródło: http://www.portals.narew.gmina.pl/parafie

Na przeciwległym, wschodnim krańcu gminy Narew, na północnej krawędzi doliny Narwi, rozłożyła się wieś Odrynki. W 2009 roku powstał tu prawosławny skit (pustelnia). Jego założycielem był ojciec Gabriel – były przełożony (archimandryta) prawosławnego klasztoru w Supraślu. Odmówił on przyjęcia mianowania na biskupa diecezji przemysko-nowosądeckiej, w następstwie czego został usunięty ze swojego stanowiska. Za pieniądze zamożnej donatorki zakupił grunt nad samym brzegiem Narwi i zamieszkał tam w przystosowanym barakowozie, jak pustelnik. Żył z uprawy ziół i hodowli pszczół. Jako osoba obdarzona niewątpliwą charyzmą, wkrótce uzyskał szacunek i wsparcie miejscowej ludności oraz zainteresowanie sponsorów (dobroczyńców). Na brzegu rzeki wnet wyrósł cały kompleks drewnianych budynków z dwiema cerkwiami, pawilonami mieszkalnymi i zabudowaniami gospodarczymi. Całość otoczono drewnianym parkanem z dwiema prowadzącymi do świata zewnętrznego bramami. Teren okopano, łącząc dawne starorzecze tak, że obecnie skit znajduje się na wyspie. Hierarchia cerkiewna zaakceptowała dzieło ojca Gabriela, a metropolita warszawski Sawa nazwał nawet powstanie pustelni „Cudem XXI wieku”.

Jest to wyjątkowo urokliwe miejsce. Przez liczącą sobie około 700 metrów szerokości, zalewową dolinę Narwi, do skitu wiedzie, bądż grobla z poprowadzoną po niej piaszczystą drogą, bądź drewniana kładka dla pieszych. Nad parkanem widać szczyty dachów zwieńczone złocistymi, symbolizującymi płomienie świec, kopułkami. Nad bramami i budynkami górują prawosławne krzyże. Główna cerkiew – pod wezwaniem Opieki Matki Boskiej – jest skromną, drewnianą konstrukcją, zbudowaną w technologii zrębowej a, w przeciwieństwie do okolicznych cerkwi, jej ścian nie pokrywa szalunek. Nie wiem, czy w jej budowie uczestniczyli specjaliści z Ukrainy, ale mnie bardzo przypominała liczne prawosławne świątynie stawiane, w założeniu tymczasowo, na wielkich osiedlach mieszkaniowych Kijowa. Po drugiej stronie Narwi dolina jest węższa. W wielu miejscach meandrująca rzeka opływa krańce Puszczy Ladzkiej, będącej północną wypustką Puszczy Białowieskiej.

Skit w Odrynkach
Grób ojca Gabriela
Narew przy połączeniu z fosą wokół skitu
Wnętrze głównej cerkiewki w pustelni
Ikonostas w cerkwi trapeznej

Ojciec Gabriel umarł przedwcześnie, w roku 2018. W testamencie zapisał skit klasztorowi supraskiemu. Klasztor ten po przyjęciu Unii Brzeskiej był przedmiotem sporów między unitami, a prawosławnym, by w roku 1635 przypaść tym pierwszym. Wielu mnichów prawosławnych przeniosło sie wtedy do innych klasztorów lub wybrało życie w odosobnieniu, w skitach. Wybór uroczyska nad Narwią motywowany był także istnieniem w okolicy Odrynek, do roku 1824, niewielkiego monastyru św. Jana Teologa, który do rozwiązania pozostawał wierny prawosławiu. Oprócz zapisów o charakterze cywilnoprawnym, testament ojca Gabriela zawierał też zobowiązanie spadkobierców do zachowania prawosławnego charakteru pustelni. W razie niedotrzymania tego zobowiązania, testator groził im „klątwą 318 ojców siódmego soboru powszechnego” oraz bezterminowym „odłączeniem od Cerkwi Świętej”. To się dopiero nazywa głębokie osadzenie w historii!

Podczas tego wyjazdu część uczestników podróżowała koleją, dodatkowo, część przyjeżdzała później lub wracała wcześniej. Przyszło nam kilkukrotnie podróżowac z Trześcianki na białostocki dworzec PKP. Najkrótsza droga wiedzie przez miasteczko Zabłudów. W oczekiwaniu na planowaną Via Carpathica kierowcy przeciskaja się ulicami obudowanymi współczesnymi domami jednorodzinnymi oraz starszymi, drewnianymi, pozbawionymi trześciańskich zdobień, lecz za to wyraźnie większymi i naśladującymi murowane kamienice. Bielą murów i rozmiarami wyróżniają się: kościół i cerkiew, ustawione na narożnikach rynku. Obydwie świątynie, zbudowane w pierwszej połowie XIX w. w stylu klasycystycznym, tworzą kompleks wyróżniający Zabłudów spośród innych niewielkich miejscowości na tej trasie. Jeśli zapytać o Zabłudów historyka sztuki, nie wspomni pewnie o żadnej z nich, lecz o spalonej przez Niemców w 1941 roku drewnianej, pochodzącej z XVII wieku, synagodze. Była ona zbudowana z drewna modrzewiowego, bez użycia gwoździ. Wysoki na 18 metrów, łamany dach przykryty był gontem. Drewniane detale budziły u Zygmunta Glogera skojarzenia ze stylem zakopiańskim, zaś narożnikowe pawilony przypominał alkierze szlacheckich dworów. Wyposażenie wnętrza obfitowało w prawdziwe perełki kunsztu ciesielskiego. Mistrzostwo władania dłutem i laubzegą miało więc na Podlasiu także rodzime korzenie.

Od pewnego czasu powtarzają się głosy, że synagogę warto odbudować. Technicznie byłoby to możliwe, gdyż została ona solidnie zinwentaryzowana przez Zakład Architektury Polskiej Politechniki Warszawskiej, jeszcze w 1923 roku. Mówiło się o tym dużo, wszyscy byli za, ale nic nie powstało. Może dlatego, że na miejscu zabłudowskiej synagogi wznosi się obecnie remiza Ochotniczej Straży Pożarnej? A może, w liczącym 2,5 tysiąca mieszkańców miasteczku trudno znaleźć funkcję dla podobnego obiektu? Wszak rola kultowa nie wchodzi już w grę. Moją, bynajmniej nie odkrywczą, sugestią jest, że w dzisiejszych czasach miejscem na taki obiekt jest Podlaskie Muzeum Kultury Ludowej czyli, inaczej mówiąc, skansen. A dlaczego tam go nie chcą? Pewno z powodu braku środków, gdyż oceniając jej wartość artystyczną, stałaby się szybko najcenniejszym (w każdym razie najpopularniejszym) eksponatem tej szacownej instytucji.

Zdjęcia z wycieczki do Zabłudowa
Wnętrze kościoła
Cmentarzyk przy cerkwi
Synagoga, fot. Nieznany – Przewodnik po Białymstoku i okolicach, 1939, domena publiczna
Kościół katolicki i cerkiew prawosławna wyznaczają centrum miasteczka
Nad wejściem do cerkwi znajduje się ikona patronalna
Remiza strażacka stanęła na działce po synagodze
Wnętrze synagogi, fot. Szymon Zajczyk, domena publiczna

Zabłudów jest jednym z tych miejsc, gdzie historia jest bogatsza, niż teraźniejszość. Nie bez powodu „Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich” poświęcił mu opis równie obszerny, co Tykocinowi, a znacznie dłuższy, niż popularnemu wśród turystów Supraślowi. Przed laty miejscowość odgrywała rolę centrum rezydencjalno-administracyjnego dóbr magnackich na Podlasiu. Za Chodkiewiczów istniała tu drukarnia prowadzona kilka lat przez Iwana Fedorowycza – pierwszego drukarza wschodniosłowiańskiego. Wydano tu m. in. Ewangelie i Psałterz. Za Radziwiłłów, będących protektorami kalwinizmu w Rzeczypospolitej, powstał tu zbór tego wyznania, jak też szkoła, mająca kształcić duchownych. Co ciekawe, uposażeniem zarówno drukarza Fedorowycza, jak i kalwińskich ministrów, była ta sama wieś Rafałówka. Po potopie szwedzkim, gdy nastał kres tolerancji dla innowierców, schronienie znaleźli tu arianie, których Bogusław Radziwiłł (tak, konkurent Kmicica o względy Oleńki Billewiczówny!) chronił przed sejmowym wyrokiem banicji. Podobno właśnie tu, w roku 1662, odbył się ostatni synod braci polskich. Właściciele wznieśli też w Zabłudowie pałac, który kilkakrotnie przebudowywano i rozbudowywano. Został on ostatecznie spalony przez wycofujących się Rosjan w roku 1915, a otaczające go zabudowania gospodarcze stopniowo rozbierano za czasów PRL-u. Do dnia dzisiejszego dotrwał jedne neogotycki pawilon, dosyć oryginalnie wciśnięty między boisko piłkarskie, a kompleks szkolny. Obydwa te obiekty powstały na terenie zespołu pałacowego. W ostatnich latach zrewitalizowano park przypałacowy. Spacerując krętymi alejkami nad oczyszczonym i pogłębionym stawem, prócz nowoczesnej, zadaszonej sceny terenowej, można się natknąć na odsłonięte fundamenty jakiegoś budynku, jednak raczej gospodarczego, a nie rezydencjonalnego. Brak jednak informacji o dokładnej lokalizacji pałacu. W listopadowy poranek, w parku nie spotkałem spacerowiczów, ale towarzystwa dotrzymywał mi jamnik Guido, asystujący dwuosobowej ekipie porządkowej.

Guido czuje się tu jak w domu
Jedyny zachowany pawilon kompleksu pałacowego
Fundamenty któregoś z budynków kompleksu
Parkowy staw po oczyszczeniu i udostępnieniu

Gdy Patla pisał swój przewodnik po Suwalszczyźnie, położył nacisk na poinformowanie czytelników o istnieniu tak pięknej krainy. Zależało mu też, by turyści po przyjeździe zatrzymali się w tej urokliwej okolicy jak najdłużej. Stąd tęsknota za wielkimi obiektami noclegowymi, stawianymi jak najbliżej miejsc turystycznie atrakcyjnych. Refleksja, że taki sposób zagospodarowania turystycznego przekreśla walory pięknego miejsca, które chcielibyśmy pokazać światu, wykluwała się powoli i do dzisiaj nie w pełni zapanowała wśród turystycznych planistów. Kraina Otwartych Okiennic jest właśnie przykładem nowego rozumienia roli turystyki w rozwoju regionalnym. Stawia ono wprawdzie nacisk na promocję regionu, ale równocześnie, zamiast wprowadzać do krajobrazu nowe, wizualnie agresywne, elementy, skupia się raczej na konserwacji i udoskonaleniu elementów tradycyjnych. Ten trend ma również swoje słabe strony. Miłośnicy turystyki kulinarnej, prócz niezachęcających ofertą dwóch lokali w gminnej Narwi, nie znajdą możliwości realizacji gastronomicznych posiadów w promieniu 20 km od Trześcianki. Chyba, że zaprzyjaźnią się z miejscowymi gospodyniami. Miejsc noclegowych za to nie brakuje. Ba, rzadko się zdarza mieszkać w tak pięknym otoczeniu. Estetyczne wzorce i model aktywności lokalnej wypróbowany z powodzeniem w Krainie Otwartych Okiennic, okazały się przy tym atrakcyjne dla mieszkańców pozostałych miejscowości południowego Podlasia. Niektóre, jak położone tuż za Puchłami Ciełuszki, stały sie zresztą ośrodkami lokalnego snycerstwa. Inne, jak Wojszki czy Plutycze, choć położone ponad 30 km na zachód od Trześcianki, konkurują z nią o tytuł wsi z najpiękniejszą drewnianą zabudową w regionie. Organizowane są wspólne przedsięwzięcia i szkolenia dla ich mieszkańców, np. warsztaty snycerskie. Ciekawe, czy północnopodlascy ornitolodzy przewidzieli przed 20 laty, że ich wysiłki na rzecz ochrony siedlisk lokalnej awifauny przyniosą tak rozmaite rezultaty?

Kategorie
Polska

Dziura w obwarzanku czyli Tum niezdobyty

„Gdzie to ona Sobota?

– Niedaleko Piątku, wasza miłość.

– Kpisz, Kiemlicz?

– Zaś bym śmiał – odrzekł stary krzyżując ręce na piersiach i skłaniając głowę – jeno się tam tak dziwnie miasteczka nazywają. To za Łowiczem, wasza miłość, ale jeszcze kawał drogi.

– I jarmarki znaczne w onej Sobocie?

– Nie takie jak w Łowiczu, ale jest jeden w tej porze, na który nawet i z Prus konie pędzą, i luda siła się zjeżdża”.

Sienkiewiczowski pan Kmicic, jak i jego adwersarz Józwa Butrym Beznogi, pochodzili ze Żmudzi więc skąd mogli znać koroniarską topografię. Dzisiaj, kiedy dawno już zarzucono organizowanie tam „znacznych jarmarków” i zwyczaj pędzenia koni z Prus, miejscowości te pozostają tylko anonimowymi skupiskami mieszkańców rzuconych przez los gdzieś w okolice geograficznego centrum Polski. Przeciętny Polak sądzi niczym marszałek Piłsudski, iż „Polska jest jak obwarzanek. Wszystko, co dobre, jest na obrzeżach, a w środku nic”. Nawet w moim przypadku obszar zamknięty dolinami Bzury, Neru, Warty, górnej Noteci i Wisły służył głównie szybkiemu przemieszczaniu się do bardziej wyrazistych krajoznawczo regionów naszego kraju. Zdarzyło mi się jednak na przestrzeni kilku ostatnich dekad służbowo odwiedzić miejscowości w tych okolicach i, mimo pobieżności dokonanych obserwacji, wrażenia miałem pozytywne. Szukając więc celów na jednodniowy wypad za Warszawę skierowałem uwagę na owo nic w centrum Polski.

Jednak nie na Sobotę niedaleko Piątku, lecz na Łęczycę i położony na pograniczu trzech województw Park Kulturowy Wietrzychowice. Przeliczając zamiary na siły wyszły z tego dwa jednodniowe wypady, które chciałbym tu opisać. Zacznę od tej drugiej destynacji, do której trafiliśmy natchnieni krótką wzmianką wyłowioną z odmętów Internetu. Otóż mamy w Polsce grobowce megalityczne starsze niż kamienne kręgi w Stonehenge czy piramidy egipskie. Chociaż po raz pierwszy opisano je w latach 40-tych XIX wieku to nie dorównują sławą zagranicznym krewniaczkom. Może dlatego, że skryte są w całkiem przyjemnym lasku, co jak na bezleśne Kujawy samo w sobie winno być atrakcją. Poza tym mimo przekraczającej 100 metrów długości są to konstrukcje ziemno-kamienne, a użyte do ich budowy głazy narzutowe są skromnych rozmiarów w porównaniu do używanych przez budowniczych w Brytanii czy Egipcie.

Tym niemniej, pierwsze wrażenie zetknięcia z szerokim na około 8 do 10 i wysokim na 3 metry wężem rzuconym na dno środkowopolskiego boru jest piorunujace. My byliśmy przygotowani poprzez lekturę tablic informacyjnych na przydrożnym parkingu, Są one częścią starannie zaplanowanej ścieżki edukacyjnej, która półtorakilometrową pętlą doprowadza do grobowców oraz kilku malowniczych miejsc w lesie, takich jak porośnięta pomnikowymi modrzewiami polana czy łączka nad stawkiem powstałym z podpiętrzenia wód przecinającej lasek strugi. Harry, który obojętnie odniósł się do przejawów kultury sepulkralnej okresu pucharów lejkowatych (3800-3300 p.n.e.), bardzo cenił sobie naturalne walory parku myszkując pośród drzew. W środku letniego tygodnia nie było na trasie nikogo prócz nas. Problemem, może być nawet dotarcie, bo GPS wprawdzie zna to miejsce, ale nas, jadących od węzła Kowal na autostradzie A1, wyprowadził w pole kukurydzy. Bogatszy o to doświadczenie rekomenduję dojazd od węzła Dąbie na autostradzie A2 przez Dąbie i Przedecz w kierunku na Izbicę Kujawską. We wsi Blenna przed kościołem znajdziemy już kierunkowskaz do Rezerwatu archeologicznego grobowców megalitycznych. Jak widać miejsce to znane jest pod wieloma nazwami.

Żalnik jest bardzo długą konstrukcją
Sąsiednie grobowce
Spiętrzone ody kanału tworzą niewielki staw
Grobowiec od frontu
Wysokość żalnika ku końcowi znacząco opada

Kiedy na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XIX wieku grobowce rozkopała znana zbieraczka starożytności hrabina Natalia Kicka, zwano je żalnikami kujawskim. Kilka lat potem pruski generał i etnograf Roderich von Erckert rozkopał kilkadziesiąt grobowców. Do dzisiaj ma się mu to za złe, przypuszczalnie dlatego, że wyniki wykorzystał w pracy pt. „Migracje i osadnictwo plemion germańskich w Europie Środkowej”. Ponieważ jednak publikował rezultaty w poważnych wydawnictwach niemieckich przyczynił się do spopularyzowania tego miejsca i jego skarbów w środowiskach naukowych. Znał je na pewno prof. Konrad Jażdżewski gdy w 1934 przyjechał do Wietrzychowic. Oprócz zbadania zawartości komór grobowych (co ciekawe te olbrzymie konstrukcje skrywały szczątki ledwie jednej lub dwóch osób) jego ekipa odtworzyła grobowce do ich hipotetycznej pierwotnej wysokości, gdyż z wiekami część ziemna zapadła się do wysokości kamiennego obramowania. Profesor wspominał, że nadzorując wykonywane bez udziału sprzętu zmechanizowanego prace nie mógł nadziwić się wysiłkowi włożonemu przed wiekami w usypanie tych konstrukcji. Kto mógł zasłużyć na taki pochówek? Według najnowszych intepretacji raczej przywódcy duchowi (kapłani/szamani) niż wodzowie plemienni. Jak mają się do tej koncepcji odkryte niedawno pochówki kobiety czy dziecka nadal nie wiadomo.

Jesień idzie
Na skraju lasu
Zarośnięty kanał w rezerwacie
Rusałka żałobnik

Spacer po lasku skrywającym „żalniki”, nawet uzupełniony kontemplacją krajobrazu i bogactwa flory zajmuje może 1,5 godziny. Aby uzasadnić przed samym sobą ponad 2 godziny jazdy spod Warszawy należało uzupełnić program o jakiś ciekawy punkt. Wschodnie Kujawy to, oprócz Włocławka, same niewielkie miasteczka mające jednak zazwyczaj jakieś atrakcje turystyczne do zaoferowania. Wybór pobliskiego, choć znajdującego się już w województwie wielkopolskim, Przedcza okazał się być jednak strzałem w dziesiątkę. Mikroskopijne miasteczko przylega do jeziora Przedeckiego. Przy jego brzegu, na niewysokim wzgórzu wznoszą się białe mury kościoła luterańskiego z intrygującą cylindrycznych kształtów wieżą. Niemieccy koloniści po przybyciu w te okolicy z początkiem XIX wieku założyli parafię, a kościół pobudowali z wykorzystanie ruin kazimierzowskiego zamku. Najlepiej zachowanym elementem średniowiecznej budowli był wyniosły stołb zaadoptowany na wieżę/dzwonnicę. Po ucieczce ludności niemieckiej w 1945 roku, PRL-owskie władze próbowały doprowadzić obiekt do ruiny w międzyczasie używając go jako magazyn. Jednak już pod koniec lat 60-tych XX wieku obiekt wpisano do rejestru zabytków, a później przekazano na potrzeby miejskiego domu kultury mającego teraz niesłychanie klimatyczną siedzibę.

Spod zamku-kościoła widoczny jest pokaźnych rozmiarów neogotycki kościół katolicki pod wezwaniem Św. Rodziny. Projekt wybitnego architekta Józefa Piusa Dziekońskiego ma fasadę nawiązującą rzekomo do płomienistego gotyku wileńskiego kościoła Św. Anny. Rzeczywiście można dopatrzeć się podobieństwa pojedynczych elementów jak np. szczytów wieżyczek, ale całość jest jakaś nieproporcjonalna i ciężkawa. Napoleon, który podobno chciał przenieść wileński kościół do Paryża na pewno nie skusiłby się na tą podróbkę. Na rynku wznosi się całkiem foremny piętrowy ratusz z czterospadowym dachem zwieńczonym wieżyczką. Zbudowano go w 1826 roku, a osiemdziesiąt lat później miejscowi strażacy-ochotnicy postawili obok swoją siedzibę będącą wizualnie uproszczoną wersją ratusza. Obydwa obiekty łączy pasaż z ukośnym dachem wspartym na 9 doryckich kolumnach. Chociaż pełnił on prozaiczną funkcję miejskich jatek, czyli kramów rzeźniczych, nam kojarzył się z weneckimi loggiami, czyli obiektami architektonicznymi zdobiącymi centralne place historycznych miast dalmatyńskich. Pełniły one funkcje od urzędowych po handlowe, a współcześnie często goszczą restauracje i kawiarnie.

Dom kultury, ex kościół luterański, ex zamek kazimierzowski
Kościół wzorowany na wileńskim
Oboje z Podziomkiem jesteśmy pod wrażeniem czcionki w stylu Art Deco
Zamkowy stołb z kościołem katolickim w tle
Rynek z jatkami i ratuszem
Witraże w kościele

Niestety, Przedecz choć schludny i ciekawy jest gastronomiczną pustynią. To prawda, że nie sprawdziliśmy wszystkich okolicznych stacji paliw i sklepów Żabka, gdzie w dzisiejszych czasach serwują kofeinowy napar, ale też szukaliśmy bardziej przytulnego lokalu. Przeto niczym sienkiewiczowski pan Kmicic ruszyliśmy w kierunku Soboty, gdzie po drodze czekała nas prawdziwa kawowa oaza w postaci Kutna. Po długich deliberacjach, wsparci opiniami z Googla, wybraliśmy rodzinną cukiernio-kawiarnię przy głównej ulicy tego miasta. Kawę parzą tam poprawnie, a wybór wypieków jest szeroki. Ciekawostką są ciastka w formie różyczki, co nawiązuje do hasła „Kutno – miasto róż”, a to z kolei do miejscowych tradycji ogrodniczych. W sierpniowe popołudnie, w środku tygodnia ruch był tam taki, że nie od razu znaleźliśmy miejsce w przylokalowym ogródku. Jako, że niegdyś obiecywałem wizytę w Kutnie po otwarciu odnowionego Pałacu Saskiego, co zapowiadane jest na połowę 2023 roku nie zajęliśmy się zwiedzaniem miasta. Jednak ledwie 50 metrów od stolika gdzie zapijaliśmy kawą różopodobne ciasteczka rozciągał się spopularyzowany ostatnio w całej Polsce, jako symbol betonozy, Plac Wolności.

Kutnowska róża w wersji pierwszej (zdjęcie z profilu FB firmy)
I drugiej (zdjęcie z profilu FB firmy)

Dawny Stary Rynek był tradycyjnym miejsce handlu więc jako taki nie obfitował w zieleń (to eufemizm mający skryć jej brak). Uniknął także popularnej w latach międzywojennych transformacji w śródmiejski zieleniec. Jeno po obrzeżach założono trawniki i posadzono drzewa, które z czasem dawały coraz więcej cienia. Po ustaniu funkcji handlowej cały środek placu „zagospodarowano” jako parking przy czym, dla wygody kierowców, grunt pokryto dywanikiem asfaltowym. Kutno miało więc imponujący przykład asfaltozy, ale w naszym obojętnym estetycznie kraju nikomu to nie przeszkadzało. W 2012 miasto zamówiło projekt rewitalizacji placu. Zakładał on utrzymanie funkcji parkingowej, ale wzbogacenie jej o funkcje społeczne. Jak to patetycznie nazwano –  oddanie placu mieszkańcom. W efekcie zaprojektowano parking podziemny, na którego betonowym dachu zaplanowano pawilon wystawowo-gastronomiczny i, oczywiście, fontannę. Po obrzeżach przewidziano nawet zasadzenie drzew w miejsce starszej zieleni, która i tak nie przeżyłaby tak intensywnego naruszenia stosunków wodnych w najbliższym sąsiedztwie. Projekt ten przy okazji rozpoczęcia jego realizacji w roku 2019 branżowy, architektoniczny portal Bryła prezentował pod hasłem „Kutno wypięknieje”. A tymczasem skokowo wzrosła świadomość klimatyczna społeczeństwa i z pozycji poklepywanego po plecach prymusa rewitalizacji władze miasta spadły do kategorii rozrzutnego wroga klimatu. Ale pewno kierowcy się cieszą, że samochody parkują w podziemiu, a mieszkańcy nie szwendają sie między nimi. Otwartą kwestią pozostaje dlaczego parkingu, nawet i wielopoziomowego, nie można było postawić na jednej z okolicznych pustych działek i tak już używanych do tych celów.

Plac Wolności 100 lat temu; źródło fotopolska.eu
Plac Wolności 10 lat temu; fot. Mariochom, CC BY-SA 4.0
Plac Wolności obecnie; źródło UM Kutno

Po tygodniowej przerwie zawitaliśmy na rynek w Łęczycy. Miasto, choć aż do rozbiorów Polski miało status wojewódzkiego, jest obecnie trzykrotnie mniejsze od Kutna, więc nie posiada ambicji posiadania wielopoziomowych parkingów. Na tutejszym rynku, czyli placu Kościuszki znalazło się miejsce na niską i wysoką zieleń, i parking, i część równo wybrukowaną wokół klasycystycznego ratusza. Na tej ostatniej też zresztą rosną pojedyńcze drzewa nie zasłaniając jednak widoku na architektoniczną dominantę placu jaką jest ratusz. Miasto nie posiada obwodnicy więc kierowcy jadący dawna „jedynką” ku Łodzi czy Krośniewicom wciąż mogą być zszokowani widokiem gotyckich murów zamku kazimierzowskiego wyrastających ponad chodnik i przyuliczny trawnik. Funkcjonujące w zamku muzeum sprzedaje osobne bilety na wieżę, skąd mogliśmy ogarnąć wzrokiem prawie całe niezbyt rozległe (niecałe 9 km kw. powierzchni) miasto. Byłoby ono jeszcze mniejsze gdyby nie PRL-owska próba uczynienia zeń centrum wydobycia rud żelaza. Zawartość metalu w rudach była zbyt niska, by opłacało się to na dłuższą metę, ale okres górniczy dodał do panoramy miasta kilkanaście bloków mieszkalnych oraz prawdziwą wieżę szybową dającą złudzenie wizyty na Górnym Śląsku.

Witacz na granicy miasta
Zachodni mur wraz z wieżą
Zamkowa prochownia
Wjazd do zamku
Zamkowy Dom Nowy
Widok z wieży w kierunku rynku

Kompaktowe Stare Miasto ma dwa kościoły: św. Andrzeja i Niepokalanego Poczęcia NMP ojców Bernardynów. Ten pierwszy za dzwonnicę używa jedyną zachowaną basztę murów miejskich. Przylegająca część murów miejskich została obudowana kamienicami, których owalny bieg wyznacza granice kościelnego dziedzińca. Jest to, moim zdaniem, najbardziej urokliwa, choć kompletnie niewykorzystana przestrzeń miejska w Łęczycy. Drugi z kościołów ma piękny renesansowy szczyt oraz bogate rokokowa-barokowe wyposażenie wnętrza. Trzecią historyczną świątynią w mieście był jeszcze kościół Dominikanów. Klasztor zakonu zamieniony przez Prusaków w więzienie, które za PRL-u był uważane za to, o najsroższych rygorach. Służby penitencjarne używały je do 2006 roku i do dzisiaj stoi opuszczone. Sprzedaż utrudnia fakt wpisania budynków do rejestru zabytków. Jest to jeden z nielicznych przykładów opuszczonych i zaniedbanych obiektów w centrum miasta. Spacer jego zadbanymi uliczkami dostarcza doprawdy korzystnych wrażeń.

Kościół św. Andrzeja
Kościół bernardynów
Uliczka Starego Miasta
Ucztę celebrowaliśmy
Baszta – dzwonnica
Ratusz
Na takim dziedzińczyku
Dawny klasztor dominikanów, obecnie opuszczone więzienie

W diagnozie społecznej Łęczycy przeprowadzonej w roku 2017 uczestnicy jako jeden ze znaczniejszych problemów miasta wskazali małą liczbę lokali gastronomicznych. Albo mieli nadmierne oczekiwania albo od tego czasu zmieniło się coś na lepsze, co celnie zauważyła nasza córka Krysia. My oczywiście mierzyliśmy w kawiarnię/ciastkarnię i trzeba przyznać, że mieliśmy w czym wybierać. W okolicy rynku oprócz dwóch kawiarni, w tym jednej działającej pod tym samym szyldem co opisana wcześniej kutnowska, minęliśmy też lodziarnię (a jakże rzemieślniczą!) oraz naleśnikarnię. Zdecydowaliśmy się na lokal, którego kolorystyka zarówno zewnętrzna jak wewnętrzna odpowiadała nazwie. Na zapleczu, w zacisznym podwóreczku też rozstawiono stoliki. Oczekując na zamówione przysmaki wystawialiśmy twarze na promienie wrześniowego słońca. Jako, że rozpoczęły się zajęcia w szkołach, publika była raczej gimnazjalna, a ja w tym towarzystwie robiłem za jedynego faceta, który ukończył już pełen cykl formalnej edukacji.

Z położonego na wschodnich krańcach miasta, lecz ledwo rzut beretem od zamku, zabytkowego Parku Piłsudskiego dwukilometrowy spacer doprowadzi nas do Tumu. Poprzecinane ramionami Bzury i jej dopływów torfowisko wiosną zapewnia bez wątpienia ciekawe obserwacje ornitologiczne. Od momentu wyjścia z parku drogę wskazują wieże kolegiaty tumskiej. Z czasem coraz lepiej widać też zrekonstruowane drewniane wieżyce grodu w pierwotnej lokalizacji Łęczycy. Kolegiata, jeden z największych kościołów romańskich w Polsce przytłacza wielkością okoliczne zabudowania, w tym XVIII wieczny drewniany kościółek św. Mikołaja ulokowany w pobliżu na czas przebudowy świątyni do stylu klasycystycznego. Jak to z pierwszymi kościołami bywało służył on także celom obronnym co widać w masywnej architekturze. Zarówno wielkość jak i bezpieczeństwo jakie zapewniał predestynowały go do roli budowli publicznej. Dlatego też gościł w swoich murach aż do połowy XVI wieku ponad 20 synodów prowincjonalnych, podczas których decydowano o sprawach ważnych dla Kościoła i Państwa. Czysto romańskie formy świątyni to rezultat powojennej rekonstrukcji. Jak to z wiekowymi obiektami bywa kolegiata przybierała już gotyckie i klasycystyczne szaty. W połowie XVI wieku od północy dobudowano doń renesansową kruchtę by uchronić przed niszczącym wpływem polskiego klimatu piękny romański portal. We wrześniu 1939 polscy artylerzyści oraz niemieccy lotnicy ćwiczyli na niej celność swego śmiercionośnego sprzętu (dla jasności: nie w tym samym czasie). W efekcie wojnę przetrwały mury obwodowe oraz tylko jedna z wież. A że do projektowania odbudowy zatrudniono wybitnego architekta Jana Koszczyc Witkiewicza to w środku polskiego obwarzanka odtworzono prawdziwe romańskie cudo.

Kolegiata tumska góruje nad łęczyckim grodem
Jeden z największych kościołów romańskich w Polsce
Przegląd charakterystycznych cech stylu romańskiego
Skrywa romański portal
Renesansowa kruchta
Widok z dziedzińca kolegiaty na kościółek św. Mikołaja

Oprócz sakralnego mikrusa w pobliżu jest jeszcze dawny dom parafialny, w formie ceglanego, nieotynkowanego dworku mieszczący dzisiaj muzeum parafialne. Z powodu zaorania ścieżki, która planowaliśmy wracać do Łęczycy trafiliśmy na drewniany podest wiodący przez najbardziej podmokłą część doliny. Gdyby nie bliskość kolegiaty możnaby się poczuć jak nad Biebrzą czy na Polesiu. Wkrótce jednak ścieżka doprowadza do mini skansenu z wiatrakiem, zabudową mieszkalną i gospodarczą oraz piwniczką z 1846 roku. Na ścianie jednego z budynków znajduje się uroczy mural (czy może drewnal?) przedstawiający grupę wycieczkowiczów sprzed 90 lat na tle kolegiaty. O ile wokół kolegiaty spotkaliśmy paru turystów, o tyle w skansenie tylko znudzoną obsługę. Może w trakcie roku szkolnego więcej ruchu wnoszą tu wycieczki uczniowskie? Miejscowość Tum znajduje się na południe od ruchliwej drogi wojewódzkiej z Łęczycy do Łowicza. Okazało się, że drogowcy nawet na odcinkach prowadzących przez wsie i przedmieścia Łęczycy nie zbudowali wzdłuż niej chodników. Nasz powrót do miasta odbywał się w strachu Bożym przed pędzącymi mimo nas TIR-ami.

Porównanie wielkości kościółka św. Mikołaja i kolegiaty
Dom kryty strzechą
Podest nad torfowiskiem prowadzi ku skansenowi
Piwniczka z połowy XIX wieku
Turyści sprzed 90 lat

Tum odwiedziłem po raz trzeci. Za pierwszym razem, w końcu ubiegłego wieku, przy kolegiacie trwały jakieś prace remontowe i wejście było niemożliwe. Po 20 latach zawitałem tam z grupą ukraińską między oficjalnym spotkaniami w Górze św. Małgorzaty i w Łęczycy. Była połowa listopada, przyjechaliśmy niezapowiedziani. Remonty dawno się zakończyły i bryła świątyni lśniła pełnym majestatem. Wejście poza kruchtę nie było jednak możliwe i pozostało sycić oko ograniczonym widokiem wnętrza spoza krat. Tym razem solidnie przygotowałem się do wyjazdu. Na stronie internetowej kolegiaty sprawdziłem godziny otwarcia. Jechaliśmy więc na pewniaka. Tymczasem na drzwiach wejściowych powitała nas kartka, że w dniach 1-3 września kościół jest zamknięty dla zwiedzających. „Przepraszamy”! Obawiam się jednak, że trudności w zwiedzaniu kolegiaty nie są przypadkowe. Drewniany kościółek św. Mikołaja ma tego samego gospodarza. Nic więc dziwnego, że pozostaje zamknięty. Obydwa opisane kościoły łęczyckie były zamknięte, a wspominane we wszystkich przewodnikach rokokowe organy kościoła bernardynów turysta łatwiej niż na własne oczy zobaczy przeszukując zbiór zdjęć w Internecie. Tum mimo bliskości Łęczycy znajduje się w gminie Góra św. Małgorzaty. Tu, moim zdaniem, znajduje się największa przyrodnicza atrakcja okolicy – wzgórze pochodzenia polodowcowego o wysokości 136 m npm., wyrastające o blisko 30 metrów ponad dno doliny Kanału Tumskiego. Strome stoki wzgórza wieńczy kościółek o historii równie długiej co świątyni tumskiej, jeno iż nie uległ zniszczeniom wojennym więc pozostaje w stylu klasycystycznym. Wnętrze ma pewno najmniej do zaoferowania zwiedzającym, ale i tak się o tym nie przekonają, bo pocałują klamkę.

Jegomość Boruta
I ślady jego niszczycielskich prób

Nie spekuluję czy proboszczowie sami zdecydowali w ten sposób chronić cenne wyposażenie wnętrz czy też jest to oficjalna polityka diecezji łowickiej. A może maczał w tym palce diabeł Boruta, rezydent podziemi łęczyckiego zamku który, jak chce legenda, już raz próbował zapobiec budowie kolegiaty w Tumie. Po nieudanej próbie pozostały ślady jego pazurów w przyziemiu północnej wieży. A że nicpoń pojawiał się, a to jako szlachcic w kontuszu, a to jako wielkie ptaszysko czy sowa, to znowu czarny koń albo ryba z rogami czy też wilk więc cóż dziwnego jeśli przybierze postać niewinnie wyglądającego turysty i spróbuje dokończyć dzieła zniszczenia. Taka perspektywa może przerazić najodważniejszego! Jedyny ratunek w kratach i kłódkach. A więc „Zgiń, przepadnij siło nieczysta”! Po spełnieniu tego zaklęcia zwiedzanie kościelnych wnętrz w okolicy Łęczycy znowu stanie się możliwe.

Kategorie
Estonia

Kanapka ze śledziem czyli dwa dni w Tallinnie

Zwiedzanie ogrodu botanicznego poza godzinami oficjalnego otwarcia, to doskonały pomysł. Szkoda, że poza pracownikami, niewiele osób może skorzystać z takiej okazji. Nam się jednak udało! Wraz z Podziomkiem byliśmy oficjalnymi gośćmi ogrodu i korzystaliśmy z jego pokojów gościnnych. Zaraz po porannych ablucjach wymknąłem się więc na spacer z lornetką, bo poza godzinami zwiedzania w takich miejscach łatwiej spotkać ptaki nieuzależnione od dożywiania przez człowieka. Nie pomnę już co udało mi się zaobserwować. Sierpniowy poranek był słoneczny, ogrodowe alejki wiły się wokół stawów i wspinały na niewysokie wzgórza. W miejscach o wschodniej ekspozycji pachniało już silnie ziołami i kwieciem. Gdyby nie górująca nad ogrodem telewizyjna wieża nadawcza można by czuć się, jak w czasach przedwojennego prezydenta Estonii Konstantina Pätsa, do którego należał majątek ziemski przyznany z początkiem lat 60-tych XX wieku Estońskiej Akademii Nauk z przeznaczeniem na budowę ogrodu botanicznego.

Wróciwszy do naszego lokum, na piętrze prezydenckiego niegdyś domu, zastałem drzwi zamknięte na klucz. Stukanie, ba, nawet energiczne dobijanie się, nie pomagało. Podziomek nie otwierała drzwi! Podszedłem pod okna naszego pokoju. Jako że ostatnia noc była ciepła, pozostawały otwarte. Czasy były przedkomórkowe (konkretnie rok 1991) więc, aby zostać usłyszanym, trzeba było krzyczeć. Zamiast Podziomka zareagowała pracownica biura na parterze budynku. Po stosownych wyjaśnieniach zorganizowano ekipę ratunkową z drabiną. Tą drogą dostałem się do wnętrza i zastałem Podziomka w kąpieli. Choć w odmienny sposób, ona też napawała się atmosferą tego poranka. Poza wspomnieniami, z ogrodu botanicznego w Tallinnie przywieźliśmy też sadzonkę róży, która do dzisiaj zdobi nasz ogród. Sądząc po barwie i kształcie, może jest to nawet odmiana nazwana „Staatspräsident Päts”.

Willa prezydenta Päts’a została odzyskana przez potomków, ale otacza ją Ogród Botaniczny, źr. Google Streetview

Ogród Botaniczny położony jest we wschodniej części miasta, zwanej od uchodzącej tu do morza rzeki, Piryta. W 1980 roku zbudowano tu olimpijskie centrum sportów żeglarskich, jako że ulokowana z dala od większych akwenów wodnych Moskwa nie miała, ani warunków, ani tradycji organizowania zawodów żeglarskich. W drodze do centrum z okien autobusu widzieliśmy codziennie ten obiekt, podobnie jak największą w Tallinnie plażę oraz Rusałkę – pomnik z 1902 roku upamiętniający ofiary zatonięcia podczas sztormu rosyjskiego okrętu wojennego o tejże nazwie. Podczas ostatniego pobytu w Tallinnie zatrzymaliśmy się w hotelu w pobliżu centralnie położonego terminala promowego. Mając do dyspozycji tylko dwa dni, z premedytacją pominęliśmy w naszych planach Pirytę. Przecięliśmy ją jednak tranzytem, kierując się ku półwyspowi Viimsi, gdzie naszym celem była lokalna przystań promowa w Leppneeme. Po przejechaniu mostu na Pirycie nie skręciliśmy więc za ruinami klasztoru Brygidek w prawo, lecz pojechaliśmy prosto, mijając dostatnie stołeczne przedmieścia z domami ukrytymi wśród bujnej zieleni. Z Leppneeme trzy razy dziennie pływa prom na wysepkę Prangli. Oddalony 10 km od wybrzeża skrawek lądu liczy niespełna 6,5 km kw. powierzchni i 75 mieszkańców. I rzecz cała w tym, że ktokolwiek tam mieszka! Historycznie rzecz biorąc, większe wyspy na Zatoce Fińskiej zostały zasiedlone w średniowieczu przez szwedzkich rybaków. Ich potomkowie zamieszkiwali je do II Wojny Światowej, stopniowo zmieniając swoją identyfikację etniczną na estońską lub fińską. Dramatyczna zmiana ich sytuacji nastąpiła po przyłączeniu wysepek do ZSRR. Najeźdźcy widzieli wyłącznie ich wartość militarną, a że mieli obsesję tajności miejsc o takim przeznaczeniu, całą ludność po prostu wysiedlili. Z niewiadomych przyczyn mieszkańcy Prangli uniknęli tego losu. Dzięki czemu wyspa jest reliktem przedsowieckiej architektury i funkcji.

Prom był miniaturą swoich adriatyckich braci. Było na nim nawet miejsce na 2 samochody, ale zamiast nich podróżował kontener, w którym z wyspy wywozi się worki ze śmieciami. Pod pokładem panował spory tłok. Tallińskie biura podróży organizują całodniowe wycieczki na wyspę umożliwiając nie tylko dokładne jej zwiedzenie, ale też degustację przysmaków kuchni wyspiarskiej oraz wyparzanie ciała w saunie. Po wypłynięciu poza falochron statkiem wstrząsnęły krótkie bałtyckie fale. Zmierzając do bufetu pełniącego też funkcje kasy omal nie zderzyłem się z pozieleniałym na twarzy młodzieńcem śpieszącym na zawietrzną. Starszawy wilk morski za ladą komunikował się w podstawowym angielskim z silnym estońskim akcentem. Chętnie przeszedł na zasugerowany rosyjski, lecz mimo bogatszego słownictwa, wymowę miał nadal trudną do zrozumienia. Wyjaśniwszy sobie, że nie jesteśmy Rosjanami, spędziliśmy następne parę minut odświeżając znajomość rosyjskich przekleństw, które służyły opisaniu naszego stosunku do polityki i osoby Putina. W ten sposób zapomnieliśmy o dokuczliwym kołysaniu.

Brygidki zbudowały obok zakonserwowanych murów średniowiecznej świątyni nowy dom zakonny, źr. www.piritaklooster.ee
Port w Kelnas z naszym promem na drugim planie

Prangli to miniatura Skandynawii nieco zaśmiecona pozostałościami sowieckiej mysli techniczno-wojskowej. Mikroskopijny port w Kelnas pomieścił nasz prom, jakąś motorówkę i ze dwa jachty. Na brzegu odpoczywały rozeschnięte kadłuby starych kutrów rybackich. Uczestnicy wypoczynku zorganizownego załadowali się na odkrytą przyczepkę ciągniętą przez pokaźnych rozmiarów terenówkę. Pozostali pasażerowie dyskretnie się oddalili, zostawiając naszej parze przyjemność samotnego penetrowania wysepki. Jedyna asfaltowa droga przecinająca Prangli z północy ku południowi narzucała kierunek wędrówki. Chociaż nie ma tu terenów podmokłych, droga ku mojemu zdumieniu wysadzana była olchami. Pomiędzy nimi, tu i ówdzie, umościły się różnej wielkości głazy narzutowe. Domy, zbudowane z drewna, pomalowane były w wyraziste barwy. Z kamienia wzniesiono tylko miejscowy kościółek oraz niektóre zabudowania gospodarcze. Najdostatniej wyglądające oraz najnowsze domy pełniły zapewne funkcje wyłącznie letniskowe. W obejściach nie widać było nadmiernego ruchu. Tylko przy położonej na uboczu świątyni grupa uczniów odbywała lekcję szkicowania z natury. Odcinek drogi wyłożony asfaltem wkrótce się skończył. Coraz węższą ścieżką wśród karłowatych sosen dotarliśmy na upstrzoną głazami łąkę, stopniowo obniżająca się ku Bałtykowi. Choć na pełnym morzu wiatr odrywał strzępy piany ze szczytu fal, na skraju lasu było całkiem zacisznie. W zatoczkach między szuwarami żerowały i odpoczywały ptaki. Było ich na pewno więcej, niż ludzkich mieszkańców Prangli. Spędziliśmy parę kwadransów wygrzewając się i wypatrując skrzydlatych rarytasów.

Kutry czekają na lepsze wiatry
Szkoła podstawowa. Tu 6 nauczycieli ma pod opieką 5 uczniów
Domek letniskowy na Prangli
Najcenniejsza obserwacja ornitologiczna – łabędzie krzykliwe
Dom Ludowy na Prangli
Tak mieszkają wyspiarze
Łąki zalewowe na południowym brzegu wyspy
W tle, na kontynentalnej Estonii, widać terminal kontenerowy w Muuga

Tego czasu zabrakło nam, by dotrzeć do drugiego cmentarzyka na wyspie, skrywającego szczątki ofiar zbombarowania przez Luftwaffe w 1941 roku estońskiego okrętu Estirand. Oprócz marynarzy, spoczywają tam poborowi przeznaczeni do wcielenia do Armii Czerwonej, po dopłynięciu – wraz z konwojem innych jednostek – do Kronsztadu. Do czego jednak nie doszło. Estoński kapitan osadził uszkodzony statek na brzegach Prangli, a 2600 pozostałych przy życiu poborowych, obezwładniwszy radziecką eskortę, uszło w lasy, gdzie doczekali nadejścia czasowo zwycięskiego Wehrmachtu. Dotarliśmy jednak do Czerwonego Kamienia, największego na wyspie głazu narzutowego. Ten „podarunek z Finlandii” mierzy 11,1 na 8,8 metra, a jego czubek wznosi się 3,3 metra ponad powierzchnię gruntu. Ta część wyspy obfituje w porośnięte sosnami wydmy. Wśród nich znaleźć można niespodziewane artefakty: a to silnik z rozbitego samolotu, a to tzw. pompę gazową, gdzie – sądząc po obecności patelni – można podsmażać zebrane w lesie grzyby, czy zrobić jajecznicę, a to znowu – porzucone ciężarówki sowieckiej produkcji. Powróciwszy do portu, zdążyliśmy – przed odbiciem promu od brzegów wysepki – skosztować do kawy kanapki po estońsku: śledź, plasterek jajka, krążek cebuli i gałązka koperku, na czarnym chlebie. Połowa czerwca to chyba jeszcze nie sezon wakacyjny, bo każdy z trzech kempingów na wyspie wyglądał na niezasiedlony.

Kościółek wyspiarzy
Czerwony Kamień
Droga wzdłuż wschodniego wybrzeża wyspy
Drugie śniadanie po estońsku
Samotna sosna
Pompa gazowa, fot. Ivo Kruusamägi CC-BY-SA 4.0
Muzeum techniki
Tajemnicze budowle na pd-wsch. cyplu Prangli

Olimpijskie centrum żeglarstwa w Pirycie płynnie dostosowało się do zmian systemowych i gospodarczych w niepodległej Estonii. Nie da się tego powiedzieć o nadmorskiej hali widowiskowo-sportowej, która także została oddana do użytku w olimpijskim roku 1980. Ten obsypany nagrodami architektonicznymi brutalistyczny kompleks budzi skojarzenia z umocnieniami Wału Atlantyckiego, wzniesionymi przez Niemców po podboju Francji dla obrony przed aliancką inwazją. Coś mogło być na rzeczy, gdyż architekci zakładali, że ich dzieło wejdzie w twórczy dyskurs z położonym po drugiej stronie basenu portowego XIX-wiecznym fortem Kalaranna. Dla mieszkańców miasta, obiekt pod patronatem Lenina, dawał możliwość dotarcia na sam brzeg Zatoki Fińskiej w dzielnicy portowej, która od 1945 była oddzieloną od reszty miasta murem, strefą zamkniętą. Po pozbyciu się z nazwy odniesień do ojca wszechświatowego proletariatu, hala funkcjonowała zgodnie z przeznaczeniem do roku 2010. Jak większość obiektów z tego okresu, była niechlujnie wykonana, z użyciem kiepskiej jakości materiałów, nie spełniała nowych, rygorystycznych standardów bezpieczeństwa i – ogólnie – wyglądała coraz bardziej ponuro. Została więc zamknięta i rozpoczęto poszukiwania inwestora, który jednak musiał zachować jej pierwotne funkcje. Ponieważ nie znaleziono chętnych do utopienia swojego kapitału w tej górze betonu, rewitalizacji miało podjąć się miasto, przy hojnym wsparciu rządu estońskiego. Publiczny inwestor nie wywiązał się jednak ze swoich obietnic i gargantuiczny pomnik sowieckiej architektury rozpiera się, niczym „Gwiazda Śmierci” na straży tallińskiego portu. Choć nie jest to całkiem legalne, warto się wdrapać na jego tarasy dla oryginalnej perspektywy, jaką daje na wybrzeże i Stare Miasto.

Gwiazda Śmierci czyli dawna hala im. Lenina. Tylko z perspektywy zatoki można ocenić jej ogrom.
Można wylądować helikopterem lub przypłynąć łodzią podwodną 🙂
Ale urwał!
Widok z nieczynnej hali sportowo-widowiskowej w kierunku dawnej elektrowni i kościoła św. Olafa

Kalajama, to dzielnica rozciągająca się na północ od Starego Miasta, za dworcem kolejowym. Początkowo, i to przez kilka stuleci, była to osada rybacka. Dopiero, gdy pod koniec lat sześćdziesiątych XIX wieku kolej żelazna dotarła do miasta, dzielnica zaczęła zmieniać charakter na przemysłowo-proletariacki. Zabudowano ją gęsto drewnianymi kamienicami (wiem, że to oksymoron, ale jak, do licha, nazwać budynek wielorodzinny skonstruowany z drewna?). Ostatnimi laty Kalajama przepoczwarza się w dzielnicę hipsterską, w każdym razie niektórzy tak ją zaczęli nazywać. Mam słabość, zarówno do architektury drewnianej, jak i do dzielnic poddanych procesowi zmiany swej funkcji i postrzegania przez mieszkańców i gości. Zachęciłem więc Podziomka do spaceru jej ulicami. No i włócząc się tędy i owędy wdaliśmy się w zaciekłą dyskusję, jak ocenić proces przemian w Kalajama. Podziomkowi przeszkadzał brak życia na ulicach oraz wyspy grodzonej architektury współczesnej (już nie drewnianej), wciskające się pomiędzy drewniaki. Ja widziałem raczej pozytywy. Dzielnica mieszkaniowa nie musi przecież mieć bogatej oferty kulinarnej i kulturalnej w sytuacji, gdy do centrum jest piechotą, nie więcej, niż 20 minut. A nowe budownictwo Kalajamy w żaden sposób nie dominowało zabudowy tradycyjnej.

Kalajama – dawne magazyny służą dziś jako hotel
Kościółek baptystów w Kalajama
W latach międzywojennych budowano drewniaki z murowaną klatką schodową
Stara i nowa zabudowa dzielnicy
Stara zabudowa jest dobrze utrzymana
Nowe budownictwo w gdyńskim stylu

Na obrzeżach dzielnicy ulokowano kilka charakterystycznych budynków o ciekawej architekturze i atrakcyjnych programach funkcjonalnych. Takimi są: elektrownia z 1913 roku, zamieniona na centrum nauki (odpowiednik warszawskiego Kopernika); imponująca rozmiarami żelbetowa baza hydroplanów z I Wojny Światowej, będąca obecnie jedną z dwóch siedzib Muzeum Morskiego i skrywająca m. in. dumę przedwojennej Marynarki Wojennej Estonii – okręt podwodny „Lembit”; czy fort Kalaranna, który dłużej, niż celom wojskowym, służył służbom więziennym. Obecnie jest tam martyrologiczne muzeum, ale sądząc z wizualizacji umieszczonych przed gmachem, planuje się dla niego nowe funkcje i świetlaną przyszłość. O ile, oczywiście, znajdą się na to środki. Na mnie największe wrażenie zrobił park dzielnicowy. Jednak nie ze względu na zaplanowanie, czy urozmaicenie zieleni, ale na jego historię, a konkretnie sposób, w który się do niej odnosi i o niej opowiada. Otóż teren parku, to dawny cmentarz zlikwidowany w sposób dosyć brutalny za czasów ZSRR. Już w niepodległej Estonii planowano głęboką modernizację parku, ale okazało się, że sąsiedzi zamiast popierać ten pomysł życzyli sobie zmian daleko mniejszych, za to podkreślających dawną funkcję. Dlatego przy wejściach do parku znajdują się tablice informacyjne, nie z regulaminem korzystania, ale z historią tego miejsca. Część alejek nawiązuje przebiegiem do swych cmentarnych poprzedniczek, w jednym z kwartałów parku wyeksponowano kilka metalowych krzyży oraz odnowiono historyczną bramę cmentarną. Takie podejście jest możliwe, gdy likwidowanie cmentarzy nie odbywa się – jak często w naszym kraju – w ramach wymierzania sprawiedliwości dziejowej, bądź ucieczki od historii.

Świadkowie cmentarnej przeszłości parku
Fort, a później więzienie Kalaranna
Brama cmentarna

„Estończycy mieszkają w domach, a Rosjanie w blokach”. Taką informację uzyskałem od estońskich znajomych, gdy podczas pierwszej wizyty w Estonii przejeżdżaliśmy przez imponujące wielkością blokowiska – położonej na wschód od centrum – dzielnicy Lasnamäe. Stolica Estonii za caratu i pierwszej republiki nie była wielkim miastem. Liczba mieszkańców przed 1940 rokiem nie osiągnęła nawet granicy 150 tysięcy. To władza radziecka ze swoją obsesją industrializacji i urbanizacji uczyniła z niej metropolię o ponad trzykrotnie większej populacji. Oczywiście, Estończycy przyjeżdżali do pracy w stolicy, ale w tempie daleko nie satysfakcjonującym władze. Sięgnięto więc po rdzennych Rosjan i rosyjskojęzycznych mieszkańców innych republik radzieckich. Ci przyjeżdżali chętnie, bo nadbałtyckie republiki cieszyły się opinią prawdziwej Europy. Nic dziwnego, przecież miejscowe języki zapisywało się w alfabecie łacińskim. W rezultacie, w mieście, w którym przed wojną mieszkało 85% Estończyków, jeszcze dzisiaj, ponad 30 lat od odzyskania niepodległości, jest ich tylko ok. 55%. Rosjan zaś mieszka w Tallinie nieco ponad 35%, ale w Lasnamäe około 61% i jest to jedyna, ale za to największa, z ośmiu dzielnic miasta, gdzie stanowią dominującą grupę ludności. Paradoksalnie, autorka przytoczonej wyżej maksymy od 47 lat mieszka w dziewięciokondygnacyjnym bloku, tyle że w zasiedlonej w większości przez Estończyków dzielnicy Mustamäe.

Lasnamäe – największe blokowisko, a równocześnie dzielnica gdzie częściej słyszy się język rosyjski niż estoński.

Każda wizyta na tallińskim Starym Mieście pozwala zrozumieć dlaczego filmowcy radzieccy właśnie w stolicy Estonii szukali plenerów, które zgodnie ze scenariuszem winny przedstawiać kraje zgniłego zachodu. Miasto o hanzeatyckiej przeszłości, mało zniszczone podczas II Wojny Światowej i, co chyba najważniejsze, traktujące z szacunkiem swoje architektoniczne dziedzictwo, nadawało się idealnie do tych celów. Najeżona wieżycami kościołów panorama, budowle reprezentujące architekturę ostatnich siedmiu wieków, 2 kilometry zachowanych murów miejskich z wieńczącymi je 20 basztami, domy mieszczańskie, siedziby kupieckich gildii, czy średniowieczny ratusz – wszystko to znajdziemy na obszarze nieco ponad jednego kilometra kwadratowego.

Malownicze uliczki Starego Miasta
Kościółek adwentystów widziany z kompleksu Rotermanna
Estońscy architekci śmiało wprowadzają nową architekturę do centrum Tallinna
Pozostałości bramy Viru z widokiem na hotel o tejże nazwie
Uliczki Starego Miasta bywają strome
Architektoniczna mieszanina stylów, barw i wielkości
Kościół św. Olafa
Skwer powstał w miejsce zabudowań zniszczonych w 1944, a najcieńsza wieża w mieście należy do ratusza
Na staromiejskim podwórku

Swoje dołożyła natura. Mimo przybrzeżnego położenia, nad Dolnym Miastem góruje ponad 30 metrowe wapienne Wzgórze Katedralne (est. Toompea). Według estońskiego eposu, nie jest to wzgórze powstałe siłami natury, lecz kurhan kryjący szczątki praojca Finów i Estończyków – Kaleva, usypany przez jego pogrążoną w żałobie małżonkę – Lindę. Mniejsza o pochodzenie, ważniejsze były zalety obronne powodujące, że kto umościł się na tym wzgórzu, ten rządził południowym wybrzeżem Zatoki Fińskiej. Tak więc władali stąd: przodkowie współczesnych Estończyków z plemienia Estów; Duńczycy, którym w tym właśnie miejscu w 1219 roku Bóg zesłał ich narodową flagę (Dannebrog); zakon Kawalerów Mieczowych/Krzyżacki; Szwedzi; rosyjscy gubernatorzy; a w końcu, z 50 letnią przerwą władzy radzieckiej, estońscy parlamentarzyści i członkowie rządu. Jako że każda władza szukała swego uzasadnienia oraz wsparcia u Boga, na wzgórzu znajdziemy, tak luterańską, jak i prawosławną katedrę, choć ta druga powstała dopiero w ramach zainicjowanego przez cara Aleksandra III programu znakowania terytorium jego imperium kopułami cerkwi. Z turystycznego punktu widzenia, prócz licznych zabytków, Toompea to wspaniały punkt widokowy. Dalekie pejzaże podziwiać można, zarówno z  murów obronnych, jak i z wysokiej na 45 metrów baszty Długi Herman (est. Pikk Hermann). Jest ona znana z tego, że każdego ranka na maszt wieńczący basztę wciągana jest flaga narodowa, by wieczorem odbył się ceremoniał jej opuszczenia.

U podnóża Wzgórza Katedralnego
Zaułek na Toompea
Prawosławna katedra Aleksandra Newskiego
Śródziemnomorskie widoki na Toompea
Boczna fasada budynku parlamentu i Długi Herman
Widok z Toompea w kierunku północnym
Pokryty taflami szkła Pomnik Wolności u podnóża Wzgórza Katedralnego

Tallinn jest bez wątpienia podstawowym celem turystycznym w Estonii. Nic dziwnego, że spotyka się tu wielu cudzoziemców i słyszy mnogość języków. Równocześnie obszar Starego Miasta jest na tyle duży, że bez trudu można unikać tłoku i cieszyć się samodzielnym poznawaniem jego uroków. Dla mnie takim doświadczeniem było odwiedzenie pozostałości klasztoru dominikanów. Jego kościół pod wezwaniem św. Katarzyny, liczący ponad 65 m długości, był w momencie ukończenia najdłuższym budynkiem w mieście. Mnisi zostali zmuszeni do opuszczenia kompleksu z nastaniem reformacji. Później klasztor i kościół były trawione przez pożary i wykorzystywane na doraźne cele biznesowe, z wolna popadając w zapomnienie. W latach 40-tych XIX wieku na miejsce klasztornego refektarza postawiono kościół katolicki, pełniący obecnie funkcje katedry. Pozostała część była wykorzystywana na cele mieszkalne oraz sklepowo-magazynowe. Przez wieki dojście do nich stanowiła ścieżka zwana dzisiaj Pasażem Katarzyny. Jedną jego pierzeję stanowi zachowana ściana budynku klasztornego spięta kilkoma ceglanymi łukami z niewielkimi budynkami zarządzanymi obecnie przez Gildię Katarzyny, czyli swoistą spółdzielnię rzemieślniczą stworzoną przez 14 pań wytwarzających i sprzedających swoje rękodzieło w ośmiu pracowniach. Choć na swojej stronie www gildia chwali się popularnością zarówno wśród mieszkańców, jak i turystów, byliśmy tam jednymi gośćmi. Nieśpiesznie mogliśmy więc napawać się detalami gotyckiego portalu oraz kolekcją kamieni nagrobnych na murze budynku klasztornego. Spokój panował taki, że słychać było świst jerzyków przemykających nad dachami domów na tle bezchmurnego nieba i bzyczenie pszczół wokół dorodnej lipy, ocieniającej dziedziniec.

Za bramą ukrywa się katolicka katedra pod wezwaniem św. Piotra i Pawła
Scenka sprzed katolickiej katedry
Gotycki portal dawnego klasztoru dominikanów
Płyty nagrobne, po latach tułaczki, trafiły na ściany klasztoru
Detal z portalu
Zachodnie wejście do Pasażu Katarzyny
Wejście do warsztatu szkła artystycznego
Pasaż Katarzyny widok od strony wschodniej, fot. NotAnonymous, CC BY-SA 3.0

Rzadko wspominam na tych stronach o hotelach, ale tu uczynię wyjątek. Nie po to jednak, by rekomendować usługi naszego hotelu, lecz by opisać dziwny obyczaj negocjowania warunków pobytu. Otóż zależało nam na pokoju z widokiem na basen jachtowy, co zakomunikowałem robiąc rezerwację. W odpowiedzi dostałem informację, że będę musiał zapłacić dodatkowo 10 Euro za noc. Przystałem na te warunki, by po przyjeździe dowiedzieć się, że taki pokój nie jest dla nas dostępny. Może wzruszyłbym ramionami na tę drobnostkę, ale perspektywa z naszego okna brutalnie zweryfikowała twierdzenie, że widok z pokojów jest albo na morze, albo na Stare Miasto. Otóż my za oknami mieliśmy 300 metrów dzikiego parkingu (tzn. płatnego, ale z postojem na ubitej ziemi), potem wielki kompleks biurowo-handlowy zwany Kwartałem Rotermanna, za którym rzeczywiście znajduje się, skutecznie zasłonięte, Stare Miasto. Basen jachtowy mogliśmy do woli podziwiać przy śniadaniu lub sponad drinka w hotelowym barze, ale pewien niesmak z poziomu usługi i informacji hotelowej jednak w nas pozostał.

Widok z naszego hotelu na basen jachtowy
Widok z naszego hotelu, wg strony www na Stare Miasto

Nudno jest tylko chwalić wyśmienitą estońską gastronomię. Wspomnę więc o dwóch odwiedzonych lokalach, nie ze względu na ich wybitne menu, ale z innych powodów. Niewątpliwym urozmaiceniem obiadu spożywanego w lokalu usytuowanym w nowym budynku na brzegu basenu portowego przy ulicy Kalaranna, było obserwowanie kolejnych spacerowiczów wpadających w pułapkę zastawioną na nich przez budowniczych nadmorskiej promenady. Otóż podążając brzegiem w kierunku miasta, niczym ryby w żaku, nieuchronnie docierali do miejsca, gdzie ogrodzenie rewitalizowanego nabrzeża nie pozwalało na dalsze kontynuowanie spaceru. Niektórzy próbowali coś kombinować, inni poddawali się prędzej, ale wszyscy musieli wrócić i wyjść na ulicę tuż przy naszej restauracji. Tu dopiero mogli zobaczyć tabliczkę informująca, że przejścia nie ma! Ale chyba cieszyli się, że nikt nie próbował ukarać ich mandatem w wysokości 500 Euro, gdyż taką karę dla niesfornych sugerowała treść tabliczki. Lokal w dzielnicy Mustamäe, gdzie na obiad zaprosili nas estońscy przyjaciele, zapunktował zaś elastycznością obsługi. Pozwolono nam mianowicie, po spożyciu dań głównych, wystawić na stół przywieziony z Polski sękacz. Jak wiadomo, nie jest to zwyczaj powszechnie praktykowany nawet w naszym kraju, a co dopiero dalej na północ. Tymczasem nasz stolik zwieńczyła sękata, wysoka na ¾ metra wieża z ciasta, który to widok wzbudził zainteresowanie i podziw pozostałych gości.

Jeden z najmniejszych krajów Europy, jakim jest Estonia, ma zadziwiająco bogatą ofertę turystyczną. Mimo, że byliśmy tam już trzeci raz, daleko nam do stwierdzenia, że widzieliśmy już wszystko. Moja lista „Must see in Estonia” ciągle się wydłuża, więc wkrótce pewnie zacznę planować kolejne wyjazdy. Muszę tylko zwiększyć ich częstotliwość, bo przy dotychczasowej pojechałbym tam przed swoimi 80 urodzinami. A Bóg jeden wie, czy wtedy będę miał wystarczająco dużo zdrowia i zapału!