Kategorie
Polska

Wędrujące zabytki

Figurę siedzącej kobiety odzianej w złote szaty spływające w licznych fałdach na jej kolana i stopy umieszczono w złotym barokowym obramowaniu. Spod błyszczącej korony na przykryte króciutką pelerynką ramiona opadały niezliczonymi lokami kasztanowe włosy. Pucołowata twarzyczka z prostym noskiem i ledwo zarysowana kreską ust emanowała spokojem. Po  obu stronach koronowanej głowy unosiły się dwa bezskrzydłe aniołki okrywające plecy świętej osoby podbitą niebieskim materiałem opończą. Ułożenie rąk i dłoni figury sugerowało, że pierwotnie musiała trzymać w nich jakiś atrybut swojej pozycji. Czerwony bucik wysuwający się spod fałdów sukni spoczywał na pysku przyklękłego przed nią czarnego stwora o wyglądzie mastifa. Na jego widok cała nasza, psiolubna grupa zakrzyknęła „O, Mimsio!” (taki przydomek nosi Vinyl – czarnofutry podopieczny mojej córki i zięcia, o  którym więcej można przeczytać we wcześniejszym wpisie „O urokach podróżowania z psem”).

Św. Małgorzata z cegłowskiego kościoła

W ten sposób świętą Małgorzatę z Antiochi oddał uczeń Wita Stwosza – mistrz Lazarus Gertner z Ulm, który na zamówienie kapituły warszawskiej wykonał w roku 1510 ołtarz do kościoła św. Jana w Warszawie – obecnej katedry warszawskiej. Wraz trzema innymi, bardzo popularnymi w średniowieczu, świętymi niewiastami: Katarzyną Aleksandryjską, Dorotą z Cezarei i Barbarą z Nikomedii, asystuje centralnej scenie pogawędki świętych (Santa Converatione) prowadzonej między Matką Boską, a świętym Janem Chrzcicielem i biskupem Stanisławem ze Szczepanowa. Ciekawy jest już wybór całkowicie żeńskiej asysty umieszczonej na skrzydłach tryptyku, ale na tym nie koniec niespodzianek. Opisana wyżej święta Małgorzata powinna mieć za atrybuty krzyż, liść palmy i smoka. Ten ostatni symbolizuje szatana, który starał się, bezskutecznie, odwieść ją od wiary chrześcijańskiej. Lazarus za symbol poskromionego zła przewrotnie wybrał czarnego psa, który w symbolice średniowiecznej miał jednoznacznie pozytywną konotację z wiernością i służbą.

Odwiedzając katedrę na warszawskim Starym Mieście na próżno będziemy jednak rozglądać się za tym arcydziełem późnogotyckiej snycerki. Już w nieco ponad sto lat po jego wykonaniu uznano, że w podniesionym do rangi stołecznej mieście, główna świątynia zasługuje na bardziej reprezentacyjny ołtarz. Większy i co ważniejsze, wykonany we wchodzącym w modę stylu barokowym. Podjęto wówczas decyzję o przeniesieniu starego ołtarza do kościoła w stanowiącej uposażenie kapituły kolegiackiej św. Jana Chrzciciela, wsi Cegłów, położonej 55 km na wschód od Warszawy.

Cegłowski kościół
Ołtarz mistrza Lazarusa

Kanonicy kapitulni  sprzed 400 lat wykazali się świadomością wartości artystycznej dzieła mistrza Lazarusa lub, po prostu, byli ludźmi praktycznymi, rozumiejącymi, że ciąży na nich obowiązek wyposażenia cegłowskiej świątyni. A po co wydawać środki na sfinansowanie nowych zamówień, skoro w zasobach ma się już gotowy ołtarz. Z grubsza rzecz biorąc takimi motywami, aż po dzień dzisiejszy, kierują się osoby podejmujące decyzje skutkujące migracjami obiektów zabytkowych do nowych lokalizacji.

Stojąc przed cegłowskim ołtarzem starałem się przypomnieć sobie przykłady innych, z założenia nieruchomych obiektów, które jednak przenosiły się, często po kilkakroć, w nowe miejsca. Zdarzało mi się wspominać na łamach „Za widnokręgiem” o przenoszeniu zabytkowych elementów kamieniarki we Wrocławiu, czy w Brukseli, ale zapewne najczęściej przenoszonymi były budowle drewniane. Decydowała o tym prostota, zarówno konstrukcji, jak i demontażu. Powszechność drewnianego budownictwa mieszkaniowego w przedwojennym Białymstoku była tłumaczona tym, że w okresie raptownej industrializacji miasta po Powstaniu Styczniowym ludność okolicznych wsi przenosiła się do pracy w mieście, nie tylko z dobytkiem ruchomym, ale też z dotychczasowym, rozłożonym na pojedyncze belki domem, który następnie starannie odtwarzała na przydzielonym spłachetku miejskiego gruntu. Proces taki musiał być żywiołowy i pozostaje słabo udokumentowany. Z czasem domy takie starzały się, a warunki życia, które zapewniały, coraz dalej odbiegały od oczekiwań kolejnych pokoleń już „miastowych” mieszkańców. Ani mieszkańcy, ani władze, nie widziały w ich historii niczego cennego, więc cały proceder nie został oceniony, ani ilościowo, ani jakościowo, a jego skali możemy się tylko domyślać.

Inaczej rzecz ma się z drewnianymi obiektami sakralnymi, których peregrynacje zostały opisane zarówno w kronikach parafialnych, jak i dokumentacji konserwatorskiej. Podróżując ostatnio przez północno-wschodnie Mazowsze przejeżdżałem przez Krasnosielc. Wznosi się tam skromny, acz harmonijnej architektury kościółek klasycystyczny, zbudowany w końcu XVIII wieku z fundacji Krasińskich. Musiał mu ustąpić miejsca ledwo 50 letni wówczas obiekt drewniany, który zdecydowano się przenieść do pobliskiego Drążdżewa. Tam spędził następnych 200 lat, by po zbudowaniu nowej, murowanej świątyni pójść na dziesięcioletnie „bezrobocie”, by od 2007 roku, po odbyciu 120 kilometrowej podróży, osiąść szczęśliwie w Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu.

Skanseny wydają się naturalnym miejscem ulokowania zabytkowych obiektów drewnianych, których właściciel nie chce lub nie może utrzymywać w dotychczasowej roli. W ten sposób do Nowego Sącza trafiła cerkiew z Czarnego w Beskidzie Niskim, a do Sanoka, ta z bieszczadzkiego Rosolina. W obydwu przypadkach wspólnoty religijne korzystające z tych świątyń przestały istnieć w wyniku powojennych przymusowych wysiedleń ludności łemkowskiej i bojkowskiej z ich ojcowizny. Skansen to lokalizacja bezpieczna, ale nieco sztuczna, jako że związana ze zmiana funkcji z liturgicznej na wystawową. Dlatego może lepiej, że Górnośląski Park Etnograficzny powstał ostatecznie w Chorzowie, a nie, jak  planowano przed II Wojną Światową, w Parku Kościuszki w Katowicach. Dzięki sprowadzonemu w 1938 roku z Syryni nad Odrą ponad 400 letniemu kościółkowi św. Michała Archanioła Katowice chlubią się posiadaniem zabytku z XVI wieku, a młode pary zyskały malownicze miejsce ceremonii ślubnych, jak też towarzyszących im sesji fotograficznych.

Kościół w Drążdżewie, fot. D. Krzesniak
Cerkiew z Czarnego w Sądeckim Parku Etnograficznym, fot. Henryk Bielamowicz, lic. CC-BY SA 4.0
Wnętrze cerkwi z Czarnego, fot. Henryk Bielamowicz, lic. CC-BY SA 4.0

Cerkiew z Rosolina w MBL w Sanoku, fot. Henryk Bielamowicz, lic. CC-BY SA 4.0
Kościół św. Michała Archanioła w Katowicach
Wnętrze najstarszego zabytku miasta, fot. Paweł Grzywocz, lic. CC-BY SA 2.5 

Pod względem pokonanej odległości żaden z przeniesionych kościółków nie może się równać z kościółkiem Wang. Przebył on trasę z środkowej Norwegii, przez Szczecin i Berlin, do Karpacza, bagatela – ponad półtora tysiąca kilometrów. Jest to też obiekt z najdłuższą historią. W chwili nabycia przez króla Prus Fryderyka Wilhelma IV liczył już sobie ponad 700 lat. Wprawdzie osoba prowadząca prace budowlane w Karpaczu narzekała, że ledwo 15% sprowadzonych z Norwegii części nadawało się do użycia, jednak obowiązująca wówczas praktyka konserwatorska dopuszczała dosyć dowolne uzupełnianie zabytkowego oryginału. W rezultacie światynia w dzisiejszej formie jest, podobnie jak neogotyckie zamki, bardziej staronorweska w wyglądzie, niż jakakolwiek z tych, które pozostały w Norwegii.

Kościółek Wang po przeniesienu do Karpacza, domena publiczna

Kościółek Wang zanim trafił do Karpacza był przeznaczony do muzeum berlińskiego. Król zmienił zdanie w tej kwestii pod wpływem sugestii hrabiny von Reden z Bukowca, posiadaczki posiadłości sąsiadującej z królewskimi Mysłakowicami. Czyli Karpacz był nieplanowaną lokalizacją. Natomiast Kunčice pod Ondřejníkem, położone w Beskidzie Śląsko-Morawskim, gdzie znajduje się kościółek św. Prokopa i Barbary, były lokalizacją przemyślaną. Tam mianowicie miał swój letni dom dyrektor Przedsiębiorstwa Górniczo-Hutniczego w Ostrawie, inż. Śebely. Był on człowiekiem majętnym, a córkę miał wydać za hrabiego Larisch-Monnicha. Jako kochający ojciec chciał, aby uroczystość ślubna miała jak najwspanialszą oprawę. Dlatego, w 1928 roku zakupił na należącym wówczas do Czechosłowacji Zakarpaciu cerkiewkę, którą zlecił zdemontować, przewieźć do Kunčic i ustawić ponownie naprzeciwko swojego domu. Pierwszą uroczystością odbywającą się w tej świątyni był ślub córki inżyniera. Kto jeszcze uważa, że Czechom brakuje fantazji?

Kościół św. Prokopa i Barbary w Kunčicach, fot. Daniel Baránek, lic. CC-BY SA 3.0

Nadnarwiański Tykocin zwany jest barokową perłą Podlasia. Wjeżdżając do miasteczka od północy mija się całkiem udaną rekonstrukcję zamku królewskiego i wkrótce już można zobaczyć górujące nad niską zabudową barokowe szczyty wież kościoła parafialnego oraz stromy dach synagogi. Jak twierdzą najstarsi mieszkańcy, niegdyś aby dotrzeć do miasta, trzeba było pokonać siedem drewnianych mostów, gdyż tyloma ramionami toczyła swe wody Narew. Obecnie, po regulacji biegu rzeki, most jest tylko jeden (nie licząc pomniejszych przepustów), ale za to jaki! Zwieńczony czterema łukami metalowych kratownic, tylko w jednej trzeciej długości biegnie ponad rzeką, a w pozostałej części nad zalewowymi łąkami. W sezonie zawsze można na nim spotkać turystów starających się z tej perspektywy uchwycić najbardziej malownicze ujęcie w obiektywie swoich aparatów fotograficznych. Przyglądając się uważnie elementom metalowej konstrukcji w części północnej mostu, znajdziemy niewielką tabliczkę informującą, że obiekt zbudowała (w oryginale wzmocniła – verstärkt) w roku 1910 firma Beuchelt & Co. z Grünberg, Schl. Ta zielonogórska firma wyprodukowała wprawdzie blisko 500 mostów stalowych, ale znakomita większość z nich stanęła w granicach wilhelmińskiej Rzeszy Niemieckiej (na Śląsku firma miała bez mała monopolistyczną pozycję). Nieliczne mosty jej produkcji poza Niemcami stawiane były w koloniach lub np. na trasie strategicznej dla kajzera inwestycji, jaką była linia kolejowa Berlin – Bagdad. Most w Tykocinie, służący przed I Wojną Światową głównie jako ułatwienie dojazdu ludności wiejskiej na targ w miasteczku, na pewno nie miał takiej rangi. Zresztą nawet w Polsce międzywojennej mosty o trwałej (metalowej, czy żelbetowej) konstrukcji stawiano głównie na liniach kolejowych. Natomiast mosty drogowe, poza dużymi miastami i najważniejszymi szlakami komunikacyjnymi, budowano z drewna. Wziąwszy pod uwagę natężenie ruchu oraz niską średnią masę ówczesnych  pojazdów, było to rozwiązanie zupełnie wystarczające. Jak więc ciekawy przykład architektury mostowej epoki wilhelmińskiej zawitał na podlaską prowincję? Otóż jest to zdobycz wojenna z czasów II Wojny Światowej. Wycofujący się Wehrmacht wysadzał przeprawy mostowe, ale dla utrudnienia ruchu wojsk przeciwnika wystarczało zniszczyć jedno, czy dwa przęsła. Zdobywcom, zwłaszcza na szerszych rzekach, pozostawały jeszcze spore odcinki mostów do wykorzystania. Armia Czerwona demontowała je i wywoziła na wschód, ale zagęszczenie infrastruktury na ziemiach przyłączonych do Polski było tak duże, że wystarczyło i dla nas. W latach 50-tych XX wieku most trafił do Tykocina, niestety bez informacji o pierwotnej lokalizacji. W ostatnich latach w Zielonej Górze i Wrocławiu wyrażano pewne zainteresowanie pochodzeniem mostu tykocińskiego, ale w przeciwieństwie do przewiezionych po wojnie pomników i pomniejszych dzieł sztuki nie zażądano jego rewindykacji.

Most w Tykocinie, po lewej stronie w tle widoczny zamek

W tym samym czasie, choć w mniej dramatycznych okolicznościach, zdecydowano o losach zdemontowanego kilka lat wcześniej mostu w Fordonie koło Bydgoszczy. Ta otwarta w 1893 roku przez cesarza Wilhelma II przeprawa liczyła sobie 1325 m długości (dokładnie tyle, co aleja Unter den Linden w Berlinie) i była najdłuższą w ówczesnych Niemczech. Most składał się z dwóch części: biegnącej nad rzeką oraz nad terenami zalewowymi doliny Wisły. Część nadrzeczna podczas II Wojny Światowej była niszczona przez saperów, już to polskich w 1939 roku, już to niemieckich w 1945 roku. Część lądowa mostu natomiast przetrwała nienaruszona do powojennej odbudowy, kiedy to, ze względów oszczędnościowych, postanowiono most skrócić o 310 metrów. Część trasy poprowadzono po nasypie, a nowy most uzyskał szersze jezdnie. Zdemontowane stare przęsła, po konserwacji, rozdysponowano w następujący sposób: do Brzegu nad Odrą, do Plosek nad Narwią, do Dorohuska i Zosina nad Bugiem, do Jarosławia nad Sanem i wreszcie jedno przęsło otrzymał Czarnków nad Notecią. Byłoby prawdziwym chichotem historii, gdyby most w Tykocinie pierwotnie łączył brzegi Odry w Brzegu (a firma Beuchelt & Co. postawiła nad Odrą aż 42 przeprawy), a następnie powędrował na wschód, zaś na jego miejsce sprowadzono elementy mostu z Fordonu.

Most w Fordonie, przęsłą części nadrzecznej byly łukowato zamknięte
Dwa przęsła części nadzalewowej fordońskiego mostu przeniesiono do Plosek nad Narwią

Mosty przenoszono także w międzywojniu, czego najlepszym przykładem jest ten z Opalenia na Wiśle, kilka kilometrów na południe od Kwidzyna. Zbudowano go w 1909 roku, a swoją przydatność wykazał w pierwszych tygodniach I Wojny Światowej służąc szybkiemu przerzuceniu oddziałów niemieckich do zagrożonych rosyjską ofensywą Prus Wschodnich. W rezultacie Rosjanie zostali pokonani w bitwie pod Tannenbergiem. Jednak Niemcy przegrali całą wojnę i zgodnie z warunkami traktatu wersalskiego musieli oddać Polsce korytarz pomorski, a także dolinę Wisły na wschód od rzeki, aż do wałów przeciwpowodziowych. Ponad kilometrowej długości most znalazł się w całości na terenie Polski, gdzie okazał się niepotrzebny, bo można nim było dojechać co najwyżej do nadrzecznych łąk. W tej sytuacji podjęto decyzje o rozbiórce, przeprowadzonej w latach 1928-29. Z większości pozyskanych przęseł zbudowano most drogowy w Toruniu, a z części także most nad ramieniem Warty w Koninie. W korycie Wisły pozostały, do dzisiaj widoczne, potężne filary, na których wspierała się oryginalna konstrukcja.

Most w Opaleniu przed I Wojną Światową
Most w Toruniu zbudowany z przęseł mostu opaleńskiego, fot. Jacek 767, lic. CC-BY SA 3.0
Filary mostu w Opaleniu

Już w XXI wieku w Poznaniu przeprowadzono spektakularną operację przeniesienia na odległości około jednego kilometra w dół rzeki przęsła nadrzecznego mostu Św. Rocha i osadzenia go, jako kładki pieszo-rowerowej łączącej Ostrów Tumski i Śródkę, w miejscu, gdzie od X wieku, aż do roku 1970, już istniała przeprawa mostowa. Przęsło starego mostu, zbudowanego w roku 1949, trzeba było przewieźć po specjalnie zbudowanych z obu stron rzeki torach oraz przemieścić nad znajdującym się po drodze mostem Mieszka I. Ważące 450 ton przęsło podniesiono w tym celu na wysokość 9 m, przetoczono nad mostem Mieszka I, aby je znowu opuścić na poziom gruntu. W dniu 29 września 2007 roku setki poznaniaków oglądały kulminacyjny moment przetaczania stalowego przęsła po moście. Wprawdzie po przeniesieniu zmienił on nazwę na Most Cybiński, ale nie zmieniły się ryzykowne zwyczaje młodych mieszkańców miasta, którzy spacerują, a nawet próbują przejazdu rowerem po łukach stalowej konstrukcji.

Most Cybiński w Poznaniu z katedrą w tle
Zdemontowane przęsło mostu św. Rocha czeka na przeniesienie w nowe miejsce, fot. Krzysztof Piechota, lic. CC_BY SA 4.0

W latach 60-tych XX wieku większość historycznych budowli Warszawy została już odbudowana. Minął też okres bezmyślnego wyburzania obiektów, które przetrwały hekatombę bombardowań i podpalania, ale stały na przeszkodzie wizji tworzenia nowoczesnego urbanistycznie miasta. Władze chlubiły się przychylnym stosunkiem do zabytków przeszłości oraz wiedzą i umiejętnościami polskich konserwatorów. Gdy więc dochodziło do kolizji planów dalszego rozwoju z szacunkiem do zabytkowej materii miasta kilkakrotnie zdecydowano się na spektakularne przemieszczenie całych wielkogabarytowych obiektów murowanych. Zaczęto w 1961 roku od północnego budynku rogatek grochowskich, co umożliwiło poszerzenie ulicy biegnącej między nimi. Niespełna rok później, o 21 metrów na północ przesunięto cały, ważący 6,8 tysięcy ton, kościół Najświętszej Marii Panny przy warszawskim Lesznie (wówczas al. Świerczewskiego). W końcu, w 1970 roku przeprowadzono najbardziej skomplikowaną, wielotygodniową operację przekręcenia o 74⁰ Pałacu Lubomirskich. Tu przyczyną była chęć wizualnego zamknięcia osi saskiej, pozbawionej na swoim wschodnim końcu nieodbudowanego Pałacu Saskiego. Przy okazji przesunięty obiekt zasłonił wschodni budynek Hal Mirowskich, którego neogotycka architektura nie cieszyła się naówczas uznaniem władz. W tej samej dekadzie przesunięto jeszcze, choć bez zbytniego rozgłosu, wartownię numer 1 na Westerplatte w Gdańsku. Obiekt, kluczowy punkt oporu polskiego w pierwszych dniach września 1939 roku, musiał ustąpić miejsca poszerzonemu kanałowi portowemu. Po 30 letniej przerwie moda na przemieszczanie zabytków powróciła. W zmienionych warunkach ustrojowych nie decydowali już o tym politycy, ale konserwatorzy zabytków. W 2001 roku los północnej sąsiadki podzieliła południowa rogatka grochowska. Ponieważ z biegiem lat coraz młodsze obiekty zyskiwały status zabytków, wśród tych przeniesionych znalazły się również niemieckie bunkry z okresu II Wojny Światowej. Czasem też o przeniesieniu zabytku decydowano wbrew woli właścicieli. Tak było podczas budowy linii szybkiego tramwaju w Szczecinie Zdrojach. Premodernistyczną willę Grüneberga przesunięto w 2014 roku o 45 metrów, eksmitując z niej właścicieli. Otaczający ją ogród nie został jednak odtworzony, a sam budynek do dzisiaj pozostaje niezagospodarowany.

Przygotowania do przesunięcia kościoła NMP w Warszawie
Cztery fazy przesunięcia kościoła NMP w Warszawie, dom. publ.
Pałac Lubomirskich, sierpień 1970. Na zdjęciu widać odciete i rozebrane oficyny tylne pałacu. PAP/CAF/Adam Urbanek
Westerplatte – wartownia nr 1, fot. Jan Jerszyński, lic. CC-BY SA 2.5

Przesunięcia obiektów historycznych utrwaliło w naszej powszechnej opinii przekonanie o Polsce, jako kraju, który wyjątkowo troszczy się o los zabytków. Prezentowane bywa nawet stanowisko, że jako jedyny kraj posiadamy umiejętności i odpowiednie kadry dla przeprowadzania takich operacji. Tymczasem, już w 1930 roku w Indianapolis przesunięto ośmiopiętrowy budynek poczty o wadze 11000t. U naszych wschodnich sąsiadów przesunięto w 1939 roku o 80 metrów kompleks budynków Sawińskie Podworie w Moskwie, o wadze 23000 ton. Łącznie  w latach 1936-1941 w Moskwie przesunięto 22 budynki o całkowitej kubaturze 300 tys. m3. Specyfiką rosyjską było przesuwanie budynków wraz z ich mieszkańcami/użytkownikami, którzy obowiązkowo powinni byli się uśmiechać i wyrażać dumę z osiągnięć radzieckiego inżyniera i robotnika. Dla Rosjan dodatkowym bodźcem do tych działań była chęć pobicia parametrów przesuniętego budynku z Indianapolis. Jak by to obecnie źle nie brzmiało, przykład takich operacji przyszedł więc do nas ze wschodu, a ich rozmachem nigdy nie prześcignęliśmy pierwowzoru.

Willa Grunebergów – widoczna po lewej stronie – należała do rodziny producentów organów
Willa Grunebergów po przesunięciu, fot. Hoa binh, lic. CC-BY SA 4.0
Wnętrze willi Grunebergów, fot. Kapitel CC-BY SA 4.0

Decyzje o przeniesieniu zabytku umieszczone są zawsze w kontekście szeroko rozumianych trendów modernizacyjnych oraz w taktyce godzenia i priorytetyzacji wartości. Przenoszone obiekty przestawały wystarczać potrzebom estetycznym, czy użytkowym, w dotychczasowym miejscu lokalizacji, ale spełniały je w nowym miejscu, wśród nowych użytkowników. Chyba tylko Pałac Lubomirskich przeniesiony został z motywów wyłącznie estetycznych. Czego nie mogli przewidzieć mocodawcy przeniesień to faktu, że nowa, mniej prestiżowa, lokalizacja mogła się też okazać bezpieczniejszą. Ołtarz zesłany do Cegłowa, zastąpiony został w latach 1611-18 z fundacji króla Zygmunta III Wazy przez wczesnobarokowy, z obrazem weneckiego malarza Jacopo Palmy Młodszego, który zdobił kolegiatę, a później katedrę warszawską przez ponad 300 lat. Według niektórych źródeł został on uznany za tak cenny, że po 1806 roku przeniesiono go do Muzeum Napoleona w paryskim Luwrze. Tym samym byłby jedynym, obok gdańskiego Sądu Ostatecznego Hansa Memlinga, dziełem sztuki z Polski wartym takiej podróży. Na szczęście Kongres Wiedeński decydował nie tylko o restytucji rodów królewskich, ale i o przynależności dóbr kultury. Dlatego ołtarz mógł udać się w drogę powrotną z Paryża do Warszawy. Biorąc pod uwagę przebytą odległość, zostawił za sobą nawet epicką podróż kościółka Wang. Niestety, nie był ognioodporny i nie przetrwał zniszczenia katedry przez Niemców w 1944 roku. Znamy go więc  tylko z opisów i starych fotografii. Tymczasem św. Małgorzata ze swymi gotyckimi towarzyszkami przetrwała bezpiecznie do naszych czasów w Cegłowie, stając się dumą miasteczka i magnesem ściągającym doń coraz liczniejszych turystów.

Zniszczony barokowy ołtarz główny w Katedrze św. Jana Chrzciela w Warszawie
Kategorie
Polska

Gdzie Krajna, gdzie Lwów czyli rozważania o pograniczu

Na cmentarzu parafialnym w Sopocie przy ulicy Malczewskiego znajduje się nagrobek skrywający  doczesne szczątki, jak głosi inskrypcja, Włodzimierza Decykiewicza – senatora II RP.  Jako miejsce urodzenia wskazany jest Lwów. Wydawać by się mogło, że kamień ten dokumentuje typowe kresowiackie losy osoby przymusowo wysiedlonej po 1944 roku na tzw. Ziemie Odzyskane. Tymczasem już notka biograficzna na Wikipedii ukazuje całkiem nieoczekiwany i nietuzinkowy życiorys. Otóż Wołodymyr Decykewycz (Володимир Децикевич) był ukraińskim politykiem i działaczem społecznym, pełniącym rozliczne funkcje państwowe, z których najpoważniejszą była rola ostatniego austriackiego namiestnika Galicji i Lodomerii. Co prawda, godność tą 1 listopada 1918 roku przekazał mu gubernator Karl von Huym niejako pod przymusem, gdyż był już internowany przez siły ukraińskie, a sam Decykewycz pełnił ją tylko przez kilka godzin oddając władzę przedstawicielom Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej. Tym niemniej, pamiętając, że był to krok uruchamiający lawinę dramatycznych zdarzeń kierujących narodowe świadomości Polaków i Ukraińców na kurs kolizyjny, odkrywszy ten nagrobek miałem odczucie otarcia się o prawdziwą historię.


Decykewycz w międzywojniu był działaczem Ukraińskiego Zjednoczenia Narodowo Demokratycznego (UNDO), radnym Lwowa i członkiem zarządu województwa lwowskiego oraz członkiem władz większości ukraińskich organizacji społecznych tego okresu. Był jednak człowiekiem starej daty, zwolennikiem umiaru w polityce i postępu osiąganego drogą negocjacji, a te wartości były coraz mniej cenione w radykalizującym się politycznie społeczeństwie ukraińskim tuż przedwojennej epoki. W roku 1943 Decykewyczowie przenieśli się do Nowego Targu gdzie mieszkała rodzina jego żony, z domu Tarnawskiej, a po wojnie trafili do Sopotu, gdzie krótkotrwały namiestnik Galicji i Lodomerii dożył swoich dni. Nie wiem, czy opuścił swoje rodzinne miasto z powodu dolegliwości podeszłego wieku (w 1943 roku liczył sobie już 78 lat), obawy przed nadciągającymi Sowietami czy też ogólnego zniechęcenia atmosferą gęstniejącego okrucieństwa i barbarii. Dla mnie jest on jednak przykładem człowieka pogranicza, żyjącego w środowisku mieszanym etnicznie i kulturowo, gdzie równie łatwo można opowiedzieć się po jednej ze stron jak wybrać własną drogę polityczną czy życiową pozwalającą na lokowanie się poza sporem lub mniej czy bardziej harmonijne łączenie stanowisk każdej ze stron.

Refleksje nad losami Decykewycza oraz innego człowieka pogranicza, Górnoślązaka Carla Ulitzki (o którym kiedyś chętnie napiszę), towarzyszyły mi w odbytej pod koniec lutego wycieczce do Krajny. Nie, nie na Ukrainę – region w zachodniej Polsce, położony w trójkącie między Bydgoszczą, Piłą i Chojnicami bieże swą nazwę od wielowiekowego położenia na krajach państwa polskiego, a także na granicy Wielkopolski i Pomorza. Obecnie to bez mała centralna Polska, wiec nazwa jest nieco zwodnicza. Oprócz map i przewodników, które zresztą,

Gerd Heinrich na Celebes z upolowanym „chrapiącym ptakiem”

zwłaszcza w wersji papierowej, są trudnodostępne, wiozłem ze sobą książkę Bernda Heinricha „Chrapiący ptak. Rodzinna podróż przez stulecie biologii”.„Chrapiący ptak” to jednak książka biograficzna, której akcja toczy się m. in. na terenie powiatu sępoleńskiego, gdzie zamierzaliśmy się zatrzymać. Ojciec autora, Gerd Heinrich był przyrodnikiem i eksploratorem w XIX wiecznym znaczeniu tego słowa, a równocześnie właścicielem majątku Borówki położonego na wschód od Sępólna Krajeńskiego. Okoliczne lasy, mokradła i jeziora kształtowały jego wrażliwość przyrodniczą oraz ciekawość świata. Stąd wyruszał na wyprawy badawcze do Persji, w Dobrudżę i Rodopy, do Birmy i na wyspę Celebes. Ekspedycje badawcze oraz poszukiwania rzadkich gatunków ptaków i owadów pozwalały mu usunąć się poza pole niemiecko-polskiego konfliktu o państwową przynależność Krajny.

Zatrzymaliśmy się w Lutówku nad jeziorem Lutowskim. Do swojej dyspozycji mieliśmy cały dom, z okien którego roztaczał się widok na pokryte lodem jezioro. Mimo, że temperatura za dnia skoczyła do dwucyfrowych wartości na plusie, nocne przymrozki nie pozwoliły ustąpić pokrywie lodowej. Ku naszemu przerażeniu wędkarze nadal praktykowali na tym i sąsiednich jeziorach wędkarstwo lodowe. Na szczęście nie słyszeliśmy o żadnych związanych z nim wypadkach. Rankami budził nas klangor żurawi, klucze dzikich gęsi z gęganiem ciągnęły nad jeziorem i dachami domów, a przy śniadaniu, przez okno można było obserwować czaplę białą sprawdzająca czy przy brzegu nie pojawił się pas wolnej od lodu wody. Zaraz za ostatnimi zabudowaniami zaczynał się, ciągnący się przez dobrych 10 km na zachód, las. Miejscami był na tyle stary i naturalny, że utworzono w nim cztery rezerwaty przyrody. Jezioro Lutowskie wypełnia polodowcową rynnę, a jego lustro wody leży kilkanaście metrów poniżej pofalowanyego terenu na północ od wsi zajętego przez pola, łąki, podmokłe zagłębienia oraz niewielkie zagajniki. Przez krawędź jeziornej rynny przerzynają się koryta strumieni spływających z wysoczyzny. Jako, że nastała odwilż po śnieżnej zimie niosły one sporo wody. Wieczorny spacer z psami był dźwiękowo obudowany nie tylko głosami dzikich gęsi, ale i bulgotaniem strumieni śpieszących oddać swą zawartość jeziorowej toni. Mimo, że jezioro Lutowskie i jego wschodni sąsiad jezioro Sępoleńskie należą do jezior rynnowych, ich linia brzegowa (zwłaszcza tego pierwszego) jest bardzo urozmaicona. Wędrówkę wzdłuż ich brzegów urozmaicają półwyspy, zatoki, wodne przesmyki i ukryte wśród lasów pomniejsze zbiorniki wodne. Ich ustronne brzegi stwarzają okazje do obserwacji ptasich drapieżników, głównie myszołowów.

Jezioro Lutowskie
Nasz dom w Lutówku
Jezioro Lutowskie
Dawna szkoła
Okolice Lutówka
Przedwiosenne rozlewisko
Żurawie na śniegu
I w locie
Nadleśnictwo
Stary dom
Łabędzie wykorzystują skrawek wolnej od lodu wody
Klucz dzikich gęsi

Położone w pobliżu powiatowe Sępólno odwiedzaliśmy tylko w celu zrobienia zakupów. Miasto, choć uniknęło zniszczeń wojennych, nie obfituje w obiekty historyczne. Naszą uwagę zwrócił zespół rzeźb figuralnych przy głównej ulicy, nieco rozwlekle i stylistycznie wątpliwie, nazwany Pomnikiem Wdzięczności ku Czci Chrystusa Króla. Został on wzniesiony na 20-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości, wkrótce potem zniszczony przez Niemców i odbudowany po kolejnych 75 latach. Ustawionej centralnie figurze Chrystusa hołd oddaje 13 postaci z jednej strony reprezentujących wielkość i sukcesy (w rozumieniu militarnym) Polski, a z drugiej wszystkie stany odrodzonej ojczyzny. Pomimo wielkości i bogactwa szczegółów założenie dosyć harmonijnie wpisuje się w zbocze cmentarnego wzgórza, a same rzeźby zdradzają zręczne dłuto ich wykonawców. Prócz pomnika wielkością i starannością wykonania wyróżniają się międzywojenny gmach Starostwa Powiatowego, jak też przypominający lotniskową wieżę kontroli lotów współczesny budynek Urzędu Skarbowego. W sępoleńskiej pizzerii o nazwie nawiązującej do dalmatyńskiej wyspy zamawialiśmy obiady. W menu zwróciliśmy, nie bezkrytyczną, uwagę na produkt o nazwie „Panacetta”, który, ku ogólnemu zaskoczeniu, zajął pierwsze miejsce wśród wszystkich skosztowanych pizz.

Pomnik o bardzo długiej nazwie, fot. MOs810, lic. CC BY-SA 4.0
Starostwo, fot. Jkwa007, lic. CC BY-SA 3.0
Urząd Skarbowy

Krajna została przez Traktat Wersalski podzielona granicą państwową w sposób, który Polsce przyznał jej część wschodnią, m. in. z Sępólnem i południową z Wyrzyskiem i Łobżenicą, przy Niemcach zaś zachowując część pn.-zach. ze Złotowem. Nie był to podział idealny, gdyż zostawiał po obydwu stronach granicy znaczące liczbowo skupiska Polaków bądź Niemców. Jednym z takich ośrodków było Zakrzewo w powiecie złotowskim, zasiedlone w większości przez Polaków. Polskość podtrzymywał tam energiczny proboszcz Bolesław Domański, będący od 1933 roku aż do swej śmierci w kwietniu 1939 roku prezesem Związku Polaków w Niemczech. Na potrzeby mniejszości polskiej zbudowano w latach 1934-35 Dom Polski, w którym koncentrowały się działania polskich organizacji społecznych. Największą salę w tym budynku ozdobiły, układające się w cykl Polski Rok Obrzędowy, freski autorstwa Janiny Kłopockiej, która wcześniej zaprojektowała znak graficzny Związku Polaków – słynne Rodło. Wykonane w technice sgraffito malowidła zostały w 1939 zachlapane wapnem i odsłonięte dopiero w roku 1972 na 50 rocznicę powstania Związku Polaków w Niemczech. Podobno decyzji tej pomogła pomysłowość ówczesnego dyrektora Domu Polskiego, który usunął nieco dachówek doprowadzając do zalania sufitu i ścian sali, która wkrótce miała pomieścić dostojnych gości tego wydarzenia. Znalazły się fundusze, a skuwając zamoczone tynki odkryto przedwojenne malowidła. Dorobek malarski Kłopockiej uległ zniszczeniu podczas Powstania Warszawskiego. Oprócz Rodła i zachowanego w zakrzewskiej kaplicy obrazu Matki Boskiej Radosnej malowidła z zakrzewskiego Domu Polskiego stanowią największy zbiór jej prac. Co ciekawe herb gminy Zakrzewo składa się z dwóch pól, na których znajdują się prace Kłopockiej – wizerunek Matki Boskiej Radosnej na lewym i Rodło na prawym polu.

Dom Polski od podwórza
Dom Polski widoczny na lewo od kościoła
Wejście do sali Rodła
Wnętrze sali Rodła

Malowidła na ścianach sali Rodła

Herb gminy Zakrzewo

Krajna nie obfituje w zabytki rangi ogólnopolskiej. Jednakże w wielu wsiach znajdują się zabytkowe kościoły, często  o konstrukcji szachulcowej, takie jak np. kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Sypniewie. Mam też wrażenie, że w regionie zachowała się ponadprzeciętna ilość dworów i pałaców. Cóż z tego, skoro obiekty te są turystycznie martwe. Kościoły pozostają zamknięte poza godzinami nabożeństw. Pałace albo nie są udostępniane turystycznie ze względu na swoje funkcje, tak jak będący siedziba firmy pałac w Zamartem, albo pełnią funkcję hotelowe (Sypniewo, Kromierowo) i dostępne są tylko dla gości. COVID dołożył swoje ograniczenia, bo w normalnych czasach moglibyśmy odwiedzić chociaż hotelowe restauracje. A tak pozostało nam zaglądanie i robienie zdjęć zza parkanów. Udało nam się jednak odwiedzić dwie świątynie pełniące jednocześnie rolę sanktuariów maryjnych. Górka Klasztorna koło Łobżenicy jest najstarszym miejscem kultu maryjnego w Polsce, gdyż objawienie miało w roku 1079. Zamarte na granicy województw kujawsko-pomorskiego i pomorskiego jest z kolei jednym z najmłodszych miejsc kultu, gdyż zostało uznane za takowe tylko w roku 1994, chociaż już w roku 1417 wielki mistrz Zakonu NMP Michał Küchmeister ufundował tam kaplicę i umieścił w niej uznawaną za cudowną figurkę Matki Boskiej.

Kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Sypniewie, fot. Krzysztof Golik, lic. CC BY 3.0
Pałac von Wilckensów w Sypniewie, fot. Gww, lic. CC BY-SA 3.0 pl
Pałac Komierowskich w Komierowie od frontu
Pałac Komierowskich od strony kaplicy

Długotrwałość kultu jest przyczyną, dla której Górka Klasztorna obrosła w infrastrukturę obsługi pielgrzymów, taką jak noclegownie, jadalnie, ołtarze polowe i wolno stojące kaplice, w tym jedną kryjącą święte źródełko. Sama świątynia, choć starsza o prawie sto lat i wyposażona w stylu barokowym nie budzi takiego wrażenia jak ta w Zamartem. Kościół zamarcki jest bogatszy w ciekawostki i wysmakowany stylowo. Świętą figurkę ukradziono w roku 1983 (polecam tą datę uwadze wszystkich wyznawców teorii, że zepsucie przyszło dopiero z demokracją), zastąpiła ją XVIII-wieczna kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Malowidła pokrywające sklepienia i ściany kościoła opisywane są w przewodnikach jako przykład czeskiego rokoko. Ich autor, brat Paschalis Wołos, jest jednak obecnie uznawany za przedstawiciela szkoły lwowskiej. Cóż, inspiracja czeska czy lwowska i tak pozostaje wyjątkiem w pomorsko-krajeńskim otoczeniu. Jeszcze jednym rarytasem jest znajdujący się w bocznym ołtarzu XVI-wieczny obraz przedstawiający patrona Warszawy, błogosławionego Ładysława z Gielniowa. W tle można podziwiać realistycznie oddaną panoramę ówczesnej Warszawy. W 1994 roku sanktuarium objęli zakonnicy warszawskiej Prowincji Karmelitów Bosych i to oni sprowadzili to jakże oryginalne w tym otoczeniu dzieło sztuki.

Brama do Sanktuarium w Górce Klasztornej
Kaplica, w której ukryta jest
Górka Klasztorna – widok na oltarz główny
Sanktuarium w Zamartem
Bł. Ładysław z Gielniowa unoszący się ponad XVI wieczną Warszawą
Sanktuarium w Górce Klasztornej
Święta studzienka
Górka Klasztorna – ambona
Ołtarz z kopią ikony MB Częstochowskiej
Prospekt organowy w Zamartem
Polichromie szkoły lwowskiej
Rokokowy konfesjonał i korespondujące z nim malowidło ścienne

W ramach zaliczania korony wzniesień polskich odwiedziliśmy kompleks Dębowej Góry koło Wyrzyska. Kulminacja sięga raptem 192 m npm., ale jako, że dno doliny Noteci, nad którą bezpośrednio wyrastają wzgórza jest na poziomie ok. 50 m npm. mamy tu do czynienia z przewyższeniami rzadko spotykanymi na polskim niżu. Podchodziliśmy od północy, od strony leśniczówki Zielona Góra, gdzie można zostawić samochód. Droga wkrótce wkracza tam do gęstego lasu, który tworzą głównie graby, dęby i buki. Co charakterystyczne, a nietypowe dla wzniesień północnej Polski, rzeźba terenu jest tu niesłychanie bogata, przez co masyw ma wiele kulminacji, a prowadzone wśród nich ścieżki wiją się, aby je ominąć. Spacerowaliśmy pod koniec pogodnego, przedwiosennego dnia, więc promienie słońca bez przeszkód docierały na dno lasu, a my mogliśmy cieszyć się całkiem odległymi widokami. Zaliczyliśmy kilka wzniesień, choć z braku szczegółowej mapy i kończącego się dnia nie mogę pochwalić się zdobyciem najwyższego wzniesienia Krainy. Dla porządku warto też wspomnieć o wizycie w Obkaskich Górach. To pasmo pagórków, tylko nieznacznie niższych od Dębowej Góry, rozciągające się między miejscowościami Obkas na zachodzie, a Dąbrówką na wschodzie, jest okrzyknięte kulminacją całego województwa kujawsko-pomorskiego. Niestety, sosnowy bór z jeżynowym poszyciem oraz ubóstwo ścieżek dostępnych dla turysty sprawiają, że pasmo pod względem atrakcyjności znacznie ustępuje Dębowej Górze. Chyba, że ktoś gotów jest wędrować zwierzęcymi ścieżkami, czerpiąc radość ze spotkania z sarnami, a może nawet ze studiowania koprologii czyli nauki o zwierzęcych odchodach.

W drodze na Dębową Górę
Jedna z licznych dolin
Przedwieczorne słońce
można podziwiać urozmaiconą rzeźbę terenu
Od takich drzew góra wzięła swoją nazwę
rzucało długie cienie na okoliczne zbocza
Idealny teren na spacery z czworonogiem
Harry w drodze na Dębową Górę
Obkaskie Góry od strony Dąbrówki

Widoki z Obkaskich Gór

Na skraju Obkaskich Gór

Bernd Heinrich w swojej książce wspomniał o ziemiańskich sąsiadach ojca tylko w kontekście początków II Wojny Światowej. Tomasza Komierowskiego, zapalonego myśliwego i działacza organizacji rolniczych w 1939 roku „zastrzelono podczas gdy przechadzał się po swoim lesie”. Hans-Jürgen von Wilckens, który przed wybuchem wojny zbiegł do Niemiec, a powrócił już mundurze SS, przewodził „komisji odsiewającej zwolenników III Rzeszy od potencjalnych przeciwników”, w istocie był też inspiratorem prześladowań i eksterminacji polskich sąsiadów w początkowych miesiącach wojny. Gerd Heinrich zakopał cenne zbiory gąsieniczników (rodzaj owadów składających jajka w gąsienicach motyli) birmańskich oraz dotyczącą ich monografię na terenie majątku, po czym wraz z rodziną uciekł szczęśliwie do Niemiec. Jeszcze później wyemigrowali wszyscy do USA. W 1959 roku poinformował Instytut Zoologii PAN o lokalizacji zakopanych zbiorów. Zostały odnalezione i do dzisiaj kolekcja jest przechowywana w Muzeum Zoologii PAN, a cztery zeszyty wydawanych przez ten instytut Annales Zoologici zostały poświęcone opisowi taksonomii tej grupy owadów jego autorstwa. Dwór w Borówkach został prymitywnie przebudowany na mieszkania dla pracowników PGR-u. Miał mniej szczęścia niż pałac w Komierowie czy sypniewska rezydencja von Wilckensów. Entomolog spędził 40% swego życia i umarł z dala od stron rodzinnych, podobnie jak Wołodymyr Decykewycz.  Życie na pograniczu zawsze było obciążone ryzykiem i często trzeba było za nie płacić wysoką cenę.

Fot. Kordiann, lic. CC BY-SA 4.0
Kategorie
Varia

Palcem po mapie, czyli kartografia forever

„Zaledwie pierwsze wody poczynały ciurkać, a o pierś ziemi uderzał mokry wiatr w Domeczku wyjeżdżały na stół mapy, szlaki wodne. Dzieci uczyły się jak pachnie mapa. Mapa to jest książka, którą można czytać bez końca; gdyby mi pozwolono wziąć jedną książkę na dożywotnie więzienie, wziąłbym atlas świata …”.  Melchior Wańkowicz, Ziele na kraterze

W przeciwieństwie do żoliborskiego „Domeczku” państwa Wańkowiczów w moim przypadku rodzice nie zadbali, abym znajomość ze światem map zawarł na etapie przygotowawczym do pierwszych wędrówek po polskich górach. Tak więc gdy w 1968 roku ruszyliśmy z ojcem na trzydniową wyprawę po Beskidzie Śląskim moje przygotowanie teoretyczne ograniczało się do wskazówek jakiego koloru pasków szlaku mam wypatrywać na drzewach i kamieniach. Bogiem a prawdą, czy można było spodziewać się większych potrzeb ze strony dziewięciolatka, który, na każdym postoju wypadającym w pobliżu strumienia, spędzał czas wolny budując kamienne tamy i pracowicie przenosząc do powstałych zbiorników wypatrzone w wodzie cierniki, kijanki i chruściki? A jednak świadomość istnienia map i ich roli bardzo szybko dotarła do mej świadomości. Jestem nawet w stanie wskazać czas i miejsce tego zdarzenia.

Ojciec mój był piwoszem, nie we współczesnym znaczeniu upodobania do spędzania czasu w gronie znajomych nad kuflem ze złocistą zawartością lecz w przekonaniu, że nic, zwłaszcza w upalny dzień, nie gasi pragnienia tak dobrze jak piwo. Gdy więc drugiego dnia szlak doprowadził nas na przełęcz Kubalonka, zatrzymaliśmy się w słynnym od międzywojnia barze Beczka. Na ławie przed ojcem wylądował duży kufel jasnego, a przede mną mały ciemnego piwa. To nie pomyłka!!! Mój kochany tata wyniósł z rodzinnego Pomorza przeświadczenie, że ciemne piwo to „mleko matuli”, niskoalkoholowy napitek odpowiedni dla gustów i głów dzieci i kobiet w ciąży. W owych czasach jednak było to zazwyczaj prawdą i tylko raz udało mu się spoić mnie wysokoalkoholowym porterem. Ciemne piwo z Kubalonki nie zaćmiło jednak mojej zdolności do spostrzeżenia, że na ławie wylądował też świeżo wydany przewodnik po Beskidzie Śląskim i Żywieckim autorstwa Władysława Krygowskiego, a z niego ojciec wyjął i rozłożył sporą płachtę papieru, której studiowaniu oddał się przez dłuższą chwilę. Potem wyjaśnił mi, że to jest mapa, która pokazuje skąd wyszliśmy, gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy.

Seria przewodników Krygowskiego po Beskidach miała jako załączniki czarno-białe mapy, które były wysoce zeschematyzowanymi graniówkami. Były na nich zaznaczone grzbiety, najważniejsze szczyty i kulminacje, miejscowości, drogi i linie kolejowe, schroniska oraz, przy użyciu wymyślnych sekwencji kresek i kropek, szlaki turystyczne. W pierwszej chwili trudno było odnieść zawartość do krajobrazu roztaczającego się przed oczami, zwłaszcza w przypadku gór gęsto zalesionych i o mało wybitnych grzbietach, co jest raczej normą w Beskidach. Mnie jednak zafascynowała możliwość obserwacji jak w miarę pokonywanego dystansu i wysokości nasze położenie na mapie ulega zmianie. Od tego momentu na każdym  postoju domagałem się wydobycia mapy i poszukiwałem na niej aktualnej lokalizacji. Doprowadziło to do szybkiego zużycia, wykonanego z kiepskiej jakości papieru, wytworu ówczesnej myśli kartograficznej.

Tak wyglądały mapy w przewodnikach W. Krygowskiego po Beskidach

W owym czasie w księgarniach można było nabyć już mapy turystyczne w wersji kolorowej i o znacznie bogatszej treści turystycznej, a nawet hipsometrycznej. Z dzisiejszej perspektywy były one bardzo ubogie: poziomice miały na przykład interwał 50 czy 20 metrów, zaznaczano na niej obiekty zabytkowe, ale już np. kościół nie będący zabytkiem choć wybitny krajobrazowo nie był uwzględniany. Nie mówiąc już o narzucanym odgórnie na wydawców, aż do ostatnich lat PRL-u, obowiązku fałszowania map przez ich kilkustopniowe przekoszenia, co w zamyśle miało uniemożliwić wrogom prowadzenie celnego ostrzału artyleryjskiego bądź rakietowego. Nie zmienia to faktu, że po powrocie do domu odnalazłem kilka posiadanych przez ojca map, a następnie zacząłem uzupełniać ich kolekcję o kolejne, których jeszcze nie posiadaliśmy. W ten sposób, nie licząc reprintów, najstarsza posiadana przeze mnie mapa pochodzi z 1969, a plan miasta z 1964 roku.

W latach siedemdziesiątych mapy nabrały kolorów, a ich zawartości informacyjnej zarzucić można było coraz mniej. Problemem było, że monopolizujące produkcję map wydawnictwo PPWK skupiało się na najbardziej popularnych obszarach Polski. Mapy Tatr, Bieszczadów czy Karkonoszy były wznawiane bardzo regularnie, ale już taki Beskid Wyspowy czy Góry Kaczawskie zasługiwały na wydanie mapy nie częściej niż raz na dekadę. Nie wspominając już o mapach niżu, oprócz Wielkich Jezior Mazurskich czy okolic największych miast, darmo było ich szukać po księgarniach. W rezultacie odbyte u schyłku tych lat długodystansowe wyprawy po Mazurach Garbatych i Suwalszczyźnie, Roztoczu czy Borach Tucholskich i Kaszubach planowałem przy użyciu jakichś schematów umieszczanych w przewodnikach, odrysów map znalezionych w bibliotekach czy zdobytych jakimś cudem pozaobiegowych map kartograficznych o dziwacznej skali 1:200 000. A szlaki turystyczne na niżu były wprawdzie opisane w przewodnikach, ale w przeciwieństwie do gór, nikt nie tracił czasu na ich utrzymanie, czasami przez cały dzień wędrówki udawało się znaleźć jeden kolorowy pasek. Niemniej jednak, wcześniej czy później zawsze docieraliśmy do celu.

Plan miasta sprzed 56 lat.

Z takimi mapami chodziło sie po górach w początkach lat 70-tych XX wieku

Lata osiemdziesiąte to szczyt mojej aktywności turystycznej w ramach wydziałowego Klubu Turystyki Przyrodniczej oraz warszawskiego SKPB. Był to też okres, kiedy posługiwanie mapą stało się niezbędne gdyż coraz rzadziej wędrowało się po szlakach, a coraz częściej po bezdrożach. Mapy stawały się coraz dokładniejsze więc rzeczywiście z ich pomocą dawało się dotrzeć w miejsca wcześniej pomijane. Coraz częściej też udawało się wejść w posiadanie kopii przedwojennych map Wojskowego Instytutu Geograficznego. Choć były to tzw. setki (w skali 1:100 000) podczas gdy były już dostępne mapy turystyczne w poręczniejszej skali 1:75 000 lub nawet 1:50 000, to prześcigały je bogactwem informacji. Poza tym, na terenie Bieszczadów i Beskidu Niskiego, gdzie sieć osadnicza w wyniku wysiedleń ludności bojkowskiej i łemkowskiej uległa przerzedzeniu, dawały wgląd w dawny zasięg wsi, pól i całej ludzkiej infrastruktury, z czasem pochłoniętych przez zwycięską naturę. Znajomość graniówek z przewodników Krygowskiego przydała mi się podczas przejścia przewodnickiego w Bieszczadach. Uczestnicy dostali wówczas zadanie pokonania trasy okrężnej z i do Przysłopu Caryńskiego przez Połoninę Caryńską, Wielką Rawkę, Rabią Skałę i Połoninę Wetlińską, bez używania mapy. Niezła to była wyrypa! Mogliśmy jednak naszkicować sobie przebieg trasy. Osobiście  wyrysowana graniówka była na tyle dokładna, że bez zbędnego nakładania drogi, sprawnie pokonałem całą trasę.

Dawne schronisko studenckie na Przysłopie Caryńskim, fot. Bladyniec, na licencji CC0

Były to czasy gdy nawet telefonia stacjonarna nie była powszechnie dostępna i nikt nie wyobrażał sobie, że zamiast płachty zadrukowanego papieru można kiedyś będzie użyć smartfona z zainstalowanym GPS-em i wgraną mapą szczegółową eksplorowanego obszaru. Uchylając się od dyskusji o wyższości mediów tradycyjnych (ach, ten zapach drukarskiej farby i szelest papieru przy rozkładaniu mapy!) nad nowoczesnymi przyznam, że mając współczesne urządzenie uniknąłbym w przeszłości błądzenia po lasach porastających Palenicę Kościeliską. Miejscowy znajomy ostrzegał, że tam „wodzi” nawet górali, a płaskawa i pozbawiona znaków szczególnych wierzchowina nie jest łatwa orientacyjnie. Naówczas obszar ten pokrywała wyłącznie mapa Tatry i Podhale, której skala i szczegółowość nie okazały się wystarczające. Przewodnicka duma nieco ucierpiała, bo było to na jednym z pierwszych wspólnych wyjazdów z Podziomkiem, ale skończyło się przyjętymi oświadczynami i ponad trzydziestoletnią historią wspólnej wędrówki, czyli może warto było pobłądzić, byle w dobrym towarzystwie. Natomiast zimową wędrówkę grzbietem Babiej Góry podczas zamieci i totalnego „whiteout-u” użycie GPS mogłoby uczynić prostszą i bezpieczniejszą. Północne zbocza Babiej są urwiste, a zimą tworzą się na ich krawędziach nawisy śnieżne, gotowe oberwać się pod ciężarem wędrowca. Wiedząc to, starałem się trzymać od nich z dala, mimowolnie odbijając na południe. Skończyło się na zatoczeniu pełnego kółeczka i powrocie na znakowaną tyczkami trasę.

Palenica Kościeliska i Babia Góra – miejsca gdzie zdarzało mi się pobłądzić

Turystyka XXI wieku ma to do siebie, że coraz częściej do wyjazdu przygotowuję się studiując mapy online, a tradycyjne mapy papierowe kupuję jako pamiątkę z wyjazdu. Przed odwiedzeniem konkretnego miasta często korzystam z Google Street View, bo dzięki temu orientuję się w nim na obiekty charakterystyczne, zamiast pamiętać, w którą z kolei przecznicę trzeba skręcić w prawo, by po 100 metrach zboczyć w pierwszą ulicę w lewo. Dosyć niestandardowo wykorzystałem to medium do przygotowania się do ruchu prawostronnego w Anglii, dokąd wybraliśmy się własnym, „kontynentalnym” samochodem. Dzięki godzinom przesuwania kursorem po ekranie oraz obejrzeniu paru filmów na YouTube przejechałem kilkaset kilometrów po drogach Zjednoczonego Królestwa, pokonując nawet, i to wielokrotnie, będące straszakiem na lewostronnych kierowców magiczne rondo, inaczej skrzyżowanie pierścieniowe, w Colchester. Znakiem czasu jest, że gdy w towarzystwie dojeżdżam gdzieś bez użycia GPS-u, nieuchronnie pada pytanie: Skąd wiedziałeś jak tu dotrzeć? Mapa, Misiu, mapa!

Rondo pierścieniowe w Colchester

Wśród prezentów pod ostatnią choinką czekał na mnie reprint planu Warszawy wydanego w 1939 roku przez lwowską  Książnicę-Atlas. Tę konkretną mapę można znaleźć w Internecie, ja też miałem ją już w swojej kolekcji. W tym wydaniu wartością dodaną jest jednak nałożenie na oryginał współczesnej siatki ulic, wyeksponowanie i załączenie opisu uwidocznionych na nim obiektów, a przede wszystkim obszerne, 150 stronicowe krytyczne omówienie tego dzieła. Podano w nim tło ekonomiczno-społeczne, krótką historię oryginalnego egzemplarza przechowywanego w Muzeum Warszawy, a przede wszystkim bardzo szczegółowe omówienie zastosowanych rozwiązań graficznych. Plan ten, co charakterystyczne dla przedwojnia, zawiera komponent prognozowany, czyli np. ulice nieistniejące lecz już zaplanowane. Niesłychanie wciągająca jest analiza, co z owych planów udało się zrealizować. Omówienie wskazuje silne i nowatorskie strony tego wydania, ale też wytyka błędy i niekonsekwencje np. w przebiegu konkretnych ulic czy w ich nazewnictwie. Fakt, że studia nad jedną tylko mapą mogą przynieść tak bogate rezultaty pokazuje, moim zdaniem, że mapa dostarcza tyle informacji i wrażeń co dobra powieść, a kartografia to osobny dział literatury. I uzasadnia praktykowany przeze mnie zwyczaj zasiadania w wygodnym fotelu, nie do lektury książki, lecz mapy.

Matka wszystkich planów Warszawy

Wspomniany Władysław Krygowski z wiekiem przeszedł od pisania przewodników do tworzenia literatury wspomnieniowej. W książce „Góry mojego życia” wyznał: „Nigdy w górach nie czułem się samotny, chociaż wiele razy chodziłem bez towarzysza. Była ze mną mapa i ona to uczyła mnie obcować stale z otoczeniem, z nazwami”. Czy ktoś w przyszłości napisze z takim uczuciem o smartfonie?

Pasję do czytania map należy przekazywać od małego
Kategorie
Polska

Kaszuby, czyli genealogia w pięknych okolicznościach przyrody

Gazeta Toruńska z 11 stycznia 1903 roku doniosła w rubryce Prusy Królewskie z Pomorzem: „Ksiądz wikary Donderski z Altschottland (?) wyratował z toni chłopca. W pobliżu domu sierót ślizgało się po lodzie Raduni kilku chłopców. Jeden z nich zarwał się. Chłopiec, zanim go z narażeniem własnego życia wyratował młody kapłan, był już dwukrotnie pod lodem.” Altschottland to obecnie Stare Szkoty, osiedle położone między gdańskim Starym Przedmieściem a Orunią. Sierociniec po 113 latach służby przeobraził się teraz w gdańską siedzibę Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych. Natomiast wikary Donderski to stryj mojej babci ze strony ojcowskiej.
Stałem właśnie przed jego grobem na cmentarzu w Kartuzach. Młody kapłan (w ów styczniowy dzień liczący sobie lat 26) pozostał młodym do końca swych dni. Wcześnie wyawansował wprawdzie na proboszcza kartuskiej parafii, ale też wcześnie, bo w wieku 39 wiosen rozstał się był z ziemskim padołem. Wizyta na cmentarzu zwykle skłania do refleksji. Mnie jako pierwsza naszła trywialna wątpliwość: Jakim cudem kanał Raduni mógł niegdyś nieść tyle wody, że wpadnięcie doń groziło utonięciem? A swoją drogą ciekawe jakim sposobem pamięć o przodkach przenosi się przez pokolenia. Oczywiście w przypadku osób publicznych, a takimi na przełomie XIX i XX wieku byli księża, łatwiej jest trafić na pisemne wzmianki o ich działalności i dokonaniach.

Sierociniec dla chłopców na pocz. XX wieku
Rozbudowany gmach sierocińca jako PJATK
Klepsydra z Gazety Gdańskiej, 21.11.1916
Grób proboszcza Donderskiego na cmentarzu w Kartuzach

W moim przypadku wyszukiwanie śladów przodka w sutannie zaczęło się od fotografii. Nie byle jakiej, ale najstarszej fotografii w rodzinnym albumie. Przedstawia ona absolwentów seminarium nauczycielskiego w Grudziądzu i została wykonana w połowie lat 50-tych XIX wieku. Jednym z przedstawionych na niej młodych mężczyzn jest Antoni Donderski, ojciec bohaterskiego księdza. Potem został on kierownikiem szkoły w Jeżewie na Kociewiu i tam wykonano kolejną fotografię, na której został uwieczniony wraz z małżonką Cecylią z Zielińskich w otoczeniu dorosłych już dzieci. Jednym z nich był nasz dzielny kapłan, tak jak i ojciec noszący imię Antoni. Obydwie fotografie oprawione w ramki wiszą na ścianie w naszym domu – nic dziwnego więc, że chciałem obudować wizerunek panów Donderskich jak można największą ilością informacji o ich życiu. Tak dotarłem do opisu incydentu w Nowych Szkotach, ustaliłem, że ksiądz był wikarym w Oliwie, a później proboszczem w Kartuzach, a także gdzie umarł i został pochowany. Muszę jeszcze kiedyś wyjaśnić czy ufundowana przez niego szafa gdańskiej roboty nadal zdobi zakrystię kolegiaty Najświętszej Marii Panny w tym mieście.
Na Kaszuby wybraliśmy się z Podziomkiem i Harrym zimową porą i była to ostatnia zima, kiedy rzeczywiście panowała mroźna pogoda. Niby nic specjalnego, kilka stopni poniżej zera w nocy i około zera w dzień, cieniutka warstwa śniegu na ziemi i jeszcze skromniejsza powłoka lodowa na jeziorach. Z perspektywy dwóch bezśnieżnych zim wspomnienia tygodnia polarnej pogody urasta jednak bez mała do wydarzenia dekady. Zamieszkaliśmy w Ręboszewie, w starym wiatraku zamienionym na pensjonat. Wiatrak zgodnie z przeznaczeniem stał na wysokim, a stromym wzgórzu z widokiem na jezioro Brodno Małe. Prowadząca doń, wykładana betonowymi płytami droga po opadach śniegu stanowiła prawdziwy test przyczepności opon naszego samochodu. Mimo to, nie musieliśmy ani razu zostawić go na parkingu u podnóża wzgórza. Choć do zabudowań wsi było nie dalej niż 300 metrów to na naszym wzgórzu doświadczaliśmy „splendid isolation”. Sypialnia mieściła się na piętrze. Każdy ranek rozpoczynał się od zejścia do pomieszczeń na parterze, gdzie w sezonie letnim pracuje bar, ale w zimie znajdowała się nasza kuchnia i bawialnia. Po rozsunięciu drewnianych zabezpieczeń przez wielką przeszkloną ścianę do wnętrza wlewało się światło wraz z porcją optymizmu i pomysłów na kolejne wycieczki. Jezioro poniżej to szkliło się refleksami odbitych promieni słonecznych, to znowu biel jego lodowej pokrywy zlewała się z zimną szarością pochmurnego nieba. Pod drzwi podchodziły stada saren i dzików oraz, już pojedynczo, lisy. Wieczory przy grzanym winie urozmaicało czasem poświstywanie wiatru w ramionach wiatraka.

Nasza siedziba na wzgórzu

Jezioro Brodno Małe
Harry pozuje z widokiem na jez. Brodno Wielkie
Most na przesmyku między Brodnem Małym i Wielkim
Widok spod mostu na Brodno Małe

By zakosztować uroków cywilizacji wybieraliśmy się do powiatowych Kartuz. Miasto to, jako jedno z co najmniej trzech, pretenduje do tytułu stolicy Kaszub. Tymczasem, prawa miejskie uzyskało raptem w 1923 roku, co nie przeszkadzało mu przez poprzednie 105 lat nosić już godność stolicy powiatu. Jeszcze wcześniej była to przyklasztorna osada obsługująca istniejące tu od końca XIV wieku zgromadzenie zakonu kartuzów. Kolegiata Najświętszej Marii Panny jest najstarszym i najważniejszym obiektem zabytkowym w Kartuzach. Mieliśmy pecha, bo jednego dnia wnętrza były niedostępne dla zwiedzających, a kolejnego odbywał się w niej ślub za ślubem więc nie dane nam było zobaczyć jej bogatego wyposażenia. Podziwianie architektury zewnętrznej kościoła ze słynnym barokowym dachem w kształcie wieka trumny oraz starannie utrzymanej okolicznej zabudowy samo w sobie zapewniało jednak wiele wrażeń estetycznych. Spod kościoła wzdłuż brzegów jeziora Klasztornego Małego biegnie ścieżka filozofów dostarczająca przyjemnych widoków na klasztor i miasto. Innym znanym punktem widokowym jest położone na południowych krańcach miasta, nad jeziorem Karczemnym, wzgórze z Ławką Asesora. Upamiętnia ona Karla Pernina, krajoznawcę i autora pierwszego przewodnika po Kaszubach, który przez kilka lat pracował w kartuskim sądzie pełniąc obowiązki asesorskie. W centrum bywaliśmy głównie na kawie i ciastkach w przyrynkowej kawiarni, ale sprawiało ono sympatyczne wrażenie, jak przystało na wytwór XIX wiecznej niemieckiej myśli urbanistycznej.

Kolegiata Najświętszej Marii Panny w Kartuzach

Budynek plebani
Harry przed Ławką Asesora
Refektarz – obecnie galeria sztuki
Śródmiejski mural
Gryf kaszubski powiewa nad kartuskim rynkiem

Położone bliżej Gdańska Żukowo miastem jest jeszcze krócej, bo od 1989 roku, ale historię ma od Kartuz dłuższą, gdyż zakon sióstr norbertanek osadzono nad Radunią już z początkiem XIII wieku. Zespół poklasztorny z kościołem Wniebowzięcia NMP jest najcenniejszym zabytkiem miasteczka i, co za niespodzianka, można go zwiedzić kontaktując się z agencją przewodnicką. Jako, że wojny i pożary ominęły ten obiekt wnętrza zachwycają bogactwem wyposażenia z różnych epok historycznych. Barokowy ołtarz głównym z obrazem patronki pędzla gdańskiego mistrza Hermana Hahna, przebogaty w detale renesansowy tryptyk typu antwerpskiego oraz wspaniale zabudowany chór można kontemplować długimi godzinami. My jednak nastawiliśmy się na zwiedzenia parafialnego muzeum. Mimo że jego nazwa nie brzmi może zachęcająco, Muzeum Parafialne w Żukowie dokumentuje intrygującą historię rozwoju kaszubskich haftów. W norbertańskim klasztorze żukowskim funkcjonowała bowiem szkoła, w której uczono m.in. tkactwa i hafciarstwa. Po rozwiązaniu zakonu przez władze pruskie tradycje hafciarstwa kontynuowały mieszkanki miejscowości. Dzisiaj istnieje wiele szkół haftu kaszubskiego, ale to Żukowo dumnie określa się jako „Kolibka kaszëbsczégò wësziwkù”. Haft tutejszy wykorzystuje symbolikę kwietną i owadzią oraz tylko pięć kolorów: niebieski (w różnych odcieniach) czarny, czerwony, zielony i żółty. Motywami znanymi z hafciarstwa zdobi się też ceramikę, odzież, a nawet meble. W pamięci utkwiło mi ogromne zaskoczenie ukraińskich samorządowców, gdy na organizowane przeze mnie parę lat wcześniej spotkanie z władzami gminy Żukowo w wyszywanych w ludowe wzory koszulach przyszli nie tylko oni, ale i gospodarze.

Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Żukowie
Tablica z Magnificat po kaszubsku na bramie zespołu klasztornego
Dziedziniec Kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Żukowie
Ołtarz główny z obrazem Hermana Hahna
Chór

Źródło: Wikipedia (https://pl.wikipedia.org/wiki/Kościół_Wniebowzięcia_Najświętszej_Marii_Panny_w_Żukowie) CC BY-SA 4.0

Przyklady użycia motywów haftu kaszubskiego

Północna część powiatu kartuskiego leży w dorzeczu Łeby, jest silnie zalesiona i nieco zapóźniona turystycznie w porównaniu do miejscowości leżących nad słynną kaszubską podkową, czyli łańcuchem jezior o takim kształcie usytuowanych na południowy zachód od Kartuz. Nie grozi jej więc zalew turystów, za wyjątkiem lipcowego i wrześniowego odpustu w Sanktuarium Matki Boskiej Królowej Kaszub w Sianowie, kiedy do niedużego, szachulcowego kościółka chroniącego XV-wieczną figurkę pielgrzymują tłumy wiernych. Figurka jest niewielka, ale moc swoją okazała dwa razy uchodząc cało z pożogi wcześniej zbudowanych świątyń. Jest wystawiana na widok wiernych tylko podczas najważniejszych świąt, więc musieliśmy się zadowolić jej malarskim odwzorowaniem na tablicy informacyjnej. Kilka kilometrów dalej położone jest Mirachowo – za czasów Rzeczpospolitej szlacheckiej siedziba starosty, miejsce odbywania sądów i sejmików, a nawet działalności kata. Ta miejscowość skarlała potem kosztem rozwijających się Kartuz. Obecnie to wioszczyna, o której dawnej sławie przypomina XVIII wieczny dwór starościński. Drewniany, wydłużony budynek zdobią lukarny dachowe oraz misternie wyciosane zdobienia drewnianego ganku. Pod kątem rozwartym przylega do głównego korpusu oficyna zbudowana z pruskiego muru. Budynek już od 90 lat jest własnością tej samej rodziny, co jak na polskie warunki i dworski charakter zabudowań musi budzić respekt. Niewiele brakowało, aby figurka Matki boskiej Sianowskiej była zwana Mirachowską. Wedle legendy tu właśnie znaleziono ją leżącą w wielkiej jasności u brzegu jeziora. Wtedy rozpoczęto budowę kościoła w Mirachowie. Ale Matka Boska pokazała swą wolę trzykrotnie znikając z Mirachowa i odnajdując się w Sianowie. Mirachowianie zrozumieli te znaki i kościół dla świętej figurki postawiono w sąsiedniej miejscowości.

W Sianowie zimą nie ma żywego ducha
Kopia figurki Królowej Kaszub
Widok na jez. Sianowskie
Dwór starościński w Mirachowie
Sanktuarium Matki Boskiej w Sianowie
Okolice Sianowa
Kaplica pw. Matki Boskiej Nieustającej Pomocy z 1740
Główna ulica Mirachowa

Można kwestionować stołeczność Kartuz w odniesieniu do wszystkich obszarów zasiedlonych przez Kaszubów, ale rangi jedynego miasta na terenie Szwajcarii Kaszubskiej odmówić im już nie można. To chyba najstarsza – nazwy tej po raz pierwszy użyto w latach 80-tych XIX wieku – i najbardziej znana Szwajcaria w granicach Polski. Skojarzenia z krainą Helwetów budzi nadzwyczajna malowniczość i urozmaicona rzeźba terenu. Porównywać ją w Polsce można chyba tylko z Suwalszczyzną, tyle, że tutaj wzgórza są wyższe, jeziora większe, a lasy rozleglejsze. Porównanie to wypada niekorzystnie wyłącznie gdy chodzi o gęstość zaludnienia oraz związane z nim zagęszczenie infrastruktury komunikacyjnej (zwolenników turystyki motorowej uprasza się o wyrozumiałość dla tej opinii). Jako, że Wieżyca jest najwyższym wzniesieniem Polski poza górami, nie mogliśmy odmówić sobie jej zdobycia. Zaplanowaliśmy wycieczkę całodniową, więc za punkt startowy i końcowy wybraliśmy Ostrzyce, gdzie na parkingu przed miejscowym SPA można zostawić samochód i pokrzepić się przed drogą aromatyczną kawą. Podejścia mieliśmy ze 200 metrów, bo oprócz samej Wieżycy musieliśmy pokonać grzbiecik między Ostrzycą, a linią kolejową z Gdyni do Kościerzyny. Po drodze nie spotkaliśmy ani jednego piechura, za to były wspaniałe lasy bukowe, a nawet forsowanie w bród pokrytego lodem strumienia. Na szczycie Wieżycy, o wysokości niespełna 329 m n.p.m., zwieńczonym wieżą widokową, niespodziewanie znaleźliśmy się w chmurach. Zamiast więc podziwiać widoki sugerowane przez tablice turystyczne, zmuszeni byliśmy patrzeć jak wilgoć kondensuje się w wielkie krople wody na końcach bukowych gałęzi. Coś za coś, wizyta latem gwarantowałaby lepszą widoczność, ale też sporą kolejkę po bilety wstępu na wieżę. Nie przypadkiem przewodnik po regionie zachęcająco informuje, że z najbliższego do szczytu Wieżycy parkingu chętnych czeka zaledwie 10 minutowe podejście.

Szwajcaria Kaszubska

Widok na Wieżycę
Śniegu było miejscami sporo
Okolice stacji Wieżyca
Obrazki z Wieżycy

Moja rodzina wywodzi się z Kociewia. Do dzisiaj w tym regionie mieszka najwięcej nosicieli nazwiska Filcek, chociaż to nie jest już bliska rodzina. W powiecie kartuskim baza PESEL nie wykazuje obecnie żadnego Filcka. W Łapalicach, dzisiaj najbardziej znanych z nieukończonego zamku, nauczycielką była niegdyś ciotka mojego ojca. Spędził on u niej, jako nastolatek, ostatnie lata okupacji niemieckiej. Nigdy jej nie poznałem, ale moją wyobraźnię pobudzają informacje, że była esperantystką oraz aktywną przeciwniczką zmian w liturgii mszalnej kościoła katolickiego wprowadzonych po drugim soborze watykańskim. Podróże po tym regionie dostarczają wielu genealogicznych niespodzianek. Około 15 lat temu odwiedziłem miasteczko Brusy na południowych Kaszubach. Wizytowałem miejscowe liceum, jedyne w Polsce gdzie prowadzone są zajęcia w języku kaszubskim. Kierowniczce biblioteki, jednocześnie zawiadującej szkolną izbą pamięci, pochwaliłem się swoimi kociewskimi korzeniami. Zapytała o moje nazwisko, a usłyszawszy odpowiedź wykrzyknęła: „Jedna z moich ciotek była zamężna za Filcka”. Od słowa do słowa okazało się, że był to stryj mego ojca, a ciotkę Wandę zdążyłem jeszcze poznać nim oboje umarli w końcu lat 80-tych XX wieku.
Nie jestem aż takim pasjonatem genealogii by studiować mormońskie archiwa lub układać plany wyjazdów tak, aby zatrzymywać się wyłącznie u krewnych. Przyznać jednak muszę, że świadomość, iż odwiedzane miejsca związane są z losem praszczurów dodaje wycieczce dodatkowego smaku. Nachodzi mnie też refleksja jakim jestem szczęściarzem, że moi przodkowie nie tylko pozostawili po sobie namacalne ślady i wspomnienia, ale też zostawili je w bardzo atrakcyjnych miejscach Polski. Zastanawia mnie, czy trafili tam przypadkiem, czy też dokonywali świadomych wyborów kierowani podobnym do mojego poczuciem estetyki. Nigdy się tego już nie dowiem, ale lubię hasać po takich obszarach myślowych spekulacji.

Kategorie
Polska

Kwintesencja Podlasia plus

Nasz busik zatrzymał się przy końcu ulicy. Wraz z grupą gości z Ukrainy wysypaliśmy się na trotuar. Był grudniowy wieczór, w ciepłym świetle latarni tańczyły bezgłośnie płatki śniegu. Jego nietknięta żadnym śladem warstwa kładła się cieniutkim dywanikiem od kościoła z wyniosłą wieżą aż po placyk z neorenansowym pałacykiem fabrykanckim. Topniejąc zamarzał w sopelki skrzące się na krawędziach dachów. Światło świątecznych iluminacji odbijało się od lodu i śniegu. Kierowca wyłączył silnik i otoczyła nas cisza. Tym wyraźniej dotarł do mnie sceniczny szept jednego z uczestników: Це Норвегія чи що? (To Norwegia czy co?)

Zima na głównej ulicy Supraśla

Podbiałostocki Supraśl może wywoływać takie skojarzenia przez wszechobecność drewnianych domów mieszkalnych oraz zimy, mroźniejsze i bardziej śnieżne od tych, które doświadcza centralna Polska. Może się jednak kojarzyć też ze środkową Ukrainą, tzw. hetmańską, na której po oderwaniu tych ziem od Rzeczpospolitej w II połowie XVII wieku rządzili kozaccy hetmani, jeśli za punkt odniesienia wziąć barokowe zabudowania klasztorne Monastyru Zwiastowania Przenajświętszej Bogurodzicy. Gdy jednak we wnętrzu monasterskiej cerkwi staniemy przed pieczołowicie rekonstruowanymi freskami pełnymi wielkookich i smukłych świętych i męczenników, poczujemy bliskość kultury bałkańskiej, jako że mnich, który jako pierwszy rozpisał w XVI wieku ściany, filary i sklepienie świątyni pochodził z Serbii. Ze względu na położenie na leśnej polanie oraz architekturę niektórych obiektów hotelowych miasteczko przypomina Białowieżę. A gdy zapomnimy o skandynawskich skojarzeniach, drewniane domki przy ulicy 3 Maja przypomną nam architekturę osiedli fabrycznych łódzkiego okręgu przemysłowego. Stamtąd bowiem, a konkretnie ze Zgierza, przybyli przemysłowcy niemieccy, aby w przyklasztornej osadzie robić interesy bez konieczności płacenia ceł przy wwozie swoich tekstyliów na obszar Cesarstwa Rosyjskiego.
Mnogość konotacji wynika z bogactwa funkcji jakie pełniło miasteczko. U zarania było to uroczysko w puszczy, na które z początkiem XVI wieku mnisi prawosławni przenieśli monastyr z nadto gwarnego Gródka położonego w górnym biegu rzeki Supraśli. Ponad 300 lat później rozpoczęła się dla osady epoka industrializacji, która na okres ponad 30 lat (do czasu wytyczenia linii kolei przez Białystok) zapewniła mu tytuł największego centrum przemysłowego w regionie, nagły wzrost liczby mieszkańców i widoczne do dzisiaj założenie przestrzenne miasteczka. W końcu, z początkiem XX wieku, dostrzeżono zalety letniskowo-kąpieliskowe, będące w szczególnej cenie wśród mieszkańców znacznie już większego Białegostoku. Na rynku pojawiły się domy na wynajem letnikom, powstawały sanatoria i ośrodki kolonijne, a od lat 20-tych XX wieku w okresie letnim rzesze spragnionych kąpieli i świeżego powietrza mieszczuchów były dowożone ze stolicy regionu kursującymi co godzinę autobusami. XXI wiek to okres zaniku funkcji przemysłowej, rozwoju infrastruktury turystycznej, oficjalne nadanie miastu statusu uzdrowiska oraz przyrost liczby mieszkańców wynikający z przenoszenie się na stałe za miasto licznych białostoczan.

Przedwojenny pensjonat Lewitówka

Jako białostoczanin z urodzenia bardzo wcześnie zacząłem korzystać z uroków Supraśla. Jedno z najwcześniejszych wspomnień to wycieczka mojej grupy przedszkolnej do supraskiego lasu. Później do Supraśla jeździłem na ryby, nie tyle żeby je łowić – tym zajmował się znacznie sprawniej ojciec kolegi z podwórka – lecz by kontemplować widoki na nadrzecznej polanie zwanej Pólkiem; na narty biegówki, bo śnieg w lesie zalegał dłużej niż w mieście; w końcu rowerem dla czystej przyjemności zaliczenia górskiej premii między Ogrodniczkami a Krasnem. Przenosiny do Warszawy nie zerwały tych kontaktów, jeno że wyjazd wymagał już więcej czasu i zachodu. Nie było dziełem przypadku, że pierwszym turystycznym doświadczeniem mojej starszej córki, gdy miała raptem 10 miesięcy i obowiązywały jeszcze kartki na mięso, był pobyt w domku letniskowym w podsupraskim Zapiecku. Jako że tradycyjnie w czasach zarazy uciekało się z miast i zaszywało w lasach, postanowiliśmy w ostatnich tygodniach spędzić tam kilka wolnych dni.
Mieszkaliśmy w pensjonacie w północnej części miasteczka, oddzielonej od reszty zabudowy dolinką z kompleksem stawów rybnych. Jesienią nie ma w nich wody, ale w sezonie wiosenno-letnim dobiega z nich żabie kumkanie, a ponad stawami widać w oddali wieże monasterskiej cerkwi Zwiastowania oraz kościoła poewangelickiego. Podobnie jak w okolicach monastyru rzeka Supraśl obmywa tu podnóże pokaźnego wzgórza, na którym stoi kilkanaście budynków wykorzystywanych głównie w celach letniskowych. Ta część miasteczka zwana jest uzdrowiskową ze względu na usytuowanie w niej szpitala uzdrowiskowego. W miejscowości gdzie budownictwo wielorodzinne jest absolutnym wyjątkiem sprawia przytłaczające wrażenie, nie tyle ze względu na wysokość, co na długość swej fasady. Najważniejsze jednak, że do lasu mieliśmy nie więcej niż 300 metrów, a do rzeki może ze 100. Z ciekawostek: Właścicielka prowadzi pracownię witraży. Nie wiem czy wykonuje prace wielkoformatowe, ale kolekcjonerzy aniołków i witrażowej ornitofauny znajdą tam coś dla siebie.

Widok od pensjonatu ku miastu

Spacer po okolicznych lasach Puszczy Knyszyńskiej jest daleki od monotonii. Sosna ciągle jest tu dominującym gatunkiem, ale, zwłaszcza na terenach podmokłych, wypiera ją świerk. A miejsc takich jest wiele, jako że prócz Supraśli i jej głównych dopływów (Czarna, Sokołda, Słoja, Płoska) las poprzecinany jest dolinkami pomniejszych cieków wodnych. Wyliczono, że w Puszczy Knyszyńskiej jest największe zagęszczenie obszarów źródliskowych na Niżu Polskim. Moim ulubionym jest źródełko na wschodnim krańcu Pólka, dużej śródleśnej polany rozciągającej się wzdłuż rzeki Supraśli z widokiem na rozległe łąki pokrywające dno doliny i zalesione wzgórza po jej północnej stronie. W ciepłe dni jest tu tłoczno i gwarno, ale poza sezonem miejsce emanuje spokojem. Źródełko wytacza swe wody spod niewysokiej skarpy, by po około 10 metrach biegu oddać je bezpiecznej toni większej rzeki. Tym razem poznaliśmy też objętą ochroną rezerwatową dolinkę strumienia Woronicza. Ścieżka przyrodnicza biegnie tam przez świerkowe bory przypominające południową tajgę przecinając wielokrotnie strumień po przerzuconych mostkach. Jej część wiedzie też trasą nieużywanej od lat kolejki leśnej. Początek i koniec ścieżki znajduje się na rozległej polanie służącej niegdyś składowaniu ściętych drzew przed wywiezieniem ich wąskotorówką do tartaków w Supraślu czy Czarnej Białostockiej. Na jej skraju powstaje obecnie zagroda pokazowa żubrów, których coraz liczniejsze stado bytuje w puszczańskich ostępach.
Choć okolice Białegostoku nie kojarzą nam się z dramatycznymi różnicami wzniesień ani imponującymi wysokościami bezwzględnymi, to jest to teren polodowcowy bogaty w mozaikowo poprzeplatane wzniesienia morenowe, ozy, kemy, zagłębienia wytopiskowe i równiny sandrowe. W samym Supraślu przejazd z zachodniej części miasta do dzielnicy uzdrowiskowej wymaga pokonania dwóch wyraźnych grzbiecików, niewysokich, ale o stromych stokach. Las skrywa pomniejsze formy polodowcowe, a podczas spaceru co rusz natrafia się na mniejsze i większe wzniesienia. Króciutki grzbiecik Łysej Góry między Zapieckiem, a dolinką potoku Jałówka wznosi się prawie 50 metrów ponad dno doliny Supraśli, a zdobywanie jego kolejnych kulminacji szybko doprowadza do zadyszki nawet sprawne fizycznie osoby. Znacznie dłuższe i sięgające wysokości 211 m npm Wzgórza Świętojańskie stanowią wschodnią oprawę doliny prawostronnego dopływu Supraśli rzeczki Płoski. Spacer ich grzbietem z widokami na strome, pocięte głębokimi dolinami zbocza dostarcza bez mała beskidzkich wrażeń, zwłaszcza, że w drzewostanie dominuje na znacznych obszarach grab, przez co krajobrazy są takie … dolnoreglowe. Dodatkowo, na Górze Świętego Jana postawiono drewnianą wieżę widokową skąd podziwiać można pejzaż doliny Płoski przecinającej ciągnące się po horyzont morze lasów.

Imponujący pałac przy końcu ulicy 3 Maja w Supraślu ma wygląd i rozmiary jakich nie powstydziłyby się rezydencje fabrykantów łódzkich. Nie przez przypadek – Adolf Buchholz zbudował go dla swojej małżonki Adeli ze znakomitej rodziny łódzkich przemysłowców Scheiblerów. Rodzina Zachertów, równie ważna dla rozwoju przemysłu w miasteczku, nie musiała budować sobie pałacu. Za swą siedzibę obrali jedno ze skrzydeł kompleksu klasztornego, gdzie początkowo zresztą mieściła się też ich fabryka. Od siedemdziesięciu lat pałac Buchholzów jest siedzibą Liceum Sztuk Plastycznych. Obecność licznej grupy artystycznie ukierunkowanej młodzieży ożywia Supraśl. Prace uczniów i absolwentów są rozrzucone po terenie miasteczka i całej Puszczy Knyszyńskiej. Charakterystyczny witacz przy drodze od strony Białegostoku czy cmentarzyk Powstańców Listopadowych w Kopnej Górze są ich znamienitymi przykładami. Na wieży pałacu Bucholzów, od kiedy pamiętam, ulokowane jest ogromne bocianie gniazdo. Ptaki te średnio przeżywają 8-9 lat, a ledwo 2% ich populacji dożywa 20 roku życia. Tak więc z wieży na pałacu obserwuje miasto, nadrzeczne łąki i okoliczne lasy już szósta generacja bocianów. Tradycja ludowa mówi, że obecność bocianiego gniazda chroni domostwo przed pożarem. Poczucie bezpieczeństwa „od ognia” musi być w Supraślu duże skoro ośrodek szkoleniowy straży pożarnej mieszczący się przez lata w pokaźnym budynku w centrum został zlikwidowany w 2006 roku.

Cmentarz powstańców listopadowych w Kopnej Górze

Za głębokiego PRL-u piesze wycieczki po puszczy z metą w Supraślu często kończyły się wizytą w barze Jarzębinka. Był to wówczas chyba jedyny ogólnodostępny lokal w miasteczku. Atmosfera panowała tam mocno proletariacka, ale wieść gminna niosła, że serwowano najlepszą kaszankę w okolicy. Dzisiaj w miasteczku przekąsić można w wielu lokalach. Pomimo obowiązującej sprzedaży tylko na wynos otwartych pozostało tak wiele z nich, że każdego dnia zamawialiśmy posiłek w innym miejscu. Dawna Jarzębinka już nie istnieje, ale odrodziła się pod tą samą nazwą kilka domów dalej. Jako że Podlasie chlubi się potrawami z ziemniaków, a Supraśl corocznie organizuje mistrzostwa świata w ich przyrządzaniu, objadaliśmy się kiszką i babką ziemniaczaną oraz kartaczami z Jarzębinki, Łukaszówki i Spiżarni Smaków. Podobnie jak we Francji, gdzie zupa cebulowa przyrządzana przez różnych kucharzy musi czymś się różnić, tak i tu babka babce nie była równa, ale wszystkie były warte grzechu obżarstwa. Wsparte szeroką paletą pierogów, w tym wegańskich, z białostockiego lokalu o bezpretensjonalnej nazwie Pani Pierożek, tak nam dogodziły, że po raz pierwszy w historii wspólnych wyjazdów nikt nie zgłosił uwag krytycznych do żadnego z zamówionych dań. Puszcza Knyszyńska okazała się rajem smakosza.

Gdy wyjechaliśmy na skraj nadsupraskich łąk słońce chyliło się ku zachodowi. Jego pomarańczowo kula wisiała tuż ponad koronami drzew. Robiło się coraz chłodniej. Na sygnał instruktora ruszyliśmy najpierw kłusem, a potem galopem. Jechałem w ariergardzie naszej grupy i, zwłaszcza na zakrętach, widziałem przed sobą wszystkich jeźdźców. Drogę wśród łąk pokrywała wąska lecz gęsta warstwa mgły. Sięgała końskich brzuchów, skrywając ich nogi. Płynęliśmy wśród morza mgły niczym okręty!
Te wspomnienia studenckich obozów jeździeckich w Puszczy Knyszyńskiej odżyły gdy spacerując po Supraślu dotarliśmy na przedpole monastyru do rozległej łąki zajętej przez pastwisko, ujeżdżalnie i stajnie klubu jeździeckiego Victoria. Korzenie aktywności jeździeckiej w miasteczku sięgają lat 90-tych XX wieku. Odwiedzałem wtedy Supraśl służbowo będąc częstym gościem Zarządu Parku Krajobrazowego Puszczy Knyszyńskiej. Tak wówczas jak i dzisiaj mieścił on się w uroczym dworku usytuowanym na skarpie między rzeką Supraśl, a zespołem klasztornym. Dworek zbudował w początku XIX wieku unicki biskup supraski, a później był on używany przez administratora dóbr fabrykanckiej rodziny Zachertów. Prócz podziwiania jego architektury miałem okazje poznać zespół pracujących tam wówczas ludzi. Była to niezwykle ciekawa i energiczna grupa. Prawdziwy rozsadnik pomysłów na rozwój Supraśla i jego okolicy. Jeśli się nie mylę przyczynili się do rozwoju supraskiego jeździectwa. Bez wątpienia natomiast znaleźli się wśród pomysłodawców Uroczyska – corocznego kilkudniowego wydarzenia reklamowanego jako spotkania z naturą i sztuką. Im więcej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonany, że o atrakcyjności Supraśla decyduje nie tylko położenie i architektura, ale i ludzie, którzy wcielając w życie swoje pomysły czynią wizytę w tym miejscu tak ciekawą.

Konie klubu jeździeckiego Victoria