Kategorie
Niemcy

Gdzie tańcują czarownice, czyli czy Orłowicz miał skłonność do przesady

„W dni powszednie specjalne pociągi turystyczne przyjeżdżały tu rzadziej, w niedziele i święta prawie co kilka minut. Jedne z nich przyjeżdżały na końcową stację – Karpacz, drugie na inną końcową stację – Szklarska Poręba. Większość wychodziła z Berlina, mniej – z miast saskich, czyli z Drezna, Lipska, Chemnitz albo Hale. Z każdego pociągu wysypywało się jakieś 500 albo 600 podróżnych. W rezultacie przyjeżdżało na każdą stację po 20 takich pociągów, z których wysiadało w Karpaczu i Szklarskiej Porębie po 12 tysięcy turystów w przybliżeniu. Cała ta gromada rzucała się w Karkonosze, projektując do wieczora zrobić długą grzbietową wycieczkę z Karpacza do Szklarskiej Poręby, lub ze Szklarskiej Poręby do Karpacza w zależności od miejsca przybycia. Myliłby się ten, kto idąc wówczas w Karkonosze spodziewał się, że zazna tu spokoju. Bynajmniej. Były to góry najbardziej hałaśliwe, jakie widziałem w życiu. Połowa Niemców przychodziła tu na całe niedziele po prostu tylko w tym celu, żeby wykrzyczeć się do spuchnięcia gardła, wypić kilkanaście halb piwa, o ile możności prosto z lodowni, i zjeść po kilka par parówek albo po kilka porcji gulaszu. (…)

Odległość od schroniska do schroniska wynosiła na ogół nie więcej niż jeden kilometr. Było ich na całej trasie bardzo dużo. (…) Zanim doszło się do schroniska ukrytego przeważnie w lesie, dodawały ducha do dalszego marszu zachęcające turystę napisy w rodzaju; „Jeszcze 10 minut do najbliższego pilznera” (…) Turysta idący w stanie zziajania był co 2 minuty krzepiony na duchu napisami na ławeczkach, ile jeszcze minut dzieli go od najbliższej bomby piwa albo najbliższej pary parówek z musztardą. I jakże tu nie wyciągać nóg, by przyspieszyć o minutę błogą chwilę, gdy zasiądzie się przy tacy parówek podawanych na podstawkach z masy papierowej i gdy pociągnie się tęgi haust pilznera, (…). I tak idąc od schroniska do schroniska i od ławeczki do ławeczki nawet nie zauważało się przybycia do Karpacza czy Szklarskiej Poręby i tura była skończona, a 15 bomb pilznera wypitych. W głowie trochę szumiało, ale za to świat wydawał się piękny, nawet w dni z ulewnym deszczem, a gulasz i parówki smakowite jak nigdy”.

Ta relacja Mieczysława Orłowicza opisująca odbytą w roku 1908 wycieczkę w Karkonosze na lata ukształtowała opinię polskich środowisk turystycznych o zagospodarowaniu i stylu uprawiania turystyki górskiej w Niemczech. Równocześnie budowała ona poczucie wyższości naszego turysty nad niemieckim. Wszak tam gdzie swojski górołaz idzie, tam niemiecki jedzie; gdy u nas schroniska oddalone są o dzień drogi, tam o kilometr; gdy Niemiec gasi pragnienie piwem to Polak źródlaną wodą, gdy ten pierwszy stoi w kolejce za Bockwurstem, ten drugi zbiera chrust na rozpalenie ogniska, na którym uwarzy strawę. Mało kto zwracał uwagę na przesadę w ocenach nestora polskiej turystyki – przy takim zagęszczeniu schronisk winno ich być w Karkonoszach 200, a wówczas było tylko 20. Nie zawracano sobie również głowy faktem, ze turystykę zaczęto uprawiać w Karkonoszach ponad 100 lat wcześniej, podczas gdy w Karpatach Wschodnich, które były punktem odniesienia dla Orłowicza i jego towarzyszy z Akademickiego Klubu Turystycznego, jej historia obejmowała raptem kilka lat. Słowem abstrahowano od faktu, że turystyka w Niemczech była rozrywką masową mającą już znaczenie gospodarcze, podczas gdy na ziemiach polskich ciągle była zabawą stosunkowo wąskiego grona elit o odkrywczo-romantycznym podejściu do obszaru swych wędrówek.

Udało mi się poznać góry wschodniej części Niemiec jeszcze w latach 70-tych XX wieku. Odwiedziłem wtedy zachodnią część Rudaw (Erzgebirge), Las Turyński i Harz. Oprócz podstawowej różnicy, że szlaki w górach znakowało się nie kolorowym paskiem a kółkiem oraz, że dystans na drogowskazach był pokazany w kilometrach, a nie w czasie potrzebnym do jego pokonania, w oczy rzucał się brak turystów na szlakach. Turystów w wydaniu plecakowym, bo spacerowiczów na parkopodobnych ścieżkach blisko miast jednak się spotykało. Istniejące w górach schroniska i gospody zostały zlikwidowane, za wyjątkiem tych, które przekazano związkom zawodowym lub młodzieżówce wschodnioniemieckiej partii komunistycznej (FDJ) na ośrodki wypoczynkowe. Przy panującej w byłej NRD kulturze kolektywistycznej indywidualne wałęsanie się po górach było wręcz podejrzane, grupowe zaś w oparciu o swoje obiekty mogły organizować tylko wyżej wymienione organizacje. Prawda, że nie miałem okazji zdobyć najwyższych szczytów w granicach tego Państwa, bo choć w owych czasach nikt nie nazywał ich Koroną gór, to jednak nigdy i nigdzie nie brakowało ludzi kolekcjonujących wszelkie naj, w tym zaliczających kolejne rekordy wysokości. Jednak Fichtelberg (1214 m npm) w Rudawach był zbyt daleko, zwłaszcza dla osób niezmotoryzowanych, od miejsca naszego pobytu w Klingenthal. Natomiast Brocken (1142 m npm) w Górach Harzu był obszarem zamkniętym, otoczonym murem, za którym specjalny oddział Armii Czerwonej oraz grupa wschodnioniemieckiej bezpieki Stasi, zajmowały się obserwowaniem zgniłego zachodu oraz przechwytywaniem informacji o zbliżającym się ataku NATO.

Widok na Brocken z Wernigerode

Przy dobrej pogodzie szczyt ten widać było wyraźnie z położonego u podnóża gór miasta Wernigerode, gdzie mieliśmy swoją bazę. Cóż, trzeba było jednak wtedy obejść się tylko widokiem bądź opisem zawartym w przedwojennych przewodnikach. Z pewnym poczuciem niespełnienia opuszczałem więc wówczas Góry Harzu. Wracając po 40 latach byłem ciekaw nie tylko jak zagospodarowano odzyskany dla turystyki szczyt, ale też jak zmieniła się turystyka w górach byłej NRD. Za bazę znowu wybraliśmy Wernigerode. Nocleg znaleźliśmy w pensjonacie Ginko, pod samym lasem (ważne ze względu na potrzeby czworonożnego uczestnika wyjazdu), w dzielnicy zabudowanej ponad stuletnimi willami w stylu kurortowym. Można się było poczuć jak w Sopocie, brakowało wprawdzie szumu morza, ale w zamian dostawało się widok na Brocken najeżony wieżami zainstalowanej tam infrastruktury. Pensjonat mieścił się w willi o zastanawiającej nazwie Bogdanowo starannie wypisanej alfabetem gotyckim ponad drzwiami wejściowymi.

Teren spacerów z Harrym

W ramach przygotowań do wycieczki na Brocken zaplanowaliśmy kilka coraz dłuższych spacerów. Harz to jedne z najstarszych, geologicznie rzecz ujmując, gór w Europie. Dał on nazwę orogenezie hercyńskiej – ruchom górotwórczym, które miały miejsce jakieś 300-360 mln lat temu. Góry mają tu strome zbocza i płaskie wierzchołki. Pomiędzy poszczególnymi gniazdami górskimi ciągną się rozległe płaskowyże pokryte łąkami, gdzie krajobraz przypominałby nasze Mazury czy Pojezierze Pomorskie, gdyby nie widoczne na horyzoncie znacznie wyższe szczyty, najczęściej te znajdujące się w gnieździe Brockenu. Większe miejscowości jak Wernigerode czy Goslar położone są stosunkowo nisko, całodzienna wycieczka z tej pierwszej miejscowości na Brocken oprócz pokonania 16 km wymaga też zmierzenia się z przewyższeniem blisko 900 metrów. Chyba, że skorzysta się z opisanych dalej ułatwień.

W ramach przygotowań weszliśmy na Große Auerberg (580 m npm) aby obejrzeć wieżę widokową w formie podwojonego krzyża. Obiekt wzniesiony w latach 90-tych XIX wieku konstrukcyjnie naśladuje wieżę Eiffela. Nam nie udało się nań wejść z powodu zbyt późnej pory przybycia, ale dzięki temu nie zaznaliśmy tłoku, a z drogi zejściowej na parking przy pobliskiej szosie i tak widać było odległy o 32 km Brocken. Celem kolejnej wycieczki była malownicza dolina rzeki Bode, która wyżłobiła wypływając z gór w okolicy miasteczka Thale głęboki na 150 metrów i obramowany wyniosłymi formacjami skalnymi jar. Po wschodniej stronie doliny wznosi się wzgórze Hexentanzeplatz (454 m npm), a po zachodniej Rosstrappe (403 m npm). Obydwie nazwy są opisowe, pierwsza oznacza Miejsce Tańca Czarownic, bo tu właśnie miały one zbierać się przed odlotem na Brocken, druga to, w dowolnym tłumaczeniu, Koński Ślad odbity w skale przez rumaka legendarnej księżniczki Brunhildy uchodzącej przed olbrzymem Bodo. Dzielne zwierzę przeskoczyło cały liczący, bagatela, ze 200 metrów szerokości jar, a olbrzym nie dał rady i wpadł w przepaść. My wybraliśmy drugie ze wzgórz, które jest w mniejszym stopniu zagospodarowane niż jego vis-a-vis po przeciwnej stronie doliny. W mniejszym znaczy, że nie ma tam pawilonu wystawowego z malarskimi ilustracjami nocy Walpurgii czy teatru górskiego oraz odlanych z metalu figur wiedźm i diabłów. Reszta już porównywalna: hotele, restauracje, parkingi i stacje kolei linowych/krzesełkowych. Ale już zejście z Rosstrapppe na dno doliny oraz spacer w jej górnej części, ponad gościńcem Koenigsruhe ładnymi, naturalnymi ścieżkami, przez malowniczy las dolnoreglowy z pięknymi widokami i umiarkowanym ruchem turystycznym można, z czystym sumieniem, polecić osobom szukającym w górach spokoju i harmonii z naturą.

Ostateczną próbą było wejście na Wurmberg (971 m npm), drugi pod względem wysokości w Harzu i najwyższy w zachodnioniemieckiej części szczyt tych gór. Podchodziliśmy z Braunlage, miejscowości typowo wypoczynkowej przypominającej nieco karkonoską Szklarską Porębą. Braunlage jest bazą, a Wurmberg areną największego w Harzu ośrodka narciarskiego. Liczne wyciągi oraz kolejka gondolowa przecinają zbocza góry. Wprawdzie we wrześniu pracuje tylko ta ostatnia, ale piechur musi się o tej porze roku wystrzegać straceńców zjeżdżających z góry na Monsterrollerach, czyli hulajnogach na grubaśnych oponach. Z ciekawostek pod samym szczytem przez długie lata funkcjonowała skocznia narciarska, której wieża sędziowska została, po zamknięciu obiektu, przekształcona na wieżę widokową. Drugą ciekawostką jest zbiornik wodny z fontanną pod samym szczytem wykorzystywany w zimie do naśnieżania stoków. Reszta typowa jak na Harz po wejściu/wjechaniu na szczyt trzeba przecie gdzieś zjeść i wypić.

Widok z Wurmbergu na Brocken
Fontanna pod szczytem Wurmbergu

Pisząc o wycieczce na Brocken nie sposób pominąć roli kolejki wąskotorowej (Brockenbahn) na ten szczyt. Tak, to nie pomyłka, na szczyt wiedzie regularna linia kolejowa o rozstawie szyn 1000 mm. Buchające dymem lokomotywy ciągnące za sobą kremowo-czerwone wagony bez pomocy żadnej zębatej, trzeciej szyny są w stanie wdrapać się na wysokość 1125 m npm gdzie znajduje się stacja końcowa. Nachylenie trasy jest stałe i wynosi 3,3% przez co skład musi objechać szczyt 1,5 raza zanim osiągnie stację docelową. Trasa odgałęzia się od prowadzącej z Wernigerode do Nordhausen w Turyngii ponad 60 kilometrowej trasy Harzquerbahn. Trasa ma też odgałęzienie do Quedlinburga, a przed II wojna światową można też było nią dotrzeć do Walkenried u południowo-zachodnich krańców Harzu. Ta ostatnia linia została odcięta granicą wewnątrzniemiecką, a następnie zlikwidowana na początku lat 60-tych XX wieku. Odgałęzienie na Brocken zostało zamknięte dla ruchu osobowego i w latach 1961-1989 służyło tylko zaopatrzeniu szpiegowskiego garnizonu na szczycie. Motoryzacja w NRD rozwijała się wolniej niż u zachodniego sąsiada i kolejka przetrwała stając się z czasem samoistną atrakcją turystyczną. Za czasów pierwszego pobytu w Wernigerode, w roku 1980 przejażdżka kolejką dostarczała dodatkowego dreszczyku emocji gdyż trasa częściowo biegła przez strefę przygraniczną gdzie wysiadać mogły tylko osoby ze specjalnymi przepustkami. Zakaz ten był egzekwowany przez patrole Narodowej Armii Ludowej uzbrojone jak do walki z Amerykanami. Oficerowie tej armii nosili, zgodne z tradycją, bufiaste na udach spodnie wpuszczone poniżej kolan w wysokie buty. Na zaszytych wśród gór i lasów stacyjkach brakowało tylko Klosa z Brunnerem, aby poczuć się jak za okupacji.

Obecnie, w okresie letnim na szczyt dociera 5 składów z Wernigerode i dodatkowo 3 z Drei Annnen Hohne, które skomunikowane są z pociągami jadącymi od strony Turyngii. Nie są to częstotliwość budzące przerażenie Orłowicza, ale jednak w takim składzie mieści się około 200 osób co zapewnia szczytowym przybytkom gastronomicznym stały napływ gości. Na kolejkę można patrzeć jako na osiągnięcie techniczne lub Lewiatana wypluwającego zadeptujący góry tłum. Faktem jest jednak, że widok kolorowych wagoników i lśniącej od smarów lokomotywy wywołuje same sympatyczne reakcje. Jako, że na swej trasie linia przecina wiele dróg i ścieżek lokomotywka co chwilę używa sygnału, którego smętny odgłos dociera do najbardziej odległych zakątków gór, a dla mnie stał się dźwiękowym symbolem całej wycieczki. Nas kolejka dowiozła do stacji w leżącej najbliżej Brockenu wsi Schierke skąd na szczyt mieliśmy jeszcze 6 kilometrów i 450 metrów przewyższenia. Wybranie tej opcji pozwala podziwiać położony powyżej stacyjki kompleks skalny zwany Fauerstein. Harz obfituje w wychodnie skalne, ale ta jest chyba najbardziej znana, gdyż jej wizerunek zdobi etykietkę ziołowego likieru miejscowej produkcji.

Jednak Fauerstein nie byłby tak dobrze widoczny gdyby nie wycięto martwego lasu świerkowego na jego przedpolu. Harz jest bowiem miejscem katastrofalnej gradacji kornika. Tutejsze monokultury świerkowe, dodatkowo osłabione przez kwaśne deszcze, nie były mu się w stanie oprzeć. Ogromne połacie zboczy, np. zachodnie stoki Brockenu pokryte są sterczącymi w niebo suchymi pniami. Gdzie indziej, zwłaszcza na obrzeżach Parku Narodowego Harzu prowadzi się ich wyrąb i wywózkę. Równocześnie zakłada się bierną renaturalizuję lasów, które na tych wysokościach w znacznie większej części powinny być budowane przez drzewa liściaste np. buki. W wielu miejscach widzieliśmy tablice, na których administracja leśna tłumaczyła powody takiej katastrofy oraz przybliżała przyjętą strategię działania. Ogłoszenia podobnej treści podawane były także w wagonikach kolejki jadącej na Brocken. Takie starania dotarcia do świadomości osób odwiedzających góry muszą budzić szacunek. Każda okazja, czas i miejsce są dobre, aby się czegoś nauczyć. W tym przypadku zarządzania przyrodą w sposób zrównoważony.

Skała Fauerstein w Schierke
Kolejka zjeżdża z Brockenu do Wernigerode

Patrząc na mapę turystyczna Harzu można doznać oczopląsu. Wylicza ona 50 (tak, tak!) rodzajów szlaków pieszych, wyznaczanych przez kilkanaście organizacji, każdy ze swoim systemem znakowania. Dodajmy do tego 20 rodzajów szlaków rowerowych i oraz szlaki do turystyki konnej, narciarskiej czy nordic-walking. Niezły galimatias! Na szczęście w realu jest znacznie prościej. Oznakowanie spotyka się rzadko, a jeśli już to na wbitych wzdłuż drogi drewnianych słupkach lub na drogowskazach. Te ostatnie są na każdym skrzyżowaniu czasem nawet w zbyt dużej ilości. Trzeba tylko znać potoczne nazwy ścieżek, bo kierunkowskaz może wskazywać trasę do określonego celu, ale różnymi drogami! Przydatna jest też znajomość nazw punktów pośrednich. Wskazanie odległego punktu docelowego jest raczej wyjątkiem niż normą i to tylko na głównych drogach dojściowych. Wybrawszy ciekawsze, acz dłuższe zejście z Brockenu do Wernigerode ani razu nie natknęliśmy się na drogowskaz z nazwą tego miasta.

Nasze wejście na kulminację Harzu odbyło się więc początkowo wzdłuż gruntowej Glasshuttenweg, a następnie po Brockenstrasse – regularnej asfaltowej ulicy zbudowanej niegdyś dla potrzeb szczytowego garnizonu. Tłum pieszych i rowerzystów gęstniał z każdą minutą marszu w kierunku szczytu. Na Brocken wiodą tylko dwie drogi dojściowe z czego zdecydowanie popularniejsza jest południowa zbierająca ruch także ze wschodu i zachodu. Co najmniej co piąty człowiek na tej drodze był rowerzystą. Po osiągnięciu podszczytowego płaskowyżu tłum nagle się rozpierzchł. Mogło to być rezultatem przenikliwego, wilgotnego wiatru smagającego pozbawione lasu szczytowe partie Brockenu, lecz faktem jest, że było gdzie schronić się przed tą niedogodnością. Szczyt jest wyjątkowo gęsto zabudowany: mamy więc stację kolejową z wszelkimi towarzyszącymi usługami, hotel wraz z kompleksem gastronomicznym, muzeum Brockenu z informacją turystyczną, wieżę przekaźnikową radia i telewizji oraz budynek stacji meteorologicznej. Oprócz stacji kolejowej są to obiekty wielopiętrowe z platformami widokowymi w górnej części. Małą architekturę reprezentują XIX wieczny schron turystyczny, stos kamieni wyznaczających najwyższy punkt Harzu czy upamiętnienia wizyt na szczycie Goethego i Heinego. Ten ostatni uwiecznił wycieczkę z 1824 roku słowami „Viele Steine, müde Beine, Aussicht keine, Heinrich Heine” (Wiele kamieni, bolące nogi, zero widoków) nakreślonymi w, wówczas już prowadzonej, księdze wejść na szczyt. W narzekaniu na brak widoków poeta nie mógł być odosobniony. Statystycznie, przez 300 dni w roku szczyt ginie w chmurach i mgle. My mieliśmy więcej szczęścia nie na tyle jednak by zobaczyć większość z miejsc wskazanych na wpuszczonych w grunt metalowych tabliczkach kierunkowych.

Glasshuttenweg w kierunku Brockenu
Przejazd kolejowy przez drogę na Brocken
Skałki Renneklippen ponad Wenigerode

„Jeśli wejdziesz między wrony tedy krakaj jako ony”. A jeśli wejdziesz na Brocken tak jak wszyscy inni kieruj się w kierunku baru pod chmurką (do restauracji stoi kolejka, a i tak nie wpuszczają tam z psem). Wzmocnieni Bockwurstem w bułce i kubeczkiem gorącego grogu śpiesznie opuściliśmy szczyt wybierając drogę ku północy. Z wagonika zjeżdżającej ze szczytu kolejki pomachał do nas gość, który kilka godzin wcześniej razem z nami wyjechał z Wernigerode. Droga zwała się Heineweg i była wyłożona betonowymi, perforowanymi płytami. Zejście z niej na gruntowe drogi prowadzące ku wschodowi przez dolinę strumienia Ilse i dalej ku Wernigerode oznaczało koniec towarzystwa ludzkiego oraz ciszę przerywaną tylko głosami ptaków i przejmującym świstem dalekiej lokomotywy. Od rozdroża Molkenhausstern teren się wypłaszczył, a lasy były mniej zniszczone przez kornika. Końcowe zejście stromą ścieżynką wzdłuż kaskad małego strumienia do doliny Holtemme swoją malowniczością zadowoliłoby każdego karpackiego konesera. Z pierwszymi kroplami deszczu dotarliśmy na skraj Wernigerode. Mieliśmy szczęście! Ostatni kursowy autobus do centrum miasta wyruszał za 5 minut.

Harz to dziwne góry. W częściach szczytowych są znacznie bardziej ucywilizowane i nasycone infrastrukturą niż w partiach niższych i bliższych siedzibom ludzkim. Dzięki temu jednak zarówno miłośnik zdobywania korony gór i poznawania jak zmienia się smak piwa wraz z wzrostem wysokości nad poziom morza, jak i miłośnik samotnych wędrówek i podpatrywania ptaków znajdzie w nich coś dla siebie. To prawda, że momentami bywało tam tłoczno, ale ani przez moment nie czuliśmy się niezręcznie czy niebezpiecznie. Turyści są życzliwi wobec siebie i wyglądają na dobrze przygotowanych do przebywania w górach. Nawet zjeżdżający z Wurmberga na monsterreollerach miłośnicy adrenaliny zwalniali i pozdrawiali nas przyjaznym Tschüs! Nie zaobserwowaliśmy też żadnych napięć na linii piesi – użytkownicy dwukołowców czy przejawów niechęci wobec właścicieli psów. Te ostatnie muszę wędrować po parku narodowym na smyczy w okresie marzec-lipiec i w pozostałych miesiącach, o ile należą do ras myśliwskich i gończych. Pozostałe można spuścić z uwięzi jeśli się nad nimi panuje. Dla pewności jednak wszystkie idą grzecznie na smyczy. Turystyka górska w Niemczech ciągle jest bardziej skomercjalizowana niż w Polsce, ale tłokiem na górskich szlakach na pewno już Niemcom dorównujemy. I zdaje się, że gdyby Orłowicz miał szansę wyprawić się obecnie w Tatry czy Bieszczady jego doznania mogłyby być wielce podobne do tych spisanych przed ponad wiekiem po wycieczce w Karkonosze.

Kategorie
Polska

Wyspa Najświętszej Marii Panny

Ciekawe ilu mieszkańców zachodniopomorskiego Wałcza potrafiłoby, bez pomocy Google maps, zlokalizować na mapie Kwidzyn. Na pewne jeszcze mniejsza liczba mieszkańców tego grodu potrafiłaby odpowiedzieć na pytanie co łączy obydwa miasta. Zważywszy na położenie w różnych częściach Polski odpowiedź, rzeczywiście, może nie być prosta. Jeśli jednak pójść za tropem niegdysiejszej przynależności państwowej znajdziemy się na ścieżce wiodącej ku satysfakcjonującej odpowiedzi. I Wałcz i Kwidzyn należały od 1772 roku do jednego państwa: Królestwa Prus, Cesarstwa Niemieckiego i w końcu III Rzeszy. Co więcej należały też przez ponad 100 lat do jednej jednostki administracyjnej – rejencji (odpowiednik obecnego województwa), a stolicą tejże było miasto Kwidzyn. Załatwienie spraw formalnych w stolicy rejencji, zważywszy na ponad 200 km dystans dzielący te miasta, musiało być dla ówczesnych wałczan prawdziwym wyzwaniem. Na mniej lub bardziej dogodne połączenie kolejowe mogli liczyć dopiero od lat 80-tych XIX wieku.


W Niemczech lokowanie funkcji administracyjnych, naukowych i kulturowych w mniejszych miastach ma długą tradycję. Kraj pozostając przez wieki podzielony na udzielne księstwa i wolne miasta ustanawiał w ich stolicach urzędy nowoczesnego państwa mimo, że inne ośrodki miejskie w epoce industrializacji, pary i elektryczności osiągały znacznie większe rozmiary. Nawet we współczesnej RFN na 13 landów, które nie są miastami, w 5 stolice nie są ulokowane w największych miastach. Tak więc  Kwidzyn od roku 1815 był stolicą rejencji. Daleki Wałcz był porównywalnej wielkości, ale znacząco większe Toruń i Grudziądz też musiały się pogodzić ze swoją podległością wobec miasta nad Liwą. Jeszcze większą role odgrywał Kwidzyn w niemieckim systemie wymiaru sprawiedliwości. Funkcjonował tam mianowicie Wyższy Sąd Krajowy (Oberlandesgericht), czyli odpowiednik dzisiejszych sądów apelacyjnych. Nawet składający apelację od wyroku sądu krajowego w Gdańsku musieli pofatygować się przed oblicze kwidzyńskiej Temidy. Po zmianach granic w wyniku I Wojny Światowej tak Wałcz jak i Gdańsk uniezależniły się od Kwidzyna, ale z podległością musiało się pogodzić kolejne większe miasto, a mianowicie Elbląg. 

Kwidzyński zamek z wieżą latrynną – gdaniskiem
Mapa rejencji kwidzyńskiej

Taki stan rzeczy skutkował nadreprezentacją w mieście urzędników i osób z wyższym wykształceniem. Zasilali oni znaczącą liczbę instytucji funkcjonujących w budynkach o budzącej respekt oficjalnej architekturze. Jako, że klasa ta miała swoje specyficzne potrzeby w mieście funkcjonował teatr i liczne szkoły kształcące kolejne pokolenia urzędników. Prusy były państwem urzędniczo-wojskowym więc jednymi z najbardziej wyrazistych budynków w mieście były koszary stacjonujących tu jednostek wojskowych. Interesanci urzędów, przybywający do Kwidzyna z odległych miejscowości musieli się gdzie posilić i odpocząć. Stąd w mieście było wiele restauracji, kawiarni i hoteli. Kiedy w 1982 roku, czyli 37 lat po utracie jego dawnej pozycji, po raz pierwszy odwiedziłem to miasto już w kilka godzin po opuszczeniu pociągu odniosłem wrażenie swoistego przeskalowania. Choć liczba mieszkańców znacząco przekroczyła już przedwojenną, to ulice i stojące przy nich budynki ciągle zdawały się być zbyt duże jak na ich potrzeby.


Zanim stał się ważnym ośrodkiem administracji państwowej Kwidzyn był, od roku 1243, centrum utworzonej przez Krzyżaków diecezji pomezańskiej. Stąd jego najważniejszym zabytkiem jest gotycka katedra. Sama w sobie pokaźnych rozmiarów (długa na 86 metrów, z wieżą wysokości 59 metrów) złączona z równie okazałym zamkiem kapituły pomezańskiej przytłacza rozmiarami swoje sąsiedztwo. Jako, że wznosi się na krawędzi doliny Wisły, w głąb której wysuwa długi na 55 metrów zadaszony korytarz wiodący do wieży latrynnej (gdaniska), szczególnie imponująco wygląda od strony zachodniej. Do czasu zbudowania, przed 40 laty, kompleksu zakładów celulozowo-papierniczych nie miała konkurencji jako widoczna z daleka dominanta krajobrazowa. Do północnej ściany katedry dobudowana jest kaplica grobowa starosty kwidzyńskiego i prabuckiego Ottona Friedricha von der Groben. Witalność pruskiego arystokraty przejawiała się nie tylko w liczbie trzech żon, osiemnaściorga dzieci i nieokreślonej ilości kochanek, ale też w nieodpartej żądzy przygód. W służbie Hiszpanii i Wenecji walczył z Turkami, pod flagą Wielkiego Elektora Fryderyka Wilhelma zakładał brandenburskie kolonie na wybrzeżu Zatoki Gwinejskiej, pod koniec życia w służbie króla Polski Auguta II Mocnego dosłużył się rangi generała-pułkownika. Jurność von Grobena znalazła odbicie w zewnętrznym wystroju rzeźbiarskim kaplicy. Na krawędzi dachu oddano go w godnej Dekamerona pozycji miłosnej podczas gdy po bokach dwie żeńskie postacie (żony?) wznoszą modły za jego grzeszną duszę. Z drugiej, północnej strony katedry, nad przedsionkiem można zobaczyć czternastowieczną mozaikę z wizerunkiem męczeństwa św. Jana oraz adorującego go biskupa wykonaną przez artystów ze szkoły weneckiej, przypuszczalnie tych samych, którzy pracowali nad olbrzymią figurą Najświętszej Marii Panny na wschodniej fasadzie zamku malborskiego.

We wnętrzu katedry prócz ciekawych  nagrobków, ołtarzy czy jaskrawo kolorowych osiemnastowiecznych konfesjonałów najciekawsze są pochodzące z końca XIV wieku malowidła ścienne. Biegną one, trzymetrowej wysokości pasem, przez całą długość obydwu naw bocznych kościoła. Stanowią wizualizację Złotej Legendy Jakuba de Voragine oraz wizji świętej Brygidy Szwedzkiej. Osobiście najbardziej mnie ucieszyło, że mój patron św. Krzysztof znalazł się na dwóch scenach, ale pewnie więcej zaciekawienia wywołuje wizerunek brodatej kobiety – św. Wilgefortis, zwanej na tych terenach Kummernis. Malowidła zostały zamalowane wraz z nastaniem reformacji, a rekonstrukcja w latach 60-tych XIX wieku pozbawiła je nieco  dawnej wyrazistości, ale wizerunek odzianego w długie szaty brodacza na krzyżu dekonspirują zrzucony z jednej stopy bucik oraz figura skrzypka u podnóża krzyża, będące atrybutami właśnie tej świętej. Drzwi do kaplicy von Grobena obite są blachą, na której w połowie XIX wieku wytłoczono sceny zwycięskich bitew przeciw Turkom oraz hołdu oddanego podróżnikowi przez tubylczą ludność wybrzeża Zatoki Gwinejskiej. Całość uzupełnia już niebudząca kontrowersji inskrypcja „Disce  vivere ut scias mori” czyli „Ucz się żyć, abyś rozumiał umierania”. Niestety poza te drzwi nie udało nam się zajrzeć, przez co wspaniały barokowy nagrobek starosty i generała-pułkownika znamy tylko z opisów i fotografii. Za to, odpłatnie i z przewodnikiem obejrzeliśmy część zaołtarzową katedry, gdzie znajduje się cela, w której skończyła swój świętobliwy żywot błogosławiona Dorota z Mątowów oraz krypta Wielkich Mistrzów Zakonu Najświętszej Marii Panny. Poszukując doczesnych szczątków błogosławionej w podziemiach katedry natrafiono na szkielety trzech mężczyzn pochowanych w bogatych szatach. Spoczywających tu krzyżackich Wielkich  Mistrzów łączy pewna niedoskonałość ich losów. Werner von Orseln został zasztyletowany w 1330 roku przez niezadowolonego z jego decyzji współbrata, Ludolf Koenig von Wattzau został odsunięty od władzy w rezultacie choroby psychicznej, a Henryk von Plauen, choć obronił Malbork przed wojskami Jagiełły w 1410 roku, uchodził za osobnika wyawansowanego przypadkiem z niskiego stanowiska komtura w Świeciu i w dodatku osobę trudnego charakteru. Przez szklaną taflę odwiedzający mogą obejrzeć brodate manekiny w kolorowych szatach. Wszystko to nieco kontrowersyjne wizualnie, ale ubarwione ciekawą narracją przewodnika na pewno podoba się licznym krajowym i zagranicznym turystom. 

Z katedrą sąsiaduje kwidzyński rynek choć przez długie 65 lat po wojnie trudno się było domyślić tego faktu. To znaczy, przez pierwsze 2,5 miesiąca od zajęcia miasta przez Armię Czerwoną był  to prawdziwy rynek i serce miasta z ratuszem z czerwonej cegły, którego wieża starała się konkurować wysokością z wieżami katedry i zamku. Pierwsi polscy osadnicy zapamiętali następujący obraz dzielnicy staromiejskiej: „Miasto było zadbane, wszędzie kaskady wiosennej zieleni. Pamiętam, że naprzeciwko katedry była piękna apteka. Na ulicy Braterstwa Narodów, do samej katedry stały domy, pięknie oszklone sklepy. W części z nich znajdowały się takie grube, wypukłe szyby. I zaraz potem wszystko to zostało spalone”. W dziesiątą rocznicę zdobycia miasta przez Armię Czerwoną przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej opisał okres tuż powojenny w następujący sposób: „Najpierw Kwidzyn stał  się szpitalem, bo był pięknym miastem i pustym, ale złośliwość nielicznej grupy pozostałych  Niemców i bezmyślność maruderów wojennych powoduje, że cała śródmiejska, bogata dzielnica handlowa wraz z zabytkowym ratuszem staje się łupem płomieni”. Ci maruderzy to rekonwalescenci wielkiego frontowego szpitala w jaki Armia Czerwona zamieniła miasto. Złośliwi Niemcy to garstka staruszków i kobiet z dziećmi zbyt małymi, by ryzykować zimową ucieczkę przed frontem. Grupa druga stanowiła raczej ofiarę grupy pierwszej i a ich czlonkowie na pewno nie bawiłli się razem zapałkami. Wojskowe władze sowieckie nie pomagały w gaszeniu ognia, ale broniły przed nimi okolice zajmowanych przez siebie obiektów. W ten sposób większość gmachów publicznych, zajętych na szpitale, ocalała z pożogi.


W każdym razie ruiny zostały rozebrane, cegła z odzysku została wysłana do odbudowującej się Warszawy, a gruz nie nadający się do odzysku jeszcze 10 lat po wojnie zawalał chodniki, place i ulice. Kaprysowi wojewódzkiego konserwatora zabytków, który w podstawie ratuszowej wieży dopatrzył się reliktów starszej budowli, zawdzięczał Kwidzyn, że prócz jednej zachowanej kamienicy pustkę po południowej stronie katedry przez długie lata urozmaicał jeno dwukondygnacyjny ceglany obelisk. Na przełomie lat 60-tych i 70-tych XX wieku po południowej i wschodniej stronie rynku powstało osiedle mieszkaniowe Stare Miasto. Stanowiło ono architektoniczne zaprzeczenie koncepcji tradycyjnego, a zwłaszcza średniowiecznego, miasta. Podobne osiedla wyrastały w wielu małych i średnich miastach tzw. Ziem Odzyskanych np. w Malborku. Szczęśliwie zaprojektowano je jeszcze za pierwszego sekretarza PZPR Gomułki, bo za jego następcy Gierka miasto mogło liczyć już tylko na większe, pięciokondygnacyjne bloki z prefabrykatów. Dopiero w drugiej dekadzie XXI wieku Towarzystwo Budownictwa Społecznego zabudowało dwie pozostałe pierzeje rynku kamienicami naśladującymi zewnętrznie te sprzed ponad 70 lat. Kwidzyn ma więc znowu rynek, niestety jego miastotwórcze funkcje zostały zapomniane, a centrum z miejskimi usługami i pokusami przeniosło się na dalsze ulice. Z czasem pewno pojawią się pomysły jak przywrócić życie temu miejscu, ale póki co jest tu raczej sennie, nawet w środku dnia.

Kwidzyn kultywuje pamięć plebiscytu z 1920 roku oraz działalności mniejszości polskiej w Prusach Wschodnich. Tymczasem ostoją polskości był raczej sąsiedni powiat sztumski gdzie na listę polską padło bez mała 20% głosów – najwięcej na całym obszarze plebiscytowym. Natomiast Kwidzyn jako stolica regionu był siedzibą licznych organizacji polskich oraz centrum agitacji propolskiej chociaż ludność polska stanowiła tylko nieco ponad 2% przedwojennej liczby mieszkańców. Tu  urzędowała też komisja międzysojusznicza ds. rządu i administracji pod przewodnictwem Włocha – gen. Pavio. Po ewakuacji wojsk niemieckich do Kwidzyna przybył batalion wojsk włoskich. Obecność zagranicznych komisarzy oraz wojska nie spełniła oczekiwań Polaków oraz nie uzasadniła obaw Niemców. W okresie kampanii przedplebiscytowej odwiedziło miasto pewnie więcej cudzoziemców, w tym Polaków, niż przez całe poprzednie stulecie. Nie zmieniło to faktu, że w powiecie kwidzyńskim za przynależnością do Niemiec opowiedziało się ponad 92% głosujących. W okresie plebiscytowym w mieście powstał, a następnie aż do 1939 roku kontynuował działalność konsulat Polski. Jednak siedziba władz okręgu Związku Polaków w Niemczech znajdowała się, ze względów demograficznych, w Sztumie. Kwidzyn natomiast posiadał jedno z dwóch w Niemczech polskich gimnazjów. Chociaż działało ono tylko przez dwa lata szkolne zostawiło po sobie wspomnienie swoistych polskich Aten. Nawiasem mówiąc jego lokalizacja we wschodniej części miasta „za torami” w momencie jej przyznania uważana była za szykanę, ale wkrótce okazało się, że ta dzielnica rozwijała się najszybciej aż do wybuchu wojny. Budynek szkoły zachował się, nadal pełni swa pierwotną funkcje i wyróżnia się elegancką, modernistyczna architekturą. Symbolem Związku Polaków w Niemczech był znak graficzny zwany Rodłem. W dzisiejszym Kwidzynie nazwę tą nosi jedno z rond, spółdzielnia usługowo-produkcyjna, a także klub piłkarski. 

A gdzie znajduje się tytułowa Wyspa Najświętszej Marii Panny? Nigdzie, a jednocześnie wszędzie. Krzyżacki założyciel miasta Herman von Balk nazwał je w 1233 roku Insula Sancte Mariae, co na niemiecki zostało przełożone jako Marienwerder. Werder we współczesnej niemczyźnie to wyspa rzeczna powstała z naniesionych prądem piasków. Żuławy Wiślane w czasach niemieckich nosiły zbiorczą nazwę Werder. Rzekomo  pierwotna lokacja miała miejsce na oddalonej 5 km na północ od współczesnego Kwidzyna Żuławie Kwidzyńskiej, a na obecne miejsce miasto przeniosło się później. Tyle, że śladów materialnych po tej osadzie nie znaleziono. Wszystkie zlokalizowane przedkrzyżackie grodziska budowano na wysokim wschodnim brzegu doliny Wisły. Kto zresztą chciałby budować na terenie zalewowym tworzyłby prawdziwe „zamki na piasku”. Natomiast gród ulokowany na wysokim brzegu, pociętym dodatkowo zbiegającymi w dolinę strumieniami, był naturalnie zabezpieczony przed atakami wroga, a mieszkańcy mogli w nim czuć się bezpiecznie, niczym na wyspie. Może zresztą w nazwie chodziło nie tyle o wyspowe ukształtowanie terenu, lecz o fakt pozostawania symboliczną wyspą chrześcijańską na morzu pruskiego pogaństwa? Polska nazwa wywodzona jest od nazwy pruskiego grodu Quedino, którego lokalizacja też nie jest jasna: czasem szuka się go w okolicy obecnej ulicy Starozamkowej, gdzie wznosiła się najstarsza siedziba biskupa pomezańskiego, a czasem jednak na wiślanej wyspie przy założeniu, że rzeka niegdyś płynęła bliżej miasta niż obecnie. Nawiasem mówiąc, współczesny Kwidzyn ulokowany jest na swoistym półwyspie, w wielkim kolanie rzeki Liwy. Płynie ona ku południowi stanowiąc wschodnią granicę miasta po czym skręca ku północy tocząc swe wody równolegle do Wisły i na tym odcinku jej bieg wyznacza zachodnią granicę Kwidzyna. Oparcie, na tak długim odcinku, granic miasta o barierę naturalną jaką jest rzeka jest w Polsce absolutną rzadkością.

Ciekawe, że miasto o tak bogatej historii, wybitnych zabytkach i, w porównaniu z innymi miastami wschodniopruskimi, umiarkowanie zniszczone w rezultacie II Wojny Światowej nie jest w jakiś szczególny sposób rozpoznawalne turystycznie. Przyczyną nie może być brak infrastruktury turystycznej: znaleźliśmy przyjemne miejsca zarówno na kawę i lody jak i elegancki obiad, a przy punkcie sprzedaży biletów do  katedry jest przyzwoicie wyposażona księgarnia turystyczna i sklep z pamiątkami. Miasto jest też znakomitym punktem wypadowym w okolicę bogatą w atrakcje. Nam udało się odwiedzić Prabuty, które chociaż mają na rynku fontannę Rolanda zdobiącą niegdyś otoczenie jednej z krajoznawczych ikon Berlina – kościoła Pamięci Cesarza Wilhelma i cieszą sie pięknym położeniem nad jeziorem, to jednak z punktu widzenia turysty są miastem martwym, gdyż ich najcenniejsze zabytki konkatedra i kaplica polska są zamknięte na klucz. Ciekawa była też wycieczka do pozostałości mostu kolejowego wiodącego przez Wisłę do Opalenia czy portu rzecznego w Korzeniewie z XIX wiecznym wodometrem zamienionym na kaplicę. Największe wrażenie zrobił na nas jednak XVI wieczny dwór obronny mieszczący obecnie pensjonat i restaurację w Podzamczu. Obiekt jest obronny nie tylko ze względu na architekturę, ale i położenie na samej krawędzi doliny Wisły. W pokojowych czasach oznacza to piękne widoki na nizinę między Liwą a Wisłą, wzgórza z drugiej strony rzeki oraz położony nad nią gniewski zamek. Moje osobiste wytłumaczenie niskiej rozpoznawalności Kwidzyna jest takie, że turystyka nie jest najważniejszym źródłem dochodów miasta. Wielkie zakłady celulozowo-papiernicze oraz kilka innych prężnych przedsiębiorstw dostarczają mieszkańcom pracy, a miastu podatków. Władze lokalne nie muszą się więc nadmiernie koncentrować na promocji i rozwoju sektora turystycznego. A mieszkańcy, może po prostu, patrząc na najazd turystów na sąsiedni Malbork życzą sobie więcej spokoju. 

Czyli Wyspa Najświętszej Marii Panny i w tym obszarze wykazuje swą wyspową naturę.

Kategorie
Holandia

Czy w Holandii są zamki?

„Holandia jest to kraj cwany, 

Van Houten i tulipany, 

Ale gdzie pogrzebano psa? 

Jest to żarówka Philippsa!”

Melchior Wańkowicz utraciwszy w połowie lat 20-tych XX wieku posadę ministerialną postanowił zarabiać piórem, a powyższy czterowiersz sprzedany jako slogan reklamowy właścicielowi warszawskiego sklepu oferującego lampy i żarówki stał się początkiem jego błyskotliwej kariery literackiej. Van Houten to nazwa firmy, która w XIX wieku zrewolucjonizowała technologię obróbki ziaren kakaowca i wprowadziła na rynek czekoladę w znanej nam postaci. Gdyby o skojarzenia z Holandią zapytać cudzoziemców odwiedzających ten kraj, producent słodyczy ustąpiłby pewnie miejsca wiatrakom. Kolejne skojarzenie to woda, kanały i urządzenia hydrotechniczne. A co ze skojarzeniami architektonicznymi? No tak, kamienice mieszczańskie, których kolorowe fasady odbijają się w lustrze wody i urocze wiejskie domki w otoczeniu bujnej zieleni. Gdy wyszukiwarce Google polecimy odnalezienie obrazów związanych z Niderlandami, zostaniemy zasypani takimi właśnie widokami. Trzeba się sporo naklikać, aby trafić na obiekty z dwóch innych kategorii, które zwyczajowo stanowią atrakcje turystyczne w większości pozostałych krajów europejskich, a mianowicie kościoły i zamki. Miasta niderlandzkie, choć obfitują w imponujące średniowieczne i nowożytne świątynie, obecnie nie uważają ich za swoje najcenniejsze atrakcje. Holandia nie posiada obiektu sakralnego o symbolicznym znaczeniu katedry kolońskiej, paryskiej Notre Dame, czy angielskiego Canterbury. Z zamkami sytuacja jest jeszcze gorsza! Po pierwsze, w kraju płaskim jak stół i z wysokim poziomem wód gruntowych brakowało miejsca na stawianie tradycyjnie rozumianych obiektów obronnych, jakimi są zamki. Po wtóre, zamki jako symbole władzy feudalnej, w państwie opartym na rozwoju handlu, silnych miastach i klasie mieszczańskiej oraz wolnych włościanach, nie były chyba najchętniej widziane. Mamy więc w Holandii obiekty noszące cechy architektury zamkowej, jak Parlament w Hadze, Rijksmuseum w Amsterdamie, czy nawet niektóre dworce kolejowe, ale służą one innym celom. Nie dajmy jednak wiary pogłoskom, że zamków w Holandii nie ma! W trakcie moich wizyt w tym kraju natknąłem się na bardzo interesujące przykłady architektury obronno-rezydencyjnej.

Dwa symbole Niderlandów

Położony kilkanaście kilometrów na zachód od Utrechtu zamek de Haar jest największym  obiektem tego typu w Holandii. Jest też jednym z najchętniej odwiedzanych muzeów w kraju. Jak na tak gęsto zaludnione terytorium, powierzchnią 55 ha imponuje też otaczający zamek park. Skoro natura poskąpiła stromizny stoków jako elementu obronnego, otoczenie zamku, jak na Niderlandy przystało, pocięto systemem kanałów i zbiorników wodnych. Mury zamkowe schodzą wprost do wody, co jako posiadaczowi zagrożonych wilgocią piwnic, wzbudzało we mnie pewien niepokój o ich stan. Zamek od XV wieku stanowi własność rodziny van Zuylen, chociaż niejednokrotnie przechodził z rąk przedstawicieli jednych jego gałęzi, do dalszych krewnych. Historia milczy o heroicznych szturmach, czy obronie jego murów, choć prawdopodobnie budowla ucierpiała podczas walk mieszczan utrechckich ze swoim biskupem w II połowie XV wieku, czy po zajęciu jej przez Francuzów w 1687 roku. Jak to często bywa, nie niszczycielska działalność człowieka, lecz brak interwencji rąk ludzkich doprowadził w końcu szacowny budynek do ruiny. W takim też stanie odziedziczył go kolejny właściciel – baron Etienne van Zuylen van Nijevelt – fascynat średniowiecznej architektury oraz historii swego rodu. Jako, że jego małżonką była baronessa Helene de Rothschild z francuskiej gałęzi bankierskiego klanu, począwszy od 1892 roku mógł zacząć wcielanie w życie marzenia o rekonstrukcji rodzinnego gniazda. Do tego zadania zatrudniono architekta Pierre’a Cuypersa znanego z licznych realizacji w stylistyce historyzującej. Prace trwały 20 lat, ale ich rezultat, mimo upływu lat, wciąż robi ogromne wrażenie.

Odnoszące się do pary inwestorskiej przekazy, jakoby ich związek został uznany w obydwu rodzinach za mezalians, a nawet, że Helena została wydziedziczona, kłócą się z wiedzą na temat zakresu prac, które zostały wykonane oraz bogactwem wyposażenia zamku, jakże często noszącego adnotację: „Pochodzi z kolekcji rodziny Rotschildów”. Prace wokół zamku nie sprowadzały się do prostej odbudowy, a stanowiły jego rozbudowę polegającą na wzbogaceniu go o nowe elementy i nadaniu nowej roli pozostałościom dawnej budowli. Zamek miał służyć mieszkańcom – beneficjentom epoki bezprecedensowego rozwoju cywilizacyjnego. Zapewniono w nim więc dostęp do wszelkich udogodnień oferowanych w końcu XIX wieku takich, jak elektryczność i centralne ogrzewanie. Zamkowa kuchnia została wyposażona przez paryską firmę specjalizującą się projektowaniu i zaopatrzeniu kuchni luksusowych hoteli. Wszystkie te sprzęty zostały zachowane – w pseudośredniowiecznym sztafażu zamek oferuje też zwiedzającym swoisty przegląd luksusowej techniki użytkowej sprzed 120 lat. Pozostałe pomieszczenia zamku zadziwiają pomieszaniem unikalnych obiektów z różnych epok, a nawet z różnych stron świata. Jednym z najcenniejszych eksponatów jest japońska lektyka (jedna z dwóch tego typu zachowanych na świecie), w innej sali podziwiać można rzeźbę gotyckiej Madonny, a ściany sali balowej pokryte są XVI wiecznymi gobelinami. Park otaczający kompleks zamkowy podzielony jest na kilka części: rzymską, rozarium, park angielski i francuski. W trakcie rekonstrukcji otoczenie zamku wyglądało jednak inaczej. Pod same mury podchodziły zabudowania wsi Haarzuilens. Została ona więc przeniesiona 1,5 km na zachód, a jej zabudowania za wyjątkiem kościółka zniesione. W jej miejsce nasadzono 7 tysięcy drzew w wieku nawet 40 lat. Baronostwo nie mogli bowiem tak długo czekać, żeby cieszyć oczy w pełni wyrośniętym drzewostanem.

Zamek w takim stanie odziedziczył baron Etienne van Zuylen
Aleja parkowa w de Haar
Domy Haarzuilens podchodziły kiedyś pod same mury zamku

Sąsiadem Utrechtu od wschodu jest miasto Zeist. Położone w otoczeniu lasów i  kanałów, od XIX wieku stało się ulubionym miejscem odpoczynku, a z czasem i zamieszkania, bogatych mieszkańców Utrechtu. Dzisiaj cieszy oko wieloma wystawnymi rezydencjami – jak to w Holandii – nie tylko bogatymi, ale i udanymi architektonicznie. Miejscowość emanuje uporządkowanym dostatkiem. W Zeist ma swoją siedzibę Królewski Niderlandzki Związek Piłki Nożnej. Na kartach historii, w dziale międzynarodowe prawo karne, miasto zapisało się przez fakt przeprowadzenia w pobliskiej bazie lotniczej procesu terrorystów odpowiedzialnych za zamach na samolot linii PANAM nad szkockim Lockerby. Na mapie miasta wyróżnia się założenie pałacowo-parkowe stanowiące zarówno punkt odniesienia, jak i element porządkujący plan całej jego południowo-zachodniej części. To tam, na miejscu po średniowiecznym zamku, książę Willem Adrian I van Nassau-Odijk zlecił budowę pałacu wzorowanego na Wersalu. Książę był solidnie skoligaconym dyplomatą, awanturnikiem i oszustem, który prawem kaduka przywłaszczył sobie uprawnienie do używania drugiej części nazwiska, gdyż majątek Odijk nigdy do niego nie należał. Wychował się w Paryżu i choć był zmuszony opuścić miasto z powodu długów karcianych, wywiózł stamtąd najlepsze wzory architektoniczne. Pałac był gotowy w 1687 roku. Jest, oczywiście, tylko miniaturą swojego pierwowzoru. Ściany ma licowane czerwoną cegłą, a zdobienia używane dosyć oszczędnie, przez co bywa klasyfikowany jako wczesny przykład niderlandzkiego klasycyzmu. Jak na okolicę przystało, otoczony jest fosą, a teren pałacowego parku pocięty został licznymi kanałami. Majątek należał do rodziny van Nassau tylko nieco ponad 60 lat, potem często zmieniał właścicieli. W latach 40-tych XVIII wieku zaproszono do osiedlenia się w Zeist braci morawskich – reprezentujących nurt luteranizmu kładący nacisk na rozbudzenie uczuć religijnych poprzez modlitwę, studiowanie Biblii, krzewienie idei religii żywej, edukację warstw najuboższych i działalność misyjną. Na przedpolu pałacu wzniesionego przez księcia Willema Adriana bracia stworzyli większy od niego kompleks zabudowań ze zborem i szkołą. Rozłożony po obu stronach alei dojazdowej prostokąt zabudowy, nawiązujący stylem do pałacu, stanowi oprawę swoistego dziedzińca wstępnego do małego Wersalu księcia Willema Adriana.

Zeist – zabudowa centrum

Poznawszy już rezydencję arystokratyczną (Zeist) i arystokratyczno-burżuazyjną (de Haar) warto zainteresować się realizacją marzeń o siedzibie na odludziu, w otoczeniu przyrody i kolekcji sztuki współczesnej. Na takie mogli sobie pozwolić ludzie naprawdę majętni, do których w początkach XX wieku należeli Anton Kröller i jego żona Helene Kröller-Müller. Ich małżeństwo, niczym dawne księstwa, połączyło w 1888 roku prosperujące przedsiębiorstwa z Holandii i Niemiec, tworząc jedną z pierwszych ponadnarodowych firm w Europie. Dorobiwszy się na handlu i transporcie rud kopalnych, skupili oni ok. 6500 ha terenów na północ od Arnhem. W 1915 roku zlecili zaprojektowanie i budowę w tym miejscu swej siedziby wybitnemu architektowi Hendrikowi Petrusowi Berlage. Ten, początkowo projektował w duchu historyzmu, ale po wizycie w USA, gdzie poznał twórczość Franka Lloyda Wrighta, przerzucił się na racjonalny modernizm. W takim właśnie duchu zaprojektował Dom Myśliwski Świętego Huberta – Myśliwski, gdyż ogrodzony teren zalesiano i sprowadzano doń różne gatunki jeleniowatych oraz muflony. Były to czasy, gdy z lasu można było pozyskiwać drewno lub zwierzynę. Ten pierwszy sposób uznawano za chciwość, a drugi za zainteresowanie naturą, o ile łowiectwo  było prowadzone z umiarkowanym natężeniem. Tak, więc architekt Berlage zaprojektował rozległe założenie, rozciągnięte wzdłuż sztucznego jeziora, którego rzut przypomina niektórym głowę jelenia z imponującym porożem. Projekt obejmował dom z wyposażaniem i całe otoczenie. Tematem wiodącym był żywot świętego Huberta z Liege. Witraże w holu odzwierciedlają historię jego życia, a poszczególne pomieszczenia budynku mają różne motywy kolorystyczne, które symbolizują jego etapy. Cóż ta, ukończona w roku 1920, siedziba ma wspólnego z zamkiem? Otóż w przeciwieństwie do angielskich pierwowzorów nowożytnych domków myśliwskich, wieńczy ją wysoka na 31 metrów wieża, zdobna, niczym głowa spotkanego przez św. Huberta jelenia, solidnym krzyżem. Malowniczo odbija się ona w lustrze jeziora. A, że cały budynek licowany jest czerwoną cegłą, wrażenie zamkowości jest uderzające.

Widok ogólny Domu Myśliwskiego Świętego Huberta. Fot. China Crisis, licencja CC-BY-SA 3.0 nl
Dom Myśliwski Świętego Huberta – fasada boczna. Fot. China Crisis, licencja CC-BY-SA 3.0 nl
Jadalnia w domu myśliwskim. Fot. Michele Ahin, licencja CC-BY-SA 3.0 nl

Równie ciekawy, jak architektura opisanych obiektów, jest ich program funkcjonalny. Zamek De Haar wraz z parkiem został przekazany przez rodzinę van Zuylen van Nijevelt Fundacji Kasteel de Haar, natomiast pozostała część posiadłości należy do Stowarzyszenia Natuurmonumenten, zajmującego się ochroną przyrody. Arystokratyczni właściciele zastrzegli sobie prawo wyłączności do użytkowania zamku we wrześniu każdego roku. Szczególnie za czasów barona Thierry’ego van Zuylen (1932-2011) zjazdy rodzinne były uświetniane obecnością gości specjalnych, zwłaszcza ze sfer artystycznych. W tym charakterze de Haar odwiedzili m. in. Coco Chanel, Maria Callas, Gregory Peck, Roger Moore, Yves Saint Laurent, Joan Collins i Brigitte Bardot. Obecnie pięć córek i wnuczek barona Thierry’ego starają się nadal kontynuować tę tradycję. Oprócz głównego zamku, w skład kompleksu wchodzi też zamek bramny, czyli Châtelet. Choć nie odróżnia się stylem od głównego korpusu, pomyślany był jako budynek zaplecza technicznego oraz mieszkania dla służby. Jeszcze jednak za życia fundatorów powstały tam pokoje gościnne, do których z czasem przenieśli się gospodarze i ich dzieci. Począwszy od lat 50-tych XX wieku pokoje te wykorzystywane są w czasie pozawrześniowych wizyt członków rodziny van Zuylen. Można ich tam spotkać regularnie w okresie świąt Bożego Narodzenia. Fundacja utrzymuje się wyłącznie ze sprzedaży biletów do zamku i parku oraz komercyjnego udostępniania obiektu. Odbywają się tam targi, wystawy i konferencje. I oczywiście wesela. Do wynajęcia jest też kościół, w którym dysponujący sumą około 2000 Euro mogą zorganizować ceremonię ślubną.

Łazienka w zamku de Haar

Pałac w Zeist od prawie 100 lat jest własnością miasta i pełni rolę odpowiednika naszego centrum kultury. Tyle, że nie w znaczeniu instytucjonalnym, a czysto użytkowym. Usługi takie, jak wystawy, przedstawienia teatralne, organizacja koncertów, czy imprez weselnych, a nawet oprowadzanie po wnętrzach obiektu, świadczone są przez organizacje partnerskie. Okoliczny park, prócz dostarczania pożywienia i miejsc lęgowych ptactwu wodnemu i lądowemu, służy też za galerię rzeźby specjalizującą się w sztuce nowoczesnej. Bracia morawscy natomiast wynajmują swoją część zabudowań na potrzeby komercyjne.

Zbór braci morawskich w Zeist

Posiadłość Kröller-Müllerów ma najbardziej różnorodne funkcje. Lasy i wrzosowiska zostały objęte ochroną, jako największy w Holandii park narodowy Hoge Veluwe. W 1935 roku Helena Kröller-Möller podarowała swoją unikalną kolekcję malarstwa państwu, w pakiecie z projektem muzeum przygotowanym kilkanaście lat wcześniej przez słynnego Henrego van de Velde. Budynek powstał już w trzy lata później, a ofiarodawczyni została jego pierwszą dyrektorką. Drugą na świecie, pod względem ilościowym, kolekcję obrazów Van Gogha w towarzystwie znakomitych dzieł Pabla Picassa, Odilona Redona, Georges-Pierra Seurata, Augusta Rodina i Pieta Mondriana można więc dzisiaj odwiedzić w sercu obszaru chronionej przyrody. Muzeum z czasem rozbudowało się o nowoczesne pawilony oraz galerię rzeźby. Park Narodowy także wzbogacał okolicę w lekkie, współczesne konstrukcje na potrzeby administracji i obsługi ruchu turystycznego, czego zwieńczeniem było oddane do użytku w 1993 roku Museonder, czyli muzeum przyrodniczo-geologicznego szczycącego się mianem  pierwszego na świecie muzeum w pełni skrytego pod powierzchnią gruntu. Na terenie parku mamy więc obszerny przegląd architektury XX wieku. Sam dom myśliwski po  przejęciu przez państwo służył przez kilkadziesiąt lat, jako rządowa rezydencja. Obecnie jednak jego główną rolą jest przybliżanie postaci Kröller-Müllerów oraz twórczości Hendrika Berlaga. Jako, że jesteśmy w Niderlandach, podstawowym środkiem transportu w parku są bezpłatnie użyczane rowery.

Kröller-Müller Museum – pawilon Rietvelda. Fot. Gerardus, domena publiczna
Wejście do Kröller-Müller Museum. Fot. Gerardus, domena publiczna
Pawilon parkowy w Parku Narodowym Hoge Veluwe. Fot. Stijn Bollaert, za https://www.dezwartehond.nl/en/projecten
Wejście do Museonder, fot. Henk Monster na licencji Creative Commons

Holandia uchodzi za kraj nudny, monotonny nie tylko krajobrazowo, ale i obyczajowo. Trudno mi zgodzić się z taką oceną. Widzę w niej raczej olbrzymią różnorodność upakowaną na niezbyt wielkim obszarze. Mam też wobec tego kraju dług wdzięczności, jako, że wizyta tam przed 27 laty nauczyła mnie segregować śmieci i pić kawę, a nawet, do pewnego stopnia, odróżniać jej rodzaje. Zwiedzając niderlandzkie zamki i pałace nauczyłem się natomiast nie tylko podziwiać rozmach ich architektury i bogactwo wyposażenia, ale też pomysłowość ich wykorzystania z nadaniem współczesnych funkcji częstokroć odbiegających od najbardziej szalonych pomysłów ich fundatorów. 
No, ale cóż: „Holandia jest to kraj cwany, (…)”

Kategorie
Polska

Głogów, czyli wyjście poza cień historii

Przed wielu laty, zwiedzając zamek na Hradczanach w Pradze trafiłem do pomieszczenia, w którym przechowywano księgi wieczyste. Opasłe tomiska zawierały dokumenty własnościowe przypisane, odmiennie od obecnych, do konkretnych rodów, a nie gruntów. Najstarsze z nich pochodziły z XII wieku. Naszła mnie wtedy refleksja, że oto jest przykład historii ujętej jakże odmiennie od dominującej u nas perspektywy polityczno-militarnej. Od owego czasu, niezależnie gdzie trafiam podczas swoich podróży, z upodobaniem zbieram przykłady historii rozwoju cywilizacyjnego.

Takie znalezisko trafiło się także podczas wizyty w Głogowie. Zwiedzając odrestaurowaną część XVIII wiecznych fortyfikacji, tzw. blok koszarowy, trafiliśmy do ówczesnej toalety, a właściwie mega latryny na kilkanaście stanowisk. No, ale kilkanaście stanowisk dla załogi, liczebność której w czasach pokojowych szacuje się na 200 ludzi, to całkiem przyzwoity współczynnik. Powiedzenie, że „armia maszeruje na brzuchu” dotyczyło konieczności zabezpieczenia jej w prowiant, ale logicznie rzecz biorąc zjawisko to musiało też mieć swój rewers. Tam, gdzie jest spożycie, musi być i wydalanie. Pół biedy, kiedy wojska są w polu przemieszczając się z miejsca na miejsce. Kiedy jednak armia jest skoszarowana, powstaje problem organizacyjno-sanitarny, jak pozbyć się wielkich ilości odchodów. Pruski komendant twierdzy i pracujący dla niego inżynierowie sprawnie zmierzyli się z tym wyzwaniem. Cel  osiągnięto bez nadmiernej troski o prywatność podkomendnych, ale raczej o ich zdrowie i samopoczucie. Oczywiście obecność prototypowych rozwiązań sanitarnych nie jest jedynym powodem do odwiedzenia tego obiektu. Wnętrza kryją multimedialną wystawę poświęconą fortecznym tradycjom miasta, a w szklanej nadbudówce funkcjonuje głogowska informacja turystyczna.

Blok koszarowy z nadbudowanym szklanym pawilonem informacji turystycznej.
Latryna koszarowa

Paradoksalnie, o militarnej roli miasta więcej mówi, nie to, co zostało z umocnień i fortów, a bardziej to, czego w mieście nie ma. A nie ma w nim wielu zabytków, w które obfitował Głogów, nie ma mieszczańskich kamienic, najwytworniejszych po wrocławskich domów handlowych Tietza czy Haurwitza, monumentalnej siedziby znanego wydawnictwa kartograficznego Flemming Wiskott oraz zabudowy nabrzeży Odry.  W 42 lata po podjęciu decyzji o przejęcie przez miasto i rozbiórce krępującego rozwój systemu umocnień, Adolf Hitler wydał rozkaz przywrócenia mu statusu twierdzy i zarządził obronę przed zbliżająca się Armią Czerwoną „do ostatniego żołnierza”. Zdobywcy weszli więc do ruin miasta po 90 dniach zażartych walk i dopilnowali, aby to, co przedstawiało jeszcze jakąkolwiek wartość, zostało złupione wedle zasady „po wykorzystaniu zniszczyć”. Po przejęciu miasta przez polską administrację, w ruinach Głogowa dostrzeżono olbrzymie zasoby cegły potrzebnej do odbudowy z ruin stolicy i innych części  kraju. Resztki murów pozostałych po obiektach sakralnych, początkowo przeznaczonych do odbudowy, rozbierano jeszcze w latach 60-tych XX wieku. W rezultacie na głogowskim Starym Mieście ostało się jakieś 5% przedwojennej zabudowy.

Przez długie lata centrum miasta stanowił obszar eufemistycznie klasyfikowany, jako zieleń miejska. Materialne dowody historii pozostały ukryte pod ziemią oraz dywanem roślinności zielnej i zakrzaczeń. Głogów, pozbawiony centrum, rozwijał się na przedmieściach. Od początku lat siedemdziesiątych lokowano tam osiedla-sypialnie dla ściągających do miasta pracowników miejscowej huty miedzi. Miasto uniknęło jednak scenariusza wtargnięcia zabudowy blokowej do jego historycznego jądra. Dzięki temu doczekało pod koniec epoki PRL-u czasów, w których zdecydowano się na zabudowę Starego Miasta metodą retrowersji, czyli ”odbudowę w zgodzie z dawnym układem i wysokością ulic, ale z bardzo swobodnym potraktowaniem detalu, kolorystyki i z użyciem dużej ilości ornamentyki luźno nawiązującej do stylów historycznych”. W rezultacie zabudowano pierzeje kilku ulic i rynku, władze miasta przeniosły się do odbudowanego ratusza, a zabudowa stopniowo obejmowała kolejne ulice. Budowle, których nie zdecydowano się odtworzyć, jak synagoga, czy ewangelicki kościół Łodzi Chrystusowej, zostały upamiętnione w terenie. Co najważniejsze jednak, ta część miasta została przywrócona mieszkańcom  korzystającym z widoków oraz szerokiej oferty gastronomicznej i usługowej.  Architekci często kontestują metodę retrowersji, ale z urbanistycznego punku widzenia nie jest aż tak ważne, że niektóre z nowych budynków balansują na granicy estetycznego kiczu.

Widok na głogowskie Stare Miasta w latach 30-tych XX wieku
I obecnie
Żelbetowa konstrukcja domu handlowego przetrwała
 wojnę, ale taki obiekt w kilkutysięcznym miasteczku wydawał się zbyteczny
Upamiętnienie głogowskiej synagogi
Upamiętnienie luterańskiego kościoła Łodzi Chrystusowej.

Turyści i mieszkańcy, wśród staromiejskich atrakcji, doceniają zwłaszcza możliwość wejścia na taras widokowy wieży ratuszowej, drugiej pod względem wysokości w Polsce. Z góry najlepiej można ocenić rozmach inwestycji, ale też dostrzec ile pozostało jeszcze wolnych działek. Nadal około połowa powierzchni pozostaje niezabudowana. Jako, że dynamika deweloperska nieco osłabła, a wymogi badań archeologicznych poprzedzających takie inwestycje uległy zaostrzeniu, minie pewnie jeszcze sporo lat, zanim zabudowa dotrze do Odry. Sam ratusz charakteryzuje się dwoistością stylistyczną  – jedna jego część jest klasycystyczna, podczas gdy druga jest zbudowana w stylu neorenesansu florenckiego. Z tyłu budynku, we wnętrzu przeszklonego pawilonu, wyeksponowano fundamenty sukiennic z XIII wieku, najstarszej świeckiej budowli miasta. Tuż obok właśnie zakończono rekonstrukcję teatru miejskiego. Był to drugi po wrocławskim teatr mieszczański na Śląsku, otwarty w 1799 roku. Odbudowano go z wykorzystaniem zachowanych historycznych murów, w tym dwóch doryckich kolumn w ryzalicie wejściowym, noszących ślady ostrzału w czasie oblężenia miasta w 1945 roku. W niszy nad wejściem umieszczono popiersie patrona teatru – Andreasa Gryphiusa, XVII wiecznego poety i dramaturga pochodzącego z Głogowa. Sala główna ma teraz o 1/3 mniej miejsc, niż przed wojną, gdyż współczesne wymogi bezpieczeństwa nie dopuszczają takiego zagęszczenia publiczności, jak niegdyś, a historycznych murów nie można było przesunąć. Ciekawostką związana z teatrem jest fakt, iż był on pierwszym miejscem pracy Emila Jannigsa, aktora, który w filmie Błękitny Anioł, jako profesor Immanuel Rath, padł ofiarą uczucia ku modliszkowatej tancerce Loli, granej przez Marlenę Dietrich.

Wieża ratusza jest drugą najwyższą w Polsce w swojej kategorii
Podziemia głogowskich sukiennic
Odbudowany Teatr Miejski im. Andreasa Gryphiusa (źródło Wikipedia, zmodyfikowane, CC BY-SA 4.0)

Jedynym czynnym kościołem na Starym Mieście jest pojezuicka świątynia pod wezwaniem Bożego Ciała. Choć została odbudowana jeszcze w latach 50-tych XX wieku, to hełmy na wieżach ustawiono dopiero 60 lat później. Zanim kościół był w stanie spełniać funkcje kultowe, upatrzyli go sobie filmowcy, którzy w 1953 roku kręcili w jego ruinach sceny do socrealistycznej produkcji „Piątka z ulicy Barskiej”. Czy to nie prawdziwy chichot historii, że w czasie, kiedy Warszawa przy użyciu głogowskich cegieł podnosiła się z ruin, za scenografię filmu o stolicy wybrano zniszczony Głogów? Podobne sceny można wciąż kręcić w kościele św. Mikołaja, którego gotyckie mury dominują nad południową częścią Starego Miasta. Jest to były katolicki kościół parafialny tej dzielnicy i tytularna świątynia parafii, której siedziba znajduje się dzisiaj w nieodległym kościele Bożego Ciała. Mury zabezpieczone przed dalszą dewastacją pną się ku niebu, a przez pozbawione szyb okna widać ostrołukowe prześwity między nawami. We wnętrzu, co roku 6 grudnia, w dniu patrona kościoła, odbywa się nastrojowe nabożeństwo. Słowa modlitwy z pozbawionej sklepienia świątyni ulatują wprost do nieba.

Kościół Bożego Ciała jeszcze bez odtworzonych hełmów na wieżach
Ruiny kościoła św. Mikołaja
Widok na przestrzał przez okno świątyni
Gotycki portal kościoła św. Mikołaja

Jako ostatni w Głogowie, odbudowano na przełomie XX i XXI wieku kościół kolegiacki Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Jest on równocześnie najstarszy, bo ufundowany w XI wieku. Pozostałości romańskiej świątyni pamiętającej rządy Bolesława Krzywoustego oraz obronę grodu przed wojskami niemieckiego cesarza  Henryka V znajdują się pod posadzką obecnej budowli. Kościół uważany był za najważniejszą po katedrze wrocławskiej świątynię Śląska. Był  też miejscem pochówku książąt głogowskich i ich małżonek. Ostrów Tumski, miejsce pierwotnego grodu, po lokacji miasta na drugim brzegu Odry pełnił funkcje jurydyki kościelnej. W XIX wieku, po sekularyzacji dóbr kościelnych, dzielnica uległa industrializacji i pauperyzacji, tak że tylko imponująca sylwetka świątyni z charakterystycznym zewnętrznymi łukami przypór wokół prezbiterium przypominała czasy jej świetności. Z wyposażenia wnętrz ocalało niewiele, a i tak pozostałości wywieziono poza miasto. Matka Boska Głogowska z 1518 roku, pędzla Lucasa Cranacha, dotarła najdalej, bo aż do Muzeum Puszkina w Moskwie. Kościół ciągle jest w odbudowie, podczas naszego pobytu trwało malowanie sklepienia.

Kolegiata Wniebowzięcia NMP, ołówkopodobna wieża jest jej najmłodszym XIX wiecznym dodatkiem
Charakterystyczne zewnętrzne przypory prezbiterium
Świeżo pomalowane sklepienie kościoła kolegiackiego

W drodze z Ostrowia Tumskiego do centrum pokonuje się Odrę stalowym mostem o konstrukcji łukowej. Za niemieckich czasów nosił on imię Hindenburga, a obecnie oficjalna nazwa to Most Tolerancji. Mieszkańcy miasta muszą rzeczywiście charakteryzować się ponadprzeciętnym jej poziomem, gdyż w plebiscycie wybrali dla niego kolor liliowo-wrzosowy. Widok na miasto jest stąd przedni. Dzikie pola na okalające zabudowę Starego Miasta z tej perspektywy nie rażą, za to zachwycają wieże ratusza wyłaniające się nad nowymi budynkami oraz, po prawej stronie mostu, zamek książęcy. Dzięki piastowskim korzeniom decyzja o jego odbudowie zapadła jeszcze w latach 70-tych XX wieku, przy czym nadano mu kostium barokowy, pamiętny z czasów, gdy urzędowali w nim pruscy zarządcy, a później sędziowie. Na dziedzińcu zamku wznosi się kontrastowo różna, bo romańsko-gotycka, wieża obronna z XIII wieku. Kompleks Zamku i Starego Miasta opada ku dolinie Odry długim na kilkaset metrów, arkadowym, murem oporowym, u podnóża którego biegnie linia kolejowa do Wrocławia. Nic dziwnego, że podczas powodzi tysiąclecia w 1997 roku znalazła się ona szybko pod wzburzoną wodą. Ciekawostką jest, że odbudowę konstrukcji stalowej mostu po wojennych zniszczeniach zlecono tym samym zakładom, które wyprodukowały go w roku 1916. Była to firma Beuchelt & Comp z Zielonej Góry, po nacjonalizacji zwana Zakładami Przemysłu Metalowego im. M. Nowotki (Zastal). O ile jednak w czasach I Wojny Światowej wywiązała się ona ze zlecenia bezproblemowo, to w latach 50-tych wymówiła się brakiem mocy przerobowych.

Most Tolerancji
I jego poprzednik – most Hindenburga. Powyżej muru oporowego widać nieodbudowaną część Starego Miasta z kościołem Franciszkanów na pierwszym planie
Ten trawnik pokrywa fundamenty domów widocznych na wcześniejszym zdjęciu
Zamek głogowski od strony południowej

O ile za niemieckich czasów z mostu zjeżdżało się w dosyć kręte, wąskie uliczki wiodące ku Rynkowi, to obecnie, mijająca zamek ulica wiedzie prosto przez tereny zielone. Z lewej rozciągają się nieuporządkowane burzany, czekające by ustąpić miejsca kolejnym domom, z prawej zadbane zieleńce i gazony kwiatowe zwieńczone całkiem udanym, jak na lata swego powstania, pomnikiem Dzieci Głogowskich oraz odcinkiem zrekonstruowanych murów miejskich. Po obydwu stronach ulicy wznosiły się niegdyś kościoły dwóch głównych zakonów żebraczych: franciszkanów i dominikanów. Po zniszczonym w 1945 roku kościele św. Stanisława pozostały zasypane gruzem fundamenty, ale pochodzący jeszcze sprzed lokacji miasta kościół św. Piotra, choć rozebrany pod koniec XIX wieku, jest upamiętniony na powierzchni. Na jego fundamentach w 2006 roku odsłonięto zaskakująco udany pomnik Jana Pawła II. Głogów, co jest absolutnym wyjątkiem, wybrał niefiguralną formę upamiętnienia. Mury prezbiterium i bocznych absyd odbudowano do wysokości 1,5-4 metrów. Wykorzystano do tego ręcznie formowane cegły, na które naniesiono cytaty z pochodzące z nauczania zmarłego papieża. Całość apeluje raczej do intelektu, niż emocji odbiorcy.

Na południe od Starego Miasta ciągnie się Park Leśny. Dziwna nazwa, jak na teren położony w centrum miasta. Na przedwojennych mapach jest to zagospodarowany teren zieleni reprezentacyjnej o nazwie „Promenade”. Przypuszczalnie w latach powojennego spustoszenia park zdziczał i nowym  mieszkańcom zdawał się lasem. W jego zachodniej części w 1652 roku wzniesiono jeden z trzech na Śląsku luterańskich Kościołów Pokoju. Miał on mniej szczęścia, niż jego rówieśnicy ze Świdnicy i Jawora, dzisiaj znajdujący się liście światowego dziedzictwa UNESCO, i chyba też mniej utalentowanych budowniczych, bo runął zmieciony przez huragan już w dwa lata po postawieniu. Odbudowany, przetrwał nieco ponad sto lat i zgorzał w wielkim pożarze Głogowa w roku 1758. Później na tym miejscu istniał cmentarz ewangelicki. Dzisiaj nie ma już po nim śladu, czego nie sposób stwierdzić naocznie, gdyż jego obszar obejmuje tzw. wyspa centralna monstrualnego ronda zbudowanego w latach osiemdziesiątych XX wieku. Zajmuje ono 5 ha powierzchni, a długość jezdni obwodowej to ok. 900 metrów. To jednak nie rozmiary wyróżniają je wśród innych podobnych skrzyżowań, lecz brak przejść dla pieszych prowadzących na jego środek. Te 5  hektarów powierzchni należy do miasta, ale nie do jego mieszkańców. W jego północnej części stoi mały ceglany domeczek ze spadzistym dachem. To przedwojenny „Milchhauschen”, czyli lodziarnia/pijalnia mleka i jego przetworów. Sądząc z przedwojennych zdjęć to miejsce cieszyło się dużą popularnością. Obecnie po renowacji jest to magazyn sprzętu służb dbających o miejską zieleń. Ich pracownicy dostają się doń, jak sądzę, łamiąc przepisy ruchu drogowego.

Fragment pomnika słowa Jana Pawła II
Domek mleczny w czasach świetności
Park Słowiański – Pomnik koalicji antyhitlerowskiej to twórcza przeróbka Pomnika Wdzięczności Armii Czerwonej

Mieszkaliśmy kilkanaście kilometrów za miastem w renesansowym pałacu w Czernej nad Odrą. No dobrze, nie w samym pałacu, ale w jego oficynie. Za to w pałacowej kuchni, jakby żywcem przeniesionej z dawnych czasów, spożywaliśmy śniadania, a na werandzie świętowałem swoje urodziny. Oprócz niewątpliwej wartości historycznej samego budynku, uroku pobytowi dodawały kontakty z właścicielką, która zajmująco opowiadała jak weszła w posiadanie zabytku, a w wolnych chwilach oprowadzała po pałacowych komnatach. Obiekt otoczony jest rozległym parkiem. Ścieżką po wale przeciwpowodziowym, w szpalerze wiekowych dębów i platanów, docierało się na nadodrzańskie łęgi. Choć Odra przeciwstawiana jest często Wiśle jako zagospodarowana droga wodna, było tam całkiem dziko. Nad brzegami starorzeczy polowały czaple, a do samego parku zaglądały sarny i dziki.

Pałac w Czernej
Renesansowy portal pałacu
Łąki zalewowe nad Odrą
Widok na Odrę pod Czerną

Głogów stanowi doskonały punkt wypadowy do okolicznych atrakcji turystycznych. W promieniu 30 km znajdują się takie perełki, jak Bytom Odrzański, który gdyby nie szacunek do historii, należałoby nazywać Kazimierzem nad Odrą, Pojezierze Sławskie, malownicze ruiny pałacu rodziny Schonaich w Siedlisku, rozsiane po niewielkich wioseczkach wiekowe kościółki, jak ten w Kurowie Wielkim, ze ścianami zewnętrznymi pokrytymi epitafiami, czy w Jakubowie, gdzie według przekazów ustnych pierwszy kościół postawiono już w roku 991, w pobliżu źródełka poświęconego św. Jakubowi. Do gór z miasta wprawdzie daleko, ale znacznie bliżej rozciągają się Wzgórza Dalkowskie, przewyższające poziom doliny Odry o ok. 140 metrów. Spędziliśmy w nich miły półdzionek wędrując wśród gęstych bukowych lasów, zapuszczając się w głębokie jary i zdobywając wzniesienia, wśród których stromizną stoków i obecnością kaplicy na szczycie wyróżniała się Góra św. Anny. 

Ratusz w Kazimierzu, przepraszam, Bytomiu Odrzańskim
Kamienice na Rynku w Bytomiu Odrzańskim
Bytom Odrzański – zejście nad Odrę
Wzgórza Dalkowskie
Góra św. Anny we Wzgórzach Dalkowskich
Wzgórza Dalkowskie to teren polodowcowy, w zagłębieniach terenu można znaleźć oczka wodne
Kościół w Kurowie Wielkim
Epitafia na ścianach kościoła w Kurowie 
Epitafia na ścianach kościoła w Kurowie 
Ołtarz zewnętrzny przy kościele w Jakubowie
Źródło św. Jakuba w Jakubowie
Kościół w Jakubowie
Siedliska – budynek bramny zamku
Siedliska – kaplica zamkowa
Ruiny zamku w Siedliskach

Na dłuższą wycieczkę wybraliśmy się do lubuskiego Trzebiechowa. Była to w XIX wieku siedziba arystokratycznego rodu von Reuss, po którym szczęśliwie zachował się zespół pałacowy wykorzystywany przez zespół szkół, urząd gminy i wszelkie gminne jednostki organizacyjne takie, jak dom kultury czy ośrodek zdrowia. Ciekawszym, choć młodszym obiektem jest budynek sanatorium przeciwgruźliczego postawiony w stylu historyzmu w pierwszej dekadzie XX wieku. Kompleks, choć malowniczy, nie byłby wart zwiedzenia gdyby nie fakt, że wnętrza zaprojektował w nim Henry van de Velde, jeden z czołowych twórców i teoretyków secesji. Był z pochodzenia Belgiem, ale  rynek niemiecki stwarzał większe możliwości, zwłaszcza gdy zamawiający pochodził z książęcej rodziny. Ponieważ obiekt, po dziś dzień, służy świadczeniu  usług zdrowotnych, a bez książęcego patronatu cierpiał na niedostatki finansowe, nikt nie szastał pieniędzmi, aby zmienić oryginalny wystrój. Dopiero w XXI wieku odkryto ponownie, kto był twórcą sanatoryjnych wnętrz . Na co dzień, bez specjalnej estymy, mogą je podziwiać pensjonariusze domu opieki społecznej, ale turyści są wpuszczani i oprowadzani przez pracowników administracji obiektu.

Budynek  sanatorium w Trzebiechowie
Sanatorium – wnętrza zaprojektowane przez Henrego van de Velde
Sanatorium – wnętrza zaprojektowane przez Henrego van de Velde
Sanatorium – wnętrza zaprojektowane przez Henrego van de Velde
Sanatorium – wnętrza zaprojektowane przez Henrego van de Velde
Sanatorium – wnętrza zaprojektowane przez Henrego van de Velde
Trzebiechów – pałac książąt von Reuss

Wyjazd odbyliśmy w towarzystwie dwóch czworonogów: Harrego, rasy owczarek szkocki oraz Vinyla, mieszańca w typie border collie. Towarzystwo dwóch psów powodowało, że wybór lokali gastronomicznych do posilenia się, był pochodną akceptacji ich obecności wśród gości. Stąd nie jestem w stanie przedstawić wyczerpującego przeglądu lokali głogowskich. Dzięki psom trafiliśmy jednak w miejsce, którego nie planowaliśmy odwiedzić. Włócząc się po Starym Mieście znaleźliśmy kawiarnię Słodka, gdzie życzliwie nas przyjęto. Zajęliśmy miejsce z widokiem na wieżę ratuszową i zamówiliśmy kawę z dodatkami. Psy leżały pod stolikiem, spod którego dochodziły czasem piski zniecierpliwienia. Nic dziwnego, kawa to czysto ludzka przyjemność. Rozmawialiśmy z obsługującą nas panią, że trudno znaleźć lokal akceptujący obecność psów. Na co otrzymaliśmy, popartą wizytówką, radę, aby odwiedzić pałac w Bądzowie. Przypomniało mi się, że w Internecie lokal informuje, iż nie jest „pets friendly”. Zapewniono nas jednak, że dla tak dobrze wychowanego towarzystwa, jak nasze, zrobią wyjątek. I tak odwiedziliśmy jeszcze jeden pałacyk, tym razem neobarokowy, starannie odrestaurowany na potrzeby  działalności hotelarsko-gastronomicznej. Czekał tam na nas smaczny posiłek, a na psy porcja komplementów dotyczących zarówno ich urody, jak i zachowania.

Harry i Vinyl odpoczywają podczas wycieczki we Wzgórza Dalkowskie
Pałac w Bądzowie

W 1957 roku Wydawnictwo PAX wypuściło na rynek pozycję pod tytułem „300 miast powróciło do Polski”. Autorem był Władysław Jan Grabski, syn przedwojennego premiera (tego od wprowadzenia złotego jako polskiej waluty). Dzieło to, bogate w informacje dotyczące relacji dynastycznych i rodów panujących na tzw. ziemiach odzyskanych w średniowieczu, opis prawie każdego miasta kończyło wykazaniem, że żyje tam więcej ludności, niż przed wojną oraz, że polskie rządy przyniosły rozkwit gospodarczy tym ziemiom. W przypadku Głogowa autor użył jako punkt odniesienia liczbę mieszkańców z roku 1946. Bo i nie było się czym chwalić – wokół oczyszczonego z rozbiórkowej cegły Starego Miasta mieszkało 5 razy mniej ludzi, niż przed wojną. Gwałtowny przyrost liczby mieszkańców rozpoczął się dopiero 25 lat po wojnie wraz z uruchomieniem huty miedzi. Natomiast ostateczne oswojenie przestrzeni miasta przez polskich mieszkańców zbiegło się z decyzją odbudowie i zasiedleniu Starego Miasta. Miasto odzyskało swoje serce, a turyści znaleźli kolejny cel podróży.

Kategorie
Polska

Niespodziewana stolica Jury

Na poziomie oczu ta kamieniczka nie wyróżniała się od swych sąsiadek. Podobnie odłażąca z fasady farba, okna w przyziemiu prezentujące ofertę sklepową na folii samoprzylepnej w sposób uniemożliwiający zaglądnięcie do środka i dostrzeżenie jakie towary rzeczywiście są wyłożone na półkach. Jeśli jednak rozglądnąć się naokoło jest to jeden z najwyższych i, jednocześnie, najwęższych budynków w okolicy. Takie proporcje zdradzają wiekowe pochodzenie. Prawdziwe cudeńka czekają jednak gdy podniesiemy wzrok ku wyższym piętrom kamieniczki. Środkowy trakt na wysokości drugiej i trzeciej kondygnacji zdobią okna francuskie z fantazyjnie powyginaną, metalową, półokrągłą balustradą. Pod gzymsem nad drugim rzędem okien w dwóch niszach wdzięczą się pulchne putta, a między nimi opiekuńczo rozpościera skrzydła metalowy aniołek. Jeszcze wyżej, w samym szczycie budynku na metalowym wysięgniku podwieszona jest latarnia. Uważniejsza lustracja pozwala jednak stwierdzić, że oświetlenie fasady nie było pierwotną funkcją tego elementu. Tak, oczywiście, jest to dawny żuraw służący do podnoszenia towarów do kupieckiego składu mieszczącego się na poddaszu domu. Budynek przy żareckim Starym Rynku numer 8 to mniejszy krewny gdańskiego Żurawia, czy też kazimierzowskich spichrzów. Świadek handlowej przeszłości tego podczęstochowskiego miasteczka. Jak się okazuje, bynajmniej nie jedyny.

Miasto rozwinęło się przy ważnym szlaku handlowym z Krakowa do Wrocławia.
W XVI wieku w Żarkach funkcjonowały liczne młyny, browary, jatki i gorzelnie. W XIX wieku miasto nabył Piotr Antoni Steinkeller, który inwestował w rozwój usług i przemysłu. Największym sfinansowanym przez niego przedsięwzięciem była budowa fabryki maszyn i narzędzi rolniczych. Za jego czasów Żarki jako jedno z pierwszych miast Królestwa Kongresowego otrzymało gazowe oświetlenie ulic. Poprowadzenie linii kolei warszawsko-wiedeńskiej w odległości 6 kilometrów przyhamowało dalszą industrializację miasteczka, ale nie mogło powstrzymać ducha przedsiębiorczości panującego wśród jego mieszkańców. Ważnym elementem miastotwórczym i rozwojowym była obecność silnej, sięgającej momentami ponad 60% ogółu mieszkańców społeczności żydowskiej. Włożyła ona swój wkład w industrializację Żarek budując warsztaty, fabryczki, młyny i piekarnie, których liczba przed II Wojną Światową, sięgała 15. Ciągle pracuje tu wiele piekarni i zakładów cukierniczych. Ba, jest tu nawet bardzo klimatyczna kawiarnia serwująca wymyślne wypieki i koktajle.
Pod koniec XVIII wieku w mieście pracowało 8 młynów, a 140 lat później ciągle 5, w tym jeden elektryczny. Nota bene, miejscowa elektrownia rozpoczęła dostarczać prąd już w roku 1916, co jak na miasteczko tej wielkości też warte jest odnotowania. Tradycje młynarstwa przechowuje i przypomina mieszczące się w odrestaurowanym młynie Muzeum Dawnych Rzemiosł. Wizyta w nim jest chyba obowiązkowa dla uczniów okolicznych szkół, bo zawsze widywaliśmy przed nim mniej lub bardziej niesforną kolejkę młodych gości. Około 200 metrów dalej zaczyna się plac targowy. Żarki, na mocy przywileju króla Zygmunta Augusta z 1556 roku, miały prawo organizować cotygodniowe, sobotnie targi i 3 jarmarki rocznie. Choć miejsce i dzień targowania  ulegały zmianom, to tradycja przetrwała i obecnie jest tu największe targowisko w całym województwie śląskim, gromadzące na 1,5 hektara powierzchni do 10 tysięcy kupujących, tłoczących się do nawet 500 stoisk. Najpopularniejsze są targi sobotnie – środa jest drugim dniem targowym w tygodniu, ale mniej uznanym. W czasie naszej środowej wizyty, na olbrzymim placu stało/parkowało około 30 sprzedawców oferujących głównie owoce, warzywa i inne produkty spożywcze.

Muzeum Dawnych Rzemiosł

Tło dla targowicy stanowi kompleks 32 stodół. Poświadczają one, że dawny mieszczanin w niewielkim ośrodku miejskim rzadko mógł się utrzymać wyłącznie z rzemiosła i handlu, więc wspomagał się uprawą roli. A, że w zwartej zabudowie miejskiej było i nieskładnie i niebezpiecznie stawiać budynki gospodarcze, stodoły do przechowywania płodów rolnych lokowano poza jej obszarem, zazwyczaj przy wydzielonej drodze. W Żarkach, co wyjątkowe, tworzą one całą mini dzielnicę przylegającą do targowicy i ulicy Ofiar Katynia. Jako, że miasto było handlowe i słynące ze swych jarmarków, stodoły stopniowo przejmowały funkcję spichrzów. Obecnie ich ściany zbudowane są z łamanego kamienia wapiennego, a dachy kryte dachówką lub eternitem, ale pierwotnie były to konstrukcje drewniane, kryte często strzechą. Dopiero po wielkim pożarze w roku 1938 odbudowano je z użyciem bardziej ogniotrwałego budulca. Niektóre z nich są wynajmowane przez sprzedawców podczas największych wydarzeń targowych. W jednej odbywa się Kupiecki Sąsiek, czyli swoiste warsztaty rzemiosł dawnych połączone ze sprzedażą produktów i pamiątek regionalnych.

Dzielnica stodół

Jako miejscowość z ponad 600 letnią historią Żarki chlubią się znaczną liczbą innych turystycznych atrakcji. Miasteczko uniknęło zniszczeń podczas II wojny światowej i dzisiaj chodząc jego uliczkami i patrząc na ich układ łatwiej wyobrazić sobie, jak wyglądało tu życie w innych realiach społecznych i ekonomicznych. Zabudowa jest zwarta, domy najczęściej mają do dwóch kondygnacji. Charakterystyczne są długie, parterowe budynki z bramami na przestrzał, umożliwiającymi dostawę towarów lub półproduktów do warsztatów i magazynów mieszczących się w podwórkach. Żarki szczycą się też ciekawymi budowlami sakralnymi. Nad Starym Rynkiem góruje Kościół św. Szymona i Judy Tadeusza. Po drugiej stronie rzeczki Leśniówki znajdziemy uroczy, kryty gontem kościółek św. Barbary. W dzielnicy Leśniów, nad źródłem Leśniówki, wznosi się barokowe sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej Patronki Rodzin. Obiektem czci jest w nim drewniana figurka Matki Boskiej z Dzieciątkiem, sprowadzona, rzekomo, przez księcia Władysława Opolczyka w doborowym towarzystwie ikony Matki Boskiej Bełzkiej, która po wprowadzeniu się do klasztoru jasnogórskiego rozsławiła go, jako Matka Boska Częstochowska. W odległości niespełna 2 km od żareckiego rynku, przy drodze do Kroczyc, stoi ruina kamiennego kościoła św. Stanisława. Wedle legendy, wokół niego rozpościerała się pierwotnie osada Żarki. Miejsce jest urokliwe, nie tylko ze względu na  czar starych murów, ale przede wszystkim z powodu położenia na skraju questy jurajskiej, czyli 70 metrowego uskoku Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej ku dolinie Warty. Sprzed kościółka rozciąga się daleki widok na łąki, lasy i zabudowania miejscowości w dolinie.

Kościół św. Szymona i Judy Tadeusza
Sanktuarium Matki Boskiej Leśniowskiej
Kościół św. Barbary

Śladami po obecności i roli społeczności żydowskiej w Żarkach są: okazała synagoga, użytkowana obecnie jako dom kultury, a także dwa cmentarze. Synagoga była miejscem modlitw Żydów postępowych. Wyznawali oni odmianę judaizmu dopuszczającą reformy prawa i tradycji żydowskiej ułatwiające wiernym funkcjonowanie w szybko zmieniającym się świecie zewnętrznym. Obecność społeczności tego rytu, w tak małym mieście, była równie wyjątkowa, jak wczesne wprowadzenie oświetlenia gazowego i elektryczności. Starszy, niewielki cmentarz żydowski, znajduje się na ulicy Górki. Oznacza go w terenie tylko skromne upamiętnienie z wykorzystaniem resztek odkrytej przypadkowo macewy. Za to nowy cmentarz przy ulicy Polnej ma 1,5 ha powierzchni i ciągle można na nim znaleźć ok. 700 nagrobków. Rozrzucone malowniczo na pofalowanym, piaszczystym terenie, robią ogromne wrażenie. Szczególnie ciekawe są trzy macewy żeliwne, umieszczone w ogrodzeniu cmentarza od strony południowej.

Pomnik na starym cmentarzu żydowskim

Żarki są też doskonałym punktem wypadowym do wycieczek po innych atrakcjach Jury. Mnie do gustu przypadła zwłaszcza ta do źródeł rzeki Wiercicy i Złotego Potoku. Dolina Wiercicy na odcinku jurajskim obfituje w najbardziej charakterystyczne atrakcje tego regionu. Bujne bukowo-grabowe lasy, malownicze formacje skalne, jaskinie, wywierzyska, głębokie wąwozy – wszystko to można znaleźć na trasie nieco ponad godzinnego spaceru ze Złotego Potoku w górę doliny. Może tu  brakować jedynie wybitnych punktów widokowych – dalszą perspektywę zapewniają wyłącznie nanizane na bieg rzeczki stawy rybne. Sam Złoty Potok, majątek arystokratycznych rodzin Krasińskich i Raczyńskich, odbiega wyglądem od okolicznych miejscowości. Większość zabytków (dwór, pałac, kościół, rządcówka) pochodzi z XIX wieku i jest schludnie utrzymana. Miejscowość kultywuje pamięć pobytu poety Zygmunta Krasińskiego, który, choć trwał tylko nieco ponad miesiąc, zaowocował nadaniem nazw wielu skalnym ostańcom i stawom w dolinie. Sam poeta nie wyniósł jednak stąd dobrych wspomnień, gdyż właśnie w Złotym Potoku umarła jego najmłodsza córka Elżbieta.

Widok spod portyku pałacu Raczyńskich na dwór, w którym mieszkał Zygmunt Krasiński
Skałki w dolinie Wiercicy
Stary młyn nad Wiercicą

Jako, że Jura kojarzy się wszystkim z warowniami na skałach – słynnymi Orlimi Gniazdami – nie wypadało ich nie odwiedzić. Najbliżej Żarek położony jest kompleks  zamkowy Mirów-Bobolice. Oba zamki są obecnie w prywatnych rękach, przy czym Bobolice zostały wspaniale odrestaurowane, a Mirów ciągle podlega pracom zabezpieczającym. Budowle robią imponujące wrażenie, gdyż usytuowane są w skalnym otoczeniu, a szczupłość miejsca pod budową wymuszała ich wyciągnięcie ku górze. W sezonie letnim odbywają się tu liczne imprezy masowe, pobierana jest też opłata za wejście/zwiedzanie. Na przełomie zimy i wiosny można pokręcić się po terenie bez wnoszenia opłat, ale też bez możliwości wejścia, nie tylko do wnętrza zamków, ale i sąsiadującej z nimi zabudowy gastronomiczno-hotelowej. Gorącej kawy można więc skosztować tylko, jeśli wzięło się ją ze sobą w termosie! Oba zamki, oddalone od siebie ledwie o 1,5 km, wieńczą krańce najeżonego ostańcami pasemka wzgórz. W roku 1981, gdy pokonywałem pieszo cały szlak Orlich Gniazd, od Częstochowy do Krakowa, była to jedna z najbardziej malowniczych i widokowych jego części. Niestety, obecny właściciel ogrodził ten teren tak, że szlak turystyczny musiano poprowadzić asfaltową drogą łącząca obie wioski. Zmiany własnościowe zamków przyniosły więc zarówno pozytywne jak i niepożądane skutki.

Zamek Bobolice z najbardziej imponującej perspektywy

Nieco dalszy celem wycieczkowym jest Góra Zborów koło Kroczyc. To prawdziwe skalne miasto z formacjami skalnym o różnej wysokości i fantazyjnych kształtach. To także popularne miejsce ćwiczeń dla alpinistów, nie tylko ze Śląska i Zagłębia. Jako, że góra wznosi na 468 m npm, a skały wyrastają ponad las, można się tu nacieszyć panoramicznymi widokami, które przy sprzyjającej pogodzie sięgają wielu kilometrów. Szczęśliwcom udawało się nawet sfotografować stąd panoramę Tatr odległych w prostej linii o około 160 km. Nam się to nie udało, ale z drugiej strony nie spotkaliśmy też żadnych nowożeńców, którym skalne krajobrazy góry służą jako tło ślubnych sesji fotograficznych. Po drodze warto zboczyć w Kotowicach w stronę Zawiercia. Po  przejechaniu ok. 1,5 km, przed wiaduktem nad linią kolejową, znajduje się jeden z największych na ziemiach polskich cmentarz wojenny z czasów I Wojny Światowej. Już w czasach założenia pochowano tu około 800 żołnierzy trzech imperialnych armii. W latach 30-tych XX wieku przeniesiono nań szczątki kolejnych 700 poległych, pierwotnie pochowanych na mniejszych cmentarzach w okolicy. Nazwiska na tabliczkach są różnego pochodzenia, bo armie były trzy, a każde imperium wielonarodowościowe. Różne są też formy upamiętnienia, w zależności od armii, rangi poległego i czasu, w którym wykonano nagrobek. Konflikt ten był już wojną nowoczesną, w znaczeniu użycia na szeroką skalę bardzo wydajnych technologii militarnych (czytaj: narzędzi do zabijania ludzi), równocześnie była to chyba ostatnia wojna, podczas której praktykowano elementy etosu rycerskiego, nakazujące szacunek dla przeciwnika i godny pochówek dla poległych.

Góra Zborów

Żarki oferują całkiem szeroką gamę możliwości noclegowych, w mieście działają trzy punkty informacji turystycznej: w muzeum, urzędzie miasta i domu kultury. Zaskakująco duża jest też oferta gastronomiczna. Nam nie udało się skosztować lokalnego przysmaku, jakim jest pieczonka jurajska, ale połączenie tradycyjnej oferty z nowoczesną aranżacją wnętrz w Przystani Lesniów wywarło na nas duże wrażenie. Miasteczko ma też swoją Pizzerię u Włocha, gdzie menu nie ogranicza się tylko do placka z mozzarellą i sosem pomidorowym, bo w kuchni rządzi prawdziwy włoski kucharz. Mamy nadzieję, że obydwa lokale przetrzymają stagnację koronawirusową.

Mieszkaliśmy 6 km za miastem, w maleńkim przysiółku Kępiny koło Ostrowia. To już dolina Warty z okolicą zalesioną i poprzecinaną licznymi strumieniami, wytryskującymi spod nieodległej krawędzi jurajskiej. Wieś zabudowana jest w znaczącym stopniu domami letniskowymi, które przed sezonem stoją puste. W pobliżu znajduje się rezerwat cisów, z których największy wyrósł paradoksalnie blisko zabudowań przy wiejskiej drodze. Codziennie rano wychodziliśmy z Harrym na spacer do lasu i prawie zawsze znajdowaliśmy jakieś ciekawostki: pierwsze kwiaty, ślady saren, tajemnicze wzgórza (kurhany?), czy doły po eksploatacji torfu. Ostatni poranny spacer przywiódł nas na przeciwległy skraj rozległej, podmokłej polany, przy której stał nasz dom. Przeciąwszy obrzeża sosnowo-świerkowego boru i pas wierzbowych zakrzaczeń wyszliśmy na otwartą przestrzeń porośniętą kępami turzyc i situ. W odległości 20-25 metrów przed nami dojrzeliśmy parę żurawi. Nie wykazywały lęku. Wolno przechadzały się pozwalając na spokojną obserwację. Harry – pies miłośnika ptaków wie jak zachować się w takiej sytuacji. Ptaki zatrąbiły kilka razy tryumfalnie, a potem nieśpiesznie odleciały w stronę lasu. Nigdy jeszcze nie widziałem żurawi z tak bliskiej odległości. A ponieważ nie miałem przy sobie aparatu fotograficznego, ich obraz mogłem zachować jedynie w pamięci. Spotkanie tych ptaków było godnym zwieńczeniem pełnego niespodzianek wyjazdu.

Jako się rzekło nie miałem aparatu. By Andreas Trepte – Praca własna, CC BY-SA 2.5, 
Najstarszy cis we wsi

Jura (Wyżyna) Krakowsko-Częstochowska otrzymała swe imię od dwóch miast leżących na jej krańcach. Każde z nich jest samo w sobie celem turystycznym, a równocześnie, ze względu na peryferyjne usytuowanie, niezbyt dogodnym punktem startowym do wycieczek w głąb tego regionu. Dlatego, moim zdaniem, żadne z nich nie zasługuje na miano jurajskiej stolicy. Poznawszy bogatą historię i współczesne osiągnięcia oraz turystyczną ofertę Żarek, niespodziewanie dla samego siebie utwierdziłem się w przekonaniu, że to właśnie niepozorne miasteczko nad Leśniówką zasługuje na ten tytuł.