Kategorie
Wielka Brytania

Rzecz o krowach, kiltach i potworach czyli Highlands w pigułce

Młodość ma swoje prawa, a jednym z nich jest przemożna chęć łączenia się w pary osobników płci przeciwnej. Wiedziony tą siłą pewnego zimowego wieczora przed ponad 40 laty zapragnąłem spotkać się z hmm …, nazwijmy ją Agnieszką. Dziewczyna miała fantazję co się zowie! Wyprowadziwszy się z domu rodzinnego w Warszawie, przeniosła się do Puszczy Kampinoskiej, gdzie zamieszkała w przeznaczonej wówczas do wysiedlenia wsi Budy. Żeby tam dotrzeć jechało się autobusem podmiejskim linii 208 do pętli w Truskawiu. Stąd trzeba było iść na piechotę gruntową drogą wiodąca do Mariewa. Pogoda była zimowa, noc bezksiężycowa, ale pokrywa śniegu pozwalała dostrzec przynajmniej krawędzie drogi. Po około pół godzinie marszu dotarłem na skraj zabudowań, gdzie ciemność rozświetlało kilka przydrożnych latarni. Niestety, w domu zamieszkałym przez Agnieszkę wszystkie okna pozostawały ciemne. Cóż, działałem pod wpływem impulsu, a były to czasy telefonii stacjonarnej, co nie sprzyjało harmonizacji planów i aranżacji spontanicznych spotkań.

Nie poddałem się jednak łatwo i pomyślałem, że dziewczyna musi przecież wrócić na noc do domu. Mróz stopniowo tężał, zacząłem więc rozglądać się za jakimś schronieniem. W obejściu była stara drewniana obora. Drzwi na szczęście można było uchylić i wśliznąć się do środka. Gdy znalazłem się w obórce, w nozdrza uderzyła mnie mieszanina zapachu mleka, słomy i obornika. Przez szpary między deskami ścian przenikały wąskie promienie światła z obejścia. Gdy oczy przyzwyczaiły się do półmroku spostrzegłem, że w oborze jest instalacja elektryczna. Znalazłem włącznik, po przekręceniu którego pomieszczenie ukazało się w pełnej okazałości. Okazało się, że mieszkały tam cztery wyrośnięte cielaki. Z długiej chwili zacząłem do nich zagadywać, a one, z początku nieśmiało, a potem coraz ufniej zbliżały się do mnie. W końcu zostałem ciasno otoczony przez ciekawskie stadko, które szczególne upodobanie znajdowało w nastawianiu różnych elementów włochatego ciała na drapanko. Wyjątkową konkurencję wywołał przywilej złożenia wielkiej głowy na moim ramieniu. A rozkosz drapania była tak wielka, że obdarowane nią cielaki aż przymykały oczy.

Ostatecznie, nie doczekawszy powrotu Agnieszki w puszczańskie ostoje, ruszyłem w drogę powrotną do Truskawia. Jednak doświadczenie kontaktów nawiązanych w obórce pozwoliło mi inaczej spojrzeć na krowy i ich potrzeby emocjonalno-społeczne. Dało możliwość dostrzeżenia, że są to stworzenia z własną osobowością, a nie wyłącznie źródła mleka i wołowiny. Takie wspomnienie i refleksja naszły mnie, gdy dwa ośmiomiesięczne cielęta rasy szkockiej górskiej (Highland Cattle) przepychały się próbując wyciągnąć z mojej dłoni kawałki chleba i marchewki. W głębi pastwiska położonego na łagodnym stoku pasło się więcej osobników tej rasy. Nie wiem, czy wydelegowanie właśnie tych dwóch cielaków do karmienia przez odwiedzających Drumbuie Farm w Drumnadrochit nad jeziorem Loch Ness wynikało z ich przyjaznego charakteru, czy też ze specyficznych potrzeb żywieniowych. Był to jednak promocyjny strzał w dziesiątkę! W ten sposób organizowane na tej farmie teaparty przyciągały nie tylko miłośników herbaty, trójkątnych kanapek z pastą jajeczną i bułeczek (scones) z marmoladą pomarańczową, ale i ich dzieci oraz innych zwolenników bliskości z inwentarzem gospodarskim. 

Karmienie krów zwie się tu”cooparty„

Krajobraz w Drumnadrochit, jak na okolice Loch Ness jest nadzwyczaj łagodny. Stosunkowo niskie góry odsuwają się tu od jeziora, widoki robią się dalsze, a mieszanka łąk i lasów w promieniach nieczęsto tu widywanego słońca sprawiała wrażenie, może nie toskańskie, ale przypominające pejzaże polskiego Pogórza Karpackiego.

Bernard Newman, brytyjski pisarz, podróżnik i szpieg, w swojej wydanej w 1935 roku książce pt. “Pedalling Poland” z lekceważeniem wypowiadał się o napotkanych jeziorach twierdząc, że prawdziwe jezioro powinno być otoczone górami. Takie są właśnie jeziora szkockie, a Loch Ness nie jest wyjątkiem. Wysokość gór rośnie ku południowemu-zachodowi przez co panorama w tym kierunku jest bardziej dramatyczna i wieloplanowa niż, dajmy na to, widok na jezioro z okolic Fort Augustus. Południowe brzegi są bardziej strome i dziksze, niż północne. Dlatego główna droga z Inverness do Fort William została wytyczona właśnie wzdłuż północnego brzegu jeziora. Loch Ness nie jest, ani największym, ani najgłębszym szkockim jeziorem, ale we wszystkich przewodnikach podkreśla się jego największą objętość. Wynika to z faktu, że zapadlina, którą wypełniają wody jeziora ma korytowy kształ o prawie płaskim dnie na głębokości ponad 230 metrów. 

Ale to nie liczby i malowniczość okolicy spowodowały popularność Loch Ness w kulturze masowej, a w konsekwencji wśród turystów. To potwór rzekomo zamieszkujący jego wody, pieszczotliwie nazwany Nessie, rozpala wyobraźnię ludzi z różnych części naszego globu. Jakkolwiek historia potwora z jeziora została utrwalona już przez biografów żyjącego w VI wieku chrystianizatora Szkocji, św. Columba, to korzenie współczesnej popularności Nessie sięgają ledwie 1933 roku. Co charakterystyczne – pierwsza obserwacja, która została poniesiona przez media przez całą Wielką Brytanię i szeroki świat, została dokonana przez właścicielkę hotelu w Drumnadrochit. W tym zbudowanym w stylu wiktoriańskim budynku mieści się obecnie Loch Ness Centre, którego ciekawie zaplanowana wystawa z jednej strony dostarcza rzeczowych argumentów, że ekosystem jeziora, choćby ze względu na swoje ubóstwo ilościowe i jakościowe, nie byłby w stanie utrzymać przy życiu stworzenia tej wielkości, z drugiej jednak, nie ośmiesza i nie pozbawia marzeń zwolenników bytowania Nessie w głębinach jeziora. Cóż, podcinanie gałęzi, na której się siedzi, nie byłoby przecież rozsądnym działaniem. A statystyki są bezlitosne. Doliczono się już ponad 10 tysięcy doniesień o spostrzeżeniu w wodach jeziora czegoś, co można nazwać potworem.

Drumnadrochit było też bazą dla poczynań Johna Cobba, który osiągnąwszy w 1947 roku światowy rekord prędkości – 634,39 km/h – pojazdem kołowym, zapragnął pobić też rekord prędkości na wodzie. Na wykonanym na specjalne zamówienie ścigaczu “Crusader”, odebrawszy życzenia sukcesu od królowej matki, 29 września 1952 roku przekroczył on barierę 214 mil/h, po czym, wskutek utraty stabilności łodzi, roztrzaskał się wraz z Crusaderem na oczach zgromadzonej publiczności i w świetle kamer brytyjskiej kroniki filmowej. Na brzegu jeziora stoją wciąż znaczniki jednomilowego odcinka, na którym oficjalnie mierzono prędkość rekordzisty. My też wzięliśmy udział w 50 minutowym rejsie po Loch Ness, ale bez prób bicia jakichkolwiek rekordów.

Wspomniany Fort Augustus jest drugą znaczniejszą miejscowością i centrum turystycznym nad brzegami jeziora. Jeśli w Szkocji jakaś miejscowość nosi słowo Fort w nazwie, należy to traktować dosłownie. To Anglicy pobudowali tu w 1715 roku umocnienia i osadzili garnizon, który miał trzymać w ryzach buntowniczych górali. Żołnierze nie zapobiegli jednak kolejnym powstaniom, a w XIX w., gdy korzyści z unii obydwu narodów były już oczywiste, a elity angielskie nawróciły się na szkockość, opuścili swoje koszary, na których miejscu powstało opactwo benedyktyńskie. Mnisi prowadzili tu elitarną szkołę dla chłopców, ale po ponad 100 latach funkcjonowania zamknęli ją w 1993 r., a wkrótce opuścili też Fort Augustus. Obecnie obiekt został przekształcony w aparthotel. Rozważaliśmy nawet możliwość noclegu w jednym z jego apartamentów, jednak porzuciliśmy ostatecznie ten pomysł na rzecz kolonii domków kempingowych w Invermoriston. W każdym razie, zabudowania poklasztorne są warte obejrzenia, a ich lokalizacja wśród starodrzewia na cyplu wcinającym się w jezioro, jest  bardzo malownicza. Wizyta tam wydała nam się atrakcyjniejsza, niż zwiedzanie starszych, bo pochodzących nawet z XIII w., pozostałości zamku Urquhart, równie pięknie położonych na brzegu Loch Ness. Oprócz opactwa, niewątpliwą atrakcją jest też “kaskada” śluz na Kanale Kaledońskim. To prawdziwe arcydzieło wczesno dziewiętnastowiecznej inżynierii, podobnie jak współczesny mu Kanał Augustowski w Polsce, nigdy nie odegrało planowanej roli skrócenia drogi z Atlantyku na Morze Północne, gdyż coraz większe statki morskie, w momencie ukończenia budowy już nie mieściły się w śluzach kanału. Późniejsze modernizacje też nie nadążyły za rozwojem wytworów przemysłu stoczniowego. W efekcie jest to droga wodna o znaczeniu głównie turystycznym.

Youtube, po wpisaniu w wyszukiwarkę frazy swimming cows, nie umożliwia obejrzenia wyczynów krów z Plockton na zachodnim wybrzeżu Szkocji. O ich możliwościach dowiedzieliśmy się więc przypadkowo. Spacerując malowniczym nabrzeżem tej miejscowości, dostrzegliśmy cztery sztuki przeżuwaczy wędrujące flegmatycznie wąskim, kamienistym pasem strefy pływów, ograniczonym wysokim na 3 metry murem oporowym. Woda właśnie przybierała, dalszy spacer uniemożliwiał bydlątkom pirs przystani. Nasza towarzyszka podróży wszczęła alarm, w wyniku którego zadzwoniono do właściciela, który oznajmił, że krowy świetnie pływają, on sam zostawił je na pobliskiej wysepce, z której musiały samodzielnie wybrać się na wycieczkę do miasteczka. I rzeczywiście, gdy po godzinie wracaliśmy tą samą drogą, krowie stadko ewakuowało się właśnie, brodząc w morzu ku wyżej położonym pastwiskom.

Plockton znane jest też z masowego obsadzenia nabrzeża kordyliną australijską. Wbrew angielskiej nazwie cabbage tree, roślina przypomina z wyglądu palmy, przez co Plockton w celach promocyjnych podkreśla swój śródziemnomorski charakter. Kordylina nie jest zresztą jedynym egzotycznym gatunkiem roślin w miasteczku, a jego nabrzeżne ogrody mogłyby być same w sobie celem wizyty. U wjazdu do miejscowości znajduje się miejsce świadczące o żywej religijności, ale i buntowniczym duchu niegdysiejszych mieszkańców. Tu właśnie, w dawnym kamieniołomie, na modlitwy gromadzili się wyznawcy Wolnego Kościoła Szkocji, którzy opuścili kościół oficjalny, protestując przeciwko zwyczajowemu prawu posiadaczy ziemskich do mianowania proboszczów bez brania pod uwagę zdania wiernych. Pomimo, iż wkrótce nowemu wyznaniu umożliwiono swobodną działalność i budowę świątyń, modlono się w tym miejscu przez prawie 90 lat. Dzisiaj, gdy dawny kamieniołom skolonizowała bujna roślinność, trudno byłoby domyślić się jego roli, gdyby nie murowana brama i schody prowadzące doń od drogi.

Jako, że wyjazd bez zwiedzania zamku jest stracony, zatrzymaliśmy się po drodze w Eilean Donan. Zamek odbudowany w latach dwudziestych XX w. i nadal pozostający własnością rodziny MacRae, jest postromantyczną wariacją na temat średniowiecznej warowni. Natomiast jego lokalizacja na przybrzeżnej wysepce połączonej z lądem mostem, u zbiegu trzech słonowodnych jezior (wąskie fiordopodobne zatoki morskiej określa się w Szkocji także mianem Loch), ku którym stromo opadają górskie zbocza, czynią panoramy zamku szkockim klasykiem gatunku. W dodatku, w dniu naszych odwiedzin nad górami kłębiły się ciemne chmury, dodając krajobrazowi grozy i tajemniczości. Łatwy dojazd główną drogą prowadząca na wyspę Skye wyklucza jednak zwiedzanie bez tłoku.

Kilka impersji z wizyty w zamku Eilean Donan

Wielojęzyczny tłumek zgromadzony u zachodniego przyczółka wiaduktu Glenfinnan miał inny charakter. Składał się z miłośników Harrego Pottera, trakcji parowej oraz czcicieli jakobickiej przeszłości Szkocji. Gdy w końcu od strony Fort William pojawił się, ciągnięty przez lokomotywę parową, długaśny skład retro wagonów w kolorze karminowym, zapanowało wielkie poruszenie. Trzaskały migawki aparatów fotograficznych, zgromadzeni machali rękami i bili brawo. Maszynista odpowiedział sygnałem dźwiękowym i świstem pary wypuszczonej z komina. My dotarliśmy na miejsce ze stacji kolejowej Glenfinnan, gdzie dojechać można regularnym pociągiem, witanym przez zgromadzonych prawie równie entuzjastycznie. Główna droga dojściowa wiedzie od parkingu przy porządnie zaopatrzonym Visitor’s centre, szeroką, obrzeżoną górami doliną, której środkiem toczy swe wody spory strumień. Wystawa w centrum zdawkowo traktuje historię linii kolejowej i wiaduktu, koncentrując się na opowieści o ostatnim wielkim powstaniu Szkotów przeciwko rządom Londynu. Na brzegu pobliskiego Loch Shiel doszło w 1745 roku do spotkania młodego pretendenta do szkockiego tronu – Bonnie Prince Charles’a z przedstawicielami klanów marzących o wolności. Gdy policzono siły, podniesiono na maszt sztandar Stuartów i powstańcy ruszyli na Edynburg. W miejscu tego spotkania, na brzegu jeziora, stoi obecnie zwieńczona figurą szkockiego górala kamienna wieża, z której roztacza się oszałamiający widok na okolicę. Jako, że odwiedziliśmy Glenfinnan w najcieplejszym dniu całej wyprawy, zaryzykowaliśmy nałożenie krótkich spodni, a co młodsi turyści pławili się nawet w wodach jeziora.

W planach mieliśmy znalezienie zakwaterowania bliżej Fort William i zaliczenie wejścia na najwyższy szczyt całej Wielkiej Brytanii – Ben Nevis (1345 m. npm.). Jednak ze względu na przystępność cenową noclegów, wylądowaliśmy bliżej Inverness, a całkiem daleko od ambitnego celu wspinaczkowego. Poza tym, po obejrzeniu kilka filmików z kolejkami wędrowców zmierzających na szczyt Ben Nevis zrozumialem, że wejście nań, to doświadczenia nadto grupowe. W końcu, mierząc zamiary na siły, nabrałem wątpliwości, czy nasza wycieczka osób w wieku 60 plus podołałaby zadaniu. Nie chciałem jednak zrezygnować całkowicie z wyjścia w góry. Tak trafiliśmy w masyw Creag Meagaidh. Najwyższy punkt tego pasma wznosi się na 1130 m npm., co czyni go 18 najwyższą górą w Zjednoczonym Królestwie. Cały kompleks ma status narodowego rezerwatu przyrody, chwalącego się odtwarzaniem górskich lasów oraz bogatą fauną. Odtwarzanie lesistości wiąże się z ograniczeniem populacji jeleni w parku. Jakimi metodami osiąga się ten cel, można się domyślić po ogłoszeniach reklamujących potrawy z mięsa jelenia oraz sprzedaży surowego mięsa do przyrządzenia we własnej kuchni. 

W każdym razie wybraliśmy dość zachowawczy wariant wycieczki doliną potoku Alt Coire Ardair, aż do polodowcowego cyrku, którego dno, na wysokości ok. 630 m npm., wypełnia górski staw Lochan a’Choire. Trasa początkowo wiedzie przez sosnowo-brzozowo-jarzębinowe lasy. Dobór gatunków oraz fakt, że odbudowa lasu trwa dopiero od 30 lat, tłumaczy dlaczego nie jest to las wysokopienny. Później wędruje się długim trawersem wysoko ponad dnem doliny, z widokiem na imponujące urwiska Creag Meagaidh. Na koniec schodzi się do potoku, pokonuje ostatni wał zamykający kotlinę stawu i, proszę bardzo, jesteśmy u celu. Krajobrazy jak w Karkonoszach, tyle że urwiska znacznie większe. Ponieważ to Wielka Brytania więc, mimo że to teren chroniony, lista zakazanych czynności jest znacznie krótsza. Dlatego wielu z wędrowców decydowało się schłodzić w lodowatych wodach stawu. Odpoczywając u wypływu strumienia mieliśmy widok ku głębokiej przełęczy zwanej Window, przez którą wiedzie ścieżka na grzbiet. Nagle ponad nią zobaczyliśmy drapieżnego ptaka. Odruchowo wziąłem go za najpopularniejszego u nas myszołowa. Porównanie z sylwetkami ludzkimi na ścieżce, a jeszcze lepiej z latającym w pobliżu krukiem, sugerowało jednak, że jest to przedstawiciel znacznie większego gatunku. Gdy ptak wleciał w lepiej oświetloną przestrzeń, zobaczyliśmy jaśniejszą głowę i krawędzie skrzydeł. O rany! Przecież to orzeł przedni. Nie miałem lornetki, więc podekscytowany podbiegłem do pary starszych birdwatcherów wskazując im miejsce, gdzie poleciał ptaszor. Niestety, mimo długotrwałych poszukiwań, drapieżnik już więcej się nam nie ukazał. Cóż, zaliczyłem kolejną niepotwierdzoną obserwację, choć uprawdopodobnioną zapisem na oficjalnej stronie parku, że orły przednie są gatunkiem gniazdującym na skałach Creag Meagaidh.

Nasze miejsce zamieszkania – Invermoriston –  to malutka wioseczka, mogąca pochwalić się imponującymi wodospadami na rzece Moriston, przerzuconym nad nimi w 1813 roku kamiennym mostem oraz nieco dziwacznym, w tym miejscu, pomnikiem znicza olimpijskiego, upamiętniającym olimpiadę w Londynie w 2012 roku. Warta wzmianki jest natomiast obecność dwóch przybytków gastronomicznych: restauracji w miejscowym hotelu oraz community cafe. O pierwszej wspominam ze względu na atmosferę i wnętrza niczym z ekranizacji powieści Agaty Christie oraz młodą kelnerkę, która oprócz  ponadprzeciętnych umiejętności prowadzenia small talk’u z klientami, charakteryzowała się urodą w, jak to ujął Podziomek, typie angielskiej róży. Kto szuka definicji, znajdzie ją w odmętach Internetu. Od niej dowiedzieliśmy się, że szef kuchni i część personelu, to Czesi. Szkoda tylko, że nie zdecydowali się na wprowadzenie do menu knedlików. W sezonowo otwartej kawiarni dwukrotnie jedliśmy śniadania, które były odpowiednio urozmaicone i sycące, ale główną atrakcją była możliwość przeglądu typów ludzkich przewijających się przez lokal. Byli to głównie turyści: zagraniczni i miejscowi, niektórzy nawet w kiltach. Oprócz posiłku wszyscy, włączając nas, otrzymali możliwość pogaduszek z przemiłą obsługą. Natomiast restauracja w Fort Augustus, z najpiękniejszym widokiem na Loch Ness, pełni jednocześnie rolę przystani dla łodzi. Przybytek jest we władaniu tureckiej rodziny, dzięki czemu menu dryfuje w kierunku śródziemnomorskim. My z tego skorzystaliśmy, ale kelnerzy kursujący między kuchnią, a stolikami rozstawionymi na nabrzeżu, anonsując dostarczenie kolejnego dania, najczęściej krzyczeli “Fish and Chips” lub “Cullen Skink”. Cóż, czym skorupka za młodu nasiąknie …

Mewa z nad Loch Ness to ma dopiero używanie

Kategorie
Polska

O miasteczku wyrosłym na kredzie czyli co widać z mielnickich wzgórz

Majowa noc miała się ku końcowi. Słowiki ciągle kląskały w nadrzecznych krzakach, ale gdzieś od sosnowego boru pobrzmiewały już pierwsze nieśmiałe trele drozdów i kosów. Uczestnicy całonocnych śpiewań na zakończenie pielgrzymki młodzieży prawosławnej byli już nieco zmęczeni. Ich krąg coraz bardziej zacieśniał się wokół dogasającego ogniska. Prowadzący podjął ostatnią próbę podbicia nastrojów. Posługując się piękną, literacką wersją języka białoruskiego przemówił do zebranych: “Usłyszeliśmy tu już wiele pięknych piosenek ukraińskich, teraz pokażmy jakie piękne są pieśni białoruskie”. Niestety, żadna z piosenek, które próbował zaintonować nie została podchwycona przez młodych pielgrzymów. Natomiast, okazało się, iż niespodziewanie powszechną znajomością słów i muzyki cieszył się utwór w języku polskim “Pokochałam pięknego (ładnego) Białorusa”. Zebrani pomału zaczęli się rozchodzić. Zostawiając za sobą zwieńczoną drewnianą cerkiewką górę krzyży podążali grupkami do pobliskiej stacji kolejowej w Syczach, by zdążyć na pociągi do Białegostoku czy Warszawy.

Fakt, że w repertuarze ogniska zamykającego pielgrzymkę przeważał repertuar ukraiński był naszej grupce na rękę, gdyż związani słabiej lub mocniej ze Studenckim Kołem Przewodników Beskidzkich w Warszawie, byliśmy z nim nieźle zaznajomieni. Z drugiej strony możliwość rozszerzenia naszych wokalnych doświadczeń o przykłady kultury białoruskiej została zaprzepaszczona. Cóż, środowisko mniejszości ukraińskiej, przynajmniej w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych XX w., na które to przypadło opisywane wydarzenie, było znacznie lepiej zorganizowane i prężniejsze niż jego białoruski odpowiednik. Musiało to ulec zmianie po upadku komunizmu, gdy monopol na zagospodarowanie życia kulturalnego polskich Białorusinów straciło Białoruskie Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne. W każdym razie, incydentalnie zaglądając w programy kolejnych pielgrzymek, a w tym roku odbyła się już 46, widzę, że program kulturalny ulega imponującemu rozrostowi, odchodząc równocześnie od piętna wąsko rozumianego wydarzenia folklorystycznego.

W kolejnych latach, mniej więcej raz na dekadę, odwiedzaliśmy Grabarkę z cerkiewką i klasztorem na świętej górze. Obserwowaliśmy jak ta prawosławna Częstochowa rozwija się i przeobraża. Po pożarze odbudowano w tej samej postaci, choć w innej technologii, cerkiew. Klasztor rozrósł się o kilka murowanych budynków, przy których jakby skarlała, choć jednocześnie wyszlachetniała, oryginalna, drewniana siedziba sióstr zakonnych. Tegoroczna wizyta przyniosła odkrycie w postaci muru ogradzającego cały kompleks i pokaźnych rozmiarów parkingu obrzeżonego rzędem reklamowych bilbordów. Wyasfaltowano też już chyba wszystkie drogi, którymi zmotoryzowani pielgrzymi i turyści mogą dotrzeć w to miejsce. Klasztory sklepik powiększył się i oprócz czysto kultowych produktów sprzedaje teraz regionalne produkty spożywcze, a nawet miejscową odmianę obrazka Żyda liczącego pieniądze. Jak widać także u braci prawosławnych wielu wierzy, że powodzenia finansowego nie sposób wymodlić, można je za to, w przystępnej cenie, kupić. Jedno co niezmienne, to głęboka wiara pielgrzymów, że modlitwa w tym miejscu przyniesie w ich życiu odmianę, a może i odkupienie win. Lektura inskrypcji na pozostawionych wokół cerkiewki krzyżach może być bardzo pouczająca. Podczas tej wizyty udało nam się znaleźć krzyż pozostawiony przez głowę kościoła prawosławnego Cypru jak i przywieziony przez arabskich chrześcijan w barwach Palestyny.

Grabarka leży w historycznej ziemi mielnickiej. Obecnie ma już inne przyporządkowanie administracyjne, ale że nasze podróże odbywają się wszak także w czasie, musieliśmy odwiedzić niegdysiejsze centrum regionu. Do Mielnika dostaliśmy się drogą nietypową, lecz wielce efektowną. Zostawiwszy samochód na parkingu przy cmentarzu katolickim na obrzeżach miasteczka (będę używał tego określenie, choć prawa miejskie Mielnika od 1934 roku są już tylko historią) udaliśmy się wąską ścieżką wiodąca wśród mieszanego lasu szparko pod górę. Podejście było krótkie, acz intensywne. Moja starsza siostra poprosiła o chwilę postoju dla złapania tchu. Wkrótce jednak osiągnęliśmy kulminację, za którą ścieżka nagle wyawansowana do rangi terenowych schodów, zaczęła opadać w dół ku wypłaszczeniu gdzie las się przerzedził. Korzystając z większej ilości światła docierającego do leśnego poszycia pod nogami pojawiły się dywany kwiatów, wśród których rozpoznałem zawilec wielkokwiatowy, szałwię łąkową, kokorycz wonną, kłobuczkę polną oraz koniczynę dwukłosową. Jednocześnie między drzewami, w dolinie poniżej oraz na zboczach sąsiedniego grzbietu pojawiły się dachy ludzkich siedzib. Jeszcze jedno strome zejście, chronione przed erozją systemem drewniano-ziemnych schodów, doprowadziło nas do placyku na końcu uliczki otoczonej przeciętnymi architektonicznie domami Mielnika.

200 metrów dalej, po lewej stronie widełkowatego rozdroża, zaraz za kilkoma wagonikami górniczymi, znajduje się kryta platforma widokowa na mielnicką kopalnię kredy. Głęboka na parę kondygnacji i długa na jakieś 300 m odkrywka razi oczy bielą swych ścian i stanowi niesamowity przerywnik w okolicy pokrytych zielenią i pociętych długimi dolinami łagodnych wzgórz. Po deszczach, na dnie wyrobiska widać kałuże, których woda dzięki kredowemu podłożu ma szmaragdowy kolor. Kreda w podłożu powoduje, że flora dopiero co pokonanych wzgórz – Wielkiego i Małego Usześcia jest tak bogata, a poludniowa ekspozycja pociąga za sobą obecność gatunków stepowych i kserotermicznych (sucho- i ciepłolubnych). 

Kraina w której położony jest Mielnik zwie się Podlaskim Przełomem Bugu. Krajobrazy nie są oczywiście tak dramatyczne, a rzeka tak kręta jak Dunajec w Pieninach, ale wzgórza Wysoczyzny Drohickiej, wymuszające bieg rzeki ku zachodowi, wznoszą się jednak do 90 metrów ponad poziom rzeki. Uszeście sięgające 203 m npm. nie jest wśród nich najwyższe, ale najciekawsze i widoczne od strony doliny z odległości wielu kilometrów. Wody opadowe spływając ku rzece po miękkim, kredowym podłożu, wyżłobiły w zboczach stosunkowo długie i głębokie doliny. Takie położenie i  rzeźba terenu zachęcały dawnych władców do założenia grodu i kontrolowania zarówno przeprawy przez rzekę, jak i transportu towarów doliną rzeczną. Stąd pierwsze wzmianki o Mielniku już z pierwszej połowy XIII w. oraz pojawiający się w nich książęta ruscy, litewscy i mazowieccy. Konsekwencją pobudowania grodu była jego kariera i status już w czasach pierwszej Rzeczypospolitej.

Mielnik mimo tak bogatej historii nie jest bogaty w zabytki. To jedno z tych miejsc gdzie, z braku materialnych dowodów, trzeba domyślać się dawnej świetności. Nie pomniejsza to jednak malowniczości miasteczka kształtowanej obecnie głównie przez rozmaitość krajobrazową. Położone na stokach domy, mimo że nie zawsze architektonicznie ciekawe, usytuowane są wyżej lub niżej od swych sąsiadów i cieszą oko właściciela dalekim widokiem. Często posadowione są na wysokich, zwłaszcza od strony opadających zboczy, podmurówkach. Niwelowanie terenu pod budowę domów skutkuje koniecznością umacniania uskoków przy pomocy, obficie tu występujących, kamieni i głazów narzutowych. Główna, biegnąca równolegle do Bugu, ulica przecina kolejne pasma wzgórz wijąc się przy tym zaciekle. Może nie podobać się podróżującym nią kierowcom, ale dodaje niewątpliwie malowniczości miejscowości. Mielnik ma w sobie wiele z Kazimierza Dolnego (położenie nad dużą rzeką, urozmaicenie terenu), jeno z bardziej lesistym otoczeniem i rzadszą zabudową.

Moja pierwsza wizyta w Mielniku przypadła na lata peerelowskiej restytucji po karnawale Solidarności z lat 1980-81. Miejscowa cerkiew prawosławna zachwyciła mnie mnogością cebulastych kopułek. Wejście do środka było niemożliwe, przeto rozejrzałem się po najbliższej okolicy. I tu, ku mojemu zaskoczeniu, znalazłem zwieńczony krzyżem kamień upamiętniający 300-lecia panowania dynastii Romanowych w Rosji. Wiernopoddańczy tekst w języku rosyjskim wyrażał m. in. życzenie, by miłościwie panujący cesarz Mikołaj II rządził jeszcze przez długie lata. Chichotem historii był fakt, że samodzierżawie carskie skończyło się już po niespełna 4 latach, a zdetronizowany cesarz zostały zamordowany przez bolszewików rok później. Kamień przetrwał kolejne 70 lat, ale następnych 40 już nie. Może nadal istnieje, przeniesiony tylko w mniej wyeksponowane miejsce. Przy cerkwi natomiast znajdziemy zestaw bardziej współczesnych upamiętnień m. in. stulecia autokefalii polskiej cerkwi prawosławnej. Mikołaj II nigdy na jurydyczne odłączenie cerkwi w Polsce od moskiewskiego patriarchatu by się nie zgodził więc sąsiedztwo z jego upamiętnieniem trudno sobie wyobrazić.

Murowana cerkiew parafialna wznosi się na jednej z mielnickich górek. Na tym samym grzbiecie lecz nieco niżej, rozciąga się cmentarz prawosławny, a na nim stoi starsza, bo XVIII-wieczna, drewniana kaplica cmentarna. Boczną furtką w cmentarnym murze można wyjść na wątłą ścieżkę wiodącą stromizną na, wyższą od cmentarnej, Górę Zamkową. Wśród porośniętych lilakiem zboczy opadających ku dolinie Bugu ukryty jest fragment średniowiecznego zamkowego muru. Resztki murów i rozsypane cegły na szczycie to ślady prawosławnej kaplicy Aleksandra Newskiego wystawionej po stłumieniu Powstania Styczniowego. Z Góry Zamkowej rozciąga się daleki widok na rzekę i jej drugi brzeg, który od Unii Lubelskiej pozostawał w Wielkim Księstwie Litewskim, a w czasie rozbiorów w Kongresówce, podczas gdy samo miasto leżało w Koronie, a w czasie zaborów w Rosji. Znacznie bliższy jest widok na kompleks położonych w dolinie boisk piłkarskich. Taka lokalizacja powoduje, że sprzedaż biletów na mecze nigdy nie będzie miała w Mielniku racji bytu.

Jak to w Polszcze z zamkami bywało, skończył on swe istnienie podczas potopu szwedzkiego, ale zniszczyli go nie najeźdźcy z północy, lecz siedmiogrodzcy Węgrzy walczący pod sztandarami sojusznika Szwedów – księcia Jerzego II Rakoczego. Na miejscu dolnego zamku pozostały tylko ruiny kościoła zamkowego. Budowla ta miała wyjątkowo bogatą historię. Odbudowany 60 lat po potopie, służył katolikom do czasów represji popowstaniowych, kiedy to został zamknięty i, w 1871 roku, przerobiony na cerkiew. Wypalone w 1915 roku, podczas przejścia frontu, mury oddano znowu katolikom. Ich mała parafia dopiero co wzniosła jednak swój kościół, a na odbudowę i utrzymanie drugiej świątyni nie miała środków. Dzieła zniszczenia dopełniła Armia Czerwona, która strzegła biegnącej w latach 1939-41 po Bugu granicy przyjaźni z III Rzeszą. Jak na tak wielkie zaangażowanie niszczycielskich sił z kościoła pozostało całkiem sporo. Po sąsiedzku postawiono przezroczystą tablicę, na której przedstawiono zarys dawnego kościoła do zsynchronizowania z jego widokiem współczesnym.

Wszystkie świątynie chrześcijańskie Mielnika wznoszą się na wzgórzach. Dwa niezabudowane wzgórza historycznie też pełniły rolę sakralną. Na górce św. Rocha stał katolicki kościółek, a na górce Woznesienskiej cerkiew, których wezwań łatwo się domyślić. Jedyna świątynia wzniesiona na terenie płaskim to nowa kaplica prawosławna we wschodniej części miasteczka, zwanej Przedmieściem. Tak, Mielnik jest wsią posiadająca własne przedmieście! Ufundowane jako byt konkurencyjny wobec miasta, wyróżnia się wyglądem, gdyż rozłożone jest ono u podnóża wysoczyzny, której zbocza odsuwają się w tym miejscu dalej od rzeki. Kaplica jest wyjątkowa, gdyż zdecydowano na pokrycie jej strzechą. Historycznie rzecz biorąc, uważano bowiem, iż Dom Boży powinien był odróżniać się wyglądem od zwykłej chłopskiej chałupy, m. in. przez pokryciem dachu gontem, blachą lub dachówką. Od chałupy, poza rozmiarami, nie wyróżnia się za to miejscowa synagoga. Zdewastowana przez Niemców podczas II wojny światowej pełniła później wiele funkcji, takich jak sklep spożywczy, galeria sztuki czy pensjonat. Obecnie zaś  stoi pusta w oczekiwaniu na lepsze czasy.

Wina gronowe produkowane w Polsce mają zazwyczaj płaski smak, innymi słowy, określiłbym je jako nudne w konsumpcji. Natomiast winnice stanowią niewątpliwe urozmaicenie krajobrazu, w której to opinii utwierdziliśmy się w Mielniku. Istniejąca w miasteczku od 15 lat winnica zajmuje dosyć szeroką w tym miejscu dolinkę obramowaną częściowo lasem, a częściowo zabudową mieszkalną. Różnica poziomów oraz pofalowane otoczenie dodaje jej uroku, którego pozbawione jest drugie z winnych pól gospodarstwa rozciągające się już na wierzchowinie wysoczyzny. 

Na północno-zachodnich obrzeżach miasteczka, na skraju zespołu przyrodniczo- krajobrazowego Głogi, rozciąga się Kraina Aniołów. Jej główną część stanowi iglasty labirynt, w którym umieszczono figury aniołów oraz sceny związane tematycznie z Biblią. Zwiedzający mają za zadanie pokonać gmatwaninę ścieżek i trafić na trawiastą agorę, pośrodku której stoi tablica z dziesięcioma przykazaniami. Choć cały kompleks jest manifestacją chrześcijańskich przekonań jego autora, to obecnie rozrasta się on w głąb sosnowo-dębowego lasu, gdzie powstać ma ogród azjatycki, siłą rzeczy odwołujący się do innych wartości kulturowych. Ta część odpowiadała mi najbardziej, gdyż projektant zachował tu naturalny las wzbogacając go o egzotyczne nasadzenia, w tym liczne rododendrony. Urozmaiconą rzeźbę terenu podkreślił zaś zwożąc i umieszczając w lesie liczne kamienie i głazy narzutowe z okolicznych pól. Mam wiele szacunku dla ludzi, którzy potrafią zrobić coś z niczego, zwłaszcza gdy dokonują tego, praktycznie pracą własnych rąk. Gawędząc z właścicielem nie mogłem jednak pozbyć się niepokoju czy jego idea przeżyje swego autora.

Gdy w latach osiemdziesiątych XX w. szlifowałem umiejętności jazdy konnej Studencki Klub Jeździecki UW posiadał letnią bazę w gajówce Tokary, położonej w mazowieckiej gminie Korczew, mniej więcej naprzeciwko nadbużańskiego Drohiczyna. Każdego roku zdarzało się uczestnikom letnich obozów jeździeckich docierać do Tokar w gminie Mielnik położonych na samej granicy z Białorusią (wtedy ZSRR). Ot, takie nieporozumienie z popularną nazwą miejscowości. My udaliśmy się tam rozmyślnie przyciągnięci, a to tragiczną historią miejscowości podzielonej granicą w 1945 roku, a to faktem posiadania dwóch ciekawych obiektów sakralnych. Oczywiście cerkwi prawosławnej i kościoła katolickiego. Przy czym ta pierwsza jest dosyć typową, pomalowaną na niebiesko, drewnianą świątynią postawioną dla upamiętnienia objawienia maryjnego, w uroczysku Koterka. Prawosławni mieszkańcy Tokar w 1945 stracili dostęp do swojej parafialnej świątyni i do rangi takowej wyawansowała cerkiew filialna malowniczo ulokowana na leśnej polanie, blisko 2 km od najbliższych zabudowań. Historycznie siedzibą parafii rzymskokatolickiej było położone bardziej na zachód Wilanowo. W ramach represji po Powstaniu Styczniowym parafię zlikwidowano, a drewniany kościół rozebrano wykorzystując pozyskany materiał do budowy cerkwi w sąsiednich Telatyczach. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości parafia odrodziła się już w Tokarach. W latach trzydziestych zbudowano kościół wg projektu nieżyjącego od prawie trzech dekad architekta Wdowiszowskiego z Krakowa. No i w efekcie pod białoruską granicą mamy obecnie, jedyny w województwie, kościół w stylu małopolskim (zakopiańskim). Położenie kościoła na zachodnim, a cerkwi na wschodnim krańcu wsi mogło, paradoksalnie, zdecydować o takim, a nie innym przebiegu granicy państwowej. Tokarska cerkiew przetrwała ZSRR, czego nie da się powiedzieć o większości zabudowań wsi, przeniesionych kilkaset metrów dalej na wschód. Ich przykład pokazuje, co mogło pozostać z Mielnika, gdyby okupacja sowiecka okazała się bardziej długotrwałą.

Siemiatycze początkowo traktowaliśmy wyłącznie jako miejsce robienia zakupów i centrum komunikacyjno-logistyczne powiatu. Wiedziałem wprawdzie, że dwór siemiatycki był za rządów księżnej Anny z Sapiehów Jabłonowskiej, u schyłku XVIII w., drugim po Białymstoku, centrum szerzenia idei oświeceniowych na Podlasiu. Siemiatycki kościół katolicki z metryką sięgającą lat trzydziestych XVII w. to jeden z najstarszych murowanych zabytków sakralnych województwa. Kościół poprzez dolinkę niewielkiego strumyka sąsiaduje z cerkwią prawosławną zwieńczoną jeszcze większą ilością kopułek niż jej mielnicki odpowiednik. Ze wzgórza cerkiewnego widać cmentarz wielowyznaniowy i położony nań skromny, drewniany kościółek św. Anny. Może 50 metrów dzieli go od nieużywanej do celów kultowych kaplicy ewangelickiej w kształcie rotundy mieszczącej obecnie galerię metalowych krzyży nagrobnych. Z drugiej strony obłego rynku wybiega ulica Pałacowa. Wbrew nazwie prowadzi ona do gmachu starostwa i prokuratury, przed którymi zachowały się 250 letnie figury dwóch sfinksów (a może jednak sfinksic?) flankujących niegdyś wjazd do pałacu księżnej Anny, który został zniszczony przez Rosjan po bitwie z powstańcami w lutym 1863 roku. Ciekawostką jest, że bliżej niż do świątyń chrześcijańskich było z pałacu do zachowanych budynków żydowskiej synagogi (dzisiaj biblioteka) i mykwy (dzisiaj szkoła branżowa). Co najważniejsze jednak, Pałacowa jest najbardziej harmonijnie zabudowaną ulicą miasta. Murowane i drewniane budynki utrzymane są w podobnej skali i nawet bloki z lat 60-tych XX w. zostały poddane tym samym urbanistycznym rygorom.

Siemiatycze dostarczają też ponadprzeciętnych atrakcji kulinarnych, tak obiadowych jak i kawowo-cukierniczych. Jedynie lokalizacja najciekawszych lokali jest nieco zaskakująca. Znajdują się one, bez wyjątku, na obrzeżach miasta a, w dwóch przypadkach, w dzielnicach przemysłowych. Za to są czynne przez cały tydzień i cały rok. Gdy więc, wybitnie ciekawa i nastrojowa, kawiarnia mielnicka otwiera swe podwoje tylko w weekendy i święta, od maja do września, lokale siemiatyckie przygarną nas bez względu na dzień i porę roku. Tylko, uwaga!, gastronomia w tej części Podlasia zamyka swoje podwoje wcześnie i po 19:00 zjedzenie posiłku możliwe jest w tylko nielicznych lokalizacjach. Sztandarowym daniem nadbużańskiego Podlasia są zaguby. Jest to rolada z ciasta pierogowego wypełniona ziemniaczanym farszem. W większości miejsc podawana jest po usmażeniu, jeno w drohiczyńskiej restauracji, która nota bene, zarejestrowała tę potrawę jako danie regionalne, serwują ją z wody. Nasza grupka podzieliła się w ocenie, która wersja jest smaczniejsza. Z kronikarskiego obowiązku donoszę jednak, że większość optowała za smażonymi zagubami. Mielnicka restauracja jest obiektem architektonicznie reliktowym, co widać zwłaszcza po stanie jej toalet, ale jakością serwowanych potraw nie odbiega od atrakcyjniej wyglądających lokali. Podziomek, ceniąca sobie nastrój i wystrój, odmówiła jednak konsumpcji w tym miejscu, mimo iż budynek restauracji stoi na miejscu po starej mielnickiej szkole, w której jako nauczyciele pracowali jej dziadkowie. Szkoła, zajęta przez sowieckich pograniczników, została potraktowana przez Niemców w 1941 roku jako obiekt militarny i zbombardowana, otwierając tym samym drogę do postawienia PRL-owskiego pawilonu gastronomicznego.

W Mielniku byłem dwa razy w ciągu miesiąca, najpierw z dziećmi i wnuczką, potem z Podziomkiem i siostrą. Starsza córka zakochała się po prostu w Mielniku i drogą ciągłych porównań ogłosiła w końcu rezultat: Mielnik-Drohiczyn 4:0. Po drugim wyjeździe zapytała mnie czy miasteczko przepadło równie do gustu starszemu pokoleniu. Odpowiedź brzmiała: “Wszystkim się podobało, ale inaczej”. Bo też zależy, co kto lubi! Mielnik jest nieporównywalny z sąsiadami, gdy chodzi o urozmaicenie krajobrazu, ale uboższy  w zabytki. Ma mniej ciekawą, nie wspominając, że tylko jedną!, restaurację, ale smaczniejszą kawę i wypieki w miejscowej kawiarni. Wspomniane miejscowości są jednak tak blisko siebie, że bez trudu można między nimi kursować wybierając atrakcje a’la carte. W moim przypadku skłaniałbym się ku wynikowi remisowemu, chyba że po otwarciu przywiezionej z wyjazdu butelki czerwonego wina, jego smak przechyli szalę na korzyść Mielnika.

PS. Niestety, wino z Mielnika nie okazalo się być szczegółnym atutem miasteczka.

Kategorie
Polska

Historia miłości czyli o tym jak Chełmno pokochało św. Walentego

Czasy po wprowadzeniu reformacji charakteryzowały się osobliwą dynamiką, a życie religijne trudną do zaakceptowania, z dzisiejszej perspektywy, ekspresją. Podczas gdy teologowie prowadzili uczone dysputy i konsylia, lud, tak protestancki jak i wyznania rzymskiego, koncentrował się na bardziej dosadnym okazywaniu swej wyższości wobec innych form religijności. W pomorskim Chełmnie, protestanccy żacy Gimnazjum Chełmińskiego, którzy zasiedlili opuszczony klasztor franciszkanów splądrowali krypty kościelne rozbijając trumny, a wyrzucone z nich szczątki ludzkie stały się “igrzyskiem pospolitym żaków zuchwałych”. Los ten spotkał również doczesne szczątki Jana z Łobdowa (Łobdowczyka), mistyka i lektora tutejszego klasztoru, który wedle XV wiecznego wykazu świątobliwych franciszkanów “w Prusach (…) jaśniał licznymi cudami po śmierci”.

Ale oto, po każdym takim incydencie jego kości wracały do grobowca. Katolicy widzieli w tym cud i potwierdzenie świętości cnego franciszkanina, natomiast podejrzliwi protestanci zorganizowali zasadzkę i przyłapali niejakiego Gorczyca z Lubawy, który nie tylko zbierał i z czcią czyścił porozrzucane kości, ale też uzupełniał ich braki, innymi, przynoszonymi z przykościelnego cmentarza. Zdarzenie to dało asumpt do kwestionowania autentyczności relikwii. Ani jednak uzupełnianie relikwii o cudze kości, ani też fakt, że formalnie Jan z Łobdowa był i nadal jest tylko kandydatem do “chwały ołtarzy” nie zmniejszyły jego kultu. Przygasał on i wybuchał, relikwie lądowały w coraz cenniejszych trumnach, w coraz to innych miejscach (obecnie znajdują się w kaplicy szyperskiej katedry toruńskiej), ale do dzisiaj wspomina się Łobdowczyka podczas nabożeństwa 9 października, w domniemanym dniu jego śmierci, a za patrona uważają go flisacy (uwaga, górale pienińscy: czy ktoś o tym u was słyszał?) oraz żeglarze, w każdym razie ci z Klubu Turystów Wodnych w Chełmnie.

O tym, że kult świętych nie rządzi się racjonalnym zasadami, przypomniałem sobie w chełmińskiej farze przed ołtarzem św. Walentego. W srebrnej puszce ufundowanej w roku 1630 przez Jadwigę Działyńską, starościnę bratiańską, ukryte są relikwie tego świętego. Za przyczyną świętego tak starościna jak i jej córka “doznały pomocy” w chorobie. Św. Walenty przez wieki uważany był za opiekuna w zdrowotnych niedomaganiach, zwłaszcza w przypadku epilepsji. Gdy w związku z postępem naukowym wzrosło zaufanie do medycyny, przypisano mu rolę patrona miłości, czyli zjawiska trudniejszego w opisie przy pomocy wzorów i formuł. Nadawał się do tego gdyż, w zależności od wersji życiorysu, a to udzielał ślubów żołnierzom rzymskim, gdy cesarz Klaudiusz II Gocki domagał się od nich pozostawania w stanie bezżennym, a to udzielił ślubu poganinowi i chrześcijance, a to w przeddzień ścięcia mieczem wysłał list (protowalentynkę) do córki strażnika więziennego podpisując go “Twój Walenty”. Jako, że relikwie Walentego posiada jeszcze z tuzin polskich kościołów, a we Włoszech, gdzie żył i umarł, liczby te są wielokrotnie większe, zachodzi podejrzenie, że można by z nich złożyć kilku bogobojnych mężów.

Jednakże, z kilkunastu polskich miast, w których przechowywane są relikwie św. Walentego tylko w Chełmnie postanowiono wykorzystać ten fakt do promocji miasta. Stąd, gdy otworzymy stronę internetową urzędu miasta pierwsze co rzuci się nam w oczy to hasło “Chełmno – miasto zakochanych” oraz logotyp w kształcie serca, obydwa chronione znakiem Ⓡ . W okolicach 14 lutego przygotowywany jest specjalny program walentynkowy, w ramach którego można za darmo zwiedzać miejskie zabytki, uczestniczyć w wystawach, prelekcjach, a nawet nabożeństwach dla zakochanych organizowanych w kościele ojców Pallotynów. Na rynku przez dwa dni odbywa się jarmark św. Walentego, a sklepy przyozdabiają się czerwonymi serduszkami i/lub elementami bielizny damskiej w tymże kolorze. Co jednak najważniejsze – naród ten scenariusz kupuje! Po zasiedleniu pokoju w staromiejskim pensjonacie wybraliśmy się z Podziomkiem na spacer po głównym staromiejskim deptaku – ulicy Grudziądzkiej. Było blisko godziny 20 w piątkowy wieczór, łapał lutowy mrozek, powietrze było ostre jak brzytwa. Ale ulica tętniła życiem, sklepy były otwarte, towarzystwo liczne i ożywione. Na rynku odbywał się jakiś koncert, do którego nagłośnienia użyto pewnie dużą część mocy konsumowanej przez miasto w przeciętny wieczór. Restauracje i kawiarnie puchły od klientów. Rezerwacji stolika, robionej na tydzień przed wyjazdem udało mi się dokonać w trzeciej z kolei, chyba największej w mieście, karczmie. Przy okazji dowiedziałem się, że na św. Walentego lokale wydłużają swoje normalne godziny pracy. A to wszystko w pomorskim, powiatowym miasteczku liczącym niespełna 20 tysięcy mieszkańców. Toż to prawdziwy cud za wstawiennictwem świętego!

Chełmno, w czasach przed rewolucją świętowalentyńską, miało się wszakże czym pochwalić. Założone przez Krzyżaków, jako przyszła stolica ich państwa, zaplanowane było z wielkim rozmachem. Nadane mu prawo chełmińskie służyło za wzór setkom później powstałych miast w naszym kraju. Stare miasto o rozmiarach 800 na 530 metrów przewyższa obszarem średniowieczne centra większości miast w Polsce. W granicach wytyczonych przez zachowane mury miejskie wznosi się sześć świątyń zbudowanych w stylu gotyckim. Tutaj prawdziwym jawi się slogan “Gotyk na dotyk”! Do tego rzadki na Pomorzu przykład renesansowego (acz, w przeciwieństwie do gdańskiego, potynkowanego na biało) ratusza i dziesiątki kamienic i kamieniczek rozmaitych w formie lecz wspartych na gotyckich fundamentach. Przy tym położenie na na wysokim wschodnim brzegu doliny Wisły zapewniające dalekie widoki na rzeką, położone na jej drugim brzegu Świecie i Bory Tucholskie na horyzoncie. Przy tylu turystycznych aktywach miasto, zasługujące na miano pomorskiego Kazimierza, nie było dawniej w Polsce specjalnie znane.

W odbudowanej wieży ciśnień dział jedna z kawiarni

Mnogość budowli sakralnych przy względnie małej liczbie mieszkańców skutkuje też, rzadką w Polsce, rozmaitością  formy ich użytkowania. To z kolei wpływa na ich atrakcyjność turystyczną. Parafia obejmująca całe stare miasto jest tylko jedna z kościołem farnym Wniebowzięcia NMP wznoszącym się w pd.-wsch. narożniku Rynku. Świeżo odnowione wnętrza atakują zwiedzających złoceniami rozbuchanego baroku. Ołtarz z relikwiami św. Walentego jest w tym otoczeniu skromnym elementem wyposażenia. W zamknięciu lewej nawy jest ołtarz z XVII wiecznym obrazem Matki Boskiej Bolesnej (Pieta Chełmińska). Uznana za opiekunkę miasta jest, w różnych formach, oddana i wyeksponowana w przestrzeni miejskiej np. jej rzeźba wita wkraczających do centrum przez Bramę Grudziądzką. Starsze, bo XIV wieczne, są polichromie, które ukazują, i to dwukrotnie, mojego patrona św. Krzysztofa. Ze względu na usytuowanie, bogactwo wyposażenia oraz fakt udostępniania w okresie letnim wieży widokowej, kościół ten jest najpopularniejszy i najbardziej znany wśród turystów. Ja sam, dotychczas, nie odwiedziłem innej chełmińskiej świątyni. 

Parafia ma dwie filie w dawnych kościołach franciszkanów i dominikanów. Ten pierwszy po kasacie zakonów katolickich w państwie pruskim został, po latach opuszczenia, przystosowany do roli kościoła szkolnego Gimnazjum Chełmińskiego. Dawne wyposażenie przeniesiono do innych świątyń, a nowe zaprojektowano w stylu neogotyckim w początkach XX w. Kościół dominikanów był w latach 1841-1945 używany przez chełmińskich ewangelików. Jego gotycka, szczytowa fasada służyła za wzór dla odbudowywanej po zniszczeniach II Wojny Światowej, katedry warszawskiej. To drugi, po prawie chełmińskim, prezent miasta dla obecnej stolicy. Obydwa kościoły służą celom kultowym tylko incydentalnie. Szpitalny kościół św. Ducha był pierwszym schronieniem dla chełmińskich relikwii św. Walentego. Teraz jest całkiem pusty i używany przez miejscowe bractwo rycerskie. W końcu, najmłodszy (bagatela, pochodzący z pierwszej połowy XIV w.) i najmniejszy kościółek św. Marcina, pełniący w przeszłości rolę, w zależności od relacji demograficznych, świątyni dla polsko- czy niemieckojęzycznej społeczności katolickiej miasta, obecnie jest tylko stylową ozdobą podwórka szkolnego mając za sąsiedztwo boisko sportowe i pawilon szkolnej biblioteki.

Oprócz kościoła farnego najcenniejsze wyposażenia zachowało się w klasztornym kościele sióstr szarytek. Szarytki, prowadzą w Chełmnie duży kompleks zakładów opiekuńczych. Duży w tym przypadku oznacza zajmujący powierzchnię ok. 1/6 starego miasta. Pierwotnie było to bowiem miejsce przewidziane na zamek, nie byle jaki, bo siedzibę Wielkiego Mistrza Zakonu NMP. Gdy plany się zmieniły, Krzyżacy udostępnili teren zakonowi cystersek, od których klasztor przejęły benedyktynki, a w końcu już w XIX w. szarytki. Kościół, przylegający do murów miejskich od ulicy oddzielony jest młodszą zabudową klasztorną. Jest architektonicznym klejnotem dla wtajemniczonych. Aby go zwiedzić trzeba udać się do klasztornej furty. To tradycyjne określenie oznacza wejście głównymi drzwiami i poproszenie o wskazówki siostry dyżurującej w pomieszczeniu, w świeckim świecie, zwanym portiernią. Zanim dostaniemy się do kościoła trzeba obejrzeć kilka pomieszczeń z historycznymi sprzętami i strojami liturgicznymi oraz klasztorną aptekę. Kościół ma wydłużony balkon chóru, skąd mszy słuchają zakonnice, więc cała reszta wyposażenia, w tym organy, upchnięta jest w prezbiterium i bocznych kaplicach. Poza wspaniałym barokowym ołtarzem znajdziemy tam przejmującą XIV wieczną figurę Chrystusa z ruchomymi ramionami umożliwiającymi zdjęcie z krzyża i umieszczanie jej w grobie przed Wielkanocą oraz doskonale zachowaną płytę grobową z końca XIII w. Swój dobry stan zawdzięcza faktowi, że przez wieki była używana jako blat stołu ołtarzowego. Wystrój malarski charakteryzuje użycie jaskrawych motywów kwiatowych oraz śmiałe zestawienia kolorów stwarzające, zwłaszcza w partiach wejściowych, wrażenie pewnej orientalności. Nie wszystkie części zespołu klasztorno-opiekuńczego są dostępne dla zwiedzających. Nam zdarzało się utknąć pod zamkniętymi drzwiami. Jednak bez paniki! Niespodziewanie pojawiała się wtedy postać w habicie, otwierała zamknięte wrota i udzielała rad co do dalszej drogi.

Charakterystyczne budynki nowszej części zespołu klasztorno-opiekuńczego sióstr szarytek

W roku 1386 papież Urban VI wydał przywilej, na mocy którego w Chełmnie powstać miał uniwersytet, na podobieństwo bolońskiego, z czterema wydziałami: teologicznymi, prawniczym, lekarskim i filozoficznym. Nadzór nad programem uczelni oraz jej warunkami finansowymi powierzono biskupom chełmińskim. Ci jednak chyba nie nazbyt palili się do angażowania w to przedsięwzięcie. Pomimo wydania kolejnego przywileju w roku 1434 przez cesarza Zygmunta Luksemburskiego uczelnia nadal nie powstała. Dopóki Zakon Najświętszej Marii Panny był katolicki krzyżacy nie palili się do posiadania na swych ziemiach wyższej uczelni. Po sekularyzacji i przyjęciu protestantyzmu książę Albrecht Hohenzollern (ten od Hołdu Pruskiego) zmienił zdanie, ale lokalizacja w Chełmnie nie mogła być brana pod uwagę, gdyż miasto należało już do Polski. U schyłku Rzeczypospolitej szkoła chełmińska uzyskała status kolonii akademickiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale granice porozbiorowe odcięły ją od macierzystej uczelni więc kolejna próba utworzenia uniwersytetu też się nie powiodła. Natomiast szkolnictwo na poziomie średnim miało się w Chełmnie zawsze dobrze, a miejscowe Królewskie (katolickie) Gimnazjum Klasyczne uzyskało w 1866 roku siedzibę na ul. Dominikańskiej, której nie powstydziłby się niejeden uniwersytet. Na pewno na uniwersyteckim poziomie stała biblioteka posiadająca w swoich zbiorach m. in. rękopisy dzieł Grzegorza Wielkiego, protestancką Biblię Radziwiłłowską z 1563 roku czy cenny zbiór pierścieni, gemm i kamei (miniaturowych kamiennych płaskorzeźb). Uległa ona jednak zniszczeniu i rozkradzeniu przez Niemców podczas II Wojny Światowej.

Budynek dawnego Gimnazjum obecnie mieści Zespół Szkół Ogólnokształcących nr 1, fot. Magdalenadreścik, lic. CC BY-SA 3.0 pl

Chełmno ze względu na położenie stwarza możliwość szybkiego dojazdu do innych turystycznych celów jakimi są Toruń i Grudziądz. Tym razem wybraliśmy to drugie miasto. Mamy tam ulubioną kawiarnię w uliczce pod parasolkami prowadzącej od Rynku ku ulicy Spichrzowej. Tym razem w ofercie zaskoczyła nas obecność piwa z miejscowego mini browaru. Szkoda tylko, że nie ma on praw do używania tradycyjnej dla miasta marki “Kuntersztyn”. Spacer po nadwiślańskich błoniach, w słoneczne, mroźne południe z widokiem na imponującą linię wielokondygnacyjnych spichrzy i górującymi nad nimi wieżami kościoła farnego, kolegium jezuickiego i odbudowanej wieży zamkowej, zwanej Klimkiem, utwierdził mnie w przekonaniu, że Grudziądz posiada najatrakcyjniejszy widokowo waterfront spośród wszystkich nadwiślańskich miast w Polsce. Odkryciami tego wyjazdu były dwa obiekty w stylu neogotyckim, obydwa związane z protestantami grudziądzkimi. Obecna świątynia parafialna wzniesiona w 1916 roku dla kościoła apostolsko-katolickiego (tu ciekawostka: wyrosłego z prezbiteriańskiego Kościoła Szkocji!) jest architektonicznie skromna, ale ze względu na usytuowania na bastionie murów miejskich jest efektownie wyeksponowana od strony południowej. Od strony północnej, schodkowy szczyt kościółka ładnie zamyka perspektywę ulicy Murowej. Obecna parafia jest liczbowo niewielka, ale przed II Wojną Światową, gdy ewangelików (głównie niemieckich) w mieście było ponad 3000, do celów kultowych służył im obecny rzymsko-katolicki kościół pw. Niepokalanego Serca NMP. Stracił on w wyniku działań wojennych wyniosły szczyt swej wieży, ale nadal prezentuje wszystkie cechy bogatego neogotyku. W środku natomiast świątynia jest zaskakująca surowa w wyglądzie. Dominującym elementem wyposażenia jest współczesny krucyfiks w prezbiterium. Na ścianie wschodniej umieszczono zachowane elementy neogotyckiego ołtarza. Ukłon w kierunku liturgicznych preferencji obecnych użytkowników stanowi udana figura Matki Boskiej we wnęce na zamknięciu lewej nawy oraz tematyka witraży w wielkich oknach naw. Prócz tego pustka pobielonych ścian. Czyżby to działał stary dobry “Genius loci”?

Moja wywodząca się z Pomorza rodzina ma w repertuarze bożonarodzeniowych kolęd także kilka pozycji niemieckich. Nawet w czasach obecnych, gdy liczba jej członków władających mową Goethego i Schillera mocno się skurczyła, śpiewamy czasem podczas rodzinnego kolędowania, do dziś popularny za naszą zachodnią granicą, świąteczny szlagier “Leise rieselt der Schnee”. W Grudziądzu skwer urządzony w dawnej miejskiej fosie w pobliżu kościoła protestanckiego nosi imię pastora Eduarda Ebela. Po sprawdzeniu hasła w Wikipedii okazało się, że był to autor tekstu tej kolędy, a jednocześnie proboszcz miejscowej parafii ewangelicko-unijnej. To odkrycie skierowało mnie ku refleksji nad polsko-niemiecką historią Pomorza. Według spisu ludności z 1910 roku w Chełmnie polski jako język ojczysty wykazało 6263, a niemiecki 5033 osób. Jak na swoją niewielką liczebność i ograniczone znaczenie administracyjne czy ekonomiczne, miasto może pochwalić się dużą liczbą znanych w historii osób. Ludwik Rydygier, późniejszy profesor i rektor Uniwersytetu we Lwowie, dokonał w Chełmnie pionierskich operacji resekcji żołądka. Rodzina Raszejów wydała trzech braci Maksymiliana, Franciszka i Leona, będących odpowiednio profesorami teologii i medycyny oraz, w przypadku Leona ostatnim przedwojennym prezydentem Torunia. Wszyscy trzej zginęli w czasie II Wojny Światowej. Spośród niemieckich mieszkańców Chełmna, znanego ówcześnie pod nazwą Kulm, na karty historii bez wątpienia przebił się generał Heinz Guderian, teoretyk i praktyk użycia wojsk pancernych w ramach blitzkriegu. Gdy kolumny pancerne generała siały popłoch na frontach II Wojny Światowej, inny słynny chełmianin – Kurt Schumacher – przebywał w obozach koncentracyjnych, w których w sumie spędził 9 lat, 9 miesięcy i 9 dni. Po wojnie odbudował socjaldemokrację niemiecką i bezskutecznie kandydował na stanowisko prezydenta RFN.

Oferta kulinarna Chełmna jako miasta turystycznego jest ponadprzeciętna. Wolny stolik trudno było jednak znaleźć i w powalentynkową sobotę. Z tego powodu znaleźliśmy się w najstarszej i najszacowniejszej restauracji, położonego na drugim brzegu Wisły, Świecia. Trafiliśmy tam na większe rodzinne przyjęcie, które postawiło przed obsługą, bez mała niemożliwe do wykonania, zadanie obsłużenia pozostałych gości. Atmosfera była więc napięta, lecz w menu odkryliśmy warte wzmianki, typowo pomorską zupę owocową z przetartych gruszek z kładzionymi kluseczkami oraz deserową bezę. Ta ostatnia zostawiła w pokonanym polu desery z innych lokali, w tym nawet tych o profilu kawiarnianym. Lokal odwiedzony w niedzielę pobił inne poziomem obsługi i stosunkiem jakości do ceny serwowanych steków. Natomiast walentynkowa karczma punktowała w dziedzinie całokształt (smak/wystrój/obsługa). No i w walentynkowym bonusie był nastrojowy spacer po wieczornym Chełmnie.

Chełmno, niewątpliwie, zasługuje na uznanie jako przykład mistrzowskiego wykorzystania dobra niematerialnego (kult św. Walentego) do promocji miasta. Niczym legendarny baron Münchhausen potrafiło wyciągnąć się za uszy z bagna prowincjonalnej, polskiej przeciętności. Na chełmińskim rynku znajdziemy jednak dowód, że ciągle można coś ulepszyć. Otóż na samym pn.-zach. narożniku placu razi oczy wielka wyrwa w zabudowie. Wznosił się tam niegdyś hotel Dwór Chełmiński mieszczący w czasach PRL także dom kultury i bibliotekę pedagogiczną. Budynek zgorzał w 1984 roku i do dzisiaj nie udało się go zastąpić nową kamienicą. Tymczasem w pobliżu, pod numerem 26, stoi obiekt z lat dwudziestych XX wieku, zbudowany już kilka lat po pożarze, który zniszczył stojącą w tym samym miejscu tzw. kamienicę z polską attyką. Nie mnie osądzać, czy jest to przykład skuteczności ówczesnego, jeszcze pruskiej proweniencji, systemu ubezpieczenia od ognia czy też większej niż w przypadku właściciela publicznego efektywności gospodarowania właściciela prywatnego. W każdym razie, nieumiejętność poradzenia sobie z tą luką w zabudowie w tak prestiżowym miejscu nie pozwala mi pisać o Chełmnie wyłącznie w trybie afektowano-laurkowym.

Kategorie
Litwa

W trzy dni przez Litwę czyli o poszukiwaniu uśmiechniętego lica

Sierpniowy wieczór szybko zapadał nad Wilnem. Odgłos naszych kroków odbijał się od  pamiętających lepsze czasy ścian kamienic. Ulice były prawie puste, czasem tylko mijaliśmy policyjny patrol. Funkcjonariusze byli odziani w nowe mundury, wzorowane na przedwojennych, ale z naszej perspektywy – ludzi przyzwyczajonych do PRL-owskiej sprzaśności – niemal operetkowych. Tylko zużyte Łady, którymi się przemieszczali, przypominały, że Litwa ciągle, przynajmniej formalnie, była częścią ZSRR. W końcu zbliżyliśmy się do Ostrej Bramy. Przez okna nad prześwitem bramnym widać już było błysk lampek przed świętą ikoną. Nagle, gdzieś z podwórka, na środek ulicy wytoczyła się przedziwna postać. Pokraczny produkt kraju, w którym oficjalnie nie było bezrobocia i bezdomności, mimo że znaczna część społeczeństwa żyła w ubóstwie, czasem z konieczności, a czasem z wyboru. Zmierzywszy nas zaczepnym wzrokiem osobnik ów, nie wiadomo skąd wyciągnął pokaźny kij, czy lagę, uniósł go nad głową i zamarł w bezruchu.

Poczułem uścisk dłoni Podziomka na moim łokciu. Paradnie umundurowani policjanci oczywiście nie zaglądali w te okolice. Przyjrzałem się włóczędze blokującemu naszą drogę. Był wyraźnie starszy i drobniejszy ode mnie. Spożywanie znacznych ilości napojów wyskokowych też było nie bez znaczenia dla stanu jego sprawności. Rozważywszy wszelkie za i przeciw, ze spojrzeniem wbitym w oczy intruza ruszyłem, jak gdyby nic, przed siebie. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, ale gdy byłem już blisko, dziadyga roześmiał się chrapliwie, schował kij za siebie i tak, jak nagle się pojawił, tak raptownie zniknął. Droga do kaplicy i duchowych przeżyć stanęła przed nami otworem.

Pod Ostrą Bramą

Taka sytuacja, znacząco odbiegająca od doświadczeń współczesnych pielgrzymów do Ostrej Bramy, była możliwa do przeżycia tylko w krótkim oknie czasowym poprzedzającym rozpad sowieckiego molocha. Chociaż w owych czasach nikt nie śnił o Rail Baltica, jednak trasę Tallinn – Warszawa można było pokonać koleją. Ponieważ jednak czas miał ówcześnie inne znaczenie niż obecnie, wagony z Tallinna, po przyjeździe na stację kolejową w Wilnie, czekały blisko 4 godziny na przyjazd pociągu relacji Leningrad – Warszawa. Był to okres w zupełności wystarczający na krótki spacer po mieście. Do momentu konfrontacji pod Ostrą Bramą, jedynym problemem był brak planu miasta i konieczność nawigowania w terenie, bazując bardziej na instynkcie, niż na znajomości topografii. Droga powrotna na dworzec była już prostsza. Wyjechaliśmy z Wilna zgodnie z rozkładem. Była niedziela, 18 sierpnia 1991 roku. Nazajutrz, od świtu, Moskwa była na czołówkach światowych mediów. Twardogłowi członkowie partii i rządu podjęli nieudany pucz przeciwko Gorbaczowowi, w nadziei na powrót komunistycznego raju. Ich porażka oznaczała, że będziemy mogli wracać na Litwę w celu jej bliższego poznania.

Nietolerancja religijna, która po potopie szwedzkim i najeździe moskiewsko- siedmiogrodzkim ogarnęła Rzeczpospolitą, przybrała formy instytucjonalne tylko w Koronie. W Wielkim Księstwie Litewskim sytuacja kościołów reformowanych była, mimo powtarzających się prób ograniczenia ich działalności, zdecydowanie korzystniejsza. Nie przypadkiem, pozbawieni aż do lat osiemdziesiątych XVIII w. własnej świątyni i pastora, dysydenci warszawscy udawali się na nabożeństwa w Węgrowie. Aż do końca istnienia pierwszej Rzeczpospolitej, miasto było częścią “Litwy”, a granica z Koroną biegła po rzece Liwiec. W Wilnie zbór luterański istniał już w XVI wieku, a współczesna świątynia liczy już sobie 285 lat. Jako, że koegzystencja z katolicką większością miasta nie było całkiem spokojna, kościół ukryto w podwórku przy ulicy, nomen-omen, Niemieckiej (Vokiečių). Z dzisiejszej perspektywy lokalizacja taka przysparza uroku, w bardziej niespokojnych czasach pozwalała przetrwać antyheretyckie tumulty za zamkniętymi na cztery spusty wrotami bram. Obecny wygląd kościół zawdzięcza ojcu wileńskiego baroku – pochodzącemu ze Śląska Janowi Krzysztofowi Glaubitzowi. Ten dobry luteranin i wieloletni członek władz wileńskiego zboru, w duchu ekumenicznym, obdarował wytworami swego talentu liczne świątynie katolickie, prawosławne, a nawet wielką synagogę wileńską. Mieszkańcom dawnej Kongresówki i Galicji pojęcie barokowego wystroju luterańskiej świątyni może wydawać się oksymoronem. Wynika to jednak stąd, że w okresie baroku w tych częściach Polski w ogóle nie można było wznosić świątyń protestanckich. A gdy było to już możliwe, w architekturze panowała moda na klasycyzm i wśród samych wiernych zaczęto chyba bardziej cenić skromne wnętrza świątyń. Jednak o tym, że nie zawsze tak było, zaświadczają dolnośląskie kościoły Pokoju i Łaski, liczne małe kościoły mazurskie oraz kościół w Wilnie. Ma on ołtarz porażający bielą marmuru i ekspresyjnością figur, a także wspaniałą ambonę i chrzcielnicę. Trzeba się na serio skupić, by rozważać Słowo, podczas gdy zmysł wzroku atakowany jest tak powabnymi obrazami.

Na stronie parafii luterańskiej znalazłem informację, że w niedzielę, 10 listopada, odbędzie się International Service in English – wspaniale, że w zrozumiałym dla mnie języku. A w dodatku ciekawiło mnie, jakie będą różnice w sprawowaniu obrządku, w porównaniu z kościołami ewangelicko – augsburskimi w Polsce. W kruchcie kościoła powitały mnie dwie elegancko ubrane panie. Luteranie przykładają dużą wagę do wzmacnianie więzi społecznych wewnątrz zboru. Pastorzy ściskają dłoń i zamieniają parę słów z każdym uczestnikiem nabożeństwa. Uznałem zatem, że w Wilnie panuje również zwyczaj witania gości, zwłaszcza, gdy mogą wśród nich znaleźć tak ważni jak pracownicy zagranicznych ambasad. Przedstawiłem się więc grzecznie obu paniom, informując skąd przybywam, a one wyraziły radość z mojej obecności. Ze sprawności ich small talk’u wynikało, że angielski jest ich językiem rodzimym. Pomyślałem nawet, że to przejaw profesjonalizmu parafii, że deleguje do kontaktów z cudzoziemcami native speakers. Chwilę potem wręczono mi program, z którego wynikało, że uczestniczę w Remembrance Day, organizowanym ku czci żołnierzy poległych w I Wojnie Światowej. Organizatorami były ambasady Wielkiej Brytanii i Kanady. Nic dziwnego, że przewidziano wystąpienia ambasadorów tych krajów, jak również Stanów Zjednoczonych, Francji i Niemiec. Jakież było moje zaskoczenie, gdy przed zgromadzonych wyszły owe, spotkane w przedsionku kościelnym, panie – ambasadorki USA i Zjednoczonego Królestwa. Gdybym wiedział to wcześniej, może zdołałbym załatwić coś dla Polski!

Uroczystość miała charakter ekumeniczno-dyplomatyczny. Obecni byli przedstawiciele wielu wyznań i religii, m. in. muzułmański mufti w wielkiej baranicy na głowie. Oprócz części modlitewnej, recytowanej i śpiewanej, w której odkryłem znany z przedostatniej sceny filmu “O jeden most za daleko” hymn “Abide with me”, czytano fragmenty poezji i prozy tworzonej przez uczestników Wielkiej Wojny. Było to bardzo poruszające doświadczenie. szczególnie dla osób mających świadomość, że autorzy starannie dobranych słów i szlachetnych myśli oddali swe życie podczas tego konfliktu. Delegacje ambasad złożyły potem wieńce pod ołtarzem. Tu wszystkich przebili gospodarze, zarówno wielkością wieńca, elementami musztry, jak i uzbrojeniem (oficer przy szabli). Ciekawa była lista obecności i nieobecności. Z państw Ententy zabrakło Włoch i Japonii. Z państw Centralnych nie było Turcji, ale i Austrii, za to wieńce złożyła delegacja węgierska. Spoza grona uczestników wojny, obecne były delegacje: indyjska, koreańska i irlandzka. Wszak ich rodacy, będący wtedy poddanymi wojujących stron, ginęli na tej wojnie nosząc obce mundury. I tu ogarnęła mnie smutna refleksja: W I Wojnie Światowej zginęło blisko 400 tysięcy Polaków, walczących często przeciwko sobie. Straty irlandzkie szacuje się na ok. 35 tysięcy zabitych. Nie była to irlandzka wojna, jej ofiar nie zalicza się do grona irlandzkich bohaterów narodowych. Ci ostatni spiskowali przeciw i ginęli w walce z Brytyjczykami. Mimo to, współczesna Irlandia oddaje hołd pamięci rodaków, których kości wyścieliły pobojowiska pod egzotycznymi Suvla, czy Sedd-El-Bar. W tym świetle decyzja naszych władz o nieobecności delegacji polskiej uderzyła mnie swoją małostkowością.

Nasz listopadowy wyjazd, od strony organizacyjnej możnaby porównać do kolarskiego Tour de Lithuanie. Każdego dnia nocleg w innym  miejscu i każdego dnia minimum 1,5 godziny w samochodzie. Motywem wiążącym odwiedzane miejsca, zaproponowanym przez mojego brata, było poznanie miejsc związanych z polskimi powstaniami narodowymi. Podczas dziecięco-nastoletnich wypraw po górach z naszym ojcem śpiewaliśmy piosenki z jego harcerskiego repertuaru. “Śmierć pułkownika” – do poematu Adama Mickiewicza – utkwiła nam w pamięci narastającym patosem oraz swoistym suspensem. A że miejsce śmierci i pochówku Emilii Plater, zarówno pułkownika, jak i “dziewicy – bohatera” z mickiewiczowskiego poematu, znajduje się dosłownie o rzut beretem od polskiej granicy, to pierwszy punkt programu mieliśmy już ustalony. Dla uzupełnienia historycznego dodaliśmy jeszcze Konstantego Kalinowskiego, polskiego ziemianina i białoruskiego budziciela, a także naczelnika cywilnego Litwy z ramienia Rządu Narodowego, podczas Powstania Styczniowego. Stąd nasz krótki postój, jeszcze w Polsce, w Mostowlanach nad Świsłoczą, gdzie przyszły bohater przyszedł na świat i wynikająca z niego konieczność nocnej rajzy ku granicy z Litwą, podczas której, wbrew zapowiedziom brata, nie zostaliśmy zatrzymani do kontroli przez Straż Graniczną. Objęcie zasięgiem umowy schengeńskiej zagwarantowała nam możliwość przekraczania granicy z Litwą w każdym miejscu, do którego dociera dowolna droga wiodąca na wschód. Skorzystaliśmy z tej szansy na odcinku Berżniki – Kopciowo (Kapciamiestis). I muszę przyznać, że przejazd tą gruntową, choć równą, drogą, prowadzącą wśród lasów Puszczy Augustowskiej, był przyjemnością samą w sobie. Granicę wyznaczały tu tylko przecinka i dwa słupy graniczne.

Wkrótce dotarliśmy do Kopciowa. Na pustawym placu wznosi się tam nieproporcjonalnie mały pomniczek Emilii Plater. Ku naszemu zaskoczeniu, sama figura odzianej z męska bohaterki została pomalowana na różowo, choć jak nam się zdawało, na starszych fotografiach była złota. No, ale na tych samych fotografiach, na placu zasiana była trawa i rosły drzewa, po których teraz nie zostało ani śladu. Piękne stare drzewa rosną za to na cmentarzu, gdzie pochowano, początkowo pod zmienionym nazwiskiem, bohaterkę zmarłą z wyczerpania od wędrówki i ukrywania się po lasach. Cmentarz nie pełni już funkcji grzebalnych. Zachowało się na nim tylko parę nagrobków, wykonanych z najbardziej trwałych materiałów. Kilka kilometrów na północ od Kopciowa znajdował się dwór Justianowo (Vainežeris), gdzie próbowano, bezskutecznie, ratować zdrowie i życie panny z dobrego domu, która zaniemogła i przebywała w pobliskiej leśniczówce. Po budynkach, zniszczonych przez litewskie podziemie w latach powojennych, nie ma już śladu. Na miejscu dworu stoi jednak drugi, artystycznie bardziej udany, pomnik Emilii Plater. Oryginalny, bo przedstawiający “pułkownika” pod bronią, choć w pozycji klęczącej. Miejsce jest niezwykle urokliwe, z bogatym w starodrzew parkiem, otaczającym niewielkie jezioro. Najbliższe sadyby ludzkie są oddalone o conajmniej pół kilometra, więc nikomu nie przeszkadzało odśpiewanie przez nas chóralnie mickiewiczowskiego poematu.

Skoro byliśmy już wcześniej w miejscu narodzin, chcieliśmy odwiedzić też miejsce pochówku Kastusia Kalinowskiego. Od roku 2019 jego doczesne szczątki spoczywają w kaplicy na cmentarzu na Rossie. Ich znalezienie zawdzięczamy siłom natury – zostały odsłonięte, gdy osunęło się zbocze Góry Gedymina. Że są to szczątki przywódców Powstania Styczniowego, zdradził napis wygrawerowany na znalezionej przy nich obrączce: “Zygmunt i Apolonia. 11 sierpnia/30 lipca 1862”. Tego dnia ślub wzięli: Zygmunt Sierakowski, wojskowy dowódca Powstania Styczniowego na Litwie i Apolonia Dalewska. Tożsamość pozostałych ofiar Murawiewa-Wieszatiela ustalono w drodze badań genetycznych. Ich ponowny pochówek na Rossie miał podniosły nastrój i zjednoczył, przynajmniej w tym dniu, Polaków, Litwinów i Białorusinów. Jednak kaplica, w której pochowano powstańców, okazała się nie być otwarta na codzień. Zmuszeni byliśmy położyć nasze znicze i wieńce u jej wejścia.

Zyskaliśmy jednak możliwość powłóczenia się po cmentarzu. Przykłady wybitnej sztuki kamieniarskiej są na nim nadzwyczaj liczne. Szacunek budzi też zestaw i kaliber osób, które znalazły na Rossie wieczny odpoczynek. Mnie jednak najbardziej ujęła bogata rzeźba terenu, w tym cztery wzgórza: Górka Literacka, Górka Anielska, Wzgórze Pomocne i Wzgórze Południowe. Różnice wzniesień sięgają 30 metrów, a niektóre nagrobki i kaplice zyskują dzięki temu wręcz dramatyczną perspektywę i ekspozycję. Stosunkowo rzadkie nagrobki litewskie wyróżniają się oryginalnością krzyży, nie bez powodu sztuka ich wykonania została w 2008 roku wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. Nagrobki kryjące ważne postacie historii Białorusi opisane są w alfabecie łacińskim, przypominając, że pierwsi działacze narodowi byli często szlacheckiego rodu i wyznawali religię rzymskokatolicką. Znalazłszy się na Górce Literatów, skąd doskonale widać cmentarz wojskowy oraz mauzoleum serca i matki marszałka Piłsudskiego, uświadomiłem sobie nagle, że podczas wcześniejszych wizyt w Wilnie ograniczałem wizytę do tej, mikroskopijnej w porównaniu z powierzchnią całej nekropolii, części cmentarza. Na zwiedzenie podczas kolejnej wizyty czeka jeszcze Nowa (bagatela, ponad stuletnia!) Rossa.

Kowno zostało dołączone do programu naszego Rajdu Powstańczego głównie z powodu położenia przy dobrej i najszybszej, drodze do Polski. Kolejny uczestnik wyjazdu, moja siostra, miała jakieś mgliste wspomnienia z odbytego przed ponad 55 laty obozu harcersko-pionierskiego, spędzonego w pobliżu miasta. Trzeba jednak powiedzieć, że ani wspomnienia twarożku z rodzynkami, ani wizyty w kościele zamienionym na muzeum ateizmu, nie wystarczyłyby, jako zachęta do powrotu do tego miasta. Nasze z Podziomkiem wspomnienia sprzed blisko 10 lat, były zgoła odmienne. Jako miłośnicy modernizmu, zachwycaliśmy się wszelkimi podobieństwami do architektury Gdyni. To taka pamiątka po dwudziestoletniej stołeczności Kowna w latach przedwojennych, kiedy trzeba było szybko zmienić oblicze średniej wielkości rosyjskiego miasta gubernialnego na siedzibę władz niepodległego i nowoczesnego państwa litewskiego. Poprowadziliśmy więc naszą wycieczkę przez całe centrum, do podnóża wzgórza, na którym wznosi się monumentalna bazylika Zmartwychwstania Pańskiego. Olbrzymia świątynia wieńczy najwyższy punkt dzielnicy Žaliakalnis. Miejsce zostało wybrane umyślnie, by białe ściany i dwie wieże, były widoczne z każdego punktu miasta. W czasach sowieckich zamieniona na wytwórnię radioodbiorników, od roku 2004 ponownie służy celom kultowym i kulturalnym. Zamiast dachu, kościół ma ogromny taras, mogący pomieścić 2000 osób i stanowiący najlepszy punkt widokowy miasta. Mieliśmy w planach wjechanie na wzgórze, istniejącą od 1931 roku kolejką szynową. A tu pech! Podobnie, jak podczas naszej poprzedniej wizyty, “z powodów technicznych” kolejka nie funkcjonowała. W tych warunkach najmłodsza uczestniczka, dziewięcioletnia córka mojej bratanicy, odmówiła wspinania się na wzgórze. W zamian za niezrealizowane plany, zaproponowano jej przejażdżkę trolejbusem.

Niepowodzenie w dotarciu do białej świątyni zrekompensowaliśmy sobie wizytą w największej na całej Litwie gotyckiej katedrze, włóczęgą po staromiejskich uliczkach oraz podziwianiem reprezentacyjnej zabudowy wzdłuż Alei Wolności (Laisves) i nowoczesnych budowli dzielnicy Žaliakalnis. Do nieoczywistych atrakcji miasta należą błonia u zbiegu Wilii (Neris) i Niemna. Rozciąga się stamtąd, nie tylko daleki widok na doliny obydwu rzek, ale i oryginalna perspektywa na Stare Miasto i zamek kowieński. Trochę przypadkowo wędrowaliśmy szlakiem kowieńskich pomników. A jest ich całkiem sporo i wielce różnorodnych. Od klasycznego w formie wizerunku poety, duchownego i filologa Jonasa Mačiulevičiusa, poprzez ekspresyjne wyobrażenie litewskiej Pogoni nad brzegami Willi, nieco dziwaczną miniaturę człowieka-szyszki na błoniach do czarujących figurek uliczników patrzących przez obiektyw kamery na gmach modernistycznego kina Romuva. 

Rozmiarami i przekazem ideowym nie umywają się one jednak do pomnika Wielkiego Księcia Witolda w Alei Wolności. Witold, w triumfalnej pozie wsparty na mieczu, stoi na postumencie podtrzymywanym przez pokonanych wrogów Litwy: Krzyżaka, Rusina, Tatara i Polaka. Ten ostatni, za każdym razem wzbudza moje rozbawienie, gdyż z boleściwą miną trzyma się za ucho, niechybnie natarte przez litewskiego wodza. Dla turystów z Polski, wyrosłych na polukrowanej wersji historii, w której litewscy i polscy kuzyni wspierali się przeciwko Teutonom i nie znali co to spory, inne ukazanie ich relacji może być przykrą niespodzianką. Mogło być jednak gorzej. Zamiast trzymać się za ucho, polski woj mógł zostać ukazany, jak z chytrą miną chowa za pazuchę koronę królewską. Przyznał ją Witoldowi cesarz, jednak nigdy nie dotarła do miejsca koronacji. Na rozkaz króla Władysława Jagiełły Polacy obsadzili drogi prowadzące z Nowej Marchii i 1 sierpnia 1430 roku przejęli posłańca cesarskiego wiozącego insygnia królewskie na Litwę. Podobno, jedynie wyperswadowali mu dalszą podróż do Wilna, ale jest faktem, że po koronie ślad zaginął. W artystycznej wizji łatwo można było ukazać jej przywłaszczenie przez polskiego woja. A z dwojga złego, lepiej już być utożsamianym z pokonanym przeciwnikiem, niż z podstępnym złodziejem.

Około 15 lat temu byliśmy całą rodziną na Litwie. Naszą bazą wypadową były Troki. Mieszkaliśmy w domu rosyjsko-litewskiego małżeństwa. Pan był emerytowanym kierownikiem kołchozu, w którym pracowało sporo Polaków – miał więc sposobność poznać nasz język. Jako gościnny gospodarz, zaprosił nas któregoś wieczoru na cepeliny. Siedzieliśmy na tarasie ich domu, atakowani bezlitośnie przez komary. Moje dziewczyny szybko się ulotniły, już to z powodu brzęczących natrętów, już to na widok pokaźnej muchy utopionej w sosie, już to z powodu butelki z wysokoprocentową zawartością, która pojawiła się na stole dla towarzystwa cepelinom. Po pierwszej kolejce, gospodarz zaproponował przygotowanie herbaty. Po chwili powrócił z kuchni ze szklankami pełnymi słomkowego płynu. Skosztowałem i stwierdziłem, że herbaciane liście zostały zalane wodą o temperaturze pokojowej. Ze zdziwieniem spojrzałem na gospodarza. Ten z błogą miną i zamkniętymi oczami drzemał już w fotelu. Przy takiej reakcji organizmu na alkohol mógł być spokojny, że nie przepije swego majątku. 

Podczas ostatniego wyjazdu nie przydarzyła nam się żadna spektakularna przygoda w kontaktach z Litwinami. W Wilnie wszyscy mieliśmy jednak wrażenie, że uśmiech rzadko gościł na ich licach. Zadałem sobie sporo wysiłku, by wywołać ślad uśmiechu na twarzy młodej baristki w kawiarni na wileńskim Zarzeczu. Cóż, ludy północy z natury są bardziej poważne, a wileńscy Litwini często przybierają maskę nadmiernej powagi w kontaktach z Polakami. Tymczasem postój w Kownie przyniósł całkiem odmienne wrażenia. Obsługa hotelowa wręcz promieniowała radością (chorzy, czy co?). A pani z obsługi kawiarni na Starym Mieście potrafiła nawet rozbroić uśmiechem potencjalnie konfliktowe nieporozumienie językowe przy składaniu/odbieraniu zamówienia. A miasta te leżą w odległości zaledwie 100 km jedno od drugiego. Może jednak Wilno warte jest pobytu na tyle długiego, by doczekać chwili, gdy mieszkańcy zaczną witać gościa uśmiechem?

Kategorie
Chorwacja

O ryzyku wyboru niewłaściwego małżonka oraz antyfaszyzmie bez faszyzmu czyli rozważania o historii nad Adriatykiem

Dojeżdżając do Zadaru od Maslenickiego Mostu nad kanałem łączącym Morze Novigradzkie z Kanałem Welebickim mija się miejscowość o nazwie Islam Latinski. Sąsiaduje ona z wsią o nazwie Islam Grčki. Taki nazewniczy oksymoron zwrócił moją uwagę. Poszperawszy po Internecie dowiedziałem się, że miejscowości te wzięły nazwy od fortu założonego w 1577 roku, na granicy zasięgu państwa tureckiego, o symbolicznej nazwie Sedd-i Islam, czyli wał lub mur Islamu. Pomimo, że po siedemdziesięciu latach Turcy zostali wyparci przez Wenecjan, nazwa nie została zmieniona, z czasem dodano tylko przymiotnik wskazujący kto zamieszkiwał poszczególne części wsi. Oczywiście, owymi Łacinnikami byli współcześni Chorwaci, a Grekami – Serbowie. Słuszność tych nazw potwierdzał jeszcze spis ludności z 1991 roku. Potem Jugosławię rozdarły na części konflikty etniczne. Przez dwa lata okolice były opanowane przez serbskich zwolenników ancient regime, potem wróciły w ręce chorwackie. Ostateczny rezultat konfliktu – powstanie państwa chorwackiego – spowodował demograficzny upadek Greckiego Islamu. Dzisiaj mieszka w nim ok. 13% liczby mieszkańców, porównując do danych z 1991 roku. Koincydencja z ówczesną liczbą mieszkańców pochodzenia innego, niż serbskie rzuca się w oczy.

Po raz drugi w naszych prawie corocznych wizytach w Chorwacji zmuszeni zostaliśmy do skorzystania z usług miejscowej pomocy drogowej. Podjechaliśmy zobaczyć kościół i klasztor Franciszkanów w miejscowości Donji Karin (o czym poniżej). Dojechaliśmy bez problemu, ale ruszyć w drogę powrotną już nie zdołaliśmy. Na szczęście miejscowy mechanik potrafił przywrócić automobil, zwany w naszej rodzinie Orką, do życia. Jak to obecnie bywa, zawiodła nie mechanika, lecz elektronika. Pamiątką po tej przygodzie jest język chorwacki, w którym próbuje się z nami komunikować komputer pokładowy. Córka, a także wspólniczka, właściciela warsztatu władała dobrym angielskim, co pozwoliło nam porozmawiać, gdy podwoziła nas swoim samochodem na miejsca odbioru Orki. Dowiedzieliśmy się, że rodzina przyjechała do Krajiny ze Slawonii, czyli pn.-wsch. krańca Chorwacji. Tereny te były w faktycznym władaniu Serbii do 1998 roku. Chorwacka rodzina, będąca uchodźcami wojennymi, przeniosła się do odzyskanej już w 1995 roku Krajiny, prawdopodobnie zajmując dom również uchodźców – serbskich. Trudno jest znaleźć wiele informacji na temat skali migracji wywołanej konfliktem serbsko-chorwackim. Temat był poruszany w mediach przez może dekadę po ustaniu działań zbrojnych. Ostatnio można się natknąć, co najwyżej, na przyczynkarskiej natury doniesienia o osobach (zazwyczaj Serbach), które, wbrew wszystkim przeszkodom, postanowiły wrócić do rodzinnego regionu w Chorwacji i im się powiodło.

Przeciętny turysta nie ma wielu okazji dotrzeć do informacji o burzliwej przeszłości regionu, w którym wypoczywa. Od czasu uniewinnienia w roku 2012 przez izbę apelacyjną Trybunału Haskiego generała Ante Gotoviny od zarzutów zbrodni wojennych, jego podobizny zniknęły ze straganów z pamiątkami. Nadmierne rozpamiętywanie traumatycznej historii nie sprzyjałoby zachęcaniu cudzoziemców do spędzania wakacji nad Adriatykiem. Dzięki przypadkowemu spotkaniu i egzotycznym nazwom podzadarskich miejscowości temat ten niespodziewanie dotarł do naszej świadomości. Ale, żeby była jasność! W trakcie rozmowy z naszą miłą szoferką poruszaliśmy raczej kwestie różnic w wymowie i słownictwie między mieszkańcami obydwu znanych jej części Chorwacji. Choć nie wyobraża ona sobie życia z daleka od morza, to jednak idealizowała daleką Slawonię, twierdząc, że gdyby nasz samochód miał awarię tamże, otrzymalibyśmy, nie tylko pomoc fachową, ale i doświadczylibyśmy gościnności i serdeczności ze strony mieszkańców. 

Tego roku podróżowaliśmy po Chorwacji we trójkę, z Podziomkiem i moją Siostrą. Chcieliśmy pokazać jej miejsca warte odwiedzenia, a bliskie naszemu sercu. Tak trafiliśmy do Novigradu w Żupanii Zadarskiej. Podczas zeszłorocznych wakacji spędziliśmy weekend w Ribnicy nad Morzem Novigradskim. Dwie wizyty w Novigradzie wystarczyły wówczas, by zakochać się w tym miasteczku. Malownicze położenie wzdłuż północnego brzegu esowatych kształtów kanału, wcinającego się głęboko w ląd, jego drugi brzeg porośnięty gęstym lasem sosnowym, ruiny zamku górujące wysoko nad miastem, kilka doprawdy niezłych restauracji i winiarni oraz kawiarnia serwująca najlepsze lody w okolicy, były wystarczającym powodem. Do tego dodać trzeba bogatą historię, w której główną rolę gra piastowskiej krwi Elżbieta Bośniaczka, żona Ludwika Węgierskiego i matka polskiego króla (to nie przejęzyczenie!) Jadwigi Andegaweńskiej, poślubionej Władysławowi Jagielle. Piękna i ambitna Elżbieta, po śmierci swego królewskiego małżonka – Ludwika rządziła, jako regentka, Królestwem Węgier. Starała się lawirować między Luksemburczykami i Andegawenami, którzy rościli sobie prawo do tronu św. Stefana. Przedstawiciel tych ostatnich – Karol, król Neapolu, koronował się na władcę Węgier nie zważając na to, że córka Elżbiety, a siostra Jadwigi, królewna Maria, została poślubiona przez Zygmunta Luksemburskiego, co wiązało się z obietnicą objęcia tronu u boku małżonki. Po niespełna dwóch miesiącach na tronie, Andegaweńczyk został jednak zamordowany z rozkazu Elżbiety. To nie umocniło jednak pozycji obydwu pań, jako władczyń państwa węgierskiego. Zwolennicy zamordowanego króla pojmali je i uwięzili na zamku w Novigradzie. Chcieli je wysłać do Neapolu, lecz Wenecja zarządziła morską blokadę, a od strony lądu zamek otoczyły siły rozwścieczonego luksemburskiego małżonka Marii. Otwartym pytaniem pozostaje, gdzie wcześniej przebywał i dlaczego nie było go u boku Marii w momencie jej porwania. Zdeterminowani obrońcy zamku udusili Elżbietę, podobno na oczach córki, a jej ciało wywiesili na murach. Nic im to jednak nie pomogło! Zygmunt zdobył zamek i odzyskał prawowitą małżonkę.

Czyli, bywało tu i światowo i dramatycznie. Obecnie jest już tylko malowniczo i spokojnie. Owszem, docierają tu turyści, ale w liczbie ograniczonej. Morze Novigradskie nie jest chyba uważane za pełnoprawną część Adriatyku, choć na nabrzeżu cumują jachty z różnych stron świata, a największy z nich pływa nawet pod polską banderą. My mieszkaliśmy w dolinie będącej przedłużeniem biegnącego przez Novigrad kanału. Teraz jej dno jest suche, ale nie zawsze tak bywało. Miejscowe muzeum, ulokowane w budynku dawnej spółdzielni rybackiej (brzmi może nie zachęcająco, ale budynek ma 250 letnią historię), o nazwie Dežderatovica, ma w swej kolekcji fotografię z czasów I Wojny Światowej, gdy w Novigradzie przed niebezpieczeństwem ataku chroniły się jednostki Cesarsko-Królewskiej Marynarki Wojennej, jak i statki handlowe. Ponad stłoczonymi w kanale kadłubami statków, ich masztami i kominami, widać, że morze sięgało znacznie dalej w głąb doliny. Nawiasem mówiąc, w muzeum byliśmy jedynymi gośćmi, dzięki czemu, w cenie biletu uzyskaliśmy też oprowadzenie po wystawie przez sympatyczną pracownicę tego przybytku kultury. 

Program każdego naszego dnia w Novigradzie był podobny. Po śniadaniu – sesja plażowa i kąpiele w morzu. Potem sjesta, a po małym co nieco, wyjazd do sąsiednich atrakcji turystycznych. W ten sposób odwiedziliśmy Zadar, Nin i Pag. Oczywiście, taki dwu-trzygodzinny wypad wystarczał na pospacerowanie główną ulicą, odwiedzenie najciekawszego kościoła i zjedzenie późnego obiadu w restauracji z ładnym widokiem na morze. Z takiego programu, nie tylko za sprawą awarii samochodu, wyłamała się nasza wizyta w Donji Karin. Tamtejszy klasztor franciszkański zachwyca położeniem nad ujściem niewielkiej rzeki do Morza Karinskiego. Budowla z białego kamienia, z wyniosłą wieżą, wznosi się ponad otaczającymi ją, nieco zdziczałymi, sadami oliwnymi i figowymi. Choć klasztor ma kilkusetletnią historię i zachował historyczne rozplanowanie, to wnętrza, szczególnie kościoła, mają zadziwiająco oszczędny i nowoczesny wystrój. Ten paradoks wytłumaczył nam napotkany w wirydarzu braciszek zakonny. Otóż, w trakcie stosunkowo krótkiej obecności w okolicy wojsk serbskich, zdołały one w metodyczny sposób złupić i zdemolować świątynię. Umieszczone na ścianach klasztoru fotografie poświadczały, że sytuacja ta nie była, niestety, wyjątkiem, lecz normą. W ten sposób naocznie przekonałem się o kolejnym przejawie barbarzyństwa, które towarzyszyło chorwacko-serbskiemu konfliktowi, a którego skutki trwają nadal.

Widok z restauracyjnego tarasu mógł zaspokoić wszelakie estetyczne potrzeby. Nie chodzi, oczywiście, o skróconą perspektywę nadmorskiego deptaka pełnego turystów i budek z wątpliwymi jakościowo pamiątkami. Po wschodniej stronie zatoki kolejne rzędy domów wspinają się po stromych zboczach, aż po szczytowe wypłaszczenie istryjskiego płaskowyżu. Po zachodniej – spadające ku zatoce stoki skrywa sosnowy las. Tylko gdzieniegdzie uległ on przerzedzeniu. Na takiej polance widać znacznych rozmiarów ruiny dawnego terminalu, z którego wywożono statkami minerały wydobywane w głębi półwyspu. Ku południowi horyzont zamykają górzyste wyspy Cres i Losinj, natomiast z przeciwnej strony, wysoko na wzgórzach, widoczne są dachy i wieże miasteczka Labin. Jest to klasyczne istryjskie miasteczko rozłożone na szczycie wzgórza. Wyróżnia się jednak spośród innych, podobnych, posiadaniem dzielnic położonych niżej, gdzie mieszkali i pracowali górnicy wydobywający, do 1988 roku, węgiel i boksyty. Rabac, w którym zatrzymaliśmy się na kilka dni przed wizytą w Novigradzie, w dawnych czasach był portem dla Labina i na stałe zamieszkiwali tam tylko nieliczni rybacy. Wąska i kręta droga wystarczała dla transportu ryb i owoców morza, ale była zbyt niebezpieczna dla ciężkich pojazdów zwożących kopalniany urobek. Dlatego miasto i terminal nad zatoką połączono towarową kolejką linową.

Odpoczynek przy lodach i drinku na labinskim rynku dostarczał wrażeń podobnych, jak w każdym innym historycznym, istryjskim miasteczku. Była loggia, pod której arkadami kupcy mogli rozkładać swój towar, a heroldzi obwieszczać ważne dla mieszkańców ogłoszenia. Były zdobione rzeźbami bramy, wystawne pałace i wiekowe kamienice z kruszejącymi tynkami. Ponad dachami widać było wyniosłą wieżę zegarową i jeszcze wyższą dzwonnicę. Jednak, miejsce to wyróżniało się na tle innych powenecjańskich placów. Położenie Labina powoduje, że główna droga samochodowa wspina się na centralne wzgórze i przecina rynek, a pojazdy lawirują wśród pieszych. Dodatkowo, główny plac miasta jest położony poza murami miejskimi. Żeby było jeszcze ciekawiej, kierowcy chcący się zatrzymać, mogą z tego placu, wprawdzie mając specjalne zezwolenie lub 66 Euro do zbycia, wjechać na parking położony na miejskich wałach. Oczywiście piesi za wejście nie płacą, chociaż z platformy murów ozdobionych starymi armatami rozciągają się piękne panoramy na znaczną część Istrii, zatokę Rijecką oraz najwyższy na całym półwyspie, sięgający 1400 m npm, masyw górski Ućka, zwieńczony biała kopułą przekaźnika radiowo-telewizyjnego na szczycie Vojaka.

Z nieoczywistych atrakcji miasteczka trzeba wymienić, położoną w nowej części, wieżę windową nad dawnym kopalnianym szybem. Do jej podnóża nie dotarliśmy, ale mogliśmy ją podziwiać z różnych miejsc widokowych Starego Miasta. Byliśmy za to w położonej nieopodal hali targowej, czyli po chorwacku – Tržnicy. Nazwa ta stosuje się zarówno do rozmaitej architektury zadaszonych obiektów handlowych (np. w Labinie), jak i do małych placyków (np. w Novigradzie), na których sprzedawane są wszelakie płody rolne. My z Podziomkiem uwielbiamy widoki, zapachy i atmosferę takich targowisk. To w Labinie, ma dwa poziomy oraz wydzieloną specjalną salę do sprzedaży ryb i innych morsko pachnących stworzeń. Każdy może tam znaleźć coś dla siebie. Dla mnie były to sery i pieczywo, dla Podziomka – barwne warzywa, owoce i oliwa. No i doświadczyliśmy – a jakże – poczęstunku śliwowicą przy okazji banalnego zakupu fig i innych owoców. Prawdziwym koneserom miejskich atrakcji rekomenduję wizytę w dziewięćdziesięcioletniej toalecie publicznej, ukrytej za flankującym wjazd na rynek, Krągłym Bastionem. Jest to przybytek jednostanowiskowy, w typie tureckim (kucanym), ukryty za betonową, obłą, umiarkowanie zdobioną obudową. Wyglądał na nieużywany. Nie wnikając w przyczyny tego stanu rzeczy, uznaliśmy, że to dobrze. Obecnie można bowiem skupić się na architekturze i koncepcji użytkowej obiektu, bez nadmiernego podrażnienia zmysłu węchu.

Labin jest jednym z wielu istryjskich miast położonych na szczycie wzgórza (ach jak cenię sobie zwięzłość angielskiego określenia hilltop towns). Być może, konkurencja pod względem atrakcyjności z innymi miasteczkami powoduje, że nie znajduje ono uznania wśród autorów przewodników turystycznych. Częściej, niż o jego zabytkach i wiekowej historii, wzmiankuje się o robotniczym powstaniu i miesięcznych rządach rewolucyjnej Republiki Labińskiej. Miały one miejsce wczesną wiosną 1921 roku. Lata, które nastąpiły bezpośrednio po zamilknięciu dział na frontach I Wojny Światowej, były w całej Europie bardzo trudne. Zmiany granic, polityczna niestabilność, szalejąca inflacja oraz problemy natury sanitarno-zdrowotnej, zachęcały do poszukiwania radykalnych rozwiązań. Górnikom labińskim atrakcyjne wydawały się propozycje komunistów, którzy dodatkowo umiejętnie rozgrywali sprzeczności pomiędzy chorwackimi pracownikami, a włosko-węgierskimi właścicielami kopalni. W każdym razie, robotnicy wygnali kierownictwo oraz mizernej wielkości lokalne siły porządkowe i zaczęli wdrażać w życie komunistyczna utopię. Jej kres położyło przybycie wojsk włoskich. Ofiary nie były zbyt liczne, a represje nadmiernie uciążliwe, sądząc z tego, że wśród ofiar wymienia się robotnika, który jako członek Czerwonej Gwardii, pełnił w deszczową noc wartę, w trakcie której przemókł, przeziębił się i w rezultacie umarł. 

Za czasów titowskiej Jugosławii, rządzący komuniści, którzy kochali uwiarygodniać się, jako jedyni prawdziwi przeciwnicy faszyzmu, okrzyknęli to wydarzenie pierwszym antyfaszystowskim powstaniem na świecie. Wprawdzie Mussolini doszedł do władzy we Włoszech dopiero półtora roku później, ale tłumaczono, że miejscowe władze i kierownictwo kopalni, nie będąc formalnie członkami ruchu faszystowskiego, stosowały w istocie faszystowskie metody rządzenia. Niepodległa Chorwacja, akcentując bardziej narodowe, niż klasowe, podłoże konfliktu, nadal podtrzymuje pamięć o powstaniu. W samym Labinie jest wiele pomników i tablic pamiątkowych odwołujących się, nie tyle do wydarzeń z 1921 roku, ile do szeroko rozumianej walki o sprawiedliwość społeczną i prawa narodowe.

Formuła naszego pobytu, z licznymi wizytami w okolicznych miejscowościach powodowała, że odwiedzaliśmy też różne restauracje. A w Novigradzie kilkakrotnie sami przygotowaliśmy sobie śródziemnomorski obiadek. W tej sytuacji, za warte wspomnienia uznałem jedynie lokale odwiedzone przez nas więcej, niż jeden raz. W Rabacu była to kafejka przy promenadzie, w której do porannej kawy można było spożyć wypieki przyniesione osobiście z sąsiedniej piekarni. Wspomniana wyżej lodziarnia w Novigradzie trzyma nadal wysoki poziom, a pani obsługująca rozpoznaje stałych klientów i zaskakująco szybko akceptuje ich dziwactwa, takie, jak indywidualne mieszanie espresso z tonikiem. Wreszcie, restauracja z widokiem na zakole kanału i jego, zdobny stawą (miniaturową latarnią) wylot na Novigradsko More, prócz serwowania pysznych dań kuchni dalmatyńskiej, ma z mojej perspektywy dwa plusy: pierwszym jest fakt, że w talerzu płodów morza uwzględnia tuńczyka, a drugim – że delektując się wspaniałymi daniami, można obserwować nie tylko mewy, ale i regularnie latające nad kanałem czaple nadobne.

Moja Siostra należy do niezbyt pływającej części rodziny. Dlatego na pławienie się w wodach Adriatyku wybieraliśmy zorganizowane kąpieliska. Jak wspomniałem, gości latoś było jakby mniej, przez co na plażach nie odczuwało się tłoku. Mimo to, dla Podziomka i dla mnie, wybierających dotychczas dzikie kąpieliska lub plaże “za pse”, była to dramatyczna odmiana. Jednak nawet w tych dniach, w których Siostra nie towarzyszyła nam na plaży, nie próbowaliśmy szukać niczego nowego. W obezwładniającym upale docenialiśmy korzyści dotychczasowego miejsca. Czy miała tu znaczenie kwestia wzrastającej z wiekiem potrzeby wygody, czy wymogi rekonwalescencji poszczególnych uczestników wycieczki, czy też bliskość beach baru i przebieralni, trudno przesądzić. W każdym razie, z kronikarskiego obowiązku odnotowuję tę zmianę naszych preferencji w sprawach kąpielowych. A otwartość na zmiany, w przypadku podróżników klasy 60+, oceniam jako wartość niewątpliwie pozytywną.