Kategorie
Litwa

W trzy dni przez Litwę czyli o poszukiwaniu uśmiechniętego lica

Sierpniowy wieczór szybko zapadał nad Wilnem. Odgłos naszych kroków odbijał się od  pamiętających lepsze czasy ścian kamienic. Ulice były prawie puste, czasem tylko mijaliśmy policyjny patrol. Funkcjonariusze byli odziani w nowe mundury, wzorowane na przedwojennych, ale z naszej perspektywy – ludzi przyzwyczajonych do PRL-owskiej sprzaśności – niemal operetkowych. Tylko zużyte Łady, którymi się przemieszczali, przypominały, że Litwa ciągle, przynajmniej formalnie, była częścią ZSRR. W końcu zbliżyliśmy się do Ostrej Bramy. Przez okna nad prześwitem bramnym widać już było błysk lampek przed świętą ikoną. Nagle, gdzieś z podwórka, na środek ulicy wytoczyła się przedziwna postać. Pokraczny produkt kraju, w którym oficjalnie nie było bezrobocia i bezdomności, mimo że znaczna część społeczeństwa żyła w ubóstwie, czasem z konieczności, a czasem z wyboru. Zmierzywszy nas zaczepnym wzrokiem osobnik ów, nie wiadomo skąd wyciągnął pokaźny kij, czy lagę, uniósł go nad głową i zamarł w bezruchu.

Poczułem uścisk dłoni Podziomka na moim łokciu. Paradnie umundurowani policjanci oczywiście nie zaglądali w te okolice. Przyjrzałem się włóczędze blokującemu naszą drogę. Był wyraźnie starszy i drobniejszy ode mnie. Spożywanie znacznych ilości napojów wyskokowych też było nie bez znaczenia dla stanu jego sprawności. Rozważywszy wszelkie za i przeciw, ze spojrzeniem wbitym w oczy intruza ruszyłem, jak gdyby nic, przed siebie. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, ale gdy byłem już blisko, dziadyga roześmiał się chrapliwie, schował kij za siebie i tak, jak nagle się pojawił, tak raptownie zniknął. Droga do kaplicy i duchowych przeżyć stanęła przed nami otworem.

Pod Ostrą Bramą

Taka sytuacja, znacząco odbiegająca od doświadczeń współczesnych pielgrzymów do Ostrej Bramy, była możliwa do przeżycia tylko w krótkim oknie czasowym poprzedzającym rozpad sowieckiego molocha. Chociaż w owych czasach nikt nie śnił o Rail Baltica, jednak trasę Tallinn – Warszawa można było pokonać koleją. Ponieważ jednak czas miał ówcześnie inne znaczenie niż obecnie, wagony z Tallinna, po przyjeździe na stację kolejową w Wilnie, czekały blisko 4 godziny na przyjazd pociągu relacji Leningrad – Warszawa. Był to okres w zupełności wystarczający na krótki spacer po mieście. Do momentu konfrontacji pod Ostrą Bramą, jedynym problemem był brak planu miasta i konieczność nawigowania w terenie, bazując bardziej na instynkcie, niż na znajomości topografii. Droga powrotna na dworzec była już prostsza. Wyjechaliśmy z Wilna zgodnie z rozkładem. Była niedziela, 18 sierpnia 1991 roku. Nazajutrz, od świtu, Moskwa była na czołówkach światowych mediów. Twardogłowi członkowie partii i rządu podjęli nieudany pucz przeciwko Gorbaczowowi, w nadziei na powrót komunistycznego raju. Ich porażka oznaczała, że będziemy mogli wracać na Litwę w celu jej bliższego poznania.

Nietolerancja religijna, która po potopie szwedzkim i najeździe moskiewsko- siedmiogrodzkim ogarnęła Rzeczpospolitą, przybrała formy instytucjonalne tylko w Koronie. W Wielkim Księstwie Litewskim sytuacja kościołów reformowanych była, mimo powtarzających się prób ograniczenia ich działalności, zdecydowanie korzystniejsza. Nie przypadkiem, pozbawieni aż do lat osiemdziesiątych XVIII w. własnej świątyni i pastora, dysydenci warszawscy udawali się na nabożeństwa w Węgrowie. Aż do końca istnienia pierwszej Rzeczpospolitej, miasto było częścią “Litwy”, a granica z Koroną biegła po rzece Liwiec. W Wilnie zbór luterański istniał już w XVI wieku, a współczesna świątynia liczy już sobie 285 lat. Jako, że koegzystencja z katolicką większością miasta nie było całkiem spokojna, kościół ukryto w podwórku przy ulicy, nomen-omen, Niemieckiej (Vokiečių). Z dzisiejszej perspektywy lokalizacja taka przysparza uroku, w bardziej niespokojnych czasach pozwalała przetrwać antyheretyckie tumulty za zamkniętymi na cztery spusty wrotami bram. Obecny wygląd kościół zawdzięcza ojcu wileńskiego baroku – pochodzącemu ze Śląska Janowi Krzysztofowi Glaubitzowi. Ten dobry luteranin i wieloletni członek władz wileńskiego zboru, w duchu ekumenicznym, obdarował wytworami swego talentu liczne świątynie katolickie, prawosławne, a nawet wielką synagogę wileńską. Mieszkańcom dawnej Kongresówki i Galicji pojęcie barokowego wystroju luterańskiej świątyni może wydawać się oksymoronem. Wynika to jednak stąd, że w okresie baroku w tych częściach Polski w ogóle nie można było wznosić świątyń protestanckich. A gdy było to już możliwe, w architekturze panowała moda na klasycyzm i wśród samych wiernych zaczęto chyba bardziej cenić skromne wnętrza świątyń. Jednak o tym, że nie zawsze tak było, zaświadczają dolnośląskie kościoły Pokoju i Łaski, liczne małe kościoły mazurskie oraz kościół w Wilnie. Ma on ołtarz porażający bielą marmuru i ekspresyjnością figur, a także wspaniałą ambonę i chrzcielnicę. Trzeba się na serio skupić, by rozważać Słowo, podczas gdy zmysł wzroku atakowany jest tak powabnymi obrazami.

Na stronie parafii luterańskiej znalazłem informację, że w niedzielę, 10 listopada, odbędzie się International Service in English – wspaniale, że w zrozumiałym dla mnie języku. A w dodatku ciekawiło mnie, jakie będą różnice w sprawowaniu obrządku, w porównaniu z kościołami ewangelicko – augsburskimi w Polsce. W kruchcie kościoła powitały mnie dwie elegancko ubrane panie. Luteranie przykładają dużą wagę do wzmacnianie więzi społecznych wewnątrz zboru. Pastorzy ściskają dłoń i zamieniają parę słów z każdym uczestnikiem nabożeństwa. Uznałem zatem, że w Wilnie panuje również zwyczaj witania gości, zwłaszcza, gdy mogą wśród nich znaleźć tak ważni jak pracownicy zagranicznych ambasad. Przedstawiłem się więc grzecznie obu paniom, informując skąd przybywam, a one wyraziły radość z mojej obecności. Ze sprawności ich small talk’u wynikało, że angielski jest ich językiem rodzimym. Pomyślałem nawet, że to przejaw profesjonalizmu parafii, że deleguje do kontaktów z cudzoziemcami native speakers. Chwilę potem wręczono mi program, z którego wynikało, że uczestniczę w Remembrance Day, organizowanym ku czci żołnierzy poległych w I Wojnie Światowej. Organizatorami były ambasady Wielkiej Brytanii i Kanady. Nic dziwnego, że przewidziano wystąpienia ambasadorów tych krajów, jak również Stanów Zjednoczonych, Francji i Niemiec. Jakież było moje zaskoczenie, gdy przed zgromadzonych wyszły owe, spotkane w przedsionku kościelnym, panie – ambasadorki USA i Zjednoczonego Królestwa. Gdybym wiedział to wcześniej, może zdołałbym załatwić coś dla Polski!

Uroczystość miała charakter ekumeniczno-dyplomatyczny. Obecni byli przedstawiciele wielu wyznań i religii, m. in. muzułmański mufti w wielkiej baranicy na głowie. Oprócz części modlitewnej, recytowanej i śpiewanej, w której odkryłem znany z przedostatniej sceny filmu “O jeden most za daleko” hymn “Abide with me”, czytano fragmenty poezji i prozy tworzonej przez uczestników Wielkiej Wojny. Było to bardzo poruszające doświadczenie. szczególnie dla osób mających świadomość, że autorzy starannie dobranych słów i szlachetnych myśli oddali swe życie podczas tego konfliktu. Delegacje ambasad złożyły potem wieńce pod ołtarzem. Tu wszystkich przebili gospodarze, zarówno wielkością wieńca, elementami musztry, jak i uzbrojeniem (oficer przy szabli). Ciekawa była lista obecności i nieobecności. Z państw Ententy zabrakło Włoch i Japonii. Z państw Centralnych nie było Turcji, ale i Austrii, za to wieńce złożyła delegacja węgierska. Spoza grona uczestników wojny, obecne były delegacje: indyjska, koreańska i irlandzka. Wszak ich rodacy, będący wtedy poddanymi wojujących stron, ginęli na tej wojnie nosząc obce mundury. I tu ogarnęła mnie smutna refleksja: W I Wojnie Światowej zginęło blisko 400 tysięcy Polaków, walczących często przeciwko sobie. Straty irlandzkie szacuje się na ok. 35 tysięcy zabitych. Nie była to irlandzka wojna, jej ofiar nie zalicza się do grona irlandzkich bohaterów narodowych. Ci ostatni spiskowali przeciw i ginęli w walce z Brytyjczykami. Mimo to, współczesna Irlandia oddaje hołd pamięci rodaków, których kości wyścieliły pobojowiska pod egzotycznymi Suvla, czy Sedd-El-Bar. W tym świetle decyzja naszych władz o nieobecności delegacji polskiej uderzyła mnie swoją małostkowością.

Nasz listopadowy wyjazd, od strony organizacyjnej możnaby porównać do kolarskiego Tour de Lithuanie. Każdego dnia nocleg w innym  miejscu i każdego dnia minimum 1,5 godziny w samochodzie. Motywem wiążącym odwiedzane miejsca, zaproponowanym przez mojego brata, było poznanie miejsc związanych z polskimi powstaniami narodowymi. Podczas dziecięco-nastoletnich wypraw po górach z naszym ojcem śpiewaliśmy piosenki z jego harcerskiego repertuaru. “Śmierć pułkownika” – do poematu Adama Mickiewicza – utkwiła nam w pamięci narastającym patosem oraz swoistym suspensem. A że miejsce śmierci i pochówku Emilii Plater, zarówno pułkownika, jak i “dziewicy – bohatera” z mickiewiczowskiego poematu, znajduje się dosłownie o rzut beretem od polskiej granicy, to pierwszy punkt programu mieliśmy już ustalony. Dla uzupełnienia historycznego dodaliśmy jeszcze Konstantego Kalinowskiego, polskiego ziemianina i białoruskiego budziciela, a także naczelnika cywilnego Litwy z ramienia Rządu Narodowego, podczas Powstania Styczniowego. Stąd nasz krótki postój, jeszcze w Polsce, w Mostowlanach nad Świsłoczą, gdzie przyszły bohater przyszedł na świat i wynikająca z niego konieczność nocnej rajzy ku granicy z Litwą, podczas której, wbrew zapowiedziom brata, nie zostaliśmy zatrzymani do kontroli przez Straż Graniczną. Objęcie zasięgiem umowy schengeńskiej zagwarantowała nam możliwość przekraczania granicy z Litwą w każdym miejscu, do którego dociera dowolna droga wiodąca na wschód. Skorzystaliśmy z tej szansy na odcinku Berżniki – Kopciowo (Kapciamiestis). I muszę przyznać, że przejazd tą gruntową, choć równą, drogą, prowadzącą wśród lasów Puszczy Augustowskiej, był przyjemnością samą w sobie. Granicę wyznaczały tu tylko przecinka i dwa słupy graniczne.

Wkrótce dotarliśmy do Kopciowa. Na pustawym placu wznosi się tam nieproporcjonalnie mały pomniczek Emilii Plater. Ku naszemu zaskoczeniu, sama figura odzianej z męska bohaterki została pomalowana na różowo, choć jak nam się zdawało, na starszych fotografiach była złota. No, ale na tych samych fotografiach, na placu zasiana była trawa i rosły drzewa, po których teraz nie zostało ani śladu. Piękne stare drzewa rosną za to na cmentarzu, gdzie pochowano, początkowo pod zmienionym nazwiskiem, bohaterkę zmarłą z wyczerpania od wędrówki i ukrywania się po lasach. Cmentarz nie pełni już funkcji grzebalnych. Zachowało się na nim tylko parę nagrobków, wykonanych z najbardziej trwałych materiałów. Kilka kilometrów na północ od Kopciowa znajdował się dwór Justianowo (Vainežeris), gdzie próbowano, bezskutecznie, ratować zdrowie i życie panny z dobrego domu, która zaniemogła i przebywała w pobliskiej leśniczówce. Po budynkach, zniszczonych przez litewskie podziemie w latach powojennych, nie ma już śladu. Na miejscu dworu stoi jednak drugi, artystycznie bardziej udany, pomnik Emilii Plater. Oryginalny, bo przedstawiający “pułkownika” pod bronią, choć w pozycji klęczącej. Miejsce jest niezwykle urokliwe, z bogatym w starodrzew parkiem, otaczającym niewielkie jezioro. Najbliższe sadyby ludzkie są oddalone o conajmniej pół kilometra, więc nikomu nie przeszkadzało odśpiewanie przez nas chóralnie mickiewiczowskiego poematu.

Skoro byliśmy już wcześniej w miejscu narodzin, chcieliśmy odwiedzić też miejsce pochówku Kastusia Kalinowskiego. Od roku 2019 jego doczesne szczątki spoczywają w kaplicy na cmentarzu na Rossie. Ich znalezienie zawdzięczamy siłom natury – zostały odsłonięte, gdy osunęło się zbocze Góry Gedymina. Że są to szczątki przywódców Powstania Styczniowego, zdradził napis wygrawerowany na znalezionej przy nich obrączce: “Zygmunt i Apolonia. 11 sierpnia/30 lipca 1862”. Tego dnia ślub wzięli: Zygmunt Sierakowski, wojskowy dowódca Powstania Styczniowego na Litwie i Apolonia Dalewska. Tożsamość pozostałych ofiar Murawiewa-Wieszatiela ustalono w drodze badań genetycznych. Ich ponowny pochówek na Rossie miał podniosły nastrój i zjednoczył, przynajmniej w tym dniu, Polaków, Litwinów i Białorusinów. Jednak kaplica, w której pochowano powstańców, okazała się nie być otwarta na codzień. Zmuszeni byliśmy położyć nasze znicze i wieńce u jej wejścia.

Zyskaliśmy jednak możliwość powłóczenia się po cmentarzu. Przykłady wybitnej sztuki kamieniarskiej są na nim nadzwyczaj liczne. Szacunek budzi też zestaw i kaliber osób, które znalazły na Rossie wieczny odpoczynek. Mnie jednak najbardziej ujęła bogata rzeźba terenu, w tym cztery wzgórza: Górka Literacka, Górka Anielska, Wzgórze Pomocne i Wzgórze Południowe. Różnice wzniesień sięgają 30 metrów, a niektóre nagrobki i kaplice zyskują dzięki temu wręcz dramatyczną perspektywę i ekspozycję. Stosunkowo rzadkie nagrobki litewskie wyróżniają się oryginalnością krzyży, nie bez powodu sztuka ich wykonania została w 2008 roku wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. Nagrobki kryjące ważne postacie historii Białorusi opisane są w alfabecie łacińskim, przypominając, że pierwsi działacze narodowi byli często szlacheckiego rodu i wyznawali religię rzymskokatolicką. Znalazłszy się na Górce Literatów, skąd doskonale widać cmentarz wojskowy oraz mauzoleum serca i matki marszałka Piłsudskiego, uświadomiłem sobie nagle, że podczas wcześniejszych wizyt w Wilnie ograniczałem wizytę do tej, mikroskopijnej w porównaniu z powierzchnią całej nekropolii, części cmentarza. Na zwiedzenie podczas kolejnej wizyty czeka jeszcze Nowa (bagatela, ponad stuletnia!) Rossa.

Kowno zostało dołączone do programu naszego Rajdu Powstańczego głównie z powodu położenia przy dobrej i najszybszej, drodze do Polski. Kolejny uczestnik wyjazdu, moja siostra, miała jakieś mgliste wspomnienia z odbytego przed ponad 55 laty obozu harcersko-pionierskiego, spędzonego w pobliżu miasta. Trzeba jednak powiedzieć, że ani wspomnienia twarożku z rodzynkami, ani wizyty w kościele zamienionym na muzeum ateizmu, nie wystarczyłyby, jako zachęta do powrotu do tego miasta. Nasze z Podziomkiem wspomnienia sprzed blisko 10 lat, były zgoła odmienne. Jako miłośnicy modernizmu, zachwycaliśmy się wszelkimi podobieństwami do architektury Gdyni. To taka pamiątka po dwudziestoletniej stołeczności Kowna w latach przedwojennych, kiedy trzeba było szybko zmienić oblicze średniej wielkości rosyjskiego miasta gubernialnego na siedzibę władz niepodległego i nowoczesnego państwa litewskiego. Poprowadziliśmy więc naszą wycieczkę przez całe centrum, do podnóża wzgórza, na którym wznosi się monumentalna bazylika Zmartwychwstania Pańskiego. Olbrzymia świątynia wieńczy najwyższy punkt dzielnicy Žaliakalnis. Miejsce zostało wybrane umyślnie, by białe ściany i dwie wieże, były widoczne z każdego punktu miasta. W czasach sowieckich zamieniona na wytwórnię radioodbiorników, od roku 2004 ponownie służy celom kultowym i kulturalnym. Zamiast dachu, kościół ma ogromny taras, mogący pomieścić 2000 osób i stanowiący najlepszy punkt widokowy miasta. Mieliśmy w planach wjechanie na wzgórze, istniejącą od 1931 roku kolejką szynową. A tu pech! Podobnie, jak podczas naszej poprzedniej wizyty, “z powodów technicznych” kolejka nie funkcjonowała. W tych warunkach najmłodsza uczestniczka, dziewięcioletnia córka mojej bratanicy, odmówiła wspinania się na wzgórze. W zamian za niezrealizowane plany, zaproponowano jej przejażdżkę trolejbusem.

Niepowodzenie w dotarciu do białej świątyni zrekompensowaliśmy sobie wizytą w największej na całej Litwie gotyckiej katedrze, włóczęgą po staromiejskich uliczkach oraz podziwianiem reprezentacyjnej zabudowy wzdłuż Alei Wolności (Laisves) i nowoczesnych budowli dzielnicy Žaliakalnis. Do nieoczywistych atrakcji miasta należą błonia u zbiegu Wilii (Neris) i Niemna. Rozciąga się stamtąd, nie tylko daleki widok na doliny obydwu rzek, ale i oryginalna perspektywa na Stare Miasto i zamek kowieński. Trochę przypadkowo wędrowaliśmy szlakiem kowieńskich pomników. A jest ich całkiem sporo i wielce różnorodnych. Od klasycznego w formie wizerunku poety, duchownego i filologa Jonasa Mačiulevičiusa, poprzez ekspresyjne wyobrażenie litewskiej Pogoni nad brzegami Willi, nieco dziwaczną miniaturę człowieka-szyszki na błoniach do czarujących figurek uliczników patrzących przez obiektyw kamery na gmach modernistycznego kina Romuva. 

Rozmiarami i przekazem ideowym nie umywają się one jednak do pomnika Wielkiego Księcia Witolda w Alei Wolności. Witold, w triumfalnej pozie wsparty na mieczu, stoi na postumencie podtrzymywanym przez pokonanych wrogów Litwy: Krzyżaka, Rusina, Tatara i Polaka. Ten ostatni, za każdym razem wzbudza moje rozbawienie, gdyż z boleściwą miną trzyma się za ucho, niechybnie natarte przez litewskiego wodza. Dla turystów z Polski, wyrosłych na polukrowanej wersji historii, w której litewscy i polscy kuzyni wspierali się przeciwko Teutonom i nie znali co to spory, inne ukazanie ich relacji może być przykrą niespodzianką. Mogło być jednak gorzej. Zamiast trzymać się za ucho, polski woj mógł zostać ukazany, jak z chytrą miną chowa za pazuchę koronę królewską. Przyznał ją Witoldowi cesarz, jednak nigdy nie dotarła do miejsca koronacji. Na rozkaz króla Władysława Jagiełły Polacy obsadzili drogi prowadzące z Nowej Marchii i 1 sierpnia 1430 roku przejęli posłańca cesarskiego wiozącego insygnia królewskie na Litwę. Podobno, jedynie wyperswadowali mu dalszą podróż do Wilna, ale jest faktem, że po koronie ślad zaginął. W artystycznej wizji łatwo można było ukazać jej przywłaszczenie przez polskiego woja. A z dwojga złego, lepiej już być utożsamianym z pokonanym przeciwnikiem, niż z podstępnym złodziejem.

Około 15 lat temu byliśmy całą rodziną na Litwie. Naszą bazą wypadową były Troki. Mieszkaliśmy w domu rosyjsko-litewskiego małżeństwa. Pan był emerytowanym kierownikiem kołchozu, w którym pracowało sporo Polaków – miał więc sposobność poznać nasz język. Jako gościnny gospodarz, zaprosił nas któregoś wieczoru na cepeliny. Siedzieliśmy na tarasie ich domu, atakowani bezlitośnie przez komary. Moje dziewczyny szybko się ulotniły, już to z powodu brzęczących natrętów, już to na widok pokaźnej muchy utopionej w sosie, już to z powodu butelki z wysokoprocentową zawartością, która pojawiła się na stole dla towarzystwa cepelinom. Po pierwszej kolejce, gospodarz zaproponował przygotowanie herbaty. Po chwili powrócił z kuchni ze szklankami pełnymi słomkowego płynu. Skosztowałem i stwierdziłem, że herbaciane liście zostały zalane wodą o temperaturze pokojowej. Ze zdziwieniem spojrzałem na gospodarza. Ten z błogą miną i zamkniętymi oczami drzemał już w fotelu. Przy takiej reakcji organizmu na alkohol mógł być spokojny, że nie przepije swego majątku. 

Podczas ostatniego wyjazdu nie przydarzyła nam się żadna spektakularna przygoda w kontaktach z Litwinami. W Wilnie wszyscy mieliśmy jednak wrażenie, że uśmiech rzadko gościł na ich licach. Zadałem sobie sporo wysiłku, by wywołać ślad uśmiechu na twarzy młodej baristki w kawiarni na wileńskim Zarzeczu. Cóż, ludy północy z natury są bardziej poważne, a wileńscy Litwini często przybierają maskę nadmiernej powagi w kontaktach z Polakami. Tymczasem postój w Kownie przyniósł całkiem odmienne wrażenia. Obsługa hotelowa wręcz promieniowała radością (chorzy, czy co?). A pani z obsługi kawiarni na Starym Mieście potrafiła nawet rozbroić uśmiechem potencjalnie konfliktowe nieporozumienie językowe przy składaniu/odbieraniu zamówienia. A miasta te leżą w odległości zaledwie 100 km jedno od drugiego. Może jednak Wilno warte jest pobytu na tyle długiego, by doczekać chwili, gdy mieszkańcy zaczną witać gościa uśmiechem?

Kategorie
Chorwacja

O ryzyku wyboru niewłaściwego małżonka oraz antyfaszyzmie bez faszyzmu czyli rozważania o historii nad Adriatykiem

Dojeżdżając do Zadaru od Maslenickiego Mostu nad kanałem łączącym Morze Novigradzkie z Kanałem Welebickim mija się miejscowość o nazwie Islam Latinski. Sąsiaduje ona z wsią o nazwie Islam Grčki. Taki nazewniczy oksymoron zwrócił moją uwagę. Poszperawszy po Internecie dowiedziałem się, że miejscowości te wzięły nazwy od fortu założonego w 1577 roku, na granicy zasięgu państwa tureckiego, o symbolicznej nazwie Sedd-i Islam, czyli wał lub mur Islamu. Pomimo, że po siedemdziesięciu latach Turcy zostali wyparci przez Wenecjan, nazwa nie została zmieniona, z czasem dodano tylko przymiotnik wskazujący kto zamieszkiwał poszczególne części wsi. Oczywiście, owymi Łacinnikami byli współcześni Chorwaci, a Grekami – Serbowie. Słuszność tych nazw potwierdzał jeszcze spis ludności z 1991 roku. Potem Jugosławię rozdarły na części konflikty etniczne. Przez dwa lata okolice były opanowane przez serbskich zwolenników ancient regime, potem wróciły w ręce chorwackie. Ostateczny rezultat konfliktu – powstanie państwa chorwackiego – spowodował demograficzny upadek Greckiego Islamu. Dzisiaj mieszka w nim ok. 13% liczby mieszkańców, porównując do danych z 1991 roku. Koincydencja z ówczesną liczbą mieszkańców pochodzenia innego, niż serbskie rzuca się w oczy.

Po raz drugi w naszych prawie corocznych wizytach w Chorwacji zmuszeni zostaliśmy do skorzystania z usług miejscowej pomocy drogowej. Podjechaliśmy zobaczyć kościół i klasztor Franciszkanów w miejscowości Donji Karin (o czym poniżej). Dojechaliśmy bez problemu, ale ruszyć w drogę powrotną już nie zdołaliśmy. Na szczęście miejscowy mechanik potrafił przywrócić automobil, zwany w naszej rodzinie Orką, do życia. Jak to obecnie bywa, zawiodła nie mechanika, lecz elektronika. Pamiątką po tej przygodzie jest język chorwacki, w którym próbuje się z nami komunikować komputer pokładowy. Córka, a także wspólniczka, właściciela warsztatu władała dobrym angielskim, co pozwoliło nam porozmawiać, gdy podwoziła nas swoim samochodem na miejsca odbioru Orki. Dowiedzieliśmy się, że rodzina przyjechała do Krajiny ze Slawonii, czyli pn.-wsch. krańca Chorwacji. Tereny te były w faktycznym władaniu Serbii do 1998 roku. Chorwacka rodzina, będąca uchodźcami wojennymi, przeniosła się do odzyskanej już w 1995 roku Krajiny, prawdopodobnie zajmując dom również uchodźców – serbskich. Trudno jest znaleźć wiele informacji na temat skali migracji wywołanej konfliktem serbsko-chorwackim. Temat był poruszany w mediach przez może dekadę po ustaniu działań zbrojnych. Ostatnio można się natknąć, co najwyżej, na przyczynkarskiej natury doniesienia o osobach (zazwyczaj Serbach), które, wbrew wszystkim przeszkodom, postanowiły wrócić do rodzinnego regionu w Chorwacji i im się powiodło.

Przeciętny turysta nie ma wielu okazji dotrzeć do informacji o burzliwej przeszłości regionu, w którym wypoczywa. Od czasu uniewinnienia w roku 2012 przez izbę apelacyjną Trybunału Haskiego generała Ante Gotoviny od zarzutów zbrodni wojennych, jego podobizny zniknęły ze straganów z pamiątkami. Nadmierne rozpamiętywanie traumatycznej historii nie sprzyjałoby zachęcaniu cudzoziemców do spędzania wakacji nad Adriatykiem. Dzięki przypadkowemu spotkaniu i egzotycznym nazwom podzadarskich miejscowości temat ten niespodziewanie dotarł do naszej świadomości. Ale, żeby była jasność! W trakcie rozmowy z naszą miłą szoferką poruszaliśmy raczej kwestie różnic w wymowie i słownictwie między mieszkańcami obydwu znanych jej części Chorwacji. Choć nie wyobraża ona sobie życia z daleka od morza, to jednak idealizowała daleką Slawonię, twierdząc, że gdyby nasz samochód miał awarię tamże, otrzymalibyśmy, nie tylko pomoc fachową, ale i doświadczylibyśmy gościnności i serdeczności ze strony mieszkańców. 

Tego roku podróżowaliśmy po Chorwacji we trójkę, z Podziomkiem i moją Siostrą. Chcieliśmy pokazać jej miejsca warte odwiedzenia, a bliskie naszemu sercu. Tak trafiliśmy do Novigradu w Żupanii Zadarskiej. Podczas zeszłorocznych wakacji spędziliśmy weekend w Ribnicy nad Morzem Novigradskim. Dwie wizyty w Novigradzie wystarczyły wówczas, by zakochać się w tym miasteczku. Malownicze położenie wzdłuż północnego brzegu esowatych kształtów kanału, wcinającego się głęboko w ląd, jego drugi brzeg porośnięty gęstym lasem sosnowym, ruiny zamku górujące wysoko nad miastem, kilka doprawdy niezłych restauracji i winiarni oraz kawiarnia serwująca najlepsze lody w okolicy, były wystarczającym powodem. Do tego dodać trzeba bogatą historię, w której główną rolę gra piastowskiej krwi Elżbieta Bośniaczka, żona Ludwika Węgierskiego i matka polskiego króla (to nie przejęzyczenie!) Jadwigi Andegaweńskiej, poślubionej Władysławowi Jagielle. Piękna i ambitna Elżbieta, po śmierci swego królewskiego małżonka – Ludwika rządziła, jako regentka, Królestwem Węgier. Starała się lawirować między Luksemburczykami i Andegawenami, którzy rościli sobie prawo do tronu św. Stefana. Przedstawiciel tych ostatnich – Karol, król Neapolu, koronował się na władcę Węgier nie zważając na to, że córka Elżbiety, a siostra Jadwigi, królewna Maria, została poślubiona przez Zygmunta Luksemburskiego, co wiązało się z obietnicą objęcia tronu u boku małżonki. Po niespełna dwóch miesiącach na tronie, Andegaweńczyk został jednak zamordowany z rozkazu Elżbiety. To nie umocniło jednak pozycji obydwu pań, jako władczyń państwa węgierskiego. Zwolennicy zamordowanego króla pojmali je i uwięzili na zamku w Novigradzie. Chcieli je wysłać do Neapolu, lecz Wenecja zarządziła morską blokadę, a od strony lądu zamek otoczyły siły rozwścieczonego luksemburskiego małżonka Marii. Otwartym pytaniem pozostaje, gdzie wcześniej przebywał i dlaczego nie było go u boku Marii w momencie jej porwania. Zdeterminowani obrońcy zamku udusili Elżbietę, podobno na oczach córki, a jej ciało wywiesili na murach. Nic im to jednak nie pomogło! Zygmunt zdobył zamek i odzyskał prawowitą małżonkę.

Czyli, bywało tu i światowo i dramatycznie. Obecnie jest już tylko malowniczo i spokojnie. Owszem, docierają tu turyści, ale w liczbie ograniczonej. Morze Novigradskie nie jest chyba uważane za pełnoprawną część Adriatyku, choć na nabrzeżu cumują jachty z różnych stron świata, a największy z nich pływa nawet pod polską banderą. My mieszkaliśmy w dolinie będącej przedłużeniem biegnącego przez Novigrad kanału. Teraz jej dno jest suche, ale nie zawsze tak bywało. Miejscowe muzeum, ulokowane w budynku dawnej spółdzielni rybackiej (brzmi może nie zachęcająco, ale budynek ma 250 letnią historię), o nazwie Dežderatovica, ma w swej kolekcji fotografię z czasów I Wojny Światowej, gdy w Novigradzie przed niebezpieczeństwem ataku chroniły się jednostki Cesarsko-Królewskiej Marynarki Wojennej, jak i statki handlowe. Ponad stłoczonymi w kanale kadłubami statków, ich masztami i kominami, widać, że morze sięgało znacznie dalej w głąb doliny. Nawiasem mówiąc, w muzeum byliśmy jedynymi gośćmi, dzięki czemu, w cenie biletu uzyskaliśmy też oprowadzenie po wystawie przez sympatyczną pracownicę tego przybytku kultury. 

Program każdego naszego dnia w Novigradzie był podobny. Po śniadaniu – sesja plażowa i kąpiele w morzu. Potem sjesta, a po małym co nieco, wyjazd do sąsiednich atrakcji turystycznych. W ten sposób odwiedziliśmy Zadar, Nin i Pag. Oczywiście, taki dwu-trzygodzinny wypad wystarczał na pospacerowanie główną ulicą, odwiedzenie najciekawszego kościoła i zjedzenie późnego obiadu w restauracji z ładnym widokiem na morze. Z takiego programu, nie tylko za sprawą awarii samochodu, wyłamała się nasza wizyta w Donji Karin. Tamtejszy klasztor franciszkański zachwyca położeniem nad ujściem niewielkiej rzeki do Morza Karinskiego. Budowla z białego kamienia, z wyniosłą wieżą, wznosi się ponad otaczającymi ją, nieco zdziczałymi, sadami oliwnymi i figowymi. Choć klasztor ma kilkusetletnią historię i zachował historyczne rozplanowanie, to wnętrza, szczególnie kościoła, mają zadziwiająco oszczędny i nowoczesny wystrój. Ten paradoks wytłumaczył nam napotkany w wirydarzu braciszek zakonny. Otóż, w trakcie stosunkowo krótkiej obecności w okolicy wojsk serbskich, zdołały one w metodyczny sposób złupić i zdemolować świątynię. Umieszczone na ścianach klasztoru fotografie poświadczały, że sytuacja ta nie była, niestety, wyjątkiem, lecz normą. W ten sposób naocznie przekonałem się o kolejnym przejawie barbarzyństwa, które towarzyszyło chorwacko-serbskiemu konfliktowi, a którego skutki trwają nadal.

Widok z restauracyjnego tarasu mógł zaspokoić wszelakie estetyczne potrzeby. Nie chodzi, oczywiście, o skróconą perspektywę nadmorskiego deptaka pełnego turystów i budek z wątpliwymi jakościowo pamiątkami. Po wschodniej stronie zatoki kolejne rzędy domów wspinają się po stromych zboczach, aż po szczytowe wypłaszczenie istryjskiego płaskowyżu. Po zachodniej – spadające ku zatoce stoki skrywa sosnowy las. Tylko gdzieniegdzie uległ on przerzedzeniu. Na takiej polance widać znacznych rozmiarów ruiny dawnego terminalu, z którego wywożono statkami minerały wydobywane w głębi półwyspu. Ku południowi horyzont zamykają górzyste wyspy Cres i Losinj, natomiast z przeciwnej strony, wysoko na wzgórzach, widoczne są dachy i wieże miasteczka Labin. Jest to klasyczne istryjskie miasteczko rozłożone na szczycie wzgórza. Wyróżnia się jednak spośród innych, podobnych, posiadaniem dzielnic położonych niżej, gdzie mieszkali i pracowali górnicy wydobywający, do 1988 roku, węgiel i boksyty. Rabac, w którym zatrzymaliśmy się na kilka dni przed wizytą w Novigradzie, w dawnych czasach był portem dla Labina i na stałe zamieszkiwali tam tylko nieliczni rybacy. Wąska i kręta droga wystarczała dla transportu ryb i owoców morza, ale była zbyt niebezpieczna dla ciężkich pojazdów zwożących kopalniany urobek. Dlatego miasto i terminal nad zatoką połączono towarową kolejką linową.

Odpoczynek przy lodach i drinku na labinskim rynku dostarczał wrażeń podobnych, jak w każdym innym historycznym, istryjskim miasteczku. Była loggia, pod której arkadami kupcy mogli rozkładać swój towar, a heroldzi obwieszczać ważne dla mieszkańców ogłoszenia. Były zdobione rzeźbami bramy, wystawne pałace i wiekowe kamienice z kruszejącymi tynkami. Ponad dachami widać było wyniosłą wieżę zegarową i jeszcze wyższą dzwonnicę. Jednak, miejsce to wyróżniało się na tle innych powenecjańskich placów. Położenie Labina powoduje, że główna droga samochodowa wspina się na centralne wzgórze i przecina rynek, a pojazdy lawirują wśród pieszych. Dodatkowo, główny plac miasta jest położony poza murami miejskimi. Żeby było jeszcze ciekawiej, kierowcy chcący się zatrzymać, mogą z tego placu, wprawdzie mając specjalne zezwolenie lub 66 Euro do zbycia, wjechać na parking położony na miejskich wałach. Oczywiście piesi za wejście nie płacą, chociaż z platformy murów ozdobionych starymi armatami rozciągają się piękne panoramy na znaczną część Istrii, zatokę Rijecką oraz najwyższy na całym półwyspie, sięgający 1400 m npm, masyw górski Ućka, zwieńczony biała kopułą przekaźnika radiowo-telewizyjnego na szczycie Vojaka.

Z nieoczywistych atrakcji miasteczka trzeba wymienić, położoną w nowej części, wieżę windową nad dawnym kopalnianym szybem. Do jej podnóża nie dotarliśmy, ale mogliśmy ją podziwiać z różnych miejsc widokowych Starego Miasta. Byliśmy za to w położonej nieopodal hali targowej, czyli po chorwacku – Tržnicy. Nazwa ta stosuje się zarówno do rozmaitej architektury zadaszonych obiektów handlowych (np. w Labinie), jak i do małych placyków (np. w Novigradzie), na których sprzedawane są wszelakie płody rolne. My z Podziomkiem uwielbiamy widoki, zapachy i atmosferę takich targowisk. To w Labinie, ma dwa poziomy oraz wydzieloną specjalną salę do sprzedaży ryb i innych morsko pachnących stworzeń. Każdy może tam znaleźć coś dla siebie. Dla mnie były to sery i pieczywo, dla Podziomka – barwne warzywa, owoce i oliwa. No i doświadczyliśmy – a jakże – poczęstunku śliwowicą przy okazji banalnego zakupu fig i innych owoców. Prawdziwym koneserom miejskich atrakcji rekomenduję wizytę w dziewięćdziesięcioletniej toalecie publicznej, ukrytej za flankującym wjazd na rynek, Krągłym Bastionem. Jest to przybytek jednostanowiskowy, w typie tureckim (kucanym), ukryty za betonową, obłą, umiarkowanie zdobioną obudową. Wyglądał na nieużywany. Nie wnikając w przyczyny tego stanu rzeczy, uznaliśmy, że to dobrze. Obecnie można bowiem skupić się na architekturze i koncepcji użytkowej obiektu, bez nadmiernego podrażnienia zmysłu węchu.

Labin jest jednym z wielu istryjskich miast położonych na szczycie wzgórza (ach jak cenię sobie zwięzłość angielskiego określenia hilltop towns). Być może, konkurencja pod względem atrakcyjności z innymi miasteczkami powoduje, że nie znajduje ono uznania wśród autorów przewodników turystycznych. Częściej, niż o jego zabytkach i wiekowej historii, wzmiankuje się o robotniczym powstaniu i miesięcznych rządach rewolucyjnej Republiki Labińskiej. Miały one miejsce wczesną wiosną 1921 roku. Lata, które nastąpiły bezpośrednio po zamilknięciu dział na frontach I Wojny Światowej, były w całej Europie bardzo trudne. Zmiany granic, polityczna niestabilność, szalejąca inflacja oraz problemy natury sanitarno-zdrowotnej, zachęcały do poszukiwania radykalnych rozwiązań. Górnikom labińskim atrakcyjne wydawały się propozycje komunistów, którzy dodatkowo umiejętnie rozgrywali sprzeczności pomiędzy chorwackimi pracownikami, a włosko-węgierskimi właścicielami kopalni. W każdym razie, robotnicy wygnali kierownictwo oraz mizernej wielkości lokalne siły porządkowe i zaczęli wdrażać w życie komunistyczna utopię. Jej kres położyło przybycie wojsk włoskich. Ofiary nie były zbyt liczne, a represje nadmiernie uciążliwe, sądząc z tego, że wśród ofiar wymienia się robotnika, który jako członek Czerwonej Gwardii, pełnił w deszczową noc wartę, w trakcie której przemókł, przeziębił się i w rezultacie umarł. 

Za czasów titowskiej Jugosławii, rządzący komuniści, którzy kochali uwiarygodniać się, jako jedyni prawdziwi przeciwnicy faszyzmu, okrzyknęli to wydarzenie pierwszym antyfaszystowskim powstaniem na świecie. Wprawdzie Mussolini doszedł do władzy we Włoszech dopiero półtora roku później, ale tłumaczono, że miejscowe władze i kierownictwo kopalni, nie będąc formalnie członkami ruchu faszystowskiego, stosowały w istocie faszystowskie metody rządzenia. Niepodległa Chorwacja, akcentując bardziej narodowe, niż klasowe, podłoże konfliktu, nadal podtrzymuje pamięć o powstaniu. W samym Labinie jest wiele pomników i tablic pamiątkowych odwołujących się, nie tyle do wydarzeń z 1921 roku, ile do szeroko rozumianej walki o sprawiedliwość społeczną i prawa narodowe.

Formuła naszego pobytu, z licznymi wizytami w okolicznych miejscowościach powodowała, że odwiedzaliśmy też różne restauracje. A w Novigradzie kilkakrotnie sami przygotowaliśmy sobie śródziemnomorski obiadek. W tej sytuacji, za warte wspomnienia uznałem jedynie lokale odwiedzone przez nas więcej, niż jeden raz. W Rabacu była to kafejka przy promenadzie, w której do porannej kawy można było spożyć wypieki przyniesione osobiście z sąsiedniej piekarni. Wspomniana wyżej lodziarnia w Novigradzie trzyma nadal wysoki poziom, a pani obsługująca rozpoznaje stałych klientów i zaskakująco szybko akceptuje ich dziwactwa, takie, jak indywidualne mieszanie espresso z tonikiem. Wreszcie, restauracja z widokiem na zakole kanału i jego, zdobny stawą (miniaturową latarnią) wylot na Novigradsko More, prócz serwowania pysznych dań kuchni dalmatyńskiej, ma z mojej perspektywy dwa plusy: pierwszym jest fakt, że w talerzu płodów morza uwzględnia tuńczyka, a drugim – że delektując się wspaniałymi daniami, można obserwować nie tylko mewy, ale i regularnie latające nad kanałem czaple nadobne.

Moja Siostra należy do niezbyt pływającej części rodziny. Dlatego na pławienie się w wodach Adriatyku wybieraliśmy zorganizowane kąpieliska. Jak wspomniałem, gości latoś było jakby mniej, przez co na plażach nie odczuwało się tłoku. Mimo to, dla Podziomka i dla mnie, wybierających dotychczas dzikie kąpieliska lub plaże “za pse”, była to dramatyczna odmiana. Jednak nawet w tych dniach, w których Siostra nie towarzyszyła nam na plaży, nie próbowaliśmy szukać niczego nowego. W obezwładniającym upale docenialiśmy korzyści dotychczasowego miejsca. Czy miała tu znaczenie kwestia wzrastającej z wiekiem potrzeby wygody, czy wymogi rekonwalescencji poszczególnych uczestników wycieczki, czy też bliskość beach baru i przebieralni, trudno przesądzić. W każdym razie, z kronikarskiego obowiązku odnotowuję tę zmianę naszych preferencji w sprawach kąpielowych. A otwartość na zmiany, w przypadku podróżników klasy 60+, oceniam jako wartość niewątpliwie pozytywną.

Kategorie
Wielka Brytania

Nie dotykaj kota bez rękawicy, czyli gdzie w Highlands spotkać szpiega

Przysiedliśmy na ruinach jakichś zabudowań. Fakt, że niegdyś gospodarowali tu ludzie był podkreślony przez kępę rosnących w pobliżu drzew. Poza tym, otaczała nas rozległe moors – bezdrzewne królestwo wrzosów, traw, wełnianki i paproci orlicy wypełniało wypłaszczenie terenu u zbiegu trzech rzek/strumieni górskich. W pobliżu ciurkał najmniejszy z nich. Zastanawialiśmy się, czy kontynuować wędrówkę w górę rzeki Feshie, poszukać ścieżki wiodącej na sugerowany przez opis w przewodniku szczyt Carn Dearg Mor, czy też odbić w boczną dolinkę ku wschodowi, gdzie przez przełęcz można by dostać się do sąsiedniej doliny Glen Tromie. Nagle uwagę naszą zwróciła postać zbliżająca się od strony górnej części doliny Feshie. Wysportowanej, żylastej, pięćdziesięciolatce w profesjonalnej outdoorowej odzieży towarzyszył pies – beżowy spaniel. Przywitaliśmy się raczej zdawkowo, po czym owa pani ruszyła drogą w kierunku Glen Tromie. Trochę nas to zdziwiło. Doliną Feshie wiodła wprawdzie historyczna przeprawa do doliny rzeki Dee po południowej stronie gór Cairngorms, ale byłaby to nie lada wyrypa. Tym bardziej, wybór doliny Tromie nie stanowił najkrótszej drogi powrotu do cywilizacji.

Po chwili namysłu i my ruszyliśmy w tym kierunku. Drogi na Carn Dearg Mor nie udało nam się znaleźć. Widocznie, jak wiele innych opisanych w tym przewodniku, była wytworem imaginacji autora wędrującego przez góry na przełaj. Nasza droga dźwigała się szparko coraz bardziej zawężającą się boczną dolinką. Wkrótce minęliśmy ostatnią połać lasu, a ze stromych zboczy jęły wystawać mniejsze i większe skałki. Niezadługo oczom naszym ukazał się malowniczy stawek Lochan Ant Sluic. Łagodnie wijąca się droga wznosiła się do niedalekiej przełęczy. Wzmagający się wiatr skutecznie zniechęcił nas do kontynuowania podejścia. Droga powrotna dostarczała oszałamiających widoków na wyższą część Cairngormsów z dwoma munros (szczyty o wysokości ponad 3000 stóp) Meall Dubhag i Carn Bar Mor. W połowie zejścia nagle dogoniła nas wysportowana dama z pieskiem. Zagadnięta, czy widok z przełęczy wart był jej wysiłku, jakoś się zacukała, ale był to początek miłej rozmowie, w trakcie której my poinformowaliśmy, że przyjechaliśmy z Polski i samochód zostawiliśmy na parkingu w dole Glen Feshie, a pani zarekomendowała nam widok z Ponny Bridge w pobliżu. I znowu się rozstaliśmy.

Doliny w górach Cairngorms są długie i nisko położone, a płynące nimi rzeki bogate w wodę i ubogie w przeprawy mostowe. Przez Feshie wiodły niegdyś dwa mosty, ale od czasu zniesienia jednego z nich przez powódź, pozostał tylko ów Ponny Bridge położony, faktycznie, w wielce malowniczym zwężeniu rzeki. Jak to w Wielkiej Brytanii, teren jest prywatny i objęty jedną posiadłością. Ponieważ równocześnie prawo szkockie zapewnia powszechną dostępność dróg i wód, każdy może wejść na teren prywatny w celach turystyczno-rekreacyjnych. Właściciele dostosowując się do tych warunków przygotowują zazwyczaj ofertę turystyczną. W dolinie Feshie istnieją trzy kompleksy domków/willi na wynajem. Około kilometra od ogólnodostępnego parkingu wznosi się zespół budynków pełniący, chyba, rolę centrum administracyjnego tej posiadłości. Biorąc pod uwagę peryferyjność jego położenia żartowałem, że Brytyjczycy znani z wykorzystywania, w tajnych operacjach, wiejskich posiadłości, prowadzą tam szkołę szpiegów. Młodsza o pokolenie część uczestników (córka wraz ze swoim partnerem) przysłuchiwała się z pobłażaniem moim enuncjacjom.

Dolina Glen Feshie, miejsce działania tajemniczej damy z pieskiem

Byliśmy już w połowie drogi powrotnej, gdy usłyszeliśmy odgłos zbliżającego się samochodu. Porządną, choć nie najnowszą, terenówką podróżowała nasza znajoma z pieskiem. Rzuciła przez okno, że jedzie wykąpać psa. Gdy zboczyliśmy z drogi w kierunku Ponny Bridge, zauważyliśmy jej wóz stojący przed zakrętem. Końcowy odcinek naszej trasy wiódł poprzez bujne łąki pokrywające szeroką w tym miejscu dolinę. Zza krzaków i cherlawych sosenek porastających przeciwległe zbocza doliny, wynurzyła się nagle postać z pieskiem. “Wcale Was nie śledzę!” rzuciła nie pytana. Była to jedyna istota ludzka spotkana tego dnia na trasie. “Czy ktoś ma jeszcze wątpliwości, co mieści się w tych budynkach?” rzuciłem retorycznie w charakterze podsumowania.

Po śmierci męża i ojca, bohaterki książki Jane Austen “Rozważna i romantyczna”: pani Dashwood wraz córkami Elinor, Marianne i Margaret zmuszone były opuścić posiadłość w Norlan i i przenieść się do Barton Cottage – domku udostępnionego przez dalekiego krewnego. Domek był znikomych rozmiarów. Posiadał tylko dwa salony, cztery sypialnie i dwa pokoiki na poddaszu. W czasie pobytu w Highlands zatrzymaliśmy się w podobnym, zwanym Cluny Mains. Przez lata wchodził on w skład posiadłości Cluny Castle, będącej siedzibą głowy klanu Macphersonów. Po sprzedaży majątku (ach ta powojenna drożyzna!) pozbyto się też willi, w której obecnie za umiarkowaną cenę może przebywać do 12 osób. Nasza szóstka miała więc, w przeciwieństwie do pań Dashwood, miejsca aż nadto. Wszyscy pokochaliśmy obszerną, niczym z angielskich filmów, kuchnię, która, prócz miejsca do spożywania posiłków i planowania kolejnych wycieczek, była najcieplejszym pomieszczeniem domu, dzięki obecności wielkiego elektrycznego pieca ze schowkami, gdzie pod kopulastymi pokrywami można było chronić w cieple garnki z wcześniej przygotowanymi posiłkami. Gdyby w grupie była kucharka, docenilibyśmy bardziej także tę ostatnią funkcję pieca. Cluny Mains położone jest 5 mil na zachód od miasteczka Newtonmore. Za płotem biegnie szosa, którą zazwyczaj jeździliśmy samochodem, ale raz pokonaliśmy pieszo budząc zdumienie napotkanych kierowców oraz stada kóz, które niczym w Polsce pasło się na poboczach drogi.

Spacer po szosie wieńczył naszą wycieczkę do Glen Banchor. Ciekawostka nazewnicza: W przeciwieństwie do innych znanych nam w Highlands dolin, ta nie nosiła nazwy od płynącej nią rzeki zwanej Calder. Tuż za naszą siedzibą przy szosie, drogę dojścia do doliny wskazywał drogowskaz. Osoby, które posiadły doświadczenie górskie na polskich szlakach powinny wiedzieć, że rzadko rozmieszczone drogowskazy, to jedyne ułatwienie dla wędrowców przemierzających góry Szkocji. Szlaki nie są znakowane. Turystom muszą wystarczyć mapy, bądź opisy w przewodnikach. Jako, że ziemia jest w posiadaniu prywatnym, a najczęstszą formą jej użytkowania jest wypas owiec, co rusz napotyka się na bramki, które należy za sobą starannie zamykać. By dojść do Glen Banchor od Cluny Mains, trzeba najpierw wygodną drogą dotrzeć na niską przełączkę, za którą poprzecznie cięgnie się docelowa dolina. Był to nasz pierwszy dzień i pierwsza wycieczka po Highlands. Może dlatego byliśmy całkiem oszołomieni tamtejszymi krajobrazami. Przede wszystkimi olbrzymie, bezleśne i bezludne, a jak się wkrótce okazało – i bezdrożne przestrzenie. Za całą cywilizację robiły dwa opuszczone domy, z których jeden zachował dach i, od biedy, mógł służyć za schron w razie niepogody. A pogoda bywa zmienna – słońce to chowa się, to wygląda zza chmur. Deszcz to siecze, to mży. Widok tego samego miejsca zmienia się więc po kilka razy dziennie, wraz ze zmianami warunków atmosferycznych. Brak infrastruktury turystycznej skutkuje małą liczbą odwiedzających dolinę ludzi, a to z kolei podoba się przedstawicielom miejscowej fauny. W Glen Banchor spotkaliśmy kuliki, ostrygojady i kruki. Tablica od strony Newtonmore ostrzegała, że dolina może być okresowo zamykana podczas prowadzenia polowań na głuszce i jelenie. Nie natknęliśmy się na imponującego kuraka, a jelenie – i owszem spotkaliśmy, ale w małym zagajniku wzdłuż szosy z Newtonmore do Cluny Mains.

Z wycieczki po Glen Banchor

Podczas licytacji Cluny Castle członkowie klanu Macphersonów wykupili najcenniejsze pamiątki i wkrótce udostępnili je do publicznego wglądu w maleńkim, acz z czasem rozbudowanym, muzeum w Newtonmore. Wstęp bezpłatny, ale oferta sklepiku muzealnego jest na tyle kusząca, że my wydaliśmy tam więcej funtów, niż za wejście do znacznie większych szkockich muzeów. Zwiedzenie wystawy pamiątek tego rodu uświadomiło mi, że szkocki klan, to nie angielski ród arystokratyczny. To znaczy, wśród Macphersonów byli wielcy posiadacze ziemscy, ale byli też crofters czyli dzierżawcy. Nazwisko to nosili artyści, żołnierze, przemysłowcy i lekarze. Trzy życiorysy dobrze pokazują tą różnorodność.

Jamie Macpherson, był owocem namiętności highlanderskiego ojca do pięknej Cyganki. Na przełomie XVII i XVIII wieku został uznany za wyjętego spod prawa. Nie trzeba było być szkockim Robin Hoodem – ówczesne prawo karało śmiercią za włóczęgostwo, a tym bardziej za kradzież koni i bydła. Jamie tak, jak sprawnie władał mieczem, tak i pięknie grał na skrzypkach. Ujęty i skazany na śmierć, skomponował w celi utwór zwany Lamentem Macphersona, pozostający do dziś jednym z najpopularniejszych utworów szkockiej muzyki ludowej.

Szef klanu – Ewen MacPherson of Cluny – aktywnie wspierał pretensje dynastii Stuartów do tronu brytyjskiego. Po porażce jakobitów w bitwie pod Culloden w 1746 roku, przez 9 lat ukrywał się w górach. Po prawdzie, nie miał dokąd wracać, bo siły królewskie (jak wówczas mówiono – hanowerskie) spaliły Cluny Castle. Jednym z miejsc jego ukrycia była jaskinia w zboczach górującego nad Glen Banchor masywu Creagh Dhubh. Wspomina o tym każdy przewodnik, lecz z adnotacją, że jest ona trudna do znalezienia, podobnie jak 280 lat temu. Legenda mówi, że gdy Ewen MacPherson w przebraniu żebraka odwiedzał swoją rodzinę, napotkany dowódca oddziału królewskiego wręczył mu monetę prosząc, by dał znać gdy napotka tego rebelianta Macphersona. W 1755 wyjechał do Francji, gdzie spotkały go nieprzyjemności ze strony pretendenta do tronu – Karola Stuarta, gdyż nie przywiózł ze sobą jakobińskiego skarbca zatopionego rzekomo w głębokim na 90 metrów jeziorze Loch Arkaig.

James Macpherson był szkockim poetą, który zasłynął przetłumaczeniem na język angielski i wydaniem w latach 1761-1763 Pieśni Osjana. Osjan był starogaelickim bardem, o którego przynależność narodową Szkoci wiodą niekończący się spór z Irlandczykami. Choć od początku krytycy i racjonaliści, w rodzaju Davida Hume’a, kwestionowali prawdziwość historii o dotarciu przez Macphersona do rzekomych źródeł pieśni, zyskały one niesłychaną popularność w całej Europie i Ameryce Północnej, przyczyniając się do powstania romantyzmu, jako nurtu literackiego. Gdy Macpherson pracował nad swym dziełem, w Szkocji obowiązywały srogie restrykcje nałożone na rebelianckich górali z północy. Za noszenie kiltu lub grę na kobzie można było trafić na wiele lat do więzienia. Ale wśród wielbicieli Pieśni Osjana znalazło się wielu wpływowych Anglików, ba, nawet wywodzących się z rodziny królewskiej. Restrykcje zostały więc zniesione w latach osiemdziesiątych XVIII wieku, a szkockość stała się modna do tego stopnia, że przedstawiciele angielskich rodów osiadłych w Szkocji zaczęli wdziewać kilty i zatrudniać dworskich kobziarzy. To się nazywa tryumf Apolla nad Marsem.

Motto klanu Macphersonów; fot. Celtus, lic. CC BY-SA 3.0
Tartan klanu Macphersonów; fot. T. Steifer 2006, lic. CC BY-SA 2.5

Objaśniono nam, że renifer jest niedotykalski. Gdy zwierzęta popychają się wzajemnie jest to sygnał, żeby się rozejść. No chyba, że w ręce masz trochę reniferzej karmy, bo stworzenia te przyzwyczaiły się do odwiedzin kolejnych grup karmicieli. Dlatego, gdy gęsiego, po drewnianej kładce, przemierzaliśmy zbocza Airgiod Meall duże stado reniferów wędrowało za nami i obok nas. Wczesnośredniowieczne kroniki wspominają o polowaniach na renifery w Szkocji. Robiono to na tyle skutecznie, że od XIII wieku gatunek ten był już tylko wspomnieniem. W roku 1947, w podróż poślubną w góry Cairngorm wybrało się szwedzko-brytyjskie małżeństwo Mikel Utsi i Dr. Ethel Lindgren. Uderzyło ich podobieństwo krajobrazu i szaty roślinnej do reniferzych pastwisk w laplandzkiej tundrze. Po uzyskaniu stosownych zezwoleń i odbyciu kwarantanny w edynburskim Zoo, siedem pierwszych reniferów zostało wypuszczonych na wolność w okolicach Glenmore. Stado zasilane od czasu do czasu świeżą krwią ze Skandynawii, rozrosło się już do około 200 sztuk. Od lat sześćdziesiątych XX w. organizowane są wycieczki na stoki doliny, gdzie można zapoznać się z życiem tych ciekawych czworonogów. W początkach czerwca, znaczną część stada stanowią matki z cielakami, którym ostrożność nie pozwala na poufałości z nieznajomymi ludźmi, dlatego w karmieniu uczestniczyło mniej reniferów, niż zazwyczaj. Jednak bliskość tych pięknych przeżuwaczy robi doprawdy wielkie wrażenie. Stado z Caingorms jest wolnożyjące, ale pozostaje pod opieką człowieka. Dlatego cielaki chore lub odrzucone przez rodziców są odchowywane przez ludzi. Widać to potem w ich zachowaniu. Mimo, że dawno wróciły do pobratymców, szukają kontaktu z ludźmi, mając większą świadomość korzyści, jakie może im to przynieść. Z reniferzych hal widać już całkiem sporą grupę munros, na których północnych zboczach, mimo początku czerwca, ciągle zalegały płaty śniegu. Niestety, najbliżej położony był szczyt Cairn Gorm (1244 m npm.), którego zbocza pod względem widokowym zepsuła infrastruktura jedynego w tych górach ośrodka narciarskiego.

Z wizytą u szkockich reniferów

Góry Cairgorms od północy obramowuje dolina rzeki Spey. Cieki wodne we wszystkie odwiedzonych przez nas dolinach należą do jej dorzecza. Od przeprowadzenia w 1863 roku linii kolejowej do Inverness, rozpoczął się szybki rozwój turystyczny usytuowanych w dolinie miejscowości. Tymczasem dolina płynącej od południa górskiego masywu rzeki Dee, jest rzadko zaludniona, a góry opadające ku niej – bardziej dzikie. Nic dziwnego, że królowa Wiktoria odwiedzająca z księciem Albertem w 1848 roku te okolice, opisała je jako emanujące wolnością i spokojem. Poskutkowało to kupnem majątku Balmoral i budową nowego pałacu, który stał się ulubioną letnią siedziba Windsorów. Królewscy właściciele spędzają tu każdy sierpień. Pojechaliśmy tam, nie tyle ze względu na potrzebę obejrzenia gargamelowatego w stylu pałacu, lecz zwabieni urodą otaczających go lasów. Podobno królowa Wiktoria właśnie ze względu na chęć zachowania miejscowego starodrzewia wybrała ten majątek. Rzeczywiście, w porównaniu z przeciętnym szkockim lasem, ten robi imponujące wrażenie. Naturalnie, został on wzbogacony nasadzeniami różnych rzadkich, a pięknych gatunków, zgodnie z dziewiętnastowiecznymi trendami sztuki leśno-parkowej. Ze względu na nieobecnego na wycieczce (ach te przepisy o kwarantannie psów) Harrego, odbyliśmy też pielgrzymkę do pomniczka na grobie praojca wszystkich owczarków szkockich, o imieniu Noble. Jako miłośnika tej rasy, ujęło mnie za serce określenie wyryte na pomniku: “Szlachetny (Noble) z imienia i charakteru”. Wizyta w królewskiej posiadłości przyniosła w bonusie obserwację pluszcza nurkującego w wodach Dee oraz poznanie tajemnicy królewskich ogrodników, którzy dla otrzymania bardziej czerwonych i soczystych pędów rabarbaru, ukrywają je pod wielgaśnymi donicami. Nawiasem mówiąc, żeby usłyszeć w sercu Szkocji ludzi mówiących w “standard English”, należy porozmawiać z obsługą królewskich dóbr.

Z przechadzki po parku w Balmoral

Orkiestra kobziarzy w gustownych, czarnych pelerynach, damy w kapeluszach z markowymi torebkami w rękach, gentlemani w kiltach. Wozy transmisyjne BBC Scotland, reklamy ogólnobrytyjskich i lokalnych firm, mobilne lokale serwujące ciepłe i zimne przekąski oraz piwo. Wokół boiska – szczyty górskie sięgające chmur, z których od czasu do czasu padał deszcz lub sączył się kapuśniaczek. Atmosfera wśród publiczności gorąca, choć temperatura nie przekraczała +8 C. W takich warunkach odbywał się finał Pucharu MacTavisha w szkockiej grze zespołowej shinty (camanachd). Jakże daleko wyewoluowała ona od korzeni opisanych w 1839 roku przez jednego z pracujących w Highlands duchownych. Według niego, zabawa polegała na piciu olbrzymich ilości, fundowanej z okazji świąt przez lokalnych właścicieli ziemskiego, whisky, by później w stanie upojenia okładać się kijami po głowach, zamiast uganiać za małą piłeczką. Ma się rozumieć, że tekst kończył się wezwaniem do szlachetnie urodzonych, by zaniechali tej niecnej praktyki. Dodać jeszcze trzeba, że u zarania, shinty nie było grą zespołową. Każdy uczestnik grał przeciw wszystkim innym. Zgodnie z wiktoriańską zasadą nadawania cywilizowanych norm różnym tradycyjnym aktywnościom, reguły gry zostały uporządkowane przez powstałe w 1893 roku Camanchd Association. Gra na pierwszy rzut oka przypomina hokej na trawie, ale różni się szczegółach, np. co do tego, jak wysoko można unieść kij, czy jak wprowadzić piłkę do gry z autu. Shinty najbardziej przypomina irlandzki hurling dzięki czemu, przy zastosowaniu zmodyfikowanego regulaminu, odbywają się regularne mecze międzynarodowe dwóch celtyckich reprezentacji.

Ponieważ prognozy zapowiadały pogodę barową, planowaliśmy początkowo odwiedzić którąś z destylarni whisky. Niestety, żadna z pobliskich nie miała już wolnego terminu. Wtedy zorientowaliśmy się, że ostatniego dnia naszego pobytu w Highlands, Newtonmore będzie gościło finał Pucharu MacTavisha. Rozgrywki obejmują drużyny z północnej Szkocji, a drużyny z Newtonmore i sąsiedniego Kingussie są prawdziwymi dominatorami w tej dyscyplinie. Tym razem Newtonmore odpadło w już półfinale, ale Kingussie przeszło dalej i miało w finale zmierzyć się z drużyną Fort Williams. Bilet obejmował też przedmecz, w którym zagrały drużyny juniorów Newtonmore i Skye. Kibicowanie na meczu shinty, to popularny tu sposób spędzania wolnego czasu. Na stadionie zebrało się pewnie 1000 osób, co było wynikiem zbliżonym do liczby stałych mieszkańców Newtonmore. Na głównej ulicy byliśmy zatrzymywani przez przyjezdnych, którzy pytali o drogę na stadion. Nie będę ściemniał, że wytrzymaliśmy siedem godzin na pozbawionym trybun stadionie. W przerwie meczu juniorów poszliśmy rozgrzać się do kawiarni w miasteczku i wróciliśmy na wielki finał, w którym Kingussie wygrało 3:1. Puchar MacTavisha nie opuścił serca Highlands.

Dzień z shinty, drużyna Kingussie w niebiesko-czerwonych koszulkach

Żeńska część wycieczki obstawała stanowczo przy zamawianiu Fish and chips w każdej odwiedzanej restauracji. Po prawdzie, z tym daniem jest, jak z zupą cebulową we Francji. Składniki niby są te same, ale każdy kucharz przygotowuje je po swojemu. Jako, że lubujemy się w lokalnych smakach, spróbowaliśmy też haggis. Było smaczne, ale dla mnie rozczarowujące. Według przepisu, kiszka barania powinna być wypełniona siekanymi podrobami. Miałem nadzieję, że będą to na tyle duże kawałki, by chrzęściły między zębami. Tymczasem, przy każdym zamówieniu podawano je tak drobno zmielone, że konsystencją przypominały swojską kaszankę, tyle, że polaną sosem z musztardy i whisky. Nie doznałem jednak rozczarowania smakując Cullen skink – gęstą i zawiesistą ziemniaczankę przygotowaną na wędzonej rybie. Śmiałością wyborów kulinarnych przebiła jednak wszystkich nasza córka, która zamówiła i zjadła batonik Mars zapiekany w panierce. Bon appetit!


Mottem klanu Macphersonów jest: “Touch not the cat but a glove”. Zdanie to można rozumieć na wiele sposobów, ja preferuję najprostszy: Nie dotykaj kota bez rękawicy. Miało to oddawać szorstki i nieprzejednany charakter górali z tej rodziny i nawiązywać do faktu, że największym lądowym drapieżnikiem zamieszkującym Góry Cairngorms jest żbik. Trudno go spotkać w naturze, ale jego wizerunek wykonany w technice dowolnej zdobi większość ogrodów i placów w Newtonmore. To rezultat konkursu ogłoszonego przez władze miasteczka. Najbardziej udane podobizny kotów zostały połączone specjalnym szlakiem o nazwie Wildcat Trail. Napotkane kociska są jaskrawo kolorowe lub stonowane, brzydkie i ładne, kiczowate lub atrakcyjne. Żaden z nich nie wygląda jednak dziko i nie wzbudza strachu. Dziki i dojmujący jest w Highlands tylko krajobraz. Ludzie z czasem złagodnieli, a ślady ich dzikości możemy znaleźć już tylko w Muzeum Klanu Macphersonów.

Koty z Wildcat Trail w Newtonmore, ten w prawym, górnym rogu – w barwach miejscowej drużyny shinty.

Kategorie
Wielka Brytania

O wiernym Bobbym, przedkolumbiańskiej kukurydzy i wyższości kolei nad autobusami, czyli za krótka wizyta w Edynburgu

Bezlik wyrzeźbionych postaci świętych, królów, zbrojnych ludzi, zwierząt, bestii, aniołów grających na instrumentach muzycznych, czy też przedstawienia scen biblijnych lub zobrazowanie cnót i przywar. Część z nich do dzisiaj nie została powiązana z religijnym kontekstem miejsca, jak np. 213 kasetonów na sklepieniu i ścianach, zawierających zestaw niezrozumiałych wzorów oraz 110 przedstawień Zielonego Człowieka (Green Man) – oplecionej listowiem ludzkiej głowy. Czternaście filarów wspierających ściany nawy głównej, z których trzy, szczególnie bogate w ornamentalne zdobienia, mają swoje własne nazwy. Zamurowana krypta, do której wejście przez długi czas nie mogło zostać odnalezione. Cóż z tego, że to jeno zakrystia projektowanej na planie łacińskiego krzyża bazyliki. Wraz ze śmiercią fundatora – Williama Sinclair w 1480 roku prace spowolniły i ograniczyły się do dalszego upiększania wnętrz. Opisując dekoracyjność kaplicy, nadużywa się przymiotników z przedrostkiem naj-, ale faktem jest, że elementami wystroju rzeźbiarskiego tej małej świątyni można by obdzielić pewnie z tuzin większych i znaczniejszych kościołów w Szkocji.

Niezrozumienie przekazu ikonograficznego ornamentyki wnętrz kaplicy w podedynburskim Rosslyn, prowadziło do tworzenia legend. Jeszcze w XVIII w. najzdobniejszy z filarów mianowano filarem czeladnika (apprentice) i dorobiono legendę o utalentowanym młodzieńcu, któremu majster zlecił przygotowanie założeń do projektu filara. Zdolny czeladnik poszedł dalej i wykonał cały bogato zdobiony filar, który przyćmił wszelkie dokonania mistrza. Ten zaś w ataku zazdrości twórczej roztrzaskał głowę nieszczęśnika przy pomocy młotka. W połowie XIX w. architekt David Bryce otrzymał zlecenie dogłębnej restauracji świątyni. Jako przekonany wolnomularz, wprowadził do jej wystroju elementy symboliki tego ruchu, co doprowadziło do dzikich spekulacji na temat średniowiecznych korzeni wolnomularstwa na Wyspach Brytyjskich. W końcu, kaplica w Rosslyn zainspirowała Dana Browna i od czasu jego “Kodu Leonarda da Vinci”, do palety fantastycznych konotacji dołączono templariuszy i Świętego Graala. Mnie najbardziej podoba się spekulacja wiążąca (błędne) rozpoznanie jednego z ornamentów roślinnych, jako wizerunku kukurydzy. Poszła za tym teoria, że fundator będący z ramienia króla norweskiego ostatnim Earlem Orkadów musiał, jak na Wikinga przystało, udawać się na morskie wyprawy, podczas których dotarł do Ameryki – ma się rozumieć, że przed Kolumbem. A tam najciekawszym, co zobaczył, była kukurydza – tylko nudni Hiszpanie byli zafiksowani na szukaniu złota – i podzielił się szczegółami tej obserwacji z rzeźbiarzem mozolącym się nad wykonaniem wnętrz świątyni. Ten zaś, a jakże!, włączył kukurydzę do zestawu wykonywanych ornamentów.

Na zwiedzenia miejsca z taką historią i o takim znaczeniu kulturowym musiało nam wystarczyć 10 minut! Personel fundacji organizującej zwiedzanie jest w Rosslyn bezwzględny: Po upływie tego czasu grzecznie, acz stanowczo, przypomniano nam o konieczności opuszczenia obiektu. Dobrze, że chociaż z toalety pozwolili skorzystać po godzinach! Jak do tego doszło? Mieliśmy, zrobioną przezornie, rezerwację obejmująca 90 minutowe okno czasowe. Nasz plan posypał się jednak już poprzedniego dnia, gdy wysiadłszy z samolotu na lotnisku w Glasgow, otrzymaliśmy informację, że z powodu awarii hydraulicznej zarezerwowany apartament pod Edynburgiem jest niedostępny. W trybie awaryjnym znaleźliśmy nocleg w Clydebank w pobliżu lotniska. W Rosslyn mieliśmy być o 15:30 następnego dnia, więc nie było paniki. Nazajutrz dotarliśmy do dworca autobusowego, z którego odprawiano pojazdy do Edynburgu. Podjechał autobus, wpuszczono podróżnych z biletami kupionymi on-line, a potem kolejka się zatrzymała. Kierowca i pracownicy dworca dyskutowali nerwowo, wskazując na kasę fiskalną. Okazało się, że jest ona uszkodzona. Zamieszanie trwało około 30 minut i w końcu kierownictwo firmy podjęło decyzję o zabraniu wszystkich oczekujących, bez biletów. Dotarliśmy więc do miejsca zakwaterowania w Queensferry z odpowiednim wyprzedzeniem, ale czekało nas jeszcze największe wyzwanie. Przejazd z Queensferry do Rosslyn z przesiadką w Edynburgu. Okazało się, że w godzinach szczytu w tym mieście rozkład jazdy i punktualność, to pojęcie względne. W rezultacie, zamiast 100 jechaliśmy 165 minut. Od tego momentu zdecydowaliśmy się unikać usług firmy Lothian Buses na rzecz pociągów ScotRail. Rozbudowany system zniżek powoduje, że bilety są tu w akceptowalnej cenie, a punktualność i czas przejazdu – nie do pobicia.

Stacja kolejowa znajdowała się jednak w znaczniejszej odległości od miejsca naszego zakwaterowania, niż przystanek autobusowy. Wędrując do niej dostaliśmy szansę lepszego poznania Queensferry. Nazwa miasta zdradza jego dawną rolę. Stąd ruszał ufundowany w XI w. przez królową Małgorzatę prom – przez estuarium Firth of Forth do opactwa Dumferline. Królowa podobno pokrywała też koszty przeprawy pielgrzymów, co w połączeniu z innymi pobożnymi uczynkami, zapewniło jej dopuszczenie do grona świętych Kościoła Rzymskokatolickiego. Współcześnie przejazd na północny brzeg zatoki zapewniają trzy mosty: kolejowy otwarty w 1890 roku przez prawie 30 lat dzierżył miano najdłuższego na świecie, a w 2016, po wpisaniu na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, uznany za najwspanialsze dzieło rąk ludzkich w Szkocji; drogowy z 1964 i autostradowy z 2017 roku. Jako, że ich wieżyce wznoszą się na wysokość od 110 do 207 metrów nad poziom wody, widać je z daleka, nawet ze wzgórz Edynburga. Jednak najbardziej imponujący widok na mosty mieliśmy spomiędzy domów nadbrzeżnej High Street oraz specjalnego, usytuowanego nad samą wodą punktu widokowego. Wybierając lokal na uroczysty obiad z okazji Dnia Dziecka (była z nami córka ze swoim partnerem, a wiadomo, że wszystkie dzieci, bez względu na wiek, są nasze) postarałem się, by widzieć most kolejowy, gdy tylko podnosiliśmy wzrok znad talerzy.

Most kolejowy – najwspanialsze dzieło rąk ludzkich w Szkocji

Jak na 110 tysięcy mieszkańców, kolonia lęgowa głuptaków (Morus bassanus) na Bass Rock w pobliżu North Berwick, jest nadzwyczaj cicha. Bez porównania z rejwachem, który czynią gniazdujące pingwiny, czy np. nasze rybitwy. Do dzisiaj pamiętam pierwsze spotkanie z przedstawicielem tego gatunku w 1981 roku. Przechodząc Tamizę przez któryś z londyńskich mostów, zadarłem głowę do góry i nagle ujrzałem majestatyczne, wąskoskrzydłe ptaszysko z wielgachnym dziobem, tnące przestrzeń w drodze do celu gdzieś w górze rzeki. Teraz zaś miałem przed sobą ich setki, unoszące się nad naszą łodzią spacerową i dodatkowe tysiące okupujące każdy skrawek gruntu i półki skalne na wyspie. Jako, że podpłynęliśmy na jakieś 5 metrów od pionowej skały, widać je było, jak na dłoni. Rzeczywiście zachowywały stoicki spokój, zarówno wobec ludzkich intruzów, jak i najbliższych pierzastych sąsiadów. Opiekę nad kolonią na tej i sąsiednich wyspach, sprawuje Scottish Seabird Centre w North Berwick. Wstęp do kolonii mają tylko osoby prowadzące badania przyrodnicze. Podobno w początkach lat 80-tych XX w., gdy wprowadzano ograniczenia ruchu ludzkiego, Bass Rock zamieszkiwało tylko 7,5 tysiąca głuptaków. Po 35 latach restrykcji liczebność kolonii wzrosła do 150 tysięcy ptaków, by następnie, w wyniku epidemii ptasiej grypy, zmniejszyć się o ⅓. Obecnie następuje powolna odbudowa liczebności kolonii.

Warto zatrzymać się nad kwestią nazwy tego gatunku. W języku angielskim zwie się on “Gannet”, co pochodzi od staroangielskiego “ganot” czyli silny lub męski. Łacińska nazwa rodzajowa Morus znaczy tyle, co głupi, co z kolei odbiło się na polskiej nazwie potocznej – głuptak. Skąd takie deprecjonujące określenie? Otóż swoista obojętność ptaków na wkraczanie ludzi do ich kolonii, budziła w intruzach przekonanie, że mają one coś nie w porządku z głowami. Oczywiście, takie nieuciekające i nieagresywne ptasie głupki można było zabić bez problemu, używając do tego celu zwykłej pałki! Za to łacińska nazwa gatunkowa “bassanus” pochodzi od skały Bass Rock. Czyli dla Linneusza, który pierwszy użył tej nazwy, nasza skała była jakby systematyczną kolebką gatunku. Obecne królestwo ptaków ma jednak długą historię ludzkiej działalności. Jej najciekawszą częścią jest opanowanie znajdującego się na wyspie zamku przez więzionych w nim jakobitów, czyli zwolenników obalonej dynastii Stuartów. Mimo znikomej liczby, nie przekraczającej 20 osób, przez prawie trzy lata, do wiosny 1694 roku, dzierżyli oni warownię organizując łupieżcze wyprawy na wybrzeża Szkocji i odpierając ataki angielskiej floty. W końcu poddali się w zamian za amnestię i możliwość swobodnego wyjazdu do Francji.

Ptasie królestwo Bass Rock

Ornitologiczna wycieczka obejmuje też mniejszą i niższą wysepkę Craigleith. O ile na Bass Rock, obok głuptaków, gnieżdżą się wyłącznie nurzyki pobielałe, o tyle jej mniejszego sąsiada zasiedlają przede wszystkim mewy trójpalczaste. Jednak to nie dla nich podpływają tam wycieczkowe stateczki. Jako magnes służy kolonia lęgowa maskonurów. Te niewielkie, czarno-białe ptaki, przyciągają uwagę masywnym jaskrawo ubarwionym dziobem i ogniście pomarańczowymi łapkami. Niegdyś gnieździło się ich na wysepce do 28 tysięcy, ale ekspansja malwy drzewiastej spowodowała pogorszenie warunków lęgowych i spadek liczby osobników. Prowadzone w okresie zimowym akcje usuwania malwy, skutkują powolną odbudową populacji. Wysepka stanowi też ostoję kormoranów, kormoranów czubatych, nurzyków oraz alki krzywonosej. My mieliśmy też szczęście wypatrzyć edredona, fokę i egzotyczne w tym otoczeniu kaczki krzyżówki. 

Wyspa Creigleith, czyli nie tylko kolonia mew trójpalczastych

Wąska ścieżka zwana Volunteers’ Walk wiodła nas łagodnie wśród bujnych traw ku zamykającej horyzont przełęczy The Hawse. Zbocza po lewej stronie były wyższe i od pewnego miejsca spadały skalnymi uskokami ku dnu doliny. Przeciwległe zbocze było łagodniejsze, tu i ówdzie porośnięte kępkami żółto kwitnących krzewów. Gdzieś niżej wiła się niewielka struga. Nie wiadomo, czy ulokowane w górnej części doliny rozlewisko zwane dumnie Joe Muir Pond, było z nią jakoś powiązane. Pytaniem tym nie zaprzątają sobie głowy żaby i inne płazy składające w jego wodach swój skrzek. Od przełęczy, już bardziej stromą ścieżką, można było wspiąć się na szczyt Arthur’s Seat. My jednak wybraliśmy powrót grzbietem Salibury Crags w kierunku królewskiego pałacu Holyrood. Po kilkunastometrowym urwisku opadającym w stronę miasta wspinali się adepci alpinistyki. Z grzbietu roztaczał się widok na centrum Edynburga, od Southside, przez Stare Miasto, aż do Nowego Miasta. Ponad monstrualnie wielkim trawnikiem Parade Ground (polskim odpowiednikiem tej nazwy powinien być chyba Plac Defilad?), widać było portową dzielnicę Leith i wody zatoki Firth of Forth. Na jednym z licznych głazów przy ścieżce przysiadła dziewczyna w towarzystwie czarnowrona. Tłumaczyła, że chętnie by go czymś poczęstowała, ale miała ze sobą tylko butelkę wody. Ptaszysko łypało na nią bystrym okiem. Jedną lotkę miało ułamaną, czego przyczyną był pewnie silny wiatr, smagający mimo pogodnego dnia, grzbiet Salisbury Crags. Jej brak nie uniemożliwiał lotu, ale pewnie zachęcał do szukania pomocy ludzkiej w zdobywaniu pożywienia.

Widok na parlament, pałac Holyrood oraz wzgórze Calton Hill

Edynburg jest regularną europejską stolicą z wszystkimi atrybutami swej stołeczności. Ze względu na autonomiczny, a nie niepodległy, status Szkocji, ma może tylko mniejszą ilość ministerialnych gmachów. Wielowiekowa historia oraz fakt, że ostatnia bitwa lądowa na terytorium Wysp Brytyjskich odbyła się w roku 1746 powodują, że miasto od dawien dawna nie doznało znacznych zniszczeń i obfituje w zabytki z najróżniejszych epok. Sam edynburski zamek stanowi przegląd architektonicznych stylów i mód, jak również pomysłów na wykorzystanie istniejącej substancji budowlanej, odpowiednio do zmieniających się czasów i  potrzeb. Specyfika reformacji w Szkocji spowodowała, z kolei, konieczność wznoszenia wielkiej ilości świątyń, jako miejsc spotkań i modłów coraz to innych Kościołów mających  z większą pewnością zapewnić wyznawcom szczęście w życiu pozagrobowym. Tak, jak łatwo powstawały związki wyznaniowe, tak szybko przepływali między nimi wierni, którzy w końcu odpłynęli ku bezwyznaniowości. Dlatego wiele budynków powstałych niegdyś na potrzeby sakralne, obecnie pełni wszelkie inne funkcje, spośród których klubowo-gastronomiczna nie należy do najrzadszych. Wspaniałe kamienice, których wieku, jak to w Zjednoczonym Królestwie, trudno się domyślić, tłoczą się wzdłuż edynburskich ulic, a pomniki przypominają żołnierzy, naukowców, filozofów, sprawnych administratorów czy nawet … strażaków związanych z miastem. 

Jednak prawdziwego dramatyzmu krajobrazom edynburskim dodaje ukształtowanie terenu. Najwyższe tutejsze wzgórze – Arthur’s Seat – wznosi się raptem 251 m npm., ale zapewnia doznania jakby żywcem wzięte z wędrówek po znacznie wyższych górach Szkocji. Znacznie niższy Calton Hill jest miejscem usytuowania wielu reprezentacyjnych budowli z czasów szkockiego Oświecenia, w tym obserwatorium astronomicznego, wieży – pomnika Nelsona, rotundowatego pomnika Dugalda Stewarta, czy National Monument of Scotland – w formie nigdy niedokończonej kolumnady – pomnika Szkotów poległych w wojnach napoleońskich. Zamek edynburski sam w sobie nie byłby tak ciekawy, gdyby nie usytuowanie na wyniosłej skale w samym sercu miasta. Oczywiście, te i mniej uczęszczane przez turystów wzgórza, obfitują w wiele miejsc widokowych, z których można dostrzec dzielnice, zaułki i budowle często trudne do wykrycia z bardziej przyziemnej perspektywy. Urozmaicone ukształtowanie terenu powodowało też konieczność prowadzenia co ważniejszych ulic na estakadach i wiaduktach, ponad niżej położonymi częściami miasta.

Okolice cmentarza Greyfriars

Oczywiście, przeszliśmy całą Królewską Milę, skosztowaliśmy espresso na Nowym Mieście, przepychaliśmy się łokciami do atrakcji edynburskiego zamku, wpadliśmy na parę chwil do katedry św. Idziego. Spacery ulicami miasta wywołały liczne refleksje, z których trzy uznałem za godne szerszego omówienia. Stosunkowo niedaleko głównych tras turystycznych miasta położone są mnogie cmentarze. Często mają one swoje lata – trzystu, czy czterystuletnie nekropolie, nie są wyjątkiem. Dawno nie prowadzi się już  na nich regularnych pochówków. Dzisiaj służą jako tereny spacerowe, miejsca kontemplacji, a te rzadziej uczęszczane – także jako siedliska dla wielu gatunków ptaków, królików i lisów. Ich teren jest, przypuszczalnie, chroniony w jakiejś formie przez prawo, gdyż mimo, że często otoczone są gęsta zabudową, nikomu, jak w naszym kraju, nie przychodzi do głowy traktować je, jako wspaniałe lokalizacje dla budynków mieszkalnych i publicznych, czy też kalkulować, o ile minut skróci się czas przejazdu z jednej dzielnicy do drugiej, jeśli ulicę poprowadzi się środkiem cmentarza. Nienaruszalność cmentarzy ma jednak w Zjednoczonym Królestwie swe ciemne strony. Nikt mianowicie nie wykazuje nadmiernej troski wobec, często pięknych i zabytkowych, obiektów architektury cmentarnej. Nikogo więc nie dziwią połamane kolumny i rzeźby aniołów z utraconymi głowami, czy skrzydłami. Ot, czas robi swoje i tyle!

Jednym z odwiedzonych przez nas cmentarzy, był ten przy dawnym kościele franciszkanów (Greyfriars Kirk). Nie mnie oceniać, czy jest to najpiękniejsza historyczna nekropolia Edynburga, ale na pewno najbardziej popularna. Swoją sławę zawdzięcza pieskowi o imieniu Bobby, który po śmierci swego właściciela resztę życia spędził u jego grobu. Opisany jeszcze za życia, wkrótce po swojej śmierci, w 1872 roku, doczekał się realistycznego pomniczka wieńczącego wodopój przy jednej z bram wejściowych. Na samym cmentarzu piesek ma tablicę nagrobną oraz kolejny, powstały w 150 rocznicę urodzin, pomniczek. Oczywiście historia wiernego zwierzaka została opisana w książkach oraz stała się kanwą conajmniej dwóch filmów. Bobby jest taką ikoną miasta, że obsadzenie w jego roli psa rasy West Highland Terrier zamiast, jak uważano za słuszniejsze – Skye Terriera, wywołało powszechne niezadowolenie. 

Mieszkańcy Wysp Brytyjskich są prekursorami humanitarnego traktowania zwierząt. Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals powstało już w 1824 roku, a jego szkocki odpowiednik – w 1839 roku. Działacze tych organizacji nie tylko opiekowali się Bobbym, ale przeprowadzili wiele inicjatyw i projektów na rzecz naszych braci mniejszych. Dlatego, z wielkim zdumieniem i rozgoryczeniem poznałem historię psów z wysp St. Kilda. Te, polożone na Oceania Atlantyckim, ponad 60 km od szkockich Hebrydów Zewnętrznych, wysepki znane są z tego, że całą ich nieliczną populację przeniesiono w 1930 na stały ląd. Wyspiarze hodowali owce, które udało się sprzedać. Na psy pasterskie nie było jednak popytu, zdecydowano więc o utopieniu ich w oceanie. Takiemu bezprzykładnemu aktowi okrucieństwa nie zapobiegła stuletnia tradycja cywilizowania relacji dwunogów i czworonogów! Nikt się nie ujął za psami z St. Kildy, pewno ze względu na peryferyjne położenie miejsca akcji. Ówczesny właściciel wyspy, sir Reginald MacLeod of MacLeod, odnosząc się do ewakuacji ludności powiedział: “Wyprowadzka została przeprowadzona przy dużym wysiłku i kosztach”. Wstyd przyznać, że życie kilkunastu psów było nadmiernym obciążeniem dla budżetu tej operacji.

I Wojna Światowa przyniosła największe straty osobowe w dziejach konfliktów zbrojnych toczonych przez Wielką Brytanię. Straty wśród żołnierzy były dwukrotnie wyższe, niż podczas II Wojny Światowej. Po wojnie odczuwano silną potrzebę upamiętnienia poległych. Uczelnie, zakłady pracy i parafie fundowały niezliczone pomniki ku ich czci. W przeciwieństwie do ofiar konfliktu z Napoleonem, Państwu tym razem wystarczyło środków, by ufundować imponujące mauzoleum. W ten sposób edynburski górny zamek uzyskał czwarte skrzydło zamykające kwadratowy dziedziniec. Oczywiście, z zewnątrz nie odróżnia się ono od średniowiecznych sąsiadów. Od dziedzińca wszakże zdobienia w stylu Art Deco zdradzają czas powstania budowli. Wnętrza zawierają wielkie tablice poświęcone poszczególnym szkockim regimentom, z wyliczeniem strat, jakie poniosły. Drugim panteonem jest katedra św. Idziego. Tu przeważają upamiętnienia indywidualne, a to osób duchownych, a to fundatorki szpitali wojskowych, a to konkretnych żołnierzy. Jako, że wojna lat 1914-18 była konfliktem nowoczesnym jeśli chodzi o użytą technikę uśmiercania i jej skuteczność, ale jeszcze bardzo średniowiecznym, jeśli chodzi o uzasadnienie swego miejsca i roli w tej machinie unicestwienia, na tablicach spotyka się perełki poetyki w rodzaju: ”Dzielny żołnierz, doskonały gentleman, uwielbiany przez wszystkich podkomendnych”. Jeszcze bardziej wzruszające są ufundowane przez zrozpaczonych rodziców upamiętnienia młodziutkich pilotów, czy marynarzy, na które można natknąć się w małych wiejskich kościółkach.

Czwarte skrzydło edynburskiego zamku czyli Scottish National War Memorial
Jednorożec w stylu Art Deco
Katedra św. Idziego
Sklepienie Kaplicy Orderu Ostu
Widok na nawę główną katedry
Aniołofeniks strzeże wejścia do Scottish National War Memorial
Witraże w oknach katedry


Po długim weekendzie w Edynburgu i okolicach mieliśmy w planach pobyt w Highlands. Podróżowaliśmy już wypożyczonym samochodem (żegnajcie, przystanki, gdzie nie sposób doczekać się autobusów!), a droga wiodła przez zwane “Bramą do Highlands” miasto Stirling. Wypadało zatrzymać się na rytualną południową kawę połączona z małym co nie co. Wybór dokonany przez towarzyszącą nam córkę, był strzałem w dziesiątkę, a Stirling okazało się prawdziwym kawiarnianym zagłębiem. Może dlatego, że jest to siedziba uniwersytetu, a uczelniane towarzystwo zawsze stymuluje rozwój lokalnej gastronomii. Nawiasem mówiąc, wielka czwórka szkockich uniwersytetów (St. Andrews, Glasgow, Aberdeen i Edynburg), przez ponad 400 lat miała zagwarantowany monopol na nauczanie na swoim poziomie. Innymi słowy, w Szkocji nie można było założyć kolejnych uniwersytetów. Stirling ma obecnie piąty najstarszy uniwersytet w kraju, liczący sobie jednak ledwie 57 lat historii. Przed wyjazdem z Polski zastanawialiśmy się, który z dwóch zamków mamy zwiedzić: Edynburg czy Stirling – oto było pytanie? W końcu zdecydowaliśmy się na zamek stołeczny. Teraz trochę żałujemy! Oczywiście, w Stirling nie przechowuje się szkockich regaliów, ani Kamienia Przeznaczenia (podczas naszej wizyty niedostępnego dla oczu zwiedzających), ale edynburskie wnętrza zamkowe nie są bardzo oryginalne. Ot, dziewiętnastowieczna wizja rycerskiej siedziby. Podchodząc pod stirlingski zamek mija się ciekawą i zadbaną starówkę, zamkopodobne stare więzienie, kościół św. Krzyża (UWAGA: w szkockim angielskim wezwanie to brzmi Holy Rude, a nie Holy Cross) z otaczającym cmentarzem, który zachwycił moje dalekie od zainteresowań sepulkralnych panie. W końcu dociera się na rozległy parking, nadzorowany przez pomnik szkockiego władcy – Roberta Bruce’a. Widać stąd już doskonale dźwigające się, ku północy, coraz wyższe góry. Po przeciwnej stronie doliny rzeki Forth wznosi się na wysokość 67 metrów wieża – pomnik innego szkockiego bohatera narodowego – Williama Wallace (uwiecznionego w filmie Braveheart). Przez gęsty, mieszany las podeszliśmy do jej podnóża. Dzień był pogodny, z przecinki pod samą wieżą roztaczał się widok na miasto w obramowaniu gór. Nie wiadomo skąd zaczął nagle duć silny, chłodny wiatr, tak że musieliśmy ukryć się po stronie zawietrznej budowli. Tak, Stirling rzeczywiście jest bramą do do Highlands, także w znaczeniu klimatyczno-pogodowym.

Kategorie
Polska

W podgorzowskich lasach czyli gdzie Stary Fryc armaty rychtował

Jadąc autostradą A2 w kierunku granicy z Niemcami jeszcze przed opuszczeniem Wielkopolski dotychczasowy krajobraz ulega zmianie: miejsce rozległych pól uprawnych zajmują lasy, które, z niewielkimi przerwami, ciągną się aż do Świecka. Że są one ważnym elementem miejscowych ekosystemów oraz miejscem zamieszkania rozlicznej zwierzyny świadczy ilość ponaddrogowych przejść dla zwierząt. Zdarza mi się, dla urozmaicenia podróży, prowadzenie prostych badań statystycznych: A to, zwłaszcza zimą, liczę ilość myszołowów na przydrożnych płotach i słupkach, a to ilość obiektów infrastruktury drogowej. No i w przypadku mostów dla zwierząt, na tym odcinku autostrady, doliczyłem się trzynastu. Wiem, że prowadzone są badania intensywności ruchu zwierząt na tych przejściach. Byłoby super ciekawe móc obserwować ten ruch z zainstalowanych na mostach kamerek.

Powierzchnia województwa lubuskiego, ku zaskoczeniu mieszkańców centralnej Polski, jest w połowie pokryta lasami. Nie są to może puszcze na miarę Białowieskiej, Augustowskiej czy lasów karpackich, ale wskaźnik ten, zwłaszcza na tle ogólnopolskiej średniej – 29,6%, robi wrażenie. Ta oczywista konstatacja przemknęła mi przez głowę w drodze z Gorzowa Wielkopolskiego do Santoczna. Tereny rolnicze dominowały tylko do pierwszej podgorzowskiej wsi Różanki. Potem wjeżdżało się w las, w którym, niczym wyspy na morzu, ulokowane były poszczególne miejscowości. Santoczno położone jest na uboczu. Nie przy głównej drodze z Gorzowa do Wałcza, nawet nie przy powiatówce łączącej Zdroisko z Dankowem, ale kilkaset metrów w bok od tej ostatniej. Po prawdzie z braku oficjalnego, zielonego kierunkowskazu dwa zjazdy do wsi można łatwo pominąć. A byłoby czego żałować!

Lubuskie lasy

Pierwszym wrażeniem kierowcy i pasażerów wjeżdżających do Santoczna pojazdów to odgłos kół toczących się po brukowanych ulicach. Są one wyłożone czy to kostką granitową  czy to wręcz kocimi łbami. Natychmiast przypomniała mi się opinia burmistrza podlaskiego Tykocina z początków XXI wieku, który zamierzał taką nawierzchnię pokryć równiutkim asfaltem szermując mieszaniną argumentów odwołujących się do wygody kierowców i mieszkańców oraz skojarzeniem kocich łbów z wiejskością, co w świetle świeżo odzyskanych praw miejskich było wspomnieniem bolesnym. W przypadku Santoczna dla polskiej ludności napływającej tu po 1945 roku takie utwardzenie dróg było, co do zasady, oznaką postępu i nowoczesności. W późniejszych latach położenie z dala od głównych traktów komunikacyjnych nie generowało parcia do unowocześnienia nawierzchni, a popyt wewnętrzny ze strony skromnej liczby mieszkańców, która nigdy za polskich czasów nie osiągnęła ⅓ liczby przedwojennej ludności, musiał być też nikły. W końcu z postępującą zmianą funkcji na wieś letniskową brukowane uliczki stały się nie problemem, ale zaletą dodającą malowniczości i swoistego charakteru Santocznu.

Miejscowość nigdy nie miała charakteru rolniczego. Od połowy XVII wieku na rzeczce o nazwie Zanze powstał młyn. Co miałby tam mielić, gdy w okolicy nie było ziem uprawnych pozostaje kwestią otwartą. Być może, ze względu na lesistość okolicy, siła wody napędzała trak, czyli piłę używaną do cięcia pni drzew na długie i grube belki. Jak było, tak było, tym niemniej rzeczka, nosząca obecnie tą samą nazwę co miejscowość, jest w samym centrum spiętrzona i kilkoma kaskadami pokonuje przeszkody na swojej drodze do Warty. Na miejscu młyna wznoszą się obecnie bardziej współczesne zabudowania, a szum spadającej kaskadami wody nadaje Santocznu bez mała podgórskiego sznytu.

Obrazki z Santoczna

W 1762 roku, po szczęśliwym dla Prus, wycofaniu się Rosji z udziału w wojnie siedmioletniej, Fryderyk Wielki zdecydował o wzmocnieniu państwa poprzez wspieranie jego rozwoju gospodarczo-cywilizacyjnego. W tym celu zlecił Franzowi Balthasarowi Schönberg von Brenkenhoff przeprowadzenie akcji kolonizacyjnej m. in. w zmeliorowanej na ten cel dolinie Noteci i Warty. Oprócz sprowadzania kolonistów urzędnik ten zasłynął budową Kanału Bydgoskiego oraz tworzeniem zrębów przemysłu na tym obszarze.  Korzystając z energii wodnej oraz dostępności węgla drzewnego przy młynie powstała w 1765 roku huta żelaza, a wokół niej rozwinęło się osiedle fabryczne, które od rzeki wzięło nazwę Zanzhausen. W hucie tej odlano elementy pierwszej niemieckiej maszyny parowej, a już na pewno części do armat, których ogień bezlitośnie wspierał działania pruskiej piechoty. Choć huta już z początkiem XIX wieku okazała się ekonomicznie niewydajna to jednak różne formy obróbki metali trwały w Zanzhausen aż do 1945 roku. Dzisiejsze Santoczno było więc w swej historii głównie osadą fabryczną.

Jak w takich warunkach odnaleźli się przesiedleńcy z Wileńszczyzny, którzy, może poza kowalami, nie potrafili ocenić zastanych na miejscu warsztatów i technologii, trudno orzec. Nie zajmowali się chyba uprawą roli, jakąś pracę mogło dawać leśnictwo lub rybołówstwo. W ostatnich latach liczba mieszkańców wsi się zwiększa gdyż, oprócz roli podmiejskiego letniska, Santoczno zaczyna przyciągać też mieszczuchów spragnionych świeżego powietrza i śpiewu ptaków o świcie. W każdym razie, ani przesiedleńcy ze wschodu, ani miejskie pięknoduchy nie poczynili tu, tak przestrzennie jak i krajobrazowo, większych szkód. Nadal w zabudowie przeważają nieduże, tradycyjne domy ze spadzistymi dachami. Zabudowa nowsza owszem jest, ale nie dominuje, bo została zlokalizowana na obrzeżach miejscowości. Być może rolę swoistego, architektonicznego odgromnika, pełni pobliskie osiedle letniskowe o nazwie Rybakowo. Tam inwestorzy mogli dać upust fantazji, nie ograniczani sąsiedztwem pozostawionej na uboczu tradycyjnej zabudowy.

Ponieważ historia Santoczna nie jest długa nie ma tu wielu zabytków. Najciekawszy jest kościół z pruskiego muru z wieżą dostawioną, oryginalnie, z boku głównej osi budynku. Wielkie drewniane wrota, nie będące obecnie wejściem do kościoła, zdradzają, że obiekt pełnił niegdyś inne funkcje. Jest to dawny magazyn wyrobów hutniczych, do którego musiały wjeżdżać celem załadunku duże rozmiarowo wozy. Wnętrze nie jest na codzień dostępne, co w tym przypadku jest o tyle zrozumiałe, że ksiądz mieszka na plebanii za lasem, we wspomnianych Różankach. Przez okna widać, że z czasów gdy służył luteranom zachowano, obiegające wkoło nawę, empory. Niestety, całkowicie sprzeczna z formami liturgii rzymskokatolickiej kazalnica ołtarzowa został rozebrana. Stary cmentarz ewangelicki mieścił się na niewielkim wzgórzu po zachodniej stronie rzeki, w pobliżu mostu i młyna. Dzisiaj jest pokryty gąszczem zdziczałej roślinności. Zachowane nagrobki przeniesione jednak bliżej drogi gdzie urządzono swoiste lapidarium. Współczesny, acz założony jeszcze w czasach niemieckich, cmentarz znajduje się pod lasem za domostwami w pn.-zach. części Santoczna.  Miejscowość stanowi kapitalny punkt wypadów do lasów i rozsianych wśród nich niewielkich jezior. Podpiętrzona rzeka snuje się urokliwie wśród położonych na brzegu domów, z których prawie każdy dysponuje własnym pomostem i łódką. Nieco w górę jej biegu rozciąga się niewielkie, ale malownicze jezioro Mrowinko. Komu niestraszne komary, może tu na pewno ciekawie spędzić czas.

Jako baza wypadowa Santoczno służy eksploracji Pojezierza Myśliborskiego. My wybraliśmy się do Barlinka i Myśliborza, w każdym przypadku starając się zaliczyć prócz samego miasta także jakąś okoliczną atrakcję. Do miejscowości Równo przyciągnęłą nas nazwa znajdującego się w pobliżu rezerwatu “Skalisty Jar Libberta”. Na polskim niżu wszak trudno napotkać prawdziwe skałki. Niby to tylko piaskowce i zlepieńce, w dodatku czwartorzędowe, czyli w skali geologicznej bardzo młode, niby o wysokości ledwo 2,5 metra, ale jedyne na terenie całego województwa zachodniopomorskiego. Słowem miejsce kusiło atrakcjami, a dodatkowo chcieliśmy wypróbować nowokupione buty turystyczne Podziomka podczas spaceru w warunkach niemalże górskich. Jar wcina się bowiem na głębokość około 40 metrów w pofalowaną równinę z najwyższą w okolicy Gorzowa Wielkopolskiego kulminacją sięgająca 115 m npm. Wzmiankowany w nazwie rezerwatu Libbert był lokalnym botanikiem (pewnie nauczycielem przyrody) z pobliskich Lipian, który za czasów niemieckich pierwszy opisał to miejsce.

Samochód najlepiej zostawić na pofolwarcznym dziedzińcu w Równie, obecnie zamienionym na rodzaj wielofunkcyjnego skweru z zadbaną zielenią oraz placem zabaw.  Otaczające go zabudowania mieszkalne i gospodarcze są w stosunkowo dobrym stanie, co pozwala uniknąć uczucia przygnębienia, które atakuje mnie w wielu miejscach o podobnym przeznaczeniu i historii. Obecność huśtawek i zjeżdżalni niczym magnes przyciągnęła i zatrzymała w miejscu najmłodszego uczestnika wycieczki. Jakieś 200 metrów za ogromnym, ceglanym budynkiem stodoły w pn.-wsch. narożniku kompleksu folwarcznego widać już pasmo starego drzewostanu na krawędziach jaru. Słabo oznakowany szlak turystyczny biegnie na wschód i sprowadza do dolnej część jaru położonej u jego połączenia z główną, biegnącą południkowo, doliną, Ponieważ skałki ulokowane są w górnej części wąwozu spróbowaliśmy dostać się do nich od zachodu. No i tu trzeba się przyznać do niepowodzenia. W dół jaru nie prowadzi stamtąd żadna ścieżka. Zdołaliśmy w końcu znaleźć strome zejście mniej więcej w połowie rezerwatu. Znaleźliśmy się na dnie głębokiego parowu, którego zbocza porośnięte były liściastym lasem z przewagą buka. Widok w górę wąwozu ograniczał gęsty podrost oraz pokaźnych rozmiarów wiatrołomy. Ich obejście wymagało niejednokrotnie wspinaczki do połowy wysokości zboczy. Gdzieś wysoko, w koronach drzew szczebiotały ptaki. Za to całkiem blisko naszych ciał przenikliwie bzyczały komary. Daliśmy za wygraną i zwierzęcą ścieżką dotarliśmy na przeciwległy kraniec jaru. Z jego południowej krawędzi też nie wypatrzyliśmy skałek. Cóż, najwyraźniej trzeba ich szukać w porze, gdy natura nie daje im liściastej osłony.

Historia tragicznego lotu litewskich lotników Dariusa i Girenasa nieodmiennie przypomina wrażenia, które ogarnęły mnie przy pierwszej lekturze “Nocnego lotu” Antoine’a de Saint Exupery. Oczywiście, okoliczności obydwu zakończonych nieszczęśliwie lotów były odmienne. Podobne były tylko możliwości techniczne, ambicja pchająca ludzi do dokonywania nadzwyczajnych czynów i w końcu ich samotność w obliczu ostateczności. Rankiem 17 lipca 1933 tłumy mieszkańców Kowna oraz władze państwa litewskiego oczekiwały przylotu dwóch bohaterskich pogromców przestworzy, którzy aeroplanem o symbolicznej nazwie Lituanica dwa dni wcześniej wylecieli z Nowego Jorku. Orientacyjny termin przylotu dawno już minął, ale samolot nie pojawiał się na horyzoncie. Brakowało też wieści, by zaobserwowano go nad Polską czy Prusami Wschodnimi. W sercach oczekujących narastał niepokój. W końcu gruchnęła wiadomość: Wrak samolotu i ciała lotników znaleziono w lesie w podmyśliborskim Pszczelniku (Kuhdamm). Katastrofa zdarzyła się 36 minut po północy, gdy do celu pozostawało już tylko około 10% zaplanowanej drogi. W 1936 roku w miejscu katastrofy wzniesiono pomnik w formie krzyża Witolda Wielkiego. Bardzo ciekawe są też wykonane w litewskim stylu obiekty drewniane. Nieco dalej, w pobliżu dawnej leśniczówki, w 1989 roku ustawiono przeniesioną ze skansenu w Rumszyszkach chatę żmudzką. Podobno jest w niej jakaś wystawa, ale podczas naszej wizyty domek był zamknięty na trzy spusty. Darius i Girenas zostali bohaterami, niczym polscy lotnicy Żwirko i Wigura, a tysiące Litwinów dzięki ich śmierci dowiedziały się o istnieniu  maleńkiej niemieckiej/polskiej miejscowości pod Myśliborzem.

Upamiętnienie bohaterów katastrofy lotniczej w Pszczelniku

Barlinek, w którego polskiej nazwie, poprzez zmianę jednej litery, starano się ukryć jakiekolwiek odniesienia do stolicy Niemiec już w trakcie pierwszej wizyty przed blisko 30 laty wywarł na mnie korzystne wrażenie. Mimo upływu lat wszyscy uczestnicy wycieczki podzielili ten pogląd. Mały Berlin, dzielący z tym wielkim nadjeziorne położenie, to atrakcyjne i zadbane miasteczko. Malowniczości dodaje mu położenie w otoczonej lasami kotlinie zajętej pośrodku przez obszerne Jezioro Barlineckie. Całkiem długa historia nie znajduje odzwierciedlenia w wybitnych osiągnięciach architektonicznych. Ot, jeden monumentalny kościół pw. Niepokalanego Serca NMP z korzeniami gotyckimi, kilka młodszych i mniejszych świątyń, w tym jedna służąca obecnie wspólnocie prawosławnej, kilka zadbanych kamienic i fragment murów miejskich to jednak nie wszystko co Barlinek ma do zaoferowania. Jest jeszcze fontanna na rynku z wdzięczną figurką Gęsiareczki oraz Pałacyk Cebulowy na północnym krańcu jeziora. Ostatni, nazwany tak ze względu na formę zwieńczenia narożnych wieżyc, a będący de facto willą bogatego mieszczanina czy przedsiębiorcy o nazwisku Dülfer, ma architekturę tak ekspresyjną, że inspirowała ona powstanie legend miejskich o pomieszkiwaniu w nim kochanek Göringa, Himmlera czy nawet samego (skądinąd znanego z dosyć ascetycznego stylu życia) Hitlera. Jednak najwięcej uroku miasteczku nadają położone nad jeziorem tereny zielone, gdzie oprócz spacerów można też poćwiczyć sprawność fizyczną z pięknymi widokami na okolicę.

Myślibórz rekomenduje się dłuższą i bardziej chwalebną metryką. Przez prawie 240 lat był stolicą Nowej Marchii czyli zaodrzańskiej (z punktu widzenia centrali) części państwa brandenburskiego. Skutkowało to powstaniem nie tylko murów miejskich, ale i większej ilości świątyń oraz większą reprezentacyjnością obiektów publicznych np. wzniesionego przez wspomnianego wcześniej von Brenkenhoffa ratusza. Obiekty te, w większości zachowane, oraz nadjeziorne położenie predestynują miasteczko do odgrywania roli lokalnego centrum turystycznego. Tymczasem, Myślibórz epatuje atmosferą, nieobecnego w Barlinku, zastoju. W ciepłe, majowe popołudnie nieco ruchu panowało na plaży miejskiej oraz w rynku, gdzie dzieciarnia miejscowa i przyjezdna slalomowała między tryskającymi wodą dyszami fontanny powstałej ostatnio w ramach ogólnopolskiej mody na zwalczanie rynkowej zieleni. Krótki spacer po, częściowo zabudowanym blokami z lat 60-tych XX w., centrum to już uczta dla wszelkiej maści mizantropów. Obecność ludzka nie przeszkadza w podziwianiu Bramy Nowogrodzkiej, baszty Prochowej czy gotyckiej kaplicy św. Gertrudy. Czasem ktoś zerknął na nas zza uchylonego okna. Chociaż, przepraszam, blisko wejścia do największej świątyni miasta, kolegiaty św. Jana Chrzciciela, grupa mieszkańców sąsiedniej kamieniczki piknikowała przy ognisku zasilanym drewnem z połamanych mebli. W kaplicy św. Gertrudy złożono, przed odesłaniem na Litwę, ciała Dariusa i Girenasa. Okolicę można nazwać dzielnicą pamięci lotników, bo przed kaplicą wzniesiono upamiętnienie w postaci rozpołowionego kamienia, a pobliska szkoła nosi imię lotników i szczyci się współpracą z Litwą. Budynek szkoły wzniesiony, sądząc po formie, w latach 20/30-tych XX w. i starannie odnowiony ostatnimi czasy, zachował nad każdym z wejść rzeźbę dziewczynki trzymającej na kolanach rozłożona księgę. Co charakterystyczne obie figurki pozbawione są głów. Czyżby w obliczu zbliżającej się 80 rocznicy powrotu do Macierzy oczekiwano, że utrącone przez Polaków głowy doprawią Niemcy?

Dwuipółletnia uczestniczka nie ceniła sobie wprawdzie zwiedzania historycznych budowli i dziwów natury, ale udowodniła, że jest znakomitym kompanem w turystyce kulinarnej. Nie dane nam było odwiedzenie sympatycznie wyglądającej santoczańskiej karczmy, a to ze względu na ściśle mięsny charakter oferowanego menu. Barlinecka restauracja z widokiem na jezioro zapewniała za to znacznie bardziej urozmaicone doznania smakowe. Lodziarnio-kawiarnia przy rynku serwowała dobre lody, lecz przeciętną kawę, co jest chyba normą w takich miejscach. Za to kawiarenka na plaży w Myśliborzu potrafiła pogodzić jakość serwowanych lodów i napojów, a przy tym jej personel zaimponował nam znakomitą organizacją pracy w mikroskopijnym, kontenerowym lokaliku. Dwakroć udaliśmy się na obiad do Gorzowa. Geografia kulinarna wygląda tam tak, że ¾ lokali znajduje się między biegnąca wzdłuż Warty estakadą kolejową, a ciągiem ulic Sikorskiego i Obotryckiej. W pierwszej odwiedzanej, eleganckiej, restauracji młodociana dama tak długo i ze smakiem celebrowała swój obiadek, że w końcu męska obsługa wydawała się być gotowa już tylko na  jej wyzwanie. Na pizzę udaliśmy się natomiast do lokalu w jedynej przedwojennej kamienicy zachowanej przy rynku. Zajęliśmy stolik w ogródku od strony katedry, dzięki czemu mogliśmy oglądać i podsłuchiwać krzątające się wokół jej wieży pustułki. W pobliżu znajdowała się też kocia kawiarnia, więc gdy czas się dłużył można było przyjrzeć się przez okno tamtejszym futrzatym rezydentom. Warto tu wspomnieć, że przy gorzowskim rynku konkurują ze sobą aż trzy lodziarnie. Wybrana przez nas oferowała smaczne lody, ale nie mieliśmy siły, by porównać je z ofertą pozostałych.

Wydawałoby się, że zagubione wśród lasów Santoczno powinno być miejscem częstych spotkań człowieka z przedstawicielami świata zwierzęcego. Tymczasem oprócz kruka (za to z jajkiem w dziobie) przelatującego nad przydomowym ogródkiem oraz ptactwa wodnego nad jeziorami nie zauważyliśmy nic szczególnego. Pomimo utyskiwania środowisk łowieckich, że tradycje myśliwskie w narodzie są niszczone, polscy przedstawiciele fauny nie dają się przekonać, że, niczym na filmikach w Youtube, można bezkarnie odwiedzać ludzkie sadyby. Łatwiej jest spostrzec dziką zwierzynę z samochodu pędzącego autostradą niż podczas spaceru po lesie. Choć nie wykluczam, że gdyby w przydomowych ogródkach masowo instalowano, niczym na autostradowych wiaduktach dla zwierząt, fotopułapki rezultaty mogłyby okazać się całkiem ciekawe, a zaskakujące. Póki co miłośnicy podglądania natury podczas wyjazdów z wnuczkami muszą czerpać satysfakcję ze wspólnie odkrywanych ślimaków i innych “robaków” (w nomenklaturze najmłodszej uczestniczki słowem tym opisuje się owady bezskrzydłe).