Kategorie
Polska

Czy Choroszcz zapobiegła wybuchowi wojny światowej, czyli czego można się dowiedzieć podróżując drogą kruszewską

Dzień był pochmurny i nieco dżdżysty. Od niewidocznej z nad rzeki wsi dochodziło, od czasu do czasu, szczekanie psów, czy ryknięcie krowy. Bez większej nadziei wpatrywałem się w unoszący się na wodzie spławik. Otrzymane instrukcje nakazywały zachowanie ciszy. Zerknąłem w kierunku ulokowanego w pobliżu kolegi. Ten nagle począł wymachiwać rękami wskazując palcem ku wodzie. Spojrzałem za wskazaniem jego wyciągniętej ręki. Na powierzchni wody nic nie zauważyłem. Nic, w tym także i spławika mojej wędki. Nagle jednak ukazał się na wodzie, by po chwili zniknąć. Kołowrotek zaterkotał i wtedy zrozumiałem, że godziny marznięcia na brzegami Narwi właśnie zostały wynagrodzone możliwością upolowania godziwej zdobyczy. Przez głowę przemknęły mi gazetowe fotografie z facetami w kaloszach, odzianych w wielokieszeniowe kamizelki, dumnie prezentującymi złowioną “taaaką rybę”! Delikatnie starałem się zatrzymać podwodną ucieczkę mej ofiary. Szczyt wędki lekko się wygiął, żyłka napięła, by nagle odbić i zadyndać bezwolnie w powietrzu. “Uciekła ci”! orzekł kolega Jacek, który postarał się szybko przybyć mi z pomocą.

Tak zakończyła się moja krótkotrwała próba zostania wędkarzem. Ojciec kolegi był doświadczonym rybołowem i próbował swoje hobby zaszczepić synowi. Ten, chyba znudzony długotrwałym sam na sam z rodzicielem, dopraszał na te wypady jeszcze mnie. Nie musiałem mieć swojego sprzętu – wszystko, wraz z instruktażem, zapewniał organizator. Ojciec kolegi był właścicielem samochodu marki Simca, więc moczyliśmy kije w różnych wodach. Najczęściej w Supraśli i Narwi, rzadziej nad Biebrzą. Ryba, która uniknęła wyłowienia, reprezentowała ichtiofaunę narwiańską. Wędkowaliśmy w pobliżu wsi Izbiszcze, a w pamięci utkwiła mi, w szczeniackiej ocenie zabawna, nazwa wsi Konowały. 

Zawsze zastanawiam się, czy wędkarska porażka nie była początkiem zainteresowań ornitologicznych. Na pewno w czasie spędzonym z wędką w ręku widziałem więcej ptaków, niż ryb. Nie pamiętam, bym później kiedykolwiek oddawał się wędkarstwu. 

Od 1996 roku dolina Narwi na zachód i południowy-zachód od Białegostoku objęta jest ochroną, jako Narwiański Park Narodowy. Jest to jeden z najrzadziej odwiedzanych parków w Polsce. W kategorii parków “bagiennych” nie wyróżnia się wielkością, brakuje w nim znakowanych szlaków turystycznych, a w dodatku, mając kształt długiej i krętej kiszki, nie zapewnia on równie dalekich widoków, jak jego konkurenci. Podejrzewam jednak, że do niedawna brakowało narzędzi do oceny liczby turystów. Zmieniło się to z rozwojem turystyki kajakowej na Narwi (Park dysponuje własną wypożyczalnią sprzętu) oraz z oddaniem do użytku kładki, wraz z samoobsługowymi promami, na trasie Śliwno-Waniewo. Gdyby tylko te ostatnie nie psuły się tak często …  Kładka ma tą cechę, że kanalizuje masowy ruch turystyczny, więc dla osób chcących uniknąć nadmiernego towarzystwa, stanowczo zalecane jest zwiedzanie kajakiem. Narew na terenie Parku płynie wieloma korytami, czasami krzyżującymi się ze sobą. Aby zapobiec zagubieniom, na niektórych wodnych skrzyżowaniach ustawiono kierunkowskazy.

Prom przez Narew, fot. Adam-dalekie-pole, lic. CC BY-SA 3.0
Będący częścią kładki Śliwno-Waniewo, fot. Fczarnowski, lic. CC BY-SA 4.0

Ostatnią wizytę w Parku odbyliśmy w okolicy ostatniego Święta Niepodległości. Listopad, to już nie sezon kajakowy. W planie było więc odwiedzenie Młynarzówki – stosunkowo nowego centrum edukacyjno-biurowego Parku. Składa się ono z odrestaurowanego historycznego budynku mieszkalnego oraz bardzo nowoczesnego aneksu. Niestety, renowacja nie objęła trzykondygnacyjnego, ceglanego budynku po stuletnim młynie motorowym, położonym z drugiej strony drogi. W naszym kraju korzystniej jest jednak zbudować coś od nowa, niż pokonywać formalne i techniczne przeszkody nieodłącznie związane z ratowaniem  architektury zabytkowej. Nie dane nam było jednak zobaczyć wnętrz Młynarzówki, gdyż jak sie domyślam, pracownikom dano wolny dzień za przypadający w sobotę Dzień Niepodległości. Oczywiście, strona www Parku nie informowała o tym fakcie potencjalnych odwiedzających. W każdym razie, na cztery dni przed przyjazdem nic na ten temat nie znalazłem. Podejrzewam, że podobne sytuacje zdarzały się wcześniej, gdyż furtka na teren obiektu została uszkodzona złośliwą ręką/nogą, umożliwiając wejście i skorzystanie np. z placu zabaw dla dzieci. Jak widać, może turystów do Narwiańskiego Parku dociera mniej, niż do innych parków, ale ich determinacja do zwiedzania ekspozycji edukacyjnych jest olbrzymia.

Komentując całą sytuację, pracownik firmy remontującej budynek kurowskiego dworu, w którym dotychczas mieściła się dyrekcja Parku, rzucił z pewną zazdrością: “Budżetówka cieszy się przywilejami”. Gdy w końcówce lat 90-tych XX wieku w rozmowie z ówczesnym dyrektorem Parku zapytałem, czy nie grożą im roszczenia restytucyjne, dowiedziałem się, że przedwojenni właściciele zbankrutowali, a majątek przejął za długi bank. Ten z kolei został znacjonalizowany wraz z wszystkim aktywami, więc potomkowie właścicieli mogą się tylko cieszyć, jak pięknie Park zarządza ich niegdysiejszym mieniem. Rzeczywiście, dwór i przyległy park były w dobrym stanie, a w ich okolicy wytyczono ścieżkę przyrodniczą. Minęło jednak parę lat i okazało się, że bank zdążył w 1936 roku sprzedać majątek kolejnym właścicielom i to ich potomkowie na drodze sądowej odzyskali dwór. Koniec końców, dwór został od nich odkupiony i teraz przechodzi kolejny remont. Ciekawe, jaka rola będzie mu przypisana, skoro dzisiaj cała pozaterenowa działalność Parku prowadzona jest pod dachem Młynarzówki.

Młynarzówka, fot. Jerzy Opiola, lic. CC BY-SA 4.0
Dwór w Kurowie, fot. Jerzy Opiola, lic. CC BY-SA 4.0

By nie spisywać wycieczki całkiem na straty, wybraliśmy się na spacer prowadzący groblą przez bagienną dolinę Narwi, ku zachodniemu przyczółkowi zerwanego mostu. Droga, choć tylko półtorakilometrowa, dzieli się na trzy odmienne krajobrazowo odcinki. Pierwsze 300 metrów wiedzie jeszcze wśród pól i łąk, a przed lasem przy drodze rozłożyło się nawet gospodarstwo z malowniczym drewnianym domem. Następnie, grobla prowadzi przez podmokły, olchowy las. Tu zaskoczeniem może być jej mizerna szerokość. Rosnące w pobliżu drzewa i zarośla dosłownie ją zakrywają. W czasie, gdy powstała, w 1903 roku, droga miała wprawdzie status strategiczny, ale ówczesne wojsko wędrowało na piechotę lub konno, a używane pojazdy, w tym pojawiające się z czasem samochody były, w porównaniu z teraźniejszymi, mocno skromnych rozmiarów. Tak, jak współczesne samochody, współczesne drogi są znacznie szersze od poprzedniczek. Ostatni odcinek grobli, po pokonaniu mostem zachodniego ramienia Narwi, zwanego Młynówką, biegnie już przez rozległe trzcinowiska i turzycowiska, aż do betonowego przyczółka, z którego roztacza się daleki widok na dolinę i odległy o ponad 360 metrów wschodni przyczółek mostu. Najciekawszy jest jednak widok ku północy, gdzie Narew zmuszona jest zwrócić się na wschód, by ominąć wyniosły płaskowyż, którym biegnie droga z Białegostoku do Warszawy.

Mostu nie ma tu od 1939 roku, gdyż właśnie wtedy został spalony przez wycofujące się wojsko polskie. Utrudniło to nieco postępy Wehrmachtu, ale czołgi niemieckie i tak by nim nie przejechały. Jego konstrukcja była drewniana, zbudowana na łapu capu w 1928 roku, w efekcie czego obciążona mocno, kiwała się na boki. Przedwojenne autobusy, dla bezpieczeństwa, pokonywały most bez pasażerów, na których czekały z drugiej strony rzeki. Nie wiadomo, czy oryginalny, carski most był stabilniejszy – został zniszczony przez rosyjskich saperów w czasie ofensywy kajzerowskich Niemiec w sierpniu 1915 roku. I tu dochodzimy do narwiańskiej legendy, która mówi, że most został przeklęty i jego budowa w tym właśnie miejscu powoduje, po 11 latach, wybuch światowego konfliktu. Nic dziwnego, że wpisanie do dokumentów planistycznych gminy Choroszczy możliwości postawienia w tym miejscu kolejnej przeprawy przez rzekę, wzbudziło w mieszkańcach okolicznych wsi prawdziwy niepokój. Na szczęście, Park Narodowy stanowczo sprzeciwił się tym nieroztropnym planom. Druga z legend związanych z tą okolicą, mówiąca o tym, że mieszkańcy miasteczka Suraż zapłacili inżynierom nadzorującym budowę kolei warszawsko-petersburskiej łapówkę, aby tylko, przez zmianę przebiegu linii, ziejące dymem i buchające iskrami stalowe potwory nie płoszyły ich dobytku, nie jest już tak oryginalna. Słyszałem ją w wielu, pominiętych przez kolejowych planistów, miejscowościach Polski. 

Dom przy wjeździe na groblę od strony zachodniej
Ten odcinek grobli biegnie wśród trzcinowisk
Widok z zachodniego przyczółka zerwanego mostu ku północy
Leśny odcinek grobli
Widok na Młynówkę z mostu
Widok z zachodniego w kierunku wschodniego przyczółka zerwanego mostu

“Mrok właśnie zapadał; było na co popatrzeć. Uwijała się czeladź wszelaka z drzazgami i lontami zapalając lampy stojące nad brzegami jeziora i wiszące na drzewach, okalających altany. Na dzień ten umyślnie sprowadzone z rzeki Narwi wody, puszczone kanałami, na których porobiono kaskady sztuczne, widok przedstawiały istotnie malowniczy. Blaski ostatnie dnia i oświecenie kolorowe parku, wówczas zwanego “dziką promenadą” odbijały się w wodotryskach i wodospadach. Grupy postrojonych pań i panów otaczały stawy, po których łódkami się wielu przejeżdżało. W dali słychać było przegrywające muzyki”.

J. I. Kraszewski Grzechy hetmańskie

Tak świętowanie imienin trzeciej żony hetmana Jana Klemensa Branickiego – Izabeli z Poniatowskich wyobrażał sobie pisarz z perspektywy ponad stu lat od opisanego wydarzenia. Świętowano pod gołym niebem, w ogrodach przy letnim pałacyku Branickich. Tak, jak samo miasteczko jest trudne do zauważenia dla kierowców mknących ekspresówką do lub z Białegostoku, tak barokowy budyneczek mieszczący dziś muzeum wnętrz pałacowych, też nie dominuje w zabudowie Choroszczy. Od centrum miasteczka oddziela go bowiem kompleks dawnej fabryki sukna i kortu, wzniesiony przez rodzinę Moesów. Ta niegdyś największa w całym regionie fabryka, będąca prawdziwym miastem w mieście, po spaleniu w 1915 roku przez Rosjan została zaadoptowana w 1928 roku na nowoczesny, jak na swoje czasy, szpital psychiatryczny. Pałacyk, który podzielił losy fabryki w czasie I Wojny Światowej, nie został jednak odbudowany na potrzeby lecznicy. Bo też, czy dyrektorowi szpitala godziło się mieszkać w rezydencji powstałej na hetmańską miarę i użytkowanej później przez bogatą fabrykancką rodzinę? Szpitalna administracja i księgowość też pewnie nie miały aż takich potrzeb lokalowych, jak ta obsługująca kompleks fabryczny. Tak więc, dopiero po ponad 50 latach od zniszczenia, pałacyk podniesiono z ruin. Odbudowano co prawda tylko główny, najstarszy, korpus założenia. Późniejsze oficyny boczne nie miały już tego szczęścia, chociaż podniszczony, piętrowy budyneczek mijany na dojeździe do rezydencji jest opisywany, jako ich pozostałość. Na przedpolu pałacyku wznoszą się jeszcze rozległe stajnie, których frontowa ściana ozdobiona jest rzeźbami kształtnych końskich główek. Od lat trwają przymiarki do remontu i sensownego wykorzystania tego budynku. Jak na razie – bez widocznych wyników.

Pałacyk jest dosyć zgrabną i harmonijną budowlą (może poza ciężkawą grupą rzeźb wieńczącą tympanon od strony ogrodowej). Uroku dodaje mu położenie na wyspie, na końcu kanału długiego na ponad 300 metrów. Jego oś zamknięta jest wzniesieniem zwanym obecnie Górką Miłości. Z jej szczytu rozciąga się szeroki widok na dolinę Narwi i jej dopływu – Horodnianki. Zabudowa Choroszczy nie jest stąd widoczna i można ulec złudzeniu przebywania na jakimś biebrzańskim grądzie (tak na Podlasiu nazywa się wyniesienia śródbagienne). Kanał biegnący od pałacu nie jest jedyny – w połowie długości przecina go drugi, poprzeczny. Pełen starodrzewia, zdziczały park obramowuje ich brzegi. Nie wybrałbym tego miejsca na świętowanie imienin, ale na obserwację ptaków połączoną z fotosafari, jak najbardziej.

Pałacyk Branickich od frontu
Pałacyk od strony parku z fabryczną wieżą ciśnień w tle
Główny kanał parkowy
Górka Miłości w przypałacowym parku
Pałacyk znajduje się na sztucznej wyspie
Rzeźby zdradzają przeznaczenie budynku
Miejscami natura bierze górę nad kulturą
Mostki na przecięciu kanałów
Dziedziniec i pałac w Choroszczy na rysunku M. Kluczewskiego z 1874 r.[w:] Z. Gloger, Letni dworzec w Choroszczy, Kłosy 1874, nr 476

Na drugim miejscu w rankingu miejsc wartych odwiedzenia w Choroszczy, jest na pewno kompleks szpitalny z fabrycznymi korzeniami. Składa się z kilkunastu piętrowych budynków z cegły o nieco koszarowej architekturze, postawionych na przełomie XIX i XX wieku. Teren jest rozległy i bogaty w zieleń. Fasady budynków wyłożono czerwoną i żółtą cegłą, podkreślającą podziały na osie i kondygnacje. Droga przecinająca ten kompleks i zmierzająca do pałacu jest przecięta ogrodzeniem, ale wejście przez główną bramę od strony placu Brodowicza i spacer między szpitalnymi pawilonami chyba są tolerowane. Jedynym budynkiem kompleksu udostępnianym osobom postronnym jest dawna szkoła dla dzieci pracowników, obecnie mieszcząca miejskie centrum kultury. Plac, przy którym jest ulokowane centrum, był niegdyś mniejszy, gdyż wznosił się przy nim kościół luterański ufundowany przez Moesów dla pracowników pochodzących z Niemiec. Uszkodzony podczas II Wojny Światowej i pozbawiony wiernych, został rozebrany w latach 60-tych XX wieku. Jego lokalizację wskazuje obecnie metalowy krzyż.

Widok fabryki Moesa z czasów jej świetności
Krzyż na miejscu gdzie stał kościół luterański
Kuźnia fabryczna, potem kino, obecnie kaplica
Wieża ciśnień widziana z okna pałacyku
Jeden z nowszych pawilonów szpitala
Dawna szkoła, obecnie centrum kultury

Historyczne województwo podlaskie zostało aktem Unii Lubelskiej przeniesione z Litwy do Korony. Ale nie Choroszcz. Jej ówcześni właściciele – Radziwiłłowie nie przybyli do Lublina, a brak ich podpisu pod aktem Unii skutkował pozostaniem majątku na Litwie. Zatem, aż do rozbiorów, była to enklawa litewska. A obecnie, jest to podbiałostocka enklawa biznesowa. Dzięki bliskości stolicy województwa oraz drogi ekspresowej S8, w mieście powstały rozliczne przedsiębiorstwa i zakłady. Za nimi poszedł wzrost liczby mieszkańców oraz wszelkiego rodzaju usług dla ludności. Z punktu widzenia architektonicznego ten rozwój niesie jednak pewien bałagan przestrzenny, widoczny tym lepiej, im dalej oddalimy się od rynku. Sam plac rynkowy został zmodernizowany przez pozbawienie drzew i wyłożenie kamiennymi płytami z obowiązkową teraz fontanną bezbasenową. Inwestycję przeprowadzono już w trzeciej dekadzie naszego wieku, przy dosyć głośnej krytyce z pozycji klimatycznych. Inicjatorów dosięgła zresztą swoista karma, bo gdy doszło do uroczystego otwarcie przebudowanego placu, upał był okrutny, a cień drzew był już tylko wspomnieniem. Jedną stronę rynku zamyka zgrabna sylwetka kościoła i klasztoru podominikańskiego, pozostałe, to przegląd budownictwa małomiasteczkowego ostatnich 120 lat. Miejsce jest jednak dosyć senne, bo jeden kebab i jedna lodziarnia, a tym bardziej bank spółdzielczy, nie generują nadmiernego ruchu mieszkańców. W miasteczku godne uwagi są jeszcze – cerkiew prawosławna zbudowana według typowego projektu czasów cara Aleksandra II oraz kilka przykładów białostockiej szkoły muratorskiej, czyli budynków stawianych i zdobionych przy użyciu żółtej i czerwonej cegły.

Choroski rynek po „betonowej” metamorfozie. Fot. Urząd Marszałkowski Województwa Podlaskiego
Kościoł podominikański
Mural maryjny stanowił kolorowy przerywnik w zimowej scenerii
Inne ujęcie cerkwi
Charakterystyczny dom z żółtej i czerwonej cegły
Ciekawy krzyż z narzędziami męki Pańskiej
Plebania przy kościele
Z pomiędzy domów wyłania się cerkiew pw. Opieki Matki Bożej
Taki widok z przykościelnego dziedzińca
Jeszcze kilka takich domów zachowało się w miasteczku
Oryginalny dom przy rynku

Wydany w latach 80-tych XIX w. “Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich” przy końcu opisu miasta stwierdzał m. in.: “O 30 staj od Choroszczy na południu leży góra Świtkowizna (dziś Sieśkowizną zwana), porośnięta karłowatymi dębami; na tej górze za czasów pogańskich oddawano cześć Światowidowi”. W miejscu tym, zwanym obecnie Babią Górą, z inicjatywy Miejskiego Centrum Kultury ustawiona została w 1998 roku replika figury Światowida wydobytej, w latach międzywojennych, z wód granicznej z Ukrainą rzeki Zbrucz. Z czasem miejsce nabrało znaczenia kultowego dla, zarejestrowanego jako grupa wyznaniowa, Polskiego Kościoła Rodzimowierczego. A to już nie wszystkim się spodobało. Na sesjach Rady Miasta i Gminy składano w tej sprawie pytania i interpelacje, prywatnie formułowano pewnie znacznie ostrzejsze komentarze. Aż pewnego styczniowego dnia 2018 roku, posąg zniknął. Policji nie  udało się go odnaleźć, a prokuratora nie podjęła śledztwa, powołując się na niską, ocenianą na 400 zł, wartość zguby.

Rodzimowiercy burzyli się i protestowali, ale w krótkim czasie zamówili pomniejszoną kopię posągu, którą już w marcu 2018 roku umieszczono na działce udostępnionej przez rolnika ze wsi Gajowniki. To raptem niespełna 6 km od oryginalnej lokalizacji. Miejsce jest mniej eksponowane, odsunięte nieco od drogi. Można je przeoczyć. Ma jednak swój urok. Wśród mozaiki lasków i pól, nad brzegami strumienia Horodnianki, otoczone kamiennym kręgiem, w cieniu samotnej sosny, stoi sobie czterogłowe bóstwo. Na drzewie, w kapliczce pełniącej też funkcję karmnika dla ptaków (miód na serce ich miłośnika), jest też miniaturowa figurka słowiańskiej bogini Mokoszy. Całości dopełniają wertykalnie ustawione, zwieńczone daszkami, belki z wyrzeźbionymi symbolami ruchu rodzimowierczego. Surrealistyczne wrażenie, przy braku ogrodzenia, robi bramka, przez którą można wejść w ten światek pradawnych wierzeń. A bardziej cielesnym potrzebom służy miejsce na ognisko oraz drewniana wiata.

Bramka do miejsca kultu rodzimowierców
Dwa z czterech lic Światowida
Kapliczka/karmnik Makoszy
Widok ogólny kapiszcza (sanktuarium)
Elementy kapiszcza
Ręce Boga – jeden z symboli Polskiego Kościoła Rodzimowierczego

Powstanie Styczniowe miało zawsze specjalne miejsce miejsce w moim sercu. Właśnie w sercu, bo ta specyficzna ekscytacja wynikała mniej z wiedzy, a bardziej z percepcji utworów literackich, takich jak “Ballada o wzgardliwym wisielcu” Stanisława Rembeka, czy “Pikieta powstańcza” Jacka Kaczmarskiego. W latach 80-tych XX w. zwykłem w pobliżu Święta Zmarłych włóczyć się po mazowieckich lasach w poszukiwaniu pochylonych krzyży na mogiłach bojowników, co to “poszli w bój bez broni”. Tymczasem, na obrzeżu Choroszczy znajduje się najokazalsze w całym województwie podlaskim upamiętnienie powstańców. Tuż przy drodze do feralnego mostu przez Narew wznosi się wzgórze zwane Szubienica. Nazwa zdradza co tu się wydarzyło w październiku 1863 roku. Nie jest to miejsce bitwy, czy potyczki, lecz kaźni kilkunastu powstańców okrążonych przez wojsko na noclegu w okolicznych lasach. Ciekawa jest historia przywracania pamięci o tym miejscu. W międzywojniu, będącym programowo czasem największej czci dla Powstania i powstańców, miejsce nie było oficjalne wiązane z tymi wydarzeniami. Dopiero w roku 1984, z prywatnej inicjatywy, postawiono tu brzozowy krzyż. Potem pałeczkę przejął Społeczny Komitet Budowy Pomnika, który doprowadził do odsłonięcia w 1989 roku, uzupełnianego w następnych latach kolejnymi elementami (godło, znicz) monumentu. Ponieważ Szubienica stała się miejscem uroczystości rocznicowych, a także przyciągała coraz liczniejszych turystów, władze miasta w latach 2018-19 doprowadziły cały kompleks do obecnego, imponującego wyglądu. Nie byłbym sobą, gdybym pominął tu rolę starego, sosnowego boru stanowiącego naturalne tło pomnika. Bo miejsce pamięci powstańców styczniowych w lesie winno być i basta!

Widok ogólny kompleksu pomnikowego na Szubienicy
Kosy i szable są elementem pierwotnego pomnika
Kompleks memorialny na Szubienicy zimą
Symboliczny cmentarz na Szubienicy
Padający śnieg uczytelnił listę nazwisk ofiar Szubienicy
Stary krzyż na Szubienicy

Miasta – satelity nie są najlepszymi miejscami  do otwierania biznesów gastronomicznych. Potencjalny gość zbyt łatwo może dostać się do centrum większego miasta, gdzie może wybierać i wybrzydzać do woli. Ta zasada, działająca długie lata w moim powiatowym Pruszkowie, miała też zastosowanie do Choroszczy. Jeśli ktoś nie gustował w nieśmiertelnej triadzie pizza-kebab-sushi, musiał jechać do Białegostoku. Gdy jąłem szukać w Internecie informacji o mieście, zacząłem otrzymywać oferty diety pudełkowej choroszczańskiej produkcji. Umówmy się jednak, nie była to informacja przydatna dla osób, które głód może złapać podczas zwiedzania miasta. A tu, na kilka dni przed wyjazdem, niespodzianka! Na Google Maps znalazłem lokal o atrakcyjnej nazwie, z profesjonalnie wykonaną stroną www oraz ciekawym menu. No i był to strzał w dziesiątkę! Dania były smaczne, obfite i w dodatku stanowiły ciekawy mix innowacyjnego podejścia do kuchni tradycyjnej. Dość powiedzieć, że do domu zabraliśmy pierogi nadziewane marchewką, w pesto pietruszkowym. Restauracja zajmuje jeden z lokali w pawilonie handlowym. Nie jest to miejsce bardzo przytulne, podobnie jak jego otoczenie składające się z bloków mieszkalnych z jednej i przysadzistych domów jednorodzinnych z lokalami usługowymi na parterze, z drugiej strony ulicy. Dla porządku – na piętrze jest kawiarnia, pełniąca też rolę bawialni dla dzieci. Oferta najwyraźniej dostosowana do potrzeb młodych matek i zmęczonych opiekunek, ale niekoniecznie atrakcyjna dla wędrowców pragnących uzupełniać ubytki kofeiny w nastrojowym miejscu.

Północno-wschodnia część Narwiańskiego Parku Narodowego znajduje się w gminie Choroszcz. Sięga do jazu spiętrzającego wody Narwi w miejscowości Pańki, poniżej którego rzeka została zmeliorowana przed prawie 50 laty. Krajobrazowo to, zwłaszcza z perspektywy kajakarza, dwa różne światy. Samo miasto położone jest bliżej tej cywilizowanej, przyczesanej przez działalność człowieka, części doliny. Podobne wrażenie swoistej wieloistości miałem, włócząc się po Choroszczy. Mimo niewielkich rozmiarów, można tu z łatwością wyróżnić kilka stref funkcjonalnych. Typowe podlaskie, nieco uśpione miasteczko wokół rynku, potem strefa mieszkalno-usługowa przypominająca przedmieścia Białegostoku, dzielnica szpitalna, założenie pałacowo-parkowe i – w końcu – rozciągnięta wzdłuż ekspresówki strefa przemysłowa. W gruncie rzeczy, to przykład nowoczesnego podejścia do gospodarki przestrzennej. Zastanawiałem się, czy obecność Choroszczy na liście szybko rozwijających się gmin nie stanie się, w przyszłości, zagrożeniem dla przyrody Parku Narodowego. Jeśli jednak przyjąć, że opisany wyżej stan rzeczy jest rezultatem przemyślanej polityki miejscowych władz, to moje obawy są płonne. A kolejne pokolenia młodych Podlasian będą miały gdzie być zachęcane/zmuszane do zostania wędkarzami.

Kategorie
Polska

Rzecz o Tykocinie, czyli jak się odnaleźć bez królów, hetmanów i Żydów

Wezwanie do stawienia się na posterunku Milicji Obywatelskiej nigdy nie precyzowało dokładnie o co chodzi. Ostatecznie za czasów PRL-u (i nie tylko wtedy) władzy nie chodziło o to by jej ufać, ale by się jej bać. Ponieważ jednak nie byłem działaczem podziemia solidarnościowego, w wyznaczonym terminie karnie stawiłam się pod wskazany adres. Mundurowy, do którego zostałem skierowany, otworzył z namaszczeniem biurko i wyciągnął kopertę z szarego papieru. W miarę jak ją otwierał wyraz twarzy zmienił mu się ze znudzonego na wyrażający obrzydzenie. I nie dziwota! Z wnętrza koperty bił charakterystyczny zapach siarkowodoru. W ten sposób odzyskałem swój utracony dowód osobisty i mogłem odgadnąć, gdzie w międzyczasie przebywał ten dokument. Czytelnicy z młodszych pokoleń mogą nie wiedzieć, że ówczesny dowód osobisty był z papieru i miał format książeczkowy. Wydobyty z kanalizacji był w stanie, w którym zwykłe wymycie nie wystarczało, by pozbyć się uciążliwego odoru. Na szczęście, zdążyłem już złożyć wniosek i uzyskać nowy dowód.

Opisane zdarzenie było pokłosiem wizyty w Tykocinie, odbytej przed 40 laty. Nie zapomnę nigdy wrażenia, jakie zrobiła na mnie bytność w miejscowej, zamienionej na muzeum synagodze, której wnętrza, prócz pieczołowicie odrestaurowanych malowideł ściennych, wypełniał odtworzony z magnetofonu śpiew żydowskiego kantora. W miasteczku bez Żydów ich wołania wciąż wypełniały opustoszały dom modlitw! Po przeżyciach duchowych ciało upomniało się o swe potrzeby. W owych czasach jedynym przybytkiem gastronomicznym w miasteczku była restauracja w domu wycieczkowym PTTK, mieszczącym się w Alumnacie –  siedemnastowiecznym przytułku dla weteranów wojennych. Czym się posililiśmy nie pomnę, ale myślami byłem pewnie ciągle w synagodze. W każdym razie, dopiero w pociągu do Warszawy zorientowałem się, że musiałem zostawić w restauracji swój oryginalny wojskowy mapnik, a w nim portfel z wszystkimi dokumentami. Oczywiście, po przyjeździe do domu, zatelefonowałem do alumnatu, ale obsługa nie znalazła zguby. Nie mogę wyjść z podziwu dla determinacji nieznanych mi osób, które wykryły i dostarczyły śmierdzące znalezisko na milicję. Czyżby, jak twierdzą gloryfikatorzy czasów minionych, “żyło się biednie, ale ludzie byli sobie życzliwsi”?

Książeczkowe dowody osobiste, domena publiczna

Drewniany, piętrowy dom stał frontem do ulicy. Za nim ciągnął się, łagodnie opadając ku Narwi, ogród. Rosło w nim sporo wysokopiennych drzew, w tym kilka dębów. Ponieważ zaparkowaliśmy nasze pojazdy w ich pobliżu, pobytowi towarzyszył odgłos żołędzi spadających na blaszane dachy. Rutynowo też zaczynaliśmy każdy dzień od usuwania z samochodów gęstej pierzynki rudawych, dębowych liści. Szerszy widok na rzekę uniemożliwiała duża, murowana stodoła. Wzniesiona z prefabrykowanych elementów i pokryta eternitem, stanowiła w tym otoczeniu raczej dysonans, ale za to na obydwu krańcach kalenicy jej dachu bociany zdecydowały się zbudować swoje gniazda. To od zachodniej strony było prawdziwie wiekowe i miało ponad metr wysokości. Miło byłoby zatrzymać się w domu na wiosnę i podpatrywać, jak ptaki krzątają przy wychowie swoich piskląt. Niestety, dziura ziejąca w dachu stodoły od strony rzeki ostrzegała, że bociany wkrótce będą musiały poszukać bardziej stabilnej podstawy pod nowe gniazda.

Od czasu mojej pierwszej wizyty w Tykocinie zdarzało nam się kilkukrotnie odwiedzić miasteczko. Nigdy jednak nie zdecydowaliśmy się w nim przenocować. Aż do jesieni tego roku. W XXI wieku Tykocin, odzyskawszy status miasta, rozwinął znacząco swoją ofertę noclegowo-gastronomiczną. Jako, że grupa była liczna, wybraliśmy cały podzielony na trzy apartamenty dom we wschodniej części miejscowości. W pierwszych wiekach miejskości Tykocina, jego lokalizacja na pograniczu litewsko-mazowieckim sprzyjała obecności mieszkańców pochodzenia ruskiego. Oni to w większości zamieszkiwali Nowe Miasto, czyli część Tykocina, gdzie się zatrzymaliśmy. Jak miasto, to musiało mieć też rynek, a przy nim kościół i cerkiew. Dzisiaj nie ma po nich śladu, podobnie jak nie używa się określenia Nowe Miasto. Po wcieleniu w 1569 roku ówczesnego województwa podlaskiego do Korony tereny te uległy stopniowej polonizacji. Doprowadziło to do sytuacji, gdy cerkiew podlegająca bazyliańskiemu monastyrowi w Supraślu była użytkowana jedynie przez przyjezdnych wyznania unickiego, a nie mieszkańców miasteczka. W tej sytuacji władze Królestwa Kongresowego przekazały ją parafii katolickiej, a proboszcz w obawie, że dar może być odebrany przez Rosjan, sprzedał drewniany obiekt w roku 1833 proboszczowi w odległych o 20 km Sokołach, gdzie ciągle można go obejrzeć na miejscowym cmentarzu. Jedyny ślad obecności cerkwi w Tykocinie zachował się w nazwie ulicy Zacerkiewnej. Pozostałe resztki przestrzennej autonomii dzielnicy zlikwidowała przebudowa miasta za czasów hetmana Jana Klemensa Branickiego. To prawdziwy paradoks, że działalność hetmana, któremu miasteczko zawdzięcza, w znacznym stopniu, swój wygląd i atrakcyjność, w przypadku Nowego Miasta zdegradowała je do roli rolniczego przedmieścia.

Budynki przy głównej ulicy –

Pomnik upamiętniający ustanowienie w Tykocinie Orderu Orła Białego

Kaplica Glogerów na cmentarzu katolickim usytuowanym na skraju Nowego Miasta

Z braku drzew nad nekropolią dominuje wieża kaplicy cmentarnej

11 Listopada – Nowego Miasta

Dworek administratora, obecnie Urząd Miasta

Cerkiew unicka z Tykocina, przeniesiona na cmentarz w Sokołach, fot. Thebleeding, lic. CC BY-SA 3.0

Prawosławny nagrobek na katolickim cmentarzu

Jednak coś za coś. Za czasów hetmana Branickiego Tykocin zyskał reprezentacyjny rynek z pomnikiem Stefana Czarnieckiego (prywatnie – dziadka hetmana) oraz z kościołem misjonarzy, który zamyka rynek od wschodu. Łukowe arkady wybiegające od głównego korpusu świątyni łączą go z dwiema wieżami wolnostojącymi w narożnikach rynku. Fasada stwarza wrażenie bardziej pałacowe, niż sakralne. Wnętrza poświadczają, że kościół cieszył się patronatem i wsparciem jednego z najbogatszych magnatów Rzeczpospolitej. Barok, zwłaszcza w wydaniu małomiasteczkowym, bywa dość szablonowy – tykociński kościół św. Trójcy wymyka się jednak tej zasadzie. Nam spodobały się zwłaszcza polichromie (te osiemnastowieczne i te z początków XX wieku) oraz prospekt organowy, czyli część frontowa obudowy instrumentu. Pewnego dysonansu poznawczego doznaliśmy w malutkiej kaplicy św. Mikołaja, która od strony wejścia do kościoła zamyka nawę południową. Ciekawy obraz umieszczony tamże, zamiast szczodrobliwego biskupa Miry w stroju oficjalnym, przedstawiał golasa przywiązanego do słupa, bez wątpienia w celach niecnych. Wypisz, wymaluj – św. Sebastian, choć jeszcze nie naszpikowany strzałami. Niestety, nie znaleźliśmy ślubnych konterfektów hetmana i jego trzeciej żony, młodszej o, bagatela!,41 lat, królewskiej siostry, Izabeli z Poniatowskich. Może nadal są w renowacji lub na wypożyczeniu.

Pomnik hetmana Czarnieckiego na rynku

Kościół św. Trójcy – fasada jeszcze przed odświeżeniem, fot. Krzysztof Popławski, domena publiczna

Wnętrze kościoła św. Trójcy

Jedna z wież kościelnych z Alumnatem na drugim planie

Organy kościelne

Obraz w kaplicy św. Trójcy

Przypuszczalnie to jednak nie kościół, a synagoga, jest największym magnesem ściągającym turystów do Tykocina. Jej czterospadowy, łamany dach, kryty czerwoną dachówką, góruje nad zachodnią częścią miasta, zwaną Kaczorowem. Zwieńczenie obiektu to też inwestycja z czasów hetmańskich. Pierwotny, płaski dach skryty był za renesansową attyką. Wielkość i zdobność wnętrza potwierdzają zamożność i rolę żydowskiej gminy w Tykocinie, podobno drugiej po krakowskiej, w całej Rzeczypospolitej.  Polichromie pokrywające ściany, to głównie teksty modlitw. Jako biologowi z wykształcenia, brakowało mi w nich dodatku ornamentów zoomorficznych. W krużgankach obiegających z dwóch stron salę główną, gdzie niegdyś modliły się kobiety, znajduje się wystawa wszelkich artefaktów związanych z kulturą i życiem religijnym Żydów tykocińskich. Na ten sam bilet, co do synagogi, wejdziemy też do sąsiedniego domu talmudycznego. Wystawy tam prezentowane mają już charakter bardziej regionalny i wielotematyczny. Jedna z sal jest zamieniona na sklepik muzealny, mający w ofercie nieporównanie bogatszą, niż w synagodze, paletę książek o regionie i kulturze żydowskiej, różnorakie pamiątki, ale i kolekcję miodów podlaskich. 

Kaczorowo ma zabudowę murowaną. Nie wynika to jednak z różnicy w majętności ludności żydowskiej i ich polskich, bądź ruskich sąsiadów. W krótkim okresie po trzecim rozbiorze Polski, kiedy większość obecnego Podlasia należała do Prus, dzielnicę dotknął katastrofalny pożar. Król pruski wielkodusznie dołożył się do odbudowy stawiając jednak rozsądny warunek, by domy były murowane, czyli już mniej łatwopalne. O znaczeniu gminy żydowskiej w Tykocinie świadczy to,  jak wielu wydała myślicieli, rabinów i znawców Talmudu. Wśród nich warta wspomnienia jest kobieta, córka tykocińskiego rabina – Rebeka Tiktiner, która, prawdopodobnie, była pierwszą autorką pisząca i publikującą w języku Jidish. W roku 1609, w Pradze wydano jej książkę zatytułowaną Mejnekes Riwke, traktującą o edukacji religijnej i świeckiej dzieci żydowskich oraz roli społecznej kobiet. Wyjątkowość autorki dostrzegł i rozsławił po 100 latach Johann Conrad Luft, tytułując swoją, wydaną w Niemczech, rozprawę o niej „De Rebecca Polona eruditarum in gente Judaica Foeminarum rariori exemplo„. 

Synagoga tykocińska

Koncert w synagodze

Samotna macewa na cmentarzu żydowskim

Bima i Aron Hakodesz

Tabliczka na murze cmentarza żydowskiego

Trójcę najbardziej imponujących atrakcji Tykocina zamyka zamek. Znajduje się on na przeciwnym, niż miasteczko, północnym brzegu Narwi. Do czasów regulacji biegu Narwi miejsce było obronne – otoczone ramionami rzeki. To przypuszczalnie najmłodszy zamek Rzeczpospolitej – dosyć swobodna, z racji braku materiałów ikonograficznych, rekonstrukcja dawnej królewskiej warowni. Powstał w pierwszej dekadzie XXI wieku. Jego zwiedzanie, to gra na wyobraźni. Użycie innego koloru kamienia w posadzce jednej z komnat przyziemia ma upamiętniać fakt, że trumna z zabalsamowanymi zwłokami Zygmunta Augusta czekała w zamku ponad rok na przetransportowanie w celu pochowania do Krakowa. Zresztą pole do prowadzenia swobodnych gawęd przewodnickich jest w zamku ogromne. Za punkt wyjścia można wziąć, a to umieszczenie tu królewskiego arsenału, a to skarbca, czy ogromnej, jak na realia XVI wieku, biblioteki. Ostatnio na popularności zyskuje historia, jakoby arrasy, zanim trafiły na Wawel, zdobiły i ocieplały ściany zamku tykocińskiego. Do tworzenia legend zamkowych przyczynił się też mistrz Sienkiewicz, połączywszy w jedno historię śmierci hetmana wielkiego litewskiego Janusza Radziwiłła, z wysadzeniem części murów zamkowych przez Szwedów broniących ich przed wojskami wiernymi Janowi Kazimierzowi. W rzeczywistości, oba wydarzenia dzieliło prawie 13 miesięcy, a łączył jedynie fakt, że oba miały miejsce zimową porą. To zresztą nie Szwedzi doprowadzili do ruiny zamku, ani nawet nie zwolennicy Stanisława Leszczyńskiego, którzy w trakcie trwania II Wojny Północnej podpalili zamek, to wielce zasłużony dla Tykocina hetman Jan Klemens Branicki, który zezwolił na jego rozbiórkę i wykorzystanie cegły do realizacji programu inwestycji w mieście. Coś musiało zniknąć, by powstać mogło coś innego!

Zamek tykociński widziany z nad Narwi

Studnia na dziedzińcu

Dziedziniec zamkowy

Mając więcej czasu na pobyt w miasteczku, mogliśmy tym razem docenić jego mniej oczywiste walory. Obejrzeliśmy w środku skromny kościół pobernardyński. Ciekawsza, niż jego wnętrza, jest historia wspólnoty zakonnej, dla której była to czwarta lokalizacja w mieście. Najdłużej klasztor funkcjonował na kępie zamkowej, z przerwą na osiedlenie się przy nowomiejskim rynku. Gdyby nie śmierć patrona i związane z nim ograniczenia w finansowaniu budowy, miasteczko pewnie doczekałoby się drugiej świątyni katolickiej, konkurującej pod względem wystawności z kościołem Św. Trójcy. Za klasztornymi zabudowaniami rozciąga się ascetycznie zaplanowany, acz rozległy, ogród. Jako, że kompleks ulokowany jest na skraju miasteczka, rozpościera się z niego daleki widok na dźwigające się stopniowe, pokryte w górnych częściach lasem, zbocza doliny. Ogrodu pilnuje pomysłowy strach, a raczej stracha na wróble. Kobieca figura uczepiona rowerowej kierownicy, w okularach i peruce, dzięki osadzeniu w ziemi za pomocą pokaźnej sprężyny, podskakuje i wiruje ponad trawnikiem. W mglisty, listopadowy poranek wyglądało to niepokojąco, ale wyobrażam sobie, jakie wstrząsające wrażenie musi robić w nocy!

Tykocin nie posiada znaczących kamienic mieszczańskich. Jednak zachowany na rynku kompleks małomiasteczkowych dworków z ganeczkami robi duże wrażenie. Ostrzyliśmy sobie zęby na zwiedzanie wnętrza jednego z nich, będącego siedzibą Centrum Badań nad Historią i Kulturą Małych Miast. We wnętrzach zachowujących tradycyjne wyposażenie organizowane są rozmaite wystawy i wydarzenia, ale jednocześnie dom nadal pełni funkcje mieszkalne. To prywatne muzeum, bez biletów i określonych godzin wstępu. I tu leży pies pogrzebany! Telefonicznie uzyskałem zapewnienie, że zostaniemy wpuszczeni, ale drzwi otworzyła nam zupełnie inna osoba, która w świątecznym planie dnia nie miała oprowadzania obcych ludzi po swoich włościach. Cóż, trzeba było zadowolić się spacerami po świeżo powstałych nadrzecznych bulwarach, czy uroczej, krytej kocimi łbami uliczce Poświętnej, przeciskając się między kościelnym murem, a budynkiem alumnatu. Odkryciem tego wyjazdu był dla mnie położony przy uliczce odchodzącej od rynku budynek kina “Hetman”, będący przykładem białostockiej szkoły muratorskiej. Ten styl budownictwa, charakteryzujący się użyciem cegieł żółtego i czerwonego koloru, pozwala tworzyć na fasadach pomysłowe, a malownicze ornamenty. 

Kościół w zespole pobernardyńskim

Niepokojąca stracha na wróble w ogrodzie przyklasztornym

Wnętrze kościoła

Daleki widok z ogrodu klasztornego

W dziedzinie kulinarnej Tykocin ma, jako się rzekło, wiele do zaoferowania. Ze względu na swoją historię oferuje egzotyczny konglomerat kuchni magnacko-żydowsko-międzynarodowej. Można tu znaleźć restauracje specjalizujące się w tej, czy innej z powyższych opcji, ale już restauracja zamkowa zdołała upchnąć w jednym menu wszystkie alternatywy. Co więcej, potrawy podobne w składzie i smaku, są serwowane, np. jako czulent, bądź kociołek Radziwiłła. Na zamku można kupić na wynos, ale też zamówić jako podstawę różnego rodzaju kanapek, białysy. Te wypieki, będące ubogimi krewnymi lubelskich cebularzy, były specjalnością żydowskich piekarzy w Białymstoku i okolicach. Przeniesione wraz z emigrantami żydowskimi do USA, zrobiły tam wielką karierę, zwłaszcza w Nowym Jorku. Receptura została odtworzona przez właściciela tykocińskiego zamku, a same bułki wpisane na listę produktów regionalnych. Odznaką turystycznej popularności miasteczka jest też obecność całkiem godnej kawiarni, przy głównej ulicy łączącej rynek “polski” i “żydowski”. Kawę serwują tu wręcz wybitną, a marcinek tykociński – smaczniejszy od hajnowskiego oryginału. Pierwszego dnia wybraliśmy się na Kolonię – wiejską część Tykocina, położoną 4 kilometry od centrum –  gdzie gospodarzą i produkują sery podpuszczkowe pp. Paszkowscy. Solidnie zaopatrzeni, pałaszowaliśmy je przez cały wyjazd, a nawet kilka dni po powrocie do domu. Wizyta w serowarni ma też w bonusie możliwość zawarcia znajomości z przyjazną psią czeredą.

Białysy z kultowej nowojorskiej piekarni Kossara, fot. EGiniger1, lic. CC BY-SA 4.0

Podlasie, a precyzyjnie mówiąc, województwo podlaskie, jest świadkiem kilku spektakularnych transformacji uśpionych niegdyś, prowincjonalnych miejscowości, w centra całkiem znacznego ruchu turystycznego. Przykładami są: Białowieża i Supraśl, jak również Tykocin i Drohiczyn. Odwiedzający Tykocin na pewno nie będą tu się nudzili, nawet w brzydką pogodę. Inna sprawa, że oferta skrojona jest pod turystów. Ludność miejscowa zdaje się z niej nie korzystać. W każdym z odwiedzanych lokali byliśmy, albo jedynymi gośćmi, albo z ledwością znajdowaliśmy wolne miejsce. To taki syndrom: przyjechał autokar, albo grupa koleżeńska w kilka samochodów, zajęli wszystko, odjechali po 45 minutach i zostawili za sobą pustkę. Wieczorem, podczas spacerów z psami, wsłuchując się w odgłos własnych kroków na pustej ulicy, zastanawiałem się, czy dla prawdziwego tykocinanina zmiana charakteru miasteczka, to szansa, czy zagrożenie. Oraz, czy zmiany i inwestycje przynoszone przez rozwój turystyki, nie zakwestionują w końcu przyczyny, dla której jeździmy na Podlasie. Bo przecież, upraszczając, szukamy miejsc, gdzie woda czysta, a trawa zielona, gdzie rano śpiewają ptaki, a wieczorami kumkają żaby. To oczywiście zmartwienia na wyrost, a widoczna rezerwa mieszkańców wobec obranej drogi rozwoju pozwoli może nadnarwiańskiej perle baroku uniknąć losu całkowicie zdominowanych przez turystykę – Zakopanego i Podhala.

Tradycyjnej konstrukcji budynek gospodarczy nad Narwią

Kategorie
Chorwacja

Parking Winnetou oraz widoki zza chmur czyli Dalmacja z dala od plaży

Karol May pisząc powieści o Winnetou i jego przyjacielu Old Shatterhandzie nie znał Ameryki. Pierwszy raz odwiedził USA w roku 1908 – 26 lat po pojawieniu się na rynku pierwszej książki o przygodach, jak określono to w pierwszych recenzjach, “czerwonoskórego gentlemana”. Realistyczne opisy prerii, gór i kanionów były więc wytworem jego bujnej wyobraźni wspartej, jak się wydaje, studiami nad dostępnymi materiałami źródłowymi. Bohaterowie powieści Maya na długie lata zawładnęli wyobraźnią setek tysięcy czytelników na całym świecie. W postać ulubionych bohaterów wcielali się młodociani odbiorcy pod każdą szerokością i długością geograficzną. Na pewno było ich wielu także w dawnej Jugosławii, a nowe ich rzesze pozyskano po wejściu na ekrany w połowie lat 60-tych XX wieku serii niemieckich filmów o przygodach dwóch przyjaciół, do  których zdjęcia kręcono w malowniczej scenerii okolic Benkovaca w Chorwacji.

“O, tam znajdowało się obozowisko Apaczów!” powiedział wznosząc rękę nasz przewodnik. Chłopak mógł mieć dwadzieścia parę lat i nie należał już do pokolenia, które wolne chwile spędzało malując sobie twarz w czerwone wzory i próbując trafić z łuku do ruchomego celu. Wiedział jednak, że legenda Winnetou jest wiecznie żywa i można ją zręcznie zdyskontować w opowieściach dla  turystów zebranych na pokładzie spacerowej łodzi. Płynęliśmy od ujścia, w górę rzeki Zrmanje. Wokół piętrzyły się skaliste zbocza, między którymi rzeka wiła się malowniczo. Miejscami, na płyciznach, pojawiały się trzcinowiska, a na wypłaszczeniach stoków – kępy krzaków. Wbrew podświadomym oczekiwaniom, zza zakosów rzeki nie pojawiły się czółna pełne indiańskich wioślarzy. Tylko w okolicach miejsca oznaczonego na mapie, jako “parking Winnetou” (sic!), na krawędzi kanionu, zauważyliśmy niewielkie – z tej odległości – figurki ludzkie. Zastanawiałem się przez chwilę, czy w duchu przewodnickiego braterstwa nie sprzedać naszemu cicerone historii o Janosikowym skoku. Po minimalnych przeróbkach rzekę Zrmanję pokonywać tym sposobem mógłby wszak i Winnetou. Ale, że legendy lubią obrastać kolejnymi nieprawdopodobnymi historiami, liczę, że sam kiedyś coś podobnego wymyśli. 

Kanion rzeki Zrmanje - filmowa kraina Apachów

Zrmanje uchodzi do rozległej zatoki zwanej Morzem Novigradskim. Na północy łączy się ona z Adriatykiem cieśniną Novsko ždrilo, a na południu – poprzez cieśninę Karinsko ždrilo – z kolejnym, mniejszym, Morzem Karinskim. Chorwaci, ze względu na powierzchnię sięgającą tylko 5,5 km kw., lubią nazywać to ostatnie najmniejszym morzem świata. Nad drugą z cieśnin rozsiadła się miejscowość Ribnica, w której spędziliśmy sierpniowy tydzień. Choć to jeno 40 km od Zadaru, była to nieco inna Chorwacja, niż na wybrzeżu. Wciąż spotyka się tam zagranicznych turystów, woda w zatoce, choć mniej przejrzysta, jest podobnie słona, są hotele, restauracje, a nawet “beach bar”, ale rano budziło nas pianie koguta, w krzakach pod domem spotykaliśmy żółwie, wśród drzew latały wilgi, a po zapadnięciu zmroku – nietoperze. Gospodarze pozwalali gościom zrywać w ogródku to, na co mieli ochotę, a wokół zabudowań panował swojski nieporządek. Ku naszemu utrapieniu, nie było tam piekarni, miejscowy spożywczak nie oferował świeżych (ani nawet sczerstwiałych) “slancy”, ani lodów – zamiast w lodziarni, trzeba ich było szukać w regularnych restauracjach. Poważną niedogodnością było też częste nieakceptowanie kart płatniczych, podczas gdy najbliższy bankomat znajduje się w odległości prawie 8 km. Za to w zasięgu spaceru mieliśmy odcinki wybrzeża tylko dla siebie. Najczęściej korzystaliśmy ze Stipan’s Beach, gdzie w porze naszego przybycia żegnaliśmy tylko parę starszych wiekiem Chorwatów, a gdy zbieraliśmy się do domu, witaliśmy jedną niemiecką rodzinę z dwójką dzieci.

Kilka widoków Ribnicy

Rzeka Zrmanje w swoim środkowym biegu pokonuje serię wodospadów. Odwiedziliśmy najbliższy z nich – Slapovi Zrmanje. Jedzie się tam wśród rozległych połaci makii, z pięknymi widokami na pasmo Velebitu. Wodospad nie jest wysoki, woda spada z wysokości jakichś 6-7 metrów, ale rzeka jest pełnowodna i szeroka, spada więc kilkunastoma większymi i mniejszymi kaskadami poprzedzielanymi pasami zieleni. Przyroda i krajobraz robią duże wrażenie. Niestety, łatwość dojazdu spowodowała zwiększoną presję inwestycyjną człowieka. A że planowanie przestrzenne nie jest tu w najwyższej cenie, wodospady obrosły chaotyczną infrastrukturą: restauracje, pensjonaty, pole namiotowe, parkingi, dacze. Taras jednej z restauracji jest wręcz nadwieszony nad skrajną siklawą. Ludzie kręcą się wśród namiotów, słuchają muzyki, palą ogniska, grają w siatkówkę plażową, a nawet pieką jagnię na rożnie! Tymczasem, trzysta metrów w górę rzeki rozciągają się żyzne, zielone łąki, obrzeżone pasem wysokich drzew. Zrmanje spokojnie toczy swe przezroczyste, głębokie wody, ponad którymi od czasu do czasu przelatuje zimorodek. Co za kontrast między naturą w swej wspaniałości, a dosyć tandetną naleciałością cywilizacji! Chorwaci bardzo nie lubią, gdy określa się ich kraj przymiotnikiem “bałkański”. Cóż, kiedy właśnie odczucie bałkańskości – w duchu Emira Kusturicy – miałem patrząc, jak zagospodarowano okolice wodospadów. Może to był jednak relikt po nieboszczce Jugosławii, bo samochody stojące na parkingu nosiły tablice rejestracyjne, praktycznie wszystkich, państw powstałych w wyniku jej rozpadu.

Najniższa kaskada wodospadów na rzece Zrmanje i jej okolice

Podejście na szczytowe spiętrzenie Świętego Ilji wiedzie skalistym zboczem poprzerastanym pasmami roślinności zielnej i – z rzadka – większymi krzewami, czy drzewami. Ku południowi, ponad rozległą kotlinką, otwierał się widok na skąpaną w słońcu Korculę. Od północnego wschodu, gdzie grzbiet opadał stromszymi stokami, wiało jednak chłodem. W dolince poniżej kłębiły się chmury z wolna przelewające się na naszą stronę grzbietu. Gdy dotarliśmy na oznaczony kopczykiem kamieni i niewielkim drewnianym krzyżem szczyt, ogarnęły i nas. Przypomniało mi się, jak często z kąpiącego się w promieniach słońca Orebica obserwowałem szczyt Świętego Ilji ukryty pod czapą obłoków, a czasem też spoza jego urwistych południowych zboczy słychać było odgłosy gromów. To samo wspomnienie musiało dręczyć Podziomka, gdyż stanowczo odmówiła przejścia dodatkowych 100 metrów do punktu widokowego na skraju południowego urwiska. Tym razem jednak Ilja Gromownik, który na terenach z wcześniejszymi wpływami kultury helleńskiej przejął rolę i atrybuty pogańskiego Zeusa, był dla nas łaskawy. Chmurzyska dotarłszy do szczytu wyraźnie wytraciły impet. Najpierw podzieliły się na kilka strumieni, a potem niepostrzeżenie wzniosły jeszcze wyżej i rozproszyły. Zanim do tego doszło, w przerwach między chmurami udało mi się wykonać kilka nastrojowo-dramatycznych zdjęć. Gdy ruszyliśmy w drogę powrotną, znowu przyświecało nam słońce.

Wycieczka na Świętego Ilję była pomysłem Krysi. Góra wznosi się na wysokość 961 m npm, ale w jej przypadku wysokość względna równa się rzeczywistej, gdyż istotnie zdobywać ją trzeba od poziomu morza. Góruje ponad wypoczynkową miejscowością Orebic oraz kanałem oddzielającym ją od Korculi. Jest najwyższym szczytem archipelagu przybrzeżnych wysp chorwackich, do których, przynajmniej z geologicznej perspektywy, należy też Półwysep Peljesac. Gdy przed kilkunastu laty byliśmy dwukrotnie w Orebicu, mała jeszcze wówczas Krysia, przytłoczona ogromem góry i skalistością jej zboczy, bardzo poważnie obawiała się, że tatuś kiedyś zrealizuje swoje obietnice i pogoni całą rodzinkę na jej szczyt. Choć do tego nie doszło, dziecko dorastało dźwigając na barkach przekleństwo Świętego Ilji. W końcu, okrzepłszy mentalnie,  postanowiło się z nim zmierzyć i zameldowało mi gotowość do odbycia górskiej wycieczki. Tak trafiliśmy po raz kolejny do Orebica, a ściśle biorąc, sąsiedniej wioseczki – Perna. 

Sv. Ilija - widok sponad Starego Mista w Korculi
Ilija Gromownik
Sv. Ilija - widok z drogi do klasztoru franciszkanów
Sv.Ilija -  widok z Perny
Chmury przetaczające się przez szczytowe partie Sv. Ilija
Widok spod szczytu na Korculę

Pogoda nam sprzyjała. Po tygodniach męczących, sięgających blisko 40 C upałów, przeszedł front atmosferyczny niosący opady i  temperatury o ponad 10 C niższe. Mimo to, postanowiliśmy wyruszyć ze wschodem słońca i zaopatrzeni w odpowiednie zapasy wody. Po drodze nie ma żadnych źródeł, ani strumieni, lecz ostatnie deszcze zostawiły po sobie sporo kałuż, z których skwapliwie korzystał Harry – czworonożny turysta górski. Jedynym zastosowanym przez nas ułatwieniem było pokonanie pierwszych 150 metrów przewyższenia samochodem, który zostawiliśmy na parkingu przy klasztorze franciszkańskim, górującym nad miasteczkiem. Sumienie mieliśmy czyste, gdyż już wcześniej odwiedziliśmy go na piechotę. Pierwszy kilometr trasy biegnie jeszcze po asfalcie, potem skręca się na kamienistą ścieżkę dźwigającą się szparko w górę po południowych zboczach masywu. Ekspozycja nie jest nadmierna, więc nawet osoby z umiarkowanym lękiem przestrzeni nie powinny mieć problemu. W niektórych miejscach ścieżka jest na tyle wąska, że w przypadku mijanki trzeba użyć wyobraźni i zasad górskiego savoir-vivre. Przy wczesnym wymarszu prawdopodobieństwo spotkania turystów schodzących w dół jest jednak minimalne. W przeciwieństwie do polskich, miejscowe kierunkowskazy wskazują bardzo krótki czas przejścia danego odcinka. Dość powiedzieć, że nam wejście zajęło 4 godziny, a zejście 3, podczas gdy sugerowany czas wejścia, to 2 godziny i 50 minut. Po prawdzie, przy podejściu zostaliśmy wyprzedzeni przez kilka osób, podczas gdy my nie wyprzedziliśmy nikogo. Ale też mało kto zatrzymywał się na odpoczynek przy “Planinarskim domu”, choć to miłe, widokowe miejsce na skraju lasu i skalnych połonin. Może gdyby domek był otwarty, byłoby więcej chętnych do postoju.

Impresje z prawdziwie górskiej wycieczki i Harry, pierwszy turysta wśród psów

Wędrowcy będący pod wrażeniem surowości zboczy opadających ku Orebicowi mogą zostać zaskoczeni bujnością i rozmaitością szaty roślinnej i krajobrazu na szlaku. Mnie urzekł zwłaszcza trawers zboczy suchej doliny opadającej ku miejscowości Kuciste. Rosnące tam sosny o parasolowatej formie wynoszą się ponad krzaczaste zarośla makii. Rozległe wypłaszczenie, przy którym schodzą się szlaki z Orebica i Viganj, porasta natomiast gęsty, wysokopienny las podobny do tych, które widziałem w niższych partiach rumuńskich Karpat. W opisach podejścia na Świętego Ilję często wspominane są spotkania z końmi pasącymi się tu bez nadzoru człowieka. My nie mieliśmy tego szczęścia, natknęliśmy się tylko na odchody, które równie dobrze mogły być owcze, jak i muflonie, gdyż ten gatunek zamieszkuje górzyste wnętrze półwyspu. Największymi napotkanymi zwierzętami pozostały więc psy, które dość często towarzyszyły, ku uciesze Harrego, dwunożnym zdobywcom szczytu. W miarę pokonywania kolejnych poziomic, otwierały się przed nami coraz dalsze widoki. Początkowo tylko na Korculę, następnie także na dalej położone Lastovo i Mljet. Spod szczytu ku północy widać było położoną malowniczo u wylotu wąskiej doliny wioseczkę Duba Peljeśka, a za Neretvianskim Kanałem – wschodnią końcówkę Hvaru i kontynentalną Dalmację. Bardzo ciekawy był też skalisty grzebień ciągnący się od szczytu, ku wschodowi.

Klasztor Franciszkanów i cmentarz kapitanów górują ponad kanałem oddzielającym Peljesac od Korculi

“Kiedy zwiedzimy jakiś kościół?” – to pytanie padło po kilku dniach opalania się, pływania w morzu i konsumowania jego owoców. Cóż, jedyny, podobno pochodzący z XII wieku, kościółek w Ribnicy był zamknięty na głucho. W Orebicu, w kościele parafialnym, można zajrzeć, poza nabożeństwami, tylko do kruchty. W dodatku, jak na Dalmację, ma on nieprzyzwoicie krótką historię, bo zbudowano go w końcówce XIX wieku. Za substytut nie mogła posłużyć wizyta w hotelowej restauracji mimo, że wprawne oko było w stanie wyłowić w zewnętrznej architekturze budynku ślady dawnej funkcji sakralnej. Możemy za to z czystym sumieniem polecić wizytę we wspomnianym klasztorze franciszkańskim. Trzeba tylko upewnić się co do godzin jego dostępności. Prócz muzeum i kościoła, warto zwrócić uwagę na wystawne nagrobki orebickich rodów kapitańskich, na sąsiednim cmentarzu. Czy to ze względu na ich obecność, czy z szacunku dla zakonników, albo ich patronki (Matka Boska Anielska), przepływające statki podobno pozdrawiają to miejsce dźwiękiem syreny okrętowej. Jednak promy pływające regularnie przez cieśninę do Korculi, już tego nie robią. O czasy, o obyczaje!

Kategorie
Wielka Brytania

Gdzie kończy się ląd czyli w krainie 500 Celtów

Bez przekonania pomachiwałem ręka na przejeżdżające samochody. Zwłaszcza na te lepszych marek. Intuicja podpowiadała, że prędzej zatrzyma się zużyty Citroen z parą wracających z zakupów farmerów, niż luksusowy Bentley, nie wiadomo po co zbłąkany na peryferie Cambridgeshire. A tu taka niespodzianka! Markę srebrzystego, nisko osadzonego. sportowego wozu, który zatrzymał się na nasz widok, zdradzała sylwetka drapieżnego kota na masce. Sympatyczny facet za kierownicą zapytał dokąd jedziemy i zapewnił, że będzie tam w kilka minut. Przyśpieszenie wcisnęło mnie w fotel pokryty beżową skórą. Nie było czasu, ani sposobności na pogaduchy. Do będącego naszym celem miasteczka March dotarliśmy, rzeczywiście, w mgnieniu oka. Na nieco drżących nogach wygramoliłem się na chodnik. Moi towarzysze podróży, Portugalczyk i Niemka, mieli dziwną bladość na twarzach. “Co to było? Rakieta?” wychrypiała w końcu Elza. Była to moja pierwsza i jedyna przejażdżka Jaguarem – samochodem będącym legendą motoryzacji brytyjskiej.

Działo się to Roku Pańskiego 1981 i był to mój pierwszy wyjazd za żelazną kurtynę. Przyjechałem w ramach programu Concordia Youth Volunteers Work Camp. Słowo ,,ochotnik’’ w nazwie programu było zwodnicze. W założeniu mieliśmy wykonywać odpłatną pracę w rolnictwie, ale za zakwaterowanie i wyżywienie musieliśmy zapłacić. Zostaliśmy umieszczeni w byłym obozie niemieckich jeńców wojennych (PoW), w pobliżu miejscowości Friday Bridge. Pojemność obozu była na tyle duża, że popyt na ręce do pracy ze strony okolicznych rolników nie nadążał za podażą. W efekcie, pracę mieliśmy średnio co drugi dzień, z ewidentną szkodą dla naszych budżetów i ogólnego samopoczucia. Do plusów tej sytuacji należała możliwość wyjścia za bramę obozu w pozostałe dni – nie mieliśmy wszak statusu PoW – i łapania okazji do pobliskich miasteczek. W ten sposób zwiedziłem sąsiednie March i Wisbech, ale też dalej położone: Ely, Kings Lynn i Peterborough. Ba, to wtedy po raz pierwszy miałem okazję odwiedzić Cambridge.

Jaguar XJ6 – czy rakieta?

Z pobytem w tym mieście wiąże się jedna z moich ulubionych brytyjskich, wziętych z życia, anegdot. Chyba wszyscy cudzoziemcy podczas nauki angielskiego, czy obcowania z brytyjską literaturą lub filmem, nabierają przekonania o szczególnej roli zwyczaju piknikowania na trawie wśród Brytyjczyków. Nie byliśmy wyjątkiem, więc dotarłszy do parku Christ’s Pieces rozciągnęliśmy się swobodnie wokół rozłożonej serwetki, na którą wyłożyliśmy co tam mieliśmy do zjedzenia. Po chwili podeszła do nas starsza, schludna pani i powiedział, że nie powinniśmy tam leżeć. Chcieliśmy dowiedzieć się, czy nie pominęliśmy może znaku zakazu piknikowania. “To jest dozwolone” – odrzekła owa pani – “ ale mamy już koniec września i możecie się przeziębić”. W pogawędkach z kierowcami też zdarzały się zabawne sytuacje. A to związkowiec wracający z jakiegoś meetingu odgrażał się, że Labour Unions odsuną od władzy premier Margaret Thatcher “tak jak wasza Solidarność zrobi z komunistami”. To znowu osoba bardzo zainteresowana możliwością wyjazdu turystycznego do Polski, wysłuchawszy moich wywodów o pięknie polskich gór zauważyła nieśmiało “myślałem, że w Holandii nie macie gór”. Obecnie, w czasie upowszechniania się terminu Niderlandy, bliskość fonetyczna słów Poland i Holland nie będzie już pewnie przyczynkiem do nowych nieporozumień.

W każdym razie Anglia, z perspektywy pasażera-autostopowicza, wyglądała nieco inaczej, niż z punktu widzenia kierowcy. Pierwszy raz jako kierowca poruszałem się w ruchu lewostronnym w roku 2017. Odwiedziliśmy wtedy młodsze dziecko przebywające na stypendium Erasmus w Uniwersytecie Essex w Colchester. Pojechaliśmy własnym samochodem, co wymagało przy wyprzedzaniu współpracy kierowcy z pasażerem. Nie to jednak było najtrudniejsze, lecz pokonywanie słynnych w całej Wielkiej Brytanii colchesterskich rond, z których jedno znane jest jako pułapka na kierowców, zwłaszcza zagranicznych. Jego specyfika polega na tym, że kilka ulic łączy się z głównym rondem poprzez mini rondka. Na każdym oczywiście obowiązuje ogólny schemat pierwszeństwa przejazdu. Dzięki świadomości istnienia tego rozwiązania oraz wielokrotnemu pokonaniu go wcześniej na Google maps, mimo regularnego korzystania, nigdy nie znaleźliśmy się w ryzykownej sytuacji.

Rondo w Colchester, źródło – en.wiki, grafika na licencji GNU

Tego roku, jadąc do Kornwalii, wdarłem się na kolejny poziom szoferskiego wtajemniczenia. Zawdzięczam to decyzji Podziomka, która uznała, że lęk przed lataniem samolotem jest passe. Tak więc, po dotarciu na lotnisko London-Luton, kolejnym środkiem transportu, którego musieliśmy użyć, był wypożyczony samochód marki Ford Focus, z kierownicą, a jakże!, z prawej strony. Aby nie stawiać nadmiernych wyzwań swojej lewej, słabszej ręce, zamówiłem jednak pojazd z automatyczną skrzynią biegów. No i podróżowało się całkiem bezproblemowo. Większym wyzwaniem, niż kierownica z prawej strony, były kornwalijskie drogi klasy B, którymi często prowadziła nas nawigacja. Są one bardzo wąskie, bez pobocza, obramowane murkami, czy żywopłotami, a często bywa, że ścianami wiejskich domostw. Mają one, co prawda, mijanki, ale rzadko rozmieszczone, więc co i rusz przychodziło zatrzymywać się i cofać, by przepuścić pojazdy jadące z naprzeciwka. Ponieważ niebezpieczeństwo mogło czyhać za każdym zakrętem, stosowałem patent z Chorwacji trąbiąc, bądź mrugając długimi światłami przed każdym z nich. Szczęśliwie, miejscowi kierowcy byli życzliewie usposobieni i chętnie sami usuwali się nam z drogi.

Wyszedłszy z ciepłego i pachnącego wypiekami wnętrza Cornish Bakery w Mavagissey, poczułem się jak bohater kultowej reklamy piwa Dog in the Fog. Niosłem ze sobą śniadanie dla całej naszej trójki: słynne pierogi kornijskie, croissanty, babeczki z Belem (popularność portugalskiej receptury, to owoc zawartego jeszcze z końcem XIV wieku sojuszu antyhiszpańskiego), jak też trzy kubki kawy. Do przejścia było może z 60 metrów, ale deszcz siekł niemiłosiernie, wiatr wyrywał z rąk parasolkę i nawet mewy chowały się po zawietrznej stronie budynków. Jakoś niczego nie uroniłem, a mokre spodnie i buty wkrótce wyschły ponieważ pogoda była bardzo zmienna i, koniec końców, każdego dnia i tak świeciło słońce. Mieszkaliśmy w tradycyjnym domu, przy szerokim na wyciągnięcie rąk pasażu, łączącym port z sąsiednią uliczką. Budynek miał swoje lata, niskie drewniane stropy i jednoszybowe, przesuwane wertykalnie okna. Rano budził nas krzyk mew, z których jedna wyspecjalizowała się w naśladowaniu szczekania psów. Właściciele i pracownicy licznych w okolicy przybytków gastronomicznych ostrzegali gości przed niebezpieczeństwem utraty zakupionych smakołyków na rzecz biało-szarych złodziejaszków. Port jest wykorzystywany głównie przez miejscowych rybaków, których liczba od początku XX wieku praktycznie się nie zmieniła. Liczne łodzie w czasie odpływu tkwiły zaryte kilami w błotnistym dnie, by po kilku godzinach kołysać się malowniczo na wodzie.

Centralna część miasteczka znajduje się właściwie na poziomie morza. Za to uliczki i ścieżki obejmujące zatokę portową, pną się stromo na pofałdowany płaskowyż, skąd rozpościerają się dalekie widoki na wody Kanału La Manche (pardon! British Channel). Ku północy, za skalistymi przylądkami, rozciąga się wspaniała piaszczysta plaża. Co najważniejsze, jest pusta, bo przy rozmiarach blisko 800 x 60 metrów, dziesięciu obecnych tam osób nie można uznać za tłum. Doceniliśmy to nie tylko my, ale i niektórzy z naszych braci mniejszych. Z wody, nie dalej jak 10 metrów od brzegu, obserwowały nas dwie foki, a obiektywem kamery uchwyciłem lecącego wzdłuż brzegu ostrygojada. Elementem odróżniającym tę plażę od bałtyckich odpowiedników, jest też wodospad, którego wody spadają z 50 metrowych klifów i zaraz giną w szerokim pasie piasku. Podziomek, która jako jedyna zdecydowała się pobrodzić w wodzie twierdziła, że temperaturą przypomina polskie morze. Pomimo, że miejsce to urzekło nas i zatrzymało na blisko 1,5 godziny, zdaniem autorów rankingu 10 najpiękniejszych plaż Kornwalii, nie zasługiwało na aż takie uznanie.

Port w Mevagissey

Widok na odleglejszą od morza część miasteczka

Plaża w Mevagissey

Klifowe wybrzeże w pobliżu Mevagissey

Prawie jak w Dalmacji, tylko chłodniej

Z plaży korzystają nie tylko ludzie

Uliczka w Mevagissey

Kornwalia, czyli południowo-zachodni kraniec Wysp Brytyjskich, słynie z kornijskich pierogów (Cornish pasty), najwyższych oceanicznych fal, a co za tym idzie, popularności wśród surferów oraz przywiązania do tradycji. To takie angielskie Podlasie, biedniejsze od innych części kraju, ale za to popularniejsze wśród turystów. Oczywiście, swoisty konserwatyzm idzie w parze z podejrzliwością wobec przywożonych ze wschodu nowinek. Jeden z bohaterów angielskiej komedii Fisherman’s Friend (polski tytuł “Za tych co na morzu”), krytykując postawę swego adwersarza, grozi mu wykopaniem za Tamar – rzekę, która oddziela Kornwalię od Anglii. Nie ma wątpliwości, że gość nie pasował do stylu życia lokalsów. Podkreślaniu różnic sprzyja też celtyckie pochodzenie mieszkańców. Język kornijski zaginął jeszcze w pod koniec XVIII w., ale został odtworzony i obecnie włada nim biegle około 500 osób, zaś w stopniu komunikacyjnym – ok. 3000. Więc bez obaw, po angielsku wszędzie można się dogadać. Celtyckie korzenie kryją się jednak w poszczególnych słowach i zwrotach. Już w roku 1602 odnotowano, że By Tre Pol and Pen/Shall ye know all Cornishmen. Tre to miejsce, pol to staw lub studnia, a pen to wzgórze. Rzeczywiście, patrząc na mapę dostrzeżemy, zwłaszcza wśród mniejszych miejscowości, nadreprezentację tych z przedrostkiem Tre w nazwie. Kornijski jest też używany na szyldach i – ogólnie rzecz biorąc – w reklamie miejscowych biznesów.

Być w Kornwalii i nie odwiedzić Land’s End, to jak pominąć papieża w Rzymie. Najdalej na zachód położony przylądek Anglii, choć nie Wielkiej Brytanii, odwiedziliśmy po półdniowej fali deszczu i sztormu. Mgły i chmury już się podnosiły, ale wiatr smagał jeszcze powierzchnię wrzosowisk, a fale zaciekle szturmowały urwiska klifów. W przeciwieństwie do większości miejsc zarządzanych przez National Trust, wstęp na przylądek jest bezpłatny, za to bilet parkingowy – najdroższy w swojej kategorii. Pięknoduchy narzekają na obecność dużego kompleksu hotelowo-usługowego w pobliżu klifu, ale można go ominąć, a w pobliżu samego cypla wznosi się już tylko mniejszy, historyczny budynek. A gdy już stanie się na krawędzi klifu, zapomina się o wszelkich ludzkich naniesieniach za plecami, bo widok ku morzu ma magnetyczną siłę przyciągania. Oczywiście, rozglądałem się za ptakami. Było ich tam mnóstwo. Krążyły w powietrzu i odpoczywały na skałach. Nie spotkałem jednak herbowego ptaka Kornwalii – wrończyka, choć przedstawiciele krukowatych – kruk, czarnowron i kawka – masowo zasiedlali te surowe okolice. Nie zaliczyliśmy też spotkania z maskonurami. Za to powiększając zdjęcia na ekranie komputera stwierdziłem, że jedna z przybrzeżnych skał była wręcz oblepiona alkami. To było moje pierwsze spotkanie z przedstawicielami tego gatunku, chociaż podobno całkiem regularnie i licznie zimuje na Bałtyku. Najciemniej jest pod latarnią!

Krajobrazy Land’sd End oraz tamtejsze ptactwo

Park miniatur na Land’s End, w tle wrzosowiska i skały wielkości rzeczywistej

Ciało administracyjne zarządzające Kornwalią (Cornwall Council) posługuje się wielkim godłem o zgoła proletariackim wyglądzie. Średniowiecznej proweniencji tarcza Księcia Kornwalii zwieńczona, a jakże, książęcą koroną oraz wrończykiem, jest podtrzymywana przez dwóch przedstawicieli klasy robotniczej: rybaka i górnika. O ile rybołówstwo jest nadal powszechnie uprawiane, o tyle górnictwo rud miedzi i cyny skończyło się najpóźniej z Wielkim Kryzysem lat 30-tych XX wieku. Zostały po nim jednak niesłychanie liczne ślady: ruiny zabudowań, wyrobiska, a przede wszystkim – historia przemieszana z legendami i produktami masowej kultury współczesnej. Tradycja górnicza tłumaczy, dlaczego pieróg kornijski ma szeroki, spleciony na kształt warkocza obrzeżek. Otóż, w niehigienicznych warunkach kopalnianych, górnicy zjadali środek wraz z farszem (ziemniaki, marchew, brukiew i kawał wołowiny) trzymając brudnymi rękami za obrzeże, które potem wyrzucali. Trzeba przyznać, że to roztropne rozwiązanie, wziąwszy pod uwagę, że kurz kopalniany zawierał znacząca ilość naturalnego arszeniku. My wybraliśmy się do Crown Mines koło wioseczki Botallack, miejsca kręcenia scen do serialu BBC ,,Poldark’’. Znajduje się tam opuszczony kompleks budynków, otoczony wrzosowiskami, a z drugiej strony – morzem. Dwa budynki stacji pomp uczepione urwistego klifu, poniżej których pieni się morze, tworzą ikoniczny obraz. Jeśli, tak jak my, przybędzie się tam pod koniec dnia, można liczyć na efekt złotej godziny i piękne tematy dla fotografa. Miejsce wygląda idyllicznie. Można zapomnieć, że praca tu nie była przyjemna i bezpieczna. W 1895 roku podmorski korytarz kopalni został zalany wraz z pracującymi w nim ludźmi. Wkrótce potem kopalnię zamknięto i mimo prób ożywienia przed I Wojną Światową, już na dłużej nigdy nie uruchomiono.

Wielkie godło Rady Kornwalii z dodanym kornijskim tekstem dewizy

Krajobrazy Crown Mines czyli gdzie kręcono Poldarka

To nie psy Baskervillów, tylko czworonożni przyjaciele człowieka na spacerze

Drugim miejscem, gdzie górnictwo odcisnęło swoje piętno na krajobrazie, jest Bodmin Moor – pokryte wrzosowiskami, położone w centrum kornwalijskiego półwyspu, granitowe wzgórza sięgające 420 m npm. Na ich południowym krańcu leży pogórnicze osiedle Minions, uznawane za najwyżej położone w Kornwalii. To jednak nie budynki kopalni Phoenix, ani nawet imponujące pozostałości kamieniołomu, skąd pochodziły granitowe bloki użyte przy budowie Tower Bridge w Londynie, przyciągają tu gości. Tę rolę pełni, ulokowana na górnej krawędzi wyrobiska kamieniołomu, grupa skała zwana Cheesewring. Erozja wiatrowa nadała im obły, przypominający kręgi sera kształt, a ulokowanie obok obrywu skalnego – dodało dramatyzmu całej ośmiometrowej konstrukcji. W pobliżu jest jeszcze parę mniejszych grup podobnych skał. W drodze do wsi mija się kilka zespołów kamiennych kręgów, jak też pojedyncze menhiry z okresu neolitu lub nawet starsze. Ich nazwy – Hurlers Circle czy Pipers – są pochodzenia ludowego i miały stanowić przykład, jak zgubne może być oddawanie się przyjemnościom gry w kręgle lub na dudach, w dni poświęcone modlitwie. Arthur Conan Doyle umieścił na sąsiednich wrzosowiskach Dartmoor psa Baskervillów. Bodmin Moor nie mogło być gorsze, ma własną legendę o kotopodobnej bestii. Specjalnie powołana komisja rządowa (!), pracująca u schyłku XX wieku, ani nie potwierdziła, ani nie zaprzeczyła jej istnieniu. Faktem jest, że obecnie podstawową formą wykorzystania wrzosowisk jest pasterstwo. Trzoda czasem ginie, a państwo wypłaca odszkodowania, więc legenda może mieć całkiem komercyjne tło. A może daje tu o sobie znać swoista celtycka anarchia. Po ukazaniu się na ekranach kin animowanego filmu o Minionkach, miejscowi ozdobili tablicę drogową z nazwą miejscowości figurkami bohaterów filmu. Władze wymogły wprawdzie doprowadzenie tablicy do standardowej formy, ale od tego czasu, czyli już 8 lat, nieznana ręka wkleja tu i ówdzie podobizny Minionków.

Pozostałości zabudowań Phoenix Mine

Kamieniołom gdzie dobywano skały na budowę Tower Bridge

Stone’s Hill z kamieniołomem i grupami skalnymi na szczycie

Skały Cheesewring są też symbolem tutejszej parafii

Most z XII w. na rzeką Fowey w Lostwithiel

Potencjalne ofiary bestii z Bodmin Moor

Cheesewring i jego sąsiedzi

Hurlers Circle z zabudową kopalnianą w tle

Przejaw działania partyzantki celtyckiej, fot. Skull Kid, lic. CC BY-SA 4.0

Kornwalia nie jest wprawdzie znana, jako kraina zamków, ale wynika to chyba z ich nienajlepszego stanu. My odwiedziliśmy dwa miejsca z zamkową przeszłością. Położony na brzegu Atlantyku zamek Tintagel wznosił się na skalistym przylądku. Niszcząca  działalność morza spowodowała zawalenie się lądowego łącznika, czyniąc to miejsce jeszcze zdatniejszym do obrony. Gdy w roku 1136 Geoffrey z Monmouth wydał Historia Regum Britanniae, w którym to dziele wskazał Tintagel, jako miejsce narodzin legendarnego króla Arthura, były tam tylko resztki celtyckiego osiedla sprzed 600 lat. Jednak, zainspirowani legendą książęta Kornwalii zbudowali tam kolejny zamek. Warunki życia były jednak na tyle surowe, że sami władcy rzadko tam przebywali, a duchowny zobowiązany do codziennego odprawiania mszy w zamkowej kaplicy, starał się jak mógł, by uniknąć tego obowiązku. Dzisiaj, prócz szczątków murów, miejsce chlubi się imponującym mostem wiszącym, łączącym ponad erozyjnym zapadliskiem obie części dawnego terenu zamku oraz ażurową figurą wspartego na  mieczu rycerza w królewskiej koronie, zwanego Gallos, ale powszechnie utożsamianego z królem Arthurem. W bonusie warto odwiedzić miejscowy XII wieczny kościółek położony z dala od zabudowy, otoczony cmentarzem, na którym poczesne miejsce zajmuje grób chłopca okrętowego, jedynej ofiary katastrofy włoskiego statku handlowego w roku 1893. Oprócz oryginalnej patronki – św. Materiany i kamienia z rzymską inskrypcją z IV w. w transepcie, kościółek wart jest odwiedzenia dla oryginalnego widoku na zamkowy przylądek.

Nowy most łączący obie części zamku

Ruiny zamku, visitors’ center oraz Hotel Tintagel w tle.

Widok na górny i dolny most prowadzące do zamku Tintagel

XII wieczny kościółek na klifach Tintagel

Normańska chrzcielnica

Ruiny zamku Tintagel

Gallos, alias Król Arthur

Grób chłopca okrętowego

Wizerunek patronki kościola

Zamek Restormel, górujący nad doliną rzeki Fowey, na północ od niegdysiejszej stolicy Kornwalii – miasteczka Lostwithiel – jest lepiej zachowany i z powodu sielskiego otoczenia, jak też umiarkowanej liczby turystów, zachęca do dłuższej wizyty. Ciekawostką jest, że zbudowano go na planie regularnego koła, prawdopodobnie, by lepiej dopasować go do kształtu wzgórza, na którym wyrósł. Malownicza ścieżka biegnąca koło dworu o tejże nazwie, przez arkadowy most nad rzeką oraz las z pomnikowymi okazami cisów, doprowadza w 30-40 minut do Duchy of Cornwall Nursery. Działalność szkółki roślin ozdobnych, a może i gatunków leśnych, pewnie jest tu prowadzona, ale w gruncie rzeczy to to najpiękniej położony sklep ogrodniczy, w którym kiedykolwiek przebywałem. W dodatku, dalekie widoki na dolinę Fowey, pokryte lasami wzgórza oraz ruiny zamku Restormel z drugiej strony rzeki, można podziwiać sącząc kawę i zagryzając wypiekami z miejscowej kawiarni.

Zamek Restormel zbudowano na planie koła

W Restormel zachowało się więcej murów niż w tintagel

W książęcych lasach rosną monumentalne cisy

Brama na zamkowy dziedziniec

Widok na dolinę rzeki Fowey i ruiny zamku od strony książęcej szkółki ogrodniczej

Kawiarnia w Duchy of Cornwall Nursery

Trzmielowa łąka w szkółce ogrodniczej

Klifowy charakter wybrzeży Kornwalii powoduje, że zasiedlano każde obniżenie powstałe, najczęściej, w miejscu ujścia rzek i strumieni. Wysunięte w morze skały dawały osłonę mniejszym i większym portom, gdzie łodzie rybackie i statki handlowe mogły znaleźć zaciszną przystań. Dzisiaj malowniczość portowych miasteczek działa jak magnes ściągający turystów, głównie brytyjskich, choć nam udało się spotkać też kilku Niemców. Mevagissey już na zawsze zostanie dla nas symbolem Kornwalii, jednak doceniliśmy też uroki dwóch innych odwiedzonych miejscowości. 

Port Isaac na atlantyckim wybrzeżu rozsławili filmowcy oraz śpiewająca szanty folkowa grupa Fisherman’s Friends. Nawiasem mówiąc, o niej też nakręcono film fabularny. Wcześniej był jednak serial o wybitnym w swej profesji, lecz upośledzonym emocjonalnie, doktorze Martinie. Miejscowostka licząca mniej, niż tysiąc mieszkańców, zmaga się teraz z najazdem turystów, których dzienna liczba przekracza liczbę tubylców. Okupują charakterystyczny dla Port Isaac, szeroki na 30 metrów slip, po którym woduje swoje jednostki miejscowa stacja ratownictwa morskiego. Przesiadują w byłej metodystycznej kaplicy, pełniącej funkcje kultowe do lat 90-tych XX w., w której umieszczono najpierw wytwórnię ceramiki, by ostatnio przerobić ją na kawiarnię (UWAGA: kuchnia działa tylko do 16:00), sprzedającą w bonusie wszelkie możliwe pamiątki i produkty związane z morzem. W starej kaplicy anglikańskiej działa hotel odgrywający w filmie o doktorze Martinie rolę szkoły. Malutki domeczek, w którym miał mieszkać doktor, podobno można wynająć, ale nie znajdziecie w internecie żadnej informacji o cenie i warunkach wynajmu. Na pewno trzeba to zrobić z kilkuletnim wyprzedzeniem. Przydatne jest też, jeśli potencjalny wynajmujący dysponuje oryginalnym pojazdem, np. pomalowaną na różowo, sportową wersją Forda Ka. Moim odkryciem był widok z okolicznych klifów ku pn-wsch., zamknięty przez przylądek, na którym wznoszą się pozostałości zamku Tintagel.

Widok na port oraz stary i nowy kościół w Port Isaac

Doktor Martin mieszkał w najmniejszym z widocznych domków

Port Isaac ze słynnym slipem gdzie odbywają się koncertu Fisherman’s Friends

Widok z Port Isaac na półwysep zamkowy w Tintagel

Miasteczko Fowey wykorzystuje specyficzną kornijską wymowę swej nazwy, jako slogan reklamowy. “Foy rhymes with joy!”. Miejscowy port położony w estuarium rzeki Fowey jest na tyle duży, że pełnił rolę miejsca załadunku kornijskich rud i kaolinu (glinki porcelanowej), a w czasie II Wojny Światowej – amunicji dla amerykańskich oddziałów biorących udział w inwazji w Normandii. My obserwowaliśmy ruch w porcie z malowniczego tarasu miejscowej pizzerii. Większych jednostek nie zaobserwowaliśmy, ale pod względem ilości zakotwiczonych łodzi Fowey przewyższa pozostałe odwiedzone przez nas miasteczka. Ruch na wodzie zapewniały tramwaje wodne, kierujące się do położonego na drugim brzegu estuarium Polruan oraz zawodnicy miejscowego klubu szlifujący swoje umiejętności skoordynowanego machania wiosłami. Architektura miasteczka jest wyraźnie wystawniejsza, niż portów rybackich. Oprócz imponującej świątyni, ku niebu wznoszą się wieże the Place – bezpretensjonalnie nazwanej rezydencji zamieszkiwanej od XIII wieku przez rodzinę Treffry (nazwisko zdradza pochodzenie). Na  nabrzeżu wznosi się pomnik gargantuicznej wielkości ptaszyska dzierżącego w łapie książkę, na pamiątkę faktu, że w pobliżu Fowey mieszkała i tworzyła Daphne Du Maurier, spod której pióra wyszło opowiadanie ,,Ptaki’’, służące za podstawę scenariusza słynnego filmowego horroru pod tym samym tytułem. Z polskiej perspektywy ciekawą nazwę ,,King of Prussia’’ ma zajazd na nabrzeżu. Podobno upamiętnia Fryderyka Wielkiego i jego militarne sukcesy w czasie wojny siedmioletniej (1756–1763). Cóż, należy pamiętać, że Wlk. Brytania i Prusy były wówczas sojusznikami, a niemiecko-brytyjskie wojny XX wieku, z perspektywy wielowiekowej współpracy jawią się, jako swego rodzaju aberracja.

Estuarium rzeki Fowey widziane sponad pizzy

Pomnik Daphne du Maurier na nabrzeżu

Wieża kościoła i rezydencji the Place ponad estuarium rzeki Fowey

Kościół w Fowey

Fryderyk Wielki jest patronem tego zajazdu

Uliczka w Fowey

Za pierwszego pobytu w Anglii odwiedziłem rodzinę mieszkającą w Royal Leamington Spa, w centralnej części kraju. Gospodarze pokazali mi wszystkie miejscowe atrakcje, w tym kościół anglikański. Traf chciał, że napotkaliśmy proboszcza, który wdał się ze mną w pogawędkę. Po wymianie klasycznych uwag rozpoznawczych, przeszedł do zwrotów grzecznościowych. Wkrótce przekonałem się, że wyniesiony z kursu angielskiego zestaw 2-3 takich zwrotów, to dramatycznie mało, gdyż gospodarz sypał kolejnymi, jak z rękawa, a ja musiałem się powtarzać. Od tego czasu jestem admiratorem angielskiego “small talk”, czy szerzej, wyspiarskiego sposobu komunikacji międzyludzkiej. Sama lektura wywieszek dostarczała wielu smaczków. Na nabrzeżu w Mevagissey ostrzegano przed mewami, określając je przymiotnikiem “vicious”. W piekarni zapewniano, że nie pobierają gotówki, gdyż zamiast liczyć bilon, wolą rozmawiać z klientami. W kościele, by podkreślić wiekowość jego murów, używano określeń o ich przesiąknięciu modlitwą – “soaked up with prayers”. W Polsce zwykliśmy się zżymać na anglosaską uprzejmość na pokaz. Ja odbieram ten staranny dobór słów i zwrotów, jako przejaw szacunku dla rozmówcy, a jest to zjawisko dosyć rzadko spotykane w naszym kraju.

Port w Mevagissey

Angielska kuchnia nie jest szczególnie wyrafinowana. Jechaliśmy z przekonaniem, że w Kornwalii będziemy się żywić rybami i to się potwierdziło. Najlepszą kuchnię w Mevagissey,  wraz z najbardziej towarzyską szefową sali, ma restauracja tajska. Druga w kolejności jest restauracja portugalska, ale do niej nie udało nam się nigdy dostać. Nie dość, że działała tylko w porze lunchu i wieczorami, to jeszcze, albo była cała zarezerwowana, albo zamknięta z powodu małego ruchu. O dziwo! trzecia restauracja etniczna w mieście, serwująca dania hindusko-bangladeskie, nie jest w ogóle godna zapamiętania. Każdy szukający usług angielskiej gastronomii musi być gotowy na niespodzianki. A to – kuchnia działa krócej, a bar dłużej, a to – godziny otwarcia są całkiem egzotyczne, a to – gdy już poznasz grafik pracy kucharza, okaże się, że w piątek kończy wcześniej, bo lokal przygotowuje się na koncert jakiegoś zespołu. Za to puby, to nie miejsca posilania się i gaszenia pragnienia, ale instytucje publiczne! Nic dziwnego, że w przewodnikach kładzie się nacisk na liczbę pubów działających dłużej, niż 300 lat, a najstarszy taki przybytek w mieście dumnie dzierży tytuł “Father of all pubs”.


Z wszystkich zaplanowanych atrakcji nie udało się nam tylko odwiedzić St. Michael’s Mount – kornwalijskiego odpowiednika bardziej znanego Mont Saint Michel w Normandii. Trochę za późno wzięliśmy się za rezerwację miejsc i okazało się, że z dnia na dzień jest to niemożliwe. Uruchomiłem wtedy nie mniej atrakcyjny plan B, za co otrzymałem pochwałę z ust naszego dziecka. I właśnie to jest w Kornwalii najfajniejsze. Liczba miejsc, które chciałoby się zobaczyć, pozwala na snucie wielu alternatywnych planów oraz spontaniczne improwizacje w rodzaju odwiedzin w szkółce ogrodniczej księcia Kornwalii. Podziomek, dla której Chorwacja jest niedościgłym wzorem kraju turystycznego, kilka razy obdarzyła miejscowe widoki komentarzem “Jak w Dalmacji, tylko chłodniej”. A przełamawszy obawy przed lataniem, przychylniej spojrzała na plany wizyty w Szkocji, snute przez pozostałych członków rodziny.

Kategorie
Niemcy

O królach, młynarzach i pałacach, czyli weekend w Poczdamie

Ramiona wiatraka typu holenderskiego bezszelestnie obracały się ponad koronami drzew otaczających plac z Wielką Fontanną u podnóża pałacu Sanssouci. Ten widok w osobnikach związanych wykształceniem lub więzami rodzinnymi z wymiarem sprawiedliwości wywołał natychmiastowe skojarzenie ze słynnym sporem Fryderyka Wielkiego z dzierżawcą młyna Johannem Wilhelmem Grävenitz. Monarsze, który w swym pałacu miał spędzać czas “bez trosk”, przeszkadzał odgłos pracującego młyna. Zażądał jego uciszenia, czy wręcz odsprzedaży. Gdy krnąbrny młynarz nie był skłonny do współpracy, zagroził nakazem zamknięcia całego interesu. Na co, według najbardziej popularnej wersji tej historii, usłyszał hardą odpowiedź: “Są jeszcze sądy w Berlinie”. To wystarczyło żeby monarcha się wycofał rozumiejąc, że nie może podważać autorytetu powołanych przez siebie instytucji.

Słynny poczdamski młyn z dwóch perspektyw.

Fryderyk Wielki jest bohaterem dziesiątków podobnych anegdot, służących nie tylko ociepleniu jego wizerunku, ale i przekonaniu obywateli państwa pruskiego, że jego system organizacyjny i sposób działania nie mają sobie równych w Europie i na świecie. Dzierżawca Grävenitz był postacią rzeczywistą, a w archiwach pruskich zachowało się jego pismo do zarządcy królewskich dóbr, w którym żądał odszkodowania za to, że pałac królewski i mur otaczający sąsiednią winnicę zakłócają cyrkulację powietrza, przez co młyn pracuje mniej wydajnie. Odpowiedź na to pismo chyba się nie zachowała, ale faktem jest, że wkrótce potem Grävenitz wzniósł dwa młyny w innych lokalizacjach.

Młynarze w życiu i działalności Fryderyka Wielkiego odegrali niepoślednią rolę. W roku 1741, podczas pierwszej wojny śląskiej, podróżujący w nielicznym towarzystwie król został zaskoczony przez liczniejszy patrol austriacki i musiał szukać schronienia za kołem młyńskim u młynarza w Moszczance (Langenbrück). Młyn istniejący do 1945 roku, zwano odtąd Królewskim. W 1779 roku król przyjął na audiencji młynarza Christiana Arnolda, który dzierżawił młyn wodny w Pomorsku (Pommerzig), między Sulechowem, a Zieloną Górą. Poskarżył się on na niekorzystne dla niego wyroki sądów w sporze o wysokość opłaty dzierżawnej wnoszonej corocznie na rzecz właściciela okolicznych ziem – Gottfrieda Heinricha Leopolda von Schmettau. Gdy inny sąsiad przekierował strumień zasilający koło młyńskie do swoich stawów rybnych, młyn nie przynosił dochodów pozwalających, według młynarza, na ponoszenie dotychczasowych kosztów dzierżawy. Król, po zbadaniu sprawy, przyznał rację młynarzowi, lecz ani zamieszani w sprawę sędziowie, ani odpowiedzialny za sądownictwo w Prusach wielki kanclerz – Maximilian von Fürst und Kupferberg, nie zamierzali zmienić zapadłych orzeczeń. Fryderyk nie wykazał w tym przypadku wyrozumiałości. Kanclerz usłyszał żołnierska komendą: “Marsz stąd! Twoje stanowisko zostało już zajęte przez kogoś innego!” (Marsch! Seine Stelle ist schon vergeben!), a przedstawiciele Temidy trafili na rok do twierdzy. 

Ponieważ sędziowie nigdy nie cieszyli się nadmierną popularnością, wyrok był kontestowany tylko przez berlińską śmietankę towarzyską. Starzejący się monarcha już nie był dobrotliwym władcą i oświeconym legislatorem lecz, niczym współcześni populistyczni politycy, pokazał swe oblicze nadprokuratora. Jego wyroki zostały skasowane dopiero przez kolejnego króla na tronie pruskim. A ingerencji władców w działanie wymiaru sprawiedliwości formalnie zakazano dopiero w konstytucji Prus z 1850 roku.

Kajuta kapitańska na barce zacumowanej u brzegów jeziora Tiefer See była godnym miejscem zakwaterowania podczas wycieczki dla uczczenia 35 lecia wspólnej z Podziomkiem podróży przez życie. Wokół kołysały się zacumowane rozmaite łodzie i jachty. Z okien widać było zróżnicowaną zabudowę Schiffbauergasse – wbrew nazwie nie kryjącej w sobie stoczni, ani nie będącej uliczką – dzielnicy kultury z przemysłowo-wojskową przeszłością. Ponad nią kłuła niebo 84 metrowa wieża rezydencji senioralnej pod wezwaniem Ducha Świętego. Wezwanie, lokalizacja i wysokość wieży stanowią nawiązanie do stojącego nad brzegami Haweli kościoła, zniszczonego podczas alianckich nalotów w kwietniu 1945 roku. Prócz urozmaicenia panoramy miasta i, niewątpliwie, pożytecznej funkcji, kompleks raczej razi przytłaczająca architekturą. To tym dziwniejsze, że projektant pochodził z Włoch, a jego propozycję wybrano w międzynarodowym konkursie. Może jednak inwestor był wyjątkowo skąpy i oszczędzał na estetyce. Znacznie korzystniej prezentuje się położona na drugim brzegu jeziora wieża Flatowturm. Może dlatego, że za wzór posłużyła jej jedna ze średniowiecznych bram miejskich Frankfurtu nad Menem, a może – że zamieszkiwali w niej nie emeryci, lecz goście następcy tronu (późniejszego cesarza Wilhelma II). Jednak, abstrahując od porównań architektonicznych, najfajniej było wyjść cicho na pokład barki, by oddać się obserwacjom kaczek, łysek, perkozów i dzikich gęsi bujających się na wodach jeziora w samym środku, jakby nie było, stolicy Brandenburgii.

Toporna architektura kompleksu senioralnego pw. Ducha Świętego

Dzikie gęsi nad naszym hotelem na wodzie

Domy Berliner Vorstadt przeglądają się w tafli jeziora

Schiffbauergasse

Flatowturm upamiętnia w nazwie fakt, że dochody z królewskiego majątku w Złotowie posłużyły na jej budowę

Widok z okna kajuty kapitańskiej

Zaalarmowane córki dały nam znać, że jakiś facet zadzwonił do nich z numeru Podziomka twierdząc, że znalazł jej telefon komórkowy. Byliśmy już w okolicy cerkwi Aleksandra Newskiego, jakieś 10 minut od Belwederu na Pfingstbergu. Musieliśmy wrócić pod górkę, wzdłuż ogrodzenia cmentarza żydowskiego, ale dzięki szybkiej reakcji pracownika kasy, nie tylko odzyskaliśmy niezbędny w dzisiejszych czasach sprzęt, ale i wysłuchaliśmy fragmentu koncertu klezmerskiego trio. Pozostawieniu telefonu na ławce sprzyjały okoliczności. Wyniosły czworobok ceglanych ścian oporowych, poprzecinany łukowato sklepionymi niszami i porośnięty winobluszczem, otacza kwadratową sadzawkę, w której ciemnej toni odbijają się szczegóły niezwykłej architektonicznej zachcianki króla Fryderyka Wilhelma IV. Górą dziedziniec otaczają zadaszone kolumnady, mające na dwóch narożnikach niewielkie pomieszczenia. Jedno z nich, zdobione fantazyjnymi mozaikami, jest obecnie popularnym miejscem ceremonii ślubnych. Hohenzollernowie zaś przybywali tu dla podziwiania widoków i na herbaciane podwieczorki. Wprawdzie w owym czasie normą było ukrywanie funkcji użytkowych w atrakcyjnej, a zwodniczej formie architektonicznej, ale pomysłodawca nie kazałby wznieść tak okazałego kompleksu tylko po to, by ukryć w nim herbaciarnię. W planach miał budowę całej kaskady, po której wody spływały by ku kryjącym kolejne królewsko-cesarskie rezydencje Nowym Ogrodom. Czyli Belweder miał, przypuszczalnie, pełnić funkcję wieży ciśnień. Drzewa na stokach wzgórza rozrosły się jednak z latami tak, iż poza okresem zimowym, widoki są bardzo fragmentaryczne, ale dzięki temu wrażenia osób docierających do kompleksu wzmocnione są o efekt zaskoczenia. Jest to po prostu budowla klasy: Wow!

Belweder, czyli herbaciarnia ukryta w wieży ciśnień

Na pytanie, jak wygląda park Sanssouci, Podziomek rzuciła w słuchawkę: “Jak Łazienki, tylko bardziej!”. Nie chodzi tu wyłącznie o powierzchnię (500 vs. 76 ha), ale o nagromadzenie zabytków i pamiątek historii. Cóż, możliwości króla pruskiego w XVIII wieku znacząco przekraczały te, którymi dysponował jego polski odpowiednik. W Polsce Fryderyk Wielki kojarzy się głównie z armią i rozbiorami, tymczasem w Niemczech – kładzie się nacisk na walory reformatora państwa i króla filozofa. Nie przypadkiem w naszym hotelu na wodzie wisiała rycina przedstawiająca “Starego Fryca” grającego w pałacowej komnacie na flecie i mającego za słuchaczy swoje ulubione psy wylegujące się na fotelach. Odzwierciedla ona ambicje władcy, który miał się za znawcę i wyrocznię w dziedzinie kultury. To on zapoczątkował planowanie założenia parkowo-pałacowego w Poczdamie. Narzucał przy tym architektom własne rozwiązania, a w razie różnicy zdań potrafił wtrącić oponenta do karceru. Jego następcy nie chcieli być gorsi, nie tyle w traktowaniu architektów, ile w zakładaniu kolejnych otoczonych zielenią rezydencji. A że nawet największy pałac nie był traktowany jako założenie wielopokoleniowe, kolejne dzieci i ich małżonkowie budowali dla siebie nowe siedziby. Aż strach pomyśleć, ile mieliby pałaców, gdyby Niemcy nadal były monarchią. 

Mapa pokazująca posiadłości królewsko-cesarskie na tle Poczdamu. Przy okazji uzmysławia jaką część miasta zajmują wody. Fot. Tschubby, lic. CC BY-SA 3.0

Dzięki znacznej powierzchni ogrodów Sanssouci spacerowicze nie mają odczucia przeciskania się w tłumie. Chyba, że zdecydują się na wykupienie biletów i zwiedzanie wnętrz, chociaż i w tym przypadku dzienna liczebność gości jest odgórnie ograniczana. W każdym razie, okolice tutejszego Belwederu, czy Bażanciarni można uznać za wręcz odludne, a że ogrody wokół nich planowano w stylu angielskim, dzisiaj ma się wrażenie przebywania w brandenburskich lasach, a nie w centrum landowej stolicy. Ze spaceru, oprócz opalenizny, wynieśliśmy spostrzeżenie, że drzewka figowe rosnące na tarasach pod tytułowym pałacem, chronione są przed kaprysami klimatu przez umieszczenie w wyeksponowanych ku południowi wnękach muru oporowego, z których każda ma możliwość odcięcia od zewnętrznego świata przez zatrzaśnięcie przeszklonych odrzwi. Nowy Pałac, rzeczywista siedziba władców i miejsce sprawowania władzy przez królów pruskich i cesarzy Niemiec jest, w moim odczuciu, mniej ciekawy od równoległych budynków gospodarczych, zwanych Communs. Wprawdzie kryły one kuchnie, magazyny i mieszkania służby pałacowej, ale dla architektów ich rola polegała na efektownym zamknięciu dziedzińca paradnego rezydencji. Stąd zaprojektowali na przykład przykuwającą wzrok kolumnadę łączącą oba skrzydła budynku. Użytkownicy pałacu zyskali więc ciekawy widok ze swoich okien, a jego obsługa i tak miała za mało czasu na kontemplowanie długiej i nieco monotonnej fasady siedziby swego chlebodawcy. Dzisiaj, w budynku znalazł swoją siedzibę Uniwersytet Poczdamski. Nie jest on notowany w pięćdziesiątce najlepszych niemieckich uniwersytetów, ale w rankingu na atrakcyjność architektoniczną siedziby nie miałby kłopotu, by ulokować się w czołówce. Nie wielkością, ale wysmakowaniem neoklasycznej architektury oraz otaczającymi ogrodami, zauroczył nas pałac Charlottenhof. Zamieszkiwał w nim następca tronu – Fryderyk Wilhelm, później znany jako czwarty król pruski tychże imion. Za czasów jego panowania (lata 40-te i 50-te XIX w.) wzniesiono w Poczdamie i Berlinie wiele ciekawych budowli, a z jego osobistej inicjatywy zakończono budowę katedry kolońskiej. Co ciekawe, nazwa noworzymskiej willi nie upamiętnia żadnej koronowanej małżonki, czy córki, lecz Marię Charlottę von Gentzkow – właścicielkę dóbr zakupionych jako prezent bożonarodzeniowy od króla dla księcia i jego małżonki. 

Pałac Sanssouci od strony Wielkiej Fontanny. Imponujące tarasy porośnięte winoroślą i drzewkami figowymi

Oranżeria

Boczna, ale bardziej ciekawa fasada Nowego Pałacu

Charlottenhof, czyli wariacja na temat rzymskiej willi

Paradna, choć mniej fotografowana, fasada pałacu Sanssouci

Kolejny Belweder

Uniwersytet Poczdamski, czyli dawne budynki gospodarcze pałacu

Ogrody pałacu Charlottenhof

Ogród angielski pod Belwederem

Malowniczo położony między jeziorami Heiligersee i Jungfrausee park Nowe Ogrody skrywa dwa pałace: Marmurowy i Cecilienhof. Ten pierwszy zbudowano z inicjatywy następcy Fryderyka Wielkiego – króla Fryderyka Wilhelma II. Władca był członkiem kilku lóż masońskich, a jego wolnomularska skłonność do tajemniczych rozwiązań znalazła odzwierciedlenie w architekturze pomniejszych budynków użytkowych. I tak piramida skrywała dworską chłodnię, świątynia rzymska – kuchnię, domek gotycki – królewską bibliotekę, a za egipska fasadą hodowano rośliny ciepłolubne. Stojąc na tarasie od strony jeziora i podziwiając odbicie w wodzie subtelnych detali architektury pałacu trudno zrozumieć, co przyświecało decydentom z czasów NRD, którzy umieścili tu muzeum sprzętu wojskowego używanego przez stojącą na straży pokoju Narodową Armię Ludową. Drugi z pałaców – Cecilienhof mógł być znany wyłącznie z tego, że był chronologicznie ostatnim zbudowanym przez Hohenzollernów, gdyby nie fakt, że radzieccy zdobywcy dostrzegli w nim potencjał do przeprowadzenia pod jego dachem konferencji mającej zdecydować o losie pokonanej III Rzeszy w 1945 roku. Odbyło się tu więc rytualne malowanie trawy na zielono, ale też dokonano nasadzeń na, istniejącej do dzisiaj, rabacie w kształcie i kolorze czerwonej gwiazdy oraz zwieziono meble z innych pałaców w Poczdamie. No, a potem podzielono Niemcy na strefy okupacyjne, z których jedną, całkiem nieformalnie i bezterminowo, obdarowano Polskę. W nie odwiedzonych przez nas wnętrzach znajduje się akcent związany z naszym krajem. Reprezentacyjne schody z części oficjalnej do prywatnej pałacu, były podarunkiem dla następcy tronu od miasta Gdańska. Dlaczego właśnie Gdańska? Ano, następca tronu był tytularnym dowódcą tamtejszej jednostki kawalerii, tzw. huzarów śmierci, o czym pisałem w jednym z wcześniejszych wpisów. Chichotem historii jest, że w obiekcie wzniesionym dla miłośnika angielskiej architektury epoki Tudorów, dwóch Anglosasów i jeden komunista pochowali ostatecznie niemieckie marzenia o panowaniu nad światem. 

Domek Gotycki (biblioteka) i Pałac Marmurowy ulokowane są nad samym brzegiem jeziora

Egipska fasada Oranżerii

Piramida skrywała pałacową chłodnię

Meierei, czyli od mleczarni przez stację pomp do mini browaru i pubu

Pałac Marmurowy od strony gdzie za NRD eksponowano wyposażenie wojskowe

Pałac Cecilienhof, dziedziniec z kwietną gwiazdą. Fot. Sveter, lic. CC BY-SA 2.5

Pałac Cecilienhof od strony jeziora

I od strony parku

Schody – podarunek od miasta Gdańska (ówcześnie Danzig), fot. A. Lange, źródło: spsg.de/schloesser-gaerten/ objekt/schloss-cecilienhof

Poczdam, to nie tylko królewsko-cesarskie pałace. To bardzo przyjemne i harmonijnie zabudowane miasto, gdzie co zamożniejsi mieszkańcy w swoich willach na Berliner Vorstadt mogą się cieszyć widokiem na monarchiczne założenia pałacowo-parkowe. To miasto, gdzie trzy bramy miejskie nie służyły nigdy jego obronie, lecz wedle miejscowej anegdoty miały wyłącznie umożliwiać kontrolę żołnierzy lokalnego garnizonu i odstraszać ich od pokusy dezercji. To, oczywiście, jest miejska legenda. Miasta powstałe w okresie baroku, np. mój rodzinny Białystok, nie były otoczone murami, a w bramach zazwyczaj pobierano opłatę targową od przybywających tu kupców. Oświeceni władcy sprowadzali kolonistów z różnych części Europy, czego śladami w Poczdamie są: kwartał holenderski, którego zabudowa całkiem udanie imituje architekturę Niderlandów; dzielnica tkaczy czeskich, znana zresztą do 1934 roku, jako Nova Ves oraz Alexandrovka, czyli potiomkinowska wioska z zatopionymi w zieleni ogrodów drewnianymi domami, zbudowana dla muzyków, których car Aleksander II podesłał, ku umileniu wolnych chwil, swojemu pruskiemu kuzynowi. Jest tu gdzie przysiąść na kawę i lody – tu polecają się okolice Luisenplatz – jak i zrobić zakupy na Brandenburger Str. My na obiad wybraliśmy pobliską restaurację w dawnych stajniach ułanów ze straży pałacowej. Karmią tam bez polotu, ale porcje są solidne, a ja, jako miłośnik jeździectwa, mam słabość do postajennych wnętrz. Restauracja w pobliżu nowej siedziby teatru, ze względu na kształt dachu, porównywanego do gmachu opery w Sydney, to już zupełnie inna liga. Z ponad stołu zastawionego wyrafinowanymi propozycjami szefa kuchni, można podziwiać ruch jednostek żeglujących po jeziorze, a samemu być obserwowanym przez mewy, a nawet czaple siwe przysiadające na sterczących z wody palach.

Zabudowa willowa Berliner Vorstadt

Podwórko w kwartale holenderskim

Brandenburger Str. z kościołem katolickim w tle

Odbudowany Pałac Miejski

Ewangelicki kościół św. Mikołaja

Zabudowa willowa Berliner Vorstadt

Zupełnie jak w Niderlandach

Brama Brandenburska w Poczdamie jest starsza od berlińskiej imienniczki

Friedrich Ebert Str. z Nową Bramą w tle

XII-wieczna mozaika z kościoła w Murano trafiła do kościoła Pokoju na skraju Parku Sanssouci


Nasz boathotel miał jedną wadę – był na stałe zacumowany do nabrzeża. Chcąc temu zaradzić, wybraliśmy się na półtoragodzinną wycieczkę statkiem, w trakcie której mogliśmy z jeziorowo-rzecznej perspektywy poznać zabytki miasta, do których nie dotarliśmy na piechotę. W ten sposób zobaczyliśmy pałac w Babelsbergu i kościół Zbawiciela w Sacrow, kasyno w Parku Glienicke oraz wiodący do tej dzielnicy słynny most szpiegów. Co prawda, właśnie na czas tej wycieczki niebo zasnuło się chmurami, ale brak słońca rekompensowały nam jaskrawo kwieciste stroje grupy Koreanek, które na statku celebrowały jakąś grupową uroczystość. Początek i koniec tej wycieczki wypadał na przystani przy Lange Brücke. Ta okolica była najmocniej zniszczona podczas nalotów i szturmu na miasto w 1945 roku. Niemcy, zarówno wschodni jak i zachodni, nie mieli zaraz po wojnie tak nabożnego stosunku do odbudowy zabytków, jak Polacy. Tak więc rekonstrukcję rozpoczęto dopiero 20 lat po wojnie, starannie przy tym pomijając obiekty kojarzone z pruskim dziedzictwem. W ten sposób rozebrano pozostałości najstarszego, bo pochodzącego z końca XVII wieku, Pałacu Miejskiego, na którego miejscu planowano budowę teatru. Zjednoczenie Niemiec przyniosło nowe podejście do kwestii rekonstrukcji zabytków. Odbudowano pomniejsze obiekty w kompleksach pałacowo-parkowych; w odtworzonym Pałacu Miejskim ulokowano Landtag Brandenburgii, a obecnie na ukończeniu jest odbudowa kościoła garnizonowego. Towarzyszyły temu dyskusje równie burzliwe, jak w przypadku warszawskiego Pałacu Saskiego. Gdy jednak budowa dobiegła końca, budynki wpisały w się w miejski krajobraz, a ulokowane w nich instytucje rozpoczęły funkcjonowanie, emocje opadły i dostrzeżono w nich urbanistyczną korzyść. Jeśli mogło się tak zdarzyć w Poczdamie, to może i w Warszawie. Czego doczekania sobie i wszystkim życzę.

Pałac Babelsberg

Kościół Zbawiciela w Sacrow

Kasyno w Parku Glienicke

Kongsnæs – Cesarska Stacja Żeglarska zarówno nazwą jak i architekturą nawiązuje do wzorców norweskich