Kategorie
Wielka Brytania

W poszukiwaniu delfinów czyli podróż bezdrożami i najbardziej krętymi drogami Szkocji

Zdyszani dobiegliśmy do pomostu, przy którym cumował spacerowy kuter noszący imię Julie-Ann. Wybranie pierwszego z brzegu parkingu w porcie Lochinver nie było najlepszym pomysłem. Na pokładzie siedziało już kilkanaście osób, a nawet dwa niewielkie psiaki. Przy trapie krzątał się długi jak tyczka, nieco rozczochrany i szczerbaty osobnik, którego strój i sposób bycia znamionowały szypra tej jednostki. “Jestem Kieran, a Ty pewnie jesteś Krzysztof” przedstawił się, równocześnie mnie identyfikując. Tu warto wspomnieć o ogólnobrytyjskim zwyczaju niesprawdzania biletów zakupionych online. Wystarczy podać swoje nazwisko. W przypadku Kierana jak widać wystarczyło, by zapamiętał egzotyczne dla szkockiego ucha brzmienie mojego imienia. W tradycji celtyckiej mężczyźni o imieniu Kieran są postrzegani jako ludzie odważni, lojalni i godni zaufania. To niewątpliwie potrzebne cechy gdy twoja praca polega na wożeniu po morzu coraz to nowych grup wędkarzy, birdwatcherów czy innych żądnych silniejszych wrażeń mieszczuchów. Wyjście z portu wiodło pod wiatr, więc wkrótce musieliśmy zawierzyć Kieranowi, że nie pozwoli, by rozbijane dziobem fale zamieniły się w dokuczliwy, zimny prysznic.

Patrząc jak w sterówce radzi sobie z nawigowaniem po wodach Loch Inver (tak, w nazwie zatoki są dwa słowa, które w nazwie miejscowości zlały się w jedno) złapałem się na refleksji, że Kieran bardzo przypominał mi śp. Edka Dybowskiego, pod którego szyprowskim okiem pływałem w roku 1986 na rybackim kutrze “Dziunia” po wodach Zatoki Admiralicji na wyspie King George u wybrzeży Antarktydy. Odpowiadałem tam wprawdzie głównie za obsługę wyciągarki do sieci, którymi łowiliśmy nadzieję polskiego przetwórstwa rybnego czasów Edwarda Gierka – skorupiaka zwanego krylem antarktycznym. Edek miał rybackiego nosa. Bez pomocy sonaru potrafił wyśledzić stada tych zwierzątek i to w czasie nocnych rejsów. Podziwiałem go też za nadzwyczajne zdolności znoszenia chłodu – co do zasady nie używał w pracy rękawic nakładając je dopiero na lądzie. Spędziliśmy wspólnie wiele zimnych nocy, doświadczyliśmy wielu udanych i nieudanych połowów, a ja nawet rozbilem sobie głowę po uderzeniu ramy sieciowej przy slipowaniu na wzburzonym morzu. Edek był człowiekiem małomównym i nieskorym do pochwał. Tym bardziej ceniłem sobie, że podczas testowania nowej łodzi, gdy jej silnik odmówił posłuszeństwa, przez radio zażyczył sobie, bym za sterami starej Dziuni podczas akcji ratunkowej stanął właśnie ja. I wszystko się dobrze zakończyło!!!

Dziunia na emeryturze w helskim Muzeum Rybołóstwa, fot. MOs810, lic. CC BY-SA 4.0

Wiedziony wprawną ręką Kierana kuter skierował się ku wąskiej, krętej i spokojniejszej zatoce Loch Roe. Wycieczki typu morskie safari reklamują się filmikami, na których wokół zapełnionych wycieczkowiczami łodzi pląsają delfiny, a nawet i walenie. Będąc biologiem miałem jednak świadomość, że spotkanie tych morskich ssaków jest zjawiskiem nieczęstym – uzależnionym od pory roku, dostępności pokarmu czy stadium rozwojowego poszczególnych osobników. Co innego foki szare i pospolite – ich nazwa gatunkowa w realiach północno-zachodnich wybrzeży Szkocji jest wielce uzasadniona. Na wysepkach i przybrzeżnych skałach odpoczywały ich dziesiątki, w tym matki ze swymi szczeniakami. Tu i ówdzie z wody wysuwała się zaciekawiona głowa próbując ocenić, czy obecność naszej łodzi nie niesie jakiegoś niebezpieczeństwa. Do tego trochę ornitologicznych smaczków: a to samica edredona, a to mewa siodłata z puchatymi podrostkami. I pomyśleć, że mieszkańcy trzech domów nad brzegami zatoki mają takie widoki na co dzień. 

Droga powrotna z wiatrem w rufę była już znacznie spokojniejsza. Nad niską zabudową miasteczka górowały dramatyczne urwiska nunataków Suilven i Canisp. Tuż nad magazynami portowymi rozciągała się zielona plama lasu Culag zasadzonego z inicjatywy księcia Sutherland w 1847 roku. Zanim dotarliśmy do brzegu mieliśmy okazję podziwiać misterium polowania głuptaków. Rok wcześniej na Bass Rock widzieliśmy ich największą kolonię lęgową w Wielkiej Brytanii. Ptaszory nie polowały jednak blisko swoich gniazd. Tutaj było tylko kilkanaście osobników. Szybowały na wysokość jakichś 20-30 metrów nad wodą, po czym składały skrzydła i niczym wielkie żółto-biało-czarne rakiety wbijały się w wodę.  Ich prędkość w locie nurkowym sięga 100 km/godz., a głębokość nura do 15 metrów. Polowanie takie wymaga sporej dozy koordynacji – gdy po pierwszych myśliwych na powierzchni morza zostawały tylko fontanny wody inni z ogromna prędkością zbliżali się do powierzchni, a 10 metrów wyżej kolejna kohorta dopiero gotowała się dać nura. Przy tym widowisku pływający blisko burty nurzyk nie mógł wywołać odpowiedniego zachwytu.

Assynt to chłostana wiatrami kraina kontynentalnej Szkocji położona na wysokości północnej części wyspy Lewis w archipelagu Hebrydów Zewnętrznych. Lochinver z 650 mieszkańcami jest jego największym zasiedlonym punktem. Kraina ta charakteryzuje się pofalowanym, skalistym krajobrazem pozbawionym, bez mała, większych skupisk drzew. Morze wcina się w ląd licznymi zatokami, a każde zagłębienie terenu wypełniają słodkowodne jeziora. Rozmaitość form skalnych powoduje, że na wysokości 50-150 m npm czujemy się jak w górach. A prawdziwe góry, których nie zdołała zakryć nawet zmarzlina epoki lodowcowej, wznoszą się jeszcze o 500 do 800 metrów wyżej. Do tego rozległe piaszczyste plaże, najwyższe wodospady i tajemnicze jaskinie. Owce mają tu pierwszeństwo przed samochodami, choć w godzinach wieczornych i rannych one z kolei ustępują miejsca jeleniom. Ponieważ to daleka północ Zjednoczonego Królestwa (pojęcie względne oznaczające np. dla Norwegów południe ich kraju) latem dni są tu długie, a noce krótkie i raczej szare niż czarne. Z punktu widzenia kierowcy warto wiedzieć, że wiele dróg w tym regionie, w tym niektóre najwyższej kategorii A, to jednopasmówki z mijankami, na których odcinki płaskie i proste są absolutną rzadkością. Jazda nimi to prawdziwa nauka pokory i życzliwości. Nic dziwnego, że miejscowi nazwali odcinek z Kylesku do Lochinver małą, szaloną drogą (the wee, mad road).

Kilka widoków z Assyntu

Teren nie zawsze był jednak tak dziki. Podróżując po tej części Highlands, wcześniej czy później, zetkniemy się z pojęciem clearance, co na polski winno się tłumaczyć jako rugi. Otóż po ostatecznym zdławieniu wspieranych przez górskie klany szkockie powstań zwolenników dynastii Stuartów, zwanych jakobitami, system klanowy w tradycyjnym znaczeniu tego słowa uległ zniszczeniu i zastąpiony został przez system charakteryzujący się dążeniem wielkich właścicieli ziemskich do maksymalizacji zysków. Te widziano głównie w intensyfikacji hodowli owiec na potrzeby burzliwie rozwijającego się przemysłu włókienniczego Anglii. Tak więc wymawiano umowy dzierżawne drobnym farmerom, zajmowano ich ziemie na pastwiska, dla nich samych budując miasteczka na wybrzeżu, gdzie mieli przekwalifikować się na rybaków. Ponieważ miejsc pracy w rybołówstwie nie było aż tak wiele, skończyło się masową migracją czy to do przemysłowych regionów Anglii czy też do jej zamorskich kolonii. W głębi lądu z łatwością można znaleźć pozostałości murów dawnych domostw czy nawet świątyń. Co ciekawe, o ile dzisiaj działanie to spotyka się z jednoznacznie negatywną oceną, o tyle w latach 1750-1850 z oświeceniową dezynwolturą twierdzono, że to poczynania na korzyść zamieszkujących góry biedaków. W efekcie jednemu z większych czyścicieli górskich wiosek, księciu Sutherland (ojcu fundatora wspomnianego lasy Culag), wystawiono imponujący, 30 metrowy,  pomnik w Golspie w pn-wsch. Szkocji, który obecnie jest atakowany fizycznie przez radykałów i rozważane jest jego rozebranie. 

Ścieżki turystyczne w Wielkiej Brytanii to pojęcie znane wyłącznie na terenach zarządzanych przez parki narodowe i rezerwaty lub majątki prowadzone przez organizacje i wspólnoty lokalne, które zdecydowały na udostępnianie ich w celach turystycznych i edukacyjnych. Na pozostałych terenach, w tym w wyższych górach, ścieżka jest pojęciem umownym. Na kamienistym podłożu rzadko widać jakiś ślad, a jeśli jest, to możliwe, iż to ścieżka zwierzęca. Strzałki kierunkowe to też rarytas. Pomimo nachylenia terenu w wielu miejscach stagnuje woda, co można wykryć po kępach wełnianki. Jej angielska nazwa cotton grass oddaje jej wygląd. Białe kępy włosów nasiennych wyznaczają obszary gdzie woda może wlać się do buta. My szkockie bezdroża poznaliśmy próbując dotrzeć od latarni morskiej Stoer do przybrzeżnej 60 metrowej iglicy skalnej zwanej Old Man of Stoer. O ile zawierzyć mapie wiodą tam dwie ścieżki, jedna nawet zwana szlakiem. Jedyne strzałki kierunkowe znajdują się na parkingu przy latarni. My postanowiliśmy pójść w jedną stronę bliżej klifów, a wrócić rzeczonym szlakiem prowadzącym kilkaset metrów w głąb lądu. No i ugrzęźliśmy, czasem wręcz dosłownie, w plątaninie przedeptów, potoków, kałuż, stawów i wąwozów. Dzikość tego krajobrazu była imponująca, ale często musieliśmy podziwiać ją tylko w perspektywie mikro, gdyż nazbyt uważnie trzeba było patrzeć pod nogi. W ten sposób droga o długości ok. 6 km zajęła nam w kierunku tam blisko 3 godziny, podczas gdy z powrotem po owym trail już tylko przepisowe 1,5 godziny.

Nazwy miejscowe w tej części Szkocji noszą ślady wpływów norweskich, szkockich i angielskich. Moją ulubioną nazwą jest Kylesku pochodząca od celtyckiego Caolas Cumhann co oznacza tyleż co wąska cieśnina. Durness, wysunięta najdalej na pn-zach. miejscowość Szkocji wywodzi swą nazwę od staronorweskiego Dyrnes, czyli Jeleni Przylądek. W tym pierwszym miejscu byliśmy dwa raz. Magnesem była historia istniejącego tu w czasie II Wojny Światowej ośrodka szkoleniowego miniaturowych łodzi podwodnych, które bez mała zatopiły niemiecki pancernik Tirpitz czy oryginalność konstrukcji łukowatego mostu, który połączył oba brzegi cieśniny. Przede wszystkim jednak liczyliśmy na zobaczenie, choć z oddali, najwyższego na wyspach brytyjskich, 200 metrowego wodospadu Eas a’ Chual Aluinn. Nic z tego! Mimo dwukrotnych prób za każdym razem trafialiśmy na deszczowo-mglistą pogodę pozwalająca dojrzeć co najwyżej drugi brzeg jeziora, ale nie uskok wodospadu na jego dalekim krańcu. Pozostało nam cieszyć się urokami oferty kulinarnej miejscowej restauracji hotelowej.

Durness leży już poza Assyntem w historycznej krainie zwanej Sutherland. Nazwa wskazuje, iż z perspektywy norweskich władców Orkadów, ląd ten rozciągał się na południe od ich dziedziny. Za miejscowością Scourie krajobraz, nie tracąc nic ze swej dzikości, staje się bardziej środkowoszkocki. Długie doliny ograniczone niewysokimi grzbietami górskimi, pieniące się na kamieniach rzeki i czasem jeziora. Ostatnie kilka kilometrów przed Durness droga wiedzie wzdłuż zatoki Kyle of Balnakeil. Z kształtu i długości jest ona fiordopodobna, ale niespotykanie płytka. W czasie odpływu zamienia się w kamienistą pustynię, środkiem której wije się rzeka Dionard. Samo miasteczko z dziedziny kultury ma do zaoferowania tylko wspomnienie o Johnie Lennonie, który w dzieciństwie przyjeżdżał tu na wakacje do swojej ciotki. Natomiast naturalną atrakcją wielkiego kalibru jest jaskinia Smoo Cave. Nie tylko ze względu na olbrzymi (40 x 15 m) otwór wejściowy, ale też fakt, że z jednej strony ukształtował ją niszczący wpływ morza, a z drugiej rzeźbi ją uchodząca do Atlantyku miejscowa rzeczka. Aby tego dokonać jej wody wycięły krasowy lej o głębokości 20 metrów. Zwiedzający mogą za darmo wejśc po drewniany chodniku do drugiej komory jaskini i zobaczyć spadający z góry wodospad. Już za opłatą można skorzystać z przejażdżki łódką bliżej kaskady i do kolejnej komory. Po silnych opadach deszczu lub w trakcie północnych sztormów poziom wody w jaskini wzrasta do stopnia uniemożliwiającego jej zwiedzanie. 

W dniu, w którym odwiedziliśmy Durness pogoda była nieciekawa. Mimo to udaliśmy się pofalowanymi łąkami ku nadatlantyckim klifom. Ogromne fale wściekle atakowały przybrzeżne skały, a widocznośc, momentami, ograniczała się do kilkuset metrów. Jako, że Wyspy Owcze leżą na pn-zach., a Orkady i Szetlandy na pn-wsch. od wybrzeża Sutherland, między nami, a Biegunem Północnym było już tylko morze. Oprócz krążących w pobliżu i odpoczywających na skałach ptaków morskich uwagę naszą zwrócił ciemny grzbiet jakiegoś morskiego stwora z charakterystyczną wieńczącą go płetwą. Wyglądało to, wypisz, wymaluj! na delfina. W każdym razie bardzo sobie tego życzyliśmy! Już, bez wątpliwości, zaobserwowaliśmy kręcąca się po murawie sieweczkę obrożną.

Z kulturowej perspektywy więcej do zaoferowania ma pobliskie Balnakeil. Nad samą zatoką wznosi się osiemnastowieczny, surowy z wyglądu dwór zbudowany z wykorzystaniem murów średniowiecznego zamku biskupów Caithness. Tylko młyński staw i droga oddzielają go od rozległego cmentarza, nad którym górują ruiny kościoła. Choć w swej ostatecznej formie powstał on w 1814 roku, to świątynne wykorzystanie tego miejsca sięga, bagatela!, wieku szóstego. W ścianach kościoła ukryta jest krypta z pochówkiem Donalda MacLeod. Jako, że pozbawił on życia conajmniej 18 wrogów swego klanu, zapłacił okrągły tysiąc funtów, by być pochowanym sposób, który miał zabezpieczyć jego ciało przed profanacją przez krewnych i znajomych tych ofiar. Do tego rozległa piaszczysta plaża ograniczona od strony lądu, największym w całej Wielkiej Brytanii kompleksem wydm dopełniają malowniczości tego miejsca.

Niespełna kilometr na południe powstała, w latach pięćdziesiątych XX w., stacja wczesnego ostrzegania brytyjskiego Ministerstwa Obrony. Zanim jednak wdrożono ją do działania, a powstałe baraki zasiedlono armią jej królewskiej mości, umarł Stalin i zakończyła się zimna wojna. Budynki wydzierżawiono, a z czasem sprzedano, różnego rodzaju niespokojnym duchom, hipisom i osobom o artystycznych skłonnościach. W efekcie powstał tu kompleks zwany wioską rzemiosła (craft village). Architektonicznie, mimo wielu przeróbek i dodanych udogodnień jest to ciągle prymitywny kompleks koszarowy, ale wnętrza kryją wszelakie pracownie, malarstwa, fotografii, garncarstwa, biżuterii oraz produkcji rozmaitych durnostojek. W tym towarzystwie wyróżnia się  wytwórnia czekolady usytuowana najbardziej na północ na całych wyspach brytyjskich. I myśmy tam byli, zamiast czekolady kawę pili, zagryzając miejscowymi wypiekami cukierniczymi.

Widoki z Balnakeil Craft Village

Po zwiedzeniu ponad tuzina portowych miasteczek brytyjskich Lochinver nie zachwyca ani zabytkowa zabudową ani położeniem. Mimo to, zaspokaja wiele turystycznych potrzeb. Jest poręcznym miejscem startu dla morskich wycieczek. Po drugie, dostarcza bardzo przyjemnych terenów spacerowych. Mam tu na myśli nie tylko las Culag, ale i dolną część doliny rzeki Inver. Doceniliśmy to ostatniego dnia pobytu, kiedy na morzu rozpoczął się sztorm, a podmuchy wiatru, mimo pełnego słońca, chłostały niemiłosiernie na każdym skrawku otwartej przestrzeni. Spacer, zalesioną doliną, z widokami na szumiącą poniżej rzekę, spokojną toń jeziora zaporowego i odległe wierzchołki wyższych gór w tle był wspaniałym odpoczynkiem, a i odmianą po doznaniach turystycznych zebranych wcześniej w pn-zach. Szkocji. Co prawda, gdy osiągnęliśmy kraniec lasu, gdzie wichrzysko znowu zaczęło hulać okrutnie, zrezygnowaliśmy ze wspinaczki po odkrytym terenie przez przełęcz (o wysokości, to nie pomyłka!, ponad 120 m npm.) do sąsiedniej doliny i grzecznie wróciliśmy tą samą drogą.

Ujście rzeki Inver do zatoki

Obrazki ze spaceru dolina Inver

W końcu, trzeba ujawnić fakt, iż jak to ujęto w jednym z anglojęzycznych przewodników turystycznych, Lochinver jest kulinarną stolicą Assyntu. My z czystym sumieniem możemy się pod tym stwierdzeniem podpisać. Restaurację o nazwie nawiązującej do przeboju z lat 60-tych XXw. walijskiego pieśniarza Toma Jonesa odwiedziliśmy nawet dwukrotnie. Nie dość, że potrafili znaleźć nam stolik, gdy przyszliśmy bez rezerwacji to jeszcze oferują rozsądny mix dań mięsnych, rybnych i wegańskich, a szef kuchni rozkłada ich składniki na talerzach w prawdziwe dzieła sztuki. Restauracja przy porcie rybackim zaskakuje obszernym, elegancko zaplanowanym wnętrzem za dosyć mizerną fasadą wejściową. Dania są równie smaczne jak u konkurencji, choć może mniejszą wagę przywiązuje się tam do estetyki ich podania. Popularnością przebija jednak wszystkie inne lokal serwujący paszteciki (pies). To popularne w całej Wielkiej Brytanii danie podniesiono tu na wyżyny jakościowe. Po pierwsze wypełnienia są wyraziste smakowo, po drugie nie są nadmiernie soczyste, przez co paszteciki nie przemakają (można je przechowywać) oraz nie tryskają sokiem przy próbach ich nadgryzienia. Co ważne, można tam zjeść też coś innego czy napić się kawy do ciastka. Ponieważ lokal działa również jako sklep więc obroty ma ogromne i idąc główną ulicą miasteczka w godzinach jego działalności, nie sposób go pominąć, bo z daleka widać szturmujący  tłumek lokalsów i przyjezdnych. Miejsce jest wymieniane we wszystkich przewodnikach i informatorach, a nas życzliwie kierowano doń z miejsc tak odległych (ok. 80 km) jak Durness.

Gotowe paszteciki czekaja na klientów, fot. z profilu https://www.facebook.com/LochinverLarder


Ta ostatnia sytuacja była zresztą charakterystyczna. Zlani deszczem weszliśmy do niewielkiej budki z pamiątkami. Długo przeglądaliśmy co było w ofercie. Chcieliśmy zyskać na czasie i nie wracać skoro pod deszcz. W rezultacie nic nie kupiliśmy, ale porozmawialiśmy miło z dwoma statecznymi paniami, które chyba nie narzekały na nadmiar klientów. W Drumbeg, gdzie mieliśmy kwaterę, przy bocznej dróżce prowadzącej do luźno rozrzuconych domostw dojrzeliśmy strzałkę z napisem “Craft on Croft”. Croft jest to gospodarstwo, zazwyczaj na ziemi dzierżawionej od większego właściciela. Wynajęty samochód ledwo mieścił się na dojazdówce prowadzącej stromym zjazdem na przydomowe podwórko. Na spotkanie wyszła nam gospodyni. Ubrana, jak to w gospodarstwie, w grubą kamizelkę i gumowce. Ręce miała jeszcze brudne od jakichś gospodarskich obowiązków. Przypomniało mi się, że widziałem jak przepędzała owce spod naszych okien. Cały interes mieścił się w dwóch, lekkiej konstrukcji, budynkach garażowych. Tu już zakupiliśmy kilka rzeczy płacąc, a jakże kartą, ale przede wszystkim toczyliśmy miłe pogaduchy. Otrzymaliśmy solidną porcję informacji, takich jak w jakim stopniu pokrewieństwa sprzedawczyni pozostawała z właścicielami naszego cottage czy jakiego charakteru jest jej psinka. Wszystkim napotkanym miejscowym musieliśmy, w ramach wprowadzenia, wyjaśniać gdzie się zatrzymaliśmy. Było to coś więcej niż przysłowiowy angielski small talk. To był raczej symboliczny sposób wprowadzenia w status, może tymczasowego, ale jednak członka lokalnej wspólnoty. Wracając pamięcią do szkockiego wyjazdu prócz dzikich krajobrazów, wspaniałej natury i ciekawych zabytków będę też tęsknił za taką ludzką bezpośredniością.

Kategorie
Wielka Brytania

Rzecz o krowach, kiltach i potworach czyli Highlands w pigułce

Młodość ma swoje prawa, a jednym z nich jest przemożna chęć łączenia się w pary osobników płci przeciwnej. Wiedziony tą siłą pewnego zimowego wieczora przed ponad 40 laty zapragnąłem spotkać się z hmm …, nazwijmy ją Agnieszką. Dziewczyna miała fantazję co się zowie! Wyprowadziwszy się z domu rodzinnego w Warszawie, przeniosła się do Puszczy Kampinoskiej, gdzie zamieszkała w przeznaczonej wówczas do wysiedlenia wsi Budy. Żeby tam dotrzeć jechało się autobusem podmiejskim linii 208 do pętli w Truskawiu. Stąd trzeba było iść na piechotę gruntową drogą wiodąca do Mariewa. Pogoda była zimowa, noc bezksiężycowa, ale pokrywa śniegu pozwalała dostrzec przynajmniej krawędzie drogi. Po około pół godzinie marszu dotarłem na skraj zabudowań, gdzie ciemność rozświetlało kilka przydrożnych latarni. Niestety, w domu zamieszkałym przez Agnieszkę wszystkie okna pozostawały ciemne. Cóż, działałem pod wpływem impulsu, a były to czasy telefonii stacjonarnej, co nie sprzyjało harmonizacji planów i aranżacji spontanicznych spotkań.

Nie poddałem się jednak łatwo i pomyślałem, że dziewczyna musi przecież wrócić na noc do domu. Mróz stopniowo tężał, zacząłem więc rozglądać się za jakimś schronieniem. W obejściu była stara drewniana obora. Drzwi na szczęście można było uchylić i wśliznąć się do środka. Gdy znalazłem się w obórce, w nozdrza uderzyła mnie mieszanina zapachu mleka, słomy i obornika. Przez szpary między deskami ścian przenikały wąskie promienie światła z obejścia. Gdy oczy przyzwyczaiły się do półmroku spostrzegłem, że w oborze jest instalacja elektryczna. Znalazłem włącznik, po przekręceniu którego pomieszczenie ukazało się w pełnej okazałości. Okazało się, że mieszkały tam cztery wyrośnięte cielaki. Z długiej chwili zacząłem do nich zagadywać, a one, z początku nieśmiało, a potem coraz ufniej zbliżały się do mnie. W końcu zostałem ciasno otoczony przez ciekawskie stadko, które szczególne upodobanie znajdowało w nastawianiu różnych elementów włochatego ciała na drapanko. Wyjątkową konkurencję wywołał przywilej złożenia wielkiej głowy na moim ramieniu. A rozkosz drapania była tak wielka, że obdarowane nią cielaki aż przymykały oczy.

Ostatecznie, nie doczekawszy powrotu Agnieszki w puszczańskie ostoje, ruszyłem w drogę powrotną do Truskawia. Jednak doświadczenie kontaktów nawiązanych w obórce pozwoliło mi inaczej spojrzeć na krowy i ich potrzeby emocjonalno-społeczne. Dało możliwość dostrzeżenia, że są to stworzenia z własną osobowością, a nie wyłącznie źródła mleka i wołowiny. Takie wspomnienie i refleksja naszły mnie, gdy dwa ośmiomiesięczne cielęta rasy szkockiej górskiej (Highland Cattle) przepychały się próbując wyciągnąć z mojej dłoni kawałki chleba i marchewki. W głębi pastwiska położonego na łagodnym stoku pasło się więcej osobników tej rasy. Nie wiem, czy wydelegowanie właśnie tych dwóch cielaków do karmienia przez odwiedzających Drumbuie Farm w Drumnadrochit nad jeziorem Loch Ness wynikało z ich przyjaznego charakteru, czy też ze specyficznych potrzeb żywieniowych. Był to jednak promocyjny strzał w dziesiątkę! W ten sposób organizowane na tej farmie teaparty przyciągały nie tylko miłośników herbaty, trójkątnych kanapek z pastą jajeczną i bułeczek (scones) z marmoladą pomarańczową, ale i ich dzieci oraz innych zwolenników bliskości z inwentarzem gospodarskim. 

Karmienie krów zwie się tu”cooparty

Krajobraz w Drumnadrochit, jak na okolice Loch Ness jest nadzwyczaj łagodny. Stosunkowo niskie góry odsuwają się tu od jeziora, widoki robią się dalsze, a mieszanka łąk i lasów w promieniach nieczęsto tu widywanego słońca sprawiała wrażenie, może nie toskańskie, ale przypominające pejzaże polskiego Pogórza Karpackiego.

Bernard Newman, brytyjski pisarz, podróżnik i szpieg, w swojej wydanej w 1935 roku książce pt. “Pedalling Poland” z lekceważeniem wypowiadał się o napotkanych jeziorach twierdząc, że prawdziwe jezioro powinno być otoczone górami. Takie są właśnie jeziora szkockie, a Loch Ness nie jest wyjątkiem. Wysokość gór rośnie ku południowemu-zachodowi przez co panorama w tym kierunku jest bardziej dramatyczna i wieloplanowa niż, dajmy na to, widok na jezioro z okolic Fort Augustus. Południowe brzegi są bardziej strome i dziksze, niż północne. Dlatego główna droga z Inverness do Fort William została wytyczona właśnie wzdłuż północnego brzegu jeziora. Loch Ness nie jest, ani największym, ani najgłębszym szkockim jeziorem, ale we wszystkich przewodnikach podkreśla się jego największą objętość. Wynika to z faktu, że zapadlina, którą wypełniają wody jeziora ma korytowy kształ o prawie płaskim dnie na głębokości ponad 230 metrów. 

Ale to nie liczby i malowniczość okolicy spowodowały popularność Loch Ness w kulturze masowej, a w konsekwencji wśród turystów. To potwór rzekomo zamieszkujący jego wody, pieszczotliwie nazwany Nessie, rozpala wyobraźnię ludzi z różnych części naszego globu. Jakkolwiek historia potwora z jeziora została utrwalona już przez biografów żyjącego w VI wieku chrystianizatora Szkocji, św. Columba, to korzenie współczesnej popularności Nessie sięgają ledwie 1933 roku. Co charakterystyczne – pierwsza obserwacja, która została poniesiona przez media przez całą Wielką Brytanię i szeroki świat, została dokonana przez właścicielkę hotelu w Drumnadrochit. W tym zbudowanym w stylu wiktoriańskim budynku mieści się obecnie Loch Ness Centre, którego ciekawie zaplanowana wystawa z jednej strony dostarcza rzeczowych argumentów, że ekosystem jeziora, choćby ze względu na swoje ubóstwo ilościowe i jakościowe, nie byłby w stanie utrzymać przy życiu stworzenia tej wielkości, z drugiej jednak, nie ośmiesza i nie pozbawia marzeń zwolenników bytowania Nessie w głębinach jeziora. Cóż, podcinanie gałęzi, na której się siedzi, nie byłoby przecież rozsądnym działaniem. A statystyki są bezlitosne. Doliczono się już ponad 10 tysięcy doniesień o spostrzeżeniu w wodach jeziora czegoś, co można nazwać potworem.

Drumnadrochit było też bazą dla poczynań Johna Cobba, który osiągnąwszy w 1947 roku światowy rekord prędkości – 634,39 km/h – pojazdem kołowym, zapragnął pobić też rekord prędkości na wodzie. Na wykonanym na specjalne zamówienie ścigaczu “Crusader”, odebrawszy życzenia sukcesu od królowej matki, 29 września 1952 roku przekroczył on barierę 214 mil/h, po czym, wskutek utraty stabilności łodzi, roztrzaskał się wraz z Crusaderem na oczach zgromadzonej publiczności i w świetle kamer brytyjskiej kroniki filmowej. Na brzegu jeziora stoją wciąż znaczniki jednomilowego odcinka, na którym oficjalnie mierzono prędkość rekordzisty. My też wzięliśmy udział w 50 minutowym rejsie po Loch Ness, ale bez prób bicia jakichkolwiek rekordów.

Wspomniany Fort Augustus jest drugą znaczniejszą miejscowością i centrum turystycznym nad brzegami jeziora. Jeśli w Szkocji jakaś miejscowość nosi słowo Fort w nazwie, należy to traktować dosłownie. To Anglicy pobudowali tu w 1715 roku umocnienia i osadzili garnizon, który miał trzymać w ryzach buntowniczych górali. Żołnierze nie zapobiegli jednak kolejnym powstaniom, a w XIX w., gdy korzyści z unii obydwu narodów były już oczywiste, a elity angielskie nawróciły się na szkockość, opuścili swoje koszary, na których miejscu powstało opactwo benedyktyńskie. Mnisi prowadzili tu elitarną szkołę dla chłopców, ale po ponad 100 latach funkcjonowania zamknęli ją w 1993 r., a wkrótce opuścili też Fort Augustus. Obecnie obiekt został przekształcony w aparthotel. Rozważaliśmy nawet możliwość noclegu w jednym z jego apartamentów, jednak porzuciliśmy ostatecznie ten pomysł na rzecz kolonii domków kempingowych w Invermoriston. W każdym razie, zabudowania poklasztorne są warte obejrzenia, a ich lokalizacja wśród starodrzewia na cyplu wcinającym się w jezioro, jest  bardzo malownicza. Wizyta tam wydała nam się atrakcyjniejsza, niż zwiedzanie starszych, bo pochodzących nawet z XIII w., pozostałości zamku Urquhart, równie pięknie położonych na brzegu Loch Ness. Oprócz opactwa, niewątpliwą atrakcją jest też “kaskada” śluz na Kanale Kaledońskim. To prawdziwe arcydzieło wczesno dziewiętnastowiecznej inżynierii, podobnie jak współczesny mu Kanał Augustowski w Polsce, nigdy nie odegrało planowanej roli skrócenia drogi z Atlantyku na Morze Północne, gdyż coraz większe statki morskie, w momencie ukończenia budowy już nie mieściły się w śluzach kanału. Późniejsze modernizacje też nie nadążyły za rozwojem wytworów przemysłu stoczniowego. W efekcie jest to droga wodna o znaczeniu głównie turystycznym.

Youtube, po wpisaniu w wyszukiwarkę frazy swimming cows, nie umożliwia obejrzenia wyczynów krów z Plockton na zachodnim wybrzeżu Szkocji. O ich możliwościach dowiedzieliśmy się więc przypadkowo. Spacerując malowniczym nabrzeżem tej miejscowości, dostrzegliśmy cztery sztuki przeżuwaczy wędrujące flegmatycznie wąskim, kamienistym pasem strefy pływów, ograniczonym wysokim na 3 metry murem oporowym. Woda właśnie przybierała, dalszy spacer uniemożliwiał bydlątkom pirs przystani. Nasza towarzyszka podróży wszczęła alarm, w wyniku którego zadzwoniono do właściciela, który oznajmił, że krowy świetnie pływają, on sam zostawił je na pobliskiej wysepce, z której musiały samodzielnie wybrać się na wycieczkę do miasteczka. I rzeczywiście, gdy po godzinie wracaliśmy tą samą drogą, krowie stadko ewakuowało się właśnie, brodząc w morzu ku wyżej położonym pastwiskom.

Plockton znane jest też z masowego obsadzenia nabrzeża kordyliną australijską. Wbrew angielskiej nazwie cabbage tree, roślina przypomina z wyglądu palmy, przez co Plockton w celach promocyjnych podkreśla swój śródziemnomorski charakter. Kordylina nie jest zresztą jedynym egzotycznym gatunkiem roślin w miasteczku, a jego nabrzeżne ogrody mogłyby być same w sobie celem wizyty. U wjazdu do miejscowości znajduje się miejsce świadczące o żywej religijności, ale i buntowniczym duchu niegdysiejszych mieszkańców. Tu właśnie, w dawnym kamieniołomie, na modlitwy gromadzili się wyznawcy Wolnego Kościoła Szkocji, którzy opuścili kościół oficjalny, protestując przeciwko zwyczajowemu prawu posiadaczy ziemskich do mianowania proboszczów bez brania pod uwagę zdania wiernych. Pomimo, iż wkrótce nowemu wyznaniu umożliwiono swobodną działalność i budowę świątyń, modlono się w tym miejscu przez prawie 90 lat. Dzisiaj, gdy dawny kamieniołom skolonizowała bujna roślinność, trudno byłoby domyślić się jego roli, gdyby nie murowana brama i schody prowadzące doń od drogi.

Jako, że wyjazd bez zwiedzania zamku jest stracony, zatrzymaliśmy się po drodze w Eilean Donan. Zamek odbudowany w latach dwudziestych XX w. i nadal pozostający własnością rodziny MacRae, jest postromantyczną wariacją na temat średniowiecznej warowni. Natomiast jego lokalizacja na przybrzeżnej wysepce połączonej z lądem mostem, u zbiegu trzech słonowodnych jezior (wąskie fiordopodobne zatoki morskiej określa się w Szkocji także mianem Loch), ku którym stromo opadają górskie zbocza, czynią panoramy zamku szkockim klasykiem gatunku. W dodatku, w dniu naszych odwiedzin nad górami kłębiły się ciemne chmury, dodając krajobrazowi grozy i tajemniczości. Łatwy dojazd główną drogą prowadząca na wyspę Skye wyklucza jednak zwiedzanie bez tłoku.

Kilka impersji z wizyty w zamku Eilean Donan

Wielojęzyczny tłumek zgromadzony u zachodniego przyczółka wiaduktu Glenfinnan miał inny charakter. Składał się z miłośników Harrego Pottera, trakcji parowej oraz czcicieli jakobickiej przeszłości Szkocji. Gdy w końcu od strony Fort William pojawił się, ciągnięty przez lokomotywę parową, długaśny skład retro wagonów w kolorze karminowym, zapanowało wielkie poruszenie. Trzaskały migawki aparatów fotograficznych, zgromadzeni machali rękami i bili brawo. Maszynista odpowiedział sygnałem dźwiękowym i świstem pary wypuszczonej z komina. My dotarliśmy na miejsce ze stacji kolejowej Glenfinnan, gdzie dojechać można regularnym pociągiem, witanym przez zgromadzonych prawie równie entuzjastycznie. Główna droga dojściowa wiedzie od parkingu przy porządnie zaopatrzonym Visitor’s centre, szeroką, obrzeżoną górami doliną, której środkiem toczy swe wody spory strumień. Wystawa w centrum zdawkowo traktuje historię linii kolejowej i wiaduktu, koncentrując się na opowieści o ostatnim wielkim powstaniu Szkotów przeciwko rządom Londynu. Na brzegu pobliskiego Loch Shiel doszło w 1745 roku do spotkania młodego pretendenta do szkockiego tronu – Bonnie Prince Charles’a z przedstawicielami klanów marzących o wolności. Gdy policzono siły, podniesiono na maszt sztandar Stuartów i powstańcy ruszyli na Edynburg. W miejscu tego spotkania, na brzegu jeziora, stoi obecnie zwieńczona figurą szkockiego górala kamienna wieża, z której roztacza się oszałamiający widok na okolicę. Jako, że odwiedziliśmy Glenfinnan w najcieplejszym dniu całej wyprawy, zaryzykowaliśmy nałożenie krótkich spodni, a co młodsi turyści pławili się nawet w wodach jeziora.

W planach mieliśmy znalezienie zakwaterowania bliżej Fort William i zaliczenie wejścia na najwyższy szczyt całej Wielkiej Brytanii – Ben Nevis (1345 m. npm.). Jednak ze względu na przystępność cenową noclegów, wylądowaliśmy bliżej Inverness, a całkiem daleko od ambitnego celu wspinaczkowego. Poza tym, po obejrzeniu kilka filmików z kolejkami wędrowców zmierzających na szczyt Ben Nevis zrozumialem, że wejście nań, to doświadczenia nadto grupowe. W końcu, mierząc zamiary na siły, nabrałem wątpliwości, czy nasza wycieczka osób w wieku 60 plus podołałaby zadaniu. Nie chciałem jednak zrezygnować całkowicie z wyjścia w góry. Tak trafiliśmy w masyw Creag Meagaidh. Najwyższy punkt tego pasma wznosi się na 1130 m npm., co czyni go 18 najwyższą górą w Zjednoczonym Królestwie. Cały kompleks ma status narodowego rezerwatu przyrody, chwalącego się odtwarzaniem górskich lasów oraz bogatą fauną. Odtwarzanie lesistości wiąże się z ograniczeniem populacji jeleni w parku. Jakimi metodami osiąga się ten cel, można się domyślić po ogłoszeniach reklamujących potrawy z mięsa jelenia oraz sprzedaży surowego mięsa do przyrządzenia we własnej kuchni. 

W każdym razie wybraliśmy dość zachowawczy wariant wycieczki doliną potoku Alt Coire Ardair, aż do polodowcowego cyrku, którego dno, na wysokości ok. 630 m npm., wypełnia górski staw Lochan a’Choire. Trasa początkowo wiedzie przez sosnowo-brzozowo-jarzębinowe lasy. Dobór gatunków oraz fakt, że odbudowa lasu trwa dopiero od 30 lat, tłumaczy dlaczego nie jest to las wysokopienny. Później wędruje się długim trawersem wysoko ponad dnem doliny, z widokiem na imponujące urwiska Creag Meagaidh. Na koniec schodzi się do potoku, pokonuje ostatni wał zamykający kotlinę stawu i, proszę bardzo, jesteśmy u celu. Krajobrazy jak w Karkonoszach, tyle że urwiska znacznie większe. Ponieważ to Wielka Brytania więc, mimo że to teren chroniony, lista zakazanych czynności jest znacznie krótsza. Dlatego wielu z wędrowców decydowało się schłodzić w lodowatych wodach stawu. Odpoczywając u wypływu strumienia mieliśmy widok ku głębokiej przełęczy zwanej Window, przez którą wiedzie ścieżka na grzbiet. Nagle ponad nią zobaczyliśmy drapieżnego ptaka. Odruchowo wziąłem go za najpopularniejszego u nas myszołowa. Porównanie z sylwetkami ludzkimi na ścieżce, a jeszcze lepiej z latającym w pobliżu krukiem, sugerowało jednak, że jest to przedstawiciel znacznie większego gatunku. Gdy ptak wleciał w lepiej oświetloną przestrzeń, zobaczyliśmy jaśniejszą głowę i krawędzie skrzydeł. O rany! Przecież to orzeł przedni. Nie miałem lornetki, więc podekscytowany podbiegłem do pary starszych birdwatcherów wskazując im miejsce, gdzie poleciał ptaszor. Niestety, mimo długotrwałych poszukiwań, drapieżnik już więcej się nam nie ukazał. Cóż, zaliczyłem kolejną niepotwierdzoną obserwację, choć uprawdopodobnioną zapisem na oficjalnej stronie parku, że orły przednie są gatunkiem gniazdującym na skałach Creag Meagaidh.

Nasze miejsce zamieszkania – Invermoriston –  to malutka wioseczka, mogąca pochwalić się imponującymi wodospadami na rzece Moriston, przerzuconym nad nimi w 1813 roku kamiennym mostem oraz nieco dziwacznym, w tym miejscu, pomnikiem znicza olimpijskiego, upamiętniającym olimpiadę w Londynie w 2012 roku. Warta wzmianki jest natomiast obecność dwóch przybytków gastronomicznych: restauracji w miejscowym hotelu oraz community cafe. O pierwszej wspominam ze względu na atmosferę i wnętrza niczym z ekranizacji powieści Agaty Christie oraz młodą kelnerkę, która oprócz  ponadprzeciętnych umiejętności prowadzenia small talk’u z klientami, charakteryzowała się urodą w, jak to ujął Podziomek, typie angielskiej róży. Kto szuka definicji, znajdzie ją w odmętach Internetu. Od niej dowiedzieliśmy się, że szef kuchni i część personelu, to Czesi. Szkoda tylko, że nie zdecydowali się na wprowadzenie do menu knedlików. W sezonowo otwartej kawiarni dwukrotnie jedliśmy śniadania, które były odpowiednio urozmaicone i sycące, ale główną atrakcją była możliwość przeglądu typów ludzkich przewijających się przez lokal. Byli to głównie turyści: zagraniczni i miejscowi, niektórzy nawet w kiltach. Oprócz posiłku wszyscy, włączając nas, otrzymali możliwość pogaduszek z przemiłą obsługą. Natomiast restauracja w Fort Augustus, z najpiękniejszym widokiem na Loch Ness, pełni jednocześnie rolę przystani dla łodzi. Przybytek jest we władaniu tureckiej rodziny, dzięki czemu menu dryfuje w kierunku śródziemnomorskim. My z tego skorzystaliśmy, ale kelnerzy kursujący między kuchnią, a stolikami rozstawionymi na nabrzeżu, anonsując dostarczenie kolejnego dania, najczęściej krzyczeli “Fish and Chips” lub “Cullen Skink”. Cóż, czym skorupka za młodu nasiąknie …

Mewa z nad Loch Ness to ma dopiero używanie

Kategorie
Polska

O miasteczku wyrosłym na kredzie czyli co widać z mielnickich wzgórz

Majowa noc miała się ku końcowi. Słowiki ciągle kląskały w nadrzecznych krzakach, ale gdzieś od sosnowego boru pobrzmiewały już pierwsze nieśmiałe trele drozdów i kosów. Uczestnicy całonocnych śpiewań na zakończenie pielgrzymki młodzieży prawosławnej byli już nieco zmęczeni. Ich krąg coraz bardziej zacieśniał się wokół dogasającego ogniska. Prowadzący podjął ostatnią próbę podbicia nastrojów. Posługując się piękną, literacką wersją języka białoruskiego przemówił do zebranych: “Usłyszeliśmy tu już wiele pięknych piosenek ukraińskich, teraz pokażmy jakie piękne są pieśni białoruskie”. Niestety, żadna z piosenek, które próbował zaintonować nie została podchwycona przez młodych pielgrzymów. Natomiast, okazało się, iż niespodziewanie powszechną znajomością słów i muzyki cieszył się utwór w języku polskim “Pokochałam pięknego (ładnego) Białorusa”. Zebrani pomału zaczęli się rozchodzić. Zostawiając za sobą zwieńczoną drewnianą cerkiewką górę krzyży podążali grupkami do pobliskiej stacji kolejowej w Syczach, by zdążyć na pociągi do Białegostoku czy Warszawy.

Fakt, że w repertuarze ogniska zamykającego pielgrzymkę przeważał repertuar ukraiński był naszej grupce na rękę, gdyż związani słabiej lub mocniej ze Studenckim Kołem Przewodników Beskidzkich w Warszawie, byliśmy z nim nieźle zaznajomieni. Z drugiej strony możliwość rozszerzenia naszych wokalnych doświadczeń o przykłady kultury białoruskiej została zaprzepaszczona. Cóż, środowisko mniejszości ukraińskiej, przynajmniej w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych XX w., na które to przypadło opisywane wydarzenie, było znacznie lepiej zorganizowane i prężne niż jego białoruski odpowiednik. Musiało to ulec zmianie po upadku komunizmu, gdy monopol na zagospodarowanie życia kulturalnego polskich Białorusinów straciło Białoruskie Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne. W każdym razie, incydentalnie zaglądając w programy kolejnych pielgrzymek, a w tym roku odbyła się już 46, widzę, że program kulturalny ulega imponującemu rozrostowi, odchodząc równocześnie od piętna wąsko rozumianego wydarzenia folklorystycznego.

W kolejnych latach, mniej więcej raz na dekadę, odwiedzaliśmy Grabarkę z cerkiewką i klasztorem na świętej górze. Obserwowaliśmy jak ta prawosławna Częstochowa rozwija się i przeobraża. Po pożarze odbudowano w tej samej postaci, choć w innej technologii, cerkiew. Klasztor rozrósł się o kilka murowanych budynków, przy których jakby skarlała, choć jednocześnie wyszlachetniała, oryginalna, drewniana siedziba sióstr zakonnych. Tegoroczna wizyta przyniosła odkrycie w postaci muru ogradzającego cały kompleks i pokaźnych rozmiarów parkingu obrzeżonego rzędem reklamowych bilbordów. Wyasfaltowano też już chyba wszystkie drogi, którymi zmotoryzowani pielgrzymi i turyści mogą dotrzeć w te miejsce. Klasztory sklepik powiększył się i oprócz czysto kultowych produktów sprzedaje teraz regionalne produkty spożywcze, a nawet miejscową odmianę obrazka Żyda liczącego pieniądze. Jak widać także u braci prawosławnych wielu wierzy, że powodzenia finansowego nie sposób wymodlić, można je za to, w przystępnej cenie, kupić. Jedno co niezmienne, to głęboka wiara pielgrzymów, że modlitwa w tym miejscu przyniesie w ich życiu odmianę, a może i odkupienie win. Lektura inskrypcji na pozostawionych wokół cerkiewki krzyżach może być bardzo pouczająca. Podczas tej wizyty udało nam się znaleźć krzyż pozostawiony przez głowę kościoła prawosławnego Cypru jak i przywieziony przez arabskich chrześcijan w barwach Palestyny.

Grabarka leży w historycznej ziemi mielnickiej. Obecnie ma już inne przyporządkowanie administracyjne, ale że nasze podróże odbywają się wszak także w czasie, musieliśmy odwiedzić niegdysiejsze centrum regionu. Do Mielnika dostaliśmy się drogą nietypową, lecz wielce efektowną. Zostawiwszy samochód na parkingu przy cmentarzu katolickim na obrzeżach miasteczka (będę używał tego określenie, choć prawa miejskie Mielnika od 1934 roku są już tylko historią) udaliśmy się wąską ścieżką wiodąca wśród mieszanego lasu szparko pod górę. Podejście było krótkie, acz intensywne. Moja starsza siostra poprosiła o chwilę postoju dla złapania tchu. Wkrótce jednak osiągnęliśmy kulminację, za którą ścieżka nagle wyawansowana do rangi terenowych schodów, zaczęła opadać w dół ku wypłaszczeniu gdzie las się przerzedził. Korzystając z większej ilości światła docierającego do leśnego poszycia pod nogami pojawiły się dywany kwiatów, wśród których rozpoznałem zawilec wielkokwiatowy, szałwię łąkową, kokorycz wonną, kłobuczkę polną oraz koniczynę dwukłosową. Jednocześnie między drzewami, w dolinie poniżej oraz na zboczach sąsiedniego grzbietu pojawiły się dachy ludzkich siedzib. Jeszcze jedno strome zejście, chronione przed erozją systemem drewniano-ziemnych schodów, doprowadziło nas do placyku na końcu uliczki otoczonej przeciętnymi architektonicznie domami Mielnika.

200 metrów dalej, po lewej stronie widełkowatego rozdroża, zaraz za kilkoma wagonikami górniczymi, znajduje się kryta platforma widokowa na mielnicką kopalnię kredy. Głęboka na parę kondygnacji i długa na jakieś 300 m odkrywka razi oczy bielą swych ścian i stanowi niesamowity przerywnik w okolicy pokrytych zielenią i pociętych długimi dolinami łagodnych wzgórz. Po deszczach, na dnie wyrobiska widać kałuże, których woda dzięki kredowemu podłożu ma szmaragdowy kolor. Kreda w podłożu powoduje, że flora dopiero co pokonanych wzgórz – Wielkiego i Małego Usześcia jest tak bogata, a poludniowa ekspozycja pociąga za sobą obecność gatunków stepowych i kserotermicznych (sucho- i ciepłolubnych). 

Kraina w której położony jest Mielnik zwie się Podlaskim Przełomem Bugu. Krajobrazy nie są oczywiście tak dramatyczne, a rzeka tak kręta jak Dunajec w Pieninach, ale wzgórza Wysoczyzny Drohickiej, wymuszające bieg rzeki ku zachodowi, wznoszą się jednak do 90 metrów ponad poziom rzeki. Uszeście sięgające 203 m npm. nie jest wśród nich najwyższe, ale najciekawsze i widoczne od strony doliny z odległości wielu kilometrów. Wody opadowe spływając ku rzece po miękkim, kredowym podłożu, wyżłobiły w zboczach stosunkowo długie i głębokie doliny. Takie położenie i  rzeźba terenu zachęcały dawnych władców do założenia grodu i kontrolowania zarówno przeprawy przez rzekę, jak i transportu towarów doliną rzeczną. Stąd pierwsze wzmianki o Mielniku już z pierwszej połowy XIII w. oraz pojawiający się w nich książęta ruscy, litewscy i mazowieccy. Konsekwencją pobudowania grodu była jego kariera i status już w czasach pierwszej Rzeczypospolitej.

Mielnik mimo tak bogatej historii nie jest bogaty w zabytki. To jedno z tych miejsc gdzie, z braku materialnych dowodów, trzeba domyślać się dawnej świetności. Nie pomniejsza to jednak malowniczości miasteczka kształtowanej obecnie głównie przez rozmaitość krajobrazową. Położone na stokach domy, mimo że nie zawsze architektonicznie ciekawe, usytuowane są wyżej lub niżej od swych sąsiadów i cieszą oko właściciela dalekim widokiem. Często posadowione są na wysokich, zwłaszcza od strony opadających zboczy, podmurówkach. Niwelowanie terenu pod budowę domów skutkuje koniecznością umacniania uskoków przy pomocy, obficie tu występujących, kamieni i głazów narzutowych. Główna, biegnąca równolegle do Bugu, ulica przecina kolejne pasma wzgórz wijąc się przy tym zaciekle. Może nie podobać się podróżującym nią kierowcom, ale dodaje niewątpliwie malowniczości miejscowości. Mielnik ma w sobie wiele z Kazimierza Dolnego (położenie nad dużą rzeką, urozmaicenie terenu), jeno z bardziej lesistym otoczeniem i rzadszą zabudową.

Moja pierwsza wizyta w Mielniku przypadła na lata peerelowskiej restytucji po karnawale Solidarności z lat 1980-81. Miejscowa cerkiew prawosławna zachwyciła mnie mnogością cebulastych kopułek. Wejście do środka było niemożliwe, przeto rozejrzałem się po najbliższej okolicy. I tu, ku mojemu zaskoczeniu, znalazłem zwieńczony krzyżem kamień upamiętniający 300-lecia panowania dynastii Romanowych w Rosji. Wiernopoddańczy tekst w języku rosyjskim wyrażał m. in. życzenie, by miłościwie panujący cesarz Mikołaj II rządził jeszcze przez długie lata. Chichotem historii był fakt, że samodzierżawie carskie skończyło się już po niespełna 4 latach, a zdetronizowany cesarz zostały zamordowany przez bolszewików po 5 latach. Kamień przetrwał kolejne 70 lat, ale następnych 40 już nie. Może nadal istnieje, przeniesiony tylko w mniej wyeksponowane miejsce. Przy cerkwi natomiast znajdziemy zestaw bardziej współczesnych upamiętnień m. in. stulecia autokefalii polskiej cerkwi prawosławnej. Mikołaj II nigdy na jurydyczne odłączenie cerkwi w Polsce od moskiewskiego patriarchatu by się nie zgodził więc sąsiedztwo z jego upamiętnieniem trudno sobie wyobrazić.

Murowana cerkiew parafialna wznosi się na jednej z mielnickich górek. Na tym samym grzbiecie lecz nieco niżej, rozciąga się cmentarz prawosławny, a na nim stoi starsza, bo XVIII-wieczna, drewniana kaplica cmentarna. Boczną furtką w cmentarnym murze można wyjść na wątłą ścieżkę wiodącą stromizną na, wyższą od cmentarnej, Górę Zamkową. Wśród porośniętych lilakiem zboczy opadających ku dolinie Bugu ukryty jest fragment średniowiecznego zamkowego muru. Resztki murów i rozsypane cegły na szczycie to ślady prawosławnej kaplicy Aleksandra Newskiego wystawionej po stłumieniu Powstania Styczniowego. Z Góry Zamkowej rozciąga się daleki widok na rzekę i jej drugi brzeg, który od Unii Lubelskiej pozostawał w Wielkim Księstwie Litewskim, a w czasie rozbiorów w Kongresówce, podczas gdy samo miasto leżało w Koronie, a w czasie zaborów w Rosji. Znacznie bliższy jest widok na kompleks położonych w dolinie boisk piłkarskich. Taka lokalizacja powoduje, że sprzedaż biletów na mecze nigdy nie będzie miała w Mielniku racji bytu.

Jak to w Polszcze z zamkami bywało, skończył on swe istnienie podczas potopu szwedzkiego, ale zniszczyli go nie najeźdźcy z północy, lecz siedmiogrodzcy Węgrzy walczący pod sztandarami sojusznika Szwedów – księcia Jerzego II Rakoczego. Na miejscu dolnego zamku pozostały tylko ruiny kościoła zamkowego. Budowla ta miała wyjątkowo bogatą historię. Odbudowany 60 lat po potopie, służył katolikom do czasów represji popowstaniowych, kiedy to został zamknięty i, w 1871 roku, przerobiony na cerkiew. Wypalone w 1915 roku, podczas przejścia frontu, mury oddano znowu katolikom. Ich mała parafia dopiero co wzniosła jednak swój kościół, a na odbudowę i utrzymanie drugiej świątyni nie miała środków. Dzieła zniszczenia dopełniła Armia Czerwona, która strzegła biegnącej w latach 1939-41 po Bugu granicy przyjaźni z III Rzeszą. Jak na tak wielkie zaangażowanie niszczycielskich sił z kościoła pozostało całkiem sporo. Po sąsiedzku postawiono przezroczystą tablicę, na której przedstawiono zarys dawnego kościoła do zsynchronizowania z jego widokiem współczesnym.

Wszystkie świątynie chrześcijańskie Mielnika wznoszą się na wzgórzach. Dwa niezabudowane wzgórza historycznie też pełniły rolę sakralną. Na górce św. Rocha stał katolicki kościółek, a na górce Woznesienskiej cerkiew, których wyznań łatwo się domyślić. Jedyna świątynia wzniesiona na terenie płaskim to nowa kaplica prawosławna we wschodniej części miasteczka, zwanej Przedmieściem. Tak, Mielnik jest wsią posiadająca własne przedmieście! Ufundowane jako byt konkurencyjny wobec miasta, wyróżnia się wyglądem, gdyż rozłożone jest ono u podnóża wysoczyzny, której zbocza odsuwają się w tym miejscu dalej od rzeki. Kaplica jest wyjątkowa, gdyż zdecydowano na pokrycie jej strzechą. Historycznie rzecz biorąc, uważano bowiem, iż Dom Boży powinien był odróżniać się wyglądem od zwykłej chłopskiej chałupy, m. in. przez pokryciem dachu gontem, blachą lub dachówką. Od chałupy, poza rozmiarami, nie wyróżnia się za to miejscowa synagoga. Zdewastowana przez Niemców podczas II wojny światowej pełniła później wiele funkcji, takich jak sklep spożywczy, galeria sztuki czy pensjonat. Obecnie zaś  stoi pusta w oczekiwaniu na lepsze czasy.

Wina gronowe produkowane w Polsce mają zazwyczaj płaski smak, innymi słowy, określiłbym je jako nudne w konsumpcji. Natomiast winnice stanowią niewątpliwe urozmaicenie krajobrazu, w której to opinii utwierdziliśmy się w Mielniku. Istniejąca w miasteczku od 15 lat winnica zajmuje dosyć szeroką w tym miejscu dolinkę obramowaną częściowo lasem, a częściowo zabudową mieszkalną. Różnica poziomów oraz pofalowane otoczenie dodaje jej uroku, którego pozbawione jest drugie z winnych pól gospodarstwa rozciągające się już na wierzchowinie wysoczyzny. 

Na północno-zachodnich obrzeżach miasteczka, na skraju zespołu przyrodniczo- krajobrazowego Głogi, rozciąga się Kraina Aniołów. Jej główną część stanowi iglasty labirynt, w którym umieszczono figury aniołów oraz sceny związane tematycznie z Biblią. Zwiedzający mają za zadanie pokonać gmatwaninę ścieżek i trafić na trawiastą agorę, pośrodku której stoi tablica z dziesięcioma przykazaniami. Choć cały kompleks jest manifestacją chrześcijańskich przekonań jego autora, to obecnie rozrasta się on w głąb sosnowo-dębowego lasu gdzie powstać ma ogród azjatycki, siłą rzeczy odwołujący się do innych wartości kulturowych. Ta część odpowiadała mi najbardziej, gdyż projektant zachował tu naturalny las wzbogacając go o egzotyczne nasadzenia, w tym liczne rododendrony. Urozmaiconą rzeźbę terenu podkreślił zaś zwożąc i umieszczając w lesie liczne kamienie i głazy narzutowe z okolicznych pól. Mam wiele szacunku dla ludzi, którzy potrafią zrobić coś z niczego, zwłaszcza gdy dokonują tego, praktycznie pracą własnych rąk. Gawędząc z właścicielem nie mogłem jednak pozbyć się niepokoju czy jego idea przeżyje swego autora.

Gdy w latach osiemdziesiątych XX w. szlifowałem umiejętności jazdy konnej Studencki Klub Jeździecki UW posiadał letnią bazę w gajówce Tokary, położonej w mazowieckiej gminie Korczew, mniej więcej naprzeciwko nadbużańskiego Drohiczyna. Każdego roku zdarzało się uczestnikom letnich obozów jeździeckich docierać do Tokar w gminie Mielnik położonych na samej granicy z Białorusią (wtedy ZSRR). Ot, takie nieporozumienie z popularną nazwą miejscowości. My udaliśmy się tam rozmyślnie przyciągnięci, a to tragiczną historią miejscowości podzielonej granicą w 1945 roku, a to faktem posiadania dwóch ciekawych obiektów sakralnych. Oczywiście cerkwi prawosławnej i kościoła katolickiego. Przy czym ta ostatnia jest dosyć typową, pomalowaną na niebiesko, drewnianą świątynią postawioną dla upamiętnienia objawienia maryjnego, w uroczysku Koterka. Prawosławni mieszkańcy Tokar w 1945 stracili dostęp do swojej parafialnej świątyni i do rangi takowej wyawansowała cerkiew filialna malowniczo ulokowana na leśnej polanie, blisko 2 km od najbliższych zabudowań. Historycznie siedzibą parafii rzymskokatolickiej było położone bardziej na zachód Wilanowo. W ramach represji po Powstaniu Styczniowym parafię zlikwidowano, a drewniany kościół rozebrano wykorzystując pozyskany materiał do budowy cerkwi w sąsiednich Telatyczach. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości parafia odrodziła się już w Tokarach. W latach trzydziestych zbudowano kościół wg projektu nieżyjącego od prawie trzech dekad architekta Wdowiszowskiego z Krakowa. No i w efekcie pod białoruską granicą mamy obecnie, jedyny w województwie, kościół w stylu małopolskim (zakopiańskim). Położenie kościoła na zachodnim, a cerkwi na wschodnim krańcu wsi mogło, paradoksalnie, zdecydować o takim, a nie innym przebiegu granicy państwowej. Tokarska cerkiew przetrwała ZSRR, czego nie da się powiedzieć o większości zabudowań wsi, przeniesionych kilkaset metrów dalej na wschód. Ich przykład pokazuje, co mogło pozostać z Mielnika, gdyby okupacja sowiecka okazała się bardziej długotrwałą.

Siemiatycze początkowo traktowaliśmy wyłącznie jako miejsce robienia zakupów i centrum komunikacyjno-logistyczne powiatu. Wiedziałem wprawdzie, że dwór siemiatycki był za rządów księżnej Anny z Sapiehów Jabłonowskiej, u schyłku XVIII w., drugim po Białymstoku, centrum szerzenia idei oświeceniowych na Podlasiu. Siemiatycki kościół katolicki z metryką sięgającą lat trzydziestych XVII w. to jeden z najstarszych murowanych zabytków sakralnych województwa. Kościół poprzez dolinkę niewielkiego strumyka sąsiaduje z cerkwią prawosławną zwieńczoną jeszcze większą ilością kopułek niż jej mielnicki odpowiednik. Ze wzgórza cerkiewnego widać cmentarz wielowyznaniowy i położony nań skromny, drewniany kościółek św. Anny. Może 50 metrów dzieli go od nieużywanej do celów kultowych kaplicy ewangelickiej w kształcie rotundy mieszczącej obecnie galerię metalowych krzyży nagrobnych. Z drugiej strony obłego rynku wybiega ulica Pałacowa. Wbrew nazwie prowadzi ona do gmachu starostwa i prokuratury, przed którymi zachowały się 250 letnie figury dwóch sfinksów (a może jednak sfinksic?) flankujących niegdyś wjazd do pałacu księżnej Anny, który został zniszczony przez Rosjan po bitwie z powstańcami w lutym 1863 roku. Ciekawostką jest, że bliżej niż do świątyń chrześcijańskich było z pałacu do zachowanych budynków żydowskiej synagogi (dzisiaj biblioteka) i mykwy (dzisiaj szkoła branżowa). Co najważniejsze jednak, Pałacowa jest najbardziej harmonijnie zabudowaną ulicą miasta. Murowane i drewniane budynki utrzymane są w podobnej skali i nawet bloki z lat 60-tych XX w. zostały poddane tym samym urbanistycznym rygorom.

Siemiatycze dostarczają też ponadprzeciętnych atrakcji kulinarnych, tak obiadowych jak i kawowo-cukierniczych. Jedynie lokalizacja najciekawszych lokali jest nieco zaskakująca. Znajdują się one, bez wyjątku, na obrzeżach miasta a, w dwóch przypadkach, w dzielnicach przemysłowych. Za to są czynne przez cały tydzień i cały rok. Gdy więc, wybitnie ciekawa i nastrojowa, kawiarnia mielnicka otwiera swe podwoje tylko w weekendy i święta, od maja do września, lokale siemiatyckie przygarną nas bez względu na dzień i porę roku. Tylko, uwaga!, gastronomia w tej części Podlasia zamyka swoje podwoje wcześnie i po 19:00 zjedzenie posiłku możliwe jest w tylko nielicznych lokalizacjach. Sztandarowym daniem nadbużańskiego Podlasia są zaguby. Jest to rolada z ciasta pierogowego wypełniona ziemniaczanym farszem. W większości miejsc podawana jest po usmażeniu, jeno w drohiczyńskiej restauracji, która nota bene, zarejestrowała tę potrawę jako danie regionalne, serwują ją z wody. Nasza grupka podzieliła się w ocenie, która wersja jest smaczniejsza. Z kronikarskiego obowiązku donoszę jednak, że większość optowała za smażonymi zagubami. Mielnicka restauracja jest obiektem architektonicznie reliktowym, co widać zwłaszcza po stanie jej toalet, ale jakością serwowanych potraw nie odbiega od atrakcyjniej wyglądających lokali. Podziomek, ceniąca sobie nastrój i wystrój, odmówiła jednak konsumpcji w tym miejscu, mimo iż budynek restauracji stoi na miejscu po starej mielnickiej szkole, w której jako nauczyciele pracowali jej dziadkowie. Szkoła, zajęta przez sowieckich pograniczników, została potraktowana przez Niemców w 1941 roku jako obiekt militarny i zbombardowana, otwierając tym samym drogę do postawienia PRL-owskiego pawilonu gastronomicznego.

W Mielniku byłem dwa razy w ciągu miesiąca, najpierw z dziećmi i wnuczką, potem z Podziomkiem i siostrą. Starsza córka zakochała się po prostu w Mielniku i drogą ciągłych porównań ogłosiła w końcu rezultat: Mielnik-Drohiczyn 4:0. Po drugim wyjeździe zapytała mnie czy miasteczko przepadło równie do gustu starszemu pokoleniu. Odpowiedź brzmiała: “Wszystkim się podobało, ale inaczej”. Bo też zależy, co kto lubi! Mielnik jest nieporównywalny z sąsiadami, gdy chodzi o urozmaicenie krajobrazu, ale uboższy  w zabytki. Ma mniej ciekawą, nie wspominając, że tylko jedną!, restaurację, ale smaczniejszą kawę i wypieki w miejscowej kawiarni. Wspomniane miejscowości są jednak tak blisko siebie, że bez trudu można między nimi kursować wybierając atrakcje a’la carte. W moim przypadku skłaniałbym się ku wynikowi remisowemu, chyba że po otwarciu przywiezionej z wyjazdu butelki czerwonego wina, jego smak przechyli szalę na korzyść Mielnika.

Kategorie
Polska

Historia miłości czyli o tym jak Chełmno pokochało św. Walentego

Czasy po wprowadzeniu reformacji charakteryzowały się osobliwą dynamiką, a życie religijne trudną do zaakceptowania, z dzisiejszej perspektywy, ekspresją. Podczas gdy teologowie prowadzili uczone dysputy i konsylia lud, tak protestancki jak i wyznania rzymskiego, koncentrował się na bardziej dosadnym okazywaniu swej wyższości wobec innych form religijności. W pomorskim Chełmnie, protestanccy żacy Gimnazjum Chełmińskiego, którzy zasiedlili opuszczony klasztor franciszkanów splądrowali krypty kościelne rozbijając trumny, a wyrzucone z nich szczątki ludzkie stały się “igrzyskiem pospolitym żaków zuchwałych”. Los ten spotkał również doczesne szczątki Jana z Łobdowa (Łobdowczyka), mistyka i lektora tutejszego klasztoru, który wedle XV wiecznego wykazu świątobliwych franciszkanów “w Prusach (…) jaśniał licznymi cudami po śmierci”.

Ale oto, po każdym takim incydencie jego kości wracały do grobowca. Katolicy widzieli w tym cud i potwierdzenie świętości cnego franciszkanina, natomiast podejrzliwi protestanci zorganizowali zasadzkę i przyłapali niejakiego Gorczyca z Lubawy, który nie tylko zbierał i z czcią czyścił porozrzucane kości, ale też uzupełniał ich braki, innymi, przynoszonymi z przykościelnego cmentarza. Zdarzenie to dało asumpt do kwestionowania autentyczności relikwii. Ani jednak uzupełnianie relikwii o cudze kości, ani też fakt, że formalnie Jan z Łobdowa był i nadal jest tylko kandydatem do “chwały ołtarzy” nie zmniejszyły jego kultu. Przygasał on i wybuchał, relikwie lądowały w coraz cenniejszych trumnach, w coraz to innych miejscach (obecnie znajdują się w kaplicy szyperskiej katedry toruńskiej), ale do dzisiaj wspomina się Łobdowczyka podczas nabożeństwa 9 października, w domniemanym dniu jego śmierci, a za patrona uważają go flisacy (uwaga, górale pienińscy: czy ktoś o tym u was słyszał?) oraz żeglarze, w każdym razie ci z Klubu Turystów Wodnych w Chełmnie.

O tym, że kult świętych nie rządzi się racjonalnym zasadami, przypomniałem sobie w chełmińskiej farze przed ołtarzem św. Walentego. W srebrnej puszce ufundowanej w roku 1630 przez Jadwigę Działyńską, starościnę bratiańską, ukryte są relikwie tego świętego. Za przyczyną świętego tak starościna jak i jej córka “doznały pomocy” w chorobie. Św. Walenty przez wieki uważany był za opiekuna w zdrowotnych niedomaganiach, zwłaszcza w przypadku epilepsji. Gdy w związku z postępem naukowym wzrosło zaufanie do medycyny, przypisano mu rolę patrona miłości, czyli zjawiska trudniejszego w opisie przy pomocy wzorów i formuł. Nadawał się do tego gdyż, w zależności od życiorysu, a to udzielał ślubów żołnierzom rzymskim, gdy cesarz Klaudiusz II Gocki domagał się od nich pozostawania w stanie bezżennym, a to udzielił ślubu poganinowi i chrześcijance, a to w przeddzień ścięcia mieczem wysłał list (protowalentynkę) do córki strażnika więziennego podpisując go “Twój Walenty”. Jako, że relikwie Walentego posiada jeszcze z tuzin polskich kościołów, a we Włoszech, gdzie żył i umarł, liczby te są wielokrotnie większe, zachodzi podejrzenie, że można by z nich złożyć kilku bogobojnych mężów.

Jednakże, z kilkunastu polskich miast, w których przechowywane są relikwie św.Walentego tylko w Chełmnie postanowiono wykorzystać ten fakt do promocji miasta. Stąd, gdy otworzymy stronę internetową urzędu miasta pierwsze co rzuci się nam w oczy to hasło “Chełmno – miasto zakochanych” oraz logotyp w kształcie serca, obydwa chronione znakiem Ⓡ . W okolicach 14 lutego przygotowywany jest specjalny program walentynkowy, w ramach którego można za darmo zwiedzać miejskie zabytki, uczestniczyć w wystawach, prelekcjach, a nawet nabożeństwach dla zakochanych organizowanych w kościele ojców Pallotynów. Na rynku przez dwa dni odbywa się jarmark św. Walentego, a sklepy przyozdabiają się czerwonymi serduszkami i/lub elementami bielizny damskiej w tymże kolorze. Co jednak najważniejsze – naród ten scenariusz kupuje! Po zasiedleniu pokoju w staromiejskim pensjonacie wybraliśmy się z Podziomkiem na spacer po głównym staromiejskim deptaku – ulicy Grudziądzkiej. Było blisko godziny 20 w piątkowy wieczór, łapał lutowy mrozek, powietrze było ostre jak brzytwa. Ale ulica tętniła życiem, sklepy były otwarte, towarzystwo liczne i ożywione. Na rynku odbywał się jakiś koncert, do którego nagłośnienia użyto pewnie dużą część mocy konsumowanej przez miasto w przeciętny wieczór. Restauracje i kawiarnie puchły od klientów. Rezerwacji stolika, robionej na tydzień przed wyjazdem udało mi się dokonać w trzeciej z kolei, chyba największej w mieście, karczmie. Przy okazji dowiedziałem się, że na św. Walentego lokale wydłużają swoje normalne godziny pracy. A to wszystko w pomorskim, powiatowym miasteczku liczącym niespełna 20 tysięcy mieszkańców. Toż to prawdziwy cud za wstawiennictwem świętego!

Chełmno, w czasach przed rewolucją świętowalentyńską, miało się wszakże czym pochwalić. Założone przez Krzyżaków, jako przyszła stolica ich państwa, zaplanowane było z wielkim rozmachem. Nadane mu prawo chełmińskie służyło za wzór setkom później powstałych miast w naszym kraju. Stare miasto o rozmiarach 800 na 530 metrów przewyższa obszarem średniowieczne centra większości miast w Polsce. W granicach wytyczonych przez zachowane mury miejskie wznosi się sześć świątyń zbudowanych w stylu gotyckim. Tutaj prawdziwym jawi się slogan “Gotyk na dotyk”! Do tego rzadki na Pomorzu przykład renesansowego (acz, w przeciwieństwie do gdańskiego, potynkowanego na biało) ratusza i dziesiątki kamienic i kamieniczek rozmaitych w formie lecz wspartych na gotyckich fundamentach. Przy tym położenie na na wysokim wschodnim brzegu doliny Wisły zapewniające dalekie widoki na rzeką, położone na jej drugim brzegu Świecie i Bory Tucholskie na horyzoncie. Przy tylu turystycznych aktywach miasto, zasługujące na miano pomorskiego Kazimierza, nie było dawniej w Polsce specjalnie znane.

W odbudowanej wieży ciśnień dział jedna z kawiarni

Mnogość budowli sakralnych przy względnie małej liczbie mieszkańców skutkuje też, rzadką w Polsce, rozmaitością  formy ich użytkowania. To z kolei rzutuje na ich atrakcyjność turystyczną. Parafia obejmująca całe stare miasto jest tylko jedna z kościołem farnym Wniebowzięcia NMP wznoszącym się w pd.-wsch. narożniku Rynku. Świeżo odnowione wnętrza atakują zwiedzających złoceniami rozbuchanego baroku. Ołtarz z relikwiami św. Walentego jest w tym otoczeniu skromnym elementem wyposażenia. W zamknięciu lewej nawy jest ołtarz z XVII wiecznym obrazem Matki Boskiej Bolesnej (Pieta Chełmińska). Uznana za opiekunkę miasta jest, w różnych formach, oddana i wyeksponowana w przestrzeni miejskiej np. jej rzeźba wita wkraczających do centrum przez Bramę Grudziądzką. Starsze, bo XIV wieczne, są polichromie, które ukazują, i to dwukrotnie, mojego patrona św. Krzysztofa. Ze względu na usytuowanie, bogactwo wyposażenia oraz fakt udostępniania w okresie letnim wieży widokowej, kościół ten jest najpopularniejszy i najbardziej znany wśród turystów. Ja sam, dotychczas, nie odwiedziłem innej chełmińskiej świątyni. 

Parafia ma dwie filie w dawnych kościołach franciszkanów i dominikanów. Ten pierwszy po kasacie zakonów katolickich w państwie pruskim został, po latach opuszczenia, przystosowany do roli kościoła szkolnego Gimnazjum Chełmińskiego. Dawne wyposażenie przeniesiono do innych świątyń, a nowe zaprojektowano w stylu neogotyckim w początkach XX w. Kościół dominikanów był w latach 1841-1945 używany przez chełmińskich ewangelików. Jego gotycka, szczytowa fasada służyła za wzór dla odbudowywanej po zniszczeniach II Wojny Światowej, katedry warszawskiej. To drugi, po prawie chełmińskim, prezent miasta dla obecnej stolicy. Obydwa kościoły służą celom kultowym tylko incydentalnie. Szpitalny kościół św. Ducha był pierwszym schronieniem dla chełmińskich relikwii św. Walentego. Teraz jest całkiem pusty i używany przez miejscowe bractwo rycerskie. W końcu, najmłodszy (bagatela, pochodzący z pierwszej połowy XIV w.) i najmniejszy kościółek św. Marcina, pełniący w przeszłości rolę, w zależności od relacji demograficznych, świątyni dla polsko- czy niemieckojęzycznej społeczności katolickiej miasta, obecnie jest tylko stylową ozdobą podwórka szkolnego mając za sąsiedztwo boisko sportowe i pawilon szkolnej biblioteki.

Oprócz kościoła farnego najcenniejsze wyposażenia zachowało się w klasztornym kościele sióstr szarytek. Szarytki, prowadzą w Chełmnie duży kompleks zakładów opiekuńczych. Duży w tym przypadku oznacza zajmujący powierzchnię ok. 1/6 starego miasta. Pierwotnie było to bowiem miejsce przewidziane na zamek, nie byle jaki, bo siedzibę Wielkiego Mistrza Zakonu NMP. Gdy plany się zmieniły, Krzyżacy udostępnili teren zakonowi cystersek, od których klasztor przejęły benedyktynki, a w końcu już w XIX w. szarytki. Kościół, przylegający do murów miejskich od ulicy oddzielony jest młodszą zabudową klasztorną. Jest architektonicznym klejnotem dla wtajemniczonych. Aby go zwiedzić trzeba udać się do klasztornej furty. To tradycyjne określenie oznacza wejście głównymi drzwiami i poproszenie o wskazówki siostry dyżurującej w pomieszczeniu, w świeckim świecie, zwanym portiernią. Zanim dostaniemy się do kościoła trzeba obejrzeć kilka pomieszczeń z historycznymi sprzętami i strojami liturgicznymi oraz klasztorną aptekę. Kościół ma wydłużony balkon chóru, skąd mszy słuchają zakonnice, więc cała reszta wyposażenia, w tym organy, upchnięta jest w prezbiterium i bocznych kaplicach. Poza wspaniałym barokowym ołtarzem znajdziemy tam przejmującą XIV wieczną figurę Chrystusa z ruchomymi ramionami umożliwiającymi zdjęcie z krzyża i umieszczanie jej w grobie przed Wielkanocą oraz doskonale zachowaną płytę grobową z końca XIII w. Swój dobry stan zawdzięcza faktowi, że przez wieki była używana jako blat stołu ołtarzowego. Wystrój malarski charakteryzuje użycie jaskrawych motywów kwiatowych oraz śmiałe zestawienia kolorów stwarzające, zwłaszcza w partiach wejściowych, wrażenie pewnej orientalności. Nie wszystkie części zespołu klasztorno-opiekuńczego są dostępne dla zwiedzających. Nam zdarzało się utknąć pod zamkniętymi drzwiami. Jednak bez paniki! Niespodziewanie pojawiała się wtedy postać w habicie, otwierała zamknięte wrota i udzielała rad co do dalszej drogi.

Charakterystyczne budynki nowszej części zespołu klasztorno-opiekuńczego sióstr szarytek

W roku 1386 papież Urban VI wydał przywilej, na mocy którego w Chełmnie powstać miał uniwersytet, na podobieństwo bolońskiego, z czterema wydziałami: teologicznymi, prawniczym, lekarskim i filozoficznym. Nadzór nad programem uczelni oraz jej warunkami finansowymi powierzono biskupom chełmińskim. Ci jednak chyba nie nazbyt palili się do angażowania w to przedsięwzięcie. Pomimo wydania kolejnego przywileju w roku 1434 przez cesarza Zygmunta Luksemburskiego uczelnia nadal nie powstała. Dopóki Zakon Najświętszej Marii Panny był katolicki krzyżacy nie palili się do posiadania na swych ziemiach wyższej uczelni. Po sekularyzacji i przyjęciu protestantyzmu książę Albrecht Hohenzollern (ten od Hołdu Pruskiego) zmienił zdanie, ale lokalizacja w Chełmnie nie mogła być brana pod uwagę, gdyż miasto należało już do Polski. U schyłku Rzeczypospolitej szkoła chełmińska uzyskała status kolonii akademickiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale granice porozbiorowe odcięły ją od macierzystej uczelni więc kolejna próba utworzenia uniwersytetu też się nie powiodła. Natomiast szkolnictwo na poziomie średnim miało się w Chełmnie zawsze dobrze, a miejscowe Królewskie (katolickie) Gimnazjum Klasyczne uzyskało w 1866 roku siedzibę na ul. Dominikańskiej, której nie powstydziłby się niejeden uniwersytet. Na pewno na uniwersyteckim poziomie stała biblioteka posiadająca w swoich zbiorach m. in. rękopisy dzieł Grzegorza Wielkiego, protestancką Biblię Radziwiłłowską z 1563 roku czy cenny zbiór pierścieni, gemm i kamei (miniaturowych kamiennych płaskorzeźb). Uległa ona jednak zniszczeniu i rozkradzeniu przez Niemców podczas II Wojny Światowej.

Budynek dawnego Gimnazjum obecnie mieści Zespół Szkół Ogólnokształcących nr 1, fot. Magdalenadreścik, lic. CC BY-SA 3.0 pl

Chełmno ze względu na położenie stwarza możliwość szybkiego dojazdu do innych turystycznych celów jakimi są Toruń i Grudziądz. Tym razem wybraliśmy to drugie miasto. Mamy tam ulubioną kawiarnię w uliczce pod parasolkami prowadzącej od Rynku ku ulicy Spichrzowej. Tym razem w ofercie zaskoczyła nas obecność piwa z miejscowego mini browaru. Szkoda tylko, że nie ma on praw do używania tradycyjnej dla miasta marki “Kuntersztyn”. Spacer po nadwiślańskich błoniach, w słoneczne, mroźne południe z widokiem na imponującą linię wielokondygnacyjnych spichrzy i górującymi nad nimi wieżami kościoła farnego, kolegium jezuickiego i odbudowanej wieży zamkowej, zwanej Klimkiem, utwierdził mnie w przekonaniu, że Grudziądz posiada najatrakcyjniejszy widokowo waterfront spośród wszystkich nadwiślańskich miast w Polsce. Odkryciami tego wyjazdu były dwa obiekty w stylu neogotyckim, obydwa związane z protestantami grudziądzkimi. Obecna świątynia parafialna wzniesiona w 1916 roku dla kościoła apostolsko-katolickiego (tu ciekawostka: wyrosłego z prezbiteriańskiego Kościoła Szkocji!) jest architektonicznie skromna, ale ze względu na usytuowania na bastionie murów miejskich jest efektownie wyeksponowana od strony południowej. Od strony północnej, schodkowy szczyt kościółka ładnie zamyka perspektywę ulicy Murowej. Obecna parafia jest liczbowo niewielka, ale przed II Wojną Światową, gdy ewangelików (głównie niemieckich) w mieście było ponad 3000, do celów kultowych służył im obecny rzymsko-katolicki kościół pw. Niepokalanego Serca NMP. Stracił on w wyniku działań wojennych wyniosły szczyt swej wieży, ale nadal prezentuje wszystkie cechy bogatego neogotyku. W środku natomiast świątynia jest zaskakująca surowa w wyglądzie. Dominującym elementem wyposażenia jest współczesny krucyfiks w prezbiterium. Na ścianie wschodniej umieszczono zachowane elementy neogotyckiego ołtarza. Ukłon w kierunku liturgicznych preferencji obecnych użytkowników stanowi udana figura Matki Boskiej we wnęce na zamknięciu lewej nawy oraz tematyka witraży w wielkich oknach naw. Prócz tego pustka pobielonych ścian. Czyżby to działał stary dobry “Genius loci”?

Moja wywodząca się z Pomorza rodzina ma w repertuarze bożonarodzeniowych kolęd także kilka pozycji niemieckich. Nawet w czasach obecnych, gdy liczba jej członków władających mową Goethego i Schillera mocno się skurczyła, śpiewamy czasem podczas rodzinnego kolędowania, do dziś popularny za naszą zachodnią granicą, świąteczny szlagier “Leise rieselt der Schnee”. W Grudziądzu skwer urządzony w dawnej miejskiej fosie w pobliżu kościoła protestanckiego nosi imię pastora Eduarda Ebela. Po sprawdzeniu hasła w Wikipedii okazało się, że był to autor tekstu tej kolędy, a jednocześnie proboszcz miejscowej parafii ewangelicko-unijnej. To odkrycie skierowało mnie ku refleksji nad polsko-niemiecką historią Pomorza. Według spisu ludności z 1910 roku w Chełmnie polski jako język ojczysty wykazało 6263, a niemiecki 5033 osób. Jak na swoją niewielką liczebność i ograniczone znaczenie administracyjne czy ekonomiczne, miasto może pochwalić się dużą liczbą znanych w historii osób. Ludwik Rydygier, późniejszy profesor i rektor Uniwersytetu we Lwowie, dokonał w Chełmnie pionierskich operacji resekcji żołądka. Rodzina Raszejów wydała trzech braci Maksymiliana, Franciszka i Leona, będących odpowiednio profesorami teologii i medycyny oraz, w przypadku Leona ostatnim przedwojennym prezydentem Torunia. Wszyscy trzej zginęli w czasie II Wojny Światowej. Spośród niemieckich mieszkańców Chełmna, znanego ówcześnie pod nazwą Kulm, na karty historii bez wątpienia przebił się generał Heinz Guderian, teoretyk i praktyk użycia wojsk pancernych w ramach blitzkriegu. Gdy kolumny pancerne generała siały popłoch na frontach II Wojny Światowej, inny słynny chełmianin – Kurt Schumacher – przebywał w obozach koncentracyjnych, w których w sumie spędził 9 lat, 9 miesięcy i 9 dni. Po wojnie odbudował socjaldemokrację niemiecką i bezskutecznie kandydował na stanowisko prezydenta RFN.

Oferta kulinarna Chełmna jako miasta turystycznego jest ponadprzeciętna. Wolny stolik trudno było jednak znaleźć i w powalentynkową sobotę. Z tego powodu znaleźliśmy się w najstarszej i najszacowniejszej restauracji, położonego na drugim brzegu Wisły, Świecia. Trafiliśmy tam na większe rodzinne przyjęcie, które postawiło przed obsługą, bez mała niemożliwe do wykonania, zadanie obsłużenia pozostałych gości. Atmosfera była więc napięta, lecz w menu odkryliśmy warte wzmianki, typowo pomorską zupę owocową z przetartych gruszek z kładzionymi kluseczkami oraz deserową bezę. Ta ostatnia zostawiła w pokonanym polu desery z innych lokali, w tym nawet tych o profilu kawiarnianym. Lokal odwiedzony w niedzielę pobił inne poziomem obsługi i stosunkiem jakości do ceny serwowanych steków. Natomiast walentynkowa karczma punktowała w dziedzinie całokształt (smak/wystrój/obsługa). No i w walentynkowym bonusie był nastrojowy spacer po wieczornym Chełmnie.

Chełmno, niewątpliwie, zasługuje na uznanie jako przykład mistrzowskiego wykorzystania dobra niematerialnego (kult św. Walentego) do promocji miasta. Niczym legendarny baron Münchhausen potrafiło wyciągnąć się za uszy z bagna prowincjonalnej, polskiej przeciętności. Na chełmińskim rynku znajdziemy jednak dowód, że ciągle można coś ulepszyć. Otóż na samym pn.-zach. narożniku placu razi oczy wielka wyrwa w zabudowie. Wznosił się tam niegdyś hotel Dwór Chełmiński mieszczący w czasach PRL także dom kultury i bibliotekę pedagogiczną. Budynek zgorzał w 1984 roku i do dzisiaj nie udało się go zastąpić nową kamienicą. Tymczasem w pobliżu, pod numerem 26, stoi obiekt z lat dwudziestych XX wieku, zbudowany już kilka lat po pożarze, który zniszczył stojącą w tym samym miejscu tzw. kamienicę z polską attyką. Nie mnie osądzać, czy jest to przykład skuteczności ówczesnego, jeszcze pruskiej proweniencji, systemu ubezpieczenia od ognia czy też większej niż w przypadku właściciela publicznego efektywności gospodarowania właściciela prywatnego. W każdym razie, nieumiejętność poradzenia sobie z tą luką w zabudowie w tak prestiżowym miejscu nie pozwala mi pisać o Chełmnie wyłącznie w trybie afektowano-laurkowym.

Kategorie
Litwa

W trzy dni przez Litwę czyli o poszukiwaniu uśmiechniętego lica

Sierpniowy wieczór szybko zapadał nad Wilnem. Odgłos naszych kroków odbijał się od  pamiętających lepsze czasy ścian kamienic. Ulice były prawie puste, czasem tylko mijaliśmy policyjny patrol. Funkcjonariusze byli odziani w nowe mundury, wzorowane na przedwojennych, ale z naszej perspektywy – ludzi przyzwyczajonych do PRL-owskiej sprzaśności – niemal operetkowych. Tylko zużyte Łady, którymi się przemieszczali, przypominały, że Litwa ciągle, przynajmniej formalnie, była częścią ZSRR. W końcu zbliżyliśmy się do Ostrej Bramy. Przez okna nad prześwitem bramnym widać już było błysk lampek przed świętą ikoną. Nagle, gdzieś z podwórka, na środek ulicy wytoczyła się przedziwna postać. Pokraczny produkt kraju, w którym oficjalnie nie było bezrobocia i bezdomności, mimo że znaczna część społeczeństwa żyła w ubóstwie, czasem z konieczności, a czasem z wyboru. Zmierzywszy nas zaczepnym wzrokiem osobnik ów, nie wiadomo skąd wyciągnął pokaźny kij, czy lagę, uniósł go nad głową i zamarł w bezruchu.

Poczułem uścisk dłoni Podziomka na moim łokciu. Paradnie umundurowani policjanci oczywiście nie zaglądali w te okolice. Przyjrzałem się włóczędze blokującemu naszą drogę. Był wyraźnie starszy i drobniejszy ode mnie. Spożywanie znacznych ilości napojów wyskokowych też było nie bez znaczenia dla stanu jego sprawności. Rozważywszy wszelkie za i przeciw, ze spojrzeniem wbitym w oczy intruza ruszyłem, jak gdyby nic, przed siebie. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, ale gdy byłem już blisko, dziadyga roześmiał się chrapliwie, schował kij za siebie i tak, jak nagle się pojawił, tak raptownie zniknął. Droga do kaplicy i duchowych przeżyć stanęła przed nami otworem.

Pod Ostrą Bramą

Taka sytuacja, znacząco odbiegająca od doświadczeń współczesnych pielgrzymów do Ostrej Bramy, była możliwa do przeżycia tylko w krótkim oknie czasowym poprzedzającym rozpad sowieckiego molocha. Chociaż w owych czasach nikt nie śnił o Rail Baltica, jednak trasę Tallinn – Warszawa można było pokonać koleją. Ponieważ jednak czas miał ówcześnie inne znaczenie niż obecnie, wagony z Tallinna, po przyjeździe na stację kolejową w Wilnie, czekały blisko 4 godziny na przyjazd pociągu relacji Leningrad – Warszawa. Był to okres w zupełności wystarczający na krótki spacer po mieście. Do momentu konfrontacji pod Ostrą Bramą, jedynym problemem był brak planu miasta i konieczność nawigowania w terenie, bazując bardziej na instynkcie, niż na znajomości topografii. Droga powrotna na dworzec była już prostsza. Wyjechaliśmy z Wilna zgodnie z rozkładem. Była niedziela, 18 sierpnia 1991 roku. Nazajutrz, od świtu, Moskwa była na czołówkach światowych mediów. Twardogłowi członkowie partii i rządu podjęli nieudany pucz przeciwko Gorbaczowowi, w nadziei na powrót komunistycznego raju. Ich porażka oznaczała, że będziemy mogli wracać na Litwę w celu jej bliższego poznania.

Nietolerancja religijna, która po potopie szwedzkim i najeździe moskiewsko- siedmiogrodzkim ogarnęła Rzeczpospolitą, przybrała formy instytucjonalne tylko w Koronie. W Wielkim Księstwie Litewskim sytuacja kościołów reformowanych była, mimo powtarzających się prób ograniczenia ich działalności, zdecydowanie korzystniejsza. Nie przypadkiem, pozbawieni aż do lat osiemdziesiątych XVIII w. własnej świątyni i pastora, dysydenci warszawscy udawali się na nabożeństwa w Węgrowie. Aż do końca istnienia pierwszej Rzeczpospolitej, miasto było częścią “Litwy”, a granica z Koroną biegła po rzece Liwiec. W Wilnie zbór luterański istniał już w XVI wieku, a współczesna świątynia liczy już sobie 285 lat. Jako, że koegzystencja z katolicką większością miasta nie było całkiem spokojna, kościół ukryto w podwórku przy ulicy, nomen-omen, Niemieckiej (Vokiečių). Z dzisiejszej perspektywy lokalizacja taka przysparza uroku, w bardziej niespokojnych czasach pozwalała przetrwać antyheretyckie tumulty za zamkniętymi na cztery spusty wrotami bram. Obecny wygląd kościół zawdzięcza ojcu wileńskiego baroku – pochodzącemu ze Śląska Janowi Krzysztofowi Glaubitzowi. Ten dobry luteranin i wieloletni członek władz wileńskiego zboru, w duchu ekumenicznym, obdarował wytworami swego talentu liczne świątynie katolickie, prawosławne, a nawet wielką synagogę wileńską. Mieszkańcom dawnej Kongresówki i Galicji pojęcie barokowego wystroju luterańskiej świątyni może wydawać się oksymoronem. Wynika to jednak stąd, że w okresie baroku w tych częściach Polski w ogóle nie można było wznosić świątyń protestanckich. A gdy było to już możliwe, w architekturze panowała moda na klasycyzm i wśród samych wiernych zaczęto chyba bardziej cenić skromne wnętrza świątyń. Jednak o tym, że nie zawsze tak było, zaświadczają dolnośląskie kościoły Pokoju i Łaski, liczne małe kościoły mazurskie oraz kościół w Wilnie. Ma on ołtarz porażający bielą marmuru i ekspresyjnością figur, a także wspaniałą ambonę i chrzcielnicę. Trzeba się na serio skupić, by rozważać Słowo, podczas gdy zmysł wzroku atakowany jest tak powabnymi obrazami.

Na stronie parafii luterańskiej znalazłem informację, że w niedzielę, 10 listopada, odbędzie się International Service in English – wspaniale, że w zrozumiałym dla mnie języku. A w dodatku ciekawiło mnie, jakie będą różnice w sprawowaniu obrządku, w porównaniu z kościołami ewangelicko – augsburskimi w Polsce. W kruchcie kościoła powitały mnie dwie elegancko ubrane panie. Luteranie przykładają dużą wagę do wzmacnianie więzi społecznych wewnątrz zboru. Pastorzy ściskają dłoń i zamieniają parę słów z każdym uczestnikiem nabożeństwa. Uznałem zatem, że w Wilnie panuje również zwyczaj witania gości, zwłaszcza, gdy mogą wśród nich znaleźć tak ważni jak pracownicy zagranicznych ambasad. Przedstawiłem się więc grzecznie obu paniom, informując skąd przybywam, a one wyraziły radość z mojej obecności. Ze sprawności ich small talk’u wynikało, że angielski jest ich językiem rodzimym. Pomyślałem nawet, że to przejaw profesjonalizmu parafii, że deleguje do kontaktów z cudzoziemcami native speakers. Chwilę potem wręczono mi program, z którego wynikało, że uczestniczę w Remembrance Day, organizowanym ku czci żołnierzy poległych w I Wojnie Światowej. Organizatorami były ambasady Wielkiej Brytanii i Kanady. Nic dziwnego, że przewidziano wystąpienia ambasadorów tych krajów, jak również Stanów Zjednoczonych, Francji i Niemiec. Jakież było moje zaskoczenie, gdy przed zgromadzonych wyszły owe, spotkane w przedsionku kościelnym, panie – ambasadorki USA i Zjednoczonego Królestwa. Gdybym wiedział to wcześniej, może zdołałbym załatwić coś dla Polski!

Uroczystość miała charakter ekumeniczno-dyplomatyczny. Obecni byli przedstawiciele wielu wyznań i religii, m. in. muzułmański mufti w wielkiej baranicy na głowie. Oprócz części modlitewnej, recytowanej i śpiewanej, w której odkryłem znany z przedostatniej sceny filmu “O jeden most za daleko” hymn “Abide with me”, czytano fragmenty poezji i prozy tworzonej przez uczestników Wielkiej Wojny. Było to bardzo poruszające doświadczenie. szczególnie dla osób mających świadomość, że autorzy starannie dobranych słów i szlachetnych myśli oddali swe życie podczas tego konfliktu. Delegacje ambasad złożyły potem wieńce pod ołtarzem. Tu wszystkich przebili gospodarze, zarówno wielkością wieńca, elementami musztry, jak i uzbrojeniem (oficer przy szabli). Ciekawa była lista obecności i nieobecności. Z państw Ententy zabrakło Włoch i Japonii. Z państw Centralnych nie było Turcji, ale i Austrii, za to wieńce złożyła delegacja węgierska. Spoza grona uczestników wojny, obecne były delegacje: indyjska, koreańska i irlandzka. Wszak ich rodacy, będący wtedy poddanymi wojujących stron, ginęli na tej wojnie nosząc obce mundury. I tu ogarnęła mnie smutna refleksja: W I Wojnie Światowej zginęło blisko 400 tysięcy Polaków, walczących często przeciwko sobie. Straty irlandzkie szacuje się na ok. 35 tysięcy zabitych. Nie była to irlandzka wojna, jej ofiar nie zalicza się do grona irlandzkich bohaterów narodowych. Ci ostatni spiskowali przeciw i ginęli w walce z Brytyjczykami. Mimo to, współczesna Irlandia oddaje hołd pamięci rodaków, których kości wyścieliły pobojowiska pod egzotycznymi Suvla, czy Sedd-El-Bar. W tym świetle decyzja naszych władz o nieobecności delegacji polskiej uderzyła mnie swoją małostkowością.

Nasz listopadowy wyjazd, od strony organizacyjnej możnaby porównać do kolarskiego Tour de Lithuanie. Każdego dnia nocleg w innym  miejscu i każdego dnia minimum 1,5 godziny w samochodzie. Motywem wiążącym odwiedzane miejsca, zaproponowanym przez mojego brata, było poznanie miejsc związanych z polskimi powstaniami narodowymi. Podczas dziecięco-nastoletnich wypraw po górach z naszym ojcem śpiewaliśmy piosenki z jego harcerskiego repertuaru. “Śmierć pułkownika” – do poematu Adama Mickiewicza – utkwiła nam w pamięci narastającym patosem oraz swoistym suspensem. A że miejsce śmierci i pochówku Emilii Plater, zarówno pułkownika, jak i “dziewicy – bohatera” z mickiewiczowskiego poematu, znajduje się dosłownie o rzut beretem od polskiej granicy, to pierwszy punkt programu mieliśmy już ustalony. Dla uzupełnienia historycznego dodaliśmy jeszcze Konstantego Kalinowskiego, polskiego ziemianina i białoruskiego budziciela, a także naczelnika cywilnego Litwy z ramienia Rządu Narodowego, podczas Powstania Styczniowego. Stąd nasz krótki postój, jeszcze w Polsce, w Mostowlanach nad Świsłoczą, gdzie przyszły bohater przyszedł na świat i wynikająca z niego konieczność nocnej rajzy ku granicy z Litwą, podczas której, wbrew zapowiedziom brata, nie zostaliśmy zatrzymani do kontroli przez Straż Graniczną. Objęcie zasięgiem umowy schengeńskiej zagwarantowała nam możliwość przekraczania granicy z Litwą w każdym miejscu, do którego dociera dowolna droga wiodąca na wschód. Skorzystaliśmy z tej szansy na odcinku Berżniki – Kopciowo (Kapciamiestis). I muszę przyznać, że przejazd tą gruntową, choć równą, drogą, prowadzącą wśród lasów Puszczy Augustowskiej, był przyjemnością samą w sobie. Granicę wyznaczały tu tylko przecinka i dwa słupy graniczne.

Wkrótce dotarliśmy do Kopciowa. Na pustawym placu wznosi się tam nieproporcjonalnie mały pomniczek Emilii Plater. Ku naszemu zaskoczeniu, sama figura odzianej z męska bohaterki została pomalowana na różowo, choć jak nam się zdawało, na starszych fotografiach była złota. No, ale na tych samych fotografiach, na placu zasiana była trawa i rosły drzewa, po których teraz nie zostało ani śladu. Piękne stare drzewa rosną za to na cmentarzu, gdzie pochowano, początkowo pod zmienionym nazwiskiem, bohaterkę zmarłą z wyczerpania od wędrówki i ukrywania się po lasach. Cmentarz nie pełni już funkcji grzebalnych. Zachowało się na nim tylko parę nagrobków, wykonanych z najbardziej trwałych materiałów. Kilka kilometrów na północ od Kopciowa znajdował się dwór Justianowo (Vainežeris), gdzie próbowano, bezskutecznie, ratować zdrowie i życie panny z dobrego domu, która zaniemogła i przebywała w pobliskiej leśniczówce. Po budynkach, zniszczonych przez litewskie podziemie w latach powojennych, nie ma już śladu. Na miejscu dworu stoi jednak drugi, artystycznie bardziej udany, pomnik Emilii Plater. Oryginalny, bo przedstawiający “pułkownika” pod bronią, choć w pozycji klęczącej. Miejsce jest niezwykle urokliwe, z bogatym w starodrzew parkiem, otaczającym niewielkie jezioro. Najbliższe sadyby ludzkie są oddalone o conajmniej pół kilometra, więc nikomu nie przeszkadzało odśpiewanie przez nas chóralnie mickiewiczowskiego poematu.

Skoro byliśmy już wcześniej w miejscu narodzin, chcieliśmy odwiedzić też miejsce pochówku Kastusia Kalinowskiego. Od roku 2019 jego doczesne szczątki spoczywają w kaplicy na cmentarzu na Rossie. Ich znalezienie zawdzięczamy siłom natury – zostały odsłonięte, gdy osunęło się zbocze Góry Gedymina. Że są to szczątki przywódców Powstania Styczniowego, zdradził napis wygrawerowany na znalezionej przy nich obrączce: “Zygmunt i Apolonia. 11 sierpnia/30 lipca 1862”. Tego dnia ślub wzięli: Zygmunt Sierakowski, wojskowy dowódca Powstania Styczniowego na Litwie i Apolonia Dalewska. Tożsamość pozostałych ofiar Murawiewa-Wieszatiela ustalono w drodze badań genetycznych. Ich ponowny pochówek na Rossie miał podniosły nastrój i zjednoczył, przynajmniej w tym dniu, Polaków, Litwinów i Białorusinów. Jednak kaplica, w której pochowano powstańców, okazała się nie być otwarta na codzień. Zmuszeni byliśmy położyć nasze znicze i wieńce u jej wejścia.

Zyskaliśmy jednak możliwość powłóczenia się po cmentarzu. Przykłady wybitnej sztuki kamieniarskiej są na nim nadzwyczaj liczne. Szacunek budzi też zestaw i kaliber osób, które znalazły na Rossie wieczny odpoczynek. Mnie jednak najbardziej ujęła bogata rzeźba terenu, w tym cztery wzgórza: Górka Literacka, Górka Anielska, Wzgórze Pomocne i Wzgórze Południowe. Różnice wzniesień sięgają 30 metrów, a niektóre nagrobki i kaplice zyskują dzięki temu wręcz dramatyczną perspektywę i ekspozycję. Stosunkowo rzadkie nagrobki litewskie wyróżniają się oryginalnością krzyży, nie bez powodu sztuka ich wykonania została w 2008 roku wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. Nagrobki kryjące ważne postacie historii Białorusi opisane są w alfabecie łacińskim, przypominając, że pierwsi działacze narodowi byli często szlacheckiego rodu i wyznawali religię rzymskokatolicką. Znalazłszy się na Górce Literatów, skąd doskonale widać cmentarz wojskowy oraz mauzoleum serca i matki marszałka Piłsudskiego, uświadomiłem sobie nagle, że podczas wcześniejszych wizyt w Wilnie ograniczałem wizytę do tej, mikroskopijnej w porównaniu z powierzchnią całej nekropolii, części cmentarza. Na zwiedzenie podczas kolejnej wizyty czeka jeszcze Nowa (bagatela, ponad stuletnia!) Rossa.

Kowno zostało dołączone do programu naszego Rajdu Powstańczego głównie z powodu położenia przy dobrej i najszybszej, drodze do Polski. Kolejny uczestnik wyjazdu, moja siostra, miała jakieś mgliste wspomnienia z odbytego przed ponad 55 laty obozu harcersko-pionierskiego, spędzonego w pobliżu miasta. Trzeba jednak powiedzieć, że ani wspomnienia twarożku z rodzynkami, ani wizyty w kościele zamienionym na muzeum ateizmu, nie wystarczyłyby, jako zachęta do powrotu do tego miasta. Nasze z Podziomkiem wspomnienia sprzed blisko 10 lat, były zgoła odmienne. Jako miłośnicy modernizmu, zachwycaliśmy się wszelkimi podobieństwami do architektury Gdyni. To taka pamiątka po dwudziestoletniej stołeczności Kowna w latach przedwojennych, kiedy trzeba było szybko zmienić oblicze średniej wielkości rosyjskiego miasta gubernialnego na siedzibę władz niepodległego i nowoczesnego państwa litewskiego. Poprowadziliśmy więc naszą wycieczkę przez całe centrum, do podnóża wzgórza, na którym wznosi się monumentalna bazylika Zmartwychwstania Pańskiego. Olbrzymia świątynia wieńczy najwyższy punkt dzielnicy Žaliakalnis. Miejsce zostało wybrane umyślnie, by białe ściany i dwie wieże, były widoczne z każdego punktu miasta. W czasach sowieckich zamieniona na wytwórnię radioodbiorników, od roku 2004 ponownie służy celom kultowym i kulturalnym. Zamiast dachu, kościół ma ogromny taras, mogący pomieścić 2000 osób i stanowiący najlepszy punkt widokowy miasta. Mieliśmy w planach wjechanie na wzgórze, istniejącą od 1931 roku kolejką szynową. A tu pech! Podobnie, jak podczas naszej poprzedniej wizyty, “z powodów technicznych” kolejka nie funkcjonowała. W tych warunkach najmłodsza uczestniczka, dziewięcioletnia córka mojej bratanicy, odmówiła wspinania się na wzgórze. W zamian za niezrealizowane plany, zaproponowano jej przejażdżkę trolejbusem.

Niepowodzenie w dotarciu do białej świątyni zrekompensowaliśmy sobie wizytą w największej na całej Litwie gotyckiej katedrze, włóczęgą po staromiejskich uliczkach oraz podziwianiem reprezentacyjnej zabudowy wzdłuż Alei Wolności (Laisves) i nowoczesnych budowli dzielnicy Žaliakalnis. Do nieoczywistych atrakcji miasta należą błonia u zbiegu Wilii (Neris) i Niemna. Rozciąga się stamtąd, nie tylko daleki widok na doliny obydwu rzek, ale i oryginalna perspektywa na Stare Miasto i zamek kowieński. Trochę przypadkowo wędrowaliśmy szlakiem kowieńskich pomników. A jest ich całkiem sporo i wielce różnorodnych. Od klasycznego w formie wizerunku poety, duchownego i filologa Jonasa Mačiulevičiusa, poprzez ekspresyjne wyobrażenie litewskiej Pogoni nad brzegami Willi, nieco dziwaczną miniaturę człowieka-szyszki na błoniach do czarujących figurek uliczników patrzących przez obiektyw kamery na gmach modernistycznego kina Romuva. 

Rozmiarami i przekazem ideowym nie umywają się one jednak do pomnika Wielkiego Księcia Witolda w Alei Wolności. Witold, w triumfalnej pozie wsparty na mieczu, stoi na postumencie podtrzymywanym przez pokonanych wrogów Litwy: Krzyżaka, Rusina, Tatara i Polaka. Ten ostatni, za każdym razem wzbudza moje rozbawienie, gdyż z boleściwą miną trzyma się za ucho, niechybnie natarte przez litewskiego wodza. Dla turystów z Polski, wyrosłych na polukrowanej wersji historii, w której litewscy i polscy kuzyni wspierali się przeciwko Teutonom i nie znali co to spory, inne ukazanie ich relacji może być przykrą niespodzianką. Mogło być jednak gorzej. Zamiast trzymać się za ucho, polski woj mógł zostać ukazany, jak z chytrą miną chowa za pazuchę koronę królewską. Przyznał ją Witoldowi cesarz, jednak nigdy nie dotarła do miejsca koronacji. Na rozkaz króla Władysława Jagiełły Polacy obsadzili drogi prowadzące z Nowej Marchii i 1 sierpnia 1430 roku przejęli posłańca cesarskiego wiozącego insygnia królewskie na Litwę. Podobno, jedynie wyperswadowali mu dalszą podróż do Wilna, ale jest faktem, że po koronie ślad zaginął. W artystycznej wizji łatwo można było ukazać jej przywłaszczenie przez polskiego woja. A z dwojga złego, lepiej już być utożsamianym z pokonanym przeciwnikiem, niż z podstępnym złodziejem.

Około 15 lat temu byliśmy całą rodziną na Litwie. Naszą bazą wypadową były Troki. Mieszkaliśmy w domu rosyjsko-litewskiego małżeństwa. Pan był emerytowanym kierownikiem kołchozu, w którym pracowało sporo Polaków – miał więc sposobność poznać nasz język. Jako gościnny gospodarz, zaprosił nas któregoś wieczoru na cepeliny. Siedzieliśmy na tarasie ich domu, atakowani bezlitośnie przez komary. Moje dziewczyny szybko się ulotniły, już to z powodu brzęczących natrętów, już to na widok pokaźnej muchy utopionej w sosie, już to z powodu butelki z wysokoprocentową zawartością, która pojawiła się na stole dla towarzystwa cepelinom. Po pierwszej kolejce, gospodarz zaproponował przygotowanie herbaty. Po chwili powrócił z kuchni ze szklankami pełnymi słomkowego płynu. Skosztowałem i stwierdziłem, że herbaciane liście zostały zalane wodą o temperaturze pokojowej. Ze zdziwieniem spojrzałem na gospodarza. Ten z błogą miną i zamkniętymi oczami drzemał już w fotelu. Przy takiej reakcji organizmu na alkohol mógł być spokojny, że nie przepije swego majątku. 

Podczas ostatniego wyjazdu nie przydarzyła nam się żadna spektakularna przygoda w kontaktach z Litwinami. W Wilnie wszyscy mieliśmy jednak wrażenie, że uśmiech rzadko gościł na ich licach. Zadałem sobie sporo wysiłku, by wywołać ślad uśmiechu na twarzy młodej baristki w kawiarni na wileńskim Zarzeczu. Cóż, ludy północy z natury są bardziej poważne, a wileńscy Litwini często przybierają maskę nadmiernej powagi w kontaktach z Polakami. Tymczasem postój w Kownie przyniósł całkiem odmienne wrażenia. Obsługa hotelowa wręcz promieniowała radością (chorzy, czy co?). A pani z obsługi kawiarni na Starym Mieście potrafiła nawet rozbroić uśmiechem potencjalnie konfliktowe nieporozumienie językowe przy składaniu/odbieraniu zamówienia. A miasta te leżą w odległości zaledwie 100 km jedno od drugiego. Może jednak Wilno warte jest pobytu na tyle długiego, by doczekać chwili, gdy mieszkańcy zaczną witać gościa uśmiechem?