Kategorie
Polska

O miasteczku wyrosłym na kredzie czyli co widać z mielnickich wzgórz

Majowa noc miała się ku końcowi. Słowiki ciągle kląskały w nadrzecznych krzakach, ale gdzieś od sosnowego boru pobrzmiewały już pierwsze nieśmiałe trele drozdów i kosów. Uczestnicy całonocnych śpiewań na zakończenie pielgrzymki młodzieży prawosławnej byli już nieco zmęczeni. Ich krąg coraz bardziej zacieśniał się wokół dogasającego ogniska. Prowadzący podjął ostatnią próbę podbicia nastrojów. Posługując się piękną, literacką wersją języka białoruskiego przemówił do zebranych: “Usłyszeliśmy tu już wiele pięknych piosenek ukraińskich, teraz pokażmy jakie piękne są pieśni białoruskie”. Niestety, żadna z piosenek, które próbował zaintonować nie została podchwycona przez młodych pielgrzymów. Natomiast, okazało się, iż niespodziewanie powszechną znajomością słów i muzyki cieszył się utwór w języku polskim “Pokochałam pięknego (ładnego) Białorusa”. Zebrani pomału zaczęli się rozchodzić. Zostawiając za sobą zwieńczoną drewnianą cerkiewką górę krzyży podążali grupkami do pobliskiej stacji kolejowej w Syczach, by zdążyć na pociągi do Białegostoku czy Warszawy.

Fakt, że w repertuarze ogniska zamykającego pielgrzymkę przeważał repertuar ukraiński był naszej grupce na rękę, gdyż związani słabiej lub mocniej ze Studenckim Kołem Przewodników Beskidzkich w Warszawie, byliśmy z nim nieźle zaznajomieni. Z drugiej strony możliwość rozszerzenia naszych wokalnych doświadczeń o przykłady kultury białoruskiej została zaprzepaszczona. Cóż, środowisko mniejszości ukraińskiej, przynajmniej w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych XX w., na które to przypadło opisywane wydarzenie, było znacznie lepiej zorganizowane i prężne niż jego białoruski odpowiednik. Musiało to ulec zmianie po upadku komunizmu, gdy monopol na zagospodarowanie życia kulturalnego polskich Białorusinów straciło Białoruskie Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne. W każdym razie, incydentalnie zaglądając w programy kolejnych pielgrzymek, a w tym roku odbyła się już 46, widzę, że program kulturalny ulega imponującemu rozrostowi, odchodząc równocześnie od piętna wąsko rozumianego wydarzenia folklorystycznego.

W kolejnych latach, mniej więcej raz na dekadę, odwiedzaliśmy Grabarkę z cerkiewką i klasztorem na świętej górze. Obserwowaliśmy jak ta prawosławna Częstochowa rozwija się i przeobraża. Po pożarze odbudowano w tej samej postaci, choć w innej technologii, cerkiew. Klasztor rozrósł się o kilka murowanych budynków, przy których jakby skarlała, choć jednocześnie wyszlachetniała, oryginalna, drewniana siedziba sióstr zakonnych. Tegoroczna wizyta przyniosła odkrycie w postaci muru ogradzającego cały kompleks i pokaźnych rozmiarów parkingu obrzeżonego rzędem reklamowych bilbordów. Wyasfaltowano też już chyba wszystkie drogi, którymi zmotoryzowani pielgrzymi i turyści mogą dotrzeć w te miejsce. Klasztory sklepik powiększył się i oprócz czysto kultowych produktów sprzedaje teraz regionalne produkty spożywcze, a nawet miejscową odmianę obrazka Żyda liczącego pieniądze. Jak widać także u braci prawosławnych wielu wierzy, że powodzenia finansowego nie sposób wymodlić, można je za to, w przystępnej cenie, kupić. Jedno co niezmienne, to głęboka wiara pielgrzymów, że modlitwa w tym miejscu przyniesie w ich życiu odmianę, a może i odkupienie win. Lektura inskrypcji na pozostawionych wokół cerkiewki krzyżach może być bardzo pouczająca. Podczas tej wizyty udało nam się znaleźć krzyż pozostawiony przez głowę kościoła prawosławnego Cypru jak i przywieziony przez arabskich chrześcijan w barwach Palestyny.

Grabarka leży w historycznej ziemi mielnickiej. Obecnie ma już inne przyporządkowanie administracyjne, ale że nasze podróże odbywają się wszak także w czasie, musieliśmy odwiedzić niegdysiejsze centrum regionu. Do Mielnika dostaliśmy się drogą nietypową, lecz wielce efektowną. Zostawiwszy samochód na parkingu przy cmentarzu katolickim na obrzeżach miasteczka (będę używał tego określenie, choć prawa miejskie Mielnika od 1934 roku są już tylko historią) udaliśmy się wąską ścieżką wiodąca wśród mieszanego lasu szparko pod górę. Podejście było krótkie, acz intensywne. Moja starsza siostra poprosiła o chwilę postoju dla złapania tchu. Wkrótce jednak osiągnęliśmy kulminację, za którą ścieżka nagle wyawansowana do rangi terenowych schodów, zaczęła opadać w dół ku wypłaszczeniu gdzie las się przerzedził. Korzystając z większej ilości światła docierającego do leśnego poszycia pod nogami pojawiły się dywany kwiatów, wśród których rozpoznałem zawilec wielkokwiatowy, szałwię łąkową, kokorycz wonną, kłobuczkę polną oraz koniczynę dwukłosową. Jednocześnie między drzewami, w dolinie poniżej oraz na zboczach sąsiedniego grzbietu pojawiły się dachy ludzkich siedzib. Jeszcze jedno strome zejście, chronione przed erozją systemem drewniano-ziemnych schodów, doprowadziło nas do placyku na końcu uliczki otoczonej przeciętnymi architektonicznie domami Mielnika.

200 metrów dalej, po lewej stronie widełkowatego rozdroża, zaraz za kilkoma wagonikami górniczymi, znajduje się kryta platforma widokowa na mielnicką kopalnię kredy. Głęboka na parę kondygnacji i długa na jakieś 300 m odkrywka razi oczy bielą swych ścian i stanowi niesamowity przerywnik w okolicy pokrytych zielenią i pociętych długimi dolinami łagodnych wzgórz. Po deszczach, na dnie wyrobiska widać kałuże, których woda dzięki kredowemu podłożu ma szmaragdowy kolor. Kreda w podłożu powoduje, że flora dopiero co pokonanych wzgórz – Wielkiego i Małego Usześcia jest tak bogata, a poludniowa ekspozycja pociąga za sobą obecność gatunków stepowych i kserotermicznych (sucho- i ciepłolubnych). 

Kraina w której położony jest Mielnik zwie się Podlaskim Przełomem Bugu. Krajobrazy nie są oczywiście tak dramatyczne, a rzeka tak kręta jak Dunajec w Pieninach, ale wzgórza Wysoczyzny Drohickiej, wymuszające bieg rzeki ku zachodowi, wznoszą się jednak do 90 metrów ponad poziom rzeki. Uszeście sięgające 203 m npm. nie jest wśród nich najwyższe, ale najciekawsze i widoczne od strony doliny z odległości wielu kilometrów. Wody opadowe spływając ku rzece po miękkim, kredowym podłożu, wyżłobiły w zboczach stosunkowo długie i głębokie doliny. Takie położenie i  rzeźba terenu zachęcały dawnych władców do założenia grodu i kontrolowania zarówno przeprawy przez rzekę, jak i transportu towarów doliną rzeczną. Stąd pierwsze wzmianki o Mielniku już z pierwszej połowy XIII w. oraz pojawiający się w nich książęta ruscy, litewscy i mazowieccy. Konsekwencją pobudowania grodu była jego kariera i status już w czasach pierwszej Rzeczypospolitej.

Mielnik mimo tak bogatej historii nie jest bogaty w zabytki. To jedno z tych miejsc gdzie, z braku materialnych dowodów, trzeba domyślać się dawnej świetności. Nie pomniejsza to jednak malowniczości miasteczka kształtowanej obecnie głównie przez rozmaitość krajobrazową. Położone na stokach domy, mimo że nie zawsze architektonicznie ciekawe, usytuowane są wyżej lub niżej od swych sąsiadów i cieszą oko właściciela dalekim widokiem. Często posadowione są na wysokich, zwłaszcza od strony opadających zboczy, podmurówkach. Niwelowanie terenu pod budowę domów skutkuje koniecznością umacniania uskoków przy pomocy, obficie tu występujących, kamieni i głazów narzutowych. Główna, biegnąca równolegle do Bugu, ulica przecina kolejne pasma wzgórz wijąc się przy tym zaciekle. Może nie podobać się podróżującym nią kierowcom, ale dodaje niewątpliwie malowniczości miejscowości. Mielnik ma w sobie wiele z Kazimierza Dolnego (położenie nad dużą rzeką, urozmaicenie terenu), jeno z bardziej lesistym otoczeniem i rzadszą zabudową.

Moja pierwsza wizyta w Mielniku przypadła na lata peerelowskiej restytucji po karnawale Solidarności z lat 1980-81. Miejscowa cerkiew prawosławna zachwyciła mnie mnogością cebulastych kopułek. Wejście do środka było niemożliwe, przeto rozejrzałem się po najbliższej okolicy. I tu, ku mojemu zaskoczeniu, znalazłem zwieńczony krzyżem kamień upamiętniający 300-lecia panowania dynastii Romanowych w Rosji. Wiernopoddańczy tekst w języku rosyjskim wyrażał m. in. życzenie, by miłościwie panujący cesarz Mikołaj II rządził jeszcze przez długie lata. Chichotem historii był fakt, że samodzierżawie carskie skończyło się już po niespełna 4 latach, a zdetronizowany cesarz zostały zamordowany przez bolszewików po 5 latach. Kamień przetrwał kolejne 70 lat, ale następnych 40 już nie. Może nadal istnieje, przeniesiony tylko w mniej wyeksponowane miejsce. Przy cerkwi natomiast znajdziemy zestaw bardziej współczesnych upamiętnień m. in. stulecia autokefalii polskiej cerkwi prawosławnej. Mikołaj II nigdy na jurydyczne odłączenie cerkwi w Polsce od moskiewskiego patriarchatu by się nie zgodził więc sąsiedztwo z jego upamiętnieniem trudno sobie wyobrazić.

Murowana cerkiew parafialna wznosi się na jednej z mielnickich górek. Na tym samym grzbiecie lecz nieco niżej, rozciąga się cmentarz prawosławny, a na nim stoi starsza, bo XVIII-wieczna, drewniana kaplica cmentarna. Boczną furtką w cmentarnym murze można wyjść na wątłą ścieżkę wiodącą stromizną na, wyższą od cmentarnej, Górę Zamkową. Wśród porośniętych lilakiem zboczy opadających ku dolinie Bugu ukryty jest fragment średniowiecznego zamkowego muru. Resztki murów i rozsypane cegły na szczycie to ślady prawosławnej kaplicy Aleksandra Newskiego wystawionej po stłumieniu Powstania Styczniowego. Z Góry Zamkowej rozciąga się daleki widok na rzekę i jej drugi brzeg, który od Unii Lubelskiej pozostawał w Wielkim Księstwie Litewskim, a w czasie rozbiorów w Kongresówce, podczas gdy samo miasto leżało w Koronie, a w czasie zaborów w Rosji. Znacznie bliższy jest widok na kompleks położonych w dolinie boisk piłkarskich. Taka lokalizacja powoduje, że sprzedaż biletów na mecze nigdy nie będzie miała w Mielniku racji bytu.

Jak to w Polszcze z zamkami bywało, skończył on swe istnienie podczas potopu szwedzkiego, ale zniszczyli go nie najeźdźcy z północy, lecz siedmiogrodzcy Węgrzy walczący pod sztandarami sojusznika Szwedów – księcia Jerzego II Rakoczego. Na miejscu dolnego zamku pozostały tylko ruiny kościoła zamkowego. Budowla ta miała wyjątkowo bogatą historię. Odbudowany 60 lat po potopie, służył katolikom do czasów represji popowstaniowych, kiedy to został zamknięty i, w 1871 roku, przerobiony na cerkiew. Wypalone w 1915 roku, podczas przejścia frontu, mury oddano znowu katolikom. Ich mała parafia dopiero co wzniosła jednak swój kościół, a na odbudowę i utrzymanie drugiej świątyni nie miała środków. Dzieła zniszczenia dopełniła Armia Czerwona, która strzegła biegnącej w latach 1939-41 po Bugu granicy przyjaźni z III Rzeszą. Jak na tak wielkie zaangażowanie niszczycielskich sił z kościoła pozostało całkiem sporo. Po sąsiedzku postawiono przezroczystą tablicę, na której przedstawiono zarys dawnego kościoła do zsynchronizowania z jego widokiem współczesnym.

Wszystkie świątynie chrześcijańskie Mielnika wznoszą się na wzgórzach. Dwa niezabudowane wzgórza historycznie też pełniły rolę sakralną. Na górce św. Rocha stał katolicki kościółek, a na górce Woznesienskiej cerkiew, których wyznań łatwo się domyślić. Jedyna świątynia wzniesiona na terenie płaskim to nowa kaplica prawosławna we wschodniej części miasteczka, zwanej Przedmieściem. Tak, Mielnik jest wsią posiadająca własne przedmieście! Ufundowane jako byt konkurencyjny wobec miasta, wyróżnia się wyglądem, gdyż rozłożone jest ono u podnóża wysoczyzny, której zbocza odsuwają się w tym miejscu dalej od rzeki. Kaplica jest wyjątkowa, gdyż zdecydowano na pokrycie jej strzechą. Historycznie rzecz biorąc, uważano bowiem, iż Dom Boży powinien był odróżniać się wyglądem od zwykłej chłopskiej chałupy, m. in. przez pokryciem dachu gontem, blachą lub dachówką. Od chałupy, poza rozmiarami, nie wyróżnia się za to miejscowa synagoga. Zdewastowana przez Niemców podczas II wojny światowej pełniła później wiele funkcji, takich jak sklep spożywczy, galeria sztuki czy pensjonat. Obecnie zaś  stoi pusta w oczekiwaniu na lepsze czasy.

Wina gronowe produkowane w Polsce mają zazwyczaj płaski smak, innymi słowy, określiłbym je jako nudne w konsumpcji. Natomiast winnice stanowią niewątpliwe urozmaicenie krajobrazu, w której to opinii utwierdziliśmy się w Mielniku. Istniejąca w miasteczku od 15 lat winnica zajmuje dosyć szeroką w tym miejscu dolinkę obramowaną częściowo lasem, a częściowo zabudową mieszkalną. Różnica poziomów oraz pofalowane otoczenie dodaje jej uroku, którego pozbawione jest drugie z winnych pól gospodarstwa rozciągające się już na wierzchowinie wysoczyzny. 

Na północno-zachodnich obrzeżach miasteczka, na skraju zespołu przyrodniczo- krajobrazowego Głogi, rozciąga się Kraina Aniołów. Jej główną część stanowi iglasty labirynt, w którym umieszczono figury aniołów oraz sceny związane tematycznie z Biblią. Zwiedzający mają za zadanie pokonać gmatwaninę ścieżek i trafić na trawiastą agorę, pośrodku której stoi tablica z dziesięcioma przykazaniami. Choć cały kompleks jest manifestacją chrześcijańskich przekonań jego autora, to obecnie rozrasta się on w głąb sosnowo-dębowego lasu gdzie powstać ma ogród azjatycki, siłą rzeczy odwołujący się do innych wartości kulturowych. Ta część odpowiadała mi najbardziej, gdyż projektant zachował tu naturalny las wzbogacając go o egzotyczne nasadzenia, w tym liczne rododendrony. Urozmaiconą rzeźbę terenu podkreślił zaś zwożąc i umieszczając w lesie liczne kamienie i głazy narzutowe z okolicznych pól. Mam wiele szacunku dla ludzi, którzy potrafią zrobić coś z niczego, zwłaszcza gdy dokonują tego, praktycznie pracą własnych rąk. Gawędząc z właścicielem nie mogłem jednak pozbyć się niepokoju czy jego idea przeżyje swego autora.

Gdy w latach osiemdziesiątych XX w. szlifowałem umiejętności jazdy konnej Studencki Klub Jeździecki UW posiadał letnią bazę w gajówce Tokary, położonej w mazowieckiej gminie Korczew, mniej więcej naprzeciwko nadbużańskiego Drohiczyna. Każdego roku zdarzało się uczestnikom letnich obozów jeździeckich docierać do Tokar w gminie Mielnik położonych na samej granicy z Białorusią (wtedy ZSRR). Ot, takie nieporozumienie z popularną nazwą miejscowości. My udaliśmy się tam rozmyślnie przyciągnięci, a to tragiczną historią miejscowości podzielonej granicą w 1945 roku, a to faktem posiadania dwóch ciekawych obiektów sakralnych. Oczywiście cerkwi prawosławnej i kościoła katolickiego. Przy czym ta ostatnia jest dosyć typową, pomalowaną na niebiesko, drewnianą świątynią postawioną dla upamiętnienia objawienia maryjnego, w uroczysku Koterka. Prawosławni mieszkańcy Tokar w 1945 stracili dostęp do swojej parafialnej świątyni i do rangi takowej wyawansowała cerkiew filialna malowniczo ulokowana na leśnej polanie, blisko 2 km od najbliższych zabudowań. Historycznie siedzibą parafii rzymskokatolickiej było położone bardziej na zachód Wilanowo. W ramach represji po Powstaniu Styczniowym parafię zlikwidowano, a drewniany kościół rozebrano wykorzystując pozyskany materiał do budowy cerkwi w sąsiednich Telatyczach. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości parafia odrodziła się już w Tokarach. W latach trzydziestych zbudowano kościół wg projektu nieżyjącego od prawie trzech dekad architekta Wdowiszowskiego z Krakowa. No i w efekcie pod białoruską granicą mamy obecnie, jedyny w województwie, kościół w stylu małopolskim (zakopiańskim). Położenie kościoła na zachodnim, a cerkwi na wschodnim krańcu wsi mogło, paradoksalnie, zdecydować o takim, a nie innym przebiegu granicy państwowej. Tokarska cerkiew przetrwała ZSRR, czego nie da się powiedzieć o większości zabudowań wsi, przeniesionych kilkaset metrów dalej na wschód. Ich przykład pokazuje, co mogło pozostać z Mielnika, gdyby okupacja sowiecka okazała się bardziej długotrwałą.

Siemiatycze początkowo traktowaliśmy wyłącznie jako miejsce robienia zakupów i centrum komunikacyjno-logistyczne powiatu. Wiedziałem wprawdzie, że dwór siemiatycki był za rządów księżnej Anny z Sapiehów Jabłonowskiej, u schyłku XVIII w., drugim po Białymstoku, centrum szerzenia idei oświeceniowych na Podlasiu. Siemiatycki kościół katolicki z metryką sięgającą lat trzydziestych XVII w. to jeden z najstarszych murowanych zabytków sakralnych województwa. Kościół poprzez dolinkę niewielkiego strumyka sąsiaduje z cerkwią prawosławną zwieńczoną jeszcze większą ilością kopułek niż jej mielnicki odpowiednik. Ze wzgórza cerkiewnego widać cmentarz wielowyznaniowy i położony nań skromny, drewniany kościółek św. Anny. Może 50 metrów dzieli go od nieużywanej do celów kultowych kaplicy ewangelickiej w kształcie rotundy mieszczącej obecnie galerię metalowych krzyży nagrobnych. Z drugiej strony obłego rynku wybiega ulica Pałacowa. Wbrew nazwie prowadzi ona do gmachu starostwa i prokuratury, przed którymi zachowały się 250 letnie figury dwóch sfinksów (a może jednak sfinksic?) flankujących niegdyś wjazd do pałacu księżnej Anny, który został zniszczony przez Rosjan po bitwie z powstańcami w lutym 1863 roku. Ciekawostką jest, że bliżej niż do świątyń chrześcijańskich było z pałacu do zachowanych budynków żydowskiej synagogi (dzisiaj biblioteka) i mykwy (dzisiaj szkoła branżowa). Co najważniejsze jednak, Pałacowa jest najbardziej harmonijnie zabudowaną ulicą miasta. Murowane i drewniane budynki utrzymane są w podobnej skali i nawet bloki z lat 60-tych XX w. zostały poddane tym samym urbanistycznym rygorom.

Siemiatycze dostarczają też ponadprzeciętnych atrakcji kulinarnych, tak obiadowych jak i kawowo-cukierniczych. Jedynie lokalizacja najciekawszych lokali jest nieco zaskakująca. Znajdują się one, bez wyjątku, na obrzeżach miasta a, w dwóch przypadkach, w dzielnicach przemysłowych. Za to są czynne przez cały tydzień i cały rok. Gdy więc, wybitnie ciekawa i nastrojowa, kawiarnia mielnicka otwiera swe podwoje tylko w weekendy i święta, od maja do września, lokale siemiatyckie przygarną nas bez względu na dzień i porę roku. Tylko, uwaga!, gastronomia w tej części Podlasia zamyka swoje podwoje wcześnie i po 19:00 zjedzenie posiłku możliwe jest w tylko nielicznych lokalizacjach. Sztandarowym daniem nadbużańskiego Podlasia są zaguby. Jest to rolada z ciasta pierogowego wypełniona ziemniaczanym farszem. W większości miejsc podawana jest po usmażeniu, jeno w drohiczyńskiej restauracji, która nota bene, zarejestrowała tę potrawę jako danie regionalne, serwują ją z wody. Nasza grupka podzieliła się w ocenie, która wersja jest smaczniejsza. Z kronikarskiego obowiązku donoszę jednak, że większość optowała za smażonymi zagubami. Mielnicka restauracja jest obiektem architektonicznie reliktowym, co widać zwłaszcza po stanie jej toalet, ale jakością serwowanych potraw nie odbiega od atrakcyjniej wyglądających lokali. Podziomek, ceniąca sobie nastrój i wystrój, odmówiła jednak konsumpcji w tym miejscu, mimo iż budynek restauracji stoi na miejscu po starej mielnickiej szkole, w której jako nauczyciele pracowali jej dziadkowie. Szkoła, zajęta przez sowieckich pograniczników, została potraktowana przez Niemców w 1941 roku jako obiekt militarny i zbombardowana, otwierając tym samym drogę do postawienia PRL-owskiego pawilonu gastronomicznego.

W Mielniku byłem dwa razy w ciągu miesiąca, najpierw z dziećmi i wnuczką, potem z Podziomkiem i siostrą. Starsza córka zakochała się po prostu w Mielniku i drogą ciągłych porównań ogłosiła w końcu rezultat: Mielnik-Drohiczyn 4:0. Po drugim wyjeździe zapytała mnie czy miasteczko przepadło równie do gustu starszemu pokoleniu. Odpowiedź brzmiała: “Wszystkim się podobało, ale inaczej”. Bo też zależy, co kto lubi! Mielnik jest nieporównywalny z sąsiadami, gdy chodzi o urozmaicenie krajobrazu, ale uboższy  w zabytki. Ma mniej ciekawą, nie wspominając, że tylko jedną!, restaurację, ale smaczniejszą kawę i wypieki w miejscowej kawiarni. Wspomniane miejscowości są jednak tak blisko siebie, że bez trudu można między nimi kursować wybierając atrakcje a’la carte. W moim przypadku skłaniałbym się ku wynikowi remisowemu, chyba że po otwarciu przywiezionej z wyjazdu butelki czerwonego wina, jego smak przechyli szalę na korzyść Mielnika.

Kategorie
Polska

Historia miłości czyli o tym jak Chełmno pokochało św. Walentego

Czasy po wprowadzeniu reformacji charakteryzowały się osobliwą dynamiką, a życie religijne trudną do zaakceptowania, z dzisiejszej perspektywy, ekspresją. Podczas gdy teologowie prowadzili uczone dysputy i konsylia lud, tak protestancki jak i wyznania rzymskiego, koncentrował się na bardziej dosadnym okazywaniu swej wyższości wobec innych form religijności. W pomorskim Chełmnie, protestanccy żacy Gimnazjum Chełmińskiego, którzy zasiedlili opuszczony klasztor franciszkanów splądrowali krypty kościelne rozbijając trumny, a wyrzucone z nich szczątki ludzkie stały się “igrzyskiem pospolitym żaków zuchwałych”. Los ten spotkał również doczesne szczątki Jana z Łobdowa (Łobdowczyka), mistyka i lektora tutejszego klasztoru, który wedle XV wiecznego wykazu świątobliwych franciszkanów “w Prusach (…) jaśniał licznymi cudami po śmierci”.

Ale oto, po każdym takim incydencie jego kości wracały do grobowca. Katolicy widzieli w tym cud i potwierdzenie świętości cnego franciszkanina, natomiast podejrzliwi protestanci zorganizowali zasadzkę i przyłapali niejakiego Gorczyca z Lubawy, który nie tylko zbierał i z czcią czyścił porozrzucane kości, ale też uzupełniał ich braki, innymi, przynoszonymi z przykościelnego cmentarza. Zdarzenie to dało asumpt do kwestionowania autentyczności relikwii. Ani jednak uzupełnianie relikwii o cudze kości, ani też fakt, że formalnie Jan z Łobdowa był i nadal jest tylko kandydatem do “chwały ołtarzy” nie zmniejszyły jego kultu. Przygasał on i wybuchał, relikwie lądowały w coraz cenniejszych trumnach, w coraz to innych miejscach (obecnie znajdują się w kaplicy szyperskiej katedry toruńskiej), ale do dzisiaj wspomina się Łobdowczyka podczas nabożeństwa 9 października, w domniemanym dniu jego śmierci, a za patrona uważają go flisacy (uwaga, górale pienińscy: czy ktoś o tym u was słyszał?) oraz żeglarze, w każdym razie ci z Klubu Turystów Wodnych w Chełmnie.

O tym, że kult świętych nie rządzi się racjonalnym zasadami, przypomniałem sobie w chełmińskiej farze przed ołtarzem św. Walentego. W srebrnej puszce ufundowanej w roku 1630 przez Jadwigę Działyńską, starościnę bratiańską, ukryte są relikwie tego świętego. Za przyczyną świętego tak starościna jak i jej córka “doznały pomocy” w chorobie. Św. Walenty przez wieki uważany był za opiekuna w zdrowotnych niedomaganiach, zwłaszcza w przypadku epilepsji. Gdy w związku z postępem naukowym wzrosło zaufanie do medycyny, przypisano mu rolę patrona miłości, czyli zjawiska trudniejszego w opisie przy pomocy wzorów i formuł. Nadawał się do tego gdyż, w zależności od życiorysu, a to udzielał ślubów żołnierzom rzymskim, gdy cesarz Klaudiusz II Gocki domagał się od nich pozostawania w stanie bezżennym, a to udzielił ślubu poganinowi i chrześcijance, a to w przeddzień ścięcia mieczem wysłał list (protowalentynkę) do córki strażnika więziennego podpisując go “Twój Walenty”. Jako, że relikwie Walentego posiada jeszcze z tuzin polskich kościołów, a we Włoszech, gdzie żył i umarł, liczby te są wielokrotnie większe, zachodzi podejrzenie, że można by z nich złożyć kilku bogobojnych mężów.

Jednakże, z kilkunastu polskich miast, w których przechowywane są relikwie św.Walentego tylko w Chełmnie postanowiono wykorzystać ten fakt do promocji miasta. Stąd, gdy otworzymy stronę internetową urzędu miasta pierwsze co rzuci się nam w oczy to hasło “Chełmno – miasto zakochanych” oraz logotyp w kształcie serca, obydwa chronione znakiem Ⓡ . W okolicach 14 lutego przygotowywany jest specjalny program walentynkowy, w ramach którego można za darmo zwiedzać miejskie zabytki, uczestniczyć w wystawach, prelekcjach, a nawet nabożeństwach dla zakochanych organizowanych w kościele ojców Pallotynów. Na rynku przez dwa dni odbywa się jarmark św. Walentego, a sklepy przyozdabiają się czerwonymi serduszkami i/lub elementami bielizny damskiej w tymże kolorze. Co jednak najważniejsze – naród ten scenariusz kupuje! Po zasiedleniu pokoju w staromiejskim pensjonacie wybraliśmy się z Podziomkiem na spacer po głównym staromiejskim deptaku – ulicy Grudziądzkiej. Było blisko godziny 20 w piątkowy wieczór, łapał lutowy mrozek, powietrze było ostre jak brzytwa. Ale ulica tętniła życiem, sklepy były otwarte, towarzystwo liczne i ożywione. Na rynku odbywał się jakiś koncert, do którego nagłośnienia użyto pewnie dużą część mocy konsumowanej przez miasto w przeciętny wieczór. Restauracje i kawiarnie puchły od klientów. Rezerwacji stolika, robionej na tydzień przed wyjazdem udało mi się dokonać w trzeciej z kolei, chyba największej w mieście, karczmie. Przy okazji dowiedziałem się, że na św. Walentego lokale wydłużają swoje normalne godziny pracy. A to wszystko w pomorskim, powiatowym miasteczku liczącym niespełna 20 tysięcy mieszkańców. Toż to prawdziwy cud za wstawiennictwem świętego!

Chełmno, w czasach przed rewolucją świętowalentyńską, miało się wszakże czym pochwalić. Założone przez Krzyżaków, jako przyszła stolica ich państwa, zaplanowane było z wielkim rozmachem. Nadane mu prawo chełmińskie służyło za wzór setkom później powstałych miast w naszym kraju. Stare miasto o rozmiarach 800 na 530 metrów przewyższa obszarem średniowieczne centra większości miast w Polsce. W granicach wytyczonych przez zachowane mury miejskie wznosi się sześć świątyń zbudowanych w stylu gotyckim. Tutaj prawdziwym jawi się slogan “Gotyk na dotyk”! Do tego rzadki na Pomorzu przykład renesansowego (acz, w przeciwieństwie do gdańskiego, potynkowanego na biało) ratusza i dziesiątki kamienic i kamieniczek rozmaitych w formie lecz wspartych na gotyckich fundamentach. Przy tym położenie na na wysokim wschodnim brzegu doliny Wisły zapewniające dalekie widoki na rzeką, położone na jej drugim brzegu Świecie i Bory Tucholskie na horyzoncie. Przy tylu turystycznych aktywach miasto, zasługujące na miano pomorskiego Kazimierza, nie było dawniej w Polsce specjalnie znane.

W odbudowanej wieży ciśnień dział jedna z kawiarni

Mnogość budowli sakralnych przy względnie małej liczbie mieszkańców skutkuje też, rzadką w Polsce, rozmaitością  formy ich użytkowania. To z kolei rzutuje na ich atrakcyjność turystyczną. Parafia obejmująca całe stare miasto jest tylko jedna z kościołem farnym Wniebowzięcia NMP wznoszącym się w pd.-wsch. narożniku Rynku. Świeżo odnowione wnętrza atakują zwiedzających złoceniami rozbuchanego baroku. Ołtarz z relikwiami św. Walentego jest w tym otoczeniu skromnym elementem wyposażenia. W zamknięciu lewej nawy jest ołtarz z XVII wiecznym obrazem Matki Boskiej Bolesnej (Pieta Chełmińska). Uznana za opiekunkę miasta jest, w różnych formach, oddana i wyeksponowana w przestrzeni miejskiej np. jej rzeźba wita wkraczających do centrum przez Bramę Grudziądzką. Starsze, bo XIV wieczne, są polichromie, które ukazują, i to dwukrotnie, mojego patrona św. Krzysztofa. Ze względu na usytuowanie, bogactwo wyposażenia oraz fakt udostępniania w okresie letnim wieży widokowej, kościół ten jest najpopularniejszy i najbardziej znany wśród turystów. Ja sam, dotychczas, nie odwiedziłem innej chełmińskiej świątyni. 

Parafia ma dwie filie w dawnych kościołach franciszkanów i dominikanów. Ten pierwszy po kasacie zakonów katolickich w państwie pruskim został, po latach opuszczenia, przystosowany do roli kościoła szkolnego Gimnazjum Chełmińskiego. Dawne wyposażenie przeniesiono do innych świątyń, a nowe zaprojektowano w stylu neogotyckim w początkach XX w. Kościół dominikanów był w latach 1841-1945 używany przez chełmińskich ewangelików. Jego gotycka, szczytowa fasada służyła za wzór dla odbudowywanej po zniszczeniach II Wojny Światowej, katedry warszawskiej. To drugi, po prawie chełmińskim, prezent miasta dla obecnej stolicy. Obydwa kościoły służą celom kultowym tylko incydentalnie. Szpitalny kościół św. Ducha był pierwszym schronieniem dla chełmińskich relikwii św. Walentego. Teraz jest całkiem pusty i używany przez miejscowe bractwo rycerskie. W końcu, najmłodszy (bagatela, pochodzący z pierwszej połowy XIV w.) i najmniejszy kościółek św. Marcina, pełniący w przeszłości rolę, w zależności od relacji demograficznych, świątyni dla polsko- czy niemieckojęzycznej społeczności katolickiej miasta, obecnie jest tylko stylową ozdobą podwórka szkolnego mając za sąsiedztwo boisko sportowe i pawilon szkolnej biblioteki.

Oprócz kościoła farnego najcenniejsze wyposażenia zachowało się w klasztornym kościele sióstr szarytek. Szarytki, prowadzą w Chełmnie duży kompleks zakładów opiekuńczych. Duży w tym przypadku oznacza zajmujący powierzchnię ok. 1/6 starego miasta. Pierwotnie było to bowiem miejsce przewidziane na zamek, nie byle jaki, bo siedzibę Wielkiego Mistrza Zakonu NMP. Gdy plany się zmieniły, Krzyżacy udostępnili teren zakonowi cystersek, od których klasztor przejęły benedyktynki, a w końcu już w XIX w. szarytki. Kościół, przylegający do murów miejskich od ulicy oddzielony jest młodszą zabudową klasztorną. Jest architektonicznym klejnotem dla wtajemniczonych. Aby go zwiedzić trzeba udać się do klasztornej furty. To tradycyjne określenie oznacza wejście głównymi drzwiami i poproszenie o wskazówki siostry dyżurującej w pomieszczeniu, w świeckim świecie, zwanym portiernią. Zanim dostaniemy się do kościoła trzeba obejrzeć kilka pomieszczeń z historycznymi sprzętami i strojami liturgicznymi oraz klasztorną aptekę. Kościół ma wydłużony balkon chóru, skąd mszy słuchają zakonnice, więc cała reszta wyposażenia, w tym organy, upchnięta jest w prezbiterium i bocznych kaplicach. Poza wspaniałym barokowym ołtarzem znajdziemy tam przejmującą XIV wieczną figurę Chrystusa z ruchomymi ramionami umożliwiającymi zdjęcie z krzyża i umieszczanie jej w grobie przed Wielkanocą oraz doskonale zachowaną płytę grobową z końca XIII w. Swój dobry stan zawdzięcza faktowi, że przez wieki była używana jako blat stołu ołtarzowego. Wystrój malarski charakteryzuje użycie jaskrawych motywów kwiatowych oraz śmiałe zestawienia kolorów stwarzające, zwłaszcza w partiach wejściowych, wrażenie pewnej orientalności. Nie wszystkie części zespołu klasztorno-opiekuńczego są dostępne dla zwiedzających. Nam zdarzało się utknąć pod zamkniętymi drzwiami. Jednak bez paniki! Niespodziewanie pojawiała się wtedy postać w habicie, otwierała zamknięte wrota i udzielała rad co do dalszej drogi.

Charakterystyczne budynki nowszej części zespołu klasztorno-opiekuńczego sióstr szarytek

W roku 1386 papież Urban VI wydał przywilej, na mocy którego w Chełmnie powstać miał uniwersytet, na podobieństwo bolońskiego, z czterema wydziałami: teologicznymi, prawniczym, lekarskim i filozoficznym. Nadzór nad programem uczelni oraz jej warunkami finansowymi powierzono biskupom chełmińskim. Ci jednak chyba nie nazbyt palili się do angażowania w to przedsięwzięcie. Pomimo wydania kolejnego przywileju w roku 1434 przez cesarza Zygmunta Luksemburskiego uczelnia nadal nie powstała. Dopóki Zakon Najświętszej Marii Panny był katolicki krzyżacy nie palili się do posiadania na swych ziemiach wyższej uczelni. Po sekularyzacji i przyjęciu protestantyzmu książę Albrecht Hohenzollern (ten od Hołdu Pruskiego) zmienił zdanie, ale lokalizacja w Chełmnie nie mogła być brana pod uwagę, gdyż miasto należało już do Polski. U schyłku Rzeczypospolitej szkoła chełmińska uzyskała status kolonii akademickiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale granice porozbiorowe odcięły ją od macierzystej uczelni więc kolejna próba utworzenia uniwersytetu też się nie powiodła. Natomiast szkolnictwo na poziomie średnim miało się w Chełmnie zawsze dobrze, a miejscowe Królewskie (katolickie) Gimnazjum Klasyczne uzyskało w 1866 roku siedzibę na ul. Dominikańskiej, której nie powstydziłby się niejeden uniwersytet. Na pewno na uniwersyteckim poziomie stała biblioteka posiadająca w swoich zbiorach m. in. rękopisy dzieł Grzegorza Wielkiego, protestancką Biblię Radziwiłłowską z 1563 roku czy cenny zbiór pierścieni, gemm i kamei (miniaturowych kamiennych płaskorzeźb). Uległa ona jednak zniszczeniu i rozkradzeniu przez Niemców podczas II Wojny Światowej.

Budynek dawnego Gimnazjum obecnie mieści Zespół Szkół Ogólnokształcących nr 1, fot. Magdalenadreścik, lic. CC BY-SA 3.0 pl

Chełmno ze względu na położenie stwarza możliwość szybkiego dojazdu do innych turystycznych celów jakimi są Toruń i Grudziądz. Tym razem wybraliśmy to drugie miasto. Mamy tam ulubioną kawiarnię w uliczce pod parasolkami prowadzącej od Rynku ku ulicy Spichrzowej. Tym razem w ofercie zaskoczyła nas obecność piwa z miejscowego mini browaru. Szkoda tylko, że nie ma on praw do używania tradycyjnej dla miasta marki “Kuntersztyn”. Spacer po nadwiślańskich błoniach, w słoneczne, mroźne południe z widokiem na imponującą linię wielokondygnacyjnych spichrzy i górującymi nad nimi wieżami kościoła farnego, kolegium jezuickiego i odbudowanej wieży zamkowej, zwanej Klimkiem, utwierdził mnie w przekonaniu, że Grudziądz posiada najatrakcyjniejszy widokowo waterfront spośród wszystkich nadwiślańskich miast w Polsce. Odkryciami tego wyjazdu były dwa obiekty w stylu neogotyckim, obydwa związane z protestantami grudziądzkimi. Obecna świątynia parafialna wzniesiona w 1916 roku dla kościoła apostolsko-katolickiego (tu ciekawostka: wyrosłego z prezbiteriańskiego Kościoła Szkocji!) jest architektonicznie skromna, ale ze względu na usytuowania na bastionie murów miejskich jest efektownie wyeksponowana od strony południowej. Od strony północnej, schodkowy szczyt kościółka ładnie zamyka perspektywę ulicy Murowej. Obecna parafia jest liczbowo niewielka, ale przed II Wojną Światową, gdy ewangelików (głównie niemieckich) w mieście było ponad 3000, do celów kultowych służył im obecny rzymsko-katolicki kościół pw. Niepokalanego Serca NMP. Stracił on w wyniku działań wojennych wyniosły szczyt swej wieży, ale nadal prezentuje wszystkie cechy bogatego neogotyku. W środku natomiast świątynia jest zaskakująca surowa w wyglądzie. Dominującym elementem wyposażenia jest współczesny krucyfiks w prezbiterium. Na ścianie wschodniej umieszczono zachowane elementy neogotyckiego ołtarza. Ukłon w kierunku liturgicznych preferencji obecnych użytkowników stanowi udana figura Matki Boskiej we wnęce na zamknięciu lewej nawy oraz tematyka witraży w wielkich oknach naw. Prócz tego pustka pobielonych ścian. Czyżby to działał stary dobry “Genius loci”?

Moja wywodząca się z Pomorza rodzina ma w repertuarze bożonarodzeniowych kolęd także kilka pozycji niemieckich. Nawet w czasach obecnych, gdy liczba jej członków władających mową Goethego i Schillera mocno się skurczyła, śpiewamy czasem podczas rodzinnego kolędowania, do dziś popularny za naszą zachodnią granicą, świąteczny szlagier “Leise rieselt der Schnee”. W Grudziądzu skwer urządzony w dawnej miejskiej fosie w pobliżu kościoła protestanckiego nosi imię pastora Eduarda Ebela. Po sprawdzeniu hasła w Wikipedii okazało się, że był to autor tekstu tej kolędy, a jednocześnie proboszcz miejscowej parafii ewangelicko-unijnej. To odkrycie skierowało mnie ku refleksji nad polsko-niemiecką historią Pomorza. Według spisu ludności z 1910 roku w Chełmnie polski jako język ojczysty wykazało 6263, a niemiecki 5033 osób. Jak na swoją niewielką liczebność i ograniczone znaczenie administracyjne czy ekonomiczne, miasto może pochwalić się dużą liczbą znanych w historii osób. Ludwik Rydygier, późniejszy profesor i rektor Uniwersytetu we Lwowie, dokonał w Chełmnie pionierskich operacji resekcji żołądka. Rodzina Raszejów wydała trzech braci Maksymiliana, Franciszka i Leona, będących odpowiednio profesorami teologii i medycyny oraz, w przypadku Leona ostatnim przedwojennym prezydentem Torunia. Wszyscy trzej zginęli w czasie II Wojny Światowej. Spośród niemieckich mieszkańców Chełmna, znanego ówcześnie pod nazwą Kulm, na karty historii bez wątpienia przebił się generał Heinz Guderian, teoretyk i praktyk użycia wojsk pancernych w ramach blitzkriegu. Gdy kolumny pancerne generała siały popłoch na frontach II Wojny Światowej, inny słynny chełmianin – Kurt Schumacher – przebywał w obozach koncentracyjnych, w których w sumie spędził 9 lat, 9 miesięcy i 9 dni. Po wojnie odbudował socjaldemokrację niemiecką i bezskutecznie kandydował na stanowisko prezydenta RFN.

Oferta kulinarna Chełmna jako miasta turystycznego jest ponadprzeciętna. Wolny stolik trudno było jednak znaleźć i w powalentynkową sobotę. Z tego powodu znaleźliśmy się w najstarszej i najszacowniejszej restauracji, położonego na drugim brzegu Wisły, Świecia. Trafiliśmy tam na większe rodzinne przyjęcie, które postawiło przed obsługą, bez mała niemożliwe do wykonania, zadanie obsłużenia pozostałych gości. Atmosfera była więc napięta, lecz w menu odkryliśmy warte wzmianki, typowo pomorską zupę owocową z przetartych gruszek z kładzionymi kluseczkami oraz deserową bezę. Ta ostatnia zostawiła w pokonanym polu desery z innych lokali, w tym nawet tych o profilu kawiarnianym. Lokal odwiedzony w niedzielę pobił inne poziomem obsługi i stosunkiem jakości do ceny serwowanych steków. Natomiast walentynkowa karczma punktowała w dziedzinie całokształt (smak/wystrój/obsługa). No i w walentynkowym bonusie był nastrojowy spacer po wieczornym Chełmnie.

Chełmno, niewątpliwie, zasługuje na uznanie jako przykład mistrzowskiego wykorzystania dobra niematerialnego (kult św. Walentego) do promocji miasta. Niczym legendarny baron Münchhausen potrafiło wyciągnąć się za uszy z bagna prowincjonalnej, polskiej przeciętności. Na chełmińskim rynku znajdziemy jednak dowód, że ciągle można coś ulepszyć. Otóż na samym pn.-zach. narożniku placu razi oczy wielka wyrwa w zabudowie. Wznosił się tam niegdyś hotel Dwór Chełmiński mieszczący w czasach PRL także dom kultury i bibliotekę pedagogiczną. Budynek zgorzał w 1984 roku i do dzisiaj nie udało się go zastąpić nową kamienicą. Tymczasem w pobliżu, pod numerem 26, stoi obiekt z lat dwudziestych XX wieku, zbudowany już kilka lat po pożarze, który zniszczył stojącą w tym samym miejscu tzw. kamienicę z polską attyką. Nie mnie osądzać, czy jest to przykład skuteczności ówczesnego, jeszcze pruskiej proweniencji, systemu ubezpieczenia od ognia czy też większej niż w przypadku właściciela publicznego efektywności gospodarowania właściciela prywatnego. W każdym razie, nieumiejętność poradzenia sobie z tą luką w zabudowie w tak prestiżowym miejscu nie pozwala mi pisać o Chełmnie wyłącznie w trybie afektowano-laurkowym.

Kategorie
Polska

Między Sudetami, a Beskidami czyli blaski i cienie Raciborza

Staromiejska statua św. Jana Nepomucena w Raciborzu wykonana jest w wersji bogatej. Wyniesiona na szczyt zdobionego wolutami postumentu otoczona jest puttami wyłaniającymi się z obłych zawijasów, ni to chmur, ni fal Wełtawy. Chyba dla zrównoważenia kompozycji, bo nigdy nie słyszałem o takim atrybucie Nepomuka, u stóp świętego klęczy żebrak otrzymujący jałmużnę. Choć kompozycja rzeźbiarska musiała powstać w schyłkowym okresie panowania austriackiego nad Śląskiem (lata 20- do 40-tych XVIII w.), to w obecne miejsce trafiła z inicjatywy imiennika świętego, proboszcza pobliskiego kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, dopiero w roku 1818 i odtąd, przez 127 lat, stanowiła ozdobę Nowego Rynku. Nie ma wątpliwości, że fundatorzy nie poskąpili środków i najęli do prac utalentowanego rzeźbiarza. Prawdopodobnie był to sam Johann Melchior Oesterreich, tajemniczego pochodzenia (nie dajmy się zwieść nazwisku) artysta, autor kolumny maryjnej na raciborskim rynku, jak też mnogich Nepomuków rozsianych po Opolszczyźnie i Górnym Śląsku.  

Jeśliby kto szukał pozostałości zabudowań rynkowych, to stracił na to szansę w wyniku podpalenia zabudowań przez żołnierzy niezwyciężonej Armii Czerwonej wiosną 1945 roku oraz późniejszej decyzji, że substancja materialna odzyskanych piastowskich ziem nada się w sam raz do odbudowy, bardziej jednak Polakom bliskiej, stolicy państwa – Warszawy. W późniejszych latach centrum Raciborza, pozbawione 80% zabudowy, zapełniono historycyzującymi budynkami w stylu warszawskiego Mariensztatu, ale wydłużony prostokąt ograniczony ulicami Nową, Basztową, Piwną i kościołem farnym pominięto, prawdopodobnie zamierzając przeprowadzać tam masówki i pochody ludu pracującego miasta ku wsparciu polityki partii i rządu. Może o tym świadczyć wystawienie trwałej trybuny w pobliżu Baszty Więziennej. Z czasem moda na takie imprezy uległa wygaszeniu, rosła natomiast ilość samochodów w posiadaniu mieszkańców. I tu pusta przestrzeń, dla niepoznaki nazwana placem Długosza, okazała się jak znalazł, mieszcząc setki pojazdów mechanicznych raciborzan i gości miasta. I tak św. Jan Nepomucen został obstawiony samochodami, pełniąc rolę artystycznie wysublimowanego dziadka parkingowego.

Nie jest to jedyne miejsce w Raciborzu, gdzie boleśnie odczuwa się dysonans między małą architekturą, a jej otoczeniem. Wychodząc do miasta z dworca kolejowego, znajdziemy się na trójkątnym placyku, z którego szczytu wybiega w stroną centrum reprezentacyjna niegdyś ulica Kolejowa (Bahnhofstrasse), obecnie nosząca imię Mickiewicza. Można nią dotrzeć na raciborski rynek, a jej perspektywę zamyka wieża kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Włodarze miasta postanowili jednak wesprzeć lokalną przedsiębiorczość i, za ich zgodą, u początku miłej dla oka osi widokowej umiejscowiono plastikową budkę z kebabem. Podążając ulicą Mickiewicza w stronę centrum dotrzemy do pomnika Josepha von Eichendorffa, niemieckiego poety romantycznego, który urodził się i lata dzieciństwa spędził w Raciborzu i jego okolicach. Pomnik jest kopią wcześniejszego monumentu z 1909 roku. Pierwotnie za tło miał gmach starostwa powiatowego. Zarówno budynek, jak i pomnik, zostały starte z powierzchni ziemi “w wyniku” powrotu ziemi raciborskiej do Macierzy. Ponowne odsłonięcie pomnika nastąpiło w roku 1994, w pierwotnej lokalizacji. A po 14 latach zdecydowano, że najlepszym tłem dla niego będzie galeria handlowa. Tym sposobem poeta znany w Niemczech, jako “piewca lasów”, został zdegradowany do roli odźwiernego w świątyni komercji. Że nie jest to w Polsce wyjątek świadczy, opisany w jednym z wcześniejszych postów, przypadek pomnika Józefa Wybickiego w Kościerzynie.

Autorzy opisu raciborskiej kaplicy zamkowej pod wezwaniem św. Tomasza Kantuaryjskiego, w dziewiętnastowiecznym miesięczniku budowlanym Zeitschrift für Bauwesen stwierdzali, że Kaplica swoim szlachetnym i czystym stylem gotyckim bezspornie zafascynuje każdego miłośnika sztuki”. Dodam od siebie, że nawet osoby bez architektonicznego przygotowania podzielą tę opinię. Budowla jest krótka, lecz wysoka, a jej bryła i wnętrze zwracają uwagę swoją strzelistością. Kaplica nie ma obecnie wyposażenia, oprócz ławek, obrazu patrona i dwóch rzeźb. Nic nie przeszkadza więc w podziwianiu charakterystycznych dla gotyku elementów architektonicznych: sklepienia krzyżowo-żebrowego, zworników, półkolumienek wspierajacych ożebrowanie sklepienia, zdobień o motywach roślinnych, maswerków w ostrołukowych oknach, czy ciągu wnęk na ścianie północnej zwieńczonych wimpergami z krzyżem. Nie dziwota, że od połowy XIX w. porównywano ją z paryską Sainte Chapelle. Jako właścicielom zawilgoconej piwnicy, przeszkadzało nam tylko, że przy ostatniej renowacji nie rozwiązano i tego problemu. Para skraplająca się na szybie przykrywającej wziernik do podkaplicznej krypty, jest tego najlepszym dowodem.

Zamek już w XVI stuleciu stracił swój rezydencjonalno-obronny charakter. Pomału, acz konsekwentnie, coraz większą rolę odgrywała tu działalność piwowarska, czego zwieńczeniem, po pożarze w 1858 roku, była budowa browaru w miejscu północnego i zachodniego skrzydła dawnej warowni. Produkcja trwa tam do dziś i przez okna można dostrzec wielkie metalowe kadzie do warzenia złocistego trunku. Jednak proporcje działalności komercyjnej i kulturalnej właśnie ulegają zmianie. Powiat raciborski skończył dopiero co remont dawnej słodowni, z przeznaczeniem na muzeum przybliżające historię księstwa opolsko-raciborskiego. Eklektycznie skrojony program wystawienniczy tej instytucji rodzi jednak obawy, że będzie to multimedialne panoptikum o dosyć niejasnym przekazie. Co nie znaczy, że nie spodoba się odwiedzającym, zwłaszcza dziatwie szkolnej.

Strzelistość to najbardziej zauważalny przymiot kaplicy

Wspomniany wyżej kościół farny pw. Wniebowzięcia NMP sprawia wrażenie usytuowanego w pd.-wsch. narożniku rynku. Trudno uwierzyć, że w czasach niemieckich na niewielkim skwerku przed świątynią pomieściła się wielkomiejska kamienica. W tym przypadku jednak brak odbudowy pozwolił na wyeksponowanie gotyckiej bryły kościoła. Dla osoby przekraczającej po raz pierwszy główne wejście najbardziej zaskakującym jest to, że prowadzi ono do tzw. Kaplicy Polskiej, usytuowanej poprzecznie do nawy głównej i służącej jako miejsce codziennej adoracji Najświętszego Sakramentu. Chcąc więc dotrzeć do głównej części świątyni, trzeba przejść między pogrążonymi w modlitwie wiernymi, a obiektem ich kultu. Dla uniknięcia tej  niezręcznej sytuacji warto wiedzieć, że wchodząc wejściem od ul. Mickiewicza można, za plecami modlących się, skręcić do bocznej nawy głównego korpusu kościoła. A tam znajdziemy ciekawy, barokowy ołtarz, sklepienie gwiaździste, nagrobki i epitafia oraz malowidło podorganowe z 1966 roku ukazujące, obok deklaracji wierności kościołowi, historyczną panoramę miasta oraz jego patronów: papieża Marcelego, który w 1290 r. cudownym pojawieniem się przepłoszył Tatarów spod Raciborza i piastowską księżniczkę Eufemię (Ofkę), która wybrała życie dominikańskiej zakonnicy, zamiast świeckich splendorów. Nie zobaczymy już jednak wspaniałych, barokowych stalli z prezbiterium, o których wspominają wszystkie przewodniki, ponieważ zostały strawione przez czerwonoarmijną pożogę w roku 1945. 

Polichromia z patronami miasta

Wnętrze drugiego z rynkowych kościołów, podominikańskiego, pod wezwaniem św. Jakuba, uległo chyba jeszcze większym zniszczeniom. Nadal ma barokowe ołtarze boczne i ambonę, ale ołtarz główny, przedstawiający adorację Marii z dzieciątkiem przez anioły, jest całkiem nowy. To on jednak zrobił na mnie największe wrażenie swoją bezpretensjonalnością – umieszczenie figur na gołej ścianie wyeksponowało uroczo całą scenę. Trudno mu jednak przyjrzeć się z bliska, bo, poza porami nabożeństw, kościół pozostaje zamknięty. Ostatni ze staromiejskich kościołów, niegdyś dominikanek, pw. św. Ducha, nie pełni już od 1810 roku funkcji sakralnej, a w 1927 roku zamieniony został na muzeum. Wnętrze podzielono na trzy kondygnacje, dzięki czemu można z bliska podziwiać detale późnorenesansowych polichromii ściennych. Muzeum chlubi się posiadaniem oryginalnej, liczącej sobie ok. 2800 lat, mumii egipskiej wraz z sarkofagiem. Z Egiptu przywiózł ją baron Anzelm von Rothschild i podarował młodej narzeczonej. Ta – co za niespodzianka! – nie przyjęła makabrycznego prezentu, który ostatecznie trafił do muzeum. Mnie jednak najbardziej ujął renesansowy piec zrekonstruowany na podstawie pozostałości znalezionych na zamku, zwłaszcza, że wśród postaci oddanych na jego zielonkawych kaflach poczesne miejsce zajmuje mój patron – św. Krzysztof.

Racibórz “od zawsze” pełnił funkcję regionalnego centrum administracyjnego. Tak było za piastowskiego księstwa opolsko-raciborskiego i pod rządami Habsburgów. Z okresu książęcego pochodzą liczne kościoły. A było ich nawet więcej, bo tam gdzie dominikanie, musieli być i franciszkanie. Ich klasztor uległ kasacji, a kościół rozbiórce, w pierwszej połowie XIX w. Po przejęciu Śląska przez Prusy zniesiono stare struktury, ale w ich miejsce pojawiły się nowe. W roku 1817 miasto stało się siedzibą Wyższego Sądu Krajowego Prowincji Górnośląskiej (Oberlandesgericht). Tak prestiżowy urząd wymagał stosownej siedziby. Stąd dzisiejszy sąd rejonowy mieści się w gmachu wzniesionym w stylu berlińskiego klasycyzmu, projektu nadwornego architekta króla Prus – Karla Friedricha Schinkla, nie licząc imponującego neorenesansowego skrzydła dobudowanego 70 lat później. Zasilany francuskimi kontrybucjami budżet zjednoczonych Niemiec mógł po 1871 roku sfinansować budowę wielu gmachów publicznych, niezbędnych w nowoczesnym państwie. Co ciekawe, mimo skali powojennych zniszczeń, obiekty takie, jak szkoły, koszary, czy więzienie przetrwały i służą swym celom po dzień dzisiejszy. Po I Wojnie Światowej i powstaniach śląskich powiat raciborski utracił ok. 40% powierzchni, nie tylko na rzecz Polski, ale i Czechosłowacji. Racibórz stał się miastem przygranicznym i musiał przyjąć sporą grupę przybyszów, którzy nie godzili się na pozostanie w dotychczasowych miejscach zamieszkania kosztem przyjęcie obywatelstwa nowopowstałych państw.  

Mimo to, był to okres wzrostu znaczenia miasta. Na podobieństwo bowiem dzisiejszych województw: lubuskiego i kujawsko-pomorskiego, ówczesna prowincja górnośląska miała dwie stolice. Nominalnie było nią Opole, ale rezydował tam tylko odpowiednik polskiego wojewody. Władze samorządowe natomiast miały siedzibę w Raciborzu. Na ich potrzeby powstały lub zostały przystosowane, kolejne reprezentacyjne gmachy, np. dzisiejsze liceum ogólnokształcące im. Kasprowicza funkcjonuje w dawnym budynku administracji prowincji. Rzesze urzędników potrzebowały dachu nad głową. Dla zaspokojenia ich głodu mieszkaniowego powstawały, zachowane do dzisiaj, całkiem udane założenia mieszkalne. Aż do dojścia Hitlera do władzy, prowincją rządziła katolicka partia Centrum. Wiodące funkcje we władzach zajmowali Ślązacy, stąd ze zbitki ich nazwisk powstała prześmiewcza i całkiem nie germańska nazwa prowincji: Propiulka. Litery “ul” w nazwie zawdzięczała Karlowi Ulitzka, wieloletniemu proboszczowi kościoła św. Mikołaja w Raciborzu, pełniącemu funkcję przewodniczącego Wydziału Krajowego, czyli odpowiednika urzędu marszałkowskiego. Na swojej plebanii przyjmował możnych tego świata, tak niemieckich, np. prezydenta Hindenburga, jak i zagranicznych. Ze względu na wpływy i możliwości, zwano go królem Górnego Śląska. Co ciekawe, Ulitzka był dwukrotnie wygnany z Raciborza. W 1939 roku – przez niemieckich nazistów, a w 1945 roku – przez polskich komunistów. W obydwu przypadkach parafianie pisali w jego obronie listy podnosząc, a to że uratował Racibórz i zachodnią część Górnego Śląska dla Niemiec, a to, że bronił praw polskojęzycznej ludności miasta i regionu, przez co był prześladowany przez hitlerowców, włącznie z uwięzieniem w obozie koncentracyjnym w Dachau. Pod koniec życia Ulitzka marzył o niepodległym Górnym Śląsku, na podobieństwo Szwajcarii, wracając przy tym do zapomnianego politycznego projektu z czasów plebiscytu 1921 roku. Taki ciekawy raciborski życiorys, który nie mieści się w biało-czarnej, swojsko-obcej narracji.

Jeśli o mnie chodzi, wystarczającym powodem, by odwiedzić Racibórz jest to, że z jego wybranych punktów można podziwiać widoki, zarówno na Beskidy, jak i na Sudety. Oczywiście znajdują się one, nie w położonym w dolinie Odry centrum miasta, ale na wyniesionych obrzeżach. My, obydwa pasma mogliśmy dostrzec z platformy położonej w sąsiedztwie obserwatorium geofizycznego PAN, w zachodniej części miasta. Znajduje się ono w specjalnie zaprojektowanej, drewnianej, modernistycznej willi, która mieściła centrum sieci sejsmologicznej, stworzonej na potrzeby i z funduszy górnośląskich kopalni. Najciekawsze, że był to typowy dla swej epoki “one man show”. Profesor Carl Mainka, osiadłszy tu w 1926 roku z żoną w charakterze asystentki i z jednym pracownikiem technicznym, przy użyciu aparatury swojego pomysłu prowadził badania, których wyniki ukazywały się w wiodących światowych pismach branżowych. Badacz, odludek, poświęcający życie nauce, to model realizowany w owych czasach choćby przez Paula Robiena w jego stacji ornitologicznej na jeziorze Dąbie pod Szczecinem, czy Alfreda Lityńskiego w stacji hydrobiologicznej nad Wigrami. Wymieniona dwójka nie przeżyła wkroczenia i przyfrontowych rządów Armii Czerwonej w 1945 roku. Profesor Mainka miał więcej szczęścia – zmarł śmiercią naturalną w 1943 roku.

W bliższej perspektywie, widok z tego miejsca zdominowany jest przez wielopiętrowe budownictwo mieszkalne z czasów PRL-u. Warto jednak zatrzymać wzrok na dwóch obiektach: Tuż u podnóża wzgórza, w kierunku wschodnim, wznosi się jedyny w mieście kościół w stylu barokowym, kryjący sanktuarium Matki Boskiej Raciborskiej. Znajduje się tu, otoczona kultem, 400 letnia ikony w typie Matki Boskiej Częstochowskiej. Była ona trzykrotnie koronowana: w roku 1932, 1955 i 1987. Powodem powtarzania tych uroczystości była dwukrotna kradzież cennych precjozów. Za pierwszym razem, pod koniec wojny – przez samych-wiecie-ktosiów, za drugim – zupełnie nie wiemy przez kogo, ale niewątpliwie posiadacza polskiego obywatelstwa. Fotografie z pierwszej koronacji, z czasów schyłkowej Republiki Weimarskiej, noszą podpis: Matka Boža Kirche. Ot, taki przygraniczny volapük (poprzednik esperanto w roli języka międzynarodowego, wymyślony przez niemieckiego księdza rzymskokatolickiego Johanna Martina Schleyera).

Widok na Lysa Hora (1323 m npm.) – najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego

Ku północy natomiast, w odległości nieco ponad kilometra, widać żelbetowej konstrukcji wieżę ciśnień oddaną do użytku w 1936 roku. O ile jej powstanie było uzasadnione rzeczywistymi problemami miasta z zaopatrzeniem w wodę, o tyle forma, którą przybrała oraz sposób użytkowania, starały się sprostać potrzebom ideowym rządzącej już wówczas niepodzielnie NSDAP. Konstrukcja o wysokości 37 metrów była doskonale widoczna z polskiego brzegu Odry, dlatego na jej szczycie zainstalowano maszt flagowy, godło państwowe oraz pierwsze wiersze niemieckiego hymnu narodowego. W przyziemiu  natomiast ulokowano mauzoleum bojowników o nazistowkie Niemcy, a na kolejnych kondygnacjach, ośrodek szkoleniowy NSDAP. Całości nadano nazwę Wieży Nadgranicznej (Grenzlandturm). Obiekt, choć imponujący rozmachem, nie spełnił założonej roli, gdyż wytwarzał zbyt wysokie ciśnienie wody, jak na wytrzymałość mającej już swoje lata raciborskiej sieci wodociągowej. Może, gdyby o jego parametrach decydowali inżynierowie, a nie politycy, byłby bardziej przydatny dla miasta.

Wschodni brzeg doliny Odry, powyżej Raciborza, jest wysoki, często lesisty. Tu znajduje się Las Obory, a w nim Arboretum Bramy Morawskiej z ogrodem w formie labiryntu i mini zoo. Liczne ścieżki spacerowe wiją się wśród liściastych lasów pokrywających bogato urzeźbione zbocza. Podobne warunki terenowe, choć z uboższą infrastrukturą, można spotkać w położonym w górę doliny Lesie Widok. W Pogrzebieniu, na krawędzi doliny, wzniesiono wieżę widokową. Nie widać stamtąd Beskidów, ale ku zachodowi, za upstrzoną lustrami stawów rybnych doliną Odry, majaczą sudeckie szczyty. Ku wschodowi, za mozaiką lasów, pól i wiejskich zabudowań, wzrok przyciąga regularny stożek monstrualnych rozmiarów hałdy Szarlota w Rydułtowach. Kolejny punkt widokowy znajdziemy w Grabówce. Widać stąd głównie zespół stawów Wielikąt, za to w pobliżu platformy wznosi się mały kościółek o ciekawej historii. Pierwotnie stał on we wsi Ligota Tworkowska, wysiedlonej w związku z budową polderu przeciwpowodziowego. Został rozebrany i odtworzony przez jej mieszkańców na wysokiej skarpie doliny Odry. Co ciekawe, ocalili oni i przenieśli w pobliże kościoła także kilka kamiennych słupów granicznych, wyznaczających przedwojenną granicę Polski i Niemiec. Napotkana przy pielęgnacji roślin sympatyczna pani w średnim wieku zaprowadziła nas do świetlicy wiejskiej, wchodzącej w skład powstałego tu kompleksu budowli. Pokazała nam dużą salę wielofunkcyjną, izbę pamięci oraz kronikę miejscowego zespołu śpiewaczego Koła Gospodyń Wiejskich. I był to bardzo charakterystyczny element tego wyjazdu. W każdym z odwiedzanych miejsc, napotkane osoby chętnie wchodziły z nami w interakcje opowiadając, a to o problemach z niesfornym szczeniakiem, a to o doborze właściwego serka do doskonałego tiramisu, a to o działalności grup zainteresowań w wiejskiej świetlicy. W tej części Śląska ludzie ewidentnie żyją ze sobą, a nie obok siebie.

Kulinarnie Racibórz plasuje się ponad średnią krajową. Każdego z sześciu dni pobytu jadaliśmy gdzie indziej, a i tak nie odwiedziliśmy wielu lokali. Co ciekawe, przy szeroko reklamowanej i nie podlegającej wątpliwości śląskości miasta, kulinarny klasyk w postaci rolady z kluskami śląskimi i modrą kapustą znaleźliśmy tylko w dwóch restauracjach, z których jedna miała estetykę nowoczesnego prosektorium. Że Racibórz gastronomicznie aspiruje wyżej, niżby wskazywała jego wielkość świadczy to, że śniadanie można zamówić, nie tylko w hotelowych restauracjach, ale i w byłym studiu fotograficznym. Ta zresztą restauracja przebiła się nawet do ogólnokrajowych mediów lifestylowych. Kwiatokawiarnię odwiedziliśmy zaś dwa razy, nie z konieczności, lecz z wyboru. Nie dość, że zapach kawy mieszał się z wonią kwiatów, to jeszcze urodziwe mieszkanki urządzały tam sesje fotograficzne.

Parking Długosza stanowi skazę na estetycznej mapie miasta. Władze są chyba tego świadome, bo co rusz ogłaszają kolejne plany jego zagospodarowania. A to centrum integracji mieszkańców, a to szkoła z funkcją handlową (!?), a to mieszkaniówka. Przeciwko oddaniu placu na pastwę działalności deweloperskiej protestowała niedawno inicjatywa mieszkańców miasta. Opowiada się ona za transformacją parkingu w park. Brzmi dobrze, ale w centrum Raciborza wcale nie brakuje zieleni. Została ona wprowadzona podczas odbudowy miasta, w czasach gdy rozgęszczenie zabudowy i dosłonecznienie podwórek było aksjomatem środowiska architektonicznego. Mieszkaliśmy 100 metrów od rynku, ale znalezienie kawałka zieleni do spaceru z Harrym nie stanowiło problemu. Poza tym, jakie to polskie miasto ma, zamiast reprezentacyjnego centrum, park? Zaraz, zaraz! Jednak istnieje takie miasto, a zwie się Warszawa. Tu, na północ od Pałacu Kultury i Nauki, rozciąga się pas zieleni, zwany oficjalnie Parkiem Świętokrzyskim. Racibórz może być drugim przykładem takiego zagospodarowania przestrzeni miejskiej. Warszawą Śląska! Tylko, czy na pewno będzie zadowolony z takich porównań? I jak się w tym wszystkim odnajdzie św. Jan Nepomucen?

Kategorie
Polska

Rzecz o Tykocinie, czyli jak się odnaleźć bez królów, hetmanów i Żydów

Wezwanie do stawienia się na posterunku Milicji Obywatelskiej nigdy nie precyzowało dokładnie o co chodzi. Ostatecznie za czasów PRL-u (i nie tylko wtedy) władzy nie chodziło o to by jej ufać, ale by się jej bać. Ponieważ jednak nie byłem działaczem podziemia solidarnościowego, w wyznaczonym terminie karnie stawiłam się pod wskazany adres. Mundurowy, do którego zostałem skierowany, otworzył z namaszczeniem biurko i wyciągnął kopertę z szarego papieru. W miarę jak ją otwierał wyraz twarzy zmienił mu się ze znudzonego na wyrażający obrzydzenie. I nie dziwota! Z wnętrza koperty bił charakterystyczny zapach siarkowodoru. W ten sposób odzyskałem swój utracony dowód osobisty i mogłem odgadnąć, gdzie w międzyczasie przebywał ten dokument. Czytelnicy z młodszych pokoleń mogą nie wiedzieć, że ówczesny dowód osobisty był z papieru i miał format książeczkowy. Wydobyty z kanalizacji był w stanie, w którym zwykłe wymycie nie wystarczało, by pozbyć się uciążliwego odoru. Na szczęście, zdążyłem już złożyć wniosek i uzyskać nowy dowód.

Opisane zdarzenie było pokłosiem wizyty w Tykocinie, odbytej przed 40 laty. Nie zapomnę nigdy wrażenia, jakie zrobiła na mnie bytność w miejscowej, zamienionej na muzeum synagodze, której wnętrza, prócz pieczołowicie odrestaurowanych malowideł ściennych, wypełniał odtworzony z magnetofonu śpiew żydowskiego kantora. W miasteczku bez Żydów ich wołania wciąż wypełniały opustoszały dom modlitw! Po przeżyciach duchowych ciało upomniało się o swe potrzeby. W owych czasach jedynym przybytkiem gastronomicznym w miasteczku była restauracja w domu wycieczkowym PTTK, mieszczącym się w Alumnacie –  siedemnastowiecznym przytułku dla weteranów wojennych. Czym się posililiśmy nie pomnę, ale myślami byłem pewnie ciągle w synagodze. W każdym razie, dopiero w pociągu do Warszawy zorientowałem się, że musiałem zostawić w restauracji swój oryginalny wojskowy mapnik, a w nim portfel z wszystkimi dokumentami. Oczywiście, po przyjeździe do domu, zatelefonowałem do alumnatu, ale obsługa nie znalazła zguby. Nie mogę wyjść z podziwu dla determinacji nieznanych mi osób, które wykryły i dostarczyły śmierdzące znalezisko na milicję. Czyżby, jak twierdzą gloryfikatorzy czasów minionych, “żyło się biednie, ale ludzie byli sobie życzliwsi”?

Książeczkowe dowody osobiste, domena publiczna

Drewniany, piętrowy dom stał frontem do ulicy. Za nim ciągnął się, łagodnie opadając ku Narwi, ogród. Rosło w nim sporo wysokopiennych drzew, w tym kilka dębów. Ponieważ zaparkowaliśmy nasze pojazdy w ich pobliżu, pobytowi towarzyszył odgłos żołędzi spadających na blaszane dachy. Rutynowo też zaczynaliśmy każdy dzień od usuwania z samochodów gęstej pierzynki rudawych, dębowych liści. Szerszy widok na rzekę uniemożliwiała duża, murowana stodoła. Wzniesiona z prefabrykowanych elementów i pokryta eternitem, stanowiła w tym otoczeniu raczej dysonans, ale za to na obydwu krańcach kalenicy jej dachu bociany zdecydowały się zbudować swoje gniazda. To od zachodniej strony było prawdziwie wiekowe i miało ponad metr wysokości. Miło byłoby zatrzymać się w domu na wiosnę i podpatrywać, jak ptaki krzątają przy wychowie swoich piskląt. Niestety, dziura ziejąca w dachu stodoły od strony rzeki ostrzegała, że bociany wkrótce będą musiały poszukać bardziej stabilnej podstawy pod nowe gniazda.

Od czasu mojej pierwszej wizyty w Tykocinie zdarzało nam się kilkukrotnie odwiedzić miasteczko. Nigdy jednak nie zdecydowaliśmy się w nim przenocować. Aż do jesieni tego roku. W XXI wieku Tykocin, odzyskawszy status miasta, rozwinął znacząco swoją ofertę noclegowo-gastronomiczną. Jako, że grupa była liczna, wybraliśmy cały podzielony na trzy apartamenty dom we wschodniej części miejscowości. W pierwszych wiekach miejskości Tykocina, jego lokalizacja na pograniczu litewsko-mazowieckim sprzyjała obecności mieszkańców pochodzenia ruskiego. Oni to w większości zamieszkiwali Nowe Miasto, czyli część Tykocina, gdzie się zatrzymaliśmy. Jak miasto, to musiało mieć też rynek, a przy nim kościół i cerkiew. Dzisiaj nie ma po nich śladu, podobnie jak nie używa się określenia Nowe Miasto. Po wcieleniu w 1569 roku ówczesnego województwa podlaskiego do Korony tereny te uległy stopniowej polonizacji. Doprowadziło to do sytuacji, gdy cerkiew podlegająca bazyliańskiemu monastyrowi w Supraślu była użytkowana jedynie przez przyjezdnych wyznania unickiego, a nie mieszkańców miasteczka. W tej sytuacji władze Królestwa Kongresowego przekazały ją parafii katolickiej, a proboszcz w obawie, że dar może być odebrany przez Rosjan, sprzedał drewniany obiekt w roku 1833 proboszczowi w odległych o 20 km Sokołach, gdzie ciągle można go obejrzeć na miejscowym cmentarzu. Jedyny ślad obecności cerkwi w Tykocinie zachował się w nazwie ulicy Zacerkiewnej. Pozostałe resztki przestrzennej autonomii dzielnicy zlikwidowała przebudowa miasta za czasów hetmana Jana Klemensa Branickiego. To prawdziwy paradoks, że działalność hetmana, któremu miasteczko zawdzięcza, w znacznym stopniu, swój wygląd i atrakcyjność, w przypadku Nowego Miasta zdegradowała je do roli rolniczego przedmieścia.

Budynki przy głównej ulicy –

Pomnik upamiętniający ustanowienie w Tykocinie Orderu Orła Białego

Kaplica Glogerów na cmentarzu katolickim usytuowanym na skraju Nowego Miasta

Z braku drzew nad nekropolią dominuje wieża kaplicy cmentarnej

11 Listopada – Nowego Miasta

Dworek administratora, obecnie Urząd Miasta

Cerkiew unicka z Tykocina, przeniesiona na cmentarz w Sokołach, fot. Thebleeding, lic. CC BY-SA 3.0

Prawosławny nagrobek na katolickim cmentarzu

Jednak coś za coś. Za czasów hetmana Branickiego Tykocin zyskał reprezentacyjny rynek z pomnikiem Stefana Czarnieckiego (prywatnie – dziadka hetmana) oraz z kościołem misjonarzy, który zamyka rynek od wschodu. Łukowe arkady wybiegające od głównego korpusu świątyni łączą go z dwiema wieżami wolnostojącymi w narożnikach rynku. Fasada stwarza wrażenie bardziej pałacowe, niż sakralne. Wnętrza poświadczają, że kościół cieszył się patronatem i wsparciem jednego z najbogatszych magnatów Rzeczpospolitej. Barok, zwłaszcza w wydaniu małomiasteczkowym, bywa dość szablonowy – tykociński kościół św. Trójcy wymyka się jednak tej zasadzie. Nam spodobały się zwłaszcza polichromie (te osiemnastowieczne i te z początków XX wieku) oraz prospekt organowy, czyli część frontowa obudowy instrumentu. Pewnego dysonansu poznawczego doznaliśmy w malutkiej kaplicy św. Mikołaja, która od strony wejścia do kościoła zamyka nawę południową. Ciekawy obraz umieszczony tamże, zamiast szczodrobliwego biskupa Miry w stroju oficjalnym, przedstawiał golasa przywiązanego do słupa, bez wątpienia w celach niecnych. Wypisz, wymaluj – św. Sebastian, choć jeszcze nie naszpikowany strzałami. Niestety, nie znaleźliśmy ślubnych konterfektów hetmana i jego trzeciej żony, młodszej o, bagatela!,41 lat, królewskiej siostry, Izabeli z Poniatowskich. Może nadal są w renowacji lub na wypożyczeniu.

Pomnik hetmana Czarnieckiego na rynku

Kościół św. Trójcy – fasada jeszcze przed odświeżeniem, fot. Krzysztof Popławski, domena publiczna

Wnętrze kościoła św. Trójcy

Jedna z wież kościelnych z Alumnatem na drugim planie

Organy kościelne

Obraz w kaplicy św. Trójcy

Przypuszczalnie to jednak nie kościół, a synagoga, jest największym magnesem ściągającym turystów do Tykocina. Jej czterospadowy, łamany dach, kryty czerwoną dachówką, góruje nad zachodnią częścią miasta, zwaną Kaczorowem. Zwieńczenie obiektu to też inwestycja z czasów hetmańskich. Pierwotny, płaski dach skryty był za renesansową attyką. Wielkość i zdobność wnętrza potwierdzają zamożność i rolę żydowskiej gminy w Tykocinie, podobno drugiej po krakowskiej, w całej Rzeczypospolitej.  Polichromie pokrywające ściany, to głównie teksty modlitw. Jako biologowi z wykształcenia, brakowało mi w nich dodatku ornamentów zoomorficznych. W krużgankach obiegających z dwóch stron salę główną, gdzie niegdyś modliły się kobiety, znajduje się wystawa wszelkich artefaktów związanych z kulturą i życiem religijnym Żydów tykocińskich. Na ten sam bilet, co do synagogi, wejdziemy też do sąsiedniego domu talmudycznego. Wystawy tam prezentowane mają już charakter bardziej regionalny i wielotematyczny. Jedna z sal jest zamieniona na sklepik muzealny, mający w ofercie nieporównanie bogatszą, niż w synagodze, paletę książek o regionie i kulturze żydowskiej, różnorakie pamiątki, ale i kolekcję miodów podlaskich. 

Kaczorowo ma zabudowę murowaną. Nie wynika to jednak z różnicy w majętności ludności żydowskiej i ich polskich, bądź ruskich sąsiadów. W krótkim okresie po trzecim rozbiorze Polski, kiedy większość obecnego Podlasia należała do Prus, dzielnicę dotknął katastrofalny pożar. Król pruski wielkodusznie dołożył się do odbudowy stawiając jednak rozsądny warunek, by domy były murowane, czyli już mniej łatwopalne. O znaczeniu gminy żydowskiej w Tykocinie świadczy to,  jak wielu wydała myślicieli, rabinów i znawców Talmudu. Wśród nich warta wspomnienia jest kobieta, córka tykocińskiego rabina – Rebeka Tiktiner, która, prawdopodobnie, była pierwszą autorką pisząca i publikującą w języku Jidish. W roku 1609, w Pradze wydano jej książkę zatytułowaną Mejnekes Riwke, traktującą o edukacji religijnej i świeckiej dzieci żydowskich oraz roli społecznej kobiet. Wyjątkowość autorki dostrzegł i rozsławił po 100 latach Johann Conrad Luft, tytułując swoją, wydaną w Niemczech, rozprawę o niej „De Rebecca Polona eruditarum in gente Judaica Foeminarum rariori exemplo„. 

Synagoga tykocińska

Koncert w synagodze

Samotna macewa na cmentarzu żydowskim

Bima i Aron Hakodesz

Tabliczka na murze cmentarza żydowskiego

Trójcę najbardziej imponujących atrakcji Tykocina zamyka zamek. Znajduje się on na przeciwnym, niż miasteczko, północnym brzegu Narwi. Do czasów regulacji biegu Narwi miejsce było obronne – otoczone ramionami rzeki. To przypuszczalnie najmłodszy zamek Rzeczpospolitej – dosyć swobodna, z racji braku materiałów ikonograficznych, rekonstrukcja dawnej królewskiej warowni. Powstał w pierwszej dekadzie XXI wieku. Jego zwiedzanie, to gra na wyobraźni. Użycie innego koloru kamienia w posadzce jednej z komnat przyziemia ma upamiętniać fakt, że trumna z zabalsamowanymi zwłokami Zygmunta Augusta czekała w zamku ponad rok na przetransportowanie w celu pochowania do Krakowa. Zresztą pole do prowadzenia swobodnych gawęd przewodnickich jest w zamku ogromne. Za punkt wyjścia można wziąć, a to umieszczenie tu królewskiego arsenału, a to skarbca, czy ogromnej, jak na realia XVI wieku, biblioteki. Ostatnio na popularności zyskuje historia, jakoby arrasy, zanim trafiły na Wawel, zdobiły i ocieplały ściany zamku tykocińskiego. Do tworzenia legend zamkowych przyczynił się też mistrz Sienkiewicz, połączywszy w jedno historię śmierci hetmana wielkiego litewskiego Janusza Radziwiłła, z wysadzeniem części murów zamkowych przez Szwedów broniących ich przed wojskami wiernymi Janowi Kazimierzowi. W rzeczywistości, oba wydarzenia dzieliło prawie 13 miesięcy, a łączył jedynie fakt, że oba miały miejsce zimową porą. To zresztą nie Szwedzi doprowadzili do ruiny zamku, ani nawet nie zwolennicy Stanisława Leszczyńskiego, którzy w trakcie trwania II Wojny Północnej podpalili zamek, to wielce zasłużony dla Tykocina hetman Jan Klemens Branicki, który zezwolił na jego rozbiórkę i wykorzystanie cegły do realizacji programu inwestycji w mieście. Coś musiało zniknąć, by powstać mogło coś innego!

Zamek tykociński widziany z nad Narwi

Studnia na dziedzińcu

Dziedziniec zamkowy

Mając więcej czasu na pobyt w miasteczku, mogliśmy tym razem docenić jego mniej oczywiste walory. Obejrzeliśmy w środku skromny kościół pobernardyński. Ciekawsza, niż jego wnętrza, jest historia wspólnoty zakonnej, dla której była to czwarta lokalizacja w mieście. Najdłużej klasztor funkcjonował na kępie zamkowej, z przerwą na osiedlenie się przy nowomiejskim rynku. Gdyby nie śmierć patrona i związane z nim ograniczenia w finansowaniu budowy, miasteczko pewnie doczekałoby się drugiej świątyni katolickiej, konkurującej pod względem wystawności z kościołem Św. Trójcy. Za klasztornymi zabudowaniami rozciąga się ascetycznie zaplanowany, acz rozległy, ogród. Jako, że kompleks ulokowany jest na skraju miasteczka, rozpościera się z niego daleki widok na dźwigające się stopniowe, pokryte w górnych częściach lasem, zbocza doliny. Ogrodu pilnuje pomysłowy strach, a raczej stracha na wróble. Kobieca figura uczepiona rowerowej kierownicy, w okularach i peruce, dzięki osadzeniu w ziemi za pomocą pokaźnej sprężyny, podskakuje i wiruje ponad trawnikiem. W mglisty, listopadowy poranek wyglądało to niepokojąco, ale wyobrażam sobie, jakie wstrząsające wrażenie musi robić w nocy!

Tykocin nie posiada znaczących kamienic mieszczańskich. Jednak zachowany na rynku kompleks małomiasteczkowych dworków z ganeczkami robi duże wrażenie. Ostrzyliśmy sobie zęby na zwiedzanie wnętrza jednego z nich, będącego siedzibą Centrum Badań nad Historią i Kulturą Małych Miast. We wnętrzach zachowujących tradycyjne wyposażenie organizowane są rozmaite wystawy i wydarzenia, ale jednocześnie dom nadal pełni funkcje mieszkalne. To prywatne muzeum, bez biletów i określonych godzin wstępu. I tu leży pies pogrzebany! Telefonicznie uzyskałem zapewnienie, że zostaniemy wpuszczeni, ale drzwi otworzyła nam zupełnie inna osoba, która w świątecznym planie dnia nie miała oprowadzania obcych ludzi po swoich włościach. Cóż, trzeba było zadowolić się spacerami po świeżo powstałych nadrzecznych bulwarach, czy uroczej, krytej kocimi łbami uliczce Poświętnej, przeciskając się między kościelnym murem, a budynkiem alumnatu. Odkryciem tego wyjazdu był dla mnie położony przy uliczce odchodzącej od rynku budynek kina “Hetman”, będący przykładem białostockiej szkoły muratorskiej. Ten styl budownictwa, charakteryzujący się użyciem cegieł żółtego i czerwonego koloru, pozwala tworzyć na fasadach pomysłowe, a malownicze ornamenty. 

Kościół w zespole pobernardyńskim

Niepokojąca stracha na wróble w ogrodzie przyklasztornym

Wnętrze kościoła

Daleki widok z ogrodu klasztornego

W dziedzinie kulinarnej Tykocin ma, jako się rzekło, wiele do zaoferowania. Ze względu na swoją historię oferuje egzotyczny konglomerat kuchni magnacko-żydowsko-międzynarodowej. Można tu znaleźć restauracje specjalizujące się w tej, czy innej z powyższych opcji, ale już restauracja zamkowa zdołała upchnąć w jednym menu wszystkie alternatywy. Co więcej, potrawy podobne w składzie i smaku, są serwowane, np. jako czulent, bądź kociołek Radziwiłła. Na zamku można kupić na wynos, ale też zamówić jako podstawę różnego rodzaju kanapek, białysy. Te wypieki, będące ubogimi krewnymi lubelskich cebularzy, były specjalnością żydowskich piekarzy w Białymstoku i okolicach. Przeniesione wraz z emigrantami żydowskimi do USA, zrobiły tam wielką karierę, zwłaszcza w Nowym Jorku. Receptura została odtworzona przez właściciela tykocińskiego zamku, a same bułki wpisane na listę produktów regionalnych. Odznaką turystycznej popularności miasteczka jest też obecność całkiem godnej kawiarni, przy głównej ulicy łączącej rynek “polski” i “żydowski”. Kawę serwują tu wręcz wybitną, a marcinek tykociński – smaczniejszy od hajnowskiego oryginału. Pierwszego dnia wybraliśmy się na Kolonię – wiejską część Tykocina, położoną 4 kilometry od centrum –  gdzie gospodarzą i produkują sery podpuszczkowe pp. Paszkowscy. Solidnie zaopatrzeni, pałaszowaliśmy je przez cały wyjazd, a nawet kilka dni po powrocie do domu. Wizyta w serowarni ma też w bonusie możliwość zawarcia znajomości z przyjazną psią czeredą.

Białysy z kultowej nowojorskiej piekarni Kossara, fot. EGiniger1, lic. CC BY-SA 4.0

Podlasie, a precyzyjnie mówiąc, województwo podlaskie, jest świadkiem kilku spektakularnych transformacji uśpionych niegdyś, prowincjonalnych miejscowości, w centra całkiem znacznego ruchu turystycznego. Przykładami są: Białowieża i Supraśl, jak również Tykocin i Drohiczyn. Odwiedzający Tykocin na pewno nie będą tu się nudzili, nawet w brzydką pogodę. Inna sprawa, że oferta skrojona jest pod turystów. Ludność miejscowa zdaje się z niej nie korzystać. W każdym z odwiedzanych lokali byliśmy, albo jedynymi gośćmi, albo z ledwością znajdowaliśmy wolne miejsce. To taki syndrom: przyjechał autokar, albo grupa koleżeńska w kilka samochodów, zajęli wszystko, odjechali po 45 minutach i zostawili za sobą pustkę. Wieczorem, podczas spacerów z psami, wsłuchując się w odgłos własnych kroków na pustej ulicy, zastanawiałem się, czy dla prawdziwego tykocinanina zmiana charakteru miasteczka, to szansa, czy zagrożenie. Oraz, czy zmiany i inwestycje przynoszone przez rozwój turystyki, nie zakwestionują w końcu przyczyny, dla której jeździmy na Podlasie. Bo przecież, upraszczając, szukamy miejsc, gdzie woda czysta, a trawa zielona, gdzie rano śpiewają ptaki, a wieczorami kumkają żaby. To oczywiście zmartwienia na wyrost, a widoczna rezerwa mieszkańców wobec obranej drogi rozwoju pozwoli może nadnarwiańskiej perle baroku uniknąć losu całkowicie zdominowanych przez turystykę – Zakopanego i Podhala.

Tradycyjnej konstrukcji budynek gospodarczy nad Narwią

Kategorie
Polska

Co, ja nie dam rady!? Czyli o krok od dorosłości

Po ponad dwóch godzinach pedałowania czułem już w nogach trudy tej wycieczki. Po zakończeniu zajęć lekcyjnych zdecydowałem się na przejażdżkę rowerową. Rower był odziedziczoną po siostrze damką bez żadnych udogodnień, zresztą w przerzutki w owych czasach wyposażone były tylko tzw. kolarzówki, ale podróżowało się nim zadziwiająco przyjemnie. Wkrótce dotarłem więc do północnych  granic Białegostoku i pomyślałem, że nigdy jeszcze nie przybyłem do Supraśla na rowerze. Pokonanie tych raptem kilkunastu kilometrów nie wyczerpało we mnie zapału do pożerania kolejnych. Z tabliczki na krańcu miejscowości wyczytałem, że do Sokołdy zostało jeszcze tylko 9 km. Może nie byłem orłem z matematyki, ale wykalkulowałem sobie szybko, że jeśli tam dotrę, to wycieczka w obie strony przekroczy dystans 50 kilometrów. Wydało mi się to celem godnym realizacji.

Odpocząwszy chwilę na moście z widokiem na łąki w dolinie Sokołdy zebrałem się do powrotu. Ten nie był już tak atrakcyjny, jak droga z miasta. Cel został osiągnięty, a wrócić przecież jakoś było trzeba! Mijane krajobrazy jeszcze chwilę wcześniej cieszące nowością, poczęły nużyć. Wzniesienie między Krasnem a Ogrodniczkami urosło do rozmiarów jakiejś górskiej premii. Jednak było to bardziej znużenie psychiczne, niż jakiś poważny fizyczny kryzys. Zegarek sugerował, że nie przemieszczałem się wcale wolniej, niż w przeciwną stronę. W końcu dotarłem na ulice Białegostoku. Myślami byłem już przy obiedzie. Zjeżdżając pod nowo oddany do użytku wiadukt kolejowy na ulicy Sienkiewicza znacząco rozpędziłem mój wehikuł. Przez chwilę dałem odpocząć nogom, po czym spróbowałem znowu docisnąć pedały. Te jednak zaczęły wirować z oszałamiającą prędkością. Prawa stopa odrzucona siłą odśrodkową poleciała wprzód i wbiła się między szprychy przedniego koła. Wyrzucony straszliwą siłą przeleciałem nad kierownicą i wylądowałem na asfalcie. Nadal wczepiony w moją stopę rower zdzielił mnie dodatkowo w tył głowy. Poderwawszy się z ziemi odkuśtykałem na wolnej nodze ku poboczu. Z rykiem klaksonu wyminęła mnie ciężarówka. 

Po oswobodzeniu stopy i uspokojeniu drżenia wszystkich mięśni zbadałem rower i okazało się, że wyszedł on z całego zdarzenia w lepszym stanie, niż jego kierowca. Wyprostowanie kilku szprych i skręconej kierownicy pozwoliło mi nawet na nim jechać. Jednak prawa strona mojego ciała od głowy przez ręką, aż po kolano, była obolała i krwawiąca. Musiałem przedstawiać sobą malowniczy widok, więc starałem się dotrzeć do domu bocznymi uliczkami. Choć obiad smakował jak nigdy, a rodzice, poza odeskortowaniem mnie do przychodni, gdzie otrzymałem zastrzyk przeciwtężcowy, nie zadawali zbędnych pytań, to jednak dręczyła mnie świadomość, jak wiele niezasłużonego szczęścia miałem w tej sytuacji. Niewiele wszak brakowało, bym stał się bohaterem rubryki „Znowu tragiczny wypadek na polskich drogach”. W dziedzinie cyklizmu starałem się odtąd mierzyć zamiary na siły i poznać dokładnie wszystkie narowy dwukołowej bestii przed wyruszeniem na nawet umiarkowanie ambitne trasy.

Spadłem nie z tego, lecz równie wiekowego dwukołowca.
Wiadukt pod którym wywinąłem kozła. Źródło Google Street View

Tej zimy wraz z nadejściem opadów śniegu i spadnięciem słupka rtęci w termometrach poniżej wskaźnika 0°C, media oprócz rutynowego alarmowania o problemach z utrzymaniem dróg, ochoczo podjęły temat zimowej turystyki górskiej oraz lekkomyślności osób wyprawiających się w takich warunkach w góry. Za źródło tych informacji służą sprawozdania z wypraw ratunkowych, umieszczane w mediach społecznościowych przez TOPR i GOPR. Nie wdając się w rozważania nad charakterem dziennikarstwa („Człowiek pogryzł psa” czyli news według Marka Twaina), wpływem masowości turystyki na ilość wypadków w górach, czy też złudną pewnością siebie, jaką daje posiadanie współczesnego osprzętu i gadżetów dostępnych każdemu posiadaczowi smartfona (kiedyś używało się zwrotu – zjadaczowi chleba), przywołuję z pamięci wiele sytuacji, w których sam znalazłem się realizując wszelakie turystyczno rekreacyjne pasje. Wyszedłem z nich bez większego uszczerbku. Przy czym największych zagrożeń doświadczyłem w trakcie wykonywania obowiązków służbowych. Jednak bogatszy w lata i doświadczenia rozumiem teraz, że byłem blisko sytuacji, które dzisiaj opisuje i komentuje się w apokaliptycznym tonie.

Od czasu, gdy przed 50 laty, podczas wędrówki po Karkonoszach, znalazłem drogowskaz z informacją „Schronisko Odrodzenie 45 min.” z dopiskiem „Chyba biegiem” stałem się świadomy, że w zależności od kondycji i warunków pogodowych pokonanie wybranej trasy zajmie różną ilość czasu. Zwłaszcza, że za młodu nagminnie łamałem jedno z przykazań turystycznego dekalogu, brzmiące „Nie wybieraj się samotnie w góry”, a w tej sytuacji w zimie nie można liczyć, że ktoś inny przetrze nam ślad w śniegu. Za studenckich czasów wybrałem się zimową porą na okrężną trasę z Sopotni Wielkiej w Beskidzie Żywieckim do schroniska na Hali Rysianka i później – przez szczyt Romanki (1366 npm.) z powrotem do Sopotni. W letnich warunkach pokonanie tej trasy powinno zająć jakieś 4,5-5 godzin. A wtedy zima była piękna, lutowy mróz dokuczał tylko w nocy, a w dzień, w promieniach słońca, było nawet parę stopni powyżej zera. Ostatnie śnieg spadł pewno przed tygodniem, więc nie spodziewałem się, by bardzo utrudniał mi marsz. I rzeczywiście, bez większych problemów dotarłem do schroniska i po krótkim odpoczynku kontynuowałem wycieczkę na szczyt Romanki. Wzniesienie to, całkiem pokaźne jak na Beskidy, wznosi się na północ od grzbietu granicznego, którym biegnie popularny szlak na Halę Miziową pod Pilskiem. Nawet obecnie, w opiniach dotyczących letnich wycieczek na Romankę przewijają się, jak mantra, słowa „spokój, cisza, odludzie”. Co dopiero wówczas, gdy narciarstwo skiturowe, czy chodzenie w rakietach śnieżnych, dopiero raczkowały w naszym kraju. Na szczycie byłem o 15:00. Zejście z Romanki do Sopotni powinno było zająć około 1,5 godziny. Jednak, na północnych stokach góry zalegała niepokalana, metrowa warstwa śniegu. Po godzinie przebijania się przez nią i pokonaniu mniej więcej ¼ trasy zrozumiałem, że jeśli będę trzymał się pierwotnego planu, noc złapie mnie w górach. Liczyłem wprawdzie, że im niżej, tym mniej będzie śniegu, ale z drugiej strony trudno było ocenić, na jak długo starczy mi jeszcze energii. Zdecydowałem więc, że spróbuję zejść bezdrożami ku dolinie potoku Sopotnia po stoku, gdzie leżało wyraźnie mniej śniegu. Była to dobra decyzja! Po pewnym czasie natrafiłem na stokową drogę leśną, z której wkrótce udało się zejść na dno doliny. W zapadającym zmroku dotarłem do swojej kwatery. Szczęśliwie, chodząc bezdrożami nie wpadłem do żadnego wykrotu i nie potknąłem o ukryte pod śniegiem pniaki!

Widok na Romankę spod Rachowca, fot. Arian Tync, licencja CC BY-SA 4.0

Najbardziej „honornym” szlakiem całych Beskidów jest Perć Akademików, wiodąca od Górnego Płaju – ścieżki łączącej schronisko na Markowych Szczawinach z przełęczą Krowiarki, przez strome północne zbocza Babiej Góry, aż na szczyt Diablaka. Obecnie służy on tylko do podejścia, a ze względu na zagrożenie lawinowe władze parku narodowego zamykają go na zimę.  Nie zawsze jednak tak bywało! W małej grupce znajomych, w kwietniowy weekend przed 40 laty postanowiliśmy wejść na Królową Beskidów właśnie tą trasą. Do górnej granicy lasu szło się jako tako. Wyżej weszliśmy w chmury, a ścieżka zniknęła pod pokładami zgromadzonego przez całą zimę śniegu. W teorii należało wspinać się trawersem ku wschodowi, by dotrzeć do Czarnego Dzioba – ośmiometrowej ścianki skalnej, którą pokonuje się z pomocą zamocowanych na stałe klamer i łańcucha. Lecz szukaj tu skalnego dzioba, gdy wokoło otacza cię niczym niezmącona biel. Szliśmy więc ku górze od jednego do drugiego widocznego spod śniegu głazu. Śnieg był ubity i dobrze związany z podłożem, ale dawało się w nim wybijać butami stopnie potrzebne do utrzymania równowagi. Szedłem na czele naszej grupki. W pewnym momencie osiągnęliśmy niewielkie wypłaszczenie. Odwróciłem się, by sprawdzić czy nikt nie odstaje. W tym momencie nagły powiew wiatru rozproszył chmury. Oczom moim ukazała się nasza grupka rozciągnięte na dnie żlebiku, który opadał w dół coraz stromiej. Jego dno znikało za niewielka bulą, a wzrok sięgał swobodnie aż ku reglom rozciągającym się dobre 200 metrów niżej. Nie pierwszy raz byłem na Babiej Górze, ale nie spodziewałem się w tym miejscu aż takiej ekspozycji. Na szczęście chmury za chwilę powróciły, więc żaden z członków wycieczki nie musiał rozpraszać się rozważaniami, co mogło kryć się za tą bulą.  Wkrótce dotarliśmy na główny grzbiet na zachód od szczytu Diablaka. Powrót przez przełęcz Brona, przy widoczności na około 30 metrów, był skomplikowany orientacyjnie, ale nie nazbyt stresujący stromiznami. Dzisiaj wiem, że podeszliśmy na grzbiet tzw. Piarżystym Żlebem. Rozumiem też decyzję parku o zamykaniu szlaku w miesiącach zimowych.

Babia Góra dostarczyła mi też doświadczenia o charakterze ekstremalno-niewytłumaczalnym. Po drugim roku studiów na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego zorganizowano nam wyjazdy terenowe, w trakcie których mieliśmy poznawać różne typy środowisk przyrodniczych. W połowie września 1980 roku trafiliśmy na Babią Górę, która – jak wiadomo –  ma modelowo rozwinięte piętra roślinności górskiej. Mieszkaliśmy w schronisku na Markowych Szczawinach i każdego dnia penetrowaliśmy kolejne skupiska roślin: regle dolny i górny, kosodrzewinę i w końcu piętro alpejskie. Rankiem w dniu, gdy mieliśmy udać się pod szczyt Diablaka, obudziły nas krople deszczu siekącego po oknach. Doświadczenie podpowiadało, że 500 metrów wyżej może być tylko gorzej. Mimo to, po śniadaniu, całą – tym razem liczną grupą – wyruszyliśmy na szlak. Śnieg zaczął padać, nim dotarliśmy na przełęcz Brona. Widoczność spadała z każdą chwilą. Zaproponowaliśmy odwrót, ale niewiele starsze od nas opiekunki naukowe upierały się, by kontynuować marsz. Nie wiem, jak wyobrażały sobie studiowanie alpejskiej roślinności pod śniegiem. Może metodą jakiejś odkrywki? Zmagając się z wiatrem parliśmy więc przed siebie. Byliśmy z kolegą Maciejem świeżo po lekturze “Sygnałów ze skalnych ścian” Żuławskiego. Z bezwzględnością  właściwą wiekowi młodzieńczemu zabawialiśmy więc towarzystwo szczegółowym opisem najbardziej dramatycznych akcji ratowniczych wczesnego TOPR-u. Nastroje jakby siadły, ale determinacja naszych organizatorek była nadal ogromna. Do momentu, kiedy z białej nicości przed nami wyłoniła się postać ludzka. Był to mężczyzna w pokrytej lodową skorupą kangurce, dźwigający na plecach staromodny, brezentowy plecak. Zbliżywszy się do nas, wychrypiał spod śniegowej brody: ”Nie idźcie dalej, tam jest piekło!” Po czym zniknął, tak nagle, jak się pojawił. Na takie dictum struchlały najodważniejsze serca i zarządzono pośpieszny odwrót. Po powrocie do schroniska rozglądaliśmy się uważnie w nadziei, że może tajemniczy nieznajomy się w nim zatrzymał i będzie można z nim porozmawiać. Jednak nasza zjawa nie chciała się zmaterializować, a personel zapewnił nas, że nikogo takiego w schronisku nie zauważono. Tak więc, murawki alpejskie zmuszeni byliśmy poznawać w sposób teoretyczny, a zawdzięczaliśmy to postaci jakby żywcem wyjętej z kart dopiero co przywoływanej książki.

Babia_Góra spod Sokolicy, fot. Slawojar, lic. GNU Free Documentation License, Version 1.2
Zamieć, zdjęcie poglądowe z Norwegii, fot. A szu, lic. CC BY-SA 4.0

Należę do pokolenia, które w dzieciństwie marzyło o przygodach ukazanych na kartach “Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren. Ostatnio złapałem się na myśli, że miałem możność, podobnie jak bohaterowie tej powieści, jeżdżenia na łyżwach po zamarzniętych stawach i jeziorach, a nie jak większość współczesnych dzieci, na lodowiskach sztucznych bądź na boiskach przyszkolnych, zalanych przy pierwszych mrozach warstewką wody. W latach 90-tych XX wieku często jeździliśmy zimą na Suwalszczyznę. Mieliśmy szczęście trafiać na okresy mrozu. W miejscach pobytu były wypożyczalnie sprzętu, więc wystarczyło przy pomocy szufli usunąć nadmiar śniegu z lodowej tafli i można było już ćwiczyć piruety. Ze względu na towarzystwo małych dzieci ślizgaliśmy się w bardzo bezpiecznych miejscach – w cichych zatoczkach przy brzegu. Nie groziło nam, niczym największemu urwisowi z Bullerbyn, wjechanie do przerębla. Inaczej już jednak było przy wyprawach wyruszających z wigierskiego klasztoru, w którym gościliśmy kilkukrotnie, do Starego Folwarku po drugiej stronie jeziora. Klasztor ulokowany jest na półwyspie. Każdy spacer wiązał się z pokonaniem dłuższego lub krótszego odcinka asfaltowej szosy. Tymczasem po drugiej stronie jeziora była nie tylko ciekawa miejscowość, ale też otwierały się możliwości dalszych pieszych wycieczek. Dzięki antarktycznej praktyce byłem świadom istnienia prądów na podobnych akwenach, konieczności nie zbliżania się do jakichkolwiek obiektów wtopionych w lód, czy też faktu, że spękania na lodzie częściej powstają pod wpływem nierównomiernej dynamiki zamarzania, niż w wyniku załamywania się skorupy pod ciężarem maszerującego człowieka. Wędrowaliśmy więc gęsiego, w bezpiecznych odstępach, zawsze niosąc ze sobą długaśną tyczkę ratowniczkę, wykorzystując ścieżki przedeptane przez miejscowych wędkarzy. Pamiętam jednak pewien niepokój gnębiący mnie, zwłaszcza po opadach śniegu, czy silniejszych wiatrach, że możemy wdepnąć w zamaskowaną śniegiem przerębel, wykonaną przez miłośników wędkarstwa podlodowego. Szczęśliwie udało się nam takich przygód uniknąć, a w innych miejscach lód był dla nas łaskawy.

Klasztor wigierski, fot. polimerek, lic. CC BY-SA 3.0
Na mapie widać klasztor i plażę PTTK pomiędzy którymi pokonywaliśmy Wigry po lodzie

Najniebezpieczniejszą zimową sytuację przeżyłem jednak nie w górach, ani na jeziorach, ale na skraju podlaskiej wsi Downary w Kotlinie Biebrzańskiej. Przyjechaliśmy tam z Podziomkiem w lutym 1988 roku, po wielkiej śnieżycy, która sparaliżowała komunikację autobusową w całym regionie. Zamiast więc PKS-em do Trzciannego, pojechaliśmy PKP do Goniądza, skąd na nartach biegówkach planowaliśmy dotrzeć do zagubionego wśród bagien przysiółka Budy. Po drodze mieliśmy owe Downary. Gdy tylko wyszliśmy poza ich opłotki, drogę zagrodziła nam wysoka na chłopa zaspa. Rezolutnie wdrapałem się na jej zbocza. Byłem już prawie u szczytu, gdy najpierw jeden, a potem – znagła dociążony – drugi kijek, zapadły mi się aż po rękojeść. Utknąłem twarzą w sypkim, zimnym puchu. Narty nie wypięły się, jeno utknęły głęboko w śniegu. Z góry dociskał mnie plecak załadowany zapasami na kilka dni. Nie mogłem go zdjąć bez rozpięcia pasa biodrowego. Jednak każda próba sięgnięcia doń jedną ręką powodowała, że oparte tylko na drugim kijku ciało osuwało się w głąb białego puchu. Przez głowę przemknęło mi, że Jack London opisywał podobne sytuacje z okresu gorączki złota nad Jukonem. No, ale śmierć w takich okoliczność na Alasce miała w sobie jakąś dozę romantyzmu, a na skraju podlaskiej wsi byłaby jednak mniej heroiczna. Na szczęście, podobnie jak u Londona, w krytycznym momencie pomocna dłoń Podziomka wyzwoliła mnie od ciążącego brzemieniem plecaka, co pozwoliło wygrzebać się z zaspy. Nie było już żadnych wątpliwości, że z tą właśnie dziewczyną będziemy pożerać niedźwiedzie mięso do końca naszych dni.

Woda to kapryśny żywioł. Podczas opisanego wcześniej spływu kajakowego z Podziomkiem i Harrym po Liwcu, rzece która w dolnym biegu obfituje w łachy i mielizny, przypomniała mi się przygoda sprzed lat, gdy brodząc po takiej łasze, a poprawniej rzekłszy – po zakosie, przy ujściu Liwca, dotarłem do jej krawędzi opadającej stromo w odmęty Bugu. I szybko przekonałem się, że z takiego uskoku nie ma już odwrotu, w każdym razie – nie pieszo i nie drogą, którą się tam dotarło. Jako osobnik, który zaliczył epizod w pływackiej sekcji juniorów klubu Juvenia Białystok, nie miałem wątpliwości co do dalszego postępowania. Po prostu ufnie dałem unieść me ciało prądowi Bugu aż dopłynąłem do miejsca, gdzie można było wyjść na brzeg. Z czasem dowiedziałem się, że paniczne próby powrotu na bezpieczną płyciznę w podobnych miejscach, są częstszym powodem utonięć nawet wśród osób potrafiących pływać, lecz błędnie oceniających ryzyko swego położenia.

Liwiec, fot. Brzeszczot, lic. CC BY-SA 3.0
Ujście Liwca z satelity, widoczne łachy wcinające się w nurt Bugu

Korzystając z chwilowego oddalenia się mundurowych cerberów, Jarek i ja, dźwigając canoe, zboczyliśmy z bitej drogi w las, w kierunku Łyny. Żołnierzowi czuwającemu przy naszych workach żeglarskich oświadczyliśmy, że łódź jest już zwodowana i nie mamy siły z powrotem jej wyciągać na drogę. Machnął na nas ręką, więc pośpiesznie oddaliliśmy się od niego oraz specjalnego, oznaczonego kryptonimem W-1, ośrodka rządowego w Łańsku. Nasza próba przepłynięcia przez środek partyjnego matecznika, gdzie kolejni pierwsi sekretarze odpoczywali i przyjmowali swoich gości, zakończyła się właśnie połowicznym sukcesem. Oceniając pokonany dystans – to nawet więcej, niż połowicznym. Pomimo, że był sierpień 1981 roku i władza PZPR w Polsce trzeszczała w szwach, w krytycznych momentach towarzysze krzyczeli “No pasaran!” i na pierwszy plan wysłali żołnierzy Jednostek Nadwiślańskich MSW. U wypływu Łyny z jeziora Łańskiego jest śluza, w pobliżu której wznosiły się najściślej strzeżone pawilony ośrodka. Tam właśnie zostaliśmy wezwani na brzeg, przesłuchani, a następnie zmuszeni do wykonania przenioski o długości, nie 100 m, lecz 1,5 kilometra. W końcu byliśmy poza ośrodkiem i mogliśmy kontynuować nasz spływ do Olsztyna. Problem w tym, że poniżej jeziora Łańskiego rzeka płynie głębokim jarem w tempie zbliżonym do rzek górskich. Nie stanowiłoby to problemu, gdyby usuwano drzewa, które osunęły się na dno jaru i runęły do wody. Kilka z nich udało nam się gracko wyminąć. Ale przy kolejnym, mieliśmy mniej szczęścia. Canoe uderzyło dziobem w niewidoczny pod wodą konar, prąd obrócił nas i przyparł bokiem łodzi do głównego, przegradzającego nurt pnia. Gdy tylko spróbowaliśmy ruszyć się z naszych miejsc, łódź zmieniwszy środek ciężkości obróciła się wokół swej osi do góry dnem. Na szczęście, zaplątała się między gałęzie, więc nie odpłynęła, czego niestety nie da się powiedzieć o tych rzeczach, których nie zamknęliśmy w wodoszczelnych lukach. W ten sposób straciłem swoją pierwszą lornetkę. Gdy już wydobyliśmy canoe spod wody, okazało się, że siła uderzenia była tak wielka, że uszkodziła jedną z poprzecznych wręg wzmacniających dno łodzi. Musieliśmy skrócić trasę naszego spływu, ale wyszliśmy z tej przygody cało. A rozbudzona wyobraźnia podsuwała pytania, co mogłoby się zdarzyć, gdyby to nie dobytek, ale nas prąd wepchnął między podwodne przeszkody.

Jezioro Łańskie, fot. Krzysztof Dudzik, CC BY-SA 3.0
Na podobnej przeszkodzie zakończył się nasz spływ Łyną, fot. S. Czachorowski, CC BY-SA 4.0

Ostatnio czytałem opracowanie badaczy wilków, z którego wynikało, że wysoka śmiertelność wśród osobników młodych jest pochodną, nie tyle braku doświadczenia życiowego, co znacznej skłonności do podejmowania zadań o wysokim stopniu ryzyka. Naukowcy uczynili efektowną parabolę, przypisując podobny model zachowań także rodzajowi ludzkiemu. Wszystkie opisane sytuacje wydarzyły się, nim ukończyłem 30 rok życia. W wieku 32 lat znalazłem się, po raz kolejny, na antarktycznej wyspie King George. W wolnych chwilach włóczyłem się po okolicach stacji im. Arctowskiego, obserwując tamtejszą ornitofaunę. W pewnej chwili dotarłem na krawędź kilkunastometrowego urwiska. Przy nim, w odległości może 1,5 metra, wznosiła się samotna iglica skalna, a tuż pod jej szczytem dostrzegłem gniazdo mewy dominikańskiej. Bardzo chciałem zrobić mu zdjęcie, ale nie mając teleobiektywu uważałem, że stoję zbyt daleko, by wykonać fotografię odpowiedniej jakości. Przez głowę przemknęła mi myśl, że przecież doskoczę na tę iglicę. Powrót na urwisko byłby nieco trudniejszy, acz ciągle wykonalny. Już spinałem się do śmiałego susa, gdy wtem naszła mnie refleksja: “Hej, masz już rodzinę i córkę! Czy na pewno chcesz ich narażać na możliwe sieroctwo?” No i wykonałem zdjęcie z miejsca, gdzie już stałem. Dzisiaj uważam, że w tamtym momencie przekroczyłem Rubikon dorosłości.

Gdzieś po lewej stronie tego zdjęcia była skała z mewim gniazdem, fot. Acaro, lic. CC BY-SA 3.0