Majowa noc miała się ku końcowi. Słowiki ciągle kląskały w nadrzecznych krzakach, ale gdzieś od sosnowego boru pobrzmiewały już pierwsze nieśmiałe trele drozdów i kosów. Uczestnicy całonocnych śpiewań na zakończenie pielgrzymki młodzieży prawosławnej byli już nieco zmęczeni. Ich krąg coraz bardziej zacieśniał się wokół dogasającego ogniska. Prowadzący podjął ostatnią próbę podbicia nastrojów. Posługując się piękną, literacką wersją języka białoruskiego przemówił do zebranych: “Usłyszeliśmy tu już wiele pięknych piosenek ukraińskich, teraz pokażmy jakie piękne są pieśni białoruskie”. Niestety, żadna z piosenek, które próbował zaintonować nie została podchwycona przez młodych pielgrzymów. Natomiast, okazało się, iż niespodziewanie powszechną znajomością słów i muzyki cieszył się utwór w języku polskim “Pokochałam pięknego (ładnego) Białorusa”. Zebrani pomału zaczęli się rozchodzić. Zostawiając za sobą zwieńczoną drewnianą cerkiewką górę krzyży podążali grupkami do pobliskiej stacji kolejowej w Syczach, by zdążyć na pociągi do Białegostoku czy Warszawy.
Fakt, że w repertuarze ogniska zamykającego pielgrzymkę przeważał repertuar ukraiński był naszej grupce na rękę, gdyż związani słabiej lub mocniej ze Studenckim Kołem Przewodników Beskidzkich w Warszawie, byliśmy z nim nieźle zaznajomieni. Z drugiej strony możliwość rozszerzenia naszych wokalnych doświadczeń o przykłady kultury białoruskiej została zaprzepaszczona. Cóż, środowisko mniejszości ukraińskiej, przynajmniej w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych XX w., na które to przypadło opisywane wydarzenie, było znacznie lepiej zorganizowane i prężne niż jego białoruski odpowiednik. Musiało to ulec zmianie po upadku komunizmu, gdy monopol na zagospodarowanie życia kulturalnego polskich Białorusinów straciło Białoruskie Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne. W każdym razie, incydentalnie zaglądając w programy kolejnych pielgrzymek, a w tym roku odbyła się już 46, widzę, że program kulturalny ulega imponującemu rozrostowi, odchodząc równocześnie od piętna wąsko rozumianego wydarzenia folklorystycznego.
W kolejnych latach, mniej więcej raz na dekadę, odwiedzaliśmy Grabarkę z cerkiewką i klasztorem na świętej górze. Obserwowaliśmy jak ta prawosławna Częstochowa rozwija się i przeobraża. Po pożarze odbudowano w tej samej postaci, choć w innej technologii, cerkiew. Klasztor rozrósł się o kilka murowanych budynków, przy których jakby skarlała, choć jednocześnie wyszlachetniała, oryginalna, drewniana siedziba sióstr zakonnych. Tegoroczna wizyta przyniosła odkrycie w postaci muru ogradzającego cały kompleks i pokaźnych rozmiarów parkingu obrzeżonego rzędem reklamowych bilbordów. Wyasfaltowano też już chyba wszystkie drogi, którymi zmotoryzowani pielgrzymi i turyści mogą dotrzeć w te miejsce. Klasztory sklepik powiększył się i oprócz czysto kultowych produktów sprzedaje teraz regionalne produkty spożywcze, a nawet miejscową odmianę obrazka Żyda liczącego pieniądze. Jak widać także u braci prawosławnych wielu wierzy, że powodzenia finansowego nie sposób wymodlić, można je za to, w przystępnej cenie, kupić. Jedno co niezmienne, to głęboka wiara pielgrzymów, że modlitwa w tym miejscu przyniesie w ich życiu odmianę, a może i odkupienie win. Lektura inskrypcji na pozostawionych wokół cerkiewki krzyżach może być bardzo pouczająca. Podczas tej wizyty udało nam się znaleźć krzyż pozostawiony przez głowę kościoła prawosławnego Cypru jak i przywieziony przez arabskich chrześcijan w barwach Palestyny.









Grabarka leży w historycznej ziemi mielnickiej. Obecnie ma już inne przyporządkowanie administracyjne, ale że nasze podróże odbywają się wszak także w czasie, musieliśmy odwiedzić niegdysiejsze centrum regionu. Do Mielnika dostaliśmy się drogą nietypową, lecz wielce efektowną. Zostawiwszy samochód na parkingu przy cmentarzu katolickim na obrzeżach miasteczka (będę używał tego określenie, choć prawa miejskie Mielnika od 1934 roku są już tylko historią) udaliśmy się wąską ścieżką wiodąca wśród mieszanego lasu szparko pod górę. Podejście było krótkie, acz intensywne. Moja starsza siostra poprosiła o chwilę postoju dla złapania tchu. Wkrótce jednak osiągnęliśmy kulminację, za którą ścieżka nagle wyawansowana do rangi terenowych schodów, zaczęła opadać w dół ku wypłaszczeniu gdzie las się przerzedził. Korzystając z większej ilości światła docierającego do leśnego poszycia pod nogami pojawiły się dywany kwiatów, wśród których rozpoznałem zawilec wielkokwiatowy, szałwię łąkową, kokorycz wonną, kłobuczkę polną oraz koniczynę dwukłosową. Jednocześnie między drzewami, w dolinie poniżej oraz na zboczach sąsiedniego grzbietu pojawiły się dachy ludzkich siedzib. Jeszcze jedno strome zejście, chronione przed erozją systemem drewniano-ziemnych schodów, doprowadziło nas do placyku na końcu uliczki otoczonej przeciętnymi architektonicznie domami Mielnika.
200 metrów dalej, po lewej stronie widełkowatego rozdroża, zaraz za kilkoma wagonikami górniczymi, znajduje się kryta platforma widokowa na mielnicką kopalnię kredy. Głęboka na parę kondygnacji i długa na jakieś 300 m odkrywka razi oczy bielą swych ścian i stanowi niesamowity przerywnik w okolicy pokrytych zielenią i pociętych długimi dolinami łagodnych wzgórz. Po deszczach, na dnie wyrobiska widać kałuże, których woda dzięki kredowemu podłożu ma szmaragdowy kolor. Kreda w podłożu powoduje, że flora dopiero co pokonanych wzgórz – Wielkiego i Małego Usześcia jest tak bogata, a poludniowa ekspozycja pociąga za sobą obecność gatunków stepowych i kserotermicznych (sucho- i ciepłolubnych).






Kraina w której położony jest Mielnik zwie się Podlaskim Przełomem Bugu. Krajobrazy nie są oczywiście tak dramatyczne, a rzeka tak kręta jak Dunajec w Pieninach, ale wzgórza Wysoczyzny Drohickiej, wymuszające bieg rzeki ku zachodowi, wznoszą się jednak do 90 metrów ponad poziom rzeki. Uszeście sięgające 203 m npm. nie jest wśród nich najwyższe, ale najciekawsze i widoczne od strony doliny z odległości wielu kilometrów. Wody opadowe spływając ku rzece po miękkim, kredowym podłożu, wyżłobiły w zboczach stosunkowo długie i głębokie doliny. Takie położenie i rzeźba terenu zachęcały dawnych władców do założenia grodu i kontrolowania zarówno przeprawy przez rzekę, jak i transportu towarów doliną rzeczną. Stąd pierwsze wzmianki o Mielniku już z pierwszej połowy XIII w. oraz pojawiający się w nich książęta ruscy, litewscy i mazowieccy. Konsekwencją pobudowania grodu była jego kariera i status już w czasach pierwszej Rzeczypospolitej.
Mielnik mimo tak bogatej historii nie jest bogaty w zabytki. To jedno z tych miejsc gdzie, z braku materialnych dowodów, trzeba domyślać się dawnej świetności. Nie pomniejsza to jednak malowniczości miasteczka kształtowanej obecnie głównie przez rozmaitość krajobrazową. Położone na stokach domy, mimo że nie zawsze architektonicznie ciekawe, usytuowane są wyżej lub niżej od swych sąsiadów i cieszą oko właściciela dalekim widokiem. Często posadowione są na wysokich, zwłaszcza od strony opadających zboczy, podmurówkach. Niwelowanie terenu pod budowę domów skutkuje koniecznością umacniania uskoków przy pomocy, obficie tu występujących, kamieni i głazów narzutowych. Główna, biegnąca równolegle do Bugu, ulica przecina kolejne pasma wzgórz wijąc się przy tym zaciekle. Może nie podobać się podróżującym nią kierowcom, ale dodaje niewątpliwie malowniczości miejscowości. Mielnik ma w sobie wiele z Kazimierza Dolnego (położenie nad dużą rzeką, urozmaicenie terenu), jeno z bardziej lesistym otoczeniem i rzadszą zabudową.










Moja pierwsza wizyta w Mielniku przypadła na lata peerelowskiej restytucji po karnawale Solidarności z lat 1980-81. Miejscowa cerkiew prawosławna zachwyciła mnie mnogością cebulastych kopułek. Wejście do środka było niemożliwe, przeto rozejrzałem się po najbliższej okolicy. I tu, ku mojemu zaskoczeniu, znalazłem zwieńczony krzyżem kamień upamiętniający 300-lecia panowania dynastii Romanowych w Rosji. Wiernopoddańczy tekst w języku rosyjskim wyrażał m. in. życzenie, by miłościwie panujący cesarz Mikołaj II rządził jeszcze przez długie lata. Chichotem historii był fakt, że samodzierżawie carskie skończyło się już po niespełna 4 latach, a zdetronizowany cesarz zostały zamordowany przez bolszewików po 5 latach. Kamień przetrwał kolejne 70 lat, ale następnych 40 już nie. Może nadal istnieje, przeniesiony tylko w mniej wyeksponowane miejsce. Przy cerkwi natomiast znajdziemy zestaw bardziej współczesnych upamiętnień m. in. stulecia autokefalii polskiej cerkwi prawosławnej. Mikołaj II nigdy na jurydyczne odłączenie cerkwi w Polsce od moskiewskiego patriarchatu by się nie zgodził więc sąsiedztwo z jego upamiętnieniem trudno sobie wyobrazić.
Murowana cerkiew parafialna wznosi się na jednej z mielnickich górek. Na tym samym grzbiecie lecz nieco niżej, rozciąga się cmentarz prawosławny, a na nim stoi starsza, bo XVIII-wieczna, drewniana kaplica cmentarna. Boczną furtką w cmentarnym murze można wyjść na wątłą ścieżkę wiodącą stromizną na, wyższą od cmentarnej, Górę Zamkową. Wśród porośniętych lilakiem zboczy opadających ku dolinie Bugu ukryty jest fragment średniowiecznego zamkowego muru. Resztki murów i rozsypane cegły na szczycie to ślady prawosławnej kaplicy Aleksandra Newskiego wystawionej po stłumieniu Powstania Styczniowego. Z Góry Zamkowej rozciąga się daleki widok na rzekę i jej drugi brzeg, który od Unii Lubelskiej pozostawał w Wielkim Księstwie Litewskim, a w czasie rozbiorów w Kongresówce, podczas gdy samo miasto leżało w Koronie, a w czasie zaborów w Rosji. Znacznie bliższy jest widok na kompleks położonych w dolinie boisk piłkarskich. Taka lokalizacja powoduje, że sprzedaż biletów na mecze nigdy nie będzie miała w Mielniku racji bytu.









Jak to w Polszcze z zamkami bywało, skończył on swe istnienie podczas potopu szwedzkiego, ale zniszczyli go nie najeźdźcy z północy, lecz siedmiogrodzcy Węgrzy walczący pod sztandarami sojusznika Szwedów – księcia Jerzego II Rakoczego. Na miejscu dolnego zamku pozostały tylko ruiny kościoła zamkowego. Budowla ta miała wyjątkowo bogatą historię. Odbudowany 60 lat po potopie, służył katolikom do czasów represji popowstaniowych, kiedy to został zamknięty i, w 1871 roku, przerobiony na cerkiew. Wypalone w 1915 roku, podczas przejścia frontu, mury oddano znowu katolikom. Ich mała parafia dopiero co wzniosła jednak swój kościół, a na odbudowę i utrzymanie drugiej świątyni nie miała środków. Dzieła zniszczenia dopełniła Armia Czerwona, która strzegła biegnącej w latach 1939-41 po Bugu granicy przyjaźni z III Rzeszą. Jak na tak wielkie zaangażowanie niszczycielskich sił z kościoła pozostało całkiem sporo. Po sąsiedzku postawiono przezroczystą tablicę, na której przedstawiono zarys dawnego kościoła do zsynchronizowania z jego widokiem współczesnym.
Wszystkie świątynie chrześcijańskie Mielnika wznoszą się na wzgórzach. Dwa niezabudowane wzgórza historycznie też pełniły rolę sakralną. Na górce św. Rocha stał katolicki kościółek, a na górce Woznesienskiej cerkiew, których wyznań łatwo się domyślić. Jedyna świątynia wzniesiona na terenie płaskim to nowa kaplica prawosławna we wschodniej części miasteczka, zwanej Przedmieściem. Tak, Mielnik jest wsią posiadająca własne przedmieście! Ufundowane jako byt konkurencyjny wobec miasta, wyróżnia się wyglądem, gdyż rozłożone jest ono u podnóża wysoczyzny, której zbocza odsuwają się w tym miejscu dalej od rzeki. Kaplica jest wyjątkowa, gdyż zdecydowano na pokrycie jej strzechą. Historycznie rzecz biorąc, uważano bowiem, iż Dom Boży powinien był odróżniać się wyglądem od zwykłej chłopskiej chałupy, m. in. przez pokryciem dachu gontem, blachą lub dachówką. Od chałupy, poza rozmiarami, nie wyróżnia się za to miejscowa synagoga. Zdewastowana przez Niemców podczas II wojny światowej pełniła później wiele funkcji, takich jak sklep spożywczy, galeria sztuki czy pensjonat. Obecnie zaś stoi pusta w oczekiwaniu na lepsze czasy.





Wina gronowe produkowane w Polsce mają zazwyczaj płaski smak, innymi słowy, określiłbym je jako nudne w konsumpcji. Natomiast winnice stanowią niewątpliwe urozmaicenie krajobrazu, w której to opinii utwierdziliśmy się w Mielniku. Istniejąca w miasteczku od 15 lat winnica zajmuje dosyć szeroką w tym miejscu dolinkę obramowaną częściowo lasem, a częściowo zabudową mieszkalną. Różnica poziomów oraz pofalowane otoczenie dodaje jej uroku, którego pozbawione jest drugie z winnych pól gospodarstwa rozciągające się już na wierzchowinie wysoczyzny.
Na północno-zachodnich obrzeżach miasteczka, na skraju zespołu przyrodniczo- krajobrazowego Głogi, rozciąga się Kraina Aniołów. Jej główną część stanowi iglasty labirynt, w którym umieszczono figury aniołów oraz sceny związane tematycznie z Biblią. Zwiedzający mają za zadanie pokonać gmatwaninę ścieżek i trafić na trawiastą agorę, pośrodku której stoi tablica z dziesięcioma przykazaniami. Choć cały kompleks jest manifestacją chrześcijańskich przekonań jego autora, to obecnie rozrasta się on w głąb sosnowo-dębowego lasu gdzie powstać ma ogród azjatycki, siłą rzeczy odwołujący się do innych wartości kulturowych. Ta część odpowiadała mi najbardziej, gdyż projektant zachował tu naturalny las wzbogacając go o egzotyczne nasadzenia, w tym liczne rododendrony. Urozmaiconą rzeźbę terenu podkreślił zaś zwożąc i umieszczając w lesie liczne kamienie i głazy narzutowe z okolicznych pól. Mam wiele szacunku dla ludzi, którzy potrafią zrobić coś z niczego, zwłaszcza gdy dokonują tego, praktycznie pracą własnych rąk. Gawędząc z właścicielem nie mogłem jednak pozbyć się niepokoju czy jego idea przeżyje swego autora.










Gdy w latach osiemdziesiątych XX w. szlifowałem umiejętności jazdy konnej Studencki Klub Jeździecki UW posiadał letnią bazę w gajówce Tokary, położonej w mazowieckiej gminie Korczew, mniej więcej naprzeciwko nadbużańskiego Drohiczyna. Każdego roku zdarzało się uczestnikom letnich obozów jeździeckich docierać do Tokar w gminie Mielnik położonych na samej granicy z Białorusią (wtedy ZSRR). Ot, takie nieporozumienie z popularną nazwą miejscowości. My udaliśmy się tam rozmyślnie przyciągnięci, a to tragiczną historią miejscowości podzielonej granicą w 1945 roku, a to faktem posiadania dwóch ciekawych obiektów sakralnych. Oczywiście cerkwi prawosławnej i kościoła katolickiego. Przy czym ta ostatnia jest dosyć typową, pomalowaną na niebiesko, drewnianą świątynią postawioną dla upamiętnienia objawienia maryjnego, w uroczysku Koterka. Prawosławni mieszkańcy Tokar w 1945 stracili dostęp do swojej parafialnej świątyni i do rangi takowej wyawansowała cerkiew filialna malowniczo ulokowana na leśnej polanie, blisko 2 km od najbliższych zabudowań. Historycznie siedzibą parafii rzymskokatolickiej było położone bardziej na zachód Wilanowo. W ramach represji po Powstaniu Styczniowym parafię zlikwidowano, a drewniany kościół rozebrano wykorzystując pozyskany materiał do budowy cerkwi w sąsiednich Telatyczach. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości parafia odrodziła się już w Tokarach. W latach trzydziestych zbudowano kościół wg projektu nieżyjącego od prawie trzech dekad architekta Wdowiszowskiego z Krakowa. No i w efekcie pod białoruską granicą mamy obecnie, jedyny w województwie, kościół w stylu małopolskim (zakopiańskim). Położenie kościoła na zachodnim, a cerkwi na wschodnim krańcu wsi mogło, paradoksalnie, zdecydować o takim, a nie innym przebiegu granicy państwowej. Tokarska cerkiew przetrwała ZSRR, czego nie da się powiedzieć o większości zabudowań wsi, przeniesionych kilkaset metrów dalej na wschód. Ich przykład pokazuje, co mogło pozostać z Mielnika, gdyby okupacja sowiecka okazała się bardziej długotrwałą.






Siemiatycze początkowo traktowaliśmy wyłącznie jako miejsce robienia zakupów i centrum komunikacyjno-logistyczne powiatu. Wiedziałem wprawdzie, że dwór siemiatycki był za rządów księżnej Anny z Sapiehów Jabłonowskiej, u schyłku XVIII w., drugim po Białymstoku, centrum szerzenia idei oświeceniowych na Podlasiu. Siemiatycki kościół katolicki z metryką sięgającą lat trzydziestych XVII w. to jeden z najstarszych murowanych zabytków sakralnych województwa. Kościół poprzez dolinkę niewielkiego strumyka sąsiaduje z cerkwią prawosławną zwieńczoną jeszcze większą ilością kopułek niż jej mielnicki odpowiednik. Ze wzgórza cerkiewnego widać cmentarz wielowyznaniowy i położony nań skromny, drewniany kościółek św. Anny. Może 50 metrów dzieli go od nieużywanej do celów kultowych kaplicy ewangelickiej w kształcie rotundy mieszczącej obecnie galerię metalowych krzyży nagrobnych. Z drugiej strony obłego rynku wybiega ulica Pałacowa. Wbrew nazwie prowadzi ona do gmachu starostwa i prokuratury, przed którymi zachowały się 250 letnie figury dwóch sfinksów (a może jednak sfinksic?) flankujących niegdyś wjazd do pałacu księżnej Anny, który został zniszczony przez Rosjan po bitwie z powstańcami w lutym 1863 roku. Ciekawostką jest, że bliżej niż do świątyń chrześcijańskich było z pałacu do zachowanych budynków żydowskiej synagogi (dzisiaj biblioteka) i mykwy (dzisiaj szkoła branżowa). Co najważniejsze jednak, Pałacowa jest najbardziej harmonijnie zabudowaną ulicą miasta. Murowane i drewniane budynki utrzymane są w podobnej skali i nawet bloki z lat 60-tych XX w. zostały poddane tym samym urbanistycznym rygorom.













Siemiatycze dostarczają też ponadprzeciętnych atrakcji kulinarnych, tak obiadowych jak i kawowo-cukierniczych. Jedynie lokalizacja najciekawszych lokali jest nieco zaskakująca. Znajdują się one, bez wyjątku, na obrzeżach miasta a, w dwóch przypadkach, w dzielnicach przemysłowych. Za to są czynne przez cały tydzień i cały rok. Gdy więc, wybitnie ciekawa i nastrojowa, kawiarnia mielnicka otwiera swe podwoje tylko w weekendy i święta, od maja do września, lokale siemiatyckie przygarną nas bez względu na dzień i porę roku. Tylko, uwaga!, gastronomia w tej części Podlasia zamyka swoje podwoje wcześnie i po 19:00 zjedzenie posiłku możliwe jest w tylko nielicznych lokalizacjach. Sztandarowym daniem nadbużańskiego Podlasia są zaguby. Jest to rolada z ciasta pierogowego wypełniona ziemniaczanym farszem. W większości miejsc podawana jest po usmażeniu, jeno w drohiczyńskiej restauracji, która nota bene, zarejestrowała tę potrawę jako danie regionalne, serwują ją z wody. Nasza grupka podzieliła się w ocenie, która wersja jest smaczniejsza. Z kronikarskiego obowiązku donoszę jednak, że większość optowała za smażonymi zagubami. Mielnicka restauracja jest obiektem architektonicznie reliktowym, co widać zwłaszcza po stanie jej toalet, ale jakością serwowanych potraw nie odbiega od atrakcyjniej wyglądających lokali. Podziomek, ceniąca sobie nastrój i wystrój, odmówiła jednak konsumpcji w tym miejscu, mimo iż budynek restauracji stoi na miejscu po starej mielnickiej szkole, w której jako nauczyciele pracowali jej dziadkowie. Szkoła, zajęta przez sowieckich pograniczników, została potraktowana przez Niemców w 1941 roku jako obiekt militarny i zbombardowana, otwierając tym samym drogę do postawienia PRL-owskiego pawilonu gastronomicznego.
W Mielniku byłem dwa razy w ciągu miesiąca, najpierw z dziećmi i wnuczką, potem z Podziomkiem i siostrą. Starsza córka zakochała się po prostu w Mielniku i drogą ciągłych porównań ogłosiła w końcu rezultat: Mielnik-Drohiczyn 4:0. Po drugim wyjeździe zapytała mnie czy miasteczko przepadło równie do gustu starszemu pokoleniu. Odpowiedź brzmiała: “Wszystkim się podobało, ale inaczej”. Bo też zależy, co kto lubi! Mielnik jest nieporównywalny z sąsiadami, gdy chodzi o urozmaicenie krajobrazu, ale uboższy w zabytki. Ma mniej ciekawą, nie wspominając, że tylko jedną!, restaurację, ale smaczniejszą kawę i wypieki w miejscowej kawiarni. Wspomniane miejscowości są jednak tak blisko siebie, że bez trudu można między nimi kursować wybierając atrakcje a’la carte. W moim przypadku skłaniałbym się ku wynikowi remisowemu, chyba że po otwarciu przywiezionej z wyjazdu butelki czerwonego wina, jego smak przechyli szalę na korzyść Mielnika.


























































































































































