Kategorie
Polska

Książę Witold patronem MO, czyli o wrocławskich paradoksach

Średniowieczne, kręte schody musiały być wysokie jak na zasięg nóg jedenastolatka. Z pewnością spieszyłem się, aby jak najprędzej dotrzeć na platformę widokową. Ojciec niewątpliwie powściągał moje ambicje wieżobiegacza. Mimo to, na platformę widokową na wieży kościoła św. Elżbiety przy wrocławskim rynku dotarliśmy sprawnie i w dobrym czasie. Wstyd się przyznać, ale nie pamiętam, czy było tam wielu turystów. Nie pamiętam też, czy oprócz kościelnych wież i dachów kamienic przy rynku widać było góry, np. najbliższą miastu Ślężę. Pamiętam za to doskonale ulice biegnące dalej rynku, przy których stały tylko ściany kamienic. Ich wnętrza pozbawione dachów i stropów ukazywały naścienne preferencje malarskie dawnych mieszkańców. Podwórka wypełniały sięgające kilku metrów góry gruzu, na których rosły całkiem już pokaźne brzózki oraz wszelka inna kolonizatorska roślinność. Patrzyłem na ten widok w oniemieniu. Ani w Białymstoku, gdzie naówczas mieszkałem, ani w żadnym innym odwiedzanym polskim mieście, nie zetknąłem się tak namacalnie ze śladami wojny. „Czterej pancerni” i „Stawka większa niż życie” cieszyły się wśród odbiorców w moim wieku wielką popularnością, ale ich akcja dotyczyła przecież lat dawno minionych, tymczasem we Wrocławiu historia rzucała ciągle swój złowrogi cień. Było lato 1970 roku, walki o twierdzę Breslau zakończyły się przed ćwierćwieczem.

Później odwiedzałem Wrocław mniej więcej co dekadę. Patrzyłem na miasto coraz bardziej świadomym okiem. Ruin i gruzowisk nie spotykałem już w latach osiemdziesiątych XX wieku. Bez trudu za to zauważyłem, że centrum oddzielone jest od położonej na południe dzielnicy Krzyki kilometrowym pasem pozbawionej wszelkiej zabudowy przestrzeni, gdzie wśród roślinności o charakterze ruderalnym biegły równo wybrukowane ulice z rdzewiejącymi szynami tramwajowymi pośrodku. Wraz z rosnącą popularnością motoryzacji tereny te zaczęto użytkować jako zorganizowane lub dzikie parkingi. Owe nieposiadające naturalnych granic przestrzenie często zwano placami posiadającymi, a jakże, swoich godnych patronów, natomiast bardzo często pozbawionymi choćby jednego zamieszkałego budynku, dla którego byłyby adresem. Jeszcze w początku lat dziewięćdziesiątych nocowałem w nieistniejącym już hotelu Panorama z widokiem na plac Dominikański. Z okna miałem widok na olbrzymi ogrodzony teren (obecnie zajęty przez Galerię Dominikańską), w którym wykopano pokaźnych rozmiarów jamę. Zagłębienie to wypełnione było wodą, jak zgaduję gruntową, z której tu i ówdzie wystawały szczątki ceglanych ścian uporczywie przypominając, że kiedyś było tam miasto. Z pobliskiej Odry na rozlewisko przylatywały dzikie kaczki spędzając czas na pluskaniu się w wodzie i odpoczynku wśród szczątków mieszczańskich piwnic.

Aż w lipcu 1997 roku nadeszła wielka powódź. Wybudowane na przełomie XIX i XX wieku kanały, jazy i wały wrocławskiego węzła wodnego nie wytrzymały naporu wody o 1/3 przekraczającego ich przepustowość. Wezbrane wody Odry i jej dopływów zalały 40% powierzchni miasta. Zalane lub podtopione zostało ponad 2500 budynków. Dramatyczne wysiłki służb i tysięcy wolontariuszy pomogły uratować zabytki Starego Miasta, zbiory muzeów i Ossolineum oraz życie zwierzęcych mieszkańców ogrodu  zoologicznego. Katastrofa ta, paradoksalnie, odmieniła oblicze miasta rozpoczynając okres jego burzliwego rozwoju. Środki na odbudowę popłynęły od rządu i instytucji międzynarodowych. Wkrótce, z wejściem Polski do Unii Europejskiej, brama do unijnego  budżetu otworzyła się jeszcze szerzej. Powódź przeorała też, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, świadomość mieszkańców miasta. Ocalone wspólnym wysiłkiem, stało się dobrem wspólnym,  powodem do dumy oraz oprawą dla realizacji wielu lokalnych inicjatyw. Atmosfera tymczasowości oraz bylejakości przeminęła bezpowrotnie. Historia przestała być pojmowana jako niepowiązane okresy – polski, czeski, austriacki, niemiecki i znowu polski. Symbolem tego było zamówienie przez władze miasta u Normana Daviesa i Rogera Moorhousa historycznego portretu Wrocławia, łączącego elementy dotychczas rywalizujących wizji historiograficznych, w dziele o znamiennym tytule „Mikrokosmos”.

Wrocław jest, w moim odczuciu, miastem bogatym w paradoksy. Czy nie jest na przykład takowym fakt, że ulica Wielkiego Księcia Witolda na Kępie Mieszczańskiej zawdzięcza swoją nazwę stacjonującym nań milicjantom, których naczelnym komendantem w latach 1945-49 był komunistyczny generał Franciszek Jóźwiak, używający podczas okupacji niemieckiej pseudonimu „Witold”. Władzom miejskim niezbyt wypadało walczyć z takim protektorem, ale że żyjącym nazwy ulic nie przysługiwały, w duchu kompromisu zamieniły generała na Wielkiego Księcia, a sąsiednim ulicom za patronów dały innych bohaterów sienkiewiczowskich „Krzyżaków”. Obecnie okolica ta jest intensywnie zabudowywana, ale przez dziesięciolecia była to powojenna pustynia pozostająca pod czujnym okiem oddziałów prewencji Milicji Obywatelskiej. Pobliskie dwie elektrownie wodne są jedynymi znanymi mi z Polski przykładami usytuowania takich obiektów w centrum dużego miasta. Jako, że zaprojektowano je w ciekawej modernistycznej szacie, Wrocław ma zabytki nie tylko na brzegach, ale i w nurcie Odry.

Jednym z najbardziej malowniczych i urbanistycznie „kompletnych” rejonów miasta jest Ostrów  Tumski, swoista dzielnica biskupia i historyczna ostoja katolicyzmu w zasadniczo protestanckim Wrocławiu. W poprzecinanym ramionami Odry i jej dopływów mieście jest to jedyna wyspa nosząca miano Ostrowia oraz jedyna, którą wody opływają obecnie tylko z jednej, południowej strony. Ostatnimi śladami obmywającego ją do 1807 roku północnego ramienia rzeki są stawy w Ogrodzie Botanicznym.

Do katedry wrocławskiej w grudnia zeszłego roku powrócił historyczny srebrny ołtarz biskupa Jerina. Słynne arcydzieło wrocławskiego złotnictwa ma w swojej bogatej historii wiele elementów paradoksalnych. W 1632 roku, gdy Ostrów Tumski zdobyły i splądrowały protestanckie wojska szwedzkie i saksońskie, ołtarz nie dostał się w ich ręce. Katolicki biskup oddał go na przechowanie protestanckiej radzie miasta, a tam zdobywcy już go nie szukali. 80% zdemontowanego przed oblężeniem w roku 1945 ołtarza przetrwało wojnę, ale zostało skazane na zesłanie: najpierw do kościoła w Szamotułach, a od lat 60-tych XX wieku do wrocławskiego Muzeum Archidiecezjalnego. Tam spoczywało w ciszy i, paradoksalnie, zapomnieniu aż do wystawy pt. „Skarby katedry wrocławskiej” zorganizowanej w 2017 roku w Muzeum Narodowym. Zmontowany tymczasowo na potrzeby wystawy, tak zachwycił muzealników, duchownych i przedstawicieli władz miejskich, że podjęto decyzję o jego rekonstrukcji i powrocie do katedry. Dziś pyszni się na dawnym miejscu w prezbiterium. Szkoda tylko, że oglądać go można jedynie z daleka oraz na razie bez możliwości podziwiania renesansowych malowideł na skrzydłach poliptyku.

Zrekonstruowany ołtarz biskupa Jerina

Również kościół św. Krzysztofa odcięty od Starego Miasta, niegdyś nurtem Czarnej Oławy, a obecnie ruchliwą staromiejską obwodnicą (ul. Kazimierza Wielkiego), to skarb dla poszukiwacza wrocławskich paradoksów. Jest to świątynia ewangelików niemieckojęzycznych. W każdą niedzielę o godzinie 10:00 zbiera się w nim na modlitwę niewielka wspólnota wiernych. Tymczasem od początku XV do końca XIX wieku było to miejsce, gdzie modlili się polskojęzyczni wyznawcy rytu luterańskiego. Naturalnej wielkości figura patrona, mimo, iż wykonana z drewna, jest jedynym elementem dawnego wyposażenia, który przetrwał bombardowania i pożar wnętrza świątyni w 1945 roku. Było to możliwe, gdyż od szalejących płomieni oddzieliły ją grube gotyckie ściany – w owych czasach figura stała we wnęce po zewnętrznej stronie murów świątyni. W oknach prezbiterium zainstalowano niedawno witraże, które w duchu ekumenizmu ukazują męczenników za wiarę z okresu III Rzeszy (ewangelików: Dietricha Bonhoeffera i biskupa Juliusza Bursche oraz katolików: św. Maksymiliana Kolbe i św. Edyty Stein).

Wrocław ma też szereg zabytków, którym dano szansę na drugie życie. Tradycja ta nie ogranicza się do lat powojennej odbudowy miasta, lecz sięga korzeniami do czasów wcześniejszych. W południową ścianę gotyckiego kościoła św. Marii Magdaleny wmurowany jest wspaniały, romański portal ołbiński. Pochodzi on z rozebranego w 1529 roku, pod pretekstem zagrożenia tureckiego, opactwa norbertanów, znajdującego się niegdyś w podwrocławskim Ołbinie, będącym dzisiaj dzielnicą  miasta. Mało kto miał szansę go podziwiać, bo wąska, zastawiona parkującymi samochodami, uliczka nie zachęca do zapuszczania się weń turystów, którzy do wnętrza  dostają się z przeciwnej strony kościoła. Mało kto również trafia do położonego na Nadodrzu kościoła Opieki św. JózefaJego gotycki poprzednik podzielił losy ołbińskiego opactwa i w tym samym czasie został złożony w ofierze potrzeb bezpieczeństwa miasta. Historia powtórzyła się z jego następcą w 1806 roku, z tą różnicą, że tym razem wróg w postaci wojsk napoleońskich dotarł jednak na miejsce i zdobył Wrocław. W końcu, w 1821 roku, powstała istniejąca do dzisiaj świątynia w stylu klasycystycznym. Na jej frontonie znalazła się gotycka scena ukrzyżowania i kartusze herbowe pochodzące z rozebranej nieco wcześniej bramy Mikołajskiej.

Gotyckie rzeźby na fasadzie klasycystycznego kościoła Opieki św. Józefa

Największym wrocławskim paradoksem jest jednak fakt, że przy tak olbrzymich zniszczeniach, zachowało się tak wiele ciekawych budynków i elementów dawnej architektury. Bez problemu możnaby nimi obdzielić kilkanaście mniej historycznie doświadczonych miejscowości. W czasie ostatniego pobytu trafiliśmy na ulicę Mikołaja Reja, gdzie z wysokości czwartej i piątej kondygnacji obserwuje otoczenie piękna dama bujająca się na huśtawce, w towarzystwie dwóch amorków. Cała okolica to rezerwat architektury sprzed I wojny światowej zachowanej mimo, iż w pobliżu Niemcy wyburzyli całe kwartały zabudowy na potrzeby powstającego lotniska polowego (dzisiejszy plac Grunwaldzki). Z kolei pilczycki Park Zachodni, pełniący w historii rolę kompleksu grzebalnego (obejmującego cmentarze żydowski, komunalny oraz katolicki), zachował interesujący nagrobek z figurą anioła i niemiecką inskrypcją mówiąca w tłumaczeniu: „Również cierpienie jest posłańcem Boga”. Nie wiadomo, czy decydentami zleconej w 1967 roku likwidacji cmentarzy powodowało uznanie dla wartości artystycznej tego pomnika, czy też chcieli jednak pozostawić materialny ślad cmentarnej historii parku.

Każda wizyta we Wrocławiu daje możliwość podobnego spotkania z przeszłością i to nie tylko na Starym Mieście, ale i w pozornie mniej zabytkowych dzielnicach. Dlatego wyjeżdżając z tego miasta już układam plany kolejnej wizyty, obejmującej miejsca i obiekty, o których dowiedziałem się śledząc jego dzieje, lecz których również tym razem nie zdołałem odwiedzić.

Kategorie
Polska

Od Warty po Barycz, czyli podróże z Jajem Orangutana

Zmierzchało już gdy dotarliśmy do Działoszyna. Lutowy mróz szczypał w policzki, a śnieg skrzypiał pod nogami. Najbliższy PKS do Częstochowy odjeżdżał za godzinę, szukaliśmy więc miejsca, gdzie można się ogrzać. Działoszyn był przykładem prowincjonalnego miasteczka poddanego PRL-owskiej industrializacji. W pobliżu zbudowano w latach 60-tych XX wieku cementownię Warta. Ta potrzebowała pracowników, którzy musieli gdzieś mieszkać, pobudowano więc osiedle standardowych kilkupiętrowych bloków w zachodniej części miejscowości. Do tego dodano kilka pawilonów ze sklepami spożywczymi i innymi usługami, a w jednym z nich,  – o radości! – funkcjonowała restauracja o pompatycznej nazwie „Kosmiczna”. Nie pamiętam już, czy zamówiliśmy coś do jedzenia, czy tylko gorącą herbatę, najważniejsze było, że nasza potrzeba dotrwania w cieple do odjazdu autobusu została spełniona.

Dzisiaj już trudno znaleźć podobne lokale, które wówczas zaświadczały o awansie cywilizacyjnym miejscowości, w których je zlokalizowano. Zbyt przestronne, za wysokie, niedogrzane, z personelem, który często nie krył niezadowolenia na widok klienta. Przytulność była pojęciem pasującym do restauracji „Kosmicznej” niczym wół do karety. Takie warunki miały jednak pewne korzyści. Jedyni, prócz nas, goście lokalu – czterej zmęczeni panowie rozpijający butelkę wódki „Bałtyk” do galaretki z nóżek („Alkohol podajemy wyłącznie do konsumpcji”) – siedzieli dostatecznie daleko, by nam nie zawadzać.  Do czasu jednak, gdy zwabieni naszym odmiennym wyglądem i zachowaniem, postanowili przekazać nam tajemnicę swej profesji. Otóż panowie ci pracowali w kopalni wapienia dobywanego na potrzeby cementowni. Słusznie oceniając, że mamy coś wspólnego ze środowiskiem akademickim, zwierzyli się nam, że w kopalni znaleziono ostatnio sensacyjną skamienielinę – ni mniej, ni więcej, a JAJO ORANGUTANA! Nieco zszokowani tym odkryciem, zachowaliśmy jednak na tyle przytomności, by odmówić kupna cennego znaleziska po okazyjnej cenie równoważnika jednej butelki „Bałtyku” i jeszcze zdążyć na autobus.

To moje wyobrażenie znalezionego jaja. Poszukiwania oryginalnego logo KTP nadal trwają.
Budynek byłej restauracji Kosmiczna. Sala konsumpcyjna była tak duża, że od roku 1995 z powodzeniem służy jako tymczasowa kaplica parafii bł. Michała Kozala.

Do Działoszyna trafiliśmy w lutym 1983 roku na zakończenie weekendowego wypadu mającego za cel zwiedzenie największego w Polsce zimowiska nietoperzy w jaskini Szachownica. Wraz z grupą przyjaciół z Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego od pewnego czasu jeździliśmy po kraju poznając kolejne, cenne przyrodniczo miejsca. Historia z jajem orangutana utkwiła nam mocno w pamięci i, gdy wkrótce potem, założyliśmy na Wydziale Klub Turystyki Przyrodniczej (KTP) w jego logo znalazł się długoręki przedstawiciel naczelnych wysiadujący na pokaźnych rozmiarów gnieździe swoje jajo. Pod tym symbolem zjechaliśmy Polskę wzdłuż i wszerz, w tym zaliczając bytność na Stawach Milickich. W lutym 2019 roku zawitaliśmy tam z Podziomkiem i Harrym w nadziei na odświeżenie wspomnień i ciekawe obserwacje ornitologiczne.

Bogiem, a prawdą, z tym odświeżaniem wspomnień miałem problem. W przeciwieństwie do wyjazdu działoszyńskiego, ten milicki pozostawił w mojej pamięci tylko mgliste reminiscencje. Mgliste w dosłownym znaczeniu tego słowa, bo wyjazd odbył się w październikowy weekend i mgła często skrywała widok na stawy. W pamięci zostały obrazki neogotyckiego budynku szkoły w Miliczu, w którym nocowaliśmy, kolejki wąskotorowej mozolnie ciągnącej dziecinnych rozmiarów wagoniki, ceglanych domków Rudy Milickiej, starych dębów na polanie oraz wierzb porastających groble między stawami. Co najdziwniejsze, poza obserwacją rzadkiego wówczas orła bielika, mój notes obserwatora ptaków nie wzbogacił się wówczas o żaden wpis. Tłumaczyłem to sobie, oprócz niesprzyjających warunków atmosferycznych, także faktem, że w mojej świadomości jedynym prawdziwym królestwem ptaków była dolina Biebrzy, przez co nie mogłem w pełni docenić innych ptasich sanktuariów. Oczywiście okoliczności takie, jak konieczność poruszania się komunikacją publiczną i na piechotę, ograniczały zakres naszej penetracji do najbliższych okolic Milicza.

Kompleks stawów w dolinie Baryczy i jej dopływów zaczęli tworzyć cystersi jeszcze w XIII wieku. Dzisiaj rozciąga się na przestrzeni ok. 55 km, między Sulmierzycami na wschodzie i Żmigrodem na zachodzie, obejmując ponad 285 stawów o łącznej powierzchni ok. 77 km². Stawy tworzą kilka skupisk. My na bazę wypadową wybraliśmy miejscowość Wróbliniec położoną w pobliżu kompleksu Potasznia, blisko międzywojewódzkiej granicy z Wielkopolską. Na uboczu wsi, na skraju lasu znajdują się „Apartamenty Żuraw i Czapla„. Lokalizacja wymarzona dla gości z psami; wieczory spędzane przy kominku; dostawa produktów regionalnych, za które płaci się co łaska do wystawionego koszyczka. I do tego nazwa jakże adekwatna – nawoływania żurawi dało się słyszeć już podczas pierwszego spaceru z psem.

Z Wróblińca można piechotą penetrować kompleks stawów Potasznia (a właściwie jego północną część). Każdy staw ma własną, często zastanawiającą, nazwę np. Pijawnik, Górnik, czy Próżna Robota. Prócz mew, krzyżówek i łysek nie spostrzegliśmy tam innych gatunków ptaków, natomiast  możliwość rewelacyjnych obserwacji dają Łąki Odolanowskie, czyli odcinek doliny Baryczy na pograniczu śląsko-wielkopolskim. Z drogi Wróbliniec-Bartniki można, nie wychodząc z samochodu, obserwować ogromne stada zimujących gęsi gęgawych i białoczelnych. W okresie lęgowym licznie gniazdują tam ptaki siewkowate, ale w lutym musieliśmy zadowolić się widokiem gęsi. Ponieważ po mroźnej nocy nastał bardzo ciepły (ponad 10 stopni C) dzień, wędrowaliśmy nieśpiesznie, nie spotykając ani miejscowych, ani przybyszów. Dopiero w okolicach Zamku Myśliwskiego (to nazwa miejscowa, choć oddająca historyczne przeznaczenie tych okolic) spotkaliśmy ludzi wyprowadzających konie z pastwiska. W zabudowaniach gospodarczych mieści się obecnie stadnina, a w dawnym domku myśliwskim działa restauracja, cóż kiedy w poniedziałkowe popołudnie zamknięta. Krótka rozmowa z właścicielką uczyniła jednak cud: specjalnie dla nas drzwi się otworzyły, uruchomiono ekspres do kawy i ku naszemu zadowoleniu na stół trafił świeżo upieczony sernik. Grzaliśmy się więc w promieniach przedwiosennego słońca, kawa była aromatyczna i gorąca, nad lasem niosło się pokrakiwanie kruków, a z padoku dobiegało rżenie koni. I wszystko to niemal na wyłączność – oto korzyści z podróżowania w lutym do miejsc pięknych, acz nieoczywistych.

Kompleks Stawno jest położony najbliżej Milicza i to właśnie on krył się we mgle podczas mojej poprzedniej wizyty. Obecnie jest najbardziej przystosowany do uprawiania turystyki przyrodniczej. Liczne szlaki i ścieżki tematyczne biegną groblami i brzegami stawów. Pobudowano tam wieże widokowe, a nawet schrony obserwacyjne. Prawda, że poza sezonem pełnią one częściej rolę schronów bankietowych a, jak to często bywa, nie przewidziano konieczności ich sprzątania. Tym niemniej, ptaków tu więcej, niż w kompleksie Potaszni. Duże wrażenie robi zwłaszcza kormorania wyspa na Rudzkim Stawie oraz liczne zgryzy bobrowe na brzegach stawu Grabownickiego. U wjazdu na teren kompleksu od strony Milicza rozłożyła się Ruda Milicka zwana Ptasią Wioską. Znajduje się tu Stacja Ornitologiczna Uniwersytetu Wrocławskiego oraz największy w dolinie Baryczy, pochodzący z XIX stulecia, jaz spiętrzający wody na wysokość 4,7 metra. Po szlaku wąskotorówki zamkniętej w roku 1991 biegnie ścieżka przyrodnicza. Swoistą ciekawostką jest wagon tramwajowy sprowadzony z Wrocławia już po naszej wizycie i wykorzystany, jako biblioteka oraz miejsce wydarzeń kulturalnych. Cel niewątpliwie szczytny, ale ze względu na historię miejsca, bardziej pasowałby tu wagonik kolejki wąskotorowej. Cóż, decydująca była chyba dostępność wagonu tramwajowego i jego większa pojemność.

Lecą żurawie

Spośród kolejnych dwóch kompleksów stawów ten w Rudzie Sułowskiej urzekł nas widokiem stada białych czapli większego, niż jakiekolwiek obserwowane zgromadzenia ich bardziej pospolitych, szarych, krewniaczek. Jednocześnie, jako że wieś jest siedzibą przedsiębiorstwa rybackiego zawiadującego hodowlą ryb i utrzymaniem stawów, powstało tu centrum turystyczne całego regionu. Najlepszy hotel, elegancka restauracja, mini skansen rybacki gdzie, jedyny raz w ciągu całego tygodnia, można było odczuć popularność tego miejsca wśród turystów. Nam jednak bardziej przypadł do gustu znajdujący się na wschód od Krośnic kompleks stawów zwanych Czarnymi. Leżą one nieco na uboczu, w otoczeniu lasów, co uzasadnia ich nazwę. Ludzi niepodobna tam spotkać, za to teren upodobały sobie zimorodki. Czatują na ryby na sterczących ponad wodę suchych gałęziach lub mkną nad taflą stawów, niczym błękitne strzały.

Prócz zabytków architektury hydrotechnicznej, region może pochwalić się szachulcowymi kościołami w Miliczu i Sułowie, pałacami w Miliczu i Krośnicach oraz ciekawymi, acz skromnymi, budynkami mieszkalnymi i gospodarczymi z rudy darniowej. Chociaż wąskotorówka z Wrocławia  do Sulmierzyc, przecinająca dolinę Baryczy, dawno już przeszła do historii, to zastąpić stara się ją kolejka w Krośnicach, kursująca od 2013 roku po trzykilometrowej pętli na terenie zespołu pałacowo-parkowego dawnej rezydencji rodziny Volmersteinów. Podobno hrabia Heinrich von Salish, mający swoją rezydencję w Postolinie, zwykł żartować ze swoich arystokratycznych sąsiadów Maltzanów z Milicza twierdząc, że owoce jego pasji polegającej na kolekcjonowaniu i aklimatyzacji rzadkich gatunków drzew i krzewów, będą bardziej trwałe, niż zbiór cennych obrazów gromadzonych w milickim pałacu. Historia przyznała mu rację – pałac został ograbiony w roku 1945. Podobny los spotkał wprawdzie i siedzibę Salishów, ale już kolekcja drzew przetrwała tworząc swoiste arboretum. Postolin był zresztą moim małym odkryciem tego wyjazdu. Oprócz restaurowanego pałacyku, chlubi się oryginalnym kościołem poewangelickim z doskonale zachowanym wyposażeniem, w tym oryginalnym piecem centralnego ogrzewania z końca XIX wieku. Miejscowość usytuowana jest u podnóża Wzgórz Krośnickich, dzielących dolinę Baryczy na dolny i górny basen. Wzgórza sięgają 230 m npm, co daje ok. 120 metrów przewyższenia nad dnem doliny. Zbocza pokrywa dorodny las bukowy, a całość sprawia bardzo górskie wrażenie. Na wzgórzu Joanny (imię matki hrabiego Salisha) wznosi się nawet wieża widokowa, na którą z braku czasu już nie dotarliśmy.

Jako, że stawy milickie są największym w Europie centrum hodowli karpia, potrawy z tej ryby są serwowane w większości miejscowych restauracji. Corocznie odbywa się tu festiwal karpia, a kucharze trudzą się wymyślając przepisy coraz bardziej odległe od kanonicznej wersji z galaretą, znanej z bożonarodzeniowych stołów. Dla osób z nietolerancją potraw z karpia przygotowano ofertę na bazie innych gatunków ryb. Mnie do gustu przypadły flaki z suma, serwowane w przydrożnym zajeździe w Średzinie na trasie z Milicza do Odolanowa. 

Podziomek zadurzył się w tym regionie i namawia mnie na kolejny wyjazd. Też chętnie tam wrócę, chociaż może w okresie ptasich wędrówek, który gwarantuje większą rozmaitość napotkanych gatunków. Drugie spotkanie ze stawami milickimi utwierdziło mnie w przekonaniu, że bogactwo przyrody (a konkretniej świata ptasiego) jest tylko jednym z czynników stanowiących o atrakcyjności tego regionu. Stawy Milickie są tworem człowieka, a gospodarka na ich terenie – elementem wielowiekowej kultury. I właśnie materialne świadectwa tej kultury czynią wizytę na pograniczu śląsko-wielkopolskim tak ciekawą. Przekonałem się także, że krajobraz doliny Baryczy tworzą, prócz stawów, urozmaicone lasy i wzgórza. I właśnie rozmaitość doznań powoduje, że z kolejnej wizyty w tej części kraju zapamiętałem znacznie więcej niż z poprzedniej. Zwłaszcza, że wrażenia spisane są zapamiętane w dwójnasób.

Kategorie
Polska

Wpisy z 2019 roku

Znajdziecie pod adresem