Kategorie
Polska

Julia i Julie, czyli wspomnienia z polskich Łużyc

Julie jest  prawdziwą damą. Kiedy nie przebywa w domu przechadza się, odziana w powłóczyste, migdałowej barwy futro po obejściu. Nic nie może ujść jej uwadze: ani kolorowe jajko z plastiku, które miast zdobić w przedświąteczny czas krzaki rosnące wzdłuż domu, a spadło na trawnik, ani niesforna kaczka, która umknęła z zagrody przy kurniku. W obejściu Julie wszystko musi znać swoje miejsce i na nim pozostawać. W stosunku do licznie przybywających gości Julie okazuje życzliwość i zainteresowanie podszyte pewną dozą interesowności. Wszak ludzie tak potraktowani okażą wdzięczność i obdarzą ją komplemencikami, na które ze wszech miar zasługuje. Gdy goście przybywają ze swymi czworonogami, Julie nie zgłasza obiekcji i zezwala na hasanie po obejściu. Obce psy nie mogą jednak liczyć na większe zrozumienie, gdy wkraczają w jej strefę komfortu. Daje im jasno do zrozumienie jak daleko mogą się posunąć w próbach spoufalania się z gospodynią.

Julie pilnująca obejścia

Tylko bez poufałości, proszę!

Julie jest domatorką. Można zostawić na oścież otwartą bramę bez obawy, że ją przekroczy i wyruszy na wycieczkę po wsi. Julie jest bowiem owczarkiem szetlandzkim i do jej obowiązków należy doglądanie stada składającego się z drobiu, kotów, ludzkich gospodarzy i ich gości. Julie mieszka w położonej na Pogórzu Izerskim wsi Grabiszyce Górne, poniżej której w dolinie Grabiszówki ciągną się jeszcze Grabiszyce Średnie i Dolne. Od krańca do krańca to odległość ponad 4 km, przy czym najniżej położone zabudowania leżą na wysokości około 280 m. npm., a te najwyżej – przekraczają poziomicę 420 m. npm. Nic dziwnego, że strumień biegnący doliną ma bystry nurt, a dominującym odgłosem natury, słyszalnym zwłaszcza nocą, gdy ustanie ludzka krzątanina, jest szum i bulgotanie spływających w dół wód. 

Ta obecność ludzi nie jest zresztą nadmiernie intensywna. Na początku siódmej dekady XIX wieku wszystkie trzy wsie zamieszkiwało ponad 2600 osób. Ostatni spis powszechny wykazał już tylko około 700 mieszkańców. Gdy wieczorami wychodziliśmy z Harrym na spacery, tylko w niewielu oknach paliło się światło. Nie wszystkie domy są opuszczone. Część wykorzystywana jest na cele letniskowe, część użytkowana nie dla celów mieszkalnych, lecz gospodarczych. Przy czym gospodarka rolna jest raczej działalnością marginesową. Ledwie w kilku miejscach widziałem niewielkie stadka krów. Porównanie gęstości zabudowy ukazanej na przedwojennej sztabówce z sytuacją obecną uświadamia jak wiele budynków nie dotrwało do naszych czasów. Po całej wsi można wypatrzyć jakieś relikty: a to prowadzące donikąd schody, to znów ułamek muru, czy charakterystyczny zespół roślinności porastającej gruzowisko. 

Grabiszycka Atlantyda

Dzięki działalności w Grabiszycach regionalnego stowarzyszenia, historia tej miejscowości jest lepiej poznana. Wydano mapę wsi, na której zaznaczono niegdysiejsze obiekty i formy ich użytkowania, w kilku miejscach ustawiono tablice informacyjne. Dzięki temu łatwiej zrozumieć przemiany, jakie zaszły tu oraz ich reprezentatywność dla większości terenów wiejskich Dolnego Śląska. Otóż tradycyjna wieś była tu w dużym stopniu autonomiczna. W każdej części Grabiszyc przed II Wojną Światową funkcjonowały szkoły, działały piekarnie sklepy i młyny. Oprócz dużych gospodarstw rolnych, rozwijało się też rzemiosło. Tradycyjne dla tego regionu było tkactwo, ale też powstało tu kilka fabryczek. W górnej części wsi do dzisiaj wznosi się pokaźny kompleks dawnej wytwórni ręczników. Dostępne na miejscu były usługi szewskie, krawieckie, murarskie, fryzjerskie oraz magiel. We wsi funkcjonowały agencje pocztowa i celna. Obecnie działa tu jeden sklep spożywczy, kilka firm/hurtowni, swoją jednostkę ma też ochotnicza straż pożarna. Uczniowie uczęszczają do jednej szkoły podstawowej, kontynuuje działalność kamieniołom, a wyrąb drzew z pobliskich lasów jest ważniejszym źródłem dochodów, niż było to za czasów niemieckich. 

Tablica informacyjna – turysta nie może narzekać, że nie wie co zobaczyć w Grabiszycach

Podróż przez wiejskie i małomiasteczkowe rejony Dolnego Śląska to odkrywanie swoistej Atlantydy, zabawa dla wyobraźni sklejającej z jakichś zaobserwowanych resztek piękne puchary używane w kulturach, które przeminęły. Jeśli nie chcesz lub nie potrafisz uczestniczyć w tej grze, grozi ci poddanie się nostalgii i przygnębieniu. Sytuacja jest prostsza w miejscowościach silnie zniszczonych w wyniku działań wojennych. W podgórskie obszary Dolnego Śląska czerwonoarmiści dotarli jednak dopiero po kapitulacji III Rzeszy, więc ocalała tu większość substancji materialnej, resztki której przypominają o niegdysiejszej prospericie. Znajoma pochodząca z Rynu na Mazurach po wizycie na Dolnym Śląsku podzieliła się refleksją „Tu jest podobnie jak u nas, tylko bardziej”. Nie wnikając, co konkretnie miała na myśli, oczywistym jest, że obydwa regiony podlegały po 1945 roku podobnym przemianom społeczno-gospodarczym. Porównując dawny Gerlachheim z dzisiejszymi Grabiszycami dostrzegam, nade wszystko, uwiąd sfery „usług dla ludności”, które zostały w większości oddelegowane na poziom miejscowości gminnych, czy powiatowych, przez co nie pełnią już roli spoiwa lokalnych społeczności. Ponieważ obecnie cenimy sobie wielce rozwój społeczności lokalnych, tym bardziej odbieramy jego niedostatek. Na niekorzyść grabiszycopodobnych miejscowości działa wysoki „poziom bazy”. Coś co istniało, a zniknęło, uważa się za wartość zabraną. A to boli nawet bardziej, niż wspaniała obietnica, która się nigdy się nie ziściła!

Jak, prócz rozważań nad dawnymi czasy, można spędzać czas w Grabiszycach? My odbyliśmy dwie wycieczki piesze po okolicy. Wzgórza Grodziszcze na zachód oraz Stożek Światowida na wschód od wsi nie stanowią celu same w sobie. Ich wierzchołki są zalesione i ominięte przez ścieżki. Natomiast droga przez rozległe łąki dostarcza dalekich widoków na pofalowane grzbiety pogórza z wyrastającymi ponad nie bazaltowymi ostańcami. Skały, o ile nie zostały odkryte w wyniku działalności ludzkiej, są rzadko wyeksponowane na powierzchni, lecz zapewniając odporność na niszczące działanie wody, wiatru i czasu dają gwarancję względnego przewyższenie nad poziom okolicznych grzbietów. Od południa krajobraz zamyka wał Gór Izerskich pokrytych, pod koniec marca, nadal śniegiem. Dopiero podczas takich spacerów można docenić piękno lokalizacji Grabiszyc. Ponieważ różnice wysokości są umiarkowane, a teren miejscami podmokły, ma się wrażenie pewnej mazurskości krajobrazu. Dlatego nie zdziwiłem się usłyszawszy pewnego razu charakterystyczne odgłos, który wydają wibrujące sterówki bekasa kszyka podczas jego lotu godowego. Oczywiście, był to tylko trening, w przerwie migracyjnej, przed popisami, które wkrótce będą słyszalne nad Biebrzą. Prócz kszyków, co chwilę natykaliśmy się na żurawie i sarny.

Ku południowi piętrzy się główne pasmo Gór Izerskich

Malownicze otoczenie Grabiszyc

Spotkanie na spacerze

W samej wsi zachował się kościół zawdzięczający obecny wygląd XVIII wiecznej odbudowie. Jak to kościoły na Śląsku, otoczony jest starym cmentarzem z niszczejącymi, niemieckimi nagrobkami. W każdej części wsi przetrwały dwory. Ten w Grabiszycach Średnich, ze względu na wielkość, nazwać można nawet pałacem. W nim właśnie siedzibę znalazła miejscowa szkoła. Wszystkie rezydencje pochodzą z XIX wieku, choć każda zbudowana jest w innym stylu. Dwór w Grabiszycach Górnych jest zamieszkały, ale ukryty za rozpadającymi się budynkami gospodarczymi, nie jest udostępniony do zwiedzania. Co więcej, w jego okolicach odbywają się istne manewry pojazdów zwożących wycięte w lesie drzewa. Natomiast neorenesansowy dwór (willa) w Grabiszycach Dolnych stoi pusty, z oknami zabitymi deskami. Za to na ogrodzeniu ma tabliczkę firmy ochroniarskiej, a w nocy jest rzęsiście iluminowany. Ma właściciel fantazję, nie ma co mówić! Choć w ilości niewystarczającej na rozpoczęcie remontu.

Kościół w Grabiszycach Średnich

Pałac w Grabiszycach Górnych, fot. SchiDD, CC BY-SA 4.0.

Przykościelny cmentarz

Pałac w Grabiszycach Średnich

Pałac w Grabiszycach Dolnych, fot. SchiDD, CC BY-SA 4.0.

Pogranicze polsko-czesko-niemieckie jest matecznikiem specyficznej konstrukcji budynków, zwanej budownictwem przysłupowym. Charakteryzują się ona odrębnym systemem nośnym pierwszej i drugiej kondygnacji. Parter jest drewniany i ma konstrukcję zrębową, podczas kiedy piętro o konstrukcji ryglowej i wypełnieniach międzybelkowych z gliny, wsparte jest na położonych zewnętrznie względem parteru drewnianych słupach. Podobno, powstanie takich budynków wymusił rozwój tkactwa. Warsztat tkacki w trakcie pracy wpadał w wibracje, które przenosiły się na konstrukcję domu. Tradycyjne budownictwo źle znosiło tego rodzaju obciążenia. Konstrukcja przysłupowa ograniczała złowrogi wpływ drgań tylko do części domu, w której umieszczono warsztat. Tyle o genezie, ale popularność takich domów sięgała daleko poza grupę zawodową tkaczy. Budowali tak i mieszkali w nich także bogaci chłopi, kupcy i urzędnicy. Tak jest do dzisiaj. W Grabiszycach jest kilkanaście, jeśli nie więcej, takich domów. Część została zrekonstruowana, tyle, że nie będąc w konserwatorskim rejestrze zabytków, niektóre z nich zostały docieplone w sposób likwidujący charakterystyczne wnęki między słupami. Są to nadal domy przysłupowe, choć na pierwszy rzut oka trudniej się tego domyślić.

Przykłady budownictwa przysłupowego z Grabiszyc

Budynek byłej jednoklasowe ewangelickiej szkoły ludowej w Grabiszycach Górnych

Grabiszyce należą do gminy Leśna i powiatu lubańskiego. Do Leśnej mieliśmy raptem 7 km drogi. Wybraliśmy się tam na obiad i większe zakupy. Jak na swoją wielkość, miasteczko obfituje w zabytki: dwa kościoły, ratusz i wiele zachowanych w niezłym stanie kamienic. Starszy z kościołów, otoczony dawnym cmentarzem, oferuje szeroki przegląd kamieniarki nagrobnej. Pomimo, iż nie najstarszy, najbardziej zachwycił mnie secesyjny pomnik w formie kolumny udrapowanej fałdami kamiennej kotary. Dziedziniec kościelny jest z jednego boku otoczony półkolem dwukondygnacyjnych kamieniczek, przez które przebito malowniczą bramę wjazdową. Natomiast neoromański kościół św. Jana, mimo mniejszych rozmiarów, ze względu na położenie na wzgórzu i kamienne oblicze, wyróżnia się na tle okolicznej, przeważnie barokowej, architektury sakralnej. Kilka wielkomiejskich kamienic wyrasta ponad kompleks oryginalnej zabudowy drobnomieszczańskiej. Mimo, że rynek doczekał się modernizacji oświetlenie i nawierzchni, a wznoszące się przy nim kamieniczki nowej warstwy tynku na fasadach, wystarczyło skręcić w odchodzące zeń ulice, by odczuć przygnębiającą atmosferę marazmu. Wprawdzie wybuch wulkanu historii nie dokonał tu bezpośrednich zniszczeń, ale zdaje się, że warstwa wulkanicznego pyłu była na tyle gruba, że mieszkańcy do dzisiaj się spod niej nie wykopali. Miejscowy klub piłkarski ciągle nosi nazwę Włókniarz. Niestety, branża tekstylna dawno przestała już być kołem zamachowym gospodarki i stymulatorem rozwoju.

Kościół pw. Chrystusa Króla w Leśnej, fot. Putin 1auto CC BY-SA 3.0

Tablice nagrobne przy kościele

Oryginalny nagrobek secesyjny

Brama na dziedziniec kościelny

Rynek z budynkiem ratusza w Leśnej

Widoki z ulicy Sienkiewicza – jednej z głównych ulic miasteczka

Neoromański kościół pw. Jana Chrzciciela

Do Lubania najkrótsza droga wiedzie przez Wielki Las Lubański. Jest to rzeczywiście największy obszarowo kompleks leśny w całym powiecie. Ten oczywisty fakt został odkryty i uwieczniony oficjalną  nazwą dopiero po 1945 roku. Wcześniej był to po prostu Las Lubański. Nazwa ta wywoływała we mnie skojarzenia rodem z „Dzieci z Bullerbyn” i napawała optymizmem przed odwiedzeniem powiatowej stolicy. Prusy objęły w posiadanie okolice Lubania później, niż Dolny Śląsk, bo dopiero w wyniku decyzji Kongresu Wiedeńskiego w 1815 roku. Wcześniej obszar ten, należący do historycznej krainy Górnych Łużyc, był przez 180 lat częścią Saksonii. Lubań przez bez mała 500 lat należał do Związku Sześciu Miast Górnołużyckich, mających zapewnić spokój i bezpieczny rozwój handlu na tych terenach. Granica śląsko-łużycka biegła po rzece Kwisie. Obecnie, łużyckość tych okolic jest podkreślana bardziej, niż śląskość, a godło powiatu lubańskiego zgodnie zawiera połówki śląskiego czarnego orła i czarno-żółtej saksońskiej „zebry”.

Godło powiatu lubańskiego

Słup milowy poczty saskiej na rynku w Lubaniu

W przeciwieństwie do terenów leżących bliżej gór, Lubań był miejscem ciężkich walk na przełomie lutego i marca 1945 roku. Miasto przechodziło z rąk do rąk, a z okazji odbicia go przez Niemców zawitał tu sam Goebbels, co zostało uwiecznione przez niemiecką Kronikę Filmową (Wochenshau). Było to ostatnie wystąpienie na wizji niesławnego ministra propagandy III Rzeszy. W każdym razie miasto uległo zniszczeniu w 60%, co, patrząc na jego dzisiejszy stan, wydaje się wskaźnikiem zawyżonym. Sądząc po obecności PRL-owskich bloków w zachodniej części starego miasta, ten wskaźnik osiągnięto już po rozbiórce domów (np. szkoły zawodowej mieszczącej się w historycznym budynku tzw. szkoły ceglarskiej), które nie pasowały do wizji prapolskiego grodu ówczesnym decydentom i urbanistom. Taki los spotkał cały kompleks zabudowy śródrynkowej, który został, w sposób dosyć swobodny, odtworzony już w XXI wieku. W każdym razie, miasto zachowało najważniejsze zabytki, a jego krajobraz naznaczają liczne wieże: Bracka, Trynitarska, Kramarska oraz ratuszowa, kościelna staromiejska i ta przy kościele w zakwisańskiej dzielnicy Uniegoszcz. Wieża ewangelicko-augsburskiego kościoła Marii Panny jest skromniejszych rozmiarów, lecz sama świątynia jest najstarszym kościołem w mieście i od samego początku, do dnia dzisiejszego, służy ewangelikom. W czasach, gdy na Śląsku srożyła się kontrreformacja, kościół miał status ucieczkowy. Wbrew nazwie nie służył zapewnieniu fizycznego bezpieczeństwa luteranom zza Kwisy, lecz możliwości ich uczestniczenia w ewangelickich nabożeństwach.

Kościół ten leży na skraju wcinającego się w zabudowę wzniesienia Kamiennej Góry. Przez lata była ona miejscem funkcjonowania kamieniołomu. Nie jest przesadą twierdzenie, że Lubań zbudowano z materiału pozyskanego na Kamiennej Górze. Dopiero w XIX wieku kamieniołom zakończył działalność, a jego okolice zamieniono na park. Pod szczytem zbudowano też hotel górski, obecnie mieszczący szkołę muzyczną. Jako, że teren wokół wzgórza uchodził za prestiżowy, pobudowano tu wiele gmachów urzędowych, np. Starostwo, i mieszkalnych. Spacer przedwiosenną porą wśród starego drzewostanu z widokiem na dostatnią i harmonijną zabudowę poniżej stanowi jedno z moich ulubionych wspomnień z Lubania. Zwłaszcza, że po kamieniołomie pozostała imponująca odkrywka kilkunastometrowej wysokości słupów bazaltowych, a w najgłębszych miejscu wyrobiska powstało niewielkie jeziorko. Pod górą w czasie II Wojny Światowej Niemcy wydrążyli system korytarzy. Przez lata zapomniane, zostały powtórnie odkryte w 2011 roku. W 2018 roku udało się przez dokonane odwierty wpuścić do podziemnych korytarz kamerę. Na wykonanym filmie widać tory kolejki i wagoniki do wywożenia urobku. Eksploratorzy szukają nadal środków na odblokowanie wejść do podziemnych labiryntów, ucinając równocześnie spekulacje na temat Złotego Pociągu. Złota na pewno tam nie ma (pamiętajmy, że wnętrza penetrowali już Rosjanie po zakończeniu wojny), ale historycznie cenne, acz mniej spektakularne, archiwalia i zbiory miejscowego muzeum może jednak tam się znajdą.

Kino, urząd miasta i Wieża Bracka w Lubaniu

Wieża Trynitarska

Wieże ratuszowa i Kramarska

Ulica Bracka z widokiem na lubański ratusz

Widok na kościół pw. Świętej Trójcy spoza murów miejskich

Gmach Starostwa Powiatowego w Lubaniu

Willa u podnóża Kamiennej Góry

Nieczynny kamieniołom na Kamiennej Górze

Jeziorko w kamieniołomie

Willa na przeciwko budynku Starostwa

Kościół Ewangelicki Marii Panny – najstarsza świątynia w mieście

Pobyt w Grabiszycach wymagał wyjazdów na obiady zwłaszcza, że specyficznych kryteriów dietetycznych jednego z uczestników nie spełniała większość lokali w okolicy. Ku naszemu zaskoczeniu, najlepsze restauracje znaleźliśmy w mniejszych z odwiedzanych miast: Leśnej i Gryfowie Śląskim. W tym pierwszym – lokal przyjął stylizację karczmiano-łużycką i serwował nie tylko dania z ryb, ale i plince łużyckie. Jest to rodzaj zawijańca z gryczanej mąki, serwowany do rybno-grzybowej przekąski. Oryginalna jest tu forma oraz mąka gryczana jako podstawa, bo plince jako rodzaj placków ziemniaczanych, są znane w kuchni wielkopolskiej i kaszubskiej. W gryfowskiej restauracji, serwującej na masową skalę pizzę na wynos, menu zaskakuje solidną ilościowo i pomysłowo skomponowaną sałatką z owoców morza. I to na głębokim śródlądziu! Kawowym zagłębiem okazał się natomiast Lubań. Odwiedziliśmy dwie z tamtejszych kawiarni. Pierwsza wyróżnia się tym, że jako jedyna pracuje w niedziele. Druga, prócz najlepszego widoku na lubański ratusz, szerokiej gamy wypieków i smacznej kawy, stanowi prawdziwe miejsce spotkań i ożywionych dyskusji na tematy tak różne, jak współczesne trendy w wychowaniu przedszkolnym czy nieśmiertelne rozważanie, który aparat fotograficzny jest najlepszy dla ambitnego amatora i dlaczego jest to Nikon. Życie kawiarniane rozkwita więc w Lubaniu w najlepsze i to na bardzo wielu płaszczyznach.

Piec, od którego nazwę wziął lokal w Leśnej

Widok z nad filiżanki kawy na lubański ratusz

Grabiszyce zapewniają zaskakująco wiele miejsc noclegowych, jak na swoje oddalenie od gór i znakowanych szlaków. Tradycyjne gospodarstwo górnołużyckie pod jednym dachem mieści część mieszkalną i gospodarczą. W wybranym przez nas domu połowa części gospodarczej została przebudowana na apartament do wynajęcia. Przez tylną bramę można było wyjść z obejścia na łąki wznoszące się łagodnie ku granicy czeskiej. Jedno z gospodarstw agroturystycznych we wsi zwie się „Fabryka chusteczek”. Nazwa ta upamiętnia fakt, że Lubań i okolice specjalizowały się w ich produkcji. Na początku XX wieku miejscowe warsztaty miały dzienną moc produkcyjną 420 tysięcy sztuk tej płóciennej galanterii. Duża część produkcji szła na eksport, uzasadniając powiedzenie „Lubań wyciera noc całemu światu”. Dzisiaj trudno wskazać jakiś aspekt lubańskości mający aż takie znaczenie.

Szukając ciekawostek o tym regionie natknąłem się na postać Rozalii Juli Augusty Gaertner, która urodziła się w 1842 roku w Grabiszycach, jako panna Sametzki. W wieku 13 lat wraz rodziną wyemigrowała do Brazylii, gdzie osiadła w niemieckiej kolonii Blumenau w stanie Santa Catarina. Pomimo, że była rozwódką oraz wcześnie owdowiałą matką ośmiorga dzieci, realizowała swoje teatralne pasje i doprowadziła do zbudowania w mieście w 1896  roku pierwszego teatru. Była też prawdziwą bizneswoman – po śmierci drugiego męża założyła i z powodzeniem prowadziła firmę transportu rzecznego operującą flotą kilku statków i barek, na których zatrudnienie znalazło kilkudziesięciu pracowników. Zafascynowałem się prawdziwie historią i osiągnięciami tej niezwykłej kobiety. Chociaż jestem absolutnie pewien, że imię Julie nadane pupilce naszych gospodarzy było przypadkowe, to jednak obserwując pełną godności konsekwencję postępowania tej psinki, powziąłem podejrzenia, że w przypadku Grabiszyc genius locci może obejmować też czworonogi. Co dawałoby nadzieję na lepszą przyszłość i prosperitę dla całej grabiszyńskiej społeczności.

Rozalia Julia Augusta Gaertner – zasłużona obywatelka miasta Blumenau w Brazylii

Współczesny widok na gmach teatru w Blumenau, fot. gustavobnu, www.freeimages.com



		
Kategorie
Polska

Podlascy ornitolodzy otwierają okiennice, czyli jak wykreować produkt turystyczny

Suwalski krajoznawca i dziennikarz – Antoni Patla w wydanej w 1959 roku książeczce „Piękno ziemi Suwalsko-Augustowskiej”, w jednym z rozdziałów, szeroko omówił uroki jeziora Wigry. Na dłużej pochylił się nad wyspą Ostrów podkreślając jej wielkość (80 morgów, tj. prawie 45 ha), „przepiękną i przebogatą rzeźbę powierzchni”, „rozległe panoramy jeziora” oraz wykorzystywanie jej przez gospodarzy z Bryzgla do wypasu bydła i owiec. Ostatnia funkcja wymagała dwa razy w roku, na wiosnę i jesienią, przprawienia stada wpław przez licząca sobie około 150 metrów szerokości cieśninę.

Podsumowując, autor podzielił się z czytelnikami następującą refleksją: „Jedno jest tu uderzające: że wykorzystanie tych wspaniałych zabytków przyrody na pastwiska, jest skandalicznym marnowaniem ich wartości. Gdyby takie Wigry z wyspami znalazły się gdzieś w Poznańskiem, lub w Małopolsce, w okolicy Krosna, dawno by na wyspie stanął wielki dom turystyczny i kilkanaście domów wczasowych. Sprzyjają temu warunki komunikacyjne, bo prawie pod sam Bryzgiel podjeżdża kolejka leśna, łącząca tartak w Płocicznie z puszczą”.

Cytat ten powracał do mnie natrętnie podczas ostratniego pobytu w Krainie Otwartych Okiennic, czyli trzech wsiach na północnym, położonym już za Narwia, krańcu powiatu hajnowskiego. Miejscowości te oraz kilka innych, znane są z bogacta elementów zdobniczych na tradycyjnych podlaskich budynkach mieszkalnych i gospodarczych. Wedle większości źródeł, miejscowi snycerze za wzór wzięli ofertę rosyjskiej szkoły zdobniczej. Najpopularniejsza jest teoria, że prawosławna ludność wywieziona podczas I Wojny Światowej na wschód wraz wycofującą się przed Niemcami armią rosyjską, zastała po powrocie swoje domy w ruinie. W przypadku zabudowy drewnianej oznaczało to zazwyczaj całkowite spalenie. Zabrano się do odbudowy w pamięci mając jak wyglądały wiejskie domy w głębi Rosji. Przykłady zdobnictwa drewnianych domów na modłę wschodnią dotarły jednak w te okolice już wcześniej. Miejscowa ludność mogła je podziwiać na powstających budynkach mniejszych stacji kolejowych, czy na pałacu carskim oraz zabudowie dworskiej w Białowieży. W jakikolwiek sposób jaskrawo malowane okiennice, zdobne narożniki, czy misternie wycinane, ażurowe konstrukcje w szczycie dachu dotarły na Podlasie, źródła są zgodne, że umiejętniość ich wytwarzania wygasła wraz z rosnącą na wsi popularnością budownictwa murowanego, gdzieś w latach 80-tych XX wieku.

Kraina Otwartych Okiennic to nazwa projektu realizowanego przez Północnopodlaskie Towarzystwo Ochrony Ptaków w 2001 roku. Dlaczego ornitolodzy zajęli się budownictwem ludowym? Był to przykład działań mających zachować krajobraz kulturowy doliny Narwii oraz miejscowości położonych w sąsiedztwie Puszczy Białowieskiej. Przyrodnicy już dawno wykryli, że bioróżnorodność mierzona liczbą gatunków jest wyższa w krajobrazach mozaikowych, w tym w tych stworzonych w wyniku działań człowieka, niż w jednolitych, nawet naturalnego charakteru. Czyli, upraszczając, działanie wspierające atrakcyjność dotychczasowych form życia i aktywności miejscowej ludności, powinno sprzyjać zachowaniu populacji ptasich zasiedlających dolinę Górnej Narwi. Nie znalazłem żadnych danych dotyczących ptaków, ale w dziedzinie budownictwa ludowego oraz promocji i rozpoznawalności marki projekt okazał się pełnym sukcesem. Trzy wsie – Trześcianka, Puchły i Soce – objęte oryginalnymi granicami Krainy, wyróżniają się swym wyglądem. Rzemiosło snycerskie zostało tu odratowane, a nawet wykreowano popyt na produkcję rzemieślniczą. Rynek nieruchomości doznał ożywczego impulsu. Domy we wsiach kupili nabywcy z całej Polski, a nowi właściciele dostosowali się do lokalnej mody zdobienia domostw. Kraina Otwartych Okiennic wdarła się na listę Top 10 największych turystycznych atrakcji województwa podlaskiego. Powstało kilka gospodarstw agroturystycznych i pensjonatów, w których można przenocować w całkiem komfortowych warunkach. Podczas listopadowej wizyty presja turystyczna nie była odczuwalna, ale podobno w sezonie wiosenno-letnim na parkingu przed cerkwią w Trześciance potrafi ustawić się kolejka autokarów.

Trześcianka

Według Narodowego Spisu Powszechnego, Trześciankę zamieszkują 233 osoby. Ale proboszcz parafii prawosławnej, obejmującej też kilka mniejszych wsi, przyznaje się do posiadania tylko nieco ponad 170 parafian. Spacerując przez wieś po zapadnięciu zmroku można dostrzec światło w oknach może w co piątym budynku. W godzinach pracy jedynego we wsi sklepu ogólnospożywczego sionkę okupuje kilku uprzedzająco grzecznych panów z butelkami piwa w garściach. Podczas spacerów spotykaliśmy kręcące się po obejściach nieliczne starsze panie. Przy wjeździe do Trześcianki od strony Białegostoku znajduje się nowoczesne gospodarstwo rolne, jeszcze w jednym, czy dwóch, obejściach dostrzegłem nagromadzenie sprzętu, świadczące o prowadzeniu intensywnej gospodarki rolnej. W znacznie mniejszych Socach, czy Puchłach trudniej o takie obserwacje. Ba, nawet trudniej o spotkanie mężczyzn, bo mieszkają tam głównie starsze panie. Gmina Narew, w której granicach leżą wszystkie trzy miejscowości, w latach 2002-21 straciła ponad 25% mieszkańców. Obecnie żyje się więc tu ciekawiej, w estetyczniejszym otoczeniu, pojawiły się nowe możliwości zarobkowania, a ceny nieruchomości wzrosły, ale to ciągle typowa gmina ściany wschodniej, podlegająca intensywnemu procesowi wyludniania. Znamienne, że podczas spaceru po Socach, w samym środku wsi spotkaliśmy przebiegające drogę dwie sarny.

Podziomek lubi podnosić swoisty porządek wsi podlaskiej, przeciwstawiając go mazowieckiemu chaosowi. W Krainie Otwartych Okiennic łatwo utwierdzić się w takim przekonaniu. Tutejsze wsie to ulicówki, z domami stojącymi szczytami do drogi. Wszystkie zabudowania gospodarcze ustawione są rzędem, sięgając daleko w głąb wąskiej działki osiedleńczej. Jest to swoisty zabytek wielkiej reformy rolnej XVI wieku, jaką była „pomiara włóczna”. Zapoczątkowana około roku 1540 przez króla Zygmunta Starego za namową jego żony, Bony Sforzy, polegała na skomasowaniu rozdrobnionych gruntów i zabudowy, oczynszowaniu chłopów oraz wprowadzeniu gospodarki trójpolowej. W jej wyniku dochody królewskie znacząco wzrosły, a utworzony wówczas porządek przestrzenny trwa już bez mała 500 lat! Z osobliwości lokalnych, w Trześciance po obydwu stronach głównej ulicy biegną dwie wyznaczone wówczas drogi zastodolne. Północną z nich poprowadzono w ostatnich latach obwodnicę wsi. Południowa jest ciągle gruntówką. Natomiast Soce są ulicówką zdublowaną – zabudowa ciągnie się wzdłuż dwóch ulic, biegnących po obydwu stronach rozległej łąki, której środkiem płynie rzeczka Rudnia. O zdobieniach domów w Krainie Otwartych Okiennic można by wiele napisać, ale lepiej je zobaczyć – na początku na załączonych fotografiach. W Trześciance panuje też sympatyczny zwyczaj oznaczania poszczególnych domów drewnianą tabliczką z pochodzącą od nazwiska właściciela nazwą siedliska. Podobnie, jak kolorowe są miejscowe domy, tak barwne są miejscowe cerkwie. Ta w Trześciance jest głęboko zielona, podczas gdy ta w Puchłach – jaskrawo niebieska. Jako, że postawiono tu na turystykę, obydwie świątynie można zwiedzić, co nie jest powszechnie spotykane nawet w większych miastach regionu. Soce mają tylko skromną kaplicę prawosławną pod wezwaniem św. Proroka Eliasza. Za to każdy narożnik tej wsi znaczony jest krzyżami z drewna, metalu lub kamienia. Wiele z nich nosi datę 1895 . Wedle miejscowej tradycji wzniesiono je w jedną noc, w celu odpędzenia panującej zarazy. Dla większej pewności połączono je nicią, także uplecioną w jedną noc przez mieszkanki wsi.

Zdjęcia z wycieczki do Soców

Chociaż duża część (większość ?) zabudowy tych wsi wpisana jest conajmniej do ewidencji zabytków, to jednak można w nich znaleźć też obiekty przypominające, że krajobraz polskich wsi kształtują nie tylko decyzje konserwatorskie. W Trześciance, po południowej stronie głównej ulicy, znajduje się jeden murowany budynek o stylistyce – nadbudowanej o trzecią kondygnację – tzw. „kostki mazowieckiej” oraz jeden dom będący świadectwem tego, jak wyobrażano sobie dwór polski w latach 90-tych XX w. Z drugiej strony drogi, blisko cerkwi, wznosi się pawilon sklepowy z tego samego okresu, ciągle noszący barwy jednej z pomniejszych sieci handlowych oraz zdobny w tabliczkę z napisem „Sklepu brak”. Główna ulica tej miejscowości, jeszcze niedawno mająca rangę drogi wojewódzkiej, jest oczywiście pokryta asfaltem, choć oryginalnie miała nawierzchnię utwardzaną „kocimi łbami”. W Socach do utwardzenia głównych ulic użyto polbruku, który na każdym z czterech krańców wsi przechodzi w drogi gruntowe. Ruchu kołowego tam niewiele, więc nasza 11 miesięczna wnuczka mogła bez obaw ćwiczyć chodzenie po ulicy w prawdziwych butach!

Zdjęcia z wycieczki do Puchłów i Ciełuszek
Ciełuszki – wymieniany we wszystkich tekstach o Krainie krzyż z radziecką gwiazdą. Ze względu na wiadome okoliczności gwiazda została zamaskowana.
Cerkiew pw. Opieki Matki Bożej w Puchłach, źródło: http://www.portals.narew.gmina.pl/parafie

Na przeciwległym, wschodnim krańcu gminy Narew, na północnej krawędzi doliny Narwi, rozłożyła się wieś Odrynki. W 2009 roku powstał tu prawosławny skit (pustelnia). Jego założycielem był ojciec Gabriel – były przełożony (archimandryta) prawosławnego klasztoru w Supraślu. Odmówił on przyjęcia mianowania na biskupa diecezji przemysko-nowosądeckiej, w następstwie czego został usunięty ze swojego stanowiska. Za pieniądze zamożnej donatorki zakupił grunt nad samym brzegiem Narwi i zamieszkał tam w przystosowanym barakowozie, jak pustelnik. Żył z uprawy ziół i hodowli pszczół. Jako osoba obdarzona niewątpliwą charyzmą, wkrótce uzyskał szacunek i wsparcie miejscowej ludności oraz zainteresowanie sponsorów (dobroczyńców). Na brzegu rzeki wnet wyrósł cały kompleks drewnianych budynków z dwiema cerkwiami, pawilonami mieszkalnymi i zabudowaniami gospodarczymi. Całość otoczono drewnianym parkanem z dwiema prowadzącymi do świata zewnętrznego bramami. Teren okopano, łącząc dawne starorzecze tak, że obecnie skit znajduje się na wyspie. Hierarchia cerkiewna zaakceptowała dzieło ojca Gabriela, a metropolita warszawski Sawa nazwał nawet powstanie pustelni „Cudem XXI wieku”.

Jest to wyjątkowo urokliwe miejsce. Przez liczącą sobie około 700 metrów szerokości, zalewową dolinę Narwi, do skitu wiedzie, bądż grobla z poprowadzoną po niej piaszczystą drogą, bądź drewniana kładka dla pieszych. Nad parkanem widać szczyty dachów zwieńczone złocistymi, symbolizującymi płomienie świec, kopułkami. Nad bramami i budynkami górują prawosławne krzyże. Główna cerkiew – pod wezwaniem Opieki Matki Boskiej – jest skromną, drewnianą konstrukcją, zbudowaną w technologii zrębowej a, w przeciwieństwie do okolicznych cerkwi, jej ścian nie pokrywa szalunek. Nie wiem, czy w jej budowie uczestniczyli specjaliści z Ukrainy, ale mnie bardzo przypominała liczne prawosławne świątynie stawiane, w założeniu tymczasowo, na wielkich osiedlach mieszkaniowych Kijowa. Po drugiej stronie Narwi dolina jest węższa. W wielu miejscach meandrująca rzeka opływa krańce Puszczy Ladzkiej, będącej północną wypustką Puszczy Białowieskiej.

Skit w Odrynkach
Grób ojca Gabriela
Narew przy połączeniu z fosą wokół skitu
Wnętrze głównej cerkiewki w pustelni
Ikonostas w cerkwi trapeznej

Ojciec Gabriel umarł przedwcześnie, w roku 2018. W testamencie zapisał skit klasztorowi supraskiemu. Klasztor ten po przyjęciu Unii Brzeskiej był przedmiotem sporów między unitami, a prawosławnym, by w roku 1635 przypaść tym pierwszym. Wielu mnichów prawosławnych przeniosło sie wtedy do innych klasztorów lub wybrało życie w odosobnieniu, w skitach. Wybór uroczyska nad Narwią motywowany był także istnieniem w okolicy Odrynek, do roku 1824, niewielkiego monastyru św. Jana Teologa, który do rozwiązania pozostawał wierny prawosławiu. Oprócz zapisów o charakterze cywilnoprawnym, testament ojca Gabriela zawierał też zobowiązanie spadkobierców do zachowania prawosławnego charakteru pustelni. W razie niedotrzymania tego zobowiązania, testator groził im „klątwą 318 ojców siódmego soboru powszechnego” oraz bezterminowym „odłączeniem od Cerkwi Świętej”. To się dopiero nazywa głębokie osadzenie w historii!

Podczas tego wyjazdu część uczestników podróżowała koleją, dodatkowo, część przyjeżdzała później lub wracała wcześniej. Przyszło nam kilkukrotnie podróżowac z Trześcianki na białostocki dworzec PKP. Najkrótsza droga wiedzie przez miasteczko Zabłudów. W oczekiwaniu na planowaną Via Carpathica kierowcy przeciskaja się ulicami obudowanymi współczesnymi domami jednorodzinnymi oraz starszymi, drewnianymi, pozbawionymi trześciańskich zdobień, lecz za to wyraźnie większymi i naśladującymi murowane kamienice. Bielą murów i rozmiarami wyróżniają się: kościół i cerkiew, ustawione na narożnikach rynku. Obydwie świątynie, zbudowane w pierwszej połowie XIX w. w stylu klasycystycznym, tworzą kompleks wyróżniający Zabłudów spośród innych niewielkich miejscowości na tej trasie. Jeśli zapytać o Zabłudów historyka sztuki, nie wspomni pewnie o żadnej z nich, lecz o spalonej przez Niemców w 1941 roku drewnianej, pochodzącej z XVII wieku, synagodze. Była ona zbudowana z drewna modrzewiowego, bez użycia gwoździ. Wysoki na 18 metrów, łamany dach przykryty był gontem. Drewniane detale budziły u Zygmunta Glogera skojarzenia ze stylem zakopiańskim, zaś narożnikowe pawilony przypominał alkierze szlacheckich dworów. Wyposażenie wnętrza obfitowało w prawdziwe perełki kunsztu ciesielskiego. Mistrzostwo władania dłutem i laubzegą miało więc na Podlasiu także rodzime korzenie.

Od pewnego czasu powtarzają się głosy, że synagogę warto odbudować. Technicznie byłoby to możliwe, gdyż została ona solidnie zinwentaryzowana przez Zakład Architektury Polskiej Politechniki Warszawskiej, jeszcze w 1923 roku. Mówiło się o tym dużo, wszyscy byli za, ale nic nie powstało. Może dlatego, że na miejscu zabłudowskiej synagogi wznosi się obecnie remiza Ochotniczej Straży Pożarnej? A może, w liczącym 2,5 tysiąca mieszkańców miasteczku trudno znaleźć funkcję dla podobnego obiektu? Wszak rola kultowa nie wchodzi już w grę. Moją, bynajmniej nie odkrywczą, sugestią jest, że w dzisiejszych czasach miejscem na taki obiekt jest Podlaskie Muzeum Kultury Ludowej czyli, inaczej mówiąc, skansen. A dlaczego tam go nie chcą? Pewno z powodu braku środków, gdyż oceniając jej wartość artystyczną, stałaby się szybko najcenniejszym (w każdym razie najpopularniejszym) eksponatem tej szacownej instytucji.

Zdjęcia z wycieczki do Zabłudowa
Wnętrze kościoła
Cmentarzyk przy cerkwi
Synagoga, fot. Nieznany – Przewodnik po Białymstoku i okolicach, 1939, domena publiczna
Kościół katolicki i cerkiew prawosławna wyznaczają centrum miasteczka
Nad wejściem do cerkwi znajduje się ikona patronalna
Remiza strażacka stanęła na działce po synagodze
Wnętrze synagogi, fot. Szymon Zajczyk, domena publiczna

Zabłudów jest jednym z tych miejsc, gdzie historia jest bogatsza, niż teraźniejszość. Nie bez powodu „Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich” poświęcił mu opis równie obszerny, co Tykocinowi, a znacznie dłuższy, niż popularnemu wśród turystów Supraślowi. Przed laty miejscowość odgrywała rolę centrum rezydencjalno-administracyjnego dóbr magnackich na Podlasiu. Za Chodkiewiczów istniała tu drukarnia prowadzona kilka lat przez Iwana Fedorowycza – pierwszego drukarza wschodniosłowiańskiego. Wydano tu m. in. Ewangelie i Psałterz. Za Radziwiłłów, będących protektorami kalwinizmu w Rzeczypospolitej, powstał tu zbór tego wyznania, jak też szkoła, mająca kształcić duchownych. Co ciekawe, uposażeniem zarówno drukarza Fedorowycza, jak i kalwińskich ministrów, była ta sama wieś Rafałówka. Po potopie szwedzkim, gdy nastał kres tolerancji dla innowierców, schronienie znaleźli tu arianie, których Bogusław Radziwiłł (tak, konkurent Kmicica o względy Oleńki Billewiczówny!) chronił przed sejmowym wyrokiem banicji. Podobno właśnie tu, w roku 1662, odbył się ostatni synod braci polskich. Właściciele wznieśli też w Zabłudowie pałac, który kilkakrotnie przebudowywano i rozbudowywano. Został on ostatecznie spalony przez wycofujących się Rosjan w roku 1915, a otaczające go zabudowania gospodarcze stopniowo rozbierano za czasów PRL-u. Do dnia dzisiejszego dotrwał jedne neogotycki pawilon, dosyć oryginalnie wciśnięty między boisko piłkarskie, a kompleks szkolny. Obydwa te obiekty powstały na terenie zespołu pałacowego. W ostatnich latach zrewitalizowano park przypałacowy. Spacerując krętymi alejkami nad oczyszczonym i pogłębionym stawem, prócz nowoczesnej, zadaszonej sceny terenowej, można się natknąć na odsłonięte fundamenty jakiegoś budynku, jednak raczej gospodarczego, a nie rezydencjonalnego. Brak jednak informacji o dokładnej lokalizacji pałacu. W listopadowy poranek, w parku nie spotkałem spacerowiczów, ale towarzystwa dotrzymywał mi jamnik Guido, asystujący dwuosobowej ekipie porządkowej.

Guido czuje się tu jak w domu
Jedyny zachowany pawilon kompleksu pałacowego
Fundamenty któregoś z budynków kompleksu
Parkowy staw po oczyszczeniu i udostępnieniu

Gdy Patla pisał swój przewodnik po Suwalszczyźnie, położył nacisk na poinformowanie czytelników o istnieniu tak pięknej krainy. Zależało mu też, by turyści po przyjeździe zatrzymali się w tej urokliwej okolicy jak najdłużej. Stąd tęsknota za wielkimi obiektami noclegowymi, stawianymi jak najbliżej miejsc turystycznie atrakcyjnych. Refleksja, że taki sposób zagospodarowania turystycznego przekreśla walory pięknego miejsca, które chcielibyśmy pokazać światu, wykluwała się powoli i do dzisiaj nie w pełni zapanowała wśród turystycznych planistów. Kraina Otwartych Okiennic jest właśnie przykładem nowego rozumienia roli turystyki w rozwoju regionalnym. Stawia ono wprawdzie nacisk na promocję regionu, ale równocześnie, zamiast wprowadzać do krajobrazu nowe, wizualnie agresywne, elementy, skupia się raczej na konserwacji i udoskonaleniu elementów tradycyjnych. Ten trend ma również swoje słabe strony. Miłośnicy turystyki kulinarnej, prócz niezachęcających ofertą dwóch lokali w gminnej Narwi, nie znajdą możliwości realizacji gastronomicznych posiadów w promieniu 20 km od Trześcianki. Chyba, że zaprzyjaźnią się z miejscowymi gospodyniami. Miejsc noclegowych za to nie brakuje. Ba, rzadko się zdarza mieszkać w tak pięknym otoczeniu. Estetyczne wzorce i model aktywności lokalnej wypróbowany z powodzeniem w Krainie Otwartych Okiennic, okazały się przy tym atrakcyjne dla mieszkańców pozostałych miejscowości południowego Podlasia. Niektóre, jak położone tuż za Puchłami Ciełuszki, stały sie zresztą ośrodkami lokalnego snycerstwa. Inne, jak Wojszki czy Plutycze, choć położone ponad 30 km na zachód od Trześcianki, konkurują z nią o tytuł wsi z najpiękniejszą drewnianą zabudową w regionie. Organizowane są wspólne przedsięwzięcia i szkolenia dla ich mieszkańców, np. warsztaty snycerskie. Ciekawe, czy północnopodlascy ornitolodzy przewidzieli przed 20 laty, że ich wysiłki na rzecz ochrony siedlisk lokalnej awifauny przyniosą tak rozmaite rezultaty?

Kategorie
Polska

Dziura w obwarzanku czyli Tum niezdobyty

„Gdzie to ona Sobota?

– Niedaleko Piątku, wasza miłość.

– Kpisz, Kiemlicz?

– Zaś bym śmiał – odrzekł stary krzyżując ręce na piersiach i skłaniając głowę – jeno się tam tak dziwnie miasteczka nazywają. To za Łowiczem, wasza miłość, ale jeszcze kawał drogi.

– I jarmarki znaczne w onej Sobocie?

– Nie takie jak w Łowiczu, ale jest jeden w tej porze, na który nawet i z Prus konie pędzą, i luda siła się zjeżdża”.

Sienkiewiczowski pan Kmicic, jak i jego adwersarz Józwa Butrym Beznogi, pochodzili ze Żmudzi więc skąd mogli znać koroniarską topografię. Dzisiaj, kiedy dawno już zarzucono organizowanie tam „znacznych jarmarków” i zwyczaj pędzenia koni z Prus, miejscowości te pozostają tylko anonimowymi skupiskami mieszkańców rzuconych przez los gdzieś w okolice geograficznego centrum Polski. Przeciętny Polak sądzi niczym marszałek Piłsudski, iż „Polska jest jak obwarzanek. Wszystko, co dobre, jest na obrzeżach, a w środku nic”. Nawet w moim przypadku obszar zamknięty dolinami Bzury, Neru, Warty, górnej Noteci i Wisły służył głównie szybkiemu przemieszczaniu się do bardziej wyrazistych krajoznawczo regionów naszego kraju. Zdarzyło mi się jednak na przestrzeni kilku ostatnich dekad służbowo odwiedzić miejscowości w tych okolicach i, mimo pobieżności dokonanych obserwacji, wrażenia miałem pozytywne. Szukając więc celów na jednodniowy wypad za Warszawę skierowałem uwagę na owo nic w centrum Polski.

Jednak nie na Sobotę niedaleko Piątku, lecz na Łęczycę i położony na pograniczu trzech województw Park Kulturowy Wietrzychowice. Przeliczając zamiary na siły wyszły z tego dwa jednodniowe wypady, które chciałbym tu opisać. Zacznę od tej drugiej destynacji, do której trafiliśmy natchnieni krótką wzmianką wyłowioną z odmętów Internetu. Otóż mamy w Polsce grobowce megalityczne starsze niż kamienne kręgi w Stonehenge czy piramidy egipskie. Chociaż po raz pierwszy opisano je w latach 40-tych XIX wieku to nie dorównują sławą zagranicznym krewniaczkom. Może dlatego, że skryte są w całkiem przyjemnym lasku, co jak na bezleśne Kujawy samo w sobie winno być atrakcją. Poza tym mimo przekraczającej 100 metrów długości są to konstrukcje ziemno-kamienne, a użyte do ich budowy głazy narzutowe są skromnych rozmiarów w porównaniu do używanych przez budowniczych w Brytanii czy Egipcie.

Tym niemniej, pierwsze wrażenie zetknięcia z szerokim na około 8 do 10 i wysokim na 3 metry wężem rzuconym na dno środkowopolskiego boru jest piorunujace. My byliśmy przygotowani poprzez lekturę tablic informacyjnych na przydrożnym parkingu, Są one częścią starannie zaplanowanej ścieżki edukacyjnej, która półtorakilometrową pętlą doprowadza do grobowców oraz kilku malowniczych miejsc w lesie, takich jak porośnięta pomnikowymi modrzewiami polana czy łączka nad stawkiem powstałym z podpiętrzenia wód przecinającej lasek strugi. Harry, który obojętnie odniósł się do przejawów kultury sepulkralnej okresu pucharów lejkowatych (3800-3300 p.n.e.), bardzo cenił sobie naturalne walory parku myszkując pośród drzew. W środku letniego tygodnia nie było na trasie nikogo prócz nas. Problemem, może być nawet dotarcie, bo GPS wprawdzie zna to miejsce, ale nas, jadących od węzła Kowal na autostradzie A1, wyprowadził w pole kukurydzy. Bogatszy o to doświadczenie rekomenduję dojazd od węzła Dąbie na autostradzie A2 przez Dąbie i Przedecz w kierunku na Izbicę Kujawską. We wsi Blenna przed kościołem znajdziemy już kierunkowskaz do Rezerwatu archeologicznego grobowców megalitycznych. Jak widać miejsce to znane jest pod wieloma nazwami.

Żalnik jest bardzo długą konstrukcją
Sąsiednie grobowce
Spiętrzone ody kanału tworzą niewielki staw
Grobowiec od frontu
Wysokość żalnika ku końcowi znacząco opada

Kiedy na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XIX wieku grobowce rozkopała znana zbieraczka starożytności hrabina Natalia Kicka, zwano je żalnikami kujawskim. Kilka lat potem pruski generał i etnograf Roderich von Erckert rozkopał kilkadziesiąt grobowców. Do dzisiaj ma się mu to za złe, przypuszczalnie dlatego, że wyniki wykorzystał w pracy pt. „Migracje i osadnictwo plemion germańskich w Europie Środkowej”. Ponieważ jednak publikował rezultaty w poważnych wydawnictwach niemieckich przyczynił się do spopularyzowania tego miejsca i jego skarbów w środowiskach naukowych. Znał je na pewno prof. Konrad Jażdżewski gdy w 1934 przyjechał do Wietrzychowic. Oprócz zbadania zawartości komór grobowych (co ciekawe te olbrzymie konstrukcje skrywały szczątki ledwie jednej lub dwóch osób) jego ekipa odtworzyła grobowce do ich hipotetycznej pierwotnej wysokości, gdyż z wiekami część ziemna zapadła się do wysokości kamiennego obramowania. Profesor wspominał, że nadzorując wykonywane bez udziału sprzętu zmechanizowanego prace nie mógł nadziwić się wysiłkowi włożonemu przed wiekami w usypanie tych konstrukcji. Kto mógł zasłużyć na taki pochówek? Według najnowszych intepretacji raczej przywódcy duchowi (kapłani/szamani) niż wodzowie plemienni. Jak mają się do tej koncepcji odkryte niedawno pochówki kobiety czy dziecka nadal nie wiadomo.

Jesień idzie
Na skraju lasu
Zarośnięty kanał w rezerwacie
Rusałka żałobnik

Spacer po lasku skrywającym „żalniki”, nawet uzupełniony kontemplacją krajobrazu i bogactwa flory zajmuje może 1,5 godziny. Aby uzasadnić przed samym sobą ponad 2 godziny jazdy spod Warszawy należało uzupełnić program o jakiś ciekawy punkt. Wschodnie Kujawy to, oprócz Włocławka, same niewielkie miasteczka mające jednak zazwyczaj jakieś atrakcje turystyczne do zaoferowania. Wybór pobliskiego, choć znajdującego się już w województwie wielkopolskim, Przedcza okazał się być jednak strzałem w dziesiątkę. Mikroskopijne miasteczko przylega do jeziora Przedeckiego. Przy jego brzegu, na niewysokim wzgórzu wznoszą się białe mury kościoła luterańskiego z intrygującą cylindrycznych kształtów wieżą. Niemieccy koloniści po przybyciu w te okolicy z początkiem XIX wieku założyli parafię, a kościół pobudowali z wykorzystanie ruin kazimierzowskiego zamku. Najlepiej zachowanym elementem średniowiecznej budowli był wyniosły stołb zaadoptowany na wieżę/dzwonnicę. Po ucieczce ludności niemieckiej w 1945 roku, PRL-owskie władze próbowały doprowadzić obiekt do ruiny w międzyczasie używając go jako magazyn. Jednak już pod koniec lat 60-tych XX wieku obiekt wpisano do rejestru zabytków, a później przekazano na potrzeby miejskiego domu kultury mającego teraz niesłychanie klimatyczną siedzibę.

Spod zamku-kościoła widoczny jest pokaźnych rozmiarów neogotycki kościół katolicki pod wezwaniem Św. Rodziny. Projekt wybitnego architekta Józefa Piusa Dziekońskiego ma fasadę nawiązującą rzekomo do płomienistego gotyku wileńskiego kościoła Św. Anny. Rzeczywiście można dopatrzeć się podobieństwa pojedynczych elementów jak np. szczytów wieżyczek, ale całość jest jakaś nieproporcjonalna i ciężkawa. Napoleon, który podobno chciał przenieść wileński kościół do Paryża na pewno nie skusiłby się na tą podróbkę. Na rynku wznosi się całkiem foremny piętrowy ratusz z czterospadowym dachem zwieńczonym wieżyczką. Zbudowano go w 1826 roku, a osiemdziesiąt lat później miejscowi strażacy-ochotnicy postawili obok swoją siedzibę będącą wizualnie uproszczoną wersją ratusza. Obydwa obiekty łączy pasaż z ukośnym dachem wspartym na 9 doryckich kolumnach. Chociaż pełnił on prozaiczną funkcję miejskich jatek, czyli kramów rzeźniczych, nam kojarzył się z weneckimi loggiami, czyli obiektami architektonicznymi zdobiącymi centralne place historycznych miast dalmatyńskich. Pełniły one funkcje od urzędowych po handlowe, a współcześnie często goszczą restauracje i kawiarnie.

Dom kultury, ex kościół luterański, ex zamek kazimierzowski
Kościół wzorowany na wileńskim
Oboje z Podziomkiem jesteśmy pod wrażeniem czcionki w stylu Art Deco
Zamkowy stołb z kościołem katolickim w tle
Rynek z jatkami i ratuszem
Witraże w kościele

Niestety, Przedecz choć schludny i ciekawy jest gastronomiczną pustynią. To prawda, że nie sprawdziliśmy wszystkich okolicznych stacji paliw i sklepów Żabka, gdzie w dzisiejszych czasach serwują kofeinowy napar, ale też szukaliśmy bardziej przytulnego lokalu. Przeto niczym sienkiewiczowski pan Kmicic ruszyliśmy w kierunku Soboty, gdzie po drodze czekała nas prawdziwa kawowa oaza w postaci Kutna. Po długich deliberacjach, wsparci opiniami z Googla, wybraliśmy rodzinną cukiernio-kawiarnię przy głównej ulicy tego miasta. Kawę parzą tam poprawnie, a wybór wypieków jest szeroki. Ciekawostką są ciastka w formie różyczki, co nawiązuje do hasła „Kutno – miasto róż”, a to z kolei do miejscowych tradycji ogrodniczych. W sierpniowe popołudnie, w środku tygodnia ruch był tam taki, że nie od razu znaleźliśmy miejsce w przylokalowym ogródku. Jako, że niegdyś obiecywałem wizytę w Kutnie po otwarciu odnowionego Pałacu Saskiego, co zapowiadane jest na połowę 2023 roku nie zajęliśmy się zwiedzaniem miasta. Jednak ledwie 50 metrów od stolika gdzie zapijaliśmy kawą różopodobne ciasteczka rozciągał się spopularyzowany ostatnio w całej Polsce, jako symbol betonozy, Plac Wolności.

Kutnowska róża w wersji pierwszej (zdjęcie z profilu FB firmy)
I drugiej (zdjęcie z profilu FB firmy)

Dawny Stary Rynek był tradycyjnym miejsce handlu więc jako taki nie obfitował w zieleń (to eufemizm mający skryć jej brak). Uniknął także popularnej w latach międzywojennych transformacji w śródmiejski zieleniec. Jeno po obrzeżach założono trawniki i posadzono drzewa, które z czasem dawały coraz więcej cienia. Po ustaniu funkcji handlowej cały środek placu „zagospodarowano” jako parking przy czym, dla wygody kierowców, grunt pokryto dywanikiem asfaltowym. Kutno miało więc imponujący przykład asfaltozy, ale w naszym obojętnym estetycznie kraju nikomu to nie przeszkadzało. W 2012 miasto zamówiło projekt rewitalizacji placu. Zakładał on utrzymanie funkcji parkingowej, ale wzbogacenie jej o funkcje społeczne. Jak to patetycznie nazwano –  oddanie placu mieszkańcom. W efekcie zaprojektowano parking podziemny, na którego betonowym dachu zaplanowano pawilon wystawowo-gastronomiczny i, oczywiście, fontannę. Po obrzeżach przewidziano nawet zasadzenie drzew w miejsce starszej zieleni, która i tak nie przeżyłaby tak intensywnego naruszenia stosunków wodnych w najbliższym sąsiedztwie. Projekt ten przy okazji rozpoczęcia jego realizacji w roku 2019 branżowy, architektoniczny portal Bryła prezentował pod hasłem „Kutno wypięknieje”. A tymczasem skokowo wzrosła świadomość klimatyczna społeczeństwa i z pozycji poklepywanego po plecach prymusa rewitalizacji władze miasta spadły do kategorii rozrzutnego wroga klimatu. Ale pewno kierowcy się cieszą, że samochody parkują w podziemiu, a mieszkańcy nie szwendają sie między nimi. Otwartą kwestią pozostaje dlaczego parkingu, nawet i wielopoziomowego, nie można było postawić na jednej z okolicznych pustych działek i tak już używanych do tych celów.

Plac Wolności 100 lat temu; źródło fotopolska.eu
Plac Wolności 10 lat temu; fot. Mariochom, CC BY-SA 4.0
Plac Wolności obecnie; źródło UM Kutno

Po tygodniowej przerwie zawitaliśmy na rynek w Łęczycy. Miasto, choć aż do rozbiorów Polski miało status wojewódzkiego, jest obecnie trzykrotnie mniejsze od Kutna, więc nie posiada ambicji posiadania wielopoziomowych parkingów. Na tutejszym rynku, czyli placu Kościuszki znalazło się miejsce na niską i wysoką zieleń, i parking, i część równo wybrukowaną wokół klasycystycznego ratusza. Na tej ostatniej też zresztą rosną pojedyńcze drzewa nie zasłaniając jednak widoku na architektoniczną dominantę placu jaką jest ratusz. Miasto nie posiada obwodnicy więc kierowcy jadący dawna „jedynką” ku Łodzi czy Krośniewicom wciąż mogą być zszokowani widokiem gotyckich murów zamku kazimierzowskiego wyrastających ponad chodnik i przyuliczny trawnik. Funkcjonujące w zamku muzeum sprzedaje osobne bilety na wieżę, skąd mogliśmy ogarnąć wzrokiem prawie całe niezbyt rozległe (niecałe 9 km kw. powierzchni) miasto. Byłoby ono jeszcze mniejsze gdyby nie PRL-owska próba uczynienia zeń centrum wydobycia rud żelaza. Zawartość metalu w rudach była zbyt niska, by opłacało się to na dłuższą metę, ale okres górniczy dodał do panoramy miasta kilkanaście bloków mieszkalnych oraz prawdziwą wieżę szybową dającą złudzenie wizyty na Górnym Śląsku.

Witacz na granicy miasta
Zachodni mur wraz z wieżą
Zamkowa prochownia
Wjazd do zamku
Zamkowy Dom Nowy
Widok z wieży w kierunku rynku

Kompaktowe Stare Miasto ma dwa kościoły: św. Andrzeja i Niepokalanego Poczęcia NMP ojców Bernardynów. Ten pierwszy za dzwonnicę używa jedyną zachowaną basztę murów miejskich. Przylegająca część murów miejskich została obudowana kamienicami, których owalny bieg wyznacza granice kościelnego dziedzińca. Jest to, moim zdaniem, najbardziej urokliwa, choć kompletnie niewykorzystana przestrzeń miejska w Łęczycy. Drugi z kościołów ma piękny renesansowy szczyt oraz bogate rokokowa-barokowe wyposażenie wnętrza. Trzecią historyczną świątynią w mieście był jeszcze kościół Dominikanów. Klasztor zakonu zamieniony przez Prusaków w więzienie, które za PRL-u był uważane za to, o najsroższych rygorach. Służby penitencjarne używały je do 2006 roku i do dzisiaj stoi opuszczone. Sprzedaż utrudnia fakt wpisania budynków do rejestru zabytków. Jest to jeden z nielicznych przykładów opuszczonych i zaniedbanych obiektów w centrum miasta. Spacer jego zadbanymi uliczkami dostarcza doprawdy korzystnych wrażeń.

Kościół św. Andrzeja
Kościół bernardynów
Uliczka Starego Miasta
Ucztę celebrowaliśmy
Baszta – dzwonnica
Ratusz
Na takim dziedzińczyku
Dawny klasztor dominikanów, obecnie opuszczone więzienie

W diagnozie społecznej Łęczycy przeprowadzonej w roku 2017 uczestnicy jako jeden ze znaczniejszych problemów miasta wskazali małą liczbę lokali gastronomicznych. Albo mieli nadmierne oczekiwania albo od tego czasu zmieniło się coś na lepsze, co celnie zauważyła nasza córka Krysia. My oczywiście mierzyliśmy w kawiarnię/ciastkarnię i trzeba przyznać, że mieliśmy w czym wybierać. W okolicy rynku oprócz dwóch kawiarni, w tym jednej działającej pod tym samym szyldem co opisana wcześniej kutnowska, minęliśmy też lodziarnię (a jakże rzemieślniczą!) oraz naleśnikarnię. Zdecydowaliśmy się na lokal, którego kolorystyka zarówno zewnętrzna jak wewnętrzna odpowiadała nazwie. Na zapleczu, w zacisznym podwóreczku też rozstawiono stoliki. Oczekując na zamówione przysmaki wystawialiśmy twarze na promienie wrześniowego słońca. Jako, że rozpoczęły się zajęcia w szkołach, publika była raczej gimnazjalna, a ja w tym towarzystwie robiłem za jedynego faceta, który ukończył już pełen cykl formalnej edukacji.

Z położonego na wschodnich krańcach miasta, lecz ledwo rzut beretem od zamku, zabytkowego Parku Piłsudskiego dwukilometrowy spacer doprowadzi nas do Tumu. Poprzecinane ramionami Bzury i jej dopływów torfowisko wiosną zapewnia bez wątpienia ciekawe obserwacje ornitologiczne. Od momentu wyjścia z parku drogę wskazują wieże kolegiaty tumskiej. Z czasem coraz lepiej widać też zrekonstruowane drewniane wieżyce grodu w pierwotnej lokalizacji Łęczycy. Kolegiata, jeden z największych kościołów romańskich w Polsce przytłacza wielkością okoliczne zabudowania, w tym XVIII wieczny drewniany kościółek św. Mikołaja ulokowany w pobliżu na czas przebudowy świątyni do stylu klasycystycznego. Jak to z pierwszymi kościołami bywało służył on także celom obronnym co widać w masywnej architekturze. Zarówno wielkość jak i bezpieczeństwo jakie zapewniał predestynowały go do roli budowli publicznej. Dlatego też gościł w swoich murach aż do połowy XVI wieku ponad 20 synodów prowincjonalnych, podczas których decydowano o sprawach ważnych dla Kościoła i Państwa. Czysto romańskie formy świątyni to rezultat powojennej rekonstrukcji. Jak to z wiekowymi obiektami bywa kolegiata przybierała już gotyckie i klasycystyczne szaty. W połowie XVI wieku od północy dobudowano doń renesansową kruchtę by uchronić przed niszczącym wpływem polskiego klimatu piękny romański portal. We wrześniu 1939 polscy artylerzyści oraz niemieccy lotnicy ćwiczyli na niej celność swego śmiercionośnego sprzętu (dla jasności: nie w tym samym czasie). W efekcie wojnę przetrwały mury obwodowe oraz tylko jedna z wież. A że do projektowania odbudowy zatrudniono wybitnego architekta Jana Koszczyc Witkiewicza to w środku polskiego obwarzanka odtworzono prawdziwe romańskie cudo.

Kolegiata tumska góruje nad łęczyckim grodem
Jeden z największych kościołów romańskich w Polsce
Przegląd charakterystycznych cech stylu romańskiego
Skrywa romański portal
Renesansowa kruchta
Widok z dziedzińca kolegiaty na kościółek św. Mikołaja

Oprócz sakralnego mikrusa w pobliżu jest jeszcze dawny dom parafialny, w formie ceglanego, nieotynkowanego dworku mieszczący dzisiaj muzeum parafialne. Z powodu zaorania ścieżki, która planowaliśmy wracać do Łęczycy trafiliśmy na drewniany podest wiodący przez najbardziej podmokłą część doliny. Gdyby nie bliskość kolegiaty możnaby się poczuć jak nad Biebrzą czy na Polesiu. Wkrótce jednak ścieżka doprowadza do mini skansenu z wiatrakiem, zabudową mieszkalną i gospodarczą oraz piwniczką z 1846 roku. Na ścianie jednego z budynków znajduje się uroczy mural (czy może drewnal?) przedstawiający grupę wycieczkowiczów sprzed 90 lat na tle kolegiaty. O ile wokół kolegiaty spotkaliśmy paru turystów, o tyle w skansenie tylko znudzoną obsługę. Może w trakcie roku szkolnego więcej ruchu wnoszą tu wycieczki uczniowskie? Miejscowość Tum znajduje się na południe od ruchliwej drogi wojewódzkiej z Łęczycy do Łowicza. Okazało się, że drogowcy nawet na odcinkach prowadzących przez wsie i przedmieścia Łęczycy nie zbudowali wzdłuż niej chodników. Nasz powrót do miasta odbywał się w strachu Bożym przed pędzącymi mimo nas TIR-ami.

Porównanie wielkości kościółka św. Mikołaja i kolegiaty
Dom kryty strzechą
Podest nad torfowiskiem prowadzi ku skansenowi
Piwniczka z połowy XIX wieku
Turyści sprzed 90 lat

Tum odwiedziłem po raz trzeci. Za pierwszym razem, w końcu ubiegłego wieku, przy kolegiacie trwały jakieś prace remontowe i wejście było niemożliwe. Po 20 latach zawitałem tam z grupą ukraińską między oficjalnym spotkaniami w Górze św. Małgorzaty i w Łęczycy. Była połowa listopada, przyjechaliśmy niezapowiedziani. Remonty dawno się zakończyły i bryła świątyni lśniła pełnym majestatem. Wejście poza kruchtę nie było jednak możliwe i pozostało sycić oko ograniczonym widokiem wnętrza spoza krat. Tym razem solidnie przygotowałem się do wyjazdu. Na stronie internetowej kolegiaty sprawdziłem godziny otwarcia. Jechaliśmy więc na pewniaka. Tymczasem na drzwiach wejściowych powitała nas kartka, że w dniach 1-3 września kościół jest zamknięty dla zwiedzających. „Przepraszamy”! Obawiam się jednak, że trudności w zwiedzaniu kolegiaty nie są przypadkowe. Drewniany kościółek św. Mikołaja ma tego samego gospodarza. Nic więc dziwnego, że pozostaje zamknięty. Obydwa opisane kościoły łęczyckie były zamknięte, a wspominane we wszystkich przewodnikach rokokowe organy kościoła bernardynów turysta łatwiej niż na własne oczy zobaczy przeszukując zbiór zdjęć w Internecie. Tum mimo bliskości Łęczycy znajduje się w gminie Góra św. Małgorzaty. Tu, moim zdaniem, znajduje się największa przyrodnicza atrakcja okolicy – wzgórze pochodzenia polodowcowego o wysokości 136 m npm., wyrastające o blisko 30 metrów ponad dno doliny Kanału Tumskiego. Strome stoki wzgórza wieńczy kościółek o historii równie długiej co świątyni tumskiej, jeno iż nie uległ zniszczeniom wojennym więc pozostaje w stylu klasycystycznym. Wnętrze ma pewno najmniej do zaoferowania zwiedzającym, ale i tak się o tym nie przekonają, bo pocałują klamkę.

Jegomość Boruta
I ślady jego niszczycielskich prób

Nie spekuluję czy proboszczowie sami zdecydowali w ten sposób chronić cenne wyposażenie wnętrz czy też jest to oficjalna polityka diecezji łowickiej. A może maczał w tym palce diabeł Boruta, rezydent podziemi łęczyckiego zamku który, jak chce legenda, już raz próbował zapobiec budowie kolegiaty w Tumie. Po nieudanej próbie pozostały ślady jego pazurów w przyziemiu północnej wieży. A że nicpoń pojawiał się, a to jako szlachcic w kontuszu, a to jako wielkie ptaszysko czy sowa, to znowu czarny koń albo ryba z rogami czy też wilk więc cóż dziwnego jeśli przybierze postać niewinnie wyglądającego turysty i spróbuje dokończyć dzieła zniszczenia. Taka perspektywa może przerazić najodważniejszego! Jedyny ratunek w kratach i kłódkach. A więc „Zgiń, przepadnij siło nieczysta”! Po spełnieniu tego zaklęcia zwiedzanie kościelnych wnętrz w okolicy Łęczycy znowu stanie się możliwe.

Kategorie
Estonia

Kanapka ze śledziem czyli dwa dni w Tallinnie

Zwiedzanie ogrodu botanicznego poza godzinami oficjalnego otwarcia, to doskonały pomysł. Szkoda, że poza pracownikami, niewiele osób może skorzystać z takiej okazji. Nam się jednak udało! Wraz z Podziomkiem byliśmy oficjalnymi gośćmi ogrodu i korzystaliśmy z jego pokojów gościnnych. Zaraz po porannych ablucjach wymknąłem się więc na spacer z lornetką, bo poza godzinami zwiedzania w takich miejscach łatwiej spotkać ptaki nieuzależnione od dożywiania przez człowieka. Nie pomnę już co udało mi się zaobserwować. Sierpniowy poranek był słoneczny, ogrodowe alejki wiły się wokół stawów i wspinały na niewysokie wzgórza. W miejscach o wschodniej ekspozycji pachniało już silnie ziołami i kwieciem. Gdyby nie górująca nad ogrodem telewizyjna wieża nadawcza można by czuć się, jak w czasach przedwojennego prezydenta Estonii Konstantina Pätsa, do którego należał majątek ziemski przyznany z początkiem lat 60-tych XX wieku Estońskiej Akademii Nauk z przeznaczeniem na budowę ogrodu botanicznego.

Wróciwszy do naszego lokum, na piętrze prezydenckiego niegdyś domu, zastałem drzwi zamknięte na klucz. Stukanie, ba, nawet energiczne dobijanie się, nie pomagało. Podziomek nie otwierała drzwi! Podszedłem pod okna naszego pokoju. Jako że ostatnia noc była ciepła, pozostawały otwarte. Czasy były przedkomórkowe (konkretnie rok 1991) więc, aby zostać usłyszanym, trzeba było krzyczeć. Zamiast Podziomka zareagowała pracownica biura na parterze budynku. Po stosownych wyjaśnieniach zorganizowano ekipę ratunkową z drabiną. Tą drogą dostałem się do wnętrza i zastałem Podziomka w kąpieli. Choć w odmienny sposób, ona też napawała się atmosferą tego poranka. Poza wspomnieniami, z ogrodu botanicznego w Tallinnie przywieźliśmy też sadzonkę róży, która do dzisiaj zdobi nasz ogród. Sądząc po barwie i kształcie, może jest to nawet odmiana nazwana „Staatspräsident Päts”.

Willa prezydenta Päts’a została odzyskana przez potomków, ale otacza ją Ogród Botaniczny, źr. Google Streetview

Ogród Botaniczny położony jest we wschodniej części miasta, zwanej od uchodzącej tu do morza rzeki, Piryta. W 1980 roku zbudowano tu olimpijskie centrum sportów żeglarskich, jako że ulokowana z dala od większych akwenów wodnych Moskwa nie miała, ani warunków, ani tradycji organizowania zawodów żeglarskich. W drodze do centrum z okien autobusu widzieliśmy codziennie ten obiekt, podobnie jak największą w Tallinnie plażę oraz Rusałkę – pomnik z 1902 roku upamiętniający ofiary zatonięcia podczas sztormu rosyjskiego okrętu wojennego o tejże nazwie. Podczas ostatniego pobytu w Tallinnie zatrzymaliśmy się w hotelu w pobliżu centralnie położonego terminala promowego. Mając do dyspozycji tylko dwa dni, z premedytacją pominęliśmy w naszych planach Pirytę. Przecięliśmy ją jednak tranzytem, kierując się ku półwyspowi Viimsi, gdzie naszym celem była lokalna przystań promowa w Leppneeme. Po przejechaniu mostu na Pirycie nie skręciliśmy więc za ruinami klasztoru Brygidek w prawo, lecz pojechaliśmy prosto, mijając dostatnie stołeczne przedmieścia z domami ukrytymi wśród bujnej zieleni. Z Leppneeme trzy razy dziennie pływa prom na wysepkę Prangli. Oddalony 10 km od wybrzeża skrawek lądu liczy niespełna 6,5 km kw. powierzchni i 75 mieszkańców. I rzecz cała w tym, że ktokolwiek tam mieszka! Historycznie rzecz biorąc, większe wyspy na Zatoce Fińskiej zostały zasiedlone w średniowieczu przez szwedzkich rybaków. Ich potomkowie zamieszkiwali je do II Wojny Światowej, stopniowo zmieniając swoją identyfikację etniczną na estońską lub fińską. Dramatyczna zmiana ich sytuacji nastąpiła po przyłączeniu wysepek do ZSRR. Najeźdźcy widzieli wyłącznie ich wartość militarną, a że mieli obsesję tajności miejsc o takim przeznaczeniu, całą ludność po prostu wysiedlili. Z niewiadomych przyczyn mieszkańcy Prangli uniknęli tego losu. Dzięki czemu wyspa jest reliktem przedsowieckiej architektury i funkcji.

Prom był miniaturą swoich adriatyckich braci. Było na nim nawet miejsce na 2 samochody, ale zamiast nich podróżował kontener, w którym z wyspy wywozi się worki ze śmieciami. Pod pokładem panował spory tłok. Tallińskie biura podróży organizują całodniowe wycieczki na wyspę umożliwiając nie tylko dokładne jej zwiedzenie, ale też degustację przysmaków kuchni wyspiarskiej oraz wyparzanie ciała w saunie. Po wypłynięciu poza falochron statkiem wstrząsnęły krótkie bałtyckie fale. Zmierzając do bufetu pełniącego też funkcje kasy omal nie zderzyłem się z pozieleniałym na twarzy młodzieńcem śpieszącym na zawietrzną. Starszawy wilk morski za ladą komunikował się w podstawowym angielskim z silnym estońskim akcentem. Chętnie przeszedł na zasugerowany rosyjski, lecz mimo bogatszego słownictwa, wymowę miał nadal trudną do zrozumienia. Wyjaśniwszy sobie, że nie jesteśmy Rosjanami, spędziliśmy następne parę minut odświeżając znajomość rosyjskich przekleństw, które służyły opisaniu naszego stosunku do polityki i osoby Putina. W ten sposób zapomnieliśmy o dokuczliwym kołysaniu.

Brygidki zbudowały obok zakonserwowanych murów średniowiecznej świątyni nowy dom zakonny, źr. www.piritaklooster.ee
Port w Kelnas z naszym promem na drugim planie

Prangli to miniatura Skandynawii nieco zaśmiecona pozostałościami sowieckiej mysli techniczno-wojskowej. Mikroskopijny port w Kelnas pomieścił nasz prom, jakąś motorówkę i ze dwa jachty. Na brzegu odpoczywały rozeschnięte kadłuby starych kutrów rybackich. Uczestnicy wypoczynku zorganizownego załadowali się na odkrytą przyczepkę ciągniętą przez pokaźnych rozmiarów terenówkę. Pozostali pasażerowie dyskretnie się oddalili, zostawiając naszej parze przyjemność samotnego penetrowania wysepki. Jedyna asfaltowa droga przecinająca Prangli z północy ku południowi narzucała kierunek wędrówki. Chociaż nie ma tu terenów podmokłych, droga ku mojemu zdumieniu wysadzana była olchami. Pomiędzy nimi, tu i ówdzie, umościły się różnej wielkości głazy narzutowe. Domy, zbudowane z drewna, pomalowane były w wyraziste barwy. Z kamienia wzniesiono tylko miejscowy kościółek oraz niektóre zabudowania gospodarcze. Najdostatniej wyglądające oraz najnowsze domy pełniły zapewne funkcje wyłącznie letniskowe. W obejściach nie widać było nadmiernego ruchu. Tylko przy położonej na uboczu świątyni grupa uczniów odbywała lekcję szkicowania z natury. Odcinek drogi wyłożony asfaltem wkrótce się skończył. Coraz węższą ścieżką wśród karłowatych sosen dotarliśmy na upstrzoną głazami łąkę, stopniowo obniżająca się ku Bałtykowi. Choć na pełnym morzu wiatr odrywał strzępy piany ze szczytu fal, na skraju lasu było całkiem zacisznie. W zatoczkach między szuwarami żerowały i odpoczywały ptaki. Było ich na pewno więcej, niż ludzkich mieszkańców Prangli. Spędziliśmy parę kwadransów wygrzewając się i wypatrując skrzydlatych rarytasów.

Kutry czekają na lepsze wiatry
Szkoła podstawowa. Tu 6 nauczycieli ma pod opieką 5 uczniów
Domek letniskowy na Prangli
Najcenniejsza obserwacja ornitologiczna – łabędzie krzykliwe
Dom Ludowy na Prangli
Tak mieszkają wyspiarze
Łąki zalewowe na południowym brzegu wyspy
W tle, na kontynentalnej Estonii, widać terminal kontenerowy w Muuga

Tego czasu zabrakło nam, by dotrzeć do drugiego cmentarzyka na wyspie, skrywającego szczątki ofiar zbombarowania przez Luftwaffe w 1941 roku estońskiego okrętu Estirand. Oprócz marynarzy, spoczywają tam poborowi przeznaczeni do wcielenia do Armii Czerwonej, po dopłynięciu – wraz z konwojem innych jednostek – do Kronsztadu. Do czego jednak nie doszło. Estoński kapitan osadził uszkodzony statek na brzegach Prangli, a 2600 pozostałych przy życiu poborowych, obezwładniwszy radziecką eskortę, uszło w lasy, gdzie doczekali nadejścia czasowo zwycięskiego Wehrmachtu. Dotarliśmy jednak do Czerwonego Kamienia, największego na wyspie głazu narzutowego. Ten „podarunek z Finlandii” mierzy 11,1 na 8,8 metra, a jego czubek wznosi się 3,3 metra ponad powierzchnię gruntu. Ta część wyspy obfituje w porośnięte sosnami wydmy. Wśród nich znaleźć można niespodziewane artefakty: a to silnik z rozbitego samolotu, a to tzw. pompę gazową, gdzie – sądząc po obecności patelni – można podsmażać zebrane w lesie grzyby, czy zrobić jajecznicę, a to znowu – porzucone ciężarówki sowieckiej produkcji. Powróciwszy do portu, zdążyliśmy – przed odbiciem promu od brzegów wysepki – skosztować do kawy kanapki po estońsku: śledź, plasterek jajka, krążek cebuli i gałązka koperku, na czarnym chlebie. Połowa czerwca to chyba jeszcze nie sezon wakacyjny, bo każdy z trzech kempingów na wyspie wyglądał na niezasiedlony.

Kościółek wyspiarzy
Czerwony Kamień
Droga wzdłuż wschodniego wybrzeża wyspy
Drugie śniadanie po estońsku
Samotna sosna
Pompa gazowa, fot. Ivo Kruusamägi CC-BY-SA 4.0
Muzeum techniki
Tajemnicze budowle na pd-wsch. cyplu Prangli

Olimpijskie centrum żeglarstwa w Pirycie płynnie dostosowało się do zmian systemowych i gospodarczych w niepodległej Estonii. Nie da się tego powiedzieć o nadmorskiej hali widowiskowo-sportowej, która także została oddana do użytku w olimpijskim roku 1980. Ten obsypany nagrodami architektonicznymi brutalistyczny kompleks budzi skojarzenia z umocnieniami Wału Atlantyckiego, wzniesionymi przez Niemców po podboju Francji dla obrony przed aliancką inwazją. Coś mogło być na rzeczy, gdyż architekci zakładali, że ich dzieło wejdzie w twórczy dyskurs z położonym po drugiej stronie basenu portowego XIX-wiecznym fortem Kalaranna. Dla mieszkańców miasta, obiekt pod patronatem Lenina, dawał możliwość dotarcia na sam brzeg Zatoki Fińskiej w dzielnicy portowej, która od 1945 była oddzieloną od reszty miasta murem, strefą zamkniętą. Po pozbyciu się z nazwy odniesień do ojca wszechświatowego proletariatu, hala funkcjonowała zgodnie z przeznaczeniem do roku 2010. Jak większość obiektów z tego okresu, była niechlujnie wykonana, z użyciem kiepskiej jakości materiałów, nie spełniała nowych, rygorystycznych standardów bezpieczeństwa i – ogólnie – wyglądała coraz bardziej ponuro. Została więc zamknięta i rozpoczęto poszukiwania inwestora, który jednak musiał zachować jej pierwotne funkcje. Ponieważ nie znaleziono chętnych do utopienia swojego kapitału w tej górze betonu, rewitalizacji miało podjąć się miasto, przy hojnym wsparciu rządu estońskiego. Publiczny inwestor nie wywiązał się jednak ze swoich obietnic i gargantuiczny pomnik sowieckiej architektury rozpiera się, niczym „Gwiazda Śmierci” na straży tallińskiego portu. Choć nie jest to całkiem legalne, warto się wdrapać na jego tarasy dla oryginalnej perspektywy, jaką daje na wybrzeże i Stare Miasto.

Gwiazda Śmierci czyli dawna hala im. Lenina. Tylko z perspektywy zatoki można ocenić jej ogrom.
Można wylądować helikopterem lub przypłynąć łodzią podwodną 🙂
Ale urwał!
Widok z nieczynnej hali sportowo-widowiskowej w kierunku dawnej elektrowni i kościoła św. Olafa

Kalajama, to dzielnica rozciągająca się na północ od Starego Miasta, za dworcem kolejowym. Początkowo, i to przez kilka stuleci, była to osada rybacka. Dopiero, gdy pod koniec lat sześćdziesiątych XIX wieku kolej żelazna dotarła do miasta, dzielnica zaczęła zmieniać charakter na przemysłowo-proletariacki. Zabudowano ją gęsto drewnianymi kamienicami (wiem, że to oksymoron, ale jak, do licha, nazwać budynek wielorodzinny skonstruowany z drewna?). Ostatnimi laty Kalajama przepoczwarza się w dzielnicę hipsterską, w każdym razie niektórzy tak ją zaczęli nazywać. Mam słabość, zarówno do architektury drewnianej, jak i do dzielnic poddanych procesowi zmiany swej funkcji i postrzegania przez mieszkańców i gości. Zachęciłem więc Podziomka do spaceru jej ulicami. No i włócząc się tędy i owędy wdaliśmy się w zaciekłą dyskusję, jak ocenić proces przemian w Kalajama. Podziomkowi przeszkadzał brak życia na ulicach oraz wyspy grodzonej architektury współczesnej (już nie drewnianej), wciskające się pomiędzy drewniaki. Ja widziałem raczej pozytywy. Dzielnica mieszkaniowa nie musi przecież mieć bogatej oferty kulinarnej i kulturalnej w sytuacji, gdy do centrum jest piechotą, nie więcej, niż 20 minut. A nowe budownictwo Kalajamy w żaden sposób nie dominowało zabudowy tradycyjnej.

Kalajama – dawne magazyny służą dziś jako hotel
Kościółek baptystów w Kalajama
W latach międzywojennych budowano drewniaki z murowaną klatką schodową
Stara i nowa zabudowa dzielnicy
Stara zabudowa jest dobrze utrzymana
Nowe budownictwo w gdyńskim stylu

Na obrzeżach dzielnicy ulokowano kilka charakterystycznych budynków o ciekawej architekturze i atrakcyjnych programach funkcjonalnych. Takimi są: elektrownia z 1913 roku, zamieniona na centrum nauki (odpowiednik warszawskiego Kopernika); imponująca rozmiarami żelbetowa baza hydroplanów z I Wojny Światowej, będąca obecnie jedną z dwóch siedzib Muzeum Morskiego i skrywająca m. in. dumę przedwojennej Marynarki Wojennej Estonii – okręt podwodny „Lembit”; czy fort Kalaranna, który dłużej, niż celom wojskowym, służył służbom więziennym. Obecnie jest tam martyrologiczne muzeum, ale sądząc z wizualizacji umieszczonych przed gmachem, planuje się dla niego nowe funkcje i świetlaną przyszłość. O ile, oczywiście, znajdą się na to środki. Na mnie największe wrażenie zrobił park dzielnicowy. Jednak nie ze względu na zaplanowanie, czy urozmaicenie zieleni, ale na jego historię, a konkretnie sposób, w który się do niej odnosi i o niej opowiada. Otóż teren parku, to dawny cmentarz zlikwidowany w sposób dosyć brutalny za czasów ZSRR. Już w niepodległej Estonii planowano głęboką modernizację parku, ale okazało się, że sąsiedzi zamiast popierać ten pomysł życzyli sobie zmian daleko mniejszych, za to podkreślających dawną funkcję. Dlatego przy wejściach do parku znajdują się tablice informacyjne, nie z regulaminem korzystania, ale z historią tego miejsca. Część alejek nawiązuje przebiegiem do swych cmentarnych poprzedniczek, w jednym z kwartałów parku wyeksponowano kilka metalowych krzyży oraz odnowiono historyczną bramę cmentarną. Takie podejście jest możliwe, gdy likwidowanie cmentarzy nie odbywa się – jak często w naszym kraju – w ramach wymierzania sprawiedliwości dziejowej, bądź ucieczki od historii.

Świadkowie cmentarnej przeszłości parku
Fort, a później więzienie Kalaranna
Brama cmentarna

„Estończycy mieszkają w domach, a Rosjanie w blokach”. Taką informację uzyskałem od estońskich znajomych, gdy podczas pierwszej wizyty w Estonii przejeżdżaliśmy przez imponujące wielkością blokowiska – położonej na wschód od centrum – dzielnicy Lasnamäe. Stolica Estonii za caratu i pierwszej republiki nie była wielkim miastem. Liczba mieszkańców przed 1940 rokiem nie osiągnęła nawet granicy 150 tysięcy. To władza radziecka ze swoją obsesją industrializacji i urbanizacji uczyniła z niej metropolię o ponad trzykrotnie większej populacji. Oczywiście, Estończycy przyjeżdżali do pracy w stolicy, ale w tempie daleko nie satysfakcjonującym władze. Sięgnięto więc po rdzennych Rosjan i rosyjskojęzycznych mieszkańców innych republik radzieckich. Ci przyjeżdżali chętnie, bo nadbałtyckie republiki cieszyły się opinią prawdziwej Europy. Nic dziwnego, przecież miejscowe języki zapisywało się w alfabecie łacińskim. W rezultacie, w mieście, w którym przed wojną mieszkało 85% Estończyków, jeszcze dzisiaj, ponad 30 lat od odzyskania niepodległości, jest ich tylko ok. 55%. Rosjan zaś mieszka w Tallinie nieco ponad 35%, ale w Lasnamäe około 61% i jest to jedyna, ale za to największa, z ośmiu dzielnic miasta, gdzie stanowią dominującą grupę ludności. Paradoksalnie, autorka przytoczonej wyżej maksymy od 47 lat mieszka w dziewięciokondygnacyjnym bloku, tyle że w zasiedlonej w większości przez Estończyków dzielnicy Mustamäe.

Lasnamäe – największe blokowisko, a równocześnie dzielnica gdzie częściej słyszy się język rosyjski niż estoński.

Każda wizyta na tallińskim Starym Mieście pozwala zrozumieć dlaczego filmowcy radzieccy właśnie w stolicy Estonii szukali plenerów, które zgodnie ze scenariuszem winny przedstawiać kraje zgniłego zachodu. Miasto o hanzeatyckiej przeszłości, mało zniszczone podczas II Wojny Światowej i, co chyba najważniejsze, traktujące z szacunkiem swoje architektoniczne dziedzictwo, nadawało się idealnie do tych celów. Najeżona wieżycami kościołów panorama, budowle reprezentujące architekturę ostatnich siedmiu wieków, 2 kilometry zachowanych murów miejskich z wieńczącymi je 20 basztami, domy mieszczańskie, siedziby kupieckich gildii, czy średniowieczny ratusz – wszystko to znajdziemy na obszarze nieco ponad jednego kilometra kwadratowego.

Malownicze uliczki Starego Miasta
Kościółek adwentystów widziany z kompleksu Rotermanna
Estońscy architekci śmiało wprowadzają nową architekturę do centrum Tallinna
Pozostałości bramy Viru z widokiem na hotel o tejże nazwie
Uliczki Starego Miasta bywają strome
Architektoniczna mieszanina stylów, barw i wielkości
Kościół św. Olafa
Skwer powstał w miejsce zabudowań zniszczonych w 1944, a najcieńsza wieża w mieście należy do ratusza
Na staromiejskim podwórku

Swoje dołożyła natura. Mimo przybrzeżnego położenia, nad Dolnym Miastem góruje ponad 30 metrowe wapienne Wzgórze Katedralne (est. Toompea). Według estońskiego eposu, nie jest to wzgórze powstałe siłami natury, lecz kurhan kryjący szczątki praojca Finów i Estończyków – Kaleva, usypany przez jego pogrążoną w żałobie małżonkę – Lindę. Mniejsza o pochodzenie, ważniejsze były zalety obronne powodujące, że kto umościł się na tym wzgórzu, ten rządził południowym wybrzeżem Zatoki Fińskiej. Tak więc władali stąd: przodkowie współczesnych Estończyków z plemienia Estów; Duńczycy, którym w tym właśnie miejscu w 1219 roku Bóg zesłał ich narodową flagę (Dannebrog); zakon Kawalerów Mieczowych/Krzyżacki; Szwedzi; rosyjscy gubernatorzy; a w końcu, z 50 letnią przerwą władzy radzieckiej, estońscy parlamentarzyści i członkowie rządu. Jako że każda władza szukała swego uzasadnienia oraz wsparcia u Boga, na wzgórzu znajdziemy, tak luterańską, jak i prawosławną katedrę, choć ta druga powstała dopiero w ramach zainicjowanego przez cara Aleksandra III programu znakowania terytorium jego imperium kopułami cerkwi. Z turystycznego punktu widzenia, prócz licznych zabytków, Toompea to wspaniały punkt widokowy. Dalekie pejzaże podziwiać można, zarówno z  murów obronnych, jak i z wysokiej na 45 metrów baszty Długi Herman (est. Pikk Hermann). Jest ona znana z tego, że każdego ranka na maszt wieńczący basztę wciągana jest flaga narodowa, by wieczorem odbył się ceremoniał jej opuszczenia.

U podnóża Wzgórza Katedralnego
Zaułek na Toompea
Prawosławna katedra Aleksandra Newskiego
Śródziemnomorskie widoki na Toompea
Boczna fasada budynku parlamentu i Długi Herman
Widok z Toompea w kierunku północnym
Pokryty taflami szkła Pomnik Wolności u podnóża Wzgórza Katedralnego

Tallinn jest bez wątpienia podstawowym celem turystycznym w Estonii. Nic dziwnego, że spotyka się tu wielu cudzoziemców i słyszy mnogość języków. Równocześnie obszar Starego Miasta jest na tyle duży, że bez trudu można unikać tłoku i cieszyć się samodzielnym poznawaniem jego uroków. Dla mnie takim doświadczeniem było odwiedzenie pozostałości klasztoru dominikanów. Jego kościół pod wezwaniem św. Katarzyny, liczący ponad 65 m długości, był w momencie ukończenia najdłuższym budynkiem w mieście. Mnisi zostali zmuszeni do opuszczenia kompleksu z nastaniem reformacji. Później klasztor i kościół były trawione przez pożary i wykorzystywane na doraźne cele biznesowe, z wolna popadając w zapomnienie. W latach 40-tych XIX wieku na miejsce klasztornego refektarza postawiono kościół katolicki, pełniący obecnie funkcje katedry. Pozostała część była wykorzystywana na cele mieszkalne oraz sklepowo-magazynowe. Przez wieki dojście do nich stanowiła ścieżka zwana dzisiaj Pasażem Katarzyny. Jedną jego pierzeję stanowi zachowana ściana budynku klasztornego spięta kilkoma ceglanymi łukami z niewielkimi budynkami zarządzanymi obecnie przez Gildię Katarzyny, czyli swoistą spółdzielnię rzemieślniczą stworzoną przez 14 pań wytwarzających i sprzedających swoje rękodzieło w ośmiu pracowniach. Choć na swojej stronie www gildia chwali się popularnością zarówno wśród mieszkańców, jak i turystów, byliśmy tam jednymi gośćmi. Nieśpiesznie mogliśmy więc napawać się detalami gotyckiego portalu oraz kolekcją kamieni nagrobnych na murze budynku klasztornego. Spokój panował taki, że słychać było świst jerzyków przemykających nad dachami domów na tle bezchmurnego nieba i bzyczenie pszczół wokół dorodnej lipy, ocieniającej dziedziniec.

Za bramą ukrywa się katolicka katedra pod wezwaniem św. Piotra i Pawła
Scenka sprzed katolickiej katedry
Gotycki portal dawnego klasztoru dominikanów
Płyty nagrobne, po latach tułaczki, trafiły na ściany klasztoru
Detal z portalu
Zachodnie wejście do Pasażu Katarzyny
Wejście do warsztatu szkła artystycznego
Pasaż Katarzyny widok od strony wschodniej, fot. NotAnonymous, CC BY-SA 3.0

Rzadko wspominam na tych stronach o hotelach, ale tu uczynię wyjątek. Nie po to jednak, by rekomendować usługi naszego hotelu, lecz by opisać dziwny obyczaj negocjowania warunków pobytu. Otóż zależało nam na pokoju z widokiem na basen jachtowy, co zakomunikowałem robiąc rezerwację. W odpowiedzi dostałem informację, że będę musiał zapłacić dodatkowo 10 Euro za noc. Przystałem na te warunki, by po przyjeździe dowiedzieć się, że taki pokój nie jest dla nas dostępny. Może wzruszyłbym ramionami na tę drobnostkę, ale perspektywa z naszego okna brutalnie zweryfikowała twierdzenie, że widok z pokojów jest albo na morze, albo na Stare Miasto. Otóż my za oknami mieliśmy 300 metrów dzikiego parkingu (tzn. płatnego, ale z postojem na ubitej ziemi), potem wielki kompleks biurowo-handlowy zwany Kwartałem Rotermanna, za którym rzeczywiście znajduje się, skutecznie zasłonięte, Stare Miasto. Basen jachtowy mogliśmy do woli podziwiać przy śniadaniu lub sponad drinka w hotelowym barze, ale pewien niesmak z poziomu usługi i informacji hotelowej jednak w nas pozostał.

Widok z naszego hotelu na basen jachtowy
Widok z naszego hotelu, wg strony www na Stare Miasto

Nudno jest tylko chwalić wyśmienitą estońską gastronomię. Wspomnę więc o dwóch odwiedzonych lokalach, nie ze względu na ich wybitne menu, ale z innych powodów. Niewątpliwym urozmaiceniem obiadu spożywanego w lokalu usytuowanym w nowym budynku na brzegu basenu portowego przy ulicy Kalaranna, było obserwowanie kolejnych spacerowiczów wpadających w pułapkę zastawioną na nich przez budowniczych nadmorskiej promenady. Otóż podążając brzegiem w kierunku miasta, niczym ryby w żaku, nieuchronnie docierali do miejsca, gdzie ogrodzenie rewitalizowanego nabrzeża nie pozwalało na dalsze kontynuowanie spaceru. Niektórzy próbowali coś kombinować, inni poddawali się prędzej, ale wszyscy musieli wrócić i wyjść na ulicę tuż przy naszej restauracji. Tu dopiero mogli zobaczyć tabliczkę informująca, że przejścia nie ma! Ale chyba cieszyli się, że nikt nie próbował ukarać ich mandatem w wysokości 500 Euro, gdyż taką karę dla niesfornych sugerowała treść tabliczki. Lokal w dzielnicy Mustamäe, gdzie na obiad zaprosili nas estońscy przyjaciele, zapunktował zaś elastycznością obsługi. Pozwolono nam mianowicie, po spożyciu dań głównych, wystawić na stół przywieziony z Polski sękacz. Jak wiadomo, nie jest to zwyczaj powszechnie praktykowany nawet w naszym kraju, a co dopiero dalej na północ. Tymczasem nasz stolik zwieńczyła sękata, wysoka na ¾ metra wieża z ciasta, który to widok wzbudził zainteresowanie i podziw pozostałych gości.

Jeden z najmniejszych krajów Europy, jakim jest Estonia, ma zadziwiająco bogatą ofertę turystyczną. Mimo, że byliśmy tam już trzeci raz, daleko nam do stwierdzenia, że widzieliśmy już wszystko. Moja lista „Must see in Estonia” ciągle się wydłuża, więc wkrótce pewnie zacznę planować kolejne wyjazdy. Muszę tylko zwiększyć ich częstotliwość, bo przy dotychczasowej pojechałbym tam przed swoimi 80 urodzinami. A Bóg jeden wie, czy wtedy będę miał wystarczająco dużo zdrowia i zapału!

Kategorie
Estonia

W kuźni elity II Rzeczpospolitej czyli gdzie syn Kaleva ukrył swój miecz

Łąka upstrzona rozmaitej wielkości głazami narzutowymi łagodnie opadała ku wodom Zatoki Fińskiej. Wierzchołki kamieni wystawały z wody jeszcze w odległości kilkunastu metrów od brzegu. Błękit nieba był jakiś blady, ale słońca nie skrywała ani jedna chmurka. Gdyby nie bryza ciągnąca od morza, byłoby całkiem ciepło. Enn, nasz prowadzący sportowy styl życia przyjaciel, zaproponował kąpiel. Podziomek, która na studiach przyjęła i wygrała zakład o przepłynięcie wpław mazurskiego jeziora, podjęła wyzwanie. Ja, po zanurzeniu palca w lekko słonawej wodzie, poklepałem się po zwisającej na piersiach lornetce i oznajmiłem, że miejsce wydaje mi się wymarzone do prowadzenia obserwacji ornitologicznych. Nie była to bezpodstawna wymówka – po łące i tuż przy brzegu kręciło się wiele ptaków, w tym kilka gatunków biegaczy i brodźców.

Miejsce było ciekawe nie tylko z przyczyn natury przyrodniczej. Na niewielkim cyplu wcinającym się w wody zatoki wznosiły się imponujące ruiny Tolsburga, najpóźniej wzniesionego i najdalej na północ wysuniętego zamku krzyżackiego. Lokalizacja tuż nad brzegiem morza, ale w znacznej odległości od innych siedzib ludzkich może dziwić, ale w momencie powstania (ostatnia ćwiartka XV wieku) zamek ochraniał dostęp do niewielkiego portu, po którym nie ostał się żaden ślad. Po sekularyzacji inflanckiej gałęzi Zakonu twierdza zmieniała często właścicieli (przez 4 lata pozostając nawet w polskim posiadaniu), by ostatecznie ulec zniszczeniu podczas Wojny Północnej, na początku XVIII wieku. Z kontemplacji romantycznych ruin i rozważań nad ich historią oderwała mnie para pływaków śpiesząca owinąć swe nieco zsiniałe i trzęsące się ciała w suche ręczniki. Wody Zatoki Fińskiej nawet latem rzadko nagrzewają się do temperatury wyższej, niż 15°C.

Tolsburg z lotu ptaka; fot. Hiiumaamudeliklubi, lic. CC BY-SA 4.0

Pomni doświadczeń sprzed 31 lat, jadąc w połowie czerwca do Estonii nie zabraliśmy ze sobą kostiumów kąpielowych. Stojąc nad brzegiem jeziora Pejpus zupełnie tego nie żałowaliśmy. Pejpus łączące się stosunkowo wąskim przesmykiem, mającym status osobnego jeziora o nazwie Lämmijärv, z położonym już w większości w Rosji jeziorem Pskowskim, jest największym w Europie naturalnym zbiornikiem transgranicznym. Ze względu na szerokość sięgającą 50 km darmo jednak wypatrywać z Estonii moskiewskiego brzegu. Darmo zresztą wypatrywać na nim jakiegokolwiek ruchu, prócz nadal rzadkich możliwości obserwacji ptactwa wodnego. Czerwiec to wprawdzie jeszcze miesiąc przedwakacyjny oraz, jak się zdaje, okres ochronny w rybactwie śródlądowym, a sąsiedztwo z miłującym konflikty sąsiadem nie zachęca do odwiedzin, ale całkowity brak ludzi na wodzie stanowił uderzającą odmianę po doświadczeniach zebranych na polskich Mazurach, czy choćby odwiedzanym i opisanym przez mnie ostatnio Pojezierzu Międzychodzko-Sierakowskim.

Na zachodnim brzegu jeziora odwiedziliśmy trzy miejscowości: Nina, Kallaste i Mustvee. Zamieszkują je potomkowie rosyjskich starowierów, którzy odrzuciwszy w połowie XVII wieku reformy liturgii prawosławnej, za patriarchy Nikona zakładali swoje kolonie w miejscach odludnych, za jakie uchodziła wschodnia Estonia. Była to więc społeczność skrajnie konserwatywna i wynosząca na piedestał zalety tradycji. Nic zatem dziwnego, że ich potomkowie wolą, jak drzewiej bywało, łowić ryby i sadzić cebulę, niż przyjmować turystów. Brak innych przyjezdnych wcale nam jednak nie przeszkadzał. Mieliśmy tylko dla siebie wszystkie miejscowe atrakcje: molennę staroobrzędowców i sąsiadującą z nią latarnię jeziorną (?) w Nina, najwyższe nad całym jeziorem, dziewięciometrowe wybrzeże klifowe kryjące kolonie lęgowe jaskółki brzegówki w Kallaste, nadbrzeżne cmentarze w obu tych miejscowościach. Tylko w zmodernizowanym za środki UE porcie rybackim w Mustvee spotkaliśmy kilkoro spacerowiczów podziwiających, czy to widok na bezbrzeżne wody jeziora, czy też niepokojąco spiętrzony wał czarnych, burzowych chmur, nadciągający nad miasteczko.

Dobrze utrzymane drewniane domy decydują o charakterze nadjeziornych miejscowości. Trafiają się wśród nich domki letniskowe, ale właśnie wśród, a nie poza, miejscowościami. Zjawisko daczowiska nie jest nad brzegami Pejpusu znane, ku naszej uldze i niewątpliwej korzyści dla okolicznego krajobrazu. W większych miejscowościach, co w warunkach estońskich oznacza ponad tysiąc mieszkańców, są już możliwości noclegu oraz przekąszenia co nie co, czy wypicia kawy. My skorzystaliśmy z takiej możliwości w kawiarni portowej w Mustvee i, chociaż byliśmy jedynymi gośćmi, możemy ją uczciwie zarekomendować.

Molenna staroobrzędowców w Nina
Cmentarz w Nina
Siedliska jaskółek brzegówek na klifie w Kallastee
Mural na budynku w Kallastee
Tradycyjna zabudowa Kallastee
Ujście rzeki Mustvee do jeziora Pejpus
Czarne chmury nad jeziorem Pejpus
Latarnia jeziora w Nina
Cmentarz w Kallastee na wysokim brzegu jeziora
Wybrzeże klifowe w Kallastee
Zejście do jeziora w Kallastee
A dalej już tylko jezioro
Kawiarnia portowa w Mustvee

W niewielkiej odległości od jeziora znajduje się kilka ciekawych miejscowości, z których nam udało się odwiedzić dwie: Alatskivi to siedziba gminy z neogotyckim zamkiem wzorowanym – a kto bogatemu zabroni! – na królewskim Balmoralu Windsorów. Po wybiciu się na niepodległość Estonia przeprowadziła dosyć drakońską reformę rolną, wywłaszczając ziemian niemieckiego pochodzenia z ich majątków. Ziemią obdarzono estońskich włościan, a zabudowania przeznaczono na wszelkie niezbędne usługi publiczne. Dzisiaj pałacem zarządza prywatna fundacja, prowadząca usługi muzealno-hotelowo-restauracyjne, ale zabudowania gospodarcze wykorzystywane są przez gminę na usługi takie, jak ośrodek zdrowia, poczta, czy straż pożarna. Nota bene, podczas naszej pierwszej wizyty w Estonii, w roku 1991, kiedy formalnie istniał jeszcze ZSRR, odwiedziliśmy kilka pałaców ziemiańskich położonych między Narwą a Tallinnem. W większości wykorzystywane były one przez spółdzielcze lub państwowe gospodarstwa rolne. Jednak, czy to ze względu na luterańską zaradność, czy też na tradycję życia w niedostatku Estończycy, w przeciwieństwie do Polaków czy Rosjan, nie dopuścili do ich ruinacji. W ich kulturze nie mieści się po prostu niegospodarność pozwalająca na zmarnowanie powierzonego sobie majątku.

Pałac był zamknięty z powodu poniedziałku (UWAGA: w Estonii zasada pięciodniowego tygodnia pracy obowiązuje nie tylko w instytucjach kultury, ale i często w lokalach gastronomicznych). Powałęsaliśmy się więc trochę po malowniczym parku i trafiliśmy do niewielkiego pawilonu przy przelotowej drodze, wyglądającego z zewnątrz na sklep ogrodniczy. I tu dokonaliśmy Odkrycia Wyjazdu: we wnętrzu kryły się kolejne pomieszczenia, w których oferowano wszelakiego rodzaju produkty wiejsko – ogrodnicze, a pomieszczenie główne oprócz artykułów spożywczych pełniło też funkcję przytulnej kawiarnio-restauracji. Panował w nim ożywiony ruch, bo to i miejscowi wpadali na zakupy i nieliczni podobni do nas goście. Ba, trafiła się nawet szkolna grupa anglojęzyczna (!). Wszystko to budziło skojarzenia ze sklepem wujka Emila z „Dzieci z Bullerbyn”, czy też z grocery stores opisanych przez Sienkiewicza w jego nowelach z Ameryki. Ulokowaliśmy się w ogródku kawiarnianym (sklepowym?) pod czujną obserwacją kawki (ptaka) pełniącej funkcję przedwstępnego sprzątacza naczyń z grubszych pozostałości posiłków. Dodatkowo, po ustaleniu, że stojąca za kasą młoda pani lepiej się czuje komunikując po rosyjsku, niż angielsku, przekonałem się, że mój stopień władania mową Puszkina i (niestety) Putina jest wciąż satysfakcjonujący.

Pałac w Alatskivi, widok z bramy wjazdowej
Alatskivi – zabudowania folwarczne
Sklep wujka Emila od zewnątrz
Sklep wujka Emila – wnętrze
Pałac w Alatskivi, widok od strony parku
Kawka – czyściciel talerzy
Oraz eklektyczne wyposażenie jego wnętrza

Zjechawszy nieco na wschód od drogi z Mustvee do Tartu, trafia się do drugiej z wymienionych miejscowości – sielskiej Kääpa, gdzie w budynku dawnej szkoły mieści się muzeum Kalevipoega, czyli bohatera narodowego eposu estońskiego. Przez wieś przepływa rzeka tej samej nazwy, w której zatopiony został przeklęty miecz, który pozbawił nóg mitycznego wielkoluda, zesłanego później do trzymania straży u wrót piekieł. Jako, że wcześniej dokonywał on, tak na terenie Estonii, jak i poza nią, czynów nadludzkich, epos obiecuje, że powróci z piekielnej strażnicy, by przynieść Estończykom jedność i szczęście. Dlatego ojcowie niepodległości Estonii w manifeście z 24 lutego 1918 roku zapewniali, że nadszedł właśnie ten dzień. Rozumiejąc rolę tego dzieła w historii Estonii, trudno zaakceptować toporne próby wizualizacji jego bohatera, jak choćby tę sprzed budynku muzeum, czy z tallińskiej dzielnicy Nomme. Ale może rzeczywiści trudno jest w atrakcyjny sposób ukazać osobnika z objawami akromegalii. W każdym razie budynek dawnej szkoły jest uroczy, okolica wielce malownicza, a uczestnicy wycieczek szkolnych mogą na sąsiednim wzgórzu sprawdzić swą sprawność w zadaniach bez mała tak trudnych, jak te, które na swej drodze spotykał mityczny syn Kaleva.

Muzeum Kalevipoeg wraz z rzeźbą bohatera eposu
Kääpa – fragment parku tematycznego z akcesoriami odwołującymi się do treści eposu
Kääpa – tu należy zrobić fotkę!
Na ściany muzeum naniesiono graficzne odniesienia do treści eposu
Kääpa – tradycyjne budownictwo wiejskie
Pomnik Kalevipoeg w Parku Glehna w tallińskiej dzielnicy Nomme; fot. Lohusalu, licencja GFDL

Bazę wypadową założyliśmy w Tartu. Dzięki statusowi drugiego miasta w kraju oraz najważniejszego centrum uniwersyteckiego, miasto liczące niespełna sto tysiące mieszkańców sprawia wrażenie prawdziwej metropolii. Z okien naszego hotelu mieliśmy widok na Centrum Popularyzacji Nauki AHHAA z górującym nad miastem walcowatego kształtu wieżowcem Tigu (Est. ślimak) Tower o 24 kondygnacjach. Wokoło pełno było też współczesnych budynków ze stali i szkła. Wzdłuż wijącej się przez miasto rzeki Emajõgi, kipiącej od ruchu wszelkiego rodzaju jednostek pływających, dociera się do placu Ratuszowego, stanowiącego centrum niewielkiego obszarowo Starego Miasta. Gość z Polski może być zaskoczony obecnością na budynkach publicznych flag w biało-czerwonych barwach. Tymczasem herb i flagę nadał osadzie przy biskupim zamku król Stefan Batory, przyłączywszy ją na krótko do Rzeczpospolitej, w roku 1582. Zniszczenia wojenne i żywiołowe w XVIII wieku spowodowały, że w zabudowie miasta dominuje styl klasycystyczny, ale w pobliżu rynku wznosi się też luterański kościół św. Jana będący, według promocyjnych broszur, najbardziej na pn-wsch. wysuniętym przystankiem Europejskiego Szlaku Gotyku Ceglanego. Wnętrza po wielu przebudowach nie są może najcenniejsze, jednak biegnący po zewnętrznych ścianach świątyni fryz z głowami, a na frontonie i pełnymi figurami, z terakoty, na pewno czyni świątynię wyjątkową. Początkowo było ich około 2000 i była to największa kolekcja takich rzeźb, powstała w średniowieczu w świecie cywilizacji zachodnioeuropejskiej. Do naszych czasów dotrwała połowa.

Ślimacza Wieża (est. Tigutorn) jest najwyższy budynkiem w Tartu
Tartu – szkło i metal
Rynek z budynkiem ratusza
Kościół św. Jana
Rzeka Ema na tym odcinku obramowana jest nowoczesną zabudową
Most Pokoju (est. Ruhu) w Tartu
Krzywy dom przy rynku, rezultat użycia częściowo fundamentów ceglanych, a częściowo drewnianych
Słynne figurki na reliefie biegnącym wokół kościoła
Figurki w zwieńczeniu kruchty

Przed ratuszem, na rynku, wznosi się fontanna z figurami całującej się pary studenckiej, skrytymi pod parasolem. Całkiem wdzięczna to rzeźba, choć zważywszy na okres powstania (lata 70-te XX wieku), możnaby obawiać się jakiegoś potworka. Ale w Tartu radzieckość przepuszczana była przez estoński filtr estetyczny. Główny gmach uniwersytetu z imponującą kolumnadą od frontu wznosi się nieopodal. Na jego zapleczu stoi naturalnej wielkości pomnik szwedzkiego króla Gustawa Adolfa (tegoż, którego Pan Zagłoba „pod Trzcianną razem z koniem obalił i w jasyr wziął”). Tu zaś upamiętniono władcę, nie jako wojownika, lecz założyciela w 1632 roku Academia Gustaviana czyli poprzedniczki sławetnego uniwersytetu dorpackiego. Bowiem estońskie miasto oficjalną nazwę Tartu nosi dopiero od 1918 roku. Wcześniej znane było jako Dorpat. Estończycy, których ziemie aż do końca I Wojny Światowej należały do różnych państw, najchętniej wspominają bowiem okres szwedzki, zwany nawet „dobrymi czasami”. Dlatego popularne w Polsce szukanie korzeni uniwersytetu w kolegium jezuickim założonym przez Batorego jeszcze w 1583 roku, choć upamiętnione na tablicy ufundowanej przez polską ambasadę, nie jest jednak oficjalnie przyjętą wersją historii uczelni. Jako że Inter arma silent Musae, a terytorium Estonii nie należało do najspokojniejszych, w czasie naszego „Potopu” uniwersytet najpierw ewakuował się do Parnawy (Est. Parnu), a potem zaprzestał działalności. Odnowił go dopiero w roku 1802 car Aleksander I.

Znany z liberalnych ciągotek monarcha rosyjski postanowił powołać w Dorpacie uczelnię krzewiącą zachodnioeuropejskie wartości oraz uprawiającą badania naukowe w oparciu o zasady europejskiego racjonalizmu. Dlatego językiem wykładowym został niemiecki, a uniwersytet cieszył się pełną autonomią. Wprawdzie każdy z bardziej autorytarnych następców Aleksandra próbował ograniczyć te przywileje, ale zawsze było tu więcej wolności, niż na pozostałych uniwersytetach Imperium, o czym świadczy następująca opinia: „Dorpat jedynym był w państwie Carów miejscem, gdzie wolno było hymny na cześć Polski wznosić, niemal publicznie, bez obawy, że ktoś podsłucha i doniesie, że wkroczy policja, że nastąpią areszty i więzienia” (M. Zdziechowski, studiujący w Dorpacie w latach 1879–1883). Nie dziwi więc, że w rosyjskim okresie funkcjonowania uczelni Polacy stanowili ok. 10% jej studentów, a w II Rzeczpospolitej jej absolwenci uważani byli za elitę odrodzonego państwa. Podziomek, której pradziadek, jak też jego siostra (o ich dalszych losach pisałem już tu), właśnie w Dorpacie zdobywali wyższe wykształcenie (odpowiednio: prawnicze i medyczne), za punkt honoru wzięła sobie zlokalizowanie budynków uniwersytetu, do których mogli uczęszczać na zajęcia i kursy.

I odniosła sukces. W Muzeum Uniwersytetu znajduje się specjalna plansza pokazująca, gdzie w konkretnym czasie znajdowały się poszczególne wydziały. Samo muzeum ma bardzo ciekawą lokalizację. Zajmuje mianowicie prezbiterium gotyckiej katedry katolickiej, która od czasu porwania ostatniego biskupa w głąb Rosji przez siepaczy Iwana Groźnego, popadała w coraz większą ruinę. Wraz z odnowieniem uniwersytetu ruiny zabezpieczono, a w odbudowanym prezbiterium ulokowano bibliotekę uniwersytecką. Wystawa w muzeum jest całkiem zajmująca (odtworzono np. gabinet pierwszego kierownika biblioteki, a liczne portrety rektorów znienacka łypią okiem i uśmiechają się ku zwiedzającym jakby zdobiły korytarze Hogwartu, a nie szacownej instytucji naukowej), a z okien widać obniżone do poziomu prezbiterium wieże i pozbawione sklepienia nawy z regularnymi rzędami filarów odartych ze swej podtrzymującej funkcji. Obcując z tak udaną adaptacją można tylko żałować, że nie zrealizowano pierwotnych planów, by w odbudowanej wieży zainstalować obserwatorium astronomiczne. Wzniesiono je kilkadziesiąt metrów dalej, podobnie jak Teatrum Anatomicum, gdzie kształcili się przyszli medycy. Prócz historycznego campusu uniwersyteckiego, na katedralnym wzgórzu posadowiono Sąd Najwyższy Estonii, także nawiązujący do tradycji szwedzkiej instytucji o podobnej funkcji. Przez ulice wcinające się w zbocza wzgórza przerzucono dwa mosty piesze, z których jeden nazwano Anielskim, a drugi, a jakże, Diabelskim. Z przejściem po nich w okresie egzaminacyjnym związane są oczywiście określone przesądy studenckie. Dorpat zamienił się w Tartu, studenci ćwiczą język niemiecki wyłącznie na lektoratach, ale opinia Bolesława Limanowskiego „lecz największą ozdobą było wzgórze piętrzące się nad miastem i porosłe bujnym lasem, tzw. Domberg, od dawnej katedry katolickiej, w której ongiś kazał Piotr Skarga” pozostaje nadal prawdziwa.

Fontanna całujących się studentów
Pomnik króla Gustawa Adolfa – fundatora uniwersytetu
Biblioteka uniwersytecka została ulokowana w odbudowanym prezbiterium katedry
Kolekcja czapek poszczególnych korporacji studenckich
Wahadło Foucaulta na klatce schodowej muzeum w dawnej bibliotece
Teatrum Anatomicum – tu kształcili się medycy
Kompleks Sądu Najwyższego na wzgórzu katedralnym
Gmach główny Uniwersytetu w Tartu
Ruiny katedry w Tartu górują m. in. nad kompleksem kortów tenisowych
Z trzech naw katedry ostały się jeno ściany, filary i przypory
Gabinet pierwszego kierownika biblioteki
Obserwatorium Astronomiczne na wzgórzu katedralnym
Most Diabelski (Est. Kuradisild) na wzgórzu katedralnym

Poza Starym Miastem i Wzgórzem Katedralnym spenetrowaliśmy dwie sąsiednie dzielnice – Supilinn ku północy i Vaksali ku zachodowi. Zabytki i atrakcje turystyczne znajdują się raczej tylko w tej drugiej. Należy do nich kilka kościołów, w tym neogotycki – katolicki, modernistyczny i sterylny w wyglądzie – luterański św. Pawła, czy klasycystyczny św. Marii – będący pierwszą świątynią estońskojęzycznych luteran w mieście. Ten ostatni, w czasach radzieckich, ze względu na sposób użytkowania, zwano „kościołem sportowym”. Obecnie przechodzi remont z odbudową wieży, a jego obsada duszpasterska jest wyłącznie żeńska. Co charakterystyczne, wszystkie kościoły protestanckie w mieście mają określone godziny zwiedzania, o czym informują w internecie i na tabliczkach przy wejściu. Natomiast kościół katolicki, jak i cerkwie prawosławne są, po prostu, zamknięte na głucho. W dzielnicy ma siedzibę kilka muzeów (np. Historii Naturalnej, czy Literatury) oraz znajduje się pięknie odnowiony, secesyjny budynek teatru. Natomiast Supilinn to głównie budownictwo mieszkaniowe ograniczone z jednej strony terenami rekreacyjnymi nad rzeką Ema, z drugiej zaś kompleksem olbrzymiego amfiteatru. Tartu jest bowiem kolebką słynnych estońskich festiwali śpiewaczych, będących wydarzeniem nie tylko konserwującym muzyczne przejawy kultury ludowej, ale też budującym i wzmacniającym estońską wspólnotę narodową. Jedynym zabytkiem dzielnicy jest gmach najstarszego w Estonii browaru LeCoq, przy którym oprócz sklepu działa Muzeum Browarnictwa.

Kościół katolicki w Tartu
Odbudowywany kościół św. Marii
Kościół św. Pawła
Muzeum Historii Naturalnej
Secesyjny gmach teatru
Browar LeCoq w Tartu
Tartu jest kolebką estońskich festiwali śpiewaczych; fot. Ndrez93, lic. CC BY-SA 3.0

Zbierając w Internecie informacje o Tartu znalazłem zachęcającą wzmiankę, że w czasach radzieckich Supilinn było uważane za slums. Prawdopodobnie wynikało to stąd, że w dzielnicy tej, podobnie jak w Vaksali, dominuje zabudowa drewniana. Jako relikt przeszłości i symbol zacofania, zarówno budowlanego, jak i systemowego, miała ona ustąpić miejsca blokowiskom. Zawsze mnie ciekawiło czemu ten cel, który udało się osiągnąć w Polsce, np. w moi rodzinnym Białymstoku, nie został zrealizowany w Estonii, ani w Łotwie. Drewniane domy wielorodzinne są w Tartu, w większości, w bardzo dobrym stanie i nie widzieliśmy w nich pustostanów. Budynki cieszą oczy bogatą kolorystyką oraz rozmaitością wzorów drzwi i okiennic. Nas wzruszyła umieszczona na ścianie jednego z budynków tabliczka ku czci mieszkającego w nim niegdyś psa. Nawiązywała ona formą do popularnego we wszystkich krajach posowieckich zwyczaju upamiętniania znanych mieszkańców danego domu. Umieszczona była jednak na wysokości psich oczu. W ten sposób czworonogi, które osiągnęły umiejętność czytania, mogą rozszerzyć swoją wiedzę o historii lokalnej.

Drewniana zabudowa na ulicy Vesli
Nowe i stare domy w dzielnicy Supilinn
Nowoczesne budownictwo drewniane w dzielnicy Vaksali
Drewniana zabudowa na ulicy Kastani
Supilinn – w mieście, a jak we wsi
Nowoczesne budownictwo drewniane w dzielnicy Supilinn
Upamiętnienie psa na ulicy Tähtvere

Kulinarna strona wyjazdu była prawdziwą przyjemnością. Naprawdę w każdym odwiedzonym lokalu karmiono smacznie i ciekawie. Do tego obsługa w nienarzucający, ale przekonywujący sposób interesuje się dobrostanem klienta. Oprócz opisanego wyżej kawczego interesu w Alatskivi, możemy uczciwie polecić przybytek w podzielonym granicą z Łotwą miasteczku Valga (jedyny w mieście pracujący w niedzielę!), a w Tartu ukrytą w eleganckiej willi restaurację o wegańskiej nazwie, czy też słodką we wszystkich znaczeniach tego słowa cukiernię w pobliżu kościoła katolickiego.

Na tarasach nowego gmachu teatru zostaliśmy wzięci za Niemców

Emerytowany carski generał Gustav von Craffström został wysłany przez Mikołaja I do Dorpatu w charakterze kuratora, by przykręcić śruby spoglądającym na zachód profesorom i studentom uniwersytetu. Wśród wielu innych śmiesznych, czy oryginalnych opinii, z których był znany, jedna dotyczyła Polaków i brzmiała: „Panowie z Polski zawsze chcą tu być primadonnami, na dobre lub na złe. Bo nawet wśród wielu spacerowiczów w Dorpacie, ci nieliczni Polacy również muszą się wyróżniać”. My chyba także wyróżnialiśmy się wyglądem, chociaż jednak nie w sposób pozwalający zidentyfikować nasze pochodzenie. W każdym razie, zostaliśmy zaskoczeni przez młodego kelnera w lokalu przy nowym gmachu teatru pytaniem, czy jesteśmy z Niemiec. Po stosownych wyjaśnieniach rozmowa podążyła w kierunku omówienia zalet destynacji turystycznych w Polsce. To doświadczenie pokazało z innej perspektywy rzekomą skandynawską rezerwę Estończyków wobec nieznajomych. Nawet jeśli jest to ich cecha wrodzona, to w miejscu tak kosmopolitycznym i z natury otwartym na odmienności musiała ona ulec znaczącej modyfikacji.