Kategorie
Polska

Śladami carów, prezydentów i pomniejszych fabrykantów nad Pilicą

Leśniczówka w Katrynce stała na skraju miejscowości, oddzielona obszernym sadem od drogi na Augustów, przy której zatrzymywał się niebieski autobus PKS z Białegostoku. Wjazd na podwórko prowadził nie od głównej drogi, lecz od ciągnącej się cienistym kanionem świerków dróżki bocznej, wiodącej w głąb Puszczy Knyszyńskiej. Nie wiem jakim sposobem rodzice dowiedzieli się, że pani leśniczyna w poszukiwaniu dodatkowych źródeł utrzymania wynajmuje pokoje letnikom. Tym niemniej, nawiązali z nią kontakt, skutkujący naszymi kilkukrotnymi pobytami w leśniczówce, w letnich miesiącach pierwszej połowy lat 60-tych XX wieku. Brat będący wtedy na etapie wózeczkowym wypoczywał w błogiej nieświadomości. Siostra –  wczesna nastolatka, oddelegowana do opieki nad młodszym rodzeństwem, pewnie musiała się nudzić. Najczęściej przebywała tam z nami babcia. Rodzice dojeżdżali autobusem w sobotnie popołudnia. Nie pamiętam czy zajmowaliśmy jeden czy dwa pokoje. Pamiętam za to mycie w metalowej misce oraz wizyty w sławojce, urozmaicone obserwacjami pająków czyhających na swoje ofiary pośrodku misternej sieci pajęczyny. Wyprawa do toalety wymagała zresztą nie lada odwagi i uwagi, by nie zostać po drodze boleśnie poszczypanym przez złośliwego gęsiora. Dzięki swej agresywności ptaszor uniknął roli obiektu eksperymentów, która to stała się dolą pozostałego drobiu podwórkowego. Moją ulubioną rozrywką było bowiem wspinanie się po drabinie na dach, skąd testowałem zdolność do lotu kolejnych przedstawicieli ptasiego klanu. Nie wydaje mi się, aby pałali oni entuzjazmem do uczestnictwa w tych ćwiczeniach.

Za drogą, w kierunku doliny rzeczki Czarnej rozciągały się łąki. Muliste dno niespecjalnie zachęcało do kąpieli. Chodziliśmy jednak na łąki, na których spotkać można było bociany oraz wszelkiego rodzaju bezkręgowe towarzystwo, na czele z pasikonikami, trzmielami i wielobarwnymi motylami. Posiłki przygotowywaliśmy sobie sami, choć pamiętam rok kiedy wykupiliśmy obiady w jednym z sąsiednich domostw. Do dzisiaj nie mogę wyjść z podziwu, że w osadzie liczącej sobie mniej niż 10 gospodarstw dostępne były takie usługi. W Katrynce bowiem nie było nawet sklepu. Po chleb wybieraliśmy się do Wólki, położonej kilometr dalej, po drugiej stronie rzeczki. Był to dla mnie wtedy prawdziwy koniec świata. Takie przekonanie umacniał fakt, iż Wólka położona była na wzniesieniu i docierając do niej nie można było zobaczyć co się znajduje poza miejscowością. Większe zakupy docierały pod koniec tygodnia wraz z wizytą rodziców.

Ówczesna oferta letniskowa z punktu widzenia ekonomicznego była zupełną szarą strefą, chociaż władze ją tolerowały, a nawet próbowały narzucić pewien schemat organizacyjny, używając dla tego zjawiska nazwy „Wczasy pod gruszą”. Czytając ostatnio książkę Andrzeja Kobalczyka „Z letnikami nad Pilicę” złapałem się na spostrzeżeniu, że wprawdzie organizacyjnie pobyt w Katrynce odbiegał daleko od realiów wcześniejszych o 70 lat stacji klimatycznych, ale stała za nim ta sama mieszczańska potrzeba wyrwania się latem poza rozgrzane mury miasta. A już doświadczenie wiejskiego życia i przyrody, zwłaszcza z perspektywy letnika w wieku juniorskim, dostarczał wielce podobne. Z tą myślą udaliśmy się parę tygodni temu z Podziomkiem i psem Harrym do tradycyjnego zagłębia letniskowego, jakim od ponad 130 lat są okolice Tomaszowa Mazowieckiego.

***

Na opracowanej przez Fr. Karpińskiego mapie ”Zdrojowiska, miejsca kąpielowe i stacje klimatyczne w Królestwie Polskim”, pośród do dziś znanych Buska, Ciechocinka czy Nałęczowa, figurują również liczne miejscowości dzisiaj zupełnie nie kojarzone z tymi funkcjami, w tym dwie nadpilickie: Inowłódz i Nowe Miasto. Inowłodzka stacja klimatyczno-leśna była prywatną inwestycją adwokata Bernarda  Birenzweiga, który począwszy od 1884 roku postawił tam około 10 willi szwajcarskich. Corocznie reklamował w prasie łódzkiej i warszawskiej tamtejsze „kąpiele rzeczne, nabiał, warzywo, owoce, wszelkie artykuły żywności w doborowym gatunku” jak też położenie „wśród lasów, w miejscowości górzystej, przez lekarzy uznanej za zdrowotną”. Julian Tuwim, który wraz z matką i siostrą spędzał tam kilkakrotnie letnie miesiące opisał jej bywalców w „Kwiatach polskich” w następujący sposób:

„Był to na lato punkt inwazji drobnej żydowskiej burżuazji, nie było tam potężnych szczepów wsławionych w przemysłowym dziele. Lecz tacy sobie właściciele mniejszych fabryczek, większych sklepów, bo księstwo o manierach dworskich, rody Rotwandów i Przeworskich, Poznańscy ani Natansony nie zaglądali w tamte strony. Oni po Ritzach i Biarritzach, Ostendach, Badach, zagranicach, a moim  łódzcy Goldbergowie i co lepszego w Tomaszowie – zjeżdżali tu. I tu nieśmiała, panieńsko smutna i nerwowa z Irą i Julkiem przyjeżdżała pani Adela Tuwimowa”. Jak to w historii zazwyczaj bywa pamięć o pobycie właścicieli mniejszych fabryczek i większych sklepów uległa zatarciu. Natomiast pobyt artystów i naukowców takich jak Tuwim, pianista Artur Rubinstein, odkrywca grup krwi – Ludwik Hirszfeld, publicysta i krytyk literacki –Tadeusz Boy-Żeleński czy diva operowa – Lucyna Messal, został dobrze udokumentowany. Może dlatego, że rzeczeni sprawnie władali piórem pisząc wspomnienia oraz listy do krewnych i przyjaciół. Ciekawie brzmią opisy pobytu letników w Inowłodzu. Ze względu na brak własnego środka lokomocji, był to pobyt stacjonarny w ścisłym znaczeniu tego słowa. Brak zapisów o wynajmowaniu furek czy dorożek na dalsze wycieczki. Spacerowano po lesie i brzegami Pilicy, zwiedzano zabytki Inowłodza, czasem pływano po rzece łódkami, grano w karty, urządzano potańcówki. W weekendy przygrywała orkiestra przybyła z Tomaszowa, na której poziom zresztą regularnie narzekano. Letnicy organizowali się w amatorskie kółka teatralne, osoby utalentowane muzycznie dawały mini koncerty. No i, przede wszystkim, ludzie rozmawiali ze sobą, nawiązywali nowe znajomości lub pogłębiali dotychczasowe. Zarząd stacji oprócz rozrywki zapewniał konsultacje lekarskie.

Za Andrzej Kobalczyk „Z letnikami nad Pilicę”

Właściciel letniska zadbał o promocję.

Wille szwajcarskie były budowlami o malowniczym wyglądzie. Konstrukcyjnie były to lekkie, drewniane budynki przeznaczone do użytku tylko w sezonie letnim. Nieogrzewane zimą, ulegały postępującej degradacji, niemniej wszystkie dotrwały do grudnia 1914 roku, kiedy to wojska kajzerowskich Niemiec dotarły do linii dolnej Pilicy, na której na całe 5 miesięcy zatrzymał się front. Położone na wysokich brzegach Pilicy wille stanowiły punkty orientacyjne dla rosyjskiej artylerii, poza tym drewno rozbiórkowe można było użyć dla ogrzania żołnierzy zimowa porą. W rezultacie, gdy umilkły działa, z całego kompleksu ostał się tylko jedyny budynek murowany.

W latach międzywojennych powstało parę willi, ale palmę pierwszeństwa przejął położony w górę rzeki Teofilów. Nie nazywano go już stacją klimatyczną, ale swojsko: letniskiem. Po II Wojnie Światowej, zgodnie z duchem epoki, powstały tam ośrodki wypoczynku masowego łódzkich i tomaszowskich fabryk. Tymczasem inowłodzka stacja, ulokowana faktycznie we wsi Zakościele, nie stwarzała warunków dla rozwoju ośrodków wypoczynkowych. Dopiero kolejna zmiana systemu w roku 1989 stworzyła warunki do turystycznego rozkwitu miejscowości. Dzisiaj gości przyjmują tam gospodarstwa agroturystyczne i pensjonaty, działają liczne wypożyczalnie kajaków i rowerów, a nawet stajnia pozwalająca na skorzystanie z jazdy konnej. O uzależnieniu wsi od turystyki świadczy stwierdzenie pracownika wypożyczalni kajaków, który na nasze pytanie o prognozę pogody rzucił: Jak dla mnie, mogłoby padać przez cały tydzień, byle w weekend była ładna pogoda.

Sądząc ze starych fotografii, spacer po Inowłodzu dostarcza dzisiaj więcej przyjemnych wrażeń niż na przełomie XIX i XX wieku. Wydłużony rynek uniknął ogólnopolskiej mody na porządne wybrukowanie. Nie stanowi też jednak przykładu niekontrolowanej ekspansji drzew, krzewów i roślinności zielno-ruderalnej. Widać, że przeprowadzono tu rewitalizację wedle planu przygotowanego  przez architekta krajobrazu. W efekcie powstał całkiem przyjemny mini park, gdzie drzewa mają ukształtowane korony, trawniki są koszone, a alejki cieszą równą nawierzchnią. Ukłonem w kierunku współczesnej mody z dziedziny małej architektury, jest przykrycie dawnej studni miejskiej drewnianym daszkiem i wyposażenie jej w imponujących rozmiarów kołowrót. Domy wokół placu prezentują ciekawą mieszankę stylów architektury małomiasteczkowej i w większości są starannie utrzymane. Przy rynku, obok standardowego zestawu usług dla ludności (poczta, bank, fryzjer itp.), znajduje się też kawiarnio-pizzeria, a nawet galeria sztuki/rzemiosła Czarna Kura. Solidne skórzane torby i metalowa biżuteria nie u wszystkich znajdą uznanie, ale można wpaść na pogawędkę z sympatyczną właścicielką. Na jednym krańcu rynku wznosi się sięgający historią początków XVI wieku kościółek św. Michała Archanioła, a na drugim dwustuletnia synagoga. Łączy je fakt nabrzeżnego usytuowania: kościoła nad Pilicą, a synagogi nad dawnym jej korytem, doprowadzającym też wody do fosy inowłodzkiego zamku. Położenie jest też atutem plebani. Bezpretensjonalny, drewniany budynek góruje nad zbiegającym ku rzece sadem.

Zabudowa przy rynku
Galeria Czarna Kura
Pomysłowe podkreślenie średniowiecznego rodowodu Inowłodza
Studnia miejska
Plebania

Synagoga wymieniana jest w każdym przewodniku jako ciekawostka, gdyż obecnie mieści sklep ogólnospożywczy, zresztą bardzo porządnie zaopatrzony. Personel ze spokojem znosi, że niektórzy z klientów robią zdjęcia zdobiącym wnętrze polichromiom. A te są, w skali Polski, absolutnym unikatem gdyż zawierają modlitwę za panującego władcę i to w dwóch językach: hebrajskim po jednej, a rosyjskim po drugiej stronie świątyni. Jako, że użyto języka rosyjskiego, wychwalano cara Wszechrusi Mikołaja Aleksandrowicza. Odmienna czcionka sugeruje jednak, że tą część inskrypcji zmieniano wraz z intronizacją kolejnego panującego.

Wspomniany już zamek w Inowłodzu, jak to w Polsce najczęściej bywa, wzniósł Kazimierz Wielki, a zniszczyli Szwedzi podczas Potopu. Jeszcze 15 lat temu ostatki jego murów tylko gdzieniegdzie dźwigały się na wysokość 3-4 metrów. W ostatniej dekadzie został jednak zrekonstruowany do postaci tzw. trwałej ruiny. W pomieszczeniach przyziemia oraz pierwszej kondygnacji wygospodarowano miejsce na powierzchnie wystawowe, pomieszczenia dla gminnego ośrodka kultury i biblioteki.

Nad Inowłodzem, na wysokim północnym brzegu Pilicy, wznosi się kościół św. Idziego postawiony jako wotum za narodziny syna przez księcia Władysława Hermana w roku 1082. Ze względu na położenie jest zewsząd widoczny, ale najciekawszą perspektywę daje spojrzenie z  parku położonego przy świeżo zagospodarowanej plaży i przystani kajakowej. Kościół ma za sobą stulecia nieużywania i upadku, zniszczenia wojenne i odbudowy, a swój obecny, wysmukły wygląd zawdzięcza przebudowie w latach 1936-38. Lokalną ciekawostką są murale inspirowane miniaturami zdobiącymi średniowieczne rękopisy. Jeden z budynków kompleksu Ochotniczej Straży Pożarnej wyraźnie naśladuje architekturę kościółka św. Idziego. Chciałbym wierzyć, że eksponowany przed nim stary wóz z ręczną sikawką to ten sam, który w 1902 roku podarował z okazji założenia jednostki właściciel stacji klimatycznej, mecenas Birenzweig.

Synagoga inowłodzka
Dziedziniec zamkowy
Kościół św. Idziego od strony absydy
Kompleks ochotniczej straży pożarnej
Inskrypcja we wnętrzu synagogi wychwalająca cara
Romański kościół św. Idziego
Kościółek św. Michała Archanioła
Zabudowa małomiasteczkowa przy rynku
Czy ta pompa strażacka pamięta początki OSP w Inowłodzu?

Niespełna 12 km na wschód znajduje się gminna wieś Poświętne, a w niej sanktuarium Świętej Rodziny. Dotarłem tam w połowie lat 80-tych XX wieku i wyniosłem pod powiekami obraz imponującej barokowej świątyni położonej na wzgórzu nad dosyć mizerną zabudową wsi. Z biegiem lat zbierając przewodniki i inne materiały dotyczące tego regionu ze zdziwieniem odkryłem, że opisują one Poświętne i jego atrakcje w zadziwiająco zdawkowej formie. Przyczyną mogą być trudności lokalizacyjne. Nie żeby trudno było tam trafić – świątynia jest widoczna z daleka i jadąc droga krajową nr 48 nie sposób jej nie zauważyć. Natomiast samą katolicką parafię przypisuje się do coraz to innych miejscowości. Obecnie oficjalnie będąca pod wezwaniem św. Filipa Neri i Jana Chrzciciela jednostka ma w nazwie wieś Studzianną. To tam znajdował się dwór, w którym pierwotnie przechowywano obraz Świętej Rodziny, zanim uznano go za cudowny. Historycznie był to teren parafii Brudzewice, później włączonej do parafii w Drzewicy.  Kiedy w 1820 roku reaktywowano parafię Brudzewice, w Studziannej i jej przysiółku Poświętnem istniały już trzy kościoły, w tym barokowy gigant postawiony przez nieznanego architekta, ale przypisywany mistrzom tej epoki, a to Tylmanowi van Gameren, a to Francesco Solariemu. Po stu latach przyznano więc parafię Studziannej, ale administrowana jest ona przez księży filipinów z klasztoru w Poświętnem.

Spróbujmy opisać to miejsce. Nad szeroką fasadą, flankowaną niskimi wieżami, góruje potężna kopuła. We wnękach na dwóch poziomach umieszczone są rzeźby świętych związanych ze zgromadzeniem filipinów. Za świątynią rozciągają się klasztor i zabudowania gospodarcze. Kompleks otoczony jest murem przeciętym kilkoma zdobnymi bramami, a całość zwieńczona  jest od frontu dwiema wieżami. We wnętrzu, do którego można tylko zerknąć z kruchty (Niespodzianka? A skądże!), dominuje ołtarz główny, w którym pod srebrnymi koronkami kryje się obraz Świętej Rodziny przy posiłku. Ołtarz jest wykonany z drewna, ale kolumny po jego bokach doskonale imitują zielony marmur. Całości dopełniają malowidła na ścianach i sklepieniu. Na sąsiednim wzgórzu, w miejscu pierwotnej lokalizacji sanktuarium, wznosi się kościółek św. Anny. Po drodze na cmentarz, już faktycznie w Studziannej, znajduje się skromny kościółek św. Józefa. W słoneczne i ciepłe popołudnie ta rzadko używana świątynia bardzo przypominała nam swoje chorwackie odpowiedniki.

Sanktuarium w Poświętnem
Mur klasztorny i jedna z narożnych wież
I co ja mogę? Jedna z rzeżb zdobiących fasadę kościola
Kościółek św. Józefa
Kościół sanktuaryjny – widok od pólnocy
Ołtarz główny
Kościółek św. Anny
Brama na klasztorny folwark

Z drogi Poświętne – Inowłódz, skręcając w stronę Pilicy, można dotrzeć do Szańca Hubala. Tak dla upamiętnienia nazwano miejsce, gdzie w 1940 roku zginął pierwszy partyzant Rzeczpospolitej, jeździec i olimpijczyk z Amsterdamu, major Henryk Dobrzański. Nazwa jest nieco myląca, gdyż oddział Hubala nie stawiał Niemcom długotrwałego oporu zza istniejącego kamiennego kręgu. Biwakujący, w kadłubowej już liczebności, oddział został zaatakowany przez obławę niemiecką, a w czasie krótkiej potyczki zginęło tylko trzech partyzantów, w tym major Hubal. Jest to bardzo malownicze miejsce na skraju lasu. Wewnątrz kamiennego kręgu stoi kamień z tablicą ku czci Hubala. Z boku na osobnym murze wiszą pamiątkowe płyty z nazwiskami wszystkich żołnierzy, którzy przewinęli się przez oddział majora. Nad wszystkim górują brzozowe krzyże. Jako, że w upamiętnienie tego miejsca zaangażował się Polski Związek Jeździecki, obok dużego głazu Hubala spoczywa niewielki kamień z wyrytym napisem Demon, upamiętniający konia majora, który też zginął w czasie feralnej potyczki. Mają w Brukseli swój pomnik gołębie wojskowe, ma reprezentant kawaleryjskich rumaków pod Anielinem. Szkoda, że o tylu innych czworonogach poległych w ludzkich konfliktach nikt nie pamięta.

Szaniec Hubala pod Anielinem
Tablice z listą żolnierzy Hubala
W potyczce zginął też koń majora
Szaniec od frontu
Orzeł zdobiący grzbiet muru
Tablica ufundowana przez PZJ

7 października 1901 roku przed drewnianym kościółkiem w podtomaszowskich Białobrzegach zebrał się, pod kierownictwem księdza proboszcza, tłumek odświętnie ubranych włościan dzierżąc specjalnie przygotowany bochen chleba i naczynie z solą. Wyobraźnia podpowiada, że nad grupą powiewały kościelne i państwowe, biało-niebiesko-czerwone flagi. Kto wie czy wzorem większych miast nie wzniesiono specjalnej bramy tryumfalnej. Ku rozczarowaniu zgromadzonych i proboszcza, orszak cara Mikołaja II i jego małżonki Aleksandry Fiodorowny przejechał przez wieś nie zatrzymując się ani na chwilę. Cesarska para była już może zmęczona udziałem w uroczystości poświęcenia cerkwi prawosławnej w Tomaszowie, a może preferowała kontakty z ludem w formie i czasie zaplanowanym przez dwór.

W każdym razie, w kronice parafialnej z opisem tego dnia pozostała pusta kartka, na której ręką proboszcza, na skos strony, umieszczono adnotację: „Miejsce to miało służyć na położenie podpisów przez Najj. Państwa”. Ksiądz chciał uroczystym powitaniem nawiązać do specjalnych relacji łączących jego poprzednika Ludwika Żmudowskiego z ojcem cara, Aleksandrem III. Otóż ksiądz ów był zapalonym myśliwym i znawcą lasów nadpilickich. Przy pomocy osób bliskich dworowi carskiemu udało mu się zaprosić następcę tronu do udziału w polowaniu w tej okolicy. Było to zaproszenie atrakcyjne dla myśliwego, jako że w pobliżu carskiej rezydencji w Skierniewicach, gdzie akurat przebywała rodzina panująca, można było polować co najwyżej na bażanty i zające. Tak więc we wrześniu 1876 odbyło się 11 dniowe polowanie, w którym ksiądz Żmudziński służył za miejscowego łowczego. Było ono na tyle udane, że carewicz nakazał u ujścia rzeczki Gać do Pilicy postawić stanicę myśliwską, a księdzu podarował złoty pierścień oprawny w diamenty. Zapraszał go też, już jako imperator Wszechrusi, na kolejne polowania w okolicach osady, którą od nazwiska właściciela młyna nad Gacią nazwano Spałą.

Takie były początki śródleśnej rezydencji służącej początkowo jako ustronie dla carów, później dla prezydentów Polski, następnie dla „ciężko pracujących robotników” w ramach Funduszu Wczasów Pracowniczych, a obecnie dla każdego. Początkowo było to całkiem bezpretensjonalne miejsce – tu prym wiodła pani prezydentowa Wojciechowska samodzielnie prowadząc kuchnię. Z czasem, nabierając funkcji reprezentacyjnych, osada obrastała w coraz większą ilość obiektów projektowanych w stylu myśliwsko-alpejskim. Dopiero PRL dorzucił swoje klockowate obiekty i nadbudówki, których jedynym celem było pomieszczenie jak największej ilości gości. Z upadkiem komunizmu oraz FWP, a także otwarciem kurka z funduszami unijnymi, z niepozornej poczwarki począł wykluwać się atrakcyjny motyl.

Widok płacyku prezydenta z pomnikiem żubra na pierwszym planie

Zdjęcia z M. Słoniewski, S. Czestnych „Pałac i ludzie. Historia rezydencji myśliwskiej w Spale 1885-1945”

Obecnie Spała stara się łączyć ofertę dla turysty masowego z estetyką godną koronowanych głów, dyplomatów, ministrów i ojców narodu, którzy niegdyś tu bywali. My zatrzymaliśmy się w pensjonacie o nazwie Carski Dwór, gdzie na ścianach podziwialiśmy pokaźną galerię portretów przedstawicieli rodziny Romanowów, a gdy obrazów zabrakło, dodatkowo oprawione w ramki rosyjskie papiery dłużne. W miejscowości znajdują się również kawiarnio-restauracja Carska Wieża i Carskie Apartamenty. Nie dziwią napisy w cyrylicy i dwugłowe orły. Polacy może są antyrosyjscy, gdy chodzi o geopolitykę, ale zmienia się to, gdy rosyjski akcent może przynieś finansowe zyski.

Carski Dwór
Mikołaj i Aleksandra
Elementy zastawy stołowej z czasów carskich
Galeria rodziny Romanowów
Imperialne godło na ogrodzeniu Carskich Apartamentów

Równocześnie kultywuje się tu prezydencki okres Spały. Z naszego rezerwatu imperialnej Rosji chodziliśmy na śniadania do hotelu Mościcki, a jeden z obiadów zamówiliśmy w restauracji należącej do położonego na drugim brzegu Pilicy hotelu Prezydent. Ulubionym obiektem robienia sesji fotograficznych jest ławeczka Mościckiego, gdzie można przysiąść się do prezydenta na stanowisku myśliwskim, dzierżącego w ręku dwururkę, z psem Lordem u boku. Niegdysiejszy symbol rezydencji, żeliwny pomnik żubra, pierwotnie ustawiony w Zwierzyńcu koło Białowieży, odzyskany na mocy traktatu ryskiego z ZSRR został, decyzją prezydenta Mościckiego ustawiony w przypałacowym parku. Dzisiaj ukryty w zieleni na zapleczu nowego obiektu z apartamentami na wynajem jest nieco zapomniany. Jednak jego wizerunek używany jest powszechnie do celów promocyjnych przez miejscowe instytucje, organizacje i obiekty turystyczne.

Ławeczka prezydenta Mościckiego
Białowieski pomnik żubra w Spale. Fotografia z roku 2013. Budynek w tle zmienił się nie do poznania

Spała to miejsce bogate w historię, ale nie w wartościowe zabytki. O jej uroku stanowi zanurzenie zabudowy w zieleni. Gęste mieszane lasy o prawdziwie puszczańskim charakterze otaczają całą miejscowość. Na spiętrzonej rzeczce Gać stworzono staw, wokół którego spacerują liczni goście. W dół Pilicy na jej wysokim brzegu rozłożyło się uroczysko Grzybek, nazwane tak od wiaty takiegoż kształtu. Kolejni władcy (z pomazania czy też z wyboru) odwiedzali to miejsce piechotą, powozem, konno czy jak Mikołaj II – łódką. W pobliżu ułożono z głazów narzutowych pomnik podnoszący zasługi prezydenta Mościckiego dla odnowienia tradycji łowieckich. Przy tej kamiennej piramidzie skromnie wygląda miejsce pochówku Lorda.

Wzdłuż głównej ulicy rozciąga się malowniczy park projektu wiodącego architekta zieleni przełomu XIX i XX wieków – Waleriana Kronenberga. Został on w ostatnich latach odnowiony, wzbogacony o nowe ogrodzenie i fontannę, ale też uatrakcyjniony o modne obecnie kwiatowe łąki. Spośród nich wyrasta bez mała stuletnia drewniana kaplica prezydencka. Wnętrze tej niewielkiej świątyni, jedynej do której można wejść poza porą nabożeństw, zdobią międzywojenne witraże oraz drewniany ołtarz ukazujący nawrócenie świętego Huberta. W środku jest mrocznie i nastrojowo, a powietrze przesycone jest zapachem drewna. Ceniący celebrę swego urzędu Mościcki, udając się na nabożeństwa, zostawiał większość swojej świty przed drzwiami. Zwykł się za to modlić w towarzystwie delegacji dzieci z miejscowego sierocińca.

Staw na Gaci ze współczesnym budynkiem świetlicy wiejskiej
Dawniej elektrownia wodna, obecnie bar Turbina
Kaplica prezydencka
Harry przy kamieniu Lorda
Willa szwajcarska
Jeden z większych i strojniejszych budynków w Spale
Dawny kompleks zabudowań gospodarczych
Grzybek na uroczysku po ostatniej przebudowie uzyskał więcej nóżek
Carska wieża ciśnień od strony parku

Architektura drewniana Spały i okolic jest ujmująco bezpretensjonalna. Być może wynika to z funkcji, drewniane domki służyły bowiem głównie jako schronienie dla strażników całego kompleksu. Dwa z takich domków znajdziemy przy drogach wyjazdowych na zachód i ku północy. Na najciekawszy można jednak natrafić około 3.5 km na północny zachód od miejscowości, na granicy wsi Glinik i Dąbrowa. Zbudowany z bali i kryty czerwonym dachem domek ma malowane okiennice i okapy oraz półkolistych kształtów drewniany parawan kryjący szczytową część budynku. Pomalowany w wyraziste kolory wygląda wedle opisu na Google maps „jak z ruskiej bajki”.

Spała jest też ważnym miejscem na kajakowej trasie Pilicy. Nad rzekę można wygodnie dojechać, a samochód zostawić na sporym parkingu. Liczne wypożyczalnie działające w okolicy nie skarżą się na brak zainteresowania, na co wpływ ma rzadki w centralnej Polsce charakter rzeki, której obydwa brzegi (na odcinku do Inowłodza) porastają całkiem gęste lasy. My spłynęliśmy do Żądłowic (ok. 18 km). Po drodze zaliczyliśmy dwie mielizny oraz ze cztery bystrza, gdzie dno kajaka szorowało o kamienie. Harry przeżył nurkowanie z kajaka na „główkę”, ale dzięki temu szczęśliwie przekonał się, że potrafi pływać. Na rzece spotkaliśmy sporo kaczek oraz tracze nurogęsi i gągoły z młodymi. Sąsiad z pensjonatu miał więcej szczęścia, bo udało mu się spostrzec czarnego bociana. No i panorama Inowłodza od strony rzeki z obydwoma kościołami definitywnie uatrakcyjnia spływ akurat tym odcinkiem Pilicy.

Domek jak z ruskiej bajki
Pilica pod Spałą
Most wiszący nad Pilicą
Kaczki i tracze odpoczywaja na mieliźnie
Kapliczka w Dąbrowie
Kościół w Inowłodzu od strony rzeki
Pilica płytnie w zielonym obramowaniu lasów
Wysokie brzegi pod Inowłodzem

***

Jednym z niewielu powodów do narzekań letników odwiedzających pod koniec XIX w. stację klimatyczno-leśną w Inowłodzu był stan dróg, a co za tym idzie, czas i komfort dojazdu od najbliższej stacji kolejowej w Tomaszowie. Piasek do pół osi konnego wozu, a po deszczach błoto – to było pierwsze doświadczenie przyjeżdżających na wypoczynek. Właściciel stacji słał monity do władz odpowiedzialnych za ten stan rzeczy, a nawet zakupił w Hamburgu niewielki stateczek parowy w celu transportowania gości. Władze były jednak nierychliwe, a droga wodna, ze względu na zmienną głębokość i krzywizny rzeki zajmowała więcej czasu niż przejazd furmanką. W końcu w 1902 roku zbudowano drogę z Tomaszowa do Inowłodza wiodącą przez Brzustów. Najkrótsza droga przez lasy nadpilickie i Spałę była niedostępna, podróżni nie mieli prawa zakłócać wypoczynku pierwszych osób w państwie.

Zmieniło się to wraz z otwarciem Spały dla wypoczynku masowego. Początkowo nie miało to większego znaczenia, ale wraz z rozwojem motoryzacji, przeciskająca się między pocarskimi zabytkami droga krajowa nr 48 stała się problemem. Wyobraźcie sobie tylko posiadówkę nad espresso w kawiarnianym ogródku, przerwaną dźwiękiem filiżanki podskakującej na spodku i widokiem ogromnego TIR-a w odległości 5 metrów od stolika. Aż się prosi o zastosowanie niemieckiego patentu na okiełznanie ruchu drogowego w miejscach turystycznych, a mianowicie stworzenie dwóch solidnych parkingów na każdym końcu miejscowości z zakazem ruchu tranzytowego pomiędzy nimi. Możnaby wtedy ukoić zmysły sterane zmaganiami z codziennością na podobieństwo gości inowłodzkiej wilegiatury sprzed 100 laty. Pomarzyć zawsze warto…

Kategorie
Polska

Czy Kraśnik może być bardziej krasny

Nie pamiętam już jak dotarliśmy z położonej na uboczu stacji kolejowej na główną ulicę. Moją uwagę zwróciło tylko, że kilka osób, które wraz ze mną i ojcem wysiadło na niewielkiej stacyjce z motoraka, udało się, bez wyjątku, w przeciwna stronę. Gdy już zawędrowaliśmy do historycznego centrum, uderzyła nas cisza. Zanurzyliśmy się w kaniony uliczek gęsto obstawionych trzystu i czterystuletnimi kamienicami. Nad zamkniętymi na głucho wjazdowymi bramami pyszniły się kamienne symbole budowniczych i właścicieli. Okna zabito deskami, czasem jednak zabezpieczenia odpadły i przez zakurzone szyby było widać spłowiałe firanki, czy doniczki z zeschłymi kwiatami. Dachy niektórych domów już się zapadły i tylko murowane kominy utrzymywały pion. Spod opadających tynków wyglądały gotycką czcionką reklamy nieistniejących sklepów. W końcu dotarliśmy pod średniowieczny kościół otoczony, o dziwo, rusztowaniami. Tu wreszcie spotkaliśmy ludzi. Nie byli to jednak robotnicy, a para biednie ubranych staruszków, jakże pasująca powierzchownością do depresyjnego wyglądu okolicy.

Horni Slavkov w okolicach Karlovych Varów odwiedziliśmy korzystając z gierkowskiej liberalizacji warunków podróżowania do innych demoludów (poza ZSRR, oczywiście), w końcu lat siedemdziesiątych XX wieku. Jedno z pięciu największych miast królestwa Czech wzbogaciło się na działalności górniczej. Od końca XVIII wieku działała tam najstarsza w Czechach fabryka porcelany. Dwa wydarzenia z drugiej połowy lat 40-tych XX wieku zdeterminowały jego dalsze dzieje. Po pierwsze wysiedlenie do Niemiec dotychczasowej populacji, po drugie odnalezienie w pobliżu złóż uranu. W rezultacie miasteczko stało się centrum gigantycznego łagru i to jego więźniowie budowali obiekty kopalniane. Początkowo byli też jedynymi pracownikami kopalni. Z oczywistych przyczyn nie zasiedlano nimi opuszczonych domostw, lecz umieszczano ich w położonych na uboczu obozowych barakach. Z czasem zastąpili ich pracownicy przyjeżdżający z głębi kraju. Jako że socjalistyczne relacje społeczne trudno było budować w średniowiecznych kamieniczkach, wybudowano dla nich całkiem udane miasteczko w stylu socrealizmu. Tam właśnie kierowali swe kroki z dworca kolejowego nasi współtowarzysze podróży. Zabytkowe centrum zostało skazane na rozkład i zapomnienie.

Horni Slavkov przed I Wojną Światową
Przykłady porcelany slavkovskiej
A tu w roku 1961
Dawny hotel obecnie ratusz w nowej części Horni Slavkova
Nowe socrealistyczne miasto górnicze

Wspomnienia sprzed  ponad 40 lat uporczywie kołatały się w mojej głowie podczas zwiedzania Kraśnika. Miasto składa się z dwóch części: położonego na wschodzie historycznego centrum oraz oddalonego o 6 km na zachód Kraśnika Fabrycznego, powstałego wokół przedwojennej fabryki amunicji, przekształconej po II Wojnie Światowej w fabrykę łożysk tocznych. Oba miasta połączono w jeden organizm w roku 1975. Chociaż z biegiem lat luki w zabudowie pomiędzy nimi zostały załatane, do dzisiaj odczuwa się tu jakieś wewnętrzne rozdarcie. W gazetce zakładowej z wczesnych lat 50-tych autor, postulując przyznanie praw miejskich przyfabrycznej osadzie, z wyraźną wyższością opisywał Kraśnik, było nie było, powiatową stolicę. No, bo w części fabrycznej wszystko było nowoczesne, zaplanowane i większe. Władza ludowa wolała też tam lokować kolejne inwestycje. Powinno się to zmienić po zjednoczeniu, ale malowniczo rozłożone na wzgórzu centrum Kraśnika pozostaje w swoistym uśpieniu. Nikt tu nie zdecydował się na unicestwienie dzielnicy, co więcej, uratowano przed zniszczeniem kompleks synagogalny, pojawiło się kilka nowych budynków, powołano muzeum, wybrukowano rynek, ale ciągle podstawowym powodem odwiedzania tego miejsca przez mieszkańców jest udział w niedzielnej mszy w kościele parafialnym. Czy umówilibyście się bowiem ze znajomymi, bądź sympatią, pod pomnikiem cegły? Nazwa nie jest zachęcająca podobnie, jak i forma mająca się kojarzyć z wlotem pieca do wypału ceramicznego. Pomnik w 2003 roku ustawili właściciele pięciu okolicznych cegielni. Używając kultowej frazy z filmu Miś, był to pomnik na miarę ich możliwości. Mnie się jednak wydaje, że przy aktywniejszej roli władz miejskich tę ilość budulca można było wykorzystać rozsądniej i ciekawiej.

Kraśnik Fabryczny, lata 50-te XX wieku
Kraśnik Fabryczny, lata 50-te XX wieku
Rynek w Kraśniku
Wielka Synagoga
Ten przesmyk to ulica Ratuszowa
Kościół Św. Ducha
Muzeum 24 Pułku Ułanów
Stary dom na Bóżniczej
Restaurowany budynek dawnego szpitala
Zabytkowy budynek przy kościele Św. Ducha
Pompa na ulicy Piłsudskiego
Pomnik cegły kraśnickiej na rynku

Do Kraśnika, oprócz konieczności zrobienia zakupów na całą majówkę, sprowadziła nas chęć zwiedzenia kościoła parafialnego pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Pochodząca z XV wieku świątynia przedstawia obecnie harmonijną mieszankę stylów – gotyckiego, renesansowego i barokowego. W bogato wyposażonym wnętrzu uwagę zwracają barokowe, złocone ołtarze, piękne polichromie na sklepieniach oraz renesansowe epitafia przedstawicieli rodu Tęczyńskich, którzy władali miastem w XV i XVI wieku. Autorem dwóch z nich był sam Santi Gucci – budowniczy Zygmunta Augusta i Stefana Batorego, dla którego wykonał nagrobek w katedrze wawelskiej. Z jednym z grobowych pomników związana jest romantyczna legenda o niespełnionym związku pana na Kraśniku i Tęczynie – Jana Baptysty i królewny szwedzkiej Cecylii Wazówny. Fakty są następujące: Jan Tęczyński wysłany przez Zygmunta Augusta z misją dyplomatyczną do Szwecji zakochał się z wzajemnością w księżniczce. Podpisano umowę przedślubną i narzeczony powrócił do Polski w celu zdania sprawozdania królowi ze swojej misji. Mimo narastającej wrogości między obydwu państwami spieniężył swe dobra, wynajął statek i popłynął przez Bałtyk po ukochaną. Traf chciał, że wpadł w ręce floty duńskiej, która blokowała wybrzeże szwedzkie. Duńczycy uwięzili go w twierdzy w Kopenhadze, gdzie wkrótce umarł w wieku lat 23. Jego ciało sprowadzono do Kraśnika i pochowano w krypcie kościoła parafialnego.

Widok na kościół Wniebowzięcia NMP ze wzgórza zamkowego.
Dzwonnica przy kościele.
Ołtarz boczny.
Kościół Wniebowzięcia NMP widok od frontu.
Ołtarz główny i sklepienie nad prezbiterium.
Barokowa ambona.

Cecylia została żoną margrabiego badeńskiego Krzysztofa, z którym doczekała się sześciorga dzieci. Po śmierci męża przeszła na katolicyzm. Istnieją przekazy twierdzące, że w 1592 roku przyjechała do Polski na ślub swego brata Zygmunta III Wazy z Anną Austriaczką, a potem odwiedziła Kraśnik, gdzie modliła się przy grobie Jana i ufundowała pamiątkową tablicę. Tablica nie zachowała się, a grobowiec Jana Tęczyńskiego został splądrowany przez Szwedów w czasie Potopu. Ta niecodzienna historia przyciągała uwagę ludzi pióra. Już Jan Kochanowski, zaraz po śmierci Jana, stworzył poemat „Pamiątka wszystkimi cnotami hojnie obdarzonemu Janowi Baptyście hrabi na Tęczynie, bełskiemu wojewodzie i lubelskiemu staroście”, a w XIX wieku do tematu wrócił Julian Ursyn Niemcewicz pisząc powieść historyczną „Jan z Tęczyna”. Onże zwrócił uwagę na kraśnicki nagrobek przedstawiający parę pochylonych ku sobie młodych ludzi obejmujących się ramionami i trzymających za ręce. Ich postacie układają się w kształt zbliżony do serca. Wizerunek pasował do historii niemogących się połączyć kochanków, więc został okrzyknięty nagrobkiem Jana i Cecyli. Z czasem historycy sztuki odkryli, że to nagrobek rodzeństwa – Andrzeja i Zofii z bocznej linii Tęczyńskich, ale legenda trzyma się mocno. Tyle, że chyba poza Kraśnikiem, gdyż miasto nie próbuje dyskontować jej potencjału.

Renesansowy nagrobek jednego z Tęczyńskich.
Domniemany nagrobek Jana i Cecylii.

Bazę wypadową założyliśmy w odległym o kilkanaście kilometrów od Kraśnika Salominie. Drewniany dom z zewnątrz nie zdradzał, że pomieścimy się w nim całą szóstką, plus dwa psy. Dzięki jednak umieszczeniu kuchni i jadalni w szklanej dobudówce od strony ogrodu, w środku było całkiem komfortowo. Gdy pogoda zaczęła grymasić, gromadziliśmy się wokół kominka grając w gry planszowe lub oglądając filmy. Domek był nam udostępniony na wyłączność, ale miał stałego mieszkańca. Solidnej budowy suczka Tosia, po wstępnych nieporozumieniach dogadała się z naszymi urwisami. Biegała z nimi po polach podczas porannych i wieczornych spacerów, a my wpuszczaliśmy ją pod dach, gdy na zewnątrz siekała ulewa i hulał wiatr.

Antonia w ulubionej pozie.
Sfora na spacerze. Po lewej stronie drogi nasza baza.

Salomin znany jest z dwóch powodów. Po pierwsze wodę, przed zbudowaniem wodociągów, czerpano tu z trzech studni o głębokości 60-80 metrów – najgłębszych na całej Lubelszczyźnie. Po drugie, stąd właśnie dokonano rekordowej obserwacji długodystansowej Tatr – w prostej linii to jakieś 230 km! Pole do takich obserwacji stwarza położenie miejscowości na krawędzi Wyżyny Lubelskiej. Ku południowi rozciąga się Kotlina Sandomierska, a na zachód Małopolski Przełom Wisły, obydwie krainy położone o jakieś 100 metrów niżej, niż pofalowany płaskowyż, na którym rozłożyła się wieś.

Jako, że uczestnicy naszej wycieczki wciąż nie byli w pełni zabezpieczeni przed COVID’em planowo unikaliśmy większych skupisk ludzkich koncentrując się na atrakcjach dostarczanych przez naturę. W okolicy mieliśmy sporo rezerwatów i pomników przyrody, w dodatku o krańcowo różnej specyfice. W zasięgu pieszej wycieczki z Salomina były dwa obszary chronione. My wybraliśmy się do rezerwatu Doły Szczeckie. To ponad 200 ha mieszanego lasu z przewagą buka i grabu, porastającego zbocza wyżyny opadające ku południowi. Teren pocięty jest jarami i wąwozami, a różnice poziomów między najwyższym, a najniższym punktem przekracza 80 metrów. Wczesną wiosną, zanim drzewa obsypią się listowiem, dno lasu pokrywa dywan białych zawilców przerywany gdzieniegdzie żółtymi plamami kwiatów ziarnopłonu. Ciekawostką jest występowanie w tym miejscu typowo górskiego gatunku, jakim jest żywiec gruczołowaty. Jego fioletowych kwiatów nie było nam jednak dane zobaczyć ze względu na tegoroczne opóźnienie wiosny.

Jar w Szczeckich Dołach.
Kolejny jar.
Zawilce.
Wiatrołom w rezerwacie.
Łuskiewnik.
Harry podziwia krajobrazy.
Kwitnący ziarnopłon.
Obalony totem.

Parę kilometrów dalej, w miejscowości Łany, u podnóża skarpy doliny rzeczki Tuczyn, biją podpływowe źródełka rzadko spotykane na Wyżynie Lubelskiej. Wypływająca pod ciśnieniem woda wzbija warstwę luźnych piasków, tworząc mini gejzery rozsiane po dnie kilku niewielkich stawków. Ponieważ temperatura wody wynosi niezmiennie ponad 10°C, jest to najcieplejsze źródło na terenie Roztocza i Wyżyny Lubelskiej! Woda z tych źródeł ma dobry smak i najniższą z notowanych w wodach źródlanych w Polsce zawartość chlorków. Gdy zawitaliśmy na źródlisko, nastąpiło istne oberwanie chmury. W strugach płynącej wody okolica wyglądała tym bardziej nastrojowo. Krople deszczu wywoływały na powierzchni rozchodzące się koliście fale i wzmacniały efekt ruchomego dna w każdym ze stawków. Źródliska znajdują się w części wsi bardziej oddalonej od gminnego Gościeradowa. Jadąc samochodem łatwo je minąć. Należy wypatrywać łąki ze sztucznie wykopanym stawem oraz sporej wiaty położonej poniżej skarpy, po której biegnie droga. Na miejscu jest też spory parking.

Źródlisko w Łanach.
Źródlisko w Łanach.
Źródełka podpływowe.
Rzeczka Tuczyn w strugach deszczu.

Wizyta w rezerwacie Imielty Ług przynosi diametralnie odmienne wrażenia. Rezerwat położony jest już w Lasach Janowskich, na równinie rozciągającej się na południe ku dolinie Tanwi. Na imponującej powierzchni 800 ha znajdują się dwa pokaźne stawy przecięte groblą, porośnięte sosnowym borem wydmy oraz rozległe torfowiska typu zarówno przejściowego, jak i wysokiego. Poprowadzona przez rezerwat ścieżka przyrodnicza umożliwia poznanie wszystkich jego biotopów oraz dokonanie obserwacji gęsi gęgawych, czernic, perkozów, czy czapli. Przy odrobinie szczęścia można spotkać bielika lub rybołowa, a ze ssaków łosie i wilki. Nam się to nie udało może dlatego, że ruch był całkiem spory – w czasie 2 godzinnego spaceru spotkaliśmy ponad 20 zwiedzających. Ja cenię sobie pewną ekskluzywność turystyki przyrodniczej, ale dostrzegam, że zwiększone zainteresowanie terenami nieskażonej natury przekłada się na zwiększoną świadomość ich unikalności, a co za tym idzie presję społeczną na rzecz ich ochrony. Po pokonaniu grobli między stawami dociera się na wydmę o nazwie Duża Grępa. Wcina się ona cyplem między południowym ze stawów, a torfowiskiem porośniętym borem bagiennym. Na jego końcu postawiono wieżę widokową. Widoczna z niej panorama kojarzy się bardziej z krajobrazami Finlandii, niż południowej Polski.

Imielty Ług – bór na torfie
Kępa turzycy.
Widok z grobli.
Kładka przez torfowisko wysokie.
Grobla biegnąca przez stawy
Krajobraz ciągle przedwiosenny.
Widoki niemal skandynawskie.
Kapliczka w rezerwacie.

Trzeci z odwiedzonych przez nas rezerwatów miał jeszcze inny charakter. Góry Pieprzowe na wschodnich przedmieściach Sandomierza górski wygląd mają tylko od strony Wisły. Są to góry pozbawione wierzchołków. Za to opadające stromo ku dolinie rzeki oraz pocięte wąwozami zbocza to  już co innego. Poprowadzone po nich ścieżki mają nawet zabezpieczenia w postaci grubych lin. Budujące góry kambryjskie łupki na stokach wychodzą na powierzchnię i wietrzejąc rzekomo upodobniają się do ziaren pieprzu. Stąd ma pochodzić nazwa miejscowa gór. Mnie jednak bardziej przekonuje hipoteza, że wyeksponowane ku południowi zbocza muszą być w lecie suche jak pieprz. Stąd bogactwo roślinności stepowej i sucholubnej. Pojedyncze sosny uczepione stromych stoków budzą też pewne skojarzenia z Pieninami. Powrót na wierzchowinę wzdłuż spływającego jarem strumyka to jeszcze inne doświadczenie. Stroma i wąska ścieżka przeciskająca się między gęstymi zaroślami, konieczność pokonywania blokujących ją połamanych gałęzi, coraz stromsze zbocza wąwozu, nasuwają zwątpienie czy rzeczywiście samochód zostawiliśmy nie dalej, niż 500 metrów stąd. Co do parkingu, to najlepiej zostawić wóz przy pensjonacie Willa Dzika Róża. Parking jest płatny, ale położony bardzo blisko punktu widokowego na dolinę Wisły, Kotlinę Sandomierską i samo miasto. Drogi prowadzące w pobliże Gór Pieprzowych są wąskie, a ich pobocza nie nadają się do parkowania. Oczywiście samochód można zostawić w Sandomierzu i udać się do celu czterokilometrowym spacerem.

Góry Pieprzowe – widok na starorzecze Wisły.
Strome ścieżki są zabezpieczone linami.
Widok na Sandomierz.
Skromna naśladowczyni sosny z Sokolicy,
Od strony rzeki mają górski charakter.
Podłoże niepokryte zielenią to wychodnią łupków kambryjskich czyli tzw. goła skała.
Kwitnący wilczomlecz.
Ścieżka powrotna na parking.

Obserwacji prawdziwie długodystansowych nie udało nam się niestety dokonać, być może z braku odpowiedniego wyposażenia. W okolicy Gościeradowa oraz Stróży wdrapaliśmy się jednak na wzgórza, z których widok jest wystarczająco daleki. Nie ma tu wybitnych szczytów, ale oko cieszy mnogość długich grzbietów, oddzielonych głębokimi dolinami. Jako, że była wiosna, roślinność będąca na różnych etapach wegetacji znaczyła krajobraz wieloma odcieniami zieleni oraz bielą kwiecia.

Poza zabytkami Kraśnika – oprócz wspomnianych wcześniej kościoła i synagogi warte zobaczenia są poszpitalny kościół św. Ducha i restaurowany obecnie budynek przytułku (dworek modrzewiowy) – w okolicy wyróżniały się dwie świątynie. W Stróży, na wschód od Kraśnika, znajduje się kaplica św. Trójcy, postawiona na odpowiednim do wezwania planie trójkąta. Powoduje to dziwne skrzywienie połaci jej dwuspadowego dachu. Kaplica stoi na wysokim brzegu doliny Wyżnicy, przeglądając się w lustrze wody ulokowanych w niej stawów. Ponieważ sąsiaduje z cmentarzem, pełni funkcje kaplicy grzebalnej. Niestety, z pozostałych stron otaczają ją duże i mniejsze zakłady usługowe i produkcyjne. Przy głównej ulicy natomiast pyszni się nowy kościół parafialny wybudowany w nadekspresyjnym, a jednocześnie całkowicie nijakim stylu industrialnym. Taki paradoks: obiekt, który mógłby zdobić, jest starannie ukryty, natomiast ten niewątpliwie brzydki, jest bezwstydnie wyeksponowany. Druga wyróżniająca się świątynia – cmentarny kościół św. Anny w Zaklikowie, liczy sobie ponad 400 lat, ale nie wiek czyni ją oryginalną. Jej drewniane ściany są do wysokości 3-3,5 metra pokryte tabliczkami trumiennymi z nazwiskami i datami urodzin i śmierci osób pochowanych na tutejszej nekropolii. A że w mieście działali uzdolnieni kamieniarze, to w pobliżu kościółka można znaleźć wiele wykonanych z artystycznym zacięciem nagrobków.

Kaplica Św. Trójcy w Straży kontrastuje wyglądem z współczesnym kościołem parafilanym w tej miejscowości.
Kościół św. Anny w Zaklikowie.
Na jego ścianach umieszczone satabliczki trumienne.
Jest otoczony przez cmentarz.
Na cmentarzu znajduje się wiele ciekawych nagrobków.

Odwiedzając mniejsze miasta okolicy, a byliśmy jeszcze w Zawichoście dla zobaczenia wodomierza znanego z raportu o stanie wód, podawanego przez Polskie Radio, mimowolnie porównywaliśmy ich centra z okolicami kraśnickiego rynku. I zawsze porównanie wypadało na niekorzyść Kraśnika. W moim rodzinnym Białymstoku zwykło się mawiać, że tam wszystko następuje później, bo mieszkańcy stosują kalendarz prawosławny. W Kraśniku właśnie teraz, w roku 2021, remontowane są, ku utrapieniu kierowców, główne ulice miasta. W większości miast w kraju tego typu inwestycje już dawno ukończono. W ramach programu rewitalizacji remontowanych jest też kilka kamienic. Mam jednak nieodparte wrażenie, że aby w kraśnickie Stare Miasto tchnąć więcej życia, potrzebne są nie tylko pieniądze, ale przede wszystkim pomysł. Bez tego nie będzie można mówić o rewitalizacji, a wyłącznie o remontach poszczególnych obiektów.

Słynny wodometr w Zawichoście.
Prom przez Wisłę.
Widok na Zawichost od przystani promowej.
Wisła pod Zawichostem.

Nie miałem jeszcze okazji odwiedzić powtórnie Horni Slavkov. Zwiedziłem go jednak wirtualnie oraz starałem się znaleźć informacje ze źródeł pozamiejskich o tym, jak wygląda i czym żyje obecnie ta miejscowość. Miasto podkreśla swoją górniczą, chlubną przeszłość oraz fakt, że było modelowym przykładem architektury socrealizmu. Jako obiekty warte zwiedzenia wskazuje odrestaurowany kościół Sv. Jiří. Na fotografiach można podziwiać odnowione kamienice, choć wydaje się, że mimo świeżych tynków i kolorowych dachów nie wszystkie zostały zasiedlone. Na zdjęciach z satelity, czy Google Street View, w oczy rzuca się znaczny udział przestrzeni niezabudowanej w historycznym centrum miasteczka. Nic dziwnego, gdyż, jak się okazuje, złych czasów nie przetrwało 70% zabytkowej substancji miasta. Trzymam kciuki za Kraśnik, aby zdołał ocalić swoje centrum przed podobnym losem.

Kategorie
Polska

Wędrujące zabytki

Figurę siedzącej kobiety odzianej w złote szaty spływające w licznych fałdach na jej kolana i stopy umieszczono w złotym barokowym obramowaniu. Spod błyszczącej korony na przykryte króciutką pelerynką ramiona opadały niezliczonymi lokami kasztanowe włosy. Pucołowata twarzyczka z prostym noskiem i ledwo zarysowana kreską ust emanowała spokojem. Po  obu stronach koronowanej głowy unosiły się dwa bezskrzydłe aniołki okrywające plecy świętej osoby podbitą niebieskim materiałem opończą. Ułożenie rąk i dłoni figury sugerowało, że pierwotnie musiała trzymać w nich jakiś atrybut swojej pozycji. Czerwony bucik wysuwający się spod fałdów sukni spoczywał na pysku przyklękłego przed nią czarnego stwora o wyglądzie mastifa. Na jego widok cała nasza, psiolubna grupa zakrzyknęła „O, Mimsio!” (taki przydomek nosi Vinyl – czarnofutry podopieczny mojej córki i zięcia, o  którym więcej można przeczytać we wcześniejszym wpisie „O urokach podróżowania z psem”).

Św. Małgorzata z cegłowskiego kościoła

W ten sposób świętą Małgorzatę z Antiochi oddał uczeń Wita Stwosza – mistrz Lazarus Gertner z Ulm, który na zamówienie kapituły warszawskiej wykonał w roku 1510 ołtarz do kościoła św. Jana w Warszawie – obecnej katedry warszawskiej. Wraz trzema innymi, bardzo popularnymi w średniowieczu, świętymi niewiastami: Katarzyną Aleksandryjską, Dorotą z Cezarei i Barbarą z Nikomedii, asystuje centralnej scenie pogawędki świętych (Santa Converatione) prowadzonej między Matką Boską, a świętym Janem Chrzcicielem i biskupem Stanisławem ze Szczepanowa. Ciekawy jest już wybór całkowicie żeńskiej asysty umieszczonej na skrzydłach tryptyku, ale na tym nie koniec niespodzianek. Opisana wyżej święta Małgorzata powinna mieć za atrybuty krzyż, liść palmy i smoka. Ten ostatni symbolizuje szatana, który starał się, bezskutecznie, odwieść ją od wiary chrześcijańskiej. Lazarus za symbol poskromionego zła przewrotnie wybrał czarnego psa, który w symbolice średniowiecznej miał jednoznacznie pozytywną konotację z wiernością i służbą.

Odwiedzając katedrę na warszawskim Starym Mieście na próżno będziemy jednak rozglądać się za tym arcydziełem późnogotyckiej snycerki. Już w nieco ponad sto lat po jego wykonaniu uznano, że w podniesionym do rangi stołecznej mieście, główna świątynia zasługuje na bardziej reprezentacyjny ołtarz. Większy i co ważniejsze, wykonany we wchodzącym w modę stylu barokowym. Podjęto wówczas decyzję o przeniesieniu starego ołtarza do kościoła w stanowiącej uposażenie kapituły kolegiackiej św. Jana Chrzciciela, wsi Cegłów, położonej 55 km na wschód od Warszawy.

Cegłowski kościół
Ołtarz mistrza Lazarusa

Kanonicy kapitulni  sprzed 400 lat wykazali się świadomością wartości artystycznej dzieła mistrza Lazarusa lub, po prostu, byli ludźmi praktycznymi, rozumiejącymi, że ciąży na nich obowiązek wyposażenia cegłowskiej świątyni. A po co wydawać środki na sfinansowanie nowych zamówień, skoro w zasobach ma się już gotowy ołtarz. Z grubsza rzecz biorąc takimi motywami, aż po dzień dzisiejszy, kierują się osoby podejmujące decyzje skutkujące migracjami obiektów zabytkowych do nowych lokalizacji.

Stojąc przed cegłowskim ołtarzem starałem się przypomnieć sobie przykłady innych, z założenia nieruchomych obiektów, które jednak przenosiły się, często po kilkakroć, w nowe miejsca. Zdarzało mi się wspominać na łamach „Za widnokręgiem” o przenoszeniu zabytkowych elementów kamieniarki we Wrocławiu, czy w Brukseli, ale zapewne najczęściej przenoszonymi były budowle drewniane. Decydowała o tym prostota, zarówno konstrukcji, jak i demontażu. Powszechność drewnianego budownictwa mieszkaniowego w przedwojennym Białymstoku była tłumaczona tym, że w okresie raptownej industrializacji miasta po Powstaniu Styczniowym ludność okolicznych wsi przenosiła się do pracy w mieście, nie tylko z dobytkiem ruchomym, ale też z dotychczasowym, rozłożonym na pojedyncze belki domem, który następnie starannie odtwarzała na przydzielonym spłachetku miejskiego gruntu. Proces taki musiał być żywiołowy i pozostaje słabo udokumentowany. Z czasem domy takie starzały się, a warunki życia, które zapewniały, coraz dalej odbiegały od oczekiwań kolejnych pokoleń już „miastowych” mieszkańców. Ani mieszkańcy, ani władze, nie widziały w ich historii niczego cennego, więc cały proceder nie został oceniony, ani ilościowo, ani jakościowo, a jego skali możemy się tylko domyślać.

Inaczej rzecz ma się z drewnianymi obiektami sakralnymi, których peregrynacje zostały opisane zarówno w kronikach parafialnych, jak i dokumentacji konserwatorskiej. Podróżując ostatnio przez północno-wschodnie Mazowsze przejeżdżałem przez Krasnosielc. Wznosi się tam skromny, acz harmonijnej architektury kościółek klasycystyczny, zbudowany w końcu XVIII wieku z fundacji Krasińskich. Musiał mu ustąpić miejsca ledwo 50 letni wówczas obiekt drewniany, który zdecydowano się przenieść do pobliskiego Drążdżewa. Tam spędził następnych 200 lat, by po zbudowaniu nowej, murowanej świątyni pójść na dziesięcioletnie „bezrobocie”, by od 2007 roku, po odbyciu 120 kilometrowej podróży, osiąść szczęśliwie w Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu.

Skanseny wydają się naturalnym miejscem ulokowania zabytkowych obiektów drewnianych, których właściciel nie chce lub nie może utrzymywać w dotychczasowej roli. W ten sposób do Nowego Sącza trafiła cerkiew z Czarnego w Beskidzie Niskim, a do Sanoka, ta z bieszczadzkiego Rosolina. W obydwu przypadkach wspólnoty religijne korzystające z tych świątyń przestały istnieć w wyniku powojennych przymusowych wysiedleń ludności łemkowskiej i bojkowskiej z ich ojcowizny. Skansen to lokalizacja bezpieczna, ale nieco sztuczna, jako że związana ze zmiana funkcji z liturgicznej na wystawową. Dlatego może lepiej, że Górnośląski Park Etnograficzny powstał ostatecznie w Chorzowie, a nie, jak  planowano przed II Wojną Światową, w Parku Kościuszki w Katowicach. Dzięki sprowadzonemu w 1938 roku z Syryni nad Odrą ponad 400 letniemu kościółkowi św. Michała Archanioła Katowice chlubią się posiadaniem zabytku z XVI wieku, a młode pary zyskały malownicze miejsce ceremonii ślubnych, jak też towarzyszących im sesji fotograficznych.

Kościół w Drążdżewie, fot. D. Krzesniak
Cerkiew z Czarnego w Sądeckim Parku Etnograficznym, fot. Henryk Bielamowicz, lic. CC-BY SA 4.0
Wnętrze cerkwi z Czarnego, fot. Henryk Bielamowicz, lic. CC-BY SA 4.0

Cerkiew z Rosolina w MBL w Sanoku, fot. Henryk Bielamowicz, lic. CC-BY SA 4.0
Kościół św. Michała Archanioła w Katowicach
Wnętrze najstarszego zabytku miasta, fot. Paweł Grzywocz, lic. CC-BY SA 2.5 

Pod względem pokonanej odległości żaden z przeniesionych kościółków nie może się równać z kościółkiem Wang. Przebył on trasę z środkowej Norwegii, przez Szczecin i Berlin, do Karpacza, bagatela – ponad półtora tysiąca kilometrów. Jest to też obiekt z najdłuższą historią. W chwili nabycia przez króla Prus Fryderyka Wilhelma IV liczył już sobie ponad 700 lat. Wprawdzie osoba prowadząca prace budowlane w Karpaczu narzekała, że ledwo 15% sprowadzonych z Norwegii części nadawało się do użycia, jednak obowiązująca wówczas praktyka konserwatorska dopuszczała dosyć dowolne uzupełnianie zabytkowego oryginału. W rezultacie światynia w dzisiejszej formie jest, podobnie jak neogotyckie zamki, bardziej staronorweska w wyglądzie, niż jakakolwiek z tych, które pozostały w Norwegii.

Kościółek Wang po przeniesienu do Karpacza, domena publiczna

Kościółek Wang zanim trafił do Karpacza był przeznaczony do muzeum berlińskiego. Król zmienił zdanie w tej kwestii pod wpływem sugestii hrabiny von Reden z Bukowca, posiadaczki posiadłości sąsiadującej z królewskimi Mysłakowicami. Czyli Karpacz był nieplanowaną lokalizacją. Natomiast Kunčice pod Ondřejníkem, położone w Beskidzie Śląsko-Morawskim, gdzie znajduje się kościółek św. Prokopa i Barbary, były lokalizacją przemyślaną. Tam mianowicie miał swój letni dom dyrektor Przedsiębiorstwa Górniczo-Hutniczego w Ostrawie, inż. Śebely. Był on człowiekiem majętnym, a córkę miał wydać za hrabiego Larisch-Monnicha. Jako kochający ojciec chciał, aby uroczystość ślubna miała jak najwspanialszą oprawę. Dlatego, w 1928 roku zakupił na należącym wówczas do Czechosłowacji Zakarpaciu cerkiewkę, którą zlecił zdemontować, przewieźć do Kunčic i ustawić ponownie naprzeciwko swojego domu. Pierwszą uroczystością odbywającą się w tej świątyni był ślub córki inżyniera. Kto jeszcze uważa, że Czechom brakuje fantazji?

Kościół św. Prokopa i Barbary w Kunčicach, fot. Daniel Baránek, lic. CC-BY SA 3.0

Nadnarwiański Tykocin zwany jest barokową perłą Podlasia. Wjeżdżając do miasteczka od północy mija się całkiem udaną rekonstrukcję zamku królewskiego i wkrótce już można zobaczyć górujące nad niską zabudową barokowe szczyty wież kościoła parafialnego oraz stromy dach synagogi. Jak twierdzą najstarsi mieszkańcy, niegdyś aby dotrzeć do miasta, trzeba było pokonać siedem drewnianych mostów, gdyż tyloma ramionami toczyła swe wody Narew. Obecnie, po regulacji biegu rzeki, most jest tylko jeden (nie licząc pomniejszych przepustów), ale za to jaki! Zwieńczony czterema łukami metalowych kratownic, tylko w jednej trzeciej długości biegnie ponad rzeką, a w pozostałej części nad zalewowymi łąkami. W sezonie zawsze można na nim spotkać turystów starających się z tej perspektywy uchwycić najbardziej malownicze ujęcie w obiektywie swoich aparatów fotograficznych. Przyglądając się uważnie elementom metalowej konstrukcji w części północnej mostu, znajdziemy niewielką tabliczkę informującą, że obiekt zbudowała (w oryginale wzmocniła – verstärkt) w roku 1910 firma Beuchelt & Co. z Grünberg, Schl. Ta zielonogórska firma wyprodukowała wprawdzie blisko 500 mostów stalowych, ale znakomita większość z nich stanęła w granicach wilhelmińskiej Rzeszy Niemieckiej (na Śląsku firma miała bez mała monopolistyczną pozycję). Nieliczne mosty jej produkcji poza Niemcami stawiane były w koloniach lub np. na trasie strategicznej dla kajzera inwestycji, jaką była linia kolejowa Berlin – Bagdad. Most w Tykocinie, służący przed I Wojną Światową głównie jako ułatwienie dojazdu ludności wiejskiej na targ w miasteczku, na pewno nie miał takiej rangi. Zresztą nawet w Polsce międzywojennej mosty o trwałej (metalowej, czy żelbetowej) konstrukcji stawiano głównie na liniach kolejowych. Natomiast mosty drogowe, poza dużymi miastami i najważniejszymi szlakami komunikacyjnymi, budowano z drewna. Wziąwszy pod uwagę natężenie ruchu oraz niską średnią masę ówczesnych  pojazdów, było to rozwiązanie zupełnie wystarczające. Jak więc ciekawy przykład architektury mostowej epoki wilhelmińskiej zawitał na podlaską prowincję? Otóż jest to zdobycz wojenna z czasów II Wojny Światowej. Wycofujący się Wehrmacht wysadzał przeprawy mostowe, ale dla utrudnienia ruchu wojsk przeciwnika wystarczało zniszczyć jedno, czy dwa przęsła. Zdobywcom, zwłaszcza na szerszych rzekach, pozostawały jeszcze spore odcinki mostów do wykorzystania. Armia Czerwona demontowała je i wywoziła na wschód, ale zagęszczenie infrastruktury na ziemiach przyłączonych do Polski było tak duże, że wystarczyło i dla nas. W latach 50-tych XX wieku most trafił do Tykocina, niestety bez informacji o pierwotnej lokalizacji. W ostatnich latach w Zielonej Górze i Wrocławiu wyrażano pewne zainteresowanie pochodzeniem mostu tykocińskiego, ale w przeciwieństwie do przewiezionych po wojnie pomników i pomniejszych dzieł sztuki nie zażądano jego rewindykacji.

Most w Tykocinie, po lewej stronie w tle widoczny zamek

W tym samym czasie, choć w mniej dramatycznych okolicznościach, zdecydowano o losach zdemontowanego kilka lat wcześniej mostu w Fordonie koło Bydgoszczy. Ta otwarta w 1893 roku przez cesarza Wilhelma II przeprawa liczyła sobie 1325 m długości (dokładnie tyle, co aleja Unter den Linden w Berlinie) i była najdłuższą w ówczesnych Niemczech. Most składał się z dwóch części: biegnącej nad rzeką oraz nad terenami zalewowymi doliny Wisły. Część nadrzeczna podczas II Wojny Światowej była niszczona przez saperów, już to polskich w 1939 roku, już to niemieckich w 1945 roku. Część lądowa mostu natomiast przetrwała nienaruszona do powojennej odbudowy, kiedy to, ze względów oszczędnościowych, postanowiono most skrócić o 310 metrów. Część trasy poprowadzono po nasypie, a nowy most uzyskał szersze jezdnie. Zdemontowane stare przęsła, po konserwacji, rozdysponowano w następujący sposób: do Brzegu nad Odrą, do Plosek nad Narwią, do Dorohuska i Zosina nad Bugiem, do Jarosławia nad Sanem i wreszcie jedno przęsło otrzymał Czarnków nad Notecią. Byłoby prawdziwym chichotem historii, gdyby most w Tykocinie pierwotnie łączył brzegi Odry w Brzegu (a firma Beuchelt & Co. postawiła nad Odrą aż 42 przeprawy), a następnie powędrował na wschód, zaś na jego miejsce sprowadzono elementy mostu z Fordonu.

Most w Fordonie, przęsłą części nadrzecznej byly łukowato zamknięte
Dwa przęsła części nadzalewowej fordońskiego mostu przeniesiono do Plosek nad Narwią

Mosty przenoszono także w międzywojniu, czego najlepszym przykładem jest ten z Opalenia na Wiśle, kilka kilometrów na południe od Kwidzyna. Zbudowano go w 1909 roku, a swoją przydatność wykazał w pierwszych tygodniach I Wojny Światowej służąc szybkiemu przerzuceniu oddziałów niemieckich do zagrożonych rosyjską ofensywą Prus Wschodnich. W rezultacie Rosjanie zostali pokonani w bitwie pod Tannenbergiem. Jednak Niemcy przegrali całą wojnę i zgodnie z warunkami traktatu wersalskiego musieli oddać Polsce korytarz pomorski, a także dolinę Wisły na wschód od rzeki, aż do wałów przeciwpowodziowych. Ponad kilometrowej długości most znalazł się w całości na terenie Polski, gdzie okazał się niepotrzebny, bo można nim było dojechać co najwyżej do nadrzecznych łąk. W tej sytuacji podjęto decyzje o rozbiórce, przeprowadzonej w latach 1928-29. Z większości pozyskanych przęseł zbudowano most drogowy w Toruniu, a z części także most nad ramieniem Warty w Koninie. W korycie Wisły pozostały, do dzisiaj widoczne, potężne filary, na których wspierała się oryginalna konstrukcja.

Most w Opaleniu przed I Wojną Światową
Most w Toruniu zbudowany z przęseł mostu opaleńskiego, fot. Jacek 767, lic. CC-BY SA 3.0
Filary mostu w Opaleniu

Już w XXI wieku w Poznaniu przeprowadzono spektakularną operację przeniesienia na odległości około jednego kilometra w dół rzeki przęsła nadrzecznego mostu Św. Rocha i osadzenia go, jako kładki pieszo-rowerowej łączącej Ostrów Tumski i Śródkę, w miejscu, gdzie od X wieku, aż do roku 1970, już istniała przeprawa mostowa. Przęsło starego mostu, zbudowanego w roku 1949, trzeba było przewieźć po specjalnie zbudowanych z obu stron rzeki torach oraz przemieścić nad znajdującym się po drodze mostem Mieszka I. Ważące 450 ton przęsło podniesiono w tym celu na wysokość 9 m, przetoczono nad mostem Mieszka I, aby je znowu opuścić na poziom gruntu. W dniu 29 września 2007 roku setki poznaniaków oglądały kulminacyjny moment przetaczania stalowego przęsła po moście. Wprawdzie po przeniesieniu zmienił on nazwę na Most Cybiński, ale nie zmieniły się ryzykowne zwyczaje młodych mieszkańców miasta, którzy spacerują, a nawet próbują przejazdu rowerem po łukach stalowej konstrukcji.

Most Cybiński w Poznaniu z katedrą w tle
Zdemontowane przęsło mostu św. Rocha czeka na przeniesienie w nowe miejsce, fot. Krzysztof Piechota, lic. CC_BY SA 4.0

W latach 60-tych XX wieku większość historycznych budowli Warszawy została już odbudowana. Minął też okres bezmyślnego wyburzania obiektów, które przetrwały hekatombę bombardowań i podpalania, ale stały na przeszkodzie wizji tworzenia nowoczesnego urbanistycznie miasta. Władze chlubiły się przychylnym stosunkiem do zabytków przeszłości oraz wiedzą i umiejętnościami polskich konserwatorów. Gdy więc dochodziło do kolizji planów dalszego rozwoju z szacunkiem do zabytkowej materii miasta kilkakrotnie zdecydowano się na spektakularne przemieszczenie całych wielkogabarytowych obiektów murowanych. Zaczęto w 1961 roku od północnego budynku rogatek grochowskich, co umożliwiło poszerzenie ulicy biegnącej między nimi. Niespełna rok później, o 21 metrów na północ przesunięto cały, ważący 6,8 tysięcy ton, kościół Najświętszej Marii Panny przy warszawskim Lesznie (wówczas al. Świerczewskiego). W końcu, w 1970 roku przeprowadzono najbardziej skomplikowaną, wielotygodniową operację przekręcenia o 74⁰ Pałacu Lubomirskich. Tu przyczyną była chęć wizualnego zamknięcia osi saskiej, pozbawionej na swoim wschodnim końcu nieodbudowanego Pałacu Saskiego. Przy okazji przesunięty obiekt zasłonił wschodni budynek Hal Mirowskich, którego neogotycka architektura nie cieszyła się naówczas uznaniem władz. W tej samej dekadzie przesunięto jeszcze, choć bez zbytniego rozgłosu, wartownię numer 1 na Westerplatte w Gdańsku. Obiekt, kluczowy punkt oporu polskiego w pierwszych dniach września 1939 roku, musiał ustąpić miejsca poszerzonemu kanałowi portowemu. Po 30 letniej przerwie moda na przemieszczanie zabytków powróciła. W zmienionych warunkach ustrojowych nie decydowali już o tym politycy, ale konserwatorzy zabytków. W 2001 roku los północnej sąsiadki podzieliła południowa rogatka grochowska. Ponieważ z biegiem lat coraz młodsze obiekty zyskiwały status zabytków, wśród tych przeniesionych znalazły się również niemieckie bunkry z okresu II Wojny Światowej. Czasem też o przeniesieniu zabytku decydowano wbrew woli właścicieli. Tak było podczas budowy linii szybkiego tramwaju w Szczecinie Zdrojach. Premodernistyczną willę Grüneberga przesunięto w 2014 roku o 45 metrów, eksmitując z niej właścicieli. Otaczający ją ogród nie został jednak odtworzony, a sam budynek do dzisiaj pozostaje niezagospodarowany.

Przygotowania do przesunięcia kościoła NMP w Warszawie
Cztery fazy przesunięcia kościoła NMP w Warszawie, dom. publ.
Pałac Lubomirskich, sierpień 1970. Na zdjęciu widać odciete i rozebrane oficyny tylne pałacu. PAP/CAF/Adam Urbanek
Westerplatte – wartownia nr 1, fot. Jan Jerszyński, lic. CC-BY SA 2.5

Przesunięcia obiektów historycznych utrwaliło w naszej powszechnej opinii przekonanie o Polsce, jako kraju, który wyjątkowo troszczy się o los zabytków. Prezentowane bywa nawet stanowisko, że jako jedyny kraj posiadamy umiejętności i odpowiednie kadry dla przeprowadzania takich operacji. Tymczasem, już w 1930 roku w Indianapolis przesunięto ośmiopiętrowy budynek poczty o wadze 11000t. U naszych wschodnich sąsiadów przesunięto w 1939 roku o 80 metrów kompleks budynków Sawińskie Podworie w Moskwie, o wadze 23000 ton. Łącznie  w latach 1936-1941 w Moskwie przesunięto 22 budynki o całkowitej kubaturze 300 tys. m3. Specyfiką rosyjską było przesuwanie budynków wraz z ich mieszkańcami/użytkownikami, którzy obowiązkowo powinni byli się uśmiechać i wyrażać dumę z osiągnięć radzieckiego inżyniera i robotnika. Dla Rosjan dodatkowym bodźcem do tych działań była chęć pobicia parametrów przesuniętego budynku z Indianapolis. Jak by to obecnie źle nie brzmiało, przykład takich operacji przyszedł więc do nas ze wschodu, a ich rozmachem nigdy nie prześcignęliśmy pierwowzoru.

Willa Grunebergów – widoczna po lewej stronie – należała do rodziny producentów organów
Willa Grunebergów po przesunięciu, fot. Hoa binh, lic. CC-BY SA 4.0
Wnętrze willi Grunebergów, fot. Kapitel CC-BY SA 4.0

Decyzje o przeniesieniu zabytku umieszczone są zawsze w kontekście szeroko rozumianych trendów modernizacyjnych oraz w taktyce godzenia i priorytetyzacji wartości. Przenoszone obiekty przestawały wystarczać potrzebom estetycznym, czy użytkowym, w dotychczasowym miejscu lokalizacji, ale spełniały je w nowym miejscu, wśród nowych użytkowników. Chyba tylko Pałac Lubomirskich przeniesiony został z motywów wyłącznie estetycznych. Czego nie mogli przewidzieć mocodawcy przeniesień to faktu, że nowa, mniej prestiżowa, lokalizacja mogła się też okazać bezpieczniejszą. Ołtarz zesłany do Cegłowa, zastąpiony został w latach 1611-18 z fundacji króla Zygmunta III Wazy przez wczesnobarokowy, z obrazem weneckiego malarza Jacopo Palmy Młodszego, który zdobił kolegiatę, a później katedrę warszawską przez ponad 300 lat. Według niektórych źródeł został on uznany za tak cenny, że po 1806 roku przeniesiono go do Muzeum Napoleona w paryskim Luwrze. Tym samym byłby jedynym, obok gdańskiego Sądu Ostatecznego Hansa Memlinga, dziełem sztuki z Polski wartym takiej podróży. Na szczęście Kongres Wiedeński decydował nie tylko o restytucji rodów królewskich, ale i o przynależności dóbr kultury. Dlatego ołtarz mógł udać się w drogę powrotną z Paryża do Warszawy. Biorąc pod uwagę przebytą odległość, zostawił za sobą nawet epicką podróż kościółka Wang. Niestety, nie był ognioodporny i nie przetrwał zniszczenia katedry przez Niemców w 1944 roku. Znamy go więc  tylko z opisów i starych fotografii. Tymczasem św. Małgorzata ze swymi gotyckimi towarzyszkami przetrwała bezpiecznie do naszych czasów w Cegłowie, stając się dumą miasteczka i magnesem ściągającym doń coraz liczniejszych turystów.

Zniszczony barokowy ołtarz główny w Katedrze św. Jana Chrzciela w Warszawie
Kategorie
Polska

Gdzie Krajna, gdzie Lwów czyli rozważania o pograniczu

Na cmentarzu parafialnym w Sopocie przy ulicy Malczewskiego znajduje się nagrobek skrywający  doczesne szczątki, jak głosi inskrypcja, Włodzimierza Decykiewicza – senatora II RP.  Jako miejsce urodzenia wskazany jest Lwów. Wydawać by się mogło, że kamień ten dokumentuje typowe kresowiackie losy osoby przymusowo wysiedlonej po 1944 roku na tzw. Ziemie Odzyskane. Tymczasem już notka biograficzna na Wikipedii ukazuje całkiem nieoczekiwany i nietuzinkowy życiorys. Otóż Wołodymyr Decykewycz (Володимир Децикевич) był ukraińskim politykiem i działaczem społecznym, pełniącym rozliczne funkcje państwowe, z których najpoważniejszą była rola ostatniego austriackiego namiestnika Galicji i Lodomerii. Co prawda, godność tą 1 listopada 1918 roku przekazał mu gubernator Karl von Huym niejako pod przymusem, gdyż był już internowany przez siły ukraińskie, a sam Decykewycz pełnił ją tylko przez kilka godzin oddając władzę przedstawicielom Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej. Tym niemniej, pamiętając, że był to krok uruchamiający lawinę dramatycznych zdarzeń kierujących narodowe świadomości Polaków i Ukraińców na kurs kolizyjny, odkrywszy ten nagrobek miałem odczucie otarcia się o prawdziwą historię.


Decykewycz w międzywojniu był działaczem Ukraińskiego Zjednoczenia Narodowo Demokratycznego (UNDO), radnym Lwowa i członkiem zarządu województwa lwowskiego oraz członkiem władz większości ukraińskich organizacji społecznych tego okresu. Był jednak człowiekiem starej daty, zwolennikiem umiaru w polityce i postępu osiąganego drogą negocjacji, a te wartości były coraz mniej cenione w radykalizującym się politycznie społeczeństwie ukraińskim tuż przedwojennej epoki. W roku 1943 Decykewyczowie przenieśli się do Nowego Targu gdzie mieszkała rodzina jego żony, z domu Tarnawskiej, a po wojnie trafili do Sopotu, gdzie krótkotrwały namiestnik Galicji i Lodomerii dożył swoich dni. Nie wiem, czy opuścił swoje rodzinne miasto z powodu dolegliwości podeszłego wieku (w 1943 roku liczył sobie już 78 lat), obawy przed nadciągającymi Sowietami czy też ogólnego zniechęcenia atmosferą gęstniejącego okrucieństwa i barbarii. Dla mnie jest on jednak przykładem człowieka pogranicza, żyjącego w środowisku mieszanym etnicznie i kulturowo, gdzie równie łatwo można opowiedzieć się po jednej ze stron jak wybrać własną drogę polityczną czy życiową pozwalającą na lokowanie się poza sporem lub mniej czy bardziej harmonijne łączenie stanowisk każdej ze stron.

Refleksje nad losami Decykewycza oraz innego człowieka pogranicza, Górnoślązaka Carla Ulitzki (o którym kiedyś chętnie napiszę), towarzyszyły mi w odbytej pod koniec lutego wycieczce do Krajny. Nie, nie na Ukrainę – region w zachodniej Polsce, położony w trójkącie między Bydgoszczą, Piłą i Chojnicami bieże swą nazwę od wielowiekowego położenia na krajach państwa polskiego, a także na granicy Wielkopolski i Pomorza. Obecnie to bez mała centralna Polska, wiec nazwa jest nieco zwodnicza. Oprócz map i przewodników, które zresztą,

Gerd Heinrich na Celebes z upolowanym „chrapiącym ptakiem”

zwłaszcza w wersji papierowej, są trudnodostępne, wiozłem ze sobą książkę Bernda Heinricha „Chrapiący ptak. Rodzinna podróż przez stulecie biologii”.„Chrapiący ptak” to jednak książka biograficzna, której akcja toczy się m. in. na terenie powiatu sępoleńskiego, gdzie zamierzaliśmy się zatrzymać. Ojciec autora, Gerd Heinrich był przyrodnikiem i eksploratorem w XIX wiecznym znaczeniu tego słowa, a równocześnie właścicielem majątku Borówki położonego na wschód od Sępólna Krajeńskiego. Okoliczne lasy, mokradła i jeziora kształtowały jego wrażliwość przyrodniczą oraz ciekawość świata. Stąd wyruszał na wyprawy badawcze do Persji, w Dobrudżę i Rodopy, do Birmy i na wyspę Celebes. Ekspedycje badawcze oraz poszukiwania rzadkich gatunków ptaków i owadów pozwalały mu usunąć się poza pole niemiecko-polskiego konfliktu o państwową przynależność Krajny.

Zatrzymaliśmy się w Lutówku nad jeziorem Lutowskim. Do swojej dyspozycji mieliśmy cały dom, z okien którego roztaczał się widok na pokryte lodem jezioro. Mimo, że temperatura za dnia skoczyła do dwucyfrowych wartości na plusie, nocne przymrozki nie pozwoliły ustąpić pokrywie lodowej. Ku naszemu przerażeniu wędkarze nadal praktykowali na tym i sąsiednich jeziorach wędkarstwo lodowe. Na szczęście nie słyszeliśmy o żadnych związanych z nim wypadkach. Rankami budził nas klangor żurawi, klucze dzikich gęsi z gęganiem ciągnęły nad jeziorem i dachami domów, a przy śniadaniu, przez okno można było obserwować czaplę białą sprawdzająca czy przy brzegu nie pojawił się pas wolnej od lodu wody. Zaraz za ostatnimi zabudowaniami zaczynał się, ciągnący się przez dobrych 10 km na zachód, las. Miejscami był na tyle stary i naturalny, że utworzono w nim cztery rezerwaty przyrody. Jezioro Lutowskie wypełnia polodowcową rynnę, a jego lustro wody leży kilkanaście metrów poniżej pofalowanyego terenu na północ od wsi zajętego przez pola, łąki, podmokłe zagłębienia oraz niewielkie zagajniki. Przez krawędź jeziornej rynny przerzynają się koryta strumieni spływających z wysoczyzny. Jako, że nastała odwilż po śnieżnej zimie niosły one sporo wody. Wieczorny spacer z psami był dźwiękowo obudowany nie tylko głosami dzikich gęsi, ale i bulgotaniem strumieni śpieszących oddać swą zawartość jeziorowej toni. Mimo, że jezioro Lutowskie i jego wschodni sąsiad jezioro Sępoleńskie należą do jezior rynnowych, ich linia brzegowa (zwłaszcza tego pierwszego) jest bardzo urozmaicona. Wędrówkę wzdłuż ich brzegów urozmaicają półwyspy, zatoki, wodne przesmyki i ukryte wśród lasów pomniejsze zbiorniki wodne. Ich ustronne brzegi stwarzają okazje do obserwacji ptasich drapieżników, głównie myszołowów.

Jezioro Lutowskie
Nasz dom w Lutówku
Jezioro Lutowskie
Dawna szkoła
Okolice Lutówka
Przedwiosenne rozlewisko
Żurawie na śniegu
I w locie
Nadleśnictwo
Stary dom
Łabędzie wykorzystują skrawek wolnej od lodu wody
Klucz dzikich gęsi

Położone w pobliżu powiatowe Sępólno odwiedzaliśmy tylko w celu zrobienia zakupów. Miasto, choć uniknęło zniszczeń wojennych, nie obfituje w obiekty historyczne. Naszą uwagę zwrócił zespół rzeźb figuralnych przy głównej ulicy, nieco rozwlekle i stylistycznie wątpliwie, nazwany Pomnikiem Wdzięczności ku Czci Chrystusa Króla. Został on wzniesiony na 20-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości, wkrótce potem zniszczony przez Niemców i odbudowany po kolejnych 75 latach. Ustawionej centralnie figurze Chrystusa hołd oddaje 13 postaci z jednej strony reprezentujących wielkość i sukcesy (w rozumieniu militarnym) Polski, a z drugiej wszystkie stany odrodzonej ojczyzny. Pomimo wielkości i bogactwa szczegółów założenie dosyć harmonijnie wpisuje się w zbocze cmentarnego wzgórza, a same rzeźby zdradzają zręczne dłuto ich wykonawców. Prócz pomnika wielkością i starannością wykonania wyróżniają się międzywojenny gmach Starostwa Powiatowego, jak też przypominający lotniskową wieżę kontroli lotów współczesny budynek Urzędu Skarbowego. W sępoleńskiej pizzerii o nazwie nawiązującej do dalmatyńskiej wyspy zamawialiśmy obiady. W menu zwróciliśmy, nie bezkrytyczną, uwagę na produkt o nazwie „Panacetta”, który, ku ogólnemu zaskoczeniu, zajął pierwsze miejsce wśród wszystkich skosztowanych pizz.

Pomnik o bardzo długiej nazwie, fot. MOs810, lic. CC BY-SA 4.0
Starostwo, fot. Jkwa007, lic. CC BY-SA 3.0
Urząd Skarbowy

Krajna została przez Traktat Wersalski podzielona granicą państwową w sposób, który Polsce przyznał jej część wschodnią, m. in. z Sępólnem i południową z Wyrzyskiem i Łobżenicą, przy Niemcach zaś zachowując część pn.-zach. ze Złotowem. Nie był to podział idealny, gdyż zostawiał po obydwu stronach granicy znaczące liczbowo skupiska Polaków bądź Niemców. Jednym z takich ośrodków było Zakrzewo w powiecie złotowskim, zasiedlone w większości przez Polaków. Polskość podtrzymywał tam energiczny proboszcz Bolesław Domański, będący od 1933 roku aż do swej śmierci w kwietniu 1939 roku prezesem Związku Polaków w Niemczech. Na potrzeby mniejszości polskiej zbudowano w latach 1934-35 Dom Polski, w którym koncentrowały się działania polskich organizacji społecznych. Największą salę w tym budynku ozdobiły, układające się w cykl Polski Rok Obrzędowy, freski autorstwa Janiny Kłopockiej, która wcześniej zaprojektowała znak graficzny Związku Polaków – słynne Rodło. Wykonane w technice sgraffito malowidła zostały w 1939 zachlapane wapnem i odsłonięte dopiero w roku 1972 na 50 rocznicę powstania Związku Polaków w Niemczech. Podobno decyzji tej pomogła pomysłowość ówczesnego dyrektora Domu Polskiego, który usunął nieco dachówek doprowadzając do zalania sufitu i ścian sali, która wkrótce miała pomieścić dostojnych gości tego wydarzenia. Znalazły się fundusze, a skuwając zamoczone tynki odkryto przedwojenne malowidła. Dorobek malarski Kłopockiej uległ zniszczeniu podczas Powstania Warszawskiego. Oprócz Rodła i zachowanego w zakrzewskiej kaplicy obrazu Matki Boskiej Radosnej malowidła z zakrzewskiego Domu Polskiego stanowią największy zbiór jej prac. Co ciekawe herb gminy Zakrzewo składa się z dwóch pól, na których znajdują się prace Kłopockiej – wizerunek Matki Boskiej Radosnej na lewym i Rodło na prawym polu.

Dom Polski od podwórza
Dom Polski widoczny na lewo od kościoła
Wejście do sali Rodła
Wnętrze sali Rodła

Malowidła na ścianach sali Rodła

Herb gminy Zakrzewo

Krajna nie obfituje w zabytki rangi ogólnopolskiej. Jednakże w wielu wsiach znajdują się zabytkowe kościoły, często  o konstrukcji szachulcowej, takie jak np. kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Sypniewie. Mam też wrażenie, że w regionie zachowała się ponadprzeciętna ilość dworów i pałaców. Cóż z tego, skoro obiekty te są turystycznie martwe. Kościoły pozostają zamknięte poza godzinami nabożeństw. Pałace albo nie są udostępniane turystycznie ze względu na swoje funkcje, tak jak będący siedziba firmy pałac w Zamartem, albo pełnią funkcję hotelowe (Sypniewo, Kromierowo) i dostępne są tylko dla gości. COVID dołożył swoje ograniczenia, bo w normalnych czasach moglibyśmy odwiedzić chociaż hotelowe restauracje. A tak pozostało nam zaglądanie i robienie zdjęć zza parkanów. Udało nam się jednak odwiedzić dwie świątynie pełniące jednocześnie rolę sanktuariów maryjnych. Górka Klasztorna koło Łobżenicy jest najstarszym miejscem kultu maryjnego w Polsce, gdyż objawienie miało w roku 1079. Zamarte na granicy województw kujawsko-pomorskiego i pomorskiego jest z kolei jednym z najmłodszych miejsc kultu, gdyż zostało uznane za takowe tylko w roku 1994, chociaż już w roku 1417 wielki mistrz Zakonu NMP Michał Küchmeister ufundował tam kaplicę i umieścił w niej uznawaną za cudowną figurkę Matki Boskiej.

Kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Sypniewie, fot. Krzysztof Golik, lic. CC BY 3.0
Pałac von Wilckensów w Sypniewie, fot. Gww, lic. CC BY-SA 3.0 pl
Pałac Komierowskich w Komierowie od frontu
Pałac Komierowskich od strony kaplicy

Długotrwałość kultu jest przyczyną, dla której Górka Klasztorna obrosła w infrastrukturę obsługi pielgrzymów, taką jak noclegownie, jadalnie, ołtarze polowe i wolno stojące kaplice, w tym jedną kryjącą święte źródełko. Sama świątynia, choć starsza o prawie sto lat i wyposażona w stylu barokowym nie budzi takiego wrażenia jak ta w Zamartem. Kościół zamarcki jest bogatszy w ciekawostki i wysmakowany stylowo. Świętą figurkę ukradziono w roku 1983 (polecam tą datę uwadze wszystkich wyznawców teorii, że zepsucie przyszło dopiero z demokracją), zastąpiła ją XVIII-wieczna kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Malowidła pokrywające sklepienia i ściany kościoła opisywane są w przewodnikach jako przykład czeskiego rokoko. Ich autor, brat Paschalis Wołos, jest jednak obecnie uznawany za przedstawiciela szkoły lwowskiej. Cóż, inspiracja czeska czy lwowska i tak pozostaje wyjątkiem w pomorsko-krajeńskim otoczeniu. Jeszcze jednym rarytasem jest znajdujący się w bocznym ołtarzu XVI-wieczny obraz przedstawiający patrona Warszawy, błogosławionego Ładysława z Gielniowa. W tle można podziwiać realistycznie oddaną panoramę ówczesnej Warszawy. W 1994 roku sanktuarium objęli zakonnicy warszawskiej Prowincji Karmelitów Bosych i to oni sprowadzili to jakże oryginalne w tym otoczeniu dzieło sztuki.

Brama do Sanktuarium w Górce Klasztornej
Kaplica, w której ukryta jest
Górka Klasztorna – widok na oltarz główny
Sanktuarium w Zamartem
Bł. Ładysław z Gielniowa unoszący się ponad XVI wieczną Warszawą
Sanktuarium w Górce Klasztornej
Święta studzienka
Górka Klasztorna – ambona
Ołtarz z kopią ikony MB Częstochowskiej
Prospekt organowy w Zamartem
Polichromie szkoły lwowskiej
Rokokowy konfesjonał i korespondujące z nim malowidło ścienne

W ramach zaliczania korony wzniesień polskich odwiedziliśmy kompleks Dębowej Góry koło Wyrzyska. Kulminacja sięga raptem 192 m npm., ale jako, że dno doliny Noteci, nad którą bezpośrednio wyrastają wzgórza jest na poziomie ok. 50 m npm. mamy tu do czynienia z przewyższeniami rzadko spotykanymi na polskim niżu. Podchodziliśmy od północy, od strony leśniczówki Zielona Góra, gdzie można zostawić samochód. Droga wkrótce wkracza tam do gęstego lasu, który tworzą głównie graby, dęby i buki. Co charakterystyczne, a nietypowe dla wzniesień północnej Polski, rzeźba terenu jest tu niesłychanie bogata, przez co masyw ma wiele kulminacji, a prowadzone wśród nich ścieżki wiją się, aby je ominąć. Spacerowaliśmy pod koniec pogodnego, przedwiosennego dnia, więc promienie słońca bez przeszkód docierały na dno lasu, a my mogliśmy cieszyć się całkiem odległymi widokami. Zaliczyliśmy kilka wzniesień, choć z braku szczegółowej mapy i kończącego się dnia nie mogę pochwalić się zdobyciem najwyższego wzniesienia Krainy. Dla porządku warto też wspomnieć o wizycie w Obkaskich Górach. To pasmo pagórków, tylko nieznacznie niższych od Dębowej Góry, rozciągające się między miejscowościami Obkas na zachodzie, a Dąbrówką na wschodzie, jest okrzyknięte kulminacją całego województwa kujawsko-pomorskiego. Niestety, sosnowy bór z jeżynowym poszyciem oraz ubóstwo ścieżek dostępnych dla turysty sprawiają, że pasmo pod względem atrakcyjności znacznie ustępuje Dębowej Górze. Chyba, że ktoś gotów jest wędrować zwierzęcymi ścieżkami, czerpiąc radość ze spotkania z sarnami, a może nawet ze studiowania koprologii czyli nauki o zwierzęcych odchodach.

W drodze na Dębową Górę
Jedna z licznych dolin
Przedwieczorne słońce
można podziwiać urozmaiconą rzeźbę terenu
Od takich drzew góra wzięła swoją nazwę
rzucało długie cienie na okoliczne zbocza
Idealny teren na spacery z czworonogiem
Harry w drodze na Dębową Górę
Obkaskie Góry od strony Dąbrówki

Widoki z Obkaskich Gór

Na skraju Obkaskich Gór

Bernd Heinrich w swojej książce wspomniał o ziemiańskich sąsiadach ojca tylko w kontekście początków II Wojny Światowej. Tomasza Komierowskiego, zapalonego myśliwego i działacza organizacji rolniczych w 1939 roku „zastrzelono podczas gdy przechadzał się po swoim lesie”. Hans-Jürgen von Wilckens, który przed wybuchem wojny zbiegł do Niemiec, a powrócił już mundurze SS, przewodził „komisji odsiewającej zwolenników III Rzeszy od potencjalnych przeciwników”, w istocie był też inspiratorem prześladowań i eksterminacji polskich sąsiadów w początkowych miesiącach wojny. Gerd Heinrich zakopał cenne zbiory gąsieniczników (rodzaj owadów składających jajka w gąsienicach motyli) birmańskich oraz dotyczącą ich monografię na terenie majątku, po czym wraz z rodziną uciekł szczęśliwie do Niemiec. Jeszcze później wyemigrowali wszyscy do USA. W 1959 roku poinformował Instytut Zoologii PAN o lokalizacji zakopanych zbiorów. Zostały odnalezione i do dzisiaj kolekcja jest przechowywana w Muzeum Zoologii PAN, a cztery zeszyty wydawanych przez ten instytut Annales Zoologici zostały poświęcone opisowi taksonomii tej grupy owadów jego autorstwa. Dwór w Borówkach został prymitywnie przebudowany na mieszkania dla pracowników PGR-u. Miał mniej szczęścia niż pałac w Komierowie czy sypniewska rezydencja von Wilckensów. Entomolog spędził 40% swego życia i umarł z dala od stron rodzinnych, podobnie jak Wołodymyr Decykewycz.  Życie na pograniczu zawsze było obciążone ryzykiem i często trzeba było za nie płacić wysoką cenę.

Fot. Kordiann, lic. CC BY-SA 4.0
Kategorie
Varia

Palcem po mapie, czyli kartografia forever

„Zaledwie pierwsze wody poczynały ciurkać, a o pierś ziemi uderzał mokry wiatr w Domeczku wyjeżdżały na stół mapy, szlaki wodne. Dzieci uczyły się jak pachnie mapa. Mapa to jest książka, którą można czytać bez końca; gdyby mi pozwolono wziąć jedną książkę na dożywotnie więzienie, wziąłbym atlas świata …”.  Melchior Wańkowicz, Ziele na kraterze

W przeciwieństwie do żoliborskiego „Domeczku” państwa Wańkowiczów w moim przypadku rodzice nie zadbali, abym znajomość ze światem map zawarł na etapie przygotowawczym do pierwszych wędrówek po polskich górach. Tak więc gdy w 1968 roku ruszyliśmy z ojcem na trzydniową wyprawę po Beskidzie Śląskim moje przygotowanie teoretyczne ograniczało się do wskazówek jakiego koloru pasków szlaku mam wypatrywać na drzewach i kamieniach. Bogiem a prawdą, czy można było spodziewać się większych potrzeb ze strony dziewięciolatka, który, na każdym postoju wypadającym w pobliżu strumienia, spędzał czas wolny budując kamienne tamy i pracowicie przenosząc do powstałych zbiorników wypatrzone w wodzie cierniki, kijanki i chruściki? A jednak świadomość istnienia map i ich roli bardzo szybko dotarła do mej świadomości. Jestem nawet w stanie wskazać czas i miejsce tego zdarzenia.

Ojciec mój był piwoszem, nie we współczesnym znaczeniu upodobania do spędzania czasu w gronie znajomych nad kuflem ze złocistą zawartością lecz w przekonaniu, że nic, zwłaszcza w upalny dzień, nie gasi pragnienia tak dobrze jak piwo. Gdy więc drugiego dnia szlak doprowadził nas na przełęcz Kubalonka, zatrzymaliśmy się w słynnym od międzywojnia barze Beczka. Na ławie przed ojcem wylądował duży kufel jasnego, a przede mną mały ciemnego piwa. To nie pomyłka!!! Mój kochany tata wyniósł z rodzinnego Pomorza przeświadczenie, że ciemne piwo to „mleko matuli”, niskoalkoholowy napitek odpowiedni dla gustów i głów dzieci i kobiet w ciąży. W owych czasach jednak było to zazwyczaj prawdą i tylko raz udało mu się spoić mnie wysokoalkoholowym porterem. Ciemne piwo z Kubalonki nie zaćmiło jednak mojej zdolności do spostrzeżenia, że na ławie wylądował też świeżo wydany przewodnik po Beskidzie Śląskim i Żywieckim autorstwa Władysława Krygowskiego, a z niego ojciec wyjął i rozłożył sporą płachtę papieru, której studiowaniu oddał się przez dłuższą chwilę. Potem wyjaśnił mi, że to jest mapa, która pokazuje skąd wyszliśmy, gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy.

Seria przewodników Krygowskiego po Beskidach miała jako załączniki czarno-białe mapy, które były wysoce zeschematyzowanymi graniówkami. Były na nich zaznaczone grzbiety, najważniejsze szczyty i kulminacje, miejscowości, drogi i linie kolejowe, schroniska oraz, przy użyciu wymyślnych sekwencji kresek i kropek, szlaki turystyczne. W pierwszej chwili trudno było odnieść zawartość do krajobrazu roztaczającego się przed oczami, zwłaszcza w przypadku gór gęsto zalesionych i o mało wybitnych grzbietach, co jest raczej normą w Beskidach. Mnie jednak zafascynowała możliwość obserwacji jak w miarę pokonywanego dystansu i wysokości nasze położenie na mapie ulega zmianie. Od tego momentu na każdym  postoju domagałem się wydobycia mapy i poszukiwałem na niej aktualnej lokalizacji. Doprowadziło to do szybkiego zużycia, wykonanego z kiepskiej jakości papieru, wytworu ówczesnej myśli kartograficznej.

Tak wyglądały mapy w przewodnikach W. Krygowskiego po Beskidach

W owym czasie w księgarniach można było nabyć już mapy turystyczne w wersji kolorowej i o znacznie bogatszej treści turystycznej, a nawet hipsometrycznej. Z dzisiejszej perspektywy były one bardzo ubogie: poziomice miały na przykład interwał 50 czy 20 metrów, zaznaczano na niej obiekty zabytkowe, ale już np. kościół nie będący zabytkiem choć wybitny krajobrazowo nie był uwzględniany. Nie mówiąc już o narzucanym odgórnie na wydawców, aż do ostatnich lat PRL-u, obowiązku fałszowania map przez ich kilkustopniowe przekoszenia, co w zamyśle miało uniemożliwić wrogom prowadzenie celnego ostrzału artyleryjskiego bądź rakietowego. Nie zmienia to faktu, że po powrocie do domu odnalazłem kilka posiadanych przez ojca map, a następnie zacząłem uzupełniać ich kolekcję o kolejne, których jeszcze nie posiadaliśmy. W ten sposób, nie licząc reprintów, najstarsza posiadana przeze mnie mapa pochodzi z 1969, a plan miasta z 1964 roku.

W latach siedemdziesiątych mapy nabrały kolorów, a ich zawartości informacyjnej zarzucić można było coraz mniej. Problemem było, że monopolizujące produkcję map wydawnictwo PPWK skupiało się na najbardziej popularnych obszarach Polski. Mapy Tatr, Bieszczadów czy Karkonoszy były wznawiane bardzo regularnie, ale już taki Beskid Wyspowy czy Góry Kaczawskie zasługiwały na wydanie mapy nie częściej niż raz na dekadę. Nie wspominając już o mapach niżu, oprócz Wielkich Jezior Mazurskich czy okolic największych miast, darmo było ich szukać po księgarniach. W rezultacie odbyte u schyłku tych lat długodystansowe wyprawy po Mazurach Garbatych i Suwalszczyźnie, Roztoczu czy Borach Tucholskich i Kaszubach planowałem przy użyciu jakichś schematów umieszczanych w przewodnikach, odrysów map znalezionych w bibliotekach czy zdobytych jakimś cudem pozaobiegowych map kartograficznych o dziwacznej skali 1:200 000. A szlaki turystyczne na niżu były wprawdzie opisane w przewodnikach, ale w przeciwieństwie do gór, nikt nie tracił czasu na ich utrzymanie, czasami przez cały dzień wędrówki udawało się znaleźć jeden kolorowy pasek. Niemniej jednak, wcześniej czy później zawsze docieraliśmy do celu.

Plan miasta sprzed 56 lat.

Z takimi mapami chodziło sie po górach w początkach lat 70-tych XX wieku

Lata osiemdziesiąte to szczyt mojej aktywności turystycznej w ramach wydziałowego Klubu Turystyki Przyrodniczej oraz warszawskiego SKPB. Był to też okres, kiedy posługiwanie mapą stało się niezbędne gdyż coraz rzadziej wędrowało się po szlakach, a coraz częściej po bezdrożach. Mapy stawały się coraz dokładniejsze więc rzeczywiście z ich pomocą dawało się dotrzeć w miejsca wcześniej pomijane. Coraz częściej też udawało się wejść w posiadanie kopii przedwojennych map Wojskowego Instytutu Geograficznego. Choć były to tzw. setki (w skali 1:100 000) podczas gdy były już dostępne mapy turystyczne w poręczniejszej skali 1:75 000 lub nawet 1:50 000, to prześcigały je bogactwem informacji. Poza tym, na terenie Bieszczadów i Beskidu Niskiego, gdzie sieć osadnicza w wyniku wysiedleń ludności bojkowskiej i łemkowskiej uległa przerzedzeniu, dawały wgląd w dawny zasięg wsi, pól i całej ludzkiej infrastruktury, z czasem pochłoniętych przez zwycięską naturę. Znajomość graniówek z przewodników Krygowskiego przydała mi się podczas przejścia przewodnickiego w Bieszczadach. Uczestnicy dostali wówczas zadanie pokonania trasy okrężnej z i do Przysłopu Caryńskiego przez Połoninę Caryńską, Wielką Rawkę, Rabią Skałę i Połoninę Wetlińską, bez używania mapy. Niezła to była wyrypa! Mogliśmy jednak naszkicować sobie przebieg trasy. Osobiście  wyrysowana graniówka była na tyle dokładna, że bez zbędnego nakładania drogi, sprawnie pokonałem całą trasę.

Dawne schronisko studenckie na Przysłopie Caryńskim, fot. Bladyniec, na licencji CC0

Były to czasy gdy nawet telefonia stacjonarna nie była powszechnie dostępna i nikt nie wyobrażał sobie, że zamiast płachty zadrukowanego papieru można kiedyś będzie użyć smartfona z zainstalowanym GPS-em i wgraną mapą szczegółową eksplorowanego obszaru. Uchylając się od dyskusji o wyższości mediów tradycyjnych (ach, ten zapach drukarskiej farby i szelest papieru przy rozkładaniu mapy!) nad nowoczesnymi przyznam, że mając współczesne urządzenie uniknąłbym w przeszłości błądzenia po lasach porastających Palenicę Kościeliską. Miejscowy znajomy ostrzegał, że tam „wodzi” nawet górali, a płaskawa i pozbawiona znaków szczególnych wierzchowina nie jest łatwa orientacyjnie. Naówczas obszar ten pokrywała wyłącznie mapa Tatry i Podhale, której skala i szczegółowość nie okazały się wystarczające. Przewodnicka duma nieco ucierpiała, bo było to na jednym z pierwszych wspólnych wyjazdów z Podziomkiem, ale skończyło się przyjętymi oświadczynami i ponad trzydziestoletnią historią wspólnej wędrówki, czyli może warto było pobłądzić, byle w dobrym towarzystwie. Natomiast zimową wędrówkę grzbietem Babiej Góry podczas zamieci i totalnego „whiteout-u” użycie GPS mogłoby uczynić prostszą i bezpieczniejszą. Północne zbocza Babiej są urwiste, a zimą tworzą się na ich krawędziach nawisy śnieżne, gotowe oberwać się pod ciężarem wędrowca. Wiedząc to, starałem się trzymać od nich z dala, mimowolnie odbijając na południe. Skończyło się na zatoczeniu pełnego kółeczka i powrocie na znakowaną tyczkami trasę.

Palenica Kościeliska i Babia Góra – miejsca gdzie zdarzało mi się pobłądzić

Turystyka XXI wieku ma to do siebie, że coraz częściej do wyjazdu przygotowuję się studiując mapy online, a tradycyjne mapy papierowe kupuję jako pamiątkę z wyjazdu. Przed odwiedzeniem konkretnego miasta często korzystam z Google Street View, bo dzięki temu orientuję się w nim na obiekty charakterystyczne, zamiast pamiętać, w którą z kolei przecznicę trzeba skręcić w prawo, by po 100 metrach zboczyć w pierwszą ulicę w lewo. Dosyć niestandardowo wykorzystałem to medium do przygotowania się do ruchu prawostronnego w Anglii, dokąd wybraliśmy się własnym, „kontynentalnym” samochodem. Dzięki godzinom przesuwania kursorem po ekranie oraz obejrzeniu paru filmów na YouTube przejechałem kilkaset kilometrów po drogach Zjednoczonego Królestwa, pokonując nawet, i to wielokrotnie, będące straszakiem na lewostronnych kierowców magiczne rondo, inaczej skrzyżowanie pierścieniowe, w Colchester. Znakiem czasu jest, że gdy w towarzystwie dojeżdżam gdzieś bez użycia GPS-u, nieuchronnie pada pytanie: Skąd wiedziałeś jak tu dotrzeć? Mapa, Misiu, mapa!

Rondo pierścieniowe w Colchester

Wśród prezentów pod ostatnią choinką czekał na mnie reprint planu Warszawy wydanego w 1939 roku przez lwowską  Książnicę-Atlas. Tę konkretną mapę można znaleźć w Internecie, ja też miałem ją już w swojej kolekcji. W tym wydaniu wartością dodaną jest jednak nałożenie na oryginał współczesnej siatki ulic, wyeksponowanie i załączenie opisu uwidocznionych na nim obiektów, a przede wszystkim obszerne, 150 stronicowe krytyczne omówienie tego dzieła. Podano w nim tło ekonomiczno-społeczne, krótką historię oryginalnego egzemplarza przechowywanego w Muzeum Warszawy, a przede wszystkim bardzo szczegółowe omówienie zastosowanych rozwiązań graficznych. Plan ten, co charakterystyczne dla przedwojnia, zawiera komponent prognozowany, czyli np. ulice nieistniejące lecz już zaplanowane. Niesłychanie wciągająca jest analiza, co z owych planów udało się zrealizować. Omówienie wskazuje silne i nowatorskie strony tego wydania, ale też wytyka błędy i niekonsekwencje np. w przebiegu konkretnych ulic czy w ich nazewnictwie. Fakt, że studia nad jedną tylko mapą mogą przynieść tak bogate rezultaty pokazuje, moim zdaniem, że mapa dostarcza tyle informacji i wrażeń co dobra powieść, a kartografia to osobny dział literatury. I uzasadnia praktykowany przeze mnie zwyczaj zasiadania w wygodnym fotelu, nie do lektury książki, lecz mapy.

Matka wszystkich planów Warszawy

Wspomniany Władysław Krygowski z wiekiem przeszedł od pisania przewodników do tworzenia literatury wspomnieniowej. W książce „Góry mojego życia” wyznał: „Nigdy w górach nie czułem się samotny, chociaż wiele razy chodziłem bez towarzysza. Była ze mną mapa i ona to uczyła mnie obcować stale z otoczeniem, z nazwami”. Czy ktoś w przyszłości napisze z takim uczuciem o smartfonie?

Pasję do czytania map należy przekazywać od małego