Kategorie
Polska

Dziura w obwarzanku czyli Tum niezdobyty

„Gdzie to ona Sobota?

– Niedaleko Piątku, wasza miłość.

– Kpisz, Kiemlicz?

– Zaś bym śmiał – odrzekł stary krzyżując ręce na piersiach i skłaniając głowę – jeno się tam tak dziwnie miasteczka nazywają. To za Łowiczem, wasza miłość, ale jeszcze kawał drogi.

– I jarmarki znaczne w onej Sobocie?

– Nie takie jak w Łowiczu, ale jest jeden w tej porze, na który nawet i z Prus konie pędzą, i luda siła się zjeżdża”.

Sienkiewiczowski pan Kmicic, jak i jego adwersarz Józwa Butrym Beznogi, pochodzili ze Żmudzi więc skąd mogli znać koroniarską topografię. Dzisiaj, kiedy dawno już zarzucono organizowanie tam „znacznych jarmarków” i zwyczaj pędzenia koni z Prus, miejscowości te pozostają tylko anonimowymi skupiskami mieszkańców rzuconych przez los gdzieś w okolice geograficznego centrum Polski. Przeciętny Polak sądzi niczym marszałek Piłsudski, iż „Polska jest jak obwarzanek. Wszystko, co dobre, jest na obrzeżach, a w środku nic”. Nawet w moim przypadku obszar zamknięty dolinami Bzury, Neru, Warty, górnej Noteci i Wisły służył głównie szybkiemu przemieszczaniu się do bardziej wyrazistych krajoznawczo regionów naszego kraju. Zdarzyło mi się jednak na przestrzeni kilku ostatnich dekad służbowo odwiedzić miejscowości w tych okolicach i, mimo pobieżności dokonanych obserwacji, wrażenia miałem pozytywne. Szukając więc celów na jednodniowy wypad za Warszawę skierowałem uwagę na owo nic w centrum Polski.

Jednak nie na Sobotę niedaleko Piątku, lecz na Łęczycę i położony na pograniczu trzech województw Park Kulturowy Wietrzychowice. Przeliczając zamiary na siły wyszły z tego dwa jednodniowe wypady, które chciałbym tu opisać. Zacznę od tej drugiej destynacji, do której trafiliśmy natchnieni krótką wzmianką wyłowioną z odmętów Internetu. Otóż mamy w Polsce grobowce megalityczne starsze niż kamienne kręgi w Stonehenge czy piramidy egipskie. Chociaż po raz pierwszy opisano je w latach 40-tych XIX wieku to nie dorównują sławą zagranicznym krewniaczkom. Może dlatego, że skryte są w całkiem przyjemnym lasku, co jak na bezleśne Kujawy samo w sobie winno być atrakcją. Poza tym mimo przekraczającej 100 metrów długości są to konstrukcje ziemno-kamienne, a użyte do ich budowy głazy narzutowe są skromnych rozmiarów w porównaniu do używanych przez budowniczych w Brytanii czy Egipcie.

Tym niemniej, pierwsze wrażenie zetknięcia z szerokim na około 8 do 10 i wysokim na 3 metry wężem rzuconym na dno środkowopolskiego boru jest piorunujace. My byliśmy przygotowani poprzez lekturę tablic informacyjnych na przydrożnym parkingu, Są one częścią starannie zaplanowanej ścieżki edukacyjnej, która półtorakilometrową pętlą doprowadza do grobowców oraz kilku malowniczych miejsc w lesie, takich jak porośnięta pomnikowymi modrzewiami polana czy łączka nad stawkiem powstałym z podpiętrzenia wód przecinającej lasek strugi. Harry, który obojętnie odniósł się do przejawów kultury sepulkralnej okresu pucharów lejkowatych (3800-3300 p.n.e.), bardzo cenił sobie naturalne walory parku myszkując pośród drzew. W środku letniego tygodnia nie było na trasie nikogo prócz nas. Problemem, może być nawet dotarcie, bo GPS wprawdzie zna to miejsce, ale nas, jadących od węzła Kowal na autostradzie A1, wyprowadził w pole kukurydzy. Bogatszy o to doświadczenie rekomenduję dojazd od węzła Dąbie na autostradzie A2 przez Dąbie i Przedecz w kierunku na Izbicę Kujawską. We wsi Blenna przed kościołem znajdziemy już kierunkowskaz do Rezerwatu archeologicznego grobowców megalitycznych. Jak widać miejsce to znane jest pod wieloma nazwami.

Żalnik jest bardzo długą konstrukcją
Sąsiednie grobowce
Spiętrzone ody kanału tworzą niewielki staw
Grobowiec od frontu
Wysokość żalnika ku końcowi znacząco opada

Kiedy na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XIX wieku grobowce rozkopała znana zbieraczka starożytności hrabina Natalia Kicka, zwano je żalnikami kujawskim. Kilka lat potem pruski generał i etnograf Roderich von Erckert rozkopał kilkadziesiąt grobowców. Do dzisiaj ma się mu to za złe, przypuszczalnie dlatego, że wyniki wykorzystał w pracy pt. „Migracje i osadnictwo plemion germańskich w Europie Środkowej”. Ponieważ jednak publikował rezultaty w poważnych wydawnictwach niemieckich przyczynił się do spopularyzowania tego miejsca i jego skarbów w środowiskach naukowych. Znał je na pewno prof. Konrad Jażdżewski gdy w 1934 przyjechał do Wietrzychowic. Oprócz zbadania zawartości komór grobowych (co ciekawe te olbrzymie konstrukcje skrywały szczątki ledwie jednej lub dwóch osób) jego ekipa odtworzyła grobowce do ich hipotetycznej pierwotnej wysokości, gdyż z wiekami część ziemna zapadła się do wysokości kamiennego obramowania. Profesor wspominał, że nadzorując wykonywane bez udziału sprzętu zmechanizowanego prace nie mógł nadziwić się wysiłkowi włożonemu przed wiekami w usypanie tych konstrukcji. Kto mógł zasłużyć na taki pochówek? Według najnowszych intepretacji raczej przywódcy duchowi (kapłani/szamani) niż wodzowie plemienni. Jak mają się do tej koncepcji odkryte niedawno pochówki kobiety czy dziecka nadal nie wiadomo.

Jesień idzie
Na skraju lasu
Zarośnięty kanał w rezerwacie
Rusałka żałobnik

Spacer po lasku skrywającym „żalniki”, nawet uzupełniony kontemplacją krajobrazu i bogactwa flory zajmuje może 1,5 godziny. Aby uzasadnić przed samym sobą ponad 2 godziny jazdy spod Warszawy należało uzupełnić program o jakiś ciekawy punkt. Wschodnie Kujawy to, oprócz Włocławka, same niewielkie miasteczka mające jednak zazwyczaj jakieś atrakcje turystyczne do zaoferowania. Wybór pobliskiego, choć znajdującego się już w województwie wielkopolskim, Przedcza okazał się być jednak strzałem w dziesiątkę. Mikroskopijne miasteczko przylega do jeziora Przedeckiego. Przy jego brzegu, na niewysokim wzgórzu wznoszą się białe mury kościoła luterańskiego z intrygującą cylindrycznych kształtów wieżą. Niemieccy koloniści po przybyciu w te okolicy z początkiem XIX wieku założyli parafię, a kościół pobudowali z wykorzystanie ruin kazimierzowskiego zamku. Najlepiej zachowanym elementem średniowiecznej budowli był wyniosły stołb zaadoptowany na wieżę/dzwonnicę. Po ucieczce ludności niemieckiej w 1945 roku, PRL-owskie władze próbowały doprowadzić obiekt do ruiny w międzyczasie używając go jako magazyn. Jednak już pod koniec lat 60-tych XX wieku obiekt wpisano do rejestru zabytków, a później przekazano na potrzeby miejskiego domu kultury mającego teraz niesłychanie klimatyczną siedzibę.

Spod zamku-kościoła widoczny jest pokaźnych rozmiarów neogotycki kościół katolicki pod wezwaniem Św. Rodziny. Projekt wybitnego architekta Józefa Piusa Dziekońskiego ma fasadę nawiązującą rzekomo do płomienistego gotyku wileńskiego kościoła Św. Anny. Rzeczywiście można dopatrzeć się podobieństwa pojedynczych elementów jak np. szczytów wieżyczek, ale całość jest jakaś nieproporcjonalna i ciężkawa. Napoleon, który podobno chciał przenieść wileński kościół do Paryża na pewno nie skusiłby się na tą podróbkę. Na rynku wznosi się całkiem foremny piętrowy ratusz z czterospadowym dachem zwieńczonym wieżyczką. Zbudowano go w 1826 roku, a osiemdziesiąt lat później miejscowi strażacy-ochotnicy postawili obok swoją siedzibę będącą wizualnie uproszczoną wersją ratusza. Obydwa obiekty łączy pasaż z ukośnym dachem wspartym na 9 doryckich kolumnach. Chociaż pełnił on prozaiczną funkcję miejskich jatek, czyli kramów rzeźniczych, nam kojarzył się z weneckimi loggiami, czyli obiektami architektonicznymi zdobiącymi centralne place historycznych miast dalmatyńskich. Pełniły one funkcje od urzędowych po handlowe, a współcześnie często goszczą restauracje i kawiarnie.

Dom kultury, ex kościół luterański, ex zamek kazimierzowski
Kościół wzorowany na wileńskim
Oboje z Podziomkiem jesteśmy pod wrażeniem czcionki w stylu Art Deco
Zamkowy stołb z kościołem katolickim w tle
Rynek z jatkami i ratuszem
Witraże w kościele

Niestety, Przedecz choć schludny i ciekawy jest gastronomiczną pustynią. To prawda, że nie sprawdziliśmy wszystkich okolicznych stacji paliw i sklepów Żabka, gdzie w dzisiejszych czasach serwują kofeinowy napar, ale też szukaliśmy bardziej przytulnego lokalu. Przeto niczym sienkiewiczowski pan Kmicic ruszyliśmy w kierunku Soboty, gdzie po drodze czekała nas prawdziwa kawowa oaza w postaci Kutna. Po długich deliberacjach, wsparci opiniami z Googla, wybraliśmy rodzinną cukiernio-kawiarnię przy głównej ulicy tego miasta. Kawę parzą tam poprawnie, a wybór wypieków jest szeroki. Ciekawostką są ciastka w formie różyczki, co nawiązuje do hasła „Kutno – miasto róż”, a to z kolei do miejscowych tradycji ogrodniczych. W sierpniowe popołudnie, w środku tygodnia ruch był tam taki, że nie od razu znaleźliśmy miejsce w przylokalowym ogródku. Jako, że niegdyś obiecywałem wizytę w Kutnie po otwarciu odnowionego Pałacu Saskiego, co zapowiadane jest na połowę 2023 roku nie zajęliśmy się zwiedzaniem miasta. Jednak ledwie 50 metrów od stolika gdzie zapijaliśmy kawą różopodobne ciasteczka rozciągał się spopularyzowany ostatnio w całej Polsce, jako symbol betonozy, Plac Wolności.

Kutnowska róża w wersji pierwszej (zdjęcie z profilu FB firmy)
I drugiej (zdjęcie z profilu FB firmy)

Dawny Stary Rynek był tradycyjnym miejsce handlu więc jako taki nie obfitował w zieleń (to eufemizm mający skryć jej brak). Uniknął także popularnej w latach międzywojennych transformacji w śródmiejski zieleniec. Jeno po obrzeżach założono trawniki i posadzono drzewa, które z czasem dawały coraz więcej cienia. Po ustaniu funkcji handlowej cały środek placu „zagospodarowano” jako parking przy czym, dla wygody kierowców, grunt pokryto dywanikiem asfaltowym. Kutno miało więc imponujący przykład asfaltozy, ale w naszym obojętnym estetycznie kraju nikomu to nie przeszkadzało. W 2012 miasto zamówiło projekt rewitalizacji placu. Zakładał on utrzymanie funkcji parkingowej, ale wzbogacenie jej o funkcje społeczne. Jak to patetycznie nazwano –  oddanie placu mieszkańcom. W efekcie zaprojektowano parking podziemny, na którego betonowym dachu zaplanowano pawilon wystawowo-gastronomiczny i, oczywiście, fontannę. Po obrzeżach przewidziano nawet zasadzenie drzew w miejsce starszej zieleni, która i tak nie przeżyłaby tak intensywnego naruszenia stosunków wodnych w najbliższym sąsiedztwie. Projekt ten przy okazji rozpoczęcia jego realizacji w roku 2019 branżowy, architektoniczny portal Bryła prezentował pod hasłem „Kutno wypięknieje”. A tymczasem skokowo wzrosła świadomość klimatyczna społeczeństwa i z pozycji poklepywanego po plecach prymusa rewitalizacji władze miasta spadły do kategorii rozrzutnego wroga klimatu. Ale pewno kierowcy się cieszą, że samochody parkują w podziemiu, a mieszkańcy nie szwendają sie między nimi. Otwartą kwestią pozostaje dlaczego parkingu, nawet i wielopoziomowego, nie można było postawić na jednej z okolicznych pustych działek i tak już używanych do tych celów.

Plac Wolności 100 lat temu; źródło fotopolska.eu
Plac Wolności 10 lat temu; fot. Mariochom, CC BY-SA 4.0
Plac Wolności obecnie; źródło UM Kutno

Po tygodniowej przerwie zawitaliśmy na rynek w Łęczycy. Miasto, choć aż do rozbiorów Polski miało status wojewódzkiego, jest obecnie trzykrotnie mniejsze od Kutna, więc nie posiada ambicji posiadania wielopoziomowych parkingów. Na tutejszym rynku, czyli placu Kościuszki znalazło się miejsce na niską i wysoką zieleń, i parking, i część równo wybrukowaną wokół klasycystycznego ratusza. Na tej ostatniej też zresztą rosną pojedyńcze drzewa nie zasłaniając jednak widoku na architektoniczną dominantę placu jaką jest ratusz. Miasto nie posiada obwodnicy więc kierowcy jadący dawna „jedynką” ku Łodzi czy Krośniewicom wciąż mogą być zszokowani widokiem gotyckich murów zamku kazimierzowskiego wyrastających ponad chodnik i przyuliczny trawnik. Funkcjonujące w zamku muzeum sprzedaje osobne bilety na wieżę, skąd mogliśmy ogarnąć wzrokiem prawie całe niezbyt rozległe (niecałe 9 km kw. powierzchni) miasto. Byłoby ono jeszcze mniejsze gdyby nie PRL-owska próba uczynienia zeń centrum wydobycia rud żelaza. Zawartość metalu w rudach była zbyt niska, by opłacało się to na dłuższą metę, ale okres górniczy dodał do panoramy miasta kilkanaście bloków mieszkalnych oraz prawdziwą wieżę szybową dającą złudzenie wizyty na Górnym Śląsku.

Witacz na granicy miasta
Zachodni mur wraz z wieżą
Zamkowa prochownia
Wjazd do zamku
Zamkowy Dom Nowy
Widok z wieży w kierunku rynku

Kompaktowe Stare Miasto ma dwa kościoły: św. Andrzeja i Niepokalanego Poczęcia NMP ojców Bernardynów. Ten pierwszy za dzwonnicę używa jedyną zachowaną basztę murów miejskich. Przylegająca część murów miejskich została obudowana kamienicami, których owalny bieg wyznacza granice kościelnego dziedzińca. Jest to, moim zdaniem, najbardziej urokliwa, choć kompletnie niewykorzystana przestrzeń miejska w Łęczycy. Drugi z kościołów ma piękny renesansowy szczyt oraz bogate rokokowa-barokowe wyposażenie wnętrza. Trzecią historyczną świątynią w mieście był jeszcze kościół Dominikanów. Klasztor zakonu zamieniony przez Prusaków w więzienie, które za PRL-u był uważane za to, o najsroższych rygorach. Służby penitencjarne używały je do 2006 roku i do dzisiaj stoi opuszczone. Sprzedaż utrudnia fakt wpisania budynków do rejestru zabytków. Jest to jeden z nielicznych przykładów opuszczonych i zaniedbanych obiektów w centrum miasta. Spacer jego zadbanymi uliczkami dostarcza doprawdy korzystnych wrażeń.

Kościół św. Andrzeja
Kościół bernardynów
Uliczka Starego Miasta
Ucztę celebrowaliśmy
Baszta – dzwonnica
Ratusz
Na takim dziedzińczyku
Dawny klasztor dominikanów, obecnie opuszczone więzienie

W diagnozie społecznej Łęczycy przeprowadzonej w roku 2017 uczestnicy jako jeden ze znaczniejszych problemów miasta wskazali małą liczbę lokali gastronomicznych. Albo mieli nadmierne oczekiwania albo od tego czasu zmieniło się coś na lepsze, co celnie zauważyła nasza córka Krysia. My oczywiście mierzyliśmy w kawiarnię/ciastkarnię i trzeba przyznać, że mieliśmy w czym wybierać. W okolicy rynku oprócz dwóch kawiarni, w tym jednej działającej pod tym samym szyldem co opisana wcześniej kutnowska, minęliśmy też lodziarnię (a jakże rzemieślniczą!) oraz naleśnikarnię. Zdecydowaliśmy się na lokal, którego kolorystyka zarówno zewnętrzna jak wewnętrzna odpowiadała nazwie. Na zapleczu, w zacisznym podwóreczku też rozstawiono stoliki. Oczekując na zamówione przysmaki wystawialiśmy twarze na promienie wrześniowego słońca. Jako, że rozpoczęły się zajęcia w szkołach, publika była raczej gimnazjalna, a ja w tym towarzystwie robiłem za jedynego faceta, który ukończył już pełen cykl formalnej edukacji.

Z położonego na wschodnich krańcach miasta, lecz ledwo rzut beretem od zamku, zabytkowego Parku Piłsudskiego dwukilometrowy spacer doprowadzi nas do Tumu. Poprzecinane ramionami Bzury i jej dopływów torfowisko wiosną zapewnia bez wątpienia ciekawe obserwacje ornitologiczne. Od momentu wyjścia z parku drogę wskazują wieże kolegiaty tumskiej. Z czasem coraz lepiej widać też zrekonstruowane drewniane wieżyce grodu w pierwotnej lokalizacji Łęczycy. Kolegiata, jeden z największych kościołów romańskich w Polsce przytłacza wielkością okoliczne zabudowania, w tym XVIII wieczny drewniany kościółek św. Mikołaja ulokowany w pobliżu na czas przebudowy świątyni do stylu klasycystycznego. Jak to z pierwszymi kościołami bywało służył on także celom obronnym co widać w masywnej architekturze. Zarówno wielkość jak i bezpieczeństwo jakie zapewniał predestynowały go do roli budowli publicznej. Dlatego też gościł w swoich murach aż do połowy XVI wieku ponad 20 synodów prowincjonalnych, podczas których decydowano o sprawach ważnych dla Kościoła i Państwa. Czysto romańskie formy świątyni to rezultat powojennej rekonstrukcji. Jak to z wiekowymi obiektami bywa kolegiata przybierała już gotyckie i klasycystyczne szaty. W połowie XVI wieku od północy dobudowano doń renesansową kruchtę by uchronić przed niszczącym wpływem polskiego klimatu piękny romański portal. We wrześniu 1939 polscy artylerzyści oraz niemieccy lotnicy ćwiczyli na niej celność swego śmiercionośnego sprzętu (dla jasności: nie w tym samym czasie). W efekcie wojnę przetrwały mury obwodowe oraz tylko jedna z wież. A że do projektowania odbudowy zatrudniono wybitnego architekta Jana Koszczyc Witkiewicza to w środku polskiego obwarzanka odtworzono prawdziwe romańskie cudo.

Kolegiata tumska góruje nad łęczyckim grodem
Jeden z największych kościołów romańskich w Polsce
Przegląd charakterystycznych cech stylu romańskiego
Skrywa romański portal
Renesansowa kruchta
Widok z dziedzińca kolegiaty na kościółek św. Mikołaja

Oprócz sakralnego mikrusa w pobliżu jest jeszcze dawny dom parafialny, w formie ceglanego, nieotynkowanego dworku mieszczący dzisiaj muzeum parafialne. Z powodu zaorania ścieżki, która planowaliśmy wracać do Łęczycy trafiliśmy na drewniany podest wiodący przez najbardziej podmokłą część doliny. Gdyby nie bliskość kolegiaty możnaby się poczuć jak nad Biebrzą czy na Polesiu. Wkrótce jednak ścieżka doprowadza do mini skansenu z wiatrakiem, zabudową mieszkalną i gospodarczą oraz piwniczką z 1846 roku. Na ścianie jednego z budynków znajduje się uroczy mural (czy może drewnal?) przedstawiający grupę wycieczkowiczów sprzed 90 lat na tle kolegiaty. O ile wokół kolegiaty spotkaliśmy paru turystów, o tyle w skansenie tylko znudzoną obsługę. Może w trakcie roku szkolnego więcej ruchu wnoszą tu wycieczki uczniowskie? Miejscowość Tum znajduje się na południe od ruchliwej drogi wojewódzkiej z Łęczycy do Łowicza. Okazało się, że drogowcy nawet na odcinkach prowadzących przez wsie i przedmieścia Łęczycy nie zbudowali wzdłuż niej chodników. Nasz powrót do miasta odbywał się w strachu Bożym przed pędzącymi mimo nas TIR-ami.

Porównanie wielkości kościółka św. Mikołaja i kolegiaty
Dom kryty strzechą
Podest nad torfowiskiem prowadzi ku skansenowi
Piwniczka z połowy XIX wieku
Turyści sprzed 90 lat

Tum odwiedziłem po raz trzeci. Za pierwszym razem, w końcu ubiegłego wieku, przy kolegiacie trwały jakieś prace remontowe i wejście było niemożliwe. Po 20 latach zawitałem tam z grupą ukraińską między oficjalnym spotkaniami w Górze św. Małgorzaty i w Łęczycy. Była połowa listopada, przyjechaliśmy niezapowiedziani. Remonty dawno się zakończyły i bryła świątyni lśniła pełnym majestatem. Wejście poza kruchtę nie było jednak możliwe i pozostało sycić oko ograniczonym widokiem wnętrza spoza krat. Tym razem solidnie przygotowałem się do wyjazdu. Na stronie internetowej kolegiaty sprawdziłem godziny otwarcia. Jechaliśmy więc na pewniaka. Tymczasem na drzwiach wejściowych powitała nas kartka, że w dniach 1-3 września kościół jest zamknięty dla zwiedzających. „Przepraszamy”! Obawiam się jednak, że trudności w zwiedzaniu kolegiaty nie są przypadkowe. Drewniany kościółek św. Mikołaja ma tego samego gospodarza. Nic więc dziwnego, że pozostaje zamknięty. Obydwa opisane kościoły łęczyckie były zamknięte, a wspominane we wszystkich przewodnikach rokokowe organy kościoła bernardynów turysta łatwiej niż na własne oczy zobaczy przeszukując zbiór zdjęć w Internecie. Tum mimo bliskości Łęczycy znajduje się w gminie Góra św. Małgorzaty. Tu, moim zdaniem, znajduje się największa przyrodnicza atrakcja okolicy – wzgórze pochodzenia polodowcowego o wysokości 136 m npm., wyrastające o blisko 30 metrów ponad dno doliny Kanału Tumskiego. Strome stoki wzgórza wieńczy kościółek o historii równie długiej co świątyni tumskiej, jeno iż nie uległ zniszczeniom wojennym więc pozostaje w stylu klasycystycznym. Wnętrze ma pewno najmniej do zaoferowania zwiedzającym, ale i tak się o tym nie przekonają, bo pocałują klamkę.

Jegomość Boruta
I ślady jego niszczycielskich prób

Nie spekuluję czy proboszczowie sami zdecydowali w ten sposób chronić cenne wyposażenie wnętrz czy też jest to oficjalna polityka diecezji łowickiej. A może maczał w tym palce diabeł Boruta, rezydent podziemi łęczyckiego zamku który, jak chce legenda, już raz próbował zapobiec budowie kolegiaty w Tumie. Po nieudanej próbie pozostały ślady jego pazurów w przyziemiu północnej wieży. A że nicpoń pojawiał się, a to jako szlachcic w kontuszu, a to jako wielkie ptaszysko czy sowa, to znowu czarny koń albo ryba z rogami czy też wilk więc cóż dziwnego jeśli przybierze postać niewinnie wyglądającego turysty i spróbuje dokończyć dzieła zniszczenia. Taka perspektywa może przerazić najodważniejszego! Jedyny ratunek w kratach i kłódkach. A więc „Zgiń, przepadnij siło nieczysta”! Po spełnieniu tego zaklęcia zwiedzanie kościelnych wnętrz w okolicy Łęczycy znowu stanie się możliwe.

Kategorie
Estonia

Kanapka ze śledziem czyli dwa dni w Tallinnie

Zwiedzanie ogrodu botanicznego poza godzinami oficjalnego otwarcia, to doskonały pomysł. Szkoda, że poza pracownikami, niewiele osób może skorzystać z takiej okazji. Nam się jednak udało! Wraz z Podziomkiem byliśmy oficjalnymi gośćmi ogrodu i korzystaliśmy z jego pokojów gościnnych. Zaraz po porannych ablucjach wymknąłem się więc na spacer z lornetką, bo poza godzinami zwiedzania w takich miejscach łatwiej spotkać ptaki nieuzależnione od dożywiania przez człowieka. Nie pomnę już co udało mi się zaobserwować. Sierpniowy poranek był słoneczny, ogrodowe alejki wiły się wokół stawów i wspinały na niewysokie wzgórza. W miejscach o wschodniej ekspozycji pachniało już silnie ziołami i kwieciem. Gdyby nie górująca nad ogrodem telewizyjna wieża nadawcza można by czuć się, jak w czasach przedwojennego prezydenta Estonii Konstantina Pätsa, do którego należał majątek ziemski przyznany z początkiem lat 60-tych XX wieku Estońskiej Akademii Nauk z przeznaczeniem na budowę ogrodu botanicznego.

Wróciwszy do naszego lokum, na piętrze prezydenckiego niegdyś domu, zastałem drzwi zamknięte na klucz. Stukanie, ba, nawet energiczne dobijanie się, nie pomagało. Podziomek nie otwierała drzwi! Podszedłem pod okna naszego pokoju. Jako że ostatnia noc była ciepła, pozostawały otwarte. Czasy były przedkomórkowe (konkretnie rok 1991) więc, aby zostać usłyszanym, trzeba było krzyczeć. Zamiast Podziomka zareagowała pracownica biura na parterze budynku. Po stosownych wyjaśnieniach zorganizowano ekipę ratunkową z drabiną. Tą drogą dostałem się do wnętrza i zastałem Podziomka w kąpieli. Choć w odmienny sposób, ona też napawała się atmosferą tego poranka. Poza wspomnieniami, z ogrodu botanicznego w Tallinnie przywieźliśmy też sadzonkę róży, która do dzisiaj zdobi nasz ogród. Sądząc po barwie i kształcie, może jest to nawet odmiana nazwana „Staatspräsident Päts”.

Willa prezydenta Päts’a została odzyskana przez potomków, ale otacza ją Ogród Botaniczny, źr. Google Streetview

Ogród Botaniczny położony jest we wschodniej części miasta, zwanej od uchodzącej tu do morza rzeki, Piryta. W 1980 roku zbudowano tu olimpijskie centrum sportów żeglarskich, jako że ulokowana z dala od większych akwenów wodnych Moskwa nie miała, ani warunków, ani tradycji organizowania zawodów żeglarskich. W drodze do centrum z okien autobusu widzieliśmy codziennie ten obiekt, podobnie jak największą w Tallinnie plażę oraz Rusałkę – pomnik z 1902 roku upamiętniający ofiary zatonięcia podczas sztormu rosyjskiego okrętu wojennego o tejże nazwie. Podczas ostatniego pobytu w Tallinnie zatrzymaliśmy się w hotelu w pobliżu centralnie położonego terminala promowego. Mając do dyspozycji tylko dwa dni, z premedytacją pominęliśmy w naszych planach Pirytę. Przecięliśmy ją jednak tranzytem, kierując się ku półwyspowi Viimsi, gdzie naszym celem była lokalna przystań promowa w Leppneeme. Po przejechaniu mostu na Pirycie nie skręciliśmy więc za ruinami klasztoru Brygidek w prawo, lecz pojechaliśmy prosto, mijając dostatnie stołeczne przedmieścia z domami ukrytymi wśród bujnej zieleni. Z Leppneeme trzy razy dziennie pływa prom na wysepkę Prangli. Oddalony 10 km od wybrzeża skrawek lądu liczy niespełna 6,5 km kw. powierzchni i 75 mieszkańców. I rzecz cała w tym, że ktokolwiek tam mieszka! Historycznie rzecz biorąc, większe wyspy na Zatoce Fińskiej zostały zasiedlone w średniowieczu przez szwedzkich rybaków. Ich potomkowie zamieszkiwali je do II Wojny Światowej, stopniowo zmieniając swoją identyfikację etniczną na estońską lub fińską. Dramatyczna zmiana ich sytuacji nastąpiła po przyłączeniu wysepek do ZSRR. Najeźdźcy widzieli wyłącznie ich wartość militarną, a że mieli obsesję tajności miejsc o takim przeznaczeniu, całą ludność po prostu wysiedlili. Z niewiadomych przyczyn mieszkańcy Prangli uniknęli tego losu. Dzięki czemu wyspa jest reliktem przedsowieckiej architektury i funkcji.

Prom był miniaturą swoich adriatyckich braci. Było na nim nawet miejsce na 2 samochody, ale zamiast nich podróżował kontener, w którym z wyspy wywozi się worki ze śmieciami. Pod pokładem panował spory tłok. Tallińskie biura podróży organizują całodniowe wycieczki na wyspę umożliwiając nie tylko dokładne jej zwiedzenie, ale też degustację przysmaków kuchni wyspiarskiej oraz wyparzanie ciała w saunie. Po wypłynięciu poza falochron statkiem wstrząsnęły krótkie bałtyckie fale. Zmierzając do bufetu pełniącego też funkcje kasy omal nie zderzyłem się z pozieleniałym na twarzy młodzieńcem śpieszącym na zawietrzną. Starszawy wilk morski za ladą komunikował się w podstawowym angielskim z silnym estońskim akcentem. Chętnie przeszedł na zasugerowany rosyjski, lecz mimo bogatszego słownictwa, wymowę miał nadal trudną do zrozumienia. Wyjaśniwszy sobie, że nie jesteśmy Rosjanami, spędziliśmy następne parę minut odświeżając znajomość rosyjskich przekleństw, które służyły opisaniu naszego stosunku do polityki i osoby Putina. W ten sposób zapomnieliśmy o dokuczliwym kołysaniu.

Brygidki zbudowały obok zakonserwowanych murów średniowiecznej świątyni nowy dom zakonny, źr. www.piritaklooster.ee
Port w Kelnas z naszym promem na drugim planie

Prangli to miniatura Skandynawii nieco zaśmiecona pozostałościami sowieckiej mysli techniczno-wojskowej. Mikroskopijny port w Kelnas pomieścił nasz prom, jakąś motorówkę i ze dwa jachty. Na brzegu odpoczywały rozeschnięte kadłuby starych kutrów rybackich. Uczestnicy wypoczynku zorganizownego załadowali się na odkrytą przyczepkę ciągniętą przez pokaźnych rozmiarów terenówkę. Pozostali pasażerowie dyskretnie się oddalili, zostawiając naszej parze przyjemność samotnego penetrowania wysepki. Jedyna asfaltowa droga przecinająca Prangli z północy ku południowi narzucała kierunek wędrówki. Chociaż nie ma tu terenów podmokłych, droga ku mojemu zdumieniu wysadzana była olchami. Pomiędzy nimi, tu i ówdzie, umościły się różnej wielkości głazy narzutowe. Domy, zbudowane z drewna, pomalowane były w wyraziste barwy. Z kamienia wzniesiono tylko miejscowy kościółek oraz niektóre zabudowania gospodarcze. Najdostatniej wyglądające oraz najnowsze domy pełniły zapewne funkcje wyłącznie letniskowe. W obejściach nie widać było nadmiernego ruchu. Tylko przy położonej na uboczu świątyni grupa uczniów odbywała lekcję szkicowania z natury. Odcinek drogi wyłożony asfaltem wkrótce się skończył. Coraz węższą ścieżką wśród karłowatych sosen dotarliśmy na upstrzoną głazami łąkę, stopniowo obniżająca się ku Bałtykowi. Choć na pełnym morzu wiatr odrywał strzępy piany ze szczytu fal, na skraju lasu było całkiem zacisznie. W zatoczkach między szuwarami żerowały i odpoczywały ptaki. Było ich na pewno więcej, niż ludzkich mieszkańców Prangli. Spędziliśmy parę kwadransów wygrzewając się i wypatrując skrzydlatych rarytasów.

Kutry czekają na lepsze wiatry
Szkoła podstawowa. Tu 6 nauczycieli ma pod opieką 5 uczniów
Domek letniskowy na Prangli
Najcenniejsza obserwacja ornitologiczna – łabędzie krzykliwe
Dom Ludowy na Prangli
Tak mieszkają wyspiarze
Łąki zalewowe na południowym brzegu wyspy
W tle, na kontynentalnej Estonii, widać terminal kontenerowy w Muuga

Tego czasu zabrakło nam, by dotrzeć do drugiego cmentarzyka na wyspie, skrywającego szczątki ofiar zbombarowania przez Luftwaffe w 1941 roku estońskiego okrętu Estirand. Oprócz marynarzy, spoczywają tam poborowi przeznaczeni do wcielenia do Armii Czerwonej, po dopłynięciu – wraz z konwojem innych jednostek – do Kronsztadu. Do czego jednak nie doszło. Estoński kapitan osadził uszkodzony statek na brzegach Prangli, a 2600 pozostałych przy życiu poborowych, obezwładniwszy radziecką eskortę, uszło w lasy, gdzie doczekali nadejścia czasowo zwycięskiego Wehrmachtu. Dotarliśmy jednak do Czerwonego Kamienia, największego na wyspie głazu narzutowego. Ten „podarunek z Finlandii” mierzy 11,1 na 8,8 metra, a jego czubek wznosi się 3,3 metra ponad powierzchnię gruntu. Ta część wyspy obfituje w porośnięte sosnami wydmy. Wśród nich znaleźć można niespodziewane artefakty: a to silnik z rozbitego samolotu, a to tzw. pompę gazową, gdzie – sądząc po obecności patelni – można podsmażać zebrane w lesie grzyby, czy zrobić jajecznicę, a to znowu – porzucone ciężarówki sowieckiej produkcji. Powróciwszy do portu, zdążyliśmy – przed odbiciem promu od brzegów wysepki – skosztować do kawy kanapki po estońsku: śledź, plasterek jajka, krążek cebuli i gałązka koperku, na czarnym chlebie. Połowa czerwca to chyba jeszcze nie sezon wakacyjny, bo każdy z trzech kempingów na wyspie wyglądał na niezasiedlony.

Kościółek wyspiarzy
Czerwony Kamień
Droga wzdłuż wschodniego wybrzeża wyspy
Drugie śniadanie po estońsku
Samotna sosna
Pompa gazowa, fot. Ivo Kruusamägi CC-BY-SA 4.0
Muzeum techniki
Tajemnicze budowle na pd-wsch. cyplu Prangli

Olimpijskie centrum żeglarstwa w Pirycie płynnie dostosowało się do zmian systemowych i gospodarczych w niepodległej Estonii. Nie da się tego powiedzieć o nadmorskiej hali widowiskowo-sportowej, która także została oddana do użytku w olimpijskim roku 1980. Ten obsypany nagrodami architektonicznymi brutalistyczny kompleks budzi skojarzenia z umocnieniami Wału Atlantyckiego, wzniesionymi przez Niemców po podboju Francji dla obrony przed aliancką inwazją. Coś mogło być na rzeczy, gdyż architekci zakładali, że ich dzieło wejdzie w twórczy dyskurs z położonym po drugiej stronie basenu portowego XIX-wiecznym fortem Kalaranna. Dla mieszkańców miasta, obiekt pod patronatem Lenina, dawał możliwość dotarcia na sam brzeg Zatoki Fińskiej w dzielnicy portowej, która od 1945 była oddzieloną od reszty miasta murem, strefą zamkniętą. Po pozbyciu się z nazwy odniesień do ojca wszechświatowego proletariatu, hala funkcjonowała zgodnie z przeznaczeniem do roku 2010. Jak większość obiektów z tego okresu, była niechlujnie wykonana, z użyciem kiepskiej jakości materiałów, nie spełniała nowych, rygorystycznych standardów bezpieczeństwa i – ogólnie – wyglądała coraz bardziej ponuro. Została więc zamknięta i rozpoczęto poszukiwania inwestora, który jednak musiał zachować jej pierwotne funkcje. Ponieważ nie znaleziono chętnych do utopienia swojego kapitału w tej górze betonu, rewitalizacji miało podjąć się miasto, przy hojnym wsparciu rządu estońskiego. Publiczny inwestor nie wywiązał się jednak ze swoich obietnic i gargantuiczny pomnik sowieckiej architektury rozpiera się, niczym „Gwiazda Śmierci” na straży tallińskiego portu. Choć nie jest to całkiem legalne, warto się wdrapać na jego tarasy dla oryginalnej perspektywy, jaką daje na wybrzeże i Stare Miasto.

Gwiazda Śmierci czyli dawna hala im. Lenina. Tylko z perspektywy zatoki można ocenić jej ogrom.
Można wylądować helikopterem lub przypłynąć łodzią podwodną 🙂
Ale urwał!
Widok z nieczynnej hali sportowo-widowiskowej w kierunku dawnej elektrowni i kościoła św. Olafa

Kalajama, to dzielnica rozciągająca się na północ od Starego Miasta, za dworcem kolejowym. Początkowo, i to przez kilka stuleci, była to osada rybacka. Dopiero, gdy pod koniec lat sześćdziesiątych XIX wieku kolej żelazna dotarła do miasta, dzielnica zaczęła zmieniać charakter na przemysłowo-proletariacki. Zabudowano ją gęsto drewnianymi kamienicami (wiem, że to oksymoron, ale jak, do licha, nazwać budynek wielorodzinny skonstruowany z drewna?). Ostatnimi laty Kalajama przepoczwarza się w dzielnicę hipsterską, w każdym razie niektórzy tak ją zaczęli nazywać. Mam słabość, zarówno do architektury drewnianej, jak i do dzielnic poddanych procesowi zmiany swej funkcji i postrzegania przez mieszkańców i gości. Zachęciłem więc Podziomka do spaceru jej ulicami. No i włócząc się tędy i owędy wdaliśmy się w zaciekłą dyskusję, jak ocenić proces przemian w Kalajama. Podziomkowi przeszkadzał brak życia na ulicach oraz wyspy grodzonej architektury współczesnej (już nie drewnianej), wciskające się pomiędzy drewniaki. Ja widziałem raczej pozytywy. Dzielnica mieszkaniowa nie musi przecież mieć bogatej oferty kulinarnej i kulturalnej w sytuacji, gdy do centrum jest piechotą, nie więcej, niż 20 minut. A nowe budownictwo Kalajamy w żaden sposób nie dominowało zabudowy tradycyjnej.

Kalajama – dawne magazyny służą dziś jako hotel
Kościółek baptystów w Kalajama
W latach międzywojennych budowano drewniaki z murowaną klatką schodową
Stara i nowa zabudowa dzielnicy
Stara zabudowa jest dobrze utrzymana
Nowe budownictwo w gdyńskim stylu

Na obrzeżach dzielnicy ulokowano kilka charakterystycznych budynków o ciekawej architekturze i atrakcyjnych programach funkcjonalnych. Takimi są: elektrownia z 1913 roku, zamieniona na centrum nauki (odpowiednik warszawskiego Kopernika); imponująca rozmiarami żelbetowa baza hydroplanów z I Wojny Światowej, będąca obecnie jedną z dwóch siedzib Muzeum Morskiego i skrywająca m. in. dumę przedwojennej Marynarki Wojennej Estonii – okręt podwodny „Lembit”; czy fort Kalaranna, który dłużej, niż celom wojskowym, służył służbom więziennym. Obecnie jest tam martyrologiczne muzeum, ale sądząc z wizualizacji umieszczonych przed gmachem, planuje się dla niego nowe funkcje i świetlaną przyszłość. O ile, oczywiście, znajdą się na to środki. Na mnie największe wrażenie zrobił park dzielnicowy. Jednak nie ze względu na zaplanowanie, czy urozmaicenie zieleni, ale na jego historię, a konkretnie sposób, w który się do niej odnosi i o niej opowiada. Otóż teren parku, to dawny cmentarz zlikwidowany w sposób dosyć brutalny za czasów ZSRR. Już w niepodległej Estonii planowano głęboką modernizację parku, ale okazało się, że sąsiedzi zamiast popierać ten pomysł życzyli sobie zmian daleko mniejszych, za to podkreślających dawną funkcję. Dlatego przy wejściach do parku znajdują się tablice informacyjne, nie z regulaminem korzystania, ale z historią tego miejsca. Część alejek nawiązuje przebiegiem do swych cmentarnych poprzedniczek, w jednym z kwartałów parku wyeksponowano kilka metalowych krzyży oraz odnowiono historyczną bramę cmentarną. Takie podejście jest możliwe, gdy likwidowanie cmentarzy nie odbywa się – jak często w naszym kraju – w ramach wymierzania sprawiedliwości dziejowej, bądź ucieczki od historii.

Świadkowie cmentarnej przeszłości parku
Fort, a później więzienie Kalaranna
Brama cmentarna

„Estończycy mieszkają w domach, a Rosjanie w blokach”. Taką informację uzyskałem od estońskich znajomych, gdy podczas pierwszej wizyty w Estonii przejeżdżaliśmy przez imponujące wielkością blokowiska – położonej na wschód od centrum – dzielnicy Lasnamäe. Stolica Estonii za caratu i pierwszej republiki nie była wielkim miastem. Liczba mieszkańców przed 1940 rokiem nie osiągnęła nawet granicy 150 tysięcy. To władza radziecka ze swoją obsesją industrializacji i urbanizacji uczyniła z niej metropolię o ponad trzykrotnie większej populacji. Oczywiście, Estończycy przyjeżdżali do pracy w stolicy, ale w tempie daleko nie satysfakcjonującym władze. Sięgnięto więc po rdzennych Rosjan i rosyjskojęzycznych mieszkańców innych republik radzieckich. Ci przyjeżdżali chętnie, bo nadbałtyckie republiki cieszyły się opinią prawdziwej Europy. Nic dziwnego, przecież miejscowe języki zapisywało się w alfabecie łacińskim. W rezultacie, w mieście, w którym przed wojną mieszkało 85% Estończyków, jeszcze dzisiaj, ponad 30 lat od odzyskania niepodległości, jest ich tylko ok. 55%. Rosjan zaś mieszka w Tallinie nieco ponad 35%, ale w Lasnamäe około 61% i jest to jedyna, ale za to największa, z ośmiu dzielnic miasta, gdzie stanowią dominującą grupę ludności. Paradoksalnie, autorka przytoczonej wyżej maksymy od 47 lat mieszka w dziewięciokondygnacyjnym bloku, tyle że w zasiedlonej w większości przez Estończyków dzielnicy Mustamäe.

Lasnamäe – największe blokowisko, a równocześnie dzielnica gdzie częściej słyszy się język rosyjski niż estoński.

Każda wizyta na tallińskim Starym Mieście pozwala zrozumieć dlaczego filmowcy radzieccy właśnie w stolicy Estonii szukali plenerów, które zgodnie ze scenariuszem winny przedstawiać kraje zgniłego zachodu. Miasto o hanzeatyckiej przeszłości, mało zniszczone podczas II Wojny Światowej i, co chyba najważniejsze, traktujące z szacunkiem swoje architektoniczne dziedzictwo, nadawało się idealnie do tych celów. Najeżona wieżycami kościołów panorama, budowle reprezentujące architekturę ostatnich siedmiu wieków, 2 kilometry zachowanych murów miejskich z wieńczącymi je 20 basztami, domy mieszczańskie, siedziby kupieckich gildii, czy średniowieczny ratusz – wszystko to znajdziemy na obszarze nieco ponad jednego kilometra kwadratowego.

Malownicze uliczki Starego Miasta
Kościółek adwentystów widziany z kompleksu Rotermanna
Estońscy architekci śmiało wprowadzają nową architekturę do centrum Tallinna
Pozostałości bramy Viru z widokiem na hotel o tejże nazwie
Uliczki Starego Miasta bywają strome
Architektoniczna mieszanina stylów, barw i wielkości
Kościół św. Olafa
Skwer powstał w miejsce zabudowań zniszczonych w 1944, a najcieńsza wieża w mieście należy do ratusza
Na staromiejskim podwórku

Swoje dołożyła natura. Mimo przybrzeżnego położenia, nad Dolnym Miastem góruje ponad 30 metrowe wapienne Wzgórze Katedralne (est. Toompea). Według estońskiego eposu, nie jest to wzgórze powstałe siłami natury, lecz kurhan kryjący szczątki praojca Finów i Estończyków – Kaleva, usypany przez jego pogrążoną w żałobie małżonkę – Lindę. Mniejsza o pochodzenie, ważniejsze były zalety obronne powodujące, że kto umościł się na tym wzgórzu, ten rządził południowym wybrzeżem Zatoki Fińskiej. Tak więc władali stąd: przodkowie współczesnych Estończyków z plemienia Estów; Duńczycy, którym w tym właśnie miejscu w 1219 roku Bóg zesłał ich narodową flagę (Dannebrog); zakon Kawalerów Mieczowych/Krzyżacki; Szwedzi; rosyjscy gubernatorzy; a w końcu, z 50 letnią przerwą władzy radzieckiej, estońscy parlamentarzyści i członkowie rządu. Jako że każda władza szukała swego uzasadnienia oraz wsparcia u Boga, na wzgórzu znajdziemy, tak luterańską, jak i prawosławną katedrę, choć ta druga powstała dopiero w ramach zainicjowanego przez cara Aleksandra III programu znakowania terytorium jego imperium kopułami cerkwi. Z turystycznego punktu widzenia, prócz licznych zabytków, Toompea to wspaniały punkt widokowy. Dalekie pejzaże podziwiać można, zarówno z  murów obronnych, jak i z wysokiej na 45 metrów baszty Długi Herman (est. Pikk Hermann). Jest ona znana z tego, że każdego ranka na maszt wieńczący basztę wciągana jest flaga narodowa, by wieczorem odbył się ceremoniał jej opuszczenia.

U podnóża Wzgórza Katedralnego
Zaułek na Toompea
Prawosławna katedra Aleksandra Newskiego
Śródziemnomorskie widoki na Toompea
Boczna fasada budynku parlamentu i Długi Herman
Widok z Toompea w kierunku północnym
Pokryty taflami szkła Pomnik Wolności u podnóża Wzgórza Katedralnego

Tallinn jest bez wątpienia podstawowym celem turystycznym w Estonii. Nic dziwnego, że spotyka się tu wielu cudzoziemców i słyszy mnogość języków. Równocześnie obszar Starego Miasta jest na tyle duży, że bez trudu można unikać tłoku i cieszyć się samodzielnym poznawaniem jego uroków. Dla mnie takim doświadczeniem było odwiedzenie pozostałości klasztoru dominikanów. Jego kościół pod wezwaniem św. Katarzyny, liczący ponad 65 m długości, był w momencie ukończenia najdłuższym budynkiem w mieście. Mnisi zostali zmuszeni do opuszczenia kompleksu z nastaniem reformacji. Później klasztor i kościół były trawione przez pożary i wykorzystywane na doraźne cele biznesowe, z wolna popadając w zapomnienie. W latach 40-tych XIX wieku na miejsce klasztornego refektarza postawiono kościół katolicki, pełniący obecnie funkcje katedry. Pozostała część była wykorzystywana na cele mieszkalne oraz sklepowo-magazynowe. Przez wieki dojście do nich stanowiła ścieżka zwana dzisiaj Pasażem Katarzyny. Jedną jego pierzeję stanowi zachowana ściana budynku klasztornego spięta kilkoma ceglanymi łukami z niewielkimi budynkami zarządzanymi obecnie przez Gildię Katarzyny, czyli swoistą spółdzielnię rzemieślniczą stworzoną przez 14 pań wytwarzających i sprzedających swoje rękodzieło w ośmiu pracowniach. Choć na swojej stronie www gildia chwali się popularnością zarówno wśród mieszkańców, jak i turystów, byliśmy tam jednymi gośćmi. Nieśpiesznie mogliśmy więc napawać się detalami gotyckiego portalu oraz kolekcją kamieni nagrobnych na murze budynku klasztornego. Spokój panował taki, że słychać było świst jerzyków przemykających nad dachami domów na tle bezchmurnego nieba i bzyczenie pszczół wokół dorodnej lipy, ocieniającej dziedziniec.

Za bramą ukrywa się katolicka katedra pod wezwaniem św. Piotra i Pawła
Scenka sprzed katolickiej katedry
Gotycki portal dawnego klasztoru dominikanów
Płyty nagrobne, po latach tułaczki, trafiły na ściany klasztoru
Detal z portalu
Zachodnie wejście do Pasażu Katarzyny
Wejście do warsztatu szkła artystycznego
Pasaż Katarzyny widok od strony wschodniej, fot. NotAnonymous, CC BY-SA 3.0

Rzadko wspominam na tych stronach o hotelach, ale tu uczynię wyjątek. Nie po to jednak, by rekomendować usługi naszego hotelu, lecz by opisać dziwny obyczaj negocjowania warunków pobytu. Otóż zależało nam na pokoju z widokiem na basen jachtowy, co zakomunikowałem robiąc rezerwację. W odpowiedzi dostałem informację, że będę musiał zapłacić dodatkowo 10 Euro za noc. Przystałem na te warunki, by po przyjeździe dowiedzieć się, że taki pokój nie jest dla nas dostępny. Może wzruszyłbym ramionami na tę drobnostkę, ale perspektywa z naszego okna brutalnie zweryfikowała twierdzenie, że widok z pokojów jest albo na morze, albo na Stare Miasto. Otóż my za oknami mieliśmy 300 metrów dzikiego parkingu (tzn. płatnego, ale z postojem na ubitej ziemi), potem wielki kompleks biurowo-handlowy zwany Kwartałem Rotermanna, za którym rzeczywiście znajduje się, skutecznie zasłonięte, Stare Miasto. Basen jachtowy mogliśmy do woli podziwiać przy śniadaniu lub sponad drinka w hotelowym barze, ale pewien niesmak z poziomu usługi i informacji hotelowej jednak w nas pozostał.

Widok z naszego hotelu na basen jachtowy
Widok z naszego hotelu, wg strony www na Stare Miasto

Nudno jest tylko chwalić wyśmienitą estońską gastronomię. Wspomnę więc o dwóch odwiedzonych lokalach, nie ze względu na ich wybitne menu, ale z innych powodów. Niewątpliwym urozmaiceniem obiadu spożywanego w lokalu usytuowanym w nowym budynku na brzegu basenu portowego przy ulicy Kalaranna, było obserwowanie kolejnych spacerowiczów wpadających w pułapkę zastawioną na nich przez budowniczych nadmorskiej promenady. Otóż podążając brzegiem w kierunku miasta, niczym ryby w żaku, nieuchronnie docierali do miejsca, gdzie ogrodzenie rewitalizowanego nabrzeża nie pozwalało na dalsze kontynuowanie spaceru. Niektórzy próbowali coś kombinować, inni poddawali się prędzej, ale wszyscy musieli wrócić i wyjść na ulicę tuż przy naszej restauracji. Tu dopiero mogli zobaczyć tabliczkę informująca, że przejścia nie ma! Ale chyba cieszyli się, że nikt nie próbował ukarać ich mandatem w wysokości 500 Euro, gdyż taką karę dla niesfornych sugerowała treść tabliczki. Lokal w dzielnicy Mustamäe, gdzie na obiad zaprosili nas estońscy przyjaciele, zapunktował zaś elastycznością obsługi. Pozwolono nam mianowicie, po spożyciu dań głównych, wystawić na stół przywieziony z Polski sękacz. Jak wiadomo, nie jest to zwyczaj powszechnie praktykowany nawet w naszym kraju, a co dopiero dalej na północ. Tymczasem nasz stolik zwieńczyła sękata, wysoka na ¾ metra wieża z ciasta, który to widok wzbudził zainteresowanie i podziw pozostałych gości.

Jeden z najmniejszych krajów Europy, jakim jest Estonia, ma zadziwiająco bogatą ofertę turystyczną. Mimo, że byliśmy tam już trzeci raz, daleko nam do stwierdzenia, że widzieliśmy już wszystko. Moja lista „Must see in Estonia” ciągle się wydłuża, więc wkrótce pewnie zacznę planować kolejne wyjazdy. Muszę tylko zwiększyć ich częstotliwość, bo przy dotychczasowej pojechałbym tam przed swoimi 80 urodzinami. A Bóg jeden wie, czy wtedy będę miał wystarczająco dużo zdrowia i zapału!

Kategorie
Estonia

W kuźni elity II Rzeczpospolitej czyli gdzie syn Kaleva ukrył swój miecz

Łąka upstrzona rozmaitej wielkości głazami narzutowymi łagodnie opadała ku wodom Zatoki Fińskiej. Wierzchołki kamieni wystawały z wody jeszcze w odległości kilkunastu metrów od brzegu. Błękit nieba był jakiś blady, ale słońca nie skrywała ani jedna chmurka. Gdyby nie bryza ciągnąca od morza, byłoby całkiem ciepło. Enn, nasz prowadzący sportowy styl życia przyjaciel, zaproponował kąpiel. Podziomek, która na studiach przyjęła i wygrała zakład o przepłynięcie wpław mazurskiego jeziora, podjęła wyzwanie. Ja, po zanurzeniu palca w lekko słonawej wodzie, poklepałem się po zwisającej na piersiach lornetce i oznajmiłem, że miejsce wydaje mi się wymarzone do prowadzenia obserwacji ornitologicznych. Nie była to bezpodstawna wymówka – po łące i tuż przy brzegu kręciło się wiele ptaków, w tym kilka gatunków biegaczy i brodźców.

Miejsce było ciekawe nie tylko z przyczyn natury przyrodniczej. Na niewielkim cyplu wcinającym się w wody zatoki wznosiły się imponujące ruiny Tolsburga, najpóźniej wzniesionego i najdalej na północ wysuniętego zamku krzyżackiego. Lokalizacja tuż nad brzegiem morza, ale w znacznej odległości od innych siedzib ludzkich może dziwić, ale w momencie powstania (ostatnia ćwiartka XV wieku) zamek ochraniał dostęp do niewielkiego portu, po którym nie ostał się żaden ślad. Po sekularyzacji inflanckiej gałęzi Zakonu twierdza zmieniała często właścicieli (przez 4 lata pozostając nawet w polskim posiadaniu), by ostatecznie ulec zniszczeniu podczas Wojny Północnej, na początku XVIII wieku. Z kontemplacji romantycznych ruin i rozważań nad ich historią oderwała mnie para pływaków śpiesząca owinąć swe nieco zsiniałe i trzęsące się ciała w suche ręczniki. Wody Zatoki Fińskiej nawet latem rzadko nagrzewają się do temperatury wyższej, niż 15°C.

Tolsburg z lotu ptaka; fot. Hiiumaamudeliklubi, lic. CC BY-SA 4.0

Pomni doświadczeń sprzed 31 lat, jadąc w połowie czerwca do Estonii nie zabraliśmy ze sobą kostiumów kąpielowych. Stojąc nad brzegiem jeziora Pejpus zupełnie tego nie żałowaliśmy. Pejpus łączące się stosunkowo wąskim przesmykiem, mającym status osobnego jeziora o nazwie Lämmijärv, z położonym już w większości w Rosji jeziorem Pskowskim, jest największym w Europie naturalnym zbiornikiem transgranicznym. Ze względu na szerokość sięgającą 50 km darmo jednak wypatrywać z Estonii moskiewskiego brzegu. Darmo zresztą wypatrywać na nim jakiegokolwiek ruchu, prócz nadal rzadkich możliwości obserwacji ptactwa wodnego. Czerwiec to wprawdzie jeszcze miesiąc przedwakacyjny oraz, jak się zdaje, okres ochronny w rybactwie śródlądowym, a sąsiedztwo z miłującym konflikty sąsiadem nie zachęca do odwiedzin, ale całkowity brak ludzi na wodzie stanowił uderzającą odmianę po doświadczeniach zebranych na polskich Mazurach, czy choćby odwiedzanym i opisanym przez mnie ostatnio Pojezierzu Międzychodzko-Sierakowskim.

Na zachodnim brzegu jeziora odwiedziliśmy trzy miejscowości: Nina, Kallaste i Mustvee. Zamieszkują je potomkowie rosyjskich starowierów, którzy odrzuciwszy w połowie XVII wieku reformy liturgii prawosławnej, za patriarchy Nikona zakładali swoje kolonie w miejscach odludnych, za jakie uchodziła wschodnia Estonia. Była to więc społeczność skrajnie konserwatywna i wynosząca na piedestał zalety tradycji. Nic zatem dziwnego, że ich potomkowie wolą, jak drzewiej bywało, łowić ryby i sadzić cebulę, niż przyjmować turystów. Brak innych przyjezdnych wcale nam jednak nie przeszkadzał. Mieliśmy tylko dla siebie wszystkie miejscowe atrakcje: molennę staroobrzędowców i sąsiadującą z nią latarnię jeziorną (?) w Nina, najwyższe nad całym jeziorem, dziewięciometrowe wybrzeże klifowe kryjące kolonie lęgowe jaskółki brzegówki w Kallaste, nadbrzeżne cmentarze w obu tych miejscowościach. Tylko w zmodernizowanym za środki UE porcie rybackim w Mustvee spotkaliśmy kilkoro spacerowiczów podziwiających, czy to widok na bezbrzeżne wody jeziora, czy też niepokojąco spiętrzony wał czarnych, burzowych chmur, nadciągający nad miasteczko.

Dobrze utrzymane drewniane domy decydują o charakterze nadjeziornych miejscowości. Trafiają się wśród nich domki letniskowe, ale właśnie wśród, a nie poza, miejscowościami. Zjawisko daczowiska nie jest nad brzegami Pejpusu znane, ku naszej uldze i niewątpliwej korzyści dla okolicznego krajobrazu. W większych miejscowościach, co w warunkach estońskich oznacza ponad tysiąc mieszkańców, są już możliwości noclegu oraz przekąszenia co nie co, czy wypicia kawy. My skorzystaliśmy z takiej możliwości w kawiarni portowej w Mustvee i, chociaż byliśmy jedynymi gośćmi, możemy ją uczciwie zarekomendować.

Molenna staroobrzędowców w Nina
Cmentarz w Nina
Siedliska jaskółek brzegówek na klifie w Kallastee
Mural na budynku w Kallastee
Tradycyjna zabudowa Kallastee
Ujście rzeki Mustvee do jeziora Pejpus
Czarne chmury nad jeziorem Pejpus
Latarnia jeziora w Nina
Cmentarz w Kallastee na wysokim brzegu jeziora
Wybrzeże klifowe w Kallastee
Zejście do jeziora w Kallastee
A dalej już tylko jezioro
Kawiarnia portowa w Mustvee

W niewielkiej odległości od jeziora znajduje się kilka ciekawych miejscowości, z których nam udało się odwiedzić dwie: Alatskivi to siedziba gminy z neogotyckim zamkiem wzorowanym – a kto bogatemu zabroni! – na królewskim Balmoralu Windsorów. Po wybiciu się na niepodległość Estonia przeprowadziła dosyć drakońską reformę rolną, wywłaszczając ziemian niemieckiego pochodzenia z ich majątków. Ziemią obdarzono estońskich włościan, a zabudowania przeznaczono na wszelkie niezbędne usługi publiczne. Dzisiaj pałacem zarządza prywatna fundacja, prowadząca usługi muzealno-hotelowo-restauracyjne, ale zabudowania gospodarcze wykorzystywane są przez gminę na usługi takie, jak ośrodek zdrowia, poczta, czy straż pożarna. Nota bene, podczas naszej pierwszej wizyty w Estonii, w roku 1991, kiedy formalnie istniał jeszcze ZSRR, odwiedziliśmy kilka pałaców ziemiańskich położonych między Narwą a Tallinnem. W większości wykorzystywane były one przez spółdzielcze lub państwowe gospodarstwa rolne. Jednak, czy to ze względu na luterańską zaradność, czy też na tradycję życia w niedostatku Estończycy, w przeciwieństwie do Polaków czy Rosjan, nie dopuścili do ich ruinacji. W ich kulturze nie mieści się po prostu niegospodarność pozwalająca na zmarnowanie powierzonego sobie majątku.

Pałac był zamknięty z powodu poniedziałku (UWAGA: w Estonii zasada pięciodniowego tygodnia pracy obowiązuje nie tylko w instytucjach kultury, ale i często w lokalach gastronomicznych). Powałęsaliśmy się więc trochę po malowniczym parku i trafiliśmy do niewielkiego pawilonu przy przelotowej drodze, wyglądającego z zewnątrz na sklep ogrodniczy. I tu dokonaliśmy Odkrycia Wyjazdu: we wnętrzu kryły się kolejne pomieszczenia, w których oferowano wszelakiego rodzaju produkty wiejsko – ogrodnicze, a pomieszczenie główne oprócz artykułów spożywczych pełniło też funkcję przytulnej kawiarnio-restauracji. Panował w nim ożywiony ruch, bo to i miejscowi wpadali na zakupy i nieliczni podobni do nas goście. Ba, trafiła się nawet szkolna grupa anglojęzyczna (!). Wszystko to budziło skojarzenia ze sklepem wujka Emila z „Dzieci z Bullerbyn”, czy też z grocery stores opisanych przez Sienkiewicza w jego nowelach z Ameryki. Ulokowaliśmy się w ogródku kawiarnianym (sklepowym?) pod czujną obserwacją kawki (ptaka) pełniącej funkcję przedwstępnego sprzątacza naczyń z grubszych pozostałości posiłków. Dodatkowo, po ustaleniu, że stojąca za kasą młoda pani lepiej się czuje komunikując po rosyjsku, niż angielsku, przekonałem się, że mój stopień władania mową Puszkina i (niestety) Putina jest wciąż satysfakcjonujący.

Pałac w Alatskivi, widok z bramy wjazdowej
Alatskivi – zabudowania folwarczne
Sklep wujka Emila od zewnątrz
Sklep wujka Emila – wnętrze
Pałac w Alatskivi, widok od strony parku
Kawka – czyściciel talerzy
Oraz eklektyczne wyposażenie jego wnętrza

Zjechawszy nieco na wschód od drogi z Mustvee do Tartu, trafia się do drugiej z wymienionych miejscowości – sielskiej Kääpa, gdzie w budynku dawnej szkoły mieści się muzeum Kalevipoega, czyli bohatera narodowego eposu estońskiego. Przez wieś przepływa rzeka tej samej nazwy, w której zatopiony został przeklęty miecz, który pozbawił nóg mitycznego wielkoluda, zesłanego później do trzymania straży u wrót piekieł. Jako, że wcześniej dokonywał on, tak na terenie Estonii, jak i poza nią, czynów nadludzkich, epos obiecuje, że powróci z piekielnej strażnicy, by przynieść Estończykom jedność i szczęście. Dlatego ojcowie niepodległości Estonii w manifeście z 24 lutego 1918 roku zapewniali, że nadszedł właśnie ten dzień. Rozumiejąc rolę tego dzieła w historii Estonii, trudno zaakceptować toporne próby wizualizacji jego bohatera, jak choćby tę sprzed budynku muzeum, czy z tallińskiej dzielnicy Nomme. Ale może rzeczywiści trudno jest w atrakcyjny sposób ukazać osobnika z objawami akromegalii. W każdym razie budynek dawnej szkoły jest uroczy, okolica wielce malownicza, a uczestnicy wycieczek szkolnych mogą na sąsiednim wzgórzu sprawdzić swą sprawność w zadaniach bez mała tak trudnych, jak te, które na swej drodze spotykał mityczny syn Kaleva.

Muzeum Kalevipoeg wraz z rzeźbą bohatera eposu
Kääpa – fragment parku tematycznego z akcesoriami odwołującymi się do treści eposu
Kääpa – tu należy zrobić fotkę!
Na ściany muzeum naniesiono graficzne odniesienia do treści eposu
Kääpa – tradycyjne budownictwo wiejskie
Pomnik Kalevipoeg w Parku Glehna w tallińskiej dzielnicy Nomme; fot. Lohusalu, licencja GFDL

Bazę wypadową założyliśmy w Tartu. Dzięki statusowi drugiego miasta w kraju oraz najważniejszego centrum uniwersyteckiego, miasto liczące niespełna sto tysiące mieszkańców sprawia wrażenie prawdziwej metropolii. Z okien naszego hotelu mieliśmy widok na Centrum Popularyzacji Nauki AHHAA z górującym nad miastem walcowatego kształtu wieżowcem Tigu (Est. ślimak) Tower o 24 kondygnacjach. Wokoło pełno było też współczesnych budynków ze stali i szkła. Wzdłuż wijącej się przez miasto rzeki Emajõgi, kipiącej od ruchu wszelkiego rodzaju jednostek pływających, dociera się do placu Ratuszowego, stanowiącego centrum niewielkiego obszarowo Starego Miasta. Gość z Polski może być zaskoczony obecnością na budynkach publicznych flag w biało-czerwonych barwach. Tymczasem herb i flagę nadał osadzie przy biskupim zamku król Stefan Batory, przyłączywszy ją na krótko do Rzeczpospolitej, w roku 1582. Zniszczenia wojenne i żywiołowe w XVIII wieku spowodowały, że w zabudowie miasta dominuje styl klasycystyczny, ale w pobliżu rynku wznosi się też luterański kościół św. Jana będący, według promocyjnych broszur, najbardziej na pn-wsch. wysuniętym przystankiem Europejskiego Szlaku Gotyku Ceglanego. Wnętrza po wielu przebudowach nie są może najcenniejsze, jednak biegnący po zewnętrznych ścianach świątyni fryz z głowami, a na frontonie i pełnymi figurami, z terakoty, na pewno czyni świątynię wyjątkową. Początkowo było ich około 2000 i była to największa kolekcja takich rzeźb, powstała w średniowieczu w świecie cywilizacji zachodnioeuropejskiej. Do naszych czasów dotrwała połowa.

Ślimacza Wieża (est. Tigutorn) jest najwyższy budynkiem w Tartu
Tartu – szkło i metal
Rynek z budynkiem ratusza
Kościół św. Jana
Rzeka Ema na tym odcinku obramowana jest nowoczesną zabudową
Most Pokoju (est. Ruhu) w Tartu
Krzywy dom przy rynku, rezultat użycia częściowo fundamentów ceglanych, a częściowo drewnianych
Słynne figurki na reliefie biegnącym wokół kościoła
Figurki w zwieńczeniu kruchty

Przed ratuszem, na rynku, wznosi się fontanna z figurami całującej się pary studenckiej, skrytymi pod parasolem. Całkiem wdzięczna to rzeźba, choć zważywszy na okres powstania (lata 70-te XX wieku), możnaby obawiać się jakiegoś potworka. Ale w Tartu radzieckość przepuszczana była przez estoński filtr estetyczny. Główny gmach uniwersytetu z imponującą kolumnadą od frontu wznosi się nieopodal. Na jego zapleczu stoi naturalnej wielkości pomnik szwedzkiego króla Gustawa Adolfa (tegoż, którego Pan Zagłoba „pod Trzcianną razem z koniem obalił i w jasyr wziął”). Tu zaś upamiętniono władcę, nie jako wojownika, lecz założyciela w 1632 roku Academia Gustaviana czyli poprzedniczki sławetnego uniwersytetu dorpackiego. Bowiem estońskie miasto oficjalną nazwę Tartu nosi dopiero od 1918 roku. Wcześniej znane było jako Dorpat. Estończycy, których ziemie aż do końca I Wojny Światowej należały do różnych państw, najchętniej wspominają bowiem okres szwedzki, zwany nawet „dobrymi czasami”. Dlatego popularne w Polsce szukanie korzeni uniwersytetu w kolegium jezuickim założonym przez Batorego jeszcze w 1583 roku, choć upamiętnione na tablicy ufundowanej przez polską ambasadę, nie jest jednak oficjalnie przyjętą wersją historii uczelni. Jako że Inter arma silent Musae, a terytorium Estonii nie należało do najspokojniejszych, w czasie naszego „Potopu” uniwersytet najpierw ewakuował się do Parnawy (Est. Parnu), a potem zaprzestał działalności. Odnowił go dopiero w roku 1802 car Aleksander I.

Znany z liberalnych ciągotek monarcha rosyjski postanowił powołać w Dorpacie uczelnię krzewiącą zachodnioeuropejskie wartości oraz uprawiającą badania naukowe w oparciu o zasady europejskiego racjonalizmu. Dlatego językiem wykładowym został niemiecki, a uniwersytet cieszył się pełną autonomią. Wprawdzie każdy z bardziej autorytarnych następców Aleksandra próbował ograniczyć te przywileje, ale zawsze było tu więcej wolności, niż na pozostałych uniwersytetach Imperium, o czym świadczy następująca opinia: „Dorpat jedynym był w państwie Carów miejscem, gdzie wolno było hymny na cześć Polski wznosić, niemal publicznie, bez obawy, że ktoś podsłucha i doniesie, że wkroczy policja, że nastąpią areszty i więzienia” (M. Zdziechowski, studiujący w Dorpacie w latach 1879–1883). Nie dziwi więc, że w rosyjskim okresie funkcjonowania uczelni Polacy stanowili ok. 10% jej studentów, a w II Rzeczpospolitej jej absolwenci uważani byli za elitę odrodzonego państwa. Podziomek, której pradziadek, jak też jego siostra (o ich dalszych losach pisałem już tu), właśnie w Dorpacie zdobywali wyższe wykształcenie (odpowiednio: prawnicze i medyczne), za punkt honoru wzięła sobie zlokalizowanie budynków uniwersytetu, do których mogli uczęszczać na zajęcia i kursy.

I odniosła sukces. W Muzeum Uniwersytetu znajduje się specjalna plansza pokazująca, gdzie w konkretnym czasie znajdowały się poszczególne wydziały. Samo muzeum ma bardzo ciekawą lokalizację. Zajmuje mianowicie prezbiterium gotyckiej katedry katolickiej, która od czasu porwania ostatniego biskupa w głąb Rosji przez siepaczy Iwana Groźnego, popadała w coraz większą ruinę. Wraz z odnowieniem uniwersytetu ruiny zabezpieczono, a w odbudowanym prezbiterium ulokowano bibliotekę uniwersytecką. Wystawa w muzeum jest całkiem zajmująca (odtworzono np. gabinet pierwszego kierownika biblioteki, a liczne portrety rektorów znienacka łypią okiem i uśmiechają się ku zwiedzającym jakby zdobiły korytarze Hogwartu, a nie szacownej instytucji naukowej), a z okien widać obniżone do poziomu prezbiterium wieże i pozbawione sklepienia nawy z regularnymi rzędami filarów odartych ze swej podtrzymującej funkcji. Obcując z tak udaną adaptacją można tylko żałować, że nie zrealizowano pierwotnych planów, by w odbudowanej wieży zainstalować obserwatorium astronomiczne. Wzniesiono je kilkadziesiąt metrów dalej, podobnie jak Teatrum Anatomicum, gdzie kształcili się przyszli medycy. Prócz historycznego campusu uniwersyteckiego, na katedralnym wzgórzu posadowiono Sąd Najwyższy Estonii, także nawiązujący do tradycji szwedzkiej instytucji o podobnej funkcji. Przez ulice wcinające się w zbocza wzgórza przerzucono dwa mosty piesze, z których jeden nazwano Anielskim, a drugi, a jakże, Diabelskim. Z przejściem po nich w okresie egzaminacyjnym związane są oczywiście określone przesądy studenckie. Dorpat zamienił się w Tartu, studenci ćwiczą język niemiecki wyłącznie na lektoratach, ale opinia Bolesława Limanowskiego „lecz największą ozdobą było wzgórze piętrzące się nad miastem i porosłe bujnym lasem, tzw. Domberg, od dawnej katedry katolickiej, w której ongiś kazał Piotr Skarga” pozostaje nadal prawdziwa.

Fontanna całujących się studentów
Pomnik króla Gustawa Adolfa – fundatora uniwersytetu
Biblioteka uniwersytecka została ulokowana w odbudowanym prezbiterium katedry
Kolekcja czapek poszczególnych korporacji studenckich
Wahadło Foucaulta na klatce schodowej muzeum w dawnej bibliotece
Teatrum Anatomicum – tu kształcili się medycy
Kompleks Sądu Najwyższego na wzgórzu katedralnym
Gmach główny Uniwersytetu w Tartu
Ruiny katedry w Tartu górują m. in. nad kompleksem kortów tenisowych
Z trzech naw katedry ostały się jeno ściany, filary i przypory
Gabinet pierwszego kierownika biblioteki
Obserwatorium Astronomiczne na wzgórzu katedralnym
Most Diabelski (Est. Kuradisild) na wzgórzu katedralnym

Poza Starym Miastem i Wzgórzem Katedralnym spenetrowaliśmy dwie sąsiednie dzielnice – Supilinn ku północy i Vaksali ku zachodowi. Zabytki i atrakcje turystyczne znajdują się raczej tylko w tej drugiej. Należy do nich kilka kościołów, w tym neogotycki – katolicki, modernistyczny i sterylny w wyglądzie – luterański św. Pawła, czy klasycystyczny św. Marii – będący pierwszą świątynią estońskojęzycznych luteran w mieście. Ten ostatni, w czasach radzieckich, ze względu na sposób użytkowania, zwano „kościołem sportowym”. Obecnie przechodzi remont z odbudową wieży, a jego obsada duszpasterska jest wyłącznie żeńska. Co charakterystyczne, wszystkie kościoły protestanckie w mieście mają określone godziny zwiedzania, o czym informują w internecie i na tabliczkach przy wejściu. Natomiast kościół katolicki, jak i cerkwie prawosławne są, po prostu, zamknięte na głucho. W dzielnicy ma siedzibę kilka muzeów (np. Historii Naturalnej, czy Literatury) oraz znajduje się pięknie odnowiony, secesyjny budynek teatru. Natomiast Supilinn to głównie budownictwo mieszkaniowe ograniczone z jednej strony terenami rekreacyjnymi nad rzeką Ema, z drugiej zaś kompleksem olbrzymiego amfiteatru. Tartu jest bowiem kolebką słynnych estońskich festiwali śpiewaczych, będących wydarzeniem nie tylko konserwującym muzyczne przejawy kultury ludowej, ale też budującym i wzmacniającym estońską wspólnotę narodową. Jedynym zabytkiem dzielnicy jest gmach najstarszego w Estonii browaru LeCoq, przy którym oprócz sklepu działa Muzeum Browarnictwa.

Kościół katolicki w Tartu
Odbudowywany kościół św. Marii
Kościół św. Pawła
Muzeum Historii Naturalnej
Secesyjny gmach teatru
Browar LeCoq w Tartu
Tartu jest kolebką estońskich festiwali śpiewaczych; fot. Ndrez93, lic. CC BY-SA 3.0

Zbierając w Internecie informacje o Tartu znalazłem zachęcającą wzmiankę, że w czasach radzieckich Supilinn było uważane za slums. Prawdopodobnie wynikało to stąd, że w dzielnicy tej, podobnie jak w Vaksali, dominuje zabudowa drewniana. Jako relikt przeszłości i symbol zacofania, zarówno budowlanego, jak i systemowego, miała ona ustąpić miejsca blokowiskom. Zawsze mnie ciekawiło czemu ten cel, który udało się osiągnąć w Polsce, np. w moi rodzinnym Białymstoku, nie został zrealizowany w Estonii, ani w Łotwie. Drewniane domy wielorodzinne są w Tartu, w większości, w bardzo dobrym stanie i nie widzieliśmy w nich pustostanów. Budynki cieszą oczy bogatą kolorystyką oraz rozmaitością wzorów drzwi i okiennic. Nas wzruszyła umieszczona na ścianie jednego z budynków tabliczka ku czci mieszkającego w nim niegdyś psa. Nawiązywała ona formą do popularnego we wszystkich krajach posowieckich zwyczaju upamiętniania znanych mieszkańców danego domu. Umieszczona była jednak na wysokości psich oczu. W ten sposób czworonogi, które osiągnęły umiejętność czytania, mogą rozszerzyć swoją wiedzę o historii lokalnej.

Drewniana zabudowa na ulicy Vesli
Nowe i stare domy w dzielnicy Supilinn
Nowoczesne budownictwo drewniane w dzielnicy Vaksali
Drewniana zabudowa na ulicy Kastani
Supilinn – w mieście, a jak we wsi
Nowoczesne budownictwo drewniane w dzielnicy Supilinn
Upamiętnienie psa na ulicy Tähtvere

Kulinarna strona wyjazdu była prawdziwą przyjemnością. Naprawdę w każdym odwiedzonym lokalu karmiono smacznie i ciekawie. Do tego obsługa w nienarzucający, ale przekonywujący sposób interesuje się dobrostanem klienta. Oprócz opisanego wyżej kawczego interesu w Alatskivi, możemy uczciwie polecić przybytek w podzielonym granicą z Łotwą miasteczku Valga (jedyny w mieście pracujący w niedzielę!), a w Tartu ukrytą w eleganckiej willi restaurację o wegańskiej nazwie, czy też słodką we wszystkich znaczeniach tego słowa cukiernię w pobliżu kościoła katolickiego.

Na tarasach nowego gmachu teatru zostaliśmy wzięci za Niemców

Emerytowany carski generał Gustav von Craffström został wysłany przez Mikołaja I do Dorpatu w charakterze kuratora, by przykręcić śruby spoglądającym na zachód profesorom i studentom uniwersytetu. Wśród wielu innych śmiesznych, czy oryginalnych opinii, z których był znany, jedna dotyczyła Polaków i brzmiała: „Panowie z Polski zawsze chcą tu być primadonnami, na dobre lub na złe. Bo nawet wśród wielu spacerowiczów w Dorpacie, ci nieliczni Polacy również muszą się wyróżniać”. My chyba także wyróżnialiśmy się wyglądem, chociaż jednak nie w sposób pozwalający zidentyfikować nasze pochodzenie. W każdym razie, zostaliśmy zaskoczeni przez młodego kelnera w lokalu przy nowym gmachu teatru pytaniem, czy jesteśmy z Niemiec. Po stosownych wyjaśnieniach rozmowa podążyła w kierunku omówienia zalet destynacji turystycznych w Polsce. To doświadczenie pokazało z innej perspektywy rzekomą skandynawską rezerwę Estończyków wobec nieznajomych. Nawet jeśli jest to ich cecha wrodzona, to w miejscu tak kosmopolitycznym i z natury otwartym na odmienności musiała ona ulec znaczącej modyfikacji.

Kategorie
Polska

Północna Wielkopolska czyli trzy krainy w trzy dni

Po raz kolejny i bez nadziei na powodzenie sprawdziłem kolejne przyciski na tablicy sterowniczej przy wjeździe na parking. Niespodziewanie pod sufitem zaczęła mrugać zielona lampka i olbrzymie wrota uniosły się do góry. Byliśmy wreszcie wolni! Mrużąc oczy przed światłem latarni wyszliśmy na uliczkę dojazdową do centrum handlowego. I natychmiast dostrzegliśmy kawalkadę pojazdów skręcających w nią z Köpenicker Strasse. Na przedzie jechał wóz bojowy Straży Pożarnej, za nim busik dowodzenia akcją, a w ariergardzie radiowóz policyjny. I całe towarzystwo, a jakże, na włączonych „kogutach” sygnalizujących, że przyjechali tu służbowo.

Tak kończył się nasz jednodniowy wypad do Berlina z Podziomkiem, dwiema córkami i koleżanką starszej latorośli, w roku Pańskim 2002. Aby nie wbijać samochodem do ścisłego centrum miasta zostawiliśmy go na parkingu centrum handlowego we wschodniej części miasta i dalej pojechaliśmy U-bahnem. Gdy wróciliśmy około 21:00, centrum było już zamknięte, a w budce parkingowego nie zastaliśmy obsługi. Przy wejściu był jednak przycisk umożliwiający wejście do tunelu prowadzącego na parking. Skorzystaliśmy z tej możliwości licząc, że o tej porze parking przechodzi w tryb samoobsługi. Nic bardziej błędnego! Tunelowe wrota zatrzasnęły się za nami, a dalej były kolejne, już bez funkcji otwierania. Znaleźliśmy wprawdzie wewnątrz tunelu panel sterowania, ale był on niesłychanie rozbudowany, a wciskanie kolejnych przełączników nie przynosiło rezultatów. W tej sytuacji zadzwoniłem na numer 112 i poprosiłem o pomoc. Ekipa ratunkowa przybyła w nadzwyczaj licznym gronie!

Wszystko skończyło się jednak dobrze. Wśród strażaków znalazł się anglojęzyczny, który wyjaśnił wszystko policjantom, a Ci znaleźli pana parkingowego w najbliższym kebabie. Rozstaliśmy się wśród uśmiechów i wzajemnego poklepywania o 23:30. Czekała nas jeszcze 2 godzinna podróż do miejsca zakwaterowania. Spędzaliśmy bowiem kilka letnich tygodni w domu wynajętym w miejscowości Kamionna, położonej około 70 km na zachód od Poznania. Był to nasz pierwszy dłuższy pobyt w Wielkopolsce. Zdarzenia rangi podobnej do wyżej opisanego (10 dniowy pobyt starszej córki w szpitalu w Międzychodzie z podejrzeniem zakażenia Salmonellą, niespodziewany powrót do domu współtowarzyszki wyjazdu, obecność na posesji funkcjonującego chlewika wraz z jego intensywnie pachnącymi lokatorami, czy nawet gościnność gospodyni przejawiająca się w dostarczaniu nam co sobotę pokaźnych rozmiarów placka z kruszonką – „bo przecie w niedzielę trzeba mieć ciasto do kawy”) spowodowały, że atrakcje turystyczne tego wyjazdu jakoś zatarły się w naszej pamięci. Podziomek nie zapamiętała chociażby jedynego, wprawdzie zrekonstruowanego, zamku w okolicy, znajdującego się w nadwarciańskim Sierakowie. Gdy więc udało się nam znaleźć atrakcyjną „miejscówkę” w pobliżu tego miasteczka, bez wahania ruszyliśmy tam na kilkudniową majówkę. Bohaterka pobytu w międzychodzkim szpitalu wybrała się ze swoim ślubnym i, po raz pierwszy, z córką (Tak, tak! Naszą wnuczką!). Planowanie programu, jak i konkretnych wycieczek, wymagało uwzględnienia możliwości i preferencji pięciomiesięcznej uczestniczki.

Zakwaterowanie znaleźliśmy we wsi Chojno Młyn. Przyjeżdżając doń po zmroku trudno uwierzyć, że mieszkają tam jacyś ludzie, gdyż większość zabudowań odsunięta jest na kilkadziesiąt/kilkaset metrów od drogi i ukryta za smugą lasu. Tylko szczekanie psów lub pianie koguta zdradza, że wśród drzew ukryte są siedliska. Za to młyn, który nadał nazwę miejscowości nadal istnieje, chociaż nie pełni już dawnej funkcji gospodarczej. Znajduje się przy nim spiętrzenie wody na strudze płynącej do Warty oraz kaskada napędzająca niegdyś koło młyńskie. Fakt jej obecności pozwala oferować w budynku usługi noclegowe pod, skądinąd egzotycznym na polskim niżu, szyldem „Nad Wodospadem”. My zatrzymaliśmy się w pobliżu, w budynku przearanżowanym na potrzeby turystyczne ze starej stodoły. Spacer nad Wartę, oddaloną od naszej kwatery o 500 metrów, prowadził szeroką miedzą, przy której stały, obsypane kwieciem, pokaźne grusze. Rzeka stanowi tu granicę między dwiema krainami. Na południe od niej rozciąga się Pojezierze Międzychodzko-Sierakowskie, a na północ Puszcza Notecka. Ta pierwsza obfituje w zbiorniki wodne (nie na darmo slogan reklamowy powiatu międzychodzkiego brzmi „Kraina 100 jezior”) oraz morenowe wzgórza, ta druga to bardzo rezległe obszary porośniętych sosnowymi borami wydm, między którymi kryją się jeziora i torfowiska. Upraszczając, na południe od Warty mamy gęściej zasiedlone Mazury, na północ zaś rozleglejszą i bardziej przesuszoną wersję Puszczy Kampinoskiej. To zabawne, ale jako mieszkańcom centralnej Polski, te typy krajobrazu w Wielkopolsce wydawały się nam nieoczekiwane.

Grusza na miedzy pod Chojnem Młynem
Warta pod Chojnem Młynem
Jezioro Chojno w Puszczy Noteckiej
Jezioro Chrzypskie na Pojezierzu Międzychodzko-Sierakowskim
Harry na spacerze w Puszczy Noteckiej

Co zaskakujące dla Mazowszan, jest oczywistością dla Wielkopolan. Popularność tych okolic ma, niestety, uboczny skutek w postaci gęstniejącej zabudowy letniskowej nad brzegami jezior. Z taką sytuacją zetknęliśmy się nad jeziorem Chrzypskim. O najlepszym hotelu w Sierakowie można wprawdzie napisać, że usytuowany jest w pięknym lesie nad jeziorem Lutomskim, ale byłaby to tylko częściowa prawda. Jest on otoczony całym kompleksem pensjonatów, domków i budek o przeznaczeniu zarówno noclegowym, jak i gastronomiczno-usługowym. W majowy weekend jedyna prowadząca tam droga przypominała zagęszczeniem ruchu pieszych i pojazdów dojazd na bałtycką plażę w Rowach, nic nie ujmując tym ostatnim. W solidnym tłumku trzeba było czekać, nie tylko na kupno lodów na sierakowskim rynku. W sporym towarzystwie podziwiać też trzeba widoki spod kamiennego grzyba („pierwszy pomnik wystawiony w XXI wieku”) koło Łężyczek, jak i zadzierać głowy pod nieczynnym wiaduktem kolejowym w Chrzypsku Małym. Tłoku przy atrakcjach turystycznych można się było spodziewać, gorzej że koncepcja oddzielenia ruchu pieszego od samochodowego nie jest tu popularna. To jednak ogólnopolska bolączka, a osobom szukającym odosobnienia polecam Puszczę Notecką lub wizyty na pojezierzu w środku tygodnia.

Nieczynny wiadukt kolejowy w Chrzypsku Małym
Rodzina dzikich gęsi na Jeziorze Chrzypskim
Wiadukt w Chrzypsku Małym cieszy się popularnością wśród weekendowych turystów

Chojno Młyn należy do gminy Wronki w powiecie szamotulskim. Znacznie stąd jednak bliżej do Sierakowa w powiecie międzychodzkim. A, że miejscowość ma ciekawą historię, liczne zabytki i, co nie do zlekceważenia, miejsca zakupów spożywczych, bywaliśmy tam częściej. Numer jeden na liście miejsc wartych zobaczenia zajmuje niewątpliwie pobernardyński kościół parafialny. Położony atrakcyjnie na skraju parku, wyróżnia się zewnętrznie posiadaniem kopuły z latarnią na skrzyżowaniu nawy i transeptu. Dosyć zaniedbane fasady nie zapowiadają skarbów znajdujących się w środku świątyni. A jest ich co niemiara, gdyż kościół pełnił też funkcję mauzoleum swych fundatorów – ważnego w Wielkopolsce rodu Opalińskich. Barokowe i manierystyczne ołtarze, pięknie intarsjowane stalle i ława kolatorska, a do tego dwa monumentalne nagrobki przedstawicieli rodu, w tym jeden ufundowany przez królową francuską Marię Leszczyńską, po kądzieli pochodzącą z Opalińskich. Znalezione na początku lat 90-tych XX w., bogato zdobione sarkofagi z doczesnymi szczątkami przedstawicieli tego rodu, po renowacji przeniesiono do odbudowanego w tym samym czasie zamku sierakowskiego. Powodem przenosin była nadmierna wilgotność panująca w kościelnej krypcie, ale niczym z deszczu pod rynnę, podobne warunki trapią też prochy Opalińskich w kaplicy zamkowej.

Kościół pobernardyński w Sierakowie
Kościół pobernardyński – widok na ołtarz główny i manierystyczne sklepienie nad prezbiterium
Posągi tureckich niewolników przy nagrobku Jana Karola Opalińskiego (+1695) i Zofii (+1701) z Czarnkowskich Opalińskiej
Brama na dziedziniec kościelny
Widok na chór w kościele pobernardyńskim
Ławka kolatorska czyli fundatorska
Widok na zamek i kościół pobernardyński w Sierakowie

W Sierakowie mieszkali niegdyś wyznawcy luteranizmu, dla których u schyłku XVIII w. wzniesiono szachulcową świątynię nad brzegami Warty. Po powojennym wysiedleniu miejscowych Niemców świątynia długie lata używana była jako magazyn, potem stała opuszczona, by w roku 2010 ulec spektakularnemu zniszczeniu przez zawalenie wieży. Obecnie kończy się jej odbudowa ze zmianą funkcji, z sakralnych na kulturalne. Panoramie miasta został przywrócony jeszcze jeden charakterystyczny element. Choć rzadko uznawany za atrakcję turystyczną, w moim przekonaniu, takowym jest most w Sierakowie. Nie ten jednak, pod którym toczy swe wody Warta. Wjeżdżający do miasta od północy zapoznają się z ciekawym rozwiązaniem z zakresu inzynierii ruchu drogowego. W pewnym momencie droga skręca dwukrotnie pod kątem prostym, by następnie skierować się po dnie tzw. zalewu Warty, równolegle do biegnącego nad nim mostu, ku właściwej przeprawie. A most to nie byle jaki! Zbudowany w latach 1908-09, był naówczas jednym z pierwszych i najdłuższym w całych Niemczech mostem o konstrukcji żelbetowej. W XXI wieku, ze względu na stan jego zużycia, najpierw dołem puszczono ruch ciężarowy, by następnie przenieść pieszych, z grożących ich bezpieczeństwu chodników na jezdnię, tym samym zostawiając samochodom osobowym jeden pas z ruchem w kierunku północnym. Nie słyszałem o planach ratowania tego wybitnego dzieła inżynieryjnego, chociaż wcześniej, czy później pod most przyjdzie wielka woda i zniszczy biegnącą po dnie zalewu drogę.

Odrestaurowany kościół luterański w Sierakowie od strony pastorówki.
Widok wnętrza, w którym trwały jeszcze prace wykończeniowe
I od strony Warty
Warta w Sierakowie
Niegdyś najdłuższy most o konstrukcji żelbetowej w Niemczech. Źródło: polska-org.pl

Zabudowania sierakowskiej stadniny koni wymieniane są za to, jako atrakcja i słusznie, bo najstarsze pochodzą jeszcze z 1829 roku i, w ogóle, jest to wielce malownicze założenie. Pamiętam z wizyty sprzed 20 lat, że za zabudowaniami, skrajem nadwarciańskich łąk biegła droga skryta w cieniu wiekowych drzew, z której można było obserwować pasące się stada ogierów. Nie udało nam się jednak odświeżyć wspomnień, gdyż pomimo otwartej na oścież bramy, zatrzymała nas i sporą grupkę innych ciekawskich tabliczka grożąca próbującym wejść na teren stadniny interwencją policji. Serio! W całym dotychczasowym, niekrótkim przecież, życiu nie spotkałem się z tak niechętnym turyście podejściem ze strony zarządcy zabytkowego obiektu. Dopuszczano wprawdzie zwiedzanie w grupach, ale telefon wskazany do kontaktu milczał, a dopadnięta w końcu biuralistka wyjaśniła, że zwiedzania nie będzie, bo pracownicy dostali wolne. Z pobliskich domów wyszedł, jak się okazało, dawny pracownik stadniny i próbował, bezskutecznie, nam pomóc. Potwierdził, że za czasów jego zatrudnienia ze zwiedzaniem nie było problemów i w dosyć dosadnych słowach podsumował kwalifikacje obecnego kierownictwa do prowadzenia stadniny.

Jeden z budynków stadniny
Siedziba dyrekcji stadniny w Sierakowie
Logotyp Stada Ogierów w Sierakowie Sp. z o.o. Tylko ta UWAGA …

Do gminnego centrum we Wronkach jedzie się drogą z pięknymi widokami na dolinę Warty. Miasto kojarzy się przedstawicielom starszych generacji z wielkim więzieniem, a kibicom i użytkownikom sprzętu AGD z marką Amica. Byliśmy tam krótko, w celu nabycia produktów do zgrilowania (zadziałał widocznie genius locci). Zdołaliśmy jednak poznać główne atrakcje miasta. Najstarszy rodowód ma kościół farny pod wezwaniem św. Katarzyny, który ufundowano jeszcze w XVI wieku. Zachował on gotycką bryłę, chociaż wnętrza są efektem udanej regotycyzacji z lat 40-tych XX w. Wykonano ją w bardzo kulturalny sposób, wkomponowując historyczne elementy, takie jak XV wieczny krucyfiks, czy pochodzącą z XVI wieku figurę Piety, we współczesne lub późniejsze, niż gotyckie wyposażenie. Świątynia jest raczej przysadzistych kształtów, przez co nie wyróżnia się w panoramie miasta. Co innego kościół franciszkański, wystawiony jako dominikański, w stylu barokowym, pod koniec XVII wieku. Dzięki bardziej pokaźnym rozmiarom, położeniu bliżej Warty oraz sąsiedztwu imponującego parametrami i fasadą z czerwonej cegły gmachu seminarium duchownego, jest on doskonale widoczny z wielu punktów miasta. Chyba najlepszy widok roztacza się z kładki nad Wartą. Rzeka jest tu zresztą szersza, niż w Sierakowie i sama w sobie przyjemna dla oka. Z kolei na wronieckim rynku stoi uroczy pomniczek, przedstawiający osiołka zaprzężonego do wózka. Jest to bohater prawdziwej historii z lat okupacji niemieckiej, który zepsuł przejmującym rykiem obchody urodzin Führera, organizowane przez władze i wojsko niemieckie. Mleczarz, który wjechał całym zaprzęgiem na rynek, zebrał ze strony rozwścieczonych organizatorów srogie cięgi, ale to nie on, lecz jego niesforny podopieczny, doczekał się pomnika.

Kościół farny we Wronkach
Figura Piety w prezbiterium pochodzi z XVI wieku
Widok z kładki na kościół franciszkański i seminarium duchowne
Ołtarz główny
Fasada kościoła franciszkanów we Wronkach
Kładka dla pieszych przez Wartę
Budynek seminarium franciszkańskiego.
Osiołek co zrobił Niemcom psikusa

Do Goraja i Lubasza trafiliśmy już w drodze powrotnej. Miejscowości te położone są na terenie Szwajcarii Czarnkowskiej będącej, de facto, wyjątkowo wysoką południową krawędzią doliny Noteci, w pobliżu miasta rodzinnego średniowiecznego kronikarza. Jako że wody spływające z tej krawędzi do Noteci wyżłobiły system krętych, głębokich jarów, a cały obszar okryty jest zielona pierzyną wiekowej buczyny pomorskiej, region zasłużył na porównanie do krajobrazu krainy Helwetów. Wijąca, szparko wznosząca się droga doprowadza na polanę, na której w latach 1910-13 ówczesny właściciel tych ziem, książę Wilhelm Bolko von Hochberg, rodzony brat pana na Pszczynie i Książu, pobudował pałac w stylu neorenesansowym, wzorowany na zamku Varenholz w Westfalii. Pałac stanowił centrum całego, używając współczesnego określenia, kompleksu przemysłowo-rolnego. Książę był dobrym gospodarzem i pracodawcą i, jak to w owych czasach bywało, zapamiętałym myśliwym. Jako taki, roztaczał opiekę nad okolicznym lasami, gdzie wszak mieszkały potencjalne ofiary jego pasji. Kręta, przypominająca beskidzkie, ścieżka doprowadza do kamienia postawionego na jego grobie. Grób jest zadbany, pokryty barwinkiem i, co niesłychanie rzadkie w przestrzeni publicznej naszego kraju, pomimo, że inskrypcja na kamieniu nagrobnym jest tylko w języku niemieckim, nie nosi śladów wcześniejszej dewastacji. Na tablicy informacyjnej umieszczono kilka zdjęć księcia. Na jednym z nich, gdzie prezentuje poroże jakiegoś szczególnie cennego trofeum myśliwskiego, upamiętniony został w laczkach. Już sobie wyobrażam scenę, gdy do księcia pogrążonego w lekturze przy kominku dociera wiadomość, że przyjechał fotograf z miasta, a on, nie wzuwając obuwia, wychodzi przed pałac, gdzie już czeka łowczy z wyprawionym jelenim czerepem.

Pałac Hochbergów w Goraju od frontu
W drodze do grobu księcia Wilhelma
W budynkach gospodarczych mieści się obecnie Centrum Promocji Lasów Państwowych
Wśród buków Szwajcarii Czarnkowskiej
I od zaplecza
Można trafić na tak powyginane buki
Tu spoczywa Wilhelm Bolko Emanuel von Hochberg

W pobliskim Lubaszu znajduje się kościół Narodzenia NMP, wzniesiony w stylu barokowym w latach 1750-61, z otoczonym czcią obrazem Matki Boskiej Śnieżnej, ukoronowanym papieskimi koronami w 2000 roku, na miejsce skradzionych, pochodzących z XVIII wieku. Wnętrze utrzymane jest w stylistyce rokokowej, przyozdobione pochodzącymi z lat 30-tych XX wieku polichromiami. Z dojrzałym barokiem kościoła kontrastuje ustawiona po drugiej stronie drogi neogotycka dzwonnica. Za kościołem rozciąga się cmentarz założony w 1761 roku. Wśród innych grobów wyróżniają się: pomnik ku czci powstańców wielkopolskich oraz pokaźne grobowce rodzinne ze skrupulatnym wyliczeniem szeregu pochowanych w nich osób: ziemian, lekarzy, prawników i wojskowych. Przy czym są to obiekty w pełni funkcjonujące, z ostatnimi pochówkami sprzed ledwie 30-40 lat. W Lubaszu jest też barokowy pałacyk, ale uznaliśmy, że jeden obiekt architektury rezydencjonalnej na dzień, to wystarczająca ilość. Na skraju miejscowości, w nieczynnej stacji kolejowej, mieści się lokal o nazwie sugerującej kawiarnię, ale serwującym prócz kawy i słodyczy także dania obiadowe oraz szeroką gamę drinków. Lokal akceptuje psy, a że cieszy się dużą popularnością, spod co drugiego stołu machał jakiś ogon lub dochodziły skomlenia i powarkiwania. Z tego też względu Harry i Vinyl zostawieni zostali w samochodzie. Siedząc pod parasolem na peronie można, prócz infrastruktury kolejowej, podziwiać rozległe pola z latającymi nad nimi bocianami i ptakami drapieżnymi. Architektura dworca/kawiarni nie odbiega daleko od tej, bardziej znanej, na stacji Białowieża Towarowa (nawiasem mówiąc: ciekawe, jak białowieska branża turystyczna wyjdzie z wprowadzonego na wschodnim pograniczu stanu wyjątkowego?), duch lubaskiego lokalu jest jednak zdecydowanie bardziej egalitarny. Sącząc espresso z filiżanki złapałem się na refleksji, że na obszarze o rozpiętości około 40 km doświadczyliśmy uroków trzech różnych krain. Jak bardzo myli się ten, kto twierdzi, że Wielkopolska to nudna kraina!

Nietypowa dzwonnica przykościelna w Lubaszu
Ołtarz główny wraz z otoczonym czcią wizerunkiem Matki Boskiej Śnieżnej
Pomnik Powstańców Wielkopolskich na cmentarzu w Lubaszu
Gastronomia na stacji kolejowej. Źródło: www.facebook.com/cafe15lubasz
Stacja w Lubaszu od strony wejściowej
Sanktuarium w Lubaszu
Widok na chór kościoła w Lubaszu
Jedna z imponujących kaplic rodowych
Dawne okienko kasowe
Kategorie
Polska

Trzy stolice czyli przedwiośnie na Kociewiu

Gdy stary kościół groził już zawaleniem wierni uzmysłowili sobie potrzebę postawienia nowej świątyni. Obawiali się jednak, że władze nie zgodzą się na jej budowę. Nie pytając więc o ich zgodę poczyniono tajemne przygotowania. Zgromadzono odpowiednią ilość drewna, cegieł i dachówek. Wraz z zapadnięciem zmroku wszystkie materiały zwieziono na miejsce budowy. Wrześniowa noc była na tyle długa, że gdy się rozjaśniło zrąb kościoła był już gotowy, a w ciągu dnia, który nastał, zdążono wykonać wszystkie prace wykończeniowe. Władze się trochę burzyły, potrzebne były dłuższe negocjacje. Ktoś może został dla porządku ukarany, przychylność innego może kupiono, ale faktem jest, że świątynia została i służyła wiernym nieprzerwanie przez kolejnych 140 lat.

Blisko połowa okresu urzędowania w charakterze biskupa przemyskiego przypadła Ignacemu Tokarczukowi na lata późnego Gomułki i wczesnego Gierka. PRL-owskie władze, przed wyborem kardynała Wojtyły na papieża w 1978 roku, nie patrzyły przychylnym okiem na kościół katolicki. Jawnie go nie zwalczały, ale gdzie mogły szkodzić, tam szkodziły, np. poprzez odmowę zgody na budowę obiektów sakralnych. Wobec tego biskup Tokarczuk zezwolił proboszczom i ich parafianom na rozpoczynanie budów bez ubiegania się o niezbędne zezwolenia. W ówczesnej diecezji przemyskiej powstało w ten sposób 430 świątyń. Chyba najsłynniejsza z nich, w Nowosiółkach, w gminie Baligród, została wzniesiona dosłownie w jedną sierpniową noc, pod osłoną pasa dorodnej kukurydzy. Władze się trochę burzyły, potrzebne były dłuższe negocjacje. Ktoś został dla porządku ukarany, przychylność innego kupiono, ale faktem jest, że świątynia została i służy wiernym nieprzerwanie do dnia dzisiejszego.

W moim rodzinnym Białymstoku obecny kościół katedralny został wzniesiony na początku XX wieku, wprawdzie nie w jedną noc, ale za to jedynie na podstawie zezwolenia na rozbudowę istniejącej, a zbyt małej, zabytkowej świątyni z początku XVII wieku. Fakt ten próbuje się przedstawiać jako przykład swoistej gnuśności umysłowej władz zaborczych, które dały się nabrać na taki fortel. Władze rosyjskie tymczasem tolerowały imponujące parametry powstającej świątyni będąc częstokroć korumpowane przez komitet budowy.

Wszystkie te przykłady zwykło się pokazywać, nie tylko jako potwierdzenie głębokiej wiary, ale też niejako przypisanej Polakom pomysłowości, zdolności do improwizacji i działania poza oficjalnymi ramami. Tymczasem historia opisana na początku tekstu dotyczyła kościoła luterańskiego w miejscowości Skarszewy na Pomorzu i zdarzyła się w roku 1741. Skarszewy zwano wówczas Schöneck, czyli Piękny Zakątek, luteranami byli miejscowi Niemcy, a władza należała do katolickich Polaków. W ówczesnych realiach to ludność niemiecka wykazała się iście kawaleryjską fantazją, a polskie władze chyba jednak gnuśnością umysłową, bądź podatnością na korupcję.

Kościółek skarszewski rozebrano w roku 1881 w związku z budową nowej, większej świątyni. Obecnie należy ona do parafii rzymskokatolickiej. Nie był to jednak koniec burzliwej historii tego miejsca. W roku 2013 z inicjatywy proboszcza kościółek odbudowano, i to znowu w 24 godziny. A właściwie nawet o kilkanaście minut krócej, dzięki czemu inicjatywa ta została zarejestrowana w Księdze Rekordów Guinessa. Świat się dowiedział o Skarszewach – wystarczy wrzucić w wyszukiwarkę hasło „kościół 24h”, aby się przekonać. Na miejscu jednak ta sława nie jest specjalnie dyskontowana, gdyż ewidentnie twórcom zabrakło dla tego obiektu odpowiedniego programu funkcjonalnego. Podobno organizowane są w nim festyny kierowane do lokalnej społeczności i przyjezdnych. We wnętrzach prezentowana ma być wystawa dotycząca historii kościółka i jego dwukrotnej budowy. Cóż, kiedy drzwi zamknięte są na głucho, a informacji o warunkach zwiedzania nigdzie nie można znaleźć.

Kościół 24h w Skarszewach

Wyjazd, w trakcie którego zahaczylismy o Skarszewy, był nieco improwizowany. Pierwotnie mielismy jechać gdzie indziej, ale właściciel miejsc noclegowych nie dokończył na czas remontu i w efekcie trafiliśmy na pogranicze kaszubsko-kociewskie. Stare Polaszki, w których się zatrzymaliśmy, leżą bowiem w powiecie kościerskim, ale tablicy z nazwą miejscowości nie mają, jak w większości powiatu, dwujęzycznej. Czyli było to „końcewie”, jak nazywali Kaszubi tereny gdzieś hen, na końcu Kaszubszczyny. Wywodzenie bowiem, jak chcą niektórzy, nazwy Kociewa od Gotów ma znacznie bardziej karkołomne podstawy. Żeby nie męczyć się nad mapami, podpowiadam że, z grubsza rzecz biorąc, to teren powiatów tczewskiego i starogardzkiego w województwie pomorskim i świeckiego w kujawsko-pomorskim.

Wybrany przez nas pensjonat stał poza zwartą zabudową, na tzw. „wybudowaniu”, czyli obszarze formalnie, acz nie funkcjonalnie, związanym ze wsią. Chociaż w pobliżu nie było żadnych lasów, ani łąk, rozległość działki, na której był usytuowany, pozwalała na satysfakcjonujący spacer z psem. Przez większość dnia za oknem słychać było pokrzykiwania żurawi, kępa topól wśród pól służyła za miejsce odpoczynku i czatownię stadka kruków, a o tym, że to już przedwiośnie zaświadczały trele skowronków i trznadli. Położenie tuż przy szosie do Kościerzyny nie umniejszało atrakcyjności tego miejsca. Teren, gdzie obecnie stoi pensjonat, przed I Wojną Światową był przeznaczony na stację kolejową na projektowanej linii Liniewo – Bąk. Stacja nigdy nie powstała, ale prace ziemne na linii rozpoczęto, przez co polna droga do miejscowości Orle biegnie prosto jak strzelił, po dawnym kolejowym szlaku.

Stare Polaszki wśród podobnych kociewskich wiosek wyróżniają się zachowanym XVIII wiecznym dworem, mieszczącym obecnie jedno ze skrzydeł szkoły podstawowej oraz kościółkiem będącym przykładem ceglanego baroku. Niezbyt to widać z zewnątrz, ale wyposażenie jego wnętrza nie pozostawia już żadnych wątpliwości. Sąsiednia wieś, Garczyn ma kościółek z tego samego okresu, ale za to znacznie dłuższą historię, sięgającą końca XII wieku. Znajdowała się tu siedziba kasztelanii, której centrum stanowił gród ulokowany na rozległym a stromym wzgórzu, rozciągającym się między kościołem a jeziorem. Dopiero Krzyżacy, po opanowaniu tych ziem, przenieśli centrum administracyjne z dotychczasowego miejsca do zamku w Starej Kiszewie. Jako, że odwiedziliśmy Garczyn w Zapusty, Harry wyciągnął z krzaków całkiem apetycznego pączka. Pechowo dla niego, został przyuważony i pozbawiony cennej zdobyczy.

Dwór przekształcony w szkołę w Starych Polaszkach
Obraz w jednym z ołtarzy bocznych kościoła
Kościół w Górczynie
Kościół w Starych Polaszkach
Widok wnętrza kościoła w Starych Polaszkach
Widok na chór kościoła w Górczynie
Grodzisko w Górczynie

Kaszubski Park Etnograficzny we Wdzydzach Kiszewskich jest najstarszym skansenem w Polsce. W 1906 roku tradycyjną chałupę nabyli tu Izydor i Teodora Gulgowscy. On –  nauczyciel, ona – malarka. Było to wówczas miejsce, gdzie diabeł mówił dobranoc, a mieszkańcy klepali biedę. Działalność Gulgowskich polegała nie tylko na zbieraniu zabytków kultury ludowej, ale też na promowaniu rozwoju rękodzieła, aby dać mieszkańcom alternatywne źródło dochodu. Dzięki Teodorze odrodziła sie tradycja haftu kaszubskiego, a jej produkty uległy skomercjalizowaniu. Ta dzielna kobieta przeżyła męża o ponad ćwierć wieku i już jako wdowa musiała odbudowywać skansen (równocześnie będący jej miejscem zamieszkania) po zniszeniach spowodowanych pożarem. Skansen, wbrew swej nazwie, przybliża kulturę ludową, tak Kaszub, jak i Kociewia. Kilkadziesiąt obiektów, takich jak domy mieszkalne różnych grup społecznych, wiatraki, karczmy, budynek szkolny czy kościoły, rozstawiono na 22 hektarowym obszarze. W marcowe przedpołudnie zwiedzaliśmy go właściwie sami, nie licząc wiernych udających się na mszę w używanym do celów kultowych kościółku ze Swornychgaci. Muzeum jest zwierzolubne, więc Harry przedreptał je wraz z nami, ale bez nadmiernej ekscytacji, gdyż w Środę Popielcową ludzie nie wyrzucaja pączków w krzaki.

Wdzydze rozłożyły się na brzegach Kaszubskiego Morza, czyli jeziora o nazwie tej samej, co wieś. Właściwie jest to kompleks jezior o kształcie zbliżonym do krzyża, a Wdzydze leżą nad brzegami wschodniego i północnego ramienia kompleksu jeziornego. Urozmaicenie linii brzegowej oraz mnogość wysp na jeziorze można docenić z wieży widokowej. Niestety, wznosi się ona na terenie stanicy wodnej PTTK otwartej tylko w sezonie wodniackim. Kilka budynków, w tym stara szkoła, pamięta jeszcze czasy Gulgowskich. Sympatycznym gestem ze strony muzeum jest ujęcie w opisie obiektów drewnianej karczmy widocznej wprawdzie od strony skansenu, ale położonej już poza jego granicami i posiadającej prywatnego właściciela. Ostatnimi laty Wdzydze burzliwie się rozwijają, przyjmując coraz liczniejsze rzesze gości. Jak to w Polsce bywa, rozwój ten przybrał formy żywiołowe, co skutkuje urbanistycznym bałaganem. Każdy właściciel gruntu nad jeziorem stara się mieć własny pomost oraz odgrodzić jakoś od sąsiadów. Panuje atmosfera nieznośnego przeładowania detalem, a odpoczynek oczom daje jedynie widok w stronę jeziora. Nasycenie infrastrukturą turystyczną ma jednak ten plus, że nawet poza sezonem można liczyć na możliwość wypicia porządnej kawy w przyjemnym miejscu. A gdy w dodatku zaserwują ci do niej ruchanki wdzydzkie (zwykłe drożdżowe placuszki, ale apetycznie podane), to można łaskawszym okiem spojrzeć na życie.

Skansen we Wdzydzach – wiatrak
Skansen we Wdzydzach – dwór
Skansen we Wdzydzach – kościół ewangelicki z Bożego Pola
Kapliczka przy głównej ulicy Wdzydzów
W okolicach Wdzydzów Harry wypoczywał aktywnie
Skansen we Wdzydzach – kapliczka
Skansen we Wdzydzach – fragment bramy do kościoła ze Swornychgaci
Skansen we Wdzydzach – dom rzemieślnika
Wdzydze – dawna karczma
Widok na jezioro Radolne
Budynek szkoły, w której nauczali Gulgowscy
Wieża widokowa na terenie stanicy wodnej

Kościerzyna to nie tylko siedziba powiatu, ale też jedno z czterech miast pretendujących do miana stolicy Kaszub. Choć historia miasta sięga korzeniami XIV stulecia, nie obfituje ono w wiekowe zabytki. Z urbanistycznego punktu widzenia każde miasto zaboru pruskiego przedstawia się jednak w bardzo miejski sposób, stwarzając wręcz wrażenie, że jest większe i znaczniejsze, niż wynika to z zestawień statystycznych. Gmachy publiczne zostały zaprojektowane i postawione z myślą o pełnieniu właśnie tych funkcji, a ich wygląd i położenie narzucają pewien porządek okolicznej zabudowie. Na północny-wschód od Starego Miasta, na Wzgórzu księżniczki Gertrudy, ulokowane są zarówno miejskie, jak i powiatowe gmachy urzędowe, a do tego kino wraz salą widowiskową. Na sąsiednim wzgórzu wznoszą się z kolei budynki sądu i poczty. Z rynku obudowanego mieszczańskimi kamienicami widać dwa staromiejskie kościoły: poewangelicki w stylu neogotyku, na którego stromym dachu ciemniejszej barwy dachówki ułożone są na kształt dwóch krzyży oraz kościół św. Trójcy. Ten ostatni wyróżnia się stylem ceglanego neobaroku oraz kształtem: zbudowano go mianowicie na planie krzyża równoramiennego i zwieńczono centralną wieżą. We wnętrzu najcenniejszy jest prawie czterystuletni obraz Matki Boskiej Kościerskiej, której wizerunku musimy się jeno domyślać, gdyż jest głęboko ukryty pod srebrną szatą i koroną. Cześć oddawana obrazowi spowodowała nadanie kościołowi tytułu sanktuarium, zresztą już drugiego w mieście, gdyż w kaplicy sióstr Niepokalanek czcią otoczona jest XV wieczna, kamienna Pieta. Przyjechała ona do miasta z Chełmna wraz z przełożoną nowo otwartego zakonnego zakładu szkolno-wychowawczego dla dziewcząt, w 1863 roku. Pokorna siostra obawiając się, czy podoła zadaniu, szukała wsparcia w modlitwach przed tą figurą.

Kaplica przy zakładzie szkolno- wychowawczym w Kościerzynie
Kościerski rynek z herbem miasta
Gmach starostwa na wzgórzu księżniczki Gertrudy
Pieta w kaplicy
Kościół św. Trójcy w Kościerzynie
Kościół poewangelicki w Kościerzynie
Sąd w Kościerzynie sąsiaduje z pocztą

Pomnik marszałka Piłsudskiego przy placu jego imienia w Warszawie, ze względu na otoczenie, złośliwie przezwano Dziadkiem parkingowym. Jak wobec tego trzebaby nazwać pokaźny, wysoki na 8 metrów, monument urodzonego w pobliskim Będominie autora słów polskiego hymnu – Józefa Wybickiego? Nie wiem, co miał za tło w momencie odsłonięcia w 1975 roku, ale obecnie jest to otaczające pomnik, niczym podkowa, centrum handlowe. Jeszcze Polska nie zginęła póki handlujemy?

Po słonecznym dniu zapadał zmrok i temperatura szybko spadała. Ostatnie promienie słońca lizały czerwone, spadziste dachy i wysmukłe wieże kościołów. Z czerwienią nieba po zachodniej stronie horyzontu tym bardziej kontrastowały słupy czarnego dymu bijące prosto w niebo. Niestety, duża część starych budynków w centrum Kościerzyny nadal opalana jest węglem, przez co miasto, zwłaszcza w takich warunkach atmosferycznych, nurza się w smogu. Władze są chyba tego świadome, bo na stronie www informują o aktualnej jakości powietrza, ale od informowania do zaradzenia problemowi jeszcze daleka droga.

Autor hymnu narodowego w otoczeniu komercji; fot. Lucyna Szomburg
Źródła smogu w Kościerzynie

Ze względu na wysoki stopień uprzemysłowienia, Starogard Gdański był ponoć w miedzywojniu zwany „Łodzią Północy”. Jak można było stworzyć takie porównanie dla miasta, w którym nie rozwinął się przemysł włókienniczy, trudno dociec. W grodzie nad Wierzycą znajduje się jednak budynek mogący śmiało konkurować z pałacami łódzkich fabrykantów. Franz Wiechert był młynarzem, a biznes szedł mu tak dobrze, że obok rozbudowanych znacznie zakładów postawił w roku 1882 kompleks administracyjno-mieszkalny. O ile cały zespół, bez ekstrawagancji, zbudowano z czerwonej cegły, o tyle sama willa przemysłowca jest neorenesansowym budynkiem, zdobnym w kolumny, pilastry, płyciny, gzymsy, fryzy, a nawet figury odcinające się swym brązem od kremowych tynków ścian. Niestety, obiekt przechodzi z rąk do rąk i ciągle nie ma stałego użytkownika. Oby nie skończył, jak sąsiednie młyny, które przed kilku laty strawił pożar i od tego czasu straszą wypalonymi ścianami. Jeszcze jeden przemysłowiec stargardzki odcisnął piętno na wyglądzie miasta. Ari Goldfarb był istnym potentatem w branży tytoniowej, posiadającym kilka fabryk rozsianych od Bydgoszczy po Gdańsk. Całością zarządzał jednak ze Starogardu, gdzie był zresztą znany jako filantrop i wieloletni zastępca burmistrza. Wczesnomodernistyczny budynek fabryki z żelbetową kratownicą konstrukcji wypełnioną cegłą licówką obecnie mieści starostwo.

Pałac Wiecherta w Starogardzie Gdańskim
W dawnej fabryce Ari Goldfarba mieści się starostwo

Starogard jest uważany za stolicę Kociewia i choć ustępuje Tczewowi liczbą mieszkańców, jego stołeczność nie jest, w przeciwieństwie do Kościerzyny, kwestionowana. Na starym mieście znajdziemy dwa kościoły, w tym jeden poewangelicki, oraz kilka baszt wieńczących miejskie mury. Rzadkością wśród pomorskich miast są natomiast zachowana synagoga czy wolnostojący, neorenesansowy ratusz używany obecnie jako muzeum i urząd stanu cywilnego. Korzystając z reperacji wojennych uzyskanych od Francuzów w państwie niemieckim w ostatnim ćwierćwieczu XIX w. budowano masowo gmachy miejskie, ale lokowano je albo w pierzei zabudowy rynkowej albo poza średniowiecznymi centrami miast. Tylko z perspektywy głównej alei parku miejskiego gotycki kościół św. Mateusza zdaje się posiadać  wieżę. W istocie, wrażenie takie sprawia, wyłaniająca się spoza kościelnych dachów, wieża położonego 200 m dalej kościoła św. Katarzyny. Kościół św. Mateusza szczyci się polichromią ukazującą na 42 metrach kwadratowych Sąd Ostateczny. Ta prawdziwa biblia ubogich bezsprzecznie poraża siłą przekazu. Luteranie, którzy przez blisko 25 lat władali świątynią, nie chcieli być w ten sposób edukowani i zamalowali dzieło, którego ponownego odkrycia dokonano dopiero po 400 latach.

Kościół św. Mateusza w Starogardzie
Wnętrze kościoła z polichromią przedstawiającą sąd ostateczny
Wolnostojący ratusz na rynku
Dawna synagoga
Widok na kościół i mury miejskie od strony parku
Baszta Gdańska, zwana też Szewską
Kasyno oficerskie pułku słynnych szwoleżerów rokitniańskich
W Starogardzie pamięta się znanych synów miasta

Skarszewy, oprócz błyskawiczej budowy kosciołów, moga pochwalić się też swoistą stołecznością. Były one główną siedzibą joannitów na Pomorzu, a od początku XVII wieku także siedzibą wojewodów pomorskich, co wiązało się z odbywaniem sądów oraz sejmików wojewódzkich. Stare miasto położone jest na wzgórzu w zakolu rzeki Wietcisy, przez co rynek miasta jest spadzisty, niczym gdzieś na Podkarpaciu. Tylko otaczające go kamienice są znacznie solidniejsze, niż te galicyjskie. Przy tym każda różni się od sąsiadki formą i kolorem. W najwyższym punkcie miasta znajdował się zamek, po którym pozostał jeden tylko budynek posadowiony na oryginalnych zamkowych piwnicach. Gotyckiego kościoła pod wezwaniem Michała Archanioła, z powodu pogrzebu, nie udało nam się zwiedzić. Za to widok z jego dziedzińca na zakole płynącej poniżej rzeki, z kompleksem młyńskim na drugim brzegu, jest doprawdy imponujący. W marcowe przedpołudnie miasteczko sprawiało wrażenie uśpionego, ale jak na miejscowość z taką przeszłością przystało, rozmowy o historii i zabytkach mają w nim wysoką temperaturę emocjonalną. Wystarczy przejrzeć internet, gdzie dyskusje o walorach estetycznych fontanny na rynku, albo datowaniu poszczególnych etapów rozwoju miasta, zajmują wiele miejsca.

Kościół poewangelicki
Kościół św. Michała Archanioła
Wschodnia pierzeja skarszewskiego rynku
Fontanna na rynku w Skarszewach
Pozostałości zamku joannitów
Widok na dolinę Wietcisy i zespół młynów
Kaplica na cmentarzu z figurą św. Jerzego

W podskaryszewskim Bolesławowie znajduje się doskonale zachowany majątek ziemiański składający się z modernistyczno-klasycyzującego pałacu oraz zabudowań folwarcznych. Należał do rodziny von Modrowów, na których cześć miejscowość przemianowano na Modrowshorst. Modrowowie byli nowoczesnymi przedsiębiorcami rolnymi, wdrażającymi nowe odmiany ziemniaków i zboża, zajmującymi się ich przetwórstwem, jak też dbającymi o warunki pracy i życia licznych, w większości polskich, pracowników. Zajmowali się też hodowlą koni, a jednemu z nich, siwkowi o imieniu Bobby, który przesłużył ze swym właścicielem całą I Wojnę Światową, kapitan Georg von Modrow ufundował po śmierci kamień pamiątkowy. Po prawdzie, jako osobie z akcentem jeździeckim w życiorysie, przyświecał mi cel odnalezienia tego pomnika, ale okazało się, że jest on położony z dala od folwarku, w miejscu nie oznaczonym na żadnej z dostępnych map. Mimo wszystko warto było przyjechać, nie tylko ze względu na walory architektoniczne pałacu, ale i doskonale zachowane obiekty folwarczne. Całością sprawnie zarządza Zespół Szkół Rolniczych. Podobno, jeśli grzecznie poprosić, wpuszczają gości do pałacu, gdzie pomimo 70 lat używania w celach oświatowych, zachowało się sporo z oryginalnego wyposażenia z początku XX wieku.

Modrowowie zapisali czarną kartę w dziejach II Wojny Światowej, aktywnie uczestnicząc w represjach wobec polskiej ludności Pomorza. Nie ma jednak dowodów, by ostatni właściciel Modrowhorst, Walther von Modrow miał, poza przynależniścią do rasy panów, coś na sumieniu. Mimo to, przed nadejściem Armii Czerwonej w 1945 roku popełnił samobójstwo rozszerzone, zabierając ze sobą na tamten świat nie tylko żonę, ale i 9 letniego syna oraz ulubionego psa. Aż do lat 60-tych XX wieku ich grób znajdował się w przypałacowym parku. Przez krótki okres po wojnie miejscowość nazywała się Modrowem, ale nazwa ta uwierała w miarę, jak wychodziły na jaw niecne uczynki członków tej rodziny. Zgodnie z duchem czasu nadano jej więc nazwę pochodzącą od imienia ówczesnego prezydenta Polski i pierwszego skretarza PZPR Bolesława Bieruta. W ten sposób uczczono osobę, wprawdzie swojską, jednak prowadząca równie przerażającą działalność, co niektórzy z Modrowów.

Pałac von Modrowów w Bolesławowie – fasada parkowa
Zabudowania gospodarcze posiadłości von Modrowów
Pałac von Modrowów w Bolesławowie – od strony folwarku
Stajnie podworskie w Bolesławowie
I ich mieszkańcy

Pozostając w podobnej tematyce – w odwiedzanych kościołach znaleźć można tablice pamiątkowe, dokumentujące odmienność historii Pomorza. W garczyńskim w kościele, na czarnej marmurowej płycie, upamiętniono Jana Ostoję Lniskiego. Był on dzielnym wojakiem i uczestnikiem wielu bitew z czasów napoleońskich. Tyle, że wojował pod sztandarami króla Prus, a przeciw Napoleonowi i jego polskim sojusznikom. W kruchcie imponującego, barokowego kościoła w Pogódkach znajduje się tablica wyliczająca ofiary II Wojny Światowej z terenu parafii. Ukazuje ona też miejsca ich śmierci. Wśród ofiar Oświęcimia, Dachau i lasu szpęgawskiego (lokalne miejsce egzekucji pod Starogardem) ukazano też osoby poległe na froncie wschodnim i zachodnim, a nawet pod Stalingradem. Czyli miejscowa ludność ginęła w wyniku działania obu stron konfliktu. Na terenach przyłączonych do Rzeszy rekrutacja do Wermachtu miała bowiem masowy charakter i dotyczyła nie tylko dziadka premiera Tuska.

Tablica pamiątkowa w kościele w Garczynie
Kościół w Pogódkach