Łąka upstrzona rozmaitej wielkości głazami narzutowymi łagodnie opadała ku wodom Zatoki Fińskiej. Wierzchołki kamieni wystawały z wody jeszcze w odległości kilkunastu metrów od brzegu. Błękit nieba był jakiś blady, ale słońca nie skrywała ani jedna chmurka. Gdyby nie bryza ciągnąca od morza, byłoby całkiem ciepło. Enn, nasz prowadzący sportowy styl życia przyjaciel, zaproponował kąpiel. Podziomek, która na studiach przyjęła i wygrała zakład o przepłynięcie wpław mazurskiego jeziora, podjęła wyzwanie. Ja, po zanurzeniu palca w lekko słonawej wodzie, poklepałem się po zwisającej na piersiach lornetce i oznajmiłem, że miejsce wydaje mi się wymarzone do prowadzenia obserwacji ornitologicznych. Nie była to bezpodstawna wymówka – po łące i tuż przy brzegu kręciło się wiele ptaków, w tym kilka gatunków biegaczy i brodźców.
Miejsce było ciekawe nie tylko z przyczyn natury przyrodniczej. Na niewielkim cyplu wcinającym się w wody zatoki wznosiły się imponujące ruiny Tolsburga, najpóźniej wzniesionego i najdalej na północ wysuniętego zamku krzyżackiego. Lokalizacja tuż nad brzegiem morza, ale w znacznej odległości od innych siedzib ludzkich może dziwić, ale w momencie powstania (ostatnia ćwiartka XV wieku) zamek ochraniał dostęp do niewielkiego portu, po którym nie ostał się żaden ślad. Po sekularyzacji inflanckiej gałęzi Zakonu twierdza zmieniała często właścicieli (przez 4 lata pozostając nawet w polskim posiadaniu), by ostatecznie ulec zniszczeniu podczas Wojny Północnej, na początku XVIII wieku. Z kontemplacji romantycznych ruin i rozważań nad ich historią oderwała mnie para pływaków śpiesząca owinąć swe nieco zsiniałe i trzęsące się ciała w suche ręczniki. Wody Zatoki Fińskiej nawet latem rzadko nagrzewają się do temperatury wyższej, niż 15°C.

Pomni doświadczeń sprzed 31 lat, jadąc w połowie czerwca do Estonii nie zabraliśmy ze sobą kostiumów kąpielowych. Stojąc nad brzegiem jeziora Pejpus zupełnie tego nie żałowaliśmy. Pejpus łączące się stosunkowo wąskim przesmykiem, mającym status osobnego jeziora o nazwie Lämmijärv, z położonym już w większości w Rosji jeziorem Pskowskim, jest największym w Europie naturalnym zbiornikiem transgranicznym. Ze względu na szerokość sięgającą 50 km darmo jednak wypatrywać z Estonii moskiewskiego brzegu. Darmo zresztą wypatrywać na nim jakiegokolwiek ruchu, prócz nadal rzadkich możliwości obserwacji ptactwa wodnego. Czerwiec to wprawdzie jeszcze miesiąc przedwakacyjny oraz, jak się zdaje, okres ochronny w rybactwie śródlądowym, a sąsiedztwo z miłującym konflikty sąsiadem nie zachęca do odwiedzin, ale całkowity brak ludzi na wodzie stanowił uderzającą odmianę po doświadczeniach zebranych na polskich Mazurach, czy choćby odwiedzanym i opisanym przez mnie ostatnio Pojezierzu Międzychodzko-Sierakowskim.
Na zachodnim brzegu jeziora odwiedziliśmy trzy miejscowości: Nina, Kallaste i Mustvee. Zamieszkują je potomkowie rosyjskich starowierów, którzy odrzuciwszy w połowie XVII wieku reformy liturgii prawosławnej, za patriarchy Nikona zakładali swoje kolonie w miejscach odludnych, za jakie uchodziła wschodnia Estonia. Była to więc społeczność skrajnie konserwatywna i wynosząca na piedestał zalety tradycji. Nic zatem dziwnego, że ich potomkowie wolą, jak drzewiej bywało, łowić ryby i sadzić cebulę, niż przyjmować turystów. Brak innych przyjezdnych wcale nam jednak nie przeszkadzał. Mieliśmy tylko dla siebie wszystkie miejscowe atrakcje: molennę staroobrzędowców i sąsiadującą z nią latarnię jeziorną (?) w Nina, najwyższe nad całym jeziorem, dziewięciometrowe wybrzeże klifowe kryjące kolonie lęgowe jaskółki brzegówki w Kallaste, nadbrzeżne cmentarze w obu tych miejscowościach. Tylko w zmodernizowanym za środki UE porcie rybackim w Mustvee spotkaliśmy kilkoro spacerowiczów podziwiających, czy to widok na bezbrzeżne wody jeziora, czy też niepokojąco spiętrzony wał czarnych, burzowych chmur, nadciągający nad miasteczko.
Dobrze utrzymane drewniane domy decydują o charakterze nadjeziornych miejscowości. Trafiają się wśród nich domki letniskowe, ale właśnie wśród, a nie poza, miejscowościami. Zjawisko daczowiska nie jest nad brzegami Pejpusu znane, ku naszej uldze i niewątpliwej korzyści dla okolicznego krajobrazu. W większych miejscowościach, co w warunkach estońskich oznacza ponad tysiąc mieszkańców, są już możliwości noclegu oraz przekąszenia co nie co, czy wypicia kawy. My skorzystaliśmy z takiej możliwości w kawiarni portowej w Mustvee i, chociaż byliśmy jedynymi gośćmi, możemy ją uczciwie zarekomendować.
W niewielkiej odległości od jeziora znajduje się kilka ciekawych miejscowości, z których nam udało się odwiedzić dwie: Alatskivi to siedziba gminy z neogotyckim zamkiem wzorowanym – a kto bogatemu zabroni! – na królewskim Balmoralu Windsorów. Po wybiciu się na niepodległość Estonia przeprowadziła dosyć drakońską reformę rolną, wywłaszczając ziemian niemieckiego pochodzenia z ich majątków. Ziemią obdarzono estońskich włościan, a zabudowania przeznaczono na wszelkie niezbędne usługi publiczne. Dzisiaj pałacem zarządza prywatna fundacja, prowadząca usługi muzealno-hotelowo-restauracyjne, ale zabudowania gospodarcze wykorzystywane są przez gminę na usługi takie, jak ośrodek zdrowia, poczta, czy straż pożarna. Nota bene, podczas naszej pierwszej wizyty w Estonii, w roku 1991, kiedy formalnie istniał jeszcze ZSRR, odwiedziliśmy kilka pałaców ziemiańskich położonych między Narwą a Tallinnem. W większości wykorzystywane były one przez spółdzielcze lub państwowe gospodarstwa rolne. Jednak, czy to ze względu na luterańską zaradność, czy też na tradycję życia w niedostatku Estończycy, w przeciwieństwie do Polaków czy Rosjan, nie dopuścili do ich ruinacji. W ich kulturze nie mieści się po prostu niegospodarność pozwalająca na zmarnowanie powierzonego sobie majątku.
Pałac był zamknięty z powodu poniedziałku (UWAGA: w Estonii zasada pięciodniowego tygodnia pracy obowiązuje nie tylko w instytucjach kultury, ale i często w lokalach gastronomicznych). Powałęsaliśmy się więc trochę po malowniczym parku i trafiliśmy do niewielkiego pawilonu przy przelotowej drodze, wyglądającego z zewnątrz na sklep ogrodniczy. I tu dokonaliśmy Odkrycia Wyjazdu: we wnętrzu kryły się kolejne pomieszczenia, w których oferowano wszelakiego rodzaju produkty wiejsko – ogrodnicze, a pomieszczenie główne oprócz artykułów spożywczych pełniło też funkcję przytulnej kawiarnio-restauracji. Panował w nim ożywiony ruch, bo to i miejscowi wpadali na zakupy i nieliczni podobni do nas goście. Ba, trafiła się nawet szkolna grupa anglojęzyczna (!). Wszystko to budziło skojarzenia ze sklepem wujka Emila z „Dzieci z Bullerbyn”, czy też z grocery stores opisanych przez Sienkiewicza w jego nowelach z Ameryki. Ulokowaliśmy się w ogródku kawiarnianym (sklepowym?) pod czujną obserwacją kawki (ptaka) pełniącej funkcję przedwstępnego sprzątacza naczyń z grubszych pozostałości posiłków. Dodatkowo, po ustaleniu, że stojąca za kasą młoda pani lepiej się czuje komunikując po rosyjsku, niż angielsku, przekonałem się, że mój stopień władania mową Puszkina i (niestety) Putina jest wciąż satysfakcjonujący.
Zjechawszy nieco na wschód od drogi z Mustvee do Tartu, trafia się do drugiej z wymienionych miejscowości – sielskiej Kääpa, gdzie w budynku dawnej szkoły mieści się muzeum Kalevipoega, czyli bohatera narodowego eposu estońskiego. Przez wieś przepływa rzeka tej samej nazwy, w której zatopiony został przeklęty miecz, który pozbawił nóg mitycznego wielkoluda, zesłanego później do trzymania straży u wrót piekieł. Jako, że wcześniej dokonywał on, tak na terenie Estonii, jak i poza nią, czynów nadludzkich, epos obiecuje, że powróci z piekielnej strażnicy, by przynieść Estończykom jedność i szczęście. Dlatego ojcowie niepodległości Estonii w manifeście z 24 lutego 1918 roku zapewniali, że nadszedł właśnie ten dzień. Rozumiejąc rolę tego dzieła w historii Estonii, trudno zaakceptować toporne próby wizualizacji jego bohatera, jak choćby tę sprzed budynku muzeum, czy z tallińskiej dzielnicy Nomme. Ale może rzeczywiści trudno jest w atrakcyjny sposób ukazać osobnika z objawami akromegalii. W każdym razie budynek dawnej szkoły jest uroczy, okolica wielce malownicza, a uczestnicy wycieczek szkolnych mogą na sąsiednim wzgórzu sprawdzić swą sprawność w zadaniach bez mała tak trudnych, jak te, które na swej drodze spotykał mityczny syn Kaleva.
Bazę wypadową założyliśmy w Tartu. Dzięki statusowi drugiego miasta w kraju oraz najważniejszego centrum uniwersyteckiego, miasto liczące niespełna sto tysiące mieszkańców sprawia wrażenie prawdziwej metropolii. Z okien naszego hotelu mieliśmy widok na Centrum Popularyzacji Nauki AHHAA z górującym nad miastem walcowatego kształtu wieżowcem Tigu (Est. ślimak) Tower o 24 kondygnacjach. Wokoło pełno było też współczesnych budynków ze stali i szkła. Wzdłuż wijącej się przez miasto rzeki Emajõgi, kipiącej od ruchu wszelkiego rodzaju jednostek pływających, dociera się do placu Ratuszowego, stanowiącego centrum niewielkiego obszarowo Starego Miasta. Gość z Polski może być zaskoczony obecnością na budynkach publicznych flag w biało-czerwonych barwach. Tymczasem herb i flagę nadał osadzie przy biskupim zamku król Stefan Batory, przyłączywszy ją na krótko do Rzeczpospolitej, w roku 1582. Zniszczenia wojenne i żywiołowe w XVIII wieku spowodowały, że w zabudowie miasta dominuje styl klasycystyczny, ale w pobliżu rynku wznosi się też luterański kościół św. Jana będący, według promocyjnych broszur, najbardziej na pn-wsch. wysuniętym przystankiem Europejskiego Szlaku Gotyku Ceglanego. Wnętrza po wielu przebudowach nie są może najcenniejsze, jednak biegnący po zewnętrznych ścianach świątyni fryz z głowami, a na frontonie i pełnymi figurami, z terakoty, na pewno czyni świątynię wyjątkową. Początkowo było ich około 2000 i była to największa kolekcja takich rzeźb, powstała w średniowieczu w świecie cywilizacji zachodnioeuropejskiej. Do naszych czasów dotrwała połowa.
Przed ratuszem, na rynku, wznosi się fontanna z figurami całującej się pary studenckiej, skrytymi pod parasolem. Całkiem wdzięczna to rzeźba, choć zważywszy na okres powstania (lata 70-te XX wieku), możnaby obawiać się jakiegoś potworka. Ale w Tartu radzieckość przepuszczana była przez estoński filtr estetyczny. Główny gmach uniwersytetu z imponującą kolumnadą od frontu wznosi się nieopodal. Na jego zapleczu stoi naturalnej wielkości pomnik szwedzkiego króla Gustawa Adolfa (tegoż, którego Pan Zagłoba „pod Trzcianną razem z koniem obalił i w jasyr wziął”). Tu zaś upamiętniono władcę, nie jako wojownika, lecz założyciela w 1632 roku Academia Gustaviana czyli poprzedniczki sławetnego uniwersytetu dorpackiego. Bowiem estońskie miasto oficjalną nazwę Tartu nosi dopiero od 1918 roku. Wcześniej znane było jako Dorpat. Estończycy, których ziemie aż do końca I Wojny Światowej należały do różnych państw, najchętniej wspominają bowiem okres szwedzki, zwany nawet „dobrymi czasami”. Dlatego popularne w Polsce szukanie korzeni uniwersytetu w kolegium jezuickim założonym przez Batorego jeszcze w 1583 roku, choć upamiętnione na tablicy ufundowanej przez polską ambasadę, nie jest jednak oficjalnie przyjętą wersją historii uczelni. Jako że Inter arma silent Musae, a terytorium Estonii nie należało do najspokojniejszych, w czasie naszego „Potopu” uniwersytet najpierw ewakuował się do Parnawy (Est. Parnu), a potem zaprzestał działalności. Odnowił go dopiero w roku 1802 car Aleksander I.
Znany z liberalnych ciągotek monarcha rosyjski postanowił powołać w Dorpacie uczelnię krzewiącą zachodnioeuropejskie wartości oraz uprawiającą badania naukowe w oparciu o zasady europejskiego racjonalizmu. Dlatego językiem wykładowym został niemiecki, a uniwersytet cieszył się pełną autonomią. Wprawdzie każdy z bardziej autorytarnych następców Aleksandra próbował ograniczyć te przywileje, ale zawsze było tu więcej wolności, niż na pozostałych uniwersytetach Imperium, o czym świadczy następująca opinia: „Dorpat jedynym był w państwie Carów miejscem, gdzie wolno było hymny na cześć Polski wznosić, niemal publicznie, bez obawy, że ktoś podsłucha i doniesie, że wkroczy policja, że nastąpią areszty i więzienia” (M. Zdziechowski, studiujący w Dorpacie w latach 1879–1883). Nie dziwi więc, że w rosyjskim okresie funkcjonowania uczelni Polacy stanowili ok. 10% jej studentów, a w II Rzeczpospolitej jej absolwenci uważani byli za elitę odrodzonego państwa. Podziomek, której pradziadek, jak też jego siostra (o ich dalszych losach pisałem już tu), właśnie w Dorpacie zdobywali wyższe wykształcenie (odpowiednio: prawnicze i medyczne), za punkt honoru wzięła sobie zlokalizowanie budynków uniwersytetu, do których mogli uczęszczać na zajęcia i kursy.
I odniosła sukces. W Muzeum Uniwersytetu znajduje się specjalna plansza pokazująca, gdzie w konkretnym czasie znajdowały się poszczególne wydziały. Samo muzeum ma bardzo ciekawą lokalizację. Zajmuje mianowicie prezbiterium gotyckiej katedry katolickiej, która od czasu porwania ostatniego biskupa w głąb Rosji przez siepaczy Iwana Groźnego, popadała w coraz większą ruinę. Wraz z odnowieniem uniwersytetu ruiny zabezpieczono, a w odbudowanym prezbiterium ulokowano bibliotekę uniwersytecką. Wystawa w muzeum jest całkiem zajmująca (odtworzono np. gabinet pierwszego kierownika biblioteki, a liczne portrety rektorów znienacka łypią okiem i uśmiechają się ku zwiedzającym jakby zdobiły korytarze Hogwartu, a nie szacownej instytucji naukowej), a z okien widać obniżone do poziomu prezbiterium wieże i pozbawione sklepienia nawy z regularnymi rzędami filarów odartych ze swej podtrzymującej funkcji. Obcując z tak udaną adaptacją można tylko żałować, że nie zrealizowano pierwotnych planów, by w odbudowanej wieży zainstalować obserwatorium astronomiczne. Wzniesiono je kilkadziesiąt metrów dalej, podobnie jak Teatrum Anatomicum, gdzie kształcili się przyszli medycy. Prócz historycznego campusu uniwersyteckiego, na katedralnym wzgórzu posadowiono Sąd Najwyższy Estonii, także nawiązujący do tradycji szwedzkiej instytucji o podobnej funkcji. Przez ulice wcinające się w zbocza wzgórza przerzucono dwa mosty piesze, z których jeden nazwano Anielskim, a drugi, a jakże, Diabelskim. Z przejściem po nich w okresie egzaminacyjnym związane są oczywiście określone przesądy studenckie. Dorpat zamienił się w Tartu, studenci ćwiczą język niemiecki wyłącznie na lektoratach, ale opinia Bolesława Limanowskiego „lecz największą ozdobą było wzgórze piętrzące się nad miastem i porosłe bujnym lasem, tzw. Domberg, od dawnej katedry katolickiej, w której ongiś kazał Piotr Skarga” pozostaje nadal prawdziwa.
Poza Starym Miastem i Wzgórzem Katedralnym spenetrowaliśmy dwie sąsiednie dzielnice – Supilinn ku północy i Vaksali ku zachodowi. Zabytki i atrakcje turystyczne znajdują się raczej tylko w tej drugiej. Należy do nich kilka kościołów, w tym neogotycki – katolicki, modernistyczny i sterylny w wyglądzie – luterański św. Pawła, czy klasycystyczny św. Marii – będący pierwszą świątynią estońskojęzycznych luteran w mieście. Ten ostatni, w czasach radzieckich, ze względu na sposób użytkowania, zwano „kościołem sportowym”. Obecnie przechodzi remont z odbudową wieży, a jego obsada duszpasterska jest wyłącznie żeńska. Co charakterystyczne, wszystkie kościoły protestanckie w mieście mają określone godziny zwiedzania, o czym informują w internecie i na tabliczkach przy wejściu. Natomiast kościół katolicki, jak i cerkwie prawosławne są, po prostu, zamknięte na głucho. W dzielnicy ma siedzibę kilka muzeów (np. Historii Naturalnej, czy Literatury) oraz znajduje się pięknie odnowiony, secesyjny budynek teatru. Natomiast Supilinn to głównie budownictwo mieszkaniowe ograniczone z jednej strony terenami rekreacyjnymi nad rzeką Ema, z drugiej zaś kompleksem olbrzymiego amfiteatru. Tartu jest bowiem kolebką słynnych estońskich festiwali śpiewaczych, będących wydarzeniem nie tylko konserwującym muzyczne przejawy kultury ludowej, ale też budującym i wzmacniającym estońską wspólnotę narodową. Jedynym zabytkiem dzielnicy jest gmach najstarszego w Estonii browaru LeCoq, przy którym oprócz sklepu działa Muzeum Browarnictwa.

Zbierając w Internecie informacje o Tartu znalazłem zachęcającą wzmiankę, że w czasach radzieckich Supilinn było uważane za slums. Prawdopodobnie wynikało to stąd, że w dzielnicy tej, podobnie jak w Vaksali, dominuje zabudowa drewniana. Jako relikt przeszłości i symbol zacofania, zarówno budowlanego, jak i systemowego, miała ona ustąpić miejsca blokowiskom. Zawsze mnie ciekawiło czemu ten cel, który udało się osiągnąć w Polsce, np. w moi rodzinnym Białymstoku, nie został zrealizowany w Estonii, ani w Łotwie. Drewniane domy wielorodzinne są w Tartu, w większości, w bardzo dobrym stanie i nie widzieliśmy w nich pustostanów. Budynki cieszą oczy bogatą kolorystyką oraz rozmaitością wzorów drzwi i okiennic. Nas wzruszyła umieszczona na ścianie jednego z budynków tabliczka ku czci mieszkającego w nim niegdyś psa. Nawiązywała ona formą do popularnego we wszystkich krajach posowieckich zwyczaju upamiętniania znanych mieszkańców danego domu. Umieszczona była jednak na wysokości psich oczu. W ten sposób czworonogi, które osiągnęły umiejętność czytania, mogą rozszerzyć swoją wiedzę o historii lokalnej.

Kulinarna strona wyjazdu była prawdziwą przyjemnością. Naprawdę w każdym odwiedzonym lokalu karmiono smacznie i ciekawie. Do tego obsługa w nienarzucający, ale przekonywujący sposób interesuje się dobrostanem klienta. Oprócz opisanego wyżej kawczego interesu w Alatskivi, możemy uczciwie polecić przybytek w podzielonym granicą z Łotwą miasteczku Valga (jedyny w mieście pracujący w niedzielę!), a w Tartu ukrytą w eleganckiej willi restaurację o wegańskiej nazwie, czy też słodką we wszystkich znaczeniach tego słowa cukiernię w pobliżu kościoła katolickiego.

Emerytowany carski generał Gustav von Craffström został wysłany przez Mikołaja I do Dorpatu w charakterze kuratora, by przykręcić śruby spoglądającym na zachód profesorom i studentom uniwersytetu. Wśród wielu innych śmiesznych, czy oryginalnych opinii, z których był znany, jedna dotyczyła Polaków i brzmiała: „Panowie z Polski zawsze chcą tu być primadonnami, na dobre lub na złe. Bo nawet wśród wielu spacerowiczów w Dorpacie, ci nieliczni Polacy również muszą się wyróżniać”. My chyba także wyróżnialiśmy się wyglądem, chociaż jednak nie w sposób pozwalający zidentyfikować nasze pochodzenie. W każdym razie, zostaliśmy zaskoczeni przez młodego kelnera w lokalu przy nowym gmachu teatru pytaniem, czy jesteśmy z Niemiec. Po stosownych wyjaśnieniach rozmowa podążyła w kierunku omówienia zalet destynacji turystycznych w Polsce. To doświadczenie pokazało z innej perspektywy rzekomą skandynawską rezerwę Estończyków wobec nieznajomych. Nawet jeśli jest to ich cecha wrodzona, to w miejscu tak kosmopolitycznym i z natury otwartym na odmienności musiała ona ulec znaczącej modyfikacji.




























































