Po ponad dwóch godzinach pedałowania czułem już w nogach trudy tej wycieczki. Po zakończeniu zajęć lekcyjnych zdecydowałem się na przejażdżkę rowerową. Rower był odziedziczoną po siostrze damką bez żadnych udogodnień, zresztą w przerzutki w owych czasach wyposażone były tylko tzw. kolarzówki, ale podróżowało się nim zadziwiająco przyjemnie. Wkrótce dotarłem więc do północnych granic Białegostoku i pomyślałem, że nigdy jeszcze nie przybyłem do Supraśla na rowerze. Pokonanie tych raptem kilkunastu kilometrów nie wyczerpało we mnie zapału do pożerania kolejnych. Z tabliczki na krańcu miejscowości wyczytałem, że do Sokołdy zostało jeszcze tylko 9 km. Może nie byłem orłem z matematyki, ale wykalkulowałem sobie szybko, że jeśli tam dotrę, to wycieczka w obie strony przekroczy dystans 50 kilometrów. Wydało mi się to celem godnym realizacji.
Odpocząwszy chwilę na moście z widokiem na łąki w dolinie Sokołdy zebrałem się do powrotu. Ten nie był już tak atrakcyjny, jak droga z miasta. Cel został osiągnięty, a wrócić przecież jakoś było trzeba! Mijane krajobrazy jeszcze chwilę wcześniej cieszące nowością, poczęły nużyć. Wzniesienie między Krasnem a Ogrodniczkami urosło do rozmiarów jakiejś górskiej premii. Jednak było to bardziej znużenie psychiczne, niż jakiś poważny fizyczny kryzys. Zegarek sugerował, że nie przemieszczałem się wcale wolniej, niż w przeciwną stronę. W końcu dotarłem na ulice Białegostoku. Myślami byłem już przy obiedzie. Zjeżdżając pod nowo oddany do użytku wiadukt kolejowy na ulicy Sienkiewicza znacząco rozpędziłem mój wehikuł. Przez chwilę dałem odpocząć nogom, po czym spróbowałem znowu docisnąć pedały. Te jednak zaczęły wirować z oszałamiającą prędkością. Prawa stopa odrzucona siłą odśrodkową poleciała wprzód i wbiła się między szprychy przedniego koła. Wyrzucony straszliwą siłą przeleciałem nad kierownicą i wylądowałem na asfalcie. Nadal wczepiony w moją stopę rower zdzielił mnie dodatkowo w tył głowy. Poderwawszy się z ziemi odkuśtykałem na wolnej nodze ku poboczu. Z rykiem klaksonu wyminęła mnie ciężarówka.
Po oswobodzeniu stopy i uspokojeniu drżenia wszystkich mięśni zbadałem rower i okazało się, że wyszedł on z całego zdarzenia w lepszym stanie, niż jego kierowca. Wyprostowanie kilku szprych i skręconej kierownicy pozwoliło mi nawet na nim jechać. Jednak prawa strona mojego ciała od głowy przez ręką, aż po kolano, była obolała i krwawiąca. Musiałem przedstawiać sobą malowniczy widok, więc starałem się dotrzeć do domu bocznymi uliczkami. Choć obiad smakował jak nigdy, a rodzice, poza odeskortowaniem mnie do przychodni, gdzie otrzymałem zastrzyk przeciwtężcowy, nie zadawali zbędnych pytań, to jednak dręczyła mnie świadomość, jak wiele niezasłużonego szczęścia miałem w tej sytuacji. Niewiele wszak brakowało, bym stał się bohaterem rubryki „Znowu tragiczny wypadek na polskich drogach”. W dziedzinie cyklizmu starałem się odtąd mierzyć zamiary na siły i poznać dokładnie wszystkie narowy dwukołowej bestii przed wyruszeniem na nawet umiarkowanie ambitne trasy.
Tej zimy wraz z nadejściem opadów śniegu i spadnięciem słupka rtęci w termometrach poniżej wskaźnika 0°C, media oprócz rutynowego alarmowania o problemach z utrzymaniem dróg, ochoczo podjęły temat zimowej turystyki górskiej oraz lekkomyślności osób wyprawiających się w takich warunkach w góry. Za źródło tych informacji służą sprawozdania z wypraw ratunkowych, umieszczane w mediach społecznościowych przez TOPR i GOPR. Nie wdając się w rozważania nad charakterem dziennikarstwa („Człowiek pogryzł psa” czyli news według Marka Twaina), wpływem masowości turystyki na ilość wypadków w górach, czy też złudną pewnością siebie, jaką daje posiadanie współczesnego osprzętu i gadżetów dostępnych każdemu posiadaczowi smartfona (kiedyś używało się zwrotu – zjadaczowi chleba), przywołuję z pamięci wiele sytuacji, w których sam znalazłem się realizując wszelakie turystyczno rekreacyjne pasje. Wyszedłem z nich bez większego uszczerbku. Przy czym największych zagrożeń doświadczyłem w trakcie wykonywania obowiązków służbowych. Jednak bogatszy w lata i doświadczenia rozumiem teraz, że byłem blisko sytuacji, które dzisiaj opisuje i komentuje się w apokaliptycznym tonie.
Od czasu, gdy przed 50 laty, podczas wędrówki po Karkonoszach, znalazłem drogowskaz z informacją „Schronisko Odrodzenie 45 min.” z dopiskiem „Chyba biegiem” stałem się świadomy, że w zależności od kondycji i warunków pogodowych pokonanie wybranej trasy zajmie różną ilość czasu. Zwłaszcza, że za młodu nagminnie łamałem jedno z przykazań turystycznego dekalogu, brzmiące „Nie wybieraj się samotnie w góry”, a w tej sytuacji w zimie nie można liczyć, że ktoś inny przetrze nam ślad w śniegu. Za studenckich czasów wybrałem się zimową porą na okrężną trasę z Sopotni Wielkiej w Beskidzie Żywieckim do schroniska na Hali Rysianka i później – przez szczyt Romanki (1366 npm.) z powrotem do Sopotni. W letnich warunkach pokonanie tej trasy powinno zająć jakieś 4,5-5 godzin. A wtedy zima była piękna, lutowy mróz dokuczał tylko w nocy, a w dzień, w promieniach słońca, było nawet parę stopni powyżej zera. Ostatnie śnieg spadł pewno przed tygodniem, więc nie spodziewałem się, by bardzo utrudniał mi marsz. I rzeczywiście, bez większych problemów dotarłem do schroniska i po krótkim odpoczynku kontynuowałem wycieczkę na szczyt Romanki. Wzniesienie to, całkiem pokaźne jak na Beskidy, wznosi się na północ od grzbietu granicznego, którym biegnie popularny szlak na Halę Miziową pod Pilskiem. Nawet obecnie, w opiniach dotyczących letnich wycieczek na Romankę przewijają się, jak mantra, słowa „spokój, cisza, odludzie”. Co dopiero wówczas, gdy narciarstwo skiturowe, czy chodzenie w rakietach śnieżnych, dopiero raczkowały w naszym kraju. Na szczycie byłem o 15:00. Zejście z Romanki do Sopotni powinno było zająć około 1,5 godziny. Jednak, na północnych stokach góry zalegała niepokalana, metrowa warstwa śniegu. Po godzinie przebijania się przez nią i pokonaniu mniej więcej ¼ trasy zrozumiałem, że jeśli będę trzymał się pierwotnego planu, noc złapie mnie w górach. Liczyłem wprawdzie, że im niżej, tym mniej będzie śniegu, ale z drugiej strony trudno było ocenić, na jak długo starczy mi jeszcze energii. Zdecydowałem więc, że spróbuję zejść bezdrożami ku dolinie potoku Sopotnia po stoku, gdzie leżało wyraźnie mniej śniegu. Była to dobra decyzja! Po pewnym czasie natrafiłem na stokową drogę leśną, z której wkrótce udało się zejść na dno doliny. W zapadającym zmroku dotarłem do swojej kwatery. Szczęśliwie, chodząc bezdrożami nie wpadłem do żadnego wykrotu i nie potknąłem o ukryte pod śniegiem pniaki!

Najbardziej „honornym” szlakiem całych Beskidów jest Perć Akademików, wiodąca od Górnego Płaju – ścieżki łączącej schronisko na Markowych Szczawinach z przełęczą Krowiarki, przez strome północne zbocza Babiej Góry, aż na szczyt Diablaka. Obecnie służy on tylko do podejścia, a ze względu na zagrożenie lawinowe władze parku narodowego zamykają go na zimę. Nie zawsze jednak tak bywało! W małej grupce znajomych, w kwietniowy weekend przed 40 laty postanowiliśmy wejść na Królową Beskidów właśnie tą trasą. Do górnej granicy lasu szło się jako tako. Wyżej weszliśmy w chmury, a ścieżka zniknęła pod pokładami zgromadzonego przez całą zimę śniegu. W teorii należało wspinać się trawersem ku wschodowi, by dotrzeć do Czarnego Dzioba – ośmiometrowej ścianki skalnej, którą pokonuje się z pomocą zamocowanych na stałe klamer i łańcucha. Lecz szukaj tu skalnego dzioba, gdy wokoło otacza cię niczym niezmącona biel. Szliśmy więc ku górze od jednego do drugiego widocznego spod śniegu głazu. Śnieg był ubity i dobrze związany z podłożem, ale dawało się w nim wybijać butami stopnie potrzebne do utrzymania równowagi. Szedłem na czele naszej grupki. W pewnym momencie osiągnęliśmy niewielkie wypłaszczenie. Odwróciłem się, by sprawdzić czy nikt nie odstaje. W tym momencie nagły powiew wiatru rozproszył chmury. Oczom moim ukazała się nasza grupka rozciągnięte na dnie żlebiku, który opadał w dół coraz stromiej. Jego dno znikało za niewielka bulą, a wzrok sięgał swobodnie aż ku reglom rozciągającym się dobre 200 metrów niżej. Nie pierwszy raz byłem na Babiej Górze, ale nie spodziewałem się w tym miejscu aż takiej ekspozycji. Na szczęście chmury za chwilę powróciły, więc żaden z członków wycieczki nie musiał rozpraszać się rozważaniami, co mogło kryć się za tą bulą. Wkrótce dotarliśmy na główny grzbiet na zachód od szczytu Diablaka. Powrót przez przełęcz Brona, przy widoczności na około 30 metrów, był skomplikowany orientacyjnie, ale nie nazbyt stresujący stromiznami. Dzisiaj wiem, że podeszliśmy na grzbiet tzw. Piarżystym Żlebem. Rozumiem też decyzję parku o zamykaniu szlaku w miesiącach zimowych.
Babia Góra dostarczyła mi też doświadczenia o charakterze ekstremalno-niewytłumaczalnym. Po drugim roku studiów na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego zorganizowano nam wyjazdy terenowe, w trakcie których mieliśmy poznawać różne typy środowisk przyrodniczych. W połowie września 1980 roku trafiliśmy na Babią Górę, która – jak wiadomo – ma modelowo rozwinięte piętra roślinności górskiej. Mieszkaliśmy w schronisku na Markowych Szczawinach i każdego dnia penetrowaliśmy kolejne skupiska roślin: regle dolny i górny, kosodrzewinę i w końcu piętro alpejskie. Rankiem w dniu, gdy mieliśmy udać się pod szczyt Diablaka, obudziły nas krople deszczu siekącego po oknach. Doświadczenie podpowiadało, że 500 metrów wyżej może być tylko gorzej. Mimo to, po śniadaniu, całą – tym razem liczną grupą – wyruszyliśmy na szlak. Śnieg zaczął padać, nim dotarliśmy na przełęcz Brona. Widoczność spadała z każdą chwilą. Zaproponowaliśmy odwrót, ale niewiele starsze od nas opiekunki naukowe upierały się, by kontynuować marsz. Nie wiem, jak wyobrażały sobie studiowanie alpejskiej roślinności pod śniegiem. Może metodą jakiejś odkrywki? Zmagając się z wiatrem parliśmy więc przed siebie. Byliśmy z kolegą Maciejem świeżo po lekturze “Sygnałów ze skalnych ścian” Żuławskiego. Z bezwzględnością właściwą wiekowi młodzieńczemu zabawialiśmy więc towarzystwo szczegółowym opisem najbardziej dramatycznych akcji ratowniczych wczesnego TOPR-u. Nastroje jakby siadły, ale determinacja naszych organizatorek była nadal ogromna. Do momentu, kiedy z białej nicości przed nami wyłoniła się postać ludzka. Był to mężczyzna w pokrytej lodową skorupą kangurce, dźwigający na plecach staromodny, brezentowy plecak. Zbliżywszy się do nas, wychrypiał spod śniegowej brody: ”Nie idźcie dalej, tam jest piekło!” Po czym zniknął, tak nagle, jak się pojawił. Na takie dictum struchlały najodważniejsze serca i zarządzono pośpieszny odwrót. Po powrocie do schroniska rozglądaliśmy się uważnie w nadziei, że może tajemniczy nieznajomy się w nim zatrzymał i będzie można z nim porozmawiać. Jednak nasza zjawa nie chciała się zmaterializować, a personel zapewnił nas, że nikogo takiego w schronisku nie zauważono. Tak więc, murawki alpejskie zmuszeni byliśmy poznawać w sposób teoretyczny, a zawdzięczaliśmy to postaci jakby żywcem wyjętej z kart dopiero co przywoływanej książki.
Należę do pokolenia, które w dzieciństwie marzyło o przygodach ukazanych na kartach “Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren. Ostatnio złapałem się na myśli, że miałem możność, podobnie jak bohaterowie tej powieści, jeżdżenia na łyżwach po zamarzniętych stawach i jeziorach, a nie jak większość współczesnych dzieci, na lodowiskach sztucznych bądź na boiskach przyszkolnych, zalanych przy pierwszych mrozach warstewką wody. W latach 90-tych XX wieku często jeździliśmy zimą na Suwalszczyznę. Mieliśmy szczęście trafiać na okresy mrozu. W miejscach pobytu były wypożyczalnie sprzętu, więc wystarczyło przy pomocy szufli usunąć nadmiar śniegu z lodowej tafli i można było już ćwiczyć piruety. Ze względu na towarzystwo małych dzieci ślizgaliśmy się w bardzo bezpiecznych miejscach – w cichych zatoczkach przy brzegu. Nie groziło nam, niczym największemu urwisowi z Bullerbyn, wjechanie do przerębla. Inaczej już jednak było przy wyprawach wyruszających z wigierskiego klasztoru, w którym gościliśmy kilkukrotnie, do Starego Folwarku po drugiej stronie jeziora. Klasztor ulokowany jest na półwyspie. Każdy spacer wiązał się z pokonaniem dłuższego lub krótszego odcinka asfaltowej szosy. Tymczasem po drugiej stronie jeziora była nie tylko ciekawa miejscowość, ale też otwierały się możliwości dalszych pieszych wycieczek. Dzięki antarktycznej praktyce byłem świadom istnienia prądów na podobnych akwenach, konieczności nie zbliżania się do jakichkolwiek obiektów wtopionych w lód, czy też faktu, że spękania na lodzie częściej powstają pod wpływem nierównomiernej dynamiki zamarzania, niż w wyniku załamywania się skorupy pod ciężarem maszerującego człowieka. Wędrowaliśmy więc gęsiego, w bezpiecznych odstępach, zawsze niosąc ze sobą długaśną tyczkę ratowniczkę, wykorzystując ścieżki przedeptane przez miejscowych wędkarzy. Pamiętam jednak pewien niepokój gnębiący mnie, zwłaszcza po opadach śniegu, czy silniejszych wiatrach, że możemy wdepnąć w zamaskowaną śniegiem przerębel, wykonaną przez miłośników wędkarstwa podlodowego. Szczęśliwie udało się nam takich przygód uniknąć, a w innych miejscach lód był dla nas łaskawy.
Najniebezpieczniejszą zimową sytuację przeżyłem jednak nie w górach, ani na jeziorach, ale na skraju podlaskiej wsi Downary w Kotlinie Biebrzańskiej. Przyjechaliśmy tam z Podziomkiem w lutym 1988 roku, po wielkiej śnieżycy, która sparaliżowała komunikację autobusową w całym regionie. Zamiast więc PKS-em do Trzciannego, pojechaliśmy PKP do Goniądza, skąd na nartach biegówkach planowaliśmy dotrzeć do zagubionego wśród bagien przysiółka Budy. Po drodze mieliśmy owe Downary. Gdy tylko wyszliśmy poza ich opłotki, drogę zagrodziła nam wysoka na chłopa zaspa. Rezolutnie wdrapałem się na jej zbocza. Byłem już prawie u szczytu, gdy najpierw jeden, a potem – znagła dociążony – drugi kijek, zapadły mi się aż po rękojeść. Utknąłem twarzą w sypkim, zimnym puchu. Narty nie wypięły się, jeno utknęły głęboko w śniegu. Z góry dociskał mnie plecak załadowany zapasami na kilka dni. Nie mogłem go zdjąć bez rozpięcia pasa biodrowego. Jednak każda próba sięgnięcia doń jedną ręką powodowała, że oparte tylko na drugim kijku ciało osuwało się w głąb białego puchu. Przez głowę przemknęło mi, że Jack London opisywał podobne sytuacje z okresu gorączki złota nad Jukonem. No, ale śmierć w takich okoliczność na Alasce miała w sobie jakąś dozę romantyzmu, a na skraju podlaskiej wsi byłaby jednak mniej heroiczna. Na szczęście, podobnie jak u Londona, w krytycznym momencie pomocna dłoń Podziomka wyzwoliła mnie od ciążącego brzemieniem plecaka, co pozwoliło wygrzebać się z zaspy. Nie było już żadnych wątpliwości, że z tą właśnie dziewczyną będziemy pożerać niedźwiedzie mięso do końca naszych dni.
Woda to kapryśny żywioł. Podczas opisanego wcześniej spływu kajakowego z Podziomkiem i Harrym po Liwcu, rzece która w dolnym biegu obfituje w łachy i mielizny, przypomniała mi się przygoda sprzed lat, gdy brodząc po takiej łasze, a poprawniej rzekłszy – po zakosie, przy ujściu Liwca, dotarłem do jej krawędzi opadającej stromo w odmęty Bugu. I szybko przekonałem się, że z takiego uskoku nie ma już odwrotu, w każdym razie – nie pieszo i nie drogą, którą się tam dotarło. Jako osobnik, który zaliczył epizod w pływackiej sekcji juniorów klubu Juvenia Białystok, nie miałem wątpliwości co do dalszego postępowania. Po prostu ufnie dałem unieść me ciało prądowi Bugu aż dopłynąłem do miejsca, gdzie można było wyjść na brzeg. Z czasem dowiedziałem się, że paniczne próby powrotu na bezpieczną płyciznę w podobnych miejscach, są częstszym powodem utonięć nawet wśród osób potrafiących pływać, lecz błędnie oceniających ryzyko swego położenia.
Korzystając z chwilowego oddalenia się mundurowych cerberów, Jarek i ja, dźwigając canoe, zboczyliśmy z bitej drogi w las, w kierunku Łyny. Żołnierzowi czuwającemu przy naszych workach żeglarskich oświadczyliśmy, że łódź jest już zwodowana i nie mamy siły z powrotem jej wyciągać na drogę. Machnął na nas ręką, więc pośpiesznie oddaliliśmy się od niego oraz specjalnego, oznaczonego kryptonimem W-1, ośrodka rządowego w Łańsku. Nasza próba przepłynięcia przez środek partyjnego matecznika, gdzie kolejni pierwsi sekretarze odpoczywali i przyjmowali swoich gości, zakończyła się właśnie połowicznym sukcesem. Oceniając pokonany dystans – to nawet więcej, niż połowicznym. Pomimo, że był sierpień 1981 roku i władza PZPR w Polsce trzeszczała w szwach, w krytycznych momentach towarzysze krzyczeli “No pasaran!” i na pierwszy plan wysłali żołnierzy Jednostek Nadwiślańskich MSW. U wypływu Łyny z jeziora Łańskiego jest śluza, w pobliżu której wznosiły się najściślej strzeżone pawilony ośrodka. Tam właśnie zostaliśmy wezwani na brzeg, przesłuchani, a następnie zmuszeni do wykonania przenioski o długości, nie 100 m, lecz 1,5 kilometra. W końcu byliśmy poza ośrodkiem i mogliśmy kontynuować nasz spływ do Olsztyna. Problem w tym, że poniżej jeziora Łańskiego rzeka płynie głębokim jarem w tempie zbliżonym do rzek górskich. Nie stanowiłoby to problemu, gdyby usuwano drzewa, które osunęły się na dno jaru i runęły do wody. Kilka z nich udało nam się gracko wyminąć. Ale przy kolejnym, mieliśmy mniej szczęścia. Canoe uderzyło dziobem w niewidoczny pod wodą konar, prąd obrócił nas i przyparł bokiem łodzi do głównego, przegradzającego nurt pnia. Gdy tylko spróbowaliśmy ruszyć się z naszych miejsc, łódź zmieniwszy środek ciężkości obróciła się wokół swej osi do góry dnem. Na szczęście, zaplątała się między gałęzie, więc nie odpłynęła, czego niestety nie da się powiedzieć o tych rzeczach, których nie zamknęliśmy w wodoszczelnych lukach. W ten sposób straciłem swoją pierwszą lornetkę. Gdy już wydobyliśmy canoe spod wody, okazało się, że siła uderzenia była tak wielka, że uszkodziła jedną z poprzecznych wręg wzmacniających dno łodzi. Musieliśmy skrócić trasę naszego spływu, ale wyszliśmy z tej przygody cało. A rozbudzona wyobraźnia podsuwała pytania, co mogłoby się zdarzyć, gdyby to nie dobytek, ale nas prąd wepchnął między podwodne przeszkody.
Ostatnio czytałem opracowanie badaczy wilków, z którego wynikało, że wysoka śmiertelność wśród osobników młodych jest pochodną, nie tyle braku doświadczenia życiowego, co znacznej skłonności do podejmowania zadań o wysokim stopniu ryzyka. Naukowcy uczynili efektowną parabolę, przypisując podobny model zachowań także rodzajowi ludzkiemu. Wszystkie opisane sytuacje wydarzyły się, nim ukończyłem 30 rok życia. W wieku 32 lat znalazłem się, po raz kolejny, na antarktycznej wyspie King George. W wolnych chwilach włóczyłem się po okolicach stacji im. Arctowskiego, obserwując tamtejszą ornitofaunę. W pewnej chwili dotarłem na krawędź kilkunastometrowego urwiska. Przy nim, w odległości może 1,5 metra, wznosiła się samotna iglica skalna, a tuż pod jej szczytem dostrzegłem gniazdo mewy dominikańskiej. Bardzo chciałem zrobić mu zdjęcie, ale nie mając teleobiektywu uważałem, że stoję zbyt daleko, by wykonać fotografię odpowiedniej jakości. Przez głowę przemknęła mi myśl, że przecież doskoczę na tę iglicę. Powrót na urwisko byłby nieco trudniejszy, acz ciągle wykonalny. Już spinałem się do śmiałego susa, gdy wtem naszła mnie refleksja: “Hej, masz już rodzinę i córkę! Czy na pewno chcesz ich narażać na możliwe sieroctwo?” No i wykonałem zdjęcie z miejsca, gdzie już stałem. Dzisiaj uważam, że w tamtym momencie przekroczyłem Rubikon dorosłości.











