Kategorie
Polska

Babia Góra, czyli nocny spacer w chmurach

Z mego okna widać chmury     
Na skalistych grzędach                 
Przetrę szybę ciepłą dłonią  
razem z nimi siędę (…)

Z mego okna widać potok Doliną, doliną, Dumnych smreków las szeroki, Mgły w kosodrzewinach (…)

Te słowa piosenki Orawa Andrzeja Wierzbickiego chodziły za mną podczas czterodniowego wyjazdu do Zawoi pod Babią Górą. Za oknem pensjonatu szumiały wody potoku Jaworzynka, a za nimi mieliśmy “smreków las szeroki”. Natomiast od frontu budynku wysoko, ponad drogą i domami osiedli Podryzowane i Ryzowane widać było, częściowo, główny grzbiet Babiej Góry. Częściowo, bo przez cały pobyt ciążyła na nim pokaźna czapa chmur. Czasami skrywała ona tylko najwyższą w całym paśmie kulminację Diablaka, kiedy indziej rozrastała się na boki lub zjeżdżała po stromych zboczach pasma ku dolinom. Prognozy pogody, niezależnie od ich źródła, raczej się nie sprawdzały. Zapowiadane trzy dni burz skurczyły się do trwających pół godziny grzmotów, a równie długotrwałe deszcze – do 30 minut jednego i 4 godzin kolejnego dnia. W każdym razie, Babia Góra  udowadniała nam prawdziwość swoich, popularnych wśród turystów przezwisk, takich jak “Kapryśnica”, czy “Matka Niepogód”.

Nad potokiem Jaworzynka

Grzbiet Babiej Góry widoczny nad współczesną zabudową Podryzowanego

Na Babią po raz pierwszy wszedłem z ojcem w 1968 roku. I to od razu bez taryfy ulgowej – ze schroniska na Markowych Szczawinach na szczyt Diablaka najśmielej poprowadzoną Akademicką Percią. W pamięci na zawsze pozostał mi szum spadających w dół zboczy rozlicznych strumieni, olbrzymie “na chłopa” paprocie, pod którymi, jako dziewięciolatek, czułem się niby Staś Tarkowski pod palmami, a w końcu skalne półki i uskoki, które pokonywało się przy pomocy łańcuchów i metalowych klamer. Chociaż zauroczony, już wówczas trzeźwo dostrzegłem możliwość obejścia najstromszych partii naokoło, jak też fakt, że stoki ku północy opadały stromo, a ku Orawie łagodnie. Bywałem potem w górach wyższych i o bardziej alpejskim charakterze, ale, że pierwsza miłość nie rdzewieje, dla Babiej Góry miałem już zawsze ciepłe uczucia. Byłem na niej jeszcze kilka razy w latach osiemdziesiątych XX wieku. Potem już tylko jeździłem w okolicy na nartach lub przywoziłem do Zawoi ukraińskie grupy, którym pokazywałem miejscowe rozwiązania z dziedziny ochrony środowiska. Aż do tego roku, kiedy uświadomiłem sobie, że co to za miłośnik Babiej, który nie zaznał nocnej wędrówki, by spotkać wschód słońca na szczycie Diablaka. Podziomek łaskawie odniosła się do mojego kaprysu i zadeklarowała uczestnictwo. W ten sposób trafiliśmy nad potok Jaworzynka w Zawoi.

Nocne niebo nad przełęczą Krowiarki skrzyło się od gwiazd. Nie przesłaniała ich ani jedna chmura. Było 30 minut po północy, kiedy wyruszyliśmy na szlak, pozostawiając samochód na położonym już na orawskich zboczach parkingu. Mimo, że był to środek długiego bożociałowego weekendu, był on prawie pusty. Parking górny, położony na samej przełęczy, był zajęty w większym stopniu. Z jednego z pojazdów wyładowywała się krzykliwa grupka mężczyzn. Przyśpieszyliśmy kroku, by móc cieszyć się odgłosami nocnego lasu niezakłóconymi ludzkimi głosami. Przez poprzednie dwa dni przeczytaliśmy cały, 370 stronicowy kryminał, którego akcja toczy się w Zawoi. Jego bohaterowie, prócz tego, że ginęli spadając w przepaść, co i rusz napotykali dzikie zwierzęta. Musiałem Podziomkowi tłumaczyć, że ludzie ginęli na Babiej głównie z wyczerpania i wychłodzenia, a ruch turystyczny od dawna był na tyle duży, że zmuszał żyjącą tu zwierzynę do bardzo skrytego trybu życia. I rzeczywiście, przez blisko 2 godziny marszu Górnym Płajem do schroniska na Markowych Szczawinach słyszeliśmy tylko pohukiwania puszczyka, pod nogami plątały nam się bezmuszlowe ślimaki pomrowy, a w świetle czołówek przelatywały ćmy i inne owady. Początkowo między drzewami błyszczały światła Policznej i okolic kolejki krzesełkowej na Mosorny Groń. Później jednak zapanowały ciemności przerwane dopiero błyskiem latarek trzech osób przygotowujących się na Zakręcie Ratowników do wejścia na Akademicką Perć. Wkrótce dotarliśmy do schroniska, gdzie urządziliśmy sobie krótki postój. To nowy budynek, oddany do użytku w 2009 roku. Fajnie, że można doń wejść w środku nocy, czy skorzystać z toalety. Wędrowcy mojej generacji brakowało jednak zapachu drewnianych belek (nowy budynek jest murowany), a także pewnej zaciszności charakterystycznej dla dawnych schronisk. Tam, co do zasady, wchodziło się najpierw do świetlicy/stołówki, podczas gdy my znaleźliśmy się w rodzaju betonowego, wysokiego na trzy kondygnacje szybu, u szczytu którego znajduje się suszarnia odzieży. Z rzeczonego szybu dopiero różne korytarze, schody i drzwi prowadzą do pozostałych pomieszczeń schroniska.

Markowe Szczawiny – stare schronisko, fot. Jerzy Opioła, CC BY-SA 3.0

Markowe Szczawiny – nowe schronisko, fot. Jerzy Opioła, CC BY-SA 3.0

Szlak spod schroniska na przełęcz Brona jest najłagodniejszym podejściem od północy na grzbiet pasma babiogórskiego. Jest to rodzaj wyłożonego kamieniami chodnika, w górnej części przechodzącego w schody. Tu nasze tempo zmniejszyło się do wskazanego na kierunkowskazach, bo co chwilę przystawaliśmy dla złapania oddechu. Zanikający szum źródliskowego odcinka potoku Markowego i pojawienie się pierwszych krzaków kosodrzewiny były sygnałem zbliżania się do przełęczy. Postój na niej nie trwał długo, gdyż zaczęły nas omiatać podmuchy dość chłodnego wiatru. Nie mogliśmy z pełnym przekonaniem stwierdzić, czy wilgoć na naszych okularach, to osadzające się kropelki mgły, czy też para unosząca się z naszych rozgrzanych podejściem ciał. W dole widać było długi wąż świateł ciągnącej się doliną Skawicy Zawoi. Gdy jednak pokonaliśmy ostatni stromy uskok doprowadzający nas w rejon Kościółków, widok na wieś zniknął za chmurami. Ciemność od czasu do czasu przeszywał tylko błysk czołówek osób, które wyruszyły na szczyt później od nas. Kościółki, to najbardziej urwista część północnych zboczy Babiej Góry. Brak widoczności nie pozwolił nam jednak na zajęcie stanowiska, czy ich rzeźba jest rezultatem działania lodowca, czy też erozji. Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pokonywać trzeba po skalnym rumowisku. Zajęci wynajdywaniem bezpiecznego oparcia dla stóp prawie przeoczyliśmy, że ciemność ustępuje dniu. Wśród mgły dały się słyszeć głosy, a po chwili dostrzegliśmy też ludzkie sylwetki. Była 4:00 rano, a my, miast w ciepłym łóżku, witaliśmy kolejny dzień na wysokości 1725 m. npm.

Widoczność nie była większa, niż 50 metrów. Mimo to, ulokowawszy się za za kamiennym wiatrochronem, grzecznie czekaliśmy kolejne 35 minut, po których powinien nastąpić wschód słońca. Dopiliśmy resztki herbaty z termosu, zagryzając batonikiem energetycznym. Nałożyliśmy kolejną warstwę odzieży, a nawet przykryliśmy się folią termiczną. Większość zgromadzonych na szczycie osób zachowywała się podobnie. Dysonans stanowili górscy maratończycy, którzy wkrótce po nas pojawili na Diablaku. Ubrani, jak na stadion, z minimalnej wielkości plecaczkami, sprawiali dosyć żałosne wrażenie. Co ciekawe, organizatorzy tego wyczynu zajmowali się wyłącznie mierzeniem czasu, nie dbając zupełnie o zabezpieczenie komfortu energetycznego uczestników. Na szczęście, tak jak znienacka się pojawili, tak szybko znikali. Był to chyba tylko punkt pośredni ich biegu. I dzięki Bogu! Uczestnictwo w akcji ratowania życia, zamiast doznań przy wschodzie słońca, byłoby zmianą naszych planów ze wszech miar niepożądaną!

Świt na szczycie Diablaka

Kierując się ku Sokolicy, najbardziej na wschód wysuniętej kulminacji pasma Babiej Góry, wykazaliśmy się swoistą oryginalnością, bo większość nocnych gości “Królowej Niepogód” wybrała zejście w przeciwną stronę. Na szlaku było więc stosunkowo pusto. Dzięki czemu słychać było głosy siwerniaków, płochaczy halnych, czy kopciuszków, zamieszkujących tę surową krainę. Pomiędzy kamieniami kwitło mnóstwo sasanek alpejskich i zawilców narcyzolistnych. W gęstej mgle grupki skalne na Gówniaku (Wołowych Skałkach) nabierały tajemniczej malowniczości. Wrażenie potęgowało, że nie sposób było ocenić ich wysokość, gdyż podstawa ginęła w mlecznych oparach. Podmuchy wiatru rozrywały od czasu do czasu chmurowy płaszcz, a w jego lukach pojawiały się widoki, a to na Małą Babią (Cyl – 1515 m. npm.), a to na Policę (1369 m. npm.). Tę ostatnią liznęły nawet promienie słońca, które kolejny raz pokazało się tego dnia dopiero ku wieczorowi. Pomiędzy Sokolicą a Kępą, jeszcze w piętrze kosodrzewiny wzdłuż ścieżki rosną osobliwie zdeformowane przez wiatr limby. Są to rezultaty nasadzeń gatunku uznanego za symbol alpejskości (Towarzystwo Tatrzańskie już w 1880 roku wpisało do statutu obowiązek ochrony limby). Ze wszystkich posadzonych na Babiej Górze, najlepiej mają się te przy schronisku na Markowych Szczawinach, gdzie rosną na wysokości poniżej 1200 m. npm. Ekstremalne warunki graniowe raczej im nie posłużyły. Ale przynajmniej żyją walcząc o przetrwaniem, która to sztuka nie udała się pstrągom, którymi swego czasu zasiedlono największy z babiogórskich zbiorników wodnych, bezodpływowy Mokry Stawek przy wschodnim krańcu Górnego Płaju. Ponieważ park narodowy zamknął dla prac konserwatorskich szlak z Sokolicy na przełęcz Krowiarki, przyszło nam jeszcze pokonać 350 metrów w dół, po kamiennych schodach z Sokolicy ku Zakrętowi Partyzantów. Było to spore wyzwanie dla naszych nieco już zmęczonych stawów kolanowych. O ósmej rano dotarliśmy do czekającego na parkingu samochodu. W pensjonacie czekało śniadanie, po którym zaplanowaliśmy kilka godzin snu.

Zawilec narcyzolistny rośnie pod samym szczytem

Słupek graniczny z lat 1939-45 służy jako stabilizator ścieżki

Chwilowy widok w kierunku Małej Babiej Góry

Limba przy ścieżce z Kępy na Sokolicę

Podobnie jak różeniec górski

Wołowe Skałki

Chwilowy widok w kierunku Sokolicy (na pierwszym planie) i Policy (na horyzoncie)

Powalone drzewo na zboczach Sokolicy

Nie należymy do generacji, która praktykuje nocną podróż samochodem z miejsca zamieszkania w góry, by o świcie znaleźć się już na szlaku, a wieczorem dotrzeć z powrotem do domu. Dlatego przed nocnymi wyczynami zaplanowałem dwie wycieczki aklimatyzacyjno-rozruchowe. Pierwsza, z zawojskiego osiedla Wełcza na Jałowiec, najwyższe wzniesienie Pasma Przedbabiogórskiego (1111 m. npm.), skąd przez Czerniawę Suchą i przełęcz Klekociny wróciliśmy z powrotem do Wełczy. Przyjemna, nie nazbyt stroma trasa wiodła początkowo przez widokowe polany, później przez ładny las bukowy. O ile z podejścia widać było głównie pasmo babiogórskie, o tyle z rozległej polany szczytowej Jałowca otworzyły się dalekie widoki na Pilsko, Romankę i Beskid Śląski. Na polanie tej znajduje się drewniany schron, w którym można przeczekać deszcz, a nawet od biedy przenocować. Znaleźliśmy w nim księgę wejść, o dziwo, obfitująca w bardziej lub mniej rozbudowane wpisy osób odwiedzających Jałowiec. Wydawać by się mogło, że lepszym miejscem na taką inicjatywę byłby szczyt Diablaka, ale tam ze względu na parkowe restrykcje trudno byłoby postawić stosowny schowek, a jego utrzymanie w skrajnych warunkach klimatycznych byłoby też bardziej kosztowne. Las na grzbiecie był bardzo przerzedzony, pewno ze względu na zanieczyszczenie powietrza docierające tu ze Śląska. Natomiast zejście w dolinę Wełczówki pozwoliło nam odświeżyć sprawność dendrologa w rozróżnianiu świerka od jodły. 

Druga wycieczka skrajem parku narodowego poprzez kolejne grzbiety i dolinki doprowadziła nas aż do osiedla Czatoża. Na pierwszym z grzbietów, spod spiętrzenia zwanego Kwiatek (to raczej określenie dwóch znajdujących się pod samym grzbietem zabudowań, pewno pochodzące od nazwiska właściciela), powinniśmy mieć widok na cały grzbiet Babiej Góry od Krowiarek na wschodzie, po przełęcz Jałowiecką na zachodzie. Rzeczone przełęcze, rzeczywiście mogliśmy zobaczyć. Pomiędzy nimi natomiast kotłowało się ogromne chmurzyko, które właśnie w tym czasie zdecydowało się wyciągnąć swoje wypustki w kierunku Zawoi. Cóż, pozostały nam widoki ku wschodowi, na Mosorny Groń i całkiem pokaźny Cyl Hali Śmietanowej. Mimo to, bardzo przyjemnie wspominam tę wycieczkę. Raz, że właśnie w jej trakcie natknęliśmy się na jelenia, a to już pierwsza liga polskiej fauny. Dwa, że nasza trasa zahaczała o przykłady ciekawej architektury, w postaci otoczonej ogrodem roślin babiogórskich, drewnianej siedziby parku narodowego w osiedlu Barańcowa oraz zespołu wolnostojących piwniczek i, służącej niegdyś odstraszaniu burz, dzwonniczki loretańskiej w Czatoży. Piwniczki w Czatoży bardzo przypominają te ze Słowacji i Węgier, służące przechowywaniu sprzętu do uprawy winorośli i winobrania. Mimowolnie rozglądałem się po stokach za winnicami zapominając, że na północnych stokach Karpat uprawiano raczej ziemniaki i owies.

Widok w kierunku Babiej Góry z podejścia na Jałowiec

Widok na Pilsko z polany podszczytowej Jałowca

Schron na Jałowcu

Widok w kierunku Mosornego Gronia (z wieżą widokową) i Cylu Hali Śmietanowej

Ikoniczne trzy piwniczki w Czatoży

Dwukondygnacyjna piwniczka w Czatoży

Grzbiet na wschód od Jałowca porośnięty jest piękną buczyną

Widok z Jałowca na Czerniawę Suchą

Tradycyjna chałupa w osiedlu Kwiatek

Dzwonniczka loretańska w Czatoży

Kapliczka zbójnicka w Policznem

Fakt, że do roli architektonicznego symbolu Zawoi urastają obiekty tak utylitarnego przeznaczenia pokazuje, że miejscowość, mimo posiadania od 1927 roku statusu wypoczynkowo-klimatycznego, nigdy nie osiągnęła pozycji Zakopanego, czy Krynicy. Tu do bardzo niedawna podstawą egzystencji była praca na roli i w lesie. Nie znaczy to, że nie znajdziemy tu przykładów ciekawej tradycyjnej architektury mieszkalnej, kurortowej, czy sakralnej (słynne zawojskie kapliczki!), tyle że są one utkane, jak rodzynki, w cieście typowych góralskich, stromodachowych, murowańców. Rosnąca rola turystyki przejawia się w coraz liczniejszej obecności domów na wynajem, z których część stara się pogodzić estetykę domu podhalańskiego górala ze staropolskim dworkiem, zbliżając się niebezpiecznie do poziomu domostwa Gargamela. Ruch budowlany jest w Zawoi całkiem spory. Równocześnie jednak, przykłady pomyłek w biznesplanach, takie jak ośrodek wypoczynkowy Górnik, karczma Koliba, czy hotel Lajkonik, stoją latami opuszczone przy głównej drodze biegnącej przez wieś. W porównaniu z naszym zimowym pobytem w 2006 roku, gdy właściciele miejscowych karczm byli strofowani przez administratora regionalnego portalu za prowadzenie wobec siebie czarnego PR, liczba lokali gastronomicznych jednak wzrosła. Szczególnie dotyczy to ciastkarnio/kawiarni, dzięki czemu mogliśmy, zszedłszy z górskiego szlaku, cieszyć się z posiadówek nad małą czarną. 

Dworzec Babiogórski nadal służy celom komercyjnym

Siedziba Babiogórskiego Parku Narodowego

Kapliczka w Podryzowanym

Kościół św. Klemensa w Zawoi Centrum

Stary budynek w Czatoży

Zabudowa kurortowa (Willa Podhalanka) w Zawoi Górnej

Rankiem w dniu wyjazdu zawitaliśmy do Mosornego. Położone w bocznej dolince osiedle, ma status jednego z sześciu zawojskich sołectw. Znajduje się tam czarująca drewniana kapliczka, której prawie 120 letnia historia jest pięknym przykładem samodzielności  mieszkańców w zaspokajaniu swoich potrzeb duchowych, jak też swoistej autonomii wobec reszty wsi. Powstała z inicjatywy i na gruncie jednego z miejscowych gospodarzy i jest utrzymywana, remontowana i upiększana siłami lokalnej wspólnoty wiernych. Oficjalny kościół zapewnia wyłącznie obsługę liturgiczną. Architektoniczną ciekawostką jest, że fasadę kapliczki zdobią drewniane, ludowe rzeźby znacznie starsze od samego obiektu, bo pochodzące z lat 70-tych XVIII wieku. 

W górę doliny potoku Mosornego, w lesie, znajduje się ciekawy wodospad. Jak to w Beskidach, nie imponuje on wysokością (ok. 6 metrów), ani ilością spadającej wody. Za to jego bezpośrednie otoczenie, to prawdziwa brama skalna, wyższa nad poziom uskoku o jeszcze parę metrów. Skała spękana jest poprzecznie, a jej poszczególne elementy są, a to wysunięte, a to zagłębione, sprawiając wrażenie zbudowanej ręka olbrzyma ścianki wspinaczkowej. Jeśli postanowimy dotrzeć do wodospadu od miejsca załadunku drewna na końcu biegnącej przez osiedle drogi, natkniemy się na jeszcze jeden skromniejszy, bo półtorametrowy, wodospadzik. Podobno, ponad główną kaskadą są także pomniejsze stopnie wodne. Tam jednak dotrzeć jest znacznie trudniej. Dla porządku, bo speleologia to nie moje klimaty, trzeba wspomnieć, że w sąsiadującej z Zawoją Skawicy, na stokach Policy, odkryto najdłuższą w Beskidach, ponad 400 metrową jaskinię. Jako, że jej wylot przypomina borsuczą norę, historia jej eksploracji jest stosunkowo krótka, ale na chłopski rozum należało oczekiwać, że tam, gdzie góry wznoszą się najbliżej nieba, tam jaskinie sięgają daleko w głąb ziemi.

Kapliczka w Mosornem

Wodospad na Potoku Mosornym

Dolna kaskada wodospadu

Fasadę kapliczki zdobią 135 lat starsze rzeźby

Potok przelewa się przez prawdziwą skalną bramę

Miejscowości położone w polskich górach starają się realizować strategie rozwoju prowadzące, w uproszczeniu, ku uzyskaniu pozycji i roli uzdrowiska, bądź Zakopanego. Uzdrowiskiem nie zostaje się jednak bez zasobów wód mineralnych. Zostaje więc Zakopane, które przeszło drogę od góralskiej wioszczyny do zimowej stolicy Polski. Zawoję ta droga kusi w najbardziej naturalny sposób. Grzbietowo położone osiedle Przysłop bywa zwane zawojską Gubałówką. Prekursor turystyki pod Babią Górą, Hugo Zapałowicz, to zawojski odpowiednik Chałubińskiego, a jego wierny przewodnik Wawrzyniec Szkolnik, to ani chybi Sabała. Za przykładem Zakopanego, działalność turystyczna koncentrowała się w budynku zwanym dworcem babiogórskim. To jednak tylko powierzchowne podobieństwa. Zapałowicz nie wiódł w góry gości przy muzyce góralskiej kapeli. Szkolnik był wiejskim nauczycielem i etnografem amatorem, a nie skrzypkiem – lekkoduchem. W Dworcu Babiogórskim funkcje komercyjne przeważały zawsze nad kulturowymi. Zresztą stolica, nawet zimowa, może być tylko jedna. A rozciągnięta na kilkanaście kilometrów w dolinie Skawicy wieś, nawet z ukształtowania terenu nie nadawała się na miasto. Jednak dzięki temu, że kultura górali babiogórskich nie została inkorporowana przez pełnych admiracji gości, zachowała więcej oryginalnych form, niż w przypadku górali podhalańskich. Jedyne co rzeczywiście upodobnia Zawoję i Zakopane, to pogoda. Niczym w starej anegdocie: “Ostatnie trzy dni spędziłem w Zakopanem. I co tam słychać w Tatrach? Nie wiem, nie widziałem zza chmur”.

Kategorie
Polska

Nie tylko bagna, czyli odwiedziny w dolinie Górnej Biebrzy

Przez szparę w drzwiach wdarł się z nagła promień jaskrawego światła. Zerknąłem na zegarek. Fosforyzujące wskazówki wskazywały godzinę, bez mała, pierwszą w nocy. Z sąsiedniego pomieszczenia dochodziły przytłumione odgłosy rozmowy. Po chwili rozległo się stukanie do drzwi. Zafrasowany gospodarz wydukał: “Milicja chce z wami porozmawiać!” Faktycznie, w kuchni za stołem siedziało dwóch osobników, jednak żaden nie był w mundurze. Trochę mnie to zdziwiło, ale postanowiłem z nimi porozmawiać, ze względu na gospodarza. Panowie w dosyć napastliwym tonie dopytywali się, czy byliśmy na Dębcu. Uroczysko Dębiec znajduje się na Bagnach Biebrzańskich, przy ujściu Jegrzni do rzeki Ełk. Obecnie można tam dotrzeć szlakiem turystycznym wyznaczonym przez Park Narodowy i jest to jedno z najbardziej odległych od sadyb ludzkich miejsce w całym Parku. Jednak kiedyś mieszkali tam ludzie. Według mapy WIG z 1929 roku były tam dwa gospodarstwa. W 1984 roku, gdy zdarzyła się opisywana sytuacja, wznosił się tam jeszcze jeden, opuszczony, acz pozostający w stosunkowo niezłym stanie, budynek. Wyjaśniłem więc, że owszem, przechodziliśmy w pobliżu, ale nie przekroczyliśmy rzeki Ełk, za którą znajdowała się chata. Panowie sprawiali wrażenie, że przygotowali sobie tylko jedno pytanie, co wyraźnie ich denerwowało. W coraz bardziej napiętej atmosferze zażądali okazania dokumentów. 

Tu przypomniałem sobie zawartość poradnika “Jak zachowywać się w razie zatrzymania przez MO?” – pozycji cieszącej się  pewną popularnością w czasach dopiero co zakończonego stanu wojennego i wyjaśniłem, że wylegitymuję się tylko umundurowanemu lub posiadającemu stosowne dokumenty milicjantowi. Panowie nieco się unieśli, lecz wobec mego uporczywego trwania przy swoim stanowisku, opuścili dom odgrażając się, że rano przyjadą większą i, a jakże, umundurowaną gromadą. Mimo tego, noc minęła spokojnie. Rano gospodarz przyznał, że osobników tych widział po raz pierwszy w życiu i wyraźnie pokrzepiony naszym aktem oporu wobec władzy, wyciągnął z szafy album ze zdjęciami. Wskazał na jedno, z młodym mężczyzną pozującym dumnie przed wypełnioną wiktuałami, gargantuicznych rozmiarów, lodówką. “To jest mój syn!” wyjaśnił, “On jest w Ameryce, a ja nikogo się boję!”. Do dzisiaj zastanawiam się, dlaczego nasza obecność w pobliżu opuszczonej chaty mogła kogoś zaniepokoić do tego stopnia, że odszukał nas w środku nocy, w sąsiedniej wsi Kapice. Doświadczenie z Puszczy Knyszyńskiej podpowiada, że obfitujące w wodę bezludzie, to idealne miejsce na zainstalowanie bimbrowni. Produkcja “księżycówki” domaga się zaś dyskrecji!

Kapicka przygoda zdarzyła się podczas jednego z organizowanych przez wydziałowy Klub Turystyki Przyrodniczej (o jego działaniach przeczytacie też tutaj) zimowych pochodów długodystansowych. Tego roku wędrowaliśmy wzdłuż Biebrzy, od Lipska po Strękową Górę. Tylko przez pierwsze dwa dni cieszyliśmy się warunkami zimowymi. Potem nastała odwilż, która zmusiła nas do pozostawienia biegówek na plebanii w Sztabinie i dalszej wędrówki na piechotę. Podczas tych dwóch, zimowych, dni trafiliśmy do Trzyrzeczek. Początkowo nawet nie do samej wsi, lecz do leśniczówki o tej nazwie. Gdy jednak między leśniczym, a jego małżonką rozgorzał spór o to, czy celem naszej wizyty nie jest przypadkiem ograbienie i pozbawienie życia gospodarzy, ewakuowaliśmy się do wsi. Miejscowy sołtys ze zrozumieniem przyjął nasze tłumaczenie i znalazł nocleg w którymś z gospodarstw.

I oto po 39 latach, w długi majowy weekend trafiłem, tym razem w nieco liczniejszym, bo sześcioosobowym gronie, do Trzyrzeczek. Nie musieliśmy zdawać się na sołtysa – czekał na nas zarezerwowany zawczasu domek. Ku uciesze 17 miesięcznej uczestniczki wyjazdu, w kompleksie, prócz sauny i miejsce na grilla, był też plac zabaw. Charakterystyczny, acz zaskakujący, był niemal zupełny brak kontaktu z gospodarzami. Przywitał nas jedynie 10-12 młodzieniec, który wręczył nam klucze do domku, a pożegnały tylko ich miłe psiaki. Próby kontaktu telefonicznego były konsekwentnie ignorowane. Prócz tego jednak, na miejscu było pełne wyposażenie, pozwalające w komforcie przeżyć pięciodniowy pobyt. Nie byłem już w stanie rozpoznać domu, w którym nocowaliśmy przed laty. Może dlatego, że większość obecnych zabudowań wsi jest młodsza, a w kilku drewnianych chatynkach nikt już nie mieszka. Trzyrzeczki są też rzadkim w dzisiejszych czasach przykładem wsi, do której nie prowadzi żadna utwardzona droga. Po kilku dniach korzystania z takiej nawierzchni nasze automobile były pokryte grubą warstwą beżowego pyłu. Co ciekawe jednak, jeździło się po tych drogach równiej, niż po kilku asfaltowych powiatówkach, które nie doczekały się jeszcze modernizacji.

Kot rezydent prezentuje naszą kwaterę w Trzyrzeczkach
Przydrożny krzyż wyprodukowany w sztabińskiej hucie
Widok z okolic wsi
Samotna sosna na miedzy

Kotlina Górnej Biebrzy, choć wchodzi w skład Parku Narodowego, przez długi czas uważana była za pośledniejszą turystycznie, niż Basen Środkowy i Dolny Kotliny. Fakt, dolina jest tu węższa, kompleksy leśne, ale i torfowiska, nie tak imponujące, jak w pozostałych częściach Parku. Ostatnimi laty Park Narodowy zrealizował tu jednak projekt rozwoju infrastruktury turystycznej, dzięki któremu można dotrzeć przez torfowiska i olsy aż do Biebrzy, a nawet pokonać rzekę za pomocą przeciąganej łańcuchami platformy promowej. I trzeba przyznać, że takie inwestycje przyciągnęły turystów, zwłaszcza weekendowych. My wybraliśmy się na trasę wiodącą z Szuszałowa przez Jałowo do Nowego Lipska na północnym skraju doliny. Specyfikę tej części kotliny stanowią polodowcowe wzniesienia zwane wyspami, otoczone przez położone niżej tereny bagienne. Szuszałowo położone jest na jednej z takich wysp, podczas gdy Jałowo – na drugiej. Ścieżka jest więc bardzo urozmaicona. Z początku wiedzie dwiema odnogami przez bagna między wyspami. Tu i ówdzie widok urozmaicają kępy brzezin i pojedyncze sosny. Potem wspina się na wyspę Jałowską, gdzie drogami po miedzach, zmieniając co rusz kierunek, dociera do krawędzi doliny Biebrzy. Porastające ją świerki tworzą wyjątkowo malownicze obramowanie doliny. W to miejsce docierają liczni zmotoryzowani korzystając z obfitości bezpłatnych miejsc parkingowych. Również tam można spotkać strażników parku, którzy, nie nazbyt skrupulatnie, sprawdzają potwierdzenie wniesienia opłaty wejściowej do Parku. Po, co ważne dla rodziców prowadzących wózek, szerszej już kładce, wkrótce dociera się do rzeki. Kilku silnych panów na pewno podejmie się ciągnięcia łańcucha, podczas gdy my będziemy oddawać się fotograficznemu hobby. Pokonawszy kolejny pas podmokłego olsu dociera się do wieży widokowej na skraju zmeliorowanych łąk przed Nowym Lipskiem. Trasa obfituje w możliwości ciekawych obserwacji ornitologicznych i florystycznych. Na przełomie kwietnia i maja najbardziej zachwycają kępy kwitnących kaczeńców, a z ptaków – błotniaki łąkowe, które w dolinie Biebrzy, w przeciwieństwie do większości Polski, są liczniejsze, niż ich więksi, stawowi krewniacy.

Ścieżka edukacyjna w swojej węższej części
Świerki na południowej krawędzi doliny Biebrzy
Bliżej Biebrzy ścieżka jest już szersza
Kępa kaczeńców przy ścieżce
Sosny z widokiem na Wyspę Szuszalewską
Torfowisko między Szuszałowem a Jałowem
Brzezina kolonizująca torfowisko
Widok w górę Biebrzy
Ręczny prom przez Biebrzę

Mnie jednak bardziej oczarował spacer po Lesie Trzyrzeczki, będącym reliktem pasa puszcz ciągnących się od Białegostoku ku północy i naturalnie oddzielającym strefy kolonizacji mazowieckiej od zachodu i litewsko-ruskiej od wschodu. Jest to bardzo urozmaicony kompleks leśny. Rosną tam zarówno drzewa iglaste: sosny i świerki, jak liściaste: brzozy, graby i dęby. Niektóre z nich mają doprawdy pomnikowe parametry. W runie wiosną kwitną całe łany białych zawilców. Wszelaka ptasia drobnica drze się, jak oszalała, znakując głosowo swoje terytoria. W środku lasu znajduje się obszerna, prostokątnego kształtu łąka. Choć byłem świadomy faktu, że powstanie i trwanie zawdzięcza działalności człowieka, musiałem jednak docenić, jak była fotogeniczna. 

Droga przez las
Polana w Lesie Trzyrzeczki
Łany zawilców w runie leśnym
Lesniczówka Trzyrzeczki
Brama na podwórko leśniczówki
Rozdroże w Lesie Trzyrzeczki
Stylizowany na tradycyjny współczesny krzyż przydrożny
Pomnikowy dąb w Lesie Trzyrzeczki

Basen Górnej Biebrzy w swej najbardziej ku północy wysuniętej części płynnie przechodzi w sandrową równinę pokrytą lasami Puszczy Augustowskiej. W 1982 roku przeszedłem ten teren od stacji PKP Jastrzębna aż do Rygola u połączenia Czarnej Hańczy z Kanałem Augustowskim. Po drodze, na uroczysku Kozi Rynek odwiedziłem mogiłę i pomnik ku czci powstańców styczniowych. Teraz chciałem pokazać to ciekawe miejsce reszcie ekipy. Wędrując w strugach deszczu przez bory poprzecinane pasami mokradeł i olsów, dotarliśmy jednak do szlabanu z napisem “Przejścia nie ma”. Wedle mapy, do mogiły zostało nam może 500 metrów. Cóż, Lasy Państwowe nigdy nie były championami w trudnej sztuce komunikacji, ale żeby zamykać bez słowa wytłumaczenia drogę do miejsca pamięci narodowej, to trzeba mieć tupet! W zamian, bez przeszkód zobaczyliśmy standardowy pomnik ku czci partyzantów z okresu II Wojny Światowej. Gdyby nie padało, może zlekceważyli byśmy zakaz, ale w tych warunkach pogodowych ambicja w nas spadła do poziomu bliskiego zeru i zrejterowaliśmy w suche zacisze naszej kwatery.

Droga na Kozi Rynek w Puszczy Augustowskiej
Partyzancka mogiła na Kozim Rynku
Po drodze mija się tereny podmokłe
Ale właściwie dlaczego?

Okolice Górnej Biebrzy mogą pochwalić się obecnością kilku zabytków sakralnych, które w skali Podlasia nazwać można wybitnymi. W każdym razie podobnymi na pewno nie mogą pochwalić się tereny położone w dół rzeki. Jako osoba niezmiennie krytyczna wobec zwyczaju otwierania kościołów wyłącznie na nabożeństwa, muszę odnotować, że udało nam się zwiedzić wnętrza wszystkich trzech omówionych niżej obiektów. Kościółek św. Anny w Kamiennej Starej, najstarszy obiekt drewniany w całym województwie, został ufundowany na początku XVII wieku przez Piotra Wiesiołowskiego, marszałka nadwornego Wielkiego Księstwa Litewskiego, który miał w pobliżu letnią rezydencję. Urocza w swej prostocie, otoczona wiekowymi lipami świątynia ma wewnątrz kamienną chrzcielnicę i ołtarzowy obraz patronki, pochodzące z czasów jej powstania. Na chórze ukryte są nieczynne organy w drewnianej obudowie. Ciekawe, czy kiedyś jeszcze ktoś na nich zagra? Tymczasem liturgię upiększa gra na bardziej współczesnym sprzęcie muzycznym. Na kościelnym dziedzińcu znajduje się grób gen. Nikodema Sulika, dowódcy wsławionej walkami pod Monte Cassino, 5 Kresowej Dywizji Piechoty. Generał zmarł w Londynie, ale jego doczesne szczątki powróciły na rodzinną ziemię w 1993 roku.

Najstarszy w województwie zabytek drewniany – kościół św. Anny w Kamiennej Starej
Kot bez szacunku dla grobu bohatera
Obraz św. Anny Samotrzeciej
Wokół świątyni rosną wiekowe lipy
Chrzcielnica z 1609 roku
Współczesny mandylion jest dosyć przypadkowym elementem wyposażenia
Stare, nieużywane organy czekają na lepsze czasy

Najważniejszym obiektem Różanegostoku pod Dąbrową Białostocką jest zespół klasztorno-wychowawczy salezjanów, którzy pełnią też rolę opiekunów sanktuarium, gdzie czci podlega ikona Matki Boskiej Różanostockiej. Małżeństwo Tyszkiewiczów zamówiło ją w Grodnie w 1652 roku, jako ikonę domową. Wkrótce jednak w jej otoczeniu doszło do zdarzeń uznanych za cudowne, więc przeniesiono ją do lokalnego kościółka, a do obsługi coraz liczniejszej rzeszy pielgrzymów zaproszono sejneńskich dominikanów. Ponieważ róża jest symbolem maryjnym, nazwę miejscowości, z niezbyt ponętnego Krzywego Stoku, zmieniono na Różanystok. Dominikanie służyli w sanktuarium do połowy XIX wieku, kiedy ukazem carskim nakazano ich wysiedlenie. Pod koniec XVIII wieku zdążyli jednak wznieść, wzorowany na grodzieńskim, kościół oraz budynek klasztorny. Współczesny wygląd i funkcję zespół zawdzięcza wspólnocie prawosławnych mniszek, funkcjonującej tu w latach 1901-15. Oprócz oddawania kultu świętej ikonie, prowadziły one szeroką działalność oświatowo-rozwojową. Kilka szkół, różnorakie kursy, kierowanie przytułkiem dla starszych kobiet, szpitalem, apteką, sierocińcem; zawiadywanie różnorakimi warsztatami i pracowniami rzemieślniczymi, wymagało postawienia kolejnych gmachów. W dziedzinie cywilizacyjnej mniszki odznaczyły się zainstalowaniem generatora prądotwórczego zasilającego cały kompleks, jak też wystaraniem się o budowę przystanku kolejowego na linii z Grodna do Suwałk. Wszystkie te działania były możliwe dzięki sutym dotacjom centralnym, jako że działalność zakonna była jedną z metod szerzenia religii państwowej na zachodnich kresach imperium. Symbolicznym podkreśleniem tego faktu była kolejna zmiana nazwy miejscowości, tym razem na Krasny (Piękny) Stok.

Barokowy kościół już z daleka zapraszał nas szeroko rozwartymi połaciami drzwi, w prześwicie których widać było ołtarz główny. Święta ikona nie jest oryginałem, bo wywieziony w głąb Rosji zaginął on w szaleństwach bolszewickiej rewolucji, lecz wierną kopią z 1929 roku. Ulokowano ją w ołtarzu na jednym z filarów oddzielających nawę główną od bocznej. Nie znalazłem wiele informacji o wyposażeniu wnętrza świątyni. Ot poprawny artystycznie barok i rokoko, nie nadmiernie rozszalały – wszak to nie Dolny Śląsk – ale jak na pn-wsch. Polskę, całkiem bogaty. Ciekawostkę stanowi srebrna sukienka zdobiąca niegdyś ikonę, oprawiona w ramy i powieszona na ścianie lewej nawy. Inną, acz na co dzień niedostępną, jest istniejąca pod kościołem krypta fundatorów: Szczęsnego i Eufrozyny Tyszkiewiczów. W otoczeniu kościoła wznosi się kilka ciekawych i schludnie utrzymanych obiektów takich, jak szkoła, dawna plebania, cerkiew zimowa (tak, tak! przed wynalezieniem centralnego ogrzewania życie, także religijne, w zimie przenosiło się do mniejszych, łatwiejszych do ogrzania pomieszczeń), klasztor prawosławny mieszczący dzisiaj internat, oryginalny klasztor podominikański czy, jakby żywcem przeniesiony z Rosji, drewniany dom gościnny – ze względu na kolor zwany zielonym. Za PRL-u w większości z nich funkcjonowała szkoła rolnicza. W tym okresie powstało też kilka budynków mieszkalnych i warsztatowych. Trochę obawiałem się, w jakim są stanie, ale wszystko jest zadbane i jakimś cudem, mimo tak różnej historii i genezy, tworzy harmonijną całość.

Bazylika Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny w Różanymstoku
Kopia cudownej ikony
Studnia w ogrodach klasztornych
Cerkiew zimowa
Brama do kompleksu klasztornego
Widok na bazylikę od strony transeptu
Ołtarz główny bazyliki
Dawna sukienka ikony
Klasztor mniszek prawosławnych służy obecnie jako internat
Zielona willa – niegdyś dom gościnny prawosławnego klasztoru

Położony na północnej krawędzi doliny Biebrzy Krasnybór, choć liczy tylko 165 mieszkańców, może pochwalić się dwoma zabytkowymi kościołami. Jeden z nich, ponad 400 letni kościół pw. Zwiastowania Najświętszej Marii Panny, jest nie tylko najstarszy na całej Suwalszczyźnie, ale i zbudowany w – w zasadzie nieobecnym w tej części Polski – stylu gotycko-renesansowym. Najciekawsze jednak, a odczuwalne najmocniej po wejściu do środka, jest wrażenie cerkiewności jego architektury. Bowiem świątynia postawiona jest na planie krzyża greckiego, z ramionami krótkimi w stosunku do swojej wysokości. Wieża zakłócająca regularność krzyża została dobudowana jako ostatni element układanki. Od strony wejścia nawa otoczona jest korytarzykiem otwierającym się na świątynię dwiema parami zakratowanych okien. To ani chybi miejsce przeznaczone dla kobiet uczestniczących w nabożeństwach, czyli tzw. babiniec. Wrażenie nie jest mylne – pierwszymi gospodarzami, na przełomie XVI i XVII wieku, byli tu uniccy bazylianie. Po zdziesiątkowaniu wiernych tego wyznania przez jakąś zarazę, wyprowadzili się oni do Grodna. Zastąpili ich rzymskokatoliccy bernardyni, którzy też nie zagościli w Krasnymborze na długo, a tych z kolei – dominikanie, którzy podzielili w XIX wieku los swych współbraci z Różanegostoku. Swoją drogą ciekawe, że powodzenie egzystencji wspólnoty zakonnej wcale nie było niegdyś gwarantowane. Oprócz pobożności, trzeba było chyba mieć wiele innych zdolności, o odrobinie szczęścia nie wspominając. Drugą refleksją na bazie historii krasnoborskiej jest pewne zdumienie, że ostatecznie w warunkach rustykalnego pogranicza koroniarsko-litewskiego najlepiej radzili sobie dominikanie, czyli zakon powstały jako wspólnota żebracza, pierwotnie lokująca swoje domy zakonne w miastach i pracująca w środowisku mieszczańskim. 

We wnętrzu kościoła, w głównym ołtarzu, znajduje się cudowny obraz Matki Boskiej Różańcowej z XVII w., pokryty srebrną i złotą szatą. Wyposażenie w przeważającej części jest dziełem lokalnych twórców, z nutą chwytającego za serce prymitywizmu. Nas zachwycił naturalnej wielkości anioł z puszką na datki i Bóg Ojciec dynamicznie polatujący nad krucyfiksem.

Krasnybór – kościół Zwiastowania Najświętszej Marii Panny zbudowano na planie krzyża greckiego
Ołtarz główny z elementami iluzjonistycznymi
Okienka z babińca do wnętrza kościoła
Pani krasnoborska – Matka Boska Różańcowa
Brama i wieża kościelna
Anioł kwestarz
Dynamiczny Bóg Ojciec podlatuje nad krucyfiksem

Pleban krasnoborski urzędował pierwotnie w kościółku św. Rocha na cmentarzu i dopiero po kasacie zakonu przeniósł się do godniejszej siedziby po drugiej stronie wiejskiej drogi. Obecny, powstały w 1871 roku kościół wyróżnia się wyglądem – jego ściany licowane są kamieniem – oraz dobudowaną przed trzema dekadami, pokrytą blachą, wieżą w kształcie graniastosłupa. Do tej świątyni wyjątkowo się nie dostaliśmy, ale za to spędziliśmy więcej czasu na cmentarzu. Ponieważ jest on położony na krawędzi doliny Lebiedzianki, dopływu Biebrzy,  roztaczają się z niego dalekie widoki. Wśród nagrobków wyróżniają się te, zwieńczone krzyżami odlanymi w pobliskiej hucie sztabińskiej. Znajdziemy tu też pomniki ku czci ofiar obławy augustowskiej i powstańców styczniowych, ale i absolutny rarytas – grób krasnoborzanina, który stracił życie jako żołnierz amerykański na froncie zachodnim I Wojny Światowej.

Kościół św. Rocha w Krasnymborze
Krzyż na grobie proboszcza także wyprodukowano w Sztabinie
Pomnik ofiar obławy augustowskiej
Wyrafinowany produkt huty sztabińskiej
Pomnik na grobie powstańców styczniowych
Inskrypcja na krzyżu pracowników „instytucji sztabińskiej”

Okolice górnej Biebrzy upstrzone są też bunkrami tzw. linii Mołotowa. W latach 1939-41 te ziemie były zaanektowane przez ZSRR, a za Augustowem zaczynała się już Rzesza. Towarzysze radzieccy postanowili więc skryć się przed Niemcami za linią betonowych umocnień. Nigdy nie odegrały one jednak znacznej militarnie roli, po części dlatego, że nie wszystkie ukończono do wybuchu konfliktu dwóch totalitarnych liderów. Przede wszystkim jednak, ZSRR chyba nie wypracował efektywnej koncepcji ich użycia. Wiktor Suworow twierdzi, że nie miały one służyć obronie, lecz osłonić koncentrację oddziałów Armii Czerwonej przed przewidywanym atakiem na III Rzeszę. Nie należę do miłośników turystyki fortecznej, ale rozumiem, że obecność tych bunkrów musi cieszyć przedstawicieli niektórych gatunków miejscowej fauny, np. nietoperze. 

Pamiątka po ZSRR – bunkier linii Mołotowa
Bunkry były często rozmieszczone blisko siebie

Domek, w którym mieszkaliśmy w Trzyrzeczkach, miał w pełni wyposażoną kuchnię. Mogliśmy więc przygotowywać posiłki, co było istotne zwłaszcza z punktu widzenia porządku dnia najmłodszej uczestniczki wyjazdu. Okolica nie jest kulinarną pustynią, ale do kategorii ambitniejszej kuchni można przypisać tylko menu serwowane w suchowolskiej pensjonatowej restauracji, która nie może zdecydować się, pod jaką nazwą promować się w Internecie. W każdym razie zamówiliśmy tam specyfik kuchni podlaskiej, a mianowicie soczewiaki. Według definicji wziętej z Wikipedii soczewiaki, to rodzaj bułeczek z ciasta ziemniaczanego, nadziewanych mielonymi nasionami soczewicy. Te suchowolskie opisałbym, jako puree ziemniaczane zawierające soczewicę, uformowane w kartaczo-podobne kluchy, lekko przysmażone na patelni. W każdym razie smakowały lepiej, niż brzmi to w powyższym opisie. Internet naprowadził nas też na pizzerię w Dąbrowie Białostockiej. Mogę potwierdzić, że pracują tam przemiłe panie. My zamówiliśmy ich produkty na wynos, ale przy odbiorze zdążyliśmy zauważyć, że w lokalu nie było żadnych gości. I nic dziwnego – estetyka wnętrza była dojmująco nijaka. Pozostanie tam na okres dłuższy, niż potrzebny do wydania pizzy i uregulowanie rachunku, groziło popadnięciem w poważne stany depresyjne. Sama pizza miała odchylenie w kierunku obfitości sera. Margherita, w mojej ocenie, powinna dla jasności zwać się  “Extra cheese”. Najedliśmy się do syta, ale na trawienie trzeba było przeznaczyć “Extra time”.

Każda wizyta na Podlasiu jest jak łyk świeżego powietrza. Oprócz atrakcji obiektywnych i oczywistych, dostarcza wzruszeń zupełnie subiektywnych. W moim przypadku była to możliwość zlokalizowania wszystkich trzech rzeczek, które dały nazwę naszej miejscowości. Jedna przepływała tuż przy naszym gospodarstwie, zasilając widoczny z okna staw rybny. Druga opływała wieś od wschodu, po drodze do Lasu Trzyrzeczki. Najtrudniej było znaleźć tę trzecią. Z mapy wiedziałem, że powinienem jej szukać po zachodniej stronie wsi. Bezskutecznie chodziłem w tym kierunku każdego ranka z psami. Dopiero, gdy wybrałem się tam po zmroku, stojąc na rozdrożu traktów do Zwierzyńca Wielkiego i Małowistej usłyszałem dobiegające gdzieś spod drogi cichutkie bulgotanie wody. Strumień ukryty w gęstej zieleni spływał stromą dolinką ku północy. Jego źródło znajdowało się nie dalej, niż 20 metrów od skrzyżowania dróg, w zagłębieniu terenu schowanym za przydrożną stodołą. Etymologia nazwy Trzyrzeczki okazała się być osadzona w lokalnej hydrografii. Co należało i udało się udowodnić!

Kapliczka, krzyż i bociany – stały motyw podlaskiego krajobrazu, fot. Katarzyna Janiec

Kategorie
Niemcy Polska

Po wschodnich kresach Saksonii, czyli co widać zza Nysy Łużyckiej

W 2011 roku Grupa Wydawnicza Rewasz wydała książkę pt. „Zachodnie Kresy Rzeczpospolitej” autorstwa Bogusława Wojciecha Różyckiego z podtytułem „Nie tylko przewodnik”. Autor idąc w ślady wcześniejszego nie tylko przewodnika Grzegorza Rąkowskiego pod nazwą „Polska egzotyczna – opowieść o wędrówce wzdłuż wschodnich granic Polski” opisał bardzo ciekawie, nie stroniąc od osobistych komentarzy, wrażenia z trasy wiodącej wzdłuż granicy Polski z Niemcami. Byliśmy już w Unii Europejskiej i strefie Schengen więc przekroczenie granicy i opisanie atrakcji będących bez mała na wyciągnięcie ręki, wydawało się naturalne. Tymczasem autor odwiedził i opisał zespół pałacowy w Bad Muskau, wymienił i zachęcił do zwiedzania historycznych świątyń we Frankfurcie nad Odrą, ale w przypadku Goerlitz ograniczył się do zauważenia wspaniałej panoramy miasta ze wschodniego brzegu Nysy Łużyckiej, zwieńczonej wyniosłymi wieżami kościoła św. Piotra i Pawła.

Ponad 10 lat temu wizytowałem szkołę w Hołowecku, w ukraińskim rejonie starosamborskim, gdzie wespół z Fundacją UPS realizowaliśmy projekt rozwojowy. Dyrektor szkoły zaprosił nas na poczęstunek do swego domu w położonej w górę doliny wsi Babyno. Przy okazji podwiózł nas do historycznej drewnianej cerkwi pod wezwaniem Wniebowstąpienia Pańskiego. Z dziedzińca cerkiewnego ciągnął się widok w górę doliny Mszańca, przeciętej na skutek arbitralnej decyzji Stalina z 1951 roku, granicą polsko-ukraińską (USRR). Najwyższe szczyty na horyzoncie leżały już na terytorium Polski. Moja towarzyszka, Kanadyjka ukraińskiego pochodzenia, zapytała, jak się czuję widząc ojczyste góry. Nie była do końca zadowolona z odpowiedzi, że czuję się tak samo po jednej, jak i drugiej stronie granicy. Ale cóż można odpowiedzieć na takie pytanie? W sensie dosłownym nie były to góry ojczyste, bo nie w nich się urodziłem. Znałem je jednak dobrze jako turysta. Z perspektywy historycznej, ziemie te przez większość ostatniego tysiąclecia nie były podzielone granicą, a zamieszkująca je ludność była podobnego pochodzenia i w podobny sposób zarabiała na życie. Co musiało znaleźć odbicie w wyglądzie wsi, ale też miejscowych lasów i pól.

Jednak przyznam, że zawsze mnie kusi, by w znane już miejsca dotrzeć inną drogą. Dotyczy to zwłaszcza miejsc przygranicznych i położonych na samej granicy. Ta ciekawość, jak wygląda świat widziany od drugiej strony, korzeniami sięga czasów środkowego PRL-u, kiedy to kartografowie często przedstawiali tereny poza granicami Polski jako białą kartę. Tymczasem każdy, kto dotarł do granicznych atrakcji, mógł zobaczyć, że świat ciągnie się dalej i wydaje się nie mniej ciekawy. Pamiętam podekscytowanie, które ogarnęło mnie, gdy na główny, znany mi z wcześniejszych wypraw, grzbiet Karkonoszy, dotarłem wędrując doliną Górnej Łaby i potem połogą równiną rozciągającą się wokół hotelu Labska Bouda. Niezapomnianym wrażeniem było też dostrzeżenie pierwszego skrawka Polski podczas powrotu z wyprawy antarktycznej, a było to, odwiedzone raptem 2 lata wcześniej, święte wzgórze Słowińców – Rowokół koło Smołdzina. Dlatego podczas ostatniego pobytu na polskich Łużycach, od początku planowałem wycieczki na niemiecką stronę Nysy Łużyckiej. Od najbliższego mostu przez rzekę nasz pensjonat w Grabiszycach Górnych dzieliło ledwie nieco ponad 20 kilometrów.

Do Zgorzelca/Goerlitz było trochę dalej, ale wizytę w podzielonym granicą mieście mieliśmy zapisaną w kategorii “obowiązkowo”. Nie odstraszyły nas więc wyjątkowo dziurawe drogi w okolicach Sulikowa. Co ciekawe, slalomy między dziurami zmuszeni byliśmy wykonywać na drogach mających status wojewódzki. To prawdziwe przekleństwo – cieszyć się bogactwem infrastruktury! Wszak potem trzeba ponosić koszty jej utrzymywania!

Goerlitz zostało założone i przez wieki rozwijało się głównie po zachodniej stronie Nysy. Przez most Staromiejski wiodły drogi na wschód do Wrocławia i południowy-wschód do Pragi. Wzdłuż nich rozwinęło się Przedmieście Wschodnie (Ostvorstadt), zwane w Polsce Nyskim. Na miedziorycie z 1650 roku, autorstwa Matthäusa Meriana, całe przedmieście to raptem zespół młyński przy moście oraz budynki wzdłuż ww. dróg. Co ciekawe, tak jak obecnie, na współczesnej ulicy Daszyńskiego (Prager Strasse) domy stały tylko w jednym rzędzie. Przypuszczalnie ze względu na stosunkową stromość zboczy doliny rzecznej, droga flankowana dwoma rzędami zabudowy po prostu się tam nie mieściła. Sytuacja zmieniła się w dopiero po zjednoczeniu Niemiec, kiedy postanowiono skrócić i uprościć drogę do Czech przez budowę w roku 1875 Mostu Libereckiego (Reichenberger Brücke). Kolejny, potężny impuls rozwojowy ta część miasta otrzymała na przełomie wieków, kiedy zbudowano monumentalną Górnołużycką Halę Chwały (obecnie Miejski Dom Kultury) oraz poprowadzono przez most linię tramwajową do dzielnicy Ujazd (Moys). W okolicy pobudowano wielkomiejskie kamienice w stylu wilhelmińskim oraz pałacyki miejskie dla zamożniejszych mieszkańców. Polska odziedziczyła więc w 1945 roku część miasta, która składała się z wąskiego paska historycznej, mocno zdekapitalizowanej, zabudowy naprzeciwko Starego Miasta oraz całkiem reprezentacyjne i rozległe przedmieście, ciągnące się ku południowemu-wschodowi. Miasto nie było zniszczone, nie licząc uszkodzeń spowodowanych działalnością saperów niemieckich, którzy 7 maja 1945 roku wysadzili wszystkie mosty przez Nysę. Osłabiło to konstrukcję okolicznych domów i pozbawiło je okien oraz części dachów. W konsekwencji, Zgorzelec za PRL-u rozwijał się ku północy, czego rezultatem jest widok ze strony niemieckiej na całkiem nieinspirujące blokowiska tej części miasta.

Goerlitz w 1650 roku, miedzioryt Matthäusa Meriana, źródło: Wikipedia

Tu mieszkały elity społeczne miasta

Wielkomiejska część Zgorzelca

Górnołużycka Hala Chwały, czyli najwspanialszy dom kultury w Polsce

Ze względu na podróżowanie z Harrym, większość odwiedzanych przez nas miast oceniamy z perspektywy psa. Dlatego w Zgorzelcu, oprócz tradycyjnego spaceru wzdłuż Nysy z widokiem na Goerlitz oraz penetrowania parkowego otoczenia Domu Kultury, poznaliśmy również Park Paderewskiego. Jest to ciekawe założenie, odpowiadające dzisiejszym parkom linearnym. Długi na ponad 850 metrów pas zieleni, ma szerokość od 18 do 35 metrów. Od strony ulicy Kościuszki wchodzi się doń pomiędzy dwoma parterowymi pawilonami. Od wschodu, w pobliżu szkieletu konstrukcji stacji Zgorzelec Miasto, park zamyka płaski kopiec o średnicy 120 metrów. Cały kompleks powstał w latach 1929-31, za nadburmistrza Georga Wiessnera i przed wojną nosił jego imię. Wytyczone równocześnie ulice prostopadłe do osi parku, do roku 1939 zapełniły się willami i niewielkimi kamieniczkami. W latach 60-tych i 70-tych XX w. we wschodnią część parku wcięło się osiedle niedużych bloków, przez co jest on w tej części węższy, niż w okolicach o dominacji przedwojennej zabudowy. 

Pomnik ku czci internowanych żołnierzy grackich

Zabudowa w okolicy Parku Paderewskiego

Park Paderewskiego w całej szerokości

W każdym razie, zgorzelczanie masowo odwiedzają ten park z psami. Harry miał więc towarzystwo oraz doczekał się słów uznania ze strony miejscowych psiarzy. U zachodniego wyjścia z parku wznosi się monument upamiętniający fakt stacjonowania w pobliżu, podczas I Wojny Światowej, kilku tysięcy internowanych żołnierzy greckich. Co ciekawe, Grecja przyłączyła się do wojny po stronie Entanty, ale żołnierzy nie potraktowano jak jeńców. Ich dowódca, pułkownik Jannis Chatzopulous, przekonał Niemców, że jego żołnierze mogą przy zmianie politycznych wiatrów przejść na stronę Państw Centralnych. Nie wiadomo, czy był germanofilem, czy też Niemców zwodził, ale jego decyzja pozwoliła przetrwać bezpiecznie wojnę wielu jego podkomendnym. Zdziesiątkowała ich dopiero, już po zawieszeniu broni w 1918 roku, epidemia grypy hiszpanki. Groby kilkunastu z nich, w tym dowódcy, są zachowane na cmentarzu w niemieckiej części miasta.  

Zanim tam się udaliśmy, zahaczyliśmy o willową dzielnicę na wzgórzu zwieńczonym nowoczesną w formie wieżą ciśnień (ul. Górna). Obiekt jest wprawdzie zamknięty dla turystów, ale okoliczne wille są malownicze, a w perspektywie niektórych ulic, np. Pięknej, jawią się oryginalne, acz wycinkowe panoramy Goerlitz.

Wieża ciśnień w Zgorzelcu

Widok na Goerlitz z perspektywy ul. Pięknej

Okoliczna zabudowa willowa

Do opisania Goerlitz użyto wielu sformułowań. Najbardziej na wschód wysunięte miasto Niemiec, jedyne tej wielkości nie zniszczone podczas II Wojny Światowej, położone na 15 południku, przez co czas zegarowy i słoneczny są takie same, posiadające 4000 obiektów zabytkowych, reprezentujących style architektoniczne od romańskiego do współczesnych, miasto ulubione przez filmowców i zwane przez nich Goerliwood. Ja dodałbym określenie – miasto, w którym tramwajem dojedziesz do podnóża wygasłego wulkanu. Wyspowo usytuowane wzgórze Landeskrone wznosi się na wysokość 420 m npm. Od krańcówki tramwaju pokonać trzeba około kilometra drogi i 160 metrów przewyższenia. Początkowo trasa wiedzie przez dostatnie uliczki dzielnicy Biesnitz, gdzie nie brakuje pensjonatów, restauracji i – niespodzianka – obiektów o funkcji opiekuńczej. Później, przez mieszany las, do ¾ wysokości wzgórza, wiodą szerokie i oświetlone schody. Ostatni odcinek jest najstromszy, przeto pokonuje się go asfaltową drogą okrężną, z której miejscami otwierają się widoki na przekształcone w pokaźne jezioro Berzdorfer See wyrobisko odkrywkowej kopalni węgla brunatnego oraz bliższe i dalsze wzgórza Pogórza Łużyckiego. Na szczycie znajduje się hotel z restauracją, których działalność została zawieszona z początkiem tego roku oraz wieża Bismarcka, również zamknięta na cztery spusty. Widok w kierunku miasta można więc sobie tylko wyobrazić. Walory obronne wzgórza doceniono już w epoce brązu, potem był tu gród słowiański oraz zamek rycerski zburzony wkrótce po przejściu na własność miasta Goerlitz, w 1440 roku. Od końca XVIII wieku było to już miejsce spacerów mieszczan zgorzeleckich, pomału obrastające w infrastrukturę typowo turystyczną. Nawet turyści nie wytykający nosa poza centrum miasta spotykają się z nazwą Landeskrone. Pod tą marką bowiem miejscowy browar sprzedaje piwo.

Zbliżamy się do Landeskrone

Część szczytowa Landeskrone

Wieża Bismarcka na Landeskrone

Zabudowania u podnóża wzgórza

Widok na Pogórze Łużyckie

Schody prowadzące do miasta

Zasobne dzielnice u podnóża Landeskrone

Ilość i rozmaitość zabytków Goerlitz powoduje, że zwiedzanie go przypomina wizytę w słynnych galeriach sztuki. Pojawia się dylemat: przebiec przez wszystkie ulice/sale, czy też skupić się na wybranych? A jeśli tak, to według jakiego klucza dokonać wyboru? Trzeba być jednak świadomym, że niewiele brakowało, by Goerlitz nie wyglądało tak, jak dzisiaj. Włodarze NRD, podobnie do innych przywódców tzw. obozu demokracji ludowych, wyznawali zasadę, że dobra materialne należy użytkować tak długo, jak się da, a następnie można je porzucić. Okres przydatności do użycia wielu obiektów średniowiecznego miasta nad Nysą, po 40 latach takiego gospodarowania, dobiegał już końca. Pojawiły się pomysły masowych wyburzeń i skupienia wysiłków konserwatorskich na kilkunastu najcenniejszych obiektach. Nawet jednak takie rozwiązanie wymagało nakładów, a te były wszak potrzebne gdzie indziej. Żadna decyzja więc nie zapadła, system runął pod ciężarem własnej nieudolności i nastąpiło zjednoczenie Niemiec. Wkrótce potem popłynęła rzeka funduszy na rewitalizację, a dodatkowo – anonimowy darczyńca przez 10 lat rokrocznie na odnowę zabytków miasta łożył mniej więcej jeden milion Euro (przy okazji, ta kwota jest imponująca, jak na pojedynczego dobroczyńcę, ale daleko niewystarczająca na przedsięwzięcie tej skali).

W każdym razie, spacer po mieście obfituje w widoki wywołujące „ochy” i „achy”. W mojej ocenie swoistą magią emanują: romański portal kościoła św. Piotra i Pawła, wąziutka uliczka Verratergasse, spięta nad wlotem w Langestrasse dwoma kamiennymi łukami, czy trójkątny placyk u zbiegu Berliner- z Salomonstrasse, zdobny współczesną fontanną i zamknięty przeszklonym pawilonem Cafe Central. Dom Towarowy na Marienplatz został odkryty przez ekipę filmową Wesa Andersona i użyty, jako miejsce zdjęć do filmu “Grand Budapest Hotel”. Od tego czasu zyskał promocyjną nazwę „Najpiękniejszy dom handlowy Niemiec” co jest niewątpliwym nadużyciem zważywszy, że już w momencie budowy, w 1912 roku, jego architekci nie ukrywali, że biorą za wzór berliński dom handlowy Wartheima. Obecnie znajduje się on w posiadaniu prywatnego właściciela, który na efektownej stronie www przedstawia świetlane perspektywy rozbudowy i powrotu do funkcji handlowych. Póki co, za jego drzwi nie zajrzymy, chyba że planujemy nakręcić spot reklamowy lub teledysk, co właściciel zdaje się akceptować, jako tymczasową formę działalności. Tymczasem, kilkaset metrów dalej znajduje się pięknie odrestaurowany, secesyjny Pasaż Strassbourga. Nazwę przyjął, nie od stolicy Alzacji, lecz od nazwiska kupca tekstylnego, Otto Strassbourga, którego interes rozwijał się tak burzliwie, że pozwalał wykupić budynki w sąsiedztwie macierzystego sklepu na Berlinerstrasse, a w końcu także hotel na równoległej Jacobstrasse. Po przebudowie, połączono je w 1908 roku długą na 115 metrów przeszkloną alejką, wzdłuż której ulokowały się sklepy, restauracje, a w początkowym okresie nawet i kino. Dzisiaj, po renowacji, obiekt pełni funkcje handlowe i kulturalne. Pulsuje w nim życie, przeciwnie, niż u pretendenta do tytułu najpiękniejszego domu handlowego Niemiec.

Romański portal kościoła św. Piotra i Pawła w Goerlitz

Górny Rynek z kościołem św. Trójcy

„Najpiękniejszy” dom handlowy w Niemczech

Panieńska albo Gruba Wieża od strony Diabelskiej Studni

Wnętrze Pasażu Strassbourga

Kolumny przy budynku wagi miejskiej zwieńczone są podobiznami XVI wiecznych zgorzelczan, ale tylko 4 nie są postaciami fikcyjnymi

Wylot Verratergasse w Langestrasse

Wejście do Pasażu Strassbourga od strony Berli8nerstrasse

Bogato zdobiony portal na Berlinerstrasse

Placyk przed Cafe Central

Wśród budowli sakralnych miasta godne miejsce znalazła Nowa Synagoga. Oddana do użytku w 1911 roku, wzniesiona w stylu modernizmu, była wyrazem mocy i ambicji członków społeczności żydowskiej, którzy choć stanowili mniej, niż 1% mieszkańców miasta, to jednak należeli do jego elity finansowej i społecznej. Budynek przetrwał próbę podpalenia przez nazistowskie bojówki w 1938 roku, gdyż w przeciwieństwie do innych miast niemieckich, miejscowa straż pożarna zrobiła, co do niej należało. W 1963 roku gmina żydowska z Drezna (w Goerlitz po wojnie instytucjonalne życie żydowskie już się nie odrodziło) odstąpiła opuszczony obiekt miastu. W ostatniej dekadzie synagoga przeszła pełną rewitalizację, zwieńczoną w 2022 roku zamocowaniem Gwiazdy Dawida na kopule. W synagodze działa Forum Kultury, organizujące wystawy i spotkania z twórcami zajmującymi się głównie, lecz nie wyłącznie, problematyką żydowską. Udostępnia też salę modlitw społeczności żydowskiej. Skromne rozmiary Starej Synagogi na Langestrasse pokazują, jak różna była pozycja gminy żydowskiej w roku 1853, gdy powstawała. Jednocześnie, jej architektura jest, przynajmniej dla obserwatora z Polski, bardziej stereotypowo synagogalna. Po przenosinach dotychczasowych gospodarzy do Nowej Synagogi, budynek był wykorzystywany jako magazyn i sala prób, przez miejscowy teatr. Dlatego niezagrożony przetrwał rządy Hitlera i spółki. Jest to obecnie obiekt prywatny, odrestaurowany i służący, o dziwo!, także potrzebom kultury, jako tzw. Dom Literatury. No, ale mówimy o kraju, gdzie ludzie chcą uczestniczyć w odpłatnych spotkaniach z pisarzami.

Nowa Synagoga

Stara Synagoga w Goerlitz

Klasztor cystersek w Marienthal koło Ostritz jest położony nad samą Nysą. Jej dolina jest w tym miejscu dosyć głęboka, co skutkuje możliwością przeoczenia zjazdu na klasztorny parking z szosy Goerlitz – Zittau. Z zachodniego brzegu Nysy Polska jawi się jako kraj bez mała nieskażonej natury, a przecież naprzeciwko klasztoru mamy Worek Turoszowski, który – poza wąskim pasmem wzdłuż rzeki – składa się z gigantycznego wyrobiska kopalni węgla brunatnego Turów. Marienthal jest najstarszym, działającym nieprzerwanie od roku 1234, klasztorem żeńskim Niemiec. Ze względu na położenie, zespół zabudowań jest narażony na zniszczenie przez powodzie. Ostatni raz Nysa wyszła z brzegów w roku 2010 i w wielu miejscach widać znaczniki pokazujące, że woda w budynkach stała „na chłopa”. Historia wspólnoty zakonnej w tym miejscu jest pełna paradoksów. Cesarskie, katolickie Czechy przekazały, za wojenne długi, Górne Łużyce protestanckiej Saksonii w roku 1635, zastrzegłszy jednak w akcie przekazania prawo do istnienia i funkcjonowania katolickich wspólnot monastycznych, w tym w Marienthal. Katolickie zakonnice miały więc protestanckich patronów i kolatorów, same posiadając wsie zamieszkane przez wiernych tego wyzwania. Realizując swoje prawa właścicielskie, cysterki musiały np. wybierać pastorów dla kościołów luterańskich w tych miejscowościach. Z kolei zmiany granic po 1945 skutkowały pozbawieniem klasztoru około połowy jego posiadłości ziemskich. Wczesne NRD wypłacało kompensacje swoim obywatelom, za mienie utracone na wschodzie. Jednocześnie, ochoczo i konsekwentnie, nacjonalizowało wielką własność ziemską. Ważąc zyski i straty tych operacji, wschodnioniemieccy komuniści zdecydowali, że odszkodowania mniszkom nie zapłacą, zostawiając w zamian klasztorowi jego ziemie (głównie lasy).

Odbudowany po powodziowych zniszczeniach klasztor tworzy bardzo spójny zespół w stylu barokowym. Nie zwiedzimy tam jednak wielu wnętrz. Klasztor wraz ze zwieńczoną zieloną kopułą kaplicą są wyłączone ze zwiedzania ze względu na regułę zakonną. Kościół przyklasztorny ma wyposażenie neogotyckie i prócz ciekawych polichromii oraz faktu, że ma wysunięty do 1/3 długości nawy balkon chóru (liczba sióstr musiała być niegdyś większa, niż obecne – 10) nie jest najciekawszy. Większość zabudowań służy potrzebom noclegowo-konferencyjnym prowadzonego tu Międzynarodowego Centrum Spotkań. Wyjątkowo obszerny sklep klasztorny oferuje mnóstwo pamiątek, książek i produktów spożywczych, w tym wysokoprocentowych, firmowanych przez klasztor. Polecam wspięcie się na Weinberg – wzgórze ze stacjami drogi krzyżowej. Znajdująca się pod Golgotą ławeczka, to prawdziwe centrum mocy i harmonii. Z drogi poniżej szczytu jest też najlepszy widok na cały klasztor i najbardziej na wschód wysuniętą winnicę Niemiec.

Marienthal – Droga Krzyżowa na Winnej Górze

Wśród klasztornych zabudowań

Jeden z ołtarzy bocznych wraz z relikwiarzami w kościele klasztornym

Dom przysłupowy w osadzie przyklasztornej

Marienthal – widok na zespół klasztorny sponad najbardziej wysuniętej na wschód winnicy Niemiec

Opiekunka klasztoru

Klasztorne dachy

Idylliczny widok na Polskę ponad kompleksem klasztornym

Na głównej uliczce osady przyklasztornej

Pobliskie miasteczko Ostritz zostało wybrane w 2018 roku przez neofaszystów, jako godne goszczenia imprezy pod hasłem Tarcza i Miecz, w terminie, całkiem przypadkowo, przypadającym w dniu urodzin Hitlera. Imprezy nie udało się zablokować, niezadowolonym z takiej promocji mieszkańcom pozostało jedynie zorganizować w kontrze Festiwal Pokoju. W następnym roku naziole postanowili powtórzyć wydarzenie. By choć trochę uprzykrzyć im życie, miejscowe władze uzyskały sądowy zakaz sprzedaży i publicznej konsumpcji piwa w terminie wydarzenia. Skutkowało to policyjnymi konfiskatami zasobów złocistego trunku, przywiezionych przez uczestników. I tu dochodzimy do najbardziej rozczulającej części tej historii. Mieszkańcy Ostritz nie chcąc psuć interesów lokalnym sklepikarzom, skrzyknęli się i wykupili cały zapas piwa zgromadzony w miejscowości. Pewnie kilka solidnych imprez przy grillu zostało później podlanych tymi zapasami.

W miejscu, gdzie Nysa Łużycka przybiera kierunek południkowy, równocześnie poczynając pełnić rolę granicy polsko-niemieckiej, zaczyna się biegnące ku zachodowi pasmo Gór Żytawskich (Zittauer Gebirge). Dla osób z mojego pokolenia, przywykłych do informacji, że Sudety kończą się na zachodzie obniżeniem Bramy Łużyckiej, ciągle zaskakujący jest fakt, że obecnie geografowie określają to pasmo, jako najbardziej zachodnią część Sudetów. W każdym razie, jednego popołudnia zawitaliśmy do miejscowości Oybin, której kurortowa zabudowa wciska się krętą doliną pod główny grzbiet tych gór. Romantycznie i z fasonem można tam dojechać kolejką wąskotorową, kursującą z Żytawy (Zittau). My jednak nie zdołaliśmy dopasować naszego planu dnia do rozkładu jazdy kolejki, przyjechaliśmy więc samochodem, zostawiając go na rozległym i, uwaga!, płatnym parkingu w centrum miejscowości. Wokół, jak okiem sięgnąć, widać nad zabudową górskie zbocza, a spośród lasów co rusz przebijają się zespoły skałek i skał. Góry Żytawskie, to raj dla geologa, gdyż znajdzie tu skały, zarówno pochodzenia osadowego (piaskowce), jak i metamorficznego (bazalty). Skał jest tu tak wiele, że poprowadzono wśród nich dwie, charakterystyczne raczej dla krajów alpejskich, via ferraty. Nad samym, wyznaczonym stacyjką wąskotorówki, centrum Oybina wznosi się wzgórze o tej samej nazwie, zwieńczone imponującą ścianą skalną. To był cel naszej wizyty, nie tyle ze względu na jej wysokość (raptem 514 m npm.), ile na fakt, że w miejscu tak obronnym z natury król czeski, a zarazem cesarz Karol IV (ten od Mostu Karola w Pradze), wzniósł na początku XIV wieku rezydencję i klasztor dla zakonu Celestynów. Użytkowanie tego miejsca, ze względu na nastanie Reformacji, trwało tylko nieco ponad 200 lat, ale zamek zasłużył się jako miejsce ukrycia cesarsko-królewskiego skarbca, podczas wojen husyckich. 

Wstęp na górę jest płatny, nawet jeśli naszym planem jest tylko skorzystanie z posiłku w ulokowanej na skraju urwiska restauracji. Po zakupie biletów zauważyliśmy, że Harry’emu jako “dużemu psu” – mimo, że nie musiał kupić biletu – przysługuje prawo wejścia osobną, pozbawioną liczącego gości kołowrotka, bramką. Z zamku i klasztoru zachowały się jedynie piwnice i ściany. Te ostatnie, często w pełnej wysokości, poprzecinane gotyckimi obramowaniami okien, z zachowanymi maswerkami. Szczególnie malownicze okno dawnej biblioteki klasztornej zostało uwiecznione na płótnie przez romantycznego malarza Caspara Davida Friedricha, a obecnie stanowi ulubiony motyw każdego zaopatrzonego w smartfon turysty. Kilka położonych coraz wyżej ścieżek obiega całą górę. Jak to w skalnym labiryncie bywa, czasem trzeba się pochylić, a czasem wciągnąć brzuch, by przejść między skalnymi ścianami. Co chwilę ścieżka doprowadza na skraj urwiska, skąd można podziwiać bogate, choć nie nazbyt odległe widoki. Warto też zwrócić uwagę na drzewa, które zmuszone są często dosłownie opleść korzeniami skały, by nie runąć w rozpościerającą się poniżej przepaść. Oprócz ruin średniowiecznego pochodzenia, cysterny na wodę i wspomnianej restauracji (Berggasthof), w kompleksie trafimy na wciśnięty między skalne ściany cmentarz górski. To bardzo urokliwe miejsce jest całkiem pozbawione sztancowych produktów kamieniarki nagrobnej. Ze względu na jego szczupłość, pomniki są skromnych rozmiarów, lecz często bardzo oryginalnej formy. Najbardziej zadziwia jednak, że cmentarz nadal funkcjonuje. Wydaje się bowiem, że każde miasto zmarłych ma swoją pojemność, a zwłaszcza położone tak, jak na górze Oybin.

Oybin – kurortowa zabudowa w cieniu skalnych ścian

Kościół górski w Oybin

Ruiny kompleksu zamkowo-klasztornego zlewają się ze skałami

Prezbiterium kościoła klasztornego z wiszącą nad głowami gwiazdą morawską (hernhucką)

Między skałami widok na na północna część Oybina

Cmentarz górski tym razem z widokiem na gospodę

Widok na stację kolei wąskotorowej w Oybin z lotu ptaka

Krewniaczka sosny z Sokolicy też nie ma łatwego życia

Pięknie utrzymany dom przysłupowy w Oybin

Wnętrze kościoła górskiego

Zasłona Wielkopostna w kościele górskim

Okno biblioteki klasztornej

Zachowane krużganki/nawa boczna kościoła klasztornego

Malowniczy cmentarz górski z widokiem na zamkowe mury

Imponujący blok skalny nad przepaścią

Południowa (górna) część miasteczka Oybin

Nawet na krótkim odcinku drogi z parkingu pod zamek, natknęliśmy się na ciekawe przykłady architektury kurortowej, w tym domy przysłupowe (więcej o ich genezie i architekturze przeczytacie w moim wcześniejszym wpisie). Najciekawszy był jednak kościół górski (Bergkirche) – niewielka luterańska świątynia, zbudowana w początku XVIII wieku. Wnętrze jest halowe, bogato zdobione malowidłami na sklepieniu oraz szczytach dwupoziomowych empor. Ponieważ kościół został posadowiony na litej skale, na stromym stoku, poziom podłogi opada amfiteatralnie od wejścia ku głównemu ołtarzowi. Jako, że czas był wielkopostny, ołtarz zakryto kopią XVII wiecznej zasłony wielkopostnej (Festentuch), przedstawiającej sceny z misterium Męki Pańskiej. Pomimo, iż nie znaleźliśmy czasu na zwiedzenie Żytawy, która chlubi się posiadaniem aż dwóch okazów takich zasłon, maleńki kościółek w Oybin zrekompensował nam to planistyczne niedociągnięcie. 

Kościół św. Piotra i Pawła w Goerlitz jest orientowany, czyli prezbiterium ma skierowane na wschód, w stronę Nysy i polskiego Zgorzelca. Od strony doliny rzecznej dziedziniec kościelny ogranicza mur z przebitymi otworami pseudookien. Poniżej Mostu Staromiejskiego rzeka podpiętrzona jest jazem, który z obydwu brzegów flankują średniowieczne założenia młyńskie. Widok, zwłaszcza w górę rzeki, jest rzeczywiście przedni. Natomiast nieco w dół rzeki, na polskim brzegu, widać solidnie ogrodzone murem wzgórze, zwieńczone ogromnych rozmiarów rezydencją w stylu nowoczesno-klasycystycznym. Budynek jest w centralnej części dwukondygnacyjny, z parterowymi oficynami po bokach. Z polskiej strony widać go w pełni chyba tylko z najwyższych kondygnacji pobliskich bloków mieszkalnych. Działka, na której wzniesiono tę rezydencję, ma blisko 2 ha powierzchni. Internet oprócz zdjęć z drona, nie daje odpowiedzi, kto może być właścicielem domu w tak prestiżowym miejscu. Skojarzenie ze średniowieczem podpowiada – ani chybi sam właściciel miasta. Ci jednak, korzystając z miasta, dawali mu też coś w zamian, np. bezpieczeństwo. A tu, jaką korzyść może mieć miasto z wycięcia z jego tkanki działki, na której można by wyobrazić sobie coś znacznie ciekawszego i pożyteczniejszego, niż luksusowy dom jednorodzinny? Chyba, że ta inwestycja miała być zaczątkiem swoistego miasteczka  aktorskiego dla gwiazd przybywających kręcić filmy w Goerliwood.

Most Staromiejski i Zgorzelec za Nysą Łużycką

Kruczy Folwark za czasów niemieckich, fot. foto-polska.eu, źródło: zgorzelec.naszemiasto.pl

Dom Jakuba Boehme z popiersiem i tablica ku czci filozofa

Polska dumnie spogląda na Niemcy, źródło polska-org.pl

Kruczy Folwark obecnie, czyli DPS Jutrzenka, fot. PCPR Zgorzelec, źródło: zgorzelec.naszemiasto.pl

Mapa Górnych Łużyc autorstwa Bartholomäusa Scultetusa, źródło: Wikipedia

Wprawdzie nie przez obserwację z niemieckiego brzegu, ale z porównania wspomnianego miedziorytu Meriana ze współczesnymi zdjęciami satelitarnymi, odkryłem po polskiej stronie tzw. Kruczy Folwark (Rabenberge), zajmowany obecnie przez Dom Pomoc Społecznej „Jutrzenka”. Niegdyś położony poza miastem, wzmiankowany już w latach 40-tych XV wieku, kompleks obecnie skrył się wśród gęstej okolicznej zabudowy. Współczesne budynki, po wielu przebudowach nie wyglądają na wiele starsze, niż stuletnie, ale kompleks zachował prostokątne założenie z bramą w jednym z narożników oraz wewnętrznym dziedzińcem. Jest to prawdopodobne miejsce narodzin Bartholomäusa Scultetusa – humanisty, matematyka, astronoma i sześciokrotnego burmistrza Goerlitz, począwszy od 1592 roku. Jako kartograf, opracował on też pierwszą mapę Górnych  Łużyc. W pobliżu folwarku/DPSu biegnie ulica jego imienia, a pod drzewem przy bramie wjazdowej ukryty jest pamiątkowy kamień poświęcony temu mężowi wielu talentów. Jest to druga z niemieckich osobistości, uznanych i pamiętanych także w polskiej części miasta. Pierwszą jest Jakub Boehme, szewc i filozof religii. Dom, w którym mieszkał, jest lepiej znany, bo wznosi się na dawnej Pragerstrasse (obecnie Daszyńskiego) nad samą Nysą i nie trzeba szukać go posługując się XVII wiecznymi miedziorytami. 

Nasz krótka wycieczka wzdłuż granicy poniekąd wytłumaczyła mi, dlaczego autor polskiego przewodnika nie zajął się opisem terenów po niemieckiej stronie granicy. Jego dzieło musiało by mieć co najmniej trzykrotnie większą objętość. A wtedy nie dałoby się go już upchnąć do kieszeni plecaka!

Kategorie
Polska

Julia i Julie, czyli wspomnienia z polskich Łużyc

Julie jest  prawdziwą damą. Kiedy nie przebywa w domu przechadza się, odziana w powłóczyste, migdałowej barwy futro po obejściu. Nic nie może ujść jej uwadze: ani kolorowe jajko z plastiku, które miast zdobić w przedświąteczny czas krzaki rosnące wzdłuż domu, a spadło na trawnik, ani niesforna kaczka, która umknęła z zagrody przy kurniku. W obejściu Julie wszystko musi znać swoje miejsce i na nim pozostawać. W stosunku do licznie przybywających gości Julie okazuje życzliwość i zainteresowanie podszyte pewną dozą interesowności. Wszak ludzie tak potraktowani okażą wdzięczność i obdarzą ją komplemencikami, na które ze wszech miar zasługuje. Gdy goście przybywają ze swymi czworonogami, Julie nie zgłasza obiekcji i zezwala na hasanie po obejściu. Obce psy nie mogą jednak liczyć na większe zrozumienie, gdy wkraczają w jej strefę komfortu. Daje im jasno do zrozumienie jak daleko mogą się posunąć w próbach spoufalania się z gospodynią.

Julie pilnująca obejścia

Tylko bez poufałości, proszę!

Julie jest domatorką. Można zostawić na oścież otwartą bramę bez obawy, że ją przekroczy i wyruszy na wycieczkę po wsi. Julie jest bowiem owczarkiem szetlandzkim i do jej obowiązków należy doglądanie stada składającego się z drobiu, kotów, ludzkich gospodarzy i ich gości. Julie mieszka w położonej na Pogórzu Izerskim wsi Grabiszyce Górne, poniżej której w dolinie Grabiszówki ciągną się jeszcze Grabiszyce Średnie i Dolne. Od krańca do krańca to odległość ponad 4 km, przy czym najniżej położone zabudowania leżą na wysokości około 280 m. npm., a te najwyżej – przekraczają poziomicę 420 m. npm. Nic dziwnego, że strumień biegnący doliną ma bystry nurt, a dominującym odgłosem natury, słyszalnym zwłaszcza nocą, gdy ustanie ludzka krzątanina, jest szum i bulgotanie spływających w dół wód. 

Ta obecność ludzi nie jest zresztą nadmiernie intensywna. Na początku siódmej dekady XIX wieku wszystkie trzy wsie zamieszkiwało ponad 2600 osób. Ostatni spis powszechny wykazał już tylko około 700 mieszkańców. Gdy wieczorami wychodziliśmy z Harrym na spacery, tylko w niewielu oknach paliło się światło. Nie wszystkie domy są opuszczone. Część wykorzystywana jest na cele letniskowe, część użytkowana nie dla celów mieszkalnych, lecz gospodarczych. Przy czym gospodarka rolna jest raczej działalnością marginesową. Ledwie w kilku miejscach widziałem niewielkie stadka krów. Porównanie gęstości zabudowy ukazanej na przedwojennej sztabówce z sytuacją obecną uświadamia jak wiele budynków nie dotrwało do naszych czasów. Po całej wsi można wypatrzyć jakieś relikty: a to prowadzące donikąd schody, to znów ułamek muru, czy charakterystyczny zespół roślinności porastającej gruzowisko. 

Grabiszycka Atlantyda

Dzięki działalności w Grabiszycach regionalnego stowarzyszenia, historia tej miejscowości jest lepiej poznana. Wydano mapę wsi, na której zaznaczono niegdysiejsze obiekty i formy ich użytkowania, w kilku miejscach ustawiono tablice informacyjne. Dzięki temu łatwiej zrozumieć przemiany, jakie zaszły tu oraz ich reprezentatywność dla większości terenów wiejskich Dolnego Śląska. Otóż tradycyjna wieś była tu w dużym stopniu autonomiczna. W każdej części Grabiszyc przed II Wojną Światową funkcjonowały szkoły, działały piekarnie sklepy i młyny. Oprócz dużych gospodarstw rolnych, rozwijało się też rzemiosło. Tradycyjne dla tego regionu było tkactwo, ale też powstało tu kilka fabryczek. W górnej części wsi do dzisiaj wznosi się pokaźny kompleks dawnej wytwórni ręczników. Dostępne na miejscu były usługi szewskie, krawieckie, murarskie, fryzjerskie oraz magiel. We wsi funkcjonowały agencje pocztowa i celna. Obecnie działa tu jeden sklep spożywczy, kilka firm/hurtowni, swoją jednostkę ma też ochotnicza straż pożarna. Uczniowie uczęszczają do jednej szkoły podstawowej, kontynuuje działalność kamieniołom, a wyrąb drzew z pobliskich lasów jest ważniejszym źródłem dochodów, niż było to za czasów niemieckich. 

Tablica informacyjna – turysta nie może narzekać, że nie wie co zobaczyć w Grabiszycach

Podróż przez wiejskie i małomiasteczkowe rejony Dolnego Śląska to odkrywanie swoistej Atlantydy, zabawa dla wyobraźni sklejającej z jakichś zaobserwowanych resztek piękne puchary używane w kulturach, które przeminęły. Jeśli nie chcesz lub nie potrafisz uczestniczyć w tej grze, grozi ci poddanie się nostalgii i przygnębieniu. Sytuacja jest prostsza w miejscowościach silnie zniszczonych w wyniku działań wojennych. W podgórskie obszary Dolnego Śląska czerwonoarmiści dotarli jednak dopiero po kapitulacji III Rzeszy, więc ocalała tu większość substancji materialnej, resztki której przypominają o niegdysiejszej prospericie. Znajoma pochodząca z Rynu na Mazurach po wizycie na Dolnym Śląsku podzieliła się refleksją „Tu jest podobnie jak u nas, tylko bardziej”. Nie wnikając, co konkretnie miała na myśli, oczywistym jest, że obydwa regiony podlegały po 1945 roku podobnym przemianom społeczno-gospodarczym. Porównując dawny Gerlachheim z dzisiejszymi Grabiszycami dostrzegam, nade wszystko, uwiąd sfery „usług dla ludności”, które zostały w większości oddelegowane na poziom miejscowości gminnych, czy powiatowych, przez co nie pełnią już roli spoiwa lokalnych społeczności. Ponieważ obecnie cenimy sobie wielce rozwój społeczności lokalnych, tym bardziej odbieramy jego niedostatek. Na niekorzyść grabiszycopodobnych miejscowości działa wysoki „poziom bazy”. Coś co istniało, a zniknęło, uważa się za wartość zabraną. A to boli nawet bardziej, niż wspaniała obietnica, która się nigdy się nie ziściła!

Jak, prócz rozważań nad dawnymi czasy, można spędzać czas w Grabiszycach? My odbyliśmy dwie wycieczki piesze po okolicy. Wzgórza Grodziszcze na zachód oraz Stożek Światowida na wschód od wsi nie stanowią celu same w sobie. Ich wierzchołki są zalesione i ominięte przez ścieżki. Natomiast droga przez rozległe łąki dostarcza dalekich widoków na pofalowane grzbiety pogórza z wyrastającymi ponad nie bazaltowymi ostańcami. Skały, o ile nie zostały odkryte w wyniku działalności ludzkiej, są rzadko wyeksponowane na powierzchni, lecz zapewniając odporność na niszczące działanie wody, wiatru i czasu dają gwarancję względnego przewyższenie nad poziom okolicznych grzbietów. Od południa krajobraz zamyka wał Gór Izerskich pokrytych, pod koniec marca, nadal śniegiem. Dopiero podczas takich spacerów można docenić piękno lokalizacji Grabiszyc. Ponieważ różnice wysokości są umiarkowane, a teren miejscami podmokły, ma się wrażenie pewnej mazurskości krajobrazu. Dlatego nie zdziwiłem się usłyszawszy pewnego razu charakterystyczne odgłos, który wydają wibrujące sterówki bekasa kszyka podczas jego lotu godowego. Oczywiście, był to tylko trening, w przerwie migracyjnej, przed popisami, które wkrótce będą słyszalne nad Biebrzą. Prócz kszyków, co chwilę natykaliśmy się na żurawie i sarny.

Ku południowi piętrzy się główne pasmo Gór Izerskich

Malownicze otoczenie Grabiszyc

Spotkanie na spacerze

W samej wsi zachował się kościół zawdzięczający obecny wygląd XVIII wiecznej odbudowie. Jak to kościoły na Śląsku, otoczony jest starym cmentarzem z niszczejącymi, niemieckimi nagrobkami. W każdej części wsi przetrwały dwory. Ten w Grabiszycach Średnich, ze względu na wielkość, nazwać można nawet pałacem. W nim właśnie siedzibę znalazła miejscowa szkoła. Wszystkie rezydencje pochodzą z XIX wieku, choć każda zbudowana jest w innym stylu. Dwór w Grabiszycach Górnych jest zamieszkały, ale ukryty za rozpadającymi się budynkami gospodarczymi, nie jest udostępniony do zwiedzania. Co więcej, w jego okolicach odbywają się istne manewry pojazdów zwożących wycięte w lesie drzewa. Natomiast neorenesansowy dwór (willa) w Grabiszycach Dolnych stoi pusty, z oknami zabitymi deskami. Za to na ogrodzeniu ma tabliczkę firmy ochroniarskiej, a w nocy jest rzęsiście iluminowany. Ma właściciel fantazję, nie ma co mówić! Choć w ilości niewystarczającej na rozpoczęcie remontu.

Kościół w Grabiszycach Średnich

Pałac w Grabiszycach Górnych, fot. SchiDD, CC BY-SA 4.0.

Przykościelny cmentarz

Pałac w Grabiszycach Średnich

Pałac w Grabiszycach Dolnych, fot. SchiDD, CC BY-SA 4.0.

Pogranicze polsko-czesko-niemieckie jest matecznikiem specyficznej konstrukcji budynków, zwanej budownictwem przysłupowym. Charakteryzują się ona odrębnym systemem nośnym pierwszej i drugiej kondygnacji. Parter jest drewniany i ma konstrukcję zrębową, podczas kiedy piętro o konstrukcji ryglowej i wypełnieniach międzybelkowych z gliny, wsparte jest na położonych zewnętrznie względem parteru drewnianych słupach. Podobno, powstanie takich budynków wymusił rozwój tkactwa. Warsztat tkacki w trakcie pracy wpadał w wibracje, które przenosiły się na konstrukcję domu. Tradycyjne budownictwo źle znosiło tego rodzaju obciążenia. Konstrukcja przysłupowa ograniczała złowrogi wpływ drgań tylko do części domu, w której umieszczono warsztat. Tyle o genezie, ale popularność takich domów sięgała daleko poza grupę zawodową tkaczy. Budowali tak i mieszkali w nich także bogaci chłopi, kupcy i urzędnicy. Tak jest do dzisiaj. W Grabiszycach jest kilkanaście, jeśli nie więcej, takich domów. Część została zrekonstruowana, tyle, że nie będąc w konserwatorskim rejestrze zabytków, niektóre z nich zostały docieplone w sposób likwidujący charakterystyczne wnęki między słupami. Są to nadal domy przysłupowe, choć na pierwszy rzut oka trudniej się tego domyślić.

Przykłady budownictwa przysłupowego z Grabiszyc

Budynek byłej jednoklasowe ewangelickiej szkoły ludowej w Grabiszycach Górnych

Grabiszyce należą do gminy Leśna i powiatu lubańskiego. Do Leśnej mieliśmy raptem 7 km drogi. Wybraliśmy się tam na obiad i większe zakupy. Jak na swoją wielkość, miasteczko obfituje w zabytki: dwa kościoły, ratusz i wiele zachowanych w niezłym stanie kamienic. Starszy z kościołów, otoczony dawnym cmentarzem, oferuje szeroki przegląd kamieniarki nagrobnej. Pomimo, iż nie najstarszy, najbardziej zachwycił mnie secesyjny pomnik w formie kolumny udrapowanej fałdami kamiennej kotary. Dziedziniec kościelny jest z jednego boku otoczony półkolem dwukondygnacyjnych kamieniczek, przez które przebito malowniczą bramę wjazdową. Natomiast neoromański kościół św. Jana, mimo mniejszych rozmiarów, ze względu na położenie na wzgórzu i kamienne oblicze, wyróżnia się na tle okolicznej, przeważnie barokowej, architektury sakralnej. Kilka wielkomiejskich kamienic wyrasta ponad kompleks oryginalnej zabudowy drobnomieszczańskiej. Mimo, że rynek doczekał się modernizacji oświetlenie i nawierzchni, a wznoszące się przy nim kamieniczki nowej warstwy tynku na fasadach, wystarczyło skręcić w odchodzące zeń ulice, by odczuć przygnębiającą atmosferę marazmu. Wprawdzie wybuch wulkanu historii nie dokonał tu bezpośrednich zniszczeń, ale zdaje się, że warstwa wulkanicznego pyłu była na tyle gruba, że mieszkańcy do dzisiaj się spod niej nie wykopali. Miejscowy klub piłkarski ciągle nosi nazwę Włókniarz. Niestety, branża tekstylna dawno przestała już być kołem zamachowym gospodarki i stymulatorem rozwoju.

Kościół pw. Chrystusa Króla w Leśnej, fot. Putin 1auto CC BY-SA 3.0

Tablice nagrobne przy kościele

Oryginalny nagrobek secesyjny

Brama na dziedziniec kościelny

Rynek z budynkiem ratusza w Leśnej

Widoki z ulicy Sienkiewicza – jednej z głównych ulic miasteczka

Neoromański kościół pw. Jana Chrzciciela

Do Lubania najkrótsza droga wiedzie przez Wielki Las Lubański. Jest to rzeczywiście największy obszarowo kompleks leśny w całym powiecie. Ten oczywisty fakt został odkryty i uwieczniony oficjalną  nazwą dopiero po 1945 roku. Wcześniej był to po prostu Las Lubański. Nazwa ta wywoływała we mnie skojarzenia rodem z „Dzieci z Bullerbyn” i napawała optymizmem przed odwiedzeniem powiatowej stolicy. Prusy objęły w posiadanie okolice Lubania później, niż Dolny Śląsk, bo dopiero w wyniku decyzji Kongresu Wiedeńskiego w 1815 roku. Wcześniej obszar ten, należący do historycznej krainy Górnych Łużyc, był przez 180 lat częścią Saksonii. Lubań przez bez mała 500 lat należał do Związku Sześciu Miast Górnołużyckich, mających zapewnić spokój i bezpieczny rozwój handlu na tych terenach. Granica śląsko-łużycka biegła po rzece Kwisie. Obecnie, łużyckość tych okolic jest podkreślana bardziej, niż śląskość, a godło powiatu lubańskiego zgodnie zawiera połówki śląskiego czarnego orła i czarno-żółtej saksońskiej „zebry”.

Godło powiatu lubańskiego

Słup milowy poczty saskiej na rynku w Lubaniu

W przeciwieństwie do terenów leżących bliżej gór, Lubań był miejscem ciężkich walk na przełomie lutego i marca 1945 roku. Miasto przechodziło z rąk do rąk, a z okazji odbicia go przez Niemców zawitał tu sam Goebbels, co zostało uwiecznione przez niemiecką Kronikę Filmową (Wochenshau). Było to ostatnie wystąpienie na wizji niesławnego ministra propagandy III Rzeszy. W każdym razie miasto uległo zniszczeniu w 60%, co, patrząc na jego dzisiejszy stan, wydaje się wskaźnikiem zawyżonym. Sądząc po obecności PRL-owskich bloków w zachodniej części starego miasta, ten wskaźnik osiągnięto już po rozbiórce domów (np. szkoły zawodowej mieszczącej się w historycznym budynku tzw. szkoły ceglarskiej), które nie pasowały do wizji prapolskiego grodu ówczesnym decydentom i urbanistom. Taki los spotkał cały kompleks zabudowy śródrynkowej, który został, w sposób dosyć swobodny, odtworzony już w XXI wieku. W każdym razie, miasto zachowało najważniejsze zabytki, a jego krajobraz naznaczają liczne wieże: Bracka, Trynitarska, Kramarska oraz ratuszowa, kościelna staromiejska i ta przy kościele w zakwisańskiej dzielnicy Uniegoszcz. Wieża ewangelicko-augsburskiego kościoła Marii Panny jest skromniejszych rozmiarów, lecz sama świątynia jest najstarszym kościołem w mieście i od samego początku, do dnia dzisiejszego, służy ewangelikom. W czasach, gdy na Śląsku srożyła się kontrreformacja, kościół miał status ucieczkowy. Wbrew nazwie nie służył zapewnieniu fizycznego bezpieczeństwa luteranom zza Kwisy, lecz możliwości ich uczestniczenia w ewangelickich nabożeństwach.

Kościół ten leży na skraju wcinającego się w zabudowę wzniesienia Kamiennej Góry. Przez lata była ona miejscem funkcjonowania kamieniołomu. Nie jest przesadą twierdzenie, że Lubań zbudowano z materiału pozyskanego na Kamiennej Górze. Dopiero w XIX wieku kamieniołom zakończył działalność, a jego okolice zamieniono na park. Pod szczytem zbudowano też hotel górski, obecnie mieszczący szkołę muzyczną. Jako, że teren wokół wzgórza uchodził za prestiżowy, pobudowano tu wiele gmachów urzędowych, np. Starostwo, i mieszkalnych. Spacer przedwiosenną porą wśród starego drzewostanu z widokiem na dostatnią i harmonijną zabudowę poniżej stanowi jedno z moich ulubionych wspomnień z Lubania. Zwłaszcza, że po kamieniołomie pozostała imponująca odkrywka kilkunastometrowej wysokości słupów bazaltowych, a w najgłębszych miejscu wyrobiska powstało niewielkie jeziorko. Pod górą w czasie II Wojny Światowej Niemcy wydrążyli system korytarzy. Przez lata zapomniane, zostały powtórnie odkryte w 2011 roku. W 2018 roku udało się przez dokonane odwierty wpuścić do podziemnych korytarz kamerę. Na wykonanym filmie widać tory kolejki i wagoniki do wywożenia urobku. Eksploratorzy szukają nadal środków na odblokowanie wejść do podziemnych labiryntów, ucinając równocześnie spekulacje na temat Złotego Pociągu. Złota na pewno tam nie ma (pamiętajmy, że wnętrza penetrowali już Rosjanie po zakończeniu wojny), ale historycznie cenne, acz mniej spektakularne, archiwalia i zbiory miejscowego muzeum może jednak tam się znajdą.

Kino, urząd miasta i Wieża Bracka w Lubaniu

Wieża Trynitarska

Wieże ratuszowa i Kramarska

Ulica Bracka z widokiem na lubański ratusz

Widok na kościół pw. Świętej Trójcy spoza murów miejskich

Gmach Starostwa Powiatowego w Lubaniu

Willa u podnóża Kamiennej Góry

Nieczynny kamieniołom na Kamiennej Górze

Jeziorko w kamieniołomie

Willa na przeciwko budynku Starostwa

Kościół Ewangelicki Marii Panny – najstarsza świątynia w mieście

Pobyt w Grabiszycach wymagał wyjazdów na obiady zwłaszcza, że specyficznych kryteriów dietetycznych jednego z uczestników nie spełniała większość lokali w okolicy. Ku naszemu zaskoczeniu, najlepsze restauracje znaleźliśmy w mniejszych z odwiedzanych miast: Leśnej i Gryfowie Śląskim. W tym pierwszym – lokal przyjął stylizację karczmiano-łużycką i serwował nie tylko dania z ryb, ale i plince łużyckie. Jest to rodzaj zawijańca z gryczanej mąki, serwowany do rybno-grzybowej przekąski. Oryginalna jest tu forma oraz mąka gryczana jako podstawa, bo plince jako rodzaj placków ziemniaczanych, są znane w kuchni wielkopolskiej i kaszubskiej. W gryfowskiej restauracji, serwującej na masową skalę pizzę na wynos, menu zaskakuje solidną ilościowo i pomysłowo skomponowaną sałatką z owoców morza. I to na głębokim śródlądziu! Kawowym zagłębiem okazał się natomiast Lubań. Odwiedziliśmy dwie z tamtejszych kawiarni. Pierwsza wyróżnia się tym, że jako jedyna pracuje w niedziele. Druga, prócz najlepszego widoku na lubański ratusz, szerokiej gamy wypieków i smacznej kawy, stanowi prawdziwe miejsce spotkań i ożywionych dyskusji na tematy tak różne, jak współczesne trendy w wychowaniu przedszkolnym czy nieśmiertelne rozważanie, który aparat fotograficzny jest najlepszy dla ambitnego amatora i dlaczego jest to Nikon. Życie kawiarniane rozkwita więc w Lubaniu w najlepsze i to na bardzo wielu płaszczyznach.

Piec, od którego nazwę wziął lokal w Leśnej

Widok z nad filiżanki kawy na lubański ratusz

Grabiszyce zapewniają zaskakująco wiele miejsc noclegowych, jak na swoje oddalenie od gór i znakowanych szlaków. Tradycyjne gospodarstwo górnołużyckie pod jednym dachem mieści część mieszkalną i gospodarczą. W wybranym przez nas domu połowa części gospodarczej została przebudowana na apartament do wynajęcia. Przez tylną bramę można było wyjść z obejścia na łąki wznoszące się łagodnie ku granicy czeskiej. Jedno z gospodarstw agroturystycznych we wsi zwie się „Fabryka chusteczek”. Nazwa ta upamiętnia fakt, że Lubań i okolice specjalizowały się w ich produkcji. Na początku XX wieku miejscowe warsztaty miały dzienną moc produkcyjną 420 tysięcy sztuk tej płóciennej galanterii. Duża część produkcji szła na eksport, uzasadniając powiedzenie „Lubań wyciera noc całemu światu”. Dzisiaj trudno wskazać jakiś aspekt lubańskości mający aż takie znaczenie.

Szukając ciekawostek o tym regionie natknąłem się na postać Rozalii Juli Augusty Gaertner, która urodziła się w 1842 roku w Grabiszycach, jako panna Sametzki. W wieku 13 lat wraz rodziną wyemigrowała do Brazylii, gdzie osiadła w niemieckiej kolonii Blumenau w stanie Santa Catarina. Pomimo, że była rozwódką oraz wcześnie owdowiałą matką ośmiorga dzieci, realizowała swoje teatralne pasje i doprowadziła do zbudowania w mieście w 1896  roku pierwszego teatru. Była też prawdziwą bizneswoman – po śmierci drugiego męża założyła i z powodzeniem prowadziła firmę transportu rzecznego operującą flotą kilku statków i barek, na których zatrudnienie znalazło kilkudziesięciu pracowników. Zafascynowałem się prawdziwie historią i osiągnięciami tej niezwykłej kobiety. Chociaż jestem absolutnie pewien, że imię Julie nadane pupilce naszych gospodarzy było przypadkowe, to jednak obserwując pełną godności konsekwencję postępowania tej psinki, powziąłem podejrzenia, że w przypadku Grabiszyc genius locci może obejmować też czworonogi. Co dawałoby nadzieję na lepszą przyszłość i prosperitę dla całej grabiszyńskiej społeczności.

Rozalia Julia Augusta Gaertner – zasłużona obywatelka miasta Blumenau w Brazylii

Współczesny widok na gmach teatru w Blumenau, fot. gustavobnu, www.freeimages.com



		
Kategorie
Polska

Co, ja nie dam rady!? Czyli o krok od dorosłości

Po ponad dwóch godzinach pedałowania czułem już w nogach trudy tej wycieczki. Po zakończeniu zajęć lekcyjnych zdecydowałem się na przejażdżkę rowerową. Rower był odziedziczoną po siostrze damką bez żadnych udogodnień, zresztą w przerzutki w owych czasach wyposażone były tylko tzw. kolarzówki, ale podróżowało się nim zadziwiająco przyjemnie. Wkrótce dotarłem więc do północnych  granic Białegostoku i pomyślałem, że nigdy jeszcze nie przybyłem do Supraśla na rowerze. Pokonanie tych raptem kilkunastu kilometrów nie wyczerpało we mnie zapału do pożerania kolejnych. Z tabliczki na krańcu miejscowości wyczytałem, że do Sokołdy zostało jeszcze tylko 9 km. Może nie byłem orłem z matematyki, ale wykalkulowałem sobie szybko, że jeśli tam dotrę, to wycieczka w obie strony przekroczy dystans 50 kilometrów. Wydało mi się to celem godnym realizacji.

Odpocząwszy chwilę na moście z widokiem na łąki w dolinie Sokołdy zebrałem się do powrotu. Ten nie był już tak atrakcyjny, jak droga z miasta. Cel został osiągnięty, a wrócić przecież jakoś było trzeba! Mijane krajobrazy jeszcze chwilę wcześniej cieszące nowością, poczęły nużyć. Wzniesienie między Krasnem a Ogrodniczkami urosło do rozmiarów jakiejś górskiej premii. Jednak było to bardziej znużenie psychiczne, niż jakiś poważny fizyczny kryzys. Zegarek sugerował, że nie przemieszczałem się wcale wolniej, niż w przeciwną stronę. W końcu dotarłem na ulice Białegostoku. Myślami byłem już przy obiedzie. Zjeżdżając pod nowo oddany do użytku wiadukt kolejowy na ulicy Sienkiewicza znacząco rozpędziłem mój wehikuł. Przez chwilę dałem odpocząć nogom, po czym spróbowałem znowu docisnąć pedały. Te jednak zaczęły wirować z oszałamiającą prędkością. Prawa stopa odrzucona siłą odśrodkową poleciała wprzód i wbiła się między szprychy przedniego koła. Wyrzucony straszliwą siłą przeleciałem nad kierownicą i wylądowałem na asfalcie. Nadal wczepiony w moją stopę rower zdzielił mnie dodatkowo w tył głowy. Poderwawszy się z ziemi odkuśtykałem na wolnej nodze ku poboczu. Z rykiem klaksonu wyminęła mnie ciężarówka. 

Po oswobodzeniu stopy i uspokojeniu drżenia wszystkich mięśni zbadałem rower i okazało się, że wyszedł on z całego zdarzenia w lepszym stanie, niż jego kierowca. Wyprostowanie kilku szprych i skręconej kierownicy pozwoliło mi nawet na nim jechać. Jednak prawa strona mojego ciała od głowy przez ręką, aż po kolano, była obolała i krwawiąca. Musiałem przedstawiać sobą malowniczy widok, więc starałem się dotrzeć do domu bocznymi uliczkami. Choć obiad smakował jak nigdy, a rodzice, poza odeskortowaniem mnie do przychodni, gdzie otrzymałem zastrzyk przeciwtężcowy, nie zadawali zbędnych pytań, to jednak dręczyła mnie świadomość, jak wiele niezasłużonego szczęścia miałem w tej sytuacji. Niewiele wszak brakowało, bym stał się bohaterem rubryki „Znowu tragiczny wypadek na polskich drogach”. W dziedzinie cyklizmu starałem się odtąd mierzyć zamiary na siły i poznać dokładnie wszystkie narowy dwukołowej bestii przed wyruszeniem na nawet umiarkowanie ambitne trasy.

Spadłem nie z tego, lecz równie wiekowego dwukołowca.
Wiadukt pod którym wywinąłem kozła. Źródło Google Street View

Tej zimy wraz z nadejściem opadów śniegu i spadnięciem słupka rtęci w termometrach poniżej wskaźnika 0°C, media oprócz rutynowego alarmowania o problemach z utrzymaniem dróg, ochoczo podjęły temat zimowej turystyki górskiej oraz lekkomyślności osób wyprawiających się w takich warunkach w góry. Za źródło tych informacji służą sprawozdania z wypraw ratunkowych, umieszczane w mediach społecznościowych przez TOPR i GOPR. Nie wdając się w rozważania nad charakterem dziennikarstwa („Człowiek pogryzł psa” czyli news według Marka Twaina), wpływem masowości turystyki na ilość wypadków w górach, czy też złudną pewnością siebie, jaką daje posiadanie współczesnego osprzętu i gadżetów dostępnych każdemu posiadaczowi smartfona (kiedyś używało się zwrotu – zjadaczowi chleba), przywołuję z pamięci wiele sytuacji, w których sam znalazłem się realizując wszelakie turystyczno rekreacyjne pasje. Wyszedłem z nich bez większego uszczerbku. Przy czym największych zagrożeń doświadczyłem w trakcie wykonywania obowiązków służbowych. Jednak bogatszy w lata i doświadczenia rozumiem teraz, że byłem blisko sytuacji, które dzisiaj opisuje i komentuje się w apokaliptycznym tonie.

Od czasu, gdy przed 50 laty, podczas wędrówki po Karkonoszach, znalazłem drogowskaz z informacją „Schronisko Odrodzenie 45 min.” z dopiskiem „Chyba biegiem” stałem się świadomy, że w zależności od kondycji i warunków pogodowych pokonanie wybranej trasy zajmie różną ilość czasu. Zwłaszcza, że za młodu nagminnie łamałem jedno z przykazań turystycznego dekalogu, brzmiące „Nie wybieraj się samotnie w góry”, a w tej sytuacji w zimie nie można liczyć, że ktoś inny przetrze nam ślad w śniegu. Za studenckich czasów wybrałem się zimową porą na okrężną trasę z Sopotni Wielkiej w Beskidzie Żywieckim do schroniska na Hali Rysianka i później – przez szczyt Romanki (1366 npm.) z powrotem do Sopotni. W letnich warunkach pokonanie tej trasy powinno zająć jakieś 4,5-5 godzin. A wtedy zima była piękna, lutowy mróz dokuczał tylko w nocy, a w dzień, w promieniach słońca, było nawet parę stopni powyżej zera. Ostatnie śnieg spadł pewno przed tygodniem, więc nie spodziewałem się, by bardzo utrudniał mi marsz. I rzeczywiście, bez większych problemów dotarłem do schroniska i po krótkim odpoczynku kontynuowałem wycieczkę na szczyt Romanki. Wzniesienie to, całkiem pokaźne jak na Beskidy, wznosi się na północ od grzbietu granicznego, którym biegnie popularny szlak na Halę Miziową pod Pilskiem. Nawet obecnie, w opiniach dotyczących letnich wycieczek na Romankę przewijają się, jak mantra, słowa „spokój, cisza, odludzie”. Co dopiero wówczas, gdy narciarstwo skiturowe, czy chodzenie w rakietach śnieżnych, dopiero raczkowały w naszym kraju. Na szczycie byłem o 15:00. Zejście z Romanki do Sopotni powinno było zająć około 1,5 godziny. Jednak, na północnych stokach góry zalegała niepokalana, metrowa warstwa śniegu. Po godzinie przebijania się przez nią i pokonaniu mniej więcej ¼ trasy zrozumiałem, że jeśli będę trzymał się pierwotnego planu, noc złapie mnie w górach. Liczyłem wprawdzie, że im niżej, tym mniej będzie śniegu, ale z drugiej strony trudno było ocenić, na jak długo starczy mi jeszcze energii. Zdecydowałem więc, że spróbuję zejść bezdrożami ku dolinie potoku Sopotnia po stoku, gdzie leżało wyraźnie mniej śniegu. Była to dobra decyzja! Po pewnym czasie natrafiłem na stokową drogę leśną, z której wkrótce udało się zejść na dno doliny. W zapadającym zmroku dotarłem do swojej kwatery. Szczęśliwie, chodząc bezdrożami nie wpadłem do żadnego wykrotu i nie potknąłem o ukryte pod śniegiem pniaki!

Widok na Romankę spod Rachowca, fot. Arian Tync, licencja CC BY-SA 4.0

Najbardziej „honornym” szlakiem całych Beskidów jest Perć Akademików, wiodąca od Górnego Płaju – ścieżki łączącej schronisko na Markowych Szczawinach z przełęczą Krowiarki, przez strome północne zbocza Babiej Góry, aż na szczyt Diablaka. Obecnie służy on tylko do podejścia, a ze względu na zagrożenie lawinowe władze parku narodowego zamykają go na zimę.  Nie zawsze jednak tak bywało! W małej grupce znajomych, w kwietniowy weekend przed 40 laty postanowiliśmy wejść na Królową Beskidów właśnie tą trasą. Do górnej granicy lasu szło się jako tako. Wyżej weszliśmy w chmury, a ścieżka zniknęła pod pokładami zgromadzonego przez całą zimę śniegu. W teorii należało wspinać się trawersem ku wschodowi, by dotrzeć do Czarnego Dzioba – ośmiometrowej ścianki skalnej, którą pokonuje się z pomocą zamocowanych na stałe klamer i łańcucha. Lecz szukaj tu skalnego dzioba, gdy wokoło otacza cię niczym niezmącona biel. Szliśmy więc ku górze od jednego do drugiego widocznego spod śniegu głazu. Śnieg był ubity i dobrze związany z podłożem, ale dawało się w nim wybijać butami stopnie potrzebne do utrzymania równowagi. Szedłem na czele naszej grupki. W pewnym momencie osiągnęliśmy niewielkie wypłaszczenie. Odwróciłem się, by sprawdzić czy nikt nie odstaje. W tym momencie nagły powiew wiatru rozproszył chmury. Oczom moim ukazała się nasza grupka rozciągnięte na dnie żlebiku, który opadał w dół coraz stromiej. Jego dno znikało za niewielka bulą, a wzrok sięgał swobodnie aż ku reglom rozciągającym się dobre 200 metrów niżej. Nie pierwszy raz byłem na Babiej Górze, ale nie spodziewałem się w tym miejscu aż takiej ekspozycji. Na szczęście chmury za chwilę powróciły, więc żaden z członków wycieczki nie musiał rozpraszać się rozważaniami, co mogło kryć się za tą bulą.  Wkrótce dotarliśmy na główny grzbiet na zachód od szczytu Diablaka. Powrót przez przełęcz Brona, przy widoczności na około 30 metrów, był skomplikowany orientacyjnie, ale nie nazbyt stresujący stromiznami. Dzisiaj wiem, że podeszliśmy na grzbiet tzw. Piarżystym Żlebem. Rozumiem też decyzję parku o zamykaniu szlaku w miesiącach zimowych.

Babia Góra dostarczyła mi też doświadczenia o charakterze ekstremalno-niewytłumaczalnym. Po drugim roku studiów na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego zorganizowano nam wyjazdy terenowe, w trakcie których mieliśmy poznawać różne typy środowisk przyrodniczych. W połowie września 1980 roku trafiliśmy na Babią Górę, która – jak wiadomo –  ma modelowo rozwinięte piętra roślinności górskiej. Mieszkaliśmy w schronisku na Markowych Szczawinach i każdego dnia penetrowaliśmy kolejne skupiska roślin: regle dolny i górny, kosodrzewinę i w końcu piętro alpejskie. Rankiem w dniu, gdy mieliśmy udać się pod szczyt Diablaka, obudziły nas krople deszczu siekącego po oknach. Doświadczenie podpowiadało, że 500 metrów wyżej może być tylko gorzej. Mimo to, po śniadaniu, całą – tym razem liczną grupą – wyruszyliśmy na szlak. Śnieg zaczął padać, nim dotarliśmy na przełęcz Brona. Widoczność spadała z każdą chwilą. Zaproponowaliśmy odwrót, ale niewiele starsze od nas opiekunki naukowe upierały się, by kontynuować marsz. Nie wiem, jak wyobrażały sobie studiowanie alpejskiej roślinności pod śniegiem. Może metodą jakiejś odkrywki? Zmagając się z wiatrem parliśmy więc przed siebie. Byliśmy z kolegą Maciejem świeżo po lekturze “Sygnałów ze skalnych ścian” Żuławskiego. Z bezwzględnością  właściwą wiekowi młodzieńczemu zabawialiśmy więc towarzystwo szczegółowym opisem najbardziej dramatycznych akcji ratowniczych wczesnego TOPR-u. Nastroje jakby siadły, ale determinacja naszych organizatorek była nadal ogromna. Do momentu, kiedy z białej nicości przed nami wyłoniła się postać ludzka. Był to mężczyzna w pokrytej lodową skorupą kangurce, dźwigający na plecach staromodny, brezentowy plecak. Zbliżywszy się do nas, wychrypiał spod śniegowej brody: ”Nie idźcie dalej, tam jest piekło!” Po czym zniknął, tak nagle, jak się pojawił. Na takie dictum struchlały najodważniejsze serca i zarządzono pośpieszny odwrót. Po powrocie do schroniska rozglądaliśmy się uważnie w nadziei, że może tajemniczy nieznajomy się w nim zatrzymał i będzie można z nim porozmawiać. Jednak nasza zjawa nie chciała się zmaterializować, a personel zapewnił nas, że nikogo takiego w schronisku nie zauważono. Tak więc, murawki alpejskie zmuszeni byliśmy poznawać w sposób teoretyczny, a zawdzięczaliśmy to postaci jakby żywcem wyjętej z kart dopiero co przywoływanej książki.

Babia_Góra spod Sokolicy, fot. Slawojar, lic. GNU Free Documentation License, Version 1.2
Zamieć, zdjęcie poglądowe z Norwegii, fot. A szu, lic. CC BY-SA 4.0

Należę do pokolenia, które w dzieciństwie marzyło o przygodach ukazanych na kartach “Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren. Ostatnio złapałem się na myśli, że miałem możność, podobnie jak bohaterowie tej powieści, jeżdżenia na łyżwach po zamarzniętych stawach i jeziorach, a nie jak większość współczesnych dzieci, na lodowiskach sztucznych bądź na boiskach przyszkolnych, zalanych przy pierwszych mrozach warstewką wody. W latach 90-tych XX wieku często jeździliśmy zimą na Suwalszczyznę. Mieliśmy szczęście trafiać na okresy mrozu. W miejscach pobytu były wypożyczalnie sprzętu, więc wystarczyło przy pomocy szufli usunąć nadmiar śniegu z lodowej tafli i można było już ćwiczyć piruety. Ze względu na towarzystwo małych dzieci ślizgaliśmy się w bardzo bezpiecznych miejscach – w cichych zatoczkach przy brzegu. Nie groziło nam, niczym największemu urwisowi z Bullerbyn, wjechanie do przerębla. Inaczej już jednak było przy wyprawach wyruszających z wigierskiego klasztoru, w którym gościliśmy kilkukrotnie, do Starego Folwarku po drugiej stronie jeziora. Klasztor ulokowany jest na półwyspie. Każdy spacer wiązał się z pokonaniem dłuższego lub krótszego odcinka asfaltowej szosy. Tymczasem po drugiej stronie jeziora była nie tylko ciekawa miejscowość, ale też otwierały się możliwości dalszych pieszych wycieczek. Dzięki antarktycznej praktyce byłem świadom istnienia prądów na podobnych akwenach, konieczności nie zbliżania się do jakichkolwiek obiektów wtopionych w lód, czy też faktu, że spękania na lodzie częściej powstają pod wpływem nierównomiernej dynamiki zamarzania, niż w wyniku załamywania się skorupy pod ciężarem maszerującego człowieka. Wędrowaliśmy więc gęsiego, w bezpiecznych odstępach, zawsze niosąc ze sobą długaśną tyczkę ratowniczkę, wykorzystując ścieżki przedeptane przez miejscowych wędkarzy. Pamiętam jednak pewien niepokój gnębiący mnie, zwłaszcza po opadach śniegu, czy silniejszych wiatrach, że możemy wdepnąć w zamaskowaną śniegiem przerębel, wykonaną przez miłośników wędkarstwa podlodowego. Szczęśliwie udało się nam takich przygód uniknąć, a w innych miejscach lód był dla nas łaskawy.

Klasztor wigierski, fot. polimerek, lic. CC BY-SA 3.0
Na mapie widać klasztor i plażę PTTK pomiędzy którymi pokonywaliśmy Wigry po lodzie

Najniebezpieczniejszą zimową sytuację przeżyłem jednak nie w górach, ani na jeziorach, ale na skraju podlaskiej wsi Downary w Kotlinie Biebrzańskiej. Przyjechaliśmy tam z Podziomkiem w lutym 1988 roku, po wielkiej śnieżycy, która sparaliżowała komunikację autobusową w całym regionie. Zamiast więc PKS-em do Trzciannego, pojechaliśmy PKP do Goniądza, skąd na nartach biegówkach planowaliśmy dotrzeć do zagubionego wśród bagien przysiółka Budy. Po drodze mieliśmy owe Downary. Gdy tylko wyszliśmy poza ich opłotki, drogę zagrodziła nam wysoka na chłopa zaspa. Rezolutnie wdrapałem się na jej zbocza. Byłem już prawie u szczytu, gdy najpierw jeden, a potem – znagła dociążony – drugi kijek, zapadły mi się aż po rękojeść. Utknąłem twarzą w sypkim, zimnym puchu. Narty nie wypięły się, jeno utknęły głęboko w śniegu. Z góry dociskał mnie plecak załadowany zapasami na kilka dni. Nie mogłem go zdjąć bez rozpięcia pasa biodrowego. Jednak każda próba sięgnięcia doń jedną ręką powodowała, że oparte tylko na drugim kijku ciało osuwało się w głąb białego puchu. Przez głowę przemknęło mi, że Jack London opisywał podobne sytuacje z okresu gorączki złota nad Jukonem. No, ale śmierć w takich okoliczność na Alasce miała w sobie jakąś dozę romantyzmu, a na skraju podlaskiej wsi byłaby jednak mniej heroiczna. Na szczęście, podobnie jak u Londona, w krytycznym momencie pomocna dłoń Podziomka wyzwoliła mnie od ciążącego brzemieniem plecaka, co pozwoliło wygrzebać się z zaspy. Nie było już żadnych wątpliwości, że z tą właśnie dziewczyną będziemy pożerać niedźwiedzie mięso do końca naszych dni.

Woda to kapryśny żywioł. Podczas opisanego wcześniej spływu kajakowego z Podziomkiem i Harrym po Liwcu, rzece która w dolnym biegu obfituje w łachy i mielizny, przypomniała mi się przygoda sprzed lat, gdy brodząc po takiej łasze, a poprawniej rzekłszy – po zakosie, przy ujściu Liwca, dotarłem do jej krawędzi opadającej stromo w odmęty Bugu. I szybko przekonałem się, że z takiego uskoku nie ma już odwrotu, w każdym razie – nie pieszo i nie drogą, którą się tam dotarło. Jako osobnik, który zaliczył epizod w pływackiej sekcji juniorów klubu Juvenia Białystok, nie miałem wątpliwości co do dalszego postępowania. Po prostu ufnie dałem unieść me ciało prądowi Bugu aż dopłynąłem do miejsca, gdzie można było wyjść na brzeg. Z czasem dowiedziałem się, że paniczne próby powrotu na bezpieczną płyciznę w podobnych miejscach, są częstszym powodem utonięć nawet wśród osób potrafiących pływać, lecz błędnie oceniających ryzyko swego położenia.

Liwiec, fot. Brzeszczot, lic. CC BY-SA 3.0
Ujście Liwca z satelity, widoczne łachy wcinające się w nurt Bugu

Korzystając z chwilowego oddalenia się mundurowych cerberów, Jarek i ja, dźwigając canoe, zboczyliśmy z bitej drogi w las, w kierunku Łyny. Żołnierzowi czuwającemu przy naszych workach żeglarskich oświadczyliśmy, że łódź jest już zwodowana i nie mamy siły z powrotem jej wyciągać na drogę. Machnął na nas ręką, więc pośpiesznie oddaliliśmy się od niego oraz specjalnego, oznaczonego kryptonimem W-1, ośrodka rządowego w Łańsku. Nasza próba przepłynięcia przez środek partyjnego matecznika, gdzie kolejni pierwsi sekretarze odpoczywali i przyjmowali swoich gości, zakończyła się właśnie połowicznym sukcesem. Oceniając pokonany dystans – to nawet więcej, niż połowicznym. Pomimo, że był sierpień 1981 roku i władza PZPR w Polsce trzeszczała w szwach, w krytycznych momentach towarzysze krzyczeli “No pasaran!” i na pierwszy plan wysłali żołnierzy Jednostek Nadwiślańskich MSW. U wypływu Łyny z jeziora Łańskiego jest śluza, w pobliżu której wznosiły się najściślej strzeżone pawilony ośrodka. Tam właśnie zostaliśmy wezwani na brzeg, przesłuchani, a następnie zmuszeni do wykonania przenioski o długości, nie 100 m, lecz 1,5 kilometra. W końcu byliśmy poza ośrodkiem i mogliśmy kontynuować nasz spływ do Olsztyna. Problem w tym, że poniżej jeziora Łańskiego rzeka płynie głębokim jarem w tempie zbliżonym do rzek górskich. Nie stanowiłoby to problemu, gdyby usuwano drzewa, które osunęły się na dno jaru i runęły do wody. Kilka z nich udało nam się gracko wyminąć. Ale przy kolejnym, mieliśmy mniej szczęścia. Canoe uderzyło dziobem w niewidoczny pod wodą konar, prąd obrócił nas i przyparł bokiem łodzi do głównego, przegradzającego nurt pnia. Gdy tylko spróbowaliśmy ruszyć się z naszych miejsc, łódź zmieniwszy środek ciężkości obróciła się wokół swej osi do góry dnem. Na szczęście, zaplątała się między gałęzie, więc nie odpłynęła, czego niestety nie da się powiedzieć o tych rzeczach, których nie zamknęliśmy w wodoszczelnych lukach. W ten sposób straciłem swoją pierwszą lornetkę. Gdy już wydobyliśmy canoe spod wody, okazało się, że siła uderzenia była tak wielka, że uszkodziła jedną z poprzecznych wręg wzmacniających dno łodzi. Musieliśmy skrócić trasę naszego spływu, ale wyszliśmy z tej przygody cało. A rozbudzona wyobraźnia podsuwała pytania, co mogłoby się zdarzyć, gdyby to nie dobytek, ale nas prąd wepchnął między podwodne przeszkody.

Jezioro Łańskie, fot. Krzysztof Dudzik, CC BY-SA 3.0
Na podobnej przeszkodzie zakończył się nasz spływ Łyną, fot. S. Czachorowski, CC BY-SA 4.0

Ostatnio czytałem opracowanie badaczy wilków, z którego wynikało, że wysoka śmiertelność wśród osobników młodych jest pochodną, nie tyle braku doświadczenia życiowego, co znacznej skłonności do podejmowania zadań o wysokim stopniu ryzyka. Naukowcy uczynili efektowną parabolę, przypisując podobny model zachowań także rodzajowi ludzkiemu. Wszystkie opisane sytuacje wydarzyły się, nim ukończyłem 30 rok życia. W wieku 32 lat znalazłem się, po raz kolejny, na antarktycznej wyspie King George. W wolnych chwilach włóczyłem się po okolicach stacji im. Arctowskiego, obserwując tamtejszą ornitofaunę. W pewnej chwili dotarłem na krawędź kilkunastometrowego urwiska. Przy nim, w odległości może 1,5 metra, wznosiła się samotna iglica skalna, a tuż pod jej szczytem dostrzegłem gniazdo mewy dominikańskiej. Bardzo chciałem zrobić mu zdjęcie, ale nie mając teleobiektywu uważałem, że stoję zbyt daleko, by wykonać fotografię odpowiedniej jakości. Przez głowę przemknęła mi myśl, że przecież doskoczę na tę iglicę. Powrót na urwisko byłby nieco trudniejszy, acz ciągle wykonalny. Już spinałem się do śmiałego susa, gdy wtem naszła mnie refleksja: “Hej, masz już rodzinę i córkę! Czy na pewno chcesz ich narażać na możliwe sieroctwo?” No i wykonałem zdjęcie z miejsca, gdzie już stałem. Dzisiaj uważam, że w tamtym momencie przekroczyłem Rubikon dorosłości.

Gdzieś po lewej stronie tego zdjęcia była skała z mewim gniazdem, fot. Acaro, lic. CC BY-SA 3.0