Kategorie
Chorwacja

Parking Winnetou oraz widoki zza chmur czyli Dalmacja z dala od plaży

Karol May pisząc powieści o Winnetou i jego przyjacielu Old Shatterhandzie nie znał Ameryki. Pierwszy raz odwiedził USA w roku 1908 – 26 lat po pojawieniu się na rynku pierwszej książki o przygodach, jak określono to w pierwszych recenzjach, “czerwonoskórego gentlemana”. Realistyczne opisy prerii, gór i kanionów były więc wytworem jego bujnej wyobraźni wspartej, jak się wydaje, studiami nad dostępnymi materiałami źródłowymi. Bohaterowie powieści Maya na długie lata zawładnęli wyobraźnią setek tysięcy czytelników na całym świecie. W postać ulubionych bohaterów wcielali się młodociani odbiorcy pod każdą szerokością i długością geograficzną. Na pewno było ich wielu także w dawnej Jugosławii, a nowe ich rzesze pozyskano po wejściu na ekrany w połowie lat 60-tych XX wieku serii niemieckich filmów o przygodach dwóch przyjaciół, do  których zdjęcia kręcono w malowniczej scenerii okolic Benkovaca w Chorwacji.

“O, tam znajdowało się obozowisko Apaczów!” powiedział wznosząc rękę nasz przewodnik. Chłopak mógł mieć dwadzieścia parę lat i nie należał już do pokolenia, które wolne chwile spędzało malując sobie twarz w czerwone wzory i próbując trafić z łuku do ruchomego celu. Wiedział jednak, że legenda Winnetou jest wiecznie żywa i można ją zręcznie zdyskontować w opowieściach dla  turystów zebranych na pokładzie spacerowej łodzi. Płynęliśmy od ujścia, w górę rzeki Zrmanje. Wokół piętrzyły się skaliste zbocza, między którymi rzeka wiła się malowniczo. Miejscami, na płyciznach, pojawiały się trzcinowiska, a na wypłaszczeniach stoków – kępy krzaków. Wbrew podświadomym oczekiwaniom, zza zakosów rzeki nie pojawiły się czółna pełne indiańskich wioślarzy. Tylko w okolicach miejsca oznaczonego na mapie, jako “parking Winnetou” (sic!), na krawędzi kanionu, zauważyliśmy niewielkie – z tej odległości – figurki ludzkie. Zastanawiałem się przez chwilę, czy w duchu przewodnickiego braterstwa nie sprzedać naszemu cicerone historii o Janosikowym skoku. Po minimalnych przeróbkach rzekę Zrmanję pokonywać tym sposobem mógłby wszak i Winnetou. Ale, że legendy lubią obrastać kolejnymi nieprawdopodobnymi historiami, liczę, że sam kiedyś coś podobnego wymyśli. 

Kanion rzeki Zrmanje - filmowa kraina Apachów

Zrmanje uchodzi do rozległej zatoki zwanej Morzem Novigradskim. Na północy łączy się ona z Adriatykiem cieśniną Novsko ždrilo, a na południu – poprzez cieśninę Karinsko ždrilo – z kolejnym, mniejszym, Morzem Karinskim. Chorwaci, ze względu na powierzchnię sięgającą tylko 5,5 km kw., lubią nazywać to ostatnie najmniejszym morzem świata. Nad drugą z cieśnin rozsiadła się miejscowość Ribnica, w której spędziliśmy sierpniowy tydzień. Choć to jeno 40 km od Zadaru, była to nieco inna Chorwacja, niż na wybrzeżu. Wciąż spotyka się tam zagranicznych turystów, woda w zatoce, choć mniej przejrzysta, jest podobnie słona, są hotele, restauracje, a nawet “beach bar”, ale rano budziło nas pianie koguta, w krzakach pod domem spotykaliśmy żółwie, wśród drzew latały wilgi, a po zapadnięciu zmroku – nietoperze. Gospodarze pozwalali gościom zrywać w ogródku to, na co mieli ochotę, a wokół zabudowań panował swojski nieporządek. Ku naszemu utrapieniu, nie było tam piekarni, miejscowy spożywczak nie oferował świeżych (ani nawet sczerstwiałych) “slancy”, ani lodów – zamiast w lodziarni, trzeba ich było szukać w regularnych restauracjach. Poważną niedogodnością było też częste nieakceptowanie kart płatniczych, podczas gdy najbliższy bankomat znajduje się w odległości prawie 8 km. Za to w zasięgu spaceru mieliśmy odcinki wybrzeża tylko dla siebie. Najczęściej korzystaliśmy ze Stipan’s Beach, gdzie w porze naszego przybycia żegnaliśmy tylko parę starszych wiekiem Chorwatów, a gdy zbieraliśmy się do domu, witaliśmy jedną niemiecką rodzinę z dwójką dzieci.

Kilka widoków Ribnicy

Rzeka Zrmanje w swoim środkowym biegu pokonuje serię wodospadów. Odwiedziliśmy najbliższy z nich – Slapovi Zrmanje. Jedzie się tam wśród rozległych połaci makii, z pięknymi widokami na pasmo Velebitu. Wodospad nie jest wysoki, woda spada z wysokości jakichś 6-7 metrów, ale rzeka jest pełnowodna i szeroka, spada więc kilkunastoma większymi i mniejszymi kaskadami poprzedzielanymi pasami zieleni. Przyroda i krajobraz robią duże wrażenie. Niestety, łatwość dojazdu spowodowała zwiększoną presję inwestycyjną człowieka. A że planowanie przestrzenne nie jest tu w najwyższej cenie, wodospady obrosły chaotyczną infrastrukturą: restauracje, pensjonaty, pole namiotowe, parkingi, dacze. Taras jednej z restauracji jest wręcz nadwieszony nad skrajną siklawą. Ludzie kręcą się wśród namiotów, słuchają muzyki, palą ogniska, grają w siatkówkę plażową, a nawet pieką jagnię na rożnie! Tymczasem, trzysta metrów w górę rzeki rozciągają się żyzne, zielone łąki, obrzeżone pasem wysokich drzew. Zrmanje spokojnie toczy swe przezroczyste, głębokie wody, ponad którymi od czasu do czasu przelatuje zimorodek. Co za kontrast między naturą w swej wspaniałości, a dosyć tandetną naleciałością cywilizacji! Chorwaci bardzo nie lubią, gdy określa się ich kraj przymiotnikiem “bałkański”. Cóż, kiedy właśnie odczucie bałkańskości – w duchu Emira Kusturicy – miałem patrząc, jak zagospodarowano okolice wodospadów. Może to był jednak relikt po nieboszczce Jugosławii, bo samochody stojące na parkingu nosiły tablice rejestracyjne, praktycznie wszystkich, państw powstałych w wyniku jej rozpadu.

Najniższa kaskada wodospadów na rzece Zrmanje i jej okolice

Podejście na szczytowe spiętrzenie Świętego Ilji wiedzie skalistym zboczem poprzerastanym pasmami roślinności zielnej i – z rzadka – większymi krzewami, czy drzewami. Ku południowi, ponad rozległą kotlinką, otwierał się widok na skąpaną w słońcu Korculę. Od północnego wschodu, gdzie grzbiet opadał stromszymi stokami, wiało jednak chłodem. W dolince poniżej kłębiły się chmury z wolna przelewające się na naszą stronę grzbietu. Gdy dotarliśmy na oznaczony kopczykiem kamieni i niewielkim drewnianym krzyżem szczyt, ogarnęły i nas. Przypomniało mi się, jak często z kąpiącego się w promieniach słońca Orebica obserwowałem szczyt Świętego Ilji ukryty pod czapą obłoków, a czasem też spoza jego urwistych południowych zboczy słychać było odgłosy gromów. To samo wspomnienie musiało dręczyć Podziomka, gdyż stanowczo odmówiła przejścia dodatkowych 100 metrów do punktu widokowego na skraju południowego urwiska. Tym razem jednak Ilja Gromownik, który na terenach z wcześniejszymi wpływami kultury helleńskiej przejął rolę i atrybuty pogańskiego Zeusa, był dla nas łaskawy. Chmurzyska dotarłszy do szczytu wyraźnie wytraciły impet. Najpierw podzieliły się na kilka strumieni, a potem niepostrzeżenie wzniosły jeszcze wyżej i rozproszyły. Zanim do tego doszło, w przerwach między chmurami udało mi się wykonać kilka nastrojowo-dramatycznych zdjęć. Gdy ruszyliśmy w drogę powrotną, znowu przyświecało nam słońce.

Wycieczka na Świętego Ilję była pomysłem Krysi. Góra wznosi się na wysokość 961 m npm, ale w jej przypadku wysokość względna równa się rzeczywistej, gdyż istotnie zdobywać ją trzeba od poziomu morza. Góruje ponad wypoczynkową miejscowością Orebic oraz kanałem oddzielającym ją od Korculi. Jest najwyższym szczytem archipelagu przybrzeżnych wysp chorwackich, do których, przynajmniej z geologicznej perspektywy, należy też Półwysep Peljesac. Gdy przed kilkunastu laty byliśmy dwukrotnie w Orebicu, mała jeszcze wówczas Krysia, przytłoczona ogromem góry i skalistością jej zboczy, bardzo poważnie obawiała się, że tatuś kiedyś zrealizuje swoje obietnice i pogoni całą rodzinkę na jej szczyt. Choć do tego nie doszło, dziecko dorastało dźwigając na barkach przekleństwo Świętego Ilji. W końcu, okrzepłszy mentalnie,  postanowiło się z nim zmierzyć i zameldowało mi gotowość do odbycia górskiej wycieczki. Tak trafiliśmy po raz kolejny do Orebica, a ściśle biorąc, sąsiedniej wioseczki – Perna. 

Sv. Ilija - widok sponad Starego Mista w Korculi
Ilija Gromownik
Sv. Ilija - widok z drogi do klasztoru franciszkanów
Sv.Ilija -  widok z Perny
Chmury przetaczające się przez szczytowe partie Sv. Ilija
Widok spod szczytu na Korculę

Pogoda nam sprzyjała. Po tygodniach męczących, sięgających blisko 40 C upałów, przeszedł front atmosferyczny niosący opady i  temperatury o ponad 10 C niższe. Mimo to, postanowiliśmy wyruszyć ze wschodem słońca i zaopatrzeni w odpowiednie zapasy wody. Po drodze nie ma żadnych źródeł, ani strumieni, lecz ostatnie deszcze zostawiły po sobie sporo kałuż, z których skwapliwie korzystał Harry – czworonożny turysta górski. Jedynym zastosowanym przez nas ułatwieniem było pokonanie pierwszych 150 metrów przewyższenia samochodem, który zostawiliśmy na parkingu przy klasztorze franciszkańskim, górującym nad miasteczkiem. Sumienie mieliśmy czyste, gdyż już wcześniej odwiedziliśmy go na piechotę. Pierwszy kilometr trasy biegnie jeszcze po asfalcie, potem skręca się na kamienistą ścieżkę dźwigającą się szparko w górę po południowych zboczach masywu. Ekspozycja nie jest nadmierna, więc nawet osoby z umiarkowanym lękiem przestrzeni nie powinny mieć problemu. W niektórych miejscach ścieżka jest na tyle wąska, że w przypadku mijanki trzeba użyć wyobraźni i zasad górskiego savoir-vivre. Przy wczesnym wymarszu prawdopodobieństwo spotkania turystów schodzących w dół jest jednak minimalne. W przeciwieństwie do polskich, miejscowe kierunkowskazy wskazują bardzo krótki czas przejścia danego odcinka. Dość powiedzieć, że nam wejście zajęło 4 godziny, a zejście 3, podczas gdy sugerowany czas wejścia, to 2 godziny i 50 minut. Po prawdzie, przy podejściu zostaliśmy wyprzedzeni przez kilka osób, podczas gdy my nie wyprzedziliśmy nikogo. Ale też mało kto zatrzymywał się na odpoczynek przy “Planinarskim domu”, choć to miłe, widokowe miejsce na skraju lasu i skalnych połonin. Może gdyby domek był otwarty, byłoby więcej chętnych do postoju.

Impresje z prawdziwie górskiej wycieczki i Harry, pierwszy turysta wśród psów

Wędrowcy będący pod wrażeniem surowości zboczy opadających ku Orebicowi mogą zostać zaskoczeni bujnością i rozmaitością szaty roślinnej i krajobrazu na szlaku. Mnie urzekł zwłaszcza trawers zboczy suchej doliny opadającej ku miejscowości Kuciste. Rosnące tam sosny o parasolowatej formie wynoszą się ponad krzaczaste zarośla makii. Rozległe wypłaszczenie, przy którym schodzą się szlaki z Orebica i Viganj, porasta natomiast gęsty, wysokopienny las podobny do tych, które widziałem w niższych partiach rumuńskich Karpat. W opisach podejścia na Świętego Ilję często wspominane są spotkania z końmi pasącymi się tu bez nadzoru człowieka. My nie mieliśmy tego szczęścia, natknęliśmy się tylko na odchody, które równie dobrze mogły być owcze, jak i muflonie, gdyż ten gatunek zamieszkuje górzyste wnętrze półwyspu. Największymi napotkanymi zwierzętami pozostały więc psy, które dość często towarzyszyły, ku uciesze Harrego, dwunożnym zdobywcom szczytu. W miarę pokonywania kolejnych poziomic, otwierały się przed nami coraz dalsze widoki. Początkowo tylko na Korculę, następnie także na dalej położone Lastovo i Mljet. Spod szczytu ku północy widać było położoną malowniczo u wylotu wąskiej doliny wioseczkę Duba Peljeśka, a za Neretvianskim Kanałem – wschodnią końcówkę Hvaru i kontynentalną Dalmację. Bardzo ciekawy był też skalisty grzebień ciągnący się od szczytu, ku wschodowi.

Klasztor Franciszkanów i cmentarz kapitanów górują ponad kanałem oddzielającym Peljesac od Korculi

“Kiedy zwiedzimy jakiś kościół?” – to pytanie padło po kilku dniach opalania się, pływania w morzu i konsumowania jego owoców. Cóż, jedyny, podobno pochodzący z XII wieku, kościółek w Ribnicy był zamknięty na głucho. W Orebicu, w kościele parafialnym, można zajrzeć, poza nabożeństwami, tylko do kruchty. W dodatku, jak na Dalmację, ma on nieprzyzwoicie krótką historię, bo zbudowano go w końcówce XIX wieku. Za substytut nie mogła posłużyć wizyta w hotelowej restauracji mimo, że wprawne oko było w stanie wyłowić w zewnętrznej architekturze budynku ślady dawnej funkcji sakralnej. Możemy za to z czystym sumieniem polecić wizytę we wspomnianym klasztorze franciszkańskim. Trzeba tylko upewnić się co do godzin jego dostępności. Prócz muzeum i kościoła, warto zwrócić uwagę na wystawne nagrobki orebickich rodów kapitańskich, na sąsiednim cmentarzu. Czy to ze względu na ich obecność, czy z szacunku dla zakonników, albo ich patronki (Matka Boska Anielska), przepływające statki podobno pozdrawiają to miejsce dźwiękiem syreny okrętowej. Jednak promy pływające regularnie przez cieśninę do Korculi, już tego nie robią. O czasy, o obyczaje!

Kategorie
Wielka Brytania

Gdzie kończy się ląd czyli w krainie 500 Celtów

Bez przekonania pomachiwałem ręka na przejeżdżające samochody. Zwłaszcza na te lepszych marek. Intuicja podpowiadała, że prędzej zatrzyma się zużyty Citroen z parą wracających z zakupów farmerów, niż luksusowy Bentley, nie wiadomo po co zbłąkany na peryferie Cambridgeshire. A tu taka niespodzianka! Markę srebrzystego, nisko osadzonego. sportowego wozu, który zatrzymał się na nasz widok, zdradzała sylwetka drapieżnego kota na masce. Sympatyczny facet za kierownicą zapytał dokąd jedziemy i zapewnił, że będzie tam w kilka minut. Przyśpieszenie wcisnęło mnie w fotel pokryty beżową skórą. Nie było czasu, ani sposobności na pogaduchy. Do będącego naszym celem miasteczka March dotarliśmy, rzeczywiście, w mgnieniu oka. Na nieco drżących nogach wygramoliłem się na chodnik. Moi towarzysze podróży, Portugalczyk i Niemka, mieli dziwną bladość na twarzach. “Co to było? Rakieta?” wychrypiała w końcu Elza. Była to moja pierwsza i jedyna przejażdżka Jaguarem – samochodem będącym legendą motoryzacji brytyjskiej.

Działo się to Roku Pańskiego 1981 i był to mój pierwszy wyjazd za żelazną kurtynę. Przyjechałem w ramach programu Concordia Youth Volunteers Work Camp. Słowo ,,ochotnik’’ w nazwie programu było zwodnicze. W założeniu mieliśmy wykonywać odpłatną pracę w rolnictwie, ale za zakwaterowanie i wyżywienie musieliśmy zapłacić. Zostaliśmy umieszczeni w byłym obozie niemieckich jeńców wojennych (PoW), w pobliżu miejscowości Friday Bridge. Pojemność obozu była na tyle duża, że popyt na ręce do pracy ze strony okolicznych rolników nie nadążał za podażą. W efekcie, pracę mieliśmy średnio co drugi dzień, z ewidentną szkodą dla naszych budżetów i ogólnego samopoczucia. Do plusów tej sytuacji należała możliwość wyjścia za bramę obozu w pozostałe dni – nie mieliśmy wszak statusu PoW – i łapania okazji do pobliskich miasteczek. W ten sposób zwiedziłem sąsiednie March i Wisbech, ale też dalej położone: Ely, Kings Lynn i Peterborough. Ba, to wtedy po raz pierwszy miałem okazję odwiedzić Cambridge.

Jaguar XJ6 – czy rakieta?

Z pobytem w tym mieście wiąże się jedna z moich ulubionych brytyjskich, wziętych z życia, anegdot. Chyba wszyscy cudzoziemcy podczas nauki angielskiego, czy obcowania z brytyjską literaturą lub filmem, nabierają przekonania o szczególnej roli zwyczaju piknikowania na trawie wśród Brytyjczyków. Nie byliśmy wyjątkiem, więc dotarłszy do parku Christ’s Pieces rozciągnęliśmy się swobodnie wokół rozłożonej serwetki, na którą wyłożyliśmy co tam mieliśmy do zjedzenia. Po chwili podeszła do nas starsza, schludna pani i powiedział, że nie powinniśmy tam leżeć. Chcieliśmy dowiedzieć się, czy nie pominęliśmy może znaku zakazu piknikowania. “To jest dozwolone” – odrzekła owa pani – “ ale mamy już koniec września i możecie się przeziębić”. W pogawędkach z kierowcami też zdarzały się zabawne sytuacje. A to związkowiec wracający z jakiegoś meetingu odgrażał się, że Labour Unions odsuną od władzy premier Margaret Thatcher “tak jak wasza Solidarność zrobi z komunistami”. To znowu osoba bardzo zainteresowana możliwością wyjazdu turystycznego do Polski, wysłuchawszy moich wywodów o pięknie polskich gór zauważyła nieśmiało “myślałem, że w Holandii nie macie gór”. Obecnie, w czasie upowszechniania się terminu Niderlandy, bliskość fonetyczna słów Poland i Holland nie będzie już pewnie przyczynkiem do nowych nieporozumień.

W każdym razie Anglia, z perspektywy pasażera-autostopowicza, wyglądała nieco inaczej, niż z punktu widzenia kierowcy. Pierwszy raz jako kierowca poruszałem się w ruchu lewostronnym w roku 2017. Odwiedziliśmy wtedy młodsze dziecko przebywające na stypendium Erasmus w Uniwersytecie Essex w Colchester. Pojechaliśmy własnym samochodem, co wymagało przy wyprzedzaniu współpracy kierowcy z pasażerem. Nie to jednak było najtrudniejsze, lecz pokonywanie słynnych w całej Wielkiej Brytanii colchesterskich rond, z których jedno znane jest jako pułapka na kierowców, zwłaszcza zagranicznych. Jego specyfika polega na tym, że kilka ulic łączy się z głównym rondem poprzez mini rondka. Na każdym oczywiście obowiązuje ogólny schemat pierwszeństwa przejazdu. Dzięki świadomości istnienia tego rozwiązania oraz wielokrotnemu pokonaniu go wcześniej na Google maps, mimo regularnego korzystania, nigdy nie znaleźliśmy się w ryzykownej sytuacji.

Rondo w Colchester, źródło – en.wiki, grafika na licencji GNU

Tego roku, jadąc do Kornwalii, wdarłem się na kolejny poziom szoferskiego wtajemniczenia. Zawdzięczam to decyzji Podziomka, która uznała, że lęk przed lataniem samolotem jest passe. Tak więc, po dotarciu na lotnisko London-Luton, kolejnym środkiem transportu, którego musieliśmy użyć, był wypożyczony samochód marki Ford Focus, z kierownicą, a jakże!, z prawej strony. Aby nie stawiać nadmiernych wyzwań swojej lewej, słabszej ręce, zamówiłem jednak pojazd z automatyczną skrzynią biegów. No i podróżowało się całkiem bezproblemowo. Większym wyzwaniem, niż kierownica z prawej strony, były kornwalijskie drogi klasy B, którymi często prowadziła nas nawigacja. Są one bardzo wąskie, bez pobocza, obramowane murkami, czy żywopłotami, a często bywa, że ścianami wiejskich domostw. Mają one, co prawda, mijanki, ale rzadko rozmieszczone, więc co i rusz przychodziło zatrzymywać się i cofać, by przepuścić pojazdy jadące z naprzeciwka. Ponieważ niebezpieczeństwo mogło czyhać za każdym zakrętem, stosowałem patent z Chorwacji trąbiąc, bądź mrugając długimi światłami przed każdym z nich. Szczęśliwie, miejscowi kierowcy byli życzliewie usposobieni i chętnie sami usuwali się nam z drogi.

Wyszedłszy z ciepłego i pachnącego wypiekami wnętrza Cornish Bakery w Mavagissey, poczułem się jak bohater kultowej reklamy piwa Dog in the Fog. Niosłem ze sobą śniadanie dla całej naszej trójki: słynne pierogi kornijskie, croissanty, babeczki z Belem (popularność portugalskiej receptury, to owoc zawartego jeszcze z końcem XIV wieku sojuszu antyhiszpańskiego), jak też trzy kubki kawy. Do przejścia było może z 60 metrów, ale deszcz siekł niemiłosiernie, wiatr wyrywał z rąk parasolkę i nawet mewy chowały się po zawietrznej stronie budynków. Jakoś niczego nie uroniłem, a mokre spodnie i buty wkrótce wyschły ponieważ pogoda była bardzo zmienna i, koniec końców, każdego dnia i tak świeciło słońce. Mieszkaliśmy w tradycyjnym domu, przy szerokim na wyciągnięcie rąk pasażu, łączącym port z sąsiednią uliczką. Budynek miał swoje lata, niskie drewniane stropy i jednoszybowe, przesuwane wertykalnie okna. Rano budził nas krzyk mew, z których jedna wyspecjalizowała się w naśladowaniu szczekania psów. Właściciele i pracownicy licznych w okolicy przybytków gastronomicznych ostrzegali gości przed niebezpieczeństwem utraty zakupionych smakołyków na rzecz biało-szarych złodziejaszków. Port jest wykorzystywany głównie przez miejscowych rybaków, których liczba od początku XX wieku praktycznie się nie zmieniła. Liczne łodzie w czasie odpływu tkwiły zaryte kilami w błotnistym dnie, by po kilku godzinach kołysać się malowniczo na wodzie.

Centralna część miasteczka znajduje się właściwie na poziomie morza. Za to uliczki i ścieżki obejmujące zatokę portową, pną się stromo na pofałdowany płaskowyż, skąd rozpościerają się dalekie widoki na wody Kanału La Manche (pardon! British Channel). Ku północy, za skalistymi przylądkami, rozciąga się wspaniała piaszczysta plaża. Co najważniejsze, jest pusta, bo przy rozmiarach blisko 800 x 60 metrów, dziesięciu obecnych tam osób nie można uznać za tłum. Doceniliśmy to nie tylko my, ale i niektórzy z naszych braci mniejszych. Z wody, nie dalej jak 10 metrów od brzegu, obserwowały nas dwie foki, a obiektywem kamery uchwyciłem lecącego wzdłuż brzegu ostrygojada. Elementem odróżniającym tę plażę od bałtyckich odpowiedników, jest też wodospad, którego wody spadają z 50 metrowych klifów i zaraz giną w szerokim pasie piasku. Podziomek, która jako jedyna zdecydowała się pobrodzić w wodzie twierdziła, że temperaturą przypomina polskie morze. Pomimo, że miejsce to urzekło nas i zatrzymało na blisko 1,5 godziny, zdaniem autorów rankingu 10 najpiękniejszych plaż Kornwalii, nie zasługiwało na aż takie uznanie.

Port w Mevagissey

Widok na odleglejszą od morza część miasteczka

Plaża w Mevagissey

Klifowe wybrzeże w pobliżu Mevagissey

Prawie jak w Dalmacji, tylko chłodniej

Z plaży korzystają nie tylko ludzie

Uliczka w Mevagissey

Kornwalia, czyli południowo-zachodni kraniec Wysp Brytyjskich, słynie z kornijskich pierogów (Cornish pasty), najwyższych oceanicznych fal, a co za tym idzie, popularności wśród surferów oraz przywiązania do tradycji. To takie angielskie Podlasie, biedniejsze od innych części kraju, ale za to popularniejsze wśród turystów. Oczywiście, swoisty konserwatyzm idzie w parze z podejrzliwością wobec przywożonych ze wschodu nowinek. Jeden z bohaterów angielskiej komedii Fisherman’s Friend (polski tytuł “Za tych co na morzu”), krytykując postawę swego adwersarza, grozi mu wykopaniem za Tamar – rzekę, która oddziela Kornwalię od Anglii. Nie ma wątpliwości, że gość nie pasował do stylu życia lokalsów. Podkreślaniu różnic sprzyja też celtyckie pochodzenie mieszkańców. Język kornijski zaginął jeszcze w pod koniec XVIII w., ale został odtworzony i obecnie włada nim biegle około 500 osób, zaś w stopniu komunikacyjnym – ok. 3000. Więc bez obaw, po angielsku wszędzie można się dogadać. Celtyckie korzenie kryją się jednak w poszczególnych słowach i zwrotach. Już w roku 1602 odnotowano, że By Tre Pol and Pen/Shall ye know all Cornishmen. Tre to miejsce, pol to staw lub studnia, a pen to wzgórze. Rzeczywiście, patrząc na mapę dostrzeżemy, zwłaszcza wśród mniejszych miejscowości, nadreprezentację tych z przedrostkiem Tre w nazwie. Kornijski jest też używany na szyldach i – ogólnie rzecz biorąc – w reklamie miejscowych biznesów.

Być w Kornwalii i nie odwiedzić Land’s End, to jak pominąć papieża w Rzymie. Najdalej na zachód położony przylądek Anglii, choć nie Wielkiej Brytanii, odwiedziliśmy po półdniowej fali deszczu i sztormu. Mgły i chmury już się podnosiły, ale wiatr smagał jeszcze powierzchnię wrzosowisk, a fale zaciekle szturmowały urwiska klifów. W przeciwieństwie do większości miejsc zarządzanych przez National Trust, wstęp na przylądek jest bezpłatny, za to bilet parkingowy – najdroższy w swojej kategorii. Pięknoduchy narzekają na obecność dużego kompleksu hotelowo-usługowego w pobliżu klifu, ale można go ominąć, a w pobliżu samego cypla wznosi się już tylko mniejszy, historyczny budynek. A gdy już stanie się na krawędzi klifu, zapomina się o wszelkich ludzkich naniesieniach za plecami, bo widok ku morzu ma magnetyczną siłę przyciągania. Oczywiście, rozglądałem się za ptakami. Było ich tam mnóstwo. Krążyły w powietrzu i odpoczywały na skałach. Nie spotkałem jednak herbowego ptaka Kornwalii – wrończyka, choć przedstawiciele krukowatych – kruk, czarnowron i kawka – masowo zasiedlali te surowe okolice. Nie zaliczyliśmy też spotkania z maskonurami. Za to powiększając zdjęcia na ekranie komputera stwierdziłem, że jedna z przybrzeżnych skał była wręcz oblepiona alkami. To było moje pierwsze spotkanie z przedstawicielami tego gatunku, chociaż podobno całkiem regularnie i licznie zimuje na Bałtyku. Najciemniej jest pod latarnią!

Krajobrazy Land’sd End oraz tamtejsze ptactwo

Park miniatur na Land’s End, w tle wrzosowiska i skały wielkości rzeczywistej

Ciało administracyjne zarządzające Kornwalią (Cornwall Council) posługuje się wielkim godłem o zgoła proletariackim wyglądzie. Średniowiecznej proweniencji tarcza Księcia Kornwalii zwieńczona, a jakże, książęcą koroną oraz wrończykiem, jest podtrzymywana przez dwóch przedstawicieli klasy robotniczej: rybaka i górnika. O ile rybołówstwo jest nadal powszechnie uprawiane, o tyle górnictwo rud miedzi i cyny skończyło się najpóźniej z Wielkim Kryzysem lat 30-tych XX wieku. Zostały po nim jednak niesłychanie liczne ślady: ruiny zabudowań, wyrobiska, a przede wszystkim – historia przemieszana z legendami i produktami masowej kultury współczesnej. Tradycja górnicza tłumaczy, dlaczego pieróg kornijski ma szeroki, spleciony na kształt warkocza obrzeżek. Otóż, w niehigienicznych warunkach kopalnianych, górnicy zjadali środek wraz z farszem (ziemniaki, marchew, brukiew i kawał wołowiny) trzymając brudnymi rękami za obrzeże, które potem wyrzucali. Trzeba przyznać, że to roztropne rozwiązanie, wziąwszy pod uwagę, że kurz kopalniany zawierał znacząca ilość naturalnego arszeniku. My wybraliśmy się do Crown Mines koło wioseczki Botallack, miejsca kręcenia scen do serialu BBC ,,Poldark’’. Znajduje się tam opuszczony kompleks budynków, otoczony wrzosowiskami, a z drugiej strony – morzem. Dwa budynki stacji pomp uczepione urwistego klifu, poniżej których pieni się morze, tworzą ikoniczny obraz. Jeśli, tak jak my, przybędzie się tam pod koniec dnia, można liczyć na efekt złotej godziny i piękne tematy dla fotografa. Miejsce wygląda idyllicznie. Można zapomnieć, że praca tu nie była przyjemna i bezpieczna. W 1895 roku podmorski korytarz kopalni został zalany wraz z pracującymi w nim ludźmi. Wkrótce potem kopalnię zamknięto i mimo prób ożywienia przed I Wojną Światową, już na dłużej nigdy nie uruchomiono.

Wielkie godło Rady Kornwalii z dodanym kornijskim tekstem dewizy

Krajobrazy Crown Mines czyli gdzie kręcono Poldarka

To nie psy Baskervillów, tylko czworonożni przyjaciele człowieka na spacerze

Drugim miejscem, gdzie górnictwo odcisnęło swoje piętno na krajobrazie, jest Bodmin Moor – pokryte wrzosowiskami, położone w centrum kornwalijskiego półwyspu, granitowe wzgórza sięgające 420 m npm. Na ich południowym krańcu leży pogórnicze osiedle Minions, uznawane za najwyżej położone w Kornwalii. To jednak nie budynki kopalni Phoenix, ani nawet imponujące pozostałości kamieniołomu, skąd pochodziły granitowe bloki użyte przy budowie Tower Bridge w Londynie, przyciągają tu gości. Tę rolę pełni, ulokowana na górnej krawędzi wyrobiska kamieniołomu, grupa skała zwana Cheesewring. Erozja wiatrowa nadała im obły, przypominający kręgi sera kształt, a ulokowanie obok obrywu skalnego – dodało dramatyzmu całej ośmiometrowej konstrukcji. W pobliżu jest jeszcze parę mniejszych grup podobnych skał. W drodze do wsi mija się kilka zespołów kamiennych kręgów, jak też pojedyncze menhiry z okresu neolitu lub nawet starsze. Ich nazwy – Hurlers Circle czy Pipers – są pochodzenia ludowego i miały stanowić przykład, jak zgubne może być oddawanie się przyjemnościom gry w kręgle lub na dudach, w dni poświęcone modlitwie. Arthur Conan Doyle umieścił na sąsiednich wrzosowiskach Dartmoor psa Baskervillów. Bodmin Moor nie mogło być gorsze, ma własną legendę o kotopodobnej bestii. Specjalnie powołana komisja rządowa (!), pracująca u schyłku XX wieku, ani nie potwierdziła, ani nie zaprzeczyła jej istnieniu. Faktem jest, że obecnie podstawową formą wykorzystania wrzosowisk jest pasterstwo. Trzoda czasem ginie, a państwo wypłaca odszkodowania, więc legenda może mieć całkiem komercyjne tło. A może daje tu o sobie znać swoista celtycka anarchia. Po ukazaniu się na ekranach kin animowanego filmu o Minionkach, miejscowi ozdobili tablicę drogową z nazwą miejscowości figurkami bohaterów filmu. Władze wymogły wprawdzie doprowadzenie tablicy do standardowej formy, ale od tego czasu, czyli już 8 lat, nieznana ręka wkleja tu i ówdzie podobizny Minionków.

Pozostałości zabudowań Phoenix Mine

Kamieniołom gdzie dobywano skały na budowę Tower Bridge

Stone’s Hill z kamieniołomem i grupami skalnymi na szczycie

Skały Cheesewring są też symbolem tutejszej parafii

Most z XII w. na rzeką Fowey w Lostwithiel

Potencjalne ofiary bestii z Bodmin Moor

Cheesewring i jego sąsiedzi

Hurlers Circle z zabudową kopalnianą w tle

Przejaw działania partyzantki celtyckiej, fot. Skull Kid, lic. CC BY-SA 4.0

Kornwalia nie jest wprawdzie znana, jako kraina zamków, ale wynika to chyba z ich nienajlepszego stanu. My odwiedziliśmy dwa miejsca z zamkową przeszłością. Położony na brzegu Atlantyku zamek Tintagel wznosił się na skalistym przylądku. Niszcząca  działalność morza spowodowała zawalenie się lądowego łącznika, czyniąc to miejsce jeszcze zdatniejszym do obrony. Gdy w roku 1136 Geoffrey z Monmouth wydał Historia Regum Britanniae, w którym to dziele wskazał Tintagel, jako miejsce narodzin legendarnego króla Arthura, były tam tylko resztki celtyckiego osiedla sprzed 600 lat. Jednak, zainspirowani legendą książęta Kornwalii zbudowali tam kolejny zamek. Warunki życia były jednak na tyle surowe, że sami władcy rzadko tam przebywali, a duchowny zobowiązany do codziennego odprawiania mszy w zamkowej kaplicy, starał się jak mógł, by uniknąć tego obowiązku. Dzisiaj, prócz szczątków murów, miejsce chlubi się imponującym mostem wiszącym, łączącym ponad erozyjnym zapadliskiem obie części dawnego terenu zamku oraz ażurową figurą wspartego na  mieczu rycerza w królewskiej koronie, zwanego Gallos, ale powszechnie utożsamianego z królem Arthurem. W bonusie warto odwiedzić miejscowy XII wieczny kościółek położony z dala od zabudowy, otoczony cmentarzem, na którym poczesne miejsce zajmuje grób chłopca okrętowego, jedynej ofiary katastrofy włoskiego statku handlowego w roku 1893. Oprócz oryginalnej patronki – św. Materiany i kamienia z rzymską inskrypcją z IV w. w transepcie, kościółek wart jest odwiedzenia dla oryginalnego widoku na zamkowy przylądek.

Nowy most łączący obie części zamku

Ruiny zamku, visitors’ center oraz Hotel Tintagel w tle.

Widok na górny i dolny most prowadzące do zamku Tintagel

XII wieczny kościółek na klifach Tintagel

Normańska chrzcielnica

Ruiny zamku Tintagel

Gallos, alias Król Arthur

Grób chłopca okrętowego

Wizerunek patronki kościola

Zamek Restormel, górujący nad doliną rzeki Fowey, na północ od niegdysiejszej stolicy Kornwalii – miasteczka Lostwithiel – jest lepiej zachowany i z powodu sielskiego otoczenia, jak też umiarkowanej liczby turystów, zachęca do dłuższej wizyty. Ciekawostką jest, że zbudowano go na planie regularnego koła, prawdopodobnie, by lepiej dopasować go do kształtu wzgórza, na którym wyrósł. Malownicza ścieżka biegnąca koło dworu o tejże nazwie, przez arkadowy most nad rzeką oraz las z pomnikowymi okazami cisów, doprowadza w 30-40 minut do Duchy of Cornwall Nursery. Działalność szkółki roślin ozdobnych, a może i gatunków leśnych, pewnie jest tu prowadzona, ale w gruncie rzeczy to to najpiękniej położony sklep ogrodniczy, w którym kiedykolwiek przebywałem. W dodatku, dalekie widoki na dolinę Fowey, pokryte lasami wzgórza oraz ruiny zamku Restormel z drugiej strony rzeki, można podziwiać sącząc kawę i zagryzając wypiekami z miejscowej kawiarni.

Zamek Restormel zbudowano na planie koła

W Restormel zachowało się więcej murów niż w tintagel

W książęcych lasach rosną monumentalne cisy

Brama na zamkowy dziedziniec

Widok na dolinę rzeki Fowey i ruiny zamku od strony książęcej szkółki ogrodniczej

Kawiarnia w Duchy of Cornwall Nursery

Trzmielowa łąka w szkółce ogrodniczej

Klifowy charakter wybrzeży Kornwalii powoduje, że zasiedlano każde obniżenie powstałe, najczęściej, w miejscu ujścia rzek i strumieni. Wysunięte w morze skały dawały osłonę mniejszym i większym portom, gdzie łodzie rybackie i statki handlowe mogły znaleźć zaciszną przystań. Dzisiaj malowniczość portowych miasteczek działa jak magnes ściągający turystów, głównie brytyjskich, choć nam udało się spotkać też kilku Niemców. Mevagissey już na zawsze zostanie dla nas symbolem Kornwalii, jednak doceniliśmy też uroki dwóch innych odwiedzonych miejscowości. 

Port Isaac na atlantyckim wybrzeżu rozsławili filmowcy oraz śpiewająca szanty folkowa grupa Fisherman’s Friends. Nawiasem mówiąc, o niej też nakręcono film fabularny. Wcześniej był jednak serial o wybitnym w swej profesji, lecz upośledzonym emocjonalnie, doktorze Martinie. Miejscowostka licząca mniej, niż tysiąc mieszkańców, zmaga się teraz z najazdem turystów, których dzienna liczba przekracza liczbę tubylców. Okupują charakterystyczny dla Port Isaac, szeroki na 30 metrów slip, po którym woduje swoje jednostki miejscowa stacja ratownictwa morskiego. Przesiadują w byłej metodystycznej kaplicy, pełniącej funkcje kultowe do lat 90-tych XX w., w której umieszczono najpierw wytwórnię ceramiki, by ostatnio przerobić ją na kawiarnię (UWAGA: kuchnia działa tylko do 16:00), sprzedającą w bonusie wszelkie możliwe pamiątki i produkty związane z morzem. W starej kaplicy anglikańskiej działa hotel odgrywający w filmie o doktorze Martinie rolę szkoły. Malutki domeczek, w którym miał mieszkać doktor, podobno można wynająć, ale nie znajdziecie w internecie żadnej informacji o cenie i warunkach wynajmu. Na pewno trzeba to zrobić z kilkuletnim wyprzedzeniem. Przydatne jest też, jeśli potencjalny wynajmujący dysponuje oryginalnym pojazdem, np. pomalowaną na różowo, sportową wersją Forda Ka. Moim odkryciem był widok z okolicznych klifów ku pn-wsch., zamknięty przez przylądek, na którym wznoszą się pozostałości zamku Tintagel.

Widok na port oraz stary i nowy kościół w Port Isaac

Doktor Martin mieszkał w najmniejszym z widocznych domków

Port Isaac ze słynnym slipem gdzie odbywają się koncertu Fisherman’s Friends

Widok z Port Isaac na półwysep zamkowy w Tintagel

Miasteczko Fowey wykorzystuje specyficzną kornijską wymowę swej nazwy, jako slogan reklamowy. “Foy rhymes with joy!”. Miejscowy port położony w estuarium rzeki Fowey jest na tyle duży, że pełnił rolę miejsca załadunku kornijskich rud i kaolinu (glinki porcelanowej), a w czasie II Wojny Światowej – amunicji dla amerykańskich oddziałów biorących udział w inwazji w Normandii. My obserwowaliśmy ruch w porcie z malowniczego tarasu miejscowej pizzerii. Większych jednostek nie zaobserwowaliśmy, ale pod względem ilości zakotwiczonych łodzi Fowey przewyższa pozostałe odwiedzone przez nas miasteczka. Ruch na wodzie zapewniały tramwaje wodne, kierujące się do położonego na drugim brzegu estuarium Polruan oraz zawodnicy miejscowego klubu szlifujący swoje umiejętności skoordynowanego machania wiosłami. Architektura miasteczka jest wyraźnie wystawniejsza, niż portów rybackich. Oprócz imponującej świątyni, ku niebu wznoszą się wieże the Place – bezpretensjonalnie nazwanej rezydencji zamieszkiwanej od XIII wieku przez rodzinę Treffry (nazwisko zdradza pochodzenie). Na  nabrzeżu wznosi się pomnik gargantuicznej wielkości ptaszyska dzierżącego w łapie książkę, na pamiątkę faktu, że w pobliżu Fowey mieszkała i tworzyła Daphne Du Maurier, spod której pióra wyszło opowiadanie ,,Ptaki’’, służące za podstawę scenariusza słynnego filmowego horroru pod tym samym tytułem. Z polskiej perspektywy ciekawą nazwę ,,King of Prussia’’ ma zajazd na nabrzeżu. Podobno upamiętnia Fryderyka Wielkiego i jego militarne sukcesy w czasie wojny siedmioletniej (1756–1763). Cóż, należy pamiętać, że Wlk. Brytania i Prusy były wówczas sojusznikami, a niemiecko-brytyjskie wojny XX wieku, z perspektywy wielowiekowej współpracy jawią się, jako swego rodzaju aberracja.

Estuarium rzeki Fowey widziane sponad pizzy

Pomnik Daphne du Maurier na nabrzeżu

Wieża kościoła i rezydencji the Place ponad estuarium rzeki Fowey

Kościół w Fowey

Fryderyk Wielki jest patronem tego zajazdu

Uliczka w Fowey

Za pierwszego pobytu w Anglii odwiedziłem rodzinę mieszkającą w Royal Leamington Spa, w centralnej części kraju. Gospodarze pokazali mi wszystkie miejscowe atrakcje, w tym kościół anglikański. Traf chciał, że napotkaliśmy proboszcza, który wdał się ze mną w pogawędkę. Po wymianie klasycznych uwag rozpoznawczych, przeszedł do zwrotów grzecznościowych. Wkrótce przekonałem się, że wyniesiony z kursu angielskiego zestaw 2-3 takich zwrotów, to dramatycznie mało, gdyż gospodarz sypał kolejnymi, jak z rękawa, a ja musiałem się powtarzać. Od tego czasu jestem admiratorem angielskiego “small talk”, czy szerzej, wyspiarskiego sposobu komunikacji międzyludzkiej. Sama lektura wywieszek dostarczała wielu smaczków. Na nabrzeżu w Mevagissey ostrzegano przed mewami, określając je przymiotnikiem “vicious”. W piekarni zapewniano, że nie pobierają gotówki, gdyż zamiast liczyć bilon, wolą rozmawiać z klientami. W kościele, by podkreślić wiekowość jego murów, używano określeń o ich przesiąknięciu modlitwą – “soaked up with prayers”. W Polsce zwykliśmy się zżymać na anglosaską uprzejmość na pokaz. Ja odbieram ten staranny dobór słów i zwrotów, jako przejaw szacunku dla rozmówcy, a jest to zjawisko dosyć rzadko spotykane w naszym kraju.

Port w Mevagissey

Angielska kuchnia nie jest szczególnie wyrafinowana. Jechaliśmy z przekonaniem, że w Kornwalii będziemy się żywić rybami i to się potwierdziło. Najlepszą kuchnię w Mevagissey,  wraz z najbardziej towarzyską szefową sali, ma restauracja tajska. Druga w kolejności jest restauracja portugalska, ale do niej nie udało nam się nigdy dostać. Nie dość, że działała tylko w porze lunchu i wieczorami, to jeszcze, albo była cała zarezerwowana, albo zamknięta z powodu małego ruchu. O dziwo! trzecia restauracja etniczna w mieście, serwująca dania hindusko-bangladeskie, nie jest w ogóle godna zapamiętania. Każdy szukający usług angielskiej gastronomii musi być gotowy na niespodzianki. A to – kuchnia działa krócej, a bar dłużej, a to – godziny otwarcia są całkiem egzotyczne, a to – gdy już poznasz grafik pracy kucharza, okaże się, że w piątek kończy wcześniej, bo lokal przygotowuje się na koncert jakiegoś zespołu. Za to puby, to nie miejsca posilania się i gaszenia pragnienia, ale instytucje publiczne! Nic dziwnego, że w przewodnikach kładzie się nacisk na liczbę pubów działających dłużej, niż 300 lat, a najstarszy taki przybytek w mieście dumnie dzierży tytuł “Father of all pubs”.


Z wszystkich zaplanowanych atrakcji nie udało się nam tylko odwiedzić St. Michael’s Mount – kornwalijskiego odpowiednika bardziej znanego Mont Saint Michel w Normandii. Trochę za późno wzięliśmy się za rezerwację miejsc i okazało się, że z dnia na dzień jest to niemożliwe. Uruchomiłem wtedy nie mniej atrakcyjny plan B, za co otrzymałem pochwałę z ust naszego dziecka. I właśnie to jest w Kornwalii najfajniejsze. Liczba miejsc, które chciałoby się zobaczyć, pozwala na snucie wielu alternatywnych planów oraz spontaniczne improwizacje w rodzaju odwiedzin w szkółce ogrodniczej księcia Kornwalii. Podziomek, dla której Chorwacja jest niedościgłym wzorem kraju turystycznego, kilka razy obdarzyła miejscowe widoki komentarzem “Jak w Dalmacji, tylko chłodniej”. A przełamawszy obawy przed lataniem, przychylniej spojrzała na plany wizyty w Szkocji, snute przez pozostałych członków rodziny.

Kategorie
Niemcy

O królach, młynarzach i pałacach, czyli weekend w Poczdamie

Ramiona wiatraka typu holenderskiego bezszelestnie obracały się ponad koronami drzew otaczających plac z Wielką Fontanną u podnóża pałacu Sanssouci. Ten widok w osobnikach związanych wykształceniem lub więzami rodzinnymi z wymiarem sprawiedliwości wywołał natychmiastowe skojarzenie ze słynnym sporem Fryderyka Wielkiego z dzierżawcą młyna Johannem Wilhelmem Grävenitz. Monarsze, który w swym pałacu miał spędzać czas “bez trosk”, przeszkadzał odgłos pracującego młyna. Zażądał jego uciszenia, czy wręcz odsprzedaży. Gdy krnąbrny młynarz nie był skłonny do współpracy, zagroził nakazem zamknięcia całego interesu. Na co, według najbardziej popularnej wersji tej historii, usłyszał hardą odpowiedź: “Są jeszcze sądy w Berlinie”. To wystarczyło żeby monarcha się wycofał rozumiejąc, że nie może podważać autorytetu powołanych przez siebie instytucji.

Słynny poczdamski młyn z dwóch perspektyw.

Fryderyk Wielki jest bohaterem dziesiątków podobnych anegdot, służących nie tylko ociepleniu jego wizerunku, ale i przekonaniu obywateli państwa pruskiego, że jego system organizacyjny i sposób działania nie mają sobie równych w Europie i na świecie. Dzierżawca Grävenitz był postacią rzeczywistą, a w archiwach pruskich zachowało się jego pismo do zarządcy królewskich dóbr, w którym żądał odszkodowania za to, że pałac królewski i mur otaczający sąsiednią winnicę zakłócają cyrkulację powietrza, przez co młyn pracuje mniej wydajnie. Odpowiedź na to pismo chyba się nie zachowała, ale faktem jest, że wkrótce potem Grävenitz wzniósł dwa młyny w innych lokalizacjach.

Młynarze w życiu i działalności Fryderyka Wielkiego odegrali niepoślednią rolę. W roku 1741, podczas pierwszej wojny śląskiej, podróżujący w nielicznym towarzystwie król został zaskoczony przez liczniejszy patrol austriacki i musiał szukać schronienia za kołem młyńskim u młynarza w Moszczance (Langenbrück). Młyn istniejący do 1945 roku, zwano odtąd Królewskim. W 1779 roku król przyjął na audiencji młynarza Christiana Arnolda, który dzierżawił młyn wodny w Pomorsku (Pommerzig), między Sulechowem, a Zieloną Górą. Poskarżył się on na niekorzystne dla niego wyroki sądów w sporze o wysokość opłaty dzierżawnej wnoszonej corocznie na rzecz właściciela okolicznych ziem – Gottfrieda Heinricha Leopolda von Schmettau. Gdy inny sąsiad przekierował strumień zasilający koło młyńskie do swoich stawów rybnych, młyn nie przynosił dochodów pozwalających, według młynarza, na ponoszenie dotychczasowych kosztów dzierżawy. Król, po zbadaniu sprawy, przyznał rację młynarzowi, lecz ani zamieszani w sprawę sędziowie, ani odpowiedzialny za sądownictwo w Prusach wielki kanclerz – Maximilian von Fürst und Kupferberg, nie zamierzali zmienić zapadłych orzeczeń. Fryderyk nie wykazał w tym przypadku wyrozumiałości. Kanclerz usłyszał żołnierska komendą: “Marsz stąd! Twoje stanowisko zostało już zajęte przez kogoś innego!” (Marsch! Seine Stelle ist schon vergeben!), a przedstawiciele Temidy trafili na rok do twierdzy. 

Ponieważ sędziowie nigdy nie cieszyli się nadmierną popularnością, wyrok był kontestowany tylko przez berlińską śmietankę towarzyską. Starzejący się monarcha już nie był dobrotliwym władcą i oświeconym legislatorem lecz, niczym współcześni populistyczni politycy, pokazał swe oblicze nadprokuratora. Jego wyroki zostały skasowane dopiero przez kolejnego króla na tronie pruskim. A ingerencji władców w działanie wymiaru sprawiedliwości formalnie zakazano dopiero w konstytucji Prus z 1850 roku.

Kajuta kapitańska na barce zacumowanej u brzegów jeziora Tiefer See była godnym miejscem zakwaterowania podczas wycieczki dla uczczenia 35 lecia wspólnej z Podziomkiem podróży przez życie. Wokół kołysały się zacumowane rozmaite łodzie i jachty. Z okien widać było zróżnicowaną zabudowę Schiffbauergasse – wbrew nazwie nie kryjącej w sobie stoczni, ani nie będącej uliczką – dzielnicy kultury z przemysłowo-wojskową przeszłością. Ponad nią kłuła niebo 84 metrowa wieża rezydencji senioralnej pod wezwaniem Ducha Świętego. Wezwanie, lokalizacja i wysokość wieży stanowią nawiązanie do stojącego nad brzegami Haweli kościoła, zniszczonego podczas alianckich nalotów w kwietniu 1945 roku. Prócz urozmaicenia panoramy miasta i, niewątpliwie, pożytecznej funkcji, kompleks raczej razi przytłaczająca architekturą. To tym dziwniejsze, że projektant pochodził z Włoch, a jego propozycję wybrano w międzynarodowym konkursie. Może jednak inwestor był wyjątkowo skąpy i oszczędzał na estetyce. Znacznie korzystniej prezentuje się położona na drugim brzegu jeziora wieża Flatowturm. Może dlatego, że za wzór posłużyła jej jedna ze średniowiecznych bram miejskich Frankfurtu nad Menem, a może – że zamieszkiwali w niej nie emeryci, lecz goście następcy tronu (późniejszego cesarza Wilhelma II). Jednak, abstrahując od porównań architektonicznych, najfajniej było wyjść cicho na pokład barki, by oddać się obserwacjom kaczek, łysek, perkozów i dzikich gęsi bujających się na wodach jeziora w samym środku, jakby nie było, stolicy Brandenburgii.

Toporna architektura kompleksu senioralnego pw. Ducha Świętego

Dzikie gęsi nad naszym hotelem na wodzie

Domy Berliner Vorstadt przeglądają się w tafli jeziora

Schiffbauergasse

Flatowturm upamiętnia w nazwie fakt, że dochody z królewskiego majątku w Złotowie posłużyły na jej budowę

Widok z okna kajuty kapitańskiej

Zaalarmowane córki dały nam znać, że jakiś facet zadzwonił do nich z numeru Podziomka twierdząc, że znalazł jej telefon komórkowy. Byliśmy już w okolicy cerkwi Aleksandra Newskiego, jakieś 10 minut od Belwederu na Pfingstbergu. Musieliśmy wrócić pod górkę, wzdłuż ogrodzenia cmentarza żydowskiego, ale dzięki szybkiej reakcji pracownika kasy, nie tylko odzyskaliśmy niezbędny w dzisiejszych czasach sprzęt, ale i wysłuchaliśmy fragmentu koncertu klezmerskiego trio. Pozostawieniu telefonu na ławce sprzyjały okoliczności. Wyniosły czworobok ceglanych ścian oporowych, poprzecinany łukowato sklepionymi niszami i porośnięty winobluszczem, otacza kwadratową sadzawkę, w której ciemnej toni odbijają się szczegóły niezwykłej architektonicznej zachcianki króla Fryderyka Wilhelma IV. Górą dziedziniec otaczają zadaszone kolumnady, mające na dwóch narożnikach niewielkie pomieszczenia. Jedno z nich, zdobione fantazyjnymi mozaikami, jest obecnie popularnym miejscem ceremonii ślubnych. Hohenzollernowie zaś przybywali tu dla podziwiania widoków i na herbaciane podwieczorki. Wprawdzie w owym czasie normą było ukrywanie funkcji użytkowych w atrakcyjnej, a zwodniczej formie architektonicznej, ale pomysłodawca nie kazałby wznieść tak okazałego kompleksu tylko po to, by ukryć w nim herbaciarnię. W planach miał budowę całej kaskady, po której wody spływały by ku kryjącym kolejne królewsko-cesarskie rezydencje Nowym Ogrodom. Czyli Belweder miał, przypuszczalnie, pełnić funkcję wieży ciśnień. Drzewa na stokach wzgórza rozrosły się jednak z latami tak, iż poza okresem zimowym, widoki są bardzo fragmentaryczne, ale dzięki temu wrażenia osób docierających do kompleksu wzmocnione są o efekt zaskoczenia. Jest to po prostu budowla klasy: Wow!

Belweder, czyli herbaciarnia ukryta w wieży ciśnień

Na pytanie, jak wygląda park Sanssouci, Podziomek rzuciła w słuchawkę: “Jak Łazienki, tylko bardziej!”. Nie chodzi tu wyłącznie o powierzchnię (500 vs. 76 ha), ale o nagromadzenie zabytków i pamiątek historii. Cóż, możliwości króla pruskiego w XVIII wieku znacząco przekraczały te, którymi dysponował jego polski odpowiednik. W Polsce Fryderyk Wielki kojarzy się głównie z armią i rozbiorami, tymczasem w Niemczech – kładzie się nacisk na walory reformatora państwa i króla filozofa. Nie przypadkiem w naszym hotelu na wodzie wisiała rycina przedstawiająca “Starego Fryca” grającego w pałacowej komnacie na flecie i mającego za słuchaczy swoje ulubione psy wylegujące się na fotelach. Odzwierciedla ona ambicje władcy, który miał się za znawcę i wyrocznię w dziedzinie kultury. To on zapoczątkował planowanie założenia parkowo-pałacowego w Poczdamie. Narzucał przy tym architektom własne rozwiązania, a w razie różnicy zdań potrafił wtrącić oponenta do karceru. Jego następcy nie chcieli być gorsi, nie tyle w traktowaniu architektów, ile w zakładaniu kolejnych otoczonych zielenią rezydencji. A że nawet największy pałac nie był traktowany jako założenie wielopokoleniowe, kolejne dzieci i ich małżonkowie budowali dla siebie nowe siedziby. Aż strach pomyśleć, ile mieliby pałaców, gdyby Niemcy nadal były monarchią. 

Mapa pokazująca posiadłości królewsko-cesarskie na tle Poczdamu. Przy okazji uzmysławia jaką część miasta zajmują wody. Fot. Tschubby, lic. CC BY-SA 3.0

Dzięki znacznej powierzchni ogrodów Sanssouci spacerowicze nie mają odczucia przeciskania się w tłumie. Chyba, że zdecydują się na wykupienie biletów i zwiedzanie wnętrz, chociaż i w tym przypadku dzienna liczebność gości jest odgórnie ograniczana. W każdym razie, okolice tutejszego Belwederu, czy Bażanciarni można uznać za wręcz odludne, a że ogrody wokół nich planowano w stylu angielskim, dzisiaj ma się wrażenie przebywania w brandenburskich lasach, a nie w centrum landowej stolicy. Ze spaceru, oprócz opalenizny, wynieśliśmy spostrzeżenie, że drzewka figowe rosnące na tarasach pod tytułowym pałacem, chronione są przed kaprysami klimatu przez umieszczenie w wyeksponowanych ku południowi wnękach muru oporowego, z których każda ma możliwość odcięcia od zewnętrznego świata przez zatrzaśnięcie przeszklonych odrzwi. Nowy Pałac, rzeczywista siedziba władców i miejsce sprawowania władzy przez królów pruskich i cesarzy Niemiec jest, w moim odczuciu, mniej ciekawy od równoległych budynków gospodarczych, zwanych Communs. Wprawdzie kryły one kuchnie, magazyny i mieszkania służby pałacowej, ale dla architektów ich rola polegała na efektownym zamknięciu dziedzińca paradnego rezydencji. Stąd zaprojektowali na przykład przykuwającą wzrok kolumnadę łączącą oba skrzydła budynku. Użytkownicy pałacu zyskali więc ciekawy widok ze swoich okien, a jego obsługa i tak miała za mało czasu na kontemplowanie długiej i nieco monotonnej fasady siedziby swego chlebodawcy. Dzisiaj, w budynku znalazł swoją siedzibę Uniwersytet Poczdamski. Nie jest on notowany w pięćdziesiątce najlepszych niemieckich uniwersytetów, ale w rankingu na atrakcyjność architektoniczną siedziby nie miałby kłopotu, by ulokować się w czołówce. Nie wielkością, ale wysmakowaniem neoklasycznej architektury oraz otaczającymi ogrodami, zauroczył nas pałac Charlottenhof. Zamieszkiwał w nim następca tronu – Fryderyk Wilhelm, później znany jako czwarty król pruski tychże imion. Za czasów jego panowania (lata 40-te i 50-te XIX w.) wzniesiono w Poczdamie i Berlinie wiele ciekawych budowli, a z jego osobistej inicjatywy zakończono budowę katedry kolońskiej. Co ciekawe, nazwa noworzymskiej willi nie upamiętnia żadnej koronowanej małżonki, czy córki, lecz Marię Charlottę von Gentzkow – właścicielkę dóbr zakupionych jako prezent bożonarodzeniowy od króla dla księcia i jego małżonki. 

Pałac Sanssouci od strony Wielkiej Fontanny. Imponujące tarasy porośnięte winoroślą i drzewkami figowymi

Oranżeria

Boczna, ale bardziej ciekawa fasada Nowego Pałacu

Charlottenhof, czyli wariacja na temat rzymskiej willi

Paradna, choć mniej fotografowana, fasada pałacu Sanssouci

Kolejny Belweder

Uniwersytet Poczdamski, czyli dawne budynki gospodarcze pałacu

Ogrody pałacu Charlottenhof

Ogród angielski pod Belwederem

Malowniczo położony między jeziorami Heiligersee i Jungfrausee park Nowe Ogrody skrywa dwa pałace: Marmurowy i Cecilienhof. Ten pierwszy zbudowano z inicjatywy następcy Fryderyka Wielkiego – króla Fryderyka Wilhelma II. Władca był członkiem kilku lóż masońskich, a jego wolnomularska skłonność do tajemniczych rozwiązań znalazła odzwierciedlenie w architekturze pomniejszych budynków użytkowych. I tak piramida skrywała dworską chłodnię, świątynia rzymska – kuchnię, domek gotycki – królewską bibliotekę, a za egipska fasadą hodowano rośliny ciepłolubne. Stojąc na tarasie od strony jeziora i podziwiając odbicie w wodzie subtelnych detali architektury pałacu trudno zrozumieć, co przyświecało decydentom z czasów NRD, którzy umieścili tu muzeum sprzętu wojskowego używanego przez stojącą na straży pokoju Narodową Armię Ludową. Drugi z pałaców – Cecilienhof mógł być znany wyłącznie z tego, że był chronologicznie ostatnim zbudowanym przez Hohenzollernów, gdyby nie fakt, że radzieccy zdobywcy dostrzegli w nim potencjał do przeprowadzenia pod jego dachem konferencji mającej zdecydować o losie pokonanej III Rzeszy w 1945 roku. Odbyło się tu więc rytualne malowanie trawy na zielono, ale też dokonano nasadzeń na, istniejącej do dzisiaj, rabacie w kształcie i kolorze czerwonej gwiazdy oraz zwieziono meble z innych pałaców w Poczdamie. No, a potem podzielono Niemcy na strefy okupacyjne, z których jedną, całkiem nieformalnie i bezterminowo, obdarowano Polskę. W nie odwiedzonych przez nas wnętrzach znajduje się akcent związany z naszym krajem. Reprezentacyjne schody z części oficjalnej do prywatnej pałacu, były podarunkiem dla następcy tronu od miasta Gdańska. Dlaczego właśnie Gdańska? Ano, następca tronu był tytularnym dowódcą tamtejszej jednostki kawalerii, tzw. huzarów śmierci, o czym pisałem w jednym z wcześniejszych wpisów. Chichotem historii jest, że w obiekcie wzniesionym dla miłośnika angielskiej architektury epoki Tudorów, dwóch Anglosasów i jeden komunista pochowali ostatecznie niemieckie marzenia o panowaniu nad światem. 

Domek Gotycki (biblioteka) i Pałac Marmurowy ulokowane są nad samym brzegiem jeziora

Egipska fasada Oranżerii

Piramida skrywała pałacową chłodnię

Meierei, czyli od mleczarni przez stację pomp do mini browaru i pubu

Pałac Marmurowy od strony gdzie za NRD eksponowano wyposażenie wojskowe

Pałac Cecilienhof, dziedziniec z kwietną gwiazdą. Fot. Sveter, lic. CC BY-SA 2.5

Pałac Cecilienhof od strony jeziora

I od strony parku

Schody – podarunek od miasta Gdańska (ówcześnie Danzig), fot. A. Lange, źródło: spsg.de/schloesser-gaerten/ objekt/schloss-cecilienhof

Poczdam, to nie tylko królewsko-cesarskie pałace. To bardzo przyjemne i harmonijnie zabudowane miasto, gdzie co zamożniejsi mieszkańcy w swoich willach na Berliner Vorstadt mogą się cieszyć widokiem na monarchiczne założenia pałacowo-parkowe. To miasto, gdzie trzy bramy miejskie nie służyły nigdy jego obronie, lecz wedle miejscowej anegdoty miały wyłącznie umożliwiać kontrolę żołnierzy lokalnego garnizonu i odstraszać ich od pokusy dezercji. To, oczywiście, jest miejska legenda. Miasta powstałe w okresie baroku, np. mój rodzinny Białystok, nie były otoczone murami, a w bramach zazwyczaj pobierano opłatę targową od przybywających tu kupców. Oświeceni władcy sprowadzali kolonistów z różnych części Europy, czego śladami w Poczdamie są: kwartał holenderski, którego zabudowa całkiem udanie imituje architekturę Niderlandów; dzielnica tkaczy czeskich, znana zresztą do 1934 roku, jako Nova Ves oraz Alexandrovka, czyli potiomkinowska wioska z zatopionymi w zieleni ogrodów drewnianymi domami, zbudowana dla muzyków, których car Aleksander II podesłał, ku umileniu wolnych chwil, swojemu pruskiemu kuzynowi. Jest tu gdzie przysiąść na kawę i lody – tu polecają się okolice Luisenplatz – jak i zrobić zakupy na Brandenburger Str. My na obiad wybraliśmy pobliską restaurację w dawnych stajniach ułanów ze straży pałacowej. Karmią tam bez polotu, ale porcje są solidne, a ja, jako miłośnik jeździectwa, mam słabość do postajennych wnętrz. Restauracja w pobliżu nowej siedziby teatru, ze względu na kształt dachu, porównywanego do gmachu opery w Sydney, to już zupełnie inna liga. Z ponad stołu zastawionego wyrafinowanymi propozycjami szefa kuchni, można podziwiać ruch jednostek żeglujących po jeziorze, a samemu być obserwowanym przez mewy, a nawet czaple siwe przysiadające na sterczących z wody palach.

Zabudowa willowa Berliner Vorstadt

Podwórko w kwartale holenderskim

Brandenburger Str. z kościołem katolickim w tle

Odbudowany Pałac Miejski

Ewangelicki kościół św. Mikołaja

Zabudowa willowa Berliner Vorstadt

Zupełnie jak w Niderlandach

Brama Brandenburska w Poczdamie jest starsza od berlińskiej imienniczki

Friedrich Ebert Str. z Nową Bramą w tle

XII-wieczna mozaika z kościoła w Murano trafiła do kościoła Pokoju na skraju Parku Sanssouci


Nasz boathotel miał jedną wadę – był na stałe zacumowany do nabrzeża. Chcąc temu zaradzić, wybraliśmy się na półtoragodzinną wycieczkę statkiem, w trakcie której mogliśmy z jeziorowo-rzecznej perspektywy poznać zabytki miasta, do których nie dotarliśmy na piechotę. W ten sposób zobaczyliśmy pałac w Babelsbergu i kościół Zbawiciela w Sacrow, kasyno w Parku Glienicke oraz wiodący do tej dzielnicy słynny most szpiegów. Co prawda, właśnie na czas tej wycieczki niebo zasnuło się chmurami, ale brak słońca rekompensowały nam jaskrawo kwieciste stroje grupy Koreanek, które na statku celebrowały jakąś grupową uroczystość. Początek i koniec tej wycieczki wypadał na przystani przy Lange Brücke. Ta okolica była najmocniej zniszczona podczas nalotów i szturmu na miasto w 1945 roku. Niemcy, zarówno wschodni jak i zachodni, nie mieli zaraz po wojnie tak nabożnego stosunku do odbudowy zabytków, jak Polacy. Tak więc rekonstrukcję rozpoczęto dopiero 20 lat po wojnie, starannie przy tym pomijając obiekty kojarzone z pruskim dziedzictwem. W ten sposób rozebrano pozostałości najstarszego, bo pochodzącego z końca XVII wieku, Pałacu Miejskiego, na którego miejscu planowano budowę teatru. Zjednoczenie Niemiec przyniosło nowe podejście do kwestii rekonstrukcji zabytków. Odbudowano pomniejsze obiekty w kompleksach pałacowo-parkowych; w odtworzonym Pałacu Miejskim ulokowano Landtag Brandenburgii, a obecnie na ukończeniu jest odbudowa kościoła garnizonowego. Towarzyszyły temu dyskusje równie burzliwe, jak w przypadku warszawskiego Pałacu Saskiego. Gdy jednak budowa dobiegła końca, budynki wpisały w się w miejski krajobraz, a ulokowane w nich instytucje rozpoczęły funkcjonowanie, emocje opadły i dostrzeżono w nich urbanistyczną korzyść. Jeśli mogło się tak zdarzyć w Poczdamie, to może i w Warszawie. Czego doczekania sobie i wszystkim życzę.

Pałac Babelsberg

Kościół Zbawiciela w Sacrow

Kasyno w Parku Glienicke

Kongsnæs – Cesarska Stacja Żeglarska zarówno nazwą jak i architekturą nawiązuje do wzorców norweskich

Kategorie
Polska

Babia Góra, czyli nocny spacer w chmurach

Z mego okna widać chmury     
Na skalistych grzędach                 
Przetrę szybę ciepłą dłonią  
razem z nimi siędę (…)

Z mego okna widać potok Doliną, doliną, Dumnych smreków las szeroki, Mgły w kosodrzewinach (…)

Te słowa piosenki Orawa Andrzeja Wierzbickiego chodziły za mną podczas czterodniowego wyjazdu do Zawoi pod Babią Górą. Za oknem pensjonatu szumiały wody potoku Jaworzynka, a za nimi mieliśmy “smreków las szeroki”. Natomiast od frontu budynku wysoko, ponad drogą i domami osiedli Podryzowane i Ryzowane widać było, częściowo, główny grzbiet Babiej Góry. Częściowo, bo przez cały pobyt ciążyła na nim pokaźna czapa chmur. Czasami skrywała ona tylko najwyższą w całym paśmie kulminację Diablaka, kiedy indziej rozrastała się na boki lub zjeżdżała po stromych zboczach pasma ku dolinom. Prognozy pogody, niezależnie od ich źródła, raczej się nie sprawdzały. Zapowiadane trzy dni burz skurczyły się do trwających pół godziny grzmotów, a równie długotrwałe deszcze – do 30 minut jednego i 4 godzin kolejnego dnia. W każdym razie, Babia Góra  udowadniała nam prawdziwość swoich, popularnych wśród turystów przezwisk, takich jak “Kapryśnica”, czy “Matka Niepogód”.

Nad potokiem Jaworzynka

Grzbiet Babiej Góry widoczny nad współczesną zabudową Podryzowanego

Na Babią po raz pierwszy wszedłem z ojcem w 1968 roku. I to od razu bez taryfy ulgowej – ze schroniska na Markowych Szczawinach na szczyt Diablaka najśmielej poprowadzoną Akademicką Percią. W pamięci na zawsze pozostał mi szum spadających w dół zboczy rozlicznych strumieni, olbrzymie “na chłopa” paprocie, pod którymi, jako dziewięciolatek, czułem się niby Staś Tarkowski pod palmami, a w końcu skalne półki i uskoki, które pokonywało się przy pomocy łańcuchów i metalowych klamer. Chociaż zauroczony, już wówczas trzeźwo dostrzegłem możliwość obejścia najstromszych partii naokoło, jak też fakt, że stoki ku północy opadały stromo, a ku Orawie łagodnie. Bywałem potem w górach wyższych i o bardziej alpejskim charakterze, ale, że pierwsza miłość nie rdzewieje, dla Babiej Góry miałem już zawsze ciepłe uczucia. Byłem na niej jeszcze kilka razy w latach osiemdziesiątych XX wieku. Potem już tylko jeździłem w okolicy na nartach lub przywoziłem do Zawoi ukraińskie grupy, którym pokazywałem miejscowe rozwiązania z dziedziny ochrony środowiska. Aż do tego roku, kiedy uświadomiłem sobie, że co to za miłośnik Babiej, który nie zaznał nocnej wędrówki, by spotkać wschód słońca na szczycie Diablaka. Podziomek łaskawie odniosła się do mojego kaprysu i zadeklarowała uczestnictwo. W ten sposób trafiliśmy nad potok Jaworzynka w Zawoi.

Nocne niebo nad przełęczą Krowiarki skrzyło się od gwiazd. Nie przesłaniała ich ani jedna chmura. Było 30 minut po północy, kiedy wyruszyliśmy na szlak, pozostawiając samochód na położonym już na orawskich zboczach parkingu. Mimo, że był to środek długiego bożociałowego weekendu, był on prawie pusty. Parking górny, położony na samej przełęczy, był zajęty w większym stopniu. Z jednego z pojazdów wyładowywała się krzykliwa grupka mężczyzn. Przyśpieszyliśmy kroku, by móc cieszyć się odgłosami nocnego lasu niezakłóconymi ludzkimi głosami. Przez poprzednie dwa dni przeczytaliśmy cały, 370 stronicowy kryminał, którego akcja toczy się w Zawoi. Jego bohaterowie, prócz tego, że ginęli spadając w przepaść, co i rusz napotykali dzikie zwierzęta. Musiałem Podziomkowi tłumaczyć, że ludzie ginęli na Babiej głównie z wyczerpania i wychłodzenia, a ruch turystyczny od dawna był na tyle duży, że zmuszał żyjącą tu zwierzynę do bardzo skrytego trybu życia. I rzeczywiście, przez blisko 2 godziny marszu Górnym Płajem do schroniska na Markowych Szczawinach słyszeliśmy tylko pohukiwania puszczyka, pod nogami plątały nam się bezmuszlowe ślimaki pomrowy, a w świetle czołówek przelatywały ćmy i inne owady. Początkowo między drzewami błyszczały światła Policznej i okolic kolejki krzesełkowej na Mosorny Groń. Później jednak zapanowały ciemności przerwane dopiero błyskiem latarek trzech osób przygotowujących się na Zakręcie Ratowników do wejścia na Akademicką Perć. Wkrótce dotarliśmy do schroniska, gdzie urządziliśmy sobie krótki postój. To nowy budynek, oddany do użytku w 2009 roku. Fajnie, że można doń wejść w środku nocy, czy skorzystać z toalety. Wędrowcy mojej generacji brakowało jednak zapachu drewnianych belek (nowy budynek jest murowany), a także pewnej zaciszności charakterystycznej dla dawnych schronisk. Tam, co do zasady, wchodziło się najpierw do świetlicy/stołówki, podczas gdy my znaleźliśmy się w rodzaju betonowego, wysokiego na trzy kondygnacje szybu, u szczytu którego znajduje się suszarnia odzieży. Z rzeczonego szybu dopiero różne korytarze, schody i drzwi prowadzą do pozostałych pomieszczeń schroniska.

Markowe Szczawiny – stare schronisko, fot. Jerzy Opioła, CC BY-SA 3.0

Markowe Szczawiny – nowe schronisko, fot. Jerzy Opioła, CC BY-SA 3.0

Szlak spod schroniska na przełęcz Brona jest najłagodniejszym podejściem od północy na grzbiet pasma babiogórskiego. Jest to rodzaj wyłożonego kamieniami chodnika, w górnej części przechodzącego w schody. Tu nasze tempo zmniejszyło się do wskazanego na kierunkowskazach, bo co chwilę przystawaliśmy dla złapania oddechu. Zanikający szum źródliskowego odcinka potoku Markowego i pojawienie się pierwszych krzaków kosodrzewiny były sygnałem zbliżania się do przełęczy. Postój na niej nie trwał długo, gdyż zaczęły nas omiatać podmuchy dość chłodnego wiatru. Nie mogliśmy z pełnym przekonaniem stwierdzić, czy wilgoć na naszych okularach, to osadzające się kropelki mgły, czy też para unosząca się z naszych rozgrzanych podejściem ciał. W dole widać było długi wąż świateł ciągnącej się doliną Skawicy Zawoi. Gdy jednak pokonaliśmy ostatni stromy uskok doprowadzający nas w rejon Kościółków, widok na wieś zniknął za chmurami. Ciemność od czasu do czasu przeszywał tylko błysk czołówek osób, które wyruszyły na szczyt później od nas. Kościółki, to najbardziej urwista część północnych zboczy Babiej Góry. Brak widoczności nie pozwolił nam jednak na zajęcie stanowiska, czy ich rzeźba jest rezultatem działania lodowca, czy też erozji. Ostatnie kilkadziesiąt metrów podejścia pokonywać trzeba po skalnym rumowisku. Zajęci wynajdywaniem bezpiecznego oparcia dla stóp prawie przeoczyliśmy, że ciemność ustępuje dniu. Wśród mgły dały się słyszeć głosy, a po chwili dostrzegliśmy też ludzkie sylwetki. Była 4:00 rano, a my, miast w ciepłym łóżku, witaliśmy kolejny dzień na wysokości 1725 m. npm.

Widoczność nie była większa, niż 50 metrów. Mimo to, ulokowawszy się za za kamiennym wiatrochronem, grzecznie czekaliśmy kolejne 35 minut, po których powinien nastąpić wschód słońca. Dopiliśmy resztki herbaty z termosu, zagryzając batonikiem energetycznym. Nałożyliśmy kolejną warstwę odzieży, a nawet przykryliśmy się folią termiczną. Większość zgromadzonych na szczycie osób zachowywała się podobnie. Dysonans stanowili górscy maratończycy, którzy wkrótce po nas pojawili na Diablaku. Ubrani, jak na stadion, z minimalnej wielkości plecaczkami, sprawiali dosyć żałosne wrażenie. Co ciekawe, organizatorzy tego wyczynu zajmowali się wyłącznie mierzeniem czasu, nie dbając zupełnie o zabezpieczenie komfortu energetycznego uczestników. Na szczęście, tak jak znienacka się pojawili, tak szybko znikali. Był to chyba tylko punkt pośredni ich biegu. I dzięki Bogu! Uczestnictwo w akcji ratowania życia, zamiast doznań przy wschodzie słońca, byłoby zmianą naszych planów ze wszech miar niepożądaną!

Świt na szczycie Diablaka

Kierując się ku Sokolicy, najbardziej na wschód wysuniętej kulminacji pasma Babiej Góry, wykazaliśmy się swoistą oryginalnością, bo większość nocnych gości “Królowej Niepogód” wybrała zejście w przeciwną stronę. Na szlaku było więc stosunkowo pusto. Dzięki czemu słychać było głosy siwerniaków, płochaczy halnych, czy kopciuszków, zamieszkujących tę surową krainę. Pomiędzy kamieniami kwitło mnóstwo sasanek alpejskich i zawilców narcyzolistnych. W gęstej mgle grupki skalne na Gówniaku (Wołowych Skałkach) nabierały tajemniczej malowniczości. Wrażenie potęgowało, że nie sposób było ocenić ich wysokość, gdyż podstawa ginęła w mlecznych oparach. Podmuchy wiatru rozrywały od czasu do czasu chmurowy płaszcz, a w jego lukach pojawiały się widoki, a to na Małą Babią (Cyl – 1515 m. npm.), a to na Policę (1369 m. npm.). Tę ostatnią liznęły nawet promienie słońca, które kolejny raz pokazało się tego dnia dopiero ku wieczorowi. Pomiędzy Sokolicą a Kępą, jeszcze w piętrze kosodrzewiny wzdłuż ścieżki rosną osobliwie zdeformowane przez wiatr limby. Są to rezultaty nasadzeń gatunku uznanego za symbol alpejskości (Towarzystwo Tatrzańskie już w 1880 roku wpisało do statutu obowiązek ochrony limby). Ze wszystkich posadzonych na Babiej Górze, najlepiej mają się te przy schronisku na Markowych Szczawinach, gdzie rosną na wysokości poniżej 1200 m. npm. Ekstremalne warunki graniowe raczej im nie posłużyły. Ale przynajmniej żyją walcząc o przetrwaniem, która to sztuka nie udała się pstrągom, którymi swego czasu zasiedlono największy z babiogórskich zbiorników wodnych, bezodpływowy Mokry Stawek przy wschodnim krańcu Górnego Płaju. Ponieważ park narodowy zamknął dla prac konserwatorskich szlak z Sokolicy na przełęcz Krowiarki, przyszło nam jeszcze pokonać 350 metrów w dół, po kamiennych schodach z Sokolicy ku Zakrętowi Partyzantów. Było to spore wyzwanie dla naszych nieco już zmęczonych stawów kolanowych. O ósmej rano dotarliśmy do czekającego na parkingu samochodu. W pensjonacie czekało śniadanie, po którym zaplanowaliśmy kilka godzin snu.

Zawilec narcyzolistny rośnie pod samym szczytem

Słupek graniczny z lat 1939-45 służy jako stabilizator ścieżki

Chwilowy widok w kierunku Małej Babiej Góry

Limba przy ścieżce z Kępy na Sokolicę

Podobnie jak różeniec górski

Wołowe Skałki

Chwilowy widok w kierunku Sokolicy (na pierwszym planie) i Policy (na horyzoncie)

Powalone drzewo na zboczach Sokolicy

Nie należymy do generacji, która praktykuje nocną podróż samochodem z miejsca zamieszkania w góry, by o świcie znaleźć się już na szlaku, a wieczorem dotrzeć z powrotem do domu. Dlatego przed nocnymi wyczynami zaplanowałem dwie wycieczki aklimatyzacyjno-rozruchowe. Pierwsza, z zawojskiego osiedla Wełcza na Jałowiec, najwyższe wzniesienie Pasma Przedbabiogórskiego (1111 m. npm.), skąd przez Czerniawę Suchą i przełęcz Klekociny wróciliśmy z powrotem do Wełczy. Przyjemna, nie nazbyt stroma trasa wiodła początkowo przez widokowe polany, później przez ładny las bukowy. O ile z podejścia widać było głównie pasmo babiogórskie, o tyle z rozległej polany szczytowej Jałowca otworzyły się dalekie widoki na Pilsko, Romankę i Beskid Śląski. Na polanie tej znajduje się drewniany schron, w którym można przeczekać deszcz, a nawet od biedy przenocować. Znaleźliśmy w nim księgę wejść, o dziwo, obfitująca w bardziej lub mniej rozbudowane wpisy osób odwiedzających Jałowiec. Wydawać by się mogło, że lepszym miejscem na taką inicjatywę byłby szczyt Diablaka, ale tam ze względu na parkowe restrykcje trudno byłoby postawić stosowny schowek, a jego utrzymanie w skrajnych warunkach klimatycznych byłoby też bardziej kosztowne. Las na grzbiecie był bardzo przerzedzony, pewno ze względu na zanieczyszczenie powietrza docierające tu ze Śląska. Natomiast zejście w dolinę Wełczówki pozwoliło nam odświeżyć sprawność dendrologa w rozróżnianiu świerka od jodły. 

Druga wycieczka skrajem parku narodowego poprzez kolejne grzbiety i dolinki doprowadziła nas aż do osiedla Czatoża. Na pierwszym z grzbietów, spod spiętrzenia zwanego Kwiatek (to raczej określenie dwóch znajdujących się pod samym grzbietem zabudowań, pewno pochodzące od nazwiska właściciela), powinniśmy mieć widok na cały grzbiet Babiej Góry od Krowiarek na wschodzie, po przełęcz Jałowiecką na zachodzie. Rzeczone przełęcze, rzeczywiście mogliśmy zobaczyć. Pomiędzy nimi natomiast kotłowało się ogromne chmurzyko, które właśnie w tym czasie zdecydowało się wyciągnąć swoje wypustki w kierunku Zawoi. Cóż, pozostały nam widoki ku wschodowi, na Mosorny Groń i całkiem pokaźny Cyl Hali Śmietanowej. Mimo to, bardzo przyjemnie wspominam tę wycieczkę. Raz, że właśnie w jej trakcie natknęliśmy się na jelenia, a to już pierwsza liga polskiej fauny. Dwa, że nasza trasa zahaczała o przykłady ciekawej architektury, w postaci otoczonej ogrodem roślin babiogórskich, drewnianej siedziby parku narodowego w osiedlu Barańcowa oraz zespołu wolnostojących piwniczek i, służącej niegdyś odstraszaniu burz, dzwonniczki loretańskiej w Czatoży. Piwniczki w Czatoży bardzo przypominają te ze Słowacji i Węgier, służące przechowywaniu sprzętu do uprawy winorośli i winobrania. Mimowolnie rozglądałem się po stokach za winnicami zapominając, że na północnych stokach Karpat uprawiano raczej ziemniaki i owies.

Widok w kierunku Babiej Góry z podejścia na Jałowiec

Widok na Pilsko z polany podszczytowej Jałowca

Schron na Jałowcu

Widok w kierunku Mosornego Gronia (z wieżą widokową) i Cylu Hali Śmietanowej

Ikoniczne trzy piwniczki w Czatoży

Dwukondygnacyjna piwniczka w Czatoży

Grzbiet na wschód od Jałowca porośnięty jest piękną buczyną

Widok z Jałowca na Czerniawę Suchą

Tradycyjna chałupa w osiedlu Kwiatek

Dzwonniczka loretańska w Czatoży

Kapliczka zbójnicka w Policznem

Fakt, że do roli architektonicznego symbolu Zawoi urastają obiekty tak utylitarnego przeznaczenia pokazuje, że miejscowość, mimo posiadania od 1927 roku statusu wypoczynkowo-klimatycznego, nigdy nie osiągnęła pozycji Zakopanego, czy Krynicy. Tu do bardzo niedawna podstawą egzystencji była praca na roli i w lesie. Nie znaczy to, że nie znajdziemy tu przykładów ciekawej tradycyjnej architektury mieszkalnej, kurortowej, czy sakralnej (słynne zawojskie kapliczki!), tyle że są one utkane, jak rodzynki, w cieście typowych góralskich, stromodachowych, murowańców. Rosnąca rola turystyki przejawia się w coraz liczniejszej obecności domów na wynajem, z których część stara się pogodzić estetykę domu podhalańskiego górala ze staropolskim dworkiem, zbliżając się niebezpiecznie do poziomu domostwa Gargamela. Ruch budowlany jest w Zawoi całkiem spory. Równocześnie jednak, przykłady pomyłek w biznesplanach, takie jak ośrodek wypoczynkowy Górnik, karczma Koliba, czy hotel Lajkonik, stoją latami opuszczone przy głównej drodze biegnącej przez wieś. W porównaniu z naszym zimowym pobytem w 2006 roku, gdy właściciele miejscowych karczm byli strofowani przez administratora regionalnego portalu za prowadzenie wobec siebie czarnego PR, liczba lokali gastronomicznych jednak wzrosła. Szczególnie dotyczy to ciastkarnio/kawiarni, dzięki czemu mogliśmy, zszedłszy z górskiego szlaku, cieszyć się z posiadówek nad małą czarną. 

Dworzec Babiogórski nadal służy celom komercyjnym

Siedziba Babiogórskiego Parku Narodowego

Kapliczka w Podryzowanym

Kościół św. Klemensa w Zawoi Centrum

Stary budynek w Czatoży

Zabudowa kurortowa (Willa Podhalanka) w Zawoi Górnej

Rankiem w dniu wyjazdu zawitaliśmy do Mosornego. Położone w bocznej dolince osiedle, ma status jednego z sześciu zawojskich sołectw. Znajduje się tam czarująca drewniana kapliczka, której prawie 120 letnia historia jest pięknym przykładem samodzielności  mieszkańców w zaspokajaniu swoich potrzeb duchowych, jak też swoistej autonomii wobec reszty wsi. Powstała z inicjatywy i na gruncie jednego z miejscowych gospodarzy i jest utrzymywana, remontowana i upiększana siłami lokalnej wspólnoty wiernych. Oficjalny kościół zapewnia wyłącznie obsługę liturgiczną. Architektoniczną ciekawostką jest, że fasadę kapliczki zdobią drewniane, ludowe rzeźby znacznie starsze od samego obiektu, bo pochodzące z lat 70-tych XVIII wieku. 

W górę doliny potoku Mosornego, w lesie, znajduje się ciekawy wodospad. Jak to w Beskidach, nie imponuje on wysokością (ok. 6 metrów), ani ilością spadającej wody. Za to jego bezpośrednie otoczenie, to prawdziwa brama skalna, wyższa nad poziom uskoku o jeszcze parę metrów. Skała spękana jest poprzecznie, a jej poszczególne elementy są, a to wysunięte, a to zagłębione, sprawiając wrażenie zbudowanej ręka olbrzyma ścianki wspinaczkowej. Jeśli postanowimy dotrzeć do wodospadu od miejsca załadunku drewna na końcu biegnącej przez osiedle drogi, natkniemy się na jeszcze jeden skromniejszy, bo półtorametrowy, wodospadzik. Podobno, ponad główną kaskadą są także pomniejsze stopnie wodne. Tam jednak dotrzeć jest znacznie trudniej. Dla porządku, bo speleologia to nie moje klimaty, trzeba wspomnieć, że w sąsiadującej z Zawoją Skawicy, na stokach Policy, odkryto najdłuższą w Beskidach, ponad 400 metrową jaskinię. Jako, że jej wylot przypomina borsuczą norę, historia jej eksploracji jest stosunkowo krótka, ale na chłopski rozum należało oczekiwać, że tam, gdzie góry wznoszą się najbliżej nieba, tam jaskinie sięgają daleko w głąb ziemi.

Kapliczka w Mosornem

Wodospad na Potoku Mosornym

Dolna kaskada wodospadu

Fasadę kapliczki zdobią 135 lat starsze rzeźby

Potok przelewa się przez prawdziwą skalną bramę

Miejscowości położone w polskich górach starają się realizować strategie rozwoju prowadzące, w uproszczeniu, ku uzyskaniu pozycji i roli uzdrowiska, bądź Zakopanego. Uzdrowiskiem nie zostaje się jednak bez zasobów wód mineralnych. Zostaje więc Zakopane, które przeszło drogę od góralskiej wioszczyny do zimowej stolicy Polski. Zawoję ta droga kusi w najbardziej naturalny sposób. Grzbietowo położone osiedle Przysłop bywa zwane zawojską Gubałówką. Prekursor turystyki pod Babią Górą, Hugo Zapałowicz, to zawojski odpowiednik Chałubińskiego, a jego wierny przewodnik Wawrzyniec Szkolnik, to ani chybi Sabała. Za przykładem Zakopanego, działalność turystyczna koncentrowała się w budynku zwanym dworcem babiogórskim. To jednak tylko powierzchowne podobieństwa. Zapałowicz nie wiódł w góry gości przy muzyce góralskiej kapeli. Szkolnik był wiejskim nauczycielem i etnografem amatorem, a nie skrzypkiem – lekkoduchem. W Dworcu Babiogórskim funkcje komercyjne przeważały zawsze nad kulturowymi. Zresztą stolica, nawet zimowa, może być tylko jedna. A rozciągnięta na kilkanaście kilometrów w dolinie Skawicy wieś, nawet z ukształtowania terenu nie nadawała się na miasto. Jednak dzięki temu, że kultura górali babiogórskich nie została inkorporowana przez pełnych admiracji gości, zachowała więcej oryginalnych form, niż w przypadku górali podhalańskich. Jedyne co rzeczywiście upodobnia Zawoję i Zakopane, to pogoda. Niczym w starej anegdocie: “Ostatnie trzy dni spędziłem w Zakopanem. I co tam słychać w Tatrach? Nie wiem, nie widziałem zza chmur”.

Kategorie
Polska

Nie tylko bagna, czyli odwiedziny w dolinie Górnej Biebrzy

Przez szparę w drzwiach wdarł się z nagła promień jaskrawego światła. Zerknąłem na zegarek. Fosforyzujące wskazówki wskazywały godzinę, bez mała, pierwszą w nocy. Z sąsiedniego pomieszczenia dochodziły przytłumione odgłosy rozmowy. Po chwili rozległo się stukanie do drzwi. Zafrasowany gospodarz wydukał: “Milicja chce z wami porozmawiać!” Faktycznie, w kuchni za stołem siedziało dwóch osobników, jednak żaden nie był w mundurze. Trochę mnie to zdziwiło, ale postanowiłem z nimi porozmawiać, ze względu na gospodarza. Panowie w dosyć napastliwym tonie dopytywali się, czy byliśmy na Dębcu. Uroczysko Dębiec znajduje się na Bagnach Biebrzańskich, przy ujściu Jegrzni do rzeki Ełk. Obecnie można tam dotrzeć szlakiem turystycznym wyznaczonym przez Park Narodowy i jest to jedno z najbardziej odległych od sadyb ludzkich miejsce w całym Parku. Jednak kiedyś mieszkali tam ludzie. Według mapy WIG z 1929 roku były tam dwa gospodarstwa. W 1984 roku, gdy zdarzyła się opisywana sytuacja, wznosił się tam jeszcze jeden, opuszczony, acz pozostający w stosunkowo niezłym stanie, budynek. Wyjaśniłem więc, że owszem, przechodziliśmy w pobliżu, ale nie przekroczyliśmy rzeki Ełk, za którą znajdowała się chata. Panowie sprawiali wrażenie, że przygotowali sobie tylko jedno pytanie, co wyraźnie ich denerwowało. W coraz bardziej napiętej atmosferze zażądali okazania dokumentów. 

Tu przypomniałem sobie zawartość poradnika “Jak zachowywać się w razie zatrzymania przez MO?” – pozycji cieszącej się  pewną popularnością w czasach dopiero co zakończonego stanu wojennego i wyjaśniłem, że wylegitymuję się tylko umundurowanemu lub posiadającemu stosowne dokumenty milicjantowi. Panowie nieco się unieśli, lecz wobec mego uporczywego trwania przy swoim stanowisku, opuścili dom odgrażając się, że rano przyjadą większą i, a jakże, umundurowaną gromadą. Mimo tego, noc minęła spokojnie. Rano gospodarz przyznał, że osobników tych widział po raz pierwszy w życiu i wyraźnie pokrzepiony naszym aktem oporu wobec władzy, wyciągnął z szafy album ze zdjęciami. Wskazał na jedno, z młodym mężczyzną pozującym dumnie przed wypełnioną wiktuałami, gargantuicznych rozmiarów, lodówką. “To jest mój syn!” wyjaśnił, “On jest w Ameryce, a ja nikogo się boję!”. Do dzisiaj zastanawiam się, dlaczego nasza obecność w pobliżu opuszczonej chaty mogła kogoś zaniepokoić do tego stopnia, że odszukał nas w środku nocy, w sąsiedniej wsi Kapice. Doświadczenie z Puszczy Knyszyńskiej podpowiada, że obfitujące w wodę bezludzie, to idealne miejsce na zainstalowanie bimbrowni. Produkcja “księżycówki” domaga się zaś dyskrecji!

Kapicka przygoda zdarzyła się podczas jednego z organizowanych przez wydziałowy Klub Turystyki Przyrodniczej (o jego działaniach przeczytacie też tutaj) zimowych pochodów długodystansowych. Tego roku wędrowaliśmy wzdłuż Biebrzy, od Lipska po Strękową Górę. Tylko przez pierwsze dwa dni cieszyliśmy się warunkami zimowymi. Potem nastała odwilż, która zmusiła nas do pozostawienia biegówek na plebanii w Sztabinie i dalszej wędrówki na piechotę. Podczas tych dwóch, zimowych, dni trafiliśmy do Trzyrzeczek. Początkowo nawet nie do samej wsi, lecz do leśniczówki o tej nazwie. Gdy jednak między leśniczym, a jego małżonką rozgorzał spór o to, czy celem naszej wizyty nie jest przypadkiem ograbienie i pozbawienie życia gospodarzy, ewakuowaliśmy się do wsi. Miejscowy sołtys ze zrozumieniem przyjął nasze tłumaczenie i znalazł nocleg w którymś z gospodarstw.

I oto po 39 latach, w długi majowy weekend trafiłem, tym razem w nieco liczniejszym, bo sześcioosobowym gronie, do Trzyrzeczek. Nie musieliśmy zdawać się na sołtysa – czekał na nas zarezerwowany zawczasu domek. Ku uciesze 17 miesięcznej uczestniczki wyjazdu, w kompleksie, prócz sauny i miejsce na grilla, był też plac zabaw. Charakterystyczny, acz zaskakujący, był niemal zupełny brak kontaktu z gospodarzami. Przywitał nas jedynie 10-12 młodzieniec, który wręczył nam klucze do domku, a pożegnały tylko ich miłe psiaki. Próby kontaktu telefonicznego były konsekwentnie ignorowane. Prócz tego jednak, na miejscu było pełne wyposażenie, pozwalające w komforcie przeżyć pięciodniowy pobyt. Nie byłem już w stanie rozpoznać domu, w którym nocowaliśmy przed laty. Może dlatego, że większość obecnych zabudowań wsi jest młodsza, a w kilku drewnianych chatynkach nikt już nie mieszka. Trzyrzeczki są też rzadkim w dzisiejszych czasach przykładem wsi, do której nie prowadzi żadna utwardzona droga. Po kilku dniach korzystania z takiej nawierzchni nasze automobile były pokryte grubą warstwą beżowego pyłu. Co ciekawe jednak, jeździło się po tych drogach równiej, niż po kilku asfaltowych powiatówkach, które nie doczekały się jeszcze modernizacji.

Kot rezydent prezentuje naszą kwaterę w Trzyrzeczkach
Przydrożny krzyż wyprodukowany w sztabińskiej hucie
Widok z okolic wsi
Samotna sosna na miedzy

Kotlina Górnej Biebrzy, choć wchodzi w skład Parku Narodowego, przez długi czas uważana była za pośledniejszą turystycznie, niż Basen Środkowy i Dolny Kotliny. Fakt, dolina jest tu węższa, kompleksy leśne, ale i torfowiska, nie tak imponujące, jak w pozostałych częściach Parku. Ostatnimi laty Park Narodowy zrealizował tu jednak projekt rozwoju infrastruktury turystycznej, dzięki któremu można dotrzeć przez torfowiska i olsy aż do Biebrzy, a nawet pokonać rzekę za pomocą przeciąganej łańcuchami platformy promowej. I trzeba przyznać, że takie inwestycje przyciągnęły turystów, zwłaszcza weekendowych. My wybraliśmy się na trasę wiodącą z Szuszałowa przez Jałowo do Nowego Lipska na północnym skraju doliny. Specyfikę tej części kotliny stanowią polodowcowe wzniesienia zwane wyspami, otoczone przez położone niżej tereny bagienne. Szuszałowo położone jest na jednej z takich wysp, podczas gdy Jałowo – na drugiej. Ścieżka jest więc bardzo urozmaicona. Z początku wiedzie dwiema odnogami przez bagna między wyspami. Tu i ówdzie widok urozmaicają kępy brzezin i pojedyncze sosny. Potem wspina się na wyspę Jałowską, gdzie drogami po miedzach, zmieniając co rusz kierunek, dociera do krawędzi doliny Biebrzy. Porastające ją świerki tworzą wyjątkowo malownicze obramowanie doliny. W to miejsce docierają liczni zmotoryzowani korzystając z obfitości bezpłatnych miejsc parkingowych. Również tam można spotkać strażników parku, którzy, nie nazbyt skrupulatnie, sprawdzają potwierdzenie wniesienia opłaty wejściowej do Parku. Po, co ważne dla rodziców prowadzących wózek, szerszej już kładce, wkrótce dociera się do rzeki. Kilku silnych panów na pewno podejmie się ciągnięcia łańcucha, podczas gdy my będziemy oddawać się fotograficznemu hobby. Pokonawszy kolejny pas podmokłego olsu dociera się do wieży widokowej na skraju zmeliorowanych łąk przed Nowym Lipskiem. Trasa obfituje w możliwości ciekawych obserwacji ornitologicznych i florystycznych. Na przełomie kwietnia i maja najbardziej zachwycają kępy kwitnących kaczeńców, a z ptaków – błotniaki łąkowe, które w dolinie Biebrzy, w przeciwieństwie do większości Polski, są liczniejsze, niż ich więksi, stawowi krewniacy.

Ścieżka edukacyjna w swojej węższej części
Świerki na południowej krawędzi doliny Biebrzy
Bliżej Biebrzy ścieżka jest już szersza
Kępa kaczeńców przy ścieżce
Sosny z widokiem na Wyspę Szuszalewską
Torfowisko między Szuszałowem a Jałowem
Brzezina kolonizująca torfowisko
Widok w górę Biebrzy
Ręczny prom przez Biebrzę

Mnie jednak bardziej oczarował spacer po Lesie Trzyrzeczki, będącym reliktem pasa puszcz ciągnących się od Białegostoku ku północy i naturalnie oddzielającym strefy kolonizacji mazowieckiej od zachodu i litewsko-ruskiej od wschodu. Jest to bardzo urozmaicony kompleks leśny. Rosną tam zarówno drzewa iglaste: sosny i świerki, jak liściaste: brzozy, graby i dęby. Niektóre z nich mają doprawdy pomnikowe parametry. W runie wiosną kwitną całe łany białych zawilców. Wszelaka ptasia drobnica drze się, jak oszalała, znakując głosowo swoje terytoria. W środku lasu znajduje się obszerna, prostokątnego kształtu łąka. Choć byłem świadomy faktu, że powstanie i trwanie zawdzięcza działalności człowieka, musiałem jednak docenić, jak była fotogeniczna. 

Droga przez las
Polana w Lesie Trzyrzeczki
Łany zawilców w runie leśnym
Lesniczówka Trzyrzeczki
Brama na podwórko leśniczówki
Rozdroże w Lesie Trzyrzeczki
Stylizowany na tradycyjny współczesny krzyż przydrożny
Pomnikowy dąb w Lesie Trzyrzeczki

Basen Górnej Biebrzy w swej najbardziej ku północy wysuniętej części płynnie przechodzi w sandrową równinę pokrytą lasami Puszczy Augustowskiej. W 1982 roku przeszedłem ten teren od stacji PKP Jastrzębna aż do Rygola u połączenia Czarnej Hańczy z Kanałem Augustowskim. Po drodze, na uroczysku Kozi Rynek odwiedziłem mogiłę i pomnik ku czci powstańców styczniowych. Teraz chciałem pokazać to ciekawe miejsce reszcie ekipy. Wędrując w strugach deszczu przez bory poprzecinane pasami mokradeł i olsów, dotarliśmy jednak do szlabanu z napisem “Przejścia nie ma”. Wedle mapy, do mogiły zostało nam może 500 metrów. Cóż, Lasy Państwowe nigdy nie były championami w trudnej sztuce komunikacji, ale żeby zamykać bez słowa wytłumaczenia drogę do miejsca pamięci narodowej, to trzeba mieć tupet! W zamian, bez przeszkód zobaczyliśmy standardowy pomnik ku czci partyzantów z okresu II Wojny Światowej. Gdyby nie padało, może zlekceważyli byśmy zakaz, ale w tych warunkach pogodowych ambicja w nas spadła do poziomu bliskiego zeru i zrejterowaliśmy w suche zacisze naszej kwatery.

Droga na Kozi Rynek w Puszczy Augustowskiej
Partyzancka mogiła na Kozim Rynku
Po drodze mija się tereny podmokłe
Ale właściwie dlaczego?

Okolice Górnej Biebrzy mogą pochwalić się obecnością kilku zabytków sakralnych, które w skali Podlasia nazwać można wybitnymi. W każdym razie podobnymi na pewno nie mogą pochwalić się tereny położone w dół rzeki. Jako osoba niezmiennie krytyczna wobec zwyczaju otwierania kościołów wyłącznie na nabożeństwa, muszę odnotować, że udało nam się zwiedzić wnętrza wszystkich trzech omówionych niżej obiektów. Kościółek św. Anny w Kamiennej Starej, najstarszy obiekt drewniany w całym województwie, został ufundowany na początku XVII wieku przez Piotra Wiesiołowskiego, marszałka nadwornego Wielkiego Księstwa Litewskiego, który miał w pobliżu letnią rezydencję. Urocza w swej prostocie, otoczona wiekowymi lipami świątynia ma wewnątrz kamienną chrzcielnicę i ołtarzowy obraz patronki, pochodzące z czasów jej powstania. Na chórze ukryte są nieczynne organy w drewnianej obudowie. Ciekawe, czy kiedyś jeszcze ktoś na nich zagra? Tymczasem liturgię upiększa gra na bardziej współczesnym sprzęcie muzycznym. Na kościelnym dziedzińcu znajduje się grób gen. Nikodema Sulika, dowódcy wsławionej walkami pod Monte Cassino, 5 Kresowej Dywizji Piechoty. Generał zmarł w Londynie, ale jego doczesne szczątki powróciły na rodzinną ziemię w 1993 roku.

Najstarszy w województwie zabytek drewniany – kościół św. Anny w Kamiennej Starej
Kot bez szacunku dla grobu bohatera
Obraz św. Anny Samotrzeciej
Wokół świątyni rosną wiekowe lipy
Chrzcielnica z 1609 roku
Współczesny mandylion jest dosyć przypadkowym elementem wyposażenia
Stare, nieużywane organy czekają na lepsze czasy

Najważniejszym obiektem Różanegostoku pod Dąbrową Białostocką jest zespół klasztorno-wychowawczy salezjanów, którzy pełnią też rolę opiekunów sanktuarium, gdzie czci podlega ikona Matki Boskiej Różanostockiej. Małżeństwo Tyszkiewiczów zamówiło ją w Grodnie w 1652 roku, jako ikonę domową. Wkrótce jednak w jej otoczeniu doszło do zdarzeń uznanych za cudowne, więc przeniesiono ją do lokalnego kościółka, a do obsługi coraz liczniejszej rzeszy pielgrzymów zaproszono sejneńskich dominikanów. Ponieważ róża jest symbolem maryjnym, nazwę miejscowości, z niezbyt ponętnego Krzywego Stoku, zmieniono na Różanystok. Dominikanie służyli w sanktuarium do połowy XIX wieku, kiedy ukazem carskim nakazano ich wysiedlenie. Pod koniec XVIII wieku zdążyli jednak wznieść, wzorowany na grodzieńskim, kościół oraz budynek klasztorny. Współczesny wygląd i funkcję zespół zawdzięcza wspólnocie prawosławnych mniszek, funkcjonującej tu w latach 1901-15. Oprócz oddawania kultu świętej ikonie, prowadziły one szeroką działalność oświatowo-rozwojową. Kilka szkół, różnorakie kursy, kierowanie przytułkiem dla starszych kobiet, szpitalem, apteką, sierocińcem; zawiadywanie różnorakimi warsztatami i pracowniami rzemieślniczymi, wymagało postawienia kolejnych gmachów. W dziedzinie cywilizacyjnej mniszki odznaczyły się zainstalowaniem generatora prądotwórczego zasilającego cały kompleks, jak też wystaraniem się o budowę przystanku kolejowego na linii z Grodna do Suwałk. Wszystkie te działania były możliwe dzięki sutym dotacjom centralnym, jako że działalność zakonna była jedną z metod szerzenia religii państwowej na zachodnich kresach imperium. Symbolicznym podkreśleniem tego faktu była kolejna zmiana nazwy miejscowości, tym razem na Krasny (Piękny) Stok.

Barokowy kościół już z daleka zapraszał nas szeroko rozwartymi połaciami drzwi, w prześwicie których widać było ołtarz główny. Święta ikona nie jest oryginałem, bo wywieziony w głąb Rosji zaginął on w szaleństwach bolszewickiej rewolucji, lecz wierną kopią z 1929 roku. Ulokowano ją w ołtarzu na jednym z filarów oddzielających nawę główną od bocznej. Nie znalazłem wiele informacji o wyposażeniu wnętrza świątyni. Ot poprawny artystycznie barok i rokoko, nie nadmiernie rozszalały – wszak to nie Dolny Śląsk – ale jak na pn-wsch. Polskę, całkiem bogaty. Ciekawostkę stanowi srebrna sukienka zdobiąca niegdyś ikonę, oprawiona w ramy i powieszona na ścianie lewej nawy. Inną, acz na co dzień niedostępną, jest istniejąca pod kościołem krypta fundatorów: Szczęsnego i Eufrozyny Tyszkiewiczów. W otoczeniu kościoła wznosi się kilka ciekawych i schludnie utrzymanych obiektów takich, jak szkoła, dawna plebania, cerkiew zimowa (tak, tak! przed wynalezieniem centralnego ogrzewania życie, także religijne, w zimie przenosiło się do mniejszych, łatwiejszych do ogrzania pomieszczeń), klasztor prawosławny mieszczący dzisiaj internat, oryginalny klasztor podominikański czy, jakby żywcem przeniesiony z Rosji, drewniany dom gościnny – ze względu na kolor zwany zielonym. Za PRL-u w większości z nich funkcjonowała szkoła rolnicza. W tym okresie powstało też kilka budynków mieszkalnych i warsztatowych. Trochę obawiałem się, w jakim są stanie, ale wszystko jest zadbane i jakimś cudem, mimo tak różnej historii i genezy, tworzy harmonijną całość.

Bazylika Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny w Różanymstoku
Kopia cudownej ikony
Studnia w ogrodach klasztornych
Cerkiew zimowa
Brama do kompleksu klasztornego
Widok na bazylikę od strony transeptu
Ołtarz główny bazyliki
Dawna sukienka ikony
Klasztor mniszek prawosławnych służy obecnie jako internat
Zielona willa – niegdyś dom gościnny prawosławnego klasztoru

Położony na północnej krawędzi doliny Biebrzy Krasnybór, choć liczy tylko 165 mieszkańców, może pochwalić się dwoma zabytkowymi kościołami. Jeden z nich, ponad 400 letni kościół pw. Zwiastowania Najświętszej Marii Panny, jest nie tylko najstarszy na całej Suwalszczyźnie, ale i zbudowany w – w zasadzie nieobecnym w tej części Polski – stylu gotycko-renesansowym. Najciekawsze jednak, a odczuwalne najmocniej po wejściu do środka, jest wrażenie cerkiewności jego architektury. Bowiem świątynia postawiona jest na planie krzyża greckiego, z ramionami krótkimi w stosunku do swojej wysokości. Wieża zakłócająca regularność krzyża została dobudowana jako ostatni element układanki. Od strony wejścia nawa otoczona jest korytarzykiem otwierającym się na świątynię dwiema parami zakratowanych okien. To ani chybi miejsce przeznaczone dla kobiet uczestniczących w nabożeństwach, czyli tzw. babiniec. Wrażenie nie jest mylne – pierwszymi gospodarzami, na przełomie XVI i XVII wieku, byli tu uniccy bazylianie. Po zdziesiątkowaniu wiernych tego wyznania przez jakąś zarazę, wyprowadzili się oni do Grodna. Zastąpili ich rzymskokatoliccy bernardyni, którzy też nie zagościli w Krasnymborze na długo, a tych z kolei – dominikanie, którzy podzielili w XIX wieku los swych współbraci z Różanegostoku. Swoją drogą ciekawe, że powodzenie egzystencji wspólnoty zakonnej wcale nie było niegdyś gwarantowane. Oprócz pobożności, trzeba było chyba mieć wiele innych zdolności, o odrobinie szczęścia nie wspominając. Drugą refleksją na bazie historii krasnoborskiej jest pewne zdumienie, że ostatecznie w warunkach rustykalnego pogranicza koroniarsko-litewskiego najlepiej radzili sobie dominikanie, czyli zakon powstały jako wspólnota żebracza, pierwotnie lokująca swoje domy zakonne w miastach i pracująca w środowisku mieszczańskim. 

We wnętrzu kościoła, w głównym ołtarzu, znajduje się cudowny obraz Matki Boskiej Różańcowej z XVII w., pokryty srebrną i złotą szatą. Wyposażenie w przeważającej części jest dziełem lokalnych twórców, z nutą chwytającego za serce prymitywizmu. Nas zachwycił naturalnej wielkości anioł z puszką na datki i Bóg Ojciec dynamicznie polatujący nad krucyfiksem.

Krasnybór – kościół Zwiastowania Najświętszej Marii Panny zbudowano na planie krzyża greckiego
Ołtarz główny z elementami iluzjonistycznymi
Okienka z babińca do wnętrza kościoła
Pani krasnoborska – Matka Boska Różańcowa
Brama i wieża kościelna
Anioł kwestarz
Dynamiczny Bóg Ojciec podlatuje nad krucyfiksem

Pleban krasnoborski urzędował pierwotnie w kościółku św. Rocha na cmentarzu i dopiero po kasacie zakonu przeniósł się do godniejszej siedziby po drugiej stronie wiejskiej drogi. Obecny, powstały w 1871 roku kościół wyróżnia się wyglądem – jego ściany licowane są kamieniem – oraz dobudowaną przed trzema dekadami, pokrytą blachą, wieżą w kształcie graniastosłupa. Do tej świątyni wyjątkowo się nie dostaliśmy, ale za to spędziliśmy więcej czasu na cmentarzu. Ponieważ jest on położony na krawędzi doliny Lebiedzianki, dopływu Biebrzy,  roztaczają się z niego dalekie widoki. Wśród nagrobków wyróżniają się te, zwieńczone krzyżami odlanymi w pobliskiej hucie sztabińskiej. Znajdziemy tu też pomniki ku czci ofiar obławy augustowskiej i powstańców styczniowych, ale i absolutny rarytas – grób krasnoborzanina, który stracił życie jako żołnierz amerykański na froncie zachodnim I Wojny Światowej.

Kościół św. Rocha w Krasnymborze
Krzyż na grobie proboszcza także wyprodukowano w Sztabinie
Pomnik ofiar obławy augustowskiej
Wyrafinowany produkt huty sztabińskiej
Pomnik na grobie powstańców styczniowych
Inskrypcja na krzyżu pracowników „instytucji sztabińskiej”

Okolice górnej Biebrzy upstrzone są też bunkrami tzw. linii Mołotowa. W latach 1939-41 te ziemie były zaanektowane przez ZSRR, a za Augustowem zaczynała się już Rzesza. Towarzysze radzieccy postanowili więc skryć się przed Niemcami za linią betonowych umocnień. Nigdy nie odegrały one jednak znacznej militarnie roli, po części dlatego, że nie wszystkie ukończono do wybuchu konfliktu dwóch totalitarnych liderów. Przede wszystkim jednak, ZSRR chyba nie wypracował efektywnej koncepcji ich użycia. Wiktor Suworow twierdzi, że nie miały one służyć obronie, lecz osłonić koncentrację oddziałów Armii Czerwonej przed przewidywanym atakiem na III Rzeszę. Nie należę do miłośników turystyki fortecznej, ale rozumiem, że obecność tych bunkrów musi cieszyć przedstawicieli niektórych gatunków miejscowej fauny, np. nietoperze. 

Pamiątka po ZSRR – bunkier linii Mołotowa
Bunkry były często rozmieszczone blisko siebie

Domek, w którym mieszkaliśmy w Trzyrzeczkach, miał w pełni wyposażoną kuchnię. Mogliśmy więc przygotowywać posiłki, co było istotne zwłaszcza z punktu widzenia porządku dnia najmłodszej uczestniczki wyjazdu. Okolica nie jest kulinarną pustynią, ale do kategorii ambitniejszej kuchni można przypisać tylko menu serwowane w suchowolskiej pensjonatowej restauracji, która nie może zdecydować się, pod jaką nazwą promować się w Internecie. W każdym razie zamówiliśmy tam specyfik kuchni podlaskiej, a mianowicie soczewiaki. Według definicji wziętej z Wikipedii soczewiaki, to rodzaj bułeczek z ciasta ziemniaczanego, nadziewanych mielonymi nasionami soczewicy. Te suchowolskie opisałbym, jako puree ziemniaczane zawierające soczewicę, uformowane w kartaczo-podobne kluchy, lekko przysmażone na patelni. W każdym razie smakowały lepiej, niż brzmi to w powyższym opisie. Internet naprowadził nas też na pizzerię w Dąbrowie Białostockiej. Mogę potwierdzić, że pracują tam przemiłe panie. My zamówiliśmy ich produkty na wynos, ale przy odbiorze zdążyliśmy zauważyć, że w lokalu nie było żadnych gości. I nic dziwnego – estetyka wnętrza była dojmująco nijaka. Pozostanie tam na okres dłuższy, niż potrzebny do wydania pizzy i uregulowanie rachunku, groziło popadnięciem w poważne stany depresyjne. Sama pizza miała odchylenie w kierunku obfitości sera. Margherita, w mojej ocenie, powinna dla jasności zwać się  “Extra cheese”. Najedliśmy się do syta, ale na trawienie trzeba było przeznaczyć “Extra time”.

Każda wizyta na Podlasiu jest jak łyk świeżego powietrza. Oprócz atrakcji obiektywnych i oczywistych, dostarcza wzruszeń zupełnie subiektywnych. W moim przypadku była to możliwość zlokalizowania wszystkich trzech rzeczek, które dały nazwę naszej miejscowości. Jedna przepływała tuż przy naszym gospodarstwie, zasilając widoczny z okna staw rybny. Druga opływała wieś od wschodu, po drodze do Lasu Trzyrzeczki. Najtrudniej było znaleźć tę trzecią. Z mapy wiedziałem, że powinienem jej szukać po zachodniej stronie wsi. Bezskutecznie chodziłem w tym kierunku każdego ranka z psami. Dopiero, gdy wybrałem się tam po zmroku, stojąc na rozdrożu traktów do Zwierzyńca Wielkiego i Małowistej usłyszałem dobiegające gdzieś spod drogi cichutkie bulgotanie wody. Strumień ukryty w gęstej zieleni spływał stromą dolinką ku północy. Jego źródło znajdowało się nie dalej, niż 20 metrów od skrzyżowania dróg, w zagłębieniu terenu schowanym za przydrożną stodołą. Etymologia nazwy Trzyrzeczki okazała się być osadzona w lokalnej hydrografii. Co należało i udało się udowodnić!

Kapliczka, krzyż i bociany – stały motyw podlaskiego krajobrazu, fot. Katarzyna Janiec