Kategorie
Wielka Brytania

O wiernym Bobbym, przedkolumbiańskiej kukurydzy i wyższości kolei nad autobusami, czyli za krótka wizyta w Edynburgu

Bezlik wyrzeźbionych postaci świętych, królów, zbrojnych ludzi, zwierząt, bestii, aniołów grających na instrumentach muzycznych, czy też przedstawienia scen biblijnych lub zobrazowanie cnót i przywar. Część z nich do dzisiaj nie została powiązana z religijnym kontekstem miejsca, jak np. 213 kasetonów na sklepieniu i ścianach, zawierających zestaw niezrozumiałych wzorów oraz 110 przedstawień Zielonego Człowieka (Green Man) – oplecionej listowiem ludzkiej głowy. Czternaście filarów wspierających ściany nawy głównej, z których trzy, szczególnie bogate w ornamentalne zdobienia, mają swoje własne nazwy. Zamurowana krypta, do której wejście przez długi czas nie mogło zostać odnalezione. Cóż z tego, że to jeno zakrystia projektowanej na planie łacińskiego krzyża bazyliki. Wraz ze śmiercią fundatora – Williama Sinclair w 1480 roku prace spowolniły i ograniczyły się do dalszego upiększania wnętrz. Opisując dekoracyjność kaplicy, nadużywa się przymiotników z przedrostkiem naj-, ale faktem jest, że elementami wystroju rzeźbiarskiego tej małej świątyni można by obdzielić pewnie z tuzin większych i znaczniejszych kościołów w Szkocji.

Niezrozumienie przekazu ikonograficznego ornamentyki wnętrz kaplicy w podedynburskim Rosslyn, prowadziło do tworzenia legend. Jeszcze w XVIII w. najzdobniejszy z filarów mianowano filarem czeladnika (apprentice) i dorobiono legendę o utalentowanym młodzieńcu, któremu majster zlecił przygotowanie założeń do projektu filara. Zdolny czeladnik poszedł dalej i wykonał cały bogato zdobiony filar, który przyćmił wszelkie dokonania mistrza. Ten zaś w ataku zazdrości twórczej roztrzaskał głowę nieszczęśnika przy pomocy młotka. W połowie XIX w. architekt David Bryce otrzymał zlecenie dogłębnej restauracji świątyni. Jako przekonany wolnomularz, wprowadził do jej wystroju elementy symboliki tego ruchu, co doprowadziło do dzikich spekulacji na temat średniowiecznych korzeni wolnomularstwa na Wyspach Brytyjskich. W końcu, kaplica w Rosslyn zainspirowała Dana Browna i od czasu jego “Kodu Leonarda da Vinci”, do palety fantastycznych konotacji dołączono templariuszy i Świętego Graala. Mnie najbardziej podoba się spekulacja wiążąca (błędne) rozpoznanie jednego z ornamentów roślinnych, jako wizerunku kukurydzy. Poszła za tym teoria, że fundator będący z ramienia króla norweskiego ostatnim Earlem Orkadów musiał, jak na Wikinga przystało, udawać się na morskie wyprawy, podczas których dotarł do Ameryki – ma się rozumieć, że przed Kolumbem. A tam najciekawszym, co zobaczył, była kukurydza – tylko nudni Hiszpanie byli zafiksowani na szukaniu złota – i podzielił się szczegółami tej obserwacji z rzeźbiarzem mozolącym się nad wykonaniem wnętrz świątyni. Ten zaś, a jakże!, włączył kukurydzę do zestawu wykonywanych ornamentów.

Na zwiedzenia miejsca z taką historią i o takim znaczeniu kulturowym musiało nam wystarczyć 10 minut! Personel fundacji organizującej zwiedzanie jest w Rosslyn bezwzględny: Po upływie tego czasu grzecznie, acz stanowczo, przypomniano nam o konieczności opuszczenia obiektu. Dobrze, że chociaż z toalety pozwolili skorzystać po godzinach! Jak do tego doszło? Mieliśmy, zrobioną przezornie, rezerwację obejmująca 90 minutowe okno czasowe. Nasz plan posypał się jednak już poprzedniego dnia, gdy wysiadłszy z samolotu na lotnisku w Glasgow, otrzymaliśmy informację, że z powodu awarii hydraulicznej zarezerwowany apartament pod Edynburgiem jest niedostępny. W trybie awaryjnym znaleźliśmy nocleg w Clydebank w pobliżu lotniska. W Rosslyn mieliśmy być o 15:30 następnego dnia, więc nie było paniki. Nazajutrz dotarliśmy do dworca autobusowego, z którego odprawiano pojazdy do Edynburgu. Podjechał autobus, wpuszczono podróżnych z biletami kupionymi on-line, a potem kolejka się zatrzymała. Kierowca i pracownicy dworca dyskutowali nerwowo, wskazując na kasę fiskalną. Okazało się, że jest ona uszkodzona. Zamieszanie trwało około 30 minut i w końcu kierownictwo firmy podjęło decyzję o zabraniu wszystkich oczekujących, bez biletów. Dotarliśmy więc do miejsca zakwaterowania w Queensferry z odpowiednim wyprzedzeniem, ale czekało nas jeszcze największe wyzwanie. Przejazd z Queensferry do Rosslyn z przesiadką w Edynburgu. Okazało się, że w godzinach szczytu w tym mieście rozkład jazdy i punktualność, to pojęcie względne. W rezultacie, zamiast 100 jechaliśmy 165 minut. Od tego momentu zdecydowaliśmy się unikać usług firmy Lothian Buses na rzecz pociągów ScotRail. Rozbudowany system zniżek powoduje, że bilety są tu w akceptowalnej cenie, a punktualność i czas przejazdu – nie do pobicia.

Stacja kolejowa znajdowała się jednak w znaczniejszej odległości od miejsca naszego zakwaterowania, niż przystanek autobusowy. Wędrując do niej dostaliśmy szansę lepszego poznania Queensferry. Nazwa miasta zdradza jego dawną rolę. Stąd ruszał ufundowany w XI w. przez królową Małgorzatę prom – przez estuarium Firth of Forth do opactwa Dumferline. Królowa podobno pokrywała też koszty przeprawy pielgrzymów, co w połączeniu z innymi pobożnymi uczynkami, zapewniło jej dopuszczenie do grona świętych Kościoła Rzymskokatolickiego. Współcześnie przejazd na północny brzeg zatoki zapewniają trzy mosty: kolejowy otwarty w 1890 roku przez prawie 30 lat dzierżył miano najdłuższego na świecie, a w 2016, po wpisaniu na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, uznany za najwspanialsze dzieło rąk ludzkich w Szkocji; drogowy z 1964 i autostradowy z 2017 roku. Jako, że ich wieżyce wznoszą się na wysokość od 110 do 207 metrów nad poziom wody, widać je z daleka, nawet ze wzgórz Edynburga. Jednak najbardziej imponujący widok na mosty mieliśmy spomiędzy domów nadbrzeżnej High Street oraz specjalnego, usytuowanego nad samą wodą punktu widokowego. Wybierając lokal na uroczysty obiad z okazji Dnia Dziecka (była z nami córka ze swoim partnerem, a wiadomo, że wszystkie dzieci, bez względu na wiek, są nasze) postarałem się, by widzieć most kolejowy, gdy tylko podnosiliśmy wzrok znad talerzy.

Most kolejowy – najwspanialsze dzieło rąk ludzkich w Szkocji

Jak na 110 tysięcy mieszkańców, kolonia lęgowa głuptaków (Morus bassanus) na Bass Rock w pobliżu North Berwick, jest nadzwyczaj cicha. Bez porównania z rejwachem, który czynią gniazdujące pingwiny, czy np. nasze rybitwy. Do dzisiaj pamiętam pierwsze spotkanie z przedstawicielem tego gatunku w 1981 roku. Przechodząc Tamizę przez któryś z londyńskich mostów, zadarłem głowę do góry i nagle ujrzałem majestatyczne, wąskoskrzydłe ptaszysko z wielgachnym dziobem, tnące przestrzeń w drodze do celu gdzieś w górze rzeki. Teraz zaś miałem przed sobą ich setki, unoszące się nad naszą łodzią spacerową i dodatkowe tysiące okupujące każdy skrawek gruntu i półki skalne na wyspie. Jako, że podpłynęliśmy na jakieś 5 metrów od pionowej skały, widać je było, jak na dłoni. Rzeczywiście zachowywały stoicki spokój, zarówno wobec ludzkich intruzów, jak i najbliższych pierzastych sąsiadów. Opiekę nad kolonią na tej i sąsiednich wyspach, sprawuje Scottish Seabird Centre w North Berwick. Wstęp do kolonii mają tylko osoby prowadzące badania przyrodnicze. Podobno w początkach lat 80-tych XX w., gdy wprowadzano ograniczenia ruchu ludzkiego, Bass Rock zamieszkiwało tylko 7,5 tysiąca głuptaków. Po 35 latach restrykcji liczebność kolonii wzrosła do 150 tysięcy ptaków, by następnie, w wyniku epidemii ptasiej grypy, zmniejszyć się o ⅓. Obecnie następuje powolna odbudowa liczebności kolonii.

Warto zatrzymać się nad kwestią nazwy tego gatunku. W języku angielskim zwie się on “Gannet”, co pochodzi od staroangielskiego “ganot” czyli silny lub męski. Łacińska nazwa rodzajowa Morus znaczy tyle, co głupi, co z kolei odbiło się na polskiej nazwie potocznej – głuptak. Skąd takie deprecjonujące określenie? Otóż swoista obojętność ptaków na wkraczanie ludzi do ich kolonii, budziła w intruzach przekonanie, że mają one coś nie w porządku z głowami. Oczywiście, takie nieuciekające i nieagresywne ptasie głupki można było zabić bez problemu, używając do tego celu zwykłej pałki! Za to łacińska nazwa gatunkowa “bassanus” pochodzi od skały Bass Rock. Czyli dla Linneusza, który pierwszy użył tej nazwy, nasza skała była jakby systematyczną kolebką gatunku. Obecne królestwo ptaków ma jednak długą historię ludzkiej działalności. Jej najciekawszą częścią jest opanowanie znajdującego się na wyspie zamku przez więzionych w nim jakobitów, czyli zwolenników obalonej dynastii Stuartów. Mimo znikomej liczby, nie przekraczającej 20 osób, przez prawie trzy lata, do wiosny 1694 roku, dzierżyli oni warownię organizując łupieżcze wyprawy na wybrzeża Szkocji i odpierając ataki angielskiej floty. W końcu poddali się w zamian za amnestię i możliwość swobodnego wyjazdu do Francji.

Ptasie królestwo Bass Rock

Ornitologiczna wycieczka obejmuje też mniejszą i niższą wysepkę Craigleith. O ile na Bass Rock, obok głuptaków, gnieżdżą się wyłącznie nurzyki pobielałe, o tyle jej mniejszego sąsiada zasiedlają przede wszystkim mewy trójpalczaste. Jednak to nie dla nich podpływają tam wycieczkowe stateczki. Jako magnes służy kolonia lęgowa maskonurów. Te niewielkie, czarno-białe ptaki, przyciągają uwagę masywnym jaskrawo ubarwionym dziobem i ogniście pomarańczowymi łapkami. Niegdyś gnieździło się ich na wysepce do 28 tysięcy, ale ekspansja malwy drzewiastej spowodowała pogorszenie warunków lęgowych i spadek liczby osobników. Prowadzone w okresie zimowym akcje usuwania malwy, skutkują powolną odbudową populacji. Wysepka stanowi też ostoję kormoranów, kormoranów czubatych, nurzyków oraz alki krzywonosej. My mieliśmy też szczęście wypatrzyć edredona, fokę i egzotyczne w tym otoczeniu kaczki krzyżówki. 

Wyspa Creigleith, czyli nie tylko kolonia mew trójpalczastych

Wąska ścieżka zwana Volunteers’ Walk wiodła nas łagodnie wśród bujnych traw ku zamykającej horyzont przełęczy The Hawse. Zbocza po lewej stronie były wyższe i od pewnego miejsca spadały skalnymi uskokami ku dnu doliny. Przeciwległe zbocze było łagodniejsze, tu i ówdzie porośnięte kępkami żółto kwitnących krzewów. Gdzieś niżej wiła się niewielka struga. Nie wiadomo, czy ulokowane w górnej części doliny rozlewisko zwane dumnie Joe Muir Pond, było z nią jakoś powiązane. Pytaniem tym nie zaprzątają sobie głowy żaby i inne płazy składające w jego wodach swój skrzek. Od przełęczy, już bardziej stromą ścieżką, można było wspiąć się na szczyt Arthur’s Seat. My jednak wybraliśmy powrót grzbietem Salibury Crags w kierunku królewskiego pałacu Holyrood. Po kilkunastometrowym urwisku opadającym w stronę miasta wspinali się adepci alpinistyki. Z grzbietu roztaczał się widok na centrum Edynburga, od Southside, przez Stare Miasto, aż do Nowego Miasta. Ponad monstrualnie wielkim trawnikiem Parade Ground (polskim odpowiednikiem tej nazwy powinien być chyba Plac Defilad?), widać było portową dzielnicę Leith i wody zatoki Firth of Forth. Na jednym z licznych głazów przy ścieżce przysiadła dziewczyna w towarzystwie czarnowrona. Tłumaczyła, że chętnie by go czymś poczęstowała, ale miała ze sobą tylko butelkę wody. Ptaszysko łypało na nią bystrym okiem. Jedną lotkę miało ułamaną, czego przyczyną był pewnie silny wiatr, smagający mimo pogodnego dnia, grzbiet Salisbury Crags. Jej brak nie uniemożliwiał lotu, ale pewnie zachęcał do szukania pomocy ludzkiej w zdobywaniu pożywienia.

Widok na parlament, pałac Holyrood oraz wzgórze Calton Hill

Edynburg jest regularną europejską stolicą z wszystkimi atrybutami swej stołeczności. Ze względu na autonomiczny, a nie niepodległy, status Szkocji, ma może tylko mniejszą ilość ministerialnych gmachów. Wielowiekowa historia oraz fakt, że ostatnia bitwa lądowa na terytorium Wysp Brytyjskich odbyła się w roku 1746 powodują, że miasto od dawien dawna nie doznało znacznych zniszczeń i obfituje w zabytki z najróżniejszych epok. Sam edynburski zamek stanowi przegląd architektonicznych stylów i mód, jak również pomysłów na wykorzystanie istniejącej substancji budowlanej, odpowiednio do zmieniających się czasów i  potrzeb. Specyfika reformacji w Szkocji spowodowała, z kolei, konieczność wznoszenia wielkiej ilości świątyń, jako miejsc spotkań i modłów coraz to innych Kościołów mających  z większą pewnością zapewnić wyznawcom szczęście w życiu pozagrobowym. Tak, jak łatwo powstawały związki wyznaniowe, tak szybko przepływali między nimi wierni, którzy w końcu odpłynęli ku bezwyznaniowości. Dlatego wiele budynków powstałych niegdyś na potrzeby sakralne, obecnie pełni wszelkie inne funkcje, spośród których klubowo-gastronomiczna nie należy do najrzadszych. Wspaniałe kamienice, których wieku, jak to w Zjednoczonym Królestwie, trudno się domyślić, tłoczą się wzdłuż edynburskich ulic, a pomniki przypominają żołnierzy, naukowców, filozofów, sprawnych administratorów czy nawet … strażaków związanych z miastem. 

Jednak prawdziwego dramatyzmu krajobrazom edynburskim dodaje ukształtowanie terenu. Najwyższe tutejsze wzgórze – Arthur’s Seat – wznosi się raptem 251 m npm., ale zapewnia doznania jakby żywcem wzięte z wędrówek po znacznie wyższych górach Szkocji. Znacznie niższy Calton Hill jest miejscem usytuowania wielu reprezentacyjnych budowli z czasów szkockiego Oświecenia, w tym obserwatorium astronomicznego, wieży – pomnika Nelsona, rotundowatego pomnika Dugalda Stewarta, czy National Monument of Scotland – w formie nigdy niedokończonej kolumnady – pomnika Szkotów poległych w wojnach napoleońskich. Zamek edynburski sam w sobie nie byłby tak ciekawy, gdyby nie usytuowanie na wyniosłej skale w samym sercu miasta. Oczywiście, te i mniej uczęszczane przez turystów wzgórza, obfitują w wiele miejsc widokowych, z których można dostrzec dzielnice, zaułki i budowle często trudne do wykrycia z bardziej przyziemnej perspektywy. Urozmaicone ukształtowanie terenu powodowało też konieczność prowadzenia co ważniejszych ulic na estakadach i wiaduktach, ponad niżej położonymi częściami miasta.

Okolice cmentarza Greyfriars

Oczywiście, przeszliśmy całą Królewską Milę, skosztowaliśmy espresso na Nowym Mieście, przepychaliśmy się łokciami do atrakcji edynburskiego zamku, wpadliśmy na parę chwil do katedry św. Idziego. Spacery ulicami miasta wywołały liczne refleksje, z których trzy uznałem za godne szerszego omówienia. Stosunkowo niedaleko głównych tras turystycznych miasta położone są mnogie cmentarze. Często mają one swoje lata – trzystu, czy czterystuletnie nekropolie, nie są wyjątkiem. Dawno nie prowadzi się już  na nich regularnych pochówków. Dzisiaj służą jako tereny spacerowe, miejsca kontemplacji, a te rzadziej uczęszczane – także jako siedliska dla wielu gatunków ptaków, królików i lisów. Ich teren jest, przypuszczalnie, chroniony w jakiejś formie przez prawo, gdyż mimo, że często otoczone są gęsta zabudową, nikomu, jak w naszym kraju, nie przychodzi do głowy traktować je, jako wspaniałe lokalizacje dla budynków mieszkalnych i publicznych, czy też kalkulować, o ile minut skróci się czas przejazdu z jednej dzielnicy do drugiej, jeśli ulicę poprowadzi się środkiem cmentarza. Nienaruszalność cmentarzy ma jednak w Zjednoczonym Królestwie swe ciemne strony. Nikt mianowicie nie wykazuje nadmiernej troski wobec, często pięknych i zabytkowych, obiektów architektury cmentarnej. Nikogo więc nie dziwią połamane kolumny i rzeźby aniołów z utraconymi głowami, czy skrzydłami. Ot, czas robi swoje i tyle!

Jednym z odwiedzonych przez nas cmentarzy, był ten przy dawnym kościele franciszkanów (Greyfriars Kirk). Nie mnie oceniać, czy jest to najpiękniejsza historyczna nekropolia Edynburga, ale na pewno najbardziej popularna. Swoją sławę zawdzięcza pieskowi o imieniu Bobby, który po śmierci swego właściciela resztę życia spędził u jego grobu. Opisany jeszcze za życia, wkrótce po swojej śmierci, w 1872 roku, doczekał się realistycznego pomniczka wieńczącego wodopój przy jednej z bram wejściowych. Na samym cmentarzu piesek ma tablicę nagrobną oraz kolejny, powstały w 150 rocznicę urodzin, pomniczek. Oczywiście historia wiernego zwierzaka została opisana w książkach oraz stała się kanwą conajmniej dwóch filmów. Bobby jest taką ikoną miasta, że obsadzenie w jego roli psa rasy West Highland Terrier zamiast, jak uważano za słuszniejsze – Skye Terriera, wywołało powszechne niezadowolenie. 

Mieszkańcy Wysp Brytyjskich są prekursorami humanitarnego traktowania zwierząt. Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals powstało już w 1824 roku, a jego szkocki odpowiednik – w 1839 roku. Działacze tych organizacji nie tylko opiekowali się Bobbym, ale przeprowadzili wiele inicjatyw i projektów na rzecz naszych braci mniejszych. Dlatego, z wielkim zdumieniem i rozgoryczeniem poznałem historię psów z wysp St. Kilda. Te, polożone na Oceania Atlantyckim, ponad 60 km od szkockich Hebrydów Zewnętrznych, wysepki znane są z tego, że całą ich nieliczną populację przeniesiono w 1930 na stały ląd. Wyspiarze hodowali owce, które udało się sprzedać. Na psy pasterskie nie było jednak popytu, zdecydowano więc o utopieniu ich w oceanie. Takiemu bezprzykładnemu aktowi okrucieństwa nie zapobiegła stuletnia tradycja cywilizowania relacji dwunogów i czworonogów! Nikt się nie ujął za psami z St. Kildy, pewno ze względu na peryferyjne położenie miejsca akcji. Ówczesny właściciel wyspy, sir Reginald MacLeod of MacLeod, odnosząc się do ewakuacji ludności powiedział: “Wyprowadzka została przeprowadzona przy dużym wysiłku i kosztach”. Wstyd przyznać, że życie kilkunastu psów było nadmiernym obciążeniem dla budżetu tej operacji.

I Wojna Światowa przyniosła największe straty osobowe w dziejach konfliktów zbrojnych toczonych przez Wielką Brytanię. Straty wśród żołnierzy były dwukrotnie wyższe, niż podczas II Wojny Światowej. Po wojnie odczuwano silną potrzebę upamiętnienia poległych. Uczelnie, zakłady pracy i parafie fundowały niezliczone pomniki ku ich czci. W przeciwieństwie do ofiar konfliktu z Napoleonem, Państwu tym razem wystarczyło środków, by ufundować imponujące mauzoleum. W ten sposób edynburski górny zamek uzyskał czwarte skrzydło zamykające kwadratowy dziedziniec. Oczywiście, z zewnątrz nie odróżnia się ono od średniowiecznych sąsiadów. Od dziedzińca wszakże zdobienia w stylu Art Deco zdradzają czas powstania budowli. Wnętrza zawierają wielkie tablice poświęcone poszczególnym szkockim regimentom, z wyliczeniem strat, jakie poniosły. Drugim panteonem jest katedra św. Idziego. Tu przeważają upamiętnienia indywidualne, a to osób duchownych, a to fundatorki szpitali wojskowych, a to konkretnych żołnierzy. Jako, że wojna lat 1914-18 była konfliktem nowoczesnym jeśli chodzi o użytą technikę uśmiercania i jej skuteczność, ale jeszcze bardzo średniowiecznym, jeśli chodzi o uzasadnienie swego miejsca i roli w tej machinie unicestwienia, na tablicach spotyka się perełki poetyki w rodzaju: ”Dzielny żołnierz, doskonały gentleman, uwielbiany przez wszystkich podkomendnych”. Jeszcze bardziej wzruszające są ufundowane przez zrozpaczonych rodziców upamiętnienia młodziutkich pilotów, czy marynarzy, na które można natknąć się w małych wiejskich kościółkach.

Czwarte skrzydło edynburskiego zamku czyli Scottish National War Memorial
Jednorożec w stylu Art Deco
Katedra św. Idziego
Sklepienie Kaplicy Orderu Ostu
Widok na nawę główną katedry
Aniołofeniks strzeże wejścia do Scottish National War Memorial
Witraże w oknach katedry


Po długim weekendzie w Edynburgu i okolicach mieliśmy w planach pobyt w Highlands. Podróżowaliśmy już wypożyczonym samochodem (żegnajcie, przystanki, gdzie nie sposób doczekać się autobusów!), a droga wiodła przez zwane “Bramą do Highlands” miasto Stirling. Wypadało zatrzymać się na rytualną południową kawę połączona z małym co nie co. Wybór dokonany przez towarzyszącą nam córkę, był strzałem w dziesiątkę, a Stirling okazało się prawdziwym kawiarnianym zagłębiem. Może dlatego, że jest to siedziba uniwersytetu, a uczelniane towarzystwo zawsze stymuluje rozwój lokalnej gastronomii. Nawiasem mówiąc, wielka czwórka szkockich uniwersytetów (St. Andrews, Glasgow, Aberdeen i Edynburg), przez ponad 400 lat miała zagwarantowany monopol na nauczanie na swoim poziomie. Innymi słowy, w Szkocji nie można było założyć kolejnych uniwersytetów. Stirling ma obecnie piąty najstarszy uniwersytet w kraju, liczący sobie jednak ledwie 57 lat historii. Przed wyjazdem z Polski zastanawialiśmy się, który z dwóch zamków mamy zwiedzić: Edynburg czy Stirling – oto było pytanie? W końcu zdecydowaliśmy się na zamek stołeczny. Teraz trochę żałujemy! Oczywiście, w Stirling nie przechowuje się szkockich regaliów, ani Kamienia Przeznaczenia (podczas naszej wizyty niedostępnego dla oczu zwiedzających), ale edynburskie wnętrza zamkowe nie są bardzo oryginalne. Ot, dziewiętnastowieczna wizja rycerskiej siedziby. Podchodząc pod stirlingski zamek mija się ciekawą i zadbaną starówkę, zamkopodobne stare więzienie, kościół św. Krzyża (UWAGA: w szkockim angielskim wezwanie to brzmi Holy Rude, a nie Holy Cross) z otaczającym cmentarzem, który zachwycił moje dalekie od zainteresowań sepulkralnych panie. W końcu dociera się na rozległy parking, nadzorowany przez pomnik szkockiego władcy – Roberta Bruce’a. Widać stąd już doskonale dźwigające się, ku północy, coraz wyższe góry. Po przeciwnej stronie doliny rzeki Forth wznosi się na wysokość 67 metrów wieża – pomnik innego szkockiego bohatera narodowego – Williama Wallace (uwiecznionego w filmie Braveheart). Przez gęsty, mieszany las podeszliśmy do jej podnóża. Dzień był pogodny, z przecinki pod samą wieżą roztaczał się widok na miasto w obramowaniu gór. Nie wiadomo skąd zaczął nagle duć silny, chłodny wiatr, tak że musieliśmy ukryć się po stronie zawietrznej budowli. Tak, Stirling rzeczywiście jest bramą do do Highlands, także w znaczeniu klimatyczno-pogodowym.

Kategorie
Polska

W podgorzowskich lasach czyli gdzie Stary Fryc armaty rychtował

Jadąc autostradą A2 w kierunku granicy z Niemcami jeszcze przed opuszczeniem Wielkopolski dotychczasowy krajobraz ulega zmianie: miejsce rozległych pól uprawnych zajmują lasy, które, z niewielkimi przerwami, ciągną się aż do Świecka. Że są one ważnym elementem miejscowych ekosystemów oraz miejscem zamieszkania rozlicznej zwierzyny świadczy ilość ponaddrogowych przejść dla zwierząt. Zdarza mi się, dla urozmaicenia podróży, prowadzenie prostych badań statystycznych: A to, zwłaszcza zimą, liczę ilość myszołowów na przydrożnych płotach i słupkach, a to ilość obiektów infrastruktury drogowej. No i w przypadku mostów dla zwierząt, na tym odcinku autostrady, doliczyłem się trzynastu. Wiem, że prowadzone są badania intensywności ruchu zwierząt na tych przejściach. Byłoby super ciekawe móc obserwować ten ruch z zainstalowanych na mostach kamerek.

Powierzchnia województwa lubuskiego, ku zaskoczeniu mieszkańców centralnej Polski, jest w połowie pokryta lasami. Nie są to może puszcze na miarę Białowieskiej, Augustowskiej czy lasów karpackich, ale wskaźnik ten, zwłaszcza na tle ogólnopolskiej średniej – 29,6%, robi wrażenie. Ta oczywista konstatacja przemknęła mi przez głowę w drodze z Gorzowa Wielkopolskiego do Santoczna. Tereny rolnicze dominowały tylko do pierwszej podgorzowskiej wsi Różanki. Potem wjeżdżało się w las, w którym, niczym wyspy na morzu, ulokowane były poszczególne miejscowości. Santoczno położone jest na uboczu. Nie przy głównej drodze z Gorzowa do Wałcza, nawet nie przy powiatówce łączącej Zdroisko z Dankowem, ale kilkaset metrów w bok od tej ostatniej. Po prawdzie z braku oficjalnego, zielonego kierunkowskazu dwa zjazdy do wsi można łatwo pominąć. A byłoby czego żałować!

Lubuskie lasy

Pierwszym wrażeniem kierowcy i pasażerów wjeżdżających do Santoczna pojazdów to odgłos kół toczących się po brukowanych ulicach. Są one wyłożone czy to kostką granitową  czy to wręcz kocimi łbami. Natychmiast przypomniała mi się opinia burmistrza podlaskiego Tykocina z początków XXI wieku, który zamierzał taką nawierzchnię pokryć równiutkim asfaltem szermując mieszaniną argumentów odwołujących się do wygody kierowców i mieszkańców oraz skojarzeniem kocich łbów z wiejskością, co w świetle świeżo odzyskanych praw miejskich było wspomnieniem bolesnym. W przypadku Santoczna dla polskiej ludności napływającej tu po 1945 roku takie utwardzenie dróg było, co do zasady, oznaką postępu i nowoczesności. W późniejszych latach położenie z dala od głównych traktów komunikacyjnych nie generowało parcia do unowocześnienia nawierzchni, a popyt wewnętrzny ze strony skromnej liczby mieszkańców, która nigdy za polskich czasów nie osiągnęła ⅓ liczby przedwojennej ludności, musiał być też nikły. W końcu z postępującą zmianą funkcji na wieś letniskową brukowane uliczki stały się nie problemem, ale zaletą dodającą malowniczości i swoistego charakteru Santocznu.

Miejscowość nigdy nie miała charakteru rolniczego. Od połowy XVII wieku na rzeczce o nazwie Zanze powstał młyn. Co miałby tam mielić, gdy w okolicy nie było ziem uprawnych pozostaje kwestią otwartą. Być może, ze względu na lesistość okolicy, siła wody napędzała trak, czyli piłę używaną do cięcia pni drzew na długie i grube belki. Jak było, tak było, tym niemniej rzeczka, nosząca obecnie tą samą nazwę co miejscowość, jest w samym centrum spiętrzona i kilkoma kaskadami pokonuje przeszkody na swojej drodze do Warty. Na miejscu młyna wznoszą się obecnie bardziej współczesne zabudowania, a szum spadającej kaskadami wody nadaje Santocznu bez mała podgórskiego sznytu.

Obrazki z Santoczna

W 1762 roku, po szczęśliwym dla Prus, wycofaniu się Rosji z udziału w wojnie siedmioletniej, Fryderyk Wielki zdecydował o wzmocnieniu państwa poprzez wspieranie jego rozwoju gospodarczo-cywilizacyjnego. W tym celu zlecił Franzowi Balthasarowi Schönberg von Brenkenhoff przeprowadzenie akcji kolonizacyjnej m. in. w zmeliorowanej na ten cel dolinie Noteci i Warty. Oprócz sprowadzania kolonistów urzędnik ten zasłynął budową Kanału Bydgoskiego oraz tworzeniem zrębów przemysłu na tym obszarze.  Korzystając z energii wodnej oraz dostępności węgla drzewnego przy młynie powstała w 1765 roku huta żelaza, a wokół niej rozwinęło się osiedle fabryczne, które od rzeki wzięło nazwę Zanzhausen. W hucie tej odlano elementy pierwszej niemieckiej maszyny parowej, a już na pewno części do armat, których ogień bezlitośnie wspierał działania pruskiej piechoty. Choć huta już z początkiem XIX wieku okazała się ekonomicznie niewydajna to jednak różne formy obróbki metali trwały w Zanzhausen aż do 1945 roku. Dzisiejsze Santoczno było więc w swej historii głównie osadą fabryczną.

Jak w takich warunkach odnaleźli się przesiedleńcy z Wileńszczyzny, którzy, może poza kowalami, nie potrafili ocenić zastanych na miejscu warsztatów i technologii, trudno orzec. Nie zajmowali się chyba uprawą roli, jakąś pracę mogło dawać leśnictwo lub rybołówstwo. W ostatnich latach liczba mieszkańców wsi się zwiększa gdyż, oprócz roli podmiejskiego letniska, Santoczno zaczyna przyciągać też mieszczuchów spragnionych świeżego powietrza i śpiewu ptaków o świcie. W każdym razie, ani przesiedleńcy ze wschodu, ani miejskie pięknoduchy nie poczynili tu, tak przestrzennie jak i krajobrazowo, większych szkód. Nadal w zabudowie przeważają nieduże, tradycyjne domy ze spadzistymi dachami. Zabudowa nowsza owszem jest, ale nie dominuje, bo została zlokalizowana na obrzeżach miejscowości. Być może rolę swoistego, architektonicznego odgromnika, pełni pobliskie osiedle letniskowe o nazwie Rybakowo. Tam inwestorzy mogli dać upust fantazji, nie ograniczani sąsiedztwem pozostawionej na uboczu tradycyjnej zabudowy.

Ponieważ historia Santoczna nie jest długa nie ma tu wielu zabytków. Najciekawszy jest kościół z pruskiego muru z wieżą dostawioną, oryginalnie, z boku głównej osi budynku. Wielkie drewniane wrota, nie będące obecnie wejściem do kościoła, zdradzają, że obiekt pełnił niegdyś inne funkcje. Jest to dawny magazyn wyrobów hutniczych, do którego musiały wjeżdżać celem załadunku duże rozmiarowo wozy. Wnętrze nie jest na codzień dostępne, co w tym przypadku jest o tyle zrozumiałe, że ksiądz mieszka na plebanii za lasem, we wspomnianych Różankach. Przez okna widać, że z czasów gdy służył luteranom zachowano, obiegające wkoło nawę, empory. Niestety, całkowicie sprzeczna z formami liturgii rzymskokatolickiej kazalnica ołtarzowa został rozebrana. Stary cmentarz ewangelicki mieścił się na niewielkim wzgórzu po zachodniej stronie rzeki, w pobliżu mostu i młyna. Dzisiaj jest pokryty gąszczem zdziczałej roślinności. Zachowane nagrobki przeniesione jednak bliżej drogi gdzie urządzono swoiste lapidarium. Współczesny, acz założony jeszcze w czasach niemieckich, cmentarz znajduje się pod lasem za domostwami w pn.-zach. części Santoczna.  Miejscowość stanowi kapitalny punkt wypadów do lasów i rozsianych wśród nich niewielkich jezior. Podpiętrzona rzeka snuje się urokliwie wśród położonych na brzegu domów, z których prawie każdy dysponuje własnym pomostem i łódką. Nieco w górę jej biegu rozciąga się niewielkie, ale malownicze jezioro Mrowinko. Komu niestraszne komary, może tu na pewno ciekawie spędzić czas.

Jako baza wypadowa Santoczno służy eksploracji Pojezierza Myśliborskiego. My wybraliśmy się do Barlinka i Myśliborza, w każdym przypadku starając się zaliczyć prócz samego miasta także jakąś okoliczną atrakcję. Do miejscowości Równo przyciągnęłą nas nazwa znajdującego się w pobliżu rezerwatu “Skalisty Jar Libberta”. Na polskim niżu wszak trudno napotkać prawdziwe skałki. Niby to tylko piaskowce i zlepieńce, w dodatku czwartorzędowe, czyli w skali geologicznej bardzo młode, niby o wysokości ledwo 2,5 metra, ale jedyne na terenie całego województwa zachodniopomorskiego. Słowem miejsce kusiło atrakcjami, a dodatkowo chcieliśmy wypróbować nowokupione buty turystyczne Podziomka podczas spaceru w warunkach niemalże górskich. Jar wcina się bowiem na głębokość około 40 metrów w pofalowaną równinę z najwyższą w okolicy Gorzowa Wielkopolskiego kulminacją sięgająca 115 m npm. Wzmiankowany w nazwie rezerwatu Libbert był lokalnym botanikiem (pewnie nauczycielem przyrody) z pobliskich Lipian, który za czasów niemieckich pierwszy opisał to miejsce.

Samochód najlepiej zostawić na pofolwarcznym dziedzińcu w Równie, obecnie zamienionym na rodzaj wielofunkcyjnego skweru z zadbaną zielenią oraz placem zabaw.  Otaczające go zabudowania mieszkalne i gospodarcze są w stosunkowo dobrym stanie, co pozwala uniknąć uczucia przygnębienia, które atakuje mnie w wielu miejscach o podobnym przeznaczeniu i historii. Obecność huśtawek i zjeżdżalni niczym magnes przyciągnęła i zatrzymała w miejscu najmłodszego uczestnika wycieczki. Jakieś 200 metrów za ogromnym, ceglanym budynkiem stodoły w pn.-wsch. narożniku kompleksu folwarcznego widać już pasmo starego drzewostanu na krawędziach jaru. Słabo oznakowany szlak turystyczny biegnie na wschód i sprowadza do dolnej część jaru położonej u jego połączenia z główną, biegnącą południkowo, doliną, Ponieważ skałki ulokowane są w górnej części wąwozu spróbowaliśmy dostać się do nich od zachodu. No i tu trzeba się przyznać do niepowodzenia. W dół jaru nie prowadzi stamtąd żadna ścieżka. Zdołaliśmy w końcu znaleźć strome zejście mniej więcej w połowie rezerwatu. Znaleźliśmy się na dnie głębokiego parowu, którego zbocza porośnięte były liściastym lasem z przewagą buka. Widok w górę wąwozu ograniczał gęsty podrost oraz pokaźnych rozmiarów wiatrołomy. Ich obejście wymagało niejednokrotnie wspinaczki do połowy wysokości zboczy. Gdzieś wysoko, w koronach drzew szczebiotały ptaki. Za to całkiem blisko naszych ciał przenikliwie bzyczały komary. Daliśmy za wygraną i zwierzęcą ścieżką dotarliśmy na przeciwległy kraniec jaru. Z jego południowej krawędzi też nie wypatrzyliśmy skałek. Cóż, najwyraźniej trzeba ich szukać w porze, gdy natura nie daje im liściastej osłony.

Historia tragicznego lotu litewskich lotników Dariusa i Girenasa nieodmiennie przypomina wrażenia, które ogarnęły mnie przy pierwszej lekturze “Nocnego lotu” Antoine’a de Saint Exupery. Oczywiście, okoliczności obydwu zakończonych nieszczęśliwie lotów były odmienne. Podobne były tylko możliwości techniczne, ambicja pchająca ludzi do dokonywania nadzwyczajnych czynów i w końcu ich samotność w obliczu ostateczności. Rankiem 17 lipca 1933 tłumy mieszkańców Kowna oraz władze państwa litewskiego oczekiwały przylotu dwóch bohaterskich pogromców przestworzy, którzy aeroplanem o symbolicznej nazwie Lituanica dwa dni wcześniej wylecieli z Nowego Jorku. Orientacyjny termin przylotu dawno już minął, ale samolot nie pojawiał się na horyzoncie. Brakowało też wieści, by zaobserwowano go nad Polską czy Prusami Wschodnimi. W sercach oczekujących narastał niepokój. W końcu gruchnęła wiadomość: Wrak samolotu i ciała lotników znaleziono w lesie w podmyśliborskim Pszczelniku (Kuhdamm). Katastrofa zdarzyła się 36 minut po północy, gdy do celu pozostawało już tylko około 10% zaplanowanej drogi. W 1936 roku w miejscu katastrofy wzniesiono pomnik w formie krzyża Witolda Wielkiego. Bardzo ciekawe są też wykonane w litewskim stylu obiekty drewniane. Nieco dalej, w pobliżu dawnej leśniczówki, w 1989 roku ustawiono przeniesioną ze skansenu w Rumszyszkach chatę żmudzką. Podobno jest w niej jakaś wystawa, ale podczas naszej wizyty domek był zamknięty na trzy spusty. Darius i Girenas zostali bohaterami, niczym polscy lotnicy Żwirko i Wigura, a tysiące Litwinów dzięki ich śmierci dowiedziały się o istnieniu  maleńkiej niemieckiej/polskiej miejscowości pod Myśliborzem.

Upamiętnienie bohaterów katastrofy lotniczej w Pszczelniku

Barlinek, w którego polskiej nazwie, poprzez zmianę jednej litery, starano się ukryć jakiekolwiek odniesienia do stolicy Niemiec już w trakcie pierwszej wizyty przed blisko 30 laty wywarł na mnie korzystne wrażenie. Mimo upływu lat wszyscy uczestnicy wycieczki podzielili ten pogląd. Mały Berlin, dzielący z tym wielkim nadjeziorne położenie, to atrakcyjne i zadbane miasteczko. Malowniczości dodaje mu położenie w otoczonej lasami kotlinie zajętej pośrodku przez obszerne Jezioro Barlineckie. Całkiem długa historia nie znajduje odzwierciedlenia w wybitnych osiągnięciach architektonicznych. Ot, jeden monumentalny kościół pw. Niepokalanego Serca NMP z korzeniami gotyckimi, kilka młodszych i mniejszych świątyń, w tym jedna służąca obecnie wspólnocie prawosławnej, kilka zadbanych kamienic i fragment murów miejskich to jednak nie wszystko co Barlinek ma do zaoferowania. Jest jeszcze fontanna na rynku z wdzięczną figurką Gęsiareczki oraz Pałacyk Cebulowy na północnym krańcu jeziora. Ostatni, nazwany tak ze względu na formę zwieńczenia narożnych wieżyc, a będący de facto willą bogatego mieszczanina czy przedsiębiorcy o nazwisku Dülfer, ma architekturę tak ekspresyjną, że inspirowała ona powstanie legend miejskich o pomieszkiwaniu w nim kochanek Göringa, Himmlera czy nawet samego (skądinąd znanego z dosyć ascetycznego stylu życia) Hitlera. Jednak najwięcej uroku miasteczku nadają położone nad jeziorem tereny zielone, gdzie oprócz spacerów można też poćwiczyć sprawność fizyczną z pięknymi widokami na okolicę.

Myślibórz rekomenduje się dłuższą i bardziej chwalebną metryką. Przez prawie 240 lat był stolicą Nowej Marchii czyli zaodrzańskiej (z punktu widzenia centrali) części państwa brandenburskiego. Skutkowało to powstaniem nie tylko murów miejskich, ale i większej ilości świątyń oraz większą reprezentacyjnością obiektów publicznych np. wzniesionego przez wspomnianego wcześniej von Brenkenhoffa ratusza. Obiekty te, w większości zachowane, oraz nadjeziorne położenie predestynują miasteczko do odgrywania roli lokalnego centrum turystycznego. Tymczasem, Myślibórz epatuje atmosferą, nieobecnego w Barlinku, zastoju. W ciepłe, majowe popołudnie nieco ruchu panowało na plaży miejskiej oraz w rynku, gdzie dzieciarnia miejscowa i przyjezdna slalomowała między tryskającymi wodą dyszami fontanny powstałej ostatnio w ramach ogólnopolskiej mody na zwalczanie rynkowej zieleni. Krótki spacer po, częściowo zabudowanym blokami z lat 60-tych XX w., centrum to już uczta dla wszelkiej maści mizantropów. Obecność ludzka nie przeszkadza w podziwianiu Bramy Nowogrodzkiej, baszty Prochowej czy gotyckiej kaplicy św. Gertrudy. Czasem ktoś zerknął na nas zza uchylonego okna. Chociaż, przepraszam, blisko wejścia do największej świątyni miasta, kolegiaty św. Jana Chrzciciela, grupa mieszkańców sąsiedniej kamieniczki piknikowała przy ognisku zasilanym drewnem z połamanych mebli. W kaplicy św. Gertrudy złożono, przed odesłaniem na Litwę, ciała Dariusa i Girenasa. Okolicę można nazwać dzielnicą pamięci lotników, bo przed kaplicą wzniesiono upamiętnienie w postaci rozpołowionego kamienia, a pobliska szkoła nosi imię lotników i szczyci się współpracą z Litwą. Budynek szkoły wzniesiony, sądząc po formie, w latach 20/30-tych XX w. i starannie odnowiony ostatnimi czasy, zachował nad każdym z wejść rzeźbę dziewczynki trzymającej na kolanach rozłożona księgę. Co charakterystyczne obie figurki pozbawione są głów. Czyżby w obliczu zbliżającej się 80 rocznicy powrotu do Macierzy oczekiwano, że utrącone przez Polaków głowy doprawią Niemcy?

Dwuipółletnia uczestniczka nie ceniła sobie wprawdzie zwiedzania historycznych budowli i dziwów natury, ale udowodniła, że jest znakomitym kompanem w turystyce kulinarnej. Nie dane nam było odwiedzenie sympatycznie wyglądającej santoczańskiej karczmy, a to ze względu na ściśle mięsny charakter oferowanego menu. Barlinecka restauracja z widokiem na jezioro zapewniała za to znacznie bardziej urozmaicone doznania smakowe. Lodziarnio-kawiarnia przy rynku serwowała dobre lody, lecz przeciętną kawę, co jest chyba normą w takich miejscach. Za to kawiarenka na plaży w Myśliborzu potrafiła pogodzić jakość serwowanych lodów i napojów, a przy tym jej personel zaimponował nam znakomitą organizacją pracy w mikroskopijnym, kontenerowym lokaliku. Dwakroć udaliśmy się na obiad do Gorzowa. Geografia kulinarna wygląda tam tak, że ¾ lokali znajduje się między biegnąca wzdłuż Warty estakadą kolejową, a ciągiem ulic Sikorskiego i Obotryckiej. W pierwszej odwiedzanej, eleganckiej, restauracji młodociana dama tak długo i ze smakiem celebrowała swój obiadek, że w końcu męska obsługa wydawała się być gotowa już tylko na  jej wyzwanie. Na pizzę udaliśmy się natomiast do lokalu w jedynej przedwojennej kamienicy zachowanej przy rynku. Zajęliśmy stolik w ogródku od strony katedry, dzięki czemu mogliśmy oglądać i podsłuchiwać krzątające się wokół jej wieży pustułki. W pobliżu znajdowała się też kocia kawiarnia, więc gdy czas się dłużył można było przyjrzeć się przez okno tamtejszym futrzatym rezydentom. Warto tu wspomnieć, że przy gorzowskim rynku konkurują ze sobą aż trzy lodziarnie. Wybrana przez nas oferowała smaczne lody, ale nie mieliśmy siły, by porównać je z ofertą pozostałych.

Wydawałoby się, że zagubione wśród lasów Santoczno powinno być miejscem częstych spotkań człowieka z przedstawicielami świata zwierzęcego. Tymczasem oprócz kruka (za to z jajkiem w dziobie) przelatującego nad przydomowym ogródkiem oraz ptactwa wodnego nad jeziorami nie zauważyliśmy nic szczególnego. Pomimo utyskiwania środowisk łowieckich, że tradycje myśliwskie w narodzie są niszczone, polscy przedstawiciele fauny nie dają się przekonać, że, niczym na filmikach w Youtube, można bezkarnie odwiedzać ludzkie sadyby. Łatwiej jest spostrzec dziką zwierzynę z samochodu pędzącego autostradą niż podczas spaceru po lesie. Choć nie wykluczam, że gdyby w przydomowych ogródkach masowo instalowano, niczym na autostradowych wiaduktach dla zwierząt, fotopułapki rezultaty mogłyby okazać się całkiem ciekawe, a zaskakujące. Póki co miłośnicy podglądania natury podczas wyjazdów z wnuczkami muszą czerpać satysfakcję ze wspólnie odkrywanych ślimaków i innych “robaków” (w nomenklaturze najmłodszej uczestniczki słowem tym opisuje się owady bezskrzydłe).

Kategorie
Polska

Między Sudetami, a Beskidami czyli blaski i cienie Raciborza

Staromiejska statua św. Jana Nepomucena w Raciborzu wykonana jest w wersji bogatej. Wyniesiona na szczyt zdobionego wolutami postumentu otoczona jest puttami wyłaniającymi się z obłych zawijasów, ni to chmur, ni fal Wełtawy. Chyba dla zrównoważenia kompozycji, bo nigdy nie słyszałem o takim atrybucie Nepomuka, u stóp świętego klęczy żebrak otrzymujący jałmużnę. Choć kompozycja rzeźbiarska musiała powstać w schyłkowym okresie panowania austriackiego nad Śląskiem (lata 20- do 40-tych XVIII w.), to w obecne miejsce trafiła z inicjatywy imiennika świętego, proboszcza pobliskiego kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, dopiero w roku 1818 i odtąd, przez 127 lat, stanowiła ozdobę Nowego Rynku. Nie ma wątpliwości, że fundatorzy nie poskąpili środków i najęli do prac utalentowanego rzeźbiarza. Prawdopodobnie był to sam Johann Melchior Oesterreich, tajemniczego pochodzenia (nie dajmy się zwieść nazwisku) artysta, autor kolumny maryjnej na raciborskim rynku, jak też mnogich Nepomuków rozsianych po Opolszczyźnie i Górnym Śląsku.  

Jeśliby kto szukał pozostałości zabudowań rynkowych, to stracił na to szansę w wyniku podpalenia zabudowań przez żołnierzy niezwyciężonej Armii Czerwonej wiosną 1945 roku oraz późniejszej decyzji, że substancja materialna odzyskanych piastowskich ziem nada się w sam raz do odbudowy, bardziej jednak Polakom bliskiej, stolicy państwa – Warszawy. W późniejszych latach centrum Raciborza, pozbawione 80% zabudowy, zapełniono historycyzującymi budynkami w stylu warszawskiego Mariensztatu, ale wydłużony prostokąt ograniczony ulicami Nową, Basztową, Piwną i kościołem farnym pominięto, prawdopodobnie zamierzając przeprowadzać tam masówki i pochody ludu pracującego miasta ku wsparciu polityki partii i rządu. Może o tym świadczyć wystawienie trwałej trybuny w pobliżu Baszty Więziennej. Z czasem moda na takie imprezy uległa wygaszeniu, rosła natomiast ilość samochodów w posiadaniu mieszkańców. I tu pusta przestrzeń, dla niepoznaki nazwana placem Długosza, okazała się jak znalazł, mieszcząc setki pojazdów mechanicznych raciborzan i gości miasta. I tak św. Jan Nepomucen został obstawiony samochodami, pełniąc rolę artystycznie wysublimowanego dziadka parkingowego.

Nie jest to jedyne miejsce w Raciborzu, gdzie boleśnie odczuwa się dysonans między małą architekturą, a jej otoczeniem. Wychodząc do miasta z dworca kolejowego, znajdziemy się na trójkątnym placyku, z którego szczytu wybiega w stroną centrum reprezentacyjna niegdyś ulica Kolejowa (Bahnhofstrasse), obecnie nosząca imię Mickiewicza. Można nią dotrzeć na raciborski rynek, a jej perspektywę zamyka wieża kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Włodarze miasta postanowili jednak wesprzeć lokalną przedsiębiorczość i, za ich zgodą, u początku miłej dla oka osi widokowej umiejscowiono plastikową budkę z kebabem. Podążając ulicą Mickiewicza w stronę centrum dotrzemy do pomnika Josepha von Eichendorffa, niemieckiego poety romantycznego, który urodził się i lata dzieciństwa spędził w Raciborzu i jego okolicach. Pomnik jest kopią wcześniejszego monumentu z 1909 roku. Pierwotnie za tło miał gmach starostwa powiatowego. Zarówno budynek, jak i pomnik, zostały starte z powierzchni ziemi “w wyniku” powrotu ziemi raciborskiej do Macierzy. Ponowne odsłonięcie pomnika nastąpiło w roku 1994, w pierwotnej lokalizacji. A po 14 latach zdecydowano, że najlepszym tłem dla niego będzie galeria handlowa. Tym sposobem poeta znany w Niemczech, jako “piewca lasów”, został zdegradowany do roli odźwiernego w świątyni komercji. Że nie jest to w Polsce wyjątek świadczy, opisany w jednym z wcześniejszych postów, przypadek pomnika Józefa Wybickiego w Kościerzynie.

Autorzy opisu raciborskiej kaplicy zamkowej pod wezwaniem św. Tomasza Kantuaryjskiego, w dziewiętnastowiecznym miesięczniku budowlanym Zeitschrift für Bauwesen stwierdzali, że Kaplica swoim szlachetnym i czystym stylem gotyckim bezspornie zafascynuje każdego miłośnika sztuki”. Dodam od siebie, że nawet osoby bez architektonicznego przygotowania podzielą tę opinię. Budowla jest krótka, lecz wysoka, a jej bryła i wnętrze zwracają uwagę swoją strzelistością. Kaplica nie ma obecnie wyposażenia, oprócz ławek, obrazu patrona i dwóch rzeźb. Nic nie przeszkadza więc w podziwianiu charakterystycznych dla gotyku elementów architektonicznych: sklepienia krzyżowo-żebrowego, zworników, półkolumienek wspierajacych ożebrowanie sklepienia, zdobień o motywach roślinnych, maswerków w ostrołukowych oknach, czy ciągu wnęk na ścianie północnej zwieńczonych wimpergami z krzyżem. Nie dziwota, że od połowy XIX w. porównywano ją z paryską Sainte Chapelle. Jako właścicielom zawilgoconej piwnicy, przeszkadzało nam tylko, że przy ostatniej renowacji nie rozwiązano i tego problemu. Para skraplająca się na szybie przykrywającej wziernik do podkaplicznej krypty, jest tego najlepszym dowodem.

Zamek już w XVI stuleciu stracił swój rezydencjonalno-obronny charakter. Pomału, acz konsekwentnie, coraz większą rolę odgrywała tu działalność piwowarska, czego zwieńczeniem, po pożarze w 1858 roku, była budowa browaru w miejscu północnego i zachodniego skrzydła dawnej warowni. Produkcja trwa tam do dziś i przez okna można dostrzec wielkie metalowe kadzie do warzenia złocistego trunku. Jednak proporcje działalności komercyjnej i kulturalnej właśnie ulegają zmianie. Powiat raciborski skończył dopiero co remont dawnej słodowni, z przeznaczeniem na muzeum przybliżające historię księstwa opolsko-raciborskiego. Eklektycznie skrojony program wystawienniczy tej instytucji rodzi jednak obawy, że będzie to multimedialne panoptikum o dosyć niejasnym przekazie. Co nie znaczy, że nie spodoba się odwiedzającym, zwłaszcza dziatwie szkolnej.

Strzelistość to najbardziej zauważalny przymiot kaplicy

Wspomniany wyżej kościół farny pw. Wniebowzięcia NMP sprawia wrażenie usytuowanego w pd.-wsch. narożniku rynku. Trudno uwierzyć, że w czasach niemieckich na niewielkim skwerku przed świątynią pomieściła się wielkomiejska kamienica. W tym przypadku jednak brak odbudowy pozwolił na wyeksponowanie gotyckiej bryły kościoła. Dla osoby przekraczającej po raz pierwszy główne wejście najbardziej zaskakującym jest to, że prowadzi ono do tzw. Kaplicy Polskiej, usytuowanej poprzecznie do nawy głównej i służącej jako miejsce codziennej adoracji Najświętszego Sakramentu. Chcąc więc dotrzeć do głównej części świątyni, trzeba przejść między pogrążonymi w modlitwie wiernymi, a obiektem ich kultu. Dla uniknięcia tej  niezręcznej sytuacji warto wiedzieć, że wchodząc wejściem od ul. Mickiewicza można, za plecami modlących się, skręcić do bocznej nawy głównego korpusu kościoła. A tam znajdziemy ciekawy, barokowy ołtarz, sklepienie gwiaździste, nagrobki i epitafia oraz malowidło podorganowe z 1966 roku ukazujące, obok deklaracji wierności kościołowi, historyczną panoramę miasta oraz jego patronów: papieża Marcelego, który w 1290 r. cudownym pojawieniem się przepłoszył Tatarów spod Raciborza i piastowską księżniczkę Eufemię (Ofkę), która wybrała życie dominikańskiej zakonnicy, zamiast świeckich splendorów. Nie zobaczymy już jednak wspaniałych, barokowych stalli z prezbiterium, o których wspominają wszystkie przewodniki, ponieważ zostały strawione przez czerwonoarmijną pożogę w roku 1945. 

Polichromia z patronami miasta

Wnętrze drugiego z rynkowych kościołów, podominikańskiego, pod wezwaniem św. Jakuba, uległo chyba jeszcze większym zniszczeniom. Nadal ma barokowe ołtarze boczne i ambonę, ale ołtarz główny, przedstawiający adorację Marii z dzieciątkiem przez anioły, jest całkiem nowy. To on jednak zrobił na mnie największe wrażenie swoją bezpretensjonalnością – umieszczenie figur na gołej ścianie wyeksponowało uroczo całą scenę. Trudno mu jednak przyjrzeć się z bliska, bo, poza porami nabożeństw, kościół pozostaje zamknięty. Ostatni ze staromiejskich kościołów, niegdyś dominikanek, pw. św. Ducha, nie pełni już od 1810 roku funkcji sakralnej, a w 1927 roku zamieniony został na muzeum. Wnętrze podzielono na trzy kondygnacje, dzięki czemu można z bliska podziwiać detale późnorenesansowych polichromii ściennych. Muzeum chlubi się posiadaniem oryginalnej, liczącej sobie ok. 2800 lat, mumii egipskiej wraz z sarkofagiem. Z Egiptu przywiózł ją baron Anzelm von Rothschild i podarował młodej narzeczonej. Ta – co za niespodzianka! – nie przyjęła makabrycznego prezentu, który ostatecznie trafił do muzeum. Mnie jednak najbardziej ujął renesansowy piec zrekonstruowany na podstawie pozostałości znalezionych na zamku, zwłaszcza, że wśród postaci oddanych na jego zielonkawych kaflach poczesne miejsce zajmuje mój patron – św. Krzysztof.

Racibórz “od zawsze” pełnił funkcję regionalnego centrum administracyjnego. Tak było za piastowskiego księstwa opolsko-raciborskiego i pod rządami Habsburgów. Z okresu książęcego pochodzą liczne kościoły. A było ich nawet więcej, bo tam gdzie dominikanie, musieli być i franciszkanie. Ich klasztor uległ kasacji, a kościół rozbiórce, w pierwszej połowie XIX w. Po przejęciu Śląska przez Prusy zniesiono stare struktury, ale w ich miejsce pojawiły się nowe. W roku 1817 miasto stało się siedzibą Wyższego Sądu Krajowego Prowincji Górnośląskiej (Oberlandesgericht). Tak prestiżowy urząd wymagał stosownej siedziby. Stąd dzisiejszy sąd rejonowy mieści się w gmachu wzniesionym w stylu berlińskiego klasycyzmu, projektu nadwornego architekta króla Prus – Karla Friedricha Schinkla, nie licząc imponującego neorenesansowego skrzydła dobudowanego 70 lat później. Zasilany francuskimi kontrybucjami budżet zjednoczonych Niemiec mógł po 1871 roku sfinansować budowę wielu gmachów publicznych, niezbędnych w nowoczesnym państwie. Co ciekawe, mimo skali powojennych zniszczeń, obiekty takie, jak szkoły, koszary, czy więzienie przetrwały i służą swym celom po dzień dzisiejszy. Po I Wojnie Światowej i powstaniach śląskich powiat raciborski utracił ok. 40% powierzchni, nie tylko na rzecz Polski, ale i Czechosłowacji. Racibórz stał się miastem przygranicznym i musiał przyjąć sporą grupę przybyszów, którzy nie godzili się na pozostanie w dotychczasowych miejscach zamieszkania kosztem przyjęcie obywatelstwa nowopowstałych państw.  

Mimo to, był to okres wzrostu znaczenia miasta. Na podobieństwo bowiem dzisiejszych województw: lubuskiego i kujawsko-pomorskiego, ówczesna prowincja górnośląska miała dwie stolice. Nominalnie było nią Opole, ale rezydował tam tylko odpowiednik polskiego wojewody. Władze samorządowe natomiast miały siedzibę w Raciborzu. Na ich potrzeby powstały lub zostały przystosowane, kolejne reprezentacyjne gmachy, np. dzisiejsze liceum ogólnokształcące im. Kasprowicza funkcjonuje w dawnym budynku administracji prowincji. Rzesze urzędników potrzebowały dachu nad głową. Dla zaspokojenia ich głodu mieszkaniowego powstawały, zachowane do dzisiaj, całkiem udane założenia mieszkalne. Aż do dojścia Hitlera do władzy, prowincją rządziła katolicka partia Centrum. Wiodące funkcje we władzach zajmowali Ślązacy, stąd ze zbitki ich nazwisk powstała prześmiewcza i całkiem nie germańska nazwa prowincji: Propiulka. Litery “ul” w nazwie zawdzięczała Karlowi Ulitzka, wieloletniemu proboszczowi kościoła św. Mikołaja w Raciborzu, pełniącemu funkcję przewodniczącego Wydziału Krajowego, czyli odpowiednika urzędu marszałkowskiego. Na swojej plebanii przyjmował możnych tego świata, tak niemieckich, np. prezydenta Hindenburga, jak i zagranicznych. Ze względu na wpływy i możliwości, zwano go królem Górnego Śląska. Co ciekawe, Ulitzka był dwukrotnie wygnany z Raciborza. W 1939 roku – przez niemieckich nazistów, a w 1945 roku – przez polskich komunistów. W obydwu przypadkach parafianie pisali w jego obronie listy podnosząc, a to że uratował Racibórz i zachodnią część Górnego Śląska dla Niemiec, a to, że bronił praw polskojęzycznej ludności miasta i regionu, przez co był prześladowany przez hitlerowców, włącznie z uwięzieniem w obozie koncentracyjnym w Dachau. Pod koniec życia Ulitzka marzył o niepodległym Górnym Śląsku, na podobieństwo Szwajcarii, wracając przy tym do zapomnianego politycznego projektu z czasów plebiscytu 1921 roku. Taki ciekawy raciborski życiorys, który nie mieści się w biało-czarnej, swojsko-obcej narracji.

Jeśli o mnie chodzi, wystarczającym powodem, by odwiedzić Racibórz jest to, że z jego wybranych punktów można podziwiać widoki, zarówno na Beskidy, jak i na Sudety. Oczywiście znajdują się one, nie w położonym w dolinie Odry centrum miasta, ale na wyniesionych obrzeżach. My, obydwa pasma mogliśmy dostrzec z platformy położonej w sąsiedztwie obserwatorium geofizycznego PAN, w zachodniej części miasta. Znajduje się ono w specjalnie zaprojektowanej, drewnianej, modernistycznej willi, która mieściła centrum sieci sejsmologicznej, stworzonej na potrzeby i z funduszy górnośląskich kopalni. Najciekawsze, że był to typowy dla swej epoki “one man show”. Profesor Carl Mainka, osiadłszy tu w 1926 roku z żoną w charakterze asystentki i z jednym pracownikiem technicznym, przy użyciu aparatury swojego pomysłu prowadził badania, których wyniki ukazywały się w wiodących światowych pismach branżowych. Badacz, odludek, poświęcający życie nauce, to model realizowany w owych czasach choćby przez Paula Robiena w jego stacji ornitologicznej na jeziorze Dąbie pod Szczecinem, czy Alfreda Lityńskiego w stacji hydrobiologicznej nad Wigrami. Wymieniona dwójka nie przeżyła wkroczenia i przyfrontowych rządów Armii Czerwonej w 1945 roku. Profesor Mainka miał więcej szczęścia – zmarł śmiercią naturalną w 1943 roku.

W bliższej perspektywie, widok z tego miejsca zdominowany jest przez wielopiętrowe budownictwo mieszkalne z czasów PRL-u. Warto jednak zatrzymać wzrok na dwóch obiektach: Tuż u podnóża wzgórza, w kierunku wschodnim, wznosi się jedyny w mieście kościół w stylu barokowym, kryjący sanktuarium Matki Boskiej Raciborskiej. Znajduje się tu, otoczona kultem, 400 letnia ikony w typie Matki Boskiej Częstochowskiej. Była ona trzykrotnie koronowana: w roku 1932, 1955 i 1987. Powodem powtarzania tych uroczystości była dwukrotna kradzież cennych precjozów. Za pierwszym razem, pod koniec wojny – przez samych-wiecie-ktosiów, za drugim – zupełnie nie wiemy przez kogo, ale niewątpliwie posiadacza polskiego obywatelstwa. Fotografie z pierwszej koronacji, z czasów schyłkowej Republiki Weimarskiej, noszą podpis: Matka Boža Kirche. Ot, taki przygraniczny volapük (poprzednik esperanto w roli języka międzynarodowego, wymyślony przez niemieckiego księdza rzymskokatolickiego Johanna Martina Schleyera).

Widok na Lysa Hora (1323 m npm.) – najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego

Ku północy natomiast, w odległości nieco ponad kilometra, widać żelbetowej konstrukcji wieżę ciśnień oddaną do użytku w 1936 roku. O ile jej powstanie było uzasadnione rzeczywistymi problemami miasta z zaopatrzeniem w wodę, o tyle forma, którą przybrała oraz sposób użytkowania, starały się sprostać potrzebom ideowym rządzącej już wówczas niepodzielnie NSDAP. Konstrukcja o wysokości 37 metrów była doskonale widoczna z polskiego brzegu Odry, dlatego na jej szczycie zainstalowano maszt flagowy, godło państwowe oraz pierwsze wiersze niemieckiego hymnu narodowego. W przyziemiu  natomiast ulokowano mauzoleum bojowników o nazistowkie Niemcy, a na kolejnych kondygnacjach, ośrodek szkoleniowy NSDAP. Całości nadano nazwę Wieży Nadgranicznej (Grenzlandturm). Obiekt, choć imponujący rozmachem, nie spełnił założonej roli, gdyż wytwarzał zbyt wysokie ciśnienie wody, jak na wytrzymałość mającej już swoje lata raciborskiej sieci wodociągowej. Może, gdyby o jego parametrach decydowali inżynierowie, a nie politycy, byłby bardziej przydatny dla miasta.

Wschodni brzeg doliny Odry, powyżej Raciborza, jest wysoki, często lesisty. Tu znajduje się Las Obory, a w nim Arboretum Bramy Morawskiej z ogrodem w formie labiryntu i mini zoo. Liczne ścieżki spacerowe wiją się wśród liściastych lasów pokrywających bogato urzeźbione zbocza. Podobne warunki terenowe, choć z uboższą infrastrukturą, można spotkać w położonym w górę doliny Lesie Widok. W Pogrzebieniu, na krawędzi doliny, wzniesiono wieżę widokową. Nie widać stamtąd Beskidów, ale ku zachodowi, za upstrzoną lustrami stawów rybnych doliną Odry, majaczą sudeckie szczyty. Ku wschodowi, za mozaiką lasów, pól i wiejskich zabudowań, wzrok przyciąga regularny stożek monstrualnych rozmiarów hałdy Szarlota w Rydułtowach. Kolejny punkt widokowy znajdziemy w Grabówce. Widać stąd głównie zespół stawów Wielikąt, za to w pobliżu platformy wznosi się mały kościółek o ciekawej historii. Pierwotnie stał on we wsi Ligota Tworkowska, wysiedlonej w związku z budową polderu przeciwpowodziowego. Został rozebrany i odtworzony przez jej mieszkańców na wysokiej skarpie doliny Odry. Co ciekawe, ocalili oni i przenieśli w pobliże kościoła także kilka kamiennych słupów granicznych, wyznaczających przedwojenną granicę Polski i Niemiec. Napotkana przy pielęgnacji roślin sympatyczna pani w średnim wieku zaprowadziła nas do świetlicy wiejskiej, wchodzącej w skład powstałego tu kompleksu budowli. Pokazała nam dużą salę wielofunkcyjną, izbę pamięci oraz kronikę miejscowego zespołu śpiewaczego Koła Gospodyń Wiejskich. I był to bardzo charakterystyczny element tego wyjazdu. W każdym z odwiedzanych miejsc, napotkane osoby chętnie wchodziły z nami w interakcje opowiadając, a to o problemach z niesfornym szczeniakiem, a to o doborze właściwego serka do doskonałego tiramisu, a to o działalności grup zainteresowań w wiejskiej świetlicy. W tej części Śląska ludzie ewidentnie żyją ze sobą, a nie obok siebie.

Kulinarnie Racibórz plasuje się ponad średnią krajową. Każdego z sześciu dni pobytu jadaliśmy gdzie indziej, a i tak nie odwiedziliśmy wielu lokali. Co ciekawe, przy szeroko reklamowanej i nie podlegającej wątpliwości śląskości miasta, kulinarny klasyk w postaci rolady z kluskami śląskimi i modrą kapustą znaleźliśmy tylko w dwóch restauracjach, z których jedna miała estetykę nowoczesnego prosektorium. Że Racibórz gastronomicznie aspiruje wyżej, niżby wskazywała jego wielkość świadczy to, że śniadanie można zamówić, nie tylko w hotelowych restauracjach, ale i w byłym studiu fotograficznym. Ta zresztą restauracja przebiła się nawet do ogólnokrajowych mediów lifestylowych. Kwiatokawiarnię odwiedziliśmy zaś dwa razy, nie z konieczności, lecz z wyboru. Nie dość, że zapach kawy mieszał się z wonią kwiatów, to jeszcze urodziwe mieszkanki urządzały tam sesje fotograficzne.

Parking Długosza stanowi skazę na estetycznej mapie miasta. Władze są chyba tego świadome, bo co rusz ogłaszają kolejne plany jego zagospodarowania. A to centrum integracji mieszkańców, a to szkoła z funkcją handlową (!?), a to mieszkaniówka. Przeciwko oddaniu placu na pastwę działalności deweloperskiej protestowała niedawno inicjatywa mieszkańców miasta. Opowiada się ona za transformacją parkingu w park. Brzmi dobrze, ale w centrum Raciborza wcale nie brakuje zieleni. Została ona wprowadzona podczas odbudowy miasta, w czasach gdy rozgęszczenie zabudowy i dosłonecznienie podwórek było aksjomatem środowiska architektonicznego. Mieszkaliśmy 100 metrów od rynku, ale znalezienie kawałka zieleni do spaceru z Harrym nie stanowiło problemu. Poza tym, jakie to polskie miasto ma, zamiast reprezentacyjnego centrum, park? Zaraz, zaraz! Jednak istnieje takie miasto, a zwie się Warszawa. Tu, na północ od Pałacu Kultury i Nauki, rozciąga się pas zieleni, zwany oficjalnie Parkiem Świętokrzyskim. Racibórz może być drugim przykładem takiego zagospodarowania przestrzeni miejskiej. Warszawą Śląska! Tylko, czy na pewno będzie zadowolony z takich porównań? I jak się w tym wszystkim odnajdzie św. Jan Nepomucen?

Kategorie
Polska

Czy Choroszcz zapobiegła wybuchowi wojny światowej, czyli czego można się dowiedzieć podróżując drogą kruszewską

Dzień był pochmurny i nieco dżdżysty. Od niewidocznej z nad rzeki wsi dochodziło, od czasu do czasu, szczekanie psów, czy ryknięcie krowy. Bez większej nadziei wpatrywałem się w unoszący się na wodzie spławik. Otrzymane instrukcje nakazywały zachowanie ciszy. Zerknąłem w kierunku ulokowanego w pobliżu kolegi. Ten nagle począł wymachiwać rękami wskazując palcem ku wodzie. Spojrzałem za wskazaniem jego wyciągniętej ręki. Na powierzchni wody nic nie zauważyłem. Nic, w tym także i spławika mojej wędki. Nagle jednak ukazał się na wodzie, by po chwili zniknąć. Kołowrotek zaterkotał i wtedy zrozumiałem, że godziny marznięcia na brzegami Narwi właśnie zostały wynagrodzone możliwością upolowania godziwej zdobyczy. Przez głowę przemknęły mi gazetowe fotografie z facetami w kaloszach, odzianych w wielokieszeniowe kamizelki, dumnie prezentującymi złowioną “taaaką rybę”! Delikatnie starałem się zatrzymać podwodną ucieczkę mej ofiary. Szczyt wędki lekko się wygiął, żyłka napięła, by nagle odbić i zadyndać bezwolnie w powietrzu. “Uciekła ci”! orzekł kolega Jacek, który postarał się szybko przybyć mi z pomocą.

Tak zakończyła się moja krótkotrwała próba zostania wędkarzem. Ojciec kolegi był doświadczonym rybołowem i próbował swoje hobby zaszczepić synowi. Ten, chyba znudzony długotrwałym sam na sam z rodzicielem, dopraszał na te wypady jeszcze mnie. Nie musiałem mieć swojego sprzętu – wszystko, wraz z instruktażem, zapewniał organizator. Ojciec kolegi był właścicielem samochodu marki Simca, więc moczyliśmy kije w różnych wodach. Najczęściej w Supraśli i Narwi, rzadziej nad Biebrzą. Ryba, która uniknęła wyłowienia, reprezentowała ichtiofaunę narwiańską. Wędkowaliśmy w pobliżu wsi Izbiszcze, a w pamięci utkwiła mi, w szczeniackiej ocenie zabawna, nazwa wsi Konowały. 

Zawsze zastanawiam się, czy wędkarska porażka nie była początkiem zainteresowań ornitologicznych. Na pewno w czasie spędzonym z wędką w ręku widziałem więcej ptaków, niż ryb. Nie pamiętam, bym później kiedykolwiek oddawał się wędkarstwu. 

Od 1996 roku dolina Narwi na zachód i południowy-zachód od Białegostoku objęta jest ochroną, jako Narwiański Park Narodowy. Jest to jeden z najrzadziej odwiedzanych parków w Polsce. W kategorii parków “bagiennych” nie wyróżnia się wielkością, brakuje w nim znakowanych szlaków turystycznych, a w dodatku, mając kształt długiej i krętej kiszki, nie zapewnia on równie dalekich widoków, jak jego konkurenci. Podejrzewam jednak, że do niedawna brakowało narzędzi do oceny liczby turystów. Zmieniło się to z rozwojem turystyki kajakowej na Narwi (Park dysponuje własną wypożyczalnią sprzętu) oraz z oddaniem do użytku kładki, wraz z samoobsługowymi promami, na trasie Śliwno-Waniewo. Gdyby tylko te ostatnie nie psuły się tak często …  Kładka ma tą cechę, że kanalizuje masowy ruch turystyczny, więc dla osób chcących uniknąć nadmiernego towarzystwa, stanowczo zalecane jest zwiedzanie kajakiem. Narew na terenie Parku płynie wieloma korytami, czasami krzyżującymi się ze sobą. Aby zapobiec zagubieniom, na niektórych wodnych skrzyżowaniach ustawiono kierunkowskazy.

Prom przez Narew, fot. Adam-dalekie-pole, lic. CC BY-SA 3.0
Będący częścią kładki Śliwno-Waniewo, fot. Fczarnowski, lic. CC BY-SA 4.0

Ostatnią wizytę w Parku odbyliśmy w okolicy ostatniego Święta Niepodległości. Listopad, to już nie sezon kajakowy. W planie było więc odwiedzenie Młynarzówki – stosunkowo nowego centrum edukacyjno-biurowego Parku. Składa się ono z odrestaurowanego historycznego budynku mieszkalnego oraz bardzo nowoczesnego aneksu. Niestety, renowacja nie objęła trzykondygnacyjnego, ceglanego budynku po stuletnim młynie motorowym, położonym z drugiej strony drogi. W naszym kraju korzystniej jest jednak zbudować coś od nowa, niż pokonywać formalne i techniczne przeszkody nieodłącznie związane z ratowaniem  architektury zabytkowej. Nie dane nam było jednak zobaczyć wnętrz Młynarzówki, gdyż jak sie domyślam, pracownikom dano wolny dzień za przypadający w sobotę Dzień Niepodległości. Oczywiście, strona www Parku nie informowała o tym fakcie potencjalnych odwiedzających. W każdym razie, na cztery dni przed przyjazdem nic na ten temat nie znalazłem. Podejrzewam, że podobne sytuacje zdarzały się wcześniej, gdyż furtka na teren obiektu została uszkodzona złośliwą ręką/nogą, umożliwiając wejście i skorzystanie np. z placu zabaw dla dzieci. Jak widać, może turystów do Narwiańskiego Parku dociera mniej, niż do innych parków, ale ich determinacja do zwiedzania ekspozycji edukacyjnych jest olbrzymia.

Komentując całą sytuację, pracownik firmy remontującej budynek kurowskiego dworu, w którym dotychczas mieściła się dyrekcja Parku, rzucił z pewną zazdrością: “Budżetówka cieszy się przywilejami”. Gdy w końcówce lat 90-tych XX wieku w rozmowie z ówczesnym dyrektorem Parku zapytałem, czy nie grożą im roszczenia restytucyjne, dowiedziałem się, że przedwojenni właściciele zbankrutowali, a majątek przejął za długi bank. Ten z kolei został znacjonalizowany wraz z wszystkim aktywami, więc potomkowie właścicieli mogą się tylko cieszyć, jak pięknie Park zarządza ich niegdysiejszym mieniem. Rzeczywiście, dwór i przyległy park były w dobrym stanie, a w ich okolicy wytyczono ścieżkę przyrodniczą. Minęło jednak parę lat i okazało się, że bank zdążył w 1936 roku sprzedać majątek kolejnym właścicielom i to ich potomkowie na drodze sądowej odzyskali dwór. Koniec końców, dwór został od nich odkupiony i teraz przechodzi kolejny remont. Ciekawe, jaka rola będzie mu przypisana, skoro dzisiaj cała pozaterenowa działalność Parku prowadzona jest pod dachem Młynarzówki.

Młynarzówka, fot. Jerzy Opiola, lic. CC BY-SA 4.0
Dwór w Kurowie, fot. Jerzy Opiola, lic. CC BY-SA 4.0

By nie spisywać wycieczki całkiem na straty, wybraliśmy się na spacer prowadzący groblą przez bagienną dolinę Narwi, ku zachodniemu przyczółkowi zerwanego mostu. Droga, choć tylko półtorakilometrowa, dzieli się na trzy odmienne krajobrazowo odcinki. Pierwsze 300 metrów wiedzie jeszcze wśród pól i łąk, a przed lasem przy drodze rozłożyło się nawet gospodarstwo z malowniczym drewnianym domem. Następnie, grobla prowadzi przez podmokły, olchowy las. Tu zaskoczeniem może być jej mizerna szerokość. Rosnące w pobliżu drzewa i zarośla dosłownie ją zakrywają. W czasie, gdy powstała, w 1903 roku, droga miała wprawdzie status strategiczny, ale ówczesne wojsko wędrowało na piechotę lub konno, a używane pojazdy, w tym pojawiające się z czasem samochody były, w porównaniu z teraźniejszymi, mocno skromnych rozmiarów. Tak, jak współczesne samochody, współczesne drogi są znacznie szersze od poprzedniczek. Ostatni odcinek grobli, po pokonaniu mostem zachodniego ramienia Narwi, zwanego Młynówką, biegnie już przez rozległe trzcinowiska i turzycowiska, aż do betonowego przyczółka, z którego roztacza się daleki widok na dolinę i odległy o ponad 360 metrów wschodni przyczółek mostu. Najciekawszy jest jednak widok ku północy, gdzie Narew zmuszona jest zwrócić się na wschód, by ominąć wyniosły płaskowyż, którym biegnie droga z Białegostoku do Warszawy.

Mostu nie ma tu od 1939 roku, gdyż właśnie wtedy został spalony przez wycofujące się wojsko polskie. Utrudniło to nieco postępy Wehrmachtu, ale czołgi niemieckie i tak by nim nie przejechały. Jego konstrukcja była drewniana, zbudowana na łapu capu w 1928 roku, w efekcie czego obciążona mocno, kiwała się na boki. Przedwojenne autobusy, dla bezpieczeństwa, pokonywały most bez pasażerów, na których czekały z drugiej strony rzeki. Nie wiadomo, czy oryginalny, carski most był stabilniejszy – został zniszczony przez rosyjskich saperów w czasie ofensywy kajzerowskich Niemiec w sierpniu 1915 roku. I tu dochodzimy do narwiańskiej legendy, która mówi, że most został przeklęty i jego budowa w tym właśnie miejscu powoduje, po 11 latach, wybuch światowego konfliktu. Nic dziwnego, że wpisanie do dokumentów planistycznych gminy Choroszczy możliwości postawienia w tym miejscu kolejnej przeprawy przez rzekę, wzbudziło w mieszkańcach okolicznych wsi prawdziwy niepokój. Na szczęście, Park Narodowy stanowczo sprzeciwił się tym nieroztropnym planom. Druga z legend związanych z tą okolicą, mówiąca o tym, że mieszkańcy miasteczka Suraż zapłacili inżynierom nadzorującym budowę kolei warszawsko-petersburskiej łapówkę, aby tylko, przez zmianę przebiegu linii, ziejące dymem i buchające iskrami stalowe potwory nie płoszyły ich dobytku, nie jest już tak oryginalna. Słyszałem ją w wielu, pominiętych przez kolejowych planistów, miejscowościach Polski. 

Dom przy wjeździe na groblę od strony zachodniej
Ten odcinek grobli biegnie wśród trzcinowisk
Widok z zachodniego przyczółka zerwanego mostu ku północy
Leśny odcinek grobli
Widok na Młynówkę z mostu
Widok z zachodniego w kierunku wschodniego przyczółka zerwanego mostu

“Mrok właśnie zapadał; było na co popatrzeć. Uwijała się czeladź wszelaka z drzazgami i lontami zapalając lampy stojące nad brzegami jeziora i wiszące na drzewach, okalających altany. Na dzień ten umyślnie sprowadzone z rzeki Narwi wody, puszczone kanałami, na których porobiono kaskady sztuczne, widok przedstawiały istotnie malowniczy. Blaski ostatnie dnia i oświecenie kolorowe parku, wówczas zwanego “dziką promenadą” odbijały się w wodotryskach i wodospadach. Grupy postrojonych pań i panów otaczały stawy, po których łódkami się wielu przejeżdżało. W dali słychać było przegrywające muzyki”.

J. I. Kraszewski Grzechy hetmańskie

Tak świętowanie imienin trzeciej żony hetmana Jana Klemensa Branickiego – Izabeli z Poniatowskich wyobrażał sobie pisarz z perspektywy ponad stu lat od opisanego wydarzenia. Świętowano pod gołym niebem, w ogrodach przy letnim pałacyku Branickich. Tak, jak samo miasteczko jest trudne do zauważenia dla kierowców mknących ekspresówką do lub z Białegostoku, tak barokowy budyneczek mieszczący dziś muzeum wnętrz pałacowych, też nie dominuje w zabudowie Choroszczy. Od centrum miasteczka oddziela go bowiem kompleks dawnej fabryki sukna i kortu, wzniesiony przez rodzinę Moesów. Ta niegdyś największa w całym regionie fabryka, będąca prawdziwym miastem w mieście, po spaleniu w 1915 roku przez Rosjan została zaadoptowana w 1928 roku na nowoczesny, jak na swoje czasy, szpital psychiatryczny. Pałacyk, który podzielił losy fabryki w czasie I Wojny Światowej, nie został jednak odbudowany na potrzeby lecznicy. Bo też, czy dyrektorowi szpitala godziło się mieszkać w rezydencji powstałej na hetmańską miarę i użytkowanej później przez bogatą fabrykancką rodzinę? Szpitalna administracja i księgowość też pewnie nie miały aż takich potrzeb lokalowych, jak ta obsługująca kompleks fabryczny. Tak więc, dopiero po ponad 50 latach od zniszczenia, pałacyk podniesiono z ruin. Odbudowano co prawda tylko główny, najstarszy, korpus założenia. Późniejsze oficyny boczne nie miały już tego szczęścia, chociaż podniszczony, piętrowy budyneczek mijany na dojeździe do rezydencji jest opisywany, jako ich pozostałość. Na przedpolu pałacyku wznoszą się jeszcze rozległe stajnie, których frontowa ściana ozdobiona jest rzeźbami kształtnych końskich główek. Od lat trwają przymiarki do remontu i sensownego wykorzystania tego budynku. Jak na razie – bez widocznych wyników.

Pałacyk jest dosyć zgrabną i harmonijną budowlą (może poza ciężkawą grupą rzeźb wieńczącą tympanon od strony ogrodowej). Uroku dodaje mu położenie na wyspie, na końcu kanału długiego na ponad 300 metrów. Jego oś zamknięta jest wzniesieniem zwanym obecnie Górką Miłości. Z jej szczytu rozciąga się szeroki widok na dolinę Narwi i jej dopływu – Horodnianki. Zabudowa Choroszczy nie jest stąd widoczna i można ulec złudzeniu przebywania na jakimś biebrzańskim grądzie (tak na Podlasiu nazywa się wyniesienia śródbagienne). Kanał biegnący od pałacu nie jest jedyny – w połowie długości przecina go drugi, poprzeczny. Pełen starodrzewia, zdziczały park obramowuje ich brzegi. Nie wybrałbym tego miejsca na świętowanie imienin, ale na obserwację ptaków połączoną z fotosafari, jak najbardziej.

Pałacyk Branickich od frontu
Pałacyk od strony parku z fabryczną wieżą ciśnień w tle
Główny kanał parkowy
Górka Miłości w przypałacowym parku
Pałacyk znajduje się na sztucznej wyspie
Rzeźby zdradzają przeznaczenie budynku
Miejscami natura bierze górę nad kulturą
Mostki na przecięciu kanałów
Dziedziniec i pałac w Choroszczy na rysunku M. Kluczewskiego z 1874 r.[w:] Z. Gloger, Letni dworzec w Choroszczy, Kłosy 1874, nr 476

Na drugim miejscu w rankingu miejsc wartych odwiedzenia w Choroszczy, jest na pewno kompleks szpitalny z fabrycznymi korzeniami. Składa się z kilkunastu piętrowych budynków z cegły o nieco koszarowej architekturze, postawionych na przełomie XIX i XX wieku. Teren jest rozległy i bogaty w zieleń. Fasady budynków wyłożono czerwoną i żółtą cegłą, podkreślającą podziały na osie i kondygnacje. Droga przecinająca ten kompleks i zmierzająca do pałacu jest przecięta ogrodzeniem, ale wejście przez główną bramę od strony placu Brodowicza i spacer między szpitalnymi pawilonami chyba są tolerowane. Jedynym budynkiem kompleksu udostępnianym osobom postronnym jest dawna szkoła dla dzieci pracowników, obecnie mieszcząca miejskie centrum kultury. Plac, przy którym jest ulokowane centrum, był niegdyś mniejszy, gdyż wznosił się przy nim kościół luterański ufundowany przez Moesów dla pracowników pochodzących z Niemiec. Uszkodzony podczas II Wojny Światowej i pozbawiony wiernych, został rozebrany w latach 60-tych XX wieku. Jego lokalizację wskazuje obecnie metalowy krzyż.

Widok fabryki Moesa z czasów jej świetności
Krzyż na miejscu gdzie stał kościół luterański
Kuźnia fabryczna, potem kino, obecnie kaplica
Wieża ciśnień widziana z okna pałacyku
Jeden z nowszych pawilonów szpitala
Dawna szkoła, obecnie centrum kultury

Historyczne województwo podlaskie zostało aktem Unii Lubelskiej przeniesione z Litwy do Korony. Ale nie Choroszcz. Jej ówcześni właściciele – Radziwiłłowie nie przybyli do Lublina, a brak ich podpisu pod aktem Unii skutkował pozostaniem majątku na Litwie. Zatem, aż do rozbiorów, była to enklawa litewska. A obecnie, jest to podbiałostocka enklawa biznesowa. Dzięki bliskości stolicy województwa oraz drogi ekspresowej S8, w mieście powstały rozliczne przedsiębiorstwa i zakłady. Za nimi poszedł wzrost liczby mieszkańców oraz wszelkiego rodzaju usług dla ludności. Z punktu widzenia architektonicznego ten rozwój niesie jednak pewien bałagan przestrzenny, widoczny tym lepiej, im dalej oddalimy się od rynku. Sam plac rynkowy został zmodernizowany przez pozbawienie drzew i wyłożenie kamiennymi płytami z obowiązkową teraz fontanną bezbasenową. Inwestycję przeprowadzono już w trzeciej dekadzie naszego wieku, przy dosyć głośnej krytyce z pozycji klimatycznych. Inicjatorów dosięgła zresztą swoista karma, bo gdy doszło do uroczystego otwarcie przebudowanego placu, upał był okrutny, a cień drzew był już tylko wspomnieniem. Jedną stronę rynku zamyka zgrabna sylwetka kościoła i klasztoru podominikańskiego, pozostałe, to przegląd budownictwa małomiasteczkowego ostatnich 120 lat. Miejsce jest jednak dosyć senne, bo jeden kebab i jedna lodziarnia, a tym bardziej bank spółdzielczy, nie generują nadmiernego ruchu mieszkańców. W miasteczku godne uwagi są jeszcze – cerkiew prawosławna zbudowana według typowego projektu czasów cara Aleksandra II oraz kilka przykładów białostockiej szkoły muratorskiej, czyli budynków stawianych i zdobionych przy użyciu żółtej i czerwonej cegły.

Choroski rynek po „betonowej” metamorfozie. Fot. Urząd Marszałkowski Województwa Podlaskiego
Kościoł podominikański
Mural maryjny stanowił kolorowy przerywnik w zimowej scenerii
Inne ujęcie cerkwi
Charakterystyczny dom z żółtej i czerwonej cegły
Ciekawy krzyż z narzędziami męki Pańskiej
Plebania przy kościele
Z pomiędzy domów wyłania się cerkiew pw. Opieki Matki Bożej
Taki widok z przykościelnego dziedzińca
Jeszcze kilka takich domów zachowało się w miasteczku
Oryginalny dom przy rynku

Wydany w latach 80-tych XIX w. “Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich” przy końcu opisu miasta stwierdzał m. in.: “O 30 staj od Choroszczy na południu leży góra Świtkowizna (dziś Sieśkowizną zwana), porośnięta karłowatymi dębami; na tej górze za czasów pogańskich oddawano cześć Światowidowi”. W miejscu tym, zwanym obecnie Babią Górą, z inicjatywy Miejskiego Centrum Kultury ustawiona została w 1998 roku replika figury Światowida wydobytej, w latach międzywojennych, z wód granicznej z Ukrainą rzeki Zbrucz. Z czasem miejsce nabrało znaczenia kultowego dla, zarejestrowanego jako grupa wyznaniowa, Polskiego Kościoła Rodzimowierczego. A to już nie wszystkim się spodobało. Na sesjach Rady Miasta i Gminy składano w tej sprawie pytania i interpelacje, prywatnie formułowano pewnie znacznie ostrzejsze komentarze. Aż pewnego styczniowego dnia 2018 roku, posąg zniknął. Policji nie  udało się go odnaleźć, a prokuratora nie podjęła śledztwa, powołując się na niską, ocenianą na 400 zł, wartość zguby.

Rodzimowiercy burzyli się i protestowali, ale w krótkim czasie zamówili pomniejszoną kopię posągu, którą już w marcu 2018 roku umieszczono na działce udostępnionej przez rolnika ze wsi Gajowniki. To raptem niespełna 6 km od oryginalnej lokalizacji. Miejsce jest mniej eksponowane, odsunięte nieco od drogi. Można je przeoczyć. Ma jednak swój urok. Wśród mozaiki lasków i pól, nad brzegami strumienia Horodnianki, otoczone kamiennym kręgiem, w cieniu samotnej sosny, stoi sobie czterogłowe bóstwo. Na drzewie, w kapliczce pełniącej też funkcję karmnika dla ptaków (miód na serce ich miłośnika), jest też miniaturowa figurka słowiańskiej bogini Mokoszy. Całości dopełniają wertykalnie ustawione, zwieńczone daszkami, belki z wyrzeźbionymi symbolami ruchu rodzimowierczego. Surrealistyczne wrażenie, przy braku ogrodzenia, robi bramka, przez którą można wejść w ten światek pradawnych wierzeń. A bardziej cielesnym potrzebom służy miejsce na ognisko oraz drewniana wiata.

Bramka do miejsca kultu rodzimowierców
Dwa z czterech lic Światowida
Kapliczka/karmnik Makoszy
Widok ogólny kapiszcza (sanktuarium)
Elementy kapiszcza
Ręce Boga – jeden z symboli Polskiego Kościoła Rodzimowierczego

Powstanie Styczniowe miało zawsze specjalne miejsce miejsce w moim sercu. Właśnie w sercu, bo ta specyficzna ekscytacja wynikała mniej z wiedzy, a bardziej z percepcji utworów literackich, takich jak “Ballada o wzgardliwym wisielcu” Stanisława Rembeka, czy “Pikieta powstańcza” Jacka Kaczmarskiego. W latach 80-tych XX w. zwykłem w pobliżu Święta Zmarłych włóczyć się po mazowieckich lasach w poszukiwaniu pochylonych krzyży na mogiłach bojowników, co to “poszli w bój bez broni”. Tymczasem, na obrzeżu Choroszczy znajduje się najokazalsze w całym województwie podlaskim upamiętnienie powstańców. Tuż przy drodze do feralnego mostu przez Narew wznosi się wzgórze zwane Szubienica. Nazwa zdradza co tu się wydarzyło w październiku 1863 roku. Nie jest to miejsce bitwy, czy potyczki, lecz kaźni kilkunastu powstańców okrążonych przez wojsko na noclegu w okolicznych lasach. Ciekawa jest historia przywracania pamięci o tym miejscu. W międzywojniu, będącym programowo czasem największej czci dla Powstania i powstańców, miejsce nie było oficjalne wiązane z tymi wydarzeniami. Dopiero w roku 1984, z prywatnej inicjatywy, postawiono tu brzozowy krzyż. Potem pałeczkę przejął Społeczny Komitet Budowy Pomnika, który doprowadził do odsłonięcia w 1989 roku, uzupełnianego w następnych latach kolejnymi elementami (godło, znicz) monumentu. Ponieważ Szubienica stała się miejscem uroczystości rocznicowych, a także przyciągała coraz liczniejszych turystów, władze miasta w latach 2018-19 doprowadziły cały kompleks do obecnego, imponującego wyglądu. Nie byłbym sobą, gdybym pominął tu rolę starego, sosnowego boru stanowiącego naturalne tło pomnika. Bo miejsce pamięci powstańców styczniowych w lesie winno być i basta!

Widok ogólny kompleksu pomnikowego na Szubienicy
Kosy i szable są elementem pierwotnego pomnika
Kompleks memorialny na Szubienicy zimą
Symboliczny cmentarz na Szubienicy
Padający śnieg uczytelnił listę nazwisk ofiar Szubienicy
Stary krzyż na Szubienicy

Miasta – satelity nie są najlepszymi miejscami  do otwierania biznesów gastronomicznych. Potencjalny gość zbyt łatwo może dostać się do centrum większego miasta, gdzie może wybierać i wybrzydzać do woli. Ta zasada, działająca długie lata w moim powiatowym Pruszkowie, miała też zastosowanie do Choroszczy. Jeśli ktoś nie gustował w nieśmiertelnej triadzie pizza-kebab-sushi, musiał jechać do Białegostoku. Gdy jąłem szukać w Internecie informacji o mieście, zacząłem otrzymywać oferty diety pudełkowej choroszczańskiej produkcji. Umówmy się jednak, nie była to informacja przydatna dla osób, które głód może złapać podczas zwiedzania miasta. A tu, na kilka dni przed wyjazdem, niespodzianka! Na Google Maps znalazłem lokal o atrakcyjnej nazwie, z profesjonalnie wykonaną stroną www oraz ciekawym menu. No i był to strzał w dziesiątkę! Dania były smaczne, obfite i w dodatku stanowiły ciekawy mix innowacyjnego podejścia do kuchni tradycyjnej. Dość powiedzieć, że do domu zabraliśmy pierogi nadziewane marchewką, w pesto pietruszkowym. Restauracja zajmuje jeden z lokali w pawilonie handlowym. Nie jest to miejsce bardzo przytulne, podobnie jak jego otoczenie składające się z bloków mieszkalnych z jednej i przysadzistych domów jednorodzinnych z lokalami usługowymi na parterze, z drugiej strony ulicy. Dla porządku – na piętrze jest kawiarnia, pełniąca też rolę bawialni dla dzieci. Oferta najwyraźniej dostosowana do potrzeb młodych matek i zmęczonych opiekunek, ale niekoniecznie atrakcyjna dla wędrowców pragnących uzupełniać ubytki kofeiny w nastrojowym miejscu.

Północno-wschodnia część Narwiańskiego Parku Narodowego znajduje się w gminie Choroszcz. Sięga do jazu spiętrzającego wody Narwi w miejscowości Pańki, poniżej którego rzeka została zmeliorowana przed prawie 50 laty. Krajobrazowo to, zwłaszcza z perspektywy kajakarza, dwa różne światy. Samo miasto położone jest bliżej tej cywilizowanej, przyczesanej przez działalność człowieka, części doliny. Podobne wrażenie swoistej wieloistości miałem, włócząc się po Choroszczy. Mimo niewielkich rozmiarów, można tu z łatwością wyróżnić kilka stref funkcjonalnych. Typowe podlaskie, nieco uśpione miasteczko wokół rynku, potem strefa mieszkalno-usługowa przypominająca przedmieścia Białegostoku, dzielnica szpitalna, założenie pałacowo-parkowe i – w końcu – rozciągnięta wzdłuż ekspresówki strefa przemysłowa. W gruncie rzeczy, to przykład nowoczesnego podejścia do gospodarki przestrzennej. Zastanawiałem się, czy obecność Choroszczy na liście szybko rozwijających się gmin nie stanie się, w przyszłości, zagrożeniem dla przyrody Parku Narodowego. Jeśli jednak przyjąć, że opisany wyżej stan rzeczy jest rezultatem przemyślanej polityki miejscowych władz, to moje obawy są płonne. A kolejne pokolenia młodych Podlasian będą miały gdzie być zachęcane/zmuszane do zostania wędkarzami.

Kategorie
Polska

Rzecz o Tykocinie, czyli jak się odnaleźć bez królów, hetmanów i Żydów

Wezwanie do stawienia się na posterunku Milicji Obywatelskiej nigdy nie precyzowało dokładnie o co chodzi. Ostatecznie za czasów PRL-u (i nie tylko wtedy) władzy nie chodziło o to by jej ufać, ale by się jej bać. Ponieważ jednak nie byłem działaczem podziemia solidarnościowego, w wyznaczonym terminie karnie stawiłam się pod wskazany adres. Mundurowy, do którego zostałem skierowany, otworzył z namaszczeniem biurko i wyciągnął kopertę z szarego papieru. W miarę jak ją otwierał wyraz twarzy zmienił mu się ze znudzonego na wyrażający obrzydzenie. I nie dziwota! Z wnętrza koperty bił charakterystyczny zapach siarkowodoru. W ten sposób odzyskałem swój utracony dowód osobisty i mogłem odgadnąć, gdzie w międzyczasie przebywał ten dokument. Czytelnicy z młodszych pokoleń mogą nie wiedzieć, że ówczesny dowód osobisty był z papieru i miał format książeczkowy. Wydobyty z kanalizacji był w stanie, w którym zwykłe wymycie nie wystarczało, by pozbyć się uciążliwego odoru. Na szczęście, zdążyłem już złożyć wniosek i uzyskać nowy dowód.

Opisane zdarzenie było pokłosiem wizyty w Tykocinie, odbytej przed 40 laty. Nie zapomnę nigdy wrażenia, jakie zrobiła na mnie bytność w miejscowej, zamienionej na muzeum synagodze, której wnętrza, prócz pieczołowicie odrestaurowanych malowideł ściennych, wypełniał odtworzony z magnetofonu śpiew żydowskiego kantora. W miasteczku bez Żydów ich wołania wciąż wypełniały opustoszały dom modlitw! Po przeżyciach duchowych ciało upomniało się o swe potrzeby. W owych czasach jedynym przybytkiem gastronomicznym w miasteczku była restauracja w domu wycieczkowym PTTK, mieszczącym się w Alumnacie –  siedemnastowiecznym przytułku dla weteranów wojennych. Czym się posililiśmy nie pomnę, ale myślami byłem pewnie ciągle w synagodze. W każdym razie, dopiero w pociągu do Warszawy zorientowałem się, że musiałem zostawić w restauracji swój oryginalny wojskowy mapnik, a w nim portfel z wszystkimi dokumentami. Oczywiście, po przyjeździe do domu, zatelefonowałem do alumnatu, ale obsługa nie znalazła zguby. Nie mogę wyjść z podziwu dla determinacji nieznanych mi osób, które wykryły i dostarczyły śmierdzące znalezisko na milicję. Czyżby, jak twierdzą gloryfikatorzy czasów minionych, “żyło się biednie, ale ludzie byli sobie życzliwsi”?

Książeczkowe dowody osobiste, domena publiczna

Drewniany, piętrowy dom stał frontem do ulicy. Za nim ciągnął się, łagodnie opadając ku Narwi, ogród. Rosło w nim sporo wysokopiennych drzew, w tym kilka dębów. Ponieważ zaparkowaliśmy nasze pojazdy w ich pobliżu, pobytowi towarzyszył odgłos żołędzi spadających na blaszane dachy. Rutynowo też zaczynaliśmy każdy dzień od usuwania z samochodów gęstej pierzynki rudawych, dębowych liści. Szerszy widok na rzekę uniemożliwiała duża, murowana stodoła. Wzniesiona z prefabrykowanych elementów i pokryta eternitem, stanowiła w tym otoczeniu raczej dysonans, ale za to na obydwu krańcach kalenicy jej dachu bociany zdecydowały się zbudować swoje gniazda. To od zachodniej strony było prawdziwie wiekowe i miało ponad metr wysokości. Miło byłoby zatrzymać się w domu na wiosnę i podpatrywać, jak ptaki krzątają przy wychowie swoich piskląt. Niestety, dziura ziejąca w dachu stodoły od strony rzeki ostrzegała, że bociany wkrótce będą musiały poszukać bardziej stabilnej podstawy pod nowe gniazda.

Od czasu mojej pierwszej wizyty w Tykocinie zdarzało nam się kilkukrotnie odwiedzić miasteczko. Nigdy jednak nie zdecydowaliśmy się w nim przenocować. Aż do jesieni tego roku. W XXI wieku Tykocin, odzyskawszy status miasta, rozwinął znacząco swoją ofertę noclegowo-gastronomiczną. Jako, że grupa była liczna, wybraliśmy cały podzielony na trzy apartamenty dom we wschodniej części miejscowości. W pierwszych wiekach miejskości Tykocina, jego lokalizacja na pograniczu litewsko-mazowieckim sprzyjała obecności mieszkańców pochodzenia ruskiego. Oni to w większości zamieszkiwali Nowe Miasto, czyli część Tykocina, gdzie się zatrzymaliśmy. Jak miasto, to musiało mieć też rynek, a przy nim kościół i cerkiew. Dzisiaj nie ma po nich śladu, podobnie jak nie używa się określenia Nowe Miasto. Po wcieleniu w 1569 roku ówczesnego województwa podlaskiego do Korony tereny te uległy stopniowej polonizacji. Doprowadziło to do sytuacji, gdy cerkiew podlegająca bazyliańskiemu monastyrowi w Supraślu była użytkowana jedynie przez przyjezdnych wyznania unickiego, a nie mieszkańców miasteczka. W tej sytuacji władze Królestwa Kongresowego przekazały ją parafii katolickiej, a proboszcz w obawie, że dar może być odebrany przez Rosjan, sprzedał drewniany obiekt w roku 1833 proboszczowi w odległych o 20 km Sokołach, gdzie ciągle można go obejrzeć na miejscowym cmentarzu. Jedyny ślad obecności cerkwi w Tykocinie zachował się w nazwie ulicy Zacerkiewnej. Pozostałe resztki przestrzennej autonomii dzielnicy zlikwidowała przebudowa miasta za czasów hetmana Jana Klemensa Branickiego. To prawdziwy paradoks, że działalność hetmana, któremu miasteczko zawdzięcza, w znacznym stopniu, swój wygląd i atrakcyjność, w przypadku Nowego Miasta zdegradowała je do roli rolniczego przedmieścia.

Budynki przy głównej ulicy –

Pomnik upamiętniający ustanowienie w Tykocinie Orderu Orła Białego

Kaplica Glogerów na cmentarzu katolickim usytuowanym na skraju Nowego Miasta

Z braku drzew nad nekropolią dominuje wieża kaplicy cmentarnej

11 Listopada – Nowego Miasta

Dworek administratora, obecnie Urząd Miasta

Cerkiew unicka z Tykocina, przeniesiona na cmentarz w Sokołach, fot. Thebleeding, lic. CC BY-SA 3.0

Prawosławny nagrobek na katolickim cmentarzu

Jednak coś za coś. Za czasów hetmana Branickiego Tykocin zyskał reprezentacyjny rynek z pomnikiem Stefana Czarnieckiego (prywatnie – dziadka hetmana) oraz z kościołem misjonarzy, który zamyka rynek od wschodu. Łukowe arkady wybiegające od głównego korpusu świątyni łączą go z dwiema wieżami wolnostojącymi w narożnikach rynku. Fasada stwarza wrażenie bardziej pałacowe, niż sakralne. Wnętrza poświadczają, że kościół cieszył się patronatem i wsparciem jednego z najbogatszych magnatów Rzeczpospolitej. Barok, zwłaszcza w wydaniu małomiasteczkowym, bywa dość szablonowy – tykociński kościół św. Trójcy wymyka się jednak tej zasadzie. Nam spodobały się zwłaszcza polichromie (te osiemnastowieczne i te z początków XX wieku) oraz prospekt organowy, czyli część frontowa obudowy instrumentu. Pewnego dysonansu poznawczego doznaliśmy w malutkiej kaplicy św. Mikołaja, która od strony wejścia do kościoła zamyka nawę południową. Ciekawy obraz umieszczony tamże, zamiast szczodrobliwego biskupa Miry w stroju oficjalnym, przedstawiał golasa przywiązanego do słupa, bez wątpienia w celach niecnych. Wypisz, wymaluj – św. Sebastian, choć jeszcze nie naszpikowany strzałami. Niestety, nie znaleźliśmy ślubnych konterfektów hetmana i jego trzeciej żony, młodszej o, bagatela!,41 lat, królewskiej siostry, Izabeli z Poniatowskich. Może nadal są w renowacji lub na wypożyczeniu.

Pomnik hetmana Czarnieckiego na rynku

Kościół św. Trójcy – fasada jeszcze przed odświeżeniem, fot. Krzysztof Popławski, domena publiczna

Wnętrze kościoła św. Trójcy

Jedna z wież kościelnych z Alumnatem na drugim planie

Organy kościelne

Obraz w kaplicy św. Trójcy

Przypuszczalnie to jednak nie kościół, a synagoga, jest największym magnesem ściągającym turystów do Tykocina. Jej czterospadowy, łamany dach, kryty czerwoną dachówką, góruje nad zachodnią częścią miasta, zwaną Kaczorowem. Zwieńczenie obiektu to też inwestycja z czasów hetmańskich. Pierwotny, płaski dach skryty był za renesansową attyką. Wielkość i zdobność wnętrza potwierdzają zamożność i rolę żydowskiej gminy w Tykocinie, podobno drugiej po krakowskiej, w całej Rzeczypospolitej.  Polichromie pokrywające ściany, to głównie teksty modlitw. Jako biologowi z wykształcenia, brakowało mi w nich dodatku ornamentów zoomorficznych. W krużgankach obiegających z dwóch stron salę główną, gdzie niegdyś modliły się kobiety, znajduje się wystawa wszelkich artefaktów związanych z kulturą i życiem religijnym Żydów tykocińskich. Na ten sam bilet, co do synagogi, wejdziemy też do sąsiedniego domu talmudycznego. Wystawy tam prezentowane mają już charakter bardziej regionalny i wielotematyczny. Jedna z sal jest zamieniona na sklepik muzealny, mający w ofercie nieporównanie bogatszą, niż w synagodze, paletę książek o regionie i kulturze żydowskiej, różnorakie pamiątki, ale i kolekcję miodów podlaskich. 

Kaczorowo ma zabudowę murowaną. Nie wynika to jednak z różnicy w majętności ludności żydowskiej i ich polskich, bądź ruskich sąsiadów. W krótkim okresie po trzecim rozbiorze Polski, kiedy większość obecnego Podlasia należała do Prus, dzielnicę dotknął katastrofalny pożar. Król pruski wielkodusznie dołożył się do odbudowy stawiając jednak rozsądny warunek, by domy były murowane, czyli już mniej łatwopalne. O znaczeniu gminy żydowskiej w Tykocinie świadczy to,  jak wielu wydała myślicieli, rabinów i znawców Talmudu. Wśród nich warta wspomnienia jest kobieta, córka tykocińskiego rabina – Rebeka Tiktiner, która, prawdopodobnie, była pierwszą autorką pisząca i publikującą w języku Jidish. W roku 1609, w Pradze wydano jej książkę zatytułowaną Mejnekes Riwke, traktującą o edukacji religijnej i świeckiej dzieci żydowskich oraz roli społecznej kobiet. Wyjątkowość autorki dostrzegł i rozsławił po 100 latach Johann Conrad Luft, tytułując swoją, wydaną w Niemczech, rozprawę o niej „De Rebecca Polona eruditarum in gente Judaica Foeminarum rariori exemplo„. 

Synagoga tykocińska

Koncert w synagodze

Samotna macewa na cmentarzu żydowskim

Bima i Aron Hakodesz

Tabliczka na murze cmentarza żydowskiego

Trójcę najbardziej imponujących atrakcji Tykocina zamyka zamek. Znajduje się on na przeciwnym, niż miasteczko, północnym brzegu Narwi. Do czasów regulacji biegu Narwi miejsce było obronne – otoczone ramionami rzeki. To przypuszczalnie najmłodszy zamek Rzeczpospolitej – dosyć swobodna, z racji braku materiałów ikonograficznych, rekonstrukcja dawnej królewskiej warowni. Powstał w pierwszej dekadzie XXI wieku. Jego zwiedzanie, to gra na wyobraźni. Użycie innego koloru kamienia w posadzce jednej z komnat przyziemia ma upamiętniać fakt, że trumna z zabalsamowanymi zwłokami Zygmunta Augusta czekała w zamku ponad rok na przetransportowanie w celu pochowania do Krakowa. Zresztą pole do prowadzenia swobodnych gawęd przewodnickich jest w zamku ogromne. Za punkt wyjścia można wziąć, a to umieszczenie tu królewskiego arsenału, a to skarbca, czy ogromnej, jak na realia XVI wieku, biblioteki. Ostatnio na popularności zyskuje historia, jakoby arrasy, zanim trafiły na Wawel, zdobiły i ocieplały ściany zamku tykocińskiego. Do tworzenia legend zamkowych przyczynił się też mistrz Sienkiewicz, połączywszy w jedno historię śmierci hetmana wielkiego litewskiego Janusza Radziwiłła, z wysadzeniem części murów zamkowych przez Szwedów broniących ich przed wojskami wiernymi Janowi Kazimierzowi. W rzeczywistości, oba wydarzenia dzieliło prawie 13 miesięcy, a łączył jedynie fakt, że oba miały miejsce zimową porą. To zresztą nie Szwedzi doprowadzili do ruiny zamku, ani nawet nie zwolennicy Stanisława Leszczyńskiego, którzy w trakcie trwania II Wojny Północnej podpalili zamek, to wielce zasłużony dla Tykocina hetman Jan Klemens Branicki, który zezwolił na jego rozbiórkę i wykorzystanie cegły do realizacji programu inwestycji w mieście. Coś musiało zniknąć, by powstać mogło coś innego!

Zamek tykociński widziany z nad Narwi

Studnia na dziedzińcu

Dziedziniec zamkowy

Mając więcej czasu na pobyt w miasteczku, mogliśmy tym razem docenić jego mniej oczywiste walory. Obejrzeliśmy w środku skromny kościół pobernardyński. Ciekawsza, niż jego wnętrza, jest historia wspólnoty zakonnej, dla której była to czwarta lokalizacja w mieście. Najdłużej klasztor funkcjonował na kępie zamkowej, z przerwą na osiedlenie się przy nowomiejskim rynku. Gdyby nie śmierć patrona i związane z nim ograniczenia w finansowaniu budowy, miasteczko pewnie doczekałoby się drugiej świątyni katolickiej, konkurującej pod względem wystawności z kościołem Św. Trójcy. Za klasztornymi zabudowaniami rozciąga się ascetycznie zaplanowany, acz rozległy, ogród. Jako, że kompleks ulokowany jest na skraju miasteczka, rozpościera się z niego daleki widok na dźwigające się stopniowe, pokryte w górnych częściach lasem, zbocza doliny. Ogrodu pilnuje pomysłowy strach, a raczej stracha na wróble. Kobieca figura uczepiona rowerowej kierownicy, w okularach i peruce, dzięki osadzeniu w ziemi za pomocą pokaźnej sprężyny, podskakuje i wiruje ponad trawnikiem. W mglisty, listopadowy poranek wyglądało to niepokojąco, ale wyobrażam sobie, jakie wstrząsające wrażenie musi robić w nocy!

Tykocin nie posiada znaczących kamienic mieszczańskich. Jednak zachowany na rynku kompleks małomiasteczkowych dworków z ganeczkami robi duże wrażenie. Ostrzyliśmy sobie zęby na zwiedzanie wnętrza jednego z nich, będącego siedzibą Centrum Badań nad Historią i Kulturą Małych Miast. We wnętrzach zachowujących tradycyjne wyposażenie organizowane są rozmaite wystawy i wydarzenia, ale jednocześnie dom nadal pełni funkcje mieszkalne. To prywatne muzeum, bez biletów i określonych godzin wstępu. I tu leży pies pogrzebany! Telefonicznie uzyskałem zapewnienie, że zostaniemy wpuszczeni, ale drzwi otworzyła nam zupełnie inna osoba, która w świątecznym planie dnia nie miała oprowadzania obcych ludzi po swoich włościach. Cóż, trzeba było zadowolić się spacerami po świeżo powstałych nadrzecznych bulwarach, czy uroczej, krytej kocimi łbami uliczce Poświętnej, przeciskając się między kościelnym murem, a budynkiem alumnatu. Odkryciem tego wyjazdu był dla mnie położony przy uliczce odchodzącej od rynku budynek kina “Hetman”, będący przykładem białostockiej szkoły muratorskiej. Ten styl budownictwa, charakteryzujący się użyciem cegieł żółtego i czerwonego koloru, pozwala tworzyć na fasadach pomysłowe, a malownicze ornamenty. 

Kościół w zespole pobernardyńskim

Niepokojąca stracha na wróble w ogrodzie przyklasztornym

Wnętrze kościoła

Daleki widok z ogrodu klasztornego

W dziedzinie kulinarnej Tykocin ma, jako się rzekło, wiele do zaoferowania. Ze względu na swoją historię oferuje egzotyczny konglomerat kuchni magnacko-żydowsko-międzynarodowej. Można tu znaleźć restauracje specjalizujące się w tej, czy innej z powyższych opcji, ale już restauracja zamkowa zdołała upchnąć w jednym menu wszystkie alternatywy. Co więcej, potrawy podobne w składzie i smaku, są serwowane, np. jako czulent, bądź kociołek Radziwiłła. Na zamku można kupić na wynos, ale też zamówić jako podstawę różnego rodzaju kanapek, białysy. Te wypieki, będące ubogimi krewnymi lubelskich cebularzy, były specjalnością żydowskich piekarzy w Białymstoku i okolicach. Przeniesione wraz z emigrantami żydowskimi do USA, zrobiły tam wielką karierę, zwłaszcza w Nowym Jorku. Receptura została odtworzona przez właściciela tykocińskiego zamku, a same bułki wpisane na listę produktów regionalnych. Odznaką turystycznej popularności miasteczka jest też obecność całkiem godnej kawiarni, przy głównej ulicy łączącej rynek “polski” i “żydowski”. Kawę serwują tu wręcz wybitną, a marcinek tykociński – smaczniejszy od hajnowskiego oryginału. Pierwszego dnia wybraliśmy się na Kolonię – wiejską część Tykocina, położoną 4 kilometry od centrum –  gdzie gospodarzą i produkują sery podpuszczkowe pp. Paszkowscy. Solidnie zaopatrzeni, pałaszowaliśmy je przez cały wyjazd, a nawet kilka dni po powrocie do domu. Wizyta w serowarni ma też w bonusie możliwość zawarcia znajomości z przyjazną psią czeredą.

Białysy z kultowej nowojorskiej piekarni Kossara, fot. EGiniger1, lic. CC BY-SA 4.0

Podlasie, a precyzyjnie mówiąc, województwo podlaskie, jest świadkiem kilku spektakularnych transformacji uśpionych niegdyś, prowincjonalnych miejscowości, w centra całkiem znacznego ruchu turystycznego. Przykładami są: Białowieża i Supraśl, jak również Tykocin i Drohiczyn. Odwiedzający Tykocin na pewno nie będą tu się nudzili, nawet w brzydką pogodę. Inna sprawa, że oferta skrojona jest pod turystów. Ludność miejscowa zdaje się z niej nie korzystać. W każdym z odwiedzanych lokali byliśmy, albo jedynymi gośćmi, albo z ledwością znajdowaliśmy wolne miejsce. To taki syndrom: przyjechał autokar, albo grupa koleżeńska w kilka samochodów, zajęli wszystko, odjechali po 45 minutach i zostawili za sobą pustkę. Wieczorem, podczas spacerów z psami, wsłuchując się w odgłos własnych kroków na pustej ulicy, zastanawiałem się, czy dla prawdziwego tykocinanina zmiana charakteru miasteczka, to szansa, czy zagrożenie. Oraz, czy zmiany i inwestycje przynoszone przez rozwój turystyki, nie zakwestionują w końcu przyczyny, dla której jeździmy na Podlasie. Bo przecież, upraszczając, szukamy miejsc, gdzie woda czysta, a trawa zielona, gdzie rano śpiewają ptaki, a wieczorami kumkają żaby. To oczywiście zmartwienia na wyrost, a widoczna rezerwa mieszkańców wobec obranej drogi rozwoju pozwoli może nadnarwiańskiej perle baroku uniknąć losu całkowicie zdominowanych przez turystykę – Zakopanego i Podhala.

Tradycyjnej konstrukcji budynek gospodarczy nad Narwią