Kategorie
Holandia

Czy w Holandii są zamki?

„Holandia jest to kraj cwany, 

Van Houten i tulipany, 

Ale gdzie pogrzebano psa? 

Jest to żarówka Philippsa!”

Melchior Wańkowicz utraciwszy w połowie lat 20-tych XX wieku posadę ministerialną postanowił zarabiać piórem, a powyższy czterowiersz sprzedany jako slogan reklamowy właścicielowi warszawskiego sklepu oferującego lampy i żarówki stał się początkiem jego błyskotliwej kariery literackiej. Van Houten to nazwa firmy, która w XIX wieku zrewolucjonizowała technologię obróbki ziaren kakaowca i wprowadziła na rynek czekoladę w znanej nam postaci. Gdyby o skojarzenia z Holandią zapytać cudzoziemców odwiedzających ten kraj, producent słodyczy ustąpiłby pewnie miejsca wiatrakom. Kolejne skojarzenie to woda, kanały i urządzenia hydrotechniczne. A co ze skojarzeniami architektonicznymi? No tak, kamienice mieszczańskie, których kolorowe fasady odbijają się w lustrze wody i urocze wiejskie domki w otoczeniu bujnej zieleni. Gdy wyszukiwarce Google polecimy odnalezienie obrazów związanych z Niderlandami, zostaniemy zasypani takimi właśnie widokami. Trzeba się sporo naklikać, aby trafić na obiekty z dwóch innych kategorii, które zwyczajowo stanowią atrakcje turystyczne w większości pozostałych krajów europejskich, a mianowicie kościoły i zamki. Miasta niderlandzkie, choć obfitują w imponujące średniowieczne i nowożytne świątynie, obecnie nie uważają ich za swoje najcenniejsze atrakcje. Holandia nie posiada obiektu sakralnego o symbolicznym znaczeniu katedry kolońskiej, paryskiej Notre Dame, czy angielskiego Canterbury. Z zamkami sytuacja jest jeszcze gorsza! Po pierwsze, w kraju płaskim jak stół i z wysokim poziomem wód gruntowych brakowało miejsca na stawianie tradycyjnie rozumianych obiektów obronnych, jakimi są zamki. Po wtóre, zamki jako symbole władzy feudalnej, w państwie opartym na rozwoju handlu, silnych miastach i klasie mieszczańskiej oraz wolnych włościanach, nie były chyba najchętniej widziane. Mamy więc w Holandii obiekty noszące cechy architektury zamkowej, jak Parlament w Hadze, Rijksmuseum w Amsterdamie, czy nawet niektóre dworce kolejowe, ale służą one innym celom. Nie dajmy jednak wiary pogłoskom, że zamków w Holandii nie ma! W trakcie moich wizyt w tym kraju natknąłem się na bardzo interesujące przykłady architektury obronno-rezydencyjnej.

Dwa symbole Niderlandów

Położony kilkanaście kilometrów na zachód od Utrechtu zamek de Haar jest największym  obiektem tego typu w Holandii. Jest też jednym z najchętniej odwiedzanych muzeów w kraju. Jak na tak gęsto zaludnione terytorium, powierzchnią 55 ha imponuje też otaczający zamek park. Skoro natura poskąpiła stromizny stoków jako elementu obronnego, otoczenie zamku, jak na Niderlandy przystało, pocięto systemem kanałów i zbiorników wodnych. Mury zamkowe schodzą wprost do wody, co jako posiadaczowi zagrożonych wilgocią piwnic, wzbudzało we mnie pewien niepokój o ich stan. Zamek od XV wieku stanowi własność rodziny van Zuylen, chociaż niejednokrotnie przechodził z rąk przedstawicieli jednych jego gałęzi, do dalszych krewnych. Historia milczy o heroicznych szturmach, czy obronie jego murów, choć prawdopodobnie budowla ucierpiała podczas walk mieszczan utrechckich ze swoim biskupem w II połowie XV wieku, czy po zajęciu jej przez Francuzów w 1687 roku. Jak to często bywa, nie niszczycielska działalność człowieka, lecz brak interwencji rąk ludzkich doprowadził w końcu szacowny budynek do ruiny. W takim też stanie odziedziczył go kolejny właściciel – baron Etienne van Zuylen van Nijevelt – fascynat średniowiecznej architektury oraz historii swego rodu. Jako, że jego małżonką była baronessa Helene de Rothschild z francuskiej gałęzi bankierskiego klanu, począwszy od 1892 roku mógł zacząć wcielanie w życie marzenia o rekonstrukcji rodzinnego gniazda. Do tego zadania zatrudniono architekta Pierre’a Cuypersa znanego z licznych realizacji w stylistyce historyzującej. Prace trwały 20 lat, ale ich rezultat, mimo upływu lat, wciąż robi ogromne wrażenie.

Odnoszące się do pary inwestorskiej przekazy, jakoby ich związek został uznany w obydwu rodzinach za mezalians, a nawet, że Helena została wydziedziczona, kłócą się z wiedzą na temat zakresu prac, które zostały wykonane oraz bogactwem wyposażenia zamku, jakże często noszącego adnotację: „Pochodzi z kolekcji rodziny Rotschildów”. Prace wokół zamku nie sprowadzały się do prostej odbudowy, a stanowiły jego rozbudowę polegającą na wzbogaceniu go o nowe elementy i nadaniu nowej roli pozostałościom dawnej budowli. Zamek miał służyć mieszkańcom – beneficjentom epoki bezprecedensowego rozwoju cywilizacyjnego. Zapewniono w nim więc dostęp do wszelkich udogodnień oferowanych w końcu XIX wieku takich, jak elektryczność i centralne ogrzewanie. Zamkowa kuchnia została wyposażona przez paryską firmę specjalizującą się projektowaniu i zaopatrzeniu kuchni luksusowych hoteli. Wszystkie te sprzęty zostały zachowane – w pseudośredniowiecznym sztafażu zamek oferuje też zwiedzającym swoisty przegląd luksusowej techniki użytkowej sprzed 120 lat. Pozostałe pomieszczenia zamku zadziwiają pomieszaniem unikalnych obiektów z różnych epok, a nawet z różnych stron świata. Jednym z najcenniejszych eksponatów jest japońska lektyka (jedna z dwóch tego typu zachowanych na świecie), w innej sali podziwiać można rzeźbę gotyckiej Madonny, a ściany sali balowej pokryte są XVI wiecznymi gobelinami. Park otaczający kompleks zamkowy podzielony jest na kilka części: rzymską, rozarium, park angielski i francuski. W trakcie rekonstrukcji otoczenie zamku wyglądało jednak inaczej. Pod same mury podchodziły zabudowania wsi Haarzuilens. Została ona więc przeniesiona 1,5 km na zachód, a jej zabudowania za wyjątkiem kościółka zniesione. W jej miejsce nasadzono 7 tysięcy drzew w wieku nawet 40 lat. Baronostwo nie mogli bowiem tak długo czekać, żeby cieszyć oczy w pełni wyrośniętym drzewostanem.

Zamek w takim stanie odziedziczył baron Etienne van Zuylen
Aleja parkowa w de Haar
Domy Haarzuilens podchodziły kiedyś pod same mury zamku

Sąsiadem Utrechtu od wschodu jest miasto Zeist. Położone w otoczeniu lasów i  kanałów, od XIX wieku stało się ulubionym miejscem odpoczynku, a z czasem i zamieszkania, bogatych mieszkańców Utrechtu. Dzisiaj cieszy oko wieloma wystawnymi rezydencjami – jak to w Holandii – nie tylko bogatymi, ale i udanymi architektonicznie. Miejscowość emanuje uporządkowanym dostatkiem. W Zeist ma swoją siedzibę Królewski Niderlandzki Związek Piłki Nożnej. Na kartach historii, w dziale międzynarodowe prawo karne, miasto zapisało się przez fakt przeprowadzenia w pobliskiej bazie lotniczej procesu terrorystów odpowiedzialnych za zamach na samolot linii PANAM nad szkockim Lockerby. Na mapie miasta wyróżnia się założenie pałacowo-parkowe stanowiące zarówno punkt odniesienia, jak i element porządkujący plan całej jego południowo-zachodniej części. To tam, na miejscu po średniowiecznym zamku, książę Willem Adrian I van Nassau-Odijk zlecił budowę pałacu wzorowanego na Wersalu. Książę był solidnie skoligaconym dyplomatą, awanturnikiem i oszustem, który prawem kaduka przywłaszczył sobie uprawnienie do używania drugiej części nazwiska, gdyż majątek Odijk nigdy do niego nie należał. Wychował się w Paryżu i choć był zmuszony opuścić miasto z powodu długów karcianych, wywiózł stamtąd najlepsze wzory architektoniczne. Pałac był gotowy w 1687 roku. Jest, oczywiście, tylko miniaturą swojego pierwowzoru. Ściany ma licowane czerwoną cegłą, a zdobienia używane dosyć oszczędnie, przez co bywa klasyfikowany jako wczesny przykład niderlandzkiego klasycyzmu. Jak na okolicę przystało, otoczony jest fosą, a teren pałacowego parku pocięty został licznymi kanałami. Majątek należał do rodziny van Nassau tylko nieco ponad 60 lat, potem często zmieniał właścicieli. W latach 40-tych XVIII wieku zaproszono do osiedlenia się w Zeist braci morawskich – reprezentujących nurt luteranizmu kładący nacisk na rozbudzenie uczuć religijnych poprzez modlitwę, studiowanie Biblii, krzewienie idei religii żywej, edukację warstw najuboższych i działalność misyjną. Na przedpolu pałacu wzniesionego przez księcia Willema Adriana bracia stworzyli większy od niego kompleks zabudowań ze zborem i szkołą. Rozłożony po obu stronach alei dojazdowej prostokąt zabudowy, nawiązujący stylem do pałacu, stanowi oprawę swoistego dziedzińca wstępnego do małego Wersalu księcia Willema Adriana.

Zeist – zabudowa centrum

Poznawszy już rezydencję arystokratyczną (Zeist) i arystokratyczno-burżuazyjną (de Haar) warto zainteresować się realizacją marzeń o siedzibie na odludziu, w otoczeniu przyrody i kolekcji sztuki współczesnej. Na takie mogli sobie pozwolić ludzie naprawdę majętni, do których w początkach XX wieku należeli Anton Kröller i jego żona Helene Kröller-Müller. Ich małżeństwo, niczym dawne księstwa, połączyło w 1888 roku prosperujące przedsiębiorstwa z Holandii i Niemiec, tworząc jedną z pierwszych ponadnarodowych firm w Europie. Dorobiwszy się na handlu i transporcie rud kopalnych, skupili oni ok. 6500 ha terenów na północ od Arnhem. W 1915 roku zlecili zaprojektowanie i budowę w tym miejscu swej siedziby wybitnemu architektowi Hendrikowi Petrusowi Berlage. Ten, początkowo projektował w duchu historyzmu, ale po wizycie w USA, gdzie poznał twórczość Franka Lloyda Wrighta, przerzucił się na racjonalny modernizm. W takim właśnie duchu zaprojektował Dom Myśliwski Świętego Huberta – Myśliwski, gdyż ogrodzony teren zalesiano i sprowadzano doń różne gatunki jeleniowatych oraz muflony. Były to czasy, gdy z lasu można było pozyskiwać drewno lub zwierzynę. Ten pierwszy sposób uznawano za chciwość, a drugi za zainteresowanie naturą, o ile łowiectwo  było prowadzone z umiarkowanym natężeniem. Tak, więc architekt Berlage zaprojektował rozległe założenie, rozciągnięte wzdłuż sztucznego jeziora, którego rzut przypomina niektórym głowę jelenia z imponującym porożem. Projekt obejmował dom z wyposażaniem i całe otoczenie. Tematem wiodącym był żywot świętego Huberta z Liege. Witraże w holu odzwierciedlają historię jego życia, a poszczególne pomieszczenia budynku mają różne motywy kolorystyczne, które symbolizują jego etapy. Cóż ta, ukończona w roku 1920, siedziba ma wspólnego z zamkiem? Otóż w przeciwieństwie do angielskich pierwowzorów nowożytnych domków myśliwskich, wieńczy ją wysoka na 31 metrów wieża, zdobna, niczym głowa spotkanego przez św. Huberta jelenia, solidnym krzyżem. Malowniczo odbija się ona w lustrze jeziora. A, że cały budynek licowany jest czerwoną cegłą, wrażenie zamkowości jest uderzające.

Widok ogólny Domu Myśliwskiego Świętego Huberta. Fot. China Crisis, licencja CC-BY-SA 3.0 nl
Dom Myśliwski Świętego Huberta – fasada boczna. Fot. China Crisis, licencja CC-BY-SA 3.0 nl
Jadalnia w domu myśliwskim. Fot. Michele Ahin, licencja CC-BY-SA 3.0 nl

Równie ciekawy, jak architektura opisanych obiektów, jest ich program funkcjonalny. Zamek De Haar wraz z parkiem został przekazany przez rodzinę van Zuylen van Nijevelt Fundacji Kasteel de Haar, natomiast pozostała część posiadłości należy do Stowarzyszenia Natuurmonumenten, zajmującego się ochroną przyrody. Arystokratyczni właściciele zastrzegli sobie prawo wyłączności do użytkowania zamku we wrześniu każdego roku. Szczególnie za czasów barona Thierry’ego van Zuylen (1932-2011) zjazdy rodzinne były uświetniane obecnością gości specjalnych, zwłaszcza ze sfer artystycznych. W tym charakterze de Haar odwiedzili m. in. Coco Chanel, Maria Callas, Gregory Peck, Roger Moore, Yves Saint Laurent, Joan Collins i Brigitte Bardot. Obecnie pięć córek i wnuczek barona Thierry’ego starają się nadal kontynuować tę tradycję. Oprócz głównego zamku, w skład kompleksu wchodzi też zamek bramny, czyli Châtelet. Choć nie odróżnia się stylem od głównego korpusu, pomyślany był jako budynek zaplecza technicznego oraz mieszkania dla służby. Jeszcze jednak za życia fundatorów powstały tam pokoje gościnne, do których z czasem przenieśli się gospodarze i ich dzieci. Począwszy od lat 50-tych XX wieku pokoje te wykorzystywane są w czasie pozawrześniowych wizyt członków rodziny van Zuylen. Można ich tam spotkać regularnie w okresie świąt Bożego Narodzenia. Fundacja utrzymuje się wyłącznie ze sprzedaży biletów do zamku i parku oraz komercyjnego udostępniania obiektu. Odbywają się tam targi, wystawy i konferencje. I oczywiście wesela. Do wynajęcia jest też kościół, w którym dysponujący sumą około 2000 Euro mogą zorganizować ceremonię ślubną.

Łazienka w zamku de Haar

Pałac w Zeist od prawie 100 lat jest własnością miasta i pełni rolę odpowiednika naszego centrum kultury. Tyle, że nie w znaczeniu instytucjonalnym, a czysto użytkowym. Usługi takie, jak wystawy, przedstawienia teatralne, organizacja koncertów, czy imprez weselnych, a nawet oprowadzanie po wnętrzach obiektu, świadczone są przez organizacje partnerskie. Okoliczny park, prócz dostarczania pożywienia i miejsc lęgowych ptactwu wodnemu i lądowemu, służy też za galerię rzeźby specjalizującą się w sztuce nowoczesnej. Bracia morawscy natomiast wynajmują swoją część zabudowań na potrzeby komercyjne.

Zbór braci morawskich w Zeist

Posiadłość Kröller-Müllerów ma najbardziej różnorodne funkcje. Lasy i wrzosowiska zostały objęte ochroną, jako największy w Holandii park narodowy Hoge Veluwe. W 1935 roku Helena Kröller-Möller podarowała swoją unikalną kolekcję malarstwa państwu, w pakiecie z projektem muzeum przygotowanym kilkanaście lat wcześniej przez słynnego Henrego van de Velde. Budynek powstał już w trzy lata później, a ofiarodawczyni została jego pierwszą dyrektorką. Drugą na świecie, pod względem ilościowym, kolekcję obrazów Van Gogha w towarzystwie znakomitych dzieł Pabla Picassa, Odilona Redona, Georges-Pierra Seurata, Augusta Rodina i Pieta Mondriana można więc dzisiaj odwiedzić w sercu obszaru chronionej przyrody. Muzeum z czasem rozbudowało się o nowoczesne pawilony oraz galerię rzeźby. Park Narodowy także wzbogacał okolicę w lekkie, współczesne konstrukcje na potrzeby administracji i obsługi ruchu turystycznego, czego zwieńczeniem było oddane do użytku w 1993 roku Museonder, czyli muzeum przyrodniczo-geologicznego szczycącego się mianem  pierwszego na świecie muzeum w pełni skrytego pod powierzchnią gruntu. Na terenie parku mamy więc obszerny przegląd architektury XX wieku. Sam dom myśliwski po  przejęciu przez państwo służył przez kilkadziesiąt lat, jako rządowa rezydencja. Obecnie jednak jego główną rolą jest przybliżanie postaci Kröller-Müllerów oraz twórczości Hendrika Berlaga. Jako, że jesteśmy w Niderlandach, podstawowym środkiem transportu w parku są bezpłatnie użyczane rowery.

Kröller-Müller Museum – pawilon Rietvelda. Fot. Gerardus, domena publiczna
Wejście do Kröller-Müller Museum. Fot. Gerardus, domena publiczna
Pawilon parkowy w Parku Narodowym Hoge Veluwe. Fot. Stijn Bollaert, za https://www.dezwartehond.nl/en/projecten
Wejście do Museonder, fot. Henk Monster na licencji Creative Commons

Holandia uchodzi za kraj nudny, monotonny nie tylko krajobrazowo, ale i obyczajowo. Trudno mi zgodzić się z taką oceną. Widzę w niej raczej olbrzymią różnorodność upakowaną na niezbyt wielkim obszarze. Mam też wobec tego kraju dług wdzięczności, jako, że wizyta tam przed 27 laty nauczyła mnie segregować śmieci i pić kawę, a nawet, do pewnego stopnia, odróżniać jej rodzaje. Zwiedzając niderlandzkie zamki i pałace nauczyłem się natomiast nie tylko podziwiać rozmach ich architektury i bogactwo wyposażenia, ale też pomysłowość ich wykorzystania z nadaniem współczesnych funkcji częstokroć odbiegających od najbardziej szalonych pomysłów ich fundatorów. 
No, ale cóż: „Holandia jest to kraj cwany, (…)”

Kategorie
Polska

Głogów, czyli wyjście poza cień historii

Przed wielu laty, zwiedzając zamek na Hradczanach w Pradze trafiłem do pomieszczenia, w którym przechowywano księgi wieczyste. Opasłe tomiska zawierały dokumenty własnościowe przypisane, odmiennie od obecnych, do konkretnych rodów, a nie gruntów. Najstarsze z nich pochodziły z XII wieku. Naszła mnie wtedy refleksja, że oto jest przykład historii ujętej jakże odmiennie od dominującej u nas perspektywy polityczno-militarnej. Od owego czasu, niezależnie gdzie trafiam podczas swoich podróży, z upodobaniem zbieram przykłady historii rozwoju cywilizacyjnego.

Takie znalezisko trafiło się także podczas wizyty w Głogowie. Zwiedzając odrestaurowaną część XVIII wiecznych fortyfikacji, tzw. blok koszarowy, trafiliśmy do ówczesnej toalety, a właściwie mega latryny na kilkanaście stanowisk. No, ale kilkanaście stanowisk dla załogi, liczebność której w czasach pokojowych szacuje się na 200 ludzi, to całkiem przyzwoity współczynnik. Powiedzenie, że „armia maszeruje na brzuchu” dotyczyło konieczności zabezpieczenia jej w prowiant, ale logicznie rzecz biorąc zjawisko to musiało też mieć swój rewers. Tam, gdzie jest spożycie, musi być i wydalanie. Pół biedy, kiedy wojska są w polu przemieszczając się z miejsca na miejsce. Kiedy jednak armia jest skoszarowana, powstaje problem organizacyjno-sanitarny, jak pozbyć się wielkich ilości odchodów. Pruski komendant twierdzy i pracujący dla niego inżynierowie sprawnie zmierzyli się z tym wyzwaniem. Cel  osiągnięto bez nadmiernej troski o prywatność podkomendnych, ale raczej o ich zdrowie i samopoczucie. Oczywiście obecność prototypowych rozwiązań sanitarnych nie jest jedynym powodem do odwiedzenia tego obiektu. Wnętrza kryją multimedialną wystawę poświęconą fortecznym tradycjom miasta, a w szklanej nadbudówce funkcjonuje głogowska informacja turystyczna.

Blok koszarowy z nadbudowanym szklanym pawilonem informacji turystycznej.
Latryna koszarowa

Paradoksalnie, o militarnej roli miasta więcej mówi, nie to, co zostało z umocnień i fortów, a bardziej to, czego w mieście nie ma. A nie ma w nim wielu zabytków, w które obfitował Głogów, nie ma mieszczańskich kamienic, najwytworniejszych po wrocławskich domów handlowych Tietza czy Haurwitza, monumentalnej siedziby znanego wydawnictwa kartograficznego Flemming Wiskott oraz zabudowy nabrzeży Odry.  W 42 lata po podjęciu decyzji o przejęcie przez miasto i rozbiórce krępującego rozwój systemu umocnień, Adolf Hitler wydał rozkaz przywrócenia mu statusu twierdzy i zarządził obronę przed zbliżająca się Armią Czerwoną „do ostatniego żołnierza”. Zdobywcy weszli więc do ruin miasta po 90 dniach zażartych walk i dopilnowali, aby to, co przedstawiało jeszcze jakąkolwiek wartość, zostało złupione wedle zasady „po wykorzystaniu zniszczyć”. Po przejęciu miasta przez polską administrację, w ruinach Głogowa dostrzeżono olbrzymie zasoby cegły potrzebnej do odbudowy z ruin stolicy i innych części  kraju. Resztki murów pozostałych po obiektach sakralnych, początkowo przeznaczonych do odbudowy, rozbierano jeszcze w latach 60-tych XX wieku. W rezultacie na głogowskim Starym Mieście ostało się jakieś 5% przedwojennej zabudowy.

Przez długie lata centrum miasta stanowił obszar eufemistycznie klasyfikowany, jako zieleń miejska. Materialne dowody historii pozostały ukryte pod ziemią oraz dywanem roślinności zielnej i zakrzaczeń. Głogów, pozbawiony centrum, rozwijał się na przedmieściach. Od początku lat siedemdziesiątych lokowano tam osiedla-sypialnie dla ściągających do miasta pracowników miejscowej huty miedzi. Miasto uniknęło jednak scenariusza wtargnięcia zabudowy blokowej do jego historycznego jądra. Dzięki temu doczekało pod koniec epoki PRL-u czasów, w których zdecydowano się na zabudowę Starego Miasta metodą retrowersji, czyli ”odbudowę w zgodzie z dawnym układem i wysokością ulic, ale z bardzo swobodnym potraktowaniem detalu, kolorystyki i z użyciem dużej ilości ornamentyki luźno nawiązującej do stylów historycznych”. W rezultacie zabudowano pierzeje kilku ulic i rynku, władze miasta przeniosły się do odbudowanego ratusza, a zabudowa stopniowo obejmowała kolejne ulice. Budowle, których nie zdecydowano się odtworzyć, jak synagoga, czy ewangelicki kościół Łodzi Chrystusowej, zostały upamiętnione w terenie. Co najważniejsze jednak, ta część miasta została przywrócona mieszkańcom  korzystającym z widoków oraz szerokiej oferty gastronomicznej i usługowej.  Architekci często kontestują metodę retrowersji, ale z urbanistycznego punku widzenia nie jest aż tak ważne, że niektóre z nowych budynków balansują na granicy estetycznego kiczu.

Widok na głogowskie Stare Miasta w latach 30-tych XX wieku
I obecnie
Żelbetowa konstrukcja domu handlowego przetrwała
 wojnę, ale taki obiekt w kilkutysięcznym miasteczku wydawał się zbyteczny
Upamiętnienie głogowskiej synagogi
Upamiętnienie luterańskiego kościoła Łodzi Chrystusowej.

Turyści i mieszkańcy, wśród staromiejskich atrakcji, doceniają zwłaszcza możliwość wejścia na taras widokowy wieży ratuszowej, drugiej pod względem wysokości w Polsce. Z góry najlepiej można ocenić rozmach inwestycji, ale też dostrzec ile pozostało jeszcze wolnych działek. Nadal około połowa powierzchni pozostaje niezabudowana. Jako, że dynamika deweloperska nieco osłabła, a wymogi badań archeologicznych poprzedzających takie inwestycje uległy zaostrzeniu, minie pewnie jeszcze sporo lat, zanim zabudowa dotrze do Odry. Sam ratusz charakteryzuje się dwoistością stylistyczną  – jedna jego część jest klasycystyczna, podczas gdy druga jest zbudowana w stylu neorenesansu florenckiego. Z tyłu budynku, we wnętrzu przeszklonego pawilonu, wyeksponowano fundamenty sukiennic z XIII wieku, najstarszej świeckiej budowli miasta. Tuż obok właśnie zakończono rekonstrukcję teatru miejskiego. Był to drugi po wrocławskim teatr mieszczański na Śląsku, otwarty w 1799 roku. Odbudowano go z wykorzystaniem zachowanych historycznych murów, w tym dwóch doryckich kolumn w ryzalicie wejściowym, noszących ślady ostrzału w czasie oblężenia miasta w 1945 roku. W niszy nad wejściem umieszczono popiersie patrona teatru – Andreasa Gryphiusa, XVII wiecznego poety i dramaturga pochodzącego z Głogowa. Sala główna ma teraz o 1/3 mniej miejsc, niż przed wojną, gdyż współczesne wymogi bezpieczeństwa nie dopuszczają takiego zagęszczenia publiczności, jak niegdyś, a historycznych murów nie można było przesunąć. Ciekawostką związana z teatrem jest fakt, iż był on pierwszym miejscem pracy Emila Jannigsa, aktora, który w filmie Błękitny Anioł, jako profesor Immanuel Rath, padł ofiarą uczucia ku modliszkowatej tancerce Loli, granej przez Marlenę Dietrich.

Wieża ratusza jest drugą najwyższą w Polsce w swojej kategorii
Podziemia głogowskich sukiennic
Odbudowany Teatr Miejski im. Andreasa Gryphiusa (źródło Wikipedia, zmodyfikowane, CC BY-SA 4.0)

Jedynym czynnym kościołem na Starym Mieście jest pojezuicka świątynia pod wezwaniem Bożego Ciała. Choć została odbudowana jeszcze w latach 50-tych XX wieku, to hełmy na wieżach ustawiono dopiero 60 lat później. Zanim kościół był w stanie spełniać funkcje kultowe, upatrzyli go sobie filmowcy, którzy w 1953 roku kręcili w jego ruinach sceny do socrealistycznej produkcji „Piątka z ulicy Barskiej”. Czy to nie prawdziwy chichot historii, że w czasie, kiedy Warszawa przy użyciu głogowskich cegieł podnosiła się z ruin, za scenografię filmu o stolicy wybrano zniszczony Głogów? Podobne sceny można wciąż kręcić w kościele św. Mikołaja, którego gotyckie mury dominują nad południową częścią Starego Miasta. Jest to były katolicki kościół parafialny tej dzielnicy i tytularna świątynia parafii, której siedziba znajduje się dzisiaj w nieodległym kościele Bożego Ciała. Mury zabezpieczone przed dalszą dewastacją pną się ku niebu, a przez pozbawione szyb okna widać ostrołukowe prześwity między nawami. We wnętrzu, co roku 6 grudnia, w dniu patrona kościoła, odbywa się nastrojowe nabożeństwo. Słowa modlitwy z pozbawionej sklepienia świątyni ulatują wprost do nieba.

Kościół Bożego Ciała jeszcze bez odtworzonych hełmów na wieżach
Ruiny kościoła św. Mikołaja
Widok na przestrzał przez okno świątyni
Gotycki portal kościoła św. Mikołaja

Jako ostatni w Głogowie, odbudowano na przełomie XX i XXI wieku kościół kolegiacki Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Jest on równocześnie najstarszy, bo ufundowany w XI wieku. Pozostałości romańskiej świątyni pamiętającej rządy Bolesława Krzywoustego oraz obronę grodu przed wojskami niemieckiego cesarza  Henryka V znajdują się pod posadzką obecnej budowli. Kościół uważany był za najważniejszą po katedrze wrocławskiej świątynię Śląska. Był  też miejscem pochówku książąt głogowskich i ich małżonek. Ostrów Tumski, miejsce pierwotnego grodu, po lokacji miasta na drugim brzegu Odry pełnił funkcje jurydyki kościelnej. W XIX wieku, po sekularyzacji dóbr kościelnych, dzielnica uległa industrializacji i pauperyzacji, tak że tylko imponująca sylwetka świątyni z charakterystycznym zewnętrznymi łukami przypór wokół prezbiterium przypominała czasy jej świetności. Z wyposażenia wnętrz ocalało niewiele, a i tak pozostałości wywieziono poza miasto. Matka Boska Głogowska z 1518 roku, pędzla Lucasa Cranacha, dotarła najdalej, bo aż do Muzeum Puszkina w Moskwie. Kościół ciągle jest w odbudowie, podczas naszego pobytu trwało malowanie sklepienia.

Kolegiata Wniebowzięcia NMP, ołówkopodobna wieża jest jej najmłodszym XIX wiecznym dodatkiem
Charakterystyczne zewnętrzne przypory prezbiterium
Świeżo pomalowane sklepienie kościoła kolegiackiego

W drodze z Ostrowia Tumskiego do centrum pokonuje się Odrę stalowym mostem o konstrukcji łukowej. Za niemieckich czasów nosił on imię Hindenburga, a obecnie oficjalna nazwa to Most Tolerancji. Mieszkańcy miasta muszą rzeczywiście charakteryzować się ponadprzeciętnym jej poziomem, gdyż w plebiscycie wybrali dla niego kolor liliowo-wrzosowy. Widok na miasto jest stąd przedni. Dzikie pola na okalające zabudowę Starego Miasta z tej perspektywy nie rażą, za to zachwycają wieże ratusza wyłaniające się nad nowymi budynkami oraz, po prawej stronie mostu, zamek książęcy. Dzięki piastowskim korzeniom decyzja o jego odbudowie zapadła jeszcze w latach 70-tych XX wieku, przy czym nadano mu kostium barokowy, pamiętny z czasów, gdy urzędowali w nim pruscy zarządcy, a później sędziowie. Na dziedzińcu zamku wznosi się kontrastowo różna, bo romańsko-gotycka, wieża obronna z XIII wieku. Kompleks Zamku i Starego Miasta opada ku dolinie Odry długim na kilkaset metrów, arkadowym, murem oporowym, u podnóża którego biegnie linia kolejowa do Wrocławia. Nic dziwnego, że podczas powodzi tysiąclecia w 1997 roku znalazła się ona szybko pod wzburzoną wodą. Ciekawostką jest, że odbudowę konstrukcji stalowej mostu po wojennych zniszczeniach zlecono tym samym zakładom, które wyprodukowały go w roku 1916. Była to firma Beuchelt & Comp z Zielonej Góry, po nacjonalizacji zwana Zakładami Przemysłu Metalowego im. M. Nowotki (Zastal). O ile jednak w czasach I Wojny Światowej wywiązała się ona ze zlecenia bezproblemowo, to w latach 50-tych wymówiła się brakiem mocy przerobowych.

Most Tolerancji
I jego poprzednik – most Hindenburga. Powyżej muru oporowego widać nieodbudowaną część Starego Miasta z kościołem Franciszkanów na pierwszym planie
Ten trawnik pokrywa fundamenty domów widocznych na wcześniejszym zdjęciu
Zamek głogowski od strony południowej

O ile za niemieckich czasów z mostu zjeżdżało się w dosyć kręte, wąskie uliczki wiodące ku Rynkowi, to obecnie, mijająca zamek ulica wiedzie prosto przez tereny zielone. Z lewej rozciągają się nieuporządkowane burzany, czekające by ustąpić miejsca kolejnym domom, z prawej zadbane zieleńce i gazony kwiatowe zwieńczone całkiem udanym, jak na lata swego powstania, pomnikiem Dzieci Głogowskich oraz odcinkiem zrekonstruowanych murów miejskich. Po obydwu stronach ulicy wznosiły się niegdyś kościoły dwóch głównych zakonów żebraczych: franciszkanów i dominikanów. Po zniszczonym w 1945 roku kościele św. Stanisława pozostały zasypane gruzem fundamenty, ale pochodzący jeszcze sprzed lokacji miasta kościół św. Piotra, choć rozebrany pod koniec XIX wieku, jest upamiętniony na powierzchni. Na jego fundamentach w 2006 roku odsłonięto zaskakująco udany pomnik Jana Pawła II. Głogów, co jest absolutnym wyjątkiem, wybrał niefiguralną formę upamiętnienia. Mury prezbiterium i bocznych absyd odbudowano do wysokości 1,5-4 metrów. Wykorzystano do tego ręcznie formowane cegły, na które naniesiono cytaty z pochodzące z nauczania zmarłego papieża. Całość apeluje raczej do intelektu, niż emocji odbiorcy.

Na południe od Starego Miasta ciągnie się Park Leśny. Dziwna nazwa, jak na teren położony w centrum miasta. Na przedwojennych mapach jest to zagospodarowany teren zieleni reprezentacyjnej o nazwie „Promenade”. Przypuszczalnie w latach powojennego spustoszenia park zdziczał i nowym  mieszkańcom zdawał się lasem. W jego zachodniej części w 1652 roku wzniesiono jeden z trzech na Śląsku luterańskich Kościołów Pokoju. Miał on mniej szczęścia, niż jego rówieśnicy ze Świdnicy i Jawora, dzisiaj znajdujący się liście światowego dziedzictwa UNESCO, i chyba też mniej utalentowanych budowniczych, bo runął zmieciony przez huragan już w dwa lata po postawieniu. Odbudowany, przetrwał nieco ponad sto lat i zgorzał w wielkim pożarze Głogowa w roku 1758. Później na tym miejscu istniał cmentarz ewangelicki. Dzisiaj nie ma już po nim śladu, czego nie sposób stwierdzić naocznie, gdyż jego obszar obejmuje tzw. wyspa centralna monstrualnego ronda zbudowanego w latach osiemdziesiątych XX wieku. Zajmuje ono 5 ha powierzchni, a długość jezdni obwodowej to ok. 900 metrów. To jednak nie rozmiary wyróżniają je wśród innych podobnych skrzyżowań, lecz brak przejść dla pieszych prowadzących na jego środek. Te 5  hektarów powierzchni należy do miasta, ale nie do jego mieszkańców. W jego północnej części stoi mały ceglany domeczek ze spadzistym dachem. To przedwojenny „Milchhauschen”, czyli lodziarnia/pijalnia mleka i jego przetworów. Sądząc z przedwojennych zdjęć to miejsce cieszyło się dużą popularnością. Obecnie po renowacji jest to magazyn sprzętu służb dbających o miejską zieleń. Ich pracownicy dostają się doń, jak sądzę, łamiąc przepisy ruchu drogowego.

Fragment pomnika słowa Jana Pawła II
Domek mleczny w czasach świetności
Park Słowiański – Pomnik koalicji antyhitlerowskiej to twórcza przeróbka Pomnika Wdzięczności Armii Czerwonej

Mieszkaliśmy kilkanaście kilometrów za miastem w renesansowym pałacu w Czernej nad Odrą. No dobrze, nie w samym pałacu, ale w jego oficynie. Za to w pałacowej kuchni, jakby żywcem przeniesionej z dawnych czasów, spożywaliśmy śniadania, a na werandzie świętowałem swoje urodziny. Oprócz niewątpliwej wartości historycznej samego budynku, uroku pobytowi dodawały kontakty z właścicielką, która zajmująco opowiadała jak weszła w posiadanie zabytku, a w wolnych chwilach oprowadzała po pałacowych komnatach. Obiekt otoczony jest rozległym parkiem. Ścieżką po wale przeciwpowodziowym, w szpalerze wiekowych dębów i platanów, docierało się na nadodrzańskie łęgi. Choć Odra przeciwstawiana jest często Wiśle jako zagospodarowana droga wodna, było tam całkiem dziko. Nad brzegami starorzeczy polowały czaple, a do samego parku zaglądały sarny i dziki.

Pałac w Czernej
Renesansowy portal pałacu
Łąki zalewowe nad Odrą
Widok na Odrę pod Czerną

Głogów stanowi doskonały punkt wypadowy do okolicznych atrakcji turystycznych. W promieniu 30 km znajdują się takie perełki, jak Bytom Odrzański, który gdyby nie szacunek do historii, należałoby nazywać Kazimierzem nad Odrą, Pojezierze Sławskie, malownicze ruiny pałacu rodziny Schonaich w Siedlisku, rozsiane po niewielkich wioseczkach wiekowe kościółki, jak ten w Kurowie Wielkim, ze ścianami zewnętrznymi pokrytymi epitafiami, czy w Jakubowie, gdzie według przekazów ustnych pierwszy kościół postawiono już w roku 991, w pobliżu źródełka poświęconego św. Jakubowi. Do gór z miasta wprawdzie daleko, ale znacznie bliżej rozciągają się Wzgórza Dalkowskie, przewyższające poziom doliny Odry o ok. 140 metrów. Spędziliśmy w nich miły półdzionek wędrując wśród gęstych bukowych lasów, zapuszczając się w głębokie jary i zdobywając wzniesienia, wśród których stromizną stoków i obecnością kaplicy na szczycie wyróżniała się Góra św. Anny. 

Ratusz w Kazimierzu, przepraszam, Bytomiu Odrzańskim
Kamienice na Rynku w Bytomiu Odrzańskim
Bytom Odrzański – zejście nad Odrę
Wzgórza Dalkowskie
Góra św. Anny we Wzgórzach Dalkowskich
Wzgórza Dalkowskie to teren polodowcowy, w zagłębieniach terenu można znaleźć oczka wodne
Kościół w Kurowie Wielkim
Epitafia na ścianach kościoła w Kurowie 
Epitafia na ścianach kościoła w Kurowie 
Ołtarz zewnętrzny przy kościele w Jakubowie
Źródło św. Jakuba w Jakubowie
Kościół w Jakubowie
Siedliska – budynek bramny zamku
Siedliska – kaplica zamkowa
Ruiny zamku w Siedliskach

Na dłuższą wycieczkę wybraliśmy się do lubuskiego Trzebiechowa. Była to w XIX wieku siedziba arystokratycznego rodu von Reuss, po którym szczęśliwie zachował się zespół pałacowy wykorzystywany przez zespół szkół, urząd gminy i wszelkie gminne jednostki organizacyjne takie, jak dom kultury czy ośrodek zdrowia. Ciekawszym, choć młodszym obiektem jest budynek sanatorium przeciwgruźliczego postawiony w stylu historyzmu w pierwszej dekadzie XX wieku. Kompleks, choć malowniczy, nie byłby wart zwiedzenia gdyby nie fakt, że wnętrza zaprojektował w nim Henry van de Velde, jeden z czołowych twórców i teoretyków secesji. Był z pochodzenia Belgiem, ale  rynek niemiecki stwarzał większe możliwości, zwłaszcza gdy zamawiający pochodził z książęcej rodziny. Ponieważ obiekt, po dziś dzień, służy świadczeniu  usług zdrowotnych, a bez książęcego patronatu cierpiał na niedostatki finansowe, nikt nie szastał pieniędzmi, aby zmienić oryginalny wystrój. Dopiero w XXI wieku odkryto ponownie, kto był twórcą sanatoryjnych wnętrz . Na co dzień, bez specjalnej estymy, mogą je podziwiać pensjonariusze domu opieki społecznej, ale turyści są wpuszczani i oprowadzani przez pracowników administracji obiektu.

Budynek  sanatorium w Trzebiechowie
Sanatorium – wnętrza zaprojektowane przez Henrego van de Velde
Sanatorium – wnętrza zaprojektowane przez Henrego van de Velde
Sanatorium – wnętrza zaprojektowane przez Henrego van de Velde
Sanatorium – wnętrza zaprojektowane przez Henrego van de Velde
Sanatorium – wnętrza zaprojektowane przez Henrego van de Velde
Trzebiechów – pałac książąt von Reuss

Wyjazd odbyliśmy w towarzystwie dwóch czworonogów: Harrego, rasy owczarek szkocki oraz Vinyla, mieszańca w typie border collie. Towarzystwo dwóch psów powodowało, że wybór lokali gastronomicznych do posilenia się, był pochodną akceptacji ich obecności wśród gości. Stąd nie jestem w stanie przedstawić wyczerpującego przeglądu lokali głogowskich. Dzięki psom trafiliśmy jednak w miejsce, którego nie planowaliśmy odwiedzić. Włócząc się po Starym Mieście znaleźliśmy kawiarnię Słodka, gdzie życzliwie nas przyjęto. Zajęliśmy miejsce z widokiem na wieżę ratuszową i zamówiliśmy kawę z dodatkami. Psy leżały pod stolikiem, spod którego dochodziły czasem piski zniecierpliwienia. Nic dziwnego, kawa to czysto ludzka przyjemność. Rozmawialiśmy z obsługującą nas panią, że trudno znaleźć lokal akceptujący obecność psów. Na co otrzymaliśmy, popartą wizytówką, radę, aby odwiedzić pałac w Bądzowie. Przypomniało mi się, że w Internecie lokal informuje, iż nie jest „pets friendly”. Zapewniono nas jednak, że dla tak dobrze wychowanego towarzystwa, jak nasze, zrobią wyjątek. I tak odwiedziliśmy jeszcze jeden pałacyk, tym razem neobarokowy, starannie odrestaurowany na potrzeby  działalności hotelarsko-gastronomicznej. Czekał tam na nas smaczny posiłek, a na psy porcja komplementów dotyczących zarówno ich urody, jak i zachowania.

Harry i Vinyl odpoczywają podczas wycieczki we Wzgórza Dalkowskie
Pałac w Bądzowie

W 1957 roku Wydawnictwo PAX wypuściło na rynek pozycję pod tytułem „300 miast powróciło do Polski”. Autorem był Władysław Jan Grabski, syn przedwojennego premiera (tego od wprowadzenia złotego jako polskiej waluty). Dzieło to, bogate w informacje dotyczące relacji dynastycznych i rodów panujących na tzw. ziemiach odzyskanych w średniowieczu, opis prawie każdego miasta kończyło wykazaniem, że żyje tam więcej ludności, niż przed wojną oraz, że polskie rządy przyniosły rozkwit gospodarczy tym ziemiom. W przypadku Głogowa autor użył jako punkt odniesienia liczbę mieszkańców z roku 1946. Bo i nie było się czym chwalić – wokół oczyszczonego z rozbiórkowej cegły Starego Miasta mieszkało 5 razy mniej ludzi, niż przed wojną. Gwałtowny przyrost liczby mieszkańców rozpoczął się dopiero 25 lat po wojnie wraz z uruchomieniem huty miedzi. Natomiast ostateczne oswojenie przestrzeni miasta przez polskich mieszkańców zbiegło się z decyzją odbudowie i zasiedleniu Starego Miasta. Miasto odzyskało swoje serce, a turyści znaleźli kolejny cel podróży.

Kategorie
Polska

Niespodziewana stolica Jury

Na poziomie oczu ta kamieniczka nie wyróżniała się od swych sąsiadek. Podobnie odłażąca z fasady farba, okna w przyziemiu prezentujące ofertę sklepową na folii samoprzylepnej w sposób uniemożliwiający zaglądnięcie do środka i dostrzeżenie jakie towary rzeczywiście są wyłożone na półkach. Jeśli jednak rozglądnąć się naokoło jest to jeden z najwyższych i, jednocześnie, najwęższych budynków w okolicy. Takie proporcje zdradzają wiekowe pochodzenie. Prawdziwe cudeńka czekają jednak gdy podniesiemy wzrok ku wyższym piętrom kamieniczki. Środkowy trakt na wysokości drugiej i trzeciej kondygnacji zdobią okna francuskie z fantazyjnie powyginaną, metalową, półokrągłą balustradą. Pod gzymsem nad drugim rzędem okien w dwóch niszach wdzięczą się pulchne putta, a między nimi opiekuńczo rozpościera skrzydła metalowy aniołek. Jeszcze wyżej, w samym szczycie budynku na metalowym wysięgniku podwieszona jest latarnia. Uważniejsza lustracja pozwala jednak stwierdzić, że oświetlenie fasady nie było pierwotną funkcją tego elementu. Tak, oczywiście, jest to dawny żuraw służący do podnoszenia towarów do kupieckiego składu mieszczącego się na poddaszu domu. Budynek przy żareckim Starym Rynku numer 8 to mniejszy krewny gdańskiego Żurawia, czy też kazimierzowskich spichrzów. Świadek handlowej przeszłości tego podczęstochowskiego miasteczka. Jak się okazuje, bynajmniej nie jedyny.

Miasto rozwinęło się przy ważnym szlaku handlowym z Krakowa do Wrocławia.
W XVI wieku w Żarkach funkcjonowały liczne młyny, browary, jatki i gorzelnie. W XIX wieku miasto nabył Piotr Antoni Steinkeller, który inwestował w rozwój usług i przemysłu. Największym sfinansowanym przez niego przedsięwzięciem była budowa fabryki maszyn i narzędzi rolniczych. Za jego czasów Żarki jako jedno z pierwszych miast Królestwa Kongresowego otrzymało gazowe oświetlenie ulic. Poprowadzenie linii kolei warszawsko-wiedeńskiej w odległości 6 kilometrów przyhamowało dalszą industrializację miasteczka, ale nie mogło powstrzymać ducha przedsiębiorczości panującego wśród jego mieszkańców. Ważnym elementem miastotwórczym i rozwojowym była obecność silnej, sięgającej momentami ponad 60% ogółu mieszkańców społeczności żydowskiej. Włożyła ona swój wkład w industrializację Żarek budując warsztaty, fabryczki, młyny i piekarnie, których liczba przed II Wojną Światową, sięgała 15. Ciągle pracuje tu wiele piekarni i zakładów cukierniczych. Ba, jest tu nawet bardzo klimatyczna kawiarnia serwująca wymyślne wypieki i koktajle.
Pod koniec XVIII wieku w mieście pracowało 8 młynów, a 140 lat później ciągle 5, w tym jeden elektryczny. Nota bene, miejscowa elektrownia rozpoczęła dostarczać prąd już w roku 1916, co jak na miasteczko tej wielkości też warte jest odnotowania. Tradycje młynarstwa przechowuje i przypomina mieszczące się w odrestaurowanym młynie Muzeum Dawnych Rzemiosł. Wizyta w nim jest chyba obowiązkowa dla uczniów okolicznych szkół, bo zawsze widywaliśmy przed nim mniej lub bardziej niesforną kolejkę młodych gości. Około 200 metrów dalej zaczyna się plac targowy. Żarki, na mocy przywileju króla Zygmunta Augusta z 1556 roku, miały prawo organizować cotygodniowe, sobotnie targi i 3 jarmarki rocznie. Choć miejsce i dzień targowania  ulegały zmianom, to tradycja przetrwała i obecnie jest tu największe targowisko w całym województwie śląskim, gromadzące na 1,5 hektara powierzchni do 10 tysięcy kupujących, tłoczących się do nawet 500 stoisk. Najpopularniejsze są targi sobotnie – środa jest drugim dniem targowym w tygodniu, ale mniej uznanym. W czasie naszej środowej wizyty, na olbrzymim placu stało/parkowało około 30 sprzedawców oferujących głównie owoce, warzywa i inne produkty spożywcze.

Muzeum Dawnych Rzemiosł

Tło dla targowicy stanowi kompleks 32 stodół. Poświadczają one, że dawny mieszczanin w niewielkim ośrodku miejskim rzadko mógł się utrzymać wyłącznie z rzemiosła i handlu, więc wspomagał się uprawą roli. A, że w zwartej zabudowie miejskiej było i nieskładnie i niebezpiecznie stawiać budynki gospodarcze, stodoły do przechowywania płodów rolnych lokowano poza jej obszarem, zazwyczaj przy wydzielonej drodze. W Żarkach, co wyjątkowe, tworzą one całą mini dzielnicę przylegającą do targowicy i ulicy Ofiar Katynia. Jako, że miasto było handlowe i słynące ze swych jarmarków, stodoły stopniowo przejmowały funkcję spichrzów. Obecnie ich ściany zbudowane są z łamanego kamienia wapiennego, a dachy kryte dachówką lub eternitem, ale pierwotnie były to konstrukcje drewniane, kryte często strzechą. Dopiero po wielkim pożarze w roku 1938 odbudowano je z użyciem bardziej ogniotrwałego budulca. Niektóre z nich są wynajmowane przez sprzedawców podczas największych wydarzeń targowych. W jednej odbywa się Kupiecki Sąsiek, czyli swoiste warsztaty rzemiosł dawnych połączone ze sprzedażą produktów i pamiątek regionalnych.

Dzielnica stodół

Jako miejscowość z ponad 600 letnią historią Żarki chlubią się znaczną liczbą innych turystycznych atrakcji. Miasteczko uniknęło zniszczeń podczas II wojny światowej i dzisiaj chodząc jego uliczkami i patrząc na ich układ łatwiej wyobrazić sobie, jak wyglądało tu życie w innych realiach społecznych i ekonomicznych. Zabudowa jest zwarta, domy najczęściej mają do dwóch kondygnacji. Charakterystyczne są długie, parterowe budynki z bramami na przestrzał, umożliwiającymi dostawę towarów lub półproduktów do warsztatów i magazynów mieszczących się w podwórkach. Żarki szczycą się też ciekawymi budowlami sakralnymi. Nad Starym Rynkiem góruje Kościół św. Szymona i Judy Tadeusza. Po drugiej stronie rzeczki Leśniówki znajdziemy uroczy, kryty gontem kościółek św. Barbary. W dzielnicy Leśniów, nad źródłem Leśniówki, wznosi się barokowe sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej Patronki Rodzin. Obiektem czci jest w nim drewniana figurka Matki Boskiej z Dzieciątkiem, sprowadzona, rzekomo, przez księcia Władysława Opolczyka w doborowym towarzystwie ikony Matki Boskiej Bełzkiej, która po wprowadzeniu się do klasztoru jasnogórskiego rozsławiła go, jako Matka Boska Częstochowska. W odległości niespełna 2 km od żareckiego rynku, przy drodze do Kroczyc, stoi ruina kamiennego kościoła św. Stanisława. Wedle legendy, wokół niego rozpościerała się pierwotnie osada Żarki. Miejsce jest urokliwe, nie tylko ze względu na  czar starych murów, ale przede wszystkim z powodu położenia na skraju questy jurajskiej, czyli 70 metrowego uskoku Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej ku dolinie Warty. Sprzed kościółka rozciąga się daleki widok na łąki, lasy i zabudowania miejscowości w dolinie.

Kościół św. Szymona i Judy Tadeusza
Sanktuarium Matki Boskiej Leśniowskiej
Kościół św. Barbary

Śladami po obecności i roli społeczności żydowskiej w Żarkach są: okazała synagoga, użytkowana obecnie jako dom kultury, a także dwa cmentarze. Synagoga była miejscem modlitw Żydów postępowych. Wyznawali oni odmianę judaizmu dopuszczającą reformy prawa i tradycji żydowskiej ułatwiające wiernym funkcjonowanie w szybko zmieniającym się świecie zewnętrznym. Obecność społeczności tego rytu, w tak małym mieście, była równie wyjątkowa, jak wczesne wprowadzenie oświetlenia gazowego i elektryczności. Starszy, niewielki cmentarz żydowski, znajduje się na ulicy Górki. Oznacza go w terenie tylko skromne upamiętnienie z wykorzystaniem resztek odkrytej przypadkowo macewy. Za to nowy cmentarz przy ulicy Polnej ma 1,5 ha powierzchni i ciągle można na nim znaleźć ok. 700 nagrobków. Rozrzucone malowniczo na pofalowanym, piaszczystym terenie, robią ogromne wrażenie. Szczególnie ciekawe są trzy macewy żeliwne, umieszczone w ogrodzeniu cmentarza od strony południowej.

Pomnik na starym cmentarzu żydowskim

Żarki są też doskonałym punktem wypadowym do wycieczek po innych atrakcjach Jury. Mnie do gustu przypadła zwłaszcza ta do źródeł rzeki Wiercicy i Złotego Potoku. Dolina Wiercicy na odcinku jurajskim obfituje w najbardziej charakterystyczne atrakcje tego regionu. Bujne bukowo-grabowe lasy, malownicze formacje skalne, jaskinie, wywierzyska, głębokie wąwozy – wszystko to można znaleźć na trasie nieco ponad godzinnego spaceru ze Złotego Potoku w górę doliny. Może tu  brakować jedynie wybitnych punktów widokowych – dalszą perspektywę zapewniają wyłącznie nanizane na bieg rzeczki stawy rybne. Sam Złoty Potok, majątek arystokratycznych rodzin Krasińskich i Raczyńskich, odbiega wyglądem od okolicznych miejscowości. Większość zabytków (dwór, pałac, kościół, rządcówka) pochodzi z XIX wieku i jest schludnie utrzymana. Miejscowość kultywuje pamięć pobytu poety Zygmunta Krasińskiego, który, choć trwał tylko nieco ponad miesiąc, zaowocował nadaniem nazw wielu skalnym ostańcom i stawom w dolinie. Sam poeta nie wyniósł jednak stąd dobrych wspomnień, gdyż właśnie w Złotym Potoku umarła jego najmłodsza córka Elżbieta.

Widok spod portyku pałacu Raczyńskich na dwór, w którym mieszkał Zygmunt Krasiński
Skałki w dolinie Wiercicy
Stary młyn nad Wiercicą

Jako, że Jura kojarzy się wszystkim z warowniami na skałach – słynnymi Orlimi Gniazdami – nie wypadało ich nie odwiedzić. Najbliżej Żarek położony jest kompleks  zamkowy Mirów-Bobolice. Oba zamki są obecnie w prywatnych rękach, przy czym Bobolice zostały wspaniale odrestaurowane, a Mirów ciągle podlega pracom zabezpieczającym. Budowle robią imponujące wrażenie, gdyż usytuowane są w skalnym otoczeniu, a szczupłość miejsca pod budową wymuszała ich wyciągnięcie ku górze. W sezonie letnim odbywają się tu liczne imprezy masowe, pobierana jest też opłata za wejście/zwiedzanie. Na przełomie zimy i wiosny można pokręcić się po terenie bez wnoszenia opłat, ale też bez możliwości wejścia, nie tylko do wnętrza zamków, ale i sąsiadującej z nimi zabudowy gastronomiczno-hotelowej. Gorącej kawy można więc skosztować tylko, jeśli wzięło się ją ze sobą w termosie! Oba zamki, oddalone od siebie ledwie o 1,5 km, wieńczą krańce najeżonego ostańcami pasemka wzgórz. W roku 1981, gdy pokonywałem pieszo cały szlak Orlich Gniazd, od Częstochowy do Krakowa, była to jedna z najbardziej malowniczych i widokowych jego części. Niestety, obecny właściciel ogrodził ten teren tak, że szlak turystyczny musiano poprowadzić asfaltową drogą łącząca obie wioski. Zmiany własnościowe zamków przyniosły więc zarówno pozytywne jak i niepożądane skutki.

Zamek Bobolice z najbardziej imponującej perspektywy

Nieco dalszy celem wycieczkowym jest Góra Zborów koło Kroczyc. To prawdziwe skalne miasto z formacjami skalnym o różnej wysokości i fantazyjnych kształtach. To także popularne miejsce ćwiczeń dla alpinistów, nie tylko ze Śląska i Zagłębia. Jako, że góra wznosi na 468 m npm, a skały wyrastają ponad las, można się tu nacieszyć panoramicznymi widokami, które przy sprzyjającej pogodzie sięgają wielu kilometrów. Szczęśliwcom udawało się nawet sfotografować stąd panoramę Tatr odległych w prostej linii o około 160 km. Nam się to nie udało, ale z drugiej strony nie spotkaliśmy też żadnych nowożeńców, którym skalne krajobrazy góry służą jako tło ślubnych sesji fotograficznych. Po drodze warto zboczyć w Kotowicach w stronę Zawiercia. Po  przejechaniu ok. 1,5 km, przed wiaduktem nad linią kolejową, znajduje się jeden z największych na ziemiach polskich cmentarz wojenny z czasów I Wojny Światowej. Już w czasach założenia pochowano tu około 800 żołnierzy trzech imperialnych armii. W latach 30-tych XX wieku przeniesiono nań szczątki kolejnych 700 poległych, pierwotnie pochowanych na mniejszych cmentarzach w okolicy. Nazwiska na tabliczkach są różnego pochodzenia, bo armie były trzy, a każde imperium wielonarodowościowe. Różne są też formy upamiętnienia, w zależności od armii, rangi poległego i czasu, w którym wykonano nagrobek. Konflikt ten był już wojną nowoczesną, w znaczeniu użycia na szeroką skalę bardzo wydajnych technologii militarnych (czytaj: narzędzi do zabijania ludzi), równocześnie była to chyba ostatnia wojna, podczas której praktykowano elementy etosu rycerskiego, nakazujące szacunek dla przeciwnika i godny pochówek dla poległych.

Góra Zborów

Żarki oferują całkiem szeroką gamę możliwości noclegowych, w mieście działają trzy punkty informacji turystycznej: w muzeum, urzędzie miasta i domu kultury. Zaskakująco duża jest też oferta gastronomiczna. Nam nie udało się skosztować lokalnego przysmaku, jakim jest pieczonka jurajska, ale połączenie tradycyjnej oferty z nowoczesną aranżacją wnętrz w Przystani Lesniów wywarło na nas duże wrażenie. Miasteczko ma też swoją Pizzerię u Włocha, gdzie menu nie ogranicza się tylko do placka z mozzarellą i sosem pomidorowym, bo w kuchni rządzi prawdziwy włoski kucharz. Mamy nadzieję, że obydwa lokale przetrzymają stagnację koronawirusową.

Mieszkaliśmy 6 km za miastem, w maleńkim przysiółku Kępiny koło Ostrowia. To już dolina Warty z okolicą zalesioną i poprzecinaną licznymi strumieniami, wytryskującymi spod nieodległej krawędzi jurajskiej. Wieś zabudowana jest w znaczącym stopniu domami letniskowymi, które przed sezonem stoją puste. W pobliżu znajduje się rezerwat cisów, z których największy wyrósł paradoksalnie blisko zabudowań przy wiejskiej drodze. Codziennie rano wychodziliśmy z Harrym na spacer do lasu i prawie zawsze znajdowaliśmy jakieś ciekawostki: pierwsze kwiaty, ślady saren, tajemnicze wzgórza (kurhany?), czy doły po eksploatacji torfu. Ostatni poranny spacer przywiódł nas na przeciwległy skraj rozległej, podmokłej polany, przy której stał nasz dom. Przeciąwszy obrzeża sosnowo-świerkowego boru i pas wierzbowych zakrzaczeń wyszliśmy na otwartą przestrzeń porośniętą kępami turzyc i situ. W odległości 20-25 metrów przed nami dojrzeliśmy parę żurawi. Nie wykazywały lęku. Wolno przechadzały się pozwalając na spokojną obserwację. Harry – pies miłośnika ptaków wie jak zachować się w takiej sytuacji. Ptaki zatrąbiły kilka razy tryumfalnie, a potem nieśpiesznie odleciały w stronę lasu. Nigdy jeszcze nie widziałem żurawi z tak bliskiej odległości. A ponieważ nie miałem przy sobie aparatu fotograficznego, ich obraz mogłem zachować jedynie w pamięci. Spotkanie tych ptaków było godnym zwieńczeniem pełnego niespodzianek wyjazdu.

Jako się rzekło nie miałem aparatu. By Andreas Trepte – Praca własna, CC BY-SA 2.5, 
Najstarszy cis we wsi

Jura (Wyżyna) Krakowsko-Częstochowska otrzymała swe imię od dwóch miast leżących na jej krańcach. Każde z nich jest samo w sobie celem turystycznym, a równocześnie, ze względu na peryferyjne usytuowanie, niezbyt dogodnym punktem startowym do wycieczek w głąb tego regionu. Dlatego, moim zdaniem, żadne z nich nie zasługuje na miano jurajskiej stolicy. Poznawszy bogatą historię i współczesne osiągnięcia oraz turystyczną ofertę Żarek, niespodziewanie dla samego siebie utwierdziłem się w przekonaniu, że to właśnie niepozorne miasteczko nad Leśniówką zasługuje na ten tytuł.

Kategorie
Belgia

Gdzie właściwie są granice Brukseli?


Kompleks gmachów Parlamentu i innych instytucji europejskich wbija się bezceremonialnie w zastaną tkankę miasta. Najlepiej widać to od strony Placu Luksemburskiego. Nad dwukondygnacyjnym dawnym budynkiem dworca luksemburskiego, mieszczącym obecnie Visitor center Parlamentu, wznosi się szklano-kamienna ściana głównego kompleksu. Minąwszy budyneczek dworca, noszący obecnie nazwę Station Europe, wchodzimy do innego, także w architektonicznym sensie słowa, świata. Za nami pozostaje architektura mieszczańska. Otacza nas obecnie biurowy post-modernizm.

Otacza także w dosłownym znaczeniu – przejście z Visitor Center do Parlamentu biegnie na wysokości drugiej kondygnacji zabudowanym okrężnym pasażem. Ściany pasażu służą jako stelaż do ekspozycji wszelakich wystaw przygotowanych pod patronatem PE. Symbolicznie wyznaczają też granice Agory Simone Veil, wieloletniej eurodeputowanej i przewodniczącej pierwszego składu PE pochodzącego z wyborów bezpośrednich. Przestrzeń ta wraz z Esplanadą Solidarności 1980 roku (tak, tak!) stanowi corocznie tło dla ponad 40 wydarzeń o charakterze publicznym, urządzanych przez instytucje europejskie i inne organizacje.

Nazwa esplanady nie jest jedynym polskim akcentem w najbliższej okolicy. Na środku Placu Luksemburskiego wznosi się pomnik poświęcony dziewiętnastowiecznemu przemysłowcowi angielskiemu Johnowi Cockerillowi. Jako innowator w zakresie technologii i zarządzania był on pomysłodawcą powstania w Belgii pierwszego zintegrowanego kompleksu przemysłowego, obejmującego kopalnie, huty, linie kolejowe, port i flotę transportową. Ponieważ taki mózg dla realizacji swych pomysłów potrzebował większych przestrzeni, Cockerilla nosiło po Europie od Londynu po Petersburg. W ówczesnym Królestwie Polskim angażował się w rozwój przemysłu włókienniczego. I traf sprawił, że właśnie na ziemiach polskich padł ofiarą tyfusu i umarł w roku 1850 w Warszawie.


Skwer przed Komitetem Regionów i przedstawicielstwem Bawarii w EU. Kogo symbolizują chowające głowę w piasek strusie?
Widok z Parc Leopold na Dom Historii Europejskiej

Stojąc pod jego pomnikiem i podziwiając kompleks Parlamentu mało kto zdaje sobie sprawę, że jest to widok międzymiastowy. Plac Luksemburski należy do Ixelles, a Parlament ma adres już we właściwej Brukseli. Obszar, który potocznie nazywamy Brukselą, to jeden z trzech regionów, na które podzielona jest Belgia – Region Stołeczny Brukseli, dzielący się z kolei na 19 gmin miejskich. Cały region obejmuje powierzchnię nieco ponad 160 km² i ma niemalże 1,2 mln mieszkańców, z czego właściwa Bruksela (Bruxelles-Ville) zajmuje ok 1/5 powierzchni i odpowiada za 15% populacji. Poszczególne gminy różnią się wielkością i liczbą mieszkańców, ale łączy je dosyć fantazyjny przebieg granic. Gmina Bruksela to oczywiście centrum, w granicach obwodowych bulwarów (z powodu kształtu zwane Pentagonem) wraz z zachodnią wypustką obejmującą dzielnicę europejską i Park Pięćdziesięciolecia oraz znacznie rozleglejszymi terenami na północ od centrum, obejmującymi Laeken na zachodnim i Haren na wschodnim brzegu rzeki Senne. Na granicy z Ixelles dwa muzea (Wiertza i Historii Naturalnej) usytuowane prawie naprzeciwko siebie, przy Rue Vautier, znajdują się formalnie w różnych miastach. Prowadzone przez sieć Marriota Executive Apartments na Rue du Parnasse umiejscawiają się w Brukseli, ale Google Maps opisują ten adres, jako należący do Ixelles. Wszystko to jednak nic w porównaniu z gminą Baarle leżącą na granicy z Holandią (przepraszam – Niderlandami), gdzie komisja wyznaczająca granicę w 1839 roku zdecydowała, że o przynależności państwowej zdecyduje wola właścicieli każdej parceli w mieście. W rezultacie granica jest mozaiką około 30 enklaw i eksklaw, często o konstrukcji szkatułkowej, a tubylcy wybijają otwory drzwiowe w ścianie domu wychodzącej na teren państwa, gdzie aktualnie płaci się niższe podatki. Na przyjezdnym sprawia to wrażenie ogromnego chaosu, ale miejscowi w tym systemie świetnie się odnajdują. Zdolności zarządzania takim chaosem przydały się niewątpliwie obywatelom belgijskim w rekordowym okresie 535 dni bez rządu, który nastąpił po wyborach jesienią 2016 roku

W stolicy Belgii i Europy bywałem już parokrotnie. Że jednak były to, albo wyjazdy służbowe z dosyć napiętym programem, albo krótkie postoje, kiedy koncentrowałem się na wybranym obiekcie bądź ich zespole, nie potrafiłem sobie skonstruować spójnego obrazu tego miasta. Bo z jednej strony, oczywiście, wspaniała zabudowa Grand Place i obowiązkowy spacer do figurki Manneken Pis’a, podświetlane nocną porą Atomium, czy widok na miasto spod Pałacu Sprawiedliwości. Z drugiej, przelotowe ulice, co rusz nurkujące w tunele i wizyta w depresyjnych podziemiach Gare Central. Już wówczas jednak miałem wrażenie spotkania z miastem patchworkowym i policentrycznym, gdzie pompatyczność i wielkomiejskość przeplatają się z przytulnością i urbanistyczną swojskością. Ostatnio miałem okazję uporządkować autonomiczne migawki z dotychczasowych wizyt w jeden, w miarę spójny, obraz – całe dwa dni poświęcone wyłącznie Brukseli! Taką sposobność trzeba było wykorzystać.

Wielkie miasta lokowane były zazwyczaj nad wielkimi rzekami. Może nie tyle wielkimi w sensie długości, ale na pewno na tyle pełnowodnymi, aby stanowiły szlaki wodne, którymi transportowano do dawnych miast olbrzymie ilości potrzebnych towarów. W żyjących z handlu miastach Flandrii i Niderlandów port morski lub rzeczny był niezbędnym warunkiem rozwoju i prosperity. Z czasem do roli transportowej dodano krajobrazową. Rzeki dawały rozległą perspektywę stawianym na ich brzegach budowlom. Ich szerokie doliny wpuszczały do gęsto zabudowanych dzielnic centralnych jakże potrzebne świeże powietrze. Tymczasem Bruksela wydaje się być wyjątkiem od tej reguły. Idę o zakład, że 99 na 100 turystów spotkanych na Grand Place nie wie nad jaką rzeką leży to miasto i nie potrafi powiedzieć, gdzie trzeba jej szukać. Tymczasem przez Brukselę przepływa rzeka Senne tyle, że przesunięta w wyniku działań ludzkich około 1,5 km na północny-zachód od swego pierwotnego koryta. Ma ona nabrzeżne bulwary, przecina ją kilka ciekawych architektonicznie mostów, ale jej okolica emanuje jakąś drugorzędnością, a ku północy szybko nabiera charakteru industrialno-ruderalnego.

Nie zawsze jednak tak było. Jeszcze w połowie XIX wieku Senne płynęła przez miasto  czterema ramionami, z których dwa przecinały samo centrum. Wiły się one malowniczo, tworząc wyspy i cyple, przeciskając się między domostwami oraz pod niezliczonymi mostkami i kładkami. Były jednak coraz bardziej zamulone, służyły za śmietnik i ściek oraz stwarzały zagrożenie sanitarne. W ramach modernizacyjnych wysiłków burmistrza Julesa Anspacha ich wody zostały uregulowane i ukryte w murowanych kanałach. Był to pierwszy etap wypychania  rzeki z centrum miasta. Kolejny nastąpił w latach 50-tych XX wieku, kiedy zlikwidowano wcinające się w miasto baseny portowe, a rzekę z kanałów przeniesiono na zachód od Pentagonu, do koryta biegnącego mniej więcej po śladzie dawnego Canal de Charleroi.

Współczesne centrum Brukseli z rzeką wypchniętą na ubocze

Ta długotrwała ingerencja w miejscową hydrografię pozostawiła ślady w nazwach ulic. W północno-zachodniej części centrum aż roi się od ulic mających w nazwie słowo nabrzeże (Quai). W pobliżu mieścił się nasz hotel i od tej strony rozpoczęliśmy zwiedzanie. Baseny portowe miały sporą szerokość i taką zachowały powstałe na ich miejscu ulice i place. W sposób charakterystyczny dla Brukseli mieszają się tu style i przeznaczenia budynków. Trzytraktowe, wąskie a wysokie kamieniczki o średniowiecznym pochodzeniu sąsiadują z XIX wiecznymi pałacami miejskimi, obok których wznoszą się ascetyczne produkty międzywojennej architektury modernistycznej. Brukselczycy nie żywią nadmiernego szacunku dla reliktów przeszłości. Jeśli coś można zburzyć i zastąpić czymś nowym, to zapewne tak się stanie. Jest tu wiele cennych pamiątek historii, ale trudno  wskazać konkretny obiekt historyczny, który można uznać za charakterystyczny dla miasta.

Imponująca fontanna upamiętniająca burmistrza Anspacha i jego dokonania może uchodzić zarówno za taki symbol, jak i służyć jako przykład elastycznego podejścia do zabytków przeszłości. Gdy rzekę Senne zasklepiono w kanałach, jako architektoniczną kulminantę powstałych na powierzchni bulwarów pozostawiono XVII wieczny kościół Augustianów. Budynek ten, zdesakralizowany jeszcze w 1830 roku, służył później jako sala koncertowa i urząd pocztowy, ale ku końcowi XIX wieku został uznany za niewystarczająco reprezentacyjną przeszkodę w ruchu drogowym. Bogiem a prawdą parcela w tak reprezentacyjnym miejscu nie przynosiła miastu dochodów. Wzniesiono więc zamiast dawnego kościoła hotel Continental. Przed hotelem, na Place De Brouckère, postawiono imponująca fontannę. Miejsce było odpowiednio wybrane, na osi bulwarów i w rozwidleniu podziemnego kanału powstałego z inicjatywy burmistrza. W tej lokalizacji fontanna dotrwała do 1973 roku, kiedy musiała ustąpić budowanej linii metra (a właściwie podziemnego tramwaju, zwanego pre-metrem). Po kilku latach władze znalazły jej właściwą lokalizację, nadal związaną z rzeką Senne. Teraz fontanna Anspacha wieńczy od północy kompleks basenów upamiętniających istnienie w tym miejscu dawnych nabrzeży portowych. Wszyscy, którym żal było zniszczonego kościoła, też otrzymali satysfakcję. Jego wspaniała fasada w stylu baroku brabanckiego została zdemontowana i sprzedana parafii katolickiej św. Trójcy w Ixelle. Oddany do użytku w 1908 roku kościół cieszy tam oczy starszą o 270 lat fasadą.

Dzwonnica – najstarszy zachowany element kościoła św. Katarzyny

Okolice kościoła św. Katarzyny zamykające od południa dawną dzielnicę portową noszą jeszcze jeden ślad niegdysiejszego przeznaczenia. Miejscowe restauracje mają w ofercie największy w mieście wybór ryb i owoców morza. Niegdyś sprzedawano je z kutrów cumujących naprzeciwko i kucharze nie musieli tracić wiele czasu na ich zakup. Obecnie muszą pokonać nieco dłuższą i bardziej skomplikowaną drogę na talerz smakoszy, ale genius loci miejsca, gdzie serwują najświeższe i najlepiej przyrządzone ryby, wciąż obowiązuje. A ponieważ w wielu restauracjach nie prowadzi się rezerwacji, wieczorami stoją przed nimi długie kolejki miejscowych i turystów stęsknionych smaku świeżej rybki. Nam nie wystarczyło cierpliwości, ale nie żałujemy, bo w pobliżu znaleźliśmy miejsce w zacisznej Brasserie du Gourmet. Jedzonko było pyszne, a stolik przy oknie dawał widok na Place du Beguinage oraz iluminowaną fasadę kościoła beginek. Pobliska kawiarnia Cafe Velvet z wejściem naprzeciwko stacji metra Sainte Catherine przez cały dzień pracy, niestety tylko do godziny 18, serwuje dania z menu śniadaniowego. W cenie przeciętnego obiadu można zjeść obfite, późne śniadanie i zamówić jeszcze parę drinków w pobliskich barach.

Chociaż północna Belgia, gdzie rozlokowana jest Bruksela, to kraj nizinny, to jednak miasto podzielone jest na Dolne i Górne. To ostatnie znajduje się w zachodniej części Pentagonu i nosi historyczną nazwę Coudenberg. Na początku XII wieku książęta Brukseli i Leuven wznieśli tu swoją siedzibę. Położony na wzgórzu zamek miał naturalne walory obronne i pozwalał kontrolować położone niżej miasto. Od tego czasu jest to dzielnica władzy sprawowanej przez hrabiów, książęta, arcybiskupów, królów, cesarzy i gubernatorów. W mroźną noc 3 lutego 1731 roku cały kompleks pałacowy wraz z bogatym wyposażeniem, w tym dziełami Brueghla i Rubensa, strawił pożar. Do dnia dzisiejszego zachowały się tylko odkopane przez archeologów podziemia. Ruiny pałacu przetrwały ponad 40 lat, zanim z inicjatywy gubernatora Niderlandów – księcia Karola Lotaryńskiego – usunięto je tworząc istniejący do dzisiaj Place Royale. Jako, że gotycka kaplica zamkowa, która przetrwała pożar, kłóciła się z koncepcją zabudowy w stylu klasycystycznym, padła ofiarą modernizacyjnych ambicji księcia gubernatora. Burmistrz Anspach miał, jak widać, godnych poprzedników. W stojącym przy placu kościele św. Jakuba, 21 lipca 1831 Leopold, książę Sachsen-Coburg-Saalfeld został zaprzysiężony na pierwszego króla Belgów. Książe miał unikalną okazję przebierania w ofertach – jednocześnie swój tron ofiarowywali mu Grecy.

Muzeum Instrumentów Muzycznych

W okolicy placu ulokowały się narodowe instytucje kultury takie, jak Muzeum Sztuk Pięknych. Kolejny król Leopold II, wymarzył więc sobie, aby cały stok wzgórza, opadający ku Dolnemu Miastu, przeznaczyć na cele kultury. Ówczesny burmistrz, Charles Buls, miał bardziej zachowawczy pomysł, polegający na modernizacji przy zachowaniu najcenniejszych obiektów zabytkowych. Jak jednak było do przewidzenia, to pomysł króla porwał umysły radnych, więc burmistrz podał się do dymisji. Niestety, za życia Leopolda II zdołano przeprowadzić tylko masowe wyburzenia. Realizacja pomysłu pradziadka ziściła się w latach 50-tych XX wieku, kiedy na tronie zasiadał król Baudoin. Powstały wówczas budynki Biblioteki Królewskiej, Archiwum Narodowego oraz Pałac Kongresowy. Cały teren zyskał też nazwę Wzgórza Sztuki (Mont des Arts). Zwiedzanie muzeów i poznanie ich zasobów to zadanie na wiele dni, ale wizyta w tej dzielnicy to ciekawe przeżycie ze względu na wspaniałą architekturę budynków oraz rozległy widok na Dolne Miasto i dalej położone dzielnice/gminy całej aglomeracji. Spośród świetnych gmachów wyróżnia się Muzeum Instrumentów Muzycznych, mieszczące się w dawnym domu towarowym Old England. Postawiony w 1899 roku sześciokondygnacyjny budynek był jedną z pierwszych budowli o konstrukcji stalowej tej skali. W dodatku, po raz pierwszy do pokrycia ścian użyto w nim wyłącznie tafli szklanych. Malowniczo położony na stoku Coudenberg przy łukowato wygiętej ulicy, bogaty w wymyślne zdobienia w stylu Art Noveau jest, w moim osobistym rankingu, jednym z kandydatów do architektonicznego symbolu Brukseli. 

W mapę Brukseli wpisują się zielone plamy wielkich parków: Pięćdziesięciolecia na zachód od siedziby Komisji Europejskiej i Brukselskiego na wprost Pałacu Królewskiego. Pod względem zagęszczenia atrakcji bije je jednak na głowę filigranowy Square du Petit Sablon. Choć z nazwy jest placem, to jednak ma charakter uroczego parku kieszonkowego. Jego powstaniu przyświecał swoisty program ideowy. Jest  to mianowicie mauzoleum ku czci przywódców antyhiszpańskiego powstania, hrabiów Egmonta i Hoorna, jak również pomnik cywilizacyjnych osiągnięć XVI wiecznych prowincji niderlandzkich. Utworzono go na miejscu zamkniętego średniowiecznego cmentarza w 1890 roku przenosząc tu z Grand Place pomnik wspomnianych hrabiów, straconych na rozkaz hiszpańskiego namiestnika, księcia Alby, w 1568 roku. Figury bohaterów na wyniosłym cokole nieustraszenie kroczą na szafot, a otacza je półkręgiem zanurzonym w zieleni 10 rzeźb współczesnych im postaci – wiodących przedstawicieli nauki i sztuki. Wśród nich znajdziemy Gerarada Mercatora – geografa i kartografa, twórcę siatki kartograficznej jego imienia. Park otoczony jest parkanem z misternie kutego żelaza, na filarach którego umiejscowiono kolejne 48 figurek symbolizujących tradycyjne rzemiosła XVI wiecznej Brukseli. Po przeciwnej stronie Rue de la Regence widok zamyka malowniczy gotycki kościół Matki Boskiej z Sablon. Choć jego styl lepiej chyba nazwać supergotyckim. W czasie renowacji, na przełomie XIX i XX wieku, architekci – wyznawcy teorii wielkiego Violet le Duc’a (tego od paryskiej katedry Notre Dame) – stworzyli budowlę, która nie przypomina którejkolwiek ze swoich wcześniejszych wersji. Dodali wieżyczki, szczyty i ażurowe balustrady, zbudowali przypory i najeżyli obrys pinaklami i rzygaczami. Cóż by dopiero było, gdyby komisja przyjmująca do wykonania ich projekt nie odrzuciła pierwszej wersji uznając, iż była nadmiernie ekstrawagancka.

Kościół Matki Boskiej z Sablon z misternym ogrodzeniem Petit Sablon

Z dawnych pobytów w Brukseli w pamięci utkwiło mi wrażenie przebywania, nie w metropolii i stolicy Europy, a w prowincjonalnym miasteczku nieokreślonego kraju zachodniej Europy. Częściowo powodowała to skala zabudowy prócz centralnej części, daleka od monumentalizmu. Swoje dokładała też urbanistyka: ulice mieszkalne są wąskie; rola budynków publicznych jest podkreślona usytuowaniem przy placach i skwerach; w wielu z brukselskich miast/gmin centralnym punktem jest wciąż plac naprzeciwko parafialnego kościoła. Wrażenie to powróciło do mnie podczas krótkiego wypadu do Saint Gilles. Trafiliśmy tam w sposób niezaplanowany – chciałem rodzinie pokazać Porte de Hal, jedyną zachowaną bramę drugiego pasa średniowiecznych murów miejskich. Nie zdecydowano się jej zburzyć wraz pozostałymi umocnieniami zlikwidowanymi w pierwszej połowie XIX wieku, gdyż wciąż pełniła funkcje militarne – była mianowicie więzieniem wojskowym. W latach 1868-71 została odrestaurowana w sposób oddający ducha romantycznego postrzegania wieków średnich. Nawiasem mówiąc, za jej obecny wygląd odpowiada Henri Beyaert, ten sam, który 20 lat później zaprojektował opisany wcześniej Square du Petit Sablon. Po  przejściu na drugą stronę obwodowego bulwaru, jest się już w Saint Gilles. Przewodniki polecają tu liczne budowle w stylu belgijskiej secesji, tworzone przez najsłynniejszych architektów epoki takich, jak Victor Horta oraz degustację dań w którejś z wybornych restauracji. Wybór jest szerszy, niż gdzie indziej. Pewnie też dlatego, że Saint Gilles ma największy w Belgii odsetek ludności pochodzenia zagranicznego (48,2%). Nam udało się połączyć architekturę secesyjną z kuchnią etniczną w trakcie wizyty w portugalskiej cukierni na Rue Vanderschrick. Patriotów kulinarnych ucieszą tu też liczne sklepy, a nawet restauracje z kuchnią polską. Po to jednak jeździ się zagranicę, aby zmysł smaku wystawiać na nowe wyzwania. Dlatego dzień zamknęliśmy degustując dania kuchni etiopskiej w niewielkiej restauracji położonej tylko nieco ponad 100 metrów od sikającego symbolu miasta. Koronowirus grasował dopiero po Dalekim Wschodzie, ale ostrożność już nakazywała nam zrezygnować z etiopskiego zwyczaju nabierania potraw w chlebek indżera i ręcznego częstowania współbiesiadników, który w zamyśle służy umacnianiu więzi rodzinnych i przyjacielskich.


Saint Gilles – podpis zbyteczny

Po powrocie do Polski, zdając sprawę z wizyty w Brukseli mojej bywałej w świecie Mamie zostałem zaskoczony jej stwierdzeniem, że to miasto turystycznie z niczym się jej nie kojarzy. Gdy pierwsze zaskoczenie minęło, musiałem jednak przyznać, że jest to dosyć typowy pogląd. W Brukseli bywa się w interesach lub w ramach obowiązków zawodowych i wraca z niejasnym wspomnieniem szklanych budynków biurokracji europejskiej. Tymczasem jest to fascynujące miasto, a jego patchworkowa struktura powoduje, że każda składowa ma do opowiedzenia odrębną, ciekawą historię. Wbrew też powszechnemu przekonaniu, w dni wolne od pracy miasto nie zastyga w niebycie. Wtedy właśnie tym lepiej widać, że jego mieszkańcy wiodą spokojne, bezpieczne życie zasiedziałych europejczyków. W naszym przypadku, szybko okazało się też, że w dwa dni nie zrealizujemy wszystkich planów. Co tylko znaczy, że gdy pandemia ustąpi, przystąpimy do planowania kolejnej wizyty w stolic y Belgii i Europy.

Kategorie
Polska

Książę Witold patronem MO, czyli o wrocławskich paradoksach

Średniowieczne, kręte schody musiały być wysokie jak na zasięg nóg jedenastolatka. Z pewnością spieszyłem się, aby jak najprędzej dotrzeć na platformę widokową. Ojciec niewątpliwie powściągał moje ambicje wieżobiegacza. Mimo to, na platformę widokową na wieży kościoła św. Elżbiety przy wrocławskim rynku dotarliśmy sprawnie i w dobrym czasie. Wstyd się przyznać, ale nie pamiętam, czy było tam wielu turystów. Nie pamiętam też, czy oprócz kościelnych wież i dachów kamienic przy rynku widać było góry, np. najbliższą miastu Ślężę. Pamiętam za to doskonale ulice biegnące dalej rynku, przy których stały tylko ściany kamienic. Ich wnętrza pozbawione dachów i stropów ukazywały naścienne preferencje malarskie dawnych mieszkańców. Podwórka wypełniały sięgające kilku metrów góry gruzu, na których rosły całkiem już pokaźne brzózki oraz wszelka inna kolonizatorska roślinność. Patrzyłem na ten widok w oniemieniu. Ani w Białymstoku, gdzie naówczas mieszkałem, ani w żadnym innym odwiedzanym polskim mieście, nie zetknąłem się tak namacalnie ze śladami wojny. „Czterej pancerni” i „Stawka większa niż życie” cieszyły się wśród odbiorców w moim wieku wielką popularnością, ale ich akcja dotyczyła przecież lat dawno minionych, tymczasem we Wrocławiu historia rzucała ciągle swój złowrogi cień. Było lato 1970 roku, walki o twierdzę Breslau zakończyły się przed ćwierćwieczem.

Później odwiedzałem Wrocław mniej więcej co dekadę. Patrzyłem na miasto coraz bardziej świadomym okiem. Ruin i gruzowisk nie spotykałem już w latach osiemdziesiątych XX wieku. Bez trudu za to zauważyłem, że centrum oddzielone jest od położonej na południe dzielnicy Krzyki kilometrowym pasem pozbawionej wszelkiej zabudowy przestrzeni, gdzie wśród roślinności o charakterze ruderalnym biegły równo wybrukowane ulice z rdzewiejącymi szynami tramwajowymi pośrodku. Wraz z rosnącą popularnością motoryzacji tereny te zaczęto użytkować jako zorganizowane lub dzikie parkingi. Owe nieposiadające naturalnych granic przestrzenie często zwano placami posiadającymi, a jakże, swoich godnych patronów, natomiast bardzo często pozbawionymi choćby jednego zamieszkałego budynku, dla którego byłyby adresem. Jeszcze w początku lat dziewięćdziesiątych nocowałem w nieistniejącym już hotelu Panorama z widokiem na plac Dominikański. Z okna miałem widok na olbrzymi ogrodzony teren (obecnie zajęty przez Galerię Dominikańską), w którym wykopano pokaźnych rozmiarów jamę. Zagłębienie to wypełnione było wodą, jak zgaduję gruntową, z której tu i ówdzie wystawały szczątki ceglanych ścian uporczywie przypominając, że kiedyś było tam miasto. Z pobliskiej Odry na rozlewisko przylatywały dzikie kaczki spędzając czas na pluskaniu się w wodzie i odpoczynku wśród szczątków mieszczańskich piwnic.

Aż w lipcu 1997 roku nadeszła wielka powódź. Wybudowane na przełomie XIX i XX wieku kanały, jazy i wały wrocławskiego węzła wodnego nie wytrzymały naporu wody o 1/3 przekraczającego ich przepustowość. Wezbrane wody Odry i jej dopływów zalały 40% powierzchni miasta. Zalane lub podtopione zostało ponad 2500 budynków. Dramatyczne wysiłki służb i tysięcy wolontariuszy pomogły uratować zabytki Starego Miasta, zbiory muzeów i Ossolineum oraz życie zwierzęcych mieszkańców ogrodu  zoologicznego. Katastrofa ta, paradoksalnie, odmieniła oblicze miasta rozpoczynając okres jego burzliwego rozwoju. Środki na odbudowę popłynęły od rządu i instytucji międzynarodowych. Wkrótce, z wejściem Polski do Unii Europejskiej, brama do unijnego  budżetu otworzyła się jeszcze szerzej. Powódź przeorała też, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, świadomość mieszkańców miasta. Ocalone wspólnym wysiłkiem, stało się dobrem wspólnym,  powodem do dumy oraz oprawą dla realizacji wielu lokalnych inicjatyw. Atmosfera tymczasowości oraz bylejakości przeminęła bezpowrotnie. Historia przestała być pojmowana jako niepowiązane okresy – polski, czeski, austriacki, niemiecki i znowu polski. Symbolem tego było zamówienie przez władze miasta u Normana Daviesa i Rogera Moorhousa historycznego portretu Wrocławia, łączącego elementy dotychczas rywalizujących wizji historiograficznych, w dziele o znamiennym tytule „Mikrokosmos”.

Wrocław jest, w moim odczuciu, miastem bogatym w paradoksy. Czy nie jest na przykład takowym fakt, że ulica Wielkiego Księcia Witolda na Kępie Mieszczańskiej zawdzięcza swoją nazwę stacjonującym nań milicjantom, których naczelnym komendantem w latach 1945-49 był komunistyczny generał Franciszek Jóźwiak, używający podczas okupacji niemieckiej pseudonimu „Witold”. Władzom miejskim niezbyt wypadało walczyć z takim protektorem, ale że żyjącym nazwy ulic nie przysługiwały, w duchu kompromisu zamieniły generała na Wielkiego Księcia, a sąsiednim ulicom za patronów dały innych bohaterów sienkiewiczowskich „Krzyżaków”. Obecnie okolica ta jest intensywnie zabudowywana, ale przez dziesięciolecia była to powojenna pustynia pozostająca pod czujnym okiem oddziałów prewencji Milicji Obywatelskiej. Pobliskie dwie elektrownie wodne są jedynymi znanymi mi z Polski przykładami usytuowania takich obiektów w centrum dużego miasta. Jako, że zaprojektowano je w ciekawej modernistycznej szacie, Wrocław ma zabytki nie tylko na brzegach, ale i w nurcie Odry.

Jednym z najbardziej malowniczych i urbanistycznie „kompletnych” rejonów miasta jest Ostrów  Tumski, swoista dzielnica biskupia i historyczna ostoja katolicyzmu w zasadniczo protestanckim Wrocławiu. W poprzecinanym ramionami Odry i jej dopływów mieście jest to jedyna wyspa nosząca miano Ostrowia oraz jedyna, którą wody opływają obecnie tylko z jednej, południowej strony. Ostatnimi śladami obmywającego ją do 1807 roku północnego ramienia rzeki są stawy w Ogrodzie Botanicznym.

Do katedry wrocławskiej w grudnia zeszłego roku powrócił historyczny srebrny ołtarz biskupa Jerina. Słynne arcydzieło wrocławskiego złotnictwa ma w swojej bogatej historii wiele elementów paradoksalnych. W 1632 roku, gdy Ostrów Tumski zdobyły i splądrowały protestanckie wojska szwedzkie i saksońskie, ołtarz nie dostał się w ich ręce. Katolicki biskup oddał go na przechowanie protestanckiej radzie miasta, a tam zdobywcy już go nie szukali. 80% zdemontowanego przed oblężeniem w roku 1945 ołtarza przetrwało wojnę, ale zostało skazane na zesłanie: najpierw do kościoła w Szamotułach, a od lat 60-tych XX wieku do wrocławskiego Muzeum Archidiecezjalnego. Tam spoczywało w ciszy i, paradoksalnie, zapomnieniu aż do wystawy pt. „Skarby katedry wrocławskiej” zorganizowanej w 2017 roku w Muzeum Narodowym. Zmontowany tymczasowo na potrzeby wystawy, tak zachwycił muzealników, duchownych i przedstawicieli władz miejskich, że podjęto decyzję o jego rekonstrukcji i powrocie do katedry. Dziś pyszni się na dawnym miejscu w prezbiterium. Szkoda tylko, że oglądać go można jedynie z daleka oraz na razie bez możliwości podziwiania renesansowych malowideł na skrzydłach poliptyku.

Zrekonstruowany ołtarz biskupa Jerina

Również kościół św. Krzysztofa odcięty od Starego Miasta, niegdyś nurtem Czarnej Oławy, a obecnie ruchliwą staromiejską obwodnicą (ul. Kazimierza Wielkiego), to skarb dla poszukiwacza wrocławskich paradoksów. Jest to świątynia ewangelików niemieckojęzycznych. W każdą niedzielę o godzinie 10:00 zbiera się w nim na modlitwę niewielka wspólnota wiernych. Tymczasem od początku XV do końca XIX wieku było to miejsce, gdzie modlili się polskojęzyczni wyznawcy rytu luterańskiego. Naturalnej wielkości figura patrona, mimo, iż wykonana z drewna, jest jedynym elementem dawnego wyposażenia, który przetrwał bombardowania i pożar wnętrza świątyni w 1945 roku. Było to możliwe, gdyż od szalejących płomieni oddzieliły ją grube gotyckie ściany – w owych czasach figura stała we wnęce po zewnętrznej stronie murów świątyni. W oknach prezbiterium zainstalowano niedawno witraże, które w duchu ekumenizmu ukazują męczenników za wiarę z okresu III Rzeszy (ewangelików: Dietricha Bonhoeffera i biskupa Juliusza Bursche oraz katolików: św. Maksymiliana Kolbe i św. Edyty Stein).

Wrocław ma też szereg zabytków, którym dano szansę na drugie życie. Tradycja ta nie ogranicza się do lat powojennej odbudowy miasta, lecz sięga korzeniami do czasów wcześniejszych. W południową ścianę gotyckiego kościoła św. Marii Magdaleny wmurowany jest wspaniały, romański portal ołbiński. Pochodzi on z rozebranego w 1529 roku, pod pretekstem zagrożenia tureckiego, opactwa norbertanów, znajdującego się niegdyś w podwrocławskim Ołbinie, będącym dzisiaj dzielnicą  miasta. Mało kto miał szansę go podziwiać, bo wąska, zastawiona parkującymi samochodami, uliczka nie zachęca do zapuszczania się weń turystów, którzy do wnętrza  dostają się z przeciwnej strony kościoła. Mało kto również trafia do położonego na Nadodrzu kościoła Opieki św. JózefaJego gotycki poprzednik podzielił losy ołbińskiego opactwa i w tym samym czasie został złożony w ofierze potrzeb bezpieczeństwa miasta. Historia powtórzyła się z jego następcą w 1806 roku, z tą różnicą, że tym razem wróg w postaci wojsk napoleońskich dotarł jednak na miejsce i zdobył Wrocław. W końcu, w 1821 roku, powstała istniejąca do dzisiaj świątynia w stylu klasycystycznym. Na jej frontonie znalazła się gotycka scena ukrzyżowania i kartusze herbowe pochodzące z rozebranej nieco wcześniej bramy Mikołajskiej.

Gotyckie rzeźby na fasadzie klasycystycznego kościoła Opieki św. Józefa

Największym wrocławskim paradoksem jest jednak fakt, że przy tak olbrzymich zniszczeniach, zachowało się tak wiele ciekawych budynków i elementów dawnej architektury. Bez problemu możnaby nimi obdzielić kilkanaście mniej historycznie doświadczonych miejscowości. W czasie ostatniego pobytu trafiliśmy na ulicę Mikołaja Reja, gdzie z wysokości czwartej i piątej kondygnacji obserwuje otoczenie piękna dama bujająca się na huśtawce, w towarzystwie dwóch amorków. Cała okolica to rezerwat architektury sprzed I wojny światowej zachowanej mimo, iż w pobliżu Niemcy wyburzyli całe kwartały zabudowy na potrzeby powstającego lotniska polowego (dzisiejszy plac Grunwaldzki). Z kolei pilczycki Park Zachodni, pełniący w historii rolę kompleksu grzebalnego (obejmującego cmentarze żydowski, komunalny oraz katolicki), zachował interesujący nagrobek z figurą anioła i niemiecką inskrypcją mówiąca w tłumaczeniu: „Również cierpienie jest posłańcem Boga”. Nie wiadomo, czy decydentami zleconej w 1967 roku likwidacji cmentarzy powodowało uznanie dla wartości artystycznej tego pomnika, czy też chcieli jednak pozostawić materialny ślad cmentarnej historii parku.

Każda wizyta we Wrocławiu daje możliwość podobnego spotkania z przeszłością i to nie tylko na Starym Mieście, ale i w pozornie mniej zabytkowych dzielnicach. Dlatego wyjeżdżając z tego miasta już układam plany kolejnej wizyty, obejmującej miejsca i obiekty, o których dowiedziałem się śledząc jego dzieje, lecz których również tym razem nie zdołałem odwiedzić.