Kategorie
Polska

Z pobytu na podostrzeszowskich morenach, czyli do kościoła zawsze pod górkę

Wraz z pierwszymi kroplami deszczu podjechaliśmy na parking pod kościelnym wzgórzem. Droga z Mikstatu do Parczewa (tak, Wielkopolska ma swój własny Parczew!) omija łukiem to sięgające 230 m npm. wzniesienie. By dotrzeć do kościoła trzeba jeszcze nieco wspiąć się cmentarną alejką. Wśród rozmaitych nagrobków wyróżniają się dwa, na których inskrypcje umieszczono na wykonanej z marmury rozłożonej księdze. Niechybnie, było to przedstawienie ostatniej strony księgi żywota i nawiązanie do jej religijnej symboliki. Sam kościół pod wezwaniem Narodzenia NMP był 11 listopada, było nie było, w święto państwowe, a nie kościelne, otwarty. A jest to świątynia nie byle jaka, lecz jedna z najstarszych w całej południowej Wielkopolsce. W 2008 roku parafia kotłowska świętowała swoje 800 lecie, choć niektórzy historycy przesuwają powstanie kościoła o pół wieku, a za fundatora mają nie palatyna Piotra Włosta, lecz księcia Mieszka III. W każdym razie zbudowany z granitowych głazów korpus główny świątyni prezentuje cechy charakterystyczne stylu romańskiego. Późniejsze dobudówki, jak wieża, zakrystie, czy transpet nie zdominowały stylistycznie najstarszej części. We wnętrzu rzuca się w oczy kontrast między przykrytą drewnianym sklepieniem, surową częścią romańską, a rokokowo zdobionymi częściami nowszymi.

Od początku XVII wieku w kościele znalazł schronienie obraz Matki Bożej Kotłowskiej adorowanej przez świętych Stanisława i Wojciecha. Kultowi tego obrazu zawdzięcza świątynia rangę sanktuarium. Obraz ten cieszył się ogromną popularnością wśród kopistów. W samym Kotłowie są conajmniej dwie kopie: Jedna w kapliczce na zewnętrznej ścianie prezbiterium, druga w polskokatolickiej prokatedrze z lat siedemdziesiątych XX w. położonej jakieś 600 m na wschód od sanktuarium. Kopia polskokatolicka jest również ukoronowana i cieszy się podobną czcią co obraz oryginalny. Nota bene, w Kotłowie katolicy rzymscy stanowią mniejszość wyznaniową, co stanowi pewną niespodziankę w realiach tak Wielkopolski jak i większości regionów naszego państwa. 

Wschodnia i północna część wzgórza kościelnego oddzielona jest od położonego niżej cmentarza murem oporowym. Tak on jak i ogrodzenie wykonane są z kamienia granitowego i wizualnie współgrają z romańskimi murami świątyni. W skład kompleksu wchodzą jeszcze dwa budynki: Plebania, która bardzo ujęła mnie swoją architekturą oraz dom parafialny. Ta pierwsza to dwa równolegle usytuowane stromodachowe budynki zespolone łącznikiem z wejściem pod drewnianym ganeczkiem. Drugi budynek obsługujący dzisiaj najpewniej grupy pielgrzymkowe, kiedyś pewnie służył nauczaniu religii, a w czasach wilhelmińskich, gdy powstawał, mógł być też katolicką szkołą powszechną. W owych czasach panowała bowiem na tym poziomie nauczania segregacja religijna. Dzięki jesiennemu ogołoceniu drzew z liści widok spod kościoła obejmował dolinę górnej Baryczy i okoliczne Wzgórza Wysockie. Natomiast zamglenia i duża wilgotność powietrza nie pozwalały nam zweryfikować twierdzenia, że kościół w Kotłowie “patrzy” na trzy inne świątynie: w Wysocku Wielkim, Chełmcu i Ołoboku.

Podziomek należy do osób, które nie są skłonne ryzykować wyjazdów w miejsca, o których nic nie słyszała, zwłaszcza jeśli noszą niezbyt zachęcające nazwy. Dlatego, próbując przekonać ją do listopadowej wycieczki do Kobylej Góry pomału, acz konsekwentnie podsyłałem jej atrakcyjne zdjęcia i filmiki z okolic tej podostrzeszowskiej miejscowości. W końcu dała się przekonać, może dlatego, że wybrana miejscówka noclegowa zlokalizowana była poza miasteczkiem. Wyłoniona metoda perswazji nie była jednak uniwersalnie skuteczna. Partner naszej młodszej córki oświadczył “Musieliby mi zapłacić, bym w listopadzie pojechał do Kobylej Góry”. W trosce o stabilność domowego budżetu nie poszliśmy na takie rozwiązanie, więc jak obiecał tak i zrobił. Po prawdzie mój pobyt był krótszy o 2 dni od podziomkowego. Nie załapałam się więc na pieszą wycieczką na Kobylą Górę. Sięgające 284 m npm. wzniesienie jest najwyższe w Wielkopolsce. Zespół mający w składzie m. in. dwa psy (Harrego i Winyla) oraz niespełna czteroletnią wnuczkę – Zosię zdobył je jednak, korzystając z jedynego dnia słonecznej pogody podczas całego wyjazdu. Od 1999 roku szczyt wieńczy wysoki na 20 m metalowy krzyż, wokół którego powstała infrastruktura dla organizowania polowych nabożeństw, a sam góra uzyskała drugie określenie – Milenijna. Wśród turystycznego wyposażenia miejsca można znaleźć lunetę, jednak bezużyteczną ze względu na szybko rosnący borek sosnowy wokół szczytu. Dlatego dla miłośników dalekich widoków bardziej atrakcyjne wydaje się wzniesienie Bałczyna (278 m npm.) na południowych obrzeżach Ostrzeszowa.

Wzniesienie Kobylej Góry z Krzyżem Millenijnym; fot. MOs810; lic. CC BT-SA 4.0

Krajobraz pogranicza wielkopolsko-dolnośląskiego ukształtowany został przez jeden ze stadiałów zlodowacenia środkowopolskiego, który pozostawił po sobie dwustukilometrowy wał morenowy, wschodnim końcem którego są Wzgórza Ostrzeszowskie. Widoki są w tym regionie bez mała mazurskie, choć bez jezior, jeno zagęszczenie siedzib ludzkich znacznie wyższe niż na północy Polski. Wzgórza malowniczo obramowują większość miasteczek tego regionu i stanowią doskonałą lokalizację dla wież widokowych, krzyży i kościołów. No i dostarczają możliwości spacerów po falistych i krętych drogach, z coraz to inną perspektywą za każdym z zakrętów. Pewnie z odmiennych powodów, ale spacery po tych okolicach dostarczały też ogromnej radości naszym czworonogom.

Na moją część kobylogórskiej wyprawy przypadły wycieczki do okolicznych miasteczek. Powiatowy Ostrzeszów przodował w ilości pozycji na liście zabytków, jak też ich wiekowości. Cztery kościoły: gotycki parafialny, barokowy wraz z klasztorem, neogotycki – poewangelicki oraz drewniany, niegdyś cmentarny kościółek św. Mikołaja; pozostałości zamku kazimierzowskiego, klasycystyczny ratusz i kilka ciekawych kamienic eklektycznych i secesyjnych. Jednocześnie miasto nie zaznawszy znaczących zniszczeń wojennych dzisiaj zmaga się z utrzymaniem wiekowych budynków w odpowiednim stanie. W listopadowej mgle zmieszanej z dymem spalanego w historycznych piecach węgla nie robiło oszałamiającego wrażenia. W dodatku zwiedzanie zabytków sakralnych było możliwe głównie z zewnątrz. W kościele farnym nawet rzut oka, z zazwyczaj ogólnodostępnej, kruchty był niemożliwy, bo przeszklone drzwi wiodące do nawy głównej zabezpieczono przed utrata ciepła grubą kapą. W tej sytuacji najciekawsze wspomnienia z miasta pochodzą z wypieszczonego wewnętrznego ogródka przy klasztorze sióstr nazaretanek. W kruchcie klasztornego kościoła odkryliśmy natomiast stację drogi krzyżowej oszpeconą przez rozliczne wpisy odwiedzających świątynię wandali. Okazało się jednak, że tradycja rycia w ścianie pamiątek swego pobytu liczy tu bez mała 220 lat, czyli zasługuje już sama w sobie na tytuł zabytku. W południowej, wyżej położonej części miasta, wznosi się modernistyczna wieża ciśnień postawiona w 1916 r., u schyłku pruskich rządów w Wielkopolsce. Obiekt, niewątpliwie interesujący i znaczący krajobrazowo, ale jeszcze ciekawsze jest jego otoczenie zabudowane współczesnymi mu dworkopodobnymi willami.

W czasach dawno minionych, gdy jedyną autostradą PRL-u był wybudowany za Hitlera odcinek autostrady z Berlina do Wrocławia, podróżując starą ósemką do stolicy Dolnego Śląska wielokrotnie przejeżdżałem przez Syców. Pojazdy wszelkiej wielkości przeciskały się wąskimi uliczkami (niektóre były nawet jednokierunkowe). Niewielka prędkość, a bywało, że i stanie w korkach, pozwalały kontemplować widoki. Zauważyłem, że jak to na Śląsku w miasteczku są dwa kościoły: katolicki i luterański. Architektura tego drugiego nie prezentowała jednak stereotypowego neogotyku, lecz dosyć pomysłowo potraktowany klasycyzm. Architekt mógł sobie na to pozwolić, bo po pierwsze był to sam Karl Gotthard Langhans, projektant Bramy Brandenburskiej w Berlinie, a po drugie budowa była szczodrze finansowana przez właściciela Sycowskiego Państwa Stanowego księcia Petera Biron von Curland. Z Kobylej Góry do Sycowa jest rzut beretem, choć to już nie Wielkopolska, a Dolny Śląsk. Nie dziwota, że jednego dnia się tam wybraliśmy. Stojąc pod kościołem ewangelickim mogliśmy podziwiać jego nietypową, okrągła wieżę zwieńczoną wydłużoną kopułką z kielichem zamiast krzyża na szczycie. Książe Pan mógł obserwować świątynię z okien swojego pałacu. Barokowa rezydencja spłonęła w trakcie kampanii śląskiej przeciwko Napoleonowi w 1813 r., ale pałac odrodził się w stylu gotyku angielskiego w połowie XIX w. Czerwonoarmiści oraz komunistyczni aparatczycy, skutecznie pozbyli się rezydencji z krajobrazu miasta. Kilka ocalałych rzeźb po koniecznej renowacji zdobi rozległy pałacowy park i okoliczne skwery. W parku ulokowane jest też mauzoleum rodu Bironów. Ta malownicza kaplica wygląda na zapomnianą, lecz trwa walcząc z upływem czasu. O ile odbudowa pałacu przekracza możliwości niewielkiego miasta, o tyle na remont mauzoleum budżet miejski na pewno byłoby stać. A tymczasem nie robi się nic! Jest to o tyle niezręczne, że ostatni z Bironów, książę Ernst Johann Carl Oskar Eitel Friedrich Peter Burchard (Któż inny mógłby używać tylu imion?), często odwiedzał miasto wspomagając finansowo i rzeczowo różne miejskie przedsięwzięcia, za co uhonorowany został honorowym obywatelstwem. Przykład na to jak trudno jest zastąpić podejście klientelistyczne, partnerskim. W ciekawym, gotyckim kościele katolickim odbywało się nabożeństwo więc nie weszliśmy do wnętrza. Spacer po kościelnym dziedzińcu, wobec bardzo urozmaiconej architektury zewnętrznej i perełkom w rodzaju wczesnorenesansowej płyty nagrobnej Elżbiety Haugwitz na ścianie zakrystii dostarczył jednak wystarczającej ilości wrażeń.

Pocztówka z widokiem pałacu przed I WŚ; domena publiczna

Mikstat, choć najmniejszy z odwiedzanych miasteczek zrobił na nas dobre wrażenie. Może ze względu na kompaktowość zabudowy odczuwa się, niemal fizycznie, jak wzgórza otulają centrum miejscowości. Od drewnianego kościółka na cmentarzu schodzi się doń długaśnymi schodami. W panoramie wyróżnia się zielonkawy, nieproporcjonalnie wysoki hełm na wieży kościoła parafialnego. Na wzgórzach po wschodniej stronie miasta jest podobno wieża widokowa, ale do niej nie dotarliśmy. Z kościoła, jako że wizyta przypadała 11 listopada, właśnie wychodzili uczestnicy mszy za ojczyznę. Strażacy, terytorialsi, harcerze, odświętnie ubrani panie i panowie. Sztandary państwowe i flagi kościelne. Nad głowami rozciągnięto biało-czerwoną flagę i przemaszerowano na pobliski rynek. Tam odśpiewano hymn, burmistrz przemówił, zagrała orkiestra i zgromadzeni rozeszli się do domów. Przecież w święto wielkopolska tradycja nakazuje napić się kawy zagryzając ciastem domowego wypieku. Okazuje się, że można świętować bez piętnowania “zdrajców ojczyzny” i rzucania petardami. W Mikstacie, przy kościele stoi krzyż dłuta Pawła Brylińskiego. Był to ludowy rzeźbiarz wędrowny, który działał w XIX wieku, głównie na południe i zachód od Ostrowa Wielkopolskiego tworząc krzyże z figuralnymi kompozycjami, zwane popularnie „Bożą męką”. Na krzyżu takim prócz figury Ukrzyżowanego przedstawione są też osoby oraz przedmioty związane z tym wydarzeniem. W zależności od zasobności fundatora elementów zdobniczych było więcej lub mniej, były malowane lub zostawały w kolorze drewna. Co ciekawe, niektóre z tych krzyży były rzeźbione w jednym pniu drzewa.

Do listy odwiedzonych obiektów sakralnych trzeba dopisać dwa wchodzące od 1919 roku w skład województwa wielkopolskiego, ale historycznie ulokowane na terytorium Śląska. Obydwa charakteryzuje położenie na uboczu, a nie w centrum miejscowości. Kościół ewangelicki w Pisarzowicach został postawiony w roku 1902 dla upamiętnienia przedwcześnie zmarłego syna książąt Bironów z Sycowa. Solidne, granitowe mury trzymają się krzepko mimo, że świątynia od lat pozbawiona jest dachu. Herby książęcych rodziców wciąż dumnie zdobią szczyty bocznej elewacji ponad ogromnymi otworami okiennymi. Wnętrza zostały ogołocone z bogatego (np. “kazalnica wysadzana szlachetnymi kamieniami”) wyposażenia. Co poniektóre elementy wystroju, jak dzwony, ławki i organy trafiły do okolicznych kościołów katolickich. Od kilku lat kościół jest własnością prywatną. Właściciel, trzeba to przyznać, oczyścił posesję i wnętrze, ale nie ujawnia czemu miałby służyć ten obiekt po ewentualnej renowacji. Atmosfera wnętrza sądząc po fotografiach jest surowa i nieco mistyczna. Mówi się, że to właśnie tu zespół Behemot nagrał jeden ze swoich teledysków. Drewniany, katolicki kościół pielgrzymkowy “na Pólku” wznosi się jakieś 2 km za granicami Bralina. Nietypowe jest, że zbudowano go na planie krzyża greckiego (równoramiennego). Ale jeszcze ciekawsze jest, że otoczono go czworobokiem zabudowy, w tym, od strony wschodnie zadaszonymi arkadami. Niegdyś, nocowali w nich przybyli z daleka pielgrzymi. Obecnie wstawiono tu konfesjonały przydatne przy dużym napływie wiernych, a pewnie gdy święto przypada w deszczowy dzień można w ich ukryciu uczestniczyć w liturgii. Kościółek chroni we wnętrzu obraz Matki Boskiej Pólkowskiej, a główne uroczystości odpustowe przypadały w tym roku na 22 lipca i 7 września. Ponieważ odprawiane są w nim nabożeństwa w każdą niedzielę o 15, zgaduję, że można wtedy zajrzeć do wnętrza. My byliśmy tam, niestety, w poniedziałek.

Domek w Ignacowie, gdzie się zatrzymaliśmy, miał bogato wyposażoną kuchnię. Stąd przygotowanie dwóch obiadów we własnym zakresie było nie problemem, a przyjemnością. Pozostałe dwa zjedliśmy w kobylogórskiej karczmie nad zalewem. Trzeba przyznać, że był to dobry wybór. Oferowane menu wychodziło poza schabowy z kapustą, żurek i pierogi, a lokal był na tyle obszerny, że nawet w dni świąteczne można w nim było dostać stolik bez wcześniejszej rezerwacji. W Ostrzeszowie działa naleśnikarnia, gdzie oprócz kawy można przekąsić jej słodkie i wytrawne produkty prosto z patelni. Pod tym samym szyldem działa też lokal w Kobylej Górze, ale pobyt był zbyt krótki byśmy znaleźli czas na jego odwiedzenie. W każdym z odwiedzanych miasteczek można znaleźć kawiarnie. Ta sycowska, technicznie rzecz biorąc, zlokalizowana jest poza granicami miasta, we wsi Nowy Dwór i jest dodatkiem do palarni kawy. Nie dziwota, że wybór czarnego naparu był w niej największy, a obsługi nie peszyły zamówienia w rodzaju np. flat white, co nie było już regułą w Mikstacie. Z branży pozakulinarnej warto wspomnieć, że czteroletnia uczestniczka wyjazdu w każdej z odwiedzanych miejscowości znajdowała bogato wyposażony plac zabaw, dzięki czemu opanowała technikę jazy na tyrolce.

Podziomek nie miał okazji zweryfikować swoich obaw związanych z Kobylą Górą. Jeździliśmy tam wyłącznie na zakupy lub do wspomnianej karczmy, zazwyczaj o zmierzchu lub wieczorem. Muszę jednak przyznać, że z wjazdu od strony Ostrzeszowa miasteczko, z górującym nad nim lesistym wałem wzgórz, prezentuje się atrakcyjnie. Tereny spacerowe wokół zalewu są w dni świąteczne licznie nawiedzane, do tego stopnia, że na okolicznych parkingach trudno znaleźć wolne miejsca. Jak widać, w Kobylej Górze nie tylko nazwa jest magnesem dla lokalnego ruchu turystycznego.

Kategorie
Chorwacja

Co ma płynąć nie utonie, czyli o magnetycznej sile przyciągania Komižy

Pchnąłem drzwi i moje wszystkie zmysły ogarnęła atmosfera wiejskiej gospody: gwar rozmów, ludowa, bawarska muzyka dobiegająca z radiowych głośników, zapach piwa, kiełbasy i, o zgrozo!, nikotynowego dymu. Zebrawszy rozsypane w pamięci niemieckie zwroty poprosiłem o pomoc. Otóż wiejską drogę prowadzącą do wybranego miejsca noclegu flankowal znak drogowy zabraniający wjazdu. Działo się to w Roku Pańskim 1998. Departament Obrony USA dopuścił już wprawdzie system nawigacji GPS do użytku cywilnego, ale dotyczył on głównie statków powietrznych, a telefon komórkowy (którego zresztą jeszcze nie posiadaliśmy) służyły do rozmów głosowych i wysyłania SMS-ów, a nie ściągania lokalizacji z satelity. Byliśmy więc skazani na papierowe mapy i pozyskiwanie informacji od mieszkańców odwiedzanych krajów i regionów. Zabrane naprędce konsylium pokiwało ze zrozumieniem głowami i zawyrokowało, bym nie zwracał uwagi na znaki, bo znaleziona droga jest najwłaściwsza. Moje, podszyte słowiańską niepewnością, wątpliwości rozwiano stwierdzeniem “Przecież wszyscy tak jeżdżą”.

I rzeczywiście, po kilku kilometrach jazdy, podczas której uspokajałem Podziomka, że niemiecka policja w wiejskiej części wschodniej Bawarii po godzinie 20 na pewno odpoczywa w domu przy piwie, dotarliśmy do imponujących rozmiarów Bauernhof-u oznaczonego tablicą z odpowiednią nazwą. Po całym dniu jazdy z chorwackiego Szybenika należał nam się odpoczynek. Noc była ciemna, tylko gwiazdy lśniły na nieboskłonie, chwytał pierwszy październikowy przymrozek. Niestety, dzwonienie, kołatanie, a nawet pohukiwanie “Ist jemand zu Hause?” nie przynosiły rezultatów. Gospodarstwo znajdowało się na uboczu, nie mogliśmy więc liczyć na pomoc sąsiadów. Przyszło więc wrócić do znajomej gospody, która powoli kończyła już dzienną aktywność. Nasz powrót początkowo skwitowano gromkim śmiechem, ale gdy wyjaśniłem, iż pomimo posiadanej rezerwacji nie mogę dostać się do pensjonatu towarzystwo poważnie się zafrasowało. Wśród wygłaszanych komentarzy królowało “Das ist nicht gut”. Próby nawiązania kontaktu telefonicznego z gospodarzami (oczywiście, za pomocą telefonii stacjonarnej) też nie przyniosły powodzenia.

W końcu Pani od obsługi piwnego nalewaka poleciła nam pójść za sobą. Wkrótce dotarliśmy do obiektu wyglądającego na opuszczony pensjonat. Zostaliśmy poinformowani, że należy on do rodziny, ale właściciele wyjechali po sezonie na zasłużony odpoczynek w Hiszpanii. Na czas ich nieobecności załatwili u właściwych władz czasowe zawieszenie działalności. Mieliśmy więc tam nocować na całkowitym nielegalu. Mimo to, jak przekonaliśmy się przy śniadaniu (nielegalnie nie oznaczało wszak odstąpienia od właściwych standardów noclegu), nie byliśmy tam jedynymi gośćmi. Rankiem, po upewnieniu się, że “Jemand ist schon zu Hause” mogliśmy przenieść się do docelowego miejsca noclegu. Przez pozostałe trzy dni pobytu gospodarze byli wobec nas przesadnie grzeczni i każdego ranka wyjaśniali, że ich nastoletni syn Steffl powinien nas wpuścić, ale słuchał głośnej muzyki, a potem zasnął. Winowajca był przy tej okazji wypychany przed front rodziny i zmuszany do złożenia samokrytyki. Pryszczaty nastolatek musiał nas z tego powodu szczerze znienawidzić!

Bauernhof w Bawarii – zdjęcie poglądowe

Wróciłem pamięcią do tej historii gdy, blisko północy, dotarłszy do ulicy, przy której mieliśmy spędzić tydzień naszych chorwackich wakacji utknęliśmy przy znaku zakazu wjazdu. W dodatku możliwość przejazdu ograniczały wetknięte w jezdnię słupki. Klimat był jednak śródziemnomorski, a my bogatsi w doświadczenie. Okazało się, że samochód zmieści się między słupkami. Gospodarz odbierał telefon i wkrótce przybył na skuterze z kluczami. Po kolejnych 30 minutach, rozpakowaniu się i odstawieniu pojazdu na parking mogliśmy więc zacząć nasz tygodniowy pobyt w Komižy na wyspie Vis. Nazajutrz obudził nas krzyk mew. Ponad dachami sąsiednich domów widać było Adriatyk. Opuściliśmy nasz mikroskopijny, acz wystarczający na zespół w składzie dwoje dorosłych plus pies Harry, pokoik, by sprawdzić co do zaoferowania przybyszom ma kolejne dalmatyńskie miasteczko. 

Wyspa Vis należy do najbardziej oddalonych od stałego lądu Chorwacji. Dotarcie tam zajmuje promowi Jadroliniji 2 godziny i 20 minut. To już na tyle długa podróż, że Harry wykazywał zniecierpliwienie, więc większość podróży spędziłem na pocieszaniu go, siedząc  na podłodze. Po prawdzie, wypłynęliśmy ze Splitu o 21 więc nie traciłem wielu widoków. Port promowy znajduje się w miasteczku Vis. Do pokonania jest jeszcze kilkanaście kilometrów drogi, na ostatnim odcinku opadającej gwałtownymi zawijasami ku Komižy. Kościół pw. Św. Mikołaja i dawny benedyktyński klasztor to pierwsze budynki widoczne z tej drogi. Pobudowane z dala od wybrzeża przybrały formę twierdzy mającej chronić zakonników przez atakami od strony morza. Z ciekawostek – świątynia został konsekrowana w roku 1177  przez samego papieża Aleksandra III, którego statek w czasie podróży do Wenecji został zepchnięty przez wiatry na okoliczne skały. Rozbudowywany latami kościół ma obecnie aż pięć naw i znajdziemy w nim ślady wielu stylów architektonicznych od romańskiego przez gotyk aż po barok choć, oczywiście, w wyposażeniu przeważa ten ostatni. Mnie w pamięci utkwiły zwłaszcza boczny ołtarz betlejemski będący w istocie drugą najstarszą, bo pochodząca z 1692 roku, szopką w Chorwacji jak też, przypominająca raczej balkon, ambona. Poniżej wczesno XVII wiecznych bastionów otaczających świątynię rozciąga się cmentarz różniący się od polskich zarówno architekturą poszczególnych nagrobków jak i bardziej efektywnym wykorzystaniem przestrzeni. Wyniosła kościelna wieża stanowi punkt orientacyjny dla zbliżających się do portu jednostek. Z kolei, patrząc z kościelnego dziedzińca ogarnia się wzrokiem całe miasteczko, zatokę nad którą jest ulokowane, pobliską wyspę Biševo, jak i bardziej odległą Svetac.

Kąpieli zażywaliśmy na najbliższej plaży, w północnej części miasteczka. Nie dość, że była dosyć rozległa, tak w części lądowej jak i morskiej, przez co nie miało się wrażenia tłoku, to jeszcze beach bar oprócz kawy i mocniejszych trunków serwował też całkiem pomysłowe owocowo-warzywne smoothie. Nic to jednak wobec widoku na trójszczytową fasadę kościoła NMP od Piratów (Gospa Gusarica) oraz koncertu bicia jego dzwonów w samo południe. Oryginalne wezwanie wiąże się z historią o piratach, którzy mieli podobno złupić kościół i zabrać z niego ikonę NMP. Cóż kiedy nie dali rady odpłynąć z łupami. Udało się to dopiero po wyrzuceniu ikony za burtę, ta zaś, ma się rozumieć, dopłynęła na brzeg tuż przy swoim kościółku. Wciśnięta między plażę, a opadające ku morzu górskie stoki świątynia jest w rzucie szersza niż dłuższa, wskutek czego każda z trzech naw jest z funkcjonalnego punktu widzenia autonomiczna. Uwagę zwraca metalowy krzyż. Mimo stosunkowo niewielkich rozmiarów skrupulatnie umieszczono na nim wszelakie młotki, gwoździe, cęgi i piki, czyli atrybuty męki Pańskiej. Skromne organy nie byłyby godne wzmianki, gdyby nie umieszczona w opisie kościoła informacja, że pochodzą z warsztatu Stefana Kolarewicza z Krakowa. Wobec braku dowodów, by w drugiej połowie XVII wieku funkcjonował w Krakowie taki warsztat, a równocześnie konstrukcyjną i melodyczną bliskość z instrumentami szkoły wenecko-dalmatyńskiej, historycy skłaniają się, pomijając koncepcję legendy miejskiej, do poszukiwania pochodzenia mistrza z innych miast/regionów o podobnej do Cracovii pisowni lub wymowie. Nie wykluczają przy tym wyspy Krk, która po łacinie zwie się Curicta. Ciekawe, że nikt nie dopuszcza możliwości, iż polskiego pochodzenia organmistrz był mnichem w jednym z licznych chorwackich klasztorów. Organy pochodzą wszak z epoki, gdy łatwiej było wyeksportować człowieka niż tak złożony instrument muzyczny. Vis nie ma naturalnych rzek. Większość źródeł wody pitnej znajduje się w strefie brzegowej. Jedno z nich znajduje się pod kościołem, skąd woda odprowadzana jest rurami do zdobionej płaskorzeźbami studni na dziedzińcu. W epoce przedwodociągowej przy studni zbierali się więc Komižanie, tak w celach praktycznych jak i towarzyskich.

Krzyż z zestawem atrybutów męki Pańskiej

Komiža była centrum rybołówstwa w środkowej Dalmacji. Miejscowi rybacy łowili niegdyś jakieś niespotykane ilości sardynek, a w XIX wieku wyspa stała się centrum połowów i dystrybucji, w tym eksportu, homarów. Działalność ta musiała być wysoce dochodową oceniając po ilości i jakości budynków wzniesionych przez mieszkańców. Cztery kościoły, wielokondygnacyjne kamienice (nasz apartament mieścił się właśnie w takim “drapaczu chmur”), w końcu czuwająca nad wejściem “Komuna”, czyli XVI wieczna wenecki fort mająca bronić portu i komižan przed piratami, którzy ściągali tam gdzie było co złupić. Nota bene, wenecka centrala wyłożyła na budowę tylko połowę potrzebnych środków. Druga połowa została sfinansowana z zysków z handlu rybami. Ot, taki renesansowy poprzednik partnerstwa publiczno-prywatnego. Współczesnę nazwę obiekt ten zawdzięcza przebudowie na siedzibę władz miasta przed 150 laty. Dodano wtedy wieżę zegarową, balkon oraz wykuto w grubych murach otwory okienne. Mimo, że ściany twierdzy nie opadają już wprost do morza, lecz są od niego oddzielone szerokim nabrzeżem to jednak obecność takiego znacznika krajobrazowego z wieżą wznosząca się ponad maszty zacumowanych w pobliżu jachtów dodaje portowi w Komižy swoistego uroku.

A tu widać jak solidna była to konstrukcja

Przetwórstwo ryb to też już historia. W mieście znajdziemy kilka opuszczonych budynków po fabrykach konserw. Jeden z nich od sierpnia do grudnia 2017 roku zajęło na swoje potrzeby kierownictwo produkcji filmu Mamma Mia 2. Miejsca gdzie przebywali aktorzy są skrupulatnie oznaczone, a co poniektórzy przedstawiciele świata usług turystycznych chwalą się znajomością np. z Piercem Brosnanem. Parking, na którym zostawiliśmy nasz pojazd znajdował się też na terenie upadłej przetwórni. Opuszczone hale zajęło kilka mniejszych firm (w tym miejscowy zakład oczyszczania miasta), ale że stoją one wśród śródziemnomorskiego lasu będącego największym obszarem zieleni w mieście, na spacery z Harrym chodziliśmy właśnie tam. Po rybackiej przeszłości pozostał jeszcze jeden relikt. Jest nim olbrzymia ilość kotów i ogólnie pozytywny stosunek mieszkańców do tych stworzeń. Z jednej strony ich obecność dostarcza wielu fascynujących tematów dla fotografów, z drugiej w najmniej spodziewanych momentach człowiek jest alarmowany dzikimi awanturami oraz przeraźliwymi odgłosami wydawanymi przez futrzaki z im tylko znanych powodów. Harry, którego stosunek do kotów jest raczej pozytywny, co i rusz zdumiewał się gdy zza uchylonego okna syczały na niego niczym węże, a czasem pazurzasta łapa wysuwała się zza ogrodzenia by trzepnąć go po ogonie.

W odległości 5 mil morskich od Komižy leży wyspa Biševo. Przy nabrzeżu w Komižy wiele firm oferuje wycieczki na Biševo. Ich program i cena różnią się w zależności od długości wycieczki i liczby oferowanych atrakcji. Każda opcja zawiera wizytę w Błękitnej Jaskini. To jaskinia z podwodnym wejściem, do której dostają się jednak odbite od dna promienie słońca. Aby umożliwić dotarcie doń osobom nieskłonnym do nurkowania użyto dynamitu, ale sklepienie uzyskanego otworu jest na wysokości tylko 1,5 m nad wodą. Powoduje to konieczność przesiadania się na wyspie do niziutkiego czółna oraz pochylanie głów, by nie nabawić się guza. Przy wzburzonym  morzu wpłynięcie do jaskini jest zupełnie niemożliwe. Pomimo ogromnego ruchu, kolejki czółen przed jaskinią i, generalnie, nastrojowi rozszalałej komercji wrażenie z wnętrza jaskini jest niezapomniane. Możliwość podziwiania gry światła na dnie i skałach oraz atmosfera zanurzenia w lazurowej bańce jest warta każdej ceny. 

W środku zapadamy się w świetlistą, błękitną bańkę

Doznania innego rodzaju zapewnia wizyta w Jaskini Niedźwiedziej. Ma ona aż 160 metrów długości, przez co w jej głębi panuje atramentowa ciemność. Szyper naszej łodzi zaproponował udanie się wpław do znajdującej się u jej końca  niewielkiej plaży, ale nam z Podziomkiem wystarczyło spenetrowanie pierwszych 10 metrów skalisto-morskiej szczeliny.

Gdyby w czyichś głowach pojawiło się pytanie skąd wziął się niedźwiedź w nazwie jaskini, spieszę wyjaśnić, że w jej okolicy znaleziono ślady bytowania rzadkiej foki – mniszki śródziemnomorskiej. Pobożni Chorwaci nie zdecydowali się na wprowadzanie akcentów religijnych do nazewnictwa zoologicznego i w ich języku zwierzę to nazwali medvjedić, czyli dosłownie niedźwiadek. Nasza wycieczka zajęła 6 godzin więc zdążyliśmy pobyczyć się dwie godziny w zacisznej zatoce Porat i opłynąć całe Biševo naokoło. Przy stromych, skalistych klifach po południowej stronie wyspy Podziomek dostrzegła niewielkiego sokoła. Chciałoby się wierzyć, że był to gniazdujący tu sokół skalny, zwany bardziej malowniczo w łacinie, angielskim i chorwackim sokołem Eleonory. W bonusie krajoznawczym przepłynęliśmy wolno wzdłuż południowo-zachodniego cypla wyspy Vis gdzie, wśród innych mini plaż, znajduje się też taka o swojskie nazwie Pizdica. Ponieważ nazwa ta oznacza to czego można się domyślić miejscowi przewodnicy snują najdziksze bajania na temat jej etymologii.

Nad dachem naszej kamienicy wyrastał  jeszcze penthouse. Jedno, niewielkie pomieszczenie z sofą, telewizorem i półkami na książki. Nie widziałem jednak, by ktoś z niego korzystał. Co innego otaczający je taras. Byliśmy jego regularnymi gośćmi. Ze względu na mizerność pokojowej wnęki kuchennej przenosiliśmy się tam ze śniadaniami. Wieczorami wpadaliśmy na lampkę (no dobrze, bywało, że i dwie) wina. Widok na ograniczoną górskimi zboczami zatokę, stojące na redzie jachty, czerwone dachy domów, wieże kościołów i “Komuny” nie chciał się nam znudzić. Wieczorami z dołu dochodziły stłumione odgłosy życia miasta, a księżyc w zmieniających się odcieniach żółci i pomarańczy przemieszczał się dostojnie ponad grzbietami gór. Nasza kamienica mogła pomieścić w swoich malutkich pokoikach 9 par spragnionych romantycznych doznań i widoków. Taras ze względu na swoją formę mógł w niekrępujący sposób pomieścić ledwie dwie pary. Mimo to udawało nam się uniknąć tłoku. Może ze względu na doświadczenie, tak życiowe jak i pobytowe: My zajmowaliśmy nasz lokal przez tydzień, gdy pozostali gości rzadko zatrzymywali się na dłużej niż dwie noce. Zawsze udawało nam się przyjść do naszego podniebnego azylu w momencie, gdy przynajmniej jego połowa była do naszej dyspozycji.

Oj, idzie na burzę!

Komiža prócz niewątpliwych wartości krajobrazowo-architektonicznych zaskoczyła nas kilkoma aspektami swojej oferty turystycznej. Choć epidemia zamkniętych kościelnych odrzwi nie jest w Chorwacji tak rozwinięta jak w Polsce, to, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach i obiektach nieuznawanych za zabytkowe zdarzało nam się pocałować klamkę. Tymczasem w trakcie ostatniej wizyty zetknęliśmy się z zasadą, iż każda świątynia miała określone godziny zwiedzania. Przy tym na każdej była informacja dotycząca wszystkich kościołów w mieście. Bardzo to ułatwiało planowanie ich odwiedzania. Komiža była też pierwszym miastem tej wielkości, gdzie prócz croissanta do porannej kawy można było zamówić cały zestaw śniadaniowy. W końcu, co też dotychczas było domeną większych miast, w miasteczku funkcjonuje regularna cukiernia, czyli przybytek w potocznej świadomości łączony z atmosferą i ofertą kawiarni w duchu habsburskim, a nie dalmatyńskim. Wszystkie te obserwacje mogą wynikać z wyjątkowości Komižy, ale mogą też być wynikiem zmian zachodzących w społeczeństwie i gospodarce chorwackiej. Przez długie lata sektor turystyczny Dalmacji zasilany był latem przez pracowników sezonowych z głębi lądu i większych miast. W tym roku, po raz pierwszy, zaobserwowaliśmy, że w gastronomii i hotelarstwie coraz więcej pozycji zajmują migranci, często pochodzenia azjatyckiego. Że jest to fenomen nie tylko komižski, ale ogólno chorwacki i ma charakter masowy, przekonaliśmy się podczas krótkiej wizyty na wyspie Krk, gdzie pod logo znanej sieci hotelowej funkcjonował hotel pracowniczy, a wokół niego odpoczywało sporo pracowników o egzotycznej powierzchowności. Cóż, jest to pewnie sposób na utrzymanie w miarę przystępnej oferty cenowej tej sieci.

Pisanie o chorwackiej gastronomii to zadanie miłe, bo karmi ona smacznie i zdrowo, ale równocześnie trudne, bo jak tu wskazać, która restauracja przewyższa inne i w jakim obszarze? W pobliżu naszej kamicy na wysuniętym w morze przylądku znajdowało się skupisko trzech restauracji. Jedna z nich chlubiła się faktem, że kilka scen do filmu Mamma Mia 2 było kręconych właśnie pod jej dachem. Poza tym znajdował się ona w historycznym budynku przechowywania i przygotowania do eksportu złowionych homarów. Nic dziwnego, że stanowią one i dzisiaj podstawę restauracyjnego menu. Po zrobieniu rezerwacji stolika (UWAGA: z dwudniowym wyprzedzeniem!) i my skusiliśmy się na owe frykasy. W ten sposób pobiliśmy życiowy rekord wysokości restauracyjnego rachunku. Czy homar był tego wart? Być może. Natomiast widok na komižski port w promieniach zachodzącego słońca na pewno.

Gdy przed laty jeździliśmy do Chorwacji z małoletnimi córkami zazwyczaj unikaliśmy zatłoczonych plaż szukając dzikich skrawków wybrzeża oddalonych sporo od siedzib ludzkich. Zauważyłem, że w ostatnich latach coraz częściej wystarczają nam plaże miejskie i, o zgrozo!, oznakowane kąpieliska. Stosunkowo nowym zjawiskiem w naszym sposobie letniego wypoczynku jest też wykupywanie dodatkowo płatnych atrakcji. Może po prostu już nas na nie stać, a może zaczęliśmy cenić swój czas i nie chcemy go nadmiernie tracić na samodzielne organizowanie każdej minuty wakacji. Samochód też miał dłuższy odpoczynek. Przez cały tydzień wyjechaliśmy z parkingu tylko raz, by odwiedzić stolicę wyspy – miasto Vis. Trafiliśmy na załamanie pogody, przez co trudno powiedzieć byśmy je dobrze poznali. Za to w odwiedzonej restauracji, gdzie byliśmy jedynymi klientami, nie dość, że pogadaliśmy sobie z panią właścicielką to jeszcze dostaliśmy nie przewidziany w karcie talerz owoców morza, który okazał się przepyszny. To wydarzenie spowodowal, że odżyla we mnie pokusa przyjazdu do Chorwacji poza sezonem letnim, tym samym nawiązując do naszej pierwszej wizyty w tym kraju, tej samej, z której powrotna droga wiodła przez Bawarię i pensjonat zaspanego Steffla.

Kategorie
Litwa

O szynelu rzeźbiarza, heretyku w katedrze oraz Igorze ze Zwierzyńca, czyli szybki powrót do Wilna

Na wileńskim Zarzeczu, mniej niż 100 metrów od przerzuconego nad rzeką Wilenką mostu na granicy samozwańczej republiki artystycznej, na kołku wbitym w ścianę kamienicy wisi płaszcz. Nie jakiś zwykły, tekstylny. Jest to płaszcz metalowy, może wręcz spiżowy. Umieszczona obok trzyjęzyczna tablica wyjaśnia, że jest to szynel Antoniego Wiwulskiego, rzeźbiarza służącego w siłach Samoobrony Wileńskiej. Artysta miał rzekomo przed tym właśnie domem oddać, w styczniu 1919 roku, swój przyodziewek bardziej zmarzniętemu koledze. Niestety, warunki pogodowe nie sprzyjały takim aktom altruizmu. Wiwulski, od lat zmagający się z gruźlicą, przeziębił się, wywiązało się zapalenie płuc i po tygodniu świat kultury i sztuki mógł zacząć o nim mówić w czasie przeszłym. Trwają dyskusje czy ciepłe okrycie rzeźbiarza należy nazywać szynelem (samoobrona była przecież tylko formacją paramilitarną) czy tylko kożuszkiem bądź wręcz płaszczem. Niektórym przedstawicielom mniejszości polskiej w Litwie przeszkadza brak uwypuklenia narodowości artysty czy celów o jakie walczyła Samoobrona. Tymniemniej, Republika Zarzecza zgodnie ze swoją konstytucyjną zasadą “Człowiek ma prawo przynależeć do różnych narodowości” upamiętniła nietuzinkową sytuację i nietuzinkową osobę bez zwracania uwagi jakiej narodowej bajki jest ona bohaterem.

Rzadko zdarza mi się wracać w te same miejsca bez kilkunastoletniej karencji. Tymczasem. Wilno znalazło się na naszej trasie po raz drugi w ciągu roku. Postanowiliśmy zerwać z tą praktyką, gdy po listopadowej wizycie wyszło na jaw, że towarzyszka wielu naszych wypraw, zwana w rodzinie ciocią Kasią, w stolicy Litwy nigdy jeszcze nie była. Do grupy dokooptowano jej brata, w planach była jeszcze jego małżonka, a nawet i pies, ale ostatecznie pojechaliśmy w czwórkę. Z drogi dojazdowej oprócz faktu, że nawigacja poprowadziła nas na zupełnie lokalne przejście graniczne koło Puńska, a potem, już po litewskiej stronie, przez dwa odcinki dróg gruntowych, warte wspomnienia jest, że zahaczyliśmy o Park Regionalny Zakola Niemna rozciągający się wzdłuż meandrującej rzeki od Rumbowiczy (Rumbonys) na południu po Pocuny (Pociūnai) na północy. Wprawdzie przesadnym wydaje się twierdzenie dawnego kronikarza, że flisacy płynący rzeką mogli po całym dniu biwakować przy pozostawionym rano ognisku, ale trzeba przyznać, że Niemen nie mógł się tu zdecydować gdzie właściwie ma pokierować swe wody. Z punktu widokowego w pobliżu Balwierzyszek (Balbieriškis) rzeka robi majestatyczne i paradoksalnie sielskie wrażenie. W uzdrowisku Birsztany (Birštonas) rozłożonym w najwęższym, niespełna dwukilometrowym przesmyku międzyrzecznym obserwowaliśmy czaple i kaczki znad talerzy z naleśnikami i plackami ziemniaczanymi. Do Wilna dotarliśmy około godziny 16, co pozwoliło rozpocząć zwiedzanie jeszcze tego samego dnia.

Nasz program ze względu na zróżnicowane doświadczenie turystyczne uczestników musiał zawierać zarówno wileńskie “must see” jak i miejsca rzadziej odwiedzane przez gości miasta. Wykupiliśmy więc wycieczki z przewodnikiem po uniwersytecie oraz do katedralnych krypt. Ta pierwsza obejmowała biblioteczne sale Smuglewicza i Lelewela oraz wnętrza i wieżę obserwatorium astronomicznego. Oprowadzanie było po polsku. Dwie Koreanki, które dołączyły do grupy miały wprawdzie zainstalowane programy translatorskie w swoich komórkach, ale wobec specyfiki wileńskiej polszczyzny przewodniczki wkrótce ograniczyły się do doznań wzrokowych. Z palety fresków na ścianach zwiedzanych pomieszczeń (barokowe w sali Smuglewicza, art decowskie w sali Lelewela) największe wrażenie, w moim przypadku, wywołały prace Petrasa Repšysa w holu Centrum Studiów Litewskich uniwersytetu. Wykonana w latach 1976-84 kompozycja nosi nazwę Pory Roku. Pełna stworów z litewskiej mitologii i mniej lub bardziej baśniowo oddanych zwierząt jest daleką reminiscencją obrazów Hieronima Boscha. Podobno autor tłumaczył zaniepokojonym cenzorom, że jego sztuka sięga korzeniami tradycji ludowych, a ten argument zamykał usta krytykom, bo wszak ich władza miala także wywodzić się z potrzeb ludu. Mam tylko nadzieję, że jako ilustrator książek dla dzieci, Repšys stosował mniej ekspresyjne techniki malarskie. 

Wycieczka po kryptach odbyła się w grupie anglojęzycznej. Młoda przewodniczka starała się głównie rozbawić jej uczestników. Nie dowiedzieliśmy się więc wiele nowego, choć mnie osobiście ujął jej dystans do kultu Wielkiego Księcia Witolda jaki panuje w Litwie. Wspomniała też bardzo oględnie o współczesnych sporach medialnych i prawnych między odkrywcami i eksploratorami krypt, a zarządcami świątyni i władzami miasta. To przykład swoistego genius loci, bo już w latach trzydziestych XX w., gdy po raz pierwszy penetrowano krypty i znaleziono pochówki królewskie, przedstawiciel strony kościelnej utyskiwał, że klucze do katedry musiał wydawać socjaliście (to o ówczesnym wojewodzie) oraz heretykowi (a to o konserwatorze zabytków). Ponieważ byłem świeżo po lekturze wspomnień osób zaangażowanych w prace archeologiczne w katedrze w latach 30-tych XX wieku, a przed oczami miałem tolkienowski wręcz obraz czaszki Barbary Radziwiłłówny w koronie królewskiej, tak jak ją ówcześnie znaleziono, szczególnie silnie odczuwałem rozdźwięk między atmosferą naszej komercyjno-edukacyjnej tury, a powagą zwiedzanego miejsca.

Barbara Radziwiłłówna, królowa Polski, tak jak ją znaleziono w kryptach katedry w 1931 roku

Kaplicy w Ostrej Bramie po raz kolejny nie udało się zwiedzić, gdyż każda grupa turystyczno-pielgrzymkowa z Polski organizuje tam własne nabożeństwo w porach daleko odbiegających od oficjalnego grafiku. Udało nam się jednak wspiąć na pięterko i z pomieszczenia sąsiadującego z kaplicą ocenić stan prac przy zieleni Ogrodu Ostrobramskiego. Ten ukryty wśród murów czarujący zakątek jest podobno dostępny przez budynek hotelu Domus Maria, ale nie zdecydowaliśmy się skorzystać z tej możliwości. Obejrzeliśmy za to dokładnie zdobienia po południowej, architektonicznie ciekawszej, lecz religijnie neutralnej, stronie bramy.

Świątynie zwiedzaliśmy tak trochę z przypadku. Drzwi były otwarte, a w środku nie odbywało się nabożeństwo, to wchodziliśmy do wnętrza. Wyjątek zrobiliśmy dla katedry (ach ta kaplica św. Kazimierza!), kościoła uniwersyteckiego św. Jana i, oczywiście, kościoła św. Piotra i Pawła na Antokolu. Nadmiar architektury sakralnej potrafi zlać się w taki religijny amalgamat, z którego wspomnienia trudno później przypisać do konkretnego obiektu. Zachowaliśmy jednak umiar dzięki czemu ciągle potrafię skojarzyć szaleństwo stiukowych ornamentów, hiszpańską figurę Chrystusa z prawdziwymi ludzkimi włosami na głowie, czy pokorne wyznanie “Tu spoczywa grzesznik” z antokolską świątynią. Podobnie jak figurę Matki Boskiej Brzemiennej z kościołem pofranciszkańskim, drewnianą architekturę ołtarzy i gotyckie freski z Bernardynami, a portret Stefana Batorego i metalową płaskorzeźbę Kościuszki dłuta Wiwulskiego z kościołem św. Jana. Nie byłbym sobą, gdybym nie powiódł grupy do kościoła luterańskiego, by pokazać jej rzeźbiarski wystrój wnętrz dłuta wileńskiego tytana barokowej rzeźby i architektury – Jana Krzysztofa Glaubitza.

Kolejna wizyta na Rossie utwierdziła mnie w przekonaniu, że cmentarze powinny być zakładane w terenie o pofałdowanej rzeźbie. Niestety, niektórym przypadło w udziale żyć, umierać i być pochowanym na bezkresnych równinach. W każdym razie myślę, że conajmniej połowa uroku cmentarza na Rossie wynika z jego lokalizacji. Z mnogości stylów architektury sepulkralnej najbardziej przemawia do mnie art deco i modernizm. Nota bene, cmentarz wojskowy oraz nagrobek matki Piłsudskiego i serca marszałka to też ten styl. Pomniki na grobach litewskich są ciekawe i robią duże wrażenie, gdy odwołują się do rzeźby ludowej tego regionu. W przeciwnym razie zanurzają się w niebezpieczne otchłanie eksperymentu na granicy dobrego smaku. Na Nowej Rossie znalazłem pomnik w kształcie głowy z ptasim ogonem. Nie był to wszak pomnik ornitologa. Wydłużony element pełnił funkcję przeciwwagi dla niezbyt stabilnego, owalnego czerepu. W morzu pięknych, polskich pochówków trafiają się jednak i potworki, takie jak mająca formę regularnego bunkra kaplica Raduszkiewiczów. Ci to nie oszczędzali na betonie! Wizyta na Rossie dostarczyła też dowodów, że nie zawsze uczymy się na własnym doświadczeniu. Po raz kolejny nie dostaliśmy się do kaplicy z pochówkami Sierakowskiego, Kalinowskiego i innych powstańców styczniowych mimo, że z poprzedniego pobytu powinniśmy zapamiętać, że wstęp do niej możliwy jest tylko w dni powszednie.

Wśród nieoczywistych miejsc odwiedzonych tym razem w Wilnie była hala targowa na rogu ulic Pylimo i Bazilijonu. Obiekt w sumie typowy, pochodzący z pierwszej dekady XX wieku. Podziomek i ja mamy jednak słabość do ówczesnych świątyń handlu, ich architektury i atmosfery. Pochodziliśmy trochę wśród stoisk ciesząc oczy kolorami i zapachami wystawianych na sprzedaż produktów. Udało nam się kupić w przystępnej cenie, tzn. 10 razy niższej niż na ulicy Wielkiej (Didžioji), okulary przeciwsłoneczne, a nawet skorzystać z miejscowej oferty kulinarnej.

Turyści z Polski mają w zwyczaju odwiedzać w Wilnie kościoły katolickie, gdzie mogą znaleźć wiele polskich śladów, pomijają natomiast cerkwie postrzegając je jako element rosyjskiej spuścizny kulturowej. Owszem, w mieście są cerkwie zbudowane za cara i mające wizualnie wyznaczać obszar panowania prawosławia takie jak cerkiew św. Michała i Konstantyna na Pohulance czy cerkiew Znamieńska na zachodnim zamknięciu ulicy Gedymina. Cerkwie staromiejskie są jednak, co do zasady, średniowieczne, co najwyżej rozbudowywane w czasach zaborów. Mało kto kojarzy, że prawosławie przyszło na Litwę przed katolicyzmem, a oficjalnym językiem urzędowym Wielkiego Księstwa Litewskiego był, przez długie lata, język staroruski. My odwiedziliśmy tylko centralnie położoną cerkiew św. Paraskewy, ale myślę, że odwiedzenie pozostałych byłoby ciekawym doświadczeniem.

Ikonostas w cerkwii Św. Paraskewy

W czasach Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej w Wilnie czynne były tylko trzy kościoły rzymskokatolickie. Pozostałym wyznaczono różne funkcje, z których te muzealne pozwalały na zachowanie maksymalnie dużej ilości wyposażenia wnętrz. Przywrócenie tych świątyń do celów kultowych oraz odtworzenie ich wyposażenia to dzieło wręcz tytaniczne. W kościele pofranciszkańskim dobiega ono już końca, u Bazylianów jest na bardzo wczesnym etapie. Kompleks poaugustiański, choć odzyskany przez Kościół, pozostaje podzielony na liczne pomieszczenia wynajmowane na cele komercyjne. Położony po drodze na Rossę kościół Wniebowstąpienia Pańskiego ma pięknie odnowioną fasadę, ale zdewastowane wnętrze, a pobliski kościół Serca Jezusowego wraz z klasztorem wizytek jeszcze nie podniósł się po latach, w których pełnił funkcje sowieckiego więzienia.

Jeszcze innym celem naszej wizyty były wileńskie parki. W części staromiejskiej nie są one zbyt rozległe. Nazwy zdradzają ich przeszłość. My odwiedziliśmy ogrody bernardyńskie oraz tereny parkowe na dawnych cmentarzach luterańskim i kalwińskim. Wszystkie mają bogatą i starannie wypielęgnowana zieleń. Tym pierwszym uroku dodaje sąsiedztwo rzeki Wilenki, a ich minusem, przynajmniej podczas naszej wizyty, była nadmiernie głośna muzyka dobiegająca z głośników rozmieszczonych przy centralnej części założenia. Po drugiej, wschodniej stronie Wilenki, na stromych stokach doliny rozciąga się za to całkiem dziki las z błotnistym ścieżkami i powalonymi drzewami. Można się stamtąd wdrapać nowymi, jednobiegowymi, metalowymi schodami aż na Bekieszową Górę. Park luterański na Górze Bouffałowej został za czasów sowieckich zdewastowany poprzez wybudowanie na jego terenie monstrualnych budynków już rozebranego pałacu związków zawodowych oraz pałacu ślubów.  Pamięć o przeszłości tego terenu przywrócono ostatnio poprzez powrót z cmentarza na Rossie pochodzących stąd nagrobków i pomników. Stanęły one w okolicy jedynej zachowanej in situ kaplicy cmentarnej chroniącej doczesne szczątki profesora chirurgii Jana Fryderyka Niszkowskiego. Za czasów sowieckich w kaplicy istniało stoisko sprzedaży pamiątek, którego funkcjonowanie z dala od atrakcji Starego Miasta jest na pewno jednym z dowodów na absurdy gospodarki planowej w ZSRR.

Nie zwiedziliśmy wielkiego, ponad 120 hektarowego parku, a właściwie lasu miejskiego, Zakręt (Vingio parkas) gdzie znajdują się ogród botaniczny oraz amfiteatr. Mieliśmy jednak okazję podziwiać jego panoramę z błoni po północnej stronie Wilii, od strony dzielnicy Zwierzyniec. Ta zresztą dzielnica jest moim osobistym odkryciem wyjazdu. Większa i bogatsza krewniaczka białostockich Bojar, zabudowana głównie drewnianymi domami znajduje się obecnie pod konserwatorską ochroną i uznawana jest znowu za dzielnicę prestiżową. Nie ma tam zbyt wiele do zwiedzania. Dwie świątynie prawosławne i jedna katolicka, karaimska kenesa, zruinowany budynek będący pierwszą siedzibą Polskiego Radia w Wilnie, kilka ambasad, ze trzy restauracje i jedna kawiarnia. Natomiast możliwość spaceru ulicami obramowanymi rzędem drewnianych, otoczonych ogrodami willi w słoneczny, lipcowy dzień, bez towarzystwa tłumu turystów i miejscowych, była naprawde bezcenna. Na nas z Podziomkiem spłynął tam taki spokój, że zupełnie w angielskim stylu, zalegliśmy na trawie na opadających ku Wilii stokach doliny.

Poniżej kilka przykładów architektury mieszkalnej Zwierzyńca

Błonia na skraju Zwierzyńca z mostem wiodącym przez Willię do Lasu Zakręt

W dziale kulinaria naszego wyjazdu staraliśmy się pogodzić wartości smakowe z oryginalną lokalizacją.W pobliżu placu Katedralnego znaleźliśmy ukrytą w podwórku restaurację absolutnie nie wartą wspomnienia, gdyby nie fakt, że oferowane tam jako zakąska paluszki serowe okazały się sześcioma solidnymi (na oko ok. 100 g sztuka) kawałami nabiału zasmażanymi w solidnej pierzynce panierki. Gdy zakąska zapewnia bez mała dzienną porcję kalorii, cóż dopiero mówić o daniach głównych! Restauracja w Zwierzyńcu zachwyciła nas ulokowaniem stolików w rozległym ogrodzie starej drewnianej willi. Miejscowy kelner zdobył tytuł Igora wyjazdu, przyznawany tradycyjnie przez naszą rodzinę najbardziej profesjonalnemu przedstawicielowi tego fachu. Nie dość, że znalazł nam miejsce, choć rezerwacja zrobiona była na dzień kolejny, to jeszcze miło nas zagadywał oraz kompetentnie doradzał przy wyborze dań. Nie dziwota, że kierowani jego uwagami trafiliśmy na same pyszne potrawy. Restauracja na XVII-wiecznym dziedzińcu alumnatu, obecnie wchodzącym w skład staromiejskiego kompleksu uniwersyteckiego, serwowała eleganckie włoskie dania. Młoda, polska kelnerką czarowała nas wymową aktorskiego “Ł”, za to włoski właściciel, który zjawiał się przy stolikach, by pytać gości o ich wrażenia, posługiwał się zabawną śródziemnomorską angielszczyzną. W jednym z pomieszczeń do wynajęcia w klasztorze poagustiańskim umościła się naleśnikarnia prowadzona przez fundację pomagająca osobom z problemami natury psychicznej. Architektura tego pomieszczenia jest wręcz spartańsko industrialna, ale życia i ciepła nadają jej ludzie, tak obsługa jak i liczni goście. Dodatkowo, prawie wszystkie prezenty z Wilna nabyliśmy właśnie w małym sklepiku tej restauracji.

Antoni Wiwulski znany jest głównie z dwóch dzieł w skali XXL: Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie oraz pomnika Trzech Krzyży na wzgórzu położonym na wschód od wileńskiego zamku. Ciekawe, że obydwa pomniki padły ofiarą ideologicznie motywowanych najeźdźców – krakowski został zniszczony przez hitlerowskich Niemców, a wileński przez komunistycznych ludzi radzieckich. Obydwa odbudowano na wzór oryginałów, lecz wprowadzając niewielkie zmiany. Krzyże w Wilnie zostały podwyższone, gdyż stawiane w 1916 roku na wzniesieniu zwanym Łysa Góra nie musiał ścigać się wysokością z okolicznymi drzewami, co ma obecnie miejsce. W Krakowie odtworzony król Jagiełło stanął w strzemionach miast siedzieć w siodle. W pierwotnej formie pozostało tylko kolejne dzieło – kaplica Objawienia Matki Boskiej w Szydłowie (Šiluva) na Żmudzi. Wyciągnięta w pionie, modernistyczna, biała bryła góruje nad małomiasteczkową zabudową. Gdy zobaczyłam jej zdjęcia moje serce, czułe na architekturę powstająca zgodnie z hasłem “Forma wynika z funkcji”, zadrżało. Już wiedziałem, że jeśli zdrowie pozwoli, program następnej wycieczki na Litwę obejmie Żmudź i zachodnią, bardziej oddaloną od Polski, część tego kraju.

Kategorie
Wielka Brytania

W poszukiwaniu delfinów czyli podróż bezdrożami i najbardziej krętymi drogami Szkocji

Zdyszani dobiegliśmy do pomostu, przy którym cumował spacerowy kuter noszący imię Julie-Ann. Wybranie pierwszego z brzegu parkingu w porcie Lochinver nie było najlepszym pomysłem. Na pokładzie siedziało już kilkanaście osób, a nawet dwa niewielkie psiaki. Przy trapie krzątał się długi jak tyczka, nieco rozczochrany i szczerbaty osobnik, którego strój i sposób bycia znamionowały szypra tej jednostki. “Jestem Kieran, a Ty pewnie jesteś Krzysztof” przedstawił się, równocześnie mnie identyfikując. Tu warto wspomnieć o ogólnobrytyjskim zwyczaju niesprawdzania biletów zakupionych online. Wystarczy podać swoje nazwisko. W przypadku Kierana jak widać wystarczyło, by zapamiętał egzotyczne dla szkockiego ucha brzmienie mojego imienia. W tradycji celtyckiej mężczyźni o imieniu Kieran są postrzegani jako ludzie odważni, lojalni i godni zaufania. To niewątpliwie potrzebne cechy gdy twoja praca polega na wożeniu po morzu coraz to nowych grup wędkarzy, birdwatcherów czy innych żądnych silniejszych wrażeń mieszczuchów. Wyjście z portu wiodło pod wiatr, więc wkrótce musieliśmy zawierzyć Kieranowi, że nie pozwoli, by rozbijane dziobem fale zamieniły się w dokuczliwy, zimny prysznic.

Patrząc jak w sterówce radzi sobie z nawigowaniem po wodach Loch Inver (tak, w nazwie zatoki są dwa słowa, które w nazwie miejscowości zlały się w jedno) złapałem się na refleksji, że Kieran bardzo przypominał mi śp. Edka Dybowskiego, pod którego szyprowskim okiem pływałem w roku 1986 na rybackim kutrze “Dziunia” po wodach Zatoki Admiralicji na wyspie King George u wybrzeży Antarktydy. Odpowiadałem tam wprawdzie głównie za obsługę wyciągarki do sieci, którymi łowiliśmy nadzieję polskiego przetwórstwa rybnego czasów Edwarda Gierka – skorupiaka zwanego krylem antarktycznym. Edek miał rybackiego nosa. Bez pomocy sonaru potrafił wyśledzić stada tych zwierzątek i to w czasie nocnych rejsów. Podziwiałem go też za nadzwyczajne zdolności znoszenia chłodu – co do zasady nie używał w pracy rękawic nakładając je dopiero na lądzie. Spędziliśmy wspólnie wiele zimnych nocy, doświadczyliśmy wielu udanych i nieudanych połowów, a ja nawet rozbilem sobie głowę po uderzeniu ramy sieciowej przy slipowaniu na wzburzonym morzu. Edek był człowiekiem małomównym i nieskorym do pochwał. Tym bardziej ceniłem sobie, że gdy podczas testowania nowej łodzi, jej silnik odmówił posłuszeństwa, przez radio zażyczył sobie, bym za sterami starej Dziuni podczas akcji ratunkowej stanął właśnie ja. I wszystko się dobrze zakończyło!!!

Dziunia na emeryturze w helskim Muzeum Rybołóstwa, fot. MOs810, lic. CC BY-SA 4.0

Wiedziony wprawną ręką Kierana kuter skierował się ku wąskiej, krętej i spokojniejszej zatoce Loch Roe. Wycieczki typu morskie safari reklamują się filmikami, na których wokół zapełnionych wycieczkowiczami łodzi pląsają delfiny, a nawet i walenie. Będąc biologiem miałem jednak świadomość, że spotkanie tych morskich ssaków jest zjawiskiem nieczęstym – uzależnionym od pory roku. dostępności pokarmu czy stadium rozwojowego poszczególnych osobników. Co innego foki szare i pospolite – ich nazwa gatunkowa w realiach północno-zachodnich wybrzeży Szkocji jest wielce uzasadniona. Na wysepkach i przybrzeżnych skałach odpoczywały ich dziesiątki, w tym matki ze swymi szczeniakami. Tu i ówdzie z wody wysuwała się zaciekawiona głowa próbując ocenić, czy obecność naszej łodzi nie niesie jakiegoś niebezpieczeństwa. Do tego trochę ornitologicznych smaczków: a to samica edredona, a to mewa siodłata z puchatymi podrostkami. I pomyśleć, że mieszkańcy trzech domów nad brzegami zatoki mają takie widoki na co dzień. 

Droga powrotna z wiatrem w rufę była już znacznie spokojniejsza. Nad niską zabudową miasteczka górowały dramatyczne urwiska nunataków Suilven i Canisp. Tuż nad magazynami portowymi rozciągała się zielona plama lasu Culag zasadzonego z inicjatywy księcia Sutherland w 1847 roku. Zanim dotarliśmy do brzegu mieliśmy okazję podziwiać misterium polowania głuptaków. Rok wcześniej na Bass Rock widzieliśmy ich największą kolonię lęgową w Wielkiej Brytanii. Ptaszory nie polowały jednak blisko swoich gniazd. Tutaj było tylko kilkanaście osobników. Szybowały na wysokość jakichś 20-30 metrów nad wodą, po czym składały skrzydła i niczym wielkie żółto-biało-czarne rakiety wbijały się w wodę.  Ich prędkość w locie nurkowym sięga 100 km/godz., a głębokość nura do 15 metrów. Polowanie takie wymaga sporej dozy koordynacji – gdy po pierwszych myśliwych na powierzchni morza zostawały tylko fontanny wody inni z ogromna prędkością zbliżali się do powierzchni, a 10 metrów wyżej kolejna kohorta dopiero gotowała się dać nura. Przy tym widowisku pływający blisko burty nurzyk nie mógł wywołać odpowiedniego zachwytu.

Assynt to chłostana wiatrami kraina kontynentalnej Szkocji położona na wysokości północnej części wyspy Lewis w archipelagu Hebrydów Zewnętrznych. Lochinver z 650 mieszkańcami jest jego największym zasiedlonym punktem. Kraina ta charakteryzuje się pofalowanym, skalistym krajobrazem pozbawionym, bez mała, większych skupisk drzew. Morze wcina się w ląd licznymi zatokami, a każde zagłębienie terenu wypełniają słodkowodne jeziora. Rozmaitość form skalnych powoduje, że na wysokości 50-150 m npm czujemy się jak w górach. A prawdziwe góry, których nie zdołała zakryć nawet zmarzlina epoki lodowcowej, wznoszą się jeszcze o 500 do 800 metrów wyżej. Do tego rozległe piaszczyste plaże, najwyższe wodospady i tajemnicze jaskinie. Owce mają tu pierwszeństwo przed samochodami, choć w godzinach wieczornych i rannych one z kolei ustępują miejsca jeleniom. Ponieważ to daleka północ Zjednoczonego Królestwa (pojęcie względne oznaczające np. dla Norwegów południe ich kraju) latem dni są tu długie, a noce krótkie i raczej szare niż czarne. Z punktu widzenia kierowcy warto wiedzieć, że wiele dróg w tym regionie, w tym niektóre najwyższej kategorii A, to jednopasmówki z mijankami, na których odcinki płaskie i proste są absolutną rzadkością. Jazda nimi to prawdziwa nauka pokory i życzliwości. Nic dziwnego, że miejscowi nazwali odcinek z Kylesku do Lochinver małą, szaloną drogą (the wee, mad road).

Kilka widoków z Assyntu

Teren nie zawsze był jednak tak dziki. Podróżując po tej części Highlands, wcześniej czy później, zetkniemy się z pojęciem clearance, co na polski winno się tłumaczyć jako rugi. Otóż po ostatecznym zdławieniu wspieranych przez górskie klany szkockie powstań zwolenników dynastii Stuartów, zwanych jakobitami, system klanowy w tradycyjnym znaczeniu tego słowa uległ zniszczeniu i zastąpiony został przez system charakteryzujący się dążeniem wielkich właścicieli ziemskich do maksymalizacji zysków. Te widziano głównie w intensyfikacji hodowli owiec na potrzeby burzliwie rozwijającego się przemysłu włókienniczego Anglii. Tak więc wymawiano umowy dzierżawne drobnym farmerom, zajmowano ich ziemie na pastwiska, dla nich samych budując miasteczka na wybrzeżu, gdzie mieli przekwalifikować się na rybaków. Ponieważ miejsc pracy w rybołówstwie nie było aż tak wiele, skończyło się masową migracją czy to do przemysłowych regionów Anglii czy też do jej zamorskich kolonii. W głębi lądu z łatwością można znaleźć pozostałości murów dawnych domostw czy nawet świątyń. Co ciekawe, o ile dzisiaj działanie to spotyka się z jednoznacznie negatywną oceną, o tyle w latach 1750-1850 z oświeceniową dezynwolturą twierdzono, że to poczynania na korzyść zamieszkujących góry biedaków. W efekcie jednemu z większych czyścicieli górskich wiosek, księciu Sutherland (ojcu fundatora wspomnianego lasy Culag), wystawiono imponujący, 30 metrowy,  pomnik w Golspie w pn-wsch. Szkocji, który obecnie jest atakowany fizycznie przez radykałów i rozważane jest jego rozebranie. 

Ścieżki turystyczne w Wielkiej Brytanii to pojęcie znane wyłącznie na terenach zarządzanych przez parki narodowe i rezerwaty lub majątki prowadzone przez organizacje i wspólnoty lokalne, które zdecydowały na udostępnianie ich w celach turystycznych i edukacyjnych. Na pozostałych terenach, w tym w wyższych górach, ścieżka jest pojęciem umownym. Na kamienistym podłożu rzadko widać jakiś ślad, a jeśli jest, to możliwe, iż to ścieżka zwierzęca. Strzałki kierunkowe to też rarytas. Pomimo nachylenia terenu w wielu miejscach stagnuje woda, co można wykryć po kępach wełnianki. Jej angielska nazwa cotton grass oddaje jej wygląd. Białe kępy włosów nasiennych wyznaczają obszary gdzie woda może wlać się do buta. My szkockie bezdroża poznaliśmy próbując dotrzeć od latarni morskiej Stoer do przybrzeżnej 60 metrowej iglicy skalnej zwanej Old Man of Stoer. O ile zawierzyć mapie wiodą tam dwie ścieżki, jedna nawet zwana szlakiem. Jedyne strzałki kierunkowe znajdują się na parkingu przy latarni. My postanowiliśmy pójść w jedną stronę bliżej klifów, a wrócić rzeczonym szlakiem prowadzącym kilkaset metrów w głąb lądu. No i ugrzęźliśmy, czasem wręcz dosłownie, w plątaninie przedeptów, potoków, kałuż, stawów i wąwozów. Dzikość tego krajobrazu była imponująca, ale często musieliśmy podziwiać ją tylko w perspektywie mikro, gdyż nazbyt uważnie trzeba było patrzeć pod nogi. W ten sposób droga o długości ok. 6 km zajęła nam w kierunku tam blisko 3 godziny, podczas gdy z powrotem po owym trail już tylko przepisowe 1,5 godziny.

Nazwy miejscowe w tej części Szkocji noszą ślady wpływów norweskich, szkockich i angielskich. Moją ulubioną nazwą jest Kylesku pochodząca od celtyckiego Caolas Cumhann co oznacza tyleż co wąska cieśnina. Durness, wysunięta najdalej na pn-zach. miejscowość Szkocji wywodzi swą nazwę od staronorweskiego Dyrnes, czyli Jeleni Przylądek. W tym pierwszym miejscu byliśmy dwa raz. Magnesem była historia istniejącego tu w czasie II Wojny Światowej ośrodka szkoleniowego miniaturowych łodzi podwodnych, które bez mała zatopiły niemiecki pancernik Tirpitz czy oryginalność konstrukcji łukowatego mostu, który połączył oba brzegi cieśniny. Przede wszystkim jednak liczyliśmy na zobaczenie, choć z oddali, najwyższego na wyspach brytyjskich, 200 metrowego wodospadu Eas a’ Chual Aluinn. Nic z tego! Mimo dwukrotnych prób za każdym razem trafialiśmy na deszczowo-mglistą pogodę pozwalająca dojrzeć co najwyżej drugi brzeg jeziora, ale nie uskok wodospadu na jego dalekim krańcu. Pozostało nam cieszyć się urokami oferty kulinarnej miejscowej restauracji hotelowej.

Durness leży już poza Assyntem w historycznej krainie zwanej Sutherland. Nazwa wskazuje, iż z perspektywy norweskich władców Orkadów, ląd ten rozciągał się na południe od ich dziedziny. Za miejscowością Scourie krajobraz, nie tracąc nic ze swej dzikości, staje się bardziej środkowoszkocki. Długie doliny ograniczone niewysokimi grzbietami górskimi, pieniące się na kamieniach rzeki i czasem jeziora. Ostatnie kilka kilometrów przed Durness droga wiedzie wzdłuż zatoki Kyle of Balnakeil. Z kształtu i długości jest ona fiordopodobna, ale niespotykanie płytka. W czasie odpływu zamienia się w kamienistą pustynię, środkiem której wije się rzeka Dionard. Samo miasteczko z dziedziny kultury ma do zaoferowania tylko wspomnienie o Johnie Lennonie, który w dzieciństwie przyjeżdżał tu na wakacje do swojej ciotki. Natomiast naturalną atrakcją wielkiego kalibru jest jaskinia Smoo Cave. Nie tylko ze względu na olbrzymi (40 x 15 m) otwór wejściowy, ale też fakt, że z jednej strony ukształtował ją niszczący wpływ morza, a z drugiej rzeźbi ją uchodząca do Atlantyku miejscowa rzeczka. Aby tego dokonać jej wody wycięły krasowy lej o głębokości 20 metrów. Zwiedzający mogą za darmo wejśc po drewniany chodniku do drugiej komory jaskini i zobaczyć spadający z góry wodospad. Już za opłatą można skorzystać z przejażdżki łódką bliżej kaskady i do kolejnej komory. Po silnych opadach deszczu lub w trakcie północnych sztormów poziom wody w jaskini wzrasta do stopnia uniemożliwiającego jej zwiedzanie. 

W dniu, w którym odwiedziliśmy Durness pogoda była nieciekawa. Mimo to udaliśmy się pofalowanymi łąkami ku nadatlantyckim klifom. Ogromne fale wściekle atakowały przybrzeżne skały, a widocznośc, momentami, ograniczała się do kilkuset metrów. Jako, że Wyspy Owcze leżą na pn-zach., a Orkady i Szetlandy na pn-wsch. od wybrzeża Sutherland, między nami, a Biegunem Północnym było już tylko morze. Oprócz krążących w pobliżu i odpoczywających na skałach ptaków morskich uwagę naszą zwrócił ciemny grzbiet jakiegoś morskiego stwora z charakterystyczną wieńczącą go płetwą. Wyglądało to, wypisz, wymaluj! na delfina. W każdym razie bardzo sobie tego życzyliśmy! Już, bez wątpliwości, zaobserwowaliśmy kręcąca się po murawie sieweczkę obrożną.

Z kulturowej perspektywy więcej do zaoferowania ma pobliskie Balnakeil. Nad samą zatoką wznosi się osiemnastowieczny, surowy z wyglądu dwór zbudowany z wykorzystaniem murów średniowiecznego zamku biskupów Caithness. Tylko młyński staw i droga oddzielają go od rozległego cmentarza, nad którym górują ruiny kościoła. Choć w swej ostatecznej formie powstał on w 1814 roku, to świątynne wykorzystanie tego miejsca sięga, bagatela!, wieku szóstego. W ścianach kościoła ukryta jest krypta z pochówkiem Donalda MacLeod. Jako, że pozbawił on życia conajmniej 18 wrogów swego klanu, zapłacił okrągły tysiąc funtów, by być pochowanym sposób, który miał zabezpieczyć jego ciało przed profanacją przez krewnych i znajomych tych ofiar. Do tego rozległa piaszczysta plaża ograniczona od strony lądu, największym w całej Wielkiej Brytanii kompleksem wydm dopełniają malowniczości tego miejsca.

Niespełna kilometr na południe powstała, w latach pięćdziesiątych XX w., stacja wczesnego ostrzegania brytyjskiego Ministerstwa Obrony. Zanim jednak wdrożono ją do działania, a powstałe baraki zasiedlono armią jej królewskiej mości, umarł Stalin i zakończyła się zimna wojna. Budynki wydzierżawiono, a z czasem sprzedano, różnego rodzaju niespokojnym duchom, hipisom i osobom o artystycznych skłonnościach. W efekcie powstał tu kompleks zwany wioską rzemiosła (craft village). Architektonicznie, mimo wielu przeróbek i dodanych udogodnień jest to ciągle prymitywny kompleks koszarowy, ale wnętrza kryją wszelakie pracownie, malarstwa, fotografii, garncarstwa, biżuterii oraz produkcji rozmaitych durnostojek. W tym towarzystwie wyróżnia się  wytwórnia czekolady usytuowana najbardziej na północ na całych wyspach brytyjskich. I myśmy tam byli, zamiast czekolady kawę pili, zagryzając miejscowymi wypiekami cukierniczymi.

Widoki z Balnakeil Craft Village

Po zwiedzeniu ponad tuzina portowych miasteczek brytyjskich Lochinver nie zachwyca ani zabytkowa zabudową ani położeniem. Mimo to, zaspokaja wiele turystycznych potrzeb. Jest poręcznym miejscem startu dla morskich wycieczek. Po drugie, dostarcza bardzo przyjemnych terenów spacerowych. Mam tu na myśli nie tylko las Culag, ale i dolną część doliny rzeki Inver. Doceniliśmy to ostatniego dnia pobytu, kiedy na morzu rozpoczął się sztorm, a podmuchy wiatru, mimo pełnego słońca, chłostały niemiłosiernie na każdym skrawku otwartej przestrzeni. Spacer, zalesioną doliną, z widokami na szumiącą poniżej rzekę, spokojną toń jeziora zaporowego i odległe wierzchołki wyższych gór w tle był wspaniałym odpoczynkiem, a i odmianą po doznaniach turystycznych zebranych wcześniej w pn-zach. Szkocji. Co prawda, gdy osiągnęliśmy kraniec lasu, gdzie wichrzysko znowu zaczęło hulać okrutnie, zrezygnowaliśmy ze wspinaczki po odkrytym terenie przez przełęcz (o wysokości, to nie pomyłka!, ponad 120 m npm.) do sąsiedniej doliny i grzecznie wróciliśmy tą samą drogą.

Ujście rzeki Inver do zatoki

Obrazki ze spaceru dolina Inver

W końcu, trzeba ujawnić fakt, iż jak to ujęto w jednym z anglojęzycznych przewodników turystycznych, Lochinver jest kulinarną stolicą Assyntu. My z czystym sumieniem możemy się pod tym stwierdzeniem podpisać. Restaurację o nazwie nawiązującej do przeboju z lat 60-tych XXw. walijskiego pieśniarza Toma Jonesa odwiedziliśmy nawet dwukrotnie. Nie dość, że potrafili znaleźć nam stolik, gdy przyszliśmy bez rezerwacji to jeszcze oferują rozsądny mix dań mięsnych, rybnych i wegańskich, a szef kuchni rozkłada ich składniki na talerzach w prawdziwe dzieła sztuki. Restauracja przy porcie rybackim zaskakuje obszernym, elegancko zaplanowanym wnętrzem za dosyć mizerną fasadą wejściową. Dania są równie smaczne jak u konkurencji, choć może mniejszą wagę przywiązuje się tam do estetyki ich podania. Popularnością przebija jednak wszystkich lokal serwujący paszteciki (pies). To popularne w całej Wielkiej Brytanii danie podniesiono tu na wyżyny jakościowe. Po pierwsze wypełnienia są wyraziste smakowo, po drugie nie są nadmiernie soczyste, przez co paszteciki nie przemakają (można je przechowywać) oraz nie tryskają sokiem przy próbach ich nadgryzienia. Co ważne, można tam zjeść też coś innego czy napić się kawy do ciastka. Ponieważ lokal działa również jako sklep więc obroty ma ogromne i idąc główną ulicą miasteczka w godzinach jego działalności, nie sposób go pominąć, bo z daleka widać szturmujący  tłumek lokalsów i przyjezdnych. Miejsce jest wymieniane we wszystkich przewodnikach i informatorach, a nas życzliwie kierowano doń z miejsc tak odległych (ok. 80 km) jak Durness.

Gotowe paszteciki czekaja na klientów, fot. z profilu https://www.facebook.com/LochinverLarder


Ta ostatnia sytuacja była zresztą charakterystyczna. Zlani deszczem weszliśmy do niewielkiej budki z pamiątkami. Długo przeglądaliśmy co było w ofercie. Chcieliśmy zyskać na czasie i nie wracać skoro pod deszcz. W rezultacie nic nie kupiliśmy, ale porozmawialiśmy miło z dwoma statecznymi paniami, które chyba nie narzekały na nadmiar klientów. W Drumbeg, gdzie mieliśmy kwaterę, przy bocznej dróżce prowadzącej do luźno rozrzuconych domostw dojrzeliśmy strzałkę z napisem “Craft on Croft”. Croft jest to gospodarstwo, zazwyczaj na ziemi dzierżawionej od większego właściciela. Wynajęty samochód ledwo mieścił się na dojazdówce prowadzącej stromym zjazdem na przydomowe podwórko. Na spotkanie wyszła nam gospodyni. Ubrana, jak to w gospodarstwie, w grubą kamizelkę i gumowce. Ręce miała jeszcze brudne od jakichś gospodarskich obowiązków. Przypomniało mi się, że widziałem jak przepędzała owce spod naszych okien. Cały interes mieścił się w dwóch, lekkiej konstrukcji, budynkach garażowych. Tu już zakupiliśmy kilka rzeczy płacąc, a jakże kartą, ale przede wszystkim toczyliśmy miłe pogaduchy. Otrzymaliśmy solidną porcję informacji, takich jak w jakim stopniu pokrewieństwa sprzedawczyni pozostawała z właścicielami naszego cottage czy jakiego charakteru jest jej psinka. Wszystkim napotkanym miejscowym musieliśmy, w ramach wprowadzenia, wyjaśniać gdzie się zatrzymaliśmy. Było to coś więcej niż przysłowiowy angielski small talk. To był raczej symboliczny sposób wprowadzenia w status, może tymczasowego, ale jednak członka lokalnej wspólnoty. Wracając pamięcią do szkockiego wyjazdu prócz dzikich krajobrazów, wspaniałej natury i ciekawych zabytków będę też tęsknił za taką ludzką bezpośredniością.

Kategorie
Wielka Brytania

Rzecz o krowach, kiltach i potworach czyli Highlands w pigułce

Młodość ma swoje prawa, a jednym z nich jest przemożna chęć łączenia się w pary osobników płci przeciwnej. Wiedziony tą siłą pewnego zimowego wieczora przed ponad 40 laty zapragnąłem spotkać się z hmm …, nazwijmy ją Agnieszką. Dziewczyna miała fantazję co się zowie! Wyprowadziwszy się z domu rodzinnego w Warszawie, przeniosła się do Puszczy Kampinoskiej, gdzie zamieszkała w przeznaczonej wówczas do wysiedlenia wsi Budy. Żeby tam dotrzeć jechało się autobusem podmiejskim linii 208 do pętli w Truskawiu. Stąd trzeba było iść na piechotę gruntową drogą wiodąca do Mariewa. Pogoda była zimowa, noc bezksiężycowa, ale pokrywa śniegu pozwalała dostrzec przynajmniej krawędzie drogi. Po około pół godzinie marszu dotarłem na skraj zabudowań, gdzie ciemność rozświetlało kilka przydrożnych latarni. Niestety, w domu zamieszkałym przez Agnieszkę wszystkie okna pozostawały ciemne. Cóż, działałem pod wpływem impulsu, a były to czasy telefonii stacjonarnej, co nie sprzyjało harmonizacji planów i aranżacji spontanicznych spotkań.

Nie poddałem się jednak łatwo i pomyślałem, że dziewczyna musi przecież wrócić na noc do domu. Mróz stopniowo tężał, zacząłem więc rozglądać się za jakimś schronieniem. W obejściu była stara drewniana obora. Drzwi na szczęście można było uchylić i wśliznąć się do środka. Gdy znalazłem się w obórce, w nozdrza uderzyła mnie mieszanina zapachu mleka, słomy i obornika. Przez szpary między deskami ścian przenikały wąskie promienie światła z obejścia. Gdy oczy przyzwyczaiły się do półmroku spostrzegłem, że w oborze jest instalacja elektryczna. Znalazłem włącznik, po przekręceniu którego pomieszczenie ukazało się w pełnej okazałości. Okazało się, że mieszkały tam cztery wyrośnięte cielaki. Z długiej chwili zacząłem do nich zagadywać, a one, z początku nieśmiało, a potem coraz ufniej zbliżały się do mnie. W końcu zostałem ciasno otoczony przez ciekawskie stadko, które szczególne upodobanie znajdowało w nastawianiu różnych elementów włochatego ciała na drapanko. Wyjątkową konkurencję wywołał przywilej złożenia wielkiej głowy na moim ramieniu. A rozkosz drapania była tak wielka, że obdarowane nią cielaki aż przymykały oczy.

Ostatecznie, nie doczekawszy powrotu Agnieszki w puszczańskie ostoje, ruszyłem w drogę powrotną do Truskawia. Jednak doświadczenie kontaktów nawiązanych w obórce pozwoliło mi inaczej spojrzeć na krowy i ich potrzeby emocjonalno-społeczne. Dało możliwość dostrzeżenia, że są to stworzenia z własną osobowością, a nie wyłącznie źródła mleka i wołowiny. Takie wspomnienie i refleksja naszły mnie, gdy dwa ośmiomiesięczne cielęta rasy szkockiej górskiej (Highland Cattle) przepychały się próbując wyciągnąć z mojej dłoni kawałki chleba i marchewki. W głębi pastwiska położonego na łagodnym stoku pasło się więcej osobników tej rasy. Nie wiem, czy wydelegowanie właśnie tych dwóch cielaków do karmienia przez odwiedzających Drumbuie Farm w Drumnadrochit nad jeziorem Loch Ness wynikało z ich przyjaznego charakteru, czy też ze specyficznych potrzeb żywieniowych. Był to jednak promocyjny strzał w dziesiątkę! W ten sposób organizowane na tej farmie teaparty przyciągały nie tylko miłośników herbaty, trójkątnych kanapek z pastą jajeczną i bułeczek (scones) z marmoladą pomarańczową, ale i ich dzieci oraz innych zwolenników bliskości z inwentarzem gospodarskim. 

Karmienie krów zwie się tu”cooparty

Krajobraz w Drumnadrochit, jak na okolice Loch Ness jest nadzwyczaj łagodny. Stosunkowo niskie góry odsuwają się tu od jeziora, widoki robią się dalsze, a mieszanka łąk i lasów w promieniach nieczęsto tu widywanego słońca sprawiała wrażenie, może nie toskańskie, ale przypominające pejzaże polskiego Pogórza Karpackiego.

Bernard Newman, brytyjski pisarz, podróżnik i szpieg, w swojej wydanej w 1935 roku książce pt. “Pedalling Poland” z lekceważeniem wypowiadał się o napotkanych jeziorach twierdząc, że prawdziwe jezioro powinno być otoczone górami. Takie są właśnie jeziora szkockie, a Loch Ness nie jest wyjątkiem. Wysokość gór rośnie ku południowemu-zachodowi przez co panorama w tym kierunku jest bardziej dramatyczna i wieloplanowa niż, dajmy na to, widok na jezioro z okolic Fort Augustus. Południowe brzegi są bardziej strome i dziksze, niż północne. Dlatego główna droga z Inverness do Fort William została wytyczona właśnie wzdłuż północnego brzegu jeziora. Loch Ness nie jest, ani największym, ani najgłębszym szkockim jeziorem, ale we wszystkich przewodnikach podkreśla się jego największą objętość. Wynika to z faktu, że zapadlina, którą wypełniają wody jeziora ma korytowy kształ o prawie płaskim dnie na głębokości ponad 230 metrów. 

Ale to nie liczby i malowniczość okolicy spowodowały popularność Loch Ness w kulturze masowej, a w konsekwencji wśród turystów. To potwór rzekomo zamieszkujący jego wody, pieszczotliwie nazwany Nessie, rozpala wyobraźnię ludzi z różnych części naszego globu. Jakkolwiek historia potwora z jeziora została utrwalona już przez biografów żyjącego w VI wieku chrystianizatora Szkocji, św. Columba, to korzenie współczesnej popularności Nessie sięgają ledwie 1933 roku. Co charakterystyczne – pierwsza obserwacja, która została poniesiona przez media przez całą Wielką Brytanię i szeroki świat, została dokonana przez właścicielkę hotelu w Drumnadrochit. W tym zbudowanym w stylu wiktoriańskim budynku mieści się obecnie Loch Ness Centre, którego ciekawie zaplanowana wystawa z jednej strony dostarcza rzeczowych argumentów, że ekosystem jeziora, choćby ze względu na swoje ubóstwo ilościowe i jakościowe, nie byłby w stanie utrzymać przy życiu stworzenia tej wielkości, z drugiej jednak, nie ośmiesza i nie pozbawia marzeń zwolenników bytowania Nessie w głębinach jeziora. Cóż, podcinanie gałęzi, na której się siedzi, nie byłoby przecież rozsądnym działaniem. A statystyki są bezlitosne. Doliczono się już ponad 10 tysięcy doniesień o spostrzeżeniu w wodach jeziora czegoś, co można nazwać potworem.

Drumnadrochit było też bazą dla poczynań Johna Cobba, który osiągnąwszy w 1947 roku światowy rekord prędkości – 634,39 km/h – pojazdem kołowym, zapragnął pobić też rekord prędkości na wodzie. Na wykonanym na specjalne zamówienie ścigaczu “Crusader”, odebrawszy życzenia sukcesu od królowej matki, 29 września 1952 roku przekroczył on barierę 214 mil/h, po czym, wskutek utraty stabilności łodzi, roztrzaskał się wraz z Crusaderem na oczach zgromadzonej publiczności i w świetle kamer brytyjskiej kroniki filmowej. Na brzegu jeziora stoją wciąż znaczniki jednomilowego odcinka, na którym oficjalnie mierzono prędkość rekordzisty. My też wzięliśmy udział w 50 minutowym rejsie po Loch Ness, ale bez prób bicia jakichkolwiek rekordów.

Wspomniany Fort Augustus jest drugą znaczniejszą miejscowością i centrum turystycznym nad brzegami jeziora. Jeśli w Szkocji jakaś miejscowość nosi słowo Fort w nazwie, należy to traktować dosłownie. To Anglicy pobudowali tu w 1715 roku umocnienia i osadzili garnizon, który miał trzymać w ryzach buntowniczych górali. Żołnierze nie zapobiegli jednak kolejnym powstaniom, a w XIX w., gdy korzyści z unii obydwu narodów były już oczywiste, a elity angielskie nawróciły się na szkockość, opuścili swoje koszary, na których miejscu powstało opactwo benedyktyńskie. Mnisi prowadzili tu elitarną szkołę dla chłopców, ale po ponad 100 latach funkcjonowania zamknęli ją w 1993 r., a wkrótce opuścili też Fort Augustus. Obecnie obiekt został przekształcony w aparthotel. Rozważaliśmy nawet możliwość noclegu w jednym z jego apartamentów, jednak porzuciliśmy ostatecznie ten pomysł na rzecz kolonii domków kempingowych w Invermoriston. W każdym razie, zabudowania poklasztorne są warte obejrzenia, a ich lokalizacja wśród starodrzewia na cyplu wcinającym się w jezioro, jest  bardzo malownicza. Wizyta tam wydała nam się atrakcyjniejsza, niż zwiedzanie starszych, bo pochodzących nawet z XIII w., pozostałości zamku Urquhart, równie pięknie położonych na brzegu Loch Ness. Oprócz opactwa, niewątpliwą atrakcją jest też “kaskada” śluz na Kanale Kaledońskim. To prawdziwe arcydzieło wczesno dziewiętnastowiecznej inżynierii, podobnie jak współczesny mu Kanał Augustowski w Polsce, nigdy nie odegrało planowanej roli skrócenia drogi z Atlantyku na Morze Północne, gdyż coraz większe statki morskie, w momencie ukończenia budowy już nie mieściły się w śluzach kanału. Późniejsze modernizacje też nie nadążyły za rozwojem wytworów przemysłu stoczniowego. W efekcie jest to droga wodna o znaczeniu głównie turystycznym.

Youtube, po wpisaniu w wyszukiwarkę frazy swimming cows, nie umożliwia obejrzenia wyczynów krów z Plockton na zachodnim wybrzeżu Szkocji. O ich możliwościach dowiedzieliśmy się więc przypadkowo. Spacerując malowniczym nabrzeżem tej miejscowości, dostrzegliśmy cztery sztuki przeżuwaczy wędrujące flegmatycznie wąskim, kamienistym pasem strefy pływów, ograniczonym wysokim na 3 metry murem oporowym. Woda właśnie przybierała, dalszy spacer uniemożliwiał bydlątkom pirs przystani. Nasza towarzyszka podróży wszczęła alarm, w wyniku którego zadzwoniono do właściciela, który oznajmił, że krowy świetnie pływają, on sam zostawił je na pobliskiej wysepce, z której musiały samodzielnie wybrać się na wycieczkę do miasteczka. I rzeczywiście, gdy po godzinie wracaliśmy tą samą drogą, krowie stadko ewakuowało się właśnie, brodząc w morzu ku wyżej położonym pastwiskom.

Plockton znane jest też z masowego obsadzenia nabrzeża kordyliną australijską. Wbrew angielskiej nazwie cabbage tree, roślina przypomina z wyglądu palmy, przez co Plockton w celach promocyjnych podkreśla swój śródziemnomorski charakter. Kordylina nie jest zresztą jedynym egzotycznym gatunkiem roślin w miasteczku, a jego nabrzeżne ogrody mogłyby być same w sobie celem wizyty. U wjazdu do miejscowości znajduje się miejsce świadczące o żywej religijności, ale i buntowniczym duchu niegdysiejszych mieszkańców. Tu właśnie, w dawnym kamieniołomie, na modlitwy gromadzili się wyznawcy Wolnego Kościoła Szkocji, którzy opuścili kościół oficjalny, protestując przeciwko zwyczajowemu prawu posiadaczy ziemskich do mianowania proboszczów bez brania pod uwagę zdania wiernych. Pomimo, iż wkrótce nowemu wyznaniu umożliwiono swobodną działalność i budowę świątyń, modlono się w tym miejscu przez prawie 90 lat. Dzisiaj, gdy dawny kamieniołom skolonizowała bujna roślinność, trudno byłoby domyślić się jego roli, gdyby nie murowana brama i schody prowadzące doń od drogi.

Jako, że wyjazd bez zwiedzania zamku jest stracony, zatrzymaliśmy się po drodze w Eilean Donan. Zamek odbudowany w latach dwudziestych XX w. i nadal pozostający własnością rodziny MacRae, jest postromantyczną wariacją na temat średniowiecznej warowni. Natomiast jego lokalizacja na przybrzeżnej wysepce połączonej z lądem mostem, u zbiegu trzech słonowodnych jezior (wąskie fiordopodobne zatoki morskiej określa się w Szkocji także mianem Loch), ku którym stromo opadają górskie zbocza, czynią panoramy zamku szkockim klasykiem gatunku. W dodatku, w dniu naszych odwiedzin nad górami kłębiły się ciemne chmury, dodając krajobrazowi grozy i tajemniczości. Łatwy dojazd główną drogą prowadząca na wyspę Skye wyklucza jednak zwiedzanie bez tłoku.

Kilka impersji z wizyty w zamku Eilean Donan

Wielojęzyczny tłumek zgromadzony u zachodniego przyczółka wiaduktu Glenfinnan miał inny charakter. Składał się z miłośników Harrego Pottera, trakcji parowej oraz czcicieli jakobickiej przeszłości Szkocji. Gdy w końcu od strony Fort William pojawił się, ciągnięty przez lokomotywę parową, długaśny skład retro wagonów w kolorze karminowym, zapanowało wielkie poruszenie. Trzaskały migawki aparatów fotograficznych, zgromadzeni machali rękami i bili brawo. Maszynista odpowiedział sygnałem dźwiękowym i świstem pary wypuszczonej z komina. My dotarliśmy na miejsce ze stacji kolejowej Glenfinna, gdzie dojechać można regularnym pociągiem, witanym przez zgromadzonych prawie równie entuzjastycznie. Główna droga dojściowa wiedzie od parkingu przy porządnie zaopatrzonym Visitor’s centre, szeroką, obrzeżoną górami doliną, której środkiem toczy swe wody spory strumień. Wystawa w centrum zdawkowo traktuje historię linii kolejowej i wiaduktu, koncentrując się na opowieści o ostatnim wielkim powstaniu Szkotów przeciwko rządom Londynu. Na brzegu pobliskiego Loch Shiel doszło w 1745 roku do spotkania młodego pretendenta do szkockiego tronu – Bonnie Prince Charles’a z przedstawicielami klanów marzących o wolności. Gdy policzono siły, podniesiono na maszt sztandar Stuartów i powstańcy ruszyli na Edynburg. W miejscu tego spotkania, na brzegu jeziora, stoi obecnie zwieńczona figurą szkockiego górala kamienna wieża, z której roztacza się oszałamiający widok na okolicę. Jako, że odwiedziliśmy Glenfinnan w najcieplejszym dniu całej wyprawy, zaryzykowaliśmy nałożenie krótkich spodni, a co młodsi turyści pławili się nawet w wodach jeziora.

W planach mieliśmy znalezienie zakwaterowania bliżej Fort William i zaliczenie wejścia na najwyższy szczyt całej Wielkiej Brytanii – Ben Nevis (1345 m. npm.). Jednak ze względu na przystępność cenową noclegów, wylądowaliśmy bliżej Inverness, a całkiem daleko od ambitnego celu wspinaczkowego. Poza tym, po obejrzeniu kilka filmików z kolejkami wędrowców zmierzających na szczyt Ben Nevis zrozumialem, że wejście nań, to doświadczenia nadto grupowe. W końcu, mierząc zamiary na siły, nabrałem wątpliwości, czy nasza wycieczka osób w wieku 60 plus podołałaby zadaniu. Nie chciałem jednak zrezygnować całkowicie z wyjścia w góry. Tak trafiliśmy w masyw Creag Meagaidh. Najwyższy punkt tego pasma wznosi się na 1130 m npm., co czyni go 18 najwyższą górą w Zjednoczonym Królestwie. Cały kompleks ma status narodowego rezerwatu przyrody, chwalącego się odtwarzaniem górskich lasów oraz bogatą fauną. Odtwarzanie lesistości wiąże się z ograniczeniem populacji jeleni w parku. Jakimi metodami osiąga się ten cel, można się domyślić po ogłoszeniach reklamujących potrawy z mięsa jelenia oraz sprzedaży surowego mięsa do przyrządzenia we własnej kuchni. 

W każdym razie wybraliśmy dość zachowawczy wariant wycieczki doliną potoku Alt Coire Ardair, aż do polodowcowego cyrku, którego dno, na wysokości ok. 630 m npm., wypełnia górski staw Lochan a’Choire. Trasa początkowo wiedzie przez sosnowo-brzozowo-jarzębinowe lasy. Dobór gatunków oraz fakt, że odbudowa lasu trwa dopiero od 30 lat, tłumaczy dlaczego nie jest to las wysokopienny. Później wędruje się długim trawersem wysoko ponad dnem doliny, z widokiem na imponujące urwiska Creag Meagaidh. Na koniec schodzi się do potoku, pokonuje ostatni wał zamykający kotlinę stawu i, proszę bardzo, jesteśmy u celu. Krajobrazy jak w Karkonoszach, tyle że urwiska znacznie większe. Ponieważ to Wielka Brytania więc, mimo że to teren chroniony, lista zakazanych czynności jest znacznie krótsza. Dlatego wielu z wędrowców decydowało się schłodzić w lodowatych wodach stawu. Odpoczywając u wypływu strumienia mieliśmy widok ku głębokiej przełęczy zwanej Window, przez którą wiedzie ścieżka na grzbiet. Nagle ponad nią zobaczyliśmy drapieżnego ptaka. Odruchowo wziąłem go za najpopularniejszego u nas myszołowa. Porównanie z sylwetkami ludzkimi na ścieżce, a jeszcze lepiej z latającym w pobliżu krukiem, sugerowało jednak, że jest to przedstawiciel znacznie większego gatunku. Gdy ptak wleciał w lepiej oświetloną przestrzeń, zobaczyliśmy jaśniejszą głowę i krawędzie skrzydeł. O rany! Przecież to orzeł przedni. Nie miałem lornetki, więc podekscytowany podbiegłem do pary starszych birdwatcherów wskazując im miejsce, gdzie poleciał ptaszor. Niestety, mimo długotrwałych poszukiwań, drapieżnik już więcej się nam nie ukazał. Cóż, zaliczyłem kolejną niepotwierdzoną obserwację, choć uprawdopodobnioną zapisem na oficjalnej stronie parku, że orły przednie są gatunkiem gniazdującym na skałach Creag Meagaidh.

Nasze miejsce zamieszkania – Invermoriston –  to malutka wioseczka, mogąca pochwalić się imponującymi wodospadami na rzece Moriston, przerzuconym nad nimi w 1813 roku kamiennym mostem oraz nieco dziwacznym, w tym miejscu, pomnikiem znicza olimpijskiego, upamiętniającym olimpiadę w Londynie w 2012 roku. Warta wzmianki jest natomiast obecność dwóch przybytków gastronomicznych: restauracji w miejscowym hotelu oraz community cafe. O pierwszej wspominam ze względu na atmosferę i wnętrza niczym z ekranizacji powieści Agaty Christie oraz młodą kelnerkę, która oprócz  ponadprzeciętnych umiejętności prowadzenia small talk’u z klientami, charakteryzowała się urodą w, jak to ujął Podziomek, typie angielskiej róży. Kto szuka definicji, znajdzie ją w odmętach Internetu. Od niej dowiedzieliśmy się, że szef kuchni i część personelu, to Czesi. Szkoda tylko, że nie zdecydowali się na wprowadzenie do menu knedlików. W sezonowo otwartej kawiarni dwukrotnie jedliśmy śniadania, które były odpowiednio urozmaicone i sycące, ale główną atrakcją była możliwość przeglądu typów ludzkich przewijających się przez lokal. Byli to głównie turyści: zagraniczni i miejscowi, niektórzy nawet w kiltach. Oprócz posiłku wszyscy, włączając nas, otrzymali możliwość pogaduszek z przemiłą obsługą. Natomiast restauracja w Fort Augustus, z najpiękniejszym widokiem na Loch Ness, pełni jednocześnie rolę przystani dla łodzi. Przybytek jest we władaniu tureckiej rodziny, dzięki czemu menu dryfuje w kierunku śródziemnomorskim. My z tego skorzystaliśmy, ale kelnerzy kursujący między kuchnią, a stolikami rozstawionymi na nabrzeżu, anonsując dostarczenie kolejnego dania, najczęściej krzyczeli “Fish and Chips” lub “Cullen Skink”. Cóż, czym skorupka za młodu nasiąknie …

Mewa z nad Loch Ness to ma dopiero używanie