Kategorie
Polska

Historia miłości czyli o tym jak Chełmno pokochało św. Walentego

Czasy po wprowadzeniu reformacji charakteryzowały się osobliwą dynamiką, a życie religijne trudną do zaakceptowania, z dzisiejszej perspektywy, ekspresją. Podczas gdy teologowie prowadzili uczone dysputy i konsylia lud, tak protestancki jak i wyznania rzymskiego, koncentrował się na bardziej dosadnym okazywaniu swej wyższości wobec innych form religijności. W pomorskim Chełmnie, protestanccy żacy Gimnazjum Chełmińskiego, którzy zasiedlili opuszczony klasztor franciszkanów splądrowali krypty kościelne rozbijając trumny, a wyrzucone z nich szczątki ludzkie stały się “igrzyskiem pospolitym żaków zuchwałych”. Los ten spotkał również doczesne szczątki Jana z Łobdowa (Łobdowczyka), mistyka i lektora tutejszego klasztoru, który wedle XV wiecznego wykazu świątobliwych franciszkanów “w Prusach (…) jaśniał licznymi cudami po śmierci”.

Ale oto, po każdym takim incydencie jego kości wracały do grobowca. Katolicy widzieli w tym cud i potwierdzenie świętości cnego franciszkanina, natomiast podejrzliwi protestanci zorganizowali zasadzkę i przyłapali niejakiego Gorczyca z Lubawy, który nie tylko zbierał i z czcią czyścił porozrzucane kości, ale też uzupełniał ich braki, innymi, przynoszonymi z przykościelnego cmentarza. Zdarzenie to dało asumpt do kwestionowania autentyczności relikwii. Ani jednak uzupełnianie relikwii o cudze kości, ani też fakt, że formalnie Jan z Łobdowa był i nadal jest tylko kandydatem do “chwały ołtarzy” nie zmniejszyły jego kultu. Przygasał on i wybuchał, relikwie lądowały w coraz cenniejszych trumnach, w coraz to innych miejscach (obecnie znajdują się w kaplicy szyperskiej katedry toruńskiej), ale do dzisiaj wspomina się Łobdowczyka podczas nabożeństwa 9 października, w domniemanym dniu jego śmierci, a za patrona uważają go flisacy (uwaga, górale pienińscy: czy ktoś o tym u was słyszał?) oraz żeglarze, w każdym razie ci z Klubu Turystów Wodnych w Chełmnie.

O tym, że kult świętych nie rządzi się racjonalnym zasadami, przypomniałem sobie w chełmińskiej farze przed ołtarzem św. Walentego. W srebrnej puszce ufundowanej w roku 1630 przez Jadwigę Działyńską, starościnę bratiańską, ukryte są relikwie tego świętego. Za przyczyną świętego tak starościna jak i jej córka “doznały pomocy” w chorobie. Św. Walenty przez wieki uważany był za opiekuna w zdrowotnych niedomaganiach, zwłaszcza w przypadku epilepsji. Gdy w związku z postępem naukowym wzrosło zaufanie do medycyny, przypisano mu rolę patrona miłości, czyli zjawiska trudniejszego w opisie przy pomocy wzorów i formuł. Nadawał się do tego gdyż, w zależności od życiorysu, a to udzielał ślubów żołnierzom rzymskim, gdy cesarz Klaudiusz II Gocki domagał się od nich pozostawania w stanie bezżennym, a to udzielił ślubu poganinowi i chrześcijance, a to w przeddzień ścięcia mieczem wysłał list (protowalentynkę) do córki strażnika więziennego podpisując go “Twój Walenty”. Jako, że relikwie Walentego posiada jeszcze z tuzin polskich kościołów, a we Włoszech, gdzie żył i umarł, liczby te są wielokrotnie większe, zachodzi podejrzenie, że można by z nich złożyć kilku bogobojnych mężów.

Jednakże, z kilkunastu polskich miast, w których przechowywane są relikwie św.Walentego tylko w Chełmnie postanowiono wykorzystać ten fakt do promocji miasta. Stąd, gdy otworzymy stronę internetową urzędu miasta pierwsze co rzuci się nam w oczy to hasło “Chełmno – miasto zakochanych” oraz logotyp w kształcie serca, obydwa chronione znakiem Ⓡ . W okolicach 14 lutego przygotowywany jest specjalny program walentynkowy, w ramach którego można za darmo zwiedzać miejskie zabytki, uczestniczyć w wystawach, prelekcjach, a nawet nabożeństwach dla zakochanych organizowanych w kościele ojców Pallotynów. Na rynku przez dwa dni odbywa się jarmark św. Walentego, a sklepy przyozdabiają się czerwonymi serduszkami i/lub elementami bielizny damskiej w tymże kolorze. Co jednak najważniejsze – naród ten scenariusz kupuje! Po zasiedleniu pokoju w staromiejskim pensjonacie wybraliśmy się z Podziomkiem na spacer po głównym staromiejskim deptaku – ulicy Grudziądzkiej. Było blisko godziny 20 w piątkowy wieczór, łapał lutowy mrozek, powietrze było ostre jak brzytwa. Ale ulica tętniła życiem, sklepy były otwarte, towarzystwo liczne i ożywione. Na rynku odbywał się jakiś koncert, do którego nagłośnienia użyto pewnie dużą część mocy konsumowanej przez miasto w przeciętny wieczór. Restauracje i kawiarnie puchły od klientów. Rezerwacji stolika, robionej na tydzień przed wyjazdem udało mi się dokonać w trzeciej z kolei, chyba największej w mieście, karczmie. Przy okazji dowiedziałem się, że na św. Walentego lokale wydłużają swoje normalne godziny pracy. A to wszystko w pomorskim, powiatowym miasteczku liczącym niespełna 20 tysięcy mieszkańców. Toż to prawdziwy cud za wstawiennictwem świętego!

Chełmno, w czasach przed rewolucją świętowalentyńską, miało się wszakże czym pochwalić. Założone przez Krzyżaków, jako przyszła stolica ich państwa, zaplanowane było z wielkim rozmachem. Nadane mu prawo chełmińskie służyło za wzór setkom później powstałych miast w naszym kraju. Stare miasto o rozmiarach 800 na 530 metrów przewyższa obszarem średniowieczne centra większości miast w Polsce. W granicach wytyczonych przez zachowane mury miejskie wznosi się sześć świątyń zbudowanych w stylu gotyckim. Tutaj prawdziwym jawi się slogan “Gotyk na dotyk”! Do tego rzadki na Pomorzu przykład renesansowego (acz, w przeciwieństwie do gdańskiego, potynkowanego na biało) ratusza i dziesiątki kamienic i kamieniczek rozmaitych w formie lecz wspartych na gotyckich fundamentach. Przy tym położenie na na wysokim wschodnim brzegu doliny Wisły zapewniające dalekie widoki na rzeką, położone na jej drugim brzegu Świecie i Bory Tucholskie na horyzoncie. Przy tylu turystycznych aktywach miasto, zasługujące na miano pomorskiego Kazimierza, nie było dawniej w Polsce specjalnie znane.

W odbudowanej wieży ciśnień dział jedna z kawiarni

Mnogość budowli sakralnych przy względnie małej liczbie mieszkańców skutkuje też, rzadką w Polsce, rozmaitością  formy ich użytkowania. To z kolei rzutuje na ich atrakcyjność turystyczną. Parafia obejmująca całe stare miasto jest tylko jedna z kościołem farnym Wniebowzięcia NMP wznoszącym się w pd.-wsch. narożniku Rynku. Świeżo odnowione wnętrza atakują zwiedzających złoceniami rozbuchanego baroku. Ołtarz z relikwiami św. Walentego jest w tym otoczeniu skromnym elementem wyposażenia. W zamknięciu lewej nawy jest ołtarz z XVII wiecznym obrazem Matki Boskiej Bolesnej (Pieta Chełmińska). Uznana za opiekunkę miasta jest, w różnych formach, oddana i wyeksponowana w przestrzeni miejskiej np. jej rzeźba wita wkraczających do centrum przez Bramę Grudziądzką. Starsze, bo XIV wieczne, są polichromie, które ukazują, i to dwukrotnie, mojego patrona św. Krzysztofa. Ze względu na usytuowanie, bogactwo wyposażenia oraz fakt udostępniania w okresie letnim wieży widokowej, kościół ten jest najpopularniejszy i najbardziej znany wśród turystów. Ja sam, dotychczas, nie odwiedziłem innej chełmińskiej świątyni. 

Parafia ma dwie filie w dawnych kościołach franciszkanów i dominikanów. Ten pierwszy po kasacie zakonów katolickich w państwie pruskim został, po latach opuszczenia, przystosowany do roli kościoła szkolnego Gimnazjum Chełmińskiego. Dawne wyposażenie przeniesiono do innych świątyń, a nowe zaprojektowano w stylu neogotyckim w początkach XX w. Kościół dominikanów był w latach 1841-1945 używany przez chełmińskich ewangelików. Jego gotycka, szczytowa fasada służyła za wzór dla odbudowywanej po zniszczeniach II Wojny Światowej, katedry warszawskiej. To drugi, po prawie chełmińskim, prezent miasta dla obecnej stolicy. Obydwa kościoły służą celom kultowym tylko incydentalnie. Szpitalny kościół św. Ducha był pierwszym schronieniem dla chełmińskich relikwii św. Walentego. Teraz jest całkiem pusty i używany przez miejscowe bractwo rycerskie. W końcu, najmłodszy (bagatela, pochodzący z pierwszej połowy XIV w.) i najmniejszy kościółek św. Marcina, pełniący w przeszłości rolę, w zależności od relacji demograficznych, świątyni dla polsko- czy niemieckojęzycznej społeczności katolickiej miasta, obecnie jest tylko stylową ozdobą podwórka szkolnego mając za sąsiedztwo boisko sportowe i pawilon szkolnej biblioteki.

Oprócz kościoła farnego najcenniejsze wyposażenia zachowało się w klasztornym kościele sióstr szarytek. Szarytki, prowadzą w Chełmnie duży kompleks zakładów opiekuńczych. Duży w tym przypadku oznacza zajmujący powierzchnię ok. 1/6 starego miasta. Pierwotnie było to bowiem miejsce przewidziane na zamek, nie byle jaki, bo siedzibę Wielkiego Mistrza Zakonu NMP. Gdy plany się zmieniły, Krzyżacy udostępnili teren zakonowi cystersek, od których klasztor przejęły benedyktynki, a w końcu już w XIX w. szarytki. Kościół, przylegający do murów miejskich od ulicy oddzielony jest młodszą zabudową klasztorną. Jest architektonicznym klejnotem dla wtajemniczonych. Aby go zwiedzić trzeba udać się do klasztornej furty. To tradycyjne określenie oznacza wejście głównymi drzwiami i poproszenie o wskazówki siostry dyżurującej w pomieszczeniu, w świeckim świecie, zwanym portiernią. Zanim dostaniemy się do kościoła trzeba obejrzeć kilka pomieszczeń z historycznymi sprzętami i strojami liturgicznymi oraz klasztorną aptekę. Kościół ma wydłużony balkon chóru, skąd mszy słuchają zakonnice, więc cała reszta wyposażenia, w tym organy, upchnięta jest w prezbiterium i bocznych kaplicach. Poza wspaniałym barokowym ołtarzem znajdziemy tam przejmującą XIV wieczną figurę Chrystusa z ruchomymi ramionami umożliwiającymi zdjęcie z krzyża i umieszczanie jej w grobie przed Wielkanocą oraz doskonale zachowaną płytę grobową z końca XIII w. Swój dobry stan zawdzięcza faktowi, że przez wieki była używana jako blat stołu ołtarzowego. Wystrój malarski charakteryzuje użycie jaskrawych motywów kwiatowych oraz śmiałe zestawienia kolorów stwarzające, zwłaszcza w partiach wejściowych, wrażenie pewnej orientalności. Nie wszystkie części zespołu klasztorno-opiekuńczego są dostępne dla zwiedzających. Nam zdarzało się utknąć pod zamkniętymi drzwiami. Jednak bez paniki! Niespodziewanie pojawiała się wtedy postać w habicie, otwierała zamknięte wrota i udzielała rad co do dalszej drogi.

Charakterystyczne budynki nowszej części zespołu klasztorno-opiekuńczego sióstr szarytek

W roku 1386 papież Urban VI wydał przywilej, na mocy którego w Chełmnie powstać miał uniwersytet, na podobieństwo bolońskiego, z czterema wydziałami: teologicznymi, prawniczym, lekarskim i filozoficznym. Nadzór nad programem uczelni oraz jej warunkami finansowymi powierzono biskupom chełmińskim. Ci jednak chyba nie nazbyt palili się do angażowania w to przedsięwzięcie. Pomimo wydania kolejnego przywileju w roku 1434 przez cesarza Zygmunta Luksemburskiego uczelnia nadal nie powstała. Dopóki Zakon Najświętszej Marii Panny był katolicki krzyżacy nie palili się do posiadania na swych ziemiach wyższej uczelni. Po sekularyzacji i przyjęciu protestantyzmu książę Albrecht Hohenzollern (ten od Hołdu Pruskiego) zmienił zdanie, ale lokalizacja w Chełmnie nie mogła być brana pod uwagę, gdyż miasto należało już do Polski. U schyłku Rzeczypospolitej szkoła chełmińska uzyskała status kolonii akademickiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale granice porozbiorowe odcięły ją od macierzystej uczelni więc kolejna próba utworzenia uniwersytetu też się nie powiodła. Natomiast szkolnictwo na poziomie średnim miało się w Chełmnie zawsze dobrze, a miejscowe Królewskie (katolickie) Gimnazjum Klasyczne uzyskało w 1866 roku siedzibę na ul. Dominikańskiej, której nie powstydziłby się niejeden uniwersytet. Na pewno na uniwersyteckim poziomie stała biblioteka posiadająca w swoich zbiorach m. in. rękopisy dzieł Grzegorza Wielkiego, protestancką Biblię Radziwiłłowską z 1563 roku czy cenny zbiór pierścieni, gemm i kamei (miniaturowych kamiennych płaskorzeźb). Uległa ona jednak zniszczeniu i rozkradzeniu przez Niemców podczas II Wojny Światowej.

Budynek dawnego Gimnazjum obecnie mieści Zespół Szkół Ogólnokształcących nr 1, fot. Magdalenadreścik, lic. CC BY-SA 3.0 pl

Chełmno ze względu na położenie stwarza możliwość szybkiego dojazdu do innych turystycznych celów jakimi są Toruń i Grudziądz. Tym razem wybraliśmy to drugie miasto. Mamy tam ulubioną kawiarnię w uliczce pod parasolkami prowadzącej od Rynku ku ulicy Spichrzowej. Tym razem w ofercie zaskoczyła nas obecność piwa z miejscowego mini browaru. Szkoda tylko, że nie ma on praw do używania tradycyjnej dla miasta marki “Kuntersztyn”. Spacer po nadwiślańskich błoniach, w słoneczne, mroźne południe z widokiem na imponującą linię wielokondygnacyjnych spichrzy i górującymi nad nimi wieżami kościoła farnego, kolegium jezuickiego i odbudowanej wieży zamkowej, zwanej Klimkiem, utwierdził mnie w przekonaniu, że Grudziądz posiada najatrakcyjniejszy widokowo waterfront spośród wszystkich nadwiślańskich miast w Polsce. Odkryciami tego wyjazdu były dwa obiekty w stylu neogotyckim, obydwa związane z protestantami grudziądzkimi. Obecna świątynia parafialna wzniesiona w 1916 roku dla kościoła apostolsko-katolickiego (tu ciekawostka: wyrosłego z prezbiteriańskiego Kościoła Szkocji!) jest architektonicznie skromna, ale ze względu na usytuowania na bastionie murów miejskich jest efektownie wyeksponowana od strony południowej. Od strony północnej, schodkowy szczyt kościółka ładnie zamyka perspektywę ulicy Murowej. Obecna parafia jest liczbowo niewielka, ale przed II Wojną Światową, gdy ewangelików (głównie niemieckich) w mieście było ponad 3000, do celów kultowych służył im obecny rzymsko-katolicki kościół pw. Niepokalanego Serca NMP. Stracił on w wyniku działań wojennych wyniosły szczyt swej wieży, ale nadal prezentuje wszystkie cechy bogatego neogotyku. W środku natomiast świątynia jest zaskakująca surowa w wyglądzie. Dominującym elementem wyposażenia jest współczesny krucyfiks w prezbiterium. Na ścianie wschodniej umieszczono zachowane elementy neogotyckiego ołtarza. Ukłon w kierunku liturgicznych preferencji obecnych użytkowników stanowi udana figura Matki Boskiej we wnęce na zamknięciu lewej nawy oraz tematyka witraży w wielkich oknach naw. Prócz tego pustka pobielonych ścian. Czyżby to działał stary dobry “Genius loci”?

Moja wywodząca się z Pomorza rodzina ma w repertuarze bożonarodzeniowych kolęd także kilka pozycji niemieckich. Nawet w czasach obecnych, gdy liczba jej członków władających mową Goethego i Schillera mocno się skurczyła, śpiewamy czasem podczas rodzinnego kolędowania, do dziś popularny za naszą zachodnią granicą, świąteczny szlagier “Leise rieselt der Schnee”. W Grudziądzu skwer urządzony w dawnej miejskiej fosie w pobliżu kościoła protestanckiego nosi imię pastora Eduarda Ebela. Po sprawdzeniu hasła w Wikipedii okazało się, że był to autor tekstu tej kolędy, a jednocześnie proboszcz miejscowej parafii ewangelicko-unijnej. To odkrycie skierowało mnie ku refleksji nad polsko-niemiecką historią Pomorza. Według spisu ludności z 1910 roku w Chełmnie polski jako język ojczysty wykazało 6263, a niemiecki 5033 osób. Jak na swoją niewielką liczebność i ograniczone znaczenie administracyjne czy ekonomiczne, miasto może pochwalić się dużą liczbą znanych w historii osób. Ludwik Rydygier, późniejszy profesor i rektor Uniwersytetu we Lwowie, dokonał w Chełmnie pionierskich operacji resekcji żołądka. Rodzina Raszejów wydała trzech braci Maksymiliana, Franciszka i Leona, będących odpowiednio profesorami teologii i medycyny oraz, w przypadku Leona ostatnim przedwojennym prezydentem Torunia. Wszyscy trzej zginęli w czasie II Wojny Światowej. Spośród niemieckich mieszkańców Chełmna, znanego ówcześnie pod nazwą Kulm, na karty historii bez wątpienia przebił się generał Heinz Guderian, teoretyk i praktyk użycia wojsk pancernych w ramach blitzkriegu. Gdy kolumny pancerne generała siały popłoch na frontach II Wojny Światowej, inny słynny chełmianin – Kurt Schumacher – przebywał w obozach koncentracyjnych, w których w sumie spędził 9 lat, 9 miesięcy i 9 dni. Po wojnie odbudował socjaldemokrację niemiecką i bezskutecznie kandydował na stanowisko prezydenta RFN.

Oferta kulinarna Chełmna jako miasta turystycznego jest ponadprzeciętna. Wolny stolik trudno było jednak znaleźć i w powalentynkową sobotę. Z tego powodu znaleźliśmy się w najstarszej i najszacowniejszej restauracji, położonego na drugim brzegu Wisły, Świecia. Trafiliśmy tam na większe rodzinne przyjęcie, które postawiło przed obsługą, bez mała niemożliwe do wykonania, zadanie obsłużenia pozostałych gości. Atmosfera była więc napięta, lecz w menu odkryliśmy warte wzmianki, typowo pomorską zupę owocową z przetartych gruszek z kładzionymi kluseczkami oraz deserową bezę. Ta ostatnia zostawiła w pokonanym polu desery z innych lokali, w tym nawet tych o profilu kawiarnianym. Lokal odwiedzony w niedzielę pobił inne poziomem obsługi i stosunkiem jakości do ceny serwowanych steków. Natomiast walentynkowa karczma punktowała w dziedzinie całokształt (smak/wystrój/obsługa). No i w walentynkowym bonusie był nastrojowy spacer po wieczornym Chełmnie.

Chełmno, niewątpliwie, zasługuje na uznanie jako przykład mistrzowskiego wykorzystania dobra niematerialnego (kult św. Walentego) do promocji miasta. Niczym legendarny baron Münchhausen potrafiło wyciągnąć się za uszy z bagna prowincjonalnej, polskiej przeciętności. Na chełmińskim rynku znajdziemy jednak dowód, że ciągle można coś ulepszyć. Otóż na samym pn.-zach. narożniku placu razi oczy wielka wyrwa w zabudowie. Wznosił się tam niegdyś hotel Dwór Chełmiński mieszczący w czasach PRL także dom kultury i bibliotekę pedagogiczną. Budynek zgorzał w 1984 roku i do dzisiaj nie udało się go zastąpić nową kamienicą. Tymczasem w pobliżu, pod numerem 26, stoi obiekt z lat dwudziestych XX wieku, zbudowany już kilka lat po pożarze, który zniszczył stojącą w tym samym miejscu tzw. kamienicę z polską attyką. Nie mnie osądzać, czy jest to przykład skuteczności ówczesnego, jeszcze pruskiej proweniencji, systemu ubezpieczenia od ognia czy też większej niż w przypadku właściciela publicznego efektywności gospodarowania właściciela prywatnego. W każdym razie, nieumiejętność poradzenia sobie z tą luką w zabudowie w tak prestiżowym miejscu nie pozwala mi pisać o Chełmnie wyłącznie w trybie afektowano-laurkowym.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *