Kategorie
Polska

Między Sudetami, a Beskidami czyli blaski i cienie Raciborza

Staromiejska statua św. Jana Nepomucena w Raciborzu wykonana jest w wersji bogatej. Wyniesiona na szczyt zdobionego wolutami postumentu otoczona jest puttami wyłaniającymi się z obłych zawijasów, ni to chmur, ni fal Wełtawy. Chyba dla zrównoważenia kompozycji, bo nigdy nie słyszałem o takim atrybucie Nepomuka, u stóp świętego klęczy żebrak otrzymujący jałmużnę. Choć kompozycja rzeźbiarska musiała powstać w schyłkowym okresie panowania austriackiego nad Śląskiem (lata 20- do 40-tych XVIII w.), to w obecne miejsce trafiła z inicjatywy imiennika świętego, proboszcza pobliskiego kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, dopiero w roku 1818 i odtąd, przez 127 lat, stanowiła ozdobę Nowego Rynku. Nie ma wątpliwości, że fundatorzy nie poskąpili środków i najęli do prac utalentowanego rzeźbiarza. Prawdopodobnie był to sam Johann Melchior Oesterreich, tajemniczego pochodzenia (nie dajmy się zwieść nazwisku) artysta, autor kolumny maryjnej na raciborskim rynku, jak też mnogich Nepomuków rozsianych po Opolszczyźnie i Górnym Śląsku.  

Jeśliby kto szukał pozostałości zabudowań rynkowych, to stracił na to szansę w wyniku podpalenia zabudowań przez żołnierzy niezwyciężonej Armii Czerwonej wiosną 1945 roku oraz późniejszej decyzji, że substancja materialna odzyskanych piastowskich ziem nada się w sam raz do odbudowy, bardziej jednak Polakom bliskiej, stolicy państwa – Warszawy. W późniejszych latach centrum Raciborza, pozbawione 80% zabudowy, zapełniono historycyzującymi budynkami w stylu warszawskiego Mariensztatu, ale wydłużony prostokąt ograniczony ulicami Nową, Basztową, Piwną i kościołem farnym pominięto, prawdopodobnie zamierzając przeprowadzać tam masówki i pochody ludu pracującego miasta ku wsparciu polityki partii i rządu. Może o tym świadczyć wystawienie trwałej trybuny w pobliżu Baszty Więziennej. Z czasem moda na takie imprezy uległa wygaszeniu, rosła natomiast ilość samochodów w posiadaniu mieszkańców. I tu pusta przestrzeń, dla niepoznaki nazwana placem Długosza, okazała się jak znalazł, mieszcząc setki pojazdów mechanicznych raciborzan i gości miasta. I tak św. Jan Nepomucen został obstawiony samochodami, pełniąc rolę artystycznie wysublimowanego dziadka parkingowego.

Nie jest to jedyne miejsce w Raciborzu, gdzie boleśnie odczuwa się dysonans między małą architekturą, a jej otoczeniem. Wychodząc do miasta z dworca kolejowego, znajdziemy się na trójkątnym placyku, z którego szczytu wybiega w stroną centrum reprezentacyjna niegdyś ulica Kolejowa (Bahnhofstrasse), obecnie nosząca imię Mickiewicza. Można nią dotrzeć na raciborski rynek, a jej perspektywę zamyka wieża kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Włodarze miasta postanowili jednak wesprzeć lokalną przedsiębiorczość i, za ich zgodą, u początku miłej dla oka osi widokowej umiejscowiono plastikową budkę z kebabem. Podążając ulicą Mickiewicza w stronę centrum dotrzemy do pomnika Josepha von Eichendorffa, niemieckiego poety romantycznego, który urodził się i lata dzieciństwa spędził w Raciborzu i jego okolicach. Pomnik jest kopią wcześniejszego monumentu z 1909 roku. Pierwotnie za tło miał gmach starostwa powiatowego. Zarówno budynek, jak i pomnik, zostały starte z powierzchni ziemi “w wyniku” powrotu ziemi raciborskiej do Macierzy. Ponowne odsłonięcie pomnika nastąpiło w roku 1994, w pierwotnej lokalizacji. A po 14 latach zdecydowano, że najlepszym tłem dla niego będzie galeria handlowa. Tym sposobem poeta znany w Niemczech, jako “piewca lasów”, został zdegradowany do roli odźwiernego w świątyni komercji. Że nie jest to w Polsce wyjątek świadczy, opisany w jednym z wcześniejszych postów, przypadek pomnika Józefa Wybickiego w Kościerzynie.

Autorzy opisu raciborskiej kaplicy zamkowej pod wezwaniem św. Tomasza Kantuaryjskiego, w dziewiętnastowiecznym miesięczniku budowlanym Zeitschrift für Bauwesen stwierdzali, że Kaplica swoim szlachetnym i czystym stylem gotyckim bezspornie zafascynuje każdego miłośnika sztuki”. Dodam od siebie, że nawet osoby bez architektonicznego przygotowania podzielą tę opinię. Budowla jest krótka, lecz wysoka, a jej bryła i wnętrze zwracają uwagę swoją strzelistością. Kaplica nie ma obecnie wyposażenia, oprócz ławek, obrazu patrona i dwóch rzeźb. Nic nie przeszkadza więc w podziwianiu charakterystycznych dla gotyku elementów architektonicznych: sklepienia krzyżowo-żebrowego, zworników, półkolumienek wspierajacych ożebrowanie sklepienia, zdobień o motywach roślinnych, maswerków w ostrołukowych oknach, czy ciągu wnęk na ścianie północnej zwieńczonych wimpergami z krzyżem. Nie dziwota, że od połowy XIX w. porównywano ją z paryską Sainte Chapelle. Jako właścicielom zawilgoconej piwnicy, przeszkadzało nam tylko, że przy ostatniej renowacji nie rozwiązano i tego problemu. Para skraplająca się na szybie przykrywającej wziernik do podkaplicznej krypty, jest tego najlepszym dowodem.

Zamek już w XVI stuleciu stracił swój rezydencjonalno-obronny charakter. Pomału, acz konsekwentnie, coraz większą rolę odgrywała tu działalność piwowarska, czego zwieńczeniem, po pożarze w 1858 roku, była budowa browaru w miejscu północnego i zachodniego skrzydła dawnej warowni. Produkcja trwa tam do dziś i przez okna można dostrzec wielkie metalowe kadzie do warzenia złocistego trunku. Jednak proporcje działalności komercyjnej i kulturalnej właśnie ulegają zmianie. Powiat raciborski skończył dopiero co remont dawnej słodowni, z przeznaczeniem na muzeum przybliżające historię księstwa opolsko-raciborskiego. Eklektycznie skrojony program wystawienniczy tej instytucji rodzi jednak obawy, że będzie to multimedialne panoptikum o dosyć niejasnym przekazie. Co nie znaczy, że nie spodoba się odwiedzającym, zwłaszcza dziatwie szkolnej.

Strzelistość to najbardziej zauważalny przymiot kaplicy

Wspomniany wyżej kościół farny pw. Wniebowzięcia NMP sprawia wrażenie usytuowanego w pd.-wsch. narożniku rynku. Trudno uwierzyć, że w czasach niemieckich na niewielkim skwerku przed świątynią pomieściła się wielkomiejska kamienica. W tym przypadku jednak brak odbudowy pozwolił na wyeksponowanie gotyckiej bryły kościoła. Dla osoby przekraczającej po raz pierwszy główne wejście najbardziej zaskakującym jest to, że prowadzi ono do tzw. Kaplicy Polskiej, usytuowanej poprzecznie do nawy głównej i służącej jako miejsce codziennej adoracji Najświętszego Sakramentu. Chcąc więc dotrzeć do głównej części świątyni, trzeba przejść między pogrążonymi w modlitwie wiernymi, a obiektem ich kultu. Dla uniknięcia tej  niezręcznej sytuacji warto wiedzieć, że wchodząc wejściem od ul. Mickiewicza można, za plecami modlących się, skręcić do bocznej nawy głównego korpusu kościoła. A tam znajdziemy ciekawy, barokowy ołtarz, sklepienie gwiaździste, nagrobki i epitafia oraz malowidło podorganowe z 1966 roku ukazujące, obok deklaracji wierności kościołowi, historyczną panoramę miasta oraz jego patronów: papieża Marcelego, który w 1290 r. cudownym pojawieniem się przepłoszył Tatarów spod Raciborza i piastowską księżniczkę Eufemię (Ofkę), która wybrała życie dominikańskiej zakonnicy, zamiast świeckich splendorów. Nie zobaczymy już jednak wspaniałych, barokowych stalli z prezbiterium, o których wspominają wszystkie przewodniki, ponieważ zostały strawione przez czerwonoarmijną pożogę w roku 1945. 

Polichromia z patronami miasta

Wnętrze drugiego z rynkowych kościołów, podominikańskiego, pod wezwaniem św. Jakuba, uległo chyba jeszcze większym zniszczeniom. Nadal ma barokowe ołtarze boczne i ambonę, ale ołtarz główny, przedstawiający adorację Marii z dzieciątkiem przez anioły, jest całkiem nowy. To on jednak zrobił na mnie największe wrażenie swoją bezpretensjonalnością – umieszczenie figur na gołej ścianie wyeksponowało uroczo całą scenę. Trudno mu jednak przyjrzeć się z bliska, bo, poza porami nabożeństw, kościół pozostaje zamknięty. Ostatni ze staromiejskich kościołów, niegdyś dominikanek, pw. św. Ducha, nie pełni już od 1810 roku funkcji sakralnej, a w 1927 roku zamieniony został na muzeum. Wnętrze podzielono na trzy kondygnacje, dzięki czemu można z bliska podziwiać detale późnorenesansowych polichromii ściennych. Muzeum chlubi się posiadaniem oryginalnej, liczącej sobie ok. 2800 lat, mumii egipskiej wraz z sarkofagiem. Z Egiptu przywiózł ją baron Anzelm von Rothschild i podarował młodej narzeczonej. Ta – co za niespodzianka! – nie przyjęła makabrycznego prezentu, który ostatecznie trafił do muzeum. Mnie jednak najbardziej ujął renesansowy piec zrekonstruowany na podstawie pozostałości znalezionych na zamku, zwłaszcza, że wśród postaci oddanych na jego zielonkawych kaflach poczesne miejsce zajmuje mój patron – św. Krzysztof.

Racibórz “od zawsze” pełnił funkcję regionalnego centrum administracyjnego. Tak było za piastowskiego księstwa opolsko-raciborskiego i pod rządami Habsburgów. Z okresu książęcego pochodzą liczne kościoły. A było ich nawet więcej, bo tam gdzie dominikanie, musieli być i franciszkanie. Ich klasztor uległ kasacji, a kościół rozbiórce, w pierwszej połowie XIX w. Po przejęciu Śląska przez Prusy zniesiono stare struktury, ale w ich miejsce pojawiły się nowe. W roku 1817 miasto stało się siedzibą Wyższego Sądu Krajowego Prowincji Górnośląskiej (Oberlandesgericht). Tak prestiżowy urząd wymagał stosownej siedziby. Stąd dzisiejszy sąd rejonowy mieści się w gmachu wzniesionym w stylu berlińskiego klasycyzmu, projektu nadwornego architekta króla Prus – Karla Friedricha Schinkla, nie licząc imponującego neorenesansowego skrzydła dobudowanego 70 lat później. Zasilany francuskimi kontrybucjami budżet zjednoczonych Niemiec mógł po 1871 roku sfinansować budowę wielu gmachów publicznych, niezbędnych w nowoczesnym państwie. Co ciekawe, mimo skali powojennych zniszczeń, obiekty takie, jak szkoły, koszary, czy więzienie przetrwały i służą swym celom po dzień dzisiejszy. Po I Wojnie Światowej i powstaniach śląskich powiat raciborski utracił ok. 40% powierzchni, nie tylko na rzecz Polski, ale i Czechosłowacji. Racibórz stał się miastem przygranicznym i musiał przyjąć sporą grupę przybyszów, którzy nie godzili się na pozostanie w dotychczasowych miejscach zamieszkania kosztem przyjęcie obywatelstwa nowopowstałych państw.  

Mimo to, był to okres wzrostu znaczenia miasta. Na podobieństwo bowiem dzisiejszych województw: lubuskiego i kujawsko-pomorskiego, ówczesna prowincja górnośląska miała dwie stolice. Nominalnie było nią Opole, ale rezydował tam tylko odpowiednik polskiego wojewody. Władze samorządowe natomiast miały siedzibę w Raciborzu. Na ich potrzeby powstały lub zostały przystosowane, kolejne reprezentacyjne gmachy, np. dzisiejsze liceum ogólnokształcące im. Kasprowicza funkcjonuje w dawnym budynku administracji prowincji. Rzesze urzędników potrzebowały dachu nad głową. Dla zaspokojenia ich głodu mieszkaniowego powstawały, zachowane do dzisiaj, całkiem udane założenia mieszkalne. Aż do dojścia Hitlera do władzy, prowincją rządziła katolicka partia Centrum. Wiodące funkcje we władzach zajmowali Ślązacy, stąd ze zbitki ich nazwisk powstała prześmiewcza i całkiem nie germańska nazwa prowincji: Propiulka. Litery “ul” w nazwie zawdzięczała Karlowi Ulitzka, wieloletniemu proboszczowi kościoła św. Mikołaja w Raciborzu, pełniącemu funkcję przewodniczącego Wydziału Krajowego, czyli odpowiednika urzędu marszałkowskiego. Na swojej plebanii przyjmował możnych tego świata, tak niemieckich, np. prezydenta Hindenburga, jak i zagranicznych. Ze względu na wpływy i możliwości, zwano go królem Górnego Śląska. Co ciekawe, Ulitzka był dwukrotnie wygnany z Raciborza. W 1939 roku – przez niemieckich nazistów, a w 1945 roku – przez polskich komunistów. W obydwu przypadkach parafianie pisali w jego obronie listy podnosząc, a to że uratował Racibórz i zachodnią część Górnego Śląska dla Niemiec, a to, że bronił praw polskojęzycznej ludności miasta i regionu, przez co był prześladowany przez hitlerowców, włącznie z uwięzieniem w obozie koncentracyjnym w Dachau. Pod koniec życia Ulitzka marzył o niepodległym Górnym Śląsku, na podobieństwo Szwajcarii, wracając przy tym do zapomnianego politycznego projektu z czasów plebiscytu 1921 roku. Taki ciekawy raciborski życiorys, który nie mieści się w biało-czarnej, swojsko-obcej narracji.

Jeśli o mnie chodzi, wystarczającym powodem, by odwiedzić Racibórz jest to, że z jego wybranych punktów można podziwiać widoki, zarówno na Beskidy, jak i na Sudety. Oczywiście znajdują się one, nie w położonym w dolinie Odry centrum miasta, ale na wyniesionych obrzeżach. My, obydwa pasma mogliśmy dostrzec z platformy położonej w sąsiedztwie obserwatorium geofizycznego PAN, w zachodniej części miasta. Znajduje się ono w specjalnie zaprojektowanej, drewnianej, modernistycznej willi, która mieściła centrum sieci sejsmologicznej, stworzonej na potrzeby i z funduszy górnośląskich kopalni. Najciekawsze, że był to typowy dla swej epoki “one man show”. Profesor Carl Mainka, osiadłszy tu w 1926 roku z żoną w charakterze asystentki i z jednym pracownikiem technicznym, przy użyciu aparatury swojego pomysłu prowadził badania, których wyniki ukazywały się w wiodących światowych pismach branżowych. Badacz, odludek, poświęcający życie nauce, to model realizowany w owych czasach choćby przez Paula Robiena w jego stacji ornitologicznej na jeziorze Dąbie pod Szczecinem, czy Alfreda Lityńskiego w stacji hydrobiologicznej nad Wigrami. Wymieniona dwójka nie przeżyła wkroczenia i przyfrontowych rządów Armii Czerwonej w 1945 roku. Profesor Mainka miał więcej szczęścia – zmarł śmiercią naturalną w 1943 roku.

W bliższej perspektywie, widok z tego miejsca zdominowany jest przez wielopiętrowe budownictwo mieszkalne z czasów PRL-u. Warto jednak zatrzymać wzrok na dwóch obiektach: Tuż u podnóża wzgórza, w kierunku wschodnim, wznosi się jedyny w mieście kościół w stylu barokowym, kryjący sanktuarium Matki Boskiej Raciborskiej. Znajduje się tu, otoczona kultem, 400 letnia ikony w typie Matki Boskiej Częstochowskiej. Była ona trzykrotnie koronowana: w roku 1932, 1955 i 1987. Powodem powtarzania tych uroczystości była dwukrotna kradzież cennych precjozów. Za pierwszym razem, pod koniec wojny – przez samych-wiecie-ktosiów, za drugim – zupełnie nie wiemy przez kogo, ale niewątpliwie posiadacza polskiego obywatelstwa. Fotografie z pierwszej koronacji, z czasów schyłkowej Republiki Weimarskiej, noszą podpis: Matka Boža Kirche. Ot, taki przygraniczny volapük (poprzednik esperanto w roli języka międzynarodowego, wymyślony przez niemieckiego księdza rzymskokatolickiego Johanna Martina Schleyera).

Widok na Lysa Hora (1323 m npm.) – najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego

Ku północy natomiast, w odległości nieco ponad kilometra, widać żelbetowej konstrukcji wieżę ciśnień oddaną do użytku w 1936 roku. O ile jej powstanie było uzasadnione rzeczywistymi problemami miasta z zaopatrzeniem w wodę, o tyle forma, którą przybrała oraz sposób użytkowania, starały się sprostać potrzebom ideowym rządzącej już wówczas niepodzielnie NSDAP. Konstrukcja o wysokości 37 metrów była doskonale widoczna z polskiego brzegu Odry, dlatego na jej szczycie zainstalowano maszt flagowy, godło państwowe oraz pierwsze wiersze niemieckiego hymnu narodowego. W przyziemiu  natomiast ulokowano mauzoleum bojowników o nazistowkie Niemcy, a na kolejnych kondygnacjach, ośrodek szkoleniowy NSDAP. Całości nadano nazwę Wieży Nadgranicznej (Grenzlandturm). Obiekt, choć imponujący rozmachem, nie spełnił założonej roli, gdyż wytwarzał zbyt wysokie ciśnienie wody, jak na wytrzymałość mającej już swoje lata raciborskiej sieci wodociągowej. Może, gdyby o jego parametrach decydowali inżynierowie, a nie politycy, byłby bardziej przydatny dla miasta.

Wschodni brzeg doliny Odry, powyżej Raciborza, jest wysoki, często lesisty. Tu znajduje się Las Obory, a w nim Arboretum Bramy Morawskiej z ogrodem w formie labiryntu i mini zoo. Liczne ścieżki spacerowe wiją się wśród liściastych lasów pokrywających bogato urzeźbione zbocza. Podobne warunki terenowe, choć z uboższą infrastrukturą, można spotkać w położonym w górę doliny Lesie Widok. W Pogrzebieniu, na krawędzi doliny, wzniesiono wieżę widokową. Nie widać stamtąd Beskidów, ale ku zachodowi, za upstrzoną lustrami stawów rybnych doliną Odry, majaczą sudeckie szczyty. Ku wschodowi, za mozaiką lasów, pól i wiejskich zabudowań, wzrok przyciąga regularny stożek monstrualnych rozmiarów hałdy Szarlota w Rydułtowach. Kolejny punkt widokowy znajdziemy w Grabówce. Widać stąd głównie zespół stawów Wielikąt, za to w pobliżu platformy wznosi się mały kościółek o ciekawej historii. Pierwotnie stał on we wsi Ligota Tworkowska, wysiedlonej w związku z budową polderu przeciwpowodziowego. Został rozebrany i odtworzony przez jej mieszkańców na wysokiej skarpie doliny Odry. Co ciekawe, ocalili oni i przenieśli w pobliże kościoła także kilka kamiennych słupów granicznych, wyznaczających przedwojenną granicę Polski i Niemiec. Napotkana przy pielęgnacji roślin sympatyczna pani w średnim wieku zaprowadziła nas do świetlicy wiejskiej, wchodzącej w skład powstałego tu kompleksu budowli. Pokazała nam dużą salę wielofunkcyjną, izbę pamięci oraz kronikę miejscowego zespołu śpiewaczego Koła Gospodyń Wiejskich. I był to bardzo charakterystyczny element tego wyjazdu. W każdym z odwiedzanych miejsc, napotkane osoby chętnie wchodziły z nami w interakcje opowiadając, a to o problemach z niesfornym szczeniakiem, a to o doborze właściwego serka do doskonałego tiramisu, a to o działalności grup zainteresowań w wiejskiej świetlicy. W tej części Śląska ludzie ewidentnie żyją ze sobą, a nie obok siebie.

Kulinarnie Racibórz plasuje się ponad średnią krajową. Każdego z sześciu dni pobytu jadaliśmy gdzie indziej, a i tak nie odwiedziliśmy wielu lokali. Co ciekawe, przy szeroko reklamowanej i nie podlegającej wątpliwości śląskości miasta, kulinarny klasyk w postaci rolady z kluskami śląskimi i modrą kapustą znaleźliśmy tylko w dwóch restauracjach, z których jedna miała estetykę nowoczesnego prosektorium. Że Racibórz gastronomicznie aspiruje wyżej, niżby wskazywała jego wielkość świadczy to, że śniadanie można zamówić, nie tylko w hotelowych restauracjach, ale i w byłym studiu fotograficznym. Ta zresztą restauracja przebiła się nawet do ogólnokrajowych mediów lifestylowych. Kwiatokawiarnię odwiedziliśmy zaś dwa razy, nie z konieczności, lecz z wyboru. Nie dość, że zapach kawy mieszał się z wonią kwiatów, to jeszcze urodziwe mieszkanki urządzały tam sesje fotograficzne.

Parking Długosza stanowi skazę na estetycznej mapie miasta. Władze są chyba tego świadome, bo co rusz ogłaszają kolejne plany jego zagospodarowania. A to centrum integracji mieszkańców, a to szkoła z funkcją handlową (!?), a to mieszkaniówka. Przeciwko oddaniu placu na pastwę działalności deweloperskiej protestowała niedawno inicjatywa mieszkańców miasta. Opowiada się ona za transformacją parkingu w park. Brzmi dobrze, ale w centrum Raciborza wcale nie brakuje zieleni. Została ona wprowadzona podczas odbudowy miasta, w czasach gdy rozgęszczenie zabudowy i dosłonecznienie podwórek było aksjomatem środowiska architektonicznego. Mieszkaliśmy 100 metrów od rynku, ale znalezienie kawałka zieleni do spaceru z Harrym nie stanowiło problemu. Poza tym, jakie to polskie miasto ma, zamiast reprezentacyjnego centrum, park? Zaraz, zaraz! Jednak istnieje takie miasto, a zwie się Warszawa. Tu, na północ od Pałacu Kultury i Nauki, rozciąga się pas zieleni, zwany oficjalnie Parkiem Świętokrzyskim. Racibórz może być drugim przykładem takiego zagospodarowania przestrzeni miejskiej. Warszawą Śląska! Tylko, czy na pewno będzie zadowolony z takich porównań? I jak się w tym wszystkim odnajdzie św. Jan Nepomucen?