Kategorie
Polska

Rzecz o Tykocinie, czyli jak się odnaleźć bez królów, hetmanów i Żydów

Wezwanie do stawienia się na posterunku Milicji Obywatelskiej nigdy nie precyzowało dokładnie o co chodzi. Ostatecznie za czasów PRL-u (i nie tylko wtedy) władzy nie chodziło o to by jej ufać, ale by się jej bać. Ponieważ jednak nie byłem działaczem podziemia solidarnościowego, w wyznaczonym terminie karnie stawiłam się pod wskazany adres. Mundurowy, do którego zostałem skierowany, otworzył z namaszczeniem biurko i wyciągnął kopertę z szarego papieru. W miarę jak ją otwierał wyraz twarzy zmienił mu się ze znudzonego na wyrażający obrzydzenie. I nie dziwota! Z wnętrza koperty bił charakterystyczny zapach siarkowodoru. W ten sposób odzyskałem swój utracony dowód osobisty i mogłem odgadnąć, gdzie w międzyczasie przebywał ten dokument. Czytelnicy z młodszych pokoleń mogą nie wiedzieć, że ówczesny dowód osobisty był z papieru i miał format książeczkowy. Wydobyty z kanalizacji był w stanie, w którym zwykłe wymycie nie wystarczało, by pozbyć się uciążliwego odoru. Na szczęście, zdążyłem już złożyć wniosek i uzyskać nowy dowód.

Opisane zdarzenie było pokłosiem wizyty w Tykocinie, odbytej przed 40 laty. Nie zapomnę nigdy wrażenia, jakie zrobiła na mnie bytność w miejscowej, zamienionej na muzeum synagodze, której wnętrza, prócz pieczołowicie odrestaurowanych malowideł ściennych, wypełniał odtworzony z magnetofonu śpiew żydowskiego kantora. W miasteczku bez Żydów ich wołania wciąż wypełniały opustoszały dom modlitw! Po przeżyciach duchowych ciało upomniało się o swe potrzeby. W owych czasach jedynym przybytkiem gastronomicznym w miasteczku była restauracja w domu wycieczkowym PTTK, mieszczącym się w Alumnacie –  siedemnastowiecznym przytułku dla weteranów wojennych. Czym się posililiśmy nie pomnę, ale myślami byłem pewnie ciągle w synagodze. W każdym razie, dopiero w pociągu do Warszawy zorientowałem się, że musiałem zostawić w restauracji swój oryginalny wojskowy mapnik, a w nim portfel z wszystkimi dokumentami. Oczywiście, po przyjeździe do domu, zatelefonowałem do alumnatu, ale obsługa nie znalazła zguby. Nie mogę wyjść z podziwu dla determinacji nieznanych mi osób, które wykryły i dostarczyły śmierdzące znalezisko na milicję. Czyżby, jak twierdzą gloryfikatorzy czasów minionych, “żyło się biednie, ale ludzie byli sobie życzliwsi”?

Książeczkowe dowody osobiste, domena publiczna

Drewniany, piętrowy dom stał frontem do ulicy. Za nim ciągnął się, łagodnie opadając ku Narwi, ogród. Rosło w nim sporo wysokopiennych drzew, w tym kilka dębów. Ponieważ zaparkowaliśmy nasze pojazdy w ich pobliżu, pobytowi towarzyszył odgłos żołędzi spadających na blaszane dachy. Rutynowo też zaczynaliśmy każdy dzień od usuwania z samochodów gęstej pierzynki rudawych, dębowych liści. Szerszy widok na rzekę uniemożliwiała duża, murowana stodoła. Wzniesiona z prefabrykowanych elementów i pokryta eternitem, stanowiła w tym otoczeniu raczej dysonans, ale za to na obydwu krańcach kalenicy jej dachu bociany zdecydowały się zbudować swoje gniazda. To od zachodniej strony było prawdziwie wiekowe i miało ponad metr wysokości. Miło byłoby zatrzymać się w domu na wiosnę i podpatrywać, jak ptaki krzątają przy wychowie swoich piskląt. Niestety, dziura ziejąca w dachu stodoły od strony rzeki ostrzegała, że bociany wkrótce będą musiały poszukać bardziej stabilnej podstawy pod nowe gniazda.

Od czasu mojej pierwszej wizyty w Tykocinie zdarzało nam się kilkukrotnie odwiedzić miasteczko. Nigdy jednak nie zdecydowaliśmy się w nim przenocować. Aż do jesieni tego roku. W XXI wieku Tykocin, odzyskawszy status miasta, rozwinął znacząco swoją ofertę noclegowo-gastronomiczną. Jako, że grupa była liczna, wybraliśmy cały podzielony na trzy apartamenty dom we wschodniej części miejscowości. W pierwszych wiekach miejskości Tykocina, jego lokalizacja na pograniczu litewsko-mazowieckim sprzyjała obecności mieszkańców pochodzenia ruskiego. Oni to w większości zamieszkiwali Nowe Miasto, czyli część Tykocina, gdzie się zatrzymaliśmy. Jak miasto, to musiało mieć też rynek, a przy nim kościół i cerkiew. Dzisiaj nie ma po nich śladu, podobnie jak nie używa się określenia Nowe Miasto. Po wcieleniu w 1569 roku ówczesnego województwa podlaskiego do Korony tereny te uległy stopniowej polonizacji. Doprowadziło to do sytuacji, gdy cerkiew podlegająca bazyliańskiemu monastyrowi w Supraślu była użytkowana jedynie przez przyjezdnych wyznania unickiego, a nie mieszkańców miasteczka. W tej sytuacji władze Królestwa Kongresowego przekazały ją parafii katolickiej, a proboszcz w obawie, że dar może być odebrany przez Rosjan, sprzedał drewniany obiekt w roku 1833 proboszczowi w odległych o 20 km Sokołach, gdzie ciągle można go obejrzeć na miejscowym cmentarzu. Jedyny ślad obecności cerkwi w Tykocinie zachował się w nazwie ulicy Zacerkiewnej. Pozostałe resztki przestrzennej autonomii dzielnicy zlikwidowała przebudowa miasta za czasów hetmana Jana Klemensa Branickiego. To prawdziwy paradoks, że działalność hetmana, któremu miasteczko zawdzięcza, w znacznym stopniu, swój wygląd i atrakcyjność, w przypadku Nowego Miasta zdegradowała je do roli rolniczego przedmieścia.

Budynki przy głównej ulicy –

Pomnik upamiętniający ustanowienie w Tykocinie Orderu Orła Białego

Kaplica Glogerów na cmentarzu katolickim usytuowanym na skraju Nowego Miasta

Z braku drzew nad nekropolią dominuje wieża kaplicy cmentarnej

11 Listopada – Nowego Miasta

Dworek administratora, obecnie Urząd Miasta

Cerkiew unicka z Tykocina, przeniesiona na cmentarz w Sokołach, fot. Thebleeding, lic. CC BY-SA 3.0

Prawosławny nagrobek na katolickim cmentarzu

Jednak coś za coś. Za czasów hetmana Branickiego Tykocin zyskał reprezentacyjny rynek z pomnikiem Stefana Czarnieckiego (prywatnie – dziadka hetmana) oraz z kościołem misjonarzy, który zamyka rynek od wschodu. Łukowe arkady wybiegające od głównego korpusu świątyni łączą go z dwiema wieżami wolnostojącymi w narożnikach rynku. Fasada stwarza wrażenie bardziej pałacowe, niż sakralne. Wnętrza poświadczają, że kościół cieszył się patronatem i wsparciem jednego z najbogatszych magnatów Rzeczpospolitej. Barok, zwłaszcza w wydaniu małomiasteczkowym, bywa dość szablonowy – tykociński kościół św. Trójcy wymyka się jednak tej zasadzie. Nam spodobały się zwłaszcza polichromie (te osiemnastowieczne i te z początków XX wieku) oraz prospekt organowy, czyli część frontowa obudowy instrumentu. Pewnego dysonansu poznawczego doznaliśmy w malutkiej kaplicy św. Mikołaja, która od strony wejścia do kościoła zamyka nawę południową. Ciekawy obraz umieszczony tamże, zamiast szczodrobliwego biskupa Miry w stroju oficjalnym, przedstawiał golasa przywiązanego do słupa, bez wątpienia w celach niecnych. Wypisz, wymaluj – św. Sebastian, choć jeszcze nie naszpikowany strzałami. Niestety, nie znaleźliśmy ślubnych konterfektów hetmana i jego trzeciej żony, młodszej o, bagatela!,41 lat, królewskiej siostry, Izabeli z Poniatowskich. Może nadal są w renowacji lub na wypożyczeniu.

Pomnik hetmana Czarnieckiego na rynku

Kościół św. Trójcy – fasada jeszcze przed odświeżeniem, fot. Krzysztof Popławski, domena publiczna

Wnętrze kościoła św. Trójcy

Jedna z wież kościelnych z Alumnatem na drugim planie

Organy kościelne

Obraz w kaplicy św. Trójcy

Przypuszczalnie to jednak nie kościół, a synagoga, jest największym magnesem ściągającym turystów do Tykocina. Jej czterospadowy, łamany dach, kryty czerwoną dachówką, góruje nad zachodnią częścią miasta, zwaną Kaczorowem. Zwieńczenie obiektu to też inwestycja z czasów hetmańskich. Pierwotny, płaski dach skryty był za renesansową attyką. Wielkość i zdobność wnętrza potwierdzają zamożność i rolę żydowskiej gminy w Tykocinie, podobno drugiej po krakowskiej, w całej Rzeczypospolitej.  Polichromie pokrywające ściany, to głównie teksty modlitw. Jako biologowi z wykształcenia, brakowało mi w nich dodatku ornamentów zoomorficznych. W krużgankach obiegających z dwóch stron salę główną, gdzie niegdyś modliły się kobiety, znajduje się wystawa wszelkich artefaktów związanych z kulturą i życiem religijnym Żydów tykocińskich. Na ten sam bilet, co do synagogi, wejdziemy też do sąsiedniego domu talmudycznego. Wystawy tam prezentowane mają już charakter bardziej regionalny i wielotematyczny. Jedna z sal jest zamieniona na sklepik muzealny, mający w ofercie nieporównanie bogatszą, niż w synagodze, paletę książek o regionie i kulturze żydowskiej, różnorakie pamiątki, ale i kolekcję miodów podlaskich. 

Kaczorowo ma zabudowę murowaną. Nie wynika to jednak z różnicy w majętności ludności żydowskiej i ich polskich, bądź ruskich sąsiadów. W krótkim okresie po trzecim rozbiorze Polski, kiedy większość obecnego Podlasia należała do Prus, dzielnicę dotknął katastrofalny pożar. Król pruski wielkodusznie dołożył się do odbudowy stawiając jednak rozsądny warunek, by domy były murowane, czyli już mniej łatwopalne. O znaczeniu gminy żydowskiej w Tykocinie świadczy to,  jak wielu wydała myślicieli, rabinów i znawców Talmudu. Wśród nich warta wspomnienia jest kobieta, córka tykocińskiego rabina – Rebeka Tiktiner, która, prawdopodobnie, była pierwszą autorką pisząca i publikującą w języku Jidish. W roku 1609, w Pradze wydano jej książkę zatytułowaną Mejnekes Riwke, traktującą o edukacji religijnej i świeckiej dzieci żydowskich oraz roli społecznej kobiet. Wyjątkowość autorki dostrzegł i rozsławił po 100 latach Johann Conrad Luft, tytułując swoją, wydaną w Niemczech, rozprawę o niej „De Rebecca Polona eruditarum in gente Judaica Foeminarum rariori exemplo„. 

Synagoga tykocińska

Koncert w synagodze

Samotna macewa na cmentarzu żydowskim

Bima i Aron Hakodesz

Tabliczka na murze cmentarza żydowskiego

Trójcę najbardziej imponujących atrakcji Tykocina zamyka zamek. Znajduje się on na przeciwnym, niż miasteczko, północnym brzegu Narwi. Do czasów regulacji biegu Narwi miejsce było obronne – otoczone ramionami rzeki. To przypuszczalnie najmłodszy zamek Rzeczpospolitej – dosyć swobodna, z racji braku materiałów ikonograficznych, rekonstrukcja dawnej królewskiej warowni. Powstał w pierwszej dekadzie XXI wieku. Jego zwiedzanie, to gra na wyobraźni. Użycie innego koloru kamienia w posadzce jednej z komnat przyziemia ma upamiętniać fakt, że trumna z zabalsamowanymi zwłokami Zygmunta Augusta czekała w zamku ponad rok na przetransportowanie w celu pochowania do Krakowa. Zresztą pole do prowadzenia swobodnych gawęd przewodnickich jest w zamku ogromne. Za punkt wyjścia można wziąć, a to umieszczenie tu królewskiego arsenału, a to skarbca, czy ogromnej, jak na realia XVI wieku, biblioteki. Ostatnio na popularności zyskuje historia, jakoby arrasy, zanim trafiły na Wawel, zdobiły i ocieplały ściany zamku tykocińskiego. Do tworzenia legend zamkowych przyczynił się też mistrz Sienkiewicz, połączywszy w jedno historię śmierci hetmana wielkiego litewskiego Janusza Radziwiłła, z wysadzeniem części murów zamkowych przez Szwedów broniących ich przed wojskami wiernymi Janowi Kazimierzowi. W rzeczywistości, oba wydarzenia dzieliło prawie 13 miesięcy, a łączył jedynie fakt, że oba miały miejsce zimową porą. To zresztą nie Szwedzi doprowadzili do ruiny zamku, ani nawet nie zwolennicy Stanisława Leszczyńskiego, którzy w trakcie trwania II Wojny Północnej podpalili zamek, to wielce zasłużony dla Tykocina hetman Jan Klemens Branicki, który zezwolił na jego rozbiórkę i wykorzystanie cegły do realizacji programu inwestycji w mieście. Coś musiało zniknąć, by powstać mogło coś innego!

Zamek tykociński widziany z nad Narwi

Studnia na dziedzińcu

Dziedziniec zamkowy

Mając więcej czasu na pobyt w miasteczku, mogliśmy tym razem docenić jego mniej oczywiste walory. Obejrzeliśmy w środku skromny kościół pobernardyński. Ciekawsza, niż jego wnętrza, jest historia wspólnoty zakonnej, dla której była to czwarta lokalizacja w mieście. Najdłużej klasztor funkcjonował na kępie zamkowej, z przerwą na osiedlenie się przy nowomiejskim rynku. Gdyby nie śmierć patrona i związane z nim ograniczenia w finansowaniu budowy, miasteczko pewnie doczekałoby się drugiej świątyni katolickiej, konkurującej pod względem wystawności z kościołem Św. Trójcy. Za klasztornymi zabudowaniami rozciąga się ascetycznie zaplanowany, acz rozległy, ogród. Jako, że kompleks ulokowany jest na skraju miasteczka, rozpościera się z niego daleki widok na dźwigające się stopniowe, pokryte w górnych częściach lasem, zbocza doliny. Ogrodu pilnuje pomysłowy strach, a raczej stracha na wróble. Kobieca figura uczepiona rowerowej kierownicy, w okularach i peruce, dzięki osadzeniu w ziemi za pomocą pokaźnej sprężyny, podskakuje i wiruje ponad trawnikiem. W mglisty, listopadowy poranek wyglądało to niepokojąco, ale wyobrażam sobie, jakie wstrząsające wrażenie musi robić w nocy!

Tykocin nie posiada znaczących kamienic mieszczańskich. Jednak zachowany na rynku kompleks małomiasteczkowych dworków z ganeczkami robi duże wrażenie. Ostrzyliśmy sobie zęby na zwiedzanie wnętrza jednego z nich, będącego siedzibą Centrum Badań nad Historią i Kulturą Małych Miast. We wnętrzach zachowujących tradycyjne wyposażenie organizowane są rozmaite wystawy i wydarzenia, ale jednocześnie dom nadal pełni funkcje mieszkalne. To prywatne muzeum, bez biletów i określonych godzin wstępu. I tu leży pies pogrzebany! Telefonicznie uzyskałem zapewnienie, że zostaniemy wpuszczeni, ale drzwi otworzyła nam zupełnie inna osoba, która w świątecznym planie dnia nie miała oprowadzania obcych ludzi po swoich włościach. Cóż, trzeba było zadowolić się spacerami po świeżo powstałych nadrzecznych bulwarach, czy uroczej, krytej kocimi łbami uliczce Poświętnej, przeciskając się między kościelnym murem, a budynkiem alumnatu. Odkryciem tego wyjazdu był dla mnie położony przy uliczce odchodzącej od rynku budynek kina “Hetman”, będący przykładem białostockiej szkoły muratorskiej. Ten styl budownictwa, charakteryzujący się użyciem cegieł żółtego i czerwonego koloru, pozwala tworzyć na fasadach pomysłowe, a malownicze ornamenty. 

Kościół w zespole pobernardyńskim

Niepokojąca stracha na wróble w ogrodzie przyklasztornym

Wnętrze kościoła

Daleki widok z ogrodu klasztornego

W dziedzinie kulinarnej Tykocin ma, jako się rzekło, wiele do zaoferowania. Ze względu na swoją historię oferuje egzotyczny konglomerat kuchni magnacko-żydowsko-międzynarodowej. Można tu znaleźć restauracje specjalizujące się w tej, czy innej z powyższych opcji, ale już restauracja zamkowa zdołała upchnąć w jednym menu wszystkie alternatywy. Co więcej, potrawy podobne w składzie i smaku, są serwowane, np. jako czulent, bądź kociołek Radziwiłła. Na zamku można kupić na wynos, ale też zamówić jako podstawę różnego rodzaju kanapek, białysy. Te wypieki, będące ubogimi krewnymi lubelskich cebularzy, były specjalnością żydowskich piekarzy w Białymstoku i okolicach. Przeniesione wraz z emigrantami żydowskimi do USA, zrobiły tam wielką karierę, zwłaszcza w Nowym Jorku. Receptura została odtworzona przez właściciela tykocińskiego zamku, a same bułki wpisane na listę produktów regionalnych. Odznaką turystycznej popularności miasteczka jest też obecność całkiem godnej kawiarni, przy głównej ulicy łączącej rynek “polski” i “żydowski”. Kawę serwują tu wręcz wybitną, a marcinek tykociński – smaczniejszy od hajnowskiego oryginału. Pierwszego dnia wybraliśmy się na Kolonię – wiejską część Tykocina, położoną 4 kilometry od centrum –  gdzie gospodarzą i produkują sery podpuszczkowe pp. Paszkowscy. Solidnie zaopatrzeni, pałaszowaliśmy je przez cały wyjazd, a nawet kilka dni po powrocie do domu. Wizyta w serowarni ma też w bonusie możliwość zawarcia znajomości z przyjazną psią czeredą.

Białysy z kultowej nowojorskiej piekarni Kossara, fot. EGiniger1, lic. CC BY-SA 4.0

Podlasie, a precyzyjnie mówiąc, województwo podlaskie, jest świadkiem kilku spektakularnych transformacji uśpionych niegdyś, prowincjonalnych miejscowości, w centra całkiem znacznego ruchu turystycznego. Przykładami są: Białowieża i Supraśl, jak również Tykocin i Drohiczyn. Odwiedzający Tykocin na pewno nie będą tu się nudzili, nawet w brzydką pogodę. Inna sprawa, że oferta skrojona jest pod turystów. Ludność miejscowa zdaje się z niej nie korzystać. W każdym z odwiedzanych lokali byliśmy, albo jedynymi gośćmi, albo z ledwością znajdowaliśmy wolne miejsce. To taki syndrom: przyjechał autokar, albo grupa koleżeńska w kilka samochodów, zajęli wszystko, odjechali po 45 minutach i zostawili za sobą pustkę. Wieczorem, podczas spacerów z psami, wsłuchując się w odgłos własnych kroków na pustej ulicy, zastanawiałem się, czy dla prawdziwego tykocinanina zmiana charakteru miasteczka, to szansa, czy zagrożenie. Oraz, czy zmiany i inwestycje przynoszone przez rozwój turystyki, nie zakwestionują w końcu przyczyny, dla której jeździmy na Podlasie. Bo przecież, upraszczając, szukamy miejsc, gdzie woda czysta, a trawa zielona, gdzie rano śpiewają ptaki, a wieczorami kumkają żaby. To oczywiście zmartwienia na wyrost, a widoczna rezerwa mieszkańców wobec obranej drogi rozwoju pozwoli może nadnarwiańskiej perle baroku uniknąć losu całkowicie zdominowanych przez turystykę – Zakopanego i Podhala.

Tradycyjnej konstrukcji budynek gospodarczy nad Narwią

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *