Kategorie
Polska

Julia i Julie, czyli wspomnienia z polskich Łużyc

Julie jest  prawdziwą damą. Kiedy nie przebywa w domu przechadza się, odziana w powłóczyste, migdałowej barwy futro po obejściu. Nic nie może ujść jej uwadze: ani kolorowe jajko z plastiku, które miast zdobić w przedświąteczny czas krzaki rosnące wzdłuż domu, a spadło na trawnik, ani niesforna kaczka, która umknęła z zagrody przy kurniku. W obejściu Julie wszystko musi znać swoje miejsce i na nim pozostawać. W stosunku do licznie przybywających gości Julie okazuje życzliwość i zainteresowanie podszyte pewną dozą interesowności. Wszak ludzie tak potraktowani okażą wdzięczność i obdarzą ją komplemencikami, na które ze wszech miar zasługuje. Gdy goście przybywają ze swymi czworonogami, Julie nie zgłasza obiekcji i zezwala na hasanie po obejściu. Obce psy nie mogą jednak liczyć na większe zrozumienie, gdy wkraczają w jej strefę komfortu. Daje im jasno do zrozumienie jak daleko mogą się posunąć w próbach spoufalania się z gospodynią.

Julie pilnująca obejścia

Tylko bez poufałości, proszę!

Julie jest domatorką. Można zostawić na oścież otwartą bramę bez obawy, że ją przekroczy i wyruszy na wycieczkę po wsi. Julie jest bowiem owczarkiem szetlandzkim i do jej obowiązków należy doglądanie stada składającego się z drobiu, kotów, ludzkich gospodarzy i ich gości. Julie mieszka w położonej na Pogórzu Izerskim wsi Grabiszyce Górne, poniżej której w dolinie Grabiszówki ciągną się jeszcze Grabiszyce Średnie i Dolne. Od krańca do krańca to odległość ponad 4 km, przy czym najniżej położone zabudowania leżą na wysokości około 280 m. npm., a te najwyżej – przekraczają poziomicę 420 m. npm. Nic dziwnego, że strumień biegnący doliną ma bystry nurt, a dominującym odgłosem natury, słyszalnym zwłaszcza nocą, gdy ustanie ludzka krzątanina, jest szum i bulgotanie spływających w dół wód. 

Ta obecność ludzi nie jest zresztą nadmiernie intensywna. Na początku siódmej dekady XIX wieku wszystkie trzy wsie zamieszkiwało ponad 2600 osób. Ostatni spis powszechny wykazał już tylko około 700 mieszkańców. Gdy wieczorami wychodziliśmy z Harrym na spacery, tylko w niewielu oknach paliło się światło. Nie wszystkie domy są opuszczone. Część wykorzystywana jest na cele letniskowe, część użytkowana nie dla celów mieszkalnych, lecz gospodarczych. Przy czym gospodarka rolna jest raczej działalnością marginesową. Ledwie w kilku miejscach widziałem niewielkie stadka krów. Porównanie gęstości zabudowy ukazanej na przedwojennej sztabówce z sytuacją obecną uświadamia jak wiele budynków nie dotrwało do naszych czasów. Po całej wsi można wypatrzyć jakieś relikty: a to prowadzące donikąd schody, to znów ułamek muru, czy charakterystyczny zespół roślinności porastającej gruzowisko. 

Grabiszycka Atlantyda

Dzięki działalności w Grabiszycach regionalnego stowarzyszenia, historia tej miejscowości jest lepiej poznana. Wydano mapę wsi, na której zaznaczono niegdysiejsze obiekty i formy ich użytkowania, w kilku miejscach ustawiono tablice informacyjne. Dzięki temu łatwiej zrozumieć przemiany, jakie zaszły tu oraz ich reprezentatywność dla większości terenów wiejskich Dolnego Śląska. Otóż tradycyjna wieś była tu w dużym stopniu autonomiczna. W każdej części Grabiszyc przed II Wojną Światową funkcjonowały szkoły, działały piekarnie sklepy i młyny. Oprócz dużych gospodarstw rolnych, rozwijało się też rzemiosło. Tradycyjne dla tego regionu było tkactwo, ale też powstało tu kilka fabryczek. W górnej części wsi do dzisiaj wznosi się pokaźny kompleks dawnej wytwórni ręczników. Dostępne na miejscu były usługi szewskie, krawieckie, murarskie, fryzjerskie oraz magiel. We wsi funkcjonowały agencje pocztowa i celna. Obecnie działa tu jeden sklep spożywczy, kilka firm/hurtowni, swoją jednostkę ma też ochotnicza straż pożarna. Uczniowie uczęszczają do jednej szkoły podstawowej, kontynuuje działalność kamieniołom, a wyrąb drzew z pobliskich lasów jest ważniejszym źródłem dochodów, niż było to za czasów niemieckich. 

Tablica informacyjna – turysta nie może narzekać, że nie wie co zobaczyć w Grabiszycach

Podróż przez wiejskie i małomiasteczkowe rejony Dolnego Śląska to odkrywanie swoistej Atlantydy, zabawa dla wyobraźni sklejającej z jakichś zaobserwowanych resztek piękne puchary używane w kulturach, które przeminęły. Jeśli nie chcesz lub nie potrafisz uczestniczyć w tej grze, grozi ci poddanie się nostalgii i przygnębieniu. Sytuacja jest prostsza w miejscowościach silnie zniszczonych w wyniku działań wojennych. W podgórskie obszary Dolnego Śląska czerwonoarmiści dotarli jednak dopiero po kapitulacji III Rzeszy, więc ocalała tu większość substancji materialnej, resztki której przypominają o niegdysiejszej prospericie. Znajoma pochodząca z Rynu na Mazurach po wizycie na Dolnym Śląsku podzieliła się refleksją „Tu jest podobnie jak u nas, tylko bardziej”. Nie wnikając, co konkretnie miała na myśli, oczywistym jest, że obydwa regiony podlegały po 1945 roku podobnym przemianom społeczno-gospodarczym. Porównując dawny Gerlachheim z dzisiejszymi Grabiszycami dostrzegam, nade wszystko, uwiąd sfery „usług dla ludności”, które zostały w większości oddelegowane na poziom miejscowości gminnych, czy powiatowych, przez co nie pełnią już roli spoiwa lokalnych społeczności. Ponieważ obecnie cenimy sobie wielce rozwój społeczności lokalnych, tym bardziej odbieramy jego niedostatek. Na niekorzyść grabiszycopodobnych miejscowości działa wysoki „poziom bazy”. Coś co istniało, a zniknęło, uważa się za wartość zabraną. A to boli nawet bardziej, niż wspaniała obietnica, która się nigdy się nie ziściła!

Jak, prócz rozważań nad dawnymi czasy, można spędzać czas w Grabiszycach? My odbyliśmy dwie wycieczki piesze po okolicy. Wzgórza Grodziszcze na zachód oraz Stożek Światowida na wschód od wsi nie stanowią celu same w sobie. Ich wierzchołki są zalesione i ominięte przez ścieżki. Natomiast droga przez rozległe łąki dostarcza dalekich widoków na pofalowane grzbiety pogórza z wyrastającymi ponad nie bazaltowymi ostańcami. Skały, o ile nie zostały odkryte w wyniku działalności ludzkiej, są rzadko wyeksponowane na powierzchni, lecz zapewniając odporność na niszczące działanie wody, wiatru i czasu dają gwarancję względnego przewyższenie nad poziom okolicznych grzbietów. Od południa krajobraz zamyka wał Gór Izerskich pokrytych, pod koniec marca, nadal śniegiem. Dopiero podczas takich spacerów można docenić piękno lokalizacji Grabiszyc. Ponieważ różnice wysokości są umiarkowane, a teren miejscami podmokły, ma się wrażenie pewnej mazurskości krajobrazu. Dlatego nie zdziwiłem się usłyszawszy pewnego razu charakterystyczne odgłos, który wydają wibrujące sterówki bekasa kszyka podczas jego lotu godowego. Oczywiście, był to tylko trening, w przerwie migracyjnej, przed popisami, które wkrótce będą słyszalne nad Biebrzą. Prócz kszyków, co chwilę natykaliśmy się na żurawie i sarny.

Ku południowi piętrzy się główne pasmo Gór Izerskich

Malownicze otoczenie Grabiszyc

Spotkanie na spacerze

W samej wsi zachował się kościół zawdzięczający obecny wygląd XVIII wiecznej odbudowie. Jak to kościoły na Śląsku, otoczony jest starym cmentarzem z niszczejącymi, niemieckimi nagrobkami. W każdej części wsi przetrwały dwory. Ten w Grabiszycach Średnich, ze względu na wielkość, nazwać można nawet pałacem. W nim właśnie siedzibę znalazła miejscowa szkoła. Wszystkie rezydencje pochodzą z XIX wieku, choć każda zbudowana jest w innym stylu. Dwór w Grabiszycach Górnych jest zamieszkały, ale ukryty za rozpadającymi się budynkami gospodarczymi, nie jest udostępniony do zwiedzania. Co więcej, w jego okolicach odbywają się istne manewry pojazdów zwożących wycięte w lesie drzewa. Natomiast neorenesansowy dwór (willa) w Grabiszycach Dolnych stoi pusty, z oknami zabitymi deskami. Za to na ogrodzeniu ma tabliczkę firmy ochroniarskiej, a w nocy jest rzęsiście iluminowany. Ma właściciel fantazję, nie ma co mówić! Choć w ilości niewystarczającej na rozpoczęcie remontu.

Kościół w Grabiszycach Średnich

Pałac w Grabiszycach Górnych, fot. SchiDD, CC BY-SA 4.0.

Przykościelny cmentarz

Pałac w Grabiszycach Średnich

Pałac w Grabiszycach Dolnych, fot. SchiDD, CC BY-SA 4.0.

Pogranicze polsko-czesko-niemieckie jest matecznikiem specyficznej konstrukcji budynków, zwanej budownictwem przysłupowym. Charakteryzują się ona odrębnym systemem nośnym pierwszej i drugiej kondygnacji. Parter jest drewniany i ma konstrukcję zrębową, podczas kiedy piętro o konstrukcji ryglowej i wypełnieniach międzybelkowych z gliny, wsparte jest na położonych zewnętrznie względem parteru drewnianych słupach. Podobno, powstanie takich budynków wymusił rozwój tkactwa. Warsztat tkacki w trakcie pracy wpadał w wibracje, które przenosiły się na konstrukcję domu. Tradycyjne budownictwo źle znosiło tego rodzaju obciążenia. Konstrukcja przysłupowa ograniczała złowrogi wpływ drgań tylko do części domu, w której umieszczono warsztat. Tyle o genezie, ale popularność takich domów sięgała daleko poza grupę zawodową tkaczy. Budowali tak i mieszkali w nich także bogaci chłopi, kupcy i urzędnicy. Tak jest do dzisiaj. W Grabiszycach jest kilkanaście, jeśli nie więcej, takich domów. Część została zrekonstruowana, tyle, że nie będąc w konserwatorskim rejestrze zabytków, niektóre z nich zostały docieplone w sposób likwidujący charakterystyczne wnęki między słupami. Są to nadal domy przysłupowe, choć na pierwszy rzut oka trudniej się tego domyślić.

Przykłady budownictwa przysłupowego z Grabiszyc

Budynek byłej jednoklasowe ewangelickiej szkoły ludowej w Grabiszycach Górnych

Grabiszyce należą do gminy Leśna i powiatu lubańskiego. Do Leśnej mieliśmy raptem 7 km drogi. Wybraliśmy się tam na obiad i większe zakupy. Jak na swoją wielkość, miasteczko obfituje w zabytki: dwa kościoły, ratusz i wiele zachowanych w niezłym stanie kamienic. Starszy z kościołów, otoczony dawnym cmentarzem, oferuje szeroki przegląd kamieniarki nagrobnej. Pomimo, iż nie najstarszy, najbardziej zachwycił mnie secesyjny pomnik w formie kolumny udrapowanej fałdami kamiennej kotary. Dziedziniec kościelny jest z jednego boku otoczony półkolem dwukondygnacyjnych kamieniczek, przez które przebito malowniczą bramę wjazdową. Natomiast neoromański kościół św. Jana, mimo mniejszych rozmiarów, ze względu na położenie na wzgórzu i kamienne oblicze, wyróżnia się na tle okolicznej, przeważnie barokowej, architektury sakralnej. Kilka wielkomiejskich kamienic wyrasta ponad kompleks oryginalnej zabudowy drobnomieszczańskiej. Mimo, że rynek doczekał się modernizacji oświetlenie i nawierzchni, a wznoszące się przy nim kamieniczki nowej warstwy tynku na fasadach, wystarczyło skręcić w odchodzące zeń ulice, by odczuć przygnębiającą atmosferę marazmu. Wprawdzie wybuch wulkanu historii nie dokonał tu bezpośrednich zniszczeń, ale zdaje się, że warstwa wulkanicznego pyłu była na tyle gruba, że mieszkańcy do dzisiaj się spod niej nie wykopali. Miejscowy klub piłkarski ciągle nosi nazwę Włókniarz. Niestety, branża tekstylna dawno przestała już być kołem zamachowym gospodarki i stymulatorem rozwoju.

Kościół pw. Chrystusa Króla w Leśnej, fot. Putin 1auto CC BY-SA 3.0

Tablice nagrobne przy kościele

Oryginalny nagrobek secesyjny

Brama na dziedziniec kościelny

Rynek z budynkiem ratusza w Leśnej

Widoki z ulicy Sienkiewicza – jednej z głównych ulic miasteczka

Neoromański kościół pw. Jana Chrzciciela

Do Lubania najkrótsza droga wiedzie przez Wielki Las Lubański. Jest to rzeczywiście największy obszarowo kompleks leśny w całym powiecie. Ten oczywisty fakt został odkryty i uwieczniony oficjalną  nazwą dopiero po 1945 roku. Wcześniej był to po prostu Las Lubański. Nazwa ta wywoływała we mnie skojarzenia rodem z „Dzieci z Bullerbyn” i napawała optymizmem przed odwiedzeniem powiatowej stolicy. Prusy objęły w posiadanie okolice Lubania później, niż Dolny Śląsk, bo dopiero w wyniku decyzji Kongresu Wiedeńskiego w 1815 roku. Wcześniej obszar ten, należący do historycznej krainy Górnych Łużyc, był przez 180 lat częścią Saksonii. Lubań przez bez mała 500 lat należał do Związku Sześciu Miast Górnołużyckich, mających zapewnić spokój i bezpieczny rozwój handlu na tych terenach. Granica śląsko-łużycka biegła po rzece Kwisie. Obecnie, łużyckość tych okolic jest podkreślana bardziej, niż śląskość, a godło powiatu lubańskiego zgodnie zawiera połówki śląskiego czarnego orła i czarno-żółtej saksońskiej „zebry”.

Godło powiatu lubańskiego

Słup milowy poczty saskiej na rynku w Lubaniu

W przeciwieństwie do terenów leżących bliżej gór, Lubań był miejscem ciężkich walk na przełomie lutego i marca 1945 roku. Miasto przechodziło z rąk do rąk, a z okazji odbicia go przez Niemców zawitał tu sam Goebbels, co zostało uwiecznione przez niemiecką Kronikę Filmową (Wochenshau). Było to ostatnie wystąpienie na wizji niesławnego ministra propagandy III Rzeszy. W każdym razie miasto uległo zniszczeniu w 60%, co, patrząc na jego dzisiejszy stan, wydaje się wskaźnikiem zawyżonym. Sądząc po obecności PRL-owskich bloków w zachodniej części starego miasta, ten wskaźnik osiągnięto już po rozbiórce domów (np. szkoły zawodowej mieszczącej się w historycznym budynku tzw. szkoły ceglarskiej), które nie pasowały do wizji prapolskiego grodu ówczesnym decydentom i urbanistom. Taki los spotkał cały kompleks zabudowy śródrynkowej, który został, w sposób dosyć swobodny, odtworzony już w XXI wieku. W każdym razie, miasto zachowało najważniejsze zabytki, a jego krajobraz naznaczają liczne wieże: Bracka, Trynitarska, Kramarska oraz ratuszowa, kościelna staromiejska i ta przy kościele w zakwisańskiej dzielnicy Uniegoszcz. Wieża ewangelicko-augsburskiego kościoła Marii Panny jest skromniejszych rozmiarów, lecz sama świątynia jest najstarszym kościołem w mieście i od samego początku, do dnia dzisiejszego, służy ewangelikom. W czasach, gdy na Śląsku srożyła się kontrreformacja, kościół miał status ucieczkowy. Wbrew nazwie nie służył zapewnieniu fizycznego bezpieczeństwa luteranom zza Kwisy, lecz możliwości ich uczestniczenia w ewangelickich nabożeństwach.

Kościół ten leży na skraju wcinającego się w zabudowę wzniesienia Kamiennej Góry. Przez lata była ona miejscem funkcjonowania kamieniołomu. Nie jest przesadą twierdzenie, że Lubań zbudowano z materiału pozyskanego na Kamiennej Górze. Dopiero w XIX wieku kamieniołom zakończył działalność, a jego okolice zamieniono na park. Pod szczytem zbudowano też hotel górski, obecnie mieszczący szkołę muzyczną. Jako, że teren wokół wzgórza uchodził za prestiżowy, pobudowano tu wiele gmachów urzędowych, np. Starostwo, i mieszkalnych. Spacer przedwiosenną porą wśród starego drzewostanu z widokiem na dostatnią i harmonijną zabudowę poniżej stanowi jedno z moich ulubionych wspomnień z Lubania. Zwłaszcza, że po kamieniołomie pozostała imponująca odkrywka kilkunastometrowej wysokości słupów bazaltowych, a w najgłębszych miejscu wyrobiska powstało niewielkie jeziorko. Pod górą w czasie II Wojny Światowej Niemcy wydrążyli system korytarzy. Przez lata zapomniane, zostały powtórnie odkryte w 2011 roku. W 2018 roku udało się przez dokonane odwierty wpuścić do podziemnych korytarz kamerę. Na wykonanym filmie widać tory kolejki i wagoniki do wywożenia urobku. Eksploratorzy szukają nadal środków na odblokowanie wejść do podziemnych labiryntów, ucinając równocześnie spekulacje na temat Złotego Pociągu. Złota na pewno tam nie ma (pamiętajmy, że wnętrza penetrowali już Rosjanie po zakończeniu wojny), ale historycznie cenne, acz mniej spektakularne, archiwalia i zbiory miejscowego muzeum może jednak tam się znajdą.

Kino, urząd miasta i Wieża Bracka w Lubaniu

Wieża Trynitarska

Wieże ratuszowa i Kramarska

Ulica Bracka z widokiem na lubański ratusz

Widok na kościół pw. Świętej Trójcy spoza murów miejskich

Gmach Starostwa Powiatowego w Lubaniu

Willa u podnóża Kamiennej Góry

Nieczynny kamieniołom na Kamiennej Górze

Jeziorko w kamieniołomie

Willa na przeciwko budynku Starostwa

Kościół Ewangelicki Marii Panny – najstarsza świątynia w mieście

Pobyt w Grabiszycach wymagał wyjazdów na obiady zwłaszcza, że specyficznych kryteriów dietetycznych jednego z uczestników nie spełniała większość lokali w okolicy. Ku naszemu zaskoczeniu, najlepsze restauracje znaleźliśmy w mniejszych z odwiedzanych miast: Leśnej i Gryfowie Śląskim. W tym pierwszym – lokal przyjął stylizację karczmiano-łużycką i serwował nie tylko dania z ryb, ale i plince łużyckie. Jest to rodzaj zawijańca z gryczanej mąki, serwowany do rybno-grzybowej przekąski. Oryginalna jest tu forma oraz mąka gryczana jako podstawa, bo plince jako rodzaj placków ziemniaczanych, są znane w kuchni wielkopolskiej i kaszubskiej. W gryfowskiej restauracji, serwującej na masową skalę pizzę na wynos, menu zaskakuje solidną ilościowo i pomysłowo skomponowaną sałatką z owoców morza. I to na głębokim śródlądziu! Kawowym zagłębiem okazał się natomiast Lubań. Odwiedziliśmy dwie z tamtejszych kawiarni. Pierwsza wyróżnia się tym, że jako jedyna pracuje w niedziele. Druga, prócz najlepszego widoku na lubański ratusz, szerokiej gamy wypieków i smacznej kawy, stanowi prawdziwe miejsce spotkań i ożywionych dyskusji na tematy tak różne, jak współczesne trendy w wychowaniu przedszkolnym czy nieśmiertelne rozważanie, który aparat fotograficzny jest najlepszy dla ambitnego amatora i dlaczego jest to Nikon. Życie kawiarniane rozkwita więc w Lubaniu w najlepsze i to na bardzo wielu płaszczyznach.

Piec, od którego nazwę wziął lokal w Leśnej

Widok z nad filiżanki kawy na lubański ratusz

Grabiszyce zapewniają zaskakująco wiele miejsc noclegowych, jak na swoje oddalenie od gór i znakowanych szlaków. Tradycyjne gospodarstwo górnołużyckie pod jednym dachem mieści część mieszkalną i gospodarczą. W wybranym przez nas domu połowa części gospodarczej została przebudowana na apartament do wynajęcia. Przez tylną bramę można było wyjść z obejścia na łąki wznoszące się łagodnie ku granicy czeskiej. Jedno z gospodarstw agroturystycznych we wsi zwie się „Fabryka chusteczek”. Nazwa ta upamiętnia fakt, że Lubań i okolice specjalizowały się w ich produkcji. Na początku XX wieku miejscowe warsztaty miały dzienną moc produkcyjną 420 tysięcy sztuk tej płóciennej galanterii. Duża część produkcji szła na eksport, uzasadniając powiedzenie „Lubań wyciera noc całemu światu”. Dzisiaj trudno wskazać jakiś aspekt lubańskości mający aż takie znaczenie.

Szukając ciekawostek o tym regionie natknąłem się na postać Rozalii Juli Augusty Gaertner, która urodziła się w 1842 roku w Grabiszycach, jako panna Sametzki. W wieku 13 lat wraz rodziną wyemigrowała do Brazylii, gdzie osiadła w niemieckiej kolonii Blumenau w stanie Santa Catarina. Pomimo, że była rozwódką oraz wcześnie owdowiałą matką ośmiorga dzieci, realizowała swoje teatralne pasje i doprowadziła do zbudowania w mieście w 1896  roku pierwszego teatru. Była też prawdziwą bizneswoman – po śmierci drugiego męża założyła i z powodzeniem prowadziła firmę transportu rzecznego operującą flotą kilku statków i barek, na których zatrudnienie znalazło kilkudziesięciu pracowników. Zafascynowałem się prawdziwie historią i osiągnięciami tej niezwykłej kobiety. Chociaż jestem absolutnie pewien, że imię Julie nadane pupilce naszych gospodarzy było przypadkowe, to jednak obserwując pełną godności konsekwencję postępowania tej psinki, powziąłem podejrzenia, że w przypadku Grabiszyc genius locci może obejmować też czworonogi. Co dawałoby nadzieję na lepszą przyszłość i prosperitę dla całej grabiszyńskiej społeczności.

Rozalia Julia Augusta Gaertner – zasłużona obywatelka miasta Blumenau w Brazylii

Współczesny widok na gmach teatru w Blumenau, fot. gustavobnu, www.freeimages.com



		

2 odpowiedzi na “Julia i Julie, czyli wspomnienia z polskich Łużyc”

Dzień dobry, jak dobrze, że przeglądając FB natknęłam się na link do tej fascynującej opowieści. Mieszkam pomiędzy Leśną a Lubaniem, bliżej Lubania, od niemal urodzenia. Jako dziecko jeździłam z Mamą do Grabiszyc (wcześniej zwanych Grabieszycami), do jej koleżanki z frontowych dróg. Obie bowiem były dziewczynami z Kobiecego Batalionu Fizylierek im. Emilii Plater. Jasia wyszła za mąż za żołnierza i założyli gospodarstwo rolne. Były przyjaciółkami, Jasia była świadkową na ślubie kościelnym moich rodziców. Szłyśmy pieszo z przystanku w Leśnej kilka kilometrów, a jeden raz nie jechał autobus i pieszo szłyśmy aż do Kościelnika…
Zresztą „Platerówek” osiedliło się tu sporo po okolicznych wsiach, najwięcej we wsi nazwanej na ich część: Platerówka, w latach 80-tych została gminą dzięki ich staraniom. W Platerówce, leżacej blisko Grabiszyc, odbywały się w czasach PRL zloty kombatantek, organizowane przez Wojsko Polskie, na które jeździłam z Mamą kilka razy.
Janina i Piotr W. pochowani są na cmentarzu oddalonym od kościoła, który ogrodzili siatką wspolnie z sąsiadami. Moja Mama – Genowefa Ż. dożyła 98 lat, jako ostatnia Platerówka w gminie lubańskiej. Miała piękny pogrzeb, a mi zostały spisane i zapamiętane wspomnienia…
Pozdrawiam serdecznie- Katarzyna.

Ps. W opisie Lubania zabrakło mi uzupełnienia opisu Kamiennej Góry o zniszczony basen, który obecnie został całkowicie zrujnowany…

Dziękuję za tak osobisty komentarz. Byłem świadom historii Platerówki, ale ponieważ tylko przejeżdżaliśmy przez tą miejscowość nie robiąc przerwy fotograficznej zdecydowałem się pominąć wątek osadnictwa wojskowego kobiet po II Wojnie Światowej.
Z basenem trochę inna historia. Dotarłem doń i nawet wykonałem dokumentację fotograficzną. Podobnie było z cmentarzem żołnierzy radzieckich. Tyle, że pisząc tekst zawsze ma się za wiele materiału i z czegoś trzeba zrezygnować. A mój blog jest bardziej opisem osobistych wrażeń z podróży niż przewodnikiem turystycznym.
W każdym razie zgadzam się całkowicie, że Lubań i Lubańszczyzna maja do zaoferowania więcej niż znalazło się w moim opisie.
Jeszcze raz dziękuję za miłe słowa!

Skomentuj BeaKas Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *