Kategorie
Estonia

Kanapka ze śledziem czyli dwa dni w Tallinnie

Zwiedzanie ogrodu botanicznego poza godzinami oficjalnego otwarcia, to doskonały pomysł. Szkoda, że poza pracownikami, niewiele osób może skorzystać z takiej okazji. Nam się jednak udało! Wraz z Podziomkiem byliśmy oficjalnymi gośćmi ogrodu i korzystaliśmy z jego pokojów gościnnych. Zaraz po porannych ablucjach wymknąłem się więc na spacer z lornetką, bo poza godzinami zwiedzania w takich miejscach łatwiej spotkać ptaki nieuzależnione od dożywiania przez człowieka. Nie pomnę już co udało mi się zaobserwować. Sierpniowy poranek był słoneczny, ogrodowe alejki wiły się wokół stawów i wspinały na niewysokie wzgórza. W miejscach o wschodniej ekspozycji pachniało już silnie ziołami i kwieciem. Gdyby nie górująca nad ogrodem telewizyjna wieża nadawcza można by czuć się, jak w czasach przedwojennego prezydenta Estonii Konstantina Pätsa, do którego należał majątek ziemski przyznany z początkiem lat 60-tych XX wieku Estońskiej Akademii Nauk z przeznaczeniem na budowę ogrodu botanicznego.

Wróciwszy do naszego lokum, na piętrze prezydenckiego niegdyś domu, zastałem drzwi zamknięte na klucz. Stukanie, ba, nawet energiczne dobijanie się, nie pomagało. Podziomek nie otwierała drzwi! Podszedłem pod okna naszego pokoju. Jako że ostatnia noc była ciepła, pozostawały otwarte. Czasy były przedkomórkowe (konkretnie rok 1991) więc, aby zostać usłyszanym, trzeba było krzyczeć. Zamiast Podziomka zareagowała pracownica biura na parterze budynku. Po stosownych wyjaśnieniach zorganizowano ekipę ratunkową z drabiną. Tą drogą dostałem się do wnętrza i zastałem Podziomka w kąpieli. Choć w odmienny sposób, ona też napawała się atmosferą tego poranka. Poza wspomnieniami, z ogrodu botanicznego w Tallinnie przywieźliśmy też sadzonkę róży, która do dzisiaj zdobi nasz ogród. Sądząc po barwie i kształcie, może jest to nawet odmiana nazwana „Staatspräsident Päts”.

Willa prezydenta Päts’a została odzyskana przez potomków, ale otacza ją Ogród Botaniczny, źr. Google Streetview

Ogród Botaniczny położony jest we wschodniej części miasta, zwanej od uchodzącej tu do morza rzeki, Piryta. W 1980 roku zbudowano tu olimpijskie centrum sportów żeglarskich, jako że ulokowana z dala od większych akwenów wodnych Moskwa nie miała, ani warunków, ani tradycji organizowania zawodów żeglarskich. W drodze do centrum z okien autobusu widzieliśmy codziennie ten obiekt, podobnie jak największą w Tallinnie plażę oraz Rusałkę – pomnik z 1902 roku upamiętniający ofiary zatonięcia podczas sztormu rosyjskiego okrętu wojennego o tejże nazwie. Podczas ostatniego pobytu w Tallinnie zatrzymaliśmy się w hotelu w pobliżu centralnie położonego terminala promowego. Mając do dyspozycji tylko dwa dni, z premedytacją pominęliśmy w naszych planach Pirytę. Przecięliśmy ją jednak tranzytem, kierując się ku półwyspowi Viimsi, gdzie naszym celem była lokalna przystań promowa w Leppneeme. Po przejechaniu mostu na Pirycie nie skręciliśmy więc za ruinami klasztoru Brygidek w prawo, lecz pojechaliśmy prosto, mijając dostatnie stołeczne przedmieścia z domami ukrytymi wśród bujnej zieleni. Z Leppneeme trzy razy dziennie pływa prom na wysepkę Prangli. Oddalony 10 km od wybrzeża skrawek lądu liczy niespełna 6,5 km kw. powierzchni i 75 mieszkańców. I rzecz cała w tym, że ktokolwiek tam mieszka! Historycznie rzecz biorąc, większe wyspy na Zatoce Fińskiej zostały zasiedlone w średniowieczu przez szwedzkich rybaków. Ich potomkowie zamieszkiwali je do II Wojny Światowej, stopniowo zmieniając swoją identyfikację etniczną na estońską lub fińską. Dramatyczna zmiana ich sytuacji nastąpiła po przyłączeniu wysepek do ZSRR. Najeźdźcy widzieli wyłącznie ich wartość militarną, a że mieli obsesję tajności miejsc o takim przeznaczeniu, całą ludność po prostu wysiedlili. Z niewiadomych przyczyn mieszkańcy Prangli uniknęli tego losu. Dzięki czemu wyspa jest reliktem przedsowieckiej architektury i funkcji.

Prom był miniaturą swoich adriatyckich braci. Było na nim nawet miejsce na 2 samochody, ale zamiast nich podróżował kontener, w którym z wyspy wywozi się worki ze śmieciami. Pod pokładem panował spory tłok. Tallińskie biura podróży organizują całodniowe wycieczki na wyspę umożliwiając nie tylko dokładne jej zwiedzenie, ale też degustację przysmaków kuchni wyspiarskiej oraz wyparzanie ciała w saunie. Po wypłynięciu poza falochron statkiem wstrząsnęły krótkie bałtyckie fale. Zmierzając do bufetu pełniącego też funkcje kasy omal nie zderzyłem się z pozieleniałym na twarzy młodzieńcem śpieszącym na zawietrzną. Starszawy wilk morski za ladą komunikował się w podstawowym angielskim z silnym estońskim akcentem. Chętnie przeszedł na zasugerowany rosyjski, lecz mimo bogatszego słownictwa, wymowę miał nadal trudną do zrozumienia. Wyjaśniwszy sobie, że nie jesteśmy Rosjanami, spędziliśmy następne parę minut odświeżając znajomość rosyjskich przekleństw, które służyły opisaniu naszego stosunku do polityki i osoby Putina. W ten sposób zapomnieliśmy o dokuczliwym kołysaniu.

Brygidki zbudowały obok zakonserwowanych murów średniowiecznej świątyni nowy dom zakonny, źr. www.piritaklooster.ee
Port w Kelnas z naszym promem na drugim planie

Prangli to miniatura Skandynawii nieco zaśmiecona pozostałościami sowieckiej mysli techniczno-wojskowej. Mikroskopijny port w Kelnas pomieścił nasz prom, jakąś motorówkę i ze dwa jachty. Na brzegu odpoczywały rozeschnięte kadłuby starych kutrów rybackich. Uczestnicy wypoczynku zorganizownego załadowali się na odkrytą przyczepkę ciągniętą przez pokaźnych rozmiarów terenówkę. Pozostali pasażerowie dyskretnie się oddalili, zostawiając naszej parze przyjemność samotnego penetrowania wysepki. Jedyna asfaltowa droga przecinająca Prangli z północy ku południowi narzucała kierunek wędrówki. Chociaż nie ma tu terenów podmokłych, droga ku mojemu zdumieniu wysadzana była olchami. Pomiędzy nimi, tu i ówdzie, umościły się różnej wielkości głazy narzutowe. Domy, zbudowane z drewna, pomalowane były w wyraziste barwy. Z kamienia wzniesiono tylko miejscowy kościółek oraz niektóre zabudowania gospodarcze. Najdostatniej wyglądające oraz najnowsze domy pełniły zapewne funkcje wyłącznie letniskowe. W obejściach nie widać było nadmiernego ruchu. Tylko przy położonej na uboczu świątyni grupa uczniów odbywała lekcję szkicowania z natury. Odcinek drogi wyłożony asfaltem wkrótce się skończył. Coraz węższą ścieżką wśród karłowatych sosen dotarliśmy na upstrzoną głazami łąkę, stopniowo obniżająca się ku Bałtykowi. Choć na pełnym morzu wiatr odrywał strzępy piany ze szczytu fal, na skraju lasu było całkiem zacisznie. W zatoczkach między szuwarami żerowały i odpoczywały ptaki. Było ich na pewno więcej, niż ludzkich mieszkańców Prangli. Spędziliśmy parę kwadransów wygrzewając się i wypatrując skrzydlatych rarytasów.

Kutry czekają na lepsze wiatry
Szkoła podstawowa. Tu 6 nauczycieli ma pod opieką 5 uczniów
Domek letniskowy na Prangli
Najcenniejsza obserwacja ornitologiczna – łabędzie krzykliwe
Dom Ludowy na Prangli
Tak mieszkają wyspiarze
Łąki zalewowe na południowym brzegu wyspy
W tle, na kontynentalnej Estonii, widać terminal kontenerowy w Muuga

Tego czasu zabrakło nam, by dotrzeć do drugiego cmentarzyka na wyspie, skrywającego szczątki ofiar zbombarowania przez Luftwaffe w 1941 roku estońskiego okrętu Estirand. Oprócz marynarzy, spoczywają tam poborowi przeznaczeni do wcielenia do Armii Czerwonej, po dopłynięciu – wraz z konwojem innych jednostek – do Kronsztadu. Do czego jednak nie doszło. Estoński kapitan osadził uszkodzony statek na brzegach Prangli, a 2600 pozostałych przy życiu poborowych, obezwładniwszy radziecką eskortę, uszło w lasy, gdzie doczekali nadejścia czasowo zwycięskiego Wehrmachtu. Dotarliśmy jednak do Czerwonego Kamienia, największego na wyspie głazu narzutowego. Ten „podarunek z Finlandii” mierzy 11,1 na 8,8 metra, a jego czubek wznosi się 3,3 metra ponad powierzchnię gruntu. Ta część wyspy obfituje w porośnięte sosnami wydmy. Wśród nich znaleźć można niespodziewane artefakty: a to silnik z rozbitego samolotu, a to tzw. pompę gazową, gdzie – sądząc po obecności patelni – można podsmażać zebrane w lesie grzyby, czy zrobić jajecznicę, a to znowu – porzucone ciężarówki sowieckiej produkcji. Powróciwszy do portu, zdążyliśmy – przed odbiciem promu od brzegów wysepki – skosztować do kawy kanapki po estońsku: śledź, plasterek jajka, krążek cebuli i gałązka koperku, na czarnym chlebie. Połowa czerwca to chyba jeszcze nie sezon wakacyjny, bo każdy z trzech kempingów na wyspie wyglądał na niezasiedlony.

Kościółek wyspiarzy
Czerwony Kamień
Droga wzdłuż wschodniego wybrzeża wyspy
Drugie śniadanie po estońsku
Samotna sosna
Pompa gazowa, fot. Ivo Kruusamägi CC-BY-SA 4.0
Muzeum techniki
Tajemnicze budowle na pd-wsch. cyplu Prangli

Olimpijskie centrum żeglarstwa w Pirycie płynnie dostosowało się do zmian systemowych i gospodarczych w niepodległej Estonii. Nie da się tego powiedzieć o nadmorskiej hali widowiskowo-sportowej, która także została oddana do użytku w olimpijskim roku 1980. Ten obsypany nagrodami architektonicznymi brutalistyczny kompleks budzi skojarzenia z umocnieniami Wału Atlantyckiego, wzniesionymi przez Niemców po podboju Francji dla obrony przed aliancką inwazją. Coś mogło być na rzeczy, gdyż architekci zakładali, że ich dzieło wejdzie w twórczy dyskurs z położonym po drugiej stronie basenu portowego XIX-wiecznym fortem Kalaranna. Dla mieszkańców miasta, obiekt pod patronatem Lenina, dawał możliwość dotarcia na sam brzeg Zatoki Fińskiej w dzielnicy portowej, która od 1945 była oddzieloną od reszty miasta murem, strefą zamkniętą. Po pozbyciu się z nazwy odniesień do ojca wszechświatowego proletariatu, hala funkcjonowała zgodnie z przeznaczeniem do roku 2010. Jak większość obiektów z tego okresu, była niechlujnie wykonana, z użyciem kiepskiej jakości materiałów, nie spełniała nowych, rygorystycznych standardów bezpieczeństwa i – ogólnie – wyglądała coraz bardziej ponuro. Została więc zamknięta i rozpoczęto poszukiwania inwestora, który jednak musiał zachować jej pierwotne funkcje. Ponieważ nie znaleziono chętnych do utopienia swojego kapitału w tej górze betonu, rewitalizacji miało podjąć się miasto, przy hojnym wsparciu rządu estońskiego. Publiczny inwestor nie wywiązał się jednak ze swoich obietnic i gargantuiczny pomnik sowieckiej architektury rozpiera się, niczym „Gwiazda Śmierci” na straży tallińskiego portu. Choć nie jest to całkiem legalne, warto się wdrapać na jego tarasy dla oryginalnej perspektywy, jaką daje na wybrzeże i Stare Miasto.

Gwiazda Śmierci czyli dawna hala im. Lenina. Tylko z perspektywy zatoki można ocenić jej ogrom.
Można wylądować helikopterem lub przypłynąć łodzią podwodną 🙂
Ale urwał!
Widok z nieczynnej hali sportowo-widowiskowej w kierunku dawnej elektrowni i kościoła św. Olafa

Kalajama, to dzielnica rozciągająca się na północ od Starego Miasta, za dworcem kolejowym. Początkowo, i to przez kilka stuleci, była to osada rybacka. Dopiero, gdy pod koniec lat sześćdziesiątych XIX wieku kolej żelazna dotarła do miasta, dzielnica zaczęła zmieniać charakter na przemysłowo-proletariacki. Zabudowano ją gęsto drewnianymi kamienicami (wiem, że to oksymoron, ale jak, do licha, nazwać budynek wielorodzinny skonstruowany z drewna?). Ostatnimi laty Kalajama przepoczwarza się w dzielnicę hipsterską, w każdym razie niektórzy tak ją zaczęli nazywać. Mam słabość, zarówno do architektury drewnianej, jak i do dzielnic poddanych procesowi zmiany swej funkcji i postrzegania przez mieszkańców i gości. Zachęciłem więc Podziomka do spaceru jej ulicami. No i włócząc się tędy i owędy wdaliśmy się w zaciekłą dyskusję, jak ocenić proces przemian w Kalajama. Podziomkowi przeszkadzał brak życia na ulicach oraz wyspy grodzonej architektury współczesnej (już nie drewnianej), wciskające się pomiędzy drewniaki. Ja widziałem raczej pozytywy. Dzielnica mieszkaniowa nie musi przecież mieć bogatej oferty kulinarnej i kulturalnej w sytuacji, gdy do centrum jest piechotą, nie więcej, niż 20 minut. A nowe budownictwo Kalajamy w żaden sposób nie dominowało zabudowy tradycyjnej.

Kalajama – dawne magazyny służą dziś jako hotel
Kościółek baptystów w Kalajama
W latach międzywojennych budowano drewniaki z murowaną klatką schodową
Stara i nowa zabudowa dzielnicy
Stara zabudowa jest dobrze utrzymana
Nowe budownictwo w gdyńskim stylu

Na obrzeżach dzielnicy ulokowano kilka charakterystycznych budynków o ciekawej architekturze i atrakcyjnych programach funkcjonalnych. Takimi są: elektrownia z 1913 roku, zamieniona na centrum nauki (odpowiednik warszawskiego Kopernika); imponująca rozmiarami żelbetowa baza hydroplanów z I Wojny Światowej, będąca obecnie jedną z dwóch siedzib Muzeum Morskiego i skrywająca m. in. dumę przedwojennej Marynarki Wojennej Estonii – okręt podwodny „Lembit”; czy fort Kalaranna, który dłużej, niż celom wojskowym, służył służbom więziennym. Obecnie jest tam martyrologiczne muzeum, ale sądząc z wizualizacji umieszczonych przed gmachem, planuje się dla niego nowe funkcje i świetlaną przyszłość. O ile, oczywiście, znajdą się na to środki. Na mnie największe wrażenie zrobił park dzielnicowy. Jednak nie ze względu na zaplanowanie, czy urozmaicenie zieleni, ale na jego historię, a konkretnie sposób, w który się do niej odnosi i o niej opowiada. Otóż teren parku, to dawny cmentarz zlikwidowany w sposób dosyć brutalny za czasów ZSRR. Już w niepodległej Estonii planowano głęboką modernizację parku, ale okazało się, że sąsiedzi zamiast popierać ten pomysł życzyli sobie zmian daleko mniejszych, za to podkreślających dawną funkcję. Dlatego przy wejściach do parku znajdują się tablice informacyjne, nie z regulaminem korzystania, ale z historią tego miejsca. Część alejek nawiązuje przebiegiem do swych cmentarnych poprzedniczek, w jednym z kwartałów parku wyeksponowano kilka metalowych krzyży oraz odnowiono historyczną bramę cmentarną. Takie podejście jest możliwe, gdy likwidowanie cmentarzy nie odbywa się – jak często w naszym kraju – w ramach wymierzania sprawiedliwości dziejowej, bądź ucieczki od historii.

Świadkowie cmentarnej przeszłości parku
Fort, a później więzienie Kalaranna
Brama cmentarna

„Estończycy mieszkają w domach, a Rosjanie w blokach”. Taką informację uzyskałem od estońskich znajomych, gdy podczas pierwszej wizyty w Estonii przejeżdżaliśmy przez imponujące wielkością blokowiska – położonej na wschód od centrum – dzielnicy Lasnamäe. Stolica Estonii za caratu i pierwszej republiki nie była wielkim miastem. Liczba mieszkańców przed 1940 rokiem nie osiągnęła nawet granicy 150 tysięcy. To władza radziecka ze swoją obsesją industrializacji i urbanizacji uczyniła z niej metropolię o ponad trzykrotnie większej populacji. Oczywiście, Estończycy przyjeżdżali do pracy w stolicy, ale w tempie daleko nie satysfakcjonującym władze. Sięgnięto więc po rdzennych Rosjan i rosyjskojęzycznych mieszkańców innych republik radzieckich. Ci przyjeżdżali chętnie, bo nadbałtyckie republiki cieszyły się opinią prawdziwej Europy. Nic dziwnego, przecież miejscowe języki zapisywało się w alfabecie łacińskim. W rezultacie, w mieście, w którym przed wojną mieszkało 85% Estończyków, jeszcze dzisiaj, ponad 30 lat od odzyskania niepodległości, jest ich tylko ok. 55%. Rosjan zaś mieszka w Tallinie nieco ponad 35%, ale w Lasnamäe około 61% i jest to jedyna, ale za to największa, z ośmiu dzielnic miasta, gdzie stanowią dominującą grupę ludności. Paradoksalnie, autorka przytoczonej wyżej maksymy od 47 lat mieszka w dziewięciokondygnacyjnym bloku, tyle że w zasiedlonej w większości przez Estończyków dzielnicy Mustamäe.

Lasnamäe – największe blokowisko, a równocześnie dzielnica gdzie częściej słyszy się język rosyjski niż estoński.

Każda wizyta na tallińskim Starym Mieście pozwala zrozumieć dlaczego filmowcy radzieccy właśnie w stolicy Estonii szukali plenerów, które zgodnie ze scenariuszem winny przedstawiać kraje zgniłego zachodu. Miasto o hanzeatyckiej przeszłości, mało zniszczone podczas II Wojny Światowej i, co chyba najważniejsze, traktujące z szacunkiem swoje architektoniczne dziedzictwo, nadawało się idealnie do tych celów. Najeżona wieżycami kościołów panorama, budowle reprezentujące architekturę ostatnich siedmiu wieków, 2 kilometry zachowanych murów miejskich z wieńczącymi je 20 basztami, domy mieszczańskie, siedziby kupieckich gildii, czy średniowieczny ratusz – wszystko to znajdziemy na obszarze nieco ponad jednego kilometra kwadratowego.

Malownicze uliczki Starego Miasta
Kościółek adwentystów widziany z kompleksu Rotermanna
Estońscy architekci śmiało wprowadzają nową architekturę do centrum Tallinna
Pozostałości bramy Viru z widokiem na hotel o tejże nazwie
Uliczki Starego Miasta bywają strome
Architektoniczna mieszanina stylów, barw i wielkości
Kościół św. Olafa
Skwer powstał w miejsce zabudowań zniszczonych w 1944, a najcieńsza wieża w mieście należy do ratusza
Na staromiejskim podwórku

Swoje dołożyła natura. Mimo przybrzeżnego położenia, nad Dolnym Miastem góruje ponad 30 metrowe wapienne Wzgórze Katedralne (est. Toompea). Według estońskiego eposu, nie jest to wzgórze powstałe siłami natury, lecz kurhan kryjący szczątki praojca Finów i Estończyków – Kaleva, usypany przez jego pogrążoną w żałobie małżonkę – Lindę. Mniejsza o pochodzenie, ważniejsze były zalety obronne powodujące, że kto umościł się na tym wzgórzu, ten rządził południowym wybrzeżem Zatoki Fińskiej. Tak więc władali stąd: przodkowie współczesnych Estończyków z plemienia Estów; Duńczycy, którym w tym właśnie miejscu w 1219 roku Bóg zesłał ich narodową flagę (Dannebrog); zakon Kawalerów Mieczowych/Krzyżacki; Szwedzi; rosyjscy gubernatorzy; a w końcu, z 50 letnią przerwą władzy radzieckiej, estońscy parlamentarzyści i członkowie rządu. Jako że każda władza szukała swego uzasadnienia oraz wsparcia u Boga, na wzgórzu znajdziemy, tak luterańską, jak i prawosławną katedrę, choć ta druga powstała dopiero w ramach zainicjowanego przez cara Aleksandra III programu znakowania terytorium jego imperium kopułami cerkwi. Z turystycznego punktu widzenia, prócz licznych zabytków, Toompea to wspaniały punkt widokowy. Dalekie pejzaże podziwiać można, zarówno z  murów obronnych, jak i z wysokiej na 45 metrów baszty Długi Herman (est. Pikk Hermann). Jest ona znana z tego, że każdego ranka na maszt wieńczący basztę wciągana jest flaga narodowa, by wieczorem odbył się ceremoniał jej opuszczenia.

U podnóża Wzgórza Katedralnego
Zaułek na Toompea
Prawosławna katedra Aleksandra Newskiego
Śródziemnomorskie widoki na Toompea
Boczna fasada budynku parlamentu i Długi Herman
Widok z Toompea w kierunku północnym
Pokryty taflami szkła Pomnik Wolności u podnóża Wzgórza Katedralnego

Tallinn jest bez wątpienia podstawowym celem turystycznym w Estonii. Nic dziwnego, że spotyka się tu wielu cudzoziemców i słyszy mnogość języków. Równocześnie obszar Starego Miasta jest na tyle duży, że bez trudu można unikać tłoku i cieszyć się samodzielnym poznawaniem jego uroków. Dla mnie takim doświadczeniem było odwiedzenie pozostałości klasztoru dominikanów. Jego kościół pod wezwaniem św. Katarzyny, liczący ponad 65 m długości, był w momencie ukończenia najdłuższym budynkiem w mieście. Mnisi zostali zmuszeni do opuszczenia kompleksu z nastaniem reformacji. Później klasztor i kościół były trawione przez pożary i wykorzystywane na doraźne cele biznesowe, z wolna popadając w zapomnienie. W latach 40-tych XIX wieku na miejsce klasztornego refektarza postawiono kościół katolicki, pełniący obecnie funkcje katedry. Pozostała część była wykorzystywana na cele mieszkalne oraz sklepowo-magazynowe. Przez wieki dojście do nich stanowiła ścieżka zwana dzisiaj Pasażem Katarzyny. Jedną jego pierzeję stanowi zachowana ściana budynku klasztornego spięta kilkoma ceglanymi łukami z niewielkimi budynkami zarządzanymi obecnie przez Gildię Katarzyny, czyli swoistą spółdzielnię rzemieślniczą stworzoną przez 14 pań wytwarzających i sprzedających swoje rękodzieło w ośmiu pracowniach. Choć na swojej stronie www gildia chwali się popularnością zarówno wśród mieszkańców, jak i turystów, byliśmy tam jednymi gośćmi. Nieśpiesznie mogliśmy więc napawać się detalami gotyckiego portalu oraz kolekcją kamieni nagrobnych na murze budynku klasztornego. Spokój panował taki, że słychać było świst jerzyków przemykających nad dachami domów na tle bezchmurnego nieba i bzyczenie pszczół wokół dorodnej lipy, ocieniającej dziedziniec.

Za bramą ukrywa się katolicka katedra pod wezwaniem św. Piotra i Pawła
Scenka sprzed katolickiej katedry
Gotycki portal dawnego klasztoru dominikanów
Płyty nagrobne, po latach tułaczki, trafiły na ściany klasztoru
Detal z portalu
Zachodnie wejście do Pasażu Katarzyny
Wejście do warsztatu szkła artystycznego
Pasaż Katarzyny widok od strony wschodniej, fot. NotAnonymous, CC BY-SA 3.0

Rzadko wspominam na tych stronach o hotelach, ale tu uczynię wyjątek. Nie po to jednak, by rekomendować usługi naszego hotelu, lecz by opisać dziwny obyczaj negocjowania warunków pobytu. Otóż zależało nam na pokoju z widokiem na basen jachtowy, co zakomunikowałem robiąc rezerwację. W odpowiedzi dostałem informację, że będę musiał zapłacić dodatkowo 10 Euro za noc. Przystałem na te warunki, by po przyjeździe dowiedzieć się, że taki pokój nie jest dla nas dostępny. Może wzruszyłbym ramionami na tę drobnostkę, ale perspektywa z naszego okna brutalnie zweryfikowała twierdzenie, że widok z pokojów jest albo na morze, albo na Stare Miasto. Otóż my za oknami mieliśmy 300 metrów dzikiego parkingu (tzn. płatnego, ale z postojem na ubitej ziemi), potem wielki kompleks biurowo-handlowy zwany Kwartałem Rotermanna, za którym rzeczywiście znajduje się, skutecznie zasłonięte, Stare Miasto. Basen jachtowy mogliśmy do woli podziwiać przy śniadaniu lub sponad drinka w hotelowym barze, ale pewien niesmak z poziomu usługi i informacji hotelowej jednak w nas pozostał.

Widok z naszego hotelu na basen jachtowy
Widok z naszego hotelu, wg strony www na Stare Miasto

Nudno jest tylko chwalić wyśmienitą estońską gastronomię. Wspomnę więc o dwóch odwiedzonych lokalach, nie ze względu na ich wybitne menu, ale z innych powodów. Niewątpliwym urozmaiceniem obiadu spożywanego w lokalu usytuowanym w nowym budynku na brzegu basenu portowego przy ulicy Kalaranna, było obserwowanie kolejnych spacerowiczów wpadających w pułapkę zastawioną na nich przez budowniczych nadmorskiej promenady. Otóż podążając brzegiem w kierunku miasta, niczym ryby w żaku, nieuchronnie docierali do miejsca, gdzie ogrodzenie rewitalizowanego nabrzeża nie pozwalało na dalsze kontynuowanie spaceru. Niektórzy próbowali coś kombinować, inni poddawali się prędzej, ale wszyscy musieli wrócić i wyjść na ulicę tuż przy naszej restauracji. Tu dopiero mogli zobaczyć tabliczkę informująca, że przejścia nie ma! Ale chyba cieszyli się, że nikt nie próbował ukarać ich mandatem w wysokości 500 Euro, gdyż taką karę dla niesfornych sugerowała treść tabliczki. Lokal w dzielnicy Mustamäe, gdzie na obiad zaprosili nas estońscy przyjaciele, zapunktował zaś elastycznością obsługi. Pozwolono nam mianowicie, po spożyciu dań głównych, wystawić na stół przywieziony z Polski sękacz. Jak wiadomo, nie jest to zwyczaj powszechnie praktykowany nawet w naszym kraju, a co dopiero dalej na północ. Tymczasem nasz stolik zwieńczyła sękata, wysoka na ¾ metra wieża z ciasta, który to widok wzbudził zainteresowanie i podziw pozostałych gości.

Jeden z najmniejszych krajów Europy, jakim jest Estonia, ma zadziwiająco bogatą ofertę turystyczną. Mimo, że byliśmy tam już trzeci raz, daleko nam do stwierdzenia, że widzieliśmy już wszystko. Moja lista „Must see in Estonia” ciągle się wydłuża, więc wkrótce pewnie zacznę planować kolejne wyjazdy. Muszę tylko zwiększyć ich częstotliwość, bo przy dotychczasowej pojechałbym tam przed swoimi 80 urodzinami. A Bóg jeden wie, czy wtedy będę miał wystarczająco dużo zdrowia i zapału!

Kategorie
Estonia

W kuźni elity II Rzeczpospolitej czyli gdzie syn Kaleva ukrył swój miecz

Łąka upstrzona rozmaitej wielkości głazami narzutowymi łagodnie opadała ku wodom Zatoki Fińskiej. Wierzchołki kamieni wystawały z wody jeszcze w odległości kilkunastu metrów od brzegu. Błękit nieba był jakiś blady, ale słońca nie skrywała ani jedna chmurka. Gdyby nie bryza ciągnąca od morza, byłoby całkiem ciepło. Enn, nasz prowadzący sportowy styl życia przyjaciel, zaproponował kąpiel. Podziomek, która na studiach przyjęła i wygrała zakład o przepłynięcie wpław mazurskiego jeziora, podjęła wyzwanie. Ja, po zanurzeniu palca w lekko słonawej wodzie, poklepałem się po zwisającej na piersiach lornetce i oznajmiłem, że miejsce wydaje mi się wymarzone do prowadzenia obserwacji ornitologicznych. Nie była to bezpodstawna wymówka – po łące i tuż przy brzegu kręciło się wiele ptaków, w tym kilka gatunków biegaczy i brodźców.

Miejsce było ciekawe nie tylko z przyczyn natury przyrodniczej. Na niewielkim cyplu wcinającym się w wody zatoki wznosiły się imponujące ruiny Tolsburga, najpóźniej wzniesionego i najdalej na północ wysuniętego zamku krzyżackiego. Lokalizacja tuż nad brzegiem morza, ale w znacznej odległości od innych siedzib ludzkich może dziwić, ale w momencie powstania (ostatnia ćwiartka XV wieku) zamek ochraniał dostęp do niewielkiego portu, po którym nie ostał się żaden ślad. Po sekularyzacji inflanckiej gałęzi Zakonu twierdza zmieniała często właścicieli (przez 4 lata pozostając nawet w polskim posiadaniu), by ostatecznie ulec zniszczeniu podczas Wojny Północnej, na początku XVIII wieku. Z kontemplacji romantycznych ruin i rozważań nad ich historią oderwała mnie para pływaków śpiesząca owinąć swe nieco zsiniałe i trzęsące się ciała w suche ręczniki. Wody Zatoki Fińskiej nawet latem rzadko nagrzewają się do temperatury wyższej, niż 15°C.

Tolsburg z lotu ptaka; fot. Hiiumaamudeliklubi, lic. CC BY-SA 4.0

Pomni doświadczeń sprzed 31 lat, jadąc w połowie czerwca do Estonii nie zabraliśmy ze sobą kostiumów kąpielowych. Stojąc nad brzegiem jeziora Pejpus zupełnie tego nie żałowaliśmy. Pejpus łączące się stosunkowo wąskim przesmykiem, mającym status osobnego jeziora o nazwie Lämmijärv, z położonym już w większości w Rosji jeziorem Pskowskim, jest największym w Europie naturalnym zbiornikiem transgranicznym. Ze względu na szerokość sięgającą 50 km darmo jednak wypatrywać z Estonii moskiewskiego brzegu. Darmo zresztą wypatrywać na nim jakiegokolwiek ruchu, prócz nadal rzadkich możliwości obserwacji ptactwa wodnego. Czerwiec to wprawdzie jeszcze miesiąc przedwakacyjny oraz, jak się zdaje, okres ochronny w rybactwie śródlądowym, a sąsiedztwo z miłującym konflikty sąsiadem nie zachęca do odwiedzin, ale całkowity brak ludzi na wodzie stanowił uderzającą odmianę po doświadczeniach zebranych na polskich Mazurach, czy choćby odwiedzanym i opisanym przez mnie ostatnio Pojezierzu Międzychodzko-Sierakowskim.

Na zachodnim brzegu jeziora odwiedziliśmy trzy miejscowości: Nina, Kallaste i Mustvee. Zamieszkują je potomkowie rosyjskich starowierów, którzy odrzuciwszy w połowie XVII wieku reformy liturgii prawosławnej, za patriarchy Nikona zakładali swoje kolonie w miejscach odludnych, za jakie uchodziła wschodnia Estonia. Była to więc społeczność skrajnie konserwatywna i wynosząca na piedestał zalety tradycji. Nic zatem dziwnego, że ich potomkowie wolą, jak drzewiej bywało, łowić ryby i sadzić cebulę, niż przyjmować turystów. Brak innych przyjezdnych wcale nam jednak nie przeszkadzał. Mieliśmy tylko dla siebie wszystkie miejscowe atrakcje: molennę staroobrzędowców i sąsiadującą z nią latarnię jeziorną (?) w Nina, najwyższe nad całym jeziorem, dziewięciometrowe wybrzeże klifowe kryjące kolonie lęgowe jaskółki brzegówki w Kallaste, nadbrzeżne cmentarze w obu tych miejscowościach. Tylko w zmodernizowanym za środki UE porcie rybackim w Mustvee spotkaliśmy kilkoro spacerowiczów podziwiających, czy to widok na bezbrzeżne wody jeziora, czy też niepokojąco spiętrzony wał czarnych, burzowych chmur, nadciągający nad miasteczko.

Dobrze utrzymane drewniane domy decydują o charakterze nadjeziornych miejscowości. Trafiają się wśród nich domki letniskowe, ale właśnie wśród, a nie poza, miejscowościami. Zjawisko daczowiska nie jest nad brzegami Pejpusu znane, ku naszej uldze i niewątpliwej korzyści dla okolicznego krajobrazu. W większych miejscowościach, co w warunkach estońskich oznacza ponad tysiąc mieszkańców, są już możliwości noclegu oraz przekąszenia co nie co, czy wypicia kawy. My skorzystaliśmy z takiej możliwości w kawiarni portowej w Mustvee i, chociaż byliśmy jedynymi gośćmi, możemy ją uczciwie zarekomendować.

Molenna staroobrzędowców w Nina
Cmentarz w Nina
Siedliska jaskółek brzegówek na klifie w Kallastee
Mural na budynku w Kallastee
Tradycyjna zabudowa Kallastee
Ujście rzeki Mustvee do jeziora Pejpus
Czarne chmury nad jeziorem Pejpus
Latarnia jeziora w Nina
Cmentarz w Kallastee na wysokim brzegu jeziora
Wybrzeże klifowe w Kallastee
Zejście do jeziora w Kallastee
A dalej już tylko jezioro
Kawiarnia portowa w Mustvee

W niewielkiej odległości od jeziora znajduje się kilka ciekawych miejscowości, z których nam udało się odwiedzić dwie: Alatskivi to siedziba gminy z neogotyckim zamkiem wzorowanym – a kto bogatemu zabroni! – na królewskim Balmoralu Windsorów. Po wybiciu się na niepodległość Estonia przeprowadziła dosyć drakońską reformę rolną, wywłaszczając ziemian niemieckiego pochodzenia z ich majątków. Ziemią obdarzono estońskich włościan, a zabudowania przeznaczono na wszelkie niezbędne usługi publiczne. Dzisiaj pałacem zarządza prywatna fundacja, prowadząca usługi muzealno-hotelowo-restauracyjne, ale zabudowania gospodarcze wykorzystywane są przez gminę na usługi takie, jak ośrodek zdrowia, poczta, czy straż pożarna. Nota bene, podczas naszej pierwszej wizyty w Estonii, w roku 1991, kiedy formalnie istniał jeszcze ZSRR, odwiedziliśmy kilka pałaców ziemiańskich położonych między Narwą a Tallinnem. W większości wykorzystywane były one przez spółdzielcze lub państwowe gospodarstwa rolne. Jednak, czy to ze względu na luterańską zaradność, czy też na tradycję życia w niedostatku Estończycy, w przeciwieństwie do Polaków czy Rosjan, nie dopuścili do ich ruinacji. W ich kulturze nie mieści się po prostu niegospodarność pozwalająca na zmarnowanie powierzonego sobie majątku.

Pałac był zamknięty z powodu poniedziałku (UWAGA: w Estonii zasada pięciodniowego tygodnia pracy obowiązuje nie tylko w instytucjach kultury, ale i często w lokalach gastronomicznych). Powałęsaliśmy się więc trochę po malowniczym parku i trafiliśmy do niewielkiego pawilonu przy przelotowej drodze, wyglądającego z zewnątrz na sklep ogrodniczy. I tu dokonaliśmy Odkrycia Wyjazdu: we wnętrzu kryły się kolejne pomieszczenia, w których oferowano wszelakiego rodzaju produkty wiejsko – ogrodnicze, a pomieszczenie główne oprócz artykułów spożywczych pełniło też funkcję przytulnej kawiarnio-restauracji. Panował w nim ożywiony ruch, bo to i miejscowi wpadali na zakupy i nieliczni podobni do nas goście. Ba, trafiła się nawet szkolna grupa anglojęzyczna (!). Wszystko to budziło skojarzenia ze sklepem wujka Emila z „Dzieci z Bullerbyn”, czy też z grocery stores opisanych przez Sienkiewicza w jego nowelach z Ameryki. Ulokowaliśmy się w ogródku kawiarnianym (sklepowym?) pod czujną obserwacją kawki (ptaka) pełniącej funkcję przedwstępnego sprzątacza naczyń z grubszych pozostałości posiłków. Dodatkowo, po ustaleniu, że stojąca za kasą młoda pani lepiej się czuje komunikując po rosyjsku, niż angielsku, przekonałem się, że mój stopień władania mową Puszkina i (niestety) Putina jest wciąż satysfakcjonujący.

Pałac w Alatskivi, widok z bramy wjazdowej
Alatskivi – zabudowania folwarczne
Sklep wujka Emila od zewnątrz
Sklep wujka Emila – wnętrze
Pałac w Alatskivi, widok od strony parku
Kawka – czyściciel talerzy
Oraz eklektyczne wyposażenie jego wnętrza

Zjechawszy nieco na wschód od drogi z Mustvee do Tartu, trafia się do drugiej z wymienionych miejscowości – sielskiej Kääpa, gdzie w budynku dawnej szkoły mieści się muzeum Kalevipoega, czyli bohatera narodowego eposu estońskiego. Przez wieś przepływa rzeka tej samej nazwy, w której zatopiony został przeklęty miecz, który pozbawił nóg mitycznego wielkoluda, zesłanego później do trzymania straży u wrót piekieł. Jako, że wcześniej dokonywał on, tak na terenie Estonii, jak i poza nią, czynów nadludzkich, epos obiecuje, że powróci z piekielnej strażnicy, by przynieść Estończykom jedność i szczęście. Dlatego ojcowie niepodległości Estonii w manifeście z 24 lutego 1918 roku zapewniali, że nadszedł właśnie ten dzień. Rozumiejąc rolę tego dzieła w historii Estonii, trudno zaakceptować toporne próby wizualizacji jego bohatera, jak choćby tę sprzed budynku muzeum, czy z tallińskiej dzielnicy Nomme. Ale może rzeczywiści trudno jest w atrakcyjny sposób ukazać osobnika z objawami akromegalii. W każdym razie budynek dawnej szkoły jest uroczy, okolica wielce malownicza, a uczestnicy wycieczek szkolnych mogą na sąsiednim wzgórzu sprawdzić swą sprawność w zadaniach bez mała tak trudnych, jak te, które na swej drodze spotykał mityczny syn Kaleva.

Muzeum Kalevipoeg wraz z rzeźbą bohatera eposu
Kääpa – fragment parku tematycznego z akcesoriami odwołującymi się do treści eposu
Kääpa – tu należy zrobić fotkę!
Na ściany muzeum naniesiono graficzne odniesienia do treści eposu
Kääpa – tradycyjne budownictwo wiejskie
Pomnik Kalevipoeg w Parku Glehna w tallińskiej dzielnicy Nomme; fot. Lohusalu, licencja GFDL

Bazę wypadową założyliśmy w Tartu. Dzięki statusowi drugiego miasta w kraju oraz najważniejszego centrum uniwersyteckiego, miasto liczące niespełna sto tysiące mieszkańców sprawia wrażenie prawdziwej metropolii. Z okien naszego hotelu mieliśmy widok na Centrum Popularyzacji Nauki AHHAA z górującym nad miastem walcowatego kształtu wieżowcem Tigu (Est. ślimak) Tower o 24 kondygnacjach. Wokoło pełno było też współczesnych budynków ze stali i szkła. Wzdłuż wijącej się przez miasto rzeki Emajõgi, kipiącej od ruchu wszelkiego rodzaju jednostek pływających, dociera się do placu Ratuszowego, stanowiącego centrum niewielkiego obszarowo Starego Miasta. Gość z Polski może być zaskoczony obecnością na budynkach publicznych flag w biało-czerwonych barwach. Tymczasem herb i flagę nadał osadzie przy biskupim zamku król Stefan Batory, przyłączywszy ją na krótko do Rzeczpospolitej, w roku 1582. Zniszczenia wojenne i żywiołowe w XVIII wieku spowodowały, że w zabudowie miasta dominuje styl klasycystyczny, ale w pobliżu rynku wznosi się też luterański kościół św. Jana będący, według promocyjnych broszur, najbardziej na pn-wsch. wysuniętym przystankiem Europejskiego Szlaku Gotyku Ceglanego. Wnętrza po wielu przebudowach nie są może najcenniejsze, jednak biegnący po zewnętrznych ścianach świątyni fryz z głowami, a na frontonie i pełnymi figurami, z terakoty, na pewno czyni świątynię wyjątkową. Początkowo było ich około 2000 i była to największa kolekcja takich rzeźb, powstała w średniowieczu w świecie cywilizacji zachodnioeuropejskiej. Do naszych czasów dotrwała połowa.

Ślimacza Wieża (est. Tigutorn) jest najwyższy budynkiem w Tartu
Tartu – szkło i metal
Rynek z budynkiem ratusza
Kościół św. Jana
Rzeka Ema na tym odcinku obramowana jest nowoczesną zabudową
Most Pokoju (est. Ruhu) w Tartu
Krzywy dom przy rynku, rezultat użycia częściowo fundamentów ceglanych, a częściowo drewnianych
Słynne figurki na reliefie biegnącym wokół kościoła
Figurki w zwieńczeniu kruchty

Przed ratuszem, na rynku, wznosi się fontanna z figurami całującej się pary studenckiej, skrytymi pod parasolem. Całkiem wdzięczna to rzeźba, choć zważywszy na okres powstania (lata 70-te XX wieku), możnaby obawiać się jakiegoś potworka. Ale w Tartu radzieckość przepuszczana była przez estoński filtr estetyczny. Główny gmach uniwersytetu z imponującą kolumnadą od frontu wznosi się nieopodal. Na jego zapleczu stoi naturalnej wielkości pomnik szwedzkiego króla Gustawa Adolfa (tegoż, którego Pan Zagłoba „pod Trzcianną razem z koniem obalił i w jasyr wziął”). Tu zaś upamiętniono władcę, nie jako wojownika, lecz założyciela w 1632 roku Academia Gustaviana czyli poprzedniczki sławetnego uniwersytetu dorpackiego. Bowiem estońskie miasto oficjalną nazwę Tartu nosi dopiero od 1918 roku. Wcześniej znane było jako Dorpat. Estończycy, których ziemie aż do końca I Wojny Światowej należały do różnych państw, najchętniej wspominają bowiem okres szwedzki, zwany nawet „dobrymi czasami”. Dlatego popularne w Polsce szukanie korzeni uniwersytetu w kolegium jezuickim założonym przez Batorego jeszcze w 1583 roku, choć upamiętnione na tablicy ufundowanej przez polską ambasadę, nie jest jednak oficjalnie przyjętą wersją historii uczelni. Jako że Inter arma silent Musae, a terytorium Estonii nie należało do najspokojniejszych, w czasie naszego „Potopu” uniwersytet najpierw ewakuował się do Parnawy (Est. Parnu), a potem zaprzestał działalności. Odnowił go dopiero w roku 1802 car Aleksander I.

Znany z liberalnych ciągotek monarcha rosyjski postanowił powołać w Dorpacie uczelnię krzewiącą zachodnioeuropejskie wartości oraz uprawiającą badania naukowe w oparciu o zasady europejskiego racjonalizmu. Dlatego językiem wykładowym został niemiecki, a uniwersytet cieszył się pełną autonomią. Wprawdzie każdy z bardziej autorytarnych następców Aleksandra próbował ograniczyć te przywileje, ale zawsze było tu więcej wolności, niż na pozostałych uniwersytetach Imperium, o czym świadczy następująca opinia: „Dorpat jedynym był w państwie Carów miejscem, gdzie wolno było hymny na cześć Polski wznosić, niemal publicznie, bez obawy, że ktoś podsłucha i doniesie, że wkroczy policja, że nastąpią areszty i więzienia” (M. Zdziechowski, studiujący w Dorpacie w latach 1879–1883). Nie dziwi więc, że w rosyjskim okresie funkcjonowania uczelni Polacy stanowili ok. 10% jej studentów, a w II Rzeczpospolitej jej absolwenci uważani byli za elitę odrodzonego państwa. Podziomek, której pradziadek, jak też jego siostra (o ich dalszych losach pisałem już tu), właśnie w Dorpacie zdobywali wyższe wykształcenie (odpowiednio: prawnicze i medyczne), za punkt honoru wzięła sobie zlokalizowanie budynków uniwersytetu, do których mogli uczęszczać na zajęcia i kursy.

I odniosła sukces. W Muzeum Uniwersytetu znajduje się specjalna plansza pokazująca, gdzie w konkretnym czasie znajdowały się poszczególne wydziały. Samo muzeum ma bardzo ciekawą lokalizację. Zajmuje mianowicie prezbiterium gotyckiej katedry katolickiej, która od czasu porwania ostatniego biskupa w głąb Rosji przez siepaczy Iwana Groźnego, popadała w coraz większą ruinę. Wraz z odnowieniem uniwersytetu ruiny zabezpieczono, a w odbudowanym prezbiterium ulokowano bibliotekę uniwersytecką. Wystawa w muzeum jest całkiem zajmująca (odtworzono np. gabinet pierwszego kierownika biblioteki, a liczne portrety rektorów znienacka łypią okiem i uśmiechają się ku zwiedzającym jakby zdobiły korytarze Hogwartu, a nie szacownej instytucji naukowej), a z okien widać obniżone do poziomu prezbiterium wieże i pozbawione sklepienia nawy z regularnymi rzędami filarów odartych ze swej podtrzymującej funkcji. Obcując z tak udaną adaptacją można tylko żałować, że nie zrealizowano pierwotnych planów, by w odbudowanej wieży zainstalować obserwatorium astronomiczne. Wzniesiono je kilkadziesiąt metrów dalej, podobnie jak Teatrum Anatomicum, gdzie kształcili się przyszli medycy. Prócz historycznego campusu uniwersyteckiego, na katedralnym wzgórzu posadowiono Sąd Najwyższy Estonii, także nawiązujący do tradycji szwedzkiej instytucji o podobnej funkcji. Przez ulice wcinające się w zbocza wzgórza przerzucono dwa mosty piesze, z których jeden nazwano Anielskim, a drugi, a jakże, Diabelskim. Z przejściem po nich w okresie egzaminacyjnym związane są oczywiście określone przesądy studenckie. Dorpat zamienił się w Tartu, studenci ćwiczą język niemiecki wyłącznie na lektoratach, ale opinia Bolesława Limanowskiego „lecz największą ozdobą było wzgórze piętrzące się nad miastem i porosłe bujnym lasem, tzw. Domberg, od dawnej katedry katolickiej, w której ongiś kazał Piotr Skarga” pozostaje nadal prawdziwa.

Fontanna całujących się studentów
Pomnik króla Gustawa Adolfa – fundatora uniwersytetu
Biblioteka uniwersytecka została ulokowana w odbudowanym prezbiterium katedry
Kolekcja czapek poszczególnych korporacji studenckich
Wahadło Foucaulta na klatce schodowej muzeum w dawnej bibliotece
Teatrum Anatomicum – tu kształcili się medycy
Kompleks Sądu Najwyższego na wzgórzu katedralnym
Gmach główny Uniwersytetu w Tartu
Ruiny katedry w Tartu górują m. in. nad kompleksem kortów tenisowych
Z trzech naw katedry ostały się jeno ściany, filary i przypory
Gabinet pierwszego kierownika biblioteki
Obserwatorium Astronomiczne na wzgórzu katedralnym
Most Diabelski (Est. Kuradisild) na wzgórzu katedralnym

Poza Starym Miastem i Wzgórzem Katedralnym spenetrowaliśmy dwie sąsiednie dzielnice – Supilinn ku północy i Vaksali ku zachodowi. Zabytki i atrakcje turystyczne znajdują się raczej tylko w tej drugiej. Należy do nich kilka kościołów, w tym neogotycki – katolicki, modernistyczny i sterylny w wyglądzie – luterański św. Pawła, czy klasycystyczny św. Marii – będący pierwszą świątynią estońskojęzycznych luteran w mieście. Ten ostatni, w czasach radzieckich, ze względu na sposób użytkowania, zwano „kościołem sportowym”. Obecnie przechodzi remont z odbudową wieży, a jego obsada duszpasterska jest wyłącznie żeńska. Co charakterystyczne, wszystkie kościoły protestanckie w mieście mają określone godziny zwiedzania, o czym informują w internecie i na tabliczkach przy wejściu. Natomiast kościół katolicki, jak i cerkwie prawosławne są, po prostu, zamknięte na głucho. W dzielnicy ma siedzibę kilka muzeów (np. Historii Naturalnej, czy Literatury) oraz znajduje się pięknie odnowiony, secesyjny budynek teatru. Natomiast Supilinn to głównie budownictwo mieszkaniowe ograniczone z jednej strony terenami rekreacyjnymi nad rzeką Ema, z drugiej zaś kompleksem olbrzymiego amfiteatru. Tartu jest bowiem kolebką słynnych estońskich festiwali śpiewaczych, będących wydarzeniem nie tylko konserwującym muzyczne przejawy kultury ludowej, ale też budującym i wzmacniającym estońską wspólnotę narodową. Jedynym zabytkiem dzielnicy jest gmach najstarszego w Estonii browaru LeCoq, przy którym oprócz sklepu działa Muzeum Browarnictwa.

Kościół katolicki w Tartu
Odbudowywany kościół św. Marii
Kościół św. Pawła
Muzeum Historii Naturalnej
Secesyjny gmach teatru
Browar LeCoq w Tartu
Tartu jest kolebką estońskich festiwali śpiewaczych; fot. Ndrez93, lic. CC BY-SA 3.0

Zbierając w Internecie informacje o Tartu znalazłem zachęcającą wzmiankę, że w czasach radzieckich Supilinn było uważane za slums. Prawdopodobnie wynikało to stąd, że w dzielnicy tej, podobnie jak w Vaksali, dominuje zabudowa drewniana. Jako relikt przeszłości i symbol zacofania, zarówno budowlanego, jak i systemowego, miała ona ustąpić miejsca blokowiskom. Zawsze mnie ciekawiło czemu ten cel, który udało się osiągnąć w Polsce, np. w moi rodzinnym Białymstoku, nie został zrealizowany w Estonii, ani w Łotwie. Drewniane domy wielorodzinne są w Tartu, w większości, w bardzo dobrym stanie i nie widzieliśmy w nich pustostanów. Budynki cieszą oczy bogatą kolorystyką oraz rozmaitością wzorów drzwi i okiennic. Nas wzruszyła umieszczona na ścianie jednego z budynków tabliczka ku czci mieszkającego w nim niegdyś psa. Nawiązywała ona formą do popularnego we wszystkich krajach posowieckich zwyczaju upamiętniania znanych mieszkańców danego domu. Umieszczona była jednak na wysokości psich oczu. W ten sposób czworonogi, które osiągnęły umiejętność czytania, mogą rozszerzyć swoją wiedzę o historii lokalnej.

Drewniana zabudowa na ulicy Vesli
Nowe i stare domy w dzielnicy Supilinn
Nowoczesne budownictwo drewniane w dzielnicy Vaksali
Drewniana zabudowa na ulicy Kastani
Supilinn – w mieście, a jak we wsi
Nowoczesne budownictwo drewniane w dzielnicy Supilinn
Upamiętnienie psa na ulicy Tähtvere

Kulinarna strona wyjazdu była prawdziwą przyjemnością. Naprawdę w każdym odwiedzonym lokalu karmiono smacznie i ciekawie. Do tego obsługa w nienarzucający, ale przekonywujący sposób interesuje się dobrostanem klienta. Oprócz opisanego wyżej kawczego interesu w Alatskivi, możemy uczciwie polecić przybytek w podzielonym granicą z Łotwą miasteczku Valga (jedyny w mieście pracujący w niedzielę!), a w Tartu ukrytą w eleganckiej willi restaurację o wegańskiej nazwie, czy też słodką we wszystkich znaczeniach tego słowa cukiernię w pobliżu kościoła katolickiego.

Na tarasach nowego gmachu teatru zostaliśmy wzięci za Niemców

Emerytowany carski generał Gustav von Craffström został wysłany przez Mikołaja I do Dorpatu w charakterze kuratora, by przykręcić śruby spoglądającym na zachód profesorom i studentom uniwersytetu. Wśród wielu innych śmiesznych, czy oryginalnych opinii, z których był znany, jedna dotyczyła Polaków i brzmiała: „Panowie z Polski zawsze chcą tu być primadonnami, na dobre lub na złe. Bo nawet wśród wielu spacerowiczów w Dorpacie, ci nieliczni Polacy również muszą się wyróżniać”. My chyba także wyróżnialiśmy się wyglądem, chociaż jednak nie w sposób pozwalający zidentyfikować nasze pochodzenie. W każdym razie, zostaliśmy zaskoczeni przez młodego kelnera w lokalu przy nowym gmachu teatru pytaniem, czy jesteśmy z Niemiec. Po stosownych wyjaśnieniach rozmowa podążyła w kierunku omówienia zalet destynacji turystycznych w Polsce. To doświadczenie pokazało z innej perspektywy rzekomą skandynawską rezerwę Estończyków wobec nieznajomych. Nawet jeśli jest to ich cecha wrodzona, to w miejscu tak kosmopolitycznym i z natury otwartym na odmienności musiała ona ulec znaczącej modyfikacji.