Kategorie
Polska

Głogów, czyli wyjście poza cień historii

Przed wielu laty, zwiedzając zamek na Hradczanach w Pradze trafiłem do pomieszczenia, w którym przechowywano księgi wieczyste. Opasłe tomiska zawierały dokumenty własnościowe przypisane, odmiennie od obecnych, do konkretnych rodów, a nie gruntów. Najstarsze z nich pochodziły z XII wieku. Naszła mnie wtedy refleksja, że oto jest przykład historii ujętej jakże odmiennie od dominującej u nas perspektywy polityczno-militarnej. Od owego czasu, niezależnie gdzie trafiam podczas swoich podróży, z upodobaniem zbieram przykłady historii rozwoju cywilizacyjnego.

Takie znalezisko trafiło się także podczas wizyty w Głogowie. Zwiedzając odrestaurowaną część XVIII wiecznych fortyfikacji, tzw. blok koszarowy, trafiliśmy do ówczesnej toalety, a właściwie mega latryny na kilkanaście stanowisk. No, ale kilkanaście stanowisk dla załogi, liczebność której w czasach pokojowych szacuje się na 200 ludzi, to całkiem przyzwoity współczynnik. Powiedzenie, że „armia maszeruje na brzuchu” dotyczyło konieczności zabezpieczenia jej w prowiant, ale logicznie rzecz biorąc zjawisko to musiało też mieć swój rewers. Tam, gdzie jest spożycie, musi być i wydalanie. Pół biedy, kiedy wojska są w polu przemieszczając się z miejsca na miejsce. Kiedy jednak armia jest skoszarowana, powstaje problem organizacyjno-sanitarny, jak pozbyć się wielkich ilości odchodów. Pruski komendant twierdzy i pracujący dla niego inżynierowie sprawnie zmierzyli się z tym wyzwaniem. Cel  osiągnięto bez nadmiernej troski o prywatność podkomendnych, ale raczej o ich zdrowie i samopoczucie. Oczywiście obecność prototypowych rozwiązań sanitarnych nie jest jedynym powodem do odwiedzenia tego obiektu. Wnętrza kryją multimedialną wystawę poświęconą fortecznym tradycjom miasta, a w szklanej nadbudówce funkcjonuje głogowska informacja turystyczna.

Blok koszarowy z nadbudowanym szklanym pawilonem informacji turystycznej.
Latryna koszarowa

Paradoksalnie, o militarnej roli miasta więcej mówi, nie to, co zostało z umocnień i fortów, a bardziej to, czego w mieście nie ma. A nie ma w nim wielu zabytków, w które obfitował Głogów, nie ma mieszczańskich kamienic, najwytworniejszych po wrocławskich domów handlowych Tietza czy Haurwitza, monumentalnej siedziby znanego wydawnictwa kartograficznego Flemming Wiskott oraz zabudowy nabrzeży Odry.  W 42 lata po podjęciu decyzji o przejęcie przez miasto i rozbiórce krępującego rozwój systemu umocnień, Adolf Hitler wydał rozkaz przywrócenia mu statusu twierdzy i zarządził obronę przed zbliżająca się Armią Czerwoną „do ostatniego żołnierza”. Zdobywcy weszli więc do ruin miasta po 90 dniach zażartych walk i dopilnowali, aby to, co przedstawiało jeszcze jakąkolwiek wartość, zostało złupione wedle zasady „po wykorzystaniu zniszczyć”. Po przejęciu miasta przez polską administrację, w ruinach Głogowa dostrzeżono olbrzymie zasoby cegły potrzebnej do odbudowy z ruin stolicy i innych części  kraju. Resztki murów pozostałych po obiektach sakralnych, początkowo przeznaczonych do odbudowy, rozbierano jeszcze w latach 60-tych XX wieku. W rezultacie na głogowskim Starym Mieście ostało się jakieś 5% przedwojennej zabudowy.

Przez długie lata centrum miasta stanowił obszar eufemistycznie klasyfikowany, jako zieleń miejska. Materialne dowody historii pozostały ukryte pod ziemią oraz dywanem roślinności zielnej i zakrzaczeń. Głogów, pozbawiony centrum, rozwijał się na przedmieściach. Od początku lat siedemdziesiątych lokowano tam osiedla-sypialnie dla ściągających do miasta pracowników miejscowej huty miedzi. Miasto uniknęło jednak scenariusza wtargnięcia zabudowy blokowej do jego historycznego jądra. Dzięki temu doczekało pod koniec epoki PRL-u czasów, w których zdecydowano się na zabudowę Starego Miasta metodą retrowersji, czyli ”odbudowę w zgodzie z dawnym układem i wysokością ulic, ale z bardzo swobodnym potraktowaniem detalu, kolorystyki i z użyciem dużej ilości ornamentyki luźno nawiązującej do stylów historycznych”. W rezultacie zabudowano pierzeje kilku ulic i rynku, władze miasta przeniosły się do odbudowanego ratusza, a zabudowa stopniowo obejmowała kolejne ulice. Budowle, których nie zdecydowano się odtworzyć, jak synagoga, czy ewangelicki kościół Łodzi Chrystusowej, zostały upamiętnione w terenie. Co najważniejsze jednak, ta część miasta została przywrócona mieszkańcom  korzystającym z widoków oraz szerokiej oferty gastronomicznej i usługowej.  Architekci często kontestują metodę retrowersji, ale z urbanistycznego punku widzenia nie jest aż tak ważne, że niektóre z nowych budynków balansują na granicy estetycznego kiczu.

Widok na głogowskie Stare Miasta w latach 30-tych XX wieku
I obecnie
Żelbetowa konstrukcja domu handlowego przetrwała
 wojnę, ale taki obiekt w kilkutysięcznym miasteczku wydawał się zbyteczny
Upamiętnienie głogowskiej synagogi
Upamiętnienie luterańskiego kościoła Łodzi Chrystusowej.

Turyści i mieszkańcy, wśród staromiejskich atrakcji, doceniają zwłaszcza możliwość wejścia na taras widokowy wieży ratuszowej, drugiej pod względem wysokości w Polsce. Z góry najlepiej można ocenić rozmach inwestycji, ale też dostrzec ile pozostało jeszcze wolnych działek. Nadal około połowa powierzchni pozostaje niezabudowana. Jako, że dynamika deweloperska nieco osłabła, a wymogi badań archeologicznych poprzedzających takie inwestycje uległy zaostrzeniu, minie pewnie jeszcze sporo lat, zanim zabudowa dotrze do Odry. Sam ratusz charakteryzuje się dwoistością stylistyczną  – jedna jego część jest klasycystyczna, podczas gdy druga jest zbudowana w stylu neorenesansu florenckiego. Z tyłu budynku, we wnętrzu przeszklonego pawilonu, wyeksponowano fundamenty sukiennic z XIII wieku, najstarszej świeckiej budowli miasta. Tuż obok właśnie zakończono rekonstrukcję teatru miejskiego. Był to drugi po wrocławskim teatr mieszczański na Śląsku, otwarty w 1799 roku. Odbudowano go z wykorzystaniem zachowanych historycznych murów, w tym dwóch doryckich kolumn w ryzalicie wejściowym, noszących ślady ostrzału w czasie oblężenia miasta w 1945 roku. W niszy nad wejściem umieszczono popiersie patrona teatru – Andreasa Gryphiusa, XVII wiecznego poety i dramaturga pochodzącego z Głogowa. Sala główna ma teraz o 1/3 mniej miejsc, niż przed wojną, gdyż współczesne wymogi bezpieczeństwa nie dopuszczają takiego zagęszczenia publiczności, jak niegdyś, a historycznych murów nie można było przesunąć. Ciekawostką związana z teatrem jest fakt, iż był on pierwszym miejscem pracy Emila Jannigsa, aktora, który w filmie Błękitny Anioł, jako profesor Immanuel Rath, padł ofiarą uczucia ku modliszkowatej tancerce Loli, granej przez Marlenę Dietrich.

Wieża ratusza jest drugą najwyższą w Polsce w swojej kategorii
Podziemia głogowskich sukiennic
Odbudowany Teatr Miejski im. Andreasa Gryphiusa (źródło Wikipedia, zmodyfikowane, CC BY-SA 4.0)

Jedynym czynnym kościołem na Starym Mieście jest pojezuicka świątynia pod wezwaniem Bożego Ciała. Choć została odbudowana jeszcze w latach 50-tych XX wieku, to hełmy na wieżach ustawiono dopiero 60 lat później. Zanim kościół był w stanie spełniać funkcje kultowe, upatrzyli go sobie filmowcy, którzy w 1953 roku kręcili w jego ruinach sceny do socrealistycznej produkcji „Piątka z ulicy Barskiej”. Czy to nie prawdziwy chichot historii, że w czasie, kiedy Warszawa przy użyciu głogowskich cegieł podnosiła się z ruin, za scenografię filmu o stolicy wybrano zniszczony Głogów? Podobne sceny można wciąż kręcić w kościele św. Mikołaja, którego gotyckie mury dominują nad południową częścią Starego Miasta. Jest to były katolicki kościół parafialny tej dzielnicy i tytularna świątynia parafii, której siedziba znajduje się dzisiaj w nieodległym kościele Bożego Ciała. Mury zabezpieczone przed dalszą dewastacją pną się ku niebu, a przez pozbawione szyb okna widać ostrołukowe prześwity między nawami. We wnętrzu, co roku 6 grudnia, w dniu patrona kościoła, odbywa się nastrojowe nabożeństwo. Słowa modlitwy z pozbawionej sklepienia świątyni ulatują wprost do nieba.

Kościół Bożego Ciała jeszcze bez odtworzonych hełmów na wieżach
Ruiny kościoła św. Mikołaja
Widok na przestrzał przez okno świątyni
Gotycki portal kościoła św. Mikołaja

Jako ostatni w Głogowie, odbudowano na przełomie XX i XXI wieku kościół kolegiacki Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Jest on równocześnie najstarszy, bo ufundowany w XI wieku. Pozostałości romańskiej świątyni pamiętającej rządy Bolesława Krzywoustego oraz obronę grodu przed wojskami niemieckiego cesarza  Henryka V znajdują się pod posadzką obecnej budowli. Kościół uważany był za najważniejszą po katedrze wrocławskiej świątynię Śląska. Był  też miejscem pochówku książąt głogowskich i ich małżonek. Ostrów Tumski, miejsce pierwotnego grodu, po lokacji miasta na drugim brzegu Odry pełnił funkcje jurydyki kościelnej. W XIX wieku, po sekularyzacji dóbr kościelnych, dzielnica uległa industrializacji i pauperyzacji, tak że tylko imponująca sylwetka świątyni z charakterystycznym zewnętrznymi łukami przypór wokół prezbiterium przypominała czasy jej świetności. Z wyposażenia wnętrz ocalało niewiele, a i tak pozostałości wywieziono poza miasto. Matka Boska Głogowska z 1518 roku, pędzla Lucasa Cranacha, dotarła najdalej, bo aż do Muzeum Puszkina w Moskwie. Kościół ciągle jest w odbudowie, podczas naszego pobytu trwało malowanie sklepienia.

Kolegiata Wniebowzięcia NMP, ołówkopodobna wieża jest jej najmłodszym XIX wiecznym dodatkiem
Charakterystyczne zewnętrzne przypory prezbiterium
Świeżo pomalowane sklepienie kościoła kolegiackiego

W drodze z Ostrowia Tumskiego do centrum pokonuje się Odrę stalowym mostem o konstrukcji łukowej. Za niemieckich czasów nosił on imię Hindenburga, a obecnie oficjalna nazwa to Most Tolerancji. Mieszkańcy miasta muszą rzeczywiście charakteryzować się ponadprzeciętnym jej poziomem, gdyż w plebiscycie wybrali dla niego kolor liliowo-wrzosowy. Widok na miasto jest stąd przedni. Dzikie pola na okalające zabudowę Starego Miasta z tej perspektywy nie rażą, za to zachwycają wieże ratusza wyłaniające się nad nowymi budynkami oraz, po prawej stronie mostu, zamek książęcy. Dzięki piastowskim korzeniom decyzja o jego odbudowie zapadła jeszcze w latach 70-tych XX wieku, przy czym nadano mu kostium barokowy, pamiętny z czasów, gdy urzędowali w nim pruscy zarządcy, a później sędziowie. Na dziedzińcu zamku wznosi się kontrastowo różna, bo romańsko-gotycka, wieża obronna z XIII wieku. Kompleks Zamku i Starego Miasta opada ku dolinie Odry długim na kilkaset metrów, arkadowym, murem oporowym, u podnóża którego biegnie linia kolejowa do Wrocławia. Nic dziwnego, że podczas powodzi tysiąclecia w 1997 roku znalazła się ona szybko pod wzburzoną wodą. Ciekawostką jest, że odbudowę konstrukcji stalowej mostu po wojennych zniszczeniach zlecono tym samym zakładom, które wyprodukowały go w roku 1916. Była to firma Beuchelt & Comp z Zielonej Góry, po nacjonalizacji zwana Zakładami Przemysłu Metalowego im. M. Nowotki (Zastal). O ile jednak w czasach I Wojny Światowej wywiązała się ona ze zlecenia bezproblemowo, to w latach 50-tych wymówiła się brakiem mocy przerobowych.

Most Tolerancji
I jego poprzednik – most Hindenburga. Powyżej muru oporowego widać nieodbudowaną część Starego Miasta z kościołem Franciszkanów na pierwszym planie
Ten trawnik pokrywa fundamenty domów widocznych na wcześniejszym zdjęciu
Zamek głogowski od strony południowej

O ile za niemieckich czasów z mostu zjeżdżało się w dosyć kręte, wąskie uliczki wiodące ku Rynkowi, to obecnie, mijająca zamek ulica wiedzie prosto przez tereny zielone. Z lewej rozciągają się nieuporządkowane burzany, czekające by ustąpić miejsca kolejnym domom, z prawej zadbane zieleńce i gazony kwiatowe zwieńczone całkiem udanym, jak na lata swego powstania, pomnikiem Dzieci Głogowskich oraz odcinkiem zrekonstruowanych murów miejskich. Po obydwu stronach ulicy wznosiły się niegdyś kościoły dwóch głównych zakonów żebraczych: franciszkanów i dominikanów. Po zniszczonym w 1945 roku kościele św. Stanisława pozostały zasypane gruzem fundamenty, ale pochodzący jeszcze sprzed lokacji miasta kościół św. Piotra, choć rozebrany pod koniec XIX wieku, jest upamiętniony na powierzchni. Na jego fundamentach w 2006 roku odsłonięto zaskakująco udany pomnik Jana Pawła II. Głogów, co jest absolutnym wyjątkiem, wybrał niefiguralną formę upamiętnienia. Mury prezbiterium i bocznych absyd odbudowano do wysokości 1,5-4 metrów. Wykorzystano do tego ręcznie formowane cegły, na które naniesiono cytaty z pochodzące z nauczania zmarłego papieża. Całość apeluje raczej do intelektu, niż emocji odbiorcy.

Na południe od Starego Miasta ciągnie się Park Leśny. Dziwna nazwa, jak na teren położony w centrum miasta. Na przedwojennych mapach jest to zagospodarowany teren zieleni reprezentacyjnej o nazwie „Promenade”. Przypuszczalnie w latach powojennego spustoszenia park zdziczał i nowym  mieszkańcom zdawał się lasem. W jego zachodniej części w 1652 roku wzniesiono jeden z trzech na Śląsku luterańskich Kościołów Pokoju. Miał on mniej szczęścia, niż jego rówieśnicy ze Świdnicy i Jawora, dzisiaj znajdujący się liście światowego dziedzictwa UNESCO, i chyba też mniej utalentowanych budowniczych, bo runął zmieciony przez huragan już w dwa lata po postawieniu. Odbudowany, przetrwał nieco ponad sto lat i zgorzał w wielkim pożarze Głogowa w roku 1758. Później na tym miejscu istniał cmentarz ewangelicki. Dzisiaj nie ma już po nim śladu, czego nie sposób stwierdzić naocznie, gdyż jego obszar obejmuje tzw. wyspa centralna monstrualnego ronda zbudowanego w latach osiemdziesiątych XX wieku. Zajmuje ono 5 ha powierzchni, a długość jezdni obwodowej to ok. 900 metrów. To jednak nie rozmiary wyróżniają je wśród innych podobnych skrzyżowań, lecz brak przejść dla pieszych prowadzących na jego środek. Te 5  hektarów powierzchni należy do miasta, ale nie do jego mieszkańców. W jego północnej części stoi mały ceglany domeczek ze spadzistym dachem. To przedwojenny „Milchhauschen”, czyli lodziarnia/pijalnia mleka i jego przetworów. Sądząc z przedwojennych zdjęć to miejsce cieszyło się dużą popularnością. Obecnie po renowacji jest to magazyn sprzętu służb dbających o miejską zieleń. Ich pracownicy dostają się doń, jak sądzę, łamiąc przepisy ruchu drogowego.

Fragment pomnika słowa Jana Pawła II
Domek mleczny w czasach świetności
Park Słowiański – Pomnik koalicji antyhitlerowskiej to twórcza przeróbka Pomnika Wdzięczności Armii Czerwonej

Mieszkaliśmy kilkanaście kilometrów za miastem w renesansowym pałacu w Czernej nad Odrą. No dobrze, nie w samym pałacu, ale w jego oficynie. Za to w pałacowej kuchni, jakby żywcem przeniesionej z dawnych czasów, spożywaliśmy śniadania, a na werandzie świętowałem swoje urodziny. Oprócz niewątpliwej wartości historycznej samego budynku, uroku pobytowi dodawały kontakty z właścicielką, która zajmująco opowiadała jak weszła w posiadanie zabytku, a w wolnych chwilach oprowadzała po pałacowych komnatach. Obiekt otoczony jest rozległym parkiem. Ścieżką po wale przeciwpowodziowym, w szpalerze wiekowych dębów i platanów, docierało się na nadodrzańskie łęgi. Choć Odra przeciwstawiana jest często Wiśle jako zagospodarowana droga wodna, było tam całkiem dziko. Nad brzegami starorzeczy polowały czaple, a do samego parku zaglądały sarny i dziki.

Pałac w Czernej
Renesansowy portal pałacu
Łąki zalewowe nad Odrą
Widok na Odrę pod Czerną

Głogów stanowi doskonały punkt wypadowy do okolicznych atrakcji turystycznych. W promieniu 30 km znajdują się takie perełki, jak Bytom Odrzański, który gdyby nie szacunek do historii, należałoby nazywać Kazimierzem nad Odrą, Pojezierze Sławskie, malownicze ruiny pałacu rodziny Schonaich w Siedlisku, rozsiane po niewielkich wioseczkach wiekowe kościółki, jak ten w Kurowie Wielkim, ze ścianami zewnętrznymi pokrytymi epitafiami, czy w Jakubowie, gdzie według przekazów ustnych pierwszy kościół postawiono już w roku 991, w pobliżu źródełka poświęconego św. Jakubowi. Do gór z miasta wprawdzie daleko, ale znacznie bliżej rozciągają się Wzgórza Dalkowskie, przewyższające poziom doliny Odry o ok. 140 metrów. Spędziliśmy w nich miły półdzionek wędrując wśród gęstych bukowych lasów, zapuszczając się w głębokie jary i zdobywając wzniesienia, wśród których stromizną stoków i obecnością kaplicy na szczycie wyróżniała się Góra św. Anny. 

Ratusz w Kazimierzu, przepraszam, Bytomiu Odrzańskim
Kamienice na Rynku w Bytomiu Odrzańskim
Bytom Odrzański – zejście nad Odrę
Wzgórza Dalkowskie
Góra św. Anny we Wzgórzach Dalkowskich
Wzgórza Dalkowskie to teren polodowcowy, w zagłębieniach terenu można znaleźć oczka wodne
Kościół w Kurowie Wielkim
Epitafia na ścianach kościoła w Kurowie 
Epitafia na ścianach kościoła w Kurowie 
Ołtarz zewnętrzny przy kościele w Jakubowie
Źródło św. Jakuba w Jakubowie
Kościół w Jakubowie
Siedliska – budynek bramny zamku
Siedliska – kaplica zamkowa
Ruiny zamku w Siedliskach

Na dłuższą wycieczkę wybraliśmy się do lubuskiego Trzebiechowa. Była to w XIX wieku siedziba arystokratycznego rodu von Reuss, po którym szczęśliwie zachował się zespół pałacowy wykorzystywany przez zespół szkół, urząd gminy i wszelkie gminne jednostki organizacyjne takie, jak dom kultury czy ośrodek zdrowia. Ciekawszym, choć młodszym obiektem jest budynek sanatorium przeciwgruźliczego postawiony w stylu historyzmu w pierwszej dekadzie XX wieku. Kompleks, choć malowniczy, nie byłby wart zwiedzenia gdyby nie fakt, że wnętrza zaprojektował w nim Henry van de Velde, jeden z czołowych twórców i teoretyków secesji. Był z pochodzenia Belgiem, ale  rynek niemiecki stwarzał większe możliwości, zwłaszcza gdy zamawiający pochodził z książęcej rodziny. Ponieważ obiekt, po dziś dzień, służy świadczeniu  usług zdrowotnych, a bez książęcego patronatu cierpiał na niedostatki finansowe, nikt nie szastał pieniędzmi, aby zmienić oryginalny wystrój. Dopiero w XXI wieku odkryto ponownie, kto był twórcą sanatoryjnych wnętrz . Na co dzień, bez specjalnej estymy, mogą je podziwiać pensjonariusze domu opieki społecznej, ale turyści są wpuszczani i oprowadzani przez pracowników administracji obiektu.

Budynek  sanatorium w Trzebiechowie
Sanatorium – wnętrza zaprojektowane przez Henrego van de Velde
Sanatorium – wnętrza zaprojektowane przez Henrego van de Velde
Sanatorium – wnętrza zaprojektowane przez Henrego van de Velde
Sanatorium – wnętrza zaprojektowane przez Henrego van de Velde
Sanatorium – wnętrza zaprojektowane przez Henrego van de Velde
Trzebiechów – pałac książąt von Reuss

Wyjazd odbyliśmy w towarzystwie dwóch czworonogów: Harrego, rasy owczarek szkocki oraz Vinyla, mieszańca w typie border collie. Towarzystwo dwóch psów powodowało, że wybór lokali gastronomicznych do posilenia się, był pochodną akceptacji ich obecności wśród gości. Stąd nie jestem w stanie przedstawić wyczerpującego przeglądu lokali głogowskich. Dzięki psom trafiliśmy jednak w miejsce, którego nie planowaliśmy odwiedzić. Włócząc się po Starym Mieście znaleźliśmy kawiarnię Słodka, gdzie życzliwie nas przyjęto. Zajęliśmy miejsce z widokiem na wieżę ratuszową i zamówiliśmy kawę z dodatkami. Psy leżały pod stolikiem, spod którego dochodziły czasem piski zniecierpliwienia. Nic dziwnego, kawa to czysto ludzka przyjemność. Rozmawialiśmy z obsługującą nas panią, że trudno znaleźć lokal akceptujący obecność psów. Na co otrzymaliśmy, popartą wizytówką, radę, aby odwiedzić pałac w Bądzowie. Przypomniało mi się, że w Internecie lokal informuje, iż nie jest „pets friendly”. Zapewniono nas jednak, że dla tak dobrze wychowanego towarzystwa, jak nasze, zrobią wyjątek. I tak odwiedziliśmy jeszcze jeden pałacyk, tym razem neobarokowy, starannie odrestaurowany na potrzeby  działalności hotelarsko-gastronomicznej. Czekał tam na nas smaczny posiłek, a na psy porcja komplementów dotyczących zarówno ich urody, jak i zachowania.

Harry i Vinyl odpoczywają podczas wycieczki we Wzgórza Dalkowskie
Pałac w Bądzowie

W 1957 roku Wydawnictwo PAX wypuściło na rynek pozycję pod tytułem „300 miast powróciło do Polski”. Autorem był Władysław Jan Grabski, syn przedwojennego premiera (tego od wprowadzenia złotego jako polskiej waluty). Dzieło to, bogate w informacje dotyczące relacji dynastycznych i rodów panujących na tzw. ziemiach odzyskanych w średniowieczu, opis prawie każdego miasta kończyło wykazaniem, że żyje tam więcej ludności, niż przed wojną oraz, że polskie rządy przyniosły rozkwit gospodarczy tym ziemiom. W przypadku Głogowa autor użył jako punkt odniesienia liczbę mieszkańców z roku 1946. Bo i nie było się czym chwalić – wokół oczyszczonego z rozbiórkowej cegły Starego Miasta mieszkało 5 razy mniej ludzi, niż przed wojną. Gwałtowny przyrost liczby mieszkańców rozpoczął się dopiero 25 lat po wojnie wraz z uruchomieniem huty miedzi. Natomiast ostateczne oswojenie przestrzeni miasta przez polskich mieszkańców zbiegło się z decyzją odbudowie i zasiedleniu Starego Miasta. Miasto odzyskało swoje serce, a turyści znaleźli kolejny cel podróży.

Kategorie
Polska

Niespodziewana stolica Jury

Na poziomie oczu ta kamieniczka nie wyróżniała się od swych sąsiadek. Podobnie odłażąca z fasady farba, okna w przyziemiu prezentujące ofertę sklepową na folii samoprzylepnej w sposób uniemożliwiający zaglądnięcie do środka i dostrzeżenie jakie towary rzeczywiście są wyłożone na półkach. Jeśli jednak rozglądnąć się naokoło jest to jeden z najwyższych i, jednocześnie, najwęższych budynków w okolicy. Takie proporcje zdradzają wiekowe pochodzenie. Prawdziwe cudeńka czekają jednak gdy podniesiemy wzrok ku wyższym piętrom kamieniczki. Środkowy trakt na wysokości drugiej i trzeciej kondygnacji zdobią okna francuskie z fantazyjnie powyginaną, metalową, półokrągłą balustradą. Pod gzymsem nad drugim rzędem okien w dwóch niszach wdzięczą się pulchne putta, a między nimi opiekuńczo rozpościera skrzydła metalowy aniołek. Jeszcze wyżej, w samym szczycie budynku na metalowym wysięgniku podwieszona jest latarnia. Uważniejsza lustracja pozwala jednak stwierdzić, że oświetlenie fasady nie było pierwotną funkcją tego elementu. Tak, oczywiście, jest to dawny żuraw służący do podnoszenia towarów do kupieckiego składu mieszczącego się na poddaszu domu. Budynek przy żareckim Starym Rynku numer 8 to mniejszy krewny gdańskiego Żurawia, czy też kazimierzowskich spichrzów. Świadek handlowej przeszłości tego podczęstochowskiego miasteczka. Jak się okazuje, bynajmniej nie jedyny.

Miasto rozwinęło się przy ważnym szlaku handlowym z Krakowa do Wrocławia.
W XVI wieku w Żarkach funkcjonowały liczne młyny, browary, jatki i gorzelnie. W XIX wieku miasto nabył Piotr Antoni Steinkeller, który inwestował w rozwój usług i przemysłu. Największym sfinansowanym przez niego przedsięwzięciem była budowa fabryki maszyn i narzędzi rolniczych. Za jego czasów Żarki jako jedno z pierwszych miast Królestwa Kongresowego otrzymało gazowe oświetlenie ulic. Poprowadzenie linii kolei warszawsko-wiedeńskiej w odległości 6 kilometrów przyhamowało dalszą industrializację miasteczka, ale nie mogło powstrzymać ducha przedsiębiorczości panującego wśród jego mieszkańców. Ważnym elementem miastotwórczym i rozwojowym była obecność silnej, sięgającej momentami ponad 60% ogółu mieszkańców społeczności żydowskiej. Włożyła ona swój wkład w industrializację Żarek budując warsztaty, fabryczki, młyny i piekarnie, których liczba przed II Wojną Światową, sięgała 15. Ciągle pracuje tu wiele piekarni i zakładów cukierniczych. Ba, jest tu nawet bardzo klimatyczna kawiarnia serwująca wymyślne wypieki i koktajle.
Pod koniec XVIII wieku w mieście pracowało 8 młynów, a 140 lat później ciągle 5, w tym jeden elektryczny. Nota bene, miejscowa elektrownia rozpoczęła dostarczać prąd już w roku 1916, co jak na miasteczko tej wielkości też warte jest odnotowania. Tradycje młynarstwa przechowuje i przypomina mieszczące się w odrestaurowanym młynie Muzeum Dawnych Rzemiosł. Wizyta w nim jest chyba obowiązkowa dla uczniów okolicznych szkół, bo zawsze widywaliśmy przed nim mniej lub bardziej niesforną kolejkę młodych gości. Około 200 metrów dalej zaczyna się plac targowy. Żarki, na mocy przywileju króla Zygmunta Augusta z 1556 roku, miały prawo organizować cotygodniowe, sobotnie targi i 3 jarmarki rocznie. Choć miejsce i dzień targowania  ulegały zmianom, to tradycja przetrwała i obecnie jest tu największe targowisko w całym województwie śląskim, gromadzące na 1,5 hektara powierzchni do 10 tysięcy kupujących, tłoczących się do nawet 500 stoisk. Najpopularniejsze są targi sobotnie – środa jest drugim dniem targowym w tygodniu, ale mniej uznanym. W czasie naszej środowej wizyty, na olbrzymim placu stało/parkowało około 30 sprzedawców oferujących głównie owoce, warzywa i inne produkty spożywcze.

Muzeum Dawnych Rzemiosł

Tło dla targowicy stanowi kompleks 32 stodół. Poświadczają one, że dawny mieszczanin w niewielkim ośrodku miejskim rzadko mógł się utrzymać wyłącznie z rzemiosła i handlu, więc wspomagał się uprawą roli. A, że w zwartej zabudowie miejskiej było i nieskładnie i niebezpiecznie stawiać budynki gospodarcze, stodoły do przechowywania płodów rolnych lokowano poza jej obszarem, zazwyczaj przy wydzielonej drodze. W Żarkach, co wyjątkowe, tworzą one całą mini dzielnicę przylegającą do targowicy i ulicy Ofiar Katynia. Jako, że miasto było handlowe i słynące ze swych jarmarków, stodoły stopniowo przejmowały funkcję spichrzów. Obecnie ich ściany zbudowane są z łamanego kamienia wapiennego, a dachy kryte dachówką lub eternitem, ale pierwotnie były to konstrukcje drewniane, kryte często strzechą. Dopiero po wielkim pożarze w roku 1938 odbudowano je z użyciem bardziej ogniotrwałego budulca. Niektóre z nich są wynajmowane przez sprzedawców podczas największych wydarzeń targowych. W jednej odbywa się Kupiecki Sąsiek, czyli swoiste warsztaty rzemiosł dawnych połączone ze sprzedażą produktów i pamiątek regionalnych.

Dzielnica stodół

Jako miejscowość z ponad 600 letnią historią Żarki chlubią się znaczną liczbą innych turystycznych atrakcji. Miasteczko uniknęło zniszczeń podczas II wojny światowej i dzisiaj chodząc jego uliczkami i patrząc na ich układ łatwiej wyobrazić sobie, jak wyglądało tu życie w innych realiach społecznych i ekonomicznych. Zabudowa jest zwarta, domy najczęściej mają do dwóch kondygnacji. Charakterystyczne są długie, parterowe budynki z bramami na przestrzał, umożliwiającymi dostawę towarów lub półproduktów do warsztatów i magazynów mieszczących się w podwórkach. Żarki szczycą się też ciekawymi budowlami sakralnymi. Nad Starym Rynkiem góruje Kościół św. Szymona i Judy Tadeusza. Po drugiej stronie rzeczki Leśniówki znajdziemy uroczy, kryty gontem kościółek św. Barbary. W dzielnicy Leśniów, nad źródłem Leśniówki, wznosi się barokowe sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej Patronki Rodzin. Obiektem czci jest w nim drewniana figurka Matki Boskiej z Dzieciątkiem, sprowadzona, rzekomo, przez księcia Władysława Opolczyka w doborowym towarzystwie ikony Matki Boskiej Bełzkiej, która po wprowadzeniu się do klasztoru jasnogórskiego rozsławiła go, jako Matka Boska Częstochowska. W odległości niespełna 2 km od żareckiego rynku, przy drodze do Kroczyc, stoi ruina kamiennego kościoła św. Stanisława. Wedle legendy, wokół niego rozpościerała się pierwotnie osada Żarki. Miejsce jest urokliwe, nie tylko ze względu na  czar starych murów, ale przede wszystkim z powodu położenia na skraju questy jurajskiej, czyli 70 metrowego uskoku Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej ku dolinie Warty. Sprzed kościółka rozciąga się daleki widok na łąki, lasy i zabudowania miejscowości w dolinie.

Kościół św. Szymona i Judy Tadeusza
Sanktuarium Matki Boskiej Leśniowskiej
Kościół św. Barbary

Śladami po obecności i roli społeczności żydowskiej w Żarkach są: okazała synagoga, użytkowana obecnie jako dom kultury, a także dwa cmentarze. Synagoga była miejscem modlitw Żydów postępowych. Wyznawali oni odmianę judaizmu dopuszczającą reformy prawa i tradycji żydowskiej ułatwiające wiernym funkcjonowanie w szybko zmieniającym się świecie zewnętrznym. Obecność społeczności tego rytu, w tak małym mieście, była równie wyjątkowa, jak wczesne wprowadzenie oświetlenia gazowego i elektryczności. Starszy, niewielki cmentarz żydowski, znajduje się na ulicy Górki. Oznacza go w terenie tylko skromne upamiętnienie z wykorzystaniem resztek odkrytej przypadkowo macewy. Za to nowy cmentarz przy ulicy Polnej ma 1,5 ha powierzchni i ciągle można na nim znaleźć ok. 700 nagrobków. Rozrzucone malowniczo na pofalowanym, piaszczystym terenie, robią ogromne wrażenie. Szczególnie ciekawe są trzy macewy żeliwne, umieszczone w ogrodzeniu cmentarza od strony południowej.

Pomnik na starym cmentarzu żydowskim

Żarki są też doskonałym punktem wypadowym do wycieczek po innych atrakcjach Jury. Mnie do gustu przypadła zwłaszcza ta do źródeł rzeki Wiercicy i Złotego Potoku. Dolina Wiercicy na odcinku jurajskim obfituje w najbardziej charakterystyczne atrakcje tego regionu. Bujne bukowo-grabowe lasy, malownicze formacje skalne, jaskinie, wywierzyska, głębokie wąwozy – wszystko to można znaleźć na trasie nieco ponad godzinnego spaceru ze Złotego Potoku w górę doliny. Może tu  brakować jedynie wybitnych punktów widokowych – dalszą perspektywę zapewniają wyłącznie nanizane na bieg rzeczki stawy rybne. Sam Złoty Potok, majątek arystokratycznych rodzin Krasińskich i Raczyńskich, odbiega wyglądem od okolicznych miejscowości. Większość zabytków (dwór, pałac, kościół, rządcówka) pochodzi z XIX wieku i jest schludnie utrzymana. Miejscowość kultywuje pamięć pobytu poety Zygmunta Krasińskiego, który, choć trwał tylko nieco ponad miesiąc, zaowocował nadaniem nazw wielu skalnym ostańcom i stawom w dolinie. Sam poeta nie wyniósł jednak stąd dobrych wspomnień, gdyż właśnie w Złotym Potoku umarła jego najmłodsza córka Elżbieta.

Widok spod portyku pałacu Raczyńskich na dwór, w którym mieszkał Zygmunt Krasiński
Skałki w dolinie Wiercicy
Stary młyn nad Wiercicą

Jako, że Jura kojarzy się wszystkim z warowniami na skałach – słynnymi Orlimi Gniazdami – nie wypadało ich nie odwiedzić. Najbliżej Żarek położony jest kompleks  zamkowy Mirów-Bobolice. Oba zamki są obecnie w prywatnych rękach, przy czym Bobolice zostały wspaniale odrestaurowane, a Mirów ciągle podlega pracom zabezpieczającym. Budowle robią imponujące wrażenie, gdyż usytuowane są w skalnym otoczeniu, a szczupłość miejsca pod budową wymuszała ich wyciągnięcie ku górze. W sezonie letnim odbywają się tu liczne imprezy masowe, pobierana jest też opłata za wejście/zwiedzanie. Na przełomie zimy i wiosny można pokręcić się po terenie bez wnoszenia opłat, ale też bez możliwości wejścia, nie tylko do wnętrza zamków, ale i sąsiadującej z nimi zabudowy gastronomiczno-hotelowej. Gorącej kawy można więc skosztować tylko, jeśli wzięło się ją ze sobą w termosie! Oba zamki, oddalone od siebie ledwie o 1,5 km, wieńczą krańce najeżonego ostańcami pasemka wzgórz. W roku 1981, gdy pokonywałem pieszo cały szlak Orlich Gniazd, od Częstochowy do Krakowa, była to jedna z najbardziej malowniczych i widokowych jego części. Niestety, obecny właściciel ogrodził ten teren tak, że szlak turystyczny musiano poprowadzić asfaltową drogą łącząca obie wioski. Zmiany własnościowe zamków przyniosły więc zarówno pozytywne jak i niepożądane skutki.

Zamek Bobolice z najbardziej imponującej perspektywy

Nieco dalszy celem wycieczkowym jest Góra Zborów koło Kroczyc. To prawdziwe skalne miasto z formacjami skalnym o różnej wysokości i fantazyjnych kształtach. To także popularne miejsce ćwiczeń dla alpinistów, nie tylko ze Śląska i Zagłębia. Jako, że góra wznosi na 468 m npm, a skały wyrastają ponad las, można się tu nacieszyć panoramicznymi widokami, które przy sprzyjającej pogodzie sięgają wielu kilometrów. Szczęśliwcom udawało się nawet sfotografować stąd panoramę Tatr odległych w prostej linii o około 160 km. Nam się to nie udało, ale z drugiej strony nie spotkaliśmy też żadnych nowożeńców, którym skalne krajobrazy góry służą jako tło ślubnych sesji fotograficznych. Po drodze warto zboczyć w Kotowicach w stronę Zawiercia. Po  przejechaniu ok. 1,5 km, przed wiaduktem nad linią kolejową, znajduje się jeden z największych na ziemiach polskich cmentarz wojenny z czasów I Wojny Światowej. Już w czasach założenia pochowano tu około 800 żołnierzy trzech imperialnych armii. W latach 30-tych XX wieku przeniesiono nań szczątki kolejnych 700 poległych, pierwotnie pochowanych na mniejszych cmentarzach w okolicy. Nazwiska na tabliczkach są różnego pochodzenia, bo armie były trzy, a każde imperium wielonarodowościowe. Różne są też formy upamiętnienia, w zależności od armii, rangi poległego i czasu, w którym wykonano nagrobek. Konflikt ten był już wojną nowoczesną, w znaczeniu użycia na szeroką skalę bardzo wydajnych technologii militarnych (czytaj: narzędzi do zabijania ludzi), równocześnie była to chyba ostatnia wojna, podczas której praktykowano elementy etosu rycerskiego, nakazujące szacunek dla przeciwnika i godny pochówek dla poległych.

Góra Zborów

Żarki oferują całkiem szeroką gamę możliwości noclegowych, w mieście działają trzy punkty informacji turystycznej: w muzeum, urzędzie miasta i domu kultury. Zaskakująco duża jest też oferta gastronomiczna. Nam nie udało się skosztować lokalnego przysmaku, jakim jest pieczonka jurajska, ale połączenie tradycyjnej oferty z nowoczesną aranżacją wnętrz w Przystani Lesniów wywarło na nas duże wrażenie. Miasteczko ma też swoją Pizzerię u Włocha, gdzie menu nie ogranicza się tylko do placka z mozzarellą i sosem pomidorowym, bo w kuchni rządzi prawdziwy włoski kucharz. Mamy nadzieję, że obydwa lokale przetrzymają stagnację koronawirusową.

Mieszkaliśmy 6 km za miastem, w maleńkim przysiółku Kępiny koło Ostrowia. To już dolina Warty z okolicą zalesioną i poprzecinaną licznymi strumieniami, wytryskującymi spod nieodległej krawędzi jurajskiej. Wieś zabudowana jest w znaczącym stopniu domami letniskowymi, które przed sezonem stoją puste. W pobliżu znajduje się rezerwat cisów, z których największy wyrósł paradoksalnie blisko zabudowań przy wiejskiej drodze. Codziennie rano wychodziliśmy z Harrym na spacer do lasu i prawie zawsze znajdowaliśmy jakieś ciekawostki: pierwsze kwiaty, ślady saren, tajemnicze wzgórza (kurhany?), czy doły po eksploatacji torfu. Ostatni poranny spacer przywiódł nas na przeciwległy skraj rozległej, podmokłej polany, przy której stał nasz dom. Przeciąwszy obrzeża sosnowo-świerkowego boru i pas wierzbowych zakrzaczeń wyszliśmy na otwartą przestrzeń porośniętą kępami turzyc i situ. W odległości 20-25 metrów przed nami dojrzeliśmy parę żurawi. Nie wykazywały lęku. Wolno przechadzały się pozwalając na spokojną obserwację. Harry – pies miłośnika ptaków wie jak zachować się w takiej sytuacji. Ptaki zatrąbiły kilka razy tryumfalnie, a potem nieśpiesznie odleciały w stronę lasu. Nigdy jeszcze nie widziałem żurawi z tak bliskiej odległości. A ponieważ nie miałem przy sobie aparatu fotograficznego, ich obraz mogłem zachować jedynie w pamięci. Spotkanie tych ptaków było godnym zwieńczeniem pełnego niespodzianek wyjazdu.

Jako się rzekło nie miałem aparatu. By Andreas Trepte – Praca własna, CC BY-SA 2.5, 
Najstarszy cis we wsi

Jura (Wyżyna) Krakowsko-Częstochowska otrzymała swe imię od dwóch miast leżących na jej krańcach. Każde z nich jest samo w sobie celem turystycznym, a równocześnie, ze względu na peryferyjne usytuowanie, niezbyt dogodnym punktem startowym do wycieczek w głąb tego regionu. Dlatego, moim zdaniem, żadne z nich nie zasługuje na miano jurajskiej stolicy. Poznawszy bogatą historię i współczesne osiągnięcia oraz turystyczną ofertę Żarek, niespodziewanie dla samego siebie utwierdziłem się w przekonaniu, że to właśnie niepozorne miasteczko nad Leśniówką zasługuje na ten tytuł.