Na wileńskim Zarzeczu, mniej niż 100 metrów od przerzuconego nad rzeką Wilenką mostu na granicy samozwańczej republiki artystycznej, na kołku wbitym w ścianę kamienicy wisi płaszcz. Nie jakiś zwykły, tekstylny. Jest to płaszcz metalowy, może wręcz spiżowy. Umieszczona obok trzyjęzyczna tablica wyjaśnia, że jest to szynel Antoniego Wiwulskiego, rzeźbiarza służącego w siłach Samoobrony Wileńskiej. Artysta miał rzekomo przed tym właśnie domem oddać, w styczniu 1919 roku, swój przyodziewek bardziej zmarzniętemu koledze. Niestety, warunki pogodowe nie sprzyjały takim aktom altruizmu. Wiwulski, od lat zmagający się z gruźlicą, przeziębił się, wywiązało się zapalenie płuc i po tygodniu świat kultury i sztuki mógł zacząć o nim mówić w czasie przeszłym. Trwają dyskusje czy ciepłe okrycie rzeźbiarza należy nazywać szynelem (samoobrona była przecież tylko formacją paramilitarną) czy tylko kożuszkiem bądź wręcz płaszczem. Niektórym przedstawicielom mniejszości polskiej w Litwie przeszkadza brak uwypuklenia narodowości artysty czy celów o jakie walczyła Samoobrona. Tymniemniej, Republika Zarzecza zgodnie ze swoją konstytucyjną zasadą “Człowiek ma prawo przynależeć do różnych narodowości” upamiętniła nietuzinkową sytuację i nietuzinkową osobę bez zwracania uwagi jakiej narodowej bajki jest ona bohaterem.



Rzadko zdarza mi się wracać w te same miejsca bez kilkunastoletniej karencji. Tymczasem. Wilno znalazło się na naszej trasie po raz drugi w ciągu roku. Postanowiliśmy zerwać z tą praktyką, gdy po listopadowej wizycie wyszło na jaw, że towarzyszka wielu naszych wypraw, zwana w rodzinie ciocią Kasią, w stolicy Litwy nigdy jeszcze nie była. Do grupy dokooptowano jej brata, w planach była jeszcze jego małżonka, a nawet i pies, ale ostatecznie pojechaliśmy w czwórkę. Z drogi dojazdowej oprócz faktu, że nawigacja poprowadziła nas na zupełnie lokalne przejście graniczne koło Puńska, a potem, już po litewskiej stronie, przez dwa odcinki dróg gruntowych, warte wspomnienia jest, że zahaczyliśmy o Park Regionalny Zakola Niemna rozciągający się wzdłuż meandrującej rzeki od Rumbowiczy (Rumbonys) na południu po Pocuny (Pociūnai) na północy. Wprawdzie przesadnym wydaje się twierdzenie dawnego kronikarza, że flisacy płynący rzeką mogli po całym dniu biwakować przy pozostawionym rano ognisku, ale trzeba przyznać, że Niemen nie mógł się tu zdecydować gdzie właściwie ma pokierować swe wody. Z punktu widokowego w pobliżu Balwierzyszek (Balbieriškis) rzeka robi majestatyczne i paradoksalnie sielskie wrażenie. W uzdrowisku Birsztany (Birštonas) rozłożonym w najwęższym, niespełna dwukilometrowym przesmyku międzyrzecznym obserwowaliśmy czaple i kaczki znad talerzy z naleśnikami i plackami ziemniaczanymi. Do Wilna dotarliśmy około godziny 16, co pozwoliło rozpocząć zwiedzanie jeszcze tego samego dnia.
Nasz program ze względu na zróżnicowane doświadczenie turystyczne uczestników musiał zawierać zarówno wileńskie “must see” jak i miejsca rzadziej odwiedzane przez gości miasta. Wykupiliśmy więc wycieczki z przewodnikiem po uniwersytecie oraz do katedralnych krypt. Ta pierwsza obejmowała biblioteczne sale Smuglewicza i Lelewela oraz wnętrza i wieżę obserwatorium astronomicznego. Oprowadzanie było po polsku. Dwie Koreanki, które dołączyły do grupy miały wprawdzie zainstalowane programy translatorskie w swoich komórkach, ale wobec specyfiki wileńskiej polszczyzny przewodniczki wkrótce ograniczyły się do doznań wzrokowych. Z palety fresków na ścianach zwiedzanych pomieszczeń (barokowe w sali Smuglewicza, art decowskie w sali Lelewela) największe wrażenie, w moim przypadku, wywołały prace Petrasa Repšysa w holu Centrum Studiów Litewskich uniwersytetu. Wykonana w latach 1976-84 kompozycja nosi nazwę Pory Roku. Pełna stworów z litewskiej mitologii i mniej lub bardziej baśniowo oddanych zwierząt jest daleką reminiscencją obrazów Hieronima Boscha. Podobno autor tłumaczył zaniepokojonym cenzorom, że jego sztuka sięga korzeniami tradycji ludowych, a ten argument zamykał usta krytykom, bo wszak ich władza miala także wywodzić się z potrzeb ludu. Mam tylko nadzieję, że jako ilustrator książek dla dzieci, Repšys stosował mniej ekspresyjne techniki malarskie.










Wycieczka po kryptach odbyła się w grupie anglojęzycznej. Młoda przewodniczka starała się głównie rozbawić jej uczestników. Nie dowiedzieliśmy się więc wiele nowego, choć mnie osobiście ujął jej dystans do kultu Wielkiego Księcia Witolda jaki panuje w Litwie. Wspomniała też bardzo oględnie o współczesnych sporach medialnych i prawnych między odkrywcami i eksploratorami krypt, a zarządcami świątyni i władzami miasta. To przykład swoistego genius loci, bo już w latach trzydziestych XX w., gdy po raz pierwszy penetrowano krypty i znaleziono pochówki królewskie, przedstawiciel strony kościelnej utyskiwał, że klucze do katedry musiał wydawać socjaliście (to o ówczesnym wojewodzie) oraz heretykowi (a to o konserwatorze zabytków). Ponieważ byłem świeżo po lekturze wspomnień osób zaangażowanych w prace archeologiczne w katedrze w latach 30-tych XX wieku, a przed oczami miałem tolkienowski wręcz obraz czaszki Barbary Radziwiłłówny w koronie królewskiej, tak jak ją ówcześnie znaleziono, szczególnie silnie odczuwałem rozdźwięk między atmosferą naszej komercyjno-edukacyjnej tury, a powagą zwiedzanego miejsca.






Kaplicy w Ostrej Bramie po raz kolejny nie udało się zwiedzić, gdyż każda grupa turystyczno-pielgrzymkowa z Polski organizuje tam własne nabożeństwo w porach daleko odbiegających od oficjalnego grafiku. Udało nam się jednak wspiąć na pięterko i z pomieszczenia sąsiadującego z kaplicą ocenić stan prac przy zieleni Ogrodu Ostrobramskiego. Ten ukryty wśród murów czarujący zakątek jest podobno dostępny przez budynek hotelu Domus Maria, ale nie zdecydowaliśmy się skorzystać z tej możliwości. Obejrzeliśmy za to dokładnie zdobienia po południowej, architektonicznie ciekawszej, lecz religijnie neutralnej, stronie bramy.



Świątynie zwiedzaliśmy tak trochę z przypadku. Drzwi były otwarte, a w środku nie odbywało się nabożeństwo, to wchodziliśmy do wnętrza. Wyjątek zrobiliśmy dla katedry (ach ta kaplica św. Kazimierza!), kościoła uniwersyteckiego św. Jana i, oczywiście, kościoła św. Piotra i Pawła na Antokolu. Nadmiar architektury sakralnej potrafi zlać się w taki religijny amalgamat, z którego wspomnienia trudno później przypisać do konkretnego obiektu. Zachowaliśmy jednak umiar dzięki czemu ciągle potrafię skojarzyć szaleństwo stiukowych ornamentów, hiszpańską figurę Chrystusa z prawdziwymi ludzkimi włosami na głowie, czy pokorne wyznanie “Tu spoczywa grzesznik” z antokolską świątynią. Podobnie jak figurę Matki Boskiej Brzemiennej z kościołem pofranciszkańskim, drewnianą architekturę ołtarzy i gotyckie freski z Bernardynami, a portret Stefana Batorego i metalową płaskorzeźbę Kościuszki dłuta Wiwulskiego z kościołem św. Jana. Nie byłbym sobą, gdybym nie powiódł grupy do kościoła luterańskiego, by pokazać jej rzeźbiarski wystrój wnętrz dłuta wileńskiego tytana barokowej rzeźby i architektury – Jana Krzysztofa Glaubitza.
















Kolejna wizyta na Rossie utwierdziła mnie w przekonaniu, że cmentarze powinny być zakładane w terenie o pofałdowanej rzeźbie. Niestety, niektórym przypadło w udziale żyć, umierać i być pochowanym na bezkresnych równinach. W każdym razie myślę, że conajmniej połowa uroku cmentarza na Rossie wynika z jego lokalizacji. Z mnogości stylów architektury sepulkralnej najbardziej przemawia do mnie art deco i modernizm. Nota bene, cmentarz wojskowy oraz nagrobek matki Piłsudskiego i serca marszałka to też ten styl. Pomniki na grobach litewskich są ciekawe i robią duże wrażenie, gdy odwołują się do rzeźby ludowej tego regionu. W przeciwnym razie zanurzają się w niebezpieczne otchłanie eksperymentu na granicy dobrego smaku. Na Nowej Rossie znalazłem pomnik w kształcie głowy z ptasim ogonem. Nie był to wszak pomnik ornitologa. Wydłużony element pełnił funkcję przeciwwagi dla niezbyt stabilnego, owalnego czerepu. W morzu pięknych, polskich pochówków trafiają się jednak i potworki, takie jak mająca formę regularnego bunkra kaplica Raduszkiewiczów. Ci to nie oszczędzali na betonie! Wizyta na Rossie dostarczyła też dowodów, że nie zawsze uczymy się na własnym doświadczeniu. Po raz kolejny nie dostaliśmy się do kaplicy z pochówkami Sierakowskiego, Kalinowskiego i innych powstańców styczniowych mimo, że z poprzedniego pobytu powinniśmy zapamiętać, że wstęp do niej możliwy jest tylko w dni powszednie.







Wśród nieoczywistych miejsc odwiedzonych tym razem w Wilnie była hala targowa na rogu ulic Pylimo i Bazilijonu. Obiekt w sumie typowy, pochodzący z pierwszej dekady XX wieku. Podziomek i ja mamy jednak słabość do ówczesnych świątyń handlu, ich architektury i atmosfery. Pochodziliśmy trochę wśród stoisk ciesząc oczy kolorami i zapachami wystawianych na sprzedaż produktów. Udało nam się kupić w przystępnej cenie, tzn. 10 razy niższej niż na ulicy Wielkiej (Didžioji), okulary przeciwsłoneczne, a nawet skorzystać z miejscowej oferty kulinarnej.


Turyści z Polski mają w zwyczaju odwiedzać w Wilnie kościoły katolickie, gdzie mogą znaleźć wiele polskich śladów, pomijają natomiast cerkwie postrzegając je jako element rosyjskiej spuścizny kulturowej. Owszem, w mieście są cerkwie zbudowane za cara i mające wizualnie wyznaczać obszar panowania prawosławia takie jak cerkiew św. Michała i Konstantyna na Pohulance czy cerkiew Znamieńska na zachodnim zamknięciu ulicy Gedymina. Cerkwie staromiejskie są jednak, co do zasady, średniowieczne, co najwyżej rozbudowywane w czasach zaborów. Mało kto kojarzy, że prawosławie przyszło na Litwę przed katolicyzmem, a oficjalnym językiem urzędowym Wielkiego Księstwa Litewskiego był, przez długie lata, język staroruski. My odwiedziliśmy tylko centralnie położoną cerkiew św. Paraskewy, ale myślę, że odwiedzenie pozostałych byłoby ciekawym doświadczeniem.










W czasach Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej w Wilnie czynne były tylko trzy kościoły rzymskokatolickie. Pozostałym wyznaczono różne funkcje, z których te muzealne pozwalały na zachowanie maksymalnie dużej ilości wyposażenia wnętrz. Przywrócenie tych świątyń do celów kultowych oraz odtworzenie ich wyposażenia to dzieło wręcz tytaniczne. W kościele pofranciszkańskim dobiega ono już końca, u Bazylianów jest na bardzo wczesnym etapie. Kompleks poaugustiański, choć odzyskany przez Kościół, pozostaje podzielony na liczne pomieszczenia wynajmowane na cele komercyjne. Położony po drodze na Rossę kościół Wniebowstąpienia Pańskiego ma pięknie odnowioną fasadę, ale zdewastowane wnętrze, a pobliski kościół Serca Jezusowego wraz z klasztorem wizytek jeszcze nie podniósł się po latach, w których pełnił funkcje sowieckiego więzienia.
Jeszcze innym celem naszej wizyty były wileńskie parki. W części staromiejskiej nie są one zbyt rozległe. Nazwy zdradzają ich przeszłość. My odwiedziliśmy ogrody bernardyńskie oraz tereny parkowe na dawnych cmentarzach luterańskim i kalwińskim. Wszystkie mają bogatą i starannie wypielęgnowana zieleń. Tym pierwszym uroku dodaje sąsiedztwo rzeki Wilenki, a ich minusem, przynajmniej podczas naszej wizyty, była nadmiernie głośna muzyka dobiegająca z głośników rozmieszczonych przy centralnej części założenia. Po drugiej, wschodniej stronie Wilenki, na stromych stokach doliny rozciąga się za to całkiem dziki las z błotnistym ścieżkami i powalonymi drzewami. Można się stamtąd wdrapać nowymi, jednobiegowymi, metalowymi schodami aż na Bekieszową Górę. Park luterański na Górze Bouffałowej został za czasów sowieckich zdewastowany poprzez wybudowanie na jego terenie monstrualnych budynków już rozebranego pałacu związków zawodowych oraz pałacu ślubów. Pamięć o przeszłości tego terenu przywrócono ostatnio poprzez powrót z cmentarza na Rossie pochodzących stąd nagrobków i pomników. Stanęły one w okolicy jedynej zachowanej in situ kaplicy cmentarnej chroniącej doczesne szczątki profesora chirurgii Jana Fryderyka Niszkowskiego. Za czasów sowieckich w kaplicy istniało stoisko sprzedaży pamiątek, którego funkcjonowanie z dala od atrakcji Starego Miasta jest na pewno jednym z dowodów na absurdy gospodarki planowej w ZSRR.











Nie zwiedziliśmy wielkiego, ponad 120 hektarowego parku, a właściwie lasu miejskiego, Zakręt (Vingio parkas) gdzie znajdują się ogród botaniczny oraz amfiteatr. Mieliśmy jednak okazję podziwiać jego panoramę z błoni po północnej stronie Wilii, od strony dzielnicy Zwierzyniec. Ta zresztą dzielnica jest moim osobistym odkryciem wyjazdu. Większa i bogatsza krewniaczka białostockich Bojar, zabudowana głównie drewnianymi domami znajduje się obecnie pod konserwatorską ochroną i uznawana jest znowu za dzielnicę prestiżową. Nie ma tam zbyt wiele do zwiedzania. Dwie świątynie prawosławne i jedna katolicka, karaimska kenesa, zruinowany budynek będący pierwszą siedzibą Polskiego Radia w Wilnie, kilka ambasad, ze trzy restauracje i jedna kawiarnia. Natomiast możliwość spaceru ulicami obramowanymi rzędem drewnianych, otoczonych ogrodami willi w słoneczny, lipcowy dzień, bez towarzystwa tłumu turystów i miejscowych, była naprawde bezcenna. Na nas z Podziomkiem spłynął tam taki spokój, że zupełnie w angielskim stylu, zalegliśmy na trawie na opadających ku Wilii stokach doliny.
Poniżej kilka przykładów architektury mieszkalnej Zwierzyńca









W dziale kulinaria naszego wyjazdu staraliśmy się pogodzić wartości smakowe z oryginalną lokalizacją.W pobliżu placu Katedralnego znaleźliśmy ukrytą w podwórku restaurację absolutnie nie wartą wspomnienia, gdyby nie fakt, że oferowane tam jako zakąska paluszki serowe okazały się sześcioma solidnymi (na oko ok. 100 g sztuka) kawałami nabiału zasmażanymi w solidnej pierzynce panierki. Gdy zakąska zapewnia bez mała dzienną porcję kalorii, cóż dopiero mówić o daniach głównych! Restauracja w Zwierzyńcu zachwyciła nas ulokowaniem stolików w rozległym ogrodzie starej drewnianej willi. Miejscowy kelner zdobył tytuł Igora wyjazdu, przyznawany tradycyjnie przez naszą rodzinę najbardziej profesjonalnemu przedstawicielowi tego fachu. Nie dość, że znalazł nam miejsce, choć rezerwacja zrobiona była na dzień kolejny, to jeszcze miło nas zagadywał oraz kompetentnie doradzał przy wyborze dań. Nie dziwota, że kierowani jego uwagami trafiliśmy na same pyszne potrawy. Restauracja na XVII-wiecznym dziedzińcu alumnatu, obecnie wchodzącym w skład staromiejskiego kompleksu uniwersyteckiego, serwowała eleganckie włoskie dania. Młoda, polska kelnerką czarowała nas wymową aktorskiego “Ł”, za to włoski właściciel, który zjawiał się przy stolikach, by pytać gości o ich wrażenia, posługiwał się zabawną śródziemnomorską angielszczyzną. W jednym z pomieszczeń do wynajęcia w klasztorze poagustiańskim umościła się naleśnikarnia prowadzona przez fundację pomagająca osobom z problemami natury psychicznej. Architektura tego pomieszczenia jest wręcz spartańsko industrialna, ale życia i ciepła nadają jej ludzie, tak obsługa jak i liczni goście. Dodatkowo, prawie wszystkie prezenty z Wilna nabyliśmy właśnie w małym sklepiku tej restauracji.












Antoni Wiwulski znany jest głównie z dwóch dzieł w skali XXL: Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie oraz pomnika Trzech Krzyży na wzgórzu położonym na wschód od wileńskiego zamku. Ciekawe, że obydwa pomniki padły ofiarą ideologicznie motywowanych najeźdźców – krakowski został zniszczony przez hitlerowskich Niemców, a wileński przez komunistycznych ludzi radzieckich. Obydwa odbudowano na wzór oryginałów, lecz wprowadzając niewielkie zmiany. Krzyże w Wilnie zostały podwyższone, gdyż stawiane w 1916 roku na wzniesieniu zwanym Łysa Góra nie musiał ścigać się wysokością z okolicznymi drzewami, co ma obecnie miejsce. W Krakowie odtworzony król Jagiełło stanął w strzemionach miast siedzieć w siodle. W pierwotnej formie pozostało tylko kolejne dzieło – kaplica Objawienia Matki Boskiej w Szydłowie (Šiluva) na Żmudzi. Wyciągnięta w pionie, modernistyczna, biała bryła góruje nad małomiasteczkową zabudową. Gdy zobaczyłam jej zdjęcia moje serce, czułe na architekturę powstająca zgodnie z hasłem “Forma wynika z funkcji”, zadrżało. Już wiedziałem, że jeśli zdrowie pozwoli, program następnej wycieczki na Litwę obejmie Żmudź i zachodnią, bardziej oddaloną od Polski, część tego kraju.
