Kategorie
Polska

Podlascy ornitolodzy otwierają okiennice, czyli jak wykreować produkt turystyczny

Suwalski krajoznawca i dziennikarz – Antoni Patla w wydanej w 1959 roku książeczce „Piękno ziemi Suwalsko-Augustowskiej”, w jednym z rozdziałów, szeroko omówił uroki jeziora Wigry. Na dłużej pochylił się nad wyspą Ostrów podkreślając jej wielkość (80 morgów, tj. prawie 45 ha), „przepiękną i przebogatą rzeźbę powierzchni”, „rozległe panoramy jeziora” oraz wykorzystywanie jej przez gospodarzy z Bryzgla do wypasu bydła i owiec. Ostatnia funkcja wymagała dwa razy w roku, na wiosnę i jesienią, przprawienia stada wpław przez licząca sobie około 150 metrów szerokości cieśninę.

Podsumowując, autor podzielił się z czytelnikami następującą refleksją: „Jedno jest tu uderzające: że wykorzystanie tych wspaniałych zabytków przyrody na pastwiska, jest skandalicznym marnowaniem ich wartości. Gdyby takie Wigry z wyspami znalazły się gdzieś w Poznańskiem, lub w Małopolsce, w okolicy Krosna, dawno by na wyspie stanął wielki dom turystyczny i kilkanaście domów wczasowych. Sprzyjają temu warunki komunikacyjne, bo prawie pod sam Bryzgiel podjeżdża kolejka leśna, łącząca tartak w Płocicznie z puszczą”.

Cytat ten powracał do mnie natrętnie podczas ostratniego pobytu w Krainie Otwartych Okiennic, czyli trzech wsiach na północnym, położonym już za Narwia, krańcu powiatu hajnowskiego. Miejscowości te oraz kilka innych, znane są z bogacta elementów zdobniczych na tradycyjnych podlaskich budynkach mieszkalnych i gospodarczych. Wedle większości źródeł, miejscowi snycerze za wzór wzięli ofertę rosyjskiej szkoły zdobniczej. Najpopularniejsza jest teoria, że prawosławna ludność wywieziona podczas I Wojny Światowej na wschód wraz wycofującą się przed Niemcami armią rosyjską, zastała po powrocie swoje domy w ruinie. W przypadku zabudowy drewnianej oznaczało to zazwyczaj całkowite spalenie. Zabrano się do odbudowy w pamięci mając jak wyglądały wiejskie domy w głębi Rosji. Przykłady zdobnictwa drewnianych domów na modłę wschodnią dotarły jednak w te okolice już wcześniej. Miejscowa ludność mogła je podziwiać na powstających budynkach mniejszych stacji kolejowych, czy na pałacu carskim oraz zabudowie dworskiej w Białowieży. W jakikolwiek sposób jaskrawo malowane okiennice, zdobne narożniki, czy misternie wycinane, ażurowe konstrukcje w szczycie dachu dotarły na Podlasie, źródła są zgodne, że umiejętniość ich wytwarzania wygasła wraz z rosnącą na wsi popularnością budownictwa murowanego, gdzieś w latach 80-tych XX wieku.

Kraina Otwartych Okiennic to nazwa projektu realizowanego przez Północnopodlaskie Towarzystwo Ochrony Ptaków w 2001 roku. Dlaczego ornitolodzy zajęli się budownictwem ludowym? Był to przykład działań mających zachować krajobraz kulturowy doliny Narwii oraz miejscowości położonych w sąsiedztwie Puszczy Białowieskiej. Przyrodnicy już dawno wykryli, że bioróżnorodność mierzona liczbą gatunków jest wyższa w krajobrazach mozaikowych, w tym w tych stworzonych w wyniku działań człowieka, niż w jednolitych, nawet naturalnego charakteru. Czyli, upraszczając, działanie wspierające atrakcyjność dotychczasowych form życia i aktywności miejscowej ludności, powinno sprzyjać zachowaniu populacji ptasich zasiedlających dolinę Górnej Narwi. Nie znalazłem żadnych danych dotyczących ptaków, ale w dziedzinie budownictwa ludowego oraz promocji i rozpoznawalności marki projekt okazał się pełnym sukcesem. Trzy wsie – Trześcianka, Puchły i Soce – objęte oryginalnymi granicami Krainy, wyróżniają się swym wyglądem. Rzemiosło snycerskie zostało tu odratowane, a nawet wykreowano popyt na produkcję rzemieślniczą. Rynek nieruchomości doznał ożywczego impulsu. Domy we wsiach kupili nabywcy z całej Polski, a nowi właściciele dostosowali się do lokalnej mody zdobienia domostw. Kraina Otwartych Okiennic wdarła się na listę Top 10 największych turystycznych atrakcji województwa podlaskiego. Powstało kilka gospodarstw agroturystycznych i pensjonatów, w których można przenocować w całkiem komfortowych warunkach. Podczas listopadowej wizyty presja turystyczna nie była odczuwalna, ale podobno w sezonie wiosenno-letnim na parkingu przed cerkwią w Trześciance potrafi ustawić się kolejka autokarów.

Trześcianka

Według Narodowego Spisu Powszechnego, Trześciankę zamieszkują 233 osoby. Ale proboszcz parafii prawosławnej, obejmującej też kilka mniejszych wsi, przyznaje się do posiadania tylko nieco ponad 170 parafian. Spacerując przez wieś po zapadnięciu zmroku można dostrzec światło w oknach może w co piątym budynku. W godzinach pracy jedynego we wsi sklepu ogólnospożywczego sionkę okupuje kilku uprzedzająco grzecznych panów z butelkami piwa w garściach. Podczas spacerów spotykaliśmy kręcące się po obejściach nieliczne starsze panie. Przy wjeździe do Trześcianki od strony Białegostoku znajduje się nowoczesne gospodarstwo rolne, jeszcze w jednym, czy dwóch, obejściach dostrzegłem nagromadzenie sprzętu, świadczące o prowadzeniu intensywnej gospodarki rolnej. W znacznie mniejszych Socach, czy Puchłach trudniej o takie obserwacje. Ba, nawet trudniej o spotkanie mężczyzn, bo mieszkają tam głównie starsze panie. Gmina Narew, w której granicach leżą wszystkie trzy miejscowości, w latach 2002-21 straciła ponad 25% mieszkańców. Obecnie żyje się więc tu ciekawiej, w estetyczniejszym otoczeniu, pojawiły się nowe możliwości zarobkowania, a ceny nieruchomości wzrosły, ale to ciągle typowa gmina ściany wschodniej, podlegająca intensywnemu procesowi wyludniania. Znamienne, że podczas spaceru po Socach, w samym środku wsi spotkaliśmy przebiegające drogę dwie sarny.

Podziomek lubi podnosić swoisty porządek wsi podlaskiej, przeciwstawiając go mazowieckiemu chaosowi. W Krainie Otwartych Okiennic łatwo utwierdzić się w takim przekonaniu. Tutejsze wsie to ulicówki, z domami stojącymi szczytami do drogi. Wszystkie zabudowania gospodarcze ustawione są rzędem, sięgając daleko w głąb wąskiej działki osiedleńczej. Jest to swoisty zabytek wielkiej reformy rolnej XVI wieku, jaką była „pomiara włóczna”. Zapoczątkowana około roku 1540 przez króla Zygmunta Starego za namową jego żony, Bony Sforzy, polegała na skomasowaniu rozdrobnionych gruntów i zabudowy, oczynszowaniu chłopów oraz wprowadzeniu gospodarki trójpolowej. W jej wyniku dochody królewskie znacząco wzrosły, a utworzony wówczas porządek przestrzenny trwa już bez mała 500 lat! Z osobliwości lokalnych, w Trześciance po obydwu stronach głównej ulicy biegną dwie wyznaczone wówczas drogi zastodolne. Północną z nich poprowadzono w ostatnich latach obwodnicę wsi. Południowa jest ciągle gruntówką. Natomiast Soce są ulicówką zdublowaną – zabudowa ciągnie się wzdłuż dwóch ulic, biegnących po obydwu stronach rozległej łąki, której środkiem płynie rzeczka Rudnia. O zdobieniach domów w Krainie Otwartych Okiennic można by wiele napisać, ale lepiej je zobaczyć – na początku na załączonych fotografiach. W Trześciance panuje też sympatyczny zwyczaj oznaczania poszczególnych domów drewnianą tabliczką z pochodzącą od nazwiska właściciela nazwą siedliska. Podobnie, jak kolorowe są miejscowe domy, tak barwne są miejscowe cerkwie. Ta w Trześciance jest głęboko zielona, podczas gdy ta w Puchłach – jaskrawo niebieska. Jako, że postawiono tu na turystykę, obydwie świątynie można zwiedzić, co nie jest powszechnie spotykane nawet w większych miastach regionu. Soce mają tylko skromną kaplicę prawosławną pod wezwaniem św. Proroka Eliasza. Za to każdy narożnik tej wsi znaczony jest krzyżami z drewna, metalu lub kamienia. Wiele z nich nosi datę 1895 . Wedle miejscowej tradycji wzniesiono je w jedną noc, w celu odpędzenia panującej zarazy. Dla większej pewności połączono je nicią, także uplecioną w jedną noc przez mieszkanki wsi.

Zdjęcia z wycieczki do Soców

Chociaż duża część (większość ?) zabudowy tych wsi wpisana jest conajmniej do ewidencji zabytków, to jednak można w nich znaleźć też obiekty przypominające, że krajobraz polskich wsi kształtują nie tylko decyzje konserwatorskie. W Trześciance, po południowej stronie głównej ulicy, znajduje się jeden murowany budynek o stylistyce – nadbudowanej o trzecią kondygnację – tzw. „kostki mazowieckiej” oraz jeden dom będący świadectwem tego, jak wyobrażano sobie dwór polski w latach 90-tych XX w. Z drugiej strony drogi, blisko cerkwi, wznosi się pawilon sklepowy z tego samego okresu, ciągle noszący barwy jednej z pomniejszych sieci handlowych oraz zdobny w tabliczkę z napisem „Sklepu brak”. Główna ulica tej miejscowości, jeszcze niedawno mająca rangę drogi wojewódzkiej, jest oczywiście pokryta asfaltem, choć oryginalnie miała nawierzchnię utwardzaną „kocimi łbami”. W Socach do utwardzenia głównych ulic użyto polbruku, który na każdym z czterech krańców wsi przechodzi w drogi gruntowe. Ruchu kołowego tam niewiele, więc nasza 11 miesięczna wnuczka mogła bez obaw ćwiczyć chodzenie po ulicy w prawdziwych butach!

Zdjęcia z wycieczki do Puchłów i Ciełuszek
Ciełuszki – wymieniany we wszystkich tekstach o Krainie krzyż z radziecką gwiazdą. Ze względu na wiadome okoliczności gwiazda została zamaskowana.
Cerkiew pw. Opieki Matki Bożej w Puchłach, źródło: http://www.portals.narew.gmina.pl/parafie

Na przeciwległym, wschodnim krańcu gminy Narew, na północnej krawędzi doliny Narwi, rozłożyła się wieś Odrynki. W 2009 roku powstał tu prawosławny skit (pustelnia). Jego założycielem był ojciec Gabriel – były przełożony (archimandryta) prawosławnego klasztoru w Supraślu. Odmówił on przyjęcia mianowania na biskupa diecezji przemysko-nowosądeckiej, w następstwie czego został usunięty ze swojego stanowiska. Za pieniądze zamożnej donatorki zakupił grunt nad samym brzegiem Narwi i zamieszkał tam w przystosowanym barakowozie, jak pustelnik. Żył z uprawy ziół i hodowli pszczół. Jako osoba obdarzona niewątpliwą charyzmą, wkrótce uzyskał szacunek i wsparcie miejscowej ludności oraz zainteresowanie sponsorów (dobroczyńców). Na brzegu rzeki wnet wyrósł cały kompleks drewnianych budynków z dwiema cerkwiami, pawilonami mieszkalnymi i zabudowaniami gospodarczymi. Całość otoczono drewnianym parkanem z dwiema prowadzącymi do świata zewnętrznego bramami. Teren okopano, łącząc dawne starorzecze tak, że obecnie skit znajduje się na wyspie. Hierarchia cerkiewna zaakceptowała dzieło ojca Gabriela, a metropolita warszawski Sawa nazwał nawet powstanie pustelni „Cudem XXI wieku”.

Jest to wyjątkowo urokliwe miejsce. Przez liczącą sobie około 700 metrów szerokości, zalewową dolinę Narwi, do skitu wiedzie, bądż grobla z poprowadzoną po niej piaszczystą drogą, bądź drewniana kładka dla pieszych. Nad parkanem widać szczyty dachów zwieńczone złocistymi, symbolizującymi płomienie świec, kopułkami. Nad bramami i budynkami górują prawosławne krzyże. Główna cerkiew – pod wezwaniem Opieki Matki Boskiej – jest skromną, drewnianą konstrukcją, zbudowaną w technologii zrębowej a, w przeciwieństwie do okolicznych cerkwi, jej ścian nie pokrywa szalunek. Nie wiem, czy w jej budowie uczestniczyli specjaliści z Ukrainy, ale mnie bardzo przypominała liczne prawosławne świątynie stawiane, w założeniu tymczasowo, na wielkich osiedlach mieszkaniowych Kijowa. Po drugiej stronie Narwi dolina jest węższa. W wielu miejscach meandrująca rzeka opływa krańce Puszczy Ladzkiej, będącej północną wypustką Puszczy Białowieskiej.

Skit w Odrynkach
Grób ojca Gabriela
Narew przy połączeniu z fosą wokół skitu
Wnętrze głównej cerkiewki w pustelni
Ikonostas w cerkwi trapeznej

Ojciec Gabriel umarł przedwcześnie, w roku 2018. W testamencie zapisał skit klasztorowi supraskiemu. Klasztor ten po przyjęciu Unii Brzeskiej był przedmiotem sporów między unitami, a prawosławnym, by w roku 1635 przypaść tym pierwszym. Wielu mnichów prawosławnych przeniosło sie wtedy do innych klasztorów lub wybrało życie w odosobnieniu, w skitach. Wybór uroczyska nad Narwią motywowany był także istnieniem w okolicy Odrynek, do roku 1824, niewielkiego monastyru św. Jana Teologa, który do rozwiązania pozostawał wierny prawosławiu. Oprócz zapisów o charakterze cywilnoprawnym, testament ojca Gabriela zawierał też zobowiązanie spadkobierców do zachowania prawosławnego charakteru pustelni. W razie niedotrzymania tego zobowiązania, testator groził im „klątwą 318 ojców siódmego soboru powszechnego” oraz bezterminowym „odłączeniem od Cerkwi Świętej”. To się dopiero nazywa głębokie osadzenie w historii!

Podczas tego wyjazdu część uczestników podróżowała koleją, dodatkowo, część przyjeżdzała później lub wracała wcześniej. Przyszło nam kilkukrotnie podróżowac z Trześcianki na białostocki dworzec PKP. Najkrótsza droga wiedzie przez miasteczko Zabłudów. W oczekiwaniu na planowaną Via Carpathica kierowcy przeciskaja się ulicami obudowanymi współczesnymi domami jednorodzinnymi oraz starszymi, drewnianymi, pozbawionymi trześciańskich zdobień, lecz za to wyraźnie większymi i naśladującymi murowane kamienice. Bielą murów i rozmiarami wyróżniają się: kościół i cerkiew, ustawione na narożnikach rynku. Obydwie świątynie, zbudowane w pierwszej połowie XIX w. w stylu klasycystycznym, tworzą kompleks wyróżniający Zabłudów spośród innych niewielkich miejscowości na tej trasie. Jeśli zapytać o Zabłudów historyka sztuki, nie wspomni pewnie o żadnej z nich, lecz o spalonej przez Niemców w 1941 roku drewnianej, pochodzącej z XVII wieku, synagodze. Była ona zbudowana z drewna modrzewiowego, bez użycia gwoździ. Wysoki na 18 metrów, łamany dach przykryty był gontem. Drewniane detale budziły u Zygmunta Glogera skojarzenia ze stylem zakopiańskim, zaś narożnikowe pawilony przypominał alkierze szlacheckich dworów. Wyposażenie wnętrza obfitowało w prawdziwe perełki kunsztu ciesielskiego. Mistrzostwo władania dłutem i laubzegą miało więc na Podlasiu także rodzime korzenie.

Od pewnego czasu powtarzają się głosy, że synagogę warto odbudować. Technicznie byłoby to możliwe, gdyż została ona solidnie zinwentaryzowana przez Zakład Architektury Polskiej Politechniki Warszawskiej, jeszcze w 1923 roku. Mówiło się o tym dużo, wszyscy byli za, ale nic nie powstało. Może dlatego, że na miejscu zabłudowskiej synagogi wznosi się obecnie remiza Ochotniczej Straży Pożarnej? A może, w liczącym 2,5 tysiąca mieszkańców miasteczku trudno znaleźć funkcję dla podobnego obiektu? Wszak rola kultowa nie wchodzi już w grę. Moją, bynajmniej nie odkrywczą, sugestią jest, że w dzisiejszych czasach miejscem na taki obiekt jest Podlaskie Muzeum Kultury Ludowej czyli, inaczej mówiąc, skansen. A dlaczego tam go nie chcą? Pewno z powodu braku środków, gdyż oceniając jej wartość artystyczną, stałaby się szybko najcenniejszym (w każdym razie najpopularniejszym) eksponatem tej szacownej instytucji.

Zdjęcia z wycieczki do Zabłudowa
Wnętrze kościoła
Cmentarzyk przy cerkwi
Synagoga, fot. Nieznany – Przewodnik po Białymstoku i okolicach, 1939, domena publiczna
Kościół katolicki i cerkiew prawosławna wyznaczają centrum miasteczka
Nad wejściem do cerkwi znajduje się ikona patronalna
Remiza strażacka stanęła na działce po synagodze
Wnętrze synagogi, fot. Szymon Zajczyk, domena publiczna

Zabłudów jest jednym z tych miejsc, gdzie historia jest bogatsza, niż teraźniejszość. Nie bez powodu „Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich” poświęcił mu opis równie obszerny, co Tykocinowi, a znacznie dłuższy, niż popularnemu wśród turystów Supraślowi. Przed laty miejscowość odgrywała rolę centrum rezydencjalno-administracyjnego dóbr magnackich na Podlasiu. Za Chodkiewiczów istniała tu drukarnia prowadzona kilka lat przez Iwana Fedorowycza – pierwszego drukarza wschodniosłowiańskiego. Wydano tu m. in. Ewangelie i Psałterz. Za Radziwiłłów, będących protektorami kalwinizmu w Rzeczypospolitej, powstał tu zbór tego wyznania, jak też szkoła, mająca kształcić duchownych. Co ciekawe, uposażeniem zarówno drukarza Fedorowycza, jak i kalwińskich ministrów, była ta sama wieś Rafałówka. Po potopie szwedzkim, gdy nastał kres tolerancji dla innowierców, schronienie znaleźli tu arianie, których Bogusław Radziwiłł (tak, konkurent Kmicica o względy Oleńki Billewiczówny!) chronił przed sejmowym wyrokiem banicji. Podobno właśnie tu, w roku 1662, odbył się ostatni synod braci polskich. Właściciele wznieśli też w Zabłudowie pałac, który kilkakrotnie przebudowywano i rozbudowywano. Został on ostatecznie spalony przez wycofujących się Rosjan w roku 1915, a otaczające go zabudowania gospodarcze stopniowo rozbierano za czasów PRL-u. Do dnia dzisiejszego dotrwał jedne neogotycki pawilon, dosyć oryginalnie wciśnięty między boisko piłkarskie, a kompleks szkolny. Obydwa te obiekty powstały na terenie zespołu pałacowego. W ostatnich latach zrewitalizowano park przypałacowy. Spacerując krętymi alejkami nad oczyszczonym i pogłębionym stawem, prócz nowoczesnej, zadaszonej sceny terenowej, można się natknąć na odsłonięte fundamenty jakiegoś budynku, jednak raczej gospodarczego, a nie rezydencjonalnego. Brak jednak informacji o dokładnej lokalizacji pałacu. W listopadowy poranek, w parku nie spotkałem spacerowiczów, ale towarzystwa dotrzymywał mi jamnik Guido, asystujący dwuosobowej ekipie porządkowej.

Guido czuje się tu jak w domu
Jedyny zachowany pawilon kompleksu pałacowego
Fundamenty któregoś z budynków kompleksu
Parkowy staw po oczyszczeniu i udostępnieniu

Gdy Patla pisał swój przewodnik po Suwalszczyźnie, położył nacisk na poinformowanie czytelników o istnieniu tak pięknej krainy. Zależało mu też, by turyści po przyjeździe zatrzymali się w tej urokliwej okolicy jak najdłużej. Stąd tęsknota za wielkimi obiektami noclegowymi, stawianymi jak najbliżej miejsc turystycznie atrakcyjnych. Refleksja, że taki sposób zagospodarowania turystycznego przekreśla walory pięknego miejsca, które chcielibyśmy pokazać światu, wykluwała się powoli i do dzisiaj nie w pełni zapanowała wśród turystycznych planistów. Kraina Otwartych Okiennic jest właśnie przykładem nowego rozumienia roli turystyki w rozwoju regionalnym. Stawia ono wprawdzie nacisk na promocję regionu, ale równocześnie, zamiast wprowadzać do krajobrazu nowe, wizualnie agresywne, elementy, skupia się raczej na konserwacji i udoskonaleniu elementów tradycyjnych. Ten trend ma również swoje słabe strony. Miłośnicy turystyki kulinarnej, prócz niezachęcających ofertą dwóch lokali w gminnej Narwi, nie znajdą możliwości realizacji gastronomicznych posiadów w promieniu 20 km od Trześcianki. Chyba, że zaprzyjaźnią się z miejscowymi gospodyniami. Miejsc noclegowych za to nie brakuje. Ba, rzadko się zdarza mieszkać w tak pięknym otoczeniu. Estetyczne wzorce i model aktywności lokalnej wypróbowany z powodzeniem w Krainie Otwartych Okiennic, okazały się przy tym atrakcyjne dla mieszkańców pozostałych miejscowości południowego Podlasia. Niektóre, jak położone tuż za Puchłami Ciełuszki, stały sie zresztą ośrodkami lokalnego snycerstwa. Inne, jak Wojszki czy Plutycze, choć położone ponad 30 km na zachód od Trześcianki, konkurują z nią o tytuł wsi z najpiękniejszą drewnianą zabudową w regionie. Organizowane są wspólne przedsięwzięcia i szkolenia dla ich mieszkańców, np. warsztaty snycerskie. Ciekawe, czy północnopodlascy ornitolodzy przewidzieli przed 20 laty, że ich wysiłki na rzecz ochrony siedlisk lokalnej awifauny przyniosą tak rozmaite rezultaty?