Kategorie
Wielka Brytania

W poszukiwaniu delfinów czyli podróż bezdrożami i najbardziej krętymi drogami Szkocji

Zdyszani dobiegliśmy do pomostu, przy którym cumował spacerowy kuter noszący imię Julie-Ann. Wybranie pierwszego z brzegu parkingu w porcie Lochinver nie było najlepszym pomysłem. Na pokładzie siedziało już kilkanaście osób, a nawet dwa niewielkie psiaki. Przy trapie krzątał się długi jak tyczka, nieco rozczochrany i szczerbaty osobnik, którego strój i sposób bycia znamionowały szypra tej jednostki. “Jestem Kieran, a Ty pewnie jesteś Krzysztof” przedstawił się, równocześnie mnie identyfikując. Tu warto wspomnieć o ogólnobrytyjskim zwyczaju niesprawdzania biletów zakupionych online. Wystarczy podać swoje nazwisko. W przypadku Kierana jak widać wystarczyło, by zapamiętał egzotyczne dla szkockiego ucha brzmienie mojego imienia. W tradycji celtyckiej mężczyźni o imieniu Kieran są postrzegani jako ludzie odważni, lojalni i godni zaufania. To niewątpliwie potrzebne cechy gdy twoja praca polega na wożeniu po morzu coraz to nowych grup wędkarzy, birdwatcherów czy innych żądnych silniejszych wrażeń mieszczuchów. Wyjście z portu wiodło pod wiatr, więc wkrótce musieliśmy zawierzyć Kieranowi, że nie pozwoli, by rozbijane dziobem fale zamieniły się w dokuczliwy, zimny prysznic.

Patrząc jak w sterówce radzi sobie z nawigowaniem po wodach Loch Inver (tak, w nazwie zatoki są dwa słowa, które w nazwie miejscowości zlały się w jedno) złapałem się na refleksji, że Kieran bardzo przypominał mi śp. Edka Dybowskiego, pod którego szyprowskim okiem pływałem w roku 1986 na rybackim kutrze “Dziunia” po wodach Zatoki Admiralicji na wyspie King George u wybrzeży Antarktydy. Odpowiadałem tam wprawdzie głównie za obsługę wyciągarki do sieci, którymi łowiliśmy nadzieję polskiego przetwórstwa rybnego czasów Edwarda Gierka – skorupiaka zwanego krylem antarktycznym. Edek miał rybackiego nosa. Bez pomocy sonaru potrafił wyśledzić stada tych zwierzątek i to w czasie nocnych rejsów. Podziwiałem go też za nadzwyczajne zdolności znoszenia chłodu – co do zasady nie używał w pracy rękawic nakładając je dopiero na lądzie. Spędziliśmy wspólnie wiele zimnych nocy, doświadczyliśmy wielu udanych i nieudanych połowów, a ja nawet rozbilem sobie głowę po uderzeniu ramy sieciowej przy slipowaniu na wzburzonym morzu. Edek był człowiekiem małomównym i nieskorym do pochwał. Tym bardziej ceniłem sobie, że gdy podczas testowania nowej łodzi, jej silnik odmówił posłuszeństwa, przez radio zażyczył sobie, bym za sterami starej Dziuni podczas akcji ratunkowej stanął właśnie ja. I wszystko się dobrze zakończyło!!!

Dziunia na emeryturze w helskim Muzeum Rybołóstwa, fot. MOs810, lic. CC BY-SA 4.0

Wiedziony wprawną ręką Kierana kuter skierował się ku wąskiej, krętej i spokojniejszej zatoce Loch Roe. Wycieczki typu morskie safari reklamują się filmikami, na których wokół zapełnionych wycieczkowiczami łodzi pląsają delfiny, a nawet i walenie. Będąc biologiem miałem jednak świadomość, że spotkanie tych morskich ssaków jest zjawiskiem nieczęstym – uzależnionym od pory roku. dostępności pokarmu czy stadium rozwojowego poszczególnych osobników. Co innego foki szare i pospolite – ich nazwa gatunkowa w realiach północno-zachodnich wybrzeży Szkocji jest wielce uzasadniona. Na wysepkach i przybrzeżnych skałach odpoczywały ich dziesiątki, w tym matki ze swymi szczeniakami. Tu i ówdzie z wody wysuwała się zaciekawiona głowa próbując ocenić, czy obecność naszej łodzi nie niesie jakiegoś niebezpieczeństwa. Do tego trochę ornitologicznych smaczków: a to samica edredona, a to mewa siodłata z puchatymi podrostkami. I pomyśleć, że mieszkańcy trzech domów nad brzegami zatoki mają takie widoki na co dzień. 

Droga powrotna z wiatrem w rufę była już znacznie spokojniejsza. Nad niską zabudową miasteczka górowały dramatyczne urwiska nunataków Suilven i Canisp. Tuż nad magazynami portowymi rozciągała się zielona plama lasu Culag zasadzonego z inicjatywy księcia Sutherland w 1847 roku. Zanim dotarliśmy do brzegu mieliśmy okazję podziwiać misterium polowania głuptaków. Rok wcześniej na Bass Rock widzieliśmy ich największą kolonię lęgową w Wielkiej Brytanii. Ptaszory nie polowały jednak blisko swoich gniazd. Tutaj było tylko kilkanaście osobników. Szybowały na wysokość jakichś 20-30 metrów nad wodą, po czym składały skrzydła i niczym wielkie żółto-biało-czarne rakiety wbijały się w wodę.  Ich prędkość w locie nurkowym sięga 100 km/godz., a głębokość nura do 15 metrów. Polowanie takie wymaga sporej dozy koordynacji – gdy po pierwszych myśliwych na powierzchni morza zostawały tylko fontanny wody inni z ogromna prędkością zbliżali się do powierzchni, a 10 metrów wyżej kolejna kohorta dopiero gotowała się dać nura. Przy tym widowisku pływający blisko burty nurzyk nie mógł wywołać odpowiedniego zachwytu.

Assynt to chłostana wiatrami kraina kontynentalnej Szkocji położona na wysokości północnej części wyspy Lewis w archipelagu Hebrydów Zewnętrznych. Lochinver z 650 mieszkańcami jest jego największym zasiedlonym punktem. Kraina ta charakteryzuje się pofalowanym, skalistym krajobrazem pozbawionym, bez mała, większych skupisk drzew. Morze wcina się w ląd licznymi zatokami, a każde zagłębienie terenu wypełniają słodkowodne jeziora. Rozmaitość form skalnych powoduje, że na wysokości 50-150 m npm czujemy się jak w górach. A prawdziwe góry, których nie zdołała zakryć nawet zmarzlina epoki lodowcowej, wznoszą się jeszcze o 500 do 800 metrów wyżej. Do tego rozległe piaszczyste plaże, najwyższe wodospady i tajemnicze jaskinie. Owce mają tu pierwszeństwo przed samochodami, choć w godzinach wieczornych i rannych one z kolei ustępują miejsca jeleniom. Ponieważ to daleka północ Zjednoczonego Królestwa (pojęcie względne oznaczające np. dla Norwegów południe ich kraju) latem dni są tu długie, a noce krótkie i raczej szare niż czarne. Z punktu widzenia kierowcy warto wiedzieć, że wiele dróg w tym regionie, w tym niektóre najwyższej kategorii A, to jednopasmówki z mijankami, na których odcinki płaskie i proste są absolutną rzadkością. Jazda nimi to prawdziwa nauka pokory i życzliwości. Nic dziwnego, że miejscowi nazwali odcinek z Kylesku do Lochinver małą, szaloną drogą (the wee, mad road).

Kilka widoków z Assyntu

Teren nie zawsze był jednak tak dziki. Podróżując po tej części Highlands, wcześniej czy później, zetkniemy się z pojęciem clearance, co na polski winno się tłumaczyć jako rugi. Otóż po ostatecznym zdławieniu wspieranych przez górskie klany szkockie powstań zwolenników dynastii Stuartów, zwanych jakobitami, system klanowy w tradycyjnym znaczeniu tego słowa uległ zniszczeniu i zastąpiony został przez system charakteryzujący się dążeniem wielkich właścicieli ziemskich do maksymalizacji zysków. Te widziano głównie w intensyfikacji hodowli owiec na potrzeby burzliwie rozwijającego się przemysłu włókienniczego Anglii. Tak więc wymawiano umowy dzierżawne drobnym farmerom, zajmowano ich ziemie na pastwiska, dla nich samych budując miasteczka na wybrzeżu, gdzie mieli przekwalifikować się na rybaków. Ponieważ miejsc pracy w rybołówstwie nie było aż tak wiele, skończyło się masową migracją czy to do przemysłowych regionów Anglii czy też do jej zamorskich kolonii. W głębi lądu z łatwością można znaleźć pozostałości murów dawnych domostw czy nawet świątyń. Co ciekawe, o ile dzisiaj działanie to spotyka się z jednoznacznie negatywną oceną, o tyle w latach 1750-1850 z oświeceniową dezynwolturą twierdzono, że to poczynania na korzyść zamieszkujących góry biedaków. W efekcie jednemu z większych czyścicieli górskich wiosek, księciu Sutherland (ojcu fundatora wspomnianego lasy Culag), wystawiono imponujący, 30 metrowy,  pomnik w Golspie w pn-wsch. Szkocji, który obecnie jest atakowany fizycznie przez radykałów i rozważane jest jego rozebranie. 

Ścieżki turystyczne w Wielkiej Brytanii to pojęcie znane wyłącznie na terenach zarządzanych przez parki narodowe i rezerwaty lub majątki prowadzone przez organizacje i wspólnoty lokalne, które zdecydowały na udostępnianie ich w celach turystycznych i edukacyjnych. Na pozostałych terenach, w tym w wyższych górach, ścieżka jest pojęciem umownym. Na kamienistym podłożu rzadko widać jakiś ślad, a jeśli jest, to możliwe, iż to ścieżka zwierzęca. Strzałki kierunkowe to też rarytas. Pomimo nachylenia terenu w wielu miejscach stagnuje woda, co można wykryć po kępach wełnianki. Jej angielska nazwa cotton grass oddaje jej wygląd. Białe kępy włosów nasiennych wyznaczają obszary gdzie woda może wlać się do buta. My szkockie bezdroża poznaliśmy próbując dotrzeć od latarni morskiej Stoer do przybrzeżnej 60 metrowej iglicy skalnej zwanej Old Man of Stoer. O ile zawierzyć mapie wiodą tam dwie ścieżki, jedna nawet zwana szlakiem. Jedyne strzałki kierunkowe znajdują się na parkingu przy latarni. My postanowiliśmy pójść w jedną stronę bliżej klifów, a wrócić rzeczonym szlakiem prowadzącym kilkaset metrów w głąb lądu. No i ugrzęźliśmy, czasem wręcz dosłownie, w plątaninie przedeptów, potoków, kałuż, stawów i wąwozów. Dzikość tego krajobrazu była imponująca, ale często musieliśmy podziwiać ją tylko w perspektywie mikro, gdyż nazbyt uważnie trzeba było patrzeć pod nogi. W ten sposób droga o długości ok. 6 km zajęła nam w kierunku tam blisko 3 godziny, podczas gdy z powrotem po owym trail już tylko przepisowe 1,5 godziny.

Nazwy miejscowe w tej części Szkocji noszą ślady wpływów norweskich, szkockich i angielskich. Moją ulubioną nazwą jest Kylesku pochodząca od celtyckiego Caolas Cumhann co oznacza tyleż co wąska cieśnina. Durness, wysunięta najdalej na pn-zach. miejscowość Szkocji wywodzi swą nazwę od staronorweskiego Dyrnes, czyli Jeleni Przylądek. W tym pierwszym miejscu byliśmy dwa raz. Magnesem była historia istniejącego tu w czasie II Wojny Światowej ośrodka szkoleniowego miniaturowych łodzi podwodnych, które bez mała zatopiły niemiecki pancernik Tirpitz czy oryginalność konstrukcji łukowatego mostu, który połączył oba brzegi cieśniny. Przede wszystkim jednak liczyliśmy na zobaczenie, choć z oddali, najwyższego na wyspach brytyjskich, 200 metrowego wodospadu Eas a’ Chual Aluinn. Nic z tego! Mimo dwukrotnych prób za każdym razem trafialiśmy na deszczowo-mglistą pogodę pozwalająca dojrzeć co najwyżej drugi brzeg jeziora, ale nie uskok wodospadu na jego dalekim krańcu. Pozostało nam cieszyć się urokami oferty kulinarnej miejscowej restauracji hotelowej.

Durness leży już poza Assyntem w historycznej krainie zwanej Sutherland. Nazwa wskazuje, iż z perspektywy norweskich władców Orkadów, ląd ten rozciągał się na południe od ich dziedziny. Za miejscowością Scourie krajobraz, nie tracąc nic ze swej dzikości, staje się bardziej środkowoszkocki. Długie doliny ograniczone niewysokimi grzbietami górskimi, pieniące się na kamieniach rzeki i czasem jeziora. Ostatnie kilka kilometrów przed Durness droga wiedzie wzdłuż zatoki Kyle of Balnakeil. Z kształtu i długości jest ona fiordopodobna, ale niespotykanie płytka. W czasie odpływu zamienia się w kamienistą pustynię, środkiem której wije się rzeka Dionard. Samo miasteczko z dziedziny kultury ma do zaoferowania tylko wspomnienie o Johnie Lennonie, który w dzieciństwie przyjeżdżał tu na wakacje do swojej ciotki. Natomiast naturalną atrakcją wielkiego kalibru jest jaskinia Smoo Cave. Nie tylko ze względu na olbrzymi (40 x 15 m) otwór wejściowy, ale też fakt, że z jednej strony ukształtował ją niszczący wpływ morza, a z drugiej rzeźbi ją uchodząca do Atlantyku miejscowa rzeczka. Aby tego dokonać jej wody wycięły krasowy lej o głębokości 20 metrów. Zwiedzający mogą za darmo wejśc po drewniany chodniku do drugiej komory jaskini i zobaczyć spadający z góry wodospad. Już za opłatą można skorzystać z przejażdżki łódką bliżej kaskady i do kolejnej komory. Po silnych opadach deszczu lub w trakcie północnych sztormów poziom wody w jaskini wzrasta do stopnia uniemożliwiającego jej zwiedzanie. 

W dniu, w którym odwiedziliśmy Durness pogoda była nieciekawa. Mimo to udaliśmy się pofalowanymi łąkami ku nadatlantyckim klifom. Ogromne fale wściekle atakowały przybrzeżne skały, a widocznośc, momentami, ograniczała się do kilkuset metrów. Jako, że Wyspy Owcze leżą na pn-zach., a Orkady i Szetlandy na pn-wsch. od wybrzeża Sutherland, między nami, a Biegunem Północnym było już tylko morze. Oprócz krążących w pobliżu i odpoczywających na skałach ptaków morskich uwagę naszą zwrócił ciemny grzbiet jakiegoś morskiego stwora z charakterystyczną wieńczącą go płetwą. Wyglądało to, wypisz, wymaluj! na delfina. W każdym razie bardzo sobie tego życzyliśmy! Już, bez wątpliwości, zaobserwowaliśmy kręcąca się po murawie sieweczkę obrożną.

Z kulturowej perspektywy więcej do zaoferowania ma pobliskie Balnakeil. Nad samą zatoką wznosi się osiemnastowieczny, surowy z wyglądu dwór zbudowany z wykorzystaniem murów średniowiecznego zamku biskupów Caithness. Tylko młyński staw i droga oddzielają go od rozległego cmentarza, nad którym górują ruiny kościoła. Choć w swej ostatecznej formie powstał on w 1814 roku, to świątynne wykorzystanie tego miejsca sięga, bagatela!, wieku szóstego. W ścianach kościoła ukryta jest krypta z pochówkiem Donalda MacLeod. Jako, że pozbawił on życia conajmniej 18 wrogów swego klanu, zapłacił okrągły tysiąc funtów, by być pochowanym sposób, który miał zabezpieczyć jego ciało przed profanacją przez krewnych i znajomych tych ofiar. Do tego rozległa piaszczysta plaża ograniczona od strony lądu, największym w całej Wielkiej Brytanii kompleksem wydm dopełniają malowniczości tego miejsca.

Niespełna kilometr na południe powstała, w latach pięćdziesiątych XX w., stacja wczesnego ostrzegania brytyjskiego Ministerstwa Obrony. Zanim jednak wdrożono ją do działania, a powstałe baraki zasiedlono armią jej królewskiej mości, umarł Stalin i zakończyła się zimna wojna. Budynki wydzierżawiono, a z czasem sprzedano, różnego rodzaju niespokojnym duchom, hipisom i osobom o artystycznych skłonnościach. W efekcie powstał tu kompleks zwany wioską rzemiosła (craft village). Architektonicznie, mimo wielu przeróbek i dodanych udogodnień jest to ciągle prymitywny kompleks koszarowy, ale wnętrza kryją wszelakie pracownie, malarstwa, fotografii, garncarstwa, biżuterii oraz produkcji rozmaitych durnostojek. W tym towarzystwie wyróżnia się  wytwórnia czekolady usytuowana najbardziej na północ na całych wyspach brytyjskich. I myśmy tam byli, zamiast czekolady kawę pili, zagryzając miejscowymi wypiekami cukierniczymi.

Widoki z Balnakeil Craft Village

Po zwiedzeniu ponad tuzina portowych miasteczek brytyjskich Lochinver nie zachwyca ani zabytkowa zabudową ani położeniem. Mimo to, zaspokaja wiele turystycznych potrzeb. Jest poręcznym miejscem startu dla morskich wycieczek. Po drugie, dostarcza bardzo przyjemnych terenów spacerowych. Mam tu na myśli nie tylko las Culag, ale i dolną część doliny rzeki Inver. Doceniliśmy to ostatniego dnia pobytu, kiedy na morzu rozpoczął się sztorm, a podmuchy wiatru, mimo pełnego słońca, chłostały niemiłosiernie na każdym skrawku otwartej przestrzeni. Spacer, zalesioną doliną, z widokami na szumiącą poniżej rzekę, spokojną toń jeziora zaporowego i odległe wierzchołki wyższych gór w tle był wspaniałym odpoczynkiem, a i odmianą po doznaniach turystycznych zebranych wcześniej w pn-zach. Szkocji. Co prawda, gdy osiągnęliśmy kraniec lasu, gdzie wichrzysko znowu zaczęło hulać okrutnie, zrezygnowaliśmy ze wspinaczki po odkrytym terenie przez przełęcz (o wysokości, to nie pomyłka!, ponad 120 m npm.) do sąsiedniej doliny i grzecznie wróciliśmy tą samą drogą.

Ujście rzeki Inver do zatoki

Obrazki ze spaceru dolina Inver

W końcu, trzeba ujawnić fakt, iż jak to ujęto w jednym z anglojęzycznych przewodników turystycznych, Lochinver jest kulinarną stolicą Assyntu. My z czystym sumieniem możemy się pod tym stwierdzeniem podpisać. Restaurację o nazwie nawiązującej do przeboju z lat 60-tych XXw. walijskiego pieśniarza Toma Jonesa odwiedziliśmy nawet dwukrotnie. Nie dość, że potrafili znaleźć nam stolik, gdy przyszliśmy bez rezerwacji to jeszcze oferują rozsądny mix dań mięsnych, rybnych i wegańskich, a szef kuchni rozkłada ich składniki na talerzach w prawdziwe dzieła sztuki. Restauracja przy porcie rybackim zaskakuje obszernym, elegancko zaplanowanym wnętrzem za dosyć mizerną fasadą wejściową. Dania są równie smaczne jak u konkurencji, choć może mniejszą wagę przywiązuje się tam do estetyki ich podania. Popularnością przebija jednak wszystkich lokal serwujący paszteciki (pies). To popularne w całej Wielkiej Brytanii danie podniesiono tu na wyżyny jakościowe. Po pierwsze wypełnienia są wyraziste smakowo, po drugie nie są nadmiernie soczyste, przez co paszteciki nie przemakają (można je przechowywać) oraz nie tryskają sokiem przy próbach ich nadgryzienia. Co ważne, można tam zjeść też coś innego czy napić się kawy do ciastka. Ponieważ lokal działa również jako sklep więc obroty ma ogromne i idąc główną ulicą miasteczka w godzinach jego działalności, nie sposób go pominąć, bo z daleka widać szturmujący  tłumek lokalsów i przyjezdnych. Miejsce jest wymieniane we wszystkich przewodnikach i informatorach, a nas życzliwie kierowano doń z miejsc tak odległych (ok. 80 km) jak Durness.

Gotowe paszteciki czekaja na klientów, fot. z profilu https://www.facebook.com/LochinverLarder


Ta ostatnia sytuacja była zresztą charakterystyczna. Zlani deszczem weszliśmy do niewielkiej budki z pamiątkami. Długo przeglądaliśmy co było w ofercie. Chcieliśmy zyskać na czasie i nie wracać skoro pod deszcz. W rezultacie nic nie kupiliśmy, ale porozmawialiśmy miło z dwoma statecznymi paniami, które chyba nie narzekały na nadmiar klientów. W Drumbeg, gdzie mieliśmy kwaterę, przy bocznej dróżce prowadzącej do luźno rozrzuconych domostw dojrzeliśmy strzałkę z napisem “Craft on Croft”. Croft jest to gospodarstwo, zazwyczaj na ziemi dzierżawionej od większego właściciela. Wynajęty samochód ledwo mieścił się na dojazdówce prowadzącej stromym zjazdem na przydomowe podwórko. Na spotkanie wyszła nam gospodyni. Ubrana, jak to w gospodarstwie, w grubą kamizelkę i gumowce. Ręce miała jeszcze brudne od jakichś gospodarskich obowiązków. Przypomniało mi się, że widziałem jak przepędzała owce spod naszych okien. Cały interes mieścił się w dwóch, lekkiej konstrukcji, budynkach garażowych. Tu już zakupiliśmy kilka rzeczy płacąc, a jakże kartą, ale przede wszystkim toczyliśmy miłe pogaduchy. Otrzymaliśmy solidną porcję informacji, takich jak w jakim stopniu pokrewieństwa sprzedawczyni pozostawała z właścicielami naszego cottage czy jakiego charakteru jest jej psinka. Wszystkim napotkanym miejscowym musieliśmy, w ramach wprowadzenia, wyjaśniać gdzie się zatrzymaliśmy. Było to coś więcej niż przysłowiowy angielski small talk. To był raczej symboliczny sposób wprowadzenia w status, może tymczasowego, ale jednak członka lokalnej wspólnoty. Wracając pamięcią do szkockiego wyjazdu prócz dzikich krajobrazów, wspaniałej natury i ciekawych zabytków będę też tęsknił za taką ludzką bezpośredniością.