Młodość ma swoje prawa, a jednym z nich jest przemożna chęć łączenia się w pary osobników płci przeciwnej. Wiedziony tą siłą pewnego zimowego wieczora przed ponad 40 laty zapragnąłem spotkać się z hmm …, nazwijmy ją Agnieszką. Dziewczyna miała fantazję co się zowie! Wyprowadziwszy się z domu rodzinnego w Warszawie, przeniosła się do Puszczy Kampinoskiej, gdzie zamieszkała w przeznaczonej wówczas do wysiedlenia wsi Budy. Żeby tam dotrzeć jechało się autobusem podmiejskim linii 208 do pętli w Truskawiu. Stąd trzeba było iść na piechotę gruntową drogą wiodąca do Mariewa. Pogoda była zimowa, noc bezksiężycowa, ale pokrywa śniegu pozwalała dostrzec przynajmniej krawędzie drogi. Po około pół godzinie marszu dotarłem na skraj zabudowań, gdzie ciemność rozświetlało kilka przydrożnych latarni. Niestety, w domu zamieszkałym przez Agnieszkę wszystkie okna pozostawały ciemne. Cóż, działałem pod wpływem impulsu, a były to czasy telefonii stacjonarnej, co nie sprzyjało harmonizacji planów i aranżacji spontanicznych spotkań.
Nie poddałem się jednak łatwo i pomyślałem, że dziewczyna musi przecież wrócić na noc do domu. Mróz stopniowo tężał, zacząłem więc rozglądać się za jakimś schronieniem. W obejściu była stara drewniana obora. Drzwi na szczęście można było uchylić i wśliznąć się do środka. Gdy znalazłem się w obórce, w nozdrza uderzyła mnie mieszanina zapachu mleka, słomy i obornika. Przez szpary między deskami ścian przenikały wąskie promienie światła z obejścia. Gdy oczy przyzwyczaiły się do półmroku spostrzegłem, że w oborze jest instalacja elektryczna. Znalazłem włącznik, po przekręceniu którego pomieszczenie ukazało się w pełnej okazałości. Okazało się, że mieszkały tam cztery wyrośnięte cielaki. Z długiej chwili zacząłem do nich zagadywać, a one, z początku nieśmiało, a potem coraz ufniej zbliżały się do mnie. W końcu zostałem ciasno otoczony przez ciekawskie stadko, które szczególne upodobanie znajdowało w nastawianiu różnych elementów włochatego ciała na drapanko. Wyjątkową konkurencję wywołał przywilej złożenia wielkiej głowy na moim ramieniu. A rozkosz drapania była tak wielka, że obdarowane nią cielaki aż przymykały oczy.
Ostatecznie, nie doczekawszy powrotu Agnieszki w puszczańskie ostoje, ruszyłem w drogę powrotną do Truskawia. Jednak doświadczenie kontaktów nawiązanych w obórce pozwoliło mi inaczej spojrzeć na krowy i ich potrzeby emocjonalno-społeczne. Dało możliwość dostrzeżenia, że są to stworzenia z własną osobowością, a nie wyłącznie źródła mleka i wołowiny. Takie wspomnienie i refleksja naszły mnie, gdy dwa ośmiomiesięczne cielęta rasy szkockiej górskiej (Highland Cattle) przepychały się próbując wyciągnąć z mojej dłoni kawałki chleba i marchewki. W głębi pastwiska położonego na łagodnym stoku pasło się więcej osobników tej rasy. Nie wiem, czy wydelegowanie właśnie tych dwóch cielaków do karmienia przez odwiedzających Drumbuie Farm w Drumnadrochit nad jeziorem Loch Ness wynikało z ich przyjaznego charakteru, czy też ze specyficznych potrzeb żywieniowych. Był to jednak promocyjny strzał w dziesiątkę! W ten sposób organizowane na tej farmie teaparty przyciągały nie tylko miłośników herbaty, trójkątnych kanapek z pastą jajeczną i bułeczek (scones) z marmoladą pomarańczową, ale i ich dzieci oraz innych zwolenników bliskości z inwentarzem gospodarskim.






Krajobraz w Drumnadrochit, jak na okolice Loch Ness jest nadzwyczaj łagodny. Stosunkowo niskie góry odsuwają się tu od jeziora, widoki robią się dalsze, a mieszanka łąk i lasów w promieniach nieczęsto tu widywanego słońca sprawiała wrażenie, może nie toskańskie, ale przypominające pejzaże polskiego Pogórza Karpackiego.
Bernard Newman, brytyjski pisarz, podróżnik i szpieg, w swojej wydanej w 1935 roku książce pt. “Pedalling Poland” z lekceważeniem wypowiadał się o napotkanych jeziorach twierdząc, że prawdziwe jezioro powinno być otoczone górami. Takie są właśnie jeziora szkockie, a Loch Ness nie jest wyjątkiem. Wysokość gór rośnie ku południowemu-zachodowi przez co panorama w tym kierunku jest bardziej dramatyczna i wieloplanowa niż, dajmy na to, widok na jezioro z okolic Fort Augustus. Południowe brzegi są bardziej strome i dziksze, niż północne. Dlatego główna droga z Inverness do Fort William została wytyczona właśnie wzdłuż północnego brzegu jeziora. Loch Ness nie jest, ani największym, ani najgłębszym szkockim jeziorem, ale we wszystkich przewodnikach podkreśla się jego największą objętość. Wynika to z faktu, że zapadlina, którą wypełniają wody jeziora ma korytowy kształ o prawie płaskim dnie na głębokości ponad 230 metrów.






Ale to nie liczby i malowniczość okolicy spowodowały popularność Loch Ness w kulturze masowej, a w konsekwencji wśród turystów. To potwór rzekomo zamieszkujący jego wody, pieszczotliwie nazwany Nessie, rozpala wyobraźnię ludzi z różnych części naszego globu. Jakkolwiek historia potwora z jeziora została utrwalona już przez biografów żyjącego w VI wieku chrystianizatora Szkocji, św. Columba, to korzenie współczesnej popularności Nessie sięgają ledwie 1933 roku. Co charakterystyczne – pierwsza obserwacja, która została poniesiona przez media przez całą Wielką Brytanię i szeroki świat, została dokonana przez właścicielkę hotelu w Drumnadrochit. W tym zbudowanym w stylu wiktoriańskim budynku mieści się obecnie Loch Ness Centre, którego ciekawie zaplanowana wystawa z jednej strony dostarcza rzeczowych argumentów, że ekosystem jeziora, choćby ze względu na swoje ubóstwo ilościowe i jakościowe, nie byłby w stanie utrzymać przy życiu stworzenia tej wielkości, z drugiej jednak, nie ośmiesza i nie pozbawia marzeń zwolenników bytowania Nessie w głębinach jeziora. Cóż, podcinanie gałęzi, na której się siedzi, nie byłoby przecież rozsądnym działaniem. A statystyki są bezlitosne. Doliczono się już ponad 10 tysięcy doniesień o spostrzeżeniu w wodach jeziora czegoś, co można nazwać potworem.
Drumnadrochit było też bazą dla poczynań Johna Cobba, który osiągnąwszy w 1947 roku światowy rekord prędkości – 634,39 km/h – pojazdem kołowym, zapragnął pobić też rekord prędkości na wodzie. Na wykonanym na specjalne zamówienie ścigaczu “Crusader”, odebrawszy życzenia sukcesu od królowej matki, 29 września 1952 roku przekroczył on barierę 214 mil/h, po czym, wskutek utraty stabilności łodzi, roztrzaskał się wraz z Crusaderem na oczach zgromadzonej publiczności i w świetle kamer brytyjskiej kroniki filmowej. Na brzegu jeziora stoją wciąż znaczniki jednomilowego odcinka, na którym oficjalnie mierzono prędkość rekordzisty. My też wzięliśmy udział w 50 minutowym rejsie po Loch Ness, ale bez prób bicia jakichkolwiek rekordów.



Wspomniany Fort Augustus jest drugą znaczniejszą miejscowością i centrum turystycznym nad brzegami jeziora. Jeśli w Szkocji jakaś miejscowość nosi słowo Fort w nazwie, należy to traktować dosłownie. To Anglicy pobudowali tu w 1715 roku umocnienia i osadzili garnizon, który miał trzymać w ryzach buntowniczych górali. Żołnierze nie zapobiegli jednak kolejnym powstaniom, a w XIX w., gdy korzyści z unii obydwu narodów były już oczywiste, a elity angielskie nawróciły się na szkockość, opuścili swoje koszary, na których miejscu powstało opactwo benedyktyńskie. Mnisi prowadzili tu elitarną szkołę dla chłopców, ale po ponad 100 latach funkcjonowania zamknęli ją w 1993 r., a wkrótce opuścili też Fort Augustus. Obecnie obiekt został przekształcony w aparthotel. Rozważaliśmy nawet możliwość noclegu w jednym z jego apartamentów, jednak porzuciliśmy ostatecznie ten pomysł na rzecz kolonii domków kempingowych w Invermoriston. W każdym razie, zabudowania poklasztorne są warte obejrzenia, a ich lokalizacja wśród starodrzewia na cyplu wcinającym się w jezioro, jest bardzo malownicza. Wizyta tam wydała nam się atrakcyjniejsza, niż zwiedzanie starszych, bo pochodzących nawet z XIII w., pozostałości zamku Urquhart, równie pięknie położonych na brzegu Loch Ness. Oprócz opactwa, niewątpliwą atrakcją jest też “kaskada” śluz na Kanale Kaledońskim. To prawdziwe arcydzieło wczesno dziewiętnastowiecznej inżynierii, podobnie jak współczesny mu Kanał Augustowski w Polsce, nigdy nie odegrało planowanej roli skrócenia drogi z Atlantyku na Morze Północne, gdyż coraz większe statki morskie, w momencie ukończenia budowy już nie mieściły się w śluzach kanału. Późniejsze modernizacje też nie nadążyły za rozwojem wytworów przemysłu stoczniowego. W efekcie jest to droga wodna o znaczeniu głównie turystycznym.







Youtube, po wpisaniu w wyszukiwarkę frazy swimming cows, nie umożliwia obejrzenia wyczynów krów z Plockton na zachodnim wybrzeżu Szkocji. O ich możliwościach dowiedzieliśmy się więc przypadkowo. Spacerując malowniczym nabrzeżem tej miejscowości, dostrzegliśmy cztery sztuki przeżuwaczy wędrujące flegmatycznie wąskim, kamienistym pasem strefy pływów, ograniczonym wysokim na 3 metry murem oporowym. Woda właśnie przybierała, dalszy spacer uniemożliwiał bydlątkom pirs przystani. Nasza towarzyszka podróży wszczęła alarm, w wyniku którego zadzwoniono do właściciela, który oznajmił, że krowy świetnie pływają, on sam zostawił je na pobliskiej wysepce, z której musiały samodzielnie wybrać się na wycieczkę do miasteczka. I rzeczywiście, gdy po godzinie wracaliśmy tą samą drogą, krowie stadko ewakuowało się właśnie, brodząc w morzu ku wyżej położonym pastwiskom.
Plockton znane jest też z masowego obsadzenia nabrzeża kordyliną australijską. Wbrew angielskiej nazwie cabbage tree, roślina przypomina z wyglądu palmy, przez co Plockton w celach promocyjnych podkreśla swój śródziemnomorski charakter. Kordylina nie jest zresztą jedynym egzotycznym gatunkiem roślin w miasteczku, a jego nabrzeżne ogrody mogłyby być same w sobie celem wizyty. U wjazdu do miejscowości znajduje się miejsce świadczące o żywej religijności, ale i buntowniczym duchu niegdysiejszych mieszkańców. Tu właśnie, w dawnym kamieniołomie, na modlitwy gromadzili się wyznawcy Wolnego Kościoła Szkocji, którzy opuścili kościół oficjalny, protestując przeciwko zwyczajowemu prawu posiadaczy ziemskich do mianowania proboszczów bez brania pod uwagę zdania wiernych. Pomimo, iż wkrótce nowemu wyznaniu umożliwiono swobodną działalność i budowę świątyń, modlono się w tym miejscu przez prawie 90 lat. Dzisiaj, gdy dawny kamieniołom skolonizowała bujna roślinność, trudno byłoby domyślić się jego roli, gdyby nie murowana brama i schody prowadzące doń od drogi.










Jako, że wyjazd bez zwiedzania zamku jest stracony, zatrzymaliśmy się po drodze w Eilean Donan. Zamek odbudowany w latach dwudziestych XX w. i nadal pozostający własnością rodziny MacRae, jest postromantyczną wariacją na temat średniowiecznej warowni. Natomiast jego lokalizacja na przybrzeżnej wysepce połączonej z lądem mostem, u zbiegu trzech słonowodnych jezior (wąskie fiordopodobne zatoki morskiej określa się w Szkocji także mianem Loch), ku którym stromo opadają górskie zbocza, czynią panoramy zamku szkockim klasykiem gatunku. W dodatku, w dniu naszych odwiedzin nad górami kłębiły się ciemne chmury, dodając krajobrazowi grozy i tajemniczości. Łatwy dojazd główną drogą prowadząca na wyspę Skye wyklucza jednak zwiedzanie bez tłoku.







Wielojęzyczny tłumek zgromadzony u zachodniego przyczółka wiaduktu Glenfinnan miał inny charakter. Składał się z miłośników Harrego Pottera, trakcji parowej oraz czcicieli jakobickiej przeszłości Szkocji. Gdy w końcu od strony Fort William pojawił się, ciągnięty przez lokomotywę parową, długaśny skład retro wagonów w kolorze karminowym, zapanowało wielkie poruszenie. Trzaskały migawki aparatów fotograficznych, zgromadzeni machali rękami i bili brawo. Maszynista odpowiedział sygnałem dźwiękowym i świstem pary wypuszczonej z komina. My dotarliśmy na miejsce ze stacji kolejowej Glenfinna, gdzie dojechać można regularnym pociągiem, witanym przez zgromadzonych prawie równie entuzjastycznie. Główna droga dojściowa wiedzie od parkingu przy porządnie zaopatrzonym Visitor’s centre, szeroką, obrzeżoną górami doliną, której środkiem toczy swe wody spory strumień. Wystawa w centrum zdawkowo traktuje historię linii kolejowej i wiaduktu, koncentrując się na opowieści o ostatnim wielkim powstaniu Szkotów przeciwko rządom Londynu. Na brzegu pobliskiego Loch Shiel doszło w 1745 roku do spotkania młodego pretendenta do szkockiego tronu – Bonnie Prince Charles’a z przedstawicielami klanów marzących o wolności. Gdy policzono siły, podniesiono na maszt sztandar Stuartów i powstańcy ruszyli na Edynburg. W miejscu tego spotkania, na brzegu jeziora, stoi obecnie zwieńczona figurą szkockiego górala kamienna wieża, z której roztacza się oszałamiający widok na okolicę. Jako, że odwiedziliśmy Glenfinnan w najcieplejszym dniu całej wyprawy, zaryzykowaliśmy nałożenie krótkich spodni, a co młodsi turyści pławili się nawet w wodach jeziora.








W planach mieliśmy znalezienie zakwaterowania bliżej Fort William i zaliczenie wejścia na najwyższy szczyt całej Wielkiej Brytanii – Ben Nevis (1345 m. npm.). Jednak ze względu na przystępność cenową noclegów, wylądowaliśmy bliżej Inverness, a całkiem daleko od ambitnego celu wspinaczkowego. Poza tym, po obejrzeniu kilka filmików z kolejkami wędrowców zmierzających na szczyt Ben Nevis zrozumialem, że wejście nań, to doświadczenia nadto grupowe. W końcu, mierząc zamiary na siły, nabrałem wątpliwości, czy nasza wycieczka osób w wieku 60 plus podołałaby zadaniu. Nie chciałem jednak zrezygnować całkowicie z wyjścia w góry. Tak trafiliśmy w masyw Creag Meagaidh. Najwyższy punkt tego pasma wznosi się na 1130 m npm., co czyni go 18 najwyższą górą w Zjednoczonym Królestwie. Cały kompleks ma status narodowego rezerwatu przyrody, chwalącego się odtwarzaniem górskich lasów oraz bogatą fauną. Odtwarzanie lesistości wiąże się z ograniczeniem populacji jeleni w parku. Jakimi metodami osiąga się ten cel, można się domyślić po ogłoszeniach reklamujących potrawy z mięsa jelenia oraz sprzedaży surowego mięsa do przyrządzenia we własnej kuchni.
W każdym razie wybraliśmy dość zachowawczy wariant wycieczki doliną potoku Alt Coire Ardair, aż do polodowcowego cyrku, którego dno, na wysokości ok. 630 m npm., wypełnia górski staw Lochan a’Choire. Trasa początkowo wiedzie przez sosnowo-brzozowo-jarzębinowe lasy. Dobór gatunków oraz fakt, że odbudowa lasu trwa dopiero od 30 lat, tłumaczy dlaczego nie jest to las wysokopienny. Później wędruje się długim trawersem wysoko ponad dnem doliny, z widokiem na imponujące urwiska Creag Meagaidh. Na koniec schodzi się do potoku, pokonuje ostatni wał zamykający kotlinę stawu i, proszę bardzo, jesteśmy u celu. Krajobrazy jak w Karkonoszach, tyle że urwiska znacznie większe. Ponieważ to Wielka Brytania więc, mimo że to teren chroniony, lista zakazanych czynności jest znacznie krótsza. Dlatego wielu z wędrowców decydowało się schłodzić w lodowatych wodach stawu. Odpoczywając u wypływu strumienia mieliśmy widok ku głębokiej przełęczy zwanej Window, przez którą wiedzie ścieżka na grzbiet. Nagle ponad nią zobaczyliśmy drapieżnego ptaka. Odruchowo wziąłem go za najpopularniejszego u nas myszołowa. Porównanie z sylwetkami ludzkimi na ścieżce, a jeszcze lepiej z latającym w pobliżu krukiem, sugerowało jednak, że jest to przedstawiciel znacznie większego gatunku. Gdy ptak wleciał w lepiej oświetloną przestrzeń, zobaczyliśmy jaśniejszą głowę i krawędzie skrzydeł. O rany! Przecież to orzeł przedni. Nie miałem lornetki, więc podekscytowany podbiegłem do pary starszych birdwatcherów wskazując im miejsce, gdzie poleciał ptaszor. Niestety, mimo długotrwałych poszukiwań, drapieżnik już więcej się nam nie ukazał. Cóż, zaliczyłem kolejną niepotwierdzoną obserwację, choć uprawdopodobnioną zapisem na oficjalnej stronie parku, że orły przednie są gatunkiem gniazdującym na skałach Creag Meagaidh.








Nasze miejsce zamieszkania – Invermoriston – to malutka wioseczka, mogąca pochwalić się imponującymi wodospadami na rzece Moriston, przerzuconym nad nimi w 1813 roku kamiennym mostem oraz nieco dziwacznym, w tym miejscu, pomnikiem znicza olimpijskiego, upamiętniającym olimpiadę w Londynie w 2012 roku. Warta wzmianki jest natomiast obecność dwóch przybytków gastronomicznych: restauracji w miejscowym hotelu oraz community cafe. O pierwszej wspominam ze względu na atmosferę i wnętrza niczym z ekranizacji powieści Agaty Christie oraz młodą kelnerkę, która oprócz ponadprzeciętnych umiejętności prowadzenia small talk’u z klientami, charakteryzowała się urodą w, jak to ujął Podziomek, typie angielskiej róży. Kto szuka definicji, znajdzie ją w odmętach Internetu. Od niej dowiedzieliśmy się, że szef kuchni i część personelu, to Czesi. Szkoda tylko, że nie zdecydowali się na wprowadzenie do menu knedlików. W sezonowo otwartej kawiarni dwukrotnie jedliśmy śniadania, które były odpowiednio urozmaicone i sycące, ale główną atrakcją była możliwość przeglądu typów ludzkich przewijających się przez lokal. Byli to głównie turyści: zagraniczni i miejscowi, niektórzy nawet w kiltach. Oprócz posiłku wszyscy, włączając nas, otrzymali możliwość pogaduszek z przemiłą obsługą. Natomiast restauracja w Fort Augustus, z najpiękniejszym widokiem na Loch Ness, pełni jednocześnie rolę przystani dla łodzi. Przybytek jest we władaniu tureckiej rodziny, dzięki czemu menu dryfuje w kierunku śródziemnomorskim. My z tego skorzystaliśmy, ale kelnerzy kursujący między kuchnią, a stolikami rozstawionymi na nabrzeżu, anonsując dostarczenie kolejnego dania, najczęściej krzyczeli “Fish and Chips” lub “Cullen Skink”. Cóż, czym skorupka za młodu nasiąknie …





