Kategorie
Polska

W cieniu Krakowa, czyli dokąd królowie jeździli na weekend

Przez gęstą mgłę próbowały przebić się promienie porannego słońca. Harry biegł przodem, co chwila nurkując między kępy sitowia porastające brzegi przydrożnych rowów. Przed granicę lasu wysuwały się brzozowe ostrowy atakujące oczy bielą kory i pozostałościami pożółkłych liści. Po zejściu z utwardzanego traktu buty grzęzły w torfowym podłożu. Z głębi lasu dobiegło chrapliwe krakanie i wkrótce ponad drzewami ukazały się dwa krążące kruki. Niebawem dotarliśmy do miejsca, gdzie ślady swej działalności zostawiły bobry: jedna z olch została przewrócona i – w znacznym stopniu – ogołocona z gałęzi, druga była tylko solidnie podgryziona u nasady. Pobliski kanał został przegrodzony tamą zbudowaną przez te zmyślne gryzonie. Powracaliśmy wzdłuż ogrodzonego stawu, gdzie wśród trzcin brodziły czaple. Bliskość zabudowy zwiastowało donośne pianie koguta.

Mieszkaliśmy w bielonej wapnem drewnianej chałupie, której właściciele zmyślnie pogodzili archaiczną formę z nowoczesną ofertą. Za oknami gdakało stadko ozdobnych kur (na przyjazd dostaliśmy porcję ich jajek) oraz biegała para podrośniętych szczeniaków rasy beagle. Leżąc w łóżku widziałem nad głową belkę stropową z datą 1852. Właściciele zapewnili nas, że chałupa stoi tu od zawsze, czyli od dnia ich pierwszej wizyty. Sęk w tym, że okolice przysiółka gdzie jest ulokowana zostały zmeliorowane w latach 90-tych XIX wieku, a wcześniej warunki do zamieszkania i gospodarowania musiały tu być skrajnie trudne. W części salonowej, gdzie jedliśmy posiłki i spędzaliśmy wieczory grając w Scrabble, jedna z belek stropowych nosiła datę 1934. Czyżby więc dopiero wtedy ktoś, kto nabył tu grunt i postanowił się osiedlić przeniósł na to miejsce starą dziewiętnastowieczną chałupę, przy okazji ja powiększając? O przenoszeniu domów mieszkalnych i innych obiektów można przeczytać więcej tutaj.

Nasz Chałupa
Jeden z kanałów podpiętrzonych przez bobry
Miejscowy drób

Staw w pobliżu
Krajobraz Wielkiego Błota
My mieszkaliśmy w warunkach rustykalnych, a właściciele już nowocześnie
Krajobraz Wielkiego Błota

Jako miłośnik gór i pofalowanego krajobrazu zawsze zazdrościłem Krakusom możliwości bliskich wycieczek, czy to w Beskidy, czy też na Jurę. Tymczasem samych granic stołeczno-królewskiego miasta sięga zachodni kraniec Kotliny Sandomierskiej. Dotychczas traktowałem ją jako mało atrakcyjny region, którego pokonanie jest niezbędne, aby dotrzeć do leżących na skraju gór Tarnowa, czy Rzeszowa. Co innego jednak poznawać świat z okien samochodu, a co innego, gdy się w konkretnym miejscu zamieszka, nawet gdy pobyt trwa tylko cztery dni. A trafiło nam się naprawdę ciekawe miejsce. W sercu Puszczy Niepołomickiej, na rozległej polanie, w przysiółku Błoto. Nazwa jak najbardziej na miejscu – obszar Natura 2000 obejmujący całą polanę zwie się wręcz Wielkie Błoto. Nie żeby groziło tam niebezpieczeństwo ugrzęźnięcia – teren został zmeliorowany, ale prawie 350 hektarów torfowiska odległego o 25 km w prostej linii od krakowskiego Rynku, wzbudzać musi zainteresowanie, tak botaników, jak i krajoznawców. Ma się tu wrażenie cudownego przeniesienia skrawka Podlasia, czy wschodniej Lubelszczyzny, o kilkaset kilometrów na południe. Że nie jest to mylne wrażenie, dowodzi mapa rozmieszczenia reliktu polodowcowego, jakim jest brzoza niska, która właśnie na Wielkim Błocie ma w Polsce swoje najbardziej na południe wysunięte stanowisko.

Wielkie Błoto położone jest w zachodniej części Puszczy Niepołomickiej. Jej lasy ciągną się na wschód, prawie do granic doliny dolnej Raby. Drzewostan jest bardzo bogaty. Prócz sosny, budują go buki, graby, wiązy i modrzewie. Ponieważ poszycie jest dosyć rzadkie, a las pocięty został siatką prostych jak strzała duktów, wzrok sięga tu bardzo daleko. Poziom wód gruntowych jest wysoki, miejscami pojawia się ona na powierzchni, szukając odpływu do najbliższych cieków. W centralnej części Puszczy teren zaczyna falować kulminując w najwyższym wzniesieniu Kobylej Głowy. To morena denna, ślad najstarszego na ziemiach polskich zlodowacenia. Jeszcze jeden element geomorfologii, którego trudno spodziewać się u podnóża Karpat.

Dukt w puszczy
Pomnikowy dąb w puszczy
Kapliczka przydrożna w Sitowcu

Kapliczka na miejscu wypadku królowej Bony
Długa Woda jest głównym ciekiem Wielkiego Błota
Cmentarz wojenny z okresu I Wojny Światowej w Sitowcu

Tak duży obszar leśny blisko królewskiej siedziby kusił, by wykorzystać go jako tereny łowieckie. Tu i ówdzie można więc znaleźć pomnikowe drzewa upamiętniające polowania koronowanych głów. A maleńka kapliczka w leśnej osadzie Przyborów przypomina tragiczny wypadek na polowaniu, w wyniku którego, będąca w piątym miesiącu ciąży królowa Bona spadła z konia i przedwcześnie urodziła syna. Malec, nazwany Olbrachtem, nie miał szans na przeżycie. Zaś mająca wielu wrogów królowa bywa oskarżana o przyczynienie się do wygaśnięcia rodu Jagiellonów, co jest o tyle absurdalne, że przecież dała królowi dziedzica, późniejszego króla – Zygmunta Augusta.

Mimo jej położenia niedaleko Krakowa, dotarcie do Puszczy Niepołomickiej we wczesnym średniowieczu wymagało całodziennej wyprawy. Toteż Kazimierz Wielki zarządził postawienie na skraju lasu zamku, w którym mógłby zamieszkać podczas łowów. A że dbał też o potrzeby duchowe swego dworu, ufundował obok kościół. Tym samym dał podwaliny dzisiejszym Niepołomicom. Zamek rozbudowany przez Jagiellonów, był przez nich odwiedzany na tyle często, że uważano go za drugą po Krakowie stołeczną lokalizację Korony. Wraz z kościołem, należy do najważniejszych zabytków miasteczka. Ma kształt mało urozmaiconego czworoboku. Rzeźbiarskie obramowanie bramy wjazdowej jest na tyle bogate, że przykuwa na dłużej wzrok. Jednak dopiero po wejściu na wewnętrzny dziedziniec przenosimy się w całkiem inny świat. Otoczony krużgankami wielce przypomina ten na Wawelu, bo zaprojektowali go i budowali ci sami królewscy architekci, którzy nadali renesansowy sznyt krakowskiemu zamkowi. Po przeniesieniu stolicy do Warszawy królowie pozbyli się jednak zamku. Potem obrabowali go Szwedzi, pełnił funkcją austriackich koszar, a następnie gmachu publicznego z wielką ilością pomieszczeń do wykorzystania, tak na cele mieszkalne, jak i komercyjne. W końcu został porzucony i tak dotrwał do początku lat 90-tych XX wieku, kiedy go skomunalizowano. Liczące wówczas 8 tysięcy mieszkańców miasteczko podjęło się ciężaru renowacji historycznego obiektu, czyli zadania, któremu przez dziesięciolecia nie zdołało podołać Państwo Polskie. I co więcej, w ciągu kilkunastu lat doprowadziło dzieło do szczęśliwego końca! Było to możliwe dzięki przyjętej strategii rozwoju miasta, zakładającej aktywne przyciąganie inwestorów. Dziś swoje siedziby ma tutaj ponad 60 dużych firm, których podatki wspomagają jego budżet. Niektórzy mieszkańcy Niepołomic nadal jeżdżą do pracy w Krakowie, ale chyba więcej krakowian znalazło pracę w Niepołomicach.

Wjazd na zamek niepołomicki
Niepołomicki Wawel
Pomnik założyciela Niepołomic – króla Kazimierza Wielkiego

Brama wjazdowa z widokiem na dziedziniec
Zrekonstruowane ogrody królowej Bony
Kapliczka przed zamkiem

W każdym razie, dzisiaj na zamku działa muzeum, hotel z restauracją i centrum kultury, wykorzystujące zamkowe wnętrza, jako miejsce rozmaitych koncertów i wystaw. Siedziby ma tu też cały szereg organizacji i zespołów, a nadwyżka przestrzeni wystawienniczej była z korzyścią dla miejscowej społeczności wykorzystana do organizowania czasowych ekspozycji zbiorów krakowskich Sukiennic i Muzeum Czartoryskich, podczas remontów ich siedzib. My też wybieraliśmy się na organizowany tam z okazji Święta Niepodległości koncert muzyki poważnej, lecz ostatecznie zatrzymał nas uroczy występ Miejskiej Orkiestry Dętej, odbywający się na rynku i pod pomnikiem w pobliżu ratusza. Zachwyt naszej wycieczki wzbudził, prócz profesjonalizmu zespołu, stojący w pobliżu ekosłupek czyli wskaźnik zanieczyszczenia powietrza sygnalizujący jego stan odpowiednim kolorem. Podczas uroczystego składania wieńców słupek świecił ostrzegawczą czerwienią, co przypisałbym wieczornemu spadkowi temperatury i bezruchowi powietrza. Zaledwie kilka godzin wcześniej, gdy promienie słońca wymuszały ruch cieplejszego powietrza, słupek cieszył nas bowiem zielonym światłem.

Nad niską zabudową niepołomickiego rynku góruje stromy dach kościoła pw. Dziesięciu Tysięcy Męczenników oraz kopuły przylegających doń kaplic Branickich i Lubomirskich. Świątynia ma intrygujące proporcje, gdyż zdaje się być wyższa, niż dłuższa. Opieka króla oraz wspomnianych wyżej rodów magnackich skutkowała częstymi fundacjami wyposażenia, remontami i dobudowami. Dzisiejszy wygląd zewnętrzny, to mieszanka gotyku, manieryzmu, baroku i klasycyzmu (ten ostatni zastosowano przy wznoszeniu dzwonnicy), co zdaje się zapowiadać rozmaitość wrażeń przy zwiedzaniu wnętrza. A tymczasem przyszło nam obejść się smakiem, bo kościół pomiędzy nabożeństwami nie odkrywa swoich podwoi. Pozostaje tylko snuć rozważania na temat pochodzenia wezwania tej świątyni. Upamiętnia ono ofiary prześladowań chrześcijan za czasów cesarza Hadriana. Podobno wojska królewskie w dniu wspominania tych świętych pokonały Litwinów, czy Rusinów, ale spekulacje na ten temat nie są solidnie udokumentowane.

Widok fary od strony rynku
Kaplica Branickich przy kościele farnym

Zespół farny – fronton i dzwonnica
Kościół farny widok od południa

Niepołomice mogą się też pochlubić dwoma realizacjami projektów architekta Jana Sas-Zubrzyckiego, które ogólnie należy przypisać do stylu neogotyckiego. Jako, że projektant był także historykiem i filozofem architektury, noszą one swoiste rysy i są trudne do pomylenia z dziełami innych architektów z przełomu XIX i XX wieku. Wystarczy przyjrzeć się niepołomickiemu ratuszowi i kaplicy cmentarnej, aby znaleźć przykłady śmiałego stosowania kolorystyki i charakterystycznego rozrzeźbienia fasad. U architekta noszącego za młodu wąsiska niczym Salvador Dali należało jednak oczekiwać sporej dozy fantazji i swobody myśli. Miasto posiada także ciekawe i, jak na czasy swego powstania, nowoczesne obiekty szkolne. Wzniesiony przed bez mała stu laty, budynek obecnej szkoły podstawowej nr 1, do dziś nie zestarzał się wizualnie. A na jego zapleczu wznosi się supernowoczesne założenie Młodzieżowego Obserwatorium Astronomicznego. Co ciekawe, jego historia sięga lat 60-tych ubiegłego wieku, a powstało z inicjatywy miejscowych entuzjastów tej dziedziny nauki. Z drugiej strony zamku, w latach 90-tych XX wieku zbudowano kompleks gmachów Zespołu Szkół, mieszczący m. in. miejscowe liceum ogólnokształcące. Choć architekturze z tego okresu można sporo zarzucić, na pewno oddaje ona ambicje szybko rozwijającego się miasteczka. Wybraliśmy się też na wschodnie krańce Niepołomic, aby zobaczyć budynek społecznej szkoły im. Sue Ryder. To najnowszy obiekt tego typu w mieście. Tworzy ciekawą architektonicznie całość, z dużą ilości szkła i drewna w wykończeniu, o bardzo urozmaiconym planie, zapewniającym równomierne doświetlenie wszystkich pomieszczeń. Rozległe tereny parkingowe przy budynku równoważy znaczna ilość stanowisk postojowych dla rowerów. Szkoda, że błąd konstruktorski, skutkujący zagrożeniem katastrofą budowlaną powoduje, że uczniowie nie mogą obecnie korzystać z nauki w tym miejscu.

Ratusz w Niepołomicach
Kapliczka pod Kopcem Grunwaldzkim w Niepołomicach
Młodzieżowe Obserwatorium Astronomiczne
Gmach Liceum Ogólnokształcącego, źródło: www.niepolomice.eu/edukacja/zlota-szkola-2017/
Kaplica cmentarna w Niepołomicach
Przedwojenny budynek szkoły nr 1
Najnowocześniejsza, acz nieczynna – szkoła społeczna im. Sue Ryder

Jako, że Puszcza Niepołomicka podzielona jest między dwa powiaty: wielicki i bocheński, musieliśmy odwiedzić też ich stolice. Obydwa miasta słyną ze swoich kopalni soli. Wiodą nawet spór o to, w której z nich znaleziono pierścień zaręczynowy księżniczki Kingi. Nie zamierzaliśmy jednak zwiedzać podziemi, lecz miejscowe atrakcje, widoczne na powierzchni. Ostatecznie w miejscach, które w średniowieczu generowały 1/3 dochodów ze wszystkich dóbr królewskich, musiały zostać materialne ślady tej prosperity. I tak rzeczywiście jest. Zwłaszcza Wieliczka, w której ulokowany był zarząd żup solnych, obfituje w zabytki. Poza budynkami szybów kopalnianych, mającymi bardzo ciekawe formy architektoniczne, wart zobaczenia jest zamek żupny, który oryginalnie chronił wejście do solnych podziemi. Z pary kościołów – parafialny, pod wezwaniem św. Klemensa, nosi obecnie klasycystyczne szaty, lecz korzeniami sięga końca XIV wieku. Kościół reformatów z początków XVII wieku był natomiast pierwszą murowaną świątynią małopolskiej prowincji tego zakonu. O randze miasta świadczy też obecność miejskich pałaców: rodów Konopków i Przychockich. Przede wszystkim jednak, to bardzo udana urbanistyczna kompozycja, z ciekawymi budynkami publicznymi i starannie utrzymanymi kamieniczkami. Mała architektura wielickiego rynku, prócz wykorzystywanych w większości miast górniczych wózków kopalnianych, składa się z kompozycji rzeźbiarskiej, przedstawiającej grupę gwarków wyłaniających się spod powierzchni ziemi. Aż dziw, że jest ona mniej rozpoznawalna, od spektakularnego pomnika anonimowego przechodnia z Wrocławia.

Wieliczka, szyb Daniłowicza, wejście do kopalni soli
Wieliczka budynek plebanii przy kościele św. Klemensa
Zabudowania szybu Regis i dzwonnica przy kościele św. Klemensa
Zabudowa przyrynkowa

Sztygarówka w Wieliczce, obecnie szkolą muzyczna
Szyb Regis – koniec trasy turystycznej po kopalni
Pałac Przychockich przy Rynku
Grupa gwarków solnych na wielickim rynku
Kamienica narożna przy Rynu

Bochnia długie lata pozostawała w cieniu Wieliczki. Nie dość, że zarząd żup solnych ulokowany był bliżej Krakowa, to jeszcze miasto często niszczyły najazdy wrogich wojsk i klęski żywiołowe. Jedyne, czym przewyższało Wieliczkę, to rola centrum administracyjnego (najpierw cyrkułu, a następnie powiatu) oraz położenie przy głównej magistrali kolejowej z Krakowa do Lwowa. Zwiedzanie tutejszej kopalni dopuszczono dopiero w latach 90-tych XX wieku. Nic więc dziwnego, że turystów nalicza się tu rocznie ponad 10 razy mniej, niż u sąsiadów. Jednak gościom takim, jak my, pozwala to poznawać uroki miasta bez potrzeby przeciskania się w tłumie, a i z parkowaniem, w tym darmowym, nie ma w Bochni żadnych problemów. Miasto leży na kilku wzgórzach. Najwyższe z nich, to Uzbornia, pokryta pięknym bukowym lasem. Jest to miejsce o dosyć smutnej historii. U podnóża wzgórza w grudniu 1939 roku oddziały niemieckie rozstrzelały ponad 50 mieszkańców miasta, w odwecie za napad na posterunek żandarmerii. W ostatnim czasie na jego grzbiecie ulokowano atrakcyjny i nowoczesny kompleks boisk i urządzeń sportowych oraz pawilon z wieżą widokową. Najcenniejszym zabytkiem miasta jest XV-wieczna kolegiata pod wezwaniem św. Mikołaja. Ma ona charakterystyczną, szeroką, a stosunkowo niską, fasadę i mało przypomina inne małopolskie kościoły postawione w stylu gotyckim. Obok wznosi się drewniana dzwonnica, która po pożarze w 1988 roku jest obecnie wyposażona tylko w jeden dzwon. Pozostałe cztery, ze względu na wagę i rozmiary, umieszczono osobno, naprzeciw głównego wejścia do świątyni, na placyku Sanktuaryjnym. We wnętrzu o barokowo-neogotyckim wystroju wyróżniają się dwie kaplice: Matki Boskiej Bocheńskiej i św. Kingi. Drugi ze śródmiejskich kościołów, pod wezwaniem św. Stanisława Kostki, zbudowano w latach 30-tych XX wieku na planie zbliżonym do kwadratu. Ściany świątyni obłożone są w dolnej części kamieniem, a w górnej licowane cegłą i urozmaicone regularnie rozmieszczonymi ryzalitami oraz płycinami. Nad nimi góruje spłaszczona kopuła. Podziomkowi architektura ta przypominała włoskie kościoły z lat 30-tych XX w., które widzieliśmy na Istrii. Moje pierwsze skojarzenie kierowało się w stronę architektury synagogalnej. Zbudowaną w tym samym okresie synagogę minęliśmy natomiast nie zwracając nań większej uwagi. Budynek poddany został bowiem poważnej przebudowie przez użytkujący go ponad 30 lat bank i dzisiaj tylko sprawne oko wyłowi szczegóły przypominające jego kultową funkcję. Miasto posiada też wiele ciekawych budowli publicznych, ale budowę najciekawszego domu zlecił wybitnemu architektowi – Teodorowi Talowskiemu – w 1895 roku miejscowy doktor o nazwisku Dembowski. Dom wzniesiono z kamienia i cegły, w stylu będącym mieszanką historyzmu i secesji. Ponieważ malowniczy szczyt wieńczy głowa kozła, pochodzenie potocznej nazwy – Koci Zamek pozostaje nieznane. Chyba, że przyjąć, iż mieszkańcy ówczesnej Bochni nie odróżniali wizerunku kozła od kota w artystycznej interpretacji rzeźbiarza Wojciecha Samka.

Kolegiata św. Mikołaja z dzwonnicą i dodatkowymi dzwonami
Bocheński rynek, największy budynek to były klasztor dominikanów, obecnie siedziba muzeum
Park Uzbornia – pomnik na miejscu kaźni
Tężnie solankowe
Budynek synagogi po wyprowadzce banku. fot. Adam Dylewski za sztetl.org.pl/pl
Kaplica św. Kingi w kolegiacie św. Mikołaja

Kościół św. Stanisława Kostki
Gmach Liceum Ogólnokształcącego
Malowniczy las pokrywający zbocza Uzborni
Dworek przy ulicy Orackiej
Koci Zamek
Zabudowa przy ulicy Kraszewskiego

Do Bochni trafiliśmy zachęceni znacznym wyborem (około tuzina) kawiarni i cukierni, podpowiadanych przez Google. To całkiem pokaźna liczba, jak na niespełna 30 tysięcy mieszkańców. W miejscu zamieszkania mieliśmy do dyspozycji nowoczesny ekspres, więc czarny napar przygotowywaliśmy zazwyczaj w domu. Ale warto było porzucić rutynę! Kawiarnia na rynku miała dobrą kawę, przygotowywaną na wiele sposobów. Co do wypieków, to ich rozmaitość mogłaby być jednak większa. Za to, co jest rzadkością w mniejszych miastach, do południa można w niej zamówić śniadanie. Może ten fakt, a może wysoka ocena na Google powodowała, że zdobycie w niej stolika wymagało wykazania się przewodnickim sprytem. Z innych niedogodności, warte wzmianki są drzwi do toalety, pozbawione zamka, z czym trzeba sobie radzić, albo wystawiając wartę, albo zachowując się we wnętrzu wyjątkowo głośno.

Każde z odwiedzanych miast ma szeroką ofertę kulinarną. Restauracja w Wieliczce wyróżniała się monstrualną wielkością porcji i wysokimi cenami, co jednak należy przypisać bliskości wejścia do kopalni soli. W Bochni znaleźliśmy przyjazny lokal z kuchnią azjatycką, ukryty w podwórku. Ten rodzaj kuchni, w przeciwieństwie do kebabowni, kwitnie raczej w dużych ośrodkach miejskich. Tymczasem zjedliśmy tam oryginalny posiłek, a w dodatku poznaliśmy miłych właścicieli.

Dosyć niespodziewanie tytuł atrakcji wyjazdu zdobyła kładka piesza przez Rabę. Zbudowali ją w roku 1947 mieszkańcy parafii w Krzyżanowicach, mającej wiernych także w położonych po drugiej stronie rzeki Proszówkach. Kładka jest podwieszona na liniach zamocowanych do dwóch betonowych filarów, zdobionych symboliką narodową i religijną. Jest tam też tabliczka ku czci inicjatora budowy, ówczesnego proboszcza. Chociaż stalowe liny nośne są grube, to pod ciężarem kilku maszerujących osób konstrukcja zaczęła oscylować wokół swej długiej osi. Pomimo, iż perspektywa wylądowania w mętnej, spływającej z gór rzece, była ciągle odległa, nasze błędniki zostały wystawione na poważną próbę. Aż chciało się zakrzyknąć: „Shrek, ja w dół patrzę!” Niespodziewanie, najmniej niepokoju wykazywał w tej sytuacji Harry. Gdyby nie to doświadczenie, za kulminację wycieczki uznałbym wizytę w klasztorze benedyktynek w Staniątkach. Sama świadomość, że jest się w instytucji działającej nieprzerwanie od 800 lat, budzi szacunek. W listopadowe, mgliste popołudnie, spacer wśród budynków kompleksu klasztornego napawał nas spokojem i harmonią. Zwiedzając kościół nie spotkaliśmy nikogo. Tylko spoza drewnianego parawanu, w miejscu, gdzie w innych kościołach znajdują się organy, dochodziły odgłosy modlitw i czytań prowadzonych przez siostry, których dwunastka nadal zamieszkuje klasztor. We wnętrzu świątyni dominuje styl barokowy, ale w wyposażeniu znajduje sią kilka cennych rzeźb z XIV i XV wieku oraz pochodzący z XVI w. obraz Matki Boskiej Bolesnej, zwanej Smętną Dobrodziejką ze Staniątek. To jednak nie cenny inwentarz, ale panująca w tym miejscu atmosfera, czyni je trudnym do zapomnienia.

Kładka przez Rabę z Proszówek do Krzyżanowic
Kościół klasztorny benedyktynek w Staniątkach
Za tym przepierzeniem modlą się siostry benedyktynki
Gryf – herb fundatorów, którzy później przybrali nazwisko Branickich

Tablica pamiątkowa na filarze wschodnim kładki
Widok w stronę Krzyżanowic, w dali kościół św. Joachima
Budynek klasztorny w Staniątkach
Obraz Smętnej Dobrodziejki ze Staniątek
Staniątki – gotycki krucyfiks w barokowej oprawie

Prócz miejsc, które udało się zobaczyć, z każdego wyjazdu można przywieźć listę obiektów, które chcieliśmy zwiedzić, ale się nie udało. Oczywiście, w epoce solidnych zamków u drzwi oraz strachu przed złodziejami, prym wiodą obiekty sakralne. Prócz niepołomickiej świątyni, nie udało nam się wejść do drewnianych kościołów św. Sebastiana w Wieliczce, kryjącego polichromie autorstwa bohatera Wesela – Włodzimierza Tetmajera oraz do kościoła pod wezwaniem św. Joachima w Krzyżanowicach, choć tam robotnicy pracujący wokół świątyni zapewnili nas, że gdyby tylko proboszcz był na miejscu, to by nas wpuścił. Pocałowaliśmy też klamkę malowniczo wieńczącego wyniosłe wzgórze kościoła św. Marcina w Biskupicach oraz wspomnianej wcześniej świątyni szkolnej w Bochni. Najbardziej spektakularnym niepowodzeniem była jednak próba odwiedzenia kolejnej realizacji Teodora Talowskiego – w Grodkowicach. Pałac rodziny Żeleńskich, zbudowany przez stryja krytyka literackiego, Tadeusza Boya-Żeleńskiego, majaczył nam tylko czerwonymi ścianami i spiczastymi wieżyczkami spomiędzy parkowych drzew. Strona internetowa firmy świadczącej tam usługi gastronomiczno-eventowe ciągle istnieje, ale pałac wyglądał na opuszczony. Cóż, każde niepowodzenie może być kolebką przyszłych sukcesów. Ktoś pewnie dostrzeże potencjał i przywróci życie temu obiektowi, a wtedy i my powrócimy, by go zobaczyć.

W grodkowickim parku wzniesiono krzyż ku pamięci właściciela zabitego podczas rabacji galicyjskiej
Budynek stajni w grodkowickim majątku
Mauzoleum Żeleńskich w sąsiedniej wsi Brzezie

Pałac Żeleńskich w Grodkowicach
Budynek gospodarczy na folwarku w Grodkowicach
Tablica pamiątkowa na ścianie mauzoleum