Przysiedliśmy na ruinach jakichś zabudowań. Fakt, że niegdyś gospodarowali tu ludzie był podkreślony przez kępę rosnących w pobliżu drzew. Poza tym, otaczała nas rozległe moors – bezdrzewne królestwo wrzosów, traw, wełnianki i paproci orlicy wypełniało wypłaszczenie terenu u zbiegu trzech rzek/strumieni górskich. W pobliżu ciurkał najmniejszy z nich. Zastanawialiśmy się, czy kontynuować wędrówkę w górę rzeki Feshie, poszukać ścieżki wiodącej na sugerowany przez opis w przewodniku szczyt Carn Dearg Mor, czy też odbić w boczną dolinkę ku wschodowi, gdzie przez przełęcz można by dostać się do sąsiedniej doliny Glen Tromie. Nagle uwagę naszą zwróciła postać zbliżająca się od strony górnej części doliny Feshie. Wysportowanej, żylastej, pięćdziesięciolatce w profesjonalnej outdoorowej odzieży towarzyszył pies – beżowy spaniel. Przywitaliśmy się raczej zdawkowo, po czym owa pani ruszyła drogą w kierunku Glen Tromie. Trochę nas to zdziwiło. Doliną Feshie wiodła wprawdzie historyczna przeprawa do doliny rzeki Dee po południowej stronie gór Cairngorms, ale byłaby to nie lada wyrypa. Tym bardziej, wybór doliny Tromie nie stanowił najkrótszej drogi powrotu do cywilizacji.
Po chwili namysłu i my ruszyliśmy w tym kierunku. Drogi na Carn Dearg Mor nie udało nam się znaleźć. Widocznie, jak wiele innych opisanych w tym przewodniku, była wytworem imaginacji autora wędrującego przez góry na przełaj. Nasza droga dźwigała się szparko coraz bardziej zawężającą się boczną dolinką. Wkrótce minęliśmy ostatnią połać lasu, a ze stromych zboczy jęły wystawać mniejsze i większe skałki. Niezadługo oczom naszym ukazał się malowniczy stawek Lochan Ant Sluic. Łagodnie wijąca się droga wznosiła się do niedalekiej przełęczy. Wzmagający się wiatr skutecznie zniechęcił nas do kontynuowania podejścia. Droga powrotna dostarczała oszałamiających widoków na wyższą część Cairngormsów z dwoma munros (szczyty o wysokości ponad 3000 stóp) – Meall Dubhag i Carn Bar Mor. W połowie zejścia nagle dogoniła nas wysportowana dama z pieskiem. Zagadnięta, czy widok z przełęczy wart był jej wysiłku, jakoś się zacukała, ale był to początek miłej rozmowie, w trakcie której my poinformowaliśmy, że przyjechaliśmy z Polski i samochód zostawiliśmy na parkingu w dole Glen Feshie, a pani zarekomendowała nam widok z Ponny Bridge w pobliżu. I znowu się rozstaliśmy.
Doliny w górach Cairngorms są długie i nisko położone, a płynące nimi rzeki bogate w wodę i ubogie w przeprawy mostowe. Przez Feshie wiodły niegdyś dwa mosty, ale od czasu zniesienia jednego z nich przez powódź, pozostał tylko ów Ponny Bridge położony, faktycznie, w wielce malowniczym zwężeniu rzeki. Jak to w Wielkiej Brytanii, teren jest prywatny i objęty jedną posiadłością. Ponieważ równocześnie prawo szkockie zapewnia powszechną dostępność dróg i wód, każdy może wejść na teren prywatny w celach turystyczno-rekreacyjnych. Właściciele dostosowując się do tych warunków przygotowują zazwyczaj ofertę turystyczną. W dolinie Feshie istnieją trzy kompleksy domków/willi na wynajem. Około kilometra od ogólnodostępnego parkingu wznosi się zespół budynków pełniący, chyba, rolę centrum administracyjnego tej posiadłości. Biorąc pod uwagę peryferyjność jego położenia żartowałem, że Brytyjczycy znani z wykorzystywania, w tajnych operacjach, wiejskich posiadłości, prowadzą tam szkołę szpiegów. Młodsza o pokolenie część uczestników (córka wraz ze swoim partnerem) przysłuchiwała się z pobłażaniem moim enuncjacjom.








Dolina Glen Feshie, miejsce działania tajemniczej damy z pieskiem
Byliśmy już w połowie drogi powrotnej, gdy usłyszeliśmy odgłos zbliżającego się samochodu. Porządną, choć nie najnowszą, terenówką podróżowała nasza znajoma z pieskiem. Rzuciła przez okno, że jedzie wykąpać psa. Gdy zboczyliśmy z drogi w kierunku Ponny Bridge, zauważyliśmy jej wóz stojący przed zakrętem. Końcowy odcinek naszej trasy wiódł poprzez bujne łąki pokrywające szeroką w tym miejscu dolinę. Zza krzaków i cherlawych sosenek porastających przeciwległe zbocza doliny, wynurzyła się nagle postać z pieskiem. “Wcale Was nie śledzę!” rzuciła nie pytana. Była to jedyna istota ludzka spotkana tego dnia na trasie. “Czy ktoś ma jeszcze wątpliwości, co mieści się w tych budynkach?” rzuciłem retorycznie w charakterze podsumowania.
Po śmierci męża i ojca, bohaterki książki Jane Austen “Rozważna i romantyczna”: pani Dashwood wraz córkami Elinor, Marianne i Margaret zmuszone były opuścić posiadłość w Norlan i i przenieść się do Barton Cottage – domku udostępnionego przez dalekiego krewnego. Domek był znikomych rozmiarów. Posiadał tylko dwa salony, cztery sypialnie i dwa pokoiki na poddaszu. W czasie pobytu w Highlands zatrzymaliśmy się w podobnym, zwanym Cluny Mains. Przez lata wchodził on w skład posiadłości Cluny Castle, będącej siedzibą głowy klanu Macphersonów. Po sprzedaży majątku (ach ta powojenna drożyzna!) pozbyto się też willi, w której obecnie za umiarkowaną cenę może przebywać do 12 osób. Nasza szóstka miała więc, w przeciwieństwie do pań Dashwood, miejsca aż nadto. Wszyscy pokochaliśmy obszerną, niczym z angielskich filmów, kuchnię, która, prócz miejsca do spożywania posiłków i planowania kolejnych wycieczek, była najcieplejszym pomieszczeniem domu, dzięki obecności wielkiego elektrycznego pieca ze schowkami, gdzie pod kopulastymi pokrywami można było chronić w cieple garnki z wcześniej przygotowanymi posiłkami. Gdyby w grupie była kucharka, docenilibyśmy bardziej także tę ostatnią funkcję pieca. Cluny Mains położone jest 5 mil na zachód od miasteczka Newtonmore. Za płotem biegnie szosa, którą zazwyczaj jeździliśmy samochodem, ale raz pokonaliśmy pieszo budząc zdumienie napotkanych kierowców oraz stada kóz, które niczym w Polsce pasło się na poboczach drogi.
Spacer po szosie wieńczył naszą wycieczkę do Glen Banchor. Ciekawostka nazewnicza: W przeciwieństwie do innych znanych nam w Highlands dolin, ta nie nosiła nazwy od płynącej nią rzeki zwanej Calder. Tuż za naszą siedzibą przy szosie, drogę dojścia do doliny wskazywał drogowskaz. Osoby, które posiadły doświadczenie górskie na polskich szlakach powinny wiedzieć, że rzadko rozmieszczone drogowskazy, to jedyne ułatwienie dla wędrowców przemierzających góry Szkocji. Szlaki nie są znakowane. Turystom muszą wystarczyć mapy, bądź opisy w przewodnikach. Jako, że ziemia jest w posiadaniu prywatnym, a najczęstszą formą jej użytkowania jest wypas owiec, co rusz napotyka się na bramki, które należy za sobą starannie zamykać. By dojść do Glen Banchor od Cluny Mains, trzeba najpierw wygodną drogą dotrzeć na niską przełączkę, za którą poprzecznie cięgnie się docelowa dolina. Był to nasz pierwszy dzień i pierwsza wycieczka po Highlands. Może dlatego byliśmy całkiem oszołomieni tamtejszymi krajobrazami. Przede wszystkimi olbrzymie, bezleśne i bezludne, a jak się wkrótce okazało – i bezdrożne przestrzenie. Za całą cywilizację robiły dwa opuszczone domy, z których jeden zachował dach i, od biedy, mógł służyć za schron w razie niepogody. A pogoda bywa zmienna – słońce to chowa się, to wygląda zza chmur. Deszcz to siecze, to mży. Widok tego samego miejsca zmienia się więc po kilka razy dziennie, wraz ze zmianami warunków atmosferycznych. Brak infrastruktury turystycznej skutkuje małą liczbą odwiedzających dolinę ludzi, a to z kolei podoba się przedstawicielom miejscowej fauny. W Glen Banchor spotkaliśmy kuliki, ostrygojady i kruki. Tablica od strony Newtonmore ostrzegała, że dolina może być okresowo zamykana podczas prowadzenia polowań na głuszce i jelenie. Nie natknęliśmy się na imponującego kuraka, a jelenie – i owszem spotkaliśmy, ale w małym zagajniku wzdłuż szosy z Newtonmore do Cluny Mains.








Z wycieczki po Glen Banchor
Podczas licytacji Cluny Castle członkowie klanu Macphersonów wykupili najcenniejsze pamiątki i wkrótce udostępnili je do publicznego wglądu w maleńkim, acz z czasem rozbudowanym, muzeum w Newtonmore. Wstęp bezpłatny, ale oferta sklepiku muzealnego jest na tyle kusząca, że my wydaliśmy tam więcej funtów, niż za wejście do znacznie większych szkockich muzeów. Zwiedzenie wystawy pamiątek tego rodu uświadomiło mi, że szkocki klan, to nie angielski ród arystokratyczny. To znaczy, wśród Macphersonów byli wielcy posiadacze ziemscy, ale byli też crofters czyli dzierżawcy. Nazwisko to nosili artyści, żołnierze, przemysłowcy i lekarze. Trzy życiorysy dobrze pokazują tą różnorodność.
Jamie Macpherson, był owocem namiętności highlanderskiego ojca do pięknej Cyganki. Na przełomie XVII i XVIII wieku został uznany za wyjętego spod prawa. Nie trzeba było być szkockim Robin Hoodem – ówczesne prawo karało śmiercią za włóczęgostwo, a tym bardziej za kradzież koni i bydła. Jamie tak, jak sprawnie władał mieczem, tak i pięknie grał na skrzypkach. Ujęty i skazany na śmierć, skomponował w celi utwór zwany Lamentem Macphersona, pozostający do dziś jednym z najpopularniejszych utworów szkockiej muzyki ludowej.
Szef klanu – Ewen MacPherson of Cluny – aktywnie wspierał pretensje dynastii Stuartów do tronu brytyjskiego. Po porażce jakobitów w bitwie pod Culloden w 1746 roku, przez 9 lat ukrywał się w górach. Po prawdzie, nie miał dokąd wracać, bo siły królewskie (jak wówczas mówiono – hanowerskie) spaliły Cluny Castle. Jednym z miejsc jego ukrycia była jaskinia w zboczach górującego nad Glen Banchor masywu Creagh Dhubh. Wspomina o tym każdy przewodnik, lecz z adnotacją, że jest ona trudna do znalezienia, podobnie jak 280 lat temu. Legenda mówi, że gdy Ewen MacPherson w przebraniu żebraka odwiedzał swoją rodzinę, napotkany dowódca oddziału królewskiego wręczył mu monetę prosząc, by dał znać gdy napotka tego rebelianta Macphersona. W 1755 wyjechał do Francji, gdzie spotkały go nieprzyjemności ze strony pretendenta do tronu – Karola Stuarta, gdyż nie przywiózł ze sobą jakobińskiego skarbca zatopionego rzekomo w głębokim na 90 metrów jeziorze Loch Arkaig.
James Macpherson był szkockim poetą, który zasłynął przetłumaczeniem na język angielski i wydaniem w latach 1761-1763 Pieśni Osjana. Osjan był starogaelickim bardem, o którego przynależność narodową Szkoci wiodą niekończący się spór z Irlandczykami. Choć od początku krytycy i racjonaliści, w rodzaju Davida Hume’a, kwestionowali prawdziwość historii o dotarciu przez Macphersona do rzekomych źródeł pieśni, zyskały one niesłychaną popularność w całej Europie i Ameryce Północnej, przyczyniając się do powstania romantyzmu, jako nurtu literackiego. Gdy Macpherson pracował nad swym dziełem, w Szkocji obowiązywały srogie restrykcje nałożone na rebelianckich górali z północy. Za noszenie kiltu lub grę na kobzie można było trafić na wiele lat do więzienia. Ale wśród wielbicieli Pieśni Osjana znalazło się wielu wpływowych Anglików, ba, nawet wywodzących się z rodziny królewskiej. Restrykcje zostały więc zniesione w latach osiemdziesiątych XVIII wieku, a szkockość stała się modna do tego stopnia, że przedstawiciele angielskich rodów osiadłych w Szkocji zaczęli wdziewać kilty i zatrudniać dworskich kobziarzy. To się nazywa tryumf Apolla nad Marsem.


Objaśniono nam, że renifer jest niedotykalski. Gdy zwierzęta popychają się wzajemnie jest to sygnał, żeby się rozejść. No chyba, że w ręce masz trochę reniferzej karmy, bo stworzenia te przyzwyczaiły się do odwiedzin kolejnych grup karmicieli. Dlatego, gdy gęsiego, po drewnianej kładce, przemierzaliśmy zbocza Airgiod Meall duże stado reniferów wędrowało za nami i obok nas. Wczesnośredniowieczne kroniki wspominają o polowaniach na renifery w Szkocji. Robiono to na tyle skutecznie, że od XIII wieku gatunek ten był już tylko wspomnieniem. W roku 1947, w podróż poślubną w góry Cairngorm wybrało się szwedzko-brytyjskie małżeństwo Mikel Utsi i Dr. Ethel Lindgren. Uderzyło ich podobieństwo krajobrazu i szaty roślinnej do reniferzych pastwisk w laplandzkiej tundrze. Po uzyskaniu stosownych zezwoleń i odbyciu kwarantanny w edynburskim Zoo, siedem pierwszych reniferów zostało wypuszczonych na wolność w okolicach Glenmore. Stado zasilane od czasu do czasu świeżą krwią ze Skandynawii, rozrosło się już do około 200 sztuk. Od lat sześćdziesiątych XX w. organizowane są wycieczki na stoki doliny, gdzie można zapoznać się z życiem tych ciekawych czworonogów. W początkach czerwca, znaczną część stada stanowią matki z cielakami, którym ostrożność nie pozwala na poufałości z nieznajomymi ludźmi, dlatego w karmieniu uczestniczyło mniej reniferów, niż zazwyczaj. Jednak bliskość tych pięknych przeżuwaczy robi doprawdy wielkie wrażenie. Stado z Caingorms jest wolnożyjące, ale pozostaje pod opieką człowieka. Dlatego cielaki chore lub odrzucone przez rodziców są odchowywane przez ludzi. Widać to potem w ich zachowaniu. Mimo, że dawno wróciły do pobratymców, szukają kontaktu z ludźmi, mając większą świadomość korzyści, jakie może im to przynieść. Z reniferzych hal widać już całkiem sporą grupę munros, na których północnych zboczach, mimo początku czerwca, ciągle zalegały płaty śniegu. Niestety, najbliżej położony był szczyt Cairn Gorm (1244 m npm.), którego zbocza pod względem widokowym zepsuła infrastruktura jedynego w tych górach ośrodka narciarskiego.






Z wizytą u szkockich reniferów
Góry Cairgorms od północy obramowuje dolina rzeki Spey. Cieki wodne we wszystkie odwiedzonych przez nas dolinach należą do jej dorzecza. Od przeprowadzenia w 1863 roku linii kolejowej do Inverness, rozpoczął się szybki rozwój turystyczny usytuowanych w dolinie miejscowości. Tymczasem dolina płynącej od południa górskiego masywu rzeki Dee, jest rzadko zaludniona, a góry opadające ku niej – bardziej dzikie. Nic dziwnego, że królowa Wiktoria odwiedzająca z księciem Albertem w 1848 roku te okolice, opisała je jako emanujące wolnością i spokojem. Poskutkowało to kupnem majątku Balmoral i budową nowego pałacu, który stał się ulubioną letnią siedziba Windsorów. Królewscy właściciele spędzają tu każdy sierpień. Pojechaliśmy tam, nie tyle ze względu na potrzebę obejrzenia gargamelowatego w stylu pałacu, lecz zwabieni urodą otaczających go lasów. Podobno królowa Wiktoria właśnie ze względu na chęć zachowania miejscowego starodrzewia wybrała ten majątek. Rzeczywiście, w porównaniu z przeciętnym szkockim lasem, ten robi imponujące wrażenie. Naturalnie, został on wzbogacony nasadzeniami różnych rzadkich, a pięknych gatunków, zgodnie z dziewiętnastowiecznymi trendami sztuki leśno-parkowej. Ze względu na nieobecnego na wycieczce (ach te przepisy o kwarantannie psów) Harrego, odbyliśmy też pielgrzymkę do pomniczka na grobie praojca wszystkich owczarków szkockich, o imieniu Noble. Jako miłośnika tej rasy, ujęło mnie za serce określenie wyryte na pomniku: “Szlachetny (Noble) z imienia i charakteru”. Wizyta w królewskiej posiadłości przyniosła w bonusie obserwację pluszcza nurkującego w wodach Dee oraz poznanie tajemnicy królewskich ogrodników, którzy dla otrzymania bardziej czerwonych i soczystych pędów rabarbaru, ukrywają je pod wielgaśnymi donicami. Nawiasem mówiąc, żeby usłyszeć w sercu Szkocji ludzi mówiących w “standard English”, należy porozmawiać z obsługą królewskich dóbr.







Z przechadzki po parku w Balmoral
Orkiestra kobziarzy w gustownych, czarnych pelerynach, damy w kapeluszach z markowymi torebkami w rękach, gentlemani w kiltach. Wozy transmisyjne BBC Scotland, reklamy ogólnobrytyjskich i lokalnych firm, mobilne lokale serwujące ciepłe i zimne przekąski oraz piwo. Wokół boiska – szczyty górskie sięgające chmur, z których od czasu do czasu padał deszcz lub sączył się kapuśniaczek. Atmosfera wśród publiczności gorąca, choć temperatura nie przekraczała +8 C. W takich warunkach odbywał się finał Pucharu MacTavisha w szkockiej grze zespołowej shinty (camanachd). Jakże daleko wyewoluowała ona od korzeni opisanych w 1839 roku przez jednego z pracujących w Highlands duchownych. Według niego, zabawa polegała na piciu olbrzymich ilości, fundowanej z okazji świąt przez lokalnych właścicieli ziemskiego, whisky, by później w stanie upojenia okładać się kijami po głowach, zamiast uganiać za małą piłeczką. Ma się rozumieć, że tekst kończył się wezwaniem do szlachetnie urodzonych, by zaniechali tej niecnej praktyki. Dodać jeszcze trzeba, że u zarania, shinty nie było grą zespołową. Każdy uczestnik grał przeciw wszystkim innym. Zgodnie z wiktoriańską zasadą nadawania cywilizowanych norm różnym tradycyjnym aktywnościom, reguły gry zostały uporządkowane przez powstałe w 1893 roku Camanchd Association. Gra na pierwszy rzut oka przypomina hokej na trawie, ale różni się szczegółach, np. co do tego, jak wysoko można unieść kij, czy jak wprowadzić piłkę do gry z autu. Shinty najbardziej przypomina irlandzki hurling dzięki czemu, przy zastosowaniu zmodyfikowanego regulaminu, odbywają się regularne mecze międzynarodowe dwóch celtyckich reprezentacji.
Ponieważ prognozy zapowiadały pogodę barową, planowaliśmy początkowo odwiedzić którąś z destylarni whisky. Niestety, żadna z pobliskich nie miała już wolnego terminu. Wtedy zorientowaliśmy się, że ostatniego dnia naszego pobytu w Highlands, Newtonmore będzie gościło finał Pucharu MacTavisha. Rozgrywki obejmują drużyny z północnej Szkocji, a drużyny z Newtonmore i sąsiedniego Kingussie są prawdziwymi dominatorami w tej dyscyplinie. Tym razem Newtonmore odpadło w już półfinale, ale Kingussie przeszło dalej i miało w finale zmierzyć się z drużyną Fort Williams. Bilet obejmował też przedmecz, w którym zagrały drużyny juniorów Newtonmore i Skye. Kibicowanie na meczu shinty, to popularny tu sposób spędzania wolnego czasu. Na stadionie zebrało się pewnie 1000 osób, co było wynikiem zbliżonym do liczby stałych mieszkańców Newtonmore. Na głównej ulicy byliśmy zatrzymywani przez przyjezdnych, którzy pytali o drogę na stadion. Nie będę ściemniał, że wytrzymaliśmy siedem godzin na pozbawionym trybun stadionie. W przerwie meczu juniorów poszliśmy rozgrzać się do kawiarni w miasteczku i wróciliśmy na wielki finał, w którym Kingussie wygrało 3:1. Puchar MacTavisha nie opuścił serca Highlands.









Dzień z shinty, drużyna Kingussie w niebiesko-czerwonych koszulkach
Żeńska część wycieczki obstawała stanowczo przy zamawianiu Fish and chips w każdej odwiedzanej restauracji. Po prawdzie, z tym daniem jest, jak z zupą cebulową we Francji. Składniki niby są te same, ale każdy kucharz przygotowuje je po swojemu. Jako, że lubujemy się w lokalnych smakach, spróbowaliśmy też haggis. Było smaczne, ale dla mnie rozczarowujące. Według przepisu, kiszka barania powinna być wypełniona siekanymi podrobami. Miałem nadzieję, że będą to na tyle duże kawałki, by chrzęściły między zębami. Tymczasem, przy każdym zamówieniu podawano je tak drobno zmielone, że konsystencją przypominały swojską kaszankę, tyle, że polaną sosem z musztardy i whisky. Nie doznałem jednak rozczarowania smakując Cullen skink – gęstą i zawiesistą ziemniaczankę przygotowaną na wędzonej rybie. Śmiałością wyborów kulinarnych przebiła jednak wszystkich nasza córka, która zamówiła i zjadła batonik Mars zapiekany w panierce. Bon appetit!
Mottem klanu Macphersonów jest: “Touch not the cat but a glove”. Zdanie to można rozumieć na wiele sposobów, ja preferuję najprostszy: Nie dotykaj kota bez rękawicy. Miało to oddawać szorstki i nieprzejednany charakter górali z tej rodziny i nawiązywać do faktu, że największym lądowym drapieżnikiem zamieszkującym Góry Cairngorms jest żbik. Trudno go spotkać w naturze, ale jego wizerunek wykonany w technice dowolnej zdobi większość ogrodów i placów w Newtonmore. To rezultat konkursu ogłoszonego przez władze miasteczka. Najbardziej udane podobizny kotów zostały połączone specjalnym szlakiem o nazwie Wildcat Trail. Napotkane kociska są jaskrawo kolorowe lub stonowane, brzydkie i ładne, kiczowate lub atrakcyjne. Żaden z nich nie wygląda jednak dziko i nie wzbudza strachu. Dziki i dojmujący jest w Highlands tylko krajobraz. Ludzie z czasem złagodnieli, a ślady ich dzikości możemy znaleźć już tylko w Muzeum Klanu Macphersonów.



Koty z Wildcat Trail w Newtonmore, ten w prawym, górnym rogu – w barwach miejscowej drużyny shinty.
