Kategorie
Chorwacja

W krainie węży czyli Dalmacja na leniwo

Sosnowy las pachniał żywicą. Powietrze wibrowało od głosów cykad. Ścieżka wiła się wśród powalonych drzew i wychodni skalnych, które niczym żebra poległego olbrzyma w regularnych odstępach wynurzały się z poszycia. Miejscami wieńczyły je murki z drobniejszych kamieni wykonane, nie wiedzieć kiedy i dlaczego, rękami ludzkimi. Wkrótce dotarliśmy do celu. To był nasz kawałek wybrzeża Adriatyku. Nasz, bo sami go odnaleźliśmy, a Podziomek własnymi rękoma oczyścił go ze wszelkiego śmiecia. Za całą infrastrukturę miał drewnianą europaletę, a wejście do wody było utrudnione przez kanciastość i mnogość kamieni i skałek, ale rekompensował to niezwykły widok. Poprzez kanał św. Antoniego widać było imponujące, wznoszące się wprost z wody mury twierdzy św. Michała. Jako, że nasze wybrzeże miało południowo-wschodnią ekspozycję, widzieliśmy też szeroki pas morza dzielący stały ląd od górzystego wybrzeża wyspy Zlarin. Z lewej widok zamykał sztucznie usypany półwysep porośnięty oszałamiająco pachnącymi ziołami i kwieciem. Przy wyższym poziomie wody zamieniał on się w wyspę, śladem czego, przy niższym jej stanie, była obecność oczek wodnych bogatych w stada małych rybek i krabów. Z prawej strony widok ograniczał cypel z białym budynkiem latarni morskiej na końcu. U swej nasady cypel był położony tak blisko poziomu morza, że widać było przemieszczające się za nim maszty i nadbudówki jachtów i statków. Kanał prowadził do ruchliwego portu w Szybeniku, więc panował na nim ciągły ruch jednostek pływających, począwszy od małych rybackich łódek, poprzez wyglądające w sposób tradycyjny lub futurystyczny jachty, aż po wielkie wycieczkowce i promy Jadrolinii. Zegarki można było regulować przy pojawieniu się pracowicie prującego wody zatoki promu Plima, dowożącego mieszczuchów na popularne kąpielisko Jadrija. Nie dziwota, że gdy morze było spokojniejsze, nie chcą tracić tych widoków, nie zdejmowałem do kąpieli okularów optycznych.

Okolice naszej „plaży”
Latarnia morska z 1871 roku
Komfort na wodzie
Ruch na cieśnienie strzeżonej przez twierdzę
Jacht wychodzący w morze
Pracowita Plima, czyli szybenicki tramwaj wodny
Cieśnina między stałym lądem a wyspą Zlarin

Tegoroczny wyjazd na dalmatyńskie wybrzeże Chorwacji różnił się od tych z lat poprzednich, opisanych już na łamach „Za widnokręgiem”. Po pierwsze, wynajęliśmy cały dom na 4 tygodnie. Była to nowość nie tylko dla nas. Zdumieni właściciele kilkukrotnie dopytywali się, czy to na pewno nie pomyłka. Po drugie, byliśmy tam wyjątkowo liczną, pięcioosobową grupą, do czego trzeba dodać dwa psy, gdyż do Harrego dołączył jego pobratymiec Vinyl (o podróżach z tą dwójką i innymi czworonogami pisałem już wcześniej). Po trzecie, nie wszyscy uczestnicy decydowali się na pobyt 28 dniowy, przez co wyjazd zrobił się logistycznym wyzwaniem, a my poznawaliśmy nie odwiedzane wcześniej miejsca, takie jak wypożyczalnie samochodów, czy port lotniczy w Splicie. W końcu, nie wybraliśmy domu z widokiem na morze, lecz na jezioro! Bogiem, a prawdą, Prokljansko Jezero ma wodę słoną jak w Bałtyku, gdyż mieszają się w niej słodkie wody spływającej z Gór Dynarskich rzeki Krki oraz docierające przez szeroki, acz krótki kanał od strony Szybenika wody morskie. Jezioro jest kryptodepresją, tzn. jego dno leży znacznie poniżej poziomu morza. Im więc głębiej, tym wody są w nim bardziej słone, co sprawia, że jezioro zasiedla fauna zarówno morska, jak i słodkowodna.

Prokljansko Jezero z autostrady, fot. Josef Kotulić, licencja CC-BY-SA 3.0
Prokljansko Jezero o zmierzchu

Nasz dom stał na stoku wzgórza w miejscowości Vrulje, będącej częścią miasteczka Bilice. Źródłosłów nazwy naszego miejsca pobytu może mieć coś wspólnego z chorwackim słowem „vruće”, czyli gorące. Przez pierwsze trzy tygodnie było rzeczywiście bardzo gorąco, z temperaturami dochodzącymi w dzień do 38⁰C, a nocą nie spadającymi poniżej 25⁰C. Wymuszało to na nas aktywność poranno-wieczorną, z obowiązkową sjestą i drzemką w klimatyzowanych wnętrzach w środku dnia. Vrulje to całkiem spora, licząca kilkadziesiąt domów, miejscowość. Jest w niej wiele pensjonatów, duża marina, zorganizowane kąpielisko, beach bar i nic poza tym! Po pieczywo do piekarni, zakupy do sklepu, czy posiłek w restauracji, trzeba więc było wybierać się samochodem, albo do centrum Bilic rozciągniętego wzdłuż szosy Szybenik-Knin, albo do najbardziej turystycznie rozwiniętej części tej miejscowości, jaką jest położony nad brzegami sąsiedniej zatoki Stubalj. Bez dwóch zdań, jest to więc miejsce dla turystów zmotoryzowanych. Oczywiście mając samochód ma się w zasięgu 15-20 minutowej przejażdżki wszystkie wielkomiejskie usługi i atrakcje Szybenika.

Holiday Home Oliva od frontu
Nasz ogród

Wysokie temperatury, przeciwskazania medyczne, konieczność pracy zdalnej oraz pewna taka pocovidowa nieśmiałość, gdy chodzi o zbyt częste kontakty z masami turystów zapełniających wybrzeże nadmorskich miejscowości spowodowały, że nie byliśmy tak mobilni, jak zazwyczaj. Upodobniliśmy się wręcz pod względem stylu życia do tubylców. Każdy ranek prócz spaceru z psami oznaczał wizytę w piekarni, skąd wracaliśmy obładowani pachnącymi i jeszcze ciepłymi slanacami, lepinją, pogacem, czy kiflami. Raz, czy dwa, w tygodniu kupowaliśmy burek – znany we wszystkich krajach bałkańskich placek z ciasta typu filo nadziewany mięsem, serem lub jabłkami. To bardzo sycące danie – jeden kawałek szczodrze sformowany przez piekarza może zaspokoić apetyt przeciętnego konsumenta na dłuższy czas. Posiłki jadaliśmy na dziedzińcu ukrytym między ścianami naszego budynku, a ogrodem zdobywającym tarasami wzgórze na zapleczu domu. Podlewaniem ogrodu zajmował się przyjeżdżający od czasu do czasu gospodarz, ale my mogliśmy korzystać z jego płodów takich, jak pomidory, papryki, czy figi. Ponieważ domek był znakomicie wyposażony, w tym w kawiarkę, kawę parzyliśmy sobie sami. No i przynajmniej połowę obiadów także ugotowaliśmy sami – na stole królował makron z duszonymi warzywami. Na owoce morza wybieraliśmy się jednak do restauracji.

Burek, za Wikipedia, lic. CC-BY-SA 2.5

Jeśli już mowa o przybytkach miejscowej gastronomii, do dwóch zdecydowaliśmy się nawet wrócić: konobą Marenda na szybenickiej starówce zarządza twardą ręką chorwacka babcia mająca do pomocy milkliwego małżonka. Nie ma tam menu. Zamiast tego pani babcia objaśnia, także po angielsku, co na dany dzień przygotowała. Zazwyczaj są to cztery dania, z których jedno zmienia się w kolejnym tygodniu. Do tego godne wino stołowe i bardzo przystępne ceny. Prostotę i jakość docenił Żółty Przewodnik Gault&Millau, uwzględniając lokal na swoich stronach. Konobę Dalmatino w Skradinie, miasteczku przy ujściu rzeki Krki do Jezioro Prokljansko nazwaliśmy lokalem u Włocha, gdyż kelnerzy władali sprawnie tym językiem, a z głośników płynęło disco italiano. Obsługa nieco wolna, ale bardzo pomysłowa w przedstawianiu usprawiedliwień tego stanu rzeczy. Jedliśmy tam najlepszą rybę pieczoną tego wyjazdu. A w dodatku na poczekanie serwują bruschetty, a na pożegnanie po kieliszeczku travaricy. Uwaga nocne Marki! Miasteczko położone jest w głębokiej dolinie, a od rzeki ciągnie chłodem. Temperatura jest tam 3-4 stopni niższa, niż na wybrzeżu, więc na wieczorną posiadówkę warto zabrać odzienie z długim rękawem. Konoba Trs w Trogirze cieszy się wyróżnieniem gwiazdką Michelina. Położona tylko 40 metrów od trogirskiej katedry, serwuje fenomenalną pieczoną ośmiornicę i inne pomysłowe dania z owoców morza. W dodatku obsługa jest tam super sprawna. Jeśli cenimy jakość kuchni i obsługi, musimy być gotowi docenić to finansowo. To jedyne miejsce, gdzie rachunek za obiad dla czterech osób przekroczył granicę 1000 kuna. Dosyć nieoczekiwanym plusem tego miejsca jest możliwość ucieczki od tłumów turystów, zalewających wąskie uliczki średniowiecznego miasteczka. Natomiast najlepsze lody w Szybeniku serwują w lodziarni KaGrom, położonej na małym placyku naprzeciwko szybenickiego teatru. W okolicy znajduje się kilka innych lokali serwujących „sladoled”, ale wystarczy ocenić, gdzie stoi najdłuższa kolejka, aby trafić do właściwego.

Nasz gospodarz, Ante, miał swoisty sposób okazywania troski o swoich gości. Gdy zjawiał się w celu podlania ogródka, koniecznie chciał dowiedzieć się czy może nam jakoś pomóc. Ograniczona znajomość angielskiego pozwalała mu jednak tylko na zadanie pytania: Any problem? Ponieważ nasza odpowiedź zazwyczaj była negatywna, Ante przechodził na dzielenie się swoimi problemami. Były nimi: pogoda, początkowo zbyt upalna, a przy końcu pobytu zbyt deszczowa i chłodna, oprócz tego konieczność uprawy ogródka, brak dostatecznej ilości wnuków, duża odległość z naszego domu do sklepu. Wśród tych narzekań groźnie zabrzmiało, że problemem naszego gospodarza są też węże. Przez wiele lat nawiedzania wybrzeża dalmatyńskiego nigdy się na nie nie natknęliśmy. A tym razem i owszem, ale tylko w dwóch przypadkach były to spotkania przyżyciowe. Nieszczęsne gady i to w wieku młodocianym spotykaliśmy, najczęściej, w formie zwłok rozprasowanych na jezdniach. W dodatku były to całkowicie nieszkodliwe zaskrońce. Raz nawet odwiedzając „Plaźe za pse”  dostrzegliśmy zaskrońca zażywającego kąpieli, co zresztą nie wzbudzało zainteresowania, ani obecnych tam czworonogów, ani ich właścicieli.

Zaskroniec, fot. Michał Krawiec, lic. CC-BY-SA 4.0

Kolejnym dowodem, że Prokljansko to jednak jezioro, była znaczna liczebność mew śmieszek, które raczej nie zapuszczają się na pełnosłone wody. W pobliżu domu pomieszkiwała, ku naszemu zaskoczeniu, cała rodzina wilg, których obserwacja ze względu na niskopienność drzew i krzewów była znacznie prostsza, niż w Polsce. Po ścianach wędrowały gekony, do ogrodu zaglądały cykady, modliszki i skorpiony.

Cykada
Skorpion
Modliszka

Nie mogliśmy odpuścić sobie zwiedzenia katedry św. Jakuba, najwspanialszej świątyni i architektonicznego symbolu Szybenika. Jak na chorwackie warunki obiekt z przełomu XV i XVI wieku to młodziak, ale geniusz jego projektanta – Juraja Dalmatinca – spowodował, że jest to jeden z najoryginalniejszych kościołów Chorwacji. Zewnętrzne ściany prezbiterium zdobią, niczym w Sali Poselskiej na Wawelu, dwa rzędy wyrzeźbionych głów ówczesnych mieszkańców miasta. Przez przeozdobny kamienny portal wkracza się do wnętrza, gdzie czysto subiektywnie rekomendujemy wstąpić do niewielkiego, lecz zdobnego w gotyckie ornamenty baptysterium, zatrzymać się przed wstrząsającym wyrazem cierpienia krucyfiksem, oraz znaleźć lwy pilnujące jednego z bocznych ołtarzy. W odróżnieniu od lwów flankujących boczne wejście do świątyni, te są rozmiarów zbliżonych do pekińczyka, co nie ujmuje im swoistego wdzięku.

Katedra św. Jakuba nocą
Wnętrze katedry
Baptysterium
Lewki miniaturki
Ołtarz mojego patrona
Przejmujący krucyfiks
Bocznego wejścia strzegą już lwy pokaźnych rozmiarów
Głowy XVI-wiecznych mieszkańców miasta

Tym razem nie skupialiśmy się jednak na zwiedzaniu, ale staraliśmy się czerpać przyjemność z mniej jednoznacznych odkryć. Jednym z najwspanialszych był widok z drogi wiodącej z położonych na wzgórzach dzielnic, ku leżącej nad morzem starówce. I nie chodziło nawet o nietypową perspektywę, morze czerwonych dachów z wyrastającą ponad nie kopułą katedry oraz górującymi nad zabudową wyniosłymi murami twierdzy, lecz o dalszy widok na Adriatyk poprzecinany pasmami kolejnych wysp. A trzeba wiedzieć, że na wysokości Szybenika, między brzegiem, a otwartym morzem rozciągają się cztery łańcuchy ostrowów. Zdecydowanie było więc na czym zawiesić oczy. W rankingu widoków drugie miejsce zajął ten z tarasu hotelu Panorama, położonego parę kilometrów za miastem przy drodze do Zadaru. Bunkrowatej urody budynek, do którego wejście wiedzie przez rozległy parking, stoi tuż przy moście przerzuconym nad kanałem łączącym Prokljansko z morzem. Mijaliśmy go wiele razy, a architektura i otoczenie nie zachęcały do zatrzymania się. Tymczasem, z przeciwnej strony budynek posiada taras wychodzący na rozległy gaj oliwny. Siedząc przy zimnym drinku, czy filiżance kawy, podziwiać można ponad koronami drzewek i wodami kanału wielce oryginalny, skrótowy widok na Szybenik. Tak nam się spodobał, że przyjechaliśmy tam raz jeszcze, tym razem na obiad, co dało możliwość podziwiania go w wersji nocnej.

Most na trasie Szybenik-Zadar
Szybenicka starówka z zamkiem i katedrą
Uzasadnienie dla nazwy hotelu Panorama

Widok Szybenika od strony Adriatyku wieńczą trzy budowle obronne: najbliżej morza zamek pod wezwaniem patrona miasta – św. Michała Archanioła, a jeszcze wyżej fort pod wezwaniem św. Jana oraz forteca pozbawiona opieki świętego patrona, o nazwie Barone. Służyły one za osłonę miasta przed zagrożeniem ze strony władających Bośnią Turków. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że miasto rozciaga się jeszcze spory kawałek poza linię wzgórz łaczących dwie ostatnie budowle. Jest tam m. in. dzielnica Subicevać, którą regularnie mijaliśmy w drodze do centrum i nad morze. Któregoś dnia zdecydowaliśmy się zapuścić w jej głąb i dokonaliśmy odkrycia obiektu, który w naszym wewnętrznym rankingu konkuruje o miano architektonicznej gwiazdy wyjazdu. Niejednokrotnie na tych łamach krytykowałem pospolitość, czy wręcz brzydotę współczesnej architektury sakralnej. W Chorwacji nie ma wielu nowych kościołów. A współczesna, franciszkańska świątynia pod wezwaniem św. Antoniego Padewskiego na szczęście w niczym nie przypomina upiornej twórczości polskich proboszczów. Cylindryczna, kremowobiała bryła z wyniosłą wieżą góruje nad okoliczną zabudową mieszkalną. Projekt jest nieprzegadany, wykończenie staranne, wpasowanie w otoczenie wręcz idealne. Szyby z kolorowego szkła oraz świetlik pod sklepieniem wypełniają wnętrze tęczowymi barwami. Mozaika zaołtarzowa, duży krucyfiks, stacje drogi krzyżowej oraz wzór płytek posadzkowych nie przytłaczają rozległego wnętrza, ani nie rozpraszają wiernych. A z tarasu przy wejściu, w prześwicie między blokami, można podziwiać nieoczywistą perspektywę fortu św. Jana.

Forteca Barone z widokiem na miasto i archipelag sąsiednich wysp, za Barone Fortress | Amadria Park | Hrvatski
Kościół św. Antoniego Padewskiego
Wnętrze kościoła
Główne wejście
Światło wpada do środka filtrowane przez kolorowe szyby w oknach
Mozaika zaołtarzowa
Licowanie ścian kamieniem współgra z odkrywką skalną w sąsiedztwie świątyni

Czy były jakieś minusy tegorocznego pobytu w Chorwacji? Mam wrażenie, że wybrzeże Adriatyku jest coraz bardziej zaśmiecone. Chodzi tu oczywiście o części dzikie, bo oficjalne plaże są regularnie sprzątane. Część śmieci zostawiają odwiedzający te miejsca wędkarze i zwolennicy plażowania w dzikiej naturze. Znaczna część jest jednak wyrzucana przez morze. To taki ciemny rewers malowniczego obrazu morza pełnego statków i jachtów, opisanego w pierwszym paragrafie tych wspomnień. Załogi i pasażerowie tych jednostek produkują śmieci, których pozbywaja się w nie zawsze legalny sposób. Frakcja pływająca, wcześniej, czy później, ląduje na brzegu. Jaki wpływ ma taka działalność na faunę morską, możemy dowiedzieć się z szeregu doniesień medialnych i ogłoszeń społecznych.

Jechać nad ciepłe morze i narzekać na tłok, to dostarczać świadectwo naiwności i braku zdolności przewidywania. My byliśmy przewidujący i stąd ulokowaliśmy się we Vrulje, a nie nad samym morzem. Szybenik wieczorami bywał zatłoczony, ale to miasto na tyle rozległe, że ucieczka w boczne uliczki dawała chwile wytchnienia. Wizyta w wielce popularnym wśród rodaków Trogirze dostarczyła jednak doświadczeń z rodzaju ekstremalnych. Wąskie uliczki wręcz pękały od przeciskających się tłumów. A w sytuacji, gdy zamknięto kładkę na znajdujące się na wyspie Stare Miasto, dotarcie do jedynego czynnego mostu i jego pokonanie zajmowało dobre kilkanaście minut. Szacuje się, że liczba Polaków odwiedzających w tym roku Chorwację wzrosła w porównaniu do lat ubiegłych o 85%. Zabrakło Brytyjczyków i Rosjan, za to pojawili się Francuzi, Szwajcarzy i Ukraińcy. Wobec wprowadzenia kontroli sanitarnej na granicach państwa kolejki samochodów przy wyjeździe oczekiwały na ich przekroczenie po 7 godzin. Częściowo odpowiedzialność za taki stan rzeczy spada na COVID, ale niewątpliwie Chorwacja jest ofiarą własnego sukcesu.

Tłumy turystów szturmują Trogir
Komercha rządzi!

Podziomek z wszystkich miast Dalmacji najbardziej ceni Split. Fakt, koncepcja wciśnięcia dużej części starówki w mury zewnętrzne pałacu Dioklecjana i harmonijne połączenie zabudowy okresu rzymskiego i średniowiecznego robi wrażenie. Do tego ta szeroka promenada nadmorska, obsadzona kilkoma szeregami palm! Ja jednak pozostaję wierny Szybenikowi. To pierwsze dalmatyńskie miasto, które poznałem. A stara miłość nie rdzewieje! W dodatku, jeśli z każdą kolejną wizytą potrafi zaskoczyć czymś nowym.