Kategorie
Wielka Brytania

W poszukiwaniu delfinów czyli podróż bezdrożami i najbardziej krętymi drogami Szkocji

Zdyszani dobiegliśmy do pomostu, przy którym cumował spacerowy kuter noszący imię Julie-Ann. Wybranie pierwszego z brzegu parkingu w porcie Lochinver nie było najlepszym pomysłem. Na pokładzie siedziało już kilkanaście osób, a nawet dwa niewielkie psiaki. Przy trapie krzątał się długi jak tyczka, nieco rozczochrany i szczerbaty osobnik, którego strój i sposób bycia znamionowały szypra tej jednostki. “Jestem Kieran, a Ty pewnie jesteś Krzysztof” przedstawił się, równocześnie mnie identyfikując. Tu warto wspomnieć o ogólnobrytyjskim zwyczaju niesprawdzania biletów zakupionych online. Wystarczy podać swoje nazwisko. W przypadku Kierana jak widać wystarczyło, by zapamiętał egzotyczne dla szkockiego ucha brzmienie mojego imienia. W tradycji celtyckiej mężczyźni o imieniu Kieran są postrzegani jako ludzie odważni, lojalni i godni zaufania. To niewątpliwie potrzebne cechy gdy twoja praca polega na wożeniu po morzu coraz to nowych grup wędkarzy, birdwatcherów czy innych żądnych silniejszych wrażeń mieszczuchów. Wyjście z portu wiodło pod wiatr, więc wkrótce musieliśmy zawierzyć Kieranowi, że nie pozwoli, by rozbijane dziobem fale zamieniły się w dokuczliwy, zimny prysznic.

Patrząc jak w sterówce radzi sobie z nawigowaniem po wodach Loch Inver (tak, w nazwie zatoki są dwa słowa, które w nazwie miejscowości zlały się w jedno) złapałem się na refleksji, że Kieran bardzo przypominał mi śp. Edka Dybowskiego, pod którego szyprowskim okiem pływałem w roku 1986 na rybackim kutrze “Dziunia” po wodach Zatoki Admiralicji na wyspie King George u wybrzeży Antarktydy. Odpowiadałem tam wprawdzie głównie za obsługę wyciągarki do sieci, którymi łowiliśmy nadzieję polskiego przetwórstwa rybnego czasów Edwarda Gierka – skorupiaka zwanego krylem antarktycznym. Edek miał rybackiego nosa. Bez pomocy sonaru potrafił wyśledzić stada tych zwierzątek i to w czasie nocnych rejsów. Podziwiałem go też za nadzwyczajne zdolności znoszenia chłodu – co do zasady nie używał w pracy rękawic nakładając je dopiero na lądzie. Spędziliśmy wspólnie wiele zimnych nocy, doświadczyliśmy wielu udanych i nieudanych połowów, a ja nawet rozbilem sobie głowę po uderzeniu ramy sieciowej przy slipowaniu na wzburzonym morzu. Edek był człowiekiem małomównym i nieskorym do pochwał. Tym bardziej ceniłem sobie, że gdy podczas testowania nowej łodzi, jej silnik odmówił posłuszeństwa, przez radio zażyczył sobie, bym za sterami starej Dziuni podczas akcji ratunkowej stanął właśnie ja. I wszystko się dobrze zakończyło!!!

Dziunia na emeryturze w helskim Muzeum Rybołóstwa, fot. MOs810, lic. CC BY-SA 4.0

Wiedziony wprawną ręką Kierana kuter skierował się ku wąskiej, krętej i spokojniejszej zatoce Loch Roe. Wycieczki typu morskie safari reklamują się filmikami, na których wokół zapełnionych wycieczkowiczami łodzi pląsają delfiny, a nawet i walenie. Będąc biologiem miałem jednak świadomość, że spotkanie tych morskich ssaków jest zjawiskiem nieczęstym – uzależnionym od pory roku. dostępności pokarmu czy stadium rozwojowego poszczególnych osobników. Co innego foki szare i pospolite – ich nazwa gatunkowa w realiach północno-zachodnich wybrzeży Szkocji jest wielce uzasadniona. Na wysepkach i przybrzeżnych skałach odpoczywały ich dziesiątki, w tym matki ze swymi szczeniakami. Tu i ówdzie z wody wysuwała się zaciekawiona głowa próbując ocenić, czy obecność naszej łodzi nie niesie jakiegoś niebezpieczeństwa. Do tego trochę ornitologicznych smaczków: a to samica edredona, a to mewa siodłata z puchatymi podrostkami. I pomyśleć, że mieszkańcy trzech domów nad brzegami zatoki mają takie widoki na co dzień. 

Droga powrotna z wiatrem w rufę była już znacznie spokojniejsza. Nad niską zabudową miasteczka górowały dramatyczne urwiska nunataków Suilven i Canisp. Tuż nad magazynami portowymi rozciągała się zielona plama lasu Culag zasadzonego z inicjatywy księcia Sutherland w 1847 roku. Zanim dotarliśmy do brzegu mieliśmy okazję podziwiać misterium polowania głuptaków. Rok wcześniej na Bass Rock widzieliśmy ich największą kolonię lęgową w Wielkiej Brytanii. Ptaszory nie polowały jednak blisko swoich gniazd. Tutaj było tylko kilkanaście osobników. Szybowały na wysokość jakichś 20-30 metrów nad wodą, po czym składały skrzydła i niczym wielkie żółto-biało-czarne rakiety wbijały się w wodę.  Ich prędkość w locie nurkowym sięga 100 km/godz., a głębokość nura do 15 metrów. Polowanie takie wymaga sporej dozy koordynacji – gdy po pierwszych myśliwych na powierzchni morza zostawały tylko fontanny wody inni z ogromna prędkością zbliżali się do powierzchni, a 10 metrów wyżej kolejna kohorta dopiero gotowała się dać nura. Przy tym widowisku pływający blisko burty nurzyk nie mógł wywołać odpowiedniego zachwytu.

Assynt to chłostana wiatrami kraina kontynentalnej Szkocji położona na wysokości północnej części wyspy Lewis w archipelagu Hebrydów Zewnętrznych. Lochinver z 650 mieszkańcami jest jego największym zasiedlonym punktem. Kraina ta charakteryzuje się pofalowanym, skalistym krajobrazem pozbawionym, bez mała, większych skupisk drzew. Morze wcina się w ląd licznymi zatokami, a każde zagłębienie terenu wypełniają słodkowodne jeziora. Rozmaitość form skalnych powoduje, że na wysokości 50-150 m npm czujemy się jak w górach. A prawdziwe góry, których nie zdołała zakryć nawet zmarzlina epoki lodowcowej, wznoszą się jeszcze o 500 do 800 metrów wyżej. Do tego rozległe piaszczyste plaże, najwyższe wodospady i tajemnicze jaskinie. Owce mają tu pierwszeństwo przed samochodami, choć w godzinach wieczornych i rannych one z kolei ustępują miejsca jeleniom. Ponieważ to daleka północ Zjednoczonego Królestwa (pojęcie względne oznaczające np. dla Norwegów południe ich kraju) latem dni są tu długie, a noce krótkie i raczej szare niż czarne. Z punktu widzenia kierowcy warto wiedzieć, że wiele dróg w tym regionie, w tym niektóre najwyższej kategorii A, to jednopasmówki z mijankami, na których odcinki płaskie i proste są absolutną rzadkością. Jazda nimi to prawdziwa nauka pokory i życzliwości. Nic dziwnego, że miejscowi nazwali odcinek z Kylesku do Lochinver małą, szaloną drogą (the wee, mad road).

Kilka widoków z Assyntu

Teren nie zawsze był jednak tak dziki. Podróżując po tej części Highlands, wcześniej czy później, zetkniemy się z pojęciem clearance, co na polski winno się tłumaczyć jako rugi. Otóż po ostatecznym zdławieniu wspieranych przez górskie klany szkockie powstań zwolenników dynastii Stuartów, zwanych jakobitami, system klanowy w tradycyjnym znaczeniu tego słowa uległ zniszczeniu i zastąpiony został przez system charakteryzujący się dążeniem wielkich właścicieli ziemskich do maksymalizacji zysków. Te widziano głównie w intensyfikacji hodowli owiec na potrzeby burzliwie rozwijającego się przemysłu włókienniczego Anglii. Tak więc wymawiano umowy dzierżawne drobnym farmerom, zajmowano ich ziemie na pastwiska, dla nich samych budując miasteczka na wybrzeżu, gdzie mieli przekwalifikować się na rybaków. Ponieważ miejsc pracy w rybołówstwie nie było aż tak wiele, skończyło się masową migracją czy to do przemysłowych regionów Anglii czy też do jej zamorskich kolonii. W głębi lądu z łatwością można znaleźć pozostałości murów dawnych domostw czy nawet świątyń. Co ciekawe, o ile dzisiaj działanie to spotyka się z jednoznacznie negatywną oceną, o tyle w latach 1750-1850 z oświeceniową dezynwolturą twierdzono, że to poczynania na korzyść zamieszkujących góry biedaków. W efekcie jednemu z większych czyścicieli górskich wiosek, księciu Sutherland (ojcu fundatora wspomnianego lasy Culag), wystawiono imponujący, 30 metrowy,  pomnik w Golspie w pn-wsch. Szkocji, który obecnie jest atakowany fizycznie przez radykałów i rozważane jest jego rozebranie. 

Ścieżki turystyczne w Wielkiej Brytanii to pojęcie znane wyłącznie na terenach zarządzanych przez parki narodowe i rezerwaty lub majątki prowadzone przez organizacje i wspólnoty lokalne, które zdecydowały na udostępnianie ich w celach turystycznych i edukacyjnych. Na pozostałych terenach, w tym w wyższych górach, ścieżka jest pojęciem umownym. Na kamienistym podłożu rzadko widać jakiś ślad, a jeśli jest, to możliwe, iż to ścieżka zwierzęca. Strzałki kierunkowe to też rarytas. Pomimo nachylenia terenu w wielu miejscach stagnuje woda, co można wykryć po kępach wełnianki. Jej angielska nazwa cotton grass oddaje jej wygląd. Białe kępy włosów nasiennych wyznaczają obszary gdzie woda może wlać się do buta. My szkockie bezdroża poznaliśmy próbując dotrzeć od latarni morskiej Stoer do przybrzeżnej 60 metrowej iglicy skalnej zwanej Old Man of Stoer. O ile zawierzyć mapie wiodą tam dwie ścieżki, jedna nawet zwana szlakiem. Jedyne strzałki kierunkowe znajdują się na parkingu przy latarni. My postanowiliśmy pójść w jedną stronę bliżej klifów, a wrócić rzeczonym szlakiem prowadzącym kilkaset metrów w głąb lądu. No i ugrzęźliśmy, czasem wręcz dosłownie, w plątaninie przedeptów, potoków, kałuż, stawów i wąwozów. Dzikość tego krajobrazu była imponująca, ale często musieliśmy podziwiać ją tylko w perspektywie mikro, gdyż nazbyt uważnie trzeba było patrzeć pod nogi. W ten sposób droga o długości ok. 6 km zajęła nam w kierunku tam blisko 3 godziny, podczas gdy z powrotem po owym trail już tylko przepisowe 1,5 godziny.

Nazwy miejscowe w tej części Szkocji noszą ślady wpływów norweskich, szkockich i angielskich. Moją ulubioną nazwą jest Kylesku pochodząca od celtyckiego Caolas Cumhann co oznacza tyleż co wąska cieśnina. Durness, wysunięta najdalej na pn-zach. miejscowość Szkocji wywodzi swą nazwę od staronorweskiego Dyrnes, czyli Jeleni Przylądek. W tym pierwszym miejscu byliśmy dwa raz. Magnesem była historia istniejącego tu w czasie II Wojny Światowej ośrodka szkoleniowego miniaturowych łodzi podwodnych, które bez mała zatopiły niemiecki pancernik Tirpitz czy oryginalność konstrukcji łukowatego mostu, który połączył oba brzegi cieśniny. Przede wszystkim jednak liczyliśmy na zobaczenie, choć z oddali, najwyższego na wyspach brytyjskich, 200 metrowego wodospadu Eas a’ Chual Aluinn. Nic z tego! Mimo dwukrotnych prób za każdym razem trafialiśmy na deszczowo-mglistą pogodę pozwalająca dojrzeć co najwyżej drugi brzeg jeziora, ale nie uskok wodospadu na jego dalekim krańcu. Pozostało nam cieszyć się urokami oferty kulinarnej miejscowej restauracji hotelowej.

Durness leży już poza Assyntem w historycznej krainie zwanej Sutherland. Nazwa wskazuje, iż z perspektywy norweskich władców Orkadów, ląd ten rozciągał się na południe od ich dziedziny. Za miejscowością Scourie krajobraz, nie tracąc nic ze swej dzikości, staje się bardziej środkowoszkocki. Długie doliny ograniczone niewysokimi grzbietami górskimi, pieniące się na kamieniach rzeki i czasem jeziora. Ostatnie kilka kilometrów przed Durness droga wiedzie wzdłuż zatoki Kyle of Balnakeil. Z kształtu i długości jest ona fiordopodobna, ale niespotykanie płytka. W czasie odpływu zamienia się w kamienistą pustynię, środkiem której wije się rzeka Dionard. Samo miasteczko z dziedziny kultury ma do zaoferowania tylko wspomnienie o Johnie Lennonie, który w dzieciństwie przyjeżdżał tu na wakacje do swojej ciotki. Natomiast naturalną atrakcją wielkiego kalibru jest jaskinia Smoo Cave. Nie tylko ze względu na olbrzymi (40 x 15 m) otwór wejściowy, ale też fakt, że z jednej strony ukształtował ją niszczący wpływ morza, a z drugiej rzeźbi ją uchodząca do Atlantyku miejscowa rzeczka. Aby tego dokonać jej wody wycięły krasowy lej o głębokości 20 metrów. Zwiedzający mogą za darmo wejśc po drewniany chodniku do drugiej komory jaskini i zobaczyć spadający z góry wodospad. Już za opłatą można skorzystać z przejażdżki łódką bliżej kaskady i do kolejnej komory. Po silnych opadach deszczu lub w trakcie północnych sztormów poziom wody w jaskini wzrasta do stopnia uniemożliwiającego jej zwiedzanie. 

W dniu, w którym odwiedziliśmy Durness pogoda była nieciekawa. Mimo to udaliśmy się pofalowanymi łąkami ku nadatlantyckim klifom. Ogromne fale wściekle atakowały przybrzeżne skały, a widocznośc, momentami, ograniczała się do kilkuset metrów. Jako, że Wyspy Owcze leżą na pn-zach., a Orkady i Szetlandy na pn-wsch. od wybrzeża Sutherland, między nami, a Biegunem Północnym było już tylko morze. Oprócz krążących w pobliżu i odpoczywających na skałach ptaków morskich uwagę naszą zwrócił ciemny grzbiet jakiegoś morskiego stwora z charakterystyczną wieńczącą go płetwą. Wyglądało to, wypisz, wymaluj! na delfina. W każdym razie bardzo sobie tego życzyliśmy! Już, bez wątpliwości, zaobserwowaliśmy kręcąca się po murawie sieweczkę obrożną.

Z kulturowej perspektywy więcej do zaoferowania ma pobliskie Balnakeil. Nad samą zatoką wznosi się osiemnastowieczny, surowy z wyglądu dwór zbudowany z wykorzystaniem murów średniowiecznego zamku biskupów Caithness. Tylko młyński staw i droga oddzielają go od rozległego cmentarza, nad którym górują ruiny kościoła. Choć w swej ostatecznej formie powstał on w 1814 roku, to świątynne wykorzystanie tego miejsca sięga, bagatela!, wieku szóstego. W ścianach kościoła ukryta jest krypta z pochówkiem Donalda MacLeod. Jako, że pozbawił on życia conajmniej 18 wrogów swego klanu, zapłacił okrągły tysiąc funtów, by być pochowanym sposób, który miał zabezpieczyć jego ciało przed profanacją przez krewnych i znajomych tych ofiar. Do tego rozległa piaszczysta plaża ograniczona od strony lądu, największym w całej Wielkiej Brytanii kompleksem wydm dopełniają malowniczości tego miejsca.

Niespełna kilometr na południe powstała, w latach pięćdziesiątych XX w., stacja wczesnego ostrzegania brytyjskiego Ministerstwa Obrony. Zanim jednak wdrożono ją do działania, a powstałe baraki zasiedlono armią jej królewskiej mości, umarł Stalin i zakończyła się zimna wojna. Budynki wydzierżawiono, a z czasem sprzedano, różnego rodzaju niespokojnym duchom, hipisom i osobom o artystycznych skłonnościach. W efekcie powstał tu kompleks zwany wioską rzemiosła (craft village). Architektonicznie, mimo wielu przeróbek i dodanych udogodnień jest to ciągle prymitywny kompleks koszarowy, ale wnętrza kryją wszelakie pracownie, malarstwa, fotografii, garncarstwa, biżuterii oraz produkcji rozmaitych durnostojek. W tym towarzystwie wyróżnia się  wytwórnia czekolady usytuowana najbardziej na północ na całych wyspach brytyjskich. I myśmy tam byli, zamiast czekolady kawę pili, zagryzając miejscowymi wypiekami cukierniczymi.

Widoki z Balnakeil Craft Village

Po zwiedzeniu ponad tuzina portowych miasteczek brytyjskich Lochinver nie zachwyca ani zabytkowa zabudową ani położeniem. Mimo to, zaspokaja wiele turystycznych potrzeb. Jest poręcznym miejscem startu dla morskich wycieczek. Po drugie, dostarcza bardzo przyjemnych terenów spacerowych. Mam tu na myśli nie tylko las Culag, ale i dolną część doliny rzeki Inver. Doceniliśmy to ostatniego dnia pobytu, kiedy na morzu rozpoczął się sztorm, a podmuchy wiatru, mimo pełnego słońca, chłostały niemiłosiernie na każdym skrawku otwartej przestrzeni. Spacer, zalesioną doliną, z widokami na szumiącą poniżej rzekę, spokojną toń jeziora zaporowego i odległe wierzchołki wyższych gór w tle był wspaniałym odpoczynkiem, a i odmianą po doznaniach turystycznych zebranych wcześniej w pn-zach. Szkocji. Co prawda, gdy osiągnęliśmy kraniec lasu, gdzie wichrzysko znowu zaczęło hulać okrutnie, zrezygnowaliśmy ze wspinaczki po odkrytym terenie przez przełęcz (o wysokości, to nie pomyłka!, ponad 120 m npm.) do sąsiedniej doliny i grzecznie wróciliśmy tą samą drogą.

Ujście rzeki Inver do zatoki

Obrazki ze spaceru dolina Inver

W końcu, trzeba ujawnić fakt, iż jak to ujęto w jednym z anglojęzycznych przewodników turystycznych, Lochinver jest kulinarną stolicą Assyntu. My z czystym sumieniem możemy się pod tym stwierdzeniem podpisać. Restaurację o nazwie nawiązującej do przeboju z lat 60-tych XXw. walijskiego pieśniarza Toma Jonesa odwiedziliśmy nawet dwukrotnie. Nie dość, że potrafili znaleźć nam stolik, gdy przyszliśmy bez rezerwacji to jeszcze oferują rozsądny mix dań mięsnych, rybnych i wegańskich, a szef kuchni rozkłada ich składniki na talerzach w prawdziwe dzieła sztuki. Restauracja przy porcie rybackim zaskakuje obszernym, elegancko zaplanowanym wnętrzem za dosyć mizerną fasadą wejściową. Dania są równie smaczne jak u konkurencji, choć może mniejszą wagę przywiązuje się tam do estetyki ich podania. Popularnością przebija jednak wszystkich lokal serwujący paszteciki (pies). To popularne w całej Wielkiej Brytanii danie podniesiono tu na wyżyny jakościowe. Po pierwsze wypełnienia są wyraziste smakowo, po drugie nie są nadmiernie soczyste, przez co paszteciki nie przemakają (można je przechowywać) oraz nie tryskają sokiem przy próbach ich nadgryzienia. Co ważne, można tam zjeść też coś innego czy napić się kawy do ciastka. Ponieważ lokal działa również jako sklep więc obroty ma ogromne i idąc główną ulicą miasteczka w godzinach jego działalności, nie sposób go pominąć, bo z daleka widać szturmujący  tłumek lokalsów i przyjezdnych. Miejsce jest wymieniane we wszystkich przewodnikach i informatorach, a nas życzliwie kierowano doń z miejsc tak odległych (ok. 80 km) jak Durness.

Gotowe paszteciki czekaja na klientów, fot. z profilu https://www.facebook.com/LochinverLarder


Ta ostatnia sytuacja była zresztą charakterystyczna. Zlani deszczem weszliśmy do niewielkiej budki z pamiątkami. Długo przeglądaliśmy co było w ofercie. Chcieliśmy zyskać na czasie i nie wracać skoro pod deszcz. W rezultacie nic nie kupiliśmy, ale porozmawialiśmy miło z dwoma statecznymi paniami, które chyba nie narzekały na nadmiar klientów. W Drumbeg, gdzie mieliśmy kwaterę, przy bocznej dróżce prowadzącej do luźno rozrzuconych domostw dojrzeliśmy strzałkę z napisem “Craft on Croft”. Croft jest to gospodarstwo, zazwyczaj na ziemi dzierżawionej od większego właściciela. Wynajęty samochód ledwo mieścił się na dojazdówce prowadzącej stromym zjazdem na przydomowe podwórko. Na spotkanie wyszła nam gospodyni. Ubrana, jak to w gospodarstwie, w grubą kamizelkę i gumowce. Ręce miała jeszcze brudne od jakichś gospodarskich obowiązków. Przypomniało mi się, że widziałem jak przepędzała owce spod naszych okien. Cały interes mieścił się w dwóch, lekkiej konstrukcji, budynkach garażowych. Tu już zakupiliśmy kilka rzeczy płacąc, a jakże kartą, ale przede wszystkim toczyliśmy miłe pogaduchy. Otrzymaliśmy solidną porcję informacji, takich jak w jakim stopniu pokrewieństwa sprzedawczyni pozostawała z właścicielami naszego cottage czy jakiego charakteru jest jej psinka. Wszystkim napotkanym miejscowym musieliśmy, w ramach wprowadzenia, wyjaśniać gdzie się zatrzymaliśmy. Było to coś więcej niż przysłowiowy angielski small talk. To był raczej symboliczny sposób wprowadzenia w status, może tymczasowego, ale jednak członka lokalnej wspólnoty. Wracając pamięcią do szkockiego wyjazdu prócz dzikich krajobrazów, wspaniałej natury i ciekawych zabytków będę też tęsknił za taką ludzką bezpośredniością.

Kategorie
Wielka Brytania

Rzecz o krowach, kiltach i potworach czyli Highlands w pigułce

Młodość ma swoje prawa, a jednym z nich jest przemożna chęć łączenia się w pary osobników płci przeciwnej. Wiedziony tą siłą pewnego zimowego wieczora przed ponad 40 laty zapragnąłem spotkać się z hmm …, nazwijmy ją Agnieszką. Dziewczyna miała fantazję co się zowie! Wyprowadziwszy się z domu rodzinnego w Warszawie, przeniosła się do Puszczy Kampinoskiej, gdzie zamieszkała w przeznaczonej wówczas do wysiedlenia wsi Budy. Żeby tam dotrzeć jechało się autobusem podmiejskim linii 208 do pętli w Truskawiu. Stąd trzeba było iść na piechotę gruntową drogą wiodąca do Mariewa. Pogoda była zimowa, noc bezksiężycowa, ale pokrywa śniegu pozwalała dostrzec przynajmniej krawędzie drogi. Po około pół godzinie marszu dotarłem na skraj zabudowań, gdzie ciemność rozświetlało kilka przydrożnych latarni. Niestety, w domu zamieszkałym przez Agnieszkę wszystkie okna pozostawały ciemne. Cóż, działałem pod wpływem impulsu, a były to czasy telefonii stacjonarnej, co nie sprzyjało harmonizacji planów i aranżacji spontanicznych spotkań.

Nie poddałem się jednak łatwo i pomyślałem, że dziewczyna musi przecież wrócić na noc do domu. Mróz stopniowo tężał, zacząłem więc rozglądać się za jakimś schronieniem. W obejściu była stara drewniana obora. Drzwi na szczęście można było uchylić i wśliznąć się do środka. Gdy znalazłem się w obórce, w nozdrza uderzyła mnie mieszanina zapachu mleka, słomy i obornika. Przez szpary między deskami ścian przenikały wąskie promienie światła z obejścia. Gdy oczy przyzwyczaiły się do półmroku spostrzegłem, że w oborze jest instalacja elektryczna. Znalazłem włącznik, po przekręceniu którego pomieszczenie ukazało się w pełnej okazałości. Okazało się, że mieszkały tam cztery wyrośnięte cielaki. Z długiej chwili zacząłem do nich zagadywać, a one, z początku nieśmiało, a potem coraz ufniej zbliżały się do mnie. W końcu zostałem ciasno otoczony przez ciekawskie stadko, które szczególne upodobanie znajdowało w nastawianiu różnych elementów włochatego ciała na drapanko. Wyjątkową konkurencję wywołał przywilej złożenia wielkiej głowy na moim ramieniu. A rozkosz drapania była tak wielka, że obdarowane nią cielaki aż przymykały oczy.

Ostatecznie, nie doczekawszy powrotu Agnieszki w puszczańskie ostoje, ruszyłem w drogę powrotną do Truskawia. Jednak doświadczenie kontaktów nawiązanych w obórce pozwoliło mi inaczej spojrzeć na krowy i ich potrzeby emocjonalno-społeczne. Dało możliwość dostrzeżenia, że są to stworzenia z własną osobowością, a nie wyłącznie źródła mleka i wołowiny. Takie wspomnienie i refleksja naszły mnie, gdy dwa ośmiomiesięczne cielęta rasy szkockiej górskiej (Highland Cattle) przepychały się próbując wyciągnąć z mojej dłoni kawałki chleba i marchewki. W głębi pastwiska położonego na łagodnym stoku pasło się więcej osobników tej rasy. Nie wiem, czy wydelegowanie właśnie tych dwóch cielaków do karmienia przez odwiedzających Drumbuie Farm w Drumnadrochit nad jeziorem Loch Ness wynikało z ich przyjaznego charakteru, czy też ze specyficznych potrzeb żywieniowych. Był to jednak promocyjny strzał w dziesiątkę! W ten sposób organizowane na tej farmie teaparty przyciągały nie tylko miłośników herbaty, trójkątnych kanapek z pastą jajeczną i bułeczek (scones) z marmoladą pomarańczową, ale i ich dzieci oraz innych zwolenników bliskości z inwentarzem gospodarskim. 

Karmienie krów zwie się tu”cooparty

Krajobraz w Drumnadrochit, jak na okolice Loch Ness jest nadzwyczaj łagodny. Stosunkowo niskie góry odsuwają się tu od jeziora, widoki robią się dalsze, a mieszanka łąk i lasów w promieniach nieczęsto tu widywanego słońca sprawiała wrażenie, może nie toskańskie, ale przypominające pejzaże polskiego Pogórza Karpackiego.

Bernard Newman, brytyjski pisarz, podróżnik i szpieg, w swojej wydanej w 1935 roku książce pt. “Pedalling Poland” z lekceważeniem wypowiadał się o napotkanych jeziorach twierdząc, że prawdziwe jezioro powinno być otoczone górami. Takie są właśnie jeziora szkockie, a Loch Ness nie jest wyjątkiem. Wysokość gór rośnie ku południowemu-zachodowi przez co panorama w tym kierunku jest bardziej dramatyczna i wieloplanowa niż, dajmy na to, widok na jezioro z okolic Fort Augustus. Południowe brzegi są bardziej strome i dziksze, niż północne. Dlatego główna droga z Inverness do Fort William została wytyczona właśnie wzdłuż północnego brzegu jeziora. Loch Ness nie jest, ani największym, ani najgłębszym szkockim jeziorem, ale we wszystkich przewodnikach podkreśla się jego największą objętość. Wynika to z faktu, że zapadlina, którą wypełniają wody jeziora ma korytowy kształ o prawie płaskim dnie na głębokości ponad 230 metrów. 

Ale to nie liczby i malowniczość okolicy spowodowały popularność Loch Ness w kulturze masowej, a w konsekwencji wśród turystów. To potwór rzekomo zamieszkujący jego wody, pieszczotliwie nazwany Nessie, rozpala wyobraźnię ludzi z różnych części naszego globu. Jakkolwiek historia potwora z jeziora została utrwalona już przez biografów żyjącego w VI wieku chrystianizatora Szkocji, św. Columba, to korzenie współczesnej popularności Nessie sięgają ledwie 1933 roku. Co charakterystyczne – pierwsza obserwacja, która została poniesiona przez media przez całą Wielką Brytanię i szeroki świat, została dokonana przez właścicielkę hotelu w Drumnadrochit. W tym zbudowanym w stylu wiktoriańskim budynku mieści się obecnie Loch Ness Centre, którego ciekawie zaplanowana wystawa z jednej strony dostarcza rzeczowych argumentów, że ekosystem jeziora, choćby ze względu na swoje ubóstwo ilościowe i jakościowe, nie byłby w stanie utrzymać przy życiu stworzenia tej wielkości, z drugiej jednak, nie ośmiesza i nie pozbawia marzeń zwolenników bytowania Nessie w głębinach jeziora. Cóż, podcinanie gałęzi, na której się siedzi, nie byłoby przecież rozsądnym działaniem. A statystyki są bezlitosne. Doliczono się już ponad 10 tysięcy doniesień o spostrzeżeniu w wodach jeziora czegoś, co można nazwać potworem.

Drumnadrochit było też bazą dla poczynań Johna Cobba, który osiągnąwszy w 1947 roku światowy rekord prędkości – 634,39 km/h – pojazdem kołowym, zapragnął pobić też rekord prędkości na wodzie. Na wykonanym na specjalne zamówienie ścigaczu “Crusader”, odebrawszy życzenia sukcesu od królowej matki, 29 września 1952 roku przekroczył on barierę 214 mil/h, po czym, wskutek utraty stabilności łodzi, roztrzaskał się wraz z Crusaderem na oczach zgromadzonej publiczności i w świetle kamer brytyjskiej kroniki filmowej. Na brzegu jeziora stoją wciąż znaczniki jednomilowego odcinka, na którym oficjalnie mierzono prędkość rekordzisty. My też wzięliśmy udział w 50 minutowym rejsie po Loch Ness, ale bez prób bicia jakichkolwiek rekordów.

Wspomniany Fort Augustus jest drugą znaczniejszą miejscowością i centrum turystycznym nad brzegami jeziora. Jeśli w Szkocji jakaś miejscowość nosi słowo Fort w nazwie, należy to traktować dosłownie. To Anglicy pobudowali tu w 1715 roku umocnienia i osadzili garnizon, który miał trzymać w ryzach buntowniczych górali. Żołnierze nie zapobiegli jednak kolejnym powstaniom, a w XIX w., gdy korzyści z unii obydwu narodów były już oczywiste, a elity angielskie nawróciły się na szkockość, opuścili swoje koszary, na których miejscu powstało opactwo benedyktyńskie. Mnisi prowadzili tu elitarną szkołę dla chłopców, ale po ponad 100 latach funkcjonowania zamknęli ją w 1993 r., a wkrótce opuścili też Fort Augustus. Obecnie obiekt został przekształcony w aparthotel. Rozważaliśmy nawet możliwość noclegu w jednym z jego apartamentów, jednak porzuciliśmy ostatecznie ten pomysł na rzecz kolonii domków kempingowych w Invermoriston. W każdym razie, zabudowania poklasztorne są warte obejrzenia, a ich lokalizacja wśród starodrzewia na cyplu wcinającym się w jezioro, jest  bardzo malownicza. Wizyta tam wydała nam się atrakcyjniejsza, niż zwiedzanie starszych, bo pochodzących nawet z XIII w., pozostałości zamku Urquhart, równie pięknie położonych na brzegu Loch Ness. Oprócz opactwa, niewątpliwą atrakcją jest też “kaskada” śluz na Kanale Kaledońskim. To prawdziwe arcydzieło wczesno dziewiętnastowiecznej inżynierii, podobnie jak współczesny mu Kanał Augustowski w Polsce, nigdy nie odegrało planowanej roli skrócenia drogi z Atlantyku na Morze Północne, gdyż coraz większe statki morskie, w momencie ukończenia budowy już nie mieściły się w śluzach kanału. Późniejsze modernizacje też nie nadążyły za rozwojem wytworów przemysłu stoczniowego. W efekcie jest to droga wodna o znaczeniu głównie turystycznym.

Youtube, po wpisaniu w wyszukiwarkę frazy swimming cows, nie umożliwia obejrzenia wyczynów krów z Plockton na zachodnim wybrzeżu Szkocji. O ich możliwościach dowiedzieliśmy się więc przypadkowo. Spacerując malowniczym nabrzeżem tej miejscowości, dostrzegliśmy cztery sztuki przeżuwaczy wędrujące flegmatycznie wąskim, kamienistym pasem strefy pływów, ograniczonym wysokim na 3 metry murem oporowym. Woda właśnie przybierała, dalszy spacer uniemożliwiał bydlątkom pirs przystani. Nasza towarzyszka podróży wszczęła alarm, w wyniku którego zadzwoniono do właściciela, który oznajmił, że krowy świetnie pływają, on sam zostawił je na pobliskiej wysepce, z której musiały samodzielnie wybrać się na wycieczkę do miasteczka. I rzeczywiście, gdy po godzinie wracaliśmy tą samą drogą, krowie stadko ewakuowało się właśnie, brodząc w morzu ku wyżej położonym pastwiskom.

Plockton znane jest też z masowego obsadzenia nabrzeża kordyliną australijską. Wbrew angielskiej nazwie cabbage tree, roślina przypomina z wyglądu palmy, przez co Plockton w celach promocyjnych podkreśla swój śródziemnomorski charakter. Kordylina nie jest zresztą jedynym egzotycznym gatunkiem roślin w miasteczku, a jego nabrzeżne ogrody mogłyby być same w sobie celem wizyty. U wjazdu do miejscowości znajduje się miejsce świadczące o żywej religijności, ale i buntowniczym duchu niegdysiejszych mieszkańców. Tu właśnie, w dawnym kamieniołomie, na modlitwy gromadzili się wyznawcy Wolnego Kościoła Szkocji, którzy opuścili kościół oficjalny, protestując przeciwko zwyczajowemu prawu posiadaczy ziemskich do mianowania proboszczów bez brania pod uwagę zdania wiernych. Pomimo, iż wkrótce nowemu wyznaniu umożliwiono swobodną działalność i budowę świątyń, modlono się w tym miejscu przez prawie 90 lat. Dzisiaj, gdy dawny kamieniołom skolonizowała bujna roślinność, trudno byłoby domyślić się jego roli, gdyby nie murowana brama i schody prowadzące doń od drogi.

Jako, że wyjazd bez zwiedzania zamku jest stracony, zatrzymaliśmy się po drodze w Eilean Donan. Zamek odbudowany w latach dwudziestych XX w. i nadal pozostający własnością rodziny MacRae, jest postromantyczną wariacją na temat średniowiecznej warowni. Natomiast jego lokalizacja na przybrzeżnej wysepce połączonej z lądem mostem, u zbiegu trzech słonowodnych jezior (wąskie fiordopodobne zatoki morskiej określa się w Szkocji także mianem Loch), ku którym stromo opadają górskie zbocza, czynią panoramy zamku szkockim klasykiem gatunku. W dodatku, w dniu naszych odwiedzin nad górami kłębiły się ciemne chmury, dodając krajobrazowi grozy i tajemniczości. Łatwy dojazd główną drogą prowadząca na wyspę Skye wyklucza jednak zwiedzanie bez tłoku.

Kilka impersji z wizyty w zamku Eilean Donan

Wielojęzyczny tłumek zgromadzony u zachodniego przyczółka wiaduktu Glenfinnan miał inny charakter. Składał się z miłośników Harrego Pottera, trakcji parowej oraz czcicieli jakobickiej przeszłości Szkocji. Gdy w końcu od strony Fort William pojawił się, ciągnięty przez lokomotywę parową, długaśny skład retro wagonów w kolorze karminowym, zapanowało wielkie poruszenie. Trzaskały migawki aparatów fotograficznych, zgromadzeni machali rękami i bili brawo. Maszynista odpowiedział sygnałem dźwiękowym i świstem pary wypuszczonej z komina. My dotarliśmy na miejsce ze stacji kolejowej Glenfinna, gdzie dojechać można regularnym pociągiem, witanym przez zgromadzonych prawie równie entuzjastycznie. Główna droga dojściowa wiedzie od parkingu przy porządnie zaopatrzonym Visitor’s centre, szeroką, obrzeżoną górami doliną, której środkiem toczy swe wody spory strumień. Wystawa w centrum zdawkowo traktuje historię linii kolejowej i wiaduktu, koncentrując się na opowieści o ostatnim wielkim powstaniu Szkotów przeciwko rządom Londynu. Na brzegu pobliskiego Loch Shiel doszło w 1745 roku do spotkania młodego pretendenta do szkockiego tronu – Bonnie Prince Charles’a z przedstawicielami klanów marzących o wolności. Gdy policzono siły, podniesiono na maszt sztandar Stuartów i powstańcy ruszyli na Edynburg. W miejscu tego spotkania, na brzegu jeziora, stoi obecnie zwieńczona figurą szkockiego górala kamienna wieża, z której roztacza się oszałamiający widok na okolicę. Jako, że odwiedziliśmy Glenfinnan w najcieplejszym dniu całej wyprawy, zaryzykowaliśmy nałożenie krótkich spodni, a co młodsi turyści pławili się nawet w wodach jeziora.

W planach mieliśmy znalezienie zakwaterowania bliżej Fort William i zaliczenie wejścia na najwyższy szczyt całej Wielkiej Brytanii – Ben Nevis (1345 m. npm.). Jednak ze względu na przystępność cenową noclegów, wylądowaliśmy bliżej Inverness, a całkiem daleko od ambitnego celu wspinaczkowego. Poza tym, po obejrzeniu kilka filmików z kolejkami wędrowców zmierzających na szczyt Ben Nevis zrozumialem, że wejście nań, to doświadczenia nadto grupowe. W końcu, mierząc zamiary na siły, nabrałem wątpliwości, czy nasza wycieczka osób w wieku 60 plus podołałaby zadaniu. Nie chciałem jednak zrezygnować całkowicie z wyjścia w góry. Tak trafiliśmy w masyw Creag Meagaidh. Najwyższy punkt tego pasma wznosi się na 1130 m npm., co czyni go 18 najwyższą górą w Zjednoczonym Królestwie. Cały kompleks ma status narodowego rezerwatu przyrody, chwalącego się odtwarzaniem górskich lasów oraz bogatą fauną. Odtwarzanie lesistości wiąże się z ograniczeniem populacji jeleni w parku. Jakimi metodami osiąga się ten cel, można się domyślić po ogłoszeniach reklamujących potrawy z mięsa jelenia oraz sprzedaży surowego mięsa do przyrządzenia we własnej kuchni. 

W każdym razie wybraliśmy dość zachowawczy wariant wycieczki doliną potoku Alt Coire Ardair, aż do polodowcowego cyrku, którego dno, na wysokości ok. 630 m npm., wypełnia górski staw Lochan a’Choire. Trasa początkowo wiedzie przez sosnowo-brzozowo-jarzębinowe lasy. Dobór gatunków oraz fakt, że odbudowa lasu trwa dopiero od 30 lat, tłumaczy dlaczego nie jest to las wysokopienny. Później wędruje się długim trawersem wysoko ponad dnem doliny, z widokiem na imponujące urwiska Creag Meagaidh. Na koniec schodzi się do potoku, pokonuje ostatni wał zamykający kotlinę stawu i, proszę bardzo, jesteśmy u celu. Krajobrazy jak w Karkonoszach, tyle że urwiska znacznie większe. Ponieważ to Wielka Brytania więc, mimo że to teren chroniony, lista zakazanych czynności jest znacznie krótsza. Dlatego wielu z wędrowców decydowało się schłodzić w lodowatych wodach stawu. Odpoczywając u wypływu strumienia mieliśmy widok ku głębokiej przełęczy zwanej Window, przez którą wiedzie ścieżka na grzbiet. Nagle ponad nią zobaczyliśmy drapieżnego ptaka. Odruchowo wziąłem go za najpopularniejszego u nas myszołowa. Porównanie z sylwetkami ludzkimi na ścieżce, a jeszcze lepiej z latającym w pobliżu krukiem, sugerowało jednak, że jest to przedstawiciel znacznie większego gatunku. Gdy ptak wleciał w lepiej oświetloną przestrzeń, zobaczyliśmy jaśniejszą głowę i krawędzie skrzydeł. O rany! Przecież to orzeł przedni. Nie miałem lornetki, więc podekscytowany podbiegłem do pary starszych birdwatcherów wskazując im miejsce, gdzie poleciał ptaszor. Niestety, mimo długotrwałych poszukiwań, drapieżnik już więcej się nam nie ukazał. Cóż, zaliczyłem kolejną niepotwierdzoną obserwację, choć uprawdopodobnioną zapisem na oficjalnej stronie parku, że orły przednie są gatunkiem gniazdującym na skałach Creag Meagaidh.

Nasze miejsce zamieszkania – Invermoriston –  to malutka wioseczka, mogąca pochwalić się imponującymi wodospadami na rzece Moriston, przerzuconym nad nimi w 1813 roku kamiennym mostem oraz nieco dziwacznym, w tym miejscu, pomnikiem znicza olimpijskiego, upamiętniającym olimpiadę w Londynie w 2012 roku. Warta wzmianki jest natomiast obecność dwóch przybytków gastronomicznych: restauracji w miejscowym hotelu oraz community cafe. O pierwszej wspominam ze względu na atmosferę i wnętrza niczym z ekranizacji powieści Agaty Christie oraz młodą kelnerkę, która oprócz  ponadprzeciętnych umiejętności prowadzenia small talk’u z klientami, charakteryzowała się urodą w, jak to ujął Podziomek, typie angielskiej róży. Kto szuka definicji, znajdzie ją w odmętach Internetu. Od niej dowiedzieliśmy się, że szef kuchni i część personelu, to Czesi. Szkoda tylko, że nie zdecydowali się na wprowadzenie do menu knedlików. W sezonowo otwartej kawiarni dwukrotnie jedliśmy śniadania, które były odpowiednio urozmaicone i sycące, ale główną atrakcją była możliwość przeglądu typów ludzkich przewijających się przez lokal. Byli to głównie turyści: zagraniczni i miejscowi, niektórzy nawet w kiltach. Oprócz posiłku wszyscy, włączając nas, otrzymali możliwość pogaduszek z przemiłą obsługą. Natomiast restauracja w Fort Augustus, z najpiękniejszym widokiem na Loch Ness, pełni jednocześnie rolę przystani dla łodzi. Przybytek jest we władaniu tureckiej rodziny, dzięki czemu menu dryfuje w kierunku śródziemnomorskim. My z tego skorzystaliśmy, ale kelnerzy kursujący między kuchnią, a stolikami rozstawionymi na nabrzeżu, anonsując dostarczenie kolejnego dania, najczęściej krzyczeli “Fish and Chips” lub “Cullen Skink”. Cóż, czym skorupka za młodu nasiąknie …

Mewa z nad Loch Ness to ma dopiero używanie

Kategorie
Wielka Brytania

Nie dotykaj kota bez rękawicy, czyli gdzie w Highlands spotkać szpiega

Przysiedliśmy na ruinach jakichś zabudowań. Fakt, że niegdyś gospodarowali tu ludzie był podkreślony przez kępę rosnących w pobliżu drzew. Poza tym, otaczała nas rozległe moors – bezdrzewne królestwo wrzosów, traw, wełnianki i paproci orlicy wypełniało wypłaszczenie terenu u zbiegu trzech rzek/strumieni górskich. W pobliżu ciurkał najmniejszy z nich. Zastanawialiśmy się, czy kontynuować wędrówkę w górę rzeki Feshie, poszukać ścieżki wiodącej na sugerowany przez opis w przewodniku szczyt Carn Dearg Mor, czy też odbić w boczną dolinkę ku wschodowi, gdzie przez przełęcz można by dostać się do sąsiedniej doliny Glen Tromie. Nagle uwagę naszą zwróciła postać zbliżająca się od strony górnej części doliny Feshie. Wysportowanej, żylastej, pięćdziesięciolatce w profesjonalnej outdoorowej odzieży towarzyszył pies – beżowy spaniel. Przywitaliśmy się raczej zdawkowo, po czym owa pani ruszyła drogą w kierunku Glen Tromie. Trochę nas to zdziwiło. Doliną Feshie wiodła wprawdzie historyczna przeprawa do doliny rzeki Dee po południowej stronie gór Cairngorms, ale byłaby to nie lada wyrypa. Tym bardziej, wybór doliny Tromie nie stanowił najkrótszej drogi powrotu do cywilizacji.

Po chwili namysłu i my ruszyliśmy w tym kierunku. Drogi na Carn Dearg Mor nie udało nam się znaleźć. Widocznie, jak wiele innych opisanych w tym przewodniku, była wytworem imaginacji autora wędrującego przez góry na przełaj. Nasza droga dźwigała się szparko coraz bardziej zawężającą się boczną dolinką. Wkrótce minęliśmy ostatnią połać lasu, a ze stromych zboczy jęły wystawać mniejsze i większe skałki. Niezadługo oczom naszym ukazał się malowniczy stawek Lochan Ant Sluic. Łagodnie wijąca się droga wznosiła się do niedalekiej przełęczy. Wzmagający się wiatr skutecznie zniechęcił nas do kontynuowania podejścia. Droga powrotna dostarczała oszałamiających widoków na wyższą część Cairngormsów z dwoma munros (szczyty o wysokości ponad 3000 stóp) Meall Dubhag i Carn Bar Mor. W połowie zejścia nagle dogoniła nas wysportowana dama z pieskiem. Zagadnięta, czy widok z przełęczy wart był jej wysiłku, jakoś się zacukała, ale był to początek miłej rozmowie, w trakcie której my poinformowaliśmy, że przyjechaliśmy z Polski i samochód zostawiliśmy na parkingu w dole Glen Feshie, a pani zarekomendowała nam widok z Ponny Bridge w pobliżu. I znowu się rozstaliśmy.

Doliny w górach Cairngorms są długie i nisko położone, a płynące nimi rzeki bogate w wodę i ubogie w przeprawy mostowe. Przez Feshie wiodły niegdyś dwa mosty, ale od czasu zniesienia jednego z nich przez powódź, pozostał tylko ów Ponny Bridge położony, faktycznie, w wielce malowniczym zwężeniu rzeki. Jak to w Wielkiej Brytanii, teren jest prywatny i objęty jedną posiadłością. Ponieważ równocześnie prawo szkockie zapewnia powszechną dostępność dróg i wód, każdy może wejść na teren prywatny w celach turystyczno-rekreacyjnych. Właściciele dostosowując się do tych warunków przygotowują zazwyczaj ofertę turystyczną. W dolinie Feshie istnieją trzy kompleksy domków/willi na wynajem. Około kilometra od ogólnodostępnego parkingu wznosi się zespół budynków pełniący, chyba, rolę centrum administracyjnego tej posiadłości. Biorąc pod uwagę peryferyjność jego położenia żartowałem, że Brytyjczycy znani z wykorzystywania, w tajnych operacjach, wiejskich posiadłości, prowadzą tam szkołę szpiegów. Młodsza o pokolenie część uczestników (córka wraz ze swoim partnerem) przysłuchiwała się z pobłażaniem moim enuncjacjom.

Dolina Glen Feshie, miejsce działania tajemniczej damy z pieskiem

Byliśmy już w połowie drogi powrotnej, gdy usłyszeliśmy odgłos zbliżającego się samochodu. Porządną, choć nie najnowszą, terenówką podróżowała nasza znajoma z pieskiem. Rzuciła przez okno, że jedzie wykąpać psa. Gdy zboczyliśmy z drogi w kierunku Ponny Bridge, zauważyliśmy jej wóz stojący przed zakrętem. Końcowy odcinek naszej trasy wiódł poprzez bujne łąki pokrywające szeroką w tym miejscu dolinę. Zza krzaków i cherlawych sosenek porastających przeciwległe zbocza doliny, wynurzyła się nagle postać z pieskiem. “Wcale Was nie śledzę!” rzuciła nie pytana. Była to jedyna istota ludzka spotkana tego dnia na trasie. “Czy ktoś ma jeszcze wątpliwości, co mieści się w tych budynkach?” rzuciłem retorycznie w charakterze podsumowania.

Po śmierci męża i ojca, bohaterki książki Jane Austen “Rozważna i romantyczna”: pani Dashwood wraz córkami Elinor, Marianne i Margaret zmuszone były opuścić posiadłość w Norlan i i przenieść się do Barton Cottage – domku udostępnionego przez dalekiego krewnego. Domek był znikomych rozmiarów. Posiadał tylko dwa salony, cztery sypialnie i dwa pokoiki na poddaszu. W czasie pobytu w Highlands zatrzymaliśmy się w podobnym, zwanym Cluny Mains. Przez lata wchodził on w skład posiadłości Cluny Castle, będącej siedzibą głowy klanu Macphersonów. Po sprzedaży majątku (ach ta powojenna drożyzna!) pozbyto się też willi, w której obecnie za umiarkowaną cenę może przebywać do 12 osób. Nasza szóstka miała więc, w przeciwieństwie do pań Dashwood, miejsca aż nadto. Wszyscy pokochaliśmy obszerną, niczym z angielskich filmów, kuchnię, która, prócz miejsca do spożywania posiłków i planowania kolejnych wycieczek, była najcieplejszym pomieszczeniem domu, dzięki obecności wielkiego elektrycznego pieca ze schowkami, gdzie pod kopulastymi pokrywami można było chronić w cieple garnki z wcześniej przygotowanymi posiłkami. Gdyby w grupie była kucharka, docenilibyśmy bardziej także tę ostatnią funkcję pieca. Cluny Mains położone jest 5 mil na zachód od miasteczka Newtonmore. Za płotem biegnie szosa, którą zazwyczaj jeździliśmy samochodem, ale raz pokonaliśmy pieszo budząc zdumienie napotkanych kierowców oraz stada kóz, które niczym w Polsce pasło się na poboczach drogi.

Spacer po szosie wieńczył naszą wycieczkę do Glen Banchor. Ciekawostka nazewnicza: W przeciwieństwie do innych znanych nam w Highlands dolin, ta nie nosiła nazwy od płynącej nią rzeki zwanej Calder. Tuż za naszą siedzibą przy szosie, drogę dojścia do doliny wskazywał drogowskaz. Osoby, które posiadły doświadczenie górskie na polskich szlakach powinny wiedzieć, że rzadko rozmieszczone drogowskazy, to jedyne ułatwienie dla wędrowców przemierzających góry Szkocji. Szlaki nie są znakowane. Turystom muszą wystarczyć mapy, bądź opisy w przewodnikach. Jako, że ziemia jest w posiadaniu prywatnym, a najczęstszą formą jej użytkowania jest wypas owiec, co rusz napotyka się na bramki, które należy za sobą starannie zamykać. By dojść do Glen Banchor od Cluny Mains, trzeba najpierw wygodną drogą dotrzeć na niską przełączkę, za którą poprzecznie cięgnie się docelowa dolina. Był to nasz pierwszy dzień i pierwsza wycieczka po Highlands. Może dlatego byliśmy całkiem oszołomieni tamtejszymi krajobrazami. Przede wszystkimi olbrzymie, bezleśne i bezludne, a jak się wkrótce okazało – i bezdrożne przestrzenie. Za całą cywilizację robiły dwa opuszczone domy, z których jeden zachował dach i, od biedy, mógł służyć za schron w razie niepogody. A pogoda bywa zmienna – słońce to chowa się, to wygląda zza chmur. Deszcz to siecze, to mży. Widok tego samego miejsca zmienia się więc po kilka razy dziennie, wraz ze zmianami warunków atmosferycznych. Brak infrastruktury turystycznej skutkuje małą liczbą odwiedzających dolinę ludzi, a to z kolei podoba się przedstawicielom miejscowej fauny. W Glen Banchor spotkaliśmy kuliki, ostrygojady i kruki. Tablica od strony Newtonmore ostrzegała, że dolina może być okresowo zamykana podczas prowadzenia polowań na głuszce i jelenie. Nie natknęliśmy się na imponującego kuraka, a jelenie – i owszem spotkaliśmy, ale w małym zagajniku wzdłuż szosy z Newtonmore do Cluny Mains.

Z wycieczki po Glen Banchor

Podczas licytacji Cluny Castle członkowie klanu Macphersonów wykupili najcenniejsze pamiątki i wkrótce udostępnili je do publicznego wglądu w maleńkim, acz z czasem rozbudowanym, muzeum w Newtonmore. Wstęp bezpłatny, ale oferta sklepiku muzealnego jest na tyle kusząca, że my wydaliśmy tam więcej funtów, niż za wejście do znacznie większych szkockich muzeów. Zwiedzenie wystawy pamiątek tego rodu uświadomiło mi, że szkocki klan, to nie angielski ród arystokratyczny. To znaczy, wśród Macphersonów byli wielcy posiadacze ziemscy, ale byli też crofters czyli dzierżawcy. Nazwisko to nosili artyści, żołnierze, przemysłowcy i lekarze. Trzy życiorysy dobrze pokazują tą różnorodność.

Jamie Macpherson, był owocem namiętności highlanderskiego ojca do pięknej Cyganki. Na przełomie XVII i XVIII wieku został uznany za wyjętego spod prawa. Nie trzeba było być szkockim Robin Hoodem – ówczesne prawo karało śmiercią za włóczęgostwo, a tym bardziej za kradzież koni i bydła. Jamie tak, jak sprawnie władał mieczem, tak i pięknie grał na skrzypkach. Ujęty i skazany na śmierć, skomponował w celi utwór zwany Lamentem Macphersona, pozostający do dziś jednym z najpopularniejszych utworów szkockiej muzyki ludowej.

Szef klanu – Ewen MacPherson of Cluny – aktywnie wspierał pretensje dynastii Stuartów do tronu brytyjskiego. Po porażce jakobitów w bitwie pod Culloden w 1746 roku, przez 9 lat ukrywał się w górach. Po prawdzie, nie miał dokąd wracać, bo siły królewskie (jak wówczas mówiono – hanowerskie) spaliły Cluny Castle. Jednym z miejsc jego ukrycia była jaskinia w zboczach górującego nad Glen Banchor masywu Creagh Dhubh. Wspomina o tym każdy przewodnik, lecz z adnotacją, że jest ona trudna do znalezienia, podobnie jak 280 lat temu. Legenda mówi, że gdy Ewen MacPherson w przebraniu żebraka odwiedzał swoją rodzinę, napotkany dowódca oddziału królewskiego wręczył mu monetę prosząc, by dał znać gdy napotka tego rebelianta Macphersona. W 1755 wyjechał do Francji, gdzie spotkały go nieprzyjemności ze strony pretendenta do tronu – Karola Stuarta, gdyż nie przywiózł ze sobą jakobińskiego skarbca zatopionego rzekomo w głębokim na 90 metrów jeziorze Loch Arkaig.

James Macpherson był szkockim poetą, który zasłynął przetłumaczeniem na język angielski i wydaniem w latach 1761-1763 Pieśni Osjana. Osjan był starogaelickim bardem, o którego przynależność narodową Szkoci wiodą niekończący się spór z Irlandczykami. Choć od początku krytycy i racjonaliści, w rodzaju Davida Hume’a, kwestionowali prawdziwość historii o dotarciu przez Macphersona do rzekomych źródeł pieśni, zyskały one niesłychaną popularność w całej Europie i Ameryce Północnej, przyczyniając się do powstania romantyzmu, jako nurtu literackiego. Gdy Macpherson pracował nad swym dziełem, w Szkocji obowiązywały srogie restrykcje nałożone na rebelianckich górali z północy. Za noszenie kiltu lub grę na kobzie można było trafić na wiele lat do więzienia. Ale wśród wielbicieli Pieśni Osjana znalazło się wielu wpływowych Anglików, ba, nawet wywodzących się z rodziny królewskiej. Restrykcje zostały więc zniesione w latach osiemdziesiątych XVIII wieku, a szkockość stała się modna do tego stopnia, że przedstawiciele angielskich rodów osiadłych w Szkocji zaczęli wdziewać kilty i zatrudniać dworskich kobziarzy. To się nazywa tryumf Apolla nad Marsem.

Motto klanu Macphersonów; fot. Celtus, lic. CC BY-SA 3.0
Tartan klanu Macphersonów; fot. T. Steifer 2006, lic. CC BY-SA 2.5

Objaśniono nam, że renifer jest niedotykalski. Gdy zwierzęta popychają się wzajemnie jest to sygnał, żeby się rozejść. No chyba, że w ręce masz trochę reniferzej karmy, bo stworzenia te przyzwyczaiły się do odwiedzin kolejnych grup karmicieli. Dlatego, gdy gęsiego, po drewnianej kładce, przemierzaliśmy zbocza Airgiod Meall duże stado reniferów wędrowało za nami i obok nas. Wczesnośredniowieczne kroniki wspominają o polowaniach na renifery w Szkocji. Robiono to na tyle skutecznie, że od XIII wieku gatunek ten był już tylko wspomnieniem. W roku 1947, w podróż poślubną w góry Cairngorm wybrało się szwedzko-brytyjskie małżeństwo Mikel Utsi i Dr. Ethel Lindgren. Uderzyło ich podobieństwo krajobrazu i szaty roślinnej do reniferzych pastwisk w laplandzkiej tundrze. Po uzyskaniu stosownych zezwoleń i odbyciu kwarantanny w edynburskim Zoo, siedem pierwszych reniferów zostało wypuszczonych na wolność w okolicach Glenmore. Stado zasilane od czasu do czasu świeżą krwią ze Skandynawii, rozrosło się już do około 200 sztuk. Od lat sześćdziesiątych XX w. organizowane są wycieczki na stoki doliny, gdzie można zapoznać się z życiem tych ciekawych czworonogów. W początkach czerwca, znaczną część stada stanowią matki z cielakami, którym ostrożność nie pozwala na poufałości z nieznajomymi ludźmi, dlatego w karmieniu uczestniczyło mniej reniferów, niż zazwyczaj. Jednak bliskość tych pięknych przeżuwaczy robi doprawdy wielkie wrażenie. Stado z Caingorms jest wolnożyjące, ale pozostaje pod opieką człowieka. Dlatego cielaki chore lub odrzucone przez rodziców są odchowywane przez ludzi. Widać to potem w ich zachowaniu. Mimo, że dawno wróciły do pobratymców, szukają kontaktu z ludźmi, mając większą świadomość korzyści, jakie może im to przynieść. Z reniferzych hal widać już całkiem sporą grupę munros, na których północnych zboczach, mimo początku czerwca, ciągle zalegały płaty śniegu. Niestety, najbliżej położony był szczyt Cairn Gorm (1244 m npm.), którego zbocza pod względem widokowym zepsuła infrastruktura jedynego w tych górach ośrodka narciarskiego.

Z wizytą u szkockich reniferów

Góry Cairgorms od północy obramowuje dolina rzeki Spey. Cieki wodne we wszystkie odwiedzonych przez nas dolinach należą do jej dorzecza. Od przeprowadzenia w 1863 roku linii kolejowej do Inverness, rozpoczął się szybki rozwój turystyczny usytuowanych w dolinie miejscowości. Tymczasem dolina płynącej od południa górskiego masywu rzeki Dee, jest rzadko zaludniona, a góry opadające ku niej – bardziej dzikie. Nic dziwnego, że królowa Wiktoria odwiedzająca z księciem Albertem w 1848 roku te okolice, opisała je jako emanujące wolnością i spokojem. Poskutkowało to kupnem majątku Balmoral i budową nowego pałacu, który stał się ulubioną letnią siedziba Windsorów. Królewscy właściciele spędzają tu każdy sierpień. Pojechaliśmy tam, nie tyle ze względu na potrzebę obejrzenia gargamelowatego w stylu pałacu, lecz zwabieni urodą otaczających go lasów. Podobno królowa Wiktoria właśnie ze względu na chęć zachowania miejscowego starodrzewia wybrała ten majątek. Rzeczywiście, w porównaniu z przeciętnym szkockim lasem, ten robi imponujące wrażenie. Naturalnie, został on wzbogacony nasadzeniami różnych rzadkich, a pięknych gatunków, zgodnie z dziewiętnastowiecznymi trendami sztuki leśno-parkowej. Ze względu na nieobecnego na wycieczce (ach te przepisy o kwarantannie psów) Harrego, odbyliśmy też pielgrzymkę do pomniczka na grobie praojca wszystkich owczarków szkockich, o imieniu Noble. Jako miłośnika tej rasy, ujęło mnie za serce określenie wyryte na pomniku: “Szlachetny (Noble) z imienia i charakteru”. Wizyta w królewskiej posiadłości przyniosła w bonusie obserwację pluszcza nurkującego w wodach Dee oraz poznanie tajemnicy królewskich ogrodników, którzy dla otrzymania bardziej czerwonych i soczystych pędów rabarbaru, ukrywają je pod wielgaśnymi donicami. Nawiasem mówiąc, żeby usłyszeć w sercu Szkocji ludzi mówiących w “standard English”, należy porozmawiać z obsługą królewskich dóbr.

Z przechadzki po parku w Balmoral

Orkiestra kobziarzy w gustownych, czarnych pelerynach, damy w kapeluszach z markowymi torebkami w rękach, gentlemani w kiltach. Wozy transmisyjne BBC Scotland, reklamy ogólnobrytyjskich i lokalnych firm, mobilne lokale serwujące ciepłe i zimne przekąski oraz piwo. Wokół boiska – szczyty górskie sięgające chmur, z których od czasu do czasu padał deszcz lub sączył się kapuśniaczek. Atmosfera wśród publiczności gorąca, choć temperatura nie przekraczała +8 C. W takich warunkach odbywał się finał Pucharu MacTavisha w szkockiej grze zespołowej shinty (camanachd). Jakże daleko wyewoluowała ona od korzeni opisanych w 1839 roku przez jednego z pracujących w Highlands duchownych. Według niego, zabawa polegała na piciu olbrzymich ilości, fundowanej z okazji świąt przez lokalnych właścicieli ziemskiego, whisky, by później w stanie upojenia okładać się kijami po głowach, zamiast uganiać za małą piłeczką. Ma się rozumieć, że tekst kończył się wezwaniem do szlachetnie urodzonych, by zaniechali tej niecnej praktyki. Dodać jeszcze trzeba, że u zarania, shinty nie było grą zespołową. Każdy uczestnik grał przeciw wszystkim innym. Zgodnie z wiktoriańską zasadą nadawania cywilizowanych norm różnym tradycyjnym aktywnościom, reguły gry zostały uporządkowane przez powstałe w 1893 roku Camanchd Association. Gra na pierwszy rzut oka przypomina hokej na trawie, ale różni się szczegółach, np. co do tego, jak wysoko można unieść kij, czy jak wprowadzić piłkę do gry z autu. Shinty najbardziej przypomina irlandzki hurling dzięki czemu, przy zastosowaniu zmodyfikowanego regulaminu, odbywają się regularne mecze międzynarodowe dwóch celtyckich reprezentacji.

Ponieważ prognozy zapowiadały pogodę barową, planowaliśmy początkowo odwiedzić którąś z destylarni whisky. Niestety, żadna z pobliskich nie miała już wolnego terminu. Wtedy zorientowaliśmy się, że ostatniego dnia naszego pobytu w Highlands, Newtonmore będzie gościło finał Pucharu MacTavisha. Rozgrywki obejmują drużyny z północnej Szkocji, a drużyny z Newtonmore i sąsiedniego Kingussie są prawdziwymi dominatorami w tej dyscyplinie. Tym razem Newtonmore odpadło w już półfinale, ale Kingussie przeszło dalej i miało w finale zmierzyć się z drużyną Fort Williams. Bilet obejmował też przedmecz, w którym zagrały drużyny juniorów Newtonmore i Skye. Kibicowanie na meczu shinty, to popularny tu sposób spędzania wolnego czasu. Na stadionie zebrało się pewnie 1000 osób, co było wynikiem zbliżonym do liczby stałych mieszkańców Newtonmore. Na głównej ulicy byliśmy zatrzymywani przez przyjezdnych, którzy pytali o drogę na stadion. Nie będę ściemniał, że wytrzymaliśmy siedem godzin na pozbawionym trybun stadionie. W przerwie meczu juniorów poszliśmy rozgrzać się do kawiarni w miasteczku i wróciliśmy na wielki finał, w którym Kingussie wygrało 3:1. Puchar MacTavisha nie opuścił serca Highlands.

Dzień z shinty, drużyna Kingussie w niebiesko-czerwonych koszulkach

Żeńska część wycieczki obstawała stanowczo przy zamawianiu Fish and chips w każdej odwiedzanej restauracji. Po prawdzie, z tym daniem jest, jak z zupą cebulową we Francji. Składniki niby są te same, ale każdy kucharz przygotowuje je po swojemu. Jako, że lubujemy się w lokalnych smakach, spróbowaliśmy też haggis. Było smaczne, ale dla mnie rozczarowujące. Według przepisu, kiszka barania powinna być wypełniona siekanymi podrobami. Miałem nadzieję, że będą to na tyle duże kawałki, by chrzęściły między zębami. Tymczasem, przy każdym zamówieniu podawano je tak drobno zmielone, że konsystencją przypominały swojską kaszankę, tyle, że polaną sosem z musztardy i whisky. Nie doznałem jednak rozczarowania smakując Cullen skink – gęstą i zawiesistą ziemniaczankę przygotowaną na wędzonej rybie. Śmiałością wyborów kulinarnych przebiła jednak wszystkich nasza córka, która zamówiła i zjadła batonik Mars zapiekany w panierce. Bon appetit!


Mottem klanu Macphersonów jest: “Touch not the cat but a glove”. Zdanie to można rozumieć na wiele sposobów, ja preferuję najprostszy: Nie dotykaj kota bez rękawicy. Miało to oddawać szorstki i nieprzejednany charakter górali z tej rodziny i nawiązywać do faktu, że największym lądowym drapieżnikiem zamieszkującym Góry Cairngorms jest żbik. Trudno go spotkać w naturze, ale jego wizerunek wykonany w technice dowolnej zdobi większość ogrodów i placów w Newtonmore. To rezultat konkursu ogłoszonego przez władze miasteczka. Najbardziej udane podobizny kotów zostały połączone specjalnym szlakiem o nazwie Wildcat Trail. Napotkane kociska są jaskrawo kolorowe lub stonowane, brzydkie i ładne, kiczowate lub atrakcyjne. Żaden z nich nie wygląda jednak dziko i nie wzbudza strachu. Dziki i dojmujący jest w Highlands tylko krajobraz. Ludzie z czasem złagodnieli, a ślady ich dzikości możemy znaleźć już tylko w Muzeum Klanu Macphersonów.

Koty z Wildcat Trail w Newtonmore, ten w prawym, górnym rogu – w barwach miejscowej drużyny shinty.

Kategorie
Wielka Brytania

O wiernym Bobbym, przedkolumbiańskiej kukurydzy i wyższości kolei nad autobusami, czyli za krótka wizyta w Edynburgu

Bezlik wyrzeźbionych postaci świętych, królów, zbrojnych ludzi, zwierząt, bestii, aniołów grających na instrumentach muzycznych, czy też przedstawienia scen biblijnych lub zobrazowanie cnót i przywar. Część z nich do dzisiaj nie została powiązana z religijnym kontekstem miejsca, jak np. 213 kasetonów na sklepieniu i ścianach, zawierających zestaw niezrozumiałych wzorów oraz 110 przedstawień Zielonego Człowieka (Green Man) – oplecionej listowiem ludzkiej głowy. Czternaście filarów wspierających ściany nawy głównej, z których trzy, szczególnie bogate w ornamentalne zdobienia, mają swoje własne nazwy. Zamurowana krypta, do której wejście przez długi czas nie mogło zostać odnalezione. Cóż z tego, że to jeno zakrystia projektowanej na planie łacińskiego krzyża bazyliki. Wraz ze śmiercią fundatora – Williama Sinclair w 1480 roku prace spowolniły i ograniczyły się do dalszego upiększania wnętrz. Opisując dekoracyjność kaplicy, nadużywa się przymiotników z przedrostkiem naj-, ale faktem jest, że elementami wystroju rzeźbiarskiego tej małej świątyni można by obdzielić pewnie z tuzin większych i znaczniejszych kościołów w Szkocji.

Niezrozumienie przekazu ikonograficznego ornamentyki wnętrz kaplicy w podedynburskim Rosslyn, prowadziło do tworzenia legend. Jeszcze w XVIII w. najzdobniejszy z filarów mianowano filarem czeladnika (apprentice) i dorobiono legendę o utalentowanym młodzieńcu, któremu majster zlecił przygotowanie założeń do projektu filara. Zdolny czeladnik poszedł dalej i wykonał cały bogato zdobiony filar, który przyćmił wszelkie dokonania mistrza. Ten zaś w ataku zazdrości twórczej roztrzaskał głowę nieszczęśnika przy pomocy młotka. W połowie XIX w. architekt David Bryce otrzymał zlecenie dogłębnej restauracji świątyni. Jako przekonany wolnomularz, wprowadził do jej wystroju elementy symboliki tego ruchu, co doprowadziło do dzikich spekulacji na temat średniowiecznych korzeni wolnomularstwa na Wyspach Brytyjskich. W końcu, kaplica w Rosslyn zainspirowała Dana Browna i od czasu jego “Kodu Leonarda da Vinci”, do palety fantastycznych konotacji dołączono templariuszy i Świętego Graala. Mnie najbardziej podoba się spekulacja wiążąca (błędne) rozpoznanie jednego z ornamentów roślinnych, jako wizerunku kukurydzy. Poszła za tym teoria, że fundator będący z ramienia króla norweskiego ostatnim Earlem Orkadów musiał, jak na Wikinga przystało, udawać się na morskie wyprawy, podczas których dotarł do Ameryki – ma się rozumieć, że przed Kolumbem. A tam najciekawszym, co zobaczył, była kukurydza – tylko nudni Hiszpanie byli zafiksowani na szukaniu złota – i podzielił się szczegółami tej obserwacji z rzeźbiarzem mozolącym się nad wykonaniem wnętrz świątyni. Ten zaś, a jakże!, włączył kukurydzę do zestawu wykonywanych ornamentów.

Na zwiedzenia miejsca z taką historią i o takim znaczeniu kulturowym musiało nam wystarczyć 10 minut! Personel fundacji organizującej zwiedzanie jest w Rosslyn bezwzględny: Po upływie tego czasu grzecznie, acz stanowczo, przypomniano nam o konieczności opuszczenia obiektu. Dobrze, że chociaż z toalety pozwolili skorzystać po godzinach! Jak do tego doszło? Mieliśmy, zrobioną przezornie, rezerwację obejmująca 90 minutowe okno czasowe. Nasz plan posypał się jednak już poprzedniego dnia, gdy wysiadłszy z samolotu na lotnisku w Glasgow, otrzymaliśmy informację, że z powodu awarii hydraulicznej zarezerwowany apartament pod Edynburgiem jest niedostępny. W trybie awaryjnym znaleźliśmy nocleg w Clydebank w pobliżu lotniska. W Rosslyn mieliśmy być o 15:30 następnego dnia, więc nie było paniki. Nazajutrz dotarliśmy do dworca autobusowego, z którego odprawiano pojazdy do Edynburgu. Podjechał autobus, wpuszczono podróżnych z biletami kupionymi on-line, a potem kolejka się zatrzymała. Kierowca i pracownicy dworca dyskutowali nerwowo, wskazując na kasę fiskalną. Okazało się, że jest ona uszkodzona. Zamieszanie trwało około 30 minut i w końcu kierownictwo firmy podjęło decyzję o zabraniu wszystkich oczekujących, bez biletów. Dotarliśmy więc do miejsca zakwaterowania w Queensferry z odpowiednim wyprzedzeniem, ale czekało nas jeszcze największe wyzwanie. Przejazd z Queensferry do Rosslyn z przesiadką w Edynburgu. Okazało się, że w godzinach szczytu w tym mieście rozkład jazdy i punktualność, to pojęcie względne. W rezultacie, zamiast 100 jechaliśmy 165 minut. Od tego momentu zdecydowaliśmy się unikać usług firmy Lothian Buses na rzecz pociągów ScotRail. Rozbudowany system zniżek powoduje, że bilety są tu w akceptowalnej cenie, a punktualność i czas przejazdu – nie do pobicia.

Stacja kolejowa znajdowała się jednak w znaczniejszej odległości od miejsca naszego zakwaterowania, niż przystanek autobusowy. Wędrując do niej dostaliśmy szansę lepszego poznania Queensferry. Nazwa miasta zdradza jego dawną rolę. Stąd ruszał ufundowany w XI w. przez królową Małgorzatę prom – przez estuarium Firth of Forth do opactwa Dumferline. Królowa podobno pokrywała też koszty przeprawy pielgrzymów, co w połączeniu z innymi pobożnymi uczynkami, zapewniło jej dopuszczenie do grona świętych Kościoła Rzymskokatolickiego. Współcześnie przejazd na północny brzeg zatoki zapewniają trzy mosty: kolejowy otwarty w 1890 roku przez prawie 30 lat dzierżył miano najdłuższego na świecie, a w 2016, po wpisaniu na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, uznany za najwspanialsze dzieło rąk ludzkich w Szkocji; drogowy z 1964 i autostradowy z 2017 roku. Jako, że ich wieżyce wznoszą się na wysokość od 110 do 207 metrów nad poziom wody, widać je z daleka, nawet ze wzgórz Edynburga. Jednak najbardziej imponujący widok na mosty mieliśmy spomiędzy domów nadbrzeżnej High Street oraz specjalnego, usytuowanego nad samą wodą punktu widokowego. Wybierając lokal na uroczysty obiad z okazji Dnia Dziecka (była z nami córka ze swoim partnerem, a wiadomo, że wszystkie dzieci, bez względu na wiek, są nasze) postarałem się, by widzieć most kolejowy, gdy tylko podnosiliśmy wzrok znad talerzy.

Most kolejowy – najwspanialsze dzieło rąk ludzkich w Szkocji

Jak na 110 tysięcy mieszkańców, kolonia lęgowa głuptaków (Morus bassanus) na Bass Rock w pobliżu North Berwick, jest nadzwyczaj cicha. Bez porównania z rejwachem, który czynią gniazdujące pingwiny, czy np. nasze rybitwy. Do dzisiaj pamiętam pierwsze spotkanie z przedstawicielem tego gatunku w 1981 roku. Przechodząc Tamizę przez któryś z londyńskich mostów, zadarłem głowę do góry i nagle ujrzałem majestatyczne, wąskoskrzydłe ptaszysko z wielgachnym dziobem, tnące przestrzeń w drodze do celu gdzieś w górze rzeki. Teraz zaś miałem przed sobą ich setki, unoszące się nad naszą łodzią spacerową i dodatkowe tysiące okupujące każdy skrawek gruntu i półki skalne na wyspie. Jako, że podpłynęliśmy na jakieś 5 metrów od pionowej skały, widać je było, jak na dłoni. Rzeczywiście zachowywały stoicki spokój, zarówno wobec ludzkich intruzów, jak i najbliższych pierzastych sąsiadów. Opiekę nad kolonią na tej i sąsiednich wyspach, sprawuje Scottish Seabird Centre w North Berwick. Wstęp do kolonii mają tylko osoby prowadzące badania przyrodnicze. Podobno w początkach lat 80-tych XX w., gdy wprowadzano ograniczenia ruchu ludzkiego, Bass Rock zamieszkiwało tylko 7,5 tysiąca głuptaków. Po 35 latach restrykcji liczebność kolonii wzrosła do 150 tysięcy ptaków, by następnie, w wyniku epidemii ptasiej grypy, zmniejszyć się o ⅓. Obecnie następuje powolna odbudowa liczebności kolonii.

Warto zatrzymać się nad kwestią nazwy tego gatunku. W języku angielskim zwie się on “Gannet”, co pochodzi od staroangielskiego “ganot” czyli silny lub męski. Łacińska nazwa rodzajowa Morus znaczy tyle, co głupi, co z kolei odbiło się na polskiej nazwie potocznej – głuptak. Skąd takie deprecjonujące określenie? Otóż swoista obojętność ptaków na wkraczanie ludzi do ich kolonii, budziła w intruzach przekonanie, że mają one coś nie w porządku z głowami. Oczywiście, takie nieuciekające i nieagresywne ptasie głupki można było zabić bez problemu, używając do tego celu zwykłej pałki! Za to łacińska nazwa gatunkowa “bassanus” pochodzi od skały Bass Rock. Czyli dla Linneusza, który pierwszy użył tej nazwy, nasza skała była jakby systematyczną kolebką gatunku. Obecne królestwo ptaków ma jednak długą historię ludzkiej działalności. Jej najciekawszą częścią jest opanowanie znajdującego się na wyspie zamku przez więzionych w nim jakobitów, czyli zwolenników obalonej dynastii Stuartów. Mimo znikomej liczby, nie przekraczającej 20 osób, przez prawie trzy lata, do wiosny 1694 roku, dzierżyli oni warownię organizując łupieżcze wyprawy na wybrzeża Szkocji i odpierając ataki angielskiej floty. W końcu poddali się w zamian za amnestię i możliwość swobodnego wyjazdu do Francji.

Ptasie królestwo Bass Rock

Ornitologiczna wycieczka obejmuje też mniejszą i niższą wysepkę Craigleith. O ile na Bass Rock, obok głuptaków, gnieżdżą się wyłącznie nurzyki pobielałe, o tyle jej mniejszego sąsiada zasiedlają przede wszystkim mewy trójpalczaste. Jednak to nie dla nich podpływają tam wycieczkowe stateczki. Jako magnes służy kolonia lęgowa maskonurów. Te niewielkie, czarno-białe ptaki, przyciągają uwagę masywnym jaskrawo ubarwionym dziobem i ogniście pomarańczowymi łapkami. Niegdyś gnieździło się ich na wysepce do 28 tysięcy, ale ekspansja malwy drzewiastej spowodowała pogorszenie warunków lęgowych i spadek liczby osobników. Prowadzone w okresie zimowym akcje usuwania malwy, skutkują powolną odbudową populacji. Wysepka stanowi też ostoję kormoranów, kormoranów czubatych, nurzyków oraz alki krzywonosej. My mieliśmy też szczęście wypatrzyć edredona, fokę i egzotyczne w tym otoczeniu kaczki krzyżówki. 

Wyspa Creigleith, czyli nie tylko kolonia mew trójpalczastych

Wąska ścieżka zwana Volunteers’ Walk wiodła nas łagodnie wśród bujnych traw ku zamykającej horyzont przełęczy The Hawse. Zbocza po lewej stronie były wyższe i od pewnego miejsca spadały skalnymi uskokami ku dnu doliny. Przeciwległe zbocze było łagodniejsze, tu i ówdzie porośnięte kępkami żółto kwitnących krzewów. Gdzieś niżej wiła się niewielka struga. Nie wiadomo, czy ulokowane w górnej części doliny rozlewisko zwane dumnie Joe Muir Pond, było z nią jakoś powiązane. Pytaniem tym nie zaprzątają sobie głowy żaby i inne płazy składające w jego wodach swój skrzek. Od przełęczy, już bardziej stromą ścieżką, można było wspiąć się na szczyt Arthur’s Seat. My jednak wybraliśmy powrót grzbietem Salibury Crags w kierunku królewskiego pałacu Holyrood. Po kilkunastometrowym urwisku opadającym w stronę miasta wspinali się adepci alpinistyki. Z grzbietu roztaczał się widok na centrum Edynburga, od Southside, przez Stare Miasto, aż do Nowego Miasta. Ponad monstrualnie wielkim trawnikiem Parade Ground (polskim odpowiednikiem tej nazwy powinien być chyba Plac Defilad?), widać było portową dzielnicę Leith i wody zatoki Firth of Forth. Na jednym z licznych głazów przy ścieżce przysiadła dziewczyna w towarzystwie czarnowrona. Tłumaczyła, że chętnie by go czymś poczęstowała, ale miała ze sobą tylko butelkę wody. Ptaszysko łypało na nią bystrym okiem. Jedną lotkę miało ułamaną, czego przyczyną był pewnie silny wiatr, smagający mimo pogodnego dnia, grzbiet Salisbury Crags. Jej brak nie uniemożliwiał lotu, ale pewnie zachęcał do szukania pomocy ludzkiej w zdobywaniu pożywienia.

Widok na parlament, pałac Holyrood oraz wzgórze Calton Hill

Edynburg jest regularną europejską stolicą z wszystkimi atrybutami swej stołeczności. Ze względu na autonomiczny, a nie niepodległy, status Szkocji, ma może tylko mniejszą ilość ministerialnych gmachów. Wielowiekowa historia oraz fakt, że ostatnia bitwa lądowa na terytorium Wysp Brytyjskich odbyła się w roku 1746 powodują, że miasto od dawien dawna nie doznało znacznych zniszczeń i obfituje w zabytki z najróżniejszych epok. Sam edynburski zamek stanowi przegląd architektonicznych stylów i mód, jak również pomysłów na wykorzystanie istniejącej substancji budowlanej, odpowiednio do zmieniających się czasów i  potrzeb. Specyfika reformacji w Szkocji spowodowała, z kolei, konieczność wznoszenia wielkiej ilości świątyń, jako miejsc spotkań i modłów coraz to innych Kościołów mających  z większą pewnością zapewnić wyznawcom szczęście w życiu pozagrobowym. Tak, jak łatwo powstawały związki wyznaniowe, tak szybko przepływali między nimi wierni, którzy w końcu odpłynęli ku bezwyznaniowości. Dlatego wiele budynków powstałych niegdyś na potrzeby sakralne, obecnie pełni wszelkie inne funkcje, spośród których klubowo-gastronomiczna nie należy do najrzadszych. Wspaniałe kamienice, których wieku, jak to w Zjednoczonym Królestwie, trudno się domyślić, tłoczą się wzdłuż edynburskich ulic, a pomniki przypominają żołnierzy, naukowców, filozofów, sprawnych administratorów czy nawet … strażaków związanych z miastem. 

Jednak prawdziwego dramatyzmu krajobrazom edynburskim dodaje ukształtowanie terenu. Najwyższe tutejsze wzgórze – Arthur’s Seat – wznosi się raptem 251 m npm., ale zapewnia doznania jakby żywcem wzięte z wędrówek po znacznie wyższych górach Szkocji. Znacznie niższy Calton Hill jest miejscem usytuowania wielu reprezentacyjnych budowli z czasów szkockiego Oświecenia, w tym obserwatorium astronomicznego, wieży – pomnika Nelsona, rotundowatego pomnika Dugalda Stewarta, czy National Monument of Scotland – w formie nigdy niedokończonej kolumnady – pomnika Szkotów poległych w wojnach napoleońskich. Zamek edynburski sam w sobie nie byłby tak ciekawy, gdyby nie usytuowanie na wyniosłej skale w samym sercu miasta. Oczywiście, te i mniej uczęszczane przez turystów wzgórza, obfitują w wiele miejsc widokowych, z których można dostrzec dzielnice, zaułki i budowle często trudne do wykrycia z bardziej przyziemnej perspektywy. Urozmaicone ukształtowanie terenu powodowało też konieczność prowadzenia co ważniejszych ulic na estakadach i wiaduktach, ponad niżej położonymi częściami miasta.

Okolice cmentarza Greyfriars

Oczywiście, przeszliśmy całą Królewską Milę, skosztowaliśmy espresso na Nowym Mieście, przepychaliśmy się łokciami do atrakcji edynburskiego zamku, wpadliśmy na parę chwil do katedry św. Idziego. Spacery ulicami miasta wywołały liczne refleksje, z których trzy uznałem za godne szerszego omówienia. Stosunkowo niedaleko głównych tras turystycznych miasta położone są mnogie cmentarze. Często mają one swoje lata – trzystu, czy czterystuletnie nekropolie, nie są wyjątkiem. Dawno nie prowadzi się już  na nich regularnych pochówków. Dzisiaj służą jako tereny spacerowe, miejsca kontemplacji, a te rzadziej uczęszczane – także jako siedliska dla wielu gatunków ptaków, królików i lisów. Ich teren jest, przypuszczalnie, chroniony w jakiejś formie przez prawo, gdyż mimo, że często otoczone są gęsta zabudową, nikomu, jak w naszym kraju, nie przychodzi do głowy traktować je, jako wspaniałe lokalizacje dla budynków mieszkalnych i publicznych, czy też kalkulować, o ile minut skróci się czas przejazdu z jednej dzielnicy do drugiej, jeśli ulicę poprowadzi się środkiem cmentarza. Nienaruszalność cmentarzy ma jednak w Zjednoczonym Królestwie swe ciemne strony. Nikt mianowicie nie wykazuje nadmiernej troski wobec, często pięknych i zabytkowych, obiektów architektury cmentarnej. Nikogo więc nie dziwią połamane kolumny i rzeźby aniołów z utraconymi głowami, czy skrzydłami. Ot, czas robi swoje i tyle!

Jednym z odwiedzonych przez nas cmentarzy, był ten przy dawnym kościele franciszkanów (Greyfriars Kirk). Nie mnie oceniać, czy jest to najpiękniejsza historyczna nekropolia Edynburga, ale na pewno najbardziej popularna. Swoją sławę zawdzięcza pieskowi o imieniu Bobby, który po śmierci swego właściciela resztę życia spędził u jego grobu. Opisany jeszcze za życia, wkrótce po swojej śmierci, w 1872 roku, doczekał się realistycznego pomniczka wieńczącego wodopój przy jednej z bram wejściowych. Na samym cmentarzu piesek ma tablicę nagrobną oraz kolejny, powstały w 150 rocznicę urodzin, pomniczek. Oczywiście historia wiernego zwierzaka została opisana w książkach oraz stała się kanwą conajmniej dwóch filmów. Bobby jest taką ikoną miasta, że obsadzenie w jego roli psa rasy West Highland Terrier zamiast, jak uważano za słuszniejsze – Skye Terriera, wywołało powszechne niezadowolenie. 

Mieszkańcy Wysp Brytyjskich są prekursorami humanitarnego traktowania zwierząt. Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals powstało już w 1824 roku, a jego szkocki odpowiednik – w 1839 roku. Działacze tych organizacji nie tylko opiekowali się Bobbym, ale przeprowadzili wiele inicjatyw i projektów na rzecz naszych braci mniejszych. Dlatego, z wielkim zdumieniem i rozgoryczeniem poznałem historię psów z wysp St. Kilda. Te, polożone na Oceania Atlantyckim, ponad 60 km od szkockich Hebrydów Zewnętrznych, wysepki znane są z tego, że całą ich nieliczną populację przeniesiono w 1930 na stały ląd. Wyspiarze hodowali owce, które udało się sprzedać. Na psy pasterskie nie było jednak popytu, zdecydowano więc o utopieniu ich w oceanie. Takiemu bezprzykładnemu aktowi okrucieństwa nie zapobiegła stuletnia tradycja cywilizowania relacji dwunogów i czworonogów! Nikt się nie ujął za psami z St. Kildy, pewno ze względu na peryferyjne położenie miejsca akcji. Ówczesny właściciel wyspy, sir Reginald MacLeod of MacLeod, odnosząc się do ewakuacji ludności powiedział: “Wyprowadzka została przeprowadzona przy dużym wysiłku i kosztach”. Wstyd przyznać, że życie kilkunastu psów było nadmiernym obciążeniem dla budżetu tej operacji.

I Wojna Światowa przyniosła największe straty osobowe w dziejach konfliktów zbrojnych toczonych przez Wielką Brytanię. Straty wśród żołnierzy były dwukrotnie wyższe, niż podczas II Wojny Światowej. Po wojnie odczuwano silną potrzebę upamiętnienia poległych. Uczelnie, zakłady pracy i parafie fundowały niezliczone pomniki ku ich czci. W przeciwieństwie do ofiar konfliktu z Napoleonem, Państwu tym razem wystarczyło środków, by ufundować imponujące mauzoleum. W ten sposób edynburski górny zamek uzyskał czwarte skrzydło zamykające kwadratowy dziedziniec. Oczywiście, z zewnątrz nie odróżnia się ono od średniowiecznych sąsiadów. Od dziedzińca wszakże zdobienia w stylu Art Deco zdradzają czas powstania budowli. Wnętrza zawierają wielkie tablice poświęcone poszczególnym szkockim regimentom, z wyliczeniem strat, jakie poniosły. Drugim panteonem jest katedra św. Idziego. Tu przeważają upamiętnienia indywidualne, a to osób duchownych, a to fundatorki szpitali wojskowych, a to konkretnych żołnierzy. Jako, że wojna lat 1914-18 była konfliktem nowoczesnym jeśli chodzi o użytą technikę uśmiercania i jej skuteczność, ale jeszcze bardzo średniowiecznym, jeśli chodzi o uzasadnienie swego miejsca i roli w tej machinie unicestwienia, na tablicach spotyka się perełki poetyki w rodzaju: ”Dzielny żołnierz, doskonały gentleman, uwielbiany przez wszystkich podkomendnych”. Jeszcze bardziej wzruszające są ufundowane przez zrozpaczonych rodziców upamiętnienia młodziutkich pilotów, czy marynarzy, na które można natknąć się w małych wiejskich kościółkach.

Czwarte skrzydło edynburskiego zamku czyli Scottish National War Memorial
Jednorożec w stylu Art Deco
Katedra św. Idziego
Sklepienie Kaplicy Orderu Ostu
Widok na nawę główną katedry
Aniołofeniks strzeże wejścia do Scottish National War Memorial
Witraże w oknach katedry


Po długim weekendzie w Edynburgu i okolicach mieliśmy w planach pobyt w Highlands. Podróżowaliśmy już wypożyczonym samochodem (żegnajcie, przystanki, gdzie nie sposób doczekać się autobusów!), a droga wiodła przez zwane “Bramą do Highlands” miasto Stirling. Wypadało zatrzymać się na rytualną południową kawę połączona z małym co nie co. Wybór dokonany przez towarzyszącą nam córkę, był strzałem w dziesiątkę, a Stirling okazało się prawdziwym kawiarnianym zagłębiem. Może dlatego, że jest to siedziba uniwersytetu, a uczelniane towarzystwo zawsze stymuluje rozwój lokalnej gastronomii. Nawiasem mówiąc, wielka czwórka szkockich uniwersytetów (St. Andrews, Glasgow, Aberdeen i Edynburg), przez ponad 400 lat miała zagwarantowany monopol na nauczanie na swoim poziomie. Innymi słowy, w Szkocji nie można było założyć kolejnych uniwersytetów. Stirling ma obecnie piąty najstarszy uniwersytet w kraju, liczący sobie jednak ledwie 57 lat historii. Przed wyjazdem z Polski zastanawialiśmy się, który z dwóch zamków mamy zwiedzić: Edynburg czy Stirling – oto było pytanie? W końcu zdecydowaliśmy się na zamek stołeczny. Teraz trochę żałujemy! Oczywiście, w Stirling nie przechowuje się szkockich regaliów, ani Kamienia Przeznaczenia (podczas naszej wizyty niedostępnego dla oczu zwiedzających), ale edynburskie wnętrza zamkowe nie są bardzo oryginalne. Ot, dziewiętnastowieczna wizja rycerskiej siedziby. Podchodząc pod stirlingski zamek mija się ciekawą i zadbaną starówkę, zamkopodobne stare więzienie, kościół św. Krzyża (UWAGA: w szkockim angielskim wezwanie to brzmi Holy Rude, a nie Holy Cross) z otaczającym cmentarzem, który zachwycił moje dalekie od zainteresowań sepulkralnych panie. W końcu dociera się na rozległy parking, nadzorowany przez pomnik szkockiego władcy – Roberta Bruce’a. Widać stąd już doskonale dźwigające się, ku północy, coraz wyższe góry. Po przeciwnej stronie doliny rzeki Forth wznosi się na wysokość 67 metrów wieża – pomnik innego szkockiego bohatera narodowego – Williama Wallace (uwiecznionego w filmie Braveheart). Przez gęsty, mieszany las podeszliśmy do jej podnóża. Dzień był pogodny, z przecinki pod samą wieżą roztaczał się widok na miasto w obramowaniu gór. Nie wiadomo skąd zaczął nagle duć silny, chłodny wiatr, tak że musieliśmy ukryć się po stronie zawietrznej budowli. Tak, Stirling rzeczywiście jest bramą do do Highlands, także w znaczeniu klimatyczno-pogodowym.

Kategorie
Wielka Brytania

Gdzie kończy się ląd czyli w krainie 500 Celtów

Bez przekonania pomachiwałem ręka na przejeżdżające samochody. Zwłaszcza na te lepszych marek. Intuicja podpowiadała, że prędzej zatrzyma się zużyty Citroen z parą wracających z zakupów farmerów, niż luksusowy Bentley, nie wiadomo po co zbłąkany na peryferie Cambridgeshire. A tu taka niespodzianka! Markę srebrzystego, nisko osadzonego. sportowego wozu, który zatrzymał się na nasz widok, zdradzała sylwetka drapieżnego kota na masce. Sympatyczny facet za kierownicą zapytał dokąd jedziemy i zapewnił, że będzie tam w kilka minut. Przyśpieszenie wcisnęło mnie w fotel pokryty beżową skórą. Nie było czasu, ani sposobności na pogaduchy. Do będącego naszym celem miasteczka March dotarliśmy, rzeczywiście, w mgnieniu oka. Na nieco drżących nogach wygramoliłem się na chodnik. Moi towarzysze podróży, Portugalczyk i Niemka, mieli dziwną bladość na twarzach. “Co to było? Rakieta?” wychrypiała w końcu Elza. Była to moja pierwsza i jedyna przejażdżka Jaguarem – samochodem będącym legendą motoryzacji brytyjskiej.

Działo się to Roku Pańskiego 1981 i był to mój pierwszy wyjazd za żelazną kurtynę. Przyjechałem w ramach programu Concordia Youth Volunteers Work Camp. Słowo ,,ochotnik’’ w nazwie programu było zwodnicze. W założeniu mieliśmy wykonywać odpłatną pracę w rolnictwie, ale za zakwaterowanie i wyżywienie musieliśmy zapłacić. Zostaliśmy umieszczeni w byłym obozie niemieckich jeńców wojennych (PoW), w pobliżu miejscowości Friday Bridge. Pojemność obozu była na tyle duża, że popyt na ręce do pracy ze strony okolicznych rolników nie nadążał za podażą. W efekcie, pracę mieliśmy średnio co drugi dzień, z ewidentną szkodą dla naszych budżetów i ogólnego samopoczucia. Do plusów tej sytuacji należała możliwość wyjścia za bramę obozu w pozostałe dni – nie mieliśmy wszak statusu PoW – i łapania okazji do pobliskich miasteczek. W ten sposób zwiedziłem sąsiednie March i Wisbech, ale też dalej położone: Ely, Kings Lynn i Peterborough. Ba, to wtedy po raz pierwszy miałem okazję odwiedzić Cambridge.

Jaguar XJ6 – czy rakieta?

Z pobytem w tym mieście wiąże się jedna z moich ulubionych brytyjskich, wziętych z życia, anegdot. Chyba wszyscy cudzoziemcy podczas nauki angielskiego, czy obcowania z brytyjską literaturą lub filmem, nabierają przekonania o szczególnej roli zwyczaju piknikowania na trawie wśród Brytyjczyków. Nie byliśmy wyjątkiem, więc dotarłszy do parku Christ’s Pieces rozciągnęliśmy się swobodnie wokół rozłożonej serwetki, na którą wyłożyliśmy co tam mieliśmy do zjedzenia. Po chwili podeszła do nas starsza, schludna pani i powiedział, że nie powinniśmy tam leżeć. Chcieliśmy dowiedzieć się, czy nie pominęliśmy może znaku zakazu piknikowania. “To jest dozwolone” – odrzekła owa pani – “ ale mamy już koniec września i możecie się przeziębić”. W pogawędkach z kierowcami też zdarzały się zabawne sytuacje. A to związkowiec wracający z jakiegoś meetingu odgrażał się, że Labour Unions odsuną od władzy premier Margaret Thatcher “tak jak wasza Solidarność zrobi z komunistami”. To znowu osoba bardzo zainteresowana możliwością wyjazdu turystycznego do Polski, wysłuchawszy moich wywodów o pięknie polskich gór zauważyła nieśmiało “myślałem, że w Holandii nie macie gór”. Obecnie, w czasie upowszechniania się terminu Niderlandy, bliskość fonetyczna słów Poland i Holland nie będzie już pewnie przyczynkiem do nowych nieporozumień.

W każdym razie Anglia, z perspektywy pasażera-autostopowicza, wyglądała nieco inaczej, niż z punktu widzenia kierowcy. Pierwszy raz jako kierowca poruszałem się w ruchu lewostronnym w roku 2017. Odwiedziliśmy wtedy młodsze dziecko przebywające na stypendium Erasmus w Uniwersytecie Essex w Colchester. Pojechaliśmy własnym samochodem, co wymagało przy wyprzedzaniu współpracy kierowcy z pasażerem. Nie to jednak było najtrudniejsze, lecz pokonywanie słynnych w całej Wielkiej Brytanii colchesterskich rond, z których jedno znane jest jako pułapka na kierowców, zwłaszcza zagranicznych. Jego specyfika polega na tym, że kilka ulic łączy się z głównym rondem poprzez mini rondka. Na każdym oczywiście obowiązuje ogólny schemat pierwszeństwa przejazdu. Dzięki świadomości istnienia tego rozwiązania oraz wielokrotnemu pokonaniu go wcześniej na Google maps, mimo regularnego korzystania, nigdy nie znaleźliśmy się w ryzykownej sytuacji.

Rondo w Colchester, źródło – en.wiki, grafika na licencji GNU

Tego roku, jadąc do Kornwalii, wdarłem się na kolejny poziom szoferskiego wtajemniczenia. Zawdzięczam to decyzji Podziomka, która uznała, że lęk przed lataniem samolotem jest passe. Tak więc, po dotarciu na lotnisko London-Luton, kolejnym środkiem transportu, którego musieliśmy użyć, był wypożyczony samochód marki Ford Focus, z kierownicą, a jakże!, z prawej strony. Aby nie stawiać nadmiernych wyzwań swojej lewej, słabszej ręce, zamówiłem jednak pojazd z automatyczną skrzynią biegów. No i podróżowało się całkiem bezproblemowo. Większym wyzwaniem, niż kierownica z prawej strony, były kornwalijskie drogi klasy B, którymi często prowadziła nas nawigacja. Są one bardzo wąskie, bez pobocza, obramowane murkami, czy żywopłotami, a często bywa, że ścianami wiejskich domostw. Mają one, co prawda, mijanki, ale rzadko rozmieszczone, więc co i rusz przychodziło zatrzymywać się i cofać, by przepuścić pojazdy jadące z naprzeciwka. Ponieważ niebezpieczeństwo mogło czyhać za każdym zakrętem, stosowałem patent z Chorwacji trąbiąc, bądź mrugając długimi światłami przed każdym z nich. Szczęśliwie, miejscowi kierowcy byli życzliewie usposobieni i chętnie sami usuwali się nam z drogi.

Wyszedłszy z ciepłego i pachnącego wypiekami wnętrza Cornish Bakery w Mavagissey, poczułem się jak bohater kultowej reklamy piwa Dog in the Fog. Niosłem ze sobą śniadanie dla całej naszej trójki: słynne pierogi kornijskie, croissanty, babeczki z Belem (popularność portugalskiej receptury, to owoc zawartego jeszcze z końcem XIV wieku sojuszu antyhiszpańskiego), jak też trzy kubki kawy. Do przejścia było może z 60 metrów, ale deszcz siekł niemiłosiernie, wiatr wyrywał z rąk parasolkę i nawet mewy chowały się po zawietrznej stronie budynków. Jakoś niczego nie uroniłem, a mokre spodnie i buty wkrótce wyschły ponieważ pogoda była bardzo zmienna i, koniec końców, każdego dnia i tak świeciło słońce. Mieszkaliśmy w tradycyjnym domu, przy szerokim na wyciągnięcie rąk pasażu, łączącym port z sąsiednią uliczką. Budynek miał swoje lata, niskie drewniane stropy i jednoszybowe, przesuwane wertykalnie okna. Rano budził nas krzyk mew, z których jedna wyspecjalizowała się w naśladowaniu szczekania psów. Właściciele i pracownicy licznych w okolicy przybytków gastronomicznych ostrzegali gości przed niebezpieczeństwem utraty zakupionych smakołyków na rzecz biało-szarych złodziejaszków. Port jest wykorzystywany głównie przez miejscowych rybaków, których liczba od początku XX wieku praktycznie się nie zmieniła. Liczne łodzie w czasie odpływu tkwiły zaryte kilami w błotnistym dnie, by po kilku godzinach kołysać się malowniczo na wodzie.

Centralna część miasteczka znajduje się właściwie na poziomie morza. Za to uliczki i ścieżki obejmujące zatokę portową, pną się stromo na pofałdowany płaskowyż, skąd rozpościerają się dalekie widoki na wody Kanału La Manche (pardon! British Channel). Ku północy, za skalistymi przylądkami, rozciąga się wspaniała piaszczysta plaża. Co najważniejsze, jest pusta, bo przy rozmiarach blisko 800 x 60 metrów, dziesięciu obecnych tam osób nie można uznać za tłum. Doceniliśmy to nie tylko my, ale i niektórzy z naszych braci mniejszych. Z wody, nie dalej jak 10 metrów od brzegu, obserwowały nas dwie foki, a obiektywem kamery uchwyciłem lecącego wzdłuż brzegu ostrygojada. Elementem odróżniającym tę plażę od bałtyckich odpowiedników, jest też wodospad, którego wody spadają z 50 metrowych klifów i zaraz giną w szerokim pasie piasku. Podziomek, która jako jedyna zdecydowała się pobrodzić w wodzie twierdziła, że temperaturą przypomina polskie morze. Pomimo, że miejsce to urzekło nas i zatrzymało na blisko 1,5 godziny, zdaniem autorów rankingu 10 najpiękniejszych plaż Kornwalii, nie zasługiwało na aż takie uznanie.

Port w Mevagissey

Widok na odleglejszą od morza część miasteczka

Plaża w Mevagissey

Klifowe wybrzeże w pobliżu Mevagissey

Prawie jak w Dalmacji, tylko chłodniej

Z plaży korzystają nie tylko ludzie

Uliczka w Mevagissey

Kornwalia, czyli południowo-zachodni kraniec Wysp Brytyjskich, słynie z kornijskich pierogów (Cornish pasty), najwyższych oceanicznych fal, a co za tym idzie, popularności wśród surferów oraz przywiązania do tradycji. To takie angielskie Podlasie, biedniejsze od innych części kraju, ale za to popularniejsze wśród turystów. Oczywiście, swoisty konserwatyzm idzie w parze z podejrzliwością wobec przywożonych ze wschodu nowinek. Jeden z bohaterów angielskiej komedii Fisherman’s Friend (polski tytuł “Za tych co na morzu”), krytykując postawę swego adwersarza, grozi mu wykopaniem za Tamar – rzekę, która oddziela Kornwalię od Anglii. Nie ma wątpliwości, że gość nie pasował do stylu życia lokalsów. Podkreślaniu różnic sprzyja też celtyckie pochodzenie mieszkańców. Język kornijski zaginął jeszcze w pod koniec XVIII w., ale został odtworzony i obecnie włada nim biegle około 500 osób, zaś w stopniu komunikacyjnym – ok. 3000. Więc bez obaw, po angielsku wszędzie można się dogadać. Celtyckie korzenie kryją się jednak w poszczególnych słowach i zwrotach. Już w roku 1602 odnotowano, że By Tre Pol and Pen/Shall ye know all Cornishmen. Tre to miejsce, pol to staw lub studnia, a pen to wzgórze. Rzeczywiście, patrząc na mapę dostrzeżemy, zwłaszcza wśród mniejszych miejscowości, nadreprezentację tych z przedrostkiem Tre w nazwie. Kornijski jest też używany na szyldach i – ogólnie rzecz biorąc – w reklamie miejscowych biznesów.

Być w Kornwalii i nie odwiedzić Land’s End, to jak pominąć papieża w Rzymie. Najdalej na zachód położony przylądek Anglii, choć nie Wielkiej Brytanii, odwiedziliśmy po półdniowej fali deszczu i sztormu. Mgły i chmury już się podnosiły, ale wiatr smagał jeszcze powierzchnię wrzosowisk, a fale zaciekle szturmowały urwiska klifów. W przeciwieństwie do większości miejsc zarządzanych przez National Trust, wstęp na przylądek jest bezpłatny, za to bilet parkingowy – najdroższy w swojej kategorii. Pięknoduchy narzekają na obecność dużego kompleksu hotelowo-usługowego w pobliżu klifu, ale można go ominąć, a w pobliżu samego cypla wznosi się już tylko mniejszy, historyczny budynek. A gdy już stanie się na krawędzi klifu, zapomina się o wszelkich ludzkich naniesieniach za plecami, bo widok ku morzu ma magnetyczną siłę przyciągania. Oczywiście, rozglądałem się za ptakami. Było ich tam mnóstwo. Krążyły w powietrzu i odpoczywały na skałach. Nie spotkałem jednak herbowego ptaka Kornwalii – wrończyka, choć przedstawiciele krukowatych – kruk, czarnowron i kawka – masowo zasiedlali te surowe okolice. Nie zaliczyliśmy też spotkania z maskonurami. Za to powiększając zdjęcia na ekranie komputera stwierdziłem, że jedna z przybrzeżnych skał była wręcz oblepiona alkami. To było moje pierwsze spotkanie z przedstawicielami tego gatunku, chociaż podobno całkiem regularnie i licznie zimuje na Bałtyku. Najciemniej jest pod latarnią!

Krajobrazy Land’sd End oraz tamtejsze ptactwo

Park miniatur na Land’s End, w tle wrzosowiska i skały wielkości rzeczywistej

Ciało administracyjne zarządzające Kornwalią (Cornwall Council) posługuje się wielkim godłem o zgoła proletariackim wyglądzie. Średniowiecznej proweniencji tarcza Księcia Kornwalii zwieńczona, a jakże, książęcą koroną oraz wrończykiem, jest podtrzymywana przez dwóch przedstawicieli klasy robotniczej: rybaka i górnika. O ile rybołówstwo jest nadal powszechnie uprawiane, o tyle górnictwo rud miedzi i cyny skończyło się najpóźniej z Wielkim Kryzysem lat 30-tych XX wieku. Zostały po nim jednak niesłychanie liczne ślady: ruiny zabudowań, wyrobiska, a przede wszystkim – historia przemieszana z legendami i produktami masowej kultury współczesnej. Tradycja górnicza tłumaczy, dlaczego pieróg kornijski ma szeroki, spleciony na kształt warkocza obrzeżek. Otóż, w niehigienicznych warunkach kopalnianych, górnicy zjadali środek wraz z farszem (ziemniaki, marchew, brukiew i kawał wołowiny) trzymając brudnymi rękami za obrzeże, które potem wyrzucali. Trzeba przyznać, że to roztropne rozwiązanie, wziąwszy pod uwagę, że kurz kopalniany zawierał znacząca ilość naturalnego arszeniku. My wybraliśmy się do Crown Mines koło wioseczki Botallack, miejsca kręcenia scen do serialu BBC ,,Poldark’’. Znajduje się tam opuszczony kompleks budynków, otoczony wrzosowiskami, a z drugiej strony – morzem. Dwa budynki stacji pomp uczepione urwistego klifu, poniżej których pieni się morze, tworzą ikoniczny obraz. Jeśli, tak jak my, przybędzie się tam pod koniec dnia, można liczyć na efekt złotej godziny i piękne tematy dla fotografa. Miejsce wygląda idyllicznie. Można zapomnieć, że praca tu nie była przyjemna i bezpieczna. W 1895 roku podmorski korytarz kopalni został zalany wraz z pracującymi w nim ludźmi. Wkrótce potem kopalnię zamknięto i mimo prób ożywienia przed I Wojną Światową, już na dłużej nigdy nie uruchomiono.

Wielkie godło Rady Kornwalii z dodanym kornijskim tekstem dewizy

Krajobrazy Crown Mines czyli gdzie kręcono Poldarka

To nie psy Baskervillów, tylko czworonożni przyjaciele człowieka na spacerze

Drugim miejscem, gdzie górnictwo odcisnęło swoje piętno na krajobrazie, jest Bodmin Moor – pokryte wrzosowiskami, położone w centrum kornwalijskiego półwyspu, granitowe wzgórza sięgające 420 m npm. Na ich południowym krańcu leży pogórnicze osiedle Minions, uznawane za najwyżej położone w Kornwalii. To jednak nie budynki kopalni Phoenix, ani nawet imponujące pozostałości kamieniołomu, skąd pochodziły granitowe bloki użyte przy budowie Tower Bridge w Londynie, przyciągają tu gości. Tę rolę pełni, ulokowana na górnej krawędzi wyrobiska kamieniołomu, grupa skała zwana Cheesewring. Erozja wiatrowa nadała im obły, przypominający kręgi sera kształt, a ulokowanie obok obrywu skalnego – dodało dramatyzmu całej ośmiometrowej konstrukcji. W pobliżu jest jeszcze parę mniejszych grup podobnych skał. W drodze do wsi mija się kilka zespołów kamiennych kręgów, jak też pojedyncze menhiry z okresu neolitu lub nawet starsze. Ich nazwy – Hurlers Circle czy Pipers – są pochodzenia ludowego i miały stanowić przykład, jak zgubne może być oddawanie się przyjemnościom gry w kręgle lub na dudach, w dni poświęcone modlitwie. Arthur Conan Doyle umieścił na sąsiednich wrzosowiskach Dartmoor psa Baskervillów. Bodmin Moor nie mogło być gorsze, ma własną legendę o kotopodobnej bestii. Specjalnie powołana komisja rządowa (!), pracująca u schyłku XX wieku, ani nie potwierdziła, ani nie zaprzeczyła jej istnieniu. Faktem jest, że obecnie podstawową formą wykorzystania wrzosowisk jest pasterstwo. Trzoda czasem ginie, a państwo wypłaca odszkodowania, więc legenda może mieć całkiem komercyjne tło. A może daje tu o sobie znać swoista celtycka anarchia. Po ukazaniu się na ekranach kin animowanego filmu o Minionkach, miejscowi ozdobili tablicę drogową z nazwą miejscowości figurkami bohaterów filmu. Władze wymogły wprawdzie doprowadzenie tablicy do standardowej formy, ale od tego czasu, czyli już 8 lat, nieznana ręka wkleja tu i ówdzie podobizny Minionków.

Pozostałości zabudowań Phoenix Mine

Kamieniołom gdzie dobywano skały na budowę Tower Bridge

Stone’s Hill z kamieniołomem i grupami skalnymi na szczycie

Skały Cheesewring są też symbolem tutejszej parafii

Most z XII w. na rzeką Fowey w Lostwithiel

Potencjalne ofiary bestii z Bodmin Moor

Cheesewring i jego sąsiedzi

Hurlers Circle z zabudową kopalnianą w tle

Przejaw działania partyzantki celtyckiej, fot. Skull Kid, lic. CC BY-SA 4.0

Kornwalia nie jest wprawdzie znana, jako kraina zamków, ale wynika to chyba z ich nienajlepszego stanu. My odwiedziliśmy dwa miejsca z zamkową przeszłością. Położony na brzegu Atlantyku zamek Tintagel wznosił się na skalistym przylądku. Niszcząca  działalność morza spowodowała zawalenie się lądowego łącznika, czyniąc to miejsce jeszcze zdatniejszym do obrony. Gdy w roku 1136 Geoffrey z Monmouth wydał Historia Regum Britanniae, w którym to dziele wskazał Tintagel, jako miejsce narodzin legendarnego króla Arthura, były tam tylko resztki celtyckiego osiedla sprzed 600 lat. Jednak, zainspirowani legendą książęta Kornwalii zbudowali tam kolejny zamek. Warunki życia były jednak na tyle surowe, że sami władcy rzadko tam przebywali, a duchowny zobowiązany do codziennego odprawiania mszy w zamkowej kaplicy, starał się jak mógł, by uniknąć tego obowiązku. Dzisiaj, prócz szczątków murów, miejsce chlubi się imponującym mostem wiszącym, łączącym ponad erozyjnym zapadliskiem obie części dawnego terenu zamku oraz ażurową figurą wspartego na  mieczu rycerza w królewskiej koronie, zwanego Gallos, ale powszechnie utożsamianego z królem Arthurem. W bonusie warto odwiedzić miejscowy XII wieczny kościółek położony z dala od zabudowy, otoczony cmentarzem, na którym poczesne miejsce zajmuje grób chłopca okrętowego, jedynej ofiary katastrofy włoskiego statku handlowego w roku 1893. Oprócz oryginalnej patronki – św. Materiany i kamienia z rzymską inskrypcją z IV w. w transepcie, kościółek wart jest odwiedzenia dla oryginalnego widoku na zamkowy przylądek.

Nowy most łączący obie części zamku

Ruiny zamku, visitors’ center oraz Hotel Tintagel w tle.

Widok na górny i dolny most prowadzące do zamku Tintagel

XII wieczny kościółek na klifach Tintagel

Normańska chrzcielnica

Ruiny zamku Tintagel

Gallos, alias Król Arthur

Grób chłopca okrętowego

Wizerunek patronki kościola

Zamek Restormel, górujący nad doliną rzeki Fowey, na północ od niegdysiejszej stolicy Kornwalii – miasteczka Lostwithiel – jest lepiej zachowany i z powodu sielskiego otoczenia, jak też umiarkowanej liczby turystów, zachęca do dłuższej wizyty. Ciekawostką jest, że zbudowano go na planie regularnego koła, prawdopodobnie, by lepiej dopasować go do kształtu wzgórza, na którym wyrósł. Malownicza ścieżka biegnąca koło dworu o tejże nazwie, przez arkadowy most nad rzeką oraz las z pomnikowymi okazami cisów, doprowadza w 30-40 minut do Duchy of Cornwall Nursery. Działalność szkółki roślin ozdobnych, a może i gatunków leśnych, pewnie jest tu prowadzona, ale w gruncie rzeczy to to najpiękniej położony sklep ogrodniczy, w którym kiedykolwiek przebywałem. W dodatku, dalekie widoki na dolinę Fowey, pokryte lasami wzgórza oraz ruiny zamku Restormel z drugiej strony rzeki, można podziwiać sącząc kawę i zagryzając wypiekami z miejscowej kawiarni.

Zamek Restormel zbudowano na planie koła

W Restormel zachowało się więcej murów niż w tintagel

W książęcych lasach rosną monumentalne cisy

Brama na zamkowy dziedziniec

Widok na dolinę rzeki Fowey i ruiny zamku od strony książęcej szkółki ogrodniczej

Kawiarnia w Duchy of Cornwall Nursery

Trzmielowa łąka w szkółce ogrodniczej

Klifowy charakter wybrzeży Kornwalii powoduje, że zasiedlano każde obniżenie powstałe, najczęściej, w miejscu ujścia rzek i strumieni. Wysunięte w morze skały dawały osłonę mniejszym i większym portom, gdzie łodzie rybackie i statki handlowe mogły znaleźć zaciszną przystań. Dzisiaj malowniczość portowych miasteczek działa jak magnes ściągający turystów, głównie brytyjskich, choć nam udało się spotkać też kilku Niemców. Mevagissey już na zawsze zostanie dla nas symbolem Kornwalii, jednak doceniliśmy też uroki dwóch innych odwiedzonych miejscowości. 

Port Isaac na atlantyckim wybrzeżu rozsławili filmowcy oraz śpiewająca szanty folkowa grupa Fisherman’s Friends. Nawiasem mówiąc, o niej też nakręcono film fabularny. Wcześniej był jednak serial o wybitnym w swej profesji, lecz upośledzonym emocjonalnie, doktorze Martinie. Miejscowostka licząca mniej, niż tysiąc mieszkańców, zmaga się teraz z najazdem turystów, których dzienna liczba przekracza liczbę tubylców. Okupują charakterystyczny dla Port Isaac, szeroki na 30 metrów slip, po którym woduje swoje jednostki miejscowa stacja ratownictwa morskiego. Przesiadują w byłej metodystycznej kaplicy, pełniącej funkcje kultowe do lat 90-tych XX w., w której umieszczono najpierw wytwórnię ceramiki, by ostatnio przerobić ją na kawiarnię (UWAGA: kuchnia działa tylko do 16:00), sprzedającą w bonusie wszelkie możliwe pamiątki i produkty związane z morzem. W starej kaplicy anglikańskiej działa hotel odgrywający w filmie o doktorze Martinie rolę szkoły. Malutki domeczek, w którym miał mieszkać doktor, podobno można wynająć, ale nie znajdziecie w internecie żadnej informacji o cenie i warunkach wynajmu. Na pewno trzeba to zrobić z kilkuletnim wyprzedzeniem. Przydatne jest też, jeśli potencjalny wynajmujący dysponuje oryginalnym pojazdem, np. pomalowaną na różowo, sportową wersją Forda Ka. Moim odkryciem był widok z okolicznych klifów ku pn-wsch., zamknięty przez przylądek, na którym wznoszą się pozostałości zamku Tintagel.

Widok na port oraz stary i nowy kościół w Port Isaac

Doktor Martin mieszkał w najmniejszym z widocznych domków

Port Isaac ze słynnym slipem gdzie odbywają się koncertu Fisherman’s Friends

Widok z Port Isaac na półwysep zamkowy w Tintagel

Miasteczko Fowey wykorzystuje specyficzną kornijską wymowę swej nazwy, jako slogan reklamowy. “Foy rhymes with joy!”. Miejscowy port położony w estuarium rzeki Fowey jest na tyle duży, że pełnił rolę miejsca załadunku kornijskich rud i kaolinu (glinki porcelanowej), a w czasie II Wojny Światowej – amunicji dla amerykańskich oddziałów biorących udział w inwazji w Normandii. My obserwowaliśmy ruch w porcie z malowniczego tarasu miejscowej pizzerii. Większych jednostek nie zaobserwowaliśmy, ale pod względem ilości zakotwiczonych łodzi Fowey przewyższa pozostałe odwiedzone przez nas miasteczka. Ruch na wodzie zapewniały tramwaje wodne, kierujące się do położonego na drugim brzegu estuarium Polruan oraz zawodnicy miejscowego klubu szlifujący swoje umiejętności skoordynowanego machania wiosłami. Architektura miasteczka jest wyraźnie wystawniejsza, niż portów rybackich. Oprócz imponującej świątyni, ku niebu wznoszą się wieże the Place – bezpretensjonalnie nazwanej rezydencji zamieszkiwanej od XIII wieku przez rodzinę Treffry (nazwisko zdradza pochodzenie). Na  nabrzeżu wznosi się pomnik gargantuicznej wielkości ptaszyska dzierżącego w łapie książkę, na pamiątkę faktu, że w pobliżu Fowey mieszkała i tworzyła Daphne Du Maurier, spod której pióra wyszło opowiadanie ,,Ptaki’’, służące za podstawę scenariusza słynnego filmowego horroru pod tym samym tytułem. Z polskiej perspektywy ciekawą nazwę ,,King of Prussia’’ ma zajazd na nabrzeżu. Podobno upamiętnia Fryderyka Wielkiego i jego militarne sukcesy w czasie wojny siedmioletniej (1756–1763). Cóż, należy pamiętać, że Wlk. Brytania i Prusy były wówczas sojusznikami, a niemiecko-brytyjskie wojny XX wieku, z perspektywy wielowiekowej współpracy jawią się, jako swego rodzaju aberracja.

Estuarium rzeki Fowey widziane sponad pizzy

Pomnik Daphne du Maurier na nabrzeżu

Wieża kościoła i rezydencji the Place ponad estuarium rzeki Fowey

Kościół w Fowey

Fryderyk Wielki jest patronem tego zajazdu

Uliczka w Fowey

Za pierwszego pobytu w Anglii odwiedziłem rodzinę mieszkającą w Royal Leamington Spa, w centralnej części kraju. Gospodarze pokazali mi wszystkie miejscowe atrakcje, w tym kościół anglikański. Traf chciał, że napotkaliśmy proboszcza, który wdał się ze mną w pogawędkę. Po wymianie klasycznych uwag rozpoznawczych, przeszedł do zwrotów grzecznościowych. Wkrótce przekonałem się, że wyniesiony z kursu angielskiego zestaw 2-3 takich zwrotów, to dramatycznie mało, gdyż gospodarz sypał kolejnymi, jak z rękawa, a ja musiałem się powtarzać. Od tego czasu jestem admiratorem angielskiego “small talk”, czy szerzej, wyspiarskiego sposobu komunikacji międzyludzkiej. Sama lektura wywieszek dostarczała wielu smaczków. Na nabrzeżu w Mevagissey ostrzegano przed mewami, określając je przymiotnikiem “vicious”. W piekarni zapewniano, że nie pobierają gotówki, gdyż zamiast liczyć bilon, wolą rozmawiać z klientami. W kościele, by podkreślić wiekowość jego murów, używano określeń o ich przesiąknięciu modlitwą – “soaked up with prayers”. W Polsce zwykliśmy się zżymać na anglosaską uprzejmość na pokaz. Ja odbieram ten staranny dobór słów i zwrotów, jako przejaw szacunku dla rozmówcy, a jest to zjawisko dosyć rzadko spotykane w naszym kraju.

Port w Mevagissey

Angielska kuchnia nie jest szczególnie wyrafinowana. Jechaliśmy z przekonaniem, że w Kornwalii będziemy się żywić rybami i to się potwierdziło. Najlepszą kuchnię w Mevagissey,  wraz z najbardziej towarzyską szefową sali, ma restauracja tajska. Druga w kolejności jest restauracja portugalska, ale do niej nie udało nam się nigdy dostać. Nie dość, że działała tylko w porze lunchu i wieczorami, to jeszcze, albo była cała zarezerwowana, albo zamknięta z powodu małego ruchu. O dziwo! trzecia restauracja etniczna w mieście, serwująca dania hindusko-bangladeskie, nie jest w ogóle godna zapamiętania. Każdy szukający usług angielskiej gastronomii musi być gotowy na niespodzianki. A to – kuchnia działa krócej, a bar dłużej, a to – godziny otwarcia są całkiem egzotyczne, a to – gdy już poznasz grafik pracy kucharza, okaże się, że w piątek kończy wcześniej, bo lokal przygotowuje się na koncert jakiegoś zespołu. Za to puby, to nie miejsca posilania się i gaszenia pragnienia, ale instytucje publiczne! Nic dziwnego, że w przewodnikach kładzie się nacisk na liczbę pubów działających dłużej, niż 300 lat, a najstarszy taki przybytek w mieście dumnie dzierży tytuł “Father of all pubs”.


Z wszystkich zaplanowanych atrakcji nie udało się nam tylko odwiedzić St. Michael’s Mount – kornwalijskiego odpowiednika bardziej znanego Mont Saint Michel w Normandii. Trochę za późno wzięliśmy się za rezerwację miejsc i okazało się, że z dnia na dzień jest to niemożliwe. Uruchomiłem wtedy nie mniej atrakcyjny plan B, za co otrzymałem pochwałę z ust naszego dziecka. I właśnie to jest w Kornwalii najfajniejsze. Liczba miejsc, które chciałoby się zobaczyć, pozwala na snucie wielu alternatywnych planów oraz spontaniczne improwizacje w rodzaju odwiedzin w szkółce ogrodniczej księcia Kornwalii. Podziomek, dla której Chorwacja jest niedościgłym wzorem kraju turystycznego, kilka razy obdarzyła miejscowe widoki komentarzem “Jak w Dalmacji, tylko chłodniej”. A przełamawszy obawy przed lataniem, przychylniej spojrzała na plany wizyty w Szkocji, snute przez pozostałych członków rodziny.