Kategorie
Varia

Palcem po mapie, czyli kartografia forever

„Zaledwie pierwsze wody poczynały ciurkać, a o pierś ziemi uderzał mokry wiatr w Domeczku wyjeżdżały na stół mapy, szlaki wodne. Dzieci uczyły się jak pachnie mapa. Mapa to jest książka, którą można czytać bez końca; gdyby mi pozwolono wziąć jedną książkę na dożywotnie więzienie, wziąłbym atlas świata …”.  Melchior Wańkowicz, Ziele na kraterze

W przeciwieństwie do żoliborskiego „Domeczku” państwa Wańkowiczów w moim przypadku rodzice nie zadbali, abym znajomość ze światem map zawarł na etapie przygotowawczym do pierwszych wędrówek po polskich górach. Tak więc gdy w 1968 roku ruszyliśmy z ojcem na trzydniową wyprawę po Beskidzie Śląskim moje przygotowanie teoretyczne ograniczało się do wskazówek jakiego koloru pasków szlaku mam wypatrywać na drzewach i kamieniach. Bogiem a prawdą, czy można było spodziewać się większych potrzeb ze strony dziewięciolatka, który, na każdym postoju wypadającym w pobliżu strumienia, spędzał czas wolny budując kamienne tamy i pracowicie przenosząc do powstałych zbiorników wypatrzone w wodzie cierniki, kijanki i chruściki? A jednak świadomość istnienia map i ich roli bardzo szybko dotarła do mej świadomości. Jestem nawet w stanie wskazać czas i miejsce tego zdarzenia.

Ojciec mój był piwoszem, nie we współczesnym znaczeniu upodobania do spędzania czasu w gronie znajomych nad kuflem ze złocistą zawartością lecz w przekonaniu, że nic, zwłaszcza w upalny dzień, nie gasi pragnienia tak dobrze jak piwo. Gdy więc drugiego dnia szlak doprowadził nas na przełęcz Kubalonka, zatrzymaliśmy się w słynnym od międzywojnia barze Beczka. Na ławie przed ojcem wylądował duży kufel jasnego, a przede mną mały ciemnego piwa. To nie pomyłka!!! Mój kochany tata wyniósł z rodzinnego Pomorza przeświadczenie, że ciemne piwo to „mleko matuli”, niskoalkoholowy napitek odpowiedni dla gustów i głów dzieci i kobiet w ciąży. W owych czasach jednak było to zazwyczaj prawdą i tylko raz udało mu się spoić mnie wysokoalkoholowym porterem. Ciemne piwo z Kubalonki nie zaćmiło jednak mojej zdolności do spostrzeżenia, że na ławie wylądował też świeżo wydany przewodnik po Beskidzie Śląskim i Żywieckim autorstwa Władysława Krygowskiego, a z niego ojciec wyjął i rozłożył sporą płachtę papieru, której studiowaniu oddał się przez dłuższą chwilę. Potem wyjaśnił mi, że to jest mapa, która pokazuje skąd wyszliśmy, gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy.

Seria przewodników Krygowskiego po Beskidach miała jako załączniki czarno-białe mapy, które były wysoce zeschematyzowanymi graniówkami. Były na nich zaznaczone grzbiety, najważniejsze szczyty i kulminacje, miejscowości, drogi i linie kolejowe, schroniska oraz, przy użyciu wymyślnych sekwencji kresek i kropek, szlaki turystyczne. W pierwszej chwili trudno było odnieść zawartość do krajobrazu roztaczającego się przed oczami, zwłaszcza w przypadku gór gęsto zalesionych i o mało wybitnych grzbietach, co jest raczej normą w Beskidach. Mnie jednak zafascynowała możliwość obserwacji jak w miarę pokonywanego dystansu i wysokości nasze położenie na mapie ulega zmianie. Od tego momentu na każdym  postoju domagałem się wydobycia mapy i poszukiwałem na niej aktualnej lokalizacji. Doprowadziło to do szybkiego zużycia, wykonanego z kiepskiej jakości papieru, wytworu ówczesnej myśli kartograficznej.

Tak wyglądały mapy w przewodnikach W. Krygowskiego po Beskidach

W owym czasie w księgarniach można było nabyć już mapy turystyczne w wersji kolorowej i o znacznie bogatszej treści turystycznej, a nawet hipsometrycznej. Z dzisiejszej perspektywy były one bardzo ubogie: poziomice miały na przykład interwał 50 czy 20 metrów, zaznaczano na niej obiekty zabytkowe, ale już np. kościół nie będący zabytkiem choć wybitny krajobrazowo nie był uwzględniany. Nie mówiąc już o narzucanym odgórnie na wydawców, aż do ostatnich lat PRL-u, obowiązku fałszowania map przez ich kilkustopniowe przekoszenia, co w zamyśle miało uniemożliwić wrogom prowadzenie celnego ostrzału artyleryjskiego bądź rakietowego. Nie zmienia to faktu, że po powrocie do domu odnalazłem kilka posiadanych przez ojca map, a następnie zacząłem uzupełniać ich kolekcję o kolejne, których jeszcze nie posiadaliśmy. W ten sposób, nie licząc reprintów, najstarsza posiadana przeze mnie mapa pochodzi z 1969, a plan miasta z 1964 roku.

W latach siedemdziesiątych mapy nabrały kolorów, a ich zawartości informacyjnej zarzucić można było coraz mniej. Problemem było, że monopolizujące produkcję map wydawnictwo PPWK skupiało się na najbardziej popularnych obszarach Polski. Mapy Tatr, Bieszczadów czy Karkonoszy były wznawiane bardzo regularnie, ale już taki Beskid Wyspowy czy Góry Kaczawskie zasługiwały na wydanie mapy nie częściej niż raz na dekadę. Nie wspominając już o mapach niżu, oprócz Wielkich Jezior Mazurskich czy okolic największych miast, darmo było ich szukać po księgarniach. W rezultacie odbyte u schyłku tych lat długodystansowe wyprawy po Mazurach Garbatych i Suwalszczyźnie, Roztoczu czy Borach Tucholskich i Kaszubach planowałem przy użyciu jakichś schematów umieszczanych w przewodnikach, odrysów map znalezionych w bibliotekach czy zdobytych jakimś cudem pozaobiegowych map kartograficznych o dziwacznej skali 1:200 000. A szlaki turystyczne na niżu były wprawdzie opisane w przewodnikach, ale w przeciwieństwie do gór, nikt nie tracił czasu na ich utrzymanie, czasami przez cały dzień wędrówki udawało się znaleźć jeden kolorowy pasek. Niemniej jednak, wcześniej czy później zawsze docieraliśmy do celu.

Plan miasta sprzed 56 lat.

Z takimi mapami chodziło sie po górach w początkach lat 70-tych XX wieku

Lata osiemdziesiąte to szczyt mojej aktywności turystycznej w ramach wydziałowego Klubu Turystyki Przyrodniczej oraz warszawskiego SKPB. Był to też okres, kiedy posługiwanie mapą stało się niezbędne gdyż coraz rzadziej wędrowało się po szlakach, a coraz częściej po bezdrożach. Mapy stawały się coraz dokładniejsze więc rzeczywiście z ich pomocą dawało się dotrzeć w miejsca wcześniej pomijane. Coraz częściej też udawało się wejść w posiadanie kopii przedwojennych map Wojskowego Instytutu Geograficznego. Choć były to tzw. setki (w skali 1:100 000) podczas gdy były już dostępne mapy turystyczne w poręczniejszej skali 1:75 000 lub nawet 1:50 000, to prześcigały je bogactwem informacji. Poza tym, na terenie Bieszczadów i Beskidu Niskiego, gdzie sieć osadnicza w wyniku wysiedleń ludności bojkowskiej i łemkowskiej uległa przerzedzeniu, dawały wgląd w dawny zasięg wsi, pól i całej ludzkiej infrastruktury, z czasem pochłoniętych przez zwycięską naturę. Znajomość graniówek z przewodników Krygowskiego przydała mi się podczas przejścia przewodnickiego w Bieszczadach. Uczestnicy dostali wówczas zadanie pokonania trasy okrężnej z i do Przysłopu Caryńskiego przez Połoninę Caryńską, Wielką Rawkę, Rabią Skałę i Połoninę Wetlińską, bez używania mapy. Niezła to była wyrypa! Mogliśmy jednak naszkicować sobie przebieg trasy. Osobiście  wyrysowana graniówka była na tyle dokładna, że bez zbędnego nakładania drogi, sprawnie pokonałem całą trasę.

Dawne schronisko studenckie na Przysłopie Caryńskim, fot. Bladyniec, na licencji CC0

Były to czasy gdy nawet telefonia stacjonarna nie była powszechnie dostępna i nikt nie wyobrażał sobie, że zamiast płachty zadrukowanego papieru można kiedyś będzie użyć smartfona z zainstalowanym GPS-em i wgraną mapą szczegółową eksplorowanego obszaru. Uchylając się od dyskusji o wyższości mediów tradycyjnych (ach, ten zapach drukarskiej farby i szelest papieru przy rozkładaniu mapy!) nad nowoczesnymi przyznam, że mając współczesne urządzenie uniknąłbym w przeszłości błądzenia po lasach porastających Palenicę Kościeliską. Miejscowy znajomy ostrzegał, że tam „wodzi” nawet górali, a płaskawa i pozbawiona znaków szczególnych wierzchowina nie jest łatwa orientacyjnie. Naówczas obszar ten pokrywała wyłącznie mapa Tatry i Podhale, której skala i szczegółowość nie okazały się wystarczające. Przewodnicka duma nieco ucierpiała, bo było to na jednym z pierwszych wspólnych wyjazdów z Podziomkiem, ale skończyło się przyjętymi oświadczynami i ponad trzydziestoletnią historią wspólnej wędrówki, czyli może warto było pobłądzić, byle w dobrym towarzystwie. Natomiast zimową wędrówkę grzbietem Babiej Góry podczas zamieci i totalnego „whiteout-u” użycie GPS mogłoby uczynić prostszą i bezpieczniejszą. Północne zbocza Babiej są urwiste, a zimą tworzą się na ich krawędziach nawisy śnieżne, gotowe oberwać się pod ciężarem wędrowca. Wiedząc to, starałem się trzymać od nich z dala, mimowolnie odbijając na południe. Skończyło się na zatoczeniu pełnego kółeczka i powrocie na znakowaną tyczkami trasę.

Palenica Kościeliska i Babia Góra – miejsca gdzie zdarzało mi się pobłądzić

Turystyka XXI wieku ma to do siebie, że coraz częściej do wyjazdu przygotowuję się studiując mapy online, a tradycyjne mapy papierowe kupuję jako pamiątkę z wyjazdu. Przed odwiedzeniem konkretnego miasta często korzystam z Google Street View, bo dzięki temu orientuję się w nim na obiekty charakterystyczne, zamiast pamiętać, w którą z kolei przecznicę trzeba skręcić w prawo, by po 100 metrach zboczyć w pierwszą ulicę w lewo. Dosyć niestandardowo wykorzystałem to medium do przygotowania się do ruchu prawostronnego w Anglii, dokąd wybraliśmy się własnym, „kontynentalnym” samochodem. Dzięki godzinom przesuwania kursorem po ekranie oraz obejrzeniu paru filmów na YouTube przejechałem kilkaset kilometrów po drogach Zjednoczonego Królestwa, pokonując nawet, i to wielokrotnie, będące straszakiem na lewostronnych kierowców magiczne rondo, inaczej skrzyżowanie pierścieniowe, w Colchester. Znakiem czasu jest, że gdy w towarzystwie dojeżdżam gdzieś bez użycia GPS-u, nieuchronnie pada pytanie: Skąd wiedziałeś jak tu dotrzeć? Mapa, Misiu, mapa!

Rondo pierścieniowe w Colchester

Wśród prezentów pod ostatnią choinką czekał na mnie reprint planu Warszawy wydanego w 1939 roku przez lwowską  Książnicę-Atlas. Tę konkretną mapę można znaleźć w Internecie, ja też miałem ją już w swojej kolekcji. W tym wydaniu wartością dodaną jest jednak nałożenie na oryginał współczesnej siatki ulic, wyeksponowanie i załączenie opisu uwidocznionych na nim obiektów, a przede wszystkim obszerne, 150 stronicowe krytyczne omówienie tego dzieła. Podano w nim tło ekonomiczno-społeczne, krótką historię oryginalnego egzemplarza przechowywanego w Muzeum Warszawy, a przede wszystkim bardzo szczegółowe omówienie zastosowanych rozwiązań graficznych. Plan ten, co charakterystyczne dla przedwojnia, zawiera komponent prognozowany, czyli np. ulice nieistniejące lecz już zaplanowane. Niesłychanie wciągająca jest analiza, co z owych planów udało się zrealizować. Omówienie wskazuje silne i nowatorskie strony tego wydania, ale też wytyka błędy i niekonsekwencje np. w przebiegu konkretnych ulic czy w ich nazewnictwie. Fakt, że studia nad jedną tylko mapą mogą przynieść tak bogate rezultaty pokazuje, moim zdaniem, że mapa dostarcza tyle informacji i wrażeń co dobra powieść, a kartografia to osobny dział literatury. I uzasadnia praktykowany przeze mnie zwyczaj zasiadania w wygodnym fotelu, nie do lektury książki, lecz mapy.

Matka wszystkich planów Warszawy

Wspomniany Władysław Krygowski z wiekiem przeszedł od pisania przewodników do tworzenia literatury wspomnieniowej. W książce „Góry mojego życia” wyznał: „Nigdy w górach nie czułem się samotny, chociaż wiele razy chodziłem bez towarzysza. Była ze mną mapa i ona to uczyła mnie obcować stale z otoczeniem, z nazwami”. Czy ktoś w przyszłości napisze z takim uczuciem o smartfonie?

Pasję do czytania map należy przekazywać od małego