Kategorie
Litwa

O szynelu rzeźbiarza, heretyku w katedrze oraz Igorze ze Zwierzyńca, czyli szybki powrót do Wilna

Na wileńskim Zarzeczu, mniej niż 100 metrów od przerzuconego nad rzeką Wilenką mostu na granicy samozwańczej republiki artystycznej, na kołku wbitym w ścianę kamienicy wisi płaszcz. Nie jakiś zwykły, tekstylny. Jest to płaszcz metalowy, może wręcz spiżowy. Umieszczona obok trzyjęzyczna tablica wyjaśnia, że jest to szynel Antoniego Wiwulskiego, rzeźbiarza służącego w siłach Samoobrony Wileńskiej. Artysta miał rzekomo przed tym właśnie domem oddać, w styczniu 1919 roku, swój przyodziewek bardziej zmarzniętemu koledze. Niestety, warunki pogodowe nie sprzyjały takim aktom altruizmu. Wiwulski, od lat zmagający się z gruźlicą, przeziębił się, wywiązało się zapalenie płuc i po tygodniu świat kultury i sztuki mógł zacząć o nim mówić w czasie przeszłym. Trwają dyskusje czy ciepłe okrycie rzeźbiarza należy nazywać szynelem (samoobrona była przecież tylko formacją paramilitarną) czy tylko kożuszkiem bądź wręcz płaszczem. Niektórym przedstawicielom mniejszości polskiej w Litwie przeszkadza brak uwypuklenia narodowości artysty czy celów o jakie walczyła Samoobrona. Tymniemniej, Republika Zarzecza zgodnie ze swoją konstytucyjną zasadą “Człowiek ma prawo przynależeć do różnych narodowości” upamiętniła nietuzinkową sytuację i nietuzinkową osobę bez zwracania uwagi jakiej narodowej bajki jest ona bohaterem.

Rzadko zdarza mi się wracać w te same miejsca bez kilkunastoletniej karencji. Tymczasem. Wilno znalazło się na naszej trasie po raz drugi w ciągu roku. Postanowiliśmy zerwać z tą praktyką, gdy po listopadowej wizycie wyszło na jaw, że towarzyszka wielu naszych wypraw, zwana w rodzinie ciocią Kasią, w stolicy Litwy nigdy jeszcze nie była. Do grupy dokooptowano jej brata, w planach była jeszcze jego małżonka, a nawet i pies, ale ostatecznie pojechaliśmy w czwórkę. Z drogi dojazdowej oprócz faktu, że nawigacja poprowadziła nas na zupełnie lokalne przejście graniczne koło Puńska, a potem, już po litewskiej stronie, przez dwa odcinki dróg gruntowych, warte wspomnienia jest, że zahaczyliśmy o Park Regionalny Zakola Niemna rozciągający się wzdłuż meandrującej rzeki od Rumbowiczy (Rumbonys) na południu po Pocuny (Pociūnai) na północy. Wprawdzie przesadnym wydaje się twierdzenie dawnego kronikarza, że flisacy płynący rzeką mogli po całym dniu biwakować przy pozostawionym rano ognisku, ale trzeba przyznać, że Niemen nie mógł się tu zdecydować gdzie właściwie ma pokierować swe wody. Z punktu widokowego w pobliżu Balwierzyszek (Balbieriškis) rzeka robi majestatyczne i paradoksalnie sielskie wrażenie. W uzdrowisku Birsztany (Birštonas) rozłożonym w najwęższym, niespełna dwukilometrowym przesmyku międzyrzecznym obserwowaliśmy czaple i kaczki znad talerzy z naleśnikami i plackami ziemniaczanymi. Do Wilna dotarliśmy około godziny 16, co pozwoliło rozpocząć zwiedzanie jeszcze tego samego dnia.

Nasz program ze względu na zróżnicowane doświadczenie turystyczne uczestników musiał zawierać zarówno wileńskie “must see” jak i miejsca rzadziej odwiedzane przez gości miasta. Wykupiliśmy więc wycieczki z przewodnikiem po uniwersytecie oraz do katedralnych krypt. Ta pierwsza obejmowała biblioteczne sale Smuglewicza i Lelewela oraz wnętrza i wieżę obserwatorium astronomicznego. Oprowadzanie było po polsku. Dwie Koreanki, które dołączyły do grupy miały wprawdzie zainstalowane programy translatorskie w swoich komórkach, ale wobec specyfiki wileńskiej polszczyzny przewodniczki wkrótce ograniczyły się do doznań wzrokowych. Z palety fresków na ścianach zwiedzanych pomieszczeń (barokowe w sali Smuglewicza, art decowskie w sali Lelewela) największe wrażenie, w moim przypadku, wywołały prace Petrasa Repšysa w holu Centrum Studiów Litewskich uniwersytetu. Wykonana w latach 1976-84 kompozycja nosi nazwę Pory Roku. Pełna stworów z litewskiej mitologii i mniej lub bardziej baśniowo oddanych zwierząt jest daleką reminiscencją obrazów Hieronima Boscha. Podobno autor tłumaczył zaniepokojonym cenzorom, że jego sztuka sięga korzeniami tradycji ludowych, a ten argument zamykał usta krytykom, bo wszak ich władza miala także wywodzić się z potrzeb ludu. Mam tylko nadzieję, że jako ilustrator książek dla dzieci, Repšys stosował mniej ekspresyjne techniki malarskie. 

Wycieczka po kryptach odbyła się w grupie anglojęzycznej. Młoda przewodniczka starała się głównie rozbawić jej uczestników. Nie dowiedzieliśmy się więc wiele nowego, choć mnie osobiście ujął jej dystans do kultu Wielkiego Księcia Witolda jaki panuje w Litwie. Wspomniała też bardzo oględnie o współczesnych sporach medialnych i prawnych między odkrywcami i eksploratorami krypt, a zarządcami świątyni i władzami miasta. To przykład swoistego genius loci, bo już w latach trzydziestych XX w., gdy po raz pierwszy penetrowano krypty i znaleziono pochówki królewskie, przedstawiciel strony kościelnej utyskiwał, że klucze do katedry musiał wydawać socjaliście (to o ówczesnym wojewodzie) oraz heretykowi (a to o konserwatorze zabytków). Ponieważ byłem świeżo po lekturze wspomnień osób zaangażowanych w prace archeologiczne w katedrze w latach 30-tych XX wieku, a przed oczami miałem tolkienowski wręcz obraz czaszki Barbary Radziwiłłówny w koronie królewskiej, tak jak ją ówcześnie znaleziono, szczególnie silnie odczuwałem rozdźwięk między atmosferą naszej komercyjno-edukacyjnej tury, a powagą zwiedzanego miejsca.

Barbara Radziwiłłówna, królowa Polski, tak jak ją znaleziono w kryptach katedry w 1931 roku

Kaplicy w Ostrej Bramie po raz kolejny nie udało się zwiedzić, gdyż każda grupa turystyczno-pielgrzymkowa z Polski organizuje tam własne nabożeństwo w porach daleko odbiegających od oficjalnego grafiku. Udało nam się jednak wspiąć na pięterko i z pomieszczenia sąsiadującego z kaplicą ocenić stan prac przy zieleni Ogrodu Ostrobramskiego. Ten ukryty wśród murów czarujący zakątek jest podobno dostępny przez budynek hotelu Domus Maria, ale nie zdecydowaliśmy się skorzystać z tej możliwości. Obejrzeliśmy za to dokładnie zdobienia po południowej, architektonicznie ciekawszej, lecz religijnie neutralnej, stronie bramy.

Świątynie zwiedzaliśmy tak trochę z przypadku. Drzwi były otwarte, a w środku nie odbywało się nabożeństwo, to wchodziliśmy do wnętrza. Wyjątek zrobiliśmy dla katedry (ach ta kaplica św. Kazimierza!), kościoła uniwersyteckiego św. Jana i, oczywiście, kościoła św. Piotra i Pawła na Antokolu. Nadmiar architektury sakralnej potrafi zlać się w taki religijny amalgamat, z którego wspomnienia trudno później przypisać do konkretnego obiektu. Zachowaliśmy jednak umiar dzięki czemu ciągle potrafię skojarzyć szaleństwo stiukowych ornamentów, hiszpańską figurę Chrystusa z prawdziwymi ludzkimi włosami na głowie, czy pokorne wyznanie “Tu spoczywa grzesznik” z antokolską świątynią. Podobnie jak figurę Matki Boskiej Brzemiennej z kościołem pofranciszkańskim, drewnianą architekturę ołtarzy i gotyckie freski z Bernardynami, a portret Stefana Batorego i metalową płaskorzeźbę Kościuszki dłuta Wiwulskiego z kościołem św. Jana. Nie byłbym sobą, gdybym nie powiódł grupy do kościoła luterańskiego, by pokazać jej rzeźbiarski wystrój wnętrz dłuta wileńskiego tytana barokowej rzeźby i architektury – Jana Krzysztofa Glaubitza.

Kolejna wizyta na Rossie utwierdziła mnie w przekonaniu, że cmentarze powinny być zakładane w terenie o pofałdowanej rzeźbie. Niestety, niektórym przypadło w udziale żyć, umierać i być pochowanym na bezkresnych równinach. W każdym razie myślę, że conajmniej połowa uroku cmentarza na Rossie wynika z jego lokalizacji. Z mnogości stylów architektury sepulkralnej najbardziej przemawia do mnie art deco i modernizm. Nota bene, cmentarz wojskowy oraz nagrobek matki Piłsudskiego i serca marszałka to też ten styl. Pomniki na grobach litewskich są ciekawe i robią duże wrażenie, gdy odwołują się do rzeźby ludowej tego regionu. W przeciwnym razie zanurzają się w niebezpieczne otchłanie eksperymentu na granicy dobrego smaku. Na Nowej Rossie znalazłem pomnik w kształcie głowy z ptasim ogonem. Nie był to wszak pomnik ornitologa. Wydłużony element pełnił funkcję przeciwwagi dla niezbyt stabilnego, owalnego czerepu. W morzu pięknych, polskich pochówków trafiają się jednak i potworki, takie jak mająca formę regularnego bunkra kaplica Raduszkiewiczów. Ci to nie oszczędzali na betonie! Wizyta na Rossie dostarczyła też dowodów, że nie zawsze uczymy się na własnym doświadczeniu. Po raz kolejny nie dostaliśmy się do kaplicy z pochówkami Sierakowskiego, Kalinowskiego i innych powstańców styczniowych mimo, że z poprzedniego pobytu powinniśmy zapamiętać, że wstęp do niej możliwy jest tylko w dni powszednie.

Wśród nieoczywistych miejsc odwiedzonych tym razem w Wilnie była hala targowa na rogu ulic Pylimo i Bazilijonu. Obiekt w sumie typowy, pochodzący z pierwszej dekady XX wieku. Podziomek i ja mamy jednak słabość do ówczesnych świątyń handlu, ich architektury i atmosfery. Pochodziliśmy trochę wśród stoisk ciesząc oczy kolorami i zapachami wystawianych na sprzedaż produktów. Udało nam się kupić w przystępnej cenie, tzn. 10 razy niższej niż na ulicy Wielkiej (Didžioji), okulary przeciwsłoneczne, a nawet skorzystać z miejscowej oferty kulinarnej.

Turyści z Polski mają w zwyczaju odwiedzać w Wilnie kościoły katolickie, gdzie mogą znaleźć wiele polskich śladów, pomijają natomiast cerkwie postrzegając je jako element rosyjskiej spuścizny kulturowej. Owszem, w mieście są cerkwie zbudowane za cara i mające wizualnie wyznaczać obszar panowania prawosławia takie jak cerkiew św. Michała i Konstantyna na Pohulance czy cerkiew Znamieńska na zachodnim zamknięciu ulicy Gedymina. Cerkwie staromiejskie są jednak, co do zasady, średniowieczne, co najwyżej rozbudowywane w czasach zaborów. Mało kto kojarzy, że prawosławie przyszło na Litwę przed katolicyzmem, a oficjalnym językiem urzędowym Wielkiego Księstwa Litewskiego był, przez długie lata, język staroruski. My odwiedziliśmy tylko centralnie położoną cerkiew św. Paraskewy, ale myślę, że odwiedzenie pozostałych byłoby ciekawym doświadczeniem.

Ikonostas w cerkwii Św. Paraskewy

W czasach Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej w Wilnie czynne były tylko trzy kościoły rzymskokatolickie. Pozostałym wyznaczono różne funkcje, z których te muzealne pozwalały na zachowanie maksymalnie dużej ilości wyposażenia wnętrz. Przywrócenie tych świątyń do celów kultowych oraz odtworzenie ich wyposażenia to dzieło wręcz tytaniczne. W kościele pofranciszkańskim dobiega ono już końca, u Bazylianów jest na bardzo wczesnym etapie. Kompleks poaugustiański, choć odzyskany przez Kościół, pozostaje podzielony na liczne pomieszczenia wynajmowane na cele komercyjne. Położony po drodze na Rossę kościół Wniebowstąpienia Pańskiego ma pięknie odnowioną fasadę, ale zdewastowane wnętrze, a pobliski kościół Serca Jezusowego wraz z klasztorem wizytek jeszcze nie podniósł się po latach, w których pełnił funkcje sowieckiego więzienia.

Jeszcze innym celem naszej wizyty były wileńskie parki. W części staromiejskiej nie są one zbyt rozległe. Nazwy zdradzają ich przeszłość. My odwiedziliśmy ogrody bernardyńskie oraz tereny parkowe na dawnych cmentarzach luterańskim i kalwińskim. Wszystkie mają bogatą i starannie wypielęgnowana zieleń. Tym pierwszym uroku dodaje sąsiedztwo rzeki Wilenki, a ich minusem, przynajmniej podczas naszej wizyty, była nadmiernie głośna muzyka dobiegająca z głośników rozmieszczonych przy centralnej części założenia. Po drugiej, wschodniej stronie Wilenki, na stromych stokach doliny rozciąga się za to całkiem dziki las z błotnistym ścieżkami i powalonymi drzewami. Można się stamtąd wdrapać nowymi, jednobiegowymi, metalowymi schodami aż na Bekieszową Górę. Park luterański na Górze Bouffałowej został za czasów sowieckich zdewastowany poprzez wybudowanie na jego terenie monstrualnych budynków już rozebranego pałacu związków zawodowych oraz pałacu ślubów.  Pamięć o przeszłości tego terenu przywrócono ostatnio poprzez powrót z cmentarza na Rossie pochodzących stąd nagrobków i pomników. Stanęły one w okolicy jedynej zachowanej in situ kaplicy cmentarnej chroniącej doczesne szczątki profesora chirurgii Jana Fryderyka Niszkowskiego. Za czasów sowieckich w kaplicy istniało stoisko sprzedaży pamiątek, którego funkcjonowanie z dala od atrakcji Starego Miasta jest na pewno jednym z dowodów na absurdy gospodarki planowej w ZSRR.

Nie zwiedziliśmy wielkiego, ponad 120 hektarowego parku, a właściwie lasu miejskiego, Zakręt (Vingio parkas) gdzie znajdują się ogród botaniczny oraz amfiteatr. Mieliśmy jednak okazję podziwiać jego panoramę z błoni po północnej stronie Wilii, od strony dzielnicy Zwierzyniec. Ta zresztą dzielnica jest moim osobistym odkryciem wyjazdu. Większa i bogatsza krewniaczka białostockich Bojar, zabudowana głównie drewnianymi domami znajduje się obecnie pod konserwatorską ochroną i uznawana jest znowu za dzielnicę prestiżową. Nie ma tam zbyt wiele do zwiedzania. Dwie świątynie prawosławne i jedna katolicka, karaimska kenesa, zruinowany budynek będący pierwszą siedzibą Polskiego Radia w Wilnie, kilka ambasad, ze trzy restauracje i jedna kawiarnia. Natomiast możliwość spaceru ulicami obramowanymi rzędem drewnianych, otoczonych ogrodami willi w słoneczny, lipcowy dzień, bez towarzystwa tłumu turystów i miejscowych, była naprawde bezcenna. Na nas z Podziomkiem spłynął tam taki spokój, że zupełnie w angielskim stylu, zalegliśmy na trawie na opadających ku Wilii stokach doliny.

Poniżej kilka przykładów architektury mieszkalnej Zwierzyńca

Błonia na skraju Zwierzyńca z mostem wiodącym przez Willię do Lasu Zakręt

W dziale kulinaria naszego wyjazdu staraliśmy się pogodzić wartości smakowe z oryginalną lokalizacją.W pobliżu placu Katedralnego znaleźliśmy ukrytą w podwórku restaurację absolutnie nie wartą wspomnienia, gdyby nie fakt, że oferowane tam jako zakąska paluszki serowe okazały się sześcioma solidnymi (na oko ok. 100 g sztuka) kawałami nabiału zasmażanymi w solidnej pierzynce panierki. Gdy zakąska zapewnia bez mała dzienną porcję kalorii, cóż dopiero mówić o daniach głównych! Restauracja w Zwierzyńcu zachwyciła nas ulokowaniem stolików w rozległym ogrodzie starej drewnianej willi. Miejscowy kelner zdobył tytuł Igora wyjazdu, przyznawany tradycyjnie przez naszą rodzinę najbardziej profesjonalnemu przedstawicielowi tego fachu. Nie dość, że znalazł nam miejsce, choć rezerwacja zrobiona była na dzień kolejny, to jeszcze miło nas zagadywał oraz kompetentnie doradzał przy wyborze dań. Nie dziwota, że kierowani jego uwagami trafiliśmy na same pyszne potrawy. Restauracja na XVII-wiecznym dziedzińcu alumnatu, obecnie wchodzącym w skład staromiejskiego kompleksu uniwersyteckiego, serwowała eleganckie włoskie dania. Młoda, polska kelnerką czarowała nas wymową aktorskiego “Ł”, za to włoski właściciel, który zjawiał się przy stolikach, by pytać gości o ich wrażenia, posługiwał się zabawną śródziemnomorską angielszczyzną. W jednym z pomieszczeń do wynajęcia w klasztorze poagustiańskim umościła się naleśnikarnia prowadzona przez fundację pomagająca osobom z problemami natury psychicznej. Architektura tego pomieszczenia jest wręcz spartańsko industrialna, ale życia i ciepła nadają jej ludzie, tak obsługa jak i liczni goście. Dodatkowo, prawie wszystkie prezenty z Wilna nabyliśmy właśnie w małym sklepiku tej restauracji.

Antoni Wiwulski znany jest głównie z dwóch dzieł w skali XXL: Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie oraz pomnika Trzech Krzyży na wzgórzu położonym na wschód od wileńskiego zamku. Ciekawe, że obydwa pomniki padły ofiarą ideologicznie motywowanych najeźdźców – krakowski został zniszczony przez hitlerowskich Niemców, a wileński przez komunistycznych ludzi radzieckich. Obydwa odbudowano na wzór oryginałów, lecz wprowadzając niewielkie zmiany. Krzyże w Wilnie zostały podwyższone, gdyż stawiane w 1916 roku na wzniesieniu zwanym Łysa Góra nie musiał ścigać się wysokością z okolicznymi drzewami, co ma obecnie miejsce. W Krakowie odtworzony król Jagiełło stanął w strzemionach miast siedzieć w siodle. W pierwotnej formie pozostało tylko kolejne dzieło – kaplica Objawienia Matki Boskiej w Szydłowie (Šiluva) na Żmudzi. Wyciągnięta w pionie, modernistyczna, biała bryła góruje nad małomiasteczkową zabudową. Gdy zobaczyłam jej zdjęcia moje serce, czułe na architekturę powstająca zgodnie z hasłem “Forma wynika z funkcji”, zadrżało. Już wiedziałem, że jeśli zdrowie pozwoli, program następnej wycieczki na Litwę obejmie Żmudź i zachodnią, bardziej oddaloną od Polski, część tego kraju.

Kategorie
Litwa

W trzy dni przez Litwę czyli o poszukiwaniu uśmiechniętego lica

Sierpniowy wieczór szybko zapadał nad Wilnem. Odgłos naszych kroków odbijał się od  pamiętających lepsze czasy ścian kamienic. Ulice były prawie puste, czasem tylko mijaliśmy policyjny patrol. Funkcjonariusze byli odziani w nowe mundury, wzorowane na przedwojennych, ale z naszej perspektywy – ludzi przyzwyczajonych do PRL-owskiej sprzaśności – niemal operetkowych. Tylko zużyte Łady, którymi się przemieszczali, przypominały, że Litwa ciągle, przynajmniej formalnie, była częścią ZSRR. W końcu zbliżyliśmy się do Ostrej Bramy. Przez okna nad prześwitem bramnym widać już było błysk lampek przed świętą ikoną. Nagle, gdzieś z podwórka, na środek ulicy wytoczyła się przedziwna postać. Pokraczny produkt kraju, w którym oficjalnie nie było bezrobocia i bezdomności, mimo że znaczna część społeczeństwa żyła w ubóstwie, czasem z konieczności, a czasem z wyboru. Zmierzywszy nas zaczepnym wzrokiem osobnik ów, nie wiadomo skąd wyciągnął pokaźny kij, czy lagę, uniósł go nad głową i zamarł w bezruchu.

Poczułem uścisk dłoni Podziomka na moim łokciu. Paradnie umundurowani policjanci oczywiście nie zaglądali w te okolice. Przyjrzałem się włóczędze blokującemu naszą drogę. Był wyraźnie starszy i drobniejszy ode mnie. Spożywanie znacznych ilości napojów wyskokowych też było nie bez znaczenia dla stanu jego sprawności. Rozważywszy wszelkie za i przeciw, ze spojrzeniem wbitym w oczy intruza ruszyłem, jak gdyby nic, przed siebie. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, ale gdy byłem już blisko, dziadyga roześmiał się chrapliwie, schował kij za siebie i tak, jak nagle się pojawił, tak raptownie zniknął. Droga do kaplicy i duchowych przeżyć stanęła przed nami otworem.

Pod Ostrą Bramą

Taka sytuacja, znacząco odbiegająca od doświadczeń współczesnych pielgrzymów do Ostrej Bramy, była możliwa do przeżycia tylko w krótkim oknie czasowym poprzedzającym rozpad sowieckiego molocha. Chociaż w owych czasach nikt nie śnił o Rail Baltica, jednak trasę Tallinn – Warszawa można było pokonać koleją. Ponieważ jednak czas miał ówcześnie inne znaczenie niż obecnie, wagony z Tallinna, po przyjeździe na stację kolejową w Wilnie, czekały blisko 4 godziny na przyjazd pociągu relacji Leningrad – Warszawa. Był to okres w zupełności wystarczający na krótki spacer po mieście. Do momentu konfrontacji pod Ostrą Bramą, jedynym problemem był brak planu miasta i konieczność nawigowania w terenie, bazując bardziej na instynkcie, niż na znajomości topografii. Droga powrotna na dworzec była już prostsza. Wyjechaliśmy z Wilna zgodnie z rozkładem. Była niedziela, 18 sierpnia 1991 roku. Nazajutrz, od świtu, Moskwa była na czołówkach światowych mediów. Twardogłowi członkowie partii i rządu podjęli nieudany pucz przeciwko Gorbaczowowi, w nadziei na powrót komunistycznego raju. Ich porażka oznaczała, że będziemy mogli wracać na Litwę w celu jej bliższego poznania.

Nietolerancja religijna, która po potopie szwedzkim i najeździe moskiewsko- siedmiogrodzkim ogarnęła Rzeczpospolitą, przybrała formy instytucjonalne tylko w Koronie. W Wielkim Księstwie Litewskim sytuacja kościołów reformowanych była, mimo powtarzających się prób ograniczenia ich działalności, zdecydowanie korzystniejsza. Nie przypadkiem, pozbawieni aż do lat osiemdziesiątych XVIII w. własnej świątyni i pastora, dysydenci warszawscy udawali się na nabożeństwa w Węgrowie. Aż do końca istnienia pierwszej Rzeczpospolitej, miasto było częścią “Litwy”, a granica z Koroną biegła po rzece Liwiec. W Wilnie zbór luterański istniał już w XVI wieku, a współczesna świątynia liczy już sobie 285 lat. Jako, że koegzystencja z katolicką większością miasta nie było całkiem spokojna, kościół ukryto w podwórku przy ulicy, nomen-omen, Niemieckiej (Vokiečių). Z dzisiejszej perspektywy lokalizacja taka przysparza uroku, w bardziej niespokojnych czasach pozwalała przetrwać antyheretyckie tumulty za zamkniętymi na cztery spusty wrotami bram. Obecny wygląd kościół zawdzięcza ojcu wileńskiego baroku – pochodzącemu ze Śląska Janowi Krzysztofowi Glaubitzowi. Ten dobry luteranin i wieloletni członek władz wileńskiego zboru, w duchu ekumenicznym, obdarował wytworami swego talentu liczne świątynie katolickie, prawosławne, a nawet wielką synagogę wileńską. Mieszkańcom dawnej Kongresówki i Galicji pojęcie barokowego wystroju luterańskiej świątyni może wydawać się oksymoronem. Wynika to jednak stąd, że w okresie baroku w tych częściach Polski w ogóle nie można było wznosić świątyń protestanckich. A gdy było to już możliwe, w architekturze panowała moda na klasycyzm i wśród samych wiernych zaczęto chyba bardziej cenić skromne wnętrza świątyń. Jednak o tym, że nie zawsze tak było, zaświadczają dolnośląskie kościoły Pokoju i Łaski, liczne małe kościoły mazurskie oraz kościół w Wilnie. Ma on ołtarz porażający bielą marmuru i ekspresyjnością figur, a także wspaniałą ambonę i chrzcielnicę. Trzeba się na serio skupić, by rozważać Słowo, podczas gdy zmysł wzroku atakowany jest tak powabnymi obrazami.

Na stronie parafii luterańskiej znalazłem informację, że w niedzielę, 10 listopada, odbędzie się International Service in English – wspaniale, że w zrozumiałym dla mnie języku. A w dodatku ciekawiło mnie, jakie będą różnice w sprawowaniu obrządku, w porównaniu z kościołami ewangelicko – augsburskimi w Polsce. W kruchcie kościoła powitały mnie dwie elegancko ubrane panie. Luteranie przykładają dużą wagę do wzmacnianie więzi społecznych wewnątrz zboru. Pastorzy ściskają dłoń i zamieniają parę słów z każdym uczestnikiem nabożeństwa. Uznałem zatem, że w Wilnie panuje również zwyczaj witania gości, zwłaszcza, gdy mogą wśród nich znaleźć tak ważni jak pracownicy zagranicznych ambasad. Przedstawiłem się więc grzecznie obu paniom, informując skąd przybywam, a one wyraziły radość z mojej obecności. Ze sprawności ich small talk’u wynikało, że angielski jest ich językiem rodzimym. Pomyślałem nawet, że to przejaw profesjonalizmu parafii, że deleguje do kontaktów z cudzoziemcami native speakers. Chwilę potem wręczono mi program, z którego wynikało, że uczestniczę w Remembrance Day, organizowanym ku czci żołnierzy poległych w I Wojnie Światowej. Organizatorami były ambasady Wielkiej Brytanii i Kanady. Nic dziwnego, że przewidziano wystąpienia ambasadorów tych krajów, jak również Stanów Zjednoczonych, Francji i Niemiec. Jakież było moje zaskoczenie, gdy przed zgromadzonych wyszły owe, spotkane w przedsionku kościelnym, panie – ambasadorki USA i Zjednoczonego Królestwa. Gdybym wiedział to wcześniej, może zdołałbym załatwić coś dla Polski!

Uroczystość miała charakter ekumeniczno-dyplomatyczny. Obecni byli przedstawiciele wielu wyznań i religii, m. in. muzułmański mufti w wielkiej baranicy na głowie. Oprócz części modlitewnej, recytowanej i śpiewanej, w której odkryłem znany z przedostatniej sceny filmu “O jeden most za daleko” hymn “Abide with me”, czytano fragmenty poezji i prozy tworzonej przez uczestników Wielkiej Wojny. Było to bardzo poruszające doświadczenie. szczególnie dla osób mających świadomość, że autorzy starannie dobranych słów i szlachetnych myśli oddali swe życie podczas tego konfliktu. Delegacje ambasad złożyły potem wieńce pod ołtarzem. Tu wszystkich przebili gospodarze, zarówno wielkością wieńca, elementami musztry, jak i uzbrojeniem (oficer przy szabli). Ciekawa była lista obecności i nieobecności. Z państw Ententy zabrakło Włoch i Japonii. Z państw Centralnych nie było Turcji, ale i Austrii, za to wieńce złożyła delegacja węgierska. Spoza grona uczestników wojny, obecne były delegacje: indyjska, koreańska i irlandzka. Wszak ich rodacy, będący wtedy poddanymi wojujących stron, ginęli na tej wojnie nosząc obce mundury. I tu ogarnęła mnie smutna refleksja: W I Wojnie Światowej zginęło blisko 400 tysięcy Polaków, walczących często przeciwko sobie. Straty irlandzkie szacuje się na ok. 35 tysięcy zabitych. Nie była to irlandzka wojna, jej ofiar nie zalicza się do grona irlandzkich bohaterów narodowych. Ci ostatni spiskowali przeciw i ginęli w walce z Brytyjczykami. Mimo to, współczesna Irlandia oddaje hołd pamięci rodaków, których kości wyścieliły pobojowiska pod egzotycznymi Suvla, czy Sedd-El-Bar. W tym świetle decyzja naszych władz o nieobecności delegacji polskiej uderzyła mnie swoją małostkowością.

Nasz listopadowy wyjazd, od strony organizacyjnej możnaby porównać do kolarskiego Tour de Lithuanie. Każdego dnia nocleg w innym  miejscu i każdego dnia minimum 1,5 godziny w samochodzie. Motywem wiążącym odwiedzane miejsca, zaproponowanym przez mojego brata, było poznanie miejsc związanych z polskimi powstaniami narodowymi. Podczas dziecięco-nastoletnich wypraw po górach z naszym ojcem śpiewaliśmy piosenki z jego harcerskiego repertuaru. “Śmierć pułkownika” – do poematu Adama Mickiewicza – utkwiła nam w pamięci narastającym patosem oraz swoistym suspensem. A że miejsce śmierci i pochówku Emilii Plater, zarówno pułkownika, jak i “dziewicy – bohatera” z mickiewiczowskiego poematu, znajduje się dosłownie o rzut beretem od polskiej granicy, to pierwszy punkt programu mieliśmy już ustalony. Dla uzupełnienia historycznego dodaliśmy jeszcze Konstantego Kalinowskiego, polskiego ziemianina i białoruskiego budziciela, a także naczelnika cywilnego Litwy z ramienia Rządu Narodowego, podczas Powstania Styczniowego. Stąd nasz krótki postój, jeszcze w Polsce, w Mostowlanach nad Świsłoczą, gdzie przyszły bohater przyszedł na świat i wynikająca z niego konieczność nocnej rajzy ku granicy z Litwą, podczas której, wbrew zapowiedziom brata, nie zostaliśmy zatrzymani do kontroli przez Straż Graniczną. Objęcie zasięgiem umowy schengeńskiej zagwarantowała nam możliwość przekraczania granicy z Litwą w każdym miejscu, do którego dociera dowolna droga wiodąca na wschód. Skorzystaliśmy z tej szansy na odcinku Berżniki – Kopciowo (Kapciamiestis). I muszę przyznać, że przejazd tą gruntową, choć równą, drogą, prowadzącą wśród lasów Puszczy Augustowskiej, był przyjemnością samą w sobie. Granicę wyznaczały tu tylko przecinka i dwa słupy graniczne.

Wkrótce dotarliśmy do Kopciowa. Na pustawym placu wznosi się tam nieproporcjonalnie mały pomniczek Emilii Plater. Ku naszemu zaskoczeniu, sama figura odzianej z męska bohaterki została pomalowana na różowo, choć jak nam się zdawało, na starszych fotografiach była złota. No, ale na tych samych fotografiach, na placu zasiana była trawa i rosły drzewa, po których teraz nie zostało ani śladu. Piękne stare drzewa rosną za to na cmentarzu, gdzie pochowano, początkowo pod zmienionym nazwiskiem, bohaterkę zmarłą z wyczerpania od wędrówki i ukrywania się po lasach. Cmentarz nie pełni już funkcji grzebalnych. Zachowało się na nim tylko parę nagrobków, wykonanych z najbardziej trwałych materiałów. Kilka kilometrów na północ od Kopciowa znajdował się dwór Justianowo (Vainežeris), gdzie próbowano, bezskutecznie, ratować zdrowie i życie panny z dobrego domu, która zaniemogła i przebywała w pobliskiej leśniczówce. Po budynkach, zniszczonych przez litewskie podziemie w latach powojennych, nie ma już śladu. Na miejscu dworu stoi jednak drugi, artystycznie bardziej udany, pomnik Emilii Plater. Oryginalny, bo przedstawiający “pułkownika” pod bronią, choć w pozycji klęczącej. Miejsce jest niezwykle urokliwe, z bogatym w starodrzew parkiem, otaczającym niewielkie jezioro. Najbliższe sadyby ludzkie są oddalone o conajmniej pół kilometra, więc nikomu nie przeszkadzało odśpiewanie przez nas chóralnie mickiewiczowskiego poematu.

Skoro byliśmy już wcześniej w miejscu narodzin, chcieliśmy odwiedzić też miejsce pochówku Kastusia Kalinowskiego. Od roku 2019 jego doczesne szczątki spoczywają w kaplicy na cmentarzu na Rossie. Ich znalezienie zawdzięczamy siłom natury – zostały odsłonięte, gdy osunęło się zbocze Góry Gedymina. Że są to szczątki przywódców Powstania Styczniowego, zdradził napis wygrawerowany na znalezionej przy nich obrączce: “Zygmunt i Apolonia. 11 sierpnia/30 lipca 1862”. Tego dnia ślub wzięli: Zygmunt Sierakowski, wojskowy dowódca Powstania Styczniowego na Litwie i Apolonia Dalewska. Tożsamość pozostałych ofiar Murawiewa-Wieszatiela ustalono w drodze badań genetycznych. Ich ponowny pochówek na Rossie miał podniosły nastrój i zjednoczył, przynajmniej w tym dniu, Polaków, Litwinów i Białorusinów. Jednak kaplica, w której pochowano powstańców, okazała się nie być otwarta na codzień. Zmuszeni byliśmy położyć nasze znicze i wieńce u jej wejścia.

Zyskaliśmy jednak możliwość powłóczenia się po cmentarzu. Przykłady wybitnej sztuki kamieniarskiej są na nim nadzwyczaj liczne. Szacunek budzi też zestaw i kaliber osób, które znalazły na Rossie wieczny odpoczynek. Mnie jednak najbardziej ujęła bogata rzeźba terenu, w tym cztery wzgórza: Górka Literacka, Górka Anielska, Wzgórze Pomocne i Wzgórze Południowe. Różnice wzniesień sięgają 30 metrów, a niektóre nagrobki i kaplice zyskują dzięki temu wręcz dramatyczną perspektywę i ekspozycję. Stosunkowo rzadkie nagrobki litewskie wyróżniają się oryginalnością krzyży, nie bez powodu sztuka ich wykonania została w 2008 roku wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. Nagrobki kryjące ważne postacie historii Białorusi opisane są w alfabecie łacińskim, przypominając, że pierwsi działacze narodowi byli często szlacheckiego rodu i wyznawali religię rzymskokatolicką. Znalazłszy się na Górce Literatów, skąd doskonale widać cmentarz wojskowy oraz mauzoleum serca i matki marszałka Piłsudskiego, uświadomiłem sobie nagle, że podczas wcześniejszych wizyt w Wilnie ograniczałem wizytę do tej, mikroskopijnej w porównaniu z powierzchnią całej nekropolii, części cmentarza. Na zwiedzenie podczas kolejnej wizyty czeka jeszcze Nowa (bagatela, ponad stuletnia!) Rossa.

Kowno zostało dołączone do programu naszego Rajdu Powstańczego głównie z powodu położenia przy dobrej i najszybszej, drodze do Polski. Kolejny uczestnik wyjazdu, moja siostra, miała jakieś mgliste wspomnienia z odbytego przed ponad 55 laty obozu harcersko-pionierskiego, spędzonego w pobliżu miasta. Trzeba jednak powiedzieć, że ani wspomnienia twarożku z rodzynkami, ani wizyty w kościele zamienionym na muzeum ateizmu, nie wystarczyłyby, jako zachęta do powrotu do tego miasta. Nasze z Podziomkiem wspomnienia sprzed blisko 10 lat, były zgoła odmienne. Jako miłośnicy modernizmu, zachwycaliśmy się wszelkimi podobieństwami do architektury Gdyni. To taka pamiątka po dwudziestoletniej stołeczności Kowna w latach przedwojennych, kiedy trzeba było szybko zmienić oblicze średniej wielkości rosyjskiego miasta gubernialnego na siedzibę władz niepodległego i nowoczesnego państwa litewskiego. Poprowadziliśmy więc naszą wycieczkę przez całe centrum, do podnóża wzgórza, na którym wznosi się monumentalna bazylika Zmartwychwstania Pańskiego. Olbrzymia świątynia wieńczy najwyższy punkt dzielnicy Žaliakalnis. Miejsce zostało wybrane umyślnie, by białe ściany i dwie wieże, były widoczne z każdego punktu miasta. W czasach sowieckich zamieniona na wytwórnię radioodbiorników, od roku 2004 ponownie służy celom kultowym i kulturalnym. Zamiast dachu, kościół ma ogromny taras, mogący pomieścić 2000 osób i stanowiący najlepszy punkt widokowy miasta. Mieliśmy w planach wjechanie na wzgórze, istniejącą od 1931 roku kolejką szynową. A tu pech! Podobnie, jak podczas naszej poprzedniej wizyty, “z powodów technicznych” kolejka nie funkcjonowała. W tych warunkach najmłodsza uczestniczka, dziewięcioletnia córka mojej bratanicy, odmówiła wspinania się na wzgórze. W zamian za niezrealizowane plany, zaproponowano jej przejażdżkę trolejbusem.

Niepowodzenie w dotarciu do białej świątyni zrekompensowaliśmy sobie wizytą w największej na całej Litwie gotyckiej katedrze, włóczęgą po staromiejskich uliczkach oraz podziwianiem reprezentacyjnej zabudowy wzdłuż Alei Wolności (Laisves) i nowoczesnych budowli dzielnicy Žaliakalnis. Do nieoczywistych atrakcji miasta należą błonia u zbiegu Wilii (Neris) i Niemna. Rozciąga się stamtąd, nie tylko daleki widok na doliny obydwu rzek, ale i oryginalna perspektywa na Stare Miasto i zamek kowieński. Trochę przypadkowo wędrowaliśmy szlakiem kowieńskich pomników. A jest ich całkiem sporo i wielce różnorodnych. Od klasycznego w formie wizerunku poety, duchownego i filologa Jonasa Mačiulevičiusa, poprzez ekspresyjne wyobrażenie litewskiej Pogoni nad brzegami Willi, nieco dziwaczną miniaturę człowieka-szyszki na błoniach do czarujących figurek uliczników patrzących przez obiektyw kamery na gmach modernistycznego kina Romuva. 

Rozmiarami i przekazem ideowym nie umywają się one jednak do pomnika Wielkiego Księcia Witolda w Alei Wolności. Witold, w triumfalnej pozie wsparty na mieczu, stoi na postumencie podtrzymywanym przez pokonanych wrogów Litwy: Krzyżaka, Rusina, Tatara i Polaka. Ten ostatni, za każdym razem wzbudza moje rozbawienie, gdyż z boleściwą miną trzyma się za ucho, niechybnie natarte przez litewskiego wodza. Dla turystów z Polski, wyrosłych na polukrowanej wersji historii, w której litewscy i polscy kuzyni wspierali się przeciwko Teutonom i nie znali co to spory, inne ukazanie ich relacji może być przykrą niespodzianką. Mogło być jednak gorzej. Zamiast trzymać się za ucho, polski woj mógł zostać ukazany, jak z chytrą miną chowa za pazuchę koronę królewską. Przyznał ją Witoldowi cesarz, jednak nigdy nie dotarła do miejsca koronacji. Na rozkaz króla Władysława Jagiełły Polacy obsadzili drogi prowadzące z Nowej Marchii i 1 sierpnia 1430 roku przejęli posłańca cesarskiego wiozącego insygnia królewskie na Litwę. Podobno, jedynie wyperswadowali mu dalszą podróż do Wilna, ale jest faktem, że po koronie ślad zaginął. W artystycznej wizji łatwo można było ukazać jej przywłaszczenie przez polskiego woja. A z dwojga złego, lepiej już być utożsamianym z pokonanym przeciwnikiem, niż z podstępnym złodziejem.

Około 15 lat temu byliśmy całą rodziną na Litwie. Naszą bazą wypadową były Troki. Mieszkaliśmy w domu rosyjsko-litewskiego małżeństwa. Pan był emerytowanym kierownikiem kołchozu, w którym pracowało sporo Polaków – miał więc sposobność poznać nasz język. Jako gościnny gospodarz, zaprosił nas któregoś wieczoru na cepeliny. Siedzieliśmy na tarasie ich domu, atakowani bezlitośnie przez komary. Moje dziewczyny szybko się ulotniły, już to z powodu brzęczących natrętów, już to na widok pokaźnej muchy utopionej w sosie, już to z powodu butelki z wysokoprocentową zawartością, która pojawiła się na stole dla towarzystwa cepelinom. Po pierwszej kolejce, gospodarz zaproponował przygotowanie herbaty. Po chwili powrócił z kuchni ze szklankami pełnymi słomkowego płynu. Skosztowałem i stwierdziłem, że herbaciane liście zostały zalane wodą o temperaturze pokojowej. Ze zdziwieniem spojrzałem na gospodarza. Ten z błogą miną i zamkniętymi oczami drzemał już w fotelu. Przy takiej reakcji organizmu na alkohol mógł być spokojny, że nie przepije swego majątku. 

Podczas ostatniego wyjazdu nie przydarzyła nam się żadna spektakularna przygoda w kontaktach z Litwinami. W Wilnie wszyscy mieliśmy jednak wrażenie, że uśmiech rzadko gościł na ich licach. Zadałem sobie sporo wysiłku, by wywołać ślad uśmiechu na twarzy młodej baristki w kawiarni na wileńskim Zarzeczu. Cóż, ludy północy z natury są bardziej poważne, a wileńscy Litwini często przybierają maskę nadmiernej powagi w kontaktach z Polakami. Tymczasem postój w Kownie przyniósł całkiem odmienne wrażenia. Obsługa hotelowa wręcz promieniowała radością (chorzy, czy co?). A pani z obsługi kawiarni na Starym Mieście potrafiła nawet rozbroić uśmiechem potencjalnie konfliktowe nieporozumienie językowe przy składaniu/odbieraniu zamówienia. A miasta te leżą w odległości zaledwie 100 km jedno od drugiego. Może jednak Wilno warte jest pobytu na tyle długiego, by doczekać chwili, gdy mieszkańcy zaczną witać gościa uśmiechem?