Kategorie
Niemcy

O królach, młynarzach i pałacach, czyli weekend w Poczdamie

Ramiona wiatraka typu holenderskiego bezszelestnie obracały się ponad koronami drzew otaczających plac z Wielką Fontanną u podnóża pałacu Sanssouci. Ten widok w osobnikach związanych wykształceniem lub więzami rodzinnymi z wymiarem sprawiedliwości wywołał natychmiastowe skojarzenie ze słynnym sporem Fryderyka Wielkiego z dzierżawcą młyna Johannem Wilhelmem Grävenitz. Monarsze, który w swym pałacu miał spędzać czas “bez trosk”, przeszkadzał odgłos pracującego młyna. Zażądał jego uciszenia, czy wręcz odsprzedaży. Gdy krnąbrny młynarz nie był skłonny do współpracy, zagroził nakazem zamknięcia całego interesu. Na co, według najbardziej popularnej wersji tej historii, usłyszał hardą odpowiedź: “Są jeszcze sądy w Berlinie”. To wystarczyło żeby monarcha się wycofał rozumiejąc, że nie może podważać autorytetu powołanych przez siebie instytucji.

Słynny poczdamski młyn z dwóch perspektyw.

Fryderyk Wielki jest bohaterem dziesiątków podobnych anegdot, służących nie tylko ociepleniu jego wizerunku, ale i przekonaniu obywateli państwa pruskiego, że jego system organizacyjny i sposób działania nie mają sobie równych w Europie i na świecie. Dzierżawca Grävenitz był postacią rzeczywistą, a w archiwach pruskich zachowało się jego pismo do zarządcy królewskich dóbr, w którym żądał odszkodowania za to, że pałac królewski i mur otaczający sąsiednią winnicę zakłócają cyrkulację powietrza, przez co młyn pracuje mniej wydajnie. Odpowiedź na to pismo chyba się nie zachowała, ale faktem jest, że wkrótce potem Grävenitz wzniósł dwa młyny w innych lokalizacjach.

Młynarze w życiu i działalności Fryderyka Wielkiego odegrali niepoślednią rolę. W roku 1741, podczas pierwszej wojny śląskiej, podróżujący w nielicznym towarzystwie król został zaskoczony przez liczniejszy patrol austriacki i musiał szukać schronienia za kołem młyńskim u młynarza w Moszczance (Langenbrück). Młyn istniejący do 1945 roku, zwano odtąd Królewskim. W 1779 roku król przyjął na audiencji młynarza Christiana Arnolda, który dzierżawił młyn wodny w Pomorsku (Pommerzig), między Sulechowem, a Zieloną Górą. Poskarżył się on na niekorzystne dla niego wyroki sądów w sporze o wysokość opłaty dzierżawnej wnoszonej corocznie na rzecz właściciela okolicznych ziem – Gottfrieda Heinricha Leopolda von Schmettau. Gdy inny sąsiad przekierował strumień zasilający koło młyńskie do swoich stawów rybnych, młyn nie przynosił dochodów pozwalających, według młynarza, na ponoszenie dotychczasowych kosztów dzierżawy. Król, po zbadaniu sprawy, przyznał rację młynarzowi, lecz ani zamieszani w sprawę sędziowie, ani odpowiedzialny za sądownictwo w Prusach wielki kanclerz – Maximilian von Fürst und Kupferberg, nie zamierzali zmienić zapadłych orzeczeń. Fryderyk nie wykazał w tym przypadku wyrozumiałości. Kanclerz usłyszał żołnierska komendą: “Marsz stąd! Twoje stanowisko zostało już zajęte przez kogoś innego!” (Marsch! Seine Stelle ist schon vergeben!), a przedstawiciele Temidy trafili na rok do twierdzy. 

Ponieważ sędziowie nigdy nie cieszyli się nadmierną popularnością, wyrok był kontestowany tylko przez berlińską śmietankę towarzyską. Starzejący się monarcha już nie był dobrotliwym władcą i oświeconym legislatorem lecz, niczym współcześni populistyczni politycy, pokazał swe oblicze nadprokuratora. Jego wyroki zostały skasowane dopiero przez kolejnego króla na tronie pruskim. A ingerencji władców w działanie wymiaru sprawiedliwości formalnie zakazano dopiero w konstytucji Prus z 1850 roku.

Kajuta kapitańska na barce zacumowanej u brzegów jeziora Tiefer See była godnym miejscem zakwaterowania podczas wycieczki dla uczczenia 35 lecia wspólnej z Podziomkiem podróży przez życie. Wokół kołysały się zacumowane rozmaite łodzie i jachty. Z okien widać było zróżnicowaną zabudowę Schiffbauergasse – wbrew nazwie nie kryjącej w sobie stoczni, ani nie będącej uliczką – dzielnicy kultury z przemysłowo-wojskową przeszłością. Ponad nią kłuła niebo 84 metrowa wieża rezydencji senioralnej pod wezwaniem Ducha Świętego. Wezwanie, lokalizacja i wysokość wieży stanowią nawiązanie do stojącego nad brzegami Haweli kościoła, zniszczonego podczas alianckich nalotów w kwietniu 1945 roku. Prócz urozmaicenia panoramy miasta i, niewątpliwie, pożytecznej funkcji, kompleks raczej razi przytłaczająca architekturą. To tym dziwniejsze, że projektant pochodził z Włoch, a jego propozycję wybrano w międzynarodowym konkursie. Może jednak inwestor był wyjątkowo skąpy i oszczędzał na estetyce. Znacznie korzystniej prezentuje się położona na drugim brzegu jeziora wieża Flatowturm. Może dlatego, że za wzór posłużyła jej jedna ze średniowiecznych bram miejskich Frankfurtu nad Menem, a może – że zamieszkiwali w niej nie emeryci, lecz goście następcy tronu (późniejszego cesarza Wilhelma II). Jednak, abstrahując od porównań architektonicznych, najfajniej było wyjść cicho na pokład barki, by oddać się obserwacjom kaczek, łysek, perkozów i dzikich gęsi bujających się na wodach jeziora w samym środku, jakby nie było, stolicy Brandenburgii.

Toporna architektura kompleksu senioralnego pw. Ducha Świętego

Dzikie gęsi nad naszym hotelem na wodzie

Domy Berliner Vorstadt przeglądają się w tafli jeziora

Schiffbauergasse

Flatowturm upamiętnia w nazwie fakt, że dochody z królewskiego majątku w Złotowie posłużyły na jej budowę

Widok z okna kajuty kapitańskiej

Zaalarmowane córki dały nam znać, że jakiś facet zadzwonił do nich z numeru Podziomka twierdząc, że znalazł jej telefon komórkowy. Byliśmy już w okolicy cerkwi Aleksandra Newskiego, jakieś 10 minut od Belwederu na Pfingstbergu. Musieliśmy wrócić pod górkę, wzdłuż ogrodzenia cmentarza żydowskiego, ale dzięki szybkiej reakcji pracownika kasy, nie tylko odzyskaliśmy niezbędny w dzisiejszych czasach sprzęt, ale i wysłuchaliśmy fragmentu koncertu klezmerskiego trio. Pozostawieniu telefonu na ławce sprzyjały okoliczności. Wyniosły czworobok ceglanych ścian oporowych, poprzecinany łukowato sklepionymi niszami i porośnięty winobluszczem, otacza kwadratową sadzawkę, w której ciemnej toni odbijają się szczegóły niezwykłej architektonicznej zachcianki króla Fryderyka Wilhelma IV. Górą dziedziniec otaczają zadaszone kolumnady, mające na dwóch narożnikach niewielkie pomieszczenia. Jedno z nich, zdobione fantazyjnymi mozaikami, jest obecnie popularnym miejscem ceremonii ślubnych. Hohenzollernowie zaś przybywali tu dla podziwiania widoków i na herbaciane podwieczorki. Wprawdzie w owym czasie normą było ukrywanie funkcji użytkowych w atrakcyjnej, a zwodniczej formie architektonicznej, ale pomysłodawca nie kazałby wznieść tak okazałego kompleksu tylko po to, by ukryć w nim herbaciarnię. W planach miał budowę całej kaskady, po której wody spływały by ku kryjącym kolejne królewsko-cesarskie rezydencje Nowym Ogrodom. Czyli Belweder miał, przypuszczalnie, pełnić funkcję wieży ciśnień. Drzewa na stokach wzgórza rozrosły się jednak z latami tak, iż poza okresem zimowym, widoki są bardzo fragmentaryczne, ale dzięki temu wrażenia osób docierających do kompleksu wzmocnione są o efekt zaskoczenia. Jest to po prostu budowla klasy: Wow!

Belweder, czyli herbaciarnia ukryta w wieży ciśnień

Na pytanie, jak wygląda park Sanssouci, Podziomek rzuciła w słuchawkę: “Jak Łazienki, tylko bardziej!”. Nie chodzi tu wyłącznie o powierzchnię (500 vs. 76 ha), ale o nagromadzenie zabytków i pamiątek historii. Cóż, możliwości króla pruskiego w XVIII wieku znacząco przekraczały te, którymi dysponował jego polski odpowiednik. W Polsce Fryderyk Wielki kojarzy się głównie z armią i rozbiorami, tymczasem w Niemczech – kładzie się nacisk na walory reformatora państwa i króla filozofa. Nie przypadkiem w naszym hotelu na wodzie wisiała rycina przedstawiająca “Starego Fryca” grającego w pałacowej komnacie na flecie i mającego za słuchaczy swoje ulubione psy wylegujące się na fotelach. Odzwierciedla ona ambicje władcy, który miał się za znawcę i wyrocznię w dziedzinie kultury. To on zapoczątkował planowanie założenia parkowo-pałacowego w Poczdamie. Narzucał przy tym architektom własne rozwiązania, a w razie różnicy zdań potrafił wtrącić oponenta do karceru. Jego następcy nie chcieli być gorsi, nie tyle w traktowaniu architektów, ile w zakładaniu kolejnych otoczonych zielenią rezydencji. A że nawet największy pałac nie był traktowany jako założenie wielopokoleniowe, kolejne dzieci i ich małżonkowie budowali dla siebie nowe siedziby. Aż strach pomyśleć, ile mieliby pałaców, gdyby Niemcy nadal były monarchią. 

Mapa pokazująca posiadłości królewsko-cesarskie na tle Poczdamu. Przy okazji uzmysławia jaką część miasta zajmują wody. Fot. Tschubby, lic. CC BY-SA 3.0

Dzięki znacznej powierzchni ogrodów Sanssouci spacerowicze nie mają odczucia przeciskania się w tłumie. Chyba, że zdecydują się na wykupienie biletów i zwiedzanie wnętrz, chociaż i w tym przypadku dzienna liczebność gości jest odgórnie ograniczana. W każdym razie, okolice tutejszego Belwederu, czy Bażanciarni można uznać za wręcz odludne, a że ogrody wokół nich planowano w stylu angielskim, dzisiaj ma się wrażenie przebywania w brandenburskich lasach, a nie w centrum landowej stolicy. Ze spaceru, oprócz opalenizny, wynieśliśmy spostrzeżenie, że drzewka figowe rosnące na tarasach pod tytułowym pałacem, chronione są przed kaprysami klimatu przez umieszczenie w wyeksponowanych ku południowi wnękach muru oporowego, z których każda ma możliwość odcięcia od zewnętrznego świata przez zatrzaśnięcie przeszklonych odrzwi. Nowy Pałac, rzeczywista siedziba władców i miejsce sprawowania władzy przez królów pruskich i cesarzy Niemiec jest, w moim odczuciu, mniej ciekawy od równoległych budynków gospodarczych, zwanych Communs. Wprawdzie kryły one kuchnie, magazyny i mieszkania służby pałacowej, ale dla architektów ich rola polegała na efektownym zamknięciu dziedzińca paradnego rezydencji. Stąd zaprojektowali na przykład przykuwającą wzrok kolumnadę łączącą oba skrzydła budynku. Użytkownicy pałacu zyskali więc ciekawy widok ze swoich okien, a jego obsługa i tak miała za mało czasu na kontemplowanie długiej i nieco monotonnej fasady siedziby swego chlebodawcy. Dzisiaj, w budynku znalazł swoją siedzibę Uniwersytet Poczdamski. Nie jest on notowany w pięćdziesiątce najlepszych niemieckich uniwersytetów, ale w rankingu na atrakcyjność architektoniczną siedziby nie miałby kłopotu, by ulokować się w czołówce. Nie wielkością, ale wysmakowaniem neoklasycznej architektury oraz otaczającymi ogrodami, zauroczył nas pałac Charlottenhof. Zamieszkiwał w nim następca tronu – Fryderyk Wilhelm, później znany jako czwarty król pruski tychże imion. Za czasów jego panowania (lata 40-te i 50-te XIX w.) wzniesiono w Poczdamie i Berlinie wiele ciekawych budowli, a z jego osobistej inicjatywy zakończono budowę katedry kolońskiej. Co ciekawe, nazwa noworzymskiej willi nie upamiętnia żadnej koronowanej małżonki, czy córki, lecz Marię Charlottę von Gentzkow – właścicielkę dóbr zakupionych jako prezent bożonarodzeniowy od króla dla księcia i jego małżonki. 

Pałac Sanssouci od strony Wielkiej Fontanny. Imponujące tarasy porośnięte winoroślą i drzewkami figowymi

Oranżeria

Boczna, ale bardziej ciekawa fasada Nowego Pałacu

Charlottenhof, czyli wariacja na temat rzymskiej willi

Paradna, choć mniej fotografowana, fasada pałacu Sanssouci

Kolejny Belweder

Uniwersytet Poczdamski, czyli dawne budynki gospodarcze pałacu

Ogrody pałacu Charlottenhof

Ogród angielski pod Belwederem

Malowniczo położony między jeziorami Heiligersee i Jungfrausee park Nowe Ogrody skrywa dwa pałace: Marmurowy i Cecilienhof. Ten pierwszy zbudowano z inicjatywy następcy Fryderyka Wielkiego – króla Fryderyka Wilhelma II. Władca był członkiem kilku lóż masońskich, a jego wolnomularska skłonność do tajemniczych rozwiązań znalazła odzwierciedlenie w architekturze pomniejszych budynków użytkowych. I tak piramida skrywała dworską chłodnię, świątynia rzymska – kuchnię, domek gotycki – królewską bibliotekę, a za egipska fasadą hodowano rośliny ciepłolubne. Stojąc na tarasie od strony jeziora i podziwiając odbicie w wodzie subtelnych detali architektury pałacu trudno zrozumieć, co przyświecało decydentom z czasów NRD, którzy umieścili tu muzeum sprzętu wojskowego używanego przez stojącą na straży pokoju Narodową Armię Ludową. Drugi z pałaców – Cecilienhof mógł być znany wyłącznie z tego, że był chronologicznie ostatnim zbudowanym przez Hohenzollernów, gdyby nie fakt, że radzieccy zdobywcy dostrzegli w nim potencjał do przeprowadzenia pod jego dachem konferencji mającej zdecydować o losie pokonanej III Rzeszy w 1945 roku. Odbyło się tu więc rytualne malowanie trawy na zielono, ale też dokonano nasadzeń na, istniejącej do dzisiaj, rabacie w kształcie i kolorze czerwonej gwiazdy oraz zwieziono meble z innych pałaców w Poczdamie. No, a potem podzielono Niemcy na strefy okupacyjne, z których jedną, całkiem nieformalnie i bezterminowo, obdarowano Polskę. W nie odwiedzonych przez nas wnętrzach znajduje się akcent związany z naszym krajem. Reprezentacyjne schody z części oficjalnej do prywatnej pałacu, były podarunkiem dla następcy tronu od miasta Gdańska. Dlaczego właśnie Gdańska? Ano, następca tronu był tytularnym dowódcą tamtejszej jednostki kawalerii, tzw. huzarów śmierci, o czym pisałem w jednym z wcześniejszych wpisów. Chichotem historii jest, że w obiekcie wzniesionym dla miłośnika angielskiej architektury epoki Tudorów, dwóch Anglosasów i jeden komunista pochowali ostatecznie niemieckie marzenia o panowaniu nad światem. 

Domek Gotycki (biblioteka) i Pałac Marmurowy ulokowane są nad samym brzegiem jeziora

Egipska fasada Oranżerii

Piramida skrywała pałacową chłodnię

Meierei, czyli od mleczarni przez stację pomp do mini browaru i pubu

Pałac Marmurowy od strony gdzie za NRD eksponowano wyposażenie wojskowe

Pałac Cecilienhof, dziedziniec z kwietną gwiazdą. Fot. Sveter, lic. CC BY-SA 2.5

Pałac Cecilienhof od strony jeziora

I od strony parku

Schody – podarunek od miasta Gdańska (ówcześnie Danzig), fot. A. Lange, źródło: spsg.de/schloesser-gaerten/ objekt/schloss-cecilienhof

Poczdam, to nie tylko królewsko-cesarskie pałace. To bardzo przyjemne i harmonijnie zabudowane miasto, gdzie co zamożniejsi mieszkańcy w swoich willach na Berliner Vorstadt mogą się cieszyć widokiem na monarchiczne założenia pałacowo-parkowe. To miasto, gdzie trzy bramy miejskie nie służyły nigdy jego obronie, lecz wedle miejscowej anegdoty miały wyłącznie umożliwiać kontrolę żołnierzy lokalnego garnizonu i odstraszać ich od pokusy dezercji. To, oczywiście, jest miejska legenda. Miasta powstałe w okresie baroku, np. mój rodzinny Białystok, nie były otoczone murami, a w bramach zazwyczaj pobierano opłatę targową od przybywających tu kupców. Oświeceni władcy sprowadzali kolonistów z różnych części Europy, czego śladami w Poczdamie są: kwartał holenderski, którego zabudowa całkiem udanie imituje architekturę Niderlandów; dzielnica tkaczy czeskich, znana zresztą do 1934 roku, jako Nova Ves oraz Alexandrovka, czyli potiomkinowska wioska z zatopionymi w zieleni ogrodów drewnianymi domami, zbudowana dla muzyków, których car Aleksander II podesłał, ku umileniu wolnych chwil, swojemu pruskiemu kuzynowi. Jest tu gdzie przysiąść na kawę i lody – tu polecają się okolice Luisenplatz – jak i zrobić zakupy na Brandenburger Str. My na obiad wybraliśmy pobliską restaurację w dawnych stajniach ułanów ze straży pałacowej. Karmią tam bez polotu, ale porcje są solidne, a ja, jako miłośnik jeździectwa, mam słabość do postajennych wnętrz. Restauracja w pobliżu nowej siedziby teatru, ze względu na kształt dachu, porównywanego do gmachu opery w Sydney, to już zupełnie inna liga. Z ponad stołu zastawionego wyrafinowanymi propozycjami szefa kuchni, można podziwiać ruch jednostek żeglujących po jeziorze, a samemu być obserwowanym przez mewy, a nawet czaple siwe przysiadające na sterczących z wody palach.

Zabudowa willowa Berliner Vorstadt

Podwórko w kwartale holenderskim

Brandenburger Str. z kościołem katolickim w tle

Odbudowany Pałac Miejski

Ewangelicki kościół św. Mikołaja

Zabudowa willowa Berliner Vorstadt

Zupełnie jak w Niderlandach

Brama Brandenburska w Poczdamie jest starsza od berlińskiej imienniczki

Friedrich Ebert Str. z Nową Bramą w tle

XII-wieczna mozaika z kościoła w Murano trafiła do kościoła Pokoju na skraju Parku Sanssouci


Nasz boathotel miał jedną wadę – był na stałe zacumowany do nabrzeża. Chcąc temu zaradzić, wybraliśmy się na półtoragodzinną wycieczkę statkiem, w trakcie której mogliśmy z jeziorowo-rzecznej perspektywy poznać zabytki miasta, do których nie dotarliśmy na piechotę. W ten sposób zobaczyliśmy pałac w Babelsbergu i kościół Zbawiciela w Sacrow, kasyno w Parku Glienicke oraz wiodący do tej dzielnicy słynny most szpiegów. Co prawda, właśnie na czas tej wycieczki niebo zasnuło się chmurami, ale brak słońca rekompensowały nam jaskrawo kwieciste stroje grupy Koreanek, które na statku celebrowały jakąś grupową uroczystość. Początek i koniec tej wycieczki wypadał na przystani przy Lange Brücke. Ta okolica była najmocniej zniszczona podczas nalotów i szturmu na miasto w 1945 roku. Niemcy, zarówno wschodni jak i zachodni, nie mieli zaraz po wojnie tak nabożnego stosunku do odbudowy zabytków, jak Polacy. Tak więc rekonstrukcję rozpoczęto dopiero 20 lat po wojnie, starannie przy tym pomijając obiekty kojarzone z pruskim dziedzictwem. W ten sposób rozebrano pozostałości najstarszego, bo pochodzącego z końca XVII wieku, Pałacu Miejskiego, na którego miejscu planowano budowę teatru. Zjednoczenie Niemiec przyniosło nowe podejście do kwestii rekonstrukcji zabytków. Odbudowano pomniejsze obiekty w kompleksach pałacowo-parkowych; w odtworzonym Pałacu Miejskim ulokowano Landtag Brandenburgii, a obecnie na ukończeniu jest odbudowa kościoła garnizonowego. Towarzyszyły temu dyskusje równie burzliwe, jak w przypadku warszawskiego Pałacu Saskiego. Gdy jednak budowa dobiegła końca, budynki wpisały w się w miejski krajobraz, a ulokowane w nich instytucje rozpoczęły funkcjonowanie, emocje opadły i dostrzeżono w nich urbanistyczną korzyść. Jeśli mogło się tak zdarzyć w Poczdamie, to może i w Warszawie. Czego doczekania sobie i wszystkim życzę.

Pałac Babelsberg

Kościół Zbawiciela w Sacrow

Kasyno w Parku Glienicke

Kongsnæs – Cesarska Stacja Żeglarska zarówno nazwą jak i architekturą nawiązuje do wzorców norweskich

Kategorie
Niemcy Polska

Po wschodnich kresach Saksonii, czyli co widać zza Nysy Łużyckiej

W 2011 roku Grupa Wydawnicza Rewasz wydała książkę pt. „Zachodnie Kresy Rzeczpospolitej” autorstwa Bogusława Wojciecha Różyckiego z podtytułem „Nie tylko przewodnik”. Autor idąc w ślady wcześniejszego nie tylko przewodnika Grzegorza Rąkowskiego pod nazwą „Polska egzotyczna – opowieść o wędrówce wzdłuż wschodnich granic Polski” opisał bardzo ciekawie, nie stroniąc od osobistych komentarzy, wrażenia z trasy wiodącej wzdłuż granicy Polski z Niemcami. Byliśmy już w Unii Europejskiej i strefie Schengen więc przekroczenie granicy i opisanie atrakcji będących bez mała na wyciągnięcie ręki, wydawało się naturalne. Tymczasem autor odwiedził i opisał zespół pałacowy w Bad Muskau, wymienił i zachęcił do zwiedzania historycznych świątyń we Frankfurcie nad Odrą, ale w przypadku Goerlitz ograniczył się do zauważenia wspaniałej panoramy miasta ze wschodniego brzegu Nysy Łużyckiej, zwieńczonej wyniosłymi wieżami kościoła św. Piotra i Pawła.

Ponad 10 lat temu wizytowałem szkołę w Hołowecku, w ukraińskim rejonie starosamborskim, gdzie wespół z Fundacją UPS realizowaliśmy projekt rozwojowy. Dyrektor szkoły zaprosił nas na poczęstunek do swego domu w położonej w górę doliny wsi Babyno. Przy okazji podwiózł nas do historycznej drewnianej cerkwi pod wezwaniem Wniebowstąpienia Pańskiego. Z dziedzińca cerkiewnego ciągnął się widok w górę doliny Mszańca, przeciętej na skutek arbitralnej decyzji Stalina z 1951 roku, granicą polsko-ukraińską (USRR). Najwyższe szczyty na horyzoncie leżały już na terytorium Polski. Moja towarzyszka, Kanadyjka ukraińskiego pochodzenia, zapytała, jak się czuję widząc ojczyste góry. Nie była do końca zadowolona z odpowiedzi, że czuję się tak samo po jednej, jak i drugiej stronie granicy. Ale cóż można odpowiedzieć na takie pytanie? W sensie dosłownym nie były to góry ojczyste, bo nie w nich się urodziłem. Znałem je jednak dobrze jako turysta. Z perspektywy historycznej, ziemie te przez większość ostatniego tysiąclecia nie były podzielone granicą, a zamieszkująca je ludność była podobnego pochodzenia i w podobny sposób zarabiała na życie. Co musiało znaleźć odbicie w wyglądzie wsi, ale też miejscowych lasów i pól.

Jednak przyznam, że zawsze mnie kusi, by w znane już miejsca dotrzeć inną drogą. Dotyczy to zwłaszcza miejsc przygranicznych i położonych na samej granicy. Ta ciekawość, jak wygląda świat widziany od drugiej strony, korzeniami sięga czasów środkowego PRL-u, kiedy to kartografowie często przedstawiali tereny poza granicami Polski jako białą kartę. Tymczasem każdy, kto dotarł do granicznych atrakcji, mógł zobaczyć, że świat ciągnie się dalej i wydaje się nie mniej ciekawy. Pamiętam podekscytowanie, które ogarnęło mnie, gdy na główny, znany mi z wcześniejszych wypraw, grzbiet Karkonoszy, dotarłem wędrując doliną Górnej Łaby i potem połogą równiną rozciągającą się wokół hotelu Labska Bouda. Niezapomnianym wrażeniem było też dostrzeżenie pierwszego skrawka Polski podczas powrotu z wyprawy antarktycznej, a było to, odwiedzone raptem 2 lata wcześniej, święte wzgórze Słowińców – Rowokół koło Smołdzina. Dlatego podczas ostatniego pobytu na polskich Łużycach, od początku planowałem wycieczki na niemiecką stronę Nysy Łużyckiej. Od najbliższego mostu przez rzekę nasz pensjonat w Grabiszycach Górnych dzieliło ledwie nieco ponad 20 kilometrów.

Do Zgorzelca/Goerlitz było trochę dalej, ale wizytę w podzielonym granicą mieście mieliśmy zapisaną w kategorii “obowiązkowo”. Nie odstraszyły nas więc wyjątkowo dziurawe drogi w okolicach Sulikowa. Co ciekawe, slalomy między dziurami zmuszeni byliśmy wykonywać na drogach mających status wojewódzki. To prawdziwe przekleństwo – cieszyć się bogactwem infrastruktury! Wszak potem trzeba ponosić koszty jej utrzymywania!

Goerlitz zostało założone i przez wieki rozwijało się głównie po zachodniej stronie Nysy. Przez most Staromiejski wiodły drogi na wschód do Wrocławia i południowy-wschód do Pragi. Wzdłuż nich rozwinęło się Przedmieście Wschodnie (Ostvorstadt), zwane w Polsce Nyskim. Na miedziorycie z 1650 roku, autorstwa Matthäusa Meriana, całe przedmieście to raptem zespół młyński przy moście oraz budynki wzdłuż ww. dróg. Co ciekawe, tak jak obecnie, na współczesnej ulicy Daszyńskiego (Prager Strasse) domy stały tylko w jednym rzędzie. Przypuszczalnie ze względu na stosunkową stromość zboczy doliny rzecznej, droga flankowana dwoma rzędami zabudowy po prostu się tam nie mieściła. Sytuacja zmieniła się w dopiero po zjednoczeniu Niemiec, kiedy postanowiono skrócić i uprościć drogę do Czech przez budowę w roku 1875 Mostu Libereckiego (Reichenberger Brücke). Kolejny, potężny impuls rozwojowy ta część miasta otrzymała na przełomie wieków, kiedy zbudowano monumentalną Górnołużycką Halę Chwały (obecnie Miejski Dom Kultury) oraz poprowadzono przez most linię tramwajową do dzielnicy Ujazd (Moys). W okolicy pobudowano wielkomiejskie kamienice w stylu wilhelmińskim oraz pałacyki miejskie dla zamożniejszych mieszkańców. Polska odziedziczyła więc w 1945 roku część miasta, która składała się z wąskiego paska historycznej, mocno zdekapitalizowanej, zabudowy naprzeciwko Starego Miasta oraz całkiem reprezentacyjne i rozległe przedmieście, ciągnące się ku południowemu-wschodowi. Miasto nie było zniszczone, nie licząc uszkodzeń spowodowanych działalnością saperów niemieckich, którzy 7 maja 1945 roku wysadzili wszystkie mosty przez Nysę. Osłabiło to konstrukcję okolicznych domów i pozbawiło je okien oraz części dachów. W konsekwencji, Zgorzelec za PRL-u rozwijał się ku północy, czego rezultatem jest widok ze strony niemieckiej na całkiem nieinspirujące blokowiska tej części miasta.

Goerlitz w 1650 roku, miedzioryt Matthäusa Meriana, źródło: Wikipedia

Tu mieszkały elity społeczne miasta

Wielkomiejska część Zgorzelca

Górnołużycka Hala Chwały, czyli najwspanialszy dom kultury w Polsce

Ze względu na podróżowanie z Harrym, większość odwiedzanych przez nas miast oceniamy z perspektywy psa. Dlatego w Zgorzelcu, oprócz tradycyjnego spaceru wzdłuż Nysy z widokiem na Goerlitz oraz penetrowania parkowego otoczenia Domu Kultury, poznaliśmy również Park Paderewskiego. Jest to ciekawe założenie, odpowiadające dzisiejszym parkom linearnym. Długi na ponad 850 metrów pas zieleni, ma szerokość od 18 do 35 metrów. Od strony ulicy Kościuszki wchodzi się doń pomiędzy dwoma parterowymi pawilonami. Od wschodu, w pobliżu szkieletu konstrukcji stacji Zgorzelec Miasto, park zamyka płaski kopiec o średnicy 120 metrów. Cały kompleks powstał w latach 1929-31, za nadburmistrza Georga Wiessnera i przed wojną nosił jego imię. Wytyczone równocześnie ulice prostopadłe do osi parku, do roku 1939 zapełniły się willami i niewielkimi kamieniczkami. W latach 60-tych i 70-tych XX w. we wschodnią część parku wcięło się osiedle niedużych bloków, przez co jest on w tej części węższy, niż w okolicach o dominacji przedwojennej zabudowy. 

Pomnik ku czci internowanych żołnierzy grackich

Zabudowa w okolicy Parku Paderewskiego

Park Paderewskiego w całej szerokości

W każdym razie, zgorzelczanie masowo odwiedzają ten park z psami. Harry miał więc towarzystwo oraz doczekał się słów uznania ze strony miejscowych psiarzy. U zachodniego wyjścia z parku wznosi się monument upamiętniający fakt stacjonowania w pobliżu, podczas I Wojny Światowej, kilku tysięcy internowanych żołnierzy greckich. Co ciekawe, Grecja przyłączyła się do wojny po stronie Entanty, ale żołnierzy nie potraktowano jak jeńców. Ich dowódca, pułkownik Jannis Chatzopulous, przekonał Niemców, że jego żołnierze mogą przy zmianie politycznych wiatrów przejść na stronę Państw Centralnych. Nie wiadomo, czy był germanofilem, czy też Niemców zwodził, ale jego decyzja pozwoliła przetrwać bezpiecznie wojnę wielu jego podkomendnym. Zdziesiątkowała ich dopiero, już po zawieszeniu broni w 1918 roku, epidemia grypy hiszpanki. Groby kilkunastu z nich, w tym dowódcy, są zachowane na cmentarzu w niemieckiej części miasta.  

Zanim tam się udaliśmy, zahaczyliśmy o willową dzielnicę na wzgórzu zwieńczonym nowoczesną w formie wieżą ciśnień (ul. Górna). Obiekt jest wprawdzie zamknięty dla turystów, ale okoliczne wille są malownicze, a w perspektywie niektórych ulic, np. Pięknej, jawią się oryginalne, acz wycinkowe panoramy Goerlitz.

Wieża ciśnień w Zgorzelcu

Widok na Goerlitz z perspektywy ul. Pięknej

Okoliczna zabudowa willowa

Do opisania Goerlitz użyto wielu sformułowań. Najbardziej na wschód wysunięte miasto Niemiec, jedyne tej wielkości nie zniszczone podczas II Wojny Światowej, położone na 15 południku, przez co czas zegarowy i słoneczny są takie same, posiadające 4000 obiektów zabytkowych, reprezentujących style architektoniczne od romańskiego do współczesnych, miasto ulubione przez filmowców i zwane przez nich Goerliwood. Ja dodałbym określenie – miasto, w którym tramwajem dojedziesz do podnóża wygasłego wulkanu. Wyspowo usytuowane wzgórze Landeskrone wznosi się na wysokość 420 m npm. Od krańcówki tramwaju pokonać trzeba około kilometra drogi i 160 metrów przewyższenia. Początkowo trasa wiedzie przez dostatnie uliczki dzielnicy Biesnitz, gdzie nie brakuje pensjonatów, restauracji i – niespodzianka – obiektów o funkcji opiekuńczej. Później, przez mieszany las, do ¾ wysokości wzgórza, wiodą szerokie i oświetlone schody. Ostatni odcinek jest najstromszy, przeto pokonuje się go asfaltową drogą okrężną, z której miejscami otwierają się widoki na przekształcone w pokaźne jezioro Berzdorfer See wyrobisko odkrywkowej kopalni węgla brunatnego oraz bliższe i dalsze wzgórza Pogórza Łużyckiego. Na szczycie znajduje się hotel z restauracją, których działalność została zawieszona z początkiem tego roku oraz wieża Bismarcka, również zamknięta na cztery spusty. Widok w kierunku miasta można więc sobie tylko wyobrazić. Walory obronne wzgórza doceniono już w epoce brązu, potem był tu gród słowiański oraz zamek rycerski zburzony wkrótce po przejściu na własność miasta Goerlitz, w 1440 roku. Od końca XVIII wieku było to już miejsce spacerów mieszczan zgorzeleckich, pomału obrastające w infrastrukturę typowo turystyczną. Nawet turyści nie wytykający nosa poza centrum miasta spotykają się z nazwą Landeskrone. Pod tą marką bowiem miejscowy browar sprzedaje piwo.

Zbliżamy się do Landeskrone

Część szczytowa Landeskrone

Wieża Bismarcka na Landeskrone

Zabudowania u podnóża wzgórza

Widok na Pogórze Łużyckie

Schody prowadzące do miasta

Zasobne dzielnice u podnóża Landeskrone

Ilość i rozmaitość zabytków Goerlitz powoduje, że zwiedzanie go przypomina wizytę w słynnych galeriach sztuki. Pojawia się dylemat: przebiec przez wszystkie ulice/sale, czy też skupić się na wybranych? A jeśli tak, to według jakiego klucza dokonać wyboru? Trzeba być jednak świadomym, że niewiele brakowało, by Goerlitz nie wyglądało tak, jak dzisiaj. Włodarze NRD, podobnie do innych przywódców tzw. obozu demokracji ludowych, wyznawali zasadę, że dobra materialne należy użytkować tak długo, jak się da, a następnie można je porzucić. Okres przydatności do użycia wielu obiektów średniowiecznego miasta nad Nysą, po 40 latach takiego gospodarowania, dobiegał już końca. Pojawiły się pomysły masowych wyburzeń i skupienia wysiłków konserwatorskich na kilkunastu najcenniejszych obiektach. Nawet jednak takie rozwiązanie wymagało nakładów, a te były wszak potrzebne gdzie indziej. Żadna decyzja więc nie zapadła, system runął pod ciężarem własnej nieudolności i nastąpiło zjednoczenie Niemiec. Wkrótce potem popłynęła rzeka funduszy na rewitalizację, a dodatkowo – anonimowy darczyńca przez 10 lat rokrocznie na odnowę zabytków miasta łożył mniej więcej jeden milion Euro (przy okazji, ta kwota jest imponująca, jak na pojedynczego dobroczyńcę, ale daleko niewystarczająca na przedsięwzięcie tej skali).

W każdym razie, spacer po mieście obfituje w widoki wywołujące „ochy” i „achy”. W mojej ocenie swoistą magią emanują: romański portal kościoła św. Piotra i Pawła, wąziutka uliczka Verratergasse, spięta nad wlotem w Langestrasse dwoma kamiennymi łukami, czy trójkątny placyk u zbiegu Berliner- z Salomonstrasse, zdobny współczesną fontanną i zamknięty przeszklonym pawilonem Cafe Central. Dom Towarowy na Marienplatz został odkryty przez ekipę filmową Wesa Andersona i użyty, jako miejsce zdjęć do filmu “Grand Budapest Hotel”. Od tego czasu zyskał promocyjną nazwę „Najpiękniejszy dom handlowy Niemiec” co jest niewątpliwym nadużyciem zważywszy, że już w momencie budowy, w 1912 roku, jego architekci nie ukrywali, że biorą za wzór berliński dom handlowy Wartheima. Obecnie znajduje się on w posiadaniu prywatnego właściciela, który na efektownej stronie www przedstawia świetlane perspektywy rozbudowy i powrotu do funkcji handlowych. Póki co, za jego drzwi nie zajrzymy, chyba że planujemy nakręcić spot reklamowy lub teledysk, co właściciel zdaje się akceptować, jako tymczasową formę działalności. Tymczasem, kilkaset metrów dalej znajduje się pięknie odrestaurowany, secesyjny Pasaż Strassbourga. Nazwę przyjął, nie od stolicy Alzacji, lecz od nazwiska kupca tekstylnego, Otto Strassbourga, którego interes rozwijał się tak burzliwie, że pozwalał wykupić budynki w sąsiedztwie macierzystego sklepu na Berlinerstrasse, a w końcu także hotel na równoległej Jacobstrasse. Po przebudowie, połączono je w 1908 roku długą na 115 metrów przeszkloną alejką, wzdłuż której ulokowały się sklepy, restauracje, a w początkowym okresie nawet i kino. Dzisiaj, po renowacji, obiekt pełni funkcje handlowe i kulturalne. Pulsuje w nim życie, przeciwnie, niż u pretendenta do tytułu najpiękniejszego domu handlowego Niemiec.

Romański portal kościoła św. Piotra i Pawła w Goerlitz

Górny Rynek z kościołem św. Trójcy

„Najpiękniejszy” dom handlowy w Niemczech

Panieńska albo Gruba Wieża od strony Diabelskiej Studni

Wnętrze Pasażu Strassbourga

Kolumny przy budynku wagi miejskiej zwieńczone są podobiznami XVI wiecznych zgorzelczan, ale tylko 4 nie są postaciami fikcyjnymi

Wylot Verratergasse w Langestrasse

Wejście do Pasażu Strassbourga od strony Berli8nerstrasse

Bogato zdobiony portal na Berlinerstrasse

Placyk przed Cafe Central

Wśród budowli sakralnych miasta godne miejsce znalazła Nowa Synagoga. Oddana do użytku w 1911 roku, wzniesiona w stylu modernizmu, była wyrazem mocy i ambicji członków społeczności żydowskiej, którzy choć stanowili mniej, niż 1% mieszkańców miasta, to jednak należeli do jego elity finansowej i społecznej. Budynek przetrwał próbę podpalenia przez nazistowskie bojówki w 1938 roku, gdyż w przeciwieństwie do innych miast niemieckich, miejscowa straż pożarna zrobiła, co do niej należało. W 1963 roku gmina żydowska z Drezna (w Goerlitz po wojnie instytucjonalne życie żydowskie już się nie odrodziło) odstąpiła opuszczony obiekt miastu. W ostatniej dekadzie synagoga przeszła pełną rewitalizację, zwieńczoną w 2022 roku zamocowaniem Gwiazdy Dawida na kopule. W synagodze działa Forum Kultury, organizujące wystawy i spotkania z twórcami zajmującymi się głównie, lecz nie wyłącznie, problematyką żydowską. Udostępnia też salę modlitw społeczności żydowskiej. Skromne rozmiary Starej Synagogi na Langestrasse pokazują, jak różna była pozycja gminy żydowskiej w roku 1853, gdy powstawała. Jednocześnie, jej architektura jest, przynajmniej dla obserwatora z Polski, bardziej stereotypowo synagogalna. Po przenosinach dotychczasowych gospodarzy do Nowej Synagogi, budynek był wykorzystywany jako magazyn i sala prób, przez miejscowy teatr. Dlatego niezagrożony przetrwał rządy Hitlera i spółki. Jest to obecnie obiekt prywatny, odrestaurowany i służący, o dziwo!, także potrzebom kultury, jako tzw. Dom Literatury. No, ale mówimy o kraju, gdzie ludzie chcą uczestniczyć w odpłatnych spotkaniach z pisarzami.

Nowa Synagoga

Stara Synagoga w Goerlitz

Klasztor cystersek w Marienthal koło Ostritz jest położony nad samą Nysą. Jej dolina jest w tym miejscu dosyć głęboka, co skutkuje możliwością przeoczenia zjazdu na klasztorny parking z szosy Goerlitz – Zittau. Z zachodniego brzegu Nysy Polska jawi się jako kraj bez mała nieskażonej natury, a przecież naprzeciwko klasztoru mamy Worek Turoszowski, który – poza wąskim pasmem wzdłuż rzeki – składa się z gigantycznego wyrobiska kopalni węgla brunatnego Turów. Marienthal jest najstarszym, działającym nieprzerwanie od roku 1234, klasztorem żeńskim Niemiec. Ze względu na położenie, zespół zabudowań jest narażony na zniszczenie przez powodzie. Ostatni raz Nysa wyszła z brzegów w roku 2010 i w wielu miejscach widać znaczniki pokazujące, że woda w budynkach stała „na chłopa”. Historia wspólnoty zakonnej w tym miejscu jest pełna paradoksów. Cesarskie, katolickie Czechy przekazały, za wojenne długi, Górne Łużyce protestanckiej Saksonii w roku 1635, zastrzegłszy jednak w akcie przekazania prawo do istnienia i funkcjonowania katolickich wspólnot monastycznych, w tym w Marienthal. Katolickie zakonnice miały więc protestanckich patronów i kolatorów, same posiadając wsie zamieszkane przez wiernych tego wyzwania. Realizując swoje prawa właścicielskie, cysterki musiały np. wybierać pastorów dla kościołów luterańskich w tych miejscowościach. Z kolei zmiany granic po 1945 skutkowały pozbawieniem klasztoru około połowy jego posiadłości ziemskich. Wczesne NRD wypłacało kompensacje swoim obywatelom, za mienie utracone na wschodzie. Jednocześnie, ochoczo i konsekwentnie, nacjonalizowało wielką własność ziemską. Ważąc zyski i straty tych operacji, wschodnioniemieccy komuniści zdecydowali, że odszkodowania mniszkom nie zapłacą, zostawiając w zamian klasztorowi jego ziemie (głównie lasy).

Odbudowany po powodziowych zniszczeniach klasztor tworzy bardzo spójny zespół w stylu barokowym. Nie zwiedzimy tam jednak wielu wnętrz. Klasztor wraz ze zwieńczoną zieloną kopułą kaplicą są wyłączone ze zwiedzania ze względu na regułę zakonną. Kościół przyklasztorny ma wyposażenie neogotyckie i prócz ciekawych polichromii oraz faktu, że ma wysunięty do 1/3 długości nawy balkon chóru (liczba sióstr musiała być niegdyś większa, niż obecne – 10) nie jest najciekawszy. Większość zabudowań służy potrzebom noclegowo-konferencyjnym prowadzonego tu Międzynarodowego Centrum Spotkań. Wyjątkowo obszerny sklep klasztorny oferuje mnóstwo pamiątek, książek i produktów spożywczych, w tym wysokoprocentowych, firmowanych przez klasztor. Polecam wspięcie się na Weinberg – wzgórze ze stacjami drogi krzyżowej. Znajdująca się pod Golgotą ławeczka, to prawdziwe centrum mocy i harmonii. Z drogi poniżej szczytu jest też najlepszy widok na cały klasztor i najbardziej na wschód wysuniętą winnicę Niemiec.

Marienthal – Droga Krzyżowa na Winnej Górze

Wśród klasztornych zabudowań

Jeden z ołtarzy bocznych wraz z relikwiarzami w kościele klasztornym

Dom przysłupowy w osadzie przyklasztornej

Marienthal – widok na zespół klasztorny sponad najbardziej wysuniętej na wschód winnicy Niemiec

Opiekunka klasztoru

Klasztorne dachy

Idylliczny widok na Polskę ponad kompleksem klasztornym

Na głównej uliczce osady przyklasztornej

Pobliskie miasteczko Ostritz zostało wybrane w 2018 roku przez neofaszystów, jako godne goszczenia imprezy pod hasłem Tarcza i Miecz, w terminie, całkiem przypadkowo, przypadającym w dniu urodzin Hitlera. Imprezy nie udało się zablokować, niezadowolonym z takiej promocji mieszkańcom pozostało jedynie zorganizować w kontrze Festiwal Pokoju. W następnym roku naziole postanowili powtórzyć wydarzenie. By choć trochę uprzykrzyć im życie, miejscowe władze uzyskały sądowy zakaz sprzedaży i publicznej konsumpcji piwa w terminie wydarzenia. Skutkowało to policyjnymi konfiskatami zasobów złocistego trunku, przywiezionych przez uczestników. I tu dochodzimy do najbardziej rozczulającej części tej historii. Mieszkańcy Ostritz nie chcąc psuć interesów lokalnym sklepikarzom, skrzyknęli się i wykupili cały zapas piwa zgromadzony w miejscowości. Pewnie kilka solidnych imprez przy grillu zostało później podlanych tymi zapasami.

W miejscu, gdzie Nysa Łużycka przybiera kierunek południkowy, równocześnie poczynając pełnić rolę granicy polsko-niemieckiej, zaczyna się biegnące ku zachodowi pasmo Gór Żytawskich (Zittauer Gebirge). Dla osób z mojego pokolenia, przywykłych do informacji, że Sudety kończą się na zachodzie obniżeniem Bramy Łużyckiej, ciągle zaskakujący jest fakt, że obecnie geografowie określają to pasmo, jako najbardziej zachodnią część Sudetów. W każdym razie, jednego popołudnia zawitaliśmy do miejscowości Oybin, której kurortowa zabudowa wciska się krętą doliną pod główny grzbiet tych gór. Romantycznie i z fasonem można tam dojechać kolejką wąskotorową, kursującą z Żytawy (Zittau). My jednak nie zdołaliśmy dopasować naszego planu dnia do rozkładu jazdy kolejki, przyjechaliśmy więc samochodem, zostawiając go na rozległym i, uwaga!, płatnym parkingu w centrum miejscowości. Wokół, jak okiem sięgnąć, widać nad zabudową górskie zbocza, a spośród lasów co rusz przebijają się zespoły skałek i skał. Góry Żytawskie, to raj dla geologa, gdyż znajdzie tu skały, zarówno pochodzenia osadowego (piaskowce), jak i metamorficznego (bazalty). Skał jest tu tak wiele, że poprowadzono wśród nich dwie, charakterystyczne raczej dla krajów alpejskich, via ferraty. Nad samym, wyznaczonym stacyjką wąskotorówki, centrum Oybina wznosi się wzgórze o tej samej nazwie, zwieńczone imponującą ścianą skalną. To był cel naszej wizyty, nie tyle ze względu na jej wysokość (raptem 514 m npm.), ile na fakt, że w miejscu tak obronnym z natury król czeski, a zarazem cesarz Karol IV (ten od Mostu Karola w Pradze), wzniósł na początku XIV wieku rezydencję i klasztor dla zakonu Celestynów. Użytkowanie tego miejsca, ze względu na nastanie Reformacji, trwało tylko nieco ponad 200 lat, ale zamek zasłużył się jako miejsce ukrycia cesarsko-królewskiego skarbca, podczas wojen husyckich. 

Wstęp na górę jest płatny, nawet jeśli naszym planem jest tylko skorzystanie z posiłku w ulokowanej na skraju urwiska restauracji. Po zakupie biletów zauważyliśmy, że Harry’emu jako “dużemu psu” – mimo, że nie musiał kupić biletu – przysługuje prawo wejścia osobną, pozbawioną liczącego gości kołowrotka, bramką. Z zamku i klasztoru zachowały się jedynie piwnice i ściany. Te ostatnie, często w pełnej wysokości, poprzecinane gotyckimi obramowaniami okien, z zachowanymi maswerkami. Szczególnie malownicze okno dawnej biblioteki klasztornej zostało uwiecznione na płótnie przez romantycznego malarza Caspara Davida Friedricha, a obecnie stanowi ulubiony motyw każdego zaopatrzonego w smartfon turysty. Kilka położonych coraz wyżej ścieżek obiega całą górę. Jak to w skalnym labiryncie bywa, czasem trzeba się pochylić, a czasem wciągnąć brzuch, by przejść między skalnymi ścianami. Co chwilę ścieżka doprowadza na skraj urwiska, skąd można podziwiać bogate, choć nie nazbyt odległe widoki. Warto też zwrócić uwagę na drzewa, które zmuszone są często dosłownie opleść korzeniami skały, by nie runąć w rozpościerającą się poniżej przepaść. Oprócz ruin średniowiecznego pochodzenia, cysterny na wodę i wspomnianej restauracji (Berggasthof), w kompleksie trafimy na wciśnięty między skalne ściany cmentarz górski. To bardzo urokliwe miejsce jest całkiem pozbawione sztancowych produktów kamieniarki nagrobnej. Ze względu na jego szczupłość, pomniki są skromnych rozmiarów, lecz często bardzo oryginalnej formy. Najbardziej zadziwia jednak, że cmentarz nadal funkcjonuje. Wydaje się bowiem, że każde miasto zmarłych ma swoją pojemność, a zwłaszcza położone tak, jak na górze Oybin.

Oybin – kurortowa zabudowa w cieniu skalnych ścian

Kościół górski w Oybin

Ruiny kompleksu zamkowo-klasztornego zlewają się ze skałami

Prezbiterium kościoła klasztornego z wiszącą nad głowami gwiazdą morawską (hernhucką)

Między skałami widok na na północna część Oybina

Cmentarz górski tym razem z widokiem na gospodę

Widok na stację kolei wąskotorowej w Oybin z lotu ptaka

Krewniaczka sosny z Sokolicy też nie ma łatwego życia

Pięknie utrzymany dom przysłupowy w Oybin

Wnętrze kościoła górskiego

Zasłona Wielkopostna w kościele górskim

Okno biblioteki klasztornej

Zachowane krużganki/nawa boczna kościoła klasztornego

Malowniczy cmentarz górski z widokiem na zamkowe mury

Imponujący blok skalny nad przepaścią

Południowa (górna) część miasteczka Oybin

Nawet na krótkim odcinku drogi z parkingu pod zamek, natknęliśmy się na ciekawe przykłady architektury kurortowej, w tym domy przysłupowe (więcej o ich genezie i architekturze przeczytacie w moim wcześniejszym wpisie). Najciekawszy był jednak kościół górski (Bergkirche) – niewielka luterańska świątynia, zbudowana w początku XVIII wieku. Wnętrze jest halowe, bogato zdobione malowidłami na sklepieniu oraz szczytach dwupoziomowych empor. Ponieważ kościół został posadowiony na litej skale, na stromym stoku, poziom podłogi opada amfiteatralnie od wejścia ku głównemu ołtarzowi. Jako, że czas był wielkopostny, ołtarz zakryto kopią XVII wiecznej zasłony wielkopostnej (Festentuch), przedstawiającej sceny z misterium Męki Pańskiej. Pomimo, iż nie znaleźliśmy czasu na zwiedzenie Żytawy, która chlubi się posiadaniem aż dwóch okazów takich zasłon, maleńki kościółek w Oybin zrekompensował nam to planistyczne niedociągnięcie. 

Kościół św. Piotra i Pawła w Goerlitz jest orientowany, czyli prezbiterium ma skierowane na wschód, w stronę Nysy i polskiego Zgorzelca. Od strony doliny rzecznej dziedziniec kościelny ogranicza mur z przebitymi otworami pseudookien. Poniżej Mostu Staromiejskiego rzeka podpiętrzona jest jazem, który z obydwu brzegów flankują średniowieczne założenia młyńskie. Widok, zwłaszcza w górę rzeki, jest rzeczywiście przedni. Natomiast nieco w dół rzeki, na polskim brzegu, widać solidnie ogrodzone murem wzgórze, zwieńczone ogromnych rozmiarów rezydencją w stylu nowoczesno-klasycystycznym. Budynek jest w centralnej części dwukondygnacyjny, z parterowymi oficynami po bokach. Z polskiej strony widać go w pełni chyba tylko z najwyższych kondygnacji pobliskich bloków mieszkalnych. Działka, na której wzniesiono tę rezydencję, ma blisko 2 ha powierzchni. Internet oprócz zdjęć z drona, nie daje odpowiedzi, kto może być właścicielem domu w tak prestiżowym miejscu. Skojarzenie ze średniowieczem podpowiada – ani chybi sam właściciel miasta. Ci jednak, korzystając z miasta, dawali mu też coś w zamian, np. bezpieczeństwo. A tu, jaką korzyść może mieć miasto z wycięcia z jego tkanki działki, na której można by wyobrazić sobie coś znacznie ciekawszego i pożyteczniejszego, niż luksusowy dom jednorodzinny? Chyba, że ta inwestycja miała być zaczątkiem swoistego miasteczka  aktorskiego dla gwiazd przybywających kręcić filmy w Goerliwood.

Most Staromiejski i Zgorzelec za Nysą Łużycką

Kruczy Folwark za czasów niemieckich, fot. foto-polska.eu, źródło: zgorzelec.naszemiasto.pl

Dom Jakuba Boehme z popiersiem i tablica ku czci filozofa

Polska dumnie spogląda na Niemcy, źródło polska-org.pl

Kruczy Folwark obecnie, czyli DPS Jutrzenka, fot. PCPR Zgorzelec, źródło: zgorzelec.naszemiasto.pl

Mapa Górnych Łużyc autorstwa Bartholomäusa Scultetusa, źródło: Wikipedia

Wprawdzie nie przez obserwację z niemieckiego brzegu, ale z porównania wspomnianego miedziorytu Meriana ze współczesnymi zdjęciami satelitarnymi, odkryłem po polskiej stronie tzw. Kruczy Folwark (Rabenberge), zajmowany obecnie przez Dom Pomoc Społecznej „Jutrzenka”. Niegdyś położony poza miastem, wzmiankowany już w latach 40-tych XV wieku, kompleks obecnie skrył się wśród gęstej okolicznej zabudowy. Współczesne budynki, po wielu przebudowach nie wyglądają na wiele starsze, niż stuletnie, ale kompleks zachował prostokątne założenie z bramą w jednym z narożników oraz wewnętrznym dziedzińcem. Jest to prawdopodobne miejsce narodzin Bartholomäusa Scultetusa – humanisty, matematyka, astronoma i sześciokrotnego burmistrza Goerlitz, począwszy od 1592 roku. Jako kartograf, opracował on też pierwszą mapę Górnych  Łużyc. W pobliżu folwarku/DPSu biegnie ulica jego imienia, a pod drzewem przy bramie wjazdowej ukryty jest pamiątkowy kamień poświęcony temu mężowi wielu talentów. Jest to druga z niemieckich osobistości, uznanych i pamiętanych także w polskiej części miasta. Pierwszą jest Jakub Boehme, szewc i filozof religii. Dom, w którym mieszkał, jest lepiej znany, bo wznosi się na dawnej Pragerstrasse (obecnie Daszyńskiego) nad samą Nysą i nie trzeba szukać go posługując się XVII wiecznymi miedziorytami. 

Nasz krótka wycieczka wzdłuż granicy poniekąd wytłumaczyła mi, dlaczego autor polskiego przewodnika nie zajął się opisem terenów po niemieckiej stronie granicy. Jego dzieło musiało by mieć co najmniej trzykrotnie większą objętość. A wtedy nie dałoby się go już upchnąć do kieszeni plecaka!

Kategorie
Niemcy

Kolorowe wspomnienia z Harzu

Czerwone światło zatrzymało nas na skrzyżowaniu w centrum Halberstadt. Dziwne to było miasto Anno 1980. Siedziba najstarszej diecezji, na wschodzie cesarstwa karolińskiego, z przepięknym, wzorowanym na katedrze w Reims kościołem św. Stefana i Sykstusa oraz dziesiątkami innych zabytków sakralnych i świeckich, w tym mnóstwem charakterystycznej dla miast przedpola Harzu zabudowy szachulcowej, miało pecha w czasie II Wojny Światowej. Pomimo, że był tu węzeł kolejowy, garnizon i fabryka części do bombowców Junkers bombardowania rozpoczęły się dopiero w 1944 roku. Ich apogeum przyszło 8 kwietnia 1945 roku gdy oddziały amerykańskie znajdowały się w odległości 40 km od miasta. Tego dnia 218 amerykańskich latających fortec B-17 zrzuciło na miasto 595 ton bomb pozbawiając życia ok. 2500 mieszkańców i zostawiając po sobie 1,5 mln m3 gruzu. Katedra przetrwała, ale jedna trzecia domów z pruskiego muru spłonęła, kolejną jedną trzecią zniszczyli wschodnioniemieccy urbaniści „odbudowując” miasto. Nic dziwnego, że skrzyżowanie z sygnalizacją świetlną znajdowało się na pośrodku otwartej przestrzeni, z rzadka upstrzonej domami, za to z dobrym widokiem na kompleks katedralny. Terkoczący dzwonkiem, żółty wagon tramwajowy przecinał nieśpiesznie tą miejską pustynię.

W końcu sygnalizator pozwolił mi ruszyć. Nowiutki Fiat 126p, nasz gierkowskiej odpowiednik Forda model T, skierował się w stronę katedry. Przy wrzuceniu dwójki, skrzynia biegów podejrzanie zachrzęściła, a drążek już bez pomocy sprzęgła począł swobodnie przemieszczać się między biegami. Dla naszego ”malucha” wyjazd do NRD był pierwszą tak daleką podróżą. Dotychczas sprawował się dzielnie, ale ta awaria nie powinna nas właściwie dziwić. Wszak słyszało się o egzemplarzach, które psuły się kilkadziesiąt metrów za bramą Polmozbytu (tak zwał się monopolistyczny odpowiednik dzisiejszego salonu sprzedaży). Szczęściem w nieszczęściu, nasz pojazd nie został całkowicie pozbawiony napędu, więc już po 2,5 godzinach dostojnie dotoczył się do Wernigerode, gdzie mieliśmy założoną bazę. Wkrótce okazało się, że w kraju dumnym ze zdolności technicznych swoich mieszkańców, naprawić można wyłącznie Trabanta lub Wartburga. Nie pomogły również, podesłane przez niemieckich znajomych, miejscowe „złote rączki”. Problemem był brak części zamiennych. Na szczęście, udało nam się napotkać, co było prostsze wówczas niż dzisiaj, rodaka, który przekonany przez ojca wziął nas na hol i przeciągnął 300 km na wschód, do Słubic gdzie naprawiania podobnych awarii było na porządku dziennym.

Doświadczenie prowadzonego „malucha” na miękkim holu, po autostradzie, z prędkością przekraczającą 120 km/godz. było silnym przeżyciem. Być może dlatego z samego pobytu w Wenigerode zostało mi niewiele wspomnień. Oczywiście, w pamięci utkwiło określenie „das Bunte Stadt am Harz” (kolorowe miasto Harzu) ukute w początkach XX wieku przez poetę Hermana Lönsa oraz obrazki ulic „w kratę”, na których całe pierzeje zabudowane były domami z pruskiego muru. W domowym albumie zostało też czarno-białe zdjęcie wspartego o kamienną balustradę na schodach wernigerodzkiego ratusza młodego mężczyzny z burzą czarnych włosów na głowie, w okularach o grubej oprawce i ledwo sypiącym się nad wargą wąsem. Tak, to moja podobizna sprzed 40 lat – ciekawe czy ktoś z dzisiejszych znajomych byłby w stanie mnie rozpoznać? Planując ostatni wyjazd w Góry Harzu nie ulegało wątpliwości, że bazę wypadową założymy znowu w Wernigerode, a ja wejdę na te same schody, oprę o barierę żeby zobaczyć czy widzę to samo co moje wcześniejsze czarnowłose wcielenie.

1980/2020

Rynek w Wernigerode zdominowany jest przez budynek ratusza, a właściwie kompleks budynków ratuszowych. Ściany zdobnego w smukłe wieżyczki, szachulcowego budynku ze spadzistym dachem, wieńczy sygnaturka, a ratuszowy zegar umieszczony jest, nietypowo, w połaci dachowej. Ściany zdobią fryzy z wyeksponowaną ryglową konstrukcją oraz służące za wsporniki wyższych kondygnacji drewniane figurki z przedstawieniem typów mieszczańskich i ich profesji. Kamienice wokół rynku pochodzą z różnych okresów, ale wszystkie postawiono z użyciem muru pruskiego. Jako, że ratusz tworzy południową pierzeję rynku jego centrum zajmuje, pochodząca z połowy XIX wieku, żeliwna fontanna dobroczyńców miasta. Wśród nich wymieniony jest pułkownik Gustaw Petri, który odmówił rozkazu obrony miasta przed Amerykanami i został rozstrzelany w kwietniu 1945 roku. Cóż, Niemcy to kraj, gdzie potrafi się docenić tych, którzy znając konsekwencje swego wyboru, nie zdecydowali się walczyć do końca.

Wrażenie bogactwa kolorów nie pochodzi wyłącznie od powszechnego w mieście zwyczaju malowania wypełnień między belkami konstrukcji, ale także od barwnych elementów rzeźbiarskich w wystroju fasad. Tymczasem, kamieniczka będąca jednym z architektonicznych symboli miasta – Krummelsches Haus ma fronton od dachu po piwnice pokryte barokową, przebogatą, rzeźbiarską dekoracją pozostawioną jednak w kolorze naturalnego drewna. Fasada ta zawsze wzbudzała estetyczne emocje i byli chętni do jej nabycia. Aby temu zapobiec w połowie lat 20-tych XX wieku władze miasta wprowadziły wymóg zakupu budynku w całości skutecznie uniemożliwiając wywiezienie jego najcenniejszej części. Innym ciekawym budynkiem jest krzywy młyn, o którym foldery turystyczne mówią, iż jest bardziej odchylony od pionu niż słynna wieża w Pizie. W przyziemiu budynku aż do połowy XX wieku pracowało koło młyńskie. Napędzająca je woda żłobiła coraz głębsze koryto powodując osadzanie budynku. Jest to wyraźny przykład elastyczności konstrukcji szachulcowej, której drewniane elementy wygięły się, ale nadal utrzymywały spójność całej ściany. Zaraz na początku wybiegającej z rynku Breite Strasse w uroczej renesansowej kamieniczce z 1583 roku mieści się Cafe Wien. Jej wnętrza urządzono w kojarzącym się z naddunajską metropolią stylu Art Deco co stanowi kontrast z typowo wernigerodzka fasadą, przy której tworzeniu snycerz pofolgował swoim najdzikszym fantazjom.

Nad miastem góruje zamek książąt von Stolberg-Wernigerode. Przez wieki pozostawał on w cieniu głównej rezydencji książęcej w Stolbergu. Dopiero około 1730 roku zmienił się jego status, ale musiało upłynąć jeszcze ponad sto lat nim książę Otto, zaufany współpracownik kanclerza Bismarcka, zamówił projekt przebudowy, która nadała zamkowi wygląd bardziej średniowieczny niż w jakimkolwiek okresie jego historii. Od 1930 zamek udostępniono zwiedzającym. Podczas pierwszego pobytu w Wernigerode nie mogłem go jednak zwiedzić. Nikt ze znajomych Niemców nie uważał go zresztą za atrakcję turystyczną. Oprócz jednej wzmianki w angielskiej wersji Wikipedii trudno znaleźć kto był jego użytkownikiem. Według tego źródła, w 1945 roku zajęła go radziecka administracja wojskowa. Znalazłem jeszcze informacje, że od lat 60-tych zaczęto przywracać jego oryginalne wyposażenie. Popularne, współczesne informatory historyczne okres od 1945 po 1990 po prostu pomijają. Aura usilnie podtrzymywanej tajemnicy zdaje się nasuwać odpowiedź: Po Rosjanach zamek zajęły NRD-owskie tajne służby. Tego rodzaju zagadki historyczne nie zaprzątają jednak głów masom turystów, dla których to najciekawszy obiekt w całym mieście.

Hotel w budynku z pruskiego muru/Dziedziniec zamkowy

Jako, że przebywaliśmy w granicach historycznego księstwa czuliśmy się w obowiązku odwiedzić jego współstolicę czyli Stolberg. Miasteczko położone jest po południowej stronie gór Harzu. W przeciwieństwie do Wernigerode ulokowane jest w głębi gór, a jego zabudowa ciągnie się wzdłuż kilku wąskich dolin. Z położonego na wzgórzu u zbiegu tych dolin zamku książęcego cieszy oczy widok na rozchodzące się odśrodkowo pasma krytych czerwoną dachówką domów przypominające kształtem wyciągniętą rozgwiazdę. Sam zamek jest ospale remontowany. Na razie ukończono jedno z jego skrzydeł oraz odrestaurowano ogrody zamkowe. Doprowadzenie go do kwitnącego stanu zajmie jeszcze lata, ale czuć w nim autentyzm miejsca, którego pozbawiony jest jego wernigerodzki odpowiednik. Mieszka tu ledwie ponad 1200 osób, o ponad 1000 mniej niż w roku 1833. Przy tej wielkości miasteczka wszędzie jest blisko, a zagęszczanie obiektów cennych historycznie i godnych obejrzenia wprost przytłacza. Prócz zamku i kościoła parafialnego zachowały się bramy miejskie, stara książęca mennica (o jej roli świadczy, że obok tych dwóch wyżej wymienionych jest największą budowlą Stolbergu) oraz ratusz. Ciekawostką jest, iż ten ostatni mając trzy kondygnacje nie posiada klatki schodowej. Na każde z pięter można dostać się zewnętrznymi drzwiami ze wspinających się po zboczu, wzdłuż budynku, kamiennych schodów. Pomnik urodzonego w mieście radykalnego reformatora kościoła oraz przywódcy XVI wiecznych buntów chłopskich Thomasa Müntzera, choć zaprojektowany jeszcze za NRD, nie razi pompatycznością ani nadmierną łopatologią przekazu. W końcu, Stolberg jest „typisch Harz”. Tym mianem określa się hercyńskie produkty regionalne z czego korzysta miejscowy producent pieczywa cukierniczego.

Goslar do 1989 roku leżał za żelazną kurtyną więc podczas wcześniejszej wizyty nie był dla nas dostępny. Obecnie jednak odległość 30 km nie stanowi żadnej przeszkody, aby odwiedzić ulubioną siedzibę cesarzy z dynastii salickiej. Jeden z nich, Henryk III, nakazał nawet pochować tu swoje serce. A jego syn Henryk IV właśnie z Goslaru wyruszył do Kanossy, aby ukorzyć się przed papieżem Grzegorzem VII. Wydarzenia to pamięta romańskie palatium położone na południowym krańcu starego miasta z pięknym widokiem na pobliskie góry. Budowla korzeniami sięgająca XI wieku, w XIX wieku groziła już zawaleniem, ale ratunek przyszedł w ostatnie chwili ze strony Królestwa Prus, które nabyło obiekt i rozpoczęło jego rekonstrukcję. Wspaniała, romańska kolegiata św. Szymona i Judy nie dotrwała do czasów mody na historyzm. Rozebrano ją, za wyjątkiem północnego przedsionka, w roku 1820. Rekonstrukcja zbiegła się ze zjednoczeniem Niemiec, co narzuciło całemu przedsięwzięciu silny plan ideowy. Otóż zarówno monumentalne malowidła w największej sali Domu Cesarskiego, jak i pomniki w otoczeniu palatium miały nawiązywać do zjednoczenia oraz legendy o cesarzu Fryderyku Barbarossa. Cesarz, który w rzeczywistości utonął w rzece Salef podczas wyprawy krzyżowej, według legendy śpi w jaskini w masywie Kyffhäuser czekając na wezwanie, aby odnowić imperium. Wilhelm I, król pruski koronowany na cesarza Niemiec, był kreowany na wcielenie Fryderyka. Stąd obu władcom wzniesiono konne pomniki przed palatium. Prowadzące do nich monumentalne schody flankowane są przez kopie lwów brunszwickich. Te znalazły się w towarzystwie władców, aby wzmocnić jednościową narrację. W rzeczywistości były one symbolem saskiego księcia Henryka Lwa, zaciekłego przeciwnika Barbarossy, który w końcu skazał księcia na banicję. Goslar jednak zasłużył na posiadanie kopii lwów udzielając schronienia oryginałom w korytarzach kopalni Rammelsberg w latach 1943-45.


Działająca przez ponad 1000 lat kopalnia Rammelsberg, gdzie dobywano rudy metali, w tym srebra, była przyczyną zainteresowania władców oraz źródłem bogactwa miasta. Zamknięta z powodu wyczerpania złóż w 1988 roku została wraz z goslarską starówką wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Dla podkreślenia górniczych tradycji, najciekawsze miejsca miasta oznakowane są wydatnymi bryłami rudy. Cztery razy dziennie pod zegarem na budynku kamery (zarządu finansów miasta) gromadzą się turyści, by podziwiać Glockenspiel – mechanizm napędza figurki odgrywające sceny związane z odkryciem złóż rudy i pracą gwarków w Rammelsberg. Jako miasto cesarskie, w dodatku czerpiące korzyści z górnictwa rud metali, Goslar dorobił się imponującej liczby obiektów uznanych z czasem za zabytkowe. Domów o konstrukcji szachulcowej jest tu nawet więcej niż w Wernigerode, jednak jaskrawość ich kolorów tonują charakterystyczne pokrycia dachowe z szarego łupka będącego ubocznym produktem działalności wydobywczej. Bardziej znaczące budowle np. te usytuowane przy rynku, w całości pokryte tym materiałem, zyskały wielce dystyngowany wygląd. Ulubionym miejscem spotkań mieszkańców miasta jest rynkowa fontanna – najstarsza i największa romańska fontanna w Niemczech. Wieńczący ją złoty orzeł cesarski jest jaskrawym dowodem na trudności artystów wczesnego średniowiecza w odwzorowaniu tego ptaka. Jakby się nie starali zamiast orła wychodził im kurek. Potwierdzi to każdy, kto widział denar Bolesława Chrobrego. W Goslarze zachowały się znaczne odcinki murów miejskich z imponującymi rozmiarem i precyzją architektoniczną bramami i basztami. W ich cieniu kryją się zaciszne parki i zieleńce. W wielu domach przetrwały oryginalne elementy architektury zewnętrznej: z łatwością można spacerować szlakiem rzeźbionych odrzwi czy zdobionych klamek.

Lew brunszwicki
Plac Schulhof w Goslarze

Z odwiedzaniem zabytków sakralnych we wszystkich trzech miastach mieliśmy kłopot, nie tylko ze względu na towarzystwo czworonoga, ale, przede wszystkim, na niedostępność obiektów, całkowitą lub w godzinach, gdy akurat przebywaliśmy w pobliżu. Dlatego jedynym zwiedzionym, także wewnątrz, był kościół Gustawa Adolfa w Hahneklee na południe od Goslaru. Jedyny, ale za to jaki! Na niewysokim, pokrytym trawą wzgórzu wyrasta drewniana budowla o stromym, wielopołaciowym dachu i pnącej się ku niebu masywnej, centralnej sygnaturce. Jest to kościół słupowy wzorowany na kościołach staronorweskich z prowincji Vestland. Wzniesiony w latach 1907-08, jest znacząco większy od oryginałów norweskich, ale też musiał pomieścić nie tylko miejscowych wiernych, ale i rosnącą raptownie liczbę przyjezdnych. Podobnie jak pierwowzory, dzieli wiele rozwiązań technicznych oraz stylistykę zdobień ze szkutnictwem Wikingów. Zwłaszcza konstrukcja dachowa może przypominać odwróconą do góry dnem łódź. Popularne wśród Wikingów elementy zdobnicze takie jak węże, głowy smoka czy nawet swastyka są obecne także w tym kościele. Parafia utrzymuje braterskie stosunki ze społecznością ewangelicką skupioną wokół kościółka Wang w polskim Karpaczu.

Kościół św. Jana w Wernigerode
Kościół Gustawa Adolfa ma konstrukcję słupowo-klepkową
Kościół Gustawa Adolfa od zaplecza

Gastronomia niemiecka nie jest u nas nazbyt popularna, ale czego by nie mówić, karmi do syta. Nawet jeśli specjalizuje się w kuchni włoskiej czy greckiej to wielkość porcji będzie jak najbardziej niemiecka. Deser lodowy w szklanym pucharku to misterna konstrukcja wypełniająca naczynie o rozmiarach wazonu. Do większości restauracji bez problemów można wejść z psem. Trzeba się jednak liczyć z możliwością odmowy przyjmowania kart płatniczych innych niż Eurocard/Mastercad lub, wręcz, kart wydawanych przez banki zagraniczne. Ot, taka bankowa wersja „nur für Deutsche”. W dawnych miastach wschodnich Niemiec, trudno o obsługę w języku innym niż niemiecki. W miejscowej gastronomii nie spotkaliśmy, w przeciwieństwie do niemieckiego wybrzeża Bałtyku, żadnych pracowników z Polski. Za to w Wernigerode udało mi się zrealizować niespełnione zamówienie z Frankonii – „sechs Nürnberger Würstchen”. Kiełbaski jak kiełbaski, ale za to legenda tłumacząca ich rozmiar jest już pyszna. Otóż kiełbaskę wielkości małego palca można było serwować chętnym nawet po zamknięciu karczmy przez dziurkę od klucza.


Z ratuszowych schodów w Wernigerode widać miasto bardziej kolorowe i ukwiecone niż przed laty. W ogóle, postęp w dziedzinie małej architektury i rozwiązań służących wygodzie użytkownika jest tym co różni dzisiejsze wschodnie Niemcy od tych pod rządami Honeckera (przywódca państwa i partii komunistycznej w latach 1971-89). Rynek jest też bardziej zatłoczony, gdyż w każdej z jego pierzei funkcjonują restauracje, kawiarnie i galerie sztuki czy sklepy z pamiątkami. Pod ratuszem można też natknąć się na obrazki nie do wyobrażenia w dawnej rzeczywistości. Oto mężczyzna o wyglądzie niskiej rangi urzędnika ściskający w rękach plik zadrukowanych kartek coś z nich odczytuje otoczony półkolem niemrawo oklaskujących go słuchaczy. Drugie, równie nieliczne, półkole tworzą oponenci mówcy z transparentami w rodzaju „Faszyzm nie przejdzie”. Porządku nad wiecem prawicowej partii AfD pilnuje jeden znudzony policjant. Nie wygląda to ani groźnie, ani atrakcyjnie. Czego z ratuszowych schodów nie widać, ale co powoduje prawdziwą różnicę, to świadomość, że Wernigerode nie jest już miastem w cieniu żelaznej kurtyny. Skręcając z rynku w Heidestrasse w ciągu 5 minut dojdzie się na stację kolei wąskotorowej, którą można dojechać na sam szczyt niedostępnego w czasach NRD Brockenu. A zmotoryzowany turysta może wybierać czy bardziej interesuje go zwiedzenie, położonych w podobnej odległości, katedry w Magdeburgu czy zamku Henryka Lwa w Brunszwiku.
Co do przygód dostarczanych przez niewłaściwie wybrany środek lokomocji to muszę przyznać, że halbersztackie doświadczenie niewiele nas nauczyło. W roku 1990 wybraliśmy się z Podziomkiem w, a jakże, świeżo zakupionym „maluchu” w podróż poślubną do Hiszpanii. Dotarliśmy tam szczęśliwie, ale w drodze powrotnej spędziliśmy nieplanowane dwa tygodnie na kempingu w południowej Francji czekając na dostarczenie z magazynu w Turynie nowego silnika. Zebraliśmy tam mnóstwo ciekawych doświadczeni i zawarliśmy nowe znajomości, ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

Kategorie
Niemcy

Gdzie tańcują czarownice, czyli czy Orłowicz miał skłonność do przesady

„W dni powszednie specjalne pociągi turystyczne przyjeżdżały tu rzadziej, w niedziele i święta prawie co kilka minut. Jedne z nich przyjeżdżały na końcową stację – Karpacz, drugie na inną końcową stację – Szklarska Poręba. Większość wychodziła z Berlina, mniej – z miast saskich, czyli z Drezna, Lipska, Chemnitz albo Hale. Z każdego pociągu wysypywało się jakieś 500 albo 600 podróżnych. W rezultacie przyjeżdżało na każdą stację po 20 takich pociągów, z których wysiadało w Karpaczu i Szklarskiej Porębie po 12 tysięcy turystów w przybliżeniu. Cała ta gromada rzucała się w Karkonosze, projektując do wieczora zrobić długą grzbietową wycieczkę z Karpacza do Szklarskiej Poręby, lub ze Szklarskiej Poręby do Karpacza w zależności od miejsca przybycia. Myliłby się ten, kto idąc wówczas w Karkonosze spodziewał się, że zazna tu spokoju. Bynajmniej. Były to góry najbardziej hałaśliwe, jakie widziałem w życiu. Połowa Niemców przychodziła tu na całe niedziele po prostu tylko w tym celu, żeby wykrzyczeć się do spuchnięcia gardła, wypić kilkanaście halb piwa, o ile możności prosto z lodowni, i zjeść po kilka par parówek albo po kilka porcji gulaszu. (…)

Odległość od schroniska do schroniska wynosiła na ogół nie więcej niż jeden kilometr. Było ich na całej trasie bardzo dużo. (…) Zanim doszło się do schroniska ukrytego przeważnie w lesie, dodawały ducha do dalszego marszu zachęcające turystę napisy w rodzaju; „Jeszcze 10 minut do najbliższego pilznera” (…) Turysta idący w stanie zziajania był co 2 minuty krzepiony na duchu napisami na ławeczkach, ile jeszcze minut dzieli go od najbliższej bomby piwa albo najbliższej pary parówek z musztardą. I jakże tu nie wyciągać nóg, by przyspieszyć o minutę błogą chwilę, gdy zasiądzie się przy tacy parówek podawanych na podstawkach z masy papierowej i gdy pociągnie się tęgi haust pilznera, (…). I tak idąc od schroniska do schroniska i od ławeczki do ławeczki nawet nie zauważało się przybycia do Karpacza czy Szklarskiej Poręby i tura była skończona, a 15 bomb pilznera wypitych. W głowie trochę szumiało, ale za to świat wydawał się piękny, nawet w dni z ulewnym deszczem, a gulasz i parówki smakowite jak nigdy”.

Ta relacja Mieczysława Orłowicza opisująca odbytą w roku 1908 wycieczkę w Karkonosze na lata ukształtowała opinię polskich środowisk turystycznych o zagospodarowaniu i stylu uprawiania turystyki górskiej w Niemczech. Równocześnie budowała ona poczucie wyższości naszego turysty nad niemieckim. Wszak tam gdzie swojski górołaz idzie, tam niemiecki jedzie; gdy u nas schroniska oddalone są o dzień drogi, tam o kilometr; gdy Niemiec gasi pragnienie piwem to Polak źródlaną wodą, gdy ten pierwszy stoi w kolejce za Bockwurstem, ten drugi zbiera chrust na rozpalenie ogniska, na którym uwarzy strawę. Mało kto zwracał uwagę na przesadę w ocenach nestora polskiej turystyki – przy takim zagęszczeniu schronisk winno ich być w Karkonoszach 200, a wówczas było tylko 20. Nie zawracano sobie również głowy faktem, ze turystykę zaczęto uprawiać w Karkonoszach ponad 100 lat wcześniej, podczas gdy w Karpatach Wschodnich, które były punktem odniesienia dla Orłowicza i jego towarzyszy z Akademickiego Klubu Turystycznego, jej historia obejmowała raptem kilka lat. Słowem abstrahowano od faktu, że turystyka w Niemczech była rozrywką masową mającą już znaczenie gospodarcze, podczas gdy na ziemiach polskich ciągle była zabawą stosunkowo wąskiego grona elit o odkrywczo-romantycznym podejściu do obszaru swych wędrówek.

Udało mi się poznać góry wschodniej części Niemiec jeszcze w latach 70-tych XX wieku. Odwiedziłem wtedy zachodnią część Rudaw (Erzgebirge), Las Turyński i Harz. Oprócz podstawowej różnicy, że szlaki w górach znakowało się nie kolorowym paskiem a kółkiem oraz, że dystans na drogowskazach był pokazany w kilometrach, a nie w czasie potrzebnym do jego pokonania, w oczy rzucał się brak turystów na szlakach. Turystów w wydaniu plecakowym, bo spacerowiczów na parkopodobnych ścieżkach blisko miast jednak się spotykało. Istniejące w górach schroniska i gospody zostały zlikwidowane, za wyjątkiem tych, które przekazano związkom zawodowym lub młodzieżówce wschodnioniemieckiej partii komunistycznej (FDJ) na ośrodki wypoczynkowe. Przy panującej w byłej NRD kulturze kolektywistycznej indywidualne wałęsanie się po górach było wręcz podejrzane, grupowe zaś w oparciu o swoje obiekty mogły organizować tylko wyżej wymienione organizacje. Prawda, że nie miałem okazji zdobyć najwyższych szczytów w granicach tego Państwa, bo choć w owych czasach nikt nie nazywał ich Koroną gór, to jednak nigdy i nigdzie nie brakowało ludzi kolekcjonujących wszelkie naj, w tym zaliczających kolejne rekordy wysokości. Jednak Fichtelberg (1214 m npm) w Rudawach był zbyt daleko, zwłaszcza dla osób niezmotoryzowanych, od miejsca naszego pobytu w Klingenthal. Natomiast Brocken (1142 m npm) w Górach Harzu był obszarem zamkniętym, otoczonym murem, za którym specjalny oddział Armii Czerwonej oraz grupa wschodnioniemieckiej bezpieki Stasi, zajmowały się obserwowaniem zgniłego zachodu oraz przechwytywaniem informacji o zbliżającym się ataku NATO.

Widok na Brocken z Wernigerode

Przy dobrej pogodzie szczyt ten widać było wyraźnie z położonego u podnóża gór miasta Wernigerode, gdzie mieliśmy swoją bazę. Cóż, trzeba było jednak wtedy obejść się tylko widokiem bądź opisem zawartym w przedwojennych przewodnikach. Z pewnym poczuciem niespełnienia opuszczałem więc wówczas Góry Harzu. Wracając po 40 latach byłem ciekaw nie tylko jak zagospodarowano odzyskany dla turystyki szczyt, ale też jak zmieniła się turystyka w górach byłej NRD. Za bazę znowu wybraliśmy Wernigerode. Nocleg znaleźliśmy w pensjonacie Ginko, pod samym lasem (ważne ze względu na potrzeby czworonożnego uczestnika wyjazdu), w dzielnicy zabudowanej ponad stuletnimi willami w stylu kurortowym. Można się było poczuć jak w Sopocie, brakowało wprawdzie szumu morza, ale w zamian dostawało się widok na Brocken najeżony wieżami zainstalowanej tam infrastruktury. Pensjonat mieścił się w willi o zastanawiającej nazwie Bogdanowo starannie wypisanej alfabetem gotyckim ponad drzwiami wejściowymi.

Teren spacerów z Harrym

W ramach przygotowań do wycieczki na Brocken zaplanowaliśmy kilka coraz dłuższych spacerów. Harz to jedne z najstarszych, geologicznie rzecz ujmując, gór w Europie. Dał on nazwę orogenezie hercyńskiej – ruchom górotwórczym, które miały miejsce jakieś 300-360 mln lat temu. Góry mają tu strome zbocza i płaskie wierzchołki. Pomiędzy poszczególnymi gniazdami górskimi ciągną się rozległe płaskowyże pokryte łąkami, gdzie krajobraz przypominałby nasze Mazury czy Pojezierze Pomorskie, gdyby nie widoczne na horyzoncie znacznie wyższe szczyty, najczęściej te znajdujące się w gnieździe Brockenu. Większe miejscowości jak Wernigerode czy Goslar położone są stosunkowo nisko, całodzienna wycieczka z tej pierwszej miejscowości na Brocken oprócz pokonania 16 km wymaga też zmierzenia się z przewyższeniem blisko 900 metrów. Chyba, że skorzysta się z opisanych dalej ułatwień.

W ramach przygotowań weszliśmy na Große Auerberg (580 m npm) aby obejrzeć wieżę widokową w formie podwojonego krzyża. Obiekt wzniesiony w latach 90-tych XIX wieku konstrukcyjnie naśladuje wieżę Eiffela. Nam nie udało się nań wejść z powodu zbyt późnej pory przybycia, ale dzięki temu nie zaznaliśmy tłoku, a z drogi zejściowej na parking przy pobliskiej szosie i tak widać było odległy o 32 km Brocken. Celem kolejnej wycieczki była malownicza dolina rzeki Bode, która wyżłobiła wypływając z gór w okolicy miasteczka Thale głęboki na 150 metrów i obramowany wyniosłymi formacjami skalnymi jar. Po wschodniej stronie doliny wznosi się wzgórze Hexentanzeplatz (454 m npm), a po zachodniej Rosstrappe (403 m npm). Obydwie nazwy są opisowe, pierwsza oznacza Miejsce Tańca Czarownic, bo tu właśnie miały one zbierać się przed odlotem na Brocken, druga to, w dowolnym tłumaczeniu, Koński Ślad odbity w skale przez rumaka legendarnej księżniczki Brunhildy uchodzącej przed olbrzymem Bodo. Dzielne zwierzę przeskoczyło cały liczący, bagatela, ze 200 metrów szerokości jar, a olbrzym nie dał rady i wpadł w przepaść. My wybraliśmy drugie ze wzgórz, które jest w mniejszym stopniu zagospodarowane niż jego vis-a-vis po przeciwnej stronie doliny. W mniejszym znaczy, że nie ma tam pawilonu wystawowego z malarskimi ilustracjami nocy Walpurgii czy teatru górskiego oraz odlanych z metalu figur wiedźm i diabłów. Reszta już porównywalna: hotele, restauracje, parkingi i stacje kolei linowych/krzesełkowych. Ale już zejście z Rosstrapppe na dno doliny oraz spacer w jej górnej części, ponad gościńcem Koenigsruhe ładnymi, naturalnymi ścieżkami, przez malowniczy las dolnoreglowy z pięknymi widokami i umiarkowanym ruchem turystycznym można, z czystym sumieniem, polecić osobom szukającym w górach spokoju i harmonii z naturą.

Ostateczną próbą było wejście na Wurmberg (971 m npm), drugi pod względem wysokości w Harzu i najwyższy w zachodnioniemieckiej części szczyt tych gór. Podchodziliśmy z Braunlage, miejscowości typowo wypoczynkowej przypominającej nieco karkonoską Szklarską Porębą. Braunlage jest bazą, a Wurmberg areną największego w Harzu ośrodka narciarskiego. Liczne wyciągi oraz kolejka gondolowa przecinają zbocza góry. Wprawdzie we wrześniu pracuje tylko ta ostatnia, ale piechur musi się o tej porze roku wystrzegać straceńców zjeżdżających z góry na Monsterrollerach, czyli hulajnogach na grubaśnych oponach. Z ciekawostek pod samym szczytem przez długie lata funkcjonowała skocznia narciarska, której wieża sędziowska została, po zamknięciu obiektu, przekształcona na wieżę widokową. Drugą ciekawostką jest zbiornik wodny z fontanną pod samym szczytem wykorzystywany w zimie do naśnieżania stoków. Reszta typowa jak na Harz po wejściu/wjechaniu na szczyt trzeba przecie gdzieś zjeść i wypić.

Widok z Wurmbergu na Brocken
Fontanna pod szczytem Wurmbergu

Pisząc o wycieczce na Brocken nie sposób pominąć roli kolejki wąskotorowej (Brockenbahn) na ten szczyt. Tak, to nie pomyłka, na szczyt wiedzie regularna linia kolejowa o rozstawie szyn 1000 mm. Buchające dymem lokomotywy ciągnące za sobą kremowo-czerwone wagony bez pomocy żadnej zębatej, trzeciej szyny są w stanie wdrapać się na wysokość 1125 m npm gdzie znajduje się stacja końcowa. Nachylenie trasy jest stałe i wynosi 3,3% przez co skład musi objechać szczyt 1,5 raza zanim osiągnie stację docelową. Trasa odgałęzia się od prowadzącej z Wernigerode do Nordhausen w Turyngii ponad 60 kilometrowej trasy Harzquerbahn. Trasa ma też odgałęzienie do Quedlinburga, a przed II wojna światową można też było nią dotrzeć do Walkenried u południowo-zachodnich krańców Harzu. Ta ostatnia linia została odcięta granicą wewnątrzniemiecką, a następnie zlikwidowana na początku lat 60-tych XX wieku. Odgałęzienie na Brocken zostało zamknięte dla ruchu osobowego i w latach 1961-1989 służyło tylko zaopatrzeniu szpiegowskiego garnizonu na szczycie. Motoryzacja w NRD rozwijała się wolniej niż u zachodniego sąsiada i kolejka przetrwała stając się z czasem samoistną atrakcją turystyczną. Za czasów pierwszego pobytu w Wernigerode, w roku 1980 przejażdżka kolejką dostarczała dodatkowego dreszczyku emocji gdyż trasa częściowo biegła przez strefę przygraniczną gdzie wysiadać mogły tylko osoby ze specjalnymi przepustkami. Zakaz ten był egzekwowany przez patrole Narodowej Armii Ludowej uzbrojone jak do walki z Amerykanami. Oficerowie tej armii nosili, zgodne z tradycją, bufiaste na udach spodnie wpuszczone poniżej kolan w wysokie buty. Na zaszytych wśród gór i lasów stacyjkach brakowało tylko Klosa z Brunnerem, aby poczuć się jak za okupacji.

Obecnie, w okresie letnim na szczyt dociera 5 składów z Wernigerode i dodatkowo 3 z Drei Annnen Hohne, które skomunikowane są z pociągami jadącymi od strony Turyngii. Nie są to częstotliwość budzące przerażenie Orłowicza, ale jednak w takim składzie mieści się około 200 osób co zapewnia szczytowym przybytkom gastronomicznym stały napływ gości. Na kolejkę można patrzeć jako na osiągnięcie techniczne lub Lewiatana wypluwającego zadeptujący góry tłum. Faktem jest jednak, że widok kolorowych wagoników i lśniącej od smarów lokomotywy wywołuje same sympatyczne reakcje. Jako, że na swej trasie linia przecina wiele dróg i ścieżek lokomotywka co chwilę używa sygnału, którego smętny odgłos dociera do najbardziej odległych zakątków gór, a dla mnie stał się dźwiękowym symbolem całej wycieczki. Nas kolejka dowiozła do stacji w leżącej najbliżej Brockenu wsi Schierke skąd na szczyt mieliśmy jeszcze 6 kilometrów i 450 metrów przewyższenia. Wybranie tej opcji pozwala podziwiać położony powyżej stacyjki kompleks skalny zwany Fauerstein. Harz obfituje w wychodnie skalne, ale ta jest chyba najbardziej znana, gdyż jej wizerunek zdobi etykietkę ziołowego likieru miejscowej produkcji.

Jednak Fauerstein nie byłby tak dobrze widoczny gdyby nie wycięto martwego lasu świerkowego na jego przedpolu. Harz jest bowiem miejscem katastrofalnej gradacji kornika. Tutejsze monokultury świerkowe, dodatkowo osłabione przez kwaśne deszcze, nie były mu się w stanie oprzeć. Ogromne połacie zboczy, np. zachodnie stoki Brockenu pokryte są sterczącymi w niebo suchymi pniami. Gdzie indziej, zwłaszcza na obrzeżach Parku Narodowego Harzu prowadzi się ich wyrąb i wywózkę. Równocześnie zakłada się bierną renaturalizuję lasów, które na tych wysokościach w znacznie większej części powinny być budowane przez drzewa liściaste np. buki. W wielu miejscach widzieliśmy tablice, na których administracja leśna tłumaczyła powody takiej katastrofy oraz przybliżała przyjętą strategię działania. Ogłoszenia podobnej treści podawane były także w wagonikach kolejki jadącej na Brocken. Takie starania dotarcia do świadomości osób odwiedzających góry muszą budzić szacunek. Każda okazja, czas i miejsce są dobre, aby się czegoś nauczyć. W tym przypadku zarządzania przyrodą w sposób zrównoważony.

Skała Fauerstein w Schierke
Kolejka zjeżdża z Brockenu do Wernigerode

Patrząc na mapę turystyczna Harzu można doznać oczopląsu. Wylicza ona 50 (tak, tak!) rodzajów szlaków pieszych, wyznaczanych przez kilkanaście organizacji, każdy ze swoim systemem znakowania. Dodajmy do tego 20 rodzajów szlaków rowerowych i oraz szlaki do turystyki konnej, narciarskiej czy nordic-walking. Niezły galimatias! Na szczęście w realu jest znacznie prościej. Oznakowanie spotyka się rzadko, a jeśli już to na wbitych wzdłuż drogi drewnianych słupkach lub na drogowskazach. Te ostatnie są na każdym skrzyżowaniu czasem nawet w zbyt dużej ilości. Trzeba tylko znać potoczne nazwy ścieżek, bo kierunkowskaz może wskazywać trasę do określonego celu, ale różnymi drogami! Przydatna jest też znajomość nazw punktów pośrednich. Wskazanie odległego punktu docelowego jest raczej wyjątkiem niż normą i to tylko na głównych drogach dojściowych. Wybrawszy ciekawsze, acz dłuższe zejście z Brockenu do Wernigerode ani razu nie natknęliśmy się na drogowskaz z nazwą tego miasta.

Nasze wejście na kulminację Harzu odbyło się więc początkowo wzdłuż gruntowej Glasshuttenweg, a następnie po Brockenstrasse – regularnej asfaltowej ulicy zbudowanej niegdyś dla potrzeb szczytowego garnizonu. Tłum pieszych i rowerzystów gęstniał z każdą minutą marszu w kierunku szczytu. Na Brocken wiodą tylko dwie drogi dojściowe z czego zdecydowanie popularniejsza jest południowa zbierająca ruch także ze wschodu i zachodu. Co najmniej co piąty człowiek na tej drodze był rowerzystą. Po osiągnięciu podszczytowego płaskowyżu tłum nagle się rozpierzchł. Mogło to być rezultatem przenikliwego, wilgotnego wiatru smagającego pozbawione lasu szczytowe partie Brockenu, lecz faktem jest, że było gdzie schronić się przed tą niedogodnością. Szczyt jest wyjątkowo gęsto zabudowany: mamy więc stację kolejową z wszelkimi towarzyszącymi usługami, hotel wraz z kompleksem gastronomicznym, muzeum Brockenu z informacją turystyczną, wieżę przekaźnikową radia i telewizji oraz budynek stacji meteorologicznej. Oprócz stacji kolejowej są to obiekty wielopiętrowe z platformami widokowymi w górnej części. Małą architekturę reprezentują XIX wieczny schron turystyczny, stos kamieni wyznaczających najwyższy punkt Harzu czy upamiętnienia wizyt na szczycie Goethego i Heinego. Ten ostatni uwiecznił wycieczkę z 1824 roku słowami „Viele Steine, müde Beine, Aussicht keine, Heinrich Heine” (Wiele kamieni, bolące nogi, zero widoków) nakreślonymi w, wówczas już prowadzonej, księdze wejść na szczyt. W narzekaniu na brak widoków poeta nie mógł być odosobniony. Statystycznie, przez 300 dni w roku szczyt ginie w chmurach i mgle. My mieliśmy więcej szczęścia nie na tyle jednak by zobaczyć większość z miejsc wskazanych na wpuszczonych w grunt metalowych tabliczkach kierunkowych.

Glasshuttenweg w kierunku Brockenu
Przejazd kolejowy przez drogę na Brocken
Skałki Renneklippen ponad Wenigerode

„Jeśli wejdziesz między wrony tedy krakaj jako ony”. A jeśli wejdziesz na Brocken tak jak wszyscy inni kieruj się w kierunku baru pod chmurką (do restauracji stoi kolejka, a i tak nie wpuszczają tam z psem). Wzmocnieni Bockwurstem w bułce i kubeczkiem gorącego grogu śpiesznie opuściliśmy szczyt wybierając drogę ku północy. Z wagonika zjeżdżającej ze szczytu kolejki pomachał do nas gość, który kilka godzin wcześniej razem z nami wyjechał z Wernigerode. Droga zwała się Heineweg i była wyłożona betonowymi, perforowanymi płytami. Zejście z niej na gruntowe drogi prowadzące ku wschodowi przez dolinę strumienia Ilse i dalej ku Wernigerode oznaczało koniec towarzystwa ludzkiego oraz ciszę przerywaną tylko głosami ptaków i przejmującym świstem dalekiej lokomotywy. Od rozdroża Molkenhausstern teren się wypłaszczył, a lasy były mniej zniszczone przez kornika. Końcowe zejście stromą ścieżynką wzdłuż kaskad małego strumienia do doliny Holtemme swoją malowniczością zadowoliłoby każdego karpackiego konesera. Z pierwszymi kroplami deszczu dotarliśmy na skraj Wernigerode. Mieliśmy szczęście! Ostatni kursowy autobus do centrum miasta wyruszał za 5 minut.

Harz to dziwne góry. W częściach szczytowych są znacznie bardziej ucywilizowane i nasycone infrastrukturą niż w partiach niższych i bliższych siedzibom ludzkim. Dzięki temu jednak zarówno miłośnik zdobywania korony gór i poznawania jak zmienia się smak piwa wraz z wzrostem wysokości nad poziom morza, jak i miłośnik samotnych wędrówek i podpatrywania ptaków znajdzie w nich coś dla siebie. To prawda, że momentami bywało tam tłoczno, ale ani przez moment nie czuliśmy się niezręcznie czy niebezpiecznie. Turyści są życzliwi wobec siebie i wyglądają na dobrze przygotowanych do przebywania w górach. Nawet zjeżdżający z Wurmberga na monsterreollerach miłośnicy adrenaliny zwalniali i pozdrawiali nas przyjaznym Tschüs! Nie zaobserwowaliśmy też żadnych napięć na linii piesi – użytkownicy dwukołowców czy przejawów niechęci wobec właścicieli psów. Te ostatnie muszę wędrować po parku narodowym na smyczy w okresie marzec-lipiec i w pozostałych miesiącach, o ile należą do ras myśliwskich i gończych. Pozostałe można spuścić z uwięzi jeśli się nad nimi panuje. Dla pewności jednak wszystkie idą grzecznie na smyczy. Turystyka górska w Niemczech ciągle jest bardziej skomercjalizowana niż w Polsce, ale tłokiem na górskich szlakach na pewno już Niemcom dorównujemy. I zdaje się, że gdyby Orłowicz miał szansę wyprawić się obecnie w Tatry czy Bieszczady jego doznania mogłyby być wielce podobne do tych spisanych przed ponad wiekiem po wycieczce w Karkonosze.