Kategorie
Chorwacja

Co ma płynąć nie utonie, czyli o magnetycznej sile przyciągania Komižy

Pchnąłem drzwi i moje wszystkie zmysły ogarnęła atmosfera wiejskiej gospody: gwar rozmów, ludowa, bawarska muzyka dobiegająca z radiowych głośników, zapach piwa, kiełbasy i, o zgrozo!, nikotynowego dymu. Zebrawszy rozsypane w pamięci niemieckie zwroty poprosiłem o pomoc. Otóż wiejską drogę prowadzącą do wybranego miejsca noclegu flankowal znak drogowy zabraniający wjazdu. Działo się to w Roku Pańskim 1998. Departament Obrony USA dopuścił już wprawdzie system nawigacji GPS do użytku cywilnego, ale dotyczył on głównie statków powietrznych, a telefon komórkowy (którego zresztą jeszcze nie posiadaliśmy) służyły do rozmów głosowych i wysyłania SMS-ów, a nie ściągania lokalizacji z satelity. Byliśmy więc skazani na papierowe mapy i pozyskiwanie informacji od mieszkańców odwiedzanych krajów i regionów. Zabrane naprędce konsylium pokiwało ze zrozumieniem głowami i zawyrokowało, bym nie zwracał uwagi na znaki, bo znaleziona droga jest najwłaściwsza. Moje, podszyte słowiańską niepewnością, wątpliwości rozwiano stwierdzeniem “Przecież wszyscy tak jeżdżą”.

I rzeczywiście, po kilku kilometrach jazdy, podczas której uspokajałem Podziomka, że niemiecka policja w wiejskiej części wschodniej Bawarii po godzinie 20 na pewno odpoczywa w domu przy piwie, dotarliśmy do imponujących rozmiarów Bauernhof-u oznaczonego tablicą z odpowiednią nazwą. Po całym dniu jazdy z chorwackiego Szybenika należał nam się odpoczynek. Noc była ciemna, tylko gwiazdy lśniły na nieboskłonie, chwytał pierwszy październikowy przymrozek. Niestety, dzwonienie, kołatanie, a nawet pohukiwanie “Ist jemand zu Hause?” nie przynosiły rezultatów. Gospodarstwo znajdowało się na uboczu, nie mogliśmy więc liczyć na pomoc sąsiadów. Przyszło więc wrócić do znajomej gospody, która powoli kończyła już dzienną aktywność. Nasz powrót początkowo skwitowano gromkim śmiechem, ale gdy wyjaśniłem, iż pomimo posiadanej rezerwacji nie mogę dostać się do pensjonatu towarzystwo poważnie się zafrasowało. Wśród wygłaszanych komentarzy królowało “Das ist nicht gut”. Próby nawiązania kontaktu telefonicznego z gospodarzami (oczywiście, za pomocą telefonii stacjonarnej) też nie przyniosły powodzenia.

W końcu Pani od obsługi piwnego nalewaka poleciła nam pójść za sobą. Wkrótce dotarliśmy do obiektu wyglądającego na opuszczony pensjonat. Zostaliśmy poinformowani, że należy on do rodziny, ale właściciele wyjechali po sezonie na zasłużony odpoczynek w Hiszpanii. Na czas ich nieobecności załatwili u właściwych władz czasowe zawieszenie działalności. Mieliśmy więc tam nocować na całkowitym nielegalu. Mimo to, jak przekonaliśmy się przy śniadaniu (nielegalnie nie oznaczało wszak odstąpienia od właściwych standardów noclegu), nie byliśmy tam jedynymi gośćmi. Rankiem, po upewnieniu się, że “Jemand ist schon zu Hause” mogliśmy przenieść się do docelowego miejsca noclegu. Przez pozostałe trzy dni pobytu gospodarze byli wobec nas przesadnie grzeczni i każdego ranka wyjaśniali, że ich nastoletni syn Steffl powinien nas wpuścić, ale słuchał głośnej muzyki, a potem zasnął. Winowajca był przy tej okazji wypychany przed front rodziny i zmuszany do złożenia samokrytyki. Pryszczaty nastolatek musiał nas z tego powodu szczerze znienawidzić!

Bauernhof w Bawarii – zdjęcie poglądowe

Wróciłem pamięcią do tej historii gdy, blisko północy, dotarłszy do ulicy, przy której mieliśmy spędzić tydzień naszych chorwackich wakacji utknęliśmy przy znaku zakazu wjazdu. W dodatku możliwość przejazdu ograniczały wetknięte w jezdnię słupki. Klimat był jednak śródziemnomorski, a my bogatsi w doświadczenie. Okazało się, że samochód zmieści się między słupkami. Gospodarz odbierał telefon i wkrótce przybył na skuterze z kluczami. Po kolejnych 30 minutach, rozpakowaniu się i odstawieniu pojazdu na parking mogliśmy więc zacząć nasz tygodniowy pobyt w Komižy na wyspie Vis. Nazajutrz obudził nas krzyk mew. Ponad dachami sąsiednich domów widać było Adriatyk. Opuściliśmy nasz mikroskopijny, acz wystarczający na zespół w składzie dwoje dorosłych plus pies Harry, pokoik, by sprawdzić co do zaoferowania przybyszom ma kolejne dalmatyńskie miasteczko. 

Wyspa Vis należy do najbardziej oddalonych od stałego lądu Chorwacji. Dotarcie tam zajmuje promowi Jadroliniji 2 godziny i 20 minut. To już na tyle długa podróż, że Harry wykazywał zniecierpliwienie, więc większość podróży spędziłem na pocieszaniu go, siedząc  na podłodze. Po prawdzie, wypłynęliśmy ze Splitu o 21 więc nie traciłem wielu widoków. Port promowy znajduje się w miasteczku Vis. Do pokonania jest jeszcze kilkanaście kilometrów drogi, na ostatnim odcinku opadającej gwałtownymi zawijasami ku Komižy. Kościół pw. Św. Mikołaja i dawny benedyktyński klasztor to pierwsze budynki widoczne z tej drogi. Pobudowane z dala od wybrzeża przybrały formę twierdzy mającej chronić zakonników przez atakami od strony morza. Z ciekawostek – świątynia został konsekrowana w roku 1177  przez samego papieża Aleksandra III, którego statek w czasie podróży do Wenecji został zepchnięty przez wiatry na okoliczne skały. Rozbudowywany latami kościół ma obecnie aż pięć naw i znajdziemy w nim ślady wielu stylów architektonicznych od romańskiego przez gotyk aż po barok choć, oczywiście, w wyposażeniu przeważa ten ostatni. Mnie w pamięci utkwiły zwłaszcza boczny ołtarz betlejemski będący w istocie drugą najstarszą, bo pochodząca z 1692 roku, szopką w Chorwacji jak też, przypominająca raczej balkon, ambona. Poniżej wczesno XVII wiecznych bastionów otaczających świątynię rozciąga się cmentarz różniący się od polskich zarówno architekturą poszczególnych nagrobków jak i bardziej efektywnym wykorzystaniem przestrzeni. Wyniosła kościelna wieża stanowi punkt orientacyjny dla zbliżających się do portu jednostek. Z kolei, patrząc z kościelnego dziedzińca ogarnia się wzrokiem całe miasteczko, zatokę nad którą jest ulokowane, pobliską wyspę Biševo, jak i bardziej odległą Svetac.

Kąpieli zażywaliśmy na najbliższej plaży, w północnej części miasteczka. Nie dość, że była dosyć rozległa, tak w części lądowej jak i morskiej, przez co nie miało się wrażenia tłoku, to jeszcze beach bar oprócz kawy i mocniejszych trunków serwował też całkiem pomysłowe owocowo-warzywne smoothie. Nic to jednak wobec widoku na trójszczytową fasadę kościoła NMP od Piratów (Gospa Gusarica) oraz koncertu bicia jego dzwonów w samo południe. Oryginalne wezwanie wiąże się z historią o piratach, którzy mieli podobno złupić kościół i zabrać z niego ikonę NMP. Cóż kiedy nie dali rady odpłynąć z łupami. Udało się to dopiero po wyrzuceniu ikony za burtę, ta zaś, ma się rozumieć, dopłynęła na brzeg tuż przy swoim kościółku. Wciśnięta między plażę, a opadające ku morzu górskie stoki świątynia jest w rzucie szersza niż dłuższa, wskutek czego każda z trzech naw jest z funkcjonalnego punktu widzenia autonomiczna. Uwagę zwraca metalowy krzyż. Mimo stosunkowo niewielkich rozmiarów skrupulatnie umieszczono na nim wszelakie młotki, gwoździe, cęgi i piki, czyli atrybuty męki Pańskiej. Skromne organy nie byłyby godne wzmianki, gdyby nie umieszczona w opisie kościoła informacja, że pochodzą z warsztatu Stefana Kolarewicza z Krakowa. Wobec braku dowodów, by w drugiej połowie XVII wieku funkcjonował w Krakowie taki warsztat, a równocześnie konstrukcyjną i melodyczną bliskość z instrumentami szkoły wenecko-dalmatyńskiej, historycy skłaniają się, pomijając koncepcję legendy miejskiej, do poszukiwania pochodzenia mistrza z innych miast/regionów o podobnej do Cracovii pisowni lub wymowie. Nie wykluczają przy tym wyspy Krk, która po łacinie zwie się Curicta. Ciekawe, że nikt nie dopuszcza możliwości, iż polskiego pochodzenia organmistrz był mnichem w jednym z licznych chorwackich klasztorów. Organy pochodzą wszak z epoki, gdy łatwiej było wyeksportować człowieka niż tak złożony instrument muzyczny. Vis nie ma naturalnych rzek. Większość źródeł wody pitnej znajduje się w strefie brzegowej. Jedno z nich znajduje się pod kościołem, skąd woda odprowadzana jest rurami do zdobionej płaskorzeźbami studni na dziedzińcu. W epoce przedwodociągowej przy studni zbierali się więc Komižanie, tak w celach praktycznych jak i towarzyskich.

Krzyż z zestawem atrybutów męki Pańskiej

Komiža była centrum rybołówstwa w środkowej Dalmacji. Miejscowi rybacy łowili niegdyś jakieś niespotykane ilości sardynek, a w XIX wieku wyspa stała się centrum połowów i dystrybucji, w tym eksportu, homarów. Działalność ta musiała być wysoce dochodową oceniając po ilości i jakości budynków wzniesionych przez mieszkańców. Cztery kościoły, wielokondygnacyjne kamienice (nasz apartament mieścił się właśnie w takim “drapaczu chmur”), w końcu czuwająca nad wejściem “Komuna”, czyli XVI wieczna wenecki fort mająca bronić portu i komižan przed piratami, którzy ściągali tam gdzie było co złupić. Nota bene, wenecka centrala wyłożyła na budowę tylko połowę potrzebnych środków. Druga połowa została sfinansowana z zysków z handlu rybami. Ot, taki renesansowy poprzednik partnerstwa publiczno-prywatnego. Współczesnę nazwę obiekt ten zawdzięcza przebudowie na siedzibę władz miasta przed 150 laty. Dodano wtedy wieżę zegarową, balkon oraz wykuto w grubych murach otwory okienne. Mimo, że ściany twierdzy nie opadają już wprost do morza, lecz są od niego oddzielone szerokim nabrzeżem to jednak obecność takiego znacznika krajobrazowego z wieżą wznosząca się ponad maszty zacumowanych w pobliżu jachtów dodaje portowi w Komižy swoistego uroku.

A tu widać jak solidna była to konstrukcja

Przetwórstwo ryb to też już historia. W mieście znajdziemy kilka opuszczonych budynków po fabrykach konserw. Jeden z nich od sierpnia do grudnia 2017 roku zajęło na swoje potrzeby kierownictwo produkcji filmu Mamma Mia 2. Miejsca gdzie przebywali aktorzy są skrupulatnie oznaczone, a co poniektórzy przedstawiciele świata usług turystycznych chwalą się znajomością np. z Piercem Brosnanem. Parking, na którym zostawiliśmy nasz pojazd znajdował się też na terenie upadłej przetwórni. Opuszczone hale zajęło kilka mniejszych firm (w tym miejscowy zakład oczyszczania miasta), ale że stoją one wśród śródziemnomorskiego lasu będącego największym obszarem zieleni w mieście, na spacery z Harrym chodziliśmy właśnie tam. Po rybackiej przeszłości pozostał jeszcze jeden relikt. Jest nim olbrzymia ilość kotów i ogólnie pozytywny stosunek mieszkańców do tych stworzeń. Z jednej strony ich obecność dostarcza wielu fascynujących tematów dla fotografów, z drugiej w najmniej spodziewanych momentach człowiek jest alarmowany dzikimi awanturami oraz przeraźliwymi odgłosami wydawanymi przez futrzaki z im tylko znanych powodów. Harry, którego stosunek do kotów jest raczej pozytywny, co i rusz zdumiewał się gdy zza uchylonego okna syczały na niego niczym węże, a czasem pazurzasta łapa wysuwała się zza ogrodzenia by trzepnąć go po ogonie.

W odległości 5 mil morskich od Komižy leży wyspa Biševo. Przy nabrzeżu w Komižy wiele firm oferuje wycieczki na Biševo. Ich program i cena różnią się w zależności od długości wycieczki i liczby oferowanych atrakcji. Każda opcja zawiera wizytę w Błękitnej Jaskini. To jaskinia z podwodnym wejściem, do której dostają się jednak odbite od dna promienie słońca. Aby umożliwić dotarcie doń osobom nieskłonnym do nurkowania użyto dynamitu, ale sklepienie uzyskanego otworu jest na wysokości tylko 1,5 m nad wodą. Powoduje to konieczność przesiadania się na wyspie do niziutkiego czółna oraz pochylanie głów, by nie nabawić się guza. Przy wzburzonym  morzu wpłynięcie do jaskini jest zupełnie niemożliwe. Pomimo ogromnego ruchu, kolejki czółen przed jaskinią i, generalnie, nastrojowi rozszalałej komercji wrażenie z wnętrza jaskini jest niezapomniane. Możliwość podziwiania gry światła na dnie i skałach oraz atmosfera zanurzenia w lazurowej bańce jest warta każdej ceny. 

W środku zapadamy się w świetlistą, błękitną bańkę

Doznania innego rodzaju zapewnia wizyta w Jaskini Niedźwiedziej. Ma ona aż 160 metrów długości, przez co w jej głębi panuje atramentowa ciemność. Szyper naszej łodzi zaproponował udanie się wpław do znajdującej się u jej końca  niewielkiej plaży, ale nam z Podziomkiem wystarczyło spenetrowanie pierwszych 10 metrów skalisto-morskiej szczeliny.

Gdyby w czyichś głowach pojawiło się pytanie skąd wziął się niedźwiedź w nazwie jaskini, spieszę wyjaśnić, że w jej okolicy znaleziono ślady bytowania rzadkiej foki – mniszki śródziemnomorskiej. Pobożni Chorwaci nie zdecydowali się na wprowadzanie akcentów religijnych do nazewnictwa zoologicznego i w ich języku zwierzę to nazwali medvjedić, czyli dosłownie niedźwiadek. Nasza wycieczka zajęła 6 godzin więc zdążyliśmy pobyczyć się dwie godziny w zacisznej zatoce Porat i opłynąć całe Biševo naokoło. Przy stromych, skalistych klifach po południowej stronie wyspy Podziomek dostrzegła niewielkiego sokoła. Chciałoby się wierzyć, że był to gniazdujący tu sokół skalny, zwany bardziej malowniczo w łacinie, angielskim i chorwackim sokołem Eleonory. W bonusie krajoznawczym przepłynęliśmy wolno wzdłuż południowo-zachodniego cypla wyspy Vis gdzie, wśród innych mini plaż, znajduje się też taka o swojskie nazwie Pizdica. Ponieważ nazwa ta oznacza to czego można się domyślić miejscowi przewodnicy snują najdziksze bajania na temat jej etymologii.

Nad dachem naszej kamienicy wyrastał  jeszcze penthouse. Jedno, niewielkie pomieszczenie z sofą, telewizorem i półkami na książki. Nie widziałem jednak, by ktoś z niego korzystał. Co innego otaczający je taras. Byliśmy jego regularnymi gośćmi. Ze względu na mizerność pokojowej wnęki kuchennej przenosiliśmy się tam ze śniadaniami. Wieczorami wpadaliśmy na lampkę (no dobrze, bywało, że i dwie) wina. Widok na ograniczoną górskimi zboczami zatokę, stojące na redzie jachty, czerwone dachy domów, wieże kościołów i “Komuny” nie chciał się nam znudzić. Wieczorami z dołu dochodziły stłumione odgłosy życia miasta, a księżyc w zmieniających się odcieniach żółci i pomarańczy przemieszczał się dostojnie ponad grzbietami gór. Nasza kamienica mogła pomieścić w swoich malutkich pokoikach 9 par spragnionych romantycznych doznań i widoków. Taras ze względu na swoją formę mógł w niekrępujący sposób pomieścić ledwie dwie pary. Mimo to udawało nam się uniknąć tłoku. Może ze względu na doświadczenie, tak życiowe jak i pobytowe: My zajmowaliśmy nasz lokal przez tydzień, gdy pozostali gości rzadko zatrzymywali się na dłużej niż dwie noce. Zawsze udawało nam się przyjść do naszego podniebnego azylu w momencie, gdy przynajmniej jego połowa była do naszej dyspozycji.

Oj, idzie na burzę!

Komiža prócz niewątpliwych wartości krajobrazowo-architektonicznych zaskoczyła nas kilkoma aspektami swojej oferty turystycznej. Choć epidemia zamkniętych kościelnych odrzwi nie jest w Chorwacji tak rozwinięta jak w Polsce, to, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach i obiektach nieuznawanych za zabytkowe zdarzało nam się pocałować klamkę. Tymczasem w trakcie ostatniej wizyty zetknęliśmy się z zasadą, iż każda świątynia miała określone godziny zwiedzania. Przy tym na każdej była informacja dotycząca wszystkich kościołów w mieście. Bardzo to ułatwiało planowanie ich odwiedzania. Komiža była też pierwszym miastem tej wielkości, gdzie prócz croissanta do porannej kawy można było zamówić cały zestaw śniadaniowy. W końcu, co też dotychczas było domeną większych miast, w miasteczku funkcjonuje regularna cukiernia, czyli przybytek w potocznej świadomości łączony z atmosferą i ofertą kawiarni w duchu habsburskim, a nie dalmatyńskim. Wszystkie te obserwacje mogą wynikać z wyjątkowości Komižy, ale mogą też być wynikiem zmian zachodzących w społeczeństwie i gospodarce chorwackiej. Przez długie lata sektor turystyczny Dalmacji zasilany był latem przez pracowników sezonowych z głębi lądu i większych miast. W tym roku, po raz pierwszy, zaobserwowaliśmy, że w gastronomii i hotelarstwie coraz więcej pozycji zajmują migranci, często pochodzenia azjatyckiego. Że jest to fenomen nie tylko komižski, ale ogólno chorwacki i ma charakter masowy, przekonaliśmy się podczas krótkiej wizyty na wyspie Krk, gdzie pod logo znanej sieci hotelowej funkcjonował hotel pracowniczy, a wokół niego odpoczywało sporo pracowników o egzotycznej powierzchowności. Cóż, jest to pewnie sposób na utrzymanie w miarę przystępnej oferty cenowej tej sieci.

Pisanie o chorwackiej gastronomii to zadanie miłe, bo karmi ona smacznie i zdrowo, ale równocześnie trudne, bo jak tu wskazać, która restauracja przewyższa inne i w jakim obszarze? W pobliżu naszej kamicy na wysuniętym w morze przylądku znajdowało się skupisko trzech restauracji. Jedna z nich chlubiła się faktem, że kilka scen do filmu Mamma Mia 2 było kręconych właśnie pod jej dachem. Poza tym znajdował się ona w historycznym budynku przechowywania i przygotowania do eksportu złowionych homarów. Nic dziwnego, że stanowią one i dzisiaj podstawę restauracyjnego menu. Po zrobieniu rezerwacji stolika (UWAGA: z dwudniowym wyprzedzeniem!) i my skusiliśmy się na owe frykasy. W ten sposób pobiliśmy życiowy rekord wysokości restauracyjnego rachunku. Czy homar był tego wart? Być może. Natomiast widok na komižski port w promieniach zachodzącego słońca na pewno.

Gdy przed laty jeździliśmy do Chorwacji z małoletnimi córkami zazwyczaj unikaliśmy zatłoczonych plaż szukając dzikich skrawków wybrzeża oddalonych sporo od siedzib ludzkich. Zauważyłem, że w ostatnich latach coraz częściej wystarczają nam plaże miejskie i, o zgrozo!, oznakowane kąpieliska. Stosunkowo nowym zjawiskiem w naszym sposobie letniego wypoczynku jest też wykupywanie dodatkowo płatnych atrakcji. Może po prostu już nas na nie stać, a może zaczęliśmy cenić swój czas i nie chcemy go nadmiernie tracić na samodzielne organizowanie każdej minuty wakacji. Samochód też miał dłuższy odpoczynek. Przez cały tydzień wyjechaliśmy z parkingu tylko raz, by odwiedzić stolicę wyspy – miasto Vis. Trafiliśmy na załamanie pogody, przez co trudno powiedzieć byśmy je dobrze poznali. Za to w odwiedzonej restauracji, gdzie byliśmy jedynymi klientami, nie dość, że pogadaliśmy sobie z panią właścicielką to jeszcze dostaliśmy nie przewidziany w karcie talerz owoców morza, który okazał się przepyszny. To wydarzenie spowodowal, że odżyla we mnie pokusa przyjazdu do Chorwacji poza sezonem letnim, tym samym nawiązując do naszej pierwszej wizyty w tym kraju, tej samej, z której powrotna droga wiodła przez Bawarię i pensjonat zaspanego Steffla.

Kategorie
Chorwacja

O ryzyku wyboru niewłaściwego małżonka oraz antyfaszyzmie bez faszyzmu czyli rozważania o historii nad Adriatykiem

Dojeżdżając do Zadaru od Maslenickiego Mostu nad kanałem łączącym Morze Novigradzkie z Kanałem Welebickim mija się miejscowość o nazwie Islam Latinski. Sąsiaduje ona z wsią o nazwie Islam Grčki. Taki nazewniczy oksymoron zwrócił moją uwagę. Poszperawszy po Internecie dowiedziałem się, że miejscowości te wzięły nazwy od fortu założonego w 1577 roku, na granicy zasięgu państwa tureckiego, o symbolicznej nazwie Sedd-i Islam, czyli wał lub mur Islamu. Pomimo, że po siedemdziesięciu latach Turcy zostali wyparci przez Wenecjan, nazwa nie została zmieniona, z czasem dodano tylko przymiotnik wskazujący kto zamieszkiwał poszczególne części wsi. Oczywiście, owymi Łacinnikami byli współcześni Chorwaci, a Grekami – Serbowie. Słuszność tych nazw potwierdzał jeszcze spis ludności z 1991 roku. Potem Jugosławię rozdarły na części konflikty etniczne. Przez dwa lata okolice były opanowane przez serbskich zwolenników ancient regime, potem wróciły w ręce chorwackie. Ostateczny rezultat konfliktu – powstanie państwa chorwackiego – spowodował demograficzny upadek Greckiego Islamu. Dzisiaj mieszka w nim ok. 13% liczby mieszkańców, porównując do danych z 1991 roku. Koincydencja z ówczesną liczbą mieszkańców pochodzenia innego, niż serbskie rzuca się w oczy.

Po raz drugi w naszych prawie corocznych wizytach w Chorwacji zmuszeni zostaliśmy do skorzystania z usług miejscowej pomocy drogowej. Podjechaliśmy zobaczyć kościół i klasztor Franciszkanów w miejscowości Donji Karin (o czym poniżej). Dojechaliśmy bez problemu, ale ruszyć w drogę powrotną już nie zdołaliśmy. Na szczęście miejscowy mechanik potrafił przywrócić automobil, zwany w naszej rodzinie Orką, do życia. Jak to obecnie bywa, zawiodła nie mechanika, lecz elektronika. Pamiątką po tej przygodzie jest język chorwacki, w którym próbuje się z nami komunikować komputer pokładowy. Córka, a także wspólniczka, właściciela warsztatu władała dobrym angielskim, co pozwoliło nam porozmawiać, gdy podwoziła nas swoim samochodem na miejsca odbioru Orki. Dowiedzieliśmy się, że rodzina przyjechała do Krajiny ze Slawonii, czyli pn.-wsch. krańca Chorwacji. Tereny te były w faktycznym władaniu Serbii do 1998 roku. Chorwacka rodzina, będąca uchodźcami wojennymi, przeniosła się do odzyskanej już w 1995 roku Krajiny, prawdopodobnie zajmując dom również uchodźców – serbskich. Trudno jest znaleźć wiele informacji na temat skali migracji wywołanej konfliktem serbsko-chorwackim. Temat był poruszany w mediach przez może dekadę po ustaniu działań zbrojnych. Ostatnio można się natknąć, co najwyżej, na przyczynkarskiej natury doniesienia o osobach (zazwyczaj Serbach), które, wbrew wszystkim przeszkodom, postanowiły wrócić do rodzinnego regionu w Chorwacji i im się powiodło.

Przeciętny turysta nie ma wielu okazji dotrzeć do informacji o burzliwej przeszłości regionu, w którym wypoczywa. Od czasu uniewinnienia w roku 2012 przez izbę apelacyjną Trybunału Haskiego generała Ante Gotoviny od zarzutów zbrodni wojennych, jego podobizny zniknęły ze straganów z pamiątkami. Nadmierne rozpamiętywanie traumatycznej historii nie sprzyjałoby zachęcaniu cudzoziemców do spędzania wakacji nad Adriatykiem. Dzięki przypadkowemu spotkaniu i egzotycznym nazwom podzadarskich miejscowości temat ten niespodziewanie dotarł do naszej świadomości. Ale, żeby była jasność! W trakcie rozmowy z naszą miłą szoferką poruszaliśmy raczej kwestie różnic w wymowie i słownictwie między mieszkańcami obydwu znanych jej części Chorwacji. Choć nie wyobraża ona sobie życia z daleka od morza, to jednak idealizowała daleką Slawonię, twierdząc, że gdyby nasz samochód miał awarię tamże, otrzymalibyśmy, nie tylko pomoc fachową, ale i doświadczylibyśmy gościnności i serdeczności ze strony mieszkańców. 

Tego roku podróżowaliśmy po Chorwacji we trójkę, z Podziomkiem i moją Siostrą. Chcieliśmy pokazać jej miejsca warte odwiedzenia, a bliskie naszemu sercu. Tak trafiliśmy do Novigradu w Żupanii Zadarskiej. Podczas zeszłorocznych wakacji spędziliśmy weekend w Ribnicy nad Morzem Novigradskim. Dwie wizyty w Novigradzie wystarczyły wówczas, by zakochać się w tym miasteczku. Malownicze położenie wzdłuż północnego brzegu esowatych kształtów kanału, wcinającego się głęboko w ląd, jego drugi brzeg porośnięty gęstym lasem sosnowym, ruiny zamku górujące wysoko nad miastem, kilka doprawdy niezłych restauracji i winiarni oraz kawiarnia serwująca najlepsze lody w okolicy, były wystarczającym powodem. Do tego dodać trzeba bogatą historię, w której główną rolę gra piastowskiej krwi Elżbieta Bośniaczka, żona Ludwika Węgierskiego i matka polskiego króla (to nie przejęzyczenie!) Jadwigi Andegaweńskiej, poślubionej Władysławowi Jagielle. Piękna i ambitna Elżbieta, po śmierci swego królewskiego małżonka – Ludwika rządziła, jako regentka, Królestwem Węgier. Starała się lawirować między Luksemburczykami i Andegawenami, którzy rościli sobie prawo do tronu św. Stefana. Przedstawiciel tych ostatnich – Karol, król Neapolu, koronował się na władcę Węgier nie zważając na to, że córka Elżbiety, a siostra Jadwigi, królewna Maria, została poślubiona przez Zygmunta Luksemburskiego, co wiązało się z obietnicą objęcia tronu u boku małżonki. Po niespełna dwóch miesiącach na tronie, Andegaweńczyk został jednak zamordowany z rozkazu Elżbiety. To nie umocniło jednak pozycji obydwu pań, jako władczyń państwa węgierskiego. Zwolennicy zamordowanego króla pojmali je i uwięzili na zamku w Novigradzie. Chcieli je wysłać do Neapolu, lecz Wenecja zarządziła morską blokadę, a od strony lądu zamek otoczyły siły rozwścieczonego luksemburskiego małżonka Marii. Otwartym pytaniem pozostaje, gdzie wcześniej przebywał i dlaczego nie było go u boku Marii w momencie jej porwania. Zdeterminowani obrońcy zamku udusili Elżbietę, podobno na oczach córki, a jej ciało wywiesili na murach. Nic im to jednak nie pomogło! Zygmunt zdobył zamek i odzyskał prawowitą małżonkę.

Czyli, bywało tu i światowo i dramatycznie. Obecnie jest już tylko malowniczo i spokojnie. Owszem, docierają tu turyści, ale w liczbie ograniczonej. Morze Novigradskie nie jest chyba uważane za pełnoprawną część Adriatyku, choć na nabrzeżu cumują jachty z różnych stron świata, a największy z nich pływa nawet pod polską banderą. My mieszkaliśmy w dolinie będącej przedłużeniem biegnącego przez Novigrad kanału. Teraz jej dno jest suche, ale nie zawsze tak bywało. Miejscowe muzeum, ulokowane w budynku dawnej spółdzielni rybackiej (brzmi może nie zachęcająco, ale budynek ma 250 letnią historię), o nazwie Dežderatovica, ma w swej kolekcji fotografię z czasów I Wojny Światowej, gdy w Novigradzie przed niebezpieczeństwem ataku chroniły się jednostki Cesarsko-Królewskiej Marynarki Wojennej, jak i statki handlowe. Ponad stłoczonymi w kanale kadłubami statków, ich masztami i kominami, widać, że morze sięgało znacznie dalej w głąb doliny. Nawiasem mówiąc, w muzeum byliśmy jedynymi gośćmi, dzięki czemu, w cenie biletu uzyskaliśmy też oprowadzenie po wystawie przez sympatyczną pracownicę tego przybytku kultury. 

Program każdego naszego dnia w Novigradzie był podobny. Po śniadaniu – sesja plażowa i kąpiele w morzu. Potem sjesta, a po małym co nieco, wyjazd do sąsiednich atrakcji turystycznych. W ten sposób odwiedziliśmy Zadar, Nin i Pag. Oczywiście, taki dwu-trzygodzinny wypad wystarczał na pospacerowanie główną ulicą, odwiedzenie najciekawszego kościoła i zjedzenie późnego obiadu w restauracji z ładnym widokiem na morze. Z takiego programu, nie tylko za sprawą awarii samochodu, wyłamała się nasza wizyta w Donji Karin. Tamtejszy klasztor franciszkański zachwyca położeniem nad ujściem niewielkiej rzeki do Morza Karinskiego. Budowla z białego kamienia, z wyniosłą wieżą, wznosi się ponad otaczającymi ją, nieco zdziczałymi, sadami oliwnymi i figowymi. Choć klasztor ma kilkusetletnią historię i zachował historyczne rozplanowanie, to wnętrza, szczególnie kościoła, mają zadziwiająco oszczędny i nowoczesny wystrój. Ten paradoks wytłumaczył nam napotkany w wirydarzu braciszek zakonny. Otóż, w trakcie stosunkowo krótkiej obecności w okolicy wojsk serbskich, zdołały one w metodyczny sposób złupić i zdemolować świątynię. Umieszczone na ścianach klasztoru fotografie poświadczały, że sytuacja ta nie była, niestety, wyjątkiem, lecz normą. W ten sposób naocznie przekonałem się o kolejnym przejawie barbarzyństwa, które towarzyszyło chorwacko-serbskiemu konfliktowi, a którego skutki trwają nadal.

Widok z restauracyjnego tarasu mógł zaspokoić wszelakie estetyczne potrzeby. Nie chodzi, oczywiście, o skróconą perspektywę nadmorskiego deptaka pełnego turystów i budek z wątpliwymi jakościowo pamiątkami. Po wschodniej stronie zatoki kolejne rzędy domów wspinają się po stromych zboczach, aż po szczytowe wypłaszczenie istryjskiego płaskowyżu. Po zachodniej – spadające ku zatoce stoki skrywa sosnowy las. Tylko gdzieniegdzie uległ on przerzedzeniu. Na takiej polance widać znacznych rozmiarów ruiny dawnego terminalu, z którego wywożono statkami minerały wydobywane w głębi półwyspu. Ku południowi horyzont zamykają górzyste wyspy Cres i Losinj, natomiast z przeciwnej strony, wysoko na wzgórzach, widoczne są dachy i wieże miasteczka Labin. Jest to klasyczne istryjskie miasteczko rozłożone na szczycie wzgórza. Wyróżnia się jednak spośród innych, podobnych, posiadaniem dzielnic położonych niżej, gdzie mieszkali i pracowali górnicy wydobywający, do 1988 roku, węgiel i boksyty. Rabac, w którym zatrzymaliśmy się na kilka dni przed wizytą w Novigradzie, w dawnych czasach był portem dla Labina i na stałe zamieszkiwali tam tylko nieliczni rybacy. Wąska i kręta droga wystarczała dla transportu ryb i owoców morza, ale była zbyt niebezpieczna dla ciężkich pojazdów zwożących kopalniany urobek. Dlatego miasto i terminal nad zatoką połączono towarową kolejką linową.

Odpoczynek przy lodach i drinku na labinskim rynku dostarczał wrażeń podobnych, jak w każdym innym historycznym, istryjskim miasteczku. Była loggia, pod której arkadami kupcy mogli rozkładać swój towar, a heroldzi obwieszczać ważne dla mieszkańców ogłoszenia. Były zdobione rzeźbami bramy, wystawne pałace i wiekowe kamienice z kruszejącymi tynkami. Ponad dachami widać było wyniosłą wieżę zegarową i jeszcze wyższą dzwonnicę. Jednak, miejsce to wyróżniało się na tle innych powenecjańskich placów. Położenie Labina powoduje, że główna droga samochodowa wspina się na centralne wzgórze i przecina rynek, a pojazdy lawirują wśród pieszych. Dodatkowo, główny plac miasta jest położony poza murami miejskimi. Żeby było jeszcze ciekawiej, kierowcy chcący się zatrzymać, mogą z tego placu, wprawdzie mając specjalne zezwolenie lub 66 Euro do zbycia, wjechać na parking położony na miejskich wałach. Oczywiście piesi za wejście nie płacą, chociaż z platformy murów ozdobionych starymi armatami rozciągają się piękne panoramy na znaczną część Istrii, zatokę Rijecką oraz najwyższy na całym półwyspie, sięgający 1400 m npm, masyw górski Ućka, zwieńczony biała kopułą przekaźnika radiowo-telewizyjnego na szczycie Vojaka.

Z nieoczywistych atrakcji miasteczka trzeba wymienić, położoną w nowej części, wieżę windową nad dawnym kopalnianym szybem. Do jej podnóża nie dotarliśmy, ale mogliśmy ją podziwiać z różnych miejsc widokowych Starego Miasta. Byliśmy za to w położonej nieopodal hali targowej, czyli po chorwacku – Tržnicy. Nazwa ta stosuje się zarówno do rozmaitej architektury zadaszonych obiektów handlowych (np. w Labinie), jak i do małych placyków (np. w Novigradzie), na których sprzedawane są wszelakie płody rolne. My z Podziomkiem uwielbiamy widoki, zapachy i atmosferę takich targowisk. To w Labinie, ma dwa poziomy oraz wydzieloną specjalną salę do sprzedaży ryb i innych morsko pachnących stworzeń. Każdy może tam znaleźć coś dla siebie. Dla mnie były to sery i pieczywo, dla Podziomka – barwne warzywa, owoce i oliwa. No i doświadczyliśmy – a jakże – poczęstunku śliwowicą przy okazji banalnego zakupu fig i innych owoców. Prawdziwym koneserom miejskich atrakcji rekomenduję wizytę w dziewięćdziesięcioletniej toalecie publicznej, ukrytej za flankującym wjazd na rynek, Krągłym Bastionem. Jest to przybytek jednostanowiskowy, w typie tureckim (kucanym), ukryty za betonową, obłą, umiarkowanie zdobioną obudową. Wyglądał na nieużywany. Nie wnikając w przyczyny tego stanu rzeczy, uznaliśmy, że to dobrze. Obecnie można bowiem skupić się na architekturze i koncepcji użytkowej obiektu, bez nadmiernego podrażnienia zmysłu węchu.

Labin jest jednym z wielu istryjskich miast położonych na szczycie wzgórza (ach jak cenię sobie zwięzłość angielskiego określenia hilltop towns). Być może, konkurencja pod względem atrakcyjności z innymi miasteczkami powoduje, że nie znajduje ono uznania wśród autorów przewodników turystycznych. Częściej, niż o jego zabytkach i wiekowej historii, wzmiankuje się o robotniczym powstaniu i miesięcznych rządach rewolucyjnej Republiki Labińskiej. Miały one miejsce wczesną wiosną 1921 roku. Lata, które nastąpiły bezpośrednio po zamilknięciu dział na frontach I Wojny Światowej, były w całej Europie bardzo trudne. Zmiany granic, polityczna niestabilność, szalejąca inflacja oraz problemy natury sanitarno-zdrowotnej, zachęcały do poszukiwania radykalnych rozwiązań. Górnikom labińskim atrakcyjne wydawały się propozycje komunistów, którzy dodatkowo umiejętnie rozgrywali sprzeczności pomiędzy chorwackimi pracownikami, a włosko-węgierskimi właścicielami kopalni. W każdym razie, robotnicy wygnali kierownictwo oraz mizernej wielkości lokalne siły porządkowe i zaczęli wdrażać w życie komunistyczna utopię. Jej kres położyło przybycie wojsk włoskich. Ofiary nie były zbyt liczne, a represje nadmiernie uciążliwe, sądząc z tego, że wśród ofiar wymienia się robotnika, który jako członek Czerwonej Gwardii, pełnił w deszczową noc wartę, w trakcie której przemókł, przeziębił się i w rezultacie umarł. 

Za czasów titowskiej Jugosławii, rządzący komuniści, którzy kochali uwiarygodniać się, jako jedyni prawdziwi przeciwnicy faszyzmu, okrzyknęli to wydarzenie pierwszym antyfaszystowskim powstaniem na świecie. Wprawdzie Mussolini doszedł do władzy we Włoszech dopiero półtora roku później, ale tłumaczono, że miejscowe władze i kierownictwo kopalni, nie będąc formalnie członkami ruchu faszystowskiego, stosowały w istocie faszystowskie metody rządzenia. Niepodległa Chorwacja, akcentując bardziej narodowe, niż klasowe, podłoże konfliktu, nadal podtrzymuje pamięć o powstaniu. W samym Labinie jest wiele pomników i tablic pamiątkowych odwołujących się, nie tyle do wydarzeń z 1921 roku, ile do szeroko rozumianej walki o sprawiedliwość społeczną i prawa narodowe.

Formuła naszego pobytu, z licznymi wizytami w okolicznych miejscowościach powodowała, że odwiedzaliśmy też różne restauracje. A w Novigradzie kilkakrotnie sami przygotowaliśmy sobie śródziemnomorski obiadek. W tej sytuacji, za warte wspomnienia uznałem jedynie lokale odwiedzone przez nas więcej, niż jeden raz. W Rabacu była to kafejka przy promenadzie, w której do porannej kawy można było spożyć wypieki przyniesione osobiście z sąsiedniej piekarni. Wspomniana wyżej lodziarnia w Novigradzie trzyma nadal wysoki poziom, a pani obsługująca rozpoznaje stałych klientów i zaskakująco szybko akceptuje ich dziwactwa, takie, jak indywidualne mieszanie espresso z tonikiem. Wreszcie, restauracja z widokiem na zakole kanału i jego, zdobny stawą (miniaturową latarnią) wylot na Novigradsko More, prócz serwowania pysznych dań kuchni dalmatyńskiej, ma z mojej perspektywy dwa plusy: pierwszym jest fakt, że w talerzu płodów morza uwzględnia tuńczyka, a drugim – że delektując się wspaniałymi daniami, można obserwować nie tylko mewy, ale i regularnie latające nad kanałem czaple nadobne.

Moja Siostra należy do niezbyt pływającej części rodziny. Dlatego na pławienie się w wodach Adriatyku wybieraliśmy zorganizowane kąpieliska. Jak wspomniałem, gości latoś było jakby mniej, przez co na plażach nie odczuwało się tłoku. Mimo to, dla Podziomka i dla mnie, wybierających dotychczas dzikie kąpieliska lub plaże “za pse”, była to dramatyczna odmiana. Jednak nawet w tych dniach, w których Siostra nie towarzyszyła nam na plaży, nie próbowaliśmy szukać niczego nowego. W obezwładniającym upale docenialiśmy korzyści dotychczasowego miejsca. Czy miała tu znaczenie kwestia wzrastającej z wiekiem potrzeby wygody, czy wymogi rekonwalescencji poszczególnych uczestników wycieczki, czy też bliskość beach baru i przebieralni, trudno przesądzić. W każdym razie, z kronikarskiego obowiązku odnotowuję tę zmianę naszych preferencji w sprawach kąpielowych. A otwartość na zmiany, w przypadku podróżników klasy 60+, oceniam jako wartość niewątpliwie pozytywną.

Kategorie
Chorwacja

Parking Winnetou oraz widoki zza chmur czyli Dalmacja z dala od plaży

Karol May pisząc powieści o Winnetou i jego przyjacielu Old Shatterhandzie nie znał Ameryki. Pierwszy raz odwiedził USA w roku 1908 – 26 lat po pojawieniu się na rynku pierwszej książki o przygodach, jak określono to w pierwszych recenzjach, “czerwonoskórego gentlemana”. Realistyczne opisy prerii, gór i kanionów były więc wytworem jego bujnej wyobraźni wspartej, jak się wydaje, studiami nad dostępnymi materiałami źródłowymi. Bohaterowie powieści Maya na długie lata zawładnęli wyobraźnią setek tysięcy czytelników na całym świecie. W postać ulubionych bohaterów wcielali się młodociani odbiorcy pod każdą szerokością i długością geograficzną. Na pewno było ich wielu także w dawnej Jugosławii, a nowe ich rzesze pozyskano po wejściu na ekrany w połowie lat 60-tych XX wieku serii niemieckich filmów o przygodach dwóch przyjaciół, do  których zdjęcia kręcono w malowniczej scenerii okolic Benkovaca w Chorwacji.

“O, tam znajdowało się obozowisko Apaczów!” powiedział wznosząc rękę nasz przewodnik. Chłopak mógł mieć dwadzieścia parę lat i nie należał już do pokolenia, które wolne chwile spędzało malując sobie twarz w czerwone wzory i próbując trafić z łuku do ruchomego celu. Wiedział jednak, że legenda Winnetou jest wiecznie żywa i można ją zręcznie zdyskontować w opowieściach dla  turystów zebranych na pokładzie spacerowej łodzi. Płynęliśmy od ujścia, w górę rzeki Zrmanje. Wokół piętrzyły się skaliste zbocza, między którymi rzeka wiła się malowniczo. Miejscami, na płyciznach, pojawiały się trzcinowiska, a na wypłaszczeniach stoków – kępy krzaków. Wbrew podświadomym oczekiwaniom, zza zakosów rzeki nie pojawiły się czółna pełne indiańskich wioślarzy. Tylko w okolicach miejsca oznaczonego na mapie, jako “parking Winnetou” (sic!), na krawędzi kanionu, zauważyliśmy niewielkie – z tej odległości – figurki ludzkie. Zastanawiałem się przez chwilę, czy w duchu przewodnickiego braterstwa nie sprzedać naszemu cicerone historii o Janosikowym skoku. Po minimalnych przeróbkach rzekę Zrmanję pokonywać tym sposobem mógłby wszak i Winnetou. Ale, że legendy lubią obrastać kolejnymi nieprawdopodobnymi historiami, liczę, że sam kiedyś coś podobnego wymyśli. 

Kanion rzeki Zrmanje - filmowa kraina Apachów

Zrmanje uchodzi do rozległej zatoki zwanej Morzem Novigradskim. Na północy łączy się ona z Adriatykiem cieśniną Novsko ždrilo, a na południu – poprzez cieśninę Karinsko ždrilo – z kolejnym, mniejszym, Morzem Karinskim. Chorwaci, ze względu na powierzchnię sięgającą tylko 5,5 km kw., lubią nazywać to ostatnie najmniejszym morzem świata. Nad drugą z cieśnin rozsiadła się miejscowość Ribnica, w której spędziliśmy sierpniowy tydzień. Choć to jeno 40 km od Zadaru, była to nieco inna Chorwacja, niż na wybrzeżu. Wciąż spotyka się tam zagranicznych turystów, woda w zatoce, choć mniej przejrzysta, jest podobnie słona, są hotele, restauracje, a nawet “beach bar”, ale rano budziło nas pianie koguta, w krzakach pod domem spotykaliśmy żółwie, wśród drzew latały wilgi, a po zapadnięciu zmroku – nietoperze. Gospodarze pozwalali gościom zrywać w ogródku to, na co mieli ochotę, a wokół zabudowań panował swojski nieporządek. Ku naszemu utrapieniu, nie było tam piekarni, miejscowy spożywczak nie oferował świeżych (ani nawet sczerstwiałych) “slancy”, ani lodów – zamiast w lodziarni, trzeba ich było szukać w regularnych restauracjach. Poważną niedogodnością było też częste nieakceptowanie kart płatniczych, podczas gdy najbliższy bankomat znajduje się w odległości prawie 8 km. Za to w zasięgu spaceru mieliśmy odcinki wybrzeża tylko dla siebie. Najczęściej korzystaliśmy ze Stipan’s Beach, gdzie w porze naszego przybycia żegnaliśmy tylko parę starszych wiekiem Chorwatów, a gdy zbieraliśmy się do domu, witaliśmy jedną niemiecką rodzinę z dwójką dzieci.

Kilka widoków Ribnicy

Rzeka Zrmanje w swoim środkowym biegu pokonuje serię wodospadów. Odwiedziliśmy najbliższy z nich – Slapovi Zrmanje. Jedzie się tam wśród rozległych połaci makii, z pięknymi widokami na pasmo Velebitu. Wodospad nie jest wysoki, woda spada z wysokości jakichś 6-7 metrów, ale rzeka jest pełnowodna i szeroka, spada więc kilkunastoma większymi i mniejszymi kaskadami poprzedzielanymi pasami zieleni. Przyroda i krajobraz robią duże wrażenie. Niestety, łatwość dojazdu spowodowała zwiększoną presję inwestycyjną człowieka. A że planowanie przestrzenne nie jest tu w najwyższej cenie, wodospady obrosły chaotyczną infrastrukturą: restauracje, pensjonaty, pole namiotowe, parkingi, dacze. Taras jednej z restauracji jest wręcz nadwieszony nad skrajną siklawą. Ludzie kręcą się wśród namiotów, słuchają muzyki, palą ogniska, grają w siatkówkę plażową, a nawet pieką jagnię na rożnie! Tymczasem, trzysta metrów w górę rzeki rozciągają się żyzne, zielone łąki, obrzeżone pasem wysokich drzew. Zrmanje spokojnie toczy swe przezroczyste, głębokie wody, ponad którymi od czasu do czasu przelatuje zimorodek. Co za kontrast między naturą w swej wspaniałości, a dosyć tandetną naleciałością cywilizacji! Chorwaci bardzo nie lubią, gdy określa się ich kraj przymiotnikiem “bałkański”. Cóż, kiedy właśnie odczucie bałkańskości – w duchu Emira Kusturicy – miałem patrząc, jak zagospodarowano okolice wodospadów. Może to był jednak relikt po nieboszczce Jugosławii, bo samochody stojące na parkingu nosiły tablice rejestracyjne, praktycznie wszystkich, państw powstałych w wyniku jej rozpadu.

Najniższa kaskada wodospadów na rzece Zrmanje i jej okolice

Podejście na szczytowe spiętrzenie Świętego Ilji wiedzie skalistym zboczem poprzerastanym pasmami roślinności zielnej i – z rzadka – większymi krzewami, czy drzewami. Ku południowi, ponad rozległą kotlinką, otwierał się widok na skąpaną w słońcu Korculę. Od północnego wschodu, gdzie grzbiet opadał stromszymi stokami, wiało jednak chłodem. W dolince poniżej kłębiły się chmury z wolna przelewające się na naszą stronę grzbietu. Gdy dotarliśmy na oznaczony kopczykiem kamieni i niewielkim drewnianym krzyżem szczyt, ogarnęły i nas. Przypomniało mi się, jak często z kąpiącego się w promieniach słońca Orebica obserwowałem szczyt Świętego Ilji ukryty pod czapą obłoków, a czasem też spoza jego urwistych południowych zboczy słychać było odgłosy gromów. To samo wspomnienie musiało dręczyć Podziomka, gdyż stanowczo odmówiła przejścia dodatkowych 100 metrów do punktu widokowego na skraju południowego urwiska. Tym razem jednak Ilja Gromownik, który na terenach z wcześniejszymi wpływami kultury helleńskiej przejął rolę i atrybuty pogańskiego Zeusa, był dla nas łaskawy. Chmurzyska dotarłszy do szczytu wyraźnie wytraciły impet. Najpierw podzieliły się na kilka strumieni, a potem niepostrzeżenie wzniosły jeszcze wyżej i rozproszyły. Zanim do tego doszło, w przerwach między chmurami udało mi się wykonać kilka nastrojowo-dramatycznych zdjęć. Gdy ruszyliśmy w drogę powrotną, znowu przyświecało nam słońce.

Wycieczka na Świętego Ilję była pomysłem Krysi. Góra wznosi się na wysokość 961 m npm, ale w jej przypadku wysokość względna równa się rzeczywistej, gdyż istotnie zdobywać ją trzeba od poziomu morza. Góruje ponad wypoczynkową miejscowością Orebic oraz kanałem oddzielającym ją od Korculi. Jest najwyższym szczytem archipelagu przybrzeżnych wysp chorwackich, do których, przynajmniej z geologicznej perspektywy, należy też Półwysep Peljesac. Gdy przed kilkunastu laty byliśmy dwukrotnie w Orebicu, mała jeszcze wówczas Krysia, przytłoczona ogromem góry i skalistością jej zboczy, bardzo poważnie obawiała się, że tatuś kiedyś zrealizuje swoje obietnice i pogoni całą rodzinkę na jej szczyt. Choć do tego nie doszło, dziecko dorastało dźwigając na barkach przekleństwo Świętego Ilji. W końcu, okrzepłszy mentalnie,  postanowiło się z nim zmierzyć i zameldowało mi gotowość do odbycia górskiej wycieczki. Tak trafiliśmy po raz kolejny do Orebica, a ściśle biorąc, sąsiedniej wioseczki – Perna. 

Sv. Ilija - widok sponad Starego Mista w Korculi
Ilija Gromownik
Sv. Ilija - widok z drogi do klasztoru franciszkanów
Sv.Ilija -  widok z Perny
Chmury przetaczające się przez szczytowe partie Sv. Ilija
Widok spod szczytu na Korculę

Pogoda nam sprzyjała. Po tygodniach męczących, sięgających blisko 40 C upałów, przeszedł front atmosferyczny niosący opady i  temperatury o ponad 10 C niższe. Mimo to, postanowiliśmy wyruszyć ze wschodem słońca i zaopatrzeni w odpowiednie zapasy wody. Po drodze nie ma żadnych źródeł, ani strumieni, lecz ostatnie deszcze zostawiły po sobie sporo kałuż, z których skwapliwie korzystał Harry – czworonożny turysta górski. Jedynym zastosowanym przez nas ułatwieniem było pokonanie pierwszych 150 metrów przewyższenia samochodem, który zostawiliśmy na parkingu przy klasztorze franciszkańskim, górującym nad miasteczkiem. Sumienie mieliśmy czyste, gdyż już wcześniej odwiedziliśmy go na piechotę. Pierwszy kilometr trasy biegnie jeszcze po asfalcie, potem skręca się na kamienistą ścieżkę dźwigającą się szparko w górę po południowych zboczach masywu. Ekspozycja nie jest nadmierna, więc nawet osoby z umiarkowanym lękiem przestrzeni nie powinny mieć problemu. W niektórych miejscach ścieżka jest na tyle wąska, że w przypadku mijanki trzeba użyć wyobraźni i zasad górskiego savoir-vivre. Przy wczesnym wymarszu prawdopodobieństwo spotkania turystów schodzących w dół jest jednak minimalne. W przeciwieństwie do polskich, miejscowe kierunkowskazy wskazują bardzo krótki czas przejścia danego odcinka. Dość powiedzieć, że nam wejście zajęło 4 godziny, a zejście 3, podczas gdy sugerowany czas wejścia, to 2 godziny i 50 minut. Po prawdzie, przy podejściu zostaliśmy wyprzedzeni przez kilka osób, podczas gdy my nie wyprzedziliśmy nikogo. Ale też mało kto zatrzymywał się na odpoczynek przy “Planinarskim domu”, choć to miłe, widokowe miejsce na skraju lasu i skalnych połonin. Może gdyby domek był otwarty, byłoby więcej chętnych do postoju.

Impresje z prawdziwie górskiej wycieczki i Harry, pierwszy turysta wśród psów

Wędrowcy będący pod wrażeniem surowości zboczy opadających ku Orebicowi mogą zostać zaskoczeni bujnością i rozmaitością szaty roślinnej i krajobrazu na szlaku. Mnie urzekł zwłaszcza trawers zboczy suchej doliny opadającej ku miejscowości Kuciste. Rosnące tam sosny o parasolowatej formie wynoszą się ponad krzaczaste zarośla makii. Rozległe wypłaszczenie, przy którym schodzą się szlaki z Orebica i Viganj, porasta natomiast gęsty, wysokopienny las podobny do tych, które widziałem w niższych partiach rumuńskich Karpat. W opisach podejścia na Świętego Ilję często wspominane są spotkania z końmi pasącymi się tu bez nadzoru człowieka. My nie mieliśmy tego szczęścia, natknęliśmy się tylko na odchody, które równie dobrze mogły być owcze, jak i muflonie, gdyż ten gatunek zamieszkuje górzyste wnętrze półwyspu. Największymi napotkanymi zwierzętami pozostały więc psy, które dość często towarzyszyły, ku uciesze Harrego, dwunożnym zdobywcom szczytu. W miarę pokonywania kolejnych poziomic, otwierały się przed nami coraz dalsze widoki. Początkowo tylko na Korculę, następnie także na dalej położone Lastovo i Mljet. Spod szczytu ku północy widać było położoną malowniczo u wylotu wąskiej doliny wioseczkę Duba Peljeśka, a za Neretvianskim Kanałem – wschodnią końcówkę Hvaru i kontynentalną Dalmację. Bardzo ciekawy był też skalisty grzebień ciągnący się od szczytu, ku wschodowi.

Klasztor Franciszkanów i cmentarz kapitanów górują ponad kanałem oddzielającym Peljesac od Korculi

“Kiedy zwiedzimy jakiś kościół?” – to pytanie padło po kilku dniach opalania się, pływania w morzu i konsumowania jego owoców. Cóż, jedyny, podobno pochodzący z XII wieku, kościółek w Ribnicy był zamknięty na głucho. W Orebicu, w kościele parafialnym, można zajrzeć, poza nabożeństwami, tylko do kruchty. W dodatku, jak na Dalmację, ma on nieprzyzwoicie krótką historię, bo zbudowano go w końcówce XIX wieku. Za substytut nie mogła posłużyć wizyta w hotelowej restauracji mimo, że wprawne oko było w stanie wyłowić w zewnętrznej architekturze budynku ślady dawnej funkcji sakralnej. Możemy za to z czystym sumieniem polecić wizytę we wspomnianym klasztorze franciszkańskim. Trzeba tylko upewnić się co do godzin jego dostępności. Prócz muzeum i kościoła, warto zwrócić uwagę na wystawne nagrobki orebickich rodów kapitańskich, na sąsiednim cmentarzu. Czy to ze względu na ich obecność, czy z szacunku dla zakonników, albo ich patronki (Matka Boska Anielska), przepływające statki podobno pozdrawiają to miejsce dźwiękiem syreny okrętowej. Jednak promy pływające regularnie przez cieśninę do Korculi, już tego nie robią. O czasy, o obyczaje!

Kategorie
Chorwacja

W krainie węży czyli Dalmacja na leniwo

Sosnowy las pachniał żywicą. Powietrze wibrowało od głosów cykad. Ścieżka wiła się wśród powalonych drzew i wychodni skalnych, które niczym żebra poległego olbrzyma w regularnych odstępach wynurzały się z poszycia. Miejscami wieńczyły je murki z drobniejszych kamieni wykonane, nie wiedzieć kiedy i dlaczego, rękami ludzkimi. Wkrótce dotarliśmy do celu. To był nasz kawałek wybrzeża Adriatyku. Nasz, bo sami go odnaleźliśmy, a Podziomek własnymi rękoma oczyścił go ze wszelkiego śmiecia. Za całą infrastrukturę miał drewnianą europaletę, a wejście do wody było utrudnione przez kanciastość i mnogość kamieni i skałek, ale rekompensował to niezwykły widok. Poprzez kanał św. Antoniego widać było imponujące, wznoszące się wprost z wody mury twierdzy św. Michała. Jako, że nasze wybrzeże miało południowo-wschodnią ekspozycję, widzieliśmy też szeroki pas morza dzielący stały ląd od górzystego wybrzeża wyspy Zlarin. Z lewej widok zamykał sztucznie usypany półwysep porośnięty oszałamiająco pachnącymi ziołami i kwieciem. Przy wyższym poziomie wody zamieniał on się w wyspę, śladem czego, przy niższym jej stanie, była obecność oczek wodnych bogatych w stada małych rybek i krabów. Z prawej strony widok ograniczał cypel z białym budynkiem latarni morskiej na końcu. U swej nasady cypel był położony tak blisko poziomu morza, że widać było przemieszczające się za nim maszty i nadbudówki jachtów i statków. Kanał prowadził do ruchliwego portu w Szybeniku, więc panował na nim ciągły ruch jednostek pływających, począwszy od małych rybackich łódek, poprzez wyglądające w sposób tradycyjny lub futurystyczny jachty, aż po wielkie wycieczkowce i promy Jadrolinii. Zegarki można było regulować przy pojawieniu się pracowicie prującego wody zatoki promu Plima, dowożącego mieszczuchów na popularne kąpielisko Jadrija. Nie dziwota, że gdy morze było spokojniejsze, nie chcą tracić tych widoków, nie zdejmowałem do kąpieli okularów optycznych.

Okolice naszej „plaży”
Latarnia morska z 1871 roku
Komfort na wodzie
Ruch na cieśnienie strzeżonej przez twierdzę
Jacht wychodzący w morze
Pracowita Plima, czyli szybenicki tramwaj wodny
Cieśnina między stałym lądem a wyspą Zlarin

Tegoroczny wyjazd na dalmatyńskie wybrzeże Chorwacji różnił się od tych z lat poprzednich, opisanych już na łamach „Za widnokręgiem”. Po pierwsze, wynajęliśmy cały dom na 4 tygodnie. Była to nowość nie tylko dla nas. Zdumieni właściciele kilkukrotnie dopytywali się, czy to na pewno nie pomyłka. Po drugie, byliśmy tam wyjątkowo liczną, pięcioosobową grupą, do czego trzeba dodać dwa psy, gdyż do Harrego dołączył jego pobratymiec Vinyl (o podróżach z tą dwójką i innymi czworonogami pisałem już wcześniej). Po trzecie, nie wszyscy uczestnicy decydowali się na pobyt 28 dniowy, przez co wyjazd zrobił się logistycznym wyzwaniem, a my poznawaliśmy nie odwiedzane wcześniej miejsca, takie jak wypożyczalnie samochodów, czy port lotniczy w Splicie. W końcu, nie wybraliśmy domu z widokiem na morze, lecz na jezioro! Bogiem, a prawdą, Prokljansko Jezero ma wodę słoną jak w Bałtyku, gdyż mieszają się w niej słodkie wody spływającej z Gór Dynarskich rzeki Krki oraz docierające przez szeroki, acz krótki kanał od strony Szybenika wody morskie. Jezioro jest kryptodepresją, tzn. jego dno leży znacznie poniżej poziomu morza. Im więc głębiej, tym wody są w nim bardziej słone, co sprawia, że jezioro zasiedla fauna zarówno morska, jak i słodkowodna.

Prokljansko Jezero z autostrady, fot. Josef Kotulić, licencja CC-BY-SA 3.0
Prokljansko Jezero o zmierzchu

Nasz dom stał na stoku wzgórza w miejscowości Vrulje, będącej częścią miasteczka Bilice. Źródłosłów nazwy naszego miejsca pobytu może mieć coś wspólnego z chorwackim słowem „vruće”, czyli gorące. Przez pierwsze trzy tygodnie było rzeczywiście bardzo gorąco, z temperaturami dochodzącymi w dzień do 38⁰C, a nocą nie spadającymi poniżej 25⁰C. Wymuszało to na nas aktywność poranno-wieczorną, z obowiązkową sjestą i drzemką w klimatyzowanych wnętrzach w środku dnia. Vrulje to całkiem spora, licząca kilkadziesiąt domów, miejscowość. Jest w niej wiele pensjonatów, duża marina, zorganizowane kąpielisko, beach bar i nic poza tym! Po pieczywo do piekarni, zakupy do sklepu, czy posiłek w restauracji, trzeba więc było wybierać się samochodem, albo do centrum Bilic rozciągniętego wzdłuż szosy Szybenik-Knin, albo do najbardziej turystycznie rozwiniętej części tej miejscowości, jaką jest położony nad brzegami sąsiedniej zatoki Stubalj. Bez dwóch zdań, jest to więc miejsce dla turystów zmotoryzowanych. Oczywiście mając samochód ma się w zasięgu 15-20 minutowej przejażdżki wszystkie wielkomiejskie usługi i atrakcje Szybenika.

Holiday Home Oliva od frontu
Nasz ogród

Wysokie temperatury, przeciwskazania medyczne, konieczność pracy zdalnej oraz pewna taka pocovidowa nieśmiałość, gdy chodzi o zbyt częste kontakty z masami turystów zapełniających wybrzeże nadmorskich miejscowości spowodowały, że nie byliśmy tak mobilni, jak zazwyczaj. Upodobniliśmy się wręcz pod względem stylu życia do tubylców. Każdy ranek prócz spaceru z psami oznaczał wizytę w piekarni, skąd wracaliśmy obładowani pachnącymi i jeszcze ciepłymi slanacami, lepinją, pogacem, czy kiflami. Raz, czy dwa, w tygodniu kupowaliśmy burek – znany we wszystkich krajach bałkańskich placek z ciasta typu filo nadziewany mięsem, serem lub jabłkami. To bardzo sycące danie – jeden kawałek szczodrze sformowany przez piekarza może zaspokoić apetyt przeciętnego konsumenta na dłuższy czas. Posiłki jadaliśmy na dziedzińcu ukrytym między ścianami naszego budynku, a ogrodem zdobywającym tarasami wzgórze na zapleczu domu. Podlewaniem ogrodu zajmował się przyjeżdżający od czasu do czasu gospodarz, ale my mogliśmy korzystać z jego płodów takich, jak pomidory, papryki, czy figi. Ponieważ domek był znakomicie wyposażony, w tym w kawiarkę, kawę parzyliśmy sobie sami. No i przynajmniej połowę obiadów także ugotowaliśmy sami – na stole królował makron z duszonymi warzywami. Na owoce morza wybieraliśmy się jednak do restauracji.

Burek, za Wikipedia, lic. CC-BY-SA 2.5

Jeśli już mowa o przybytkach miejscowej gastronomii, do dwóch zdecydowaliśmy się nawet wrócić: konobą Marenda na szybenickiej starówce zarządza twardą ręką chorwacka babcia mająca do pomocy milkliwego małżonka. Nie ma tam menu. Zamiast tego pani babcia objaśnia, także po angielsku, co na dany dzień przygotowała. Zazwyczaj są to cztery dania, z których jedno zmienia się w kolejnym tygodniu. Do tego godne wino stołowe i bardzo przystępne ceny. Prostotę i jakość docenił Żółty Przewodnik Gault&Millau, uwzględniając lokal na swoich stronach. Konobę Dalmatino w Skradinie, miasteczku przy ujściu rzeki Krki do Jezioro Prokljansko nazwaliśmy lokalem u Włocha, gdyż kelnerzy władali sprawnie tym językiem, a z głośników płynęło disco italiano. Obsługa nieco wolna, ale bardzo pomysłowa w przedstawianiu usprawiedliwień tego stanu rzeczy. Jedliśmy tam najlepszą rybę pieczoną tego wyjazdu. A w dodatku na poczekanie serwują bruschetty, a na pożegnanie po kieliszeczku travaricy. Uwaga nocne Marki! Miasteczko położone jest w głębokiej dolinie, a od rzeki ciągnie chłodem. Temperatura jest tam 3-4 stopni niższa, niż na wybrzeżu, więc na wieczorną posiadówkę warto zabrać odzienie z długim rękawem. Konoba Trs w Trogirze cieszy się wyróżnieniem gwiazdką Michelina. Położona tylko 40 metrów od trogirskiej katedry, serwuje fenomenalną pieczoną ośmiornicę i inne pomysłowe dania z owoców morza. W dodatku obsługa jest tam super sprawna. Jeśli cenimy jakość kuchni i obsługi, musimy być gotowi docenić to finansowo. To jedyne miejsce, gdzie rachunek za obiad dla czterech osób przekroczył granicę 1000 kuna. Dosyć nieoczekiwanym plusem tego miejsca jest możliwość ucieczki od tłumów turystów, zalewających wąskie uliczki średniowiecznego miasteczka. Natomiast najlepsze lody w Szybeniku serwują w lodziarni KaGrom, położonej na małym placyku naprzeciwko szybenickiego teatru. W okolicy znajduje się kilka innych lokali serwujących „sladoled”, ale wystarczy ocenić, gdzie stoi najdłuższa kolejka, aby trafić do właściwego.

Nasz gospodarz, Ante, miał swoisty sposób okazywania troski o swoich gości. Gdy zjawiał się w celu podlania ogródka, koniecznie chciał dowiedzieć się czy może nam jakoś pomóc. Ograniczona znajomość angielskiego pozwalała mu jednak tylko na zadanie pytania: Any problem? Ponieważ nasza odpowiedź zazwyczaj była negatywna, Ante przechodził na dzielenie się swoimi problemami. Były nimi: pogoda, początkowo zbyt upalna, a przy końcu pobytu zbyt deszczowa i chłodna, oprócz tego konieczność uprawy ogródka, brak dostatecznej ilości wnuków, duża odległość z naszego domu do sklepu. Wśród tych narzekań groźnie zabrzmiało, że problemem naszego gospodarza są też węże. Przez wiele lat nawiedzania wybrzeża dalmatyńskiego nigdy się na nie nie natknęliśmy. A tym razem i owszem, ale tylko w dwóch przypadkach były to spotkania przyżyciowe. Nieszczęsne gady i to w wieku młodocianym spotykaliśmy, najczęściej, w formie zwłok rozprasowanych na jezdniach. W dodatku były to całkowicie nieszkodliwe zaskrońce. Raz nawet odwiedzając „Plaźe za pse”  dostrzegliśmy zaskrońca zażywającego kąpieli, co zresztą nie wzbudzało zainteresowania, ani obecnych tam czworonogów, ani ich właścicieli.

Zaskroniec, fot. Michał Krawiec, lic. CC-BY-SA 4.0

Kolejnym dowodem, że Prokljansko to jednak jezioro, była znaczna liczebność mew śmieszek, które raczej nie zapuszczają się na pełnosłone wody. W pobliżu domu pomieszkiwała, ku naszemu zaskoczeniu, cała rodzina wilg, których obserwacja ze względu na niskopienność drzew i krzewów była znacznie prostsza, niż w Polsce. Po ścianach wędrowały gekony, do ogrodu zaglądały cykady, modliszki i skorpiony.

Cykada
Skorpion
Modliszka

Nie mogliśmy odpuścić sobie zwiedzenia katedry św. Jakuba, najwspanialszej świątyni i architektonicznego symbolu Szybenika. Jak na chorwackie warunki obiekt z przełomu XV i XVI wieku to młodziak, ale geniusz jego projektanta – Juraja Dalmatinca – spowodował, że jest to jeden z najoryginalniejszych kościołów Chorwacji. Zewnętrzne ściany prezbiterium zdobią, niczym w Sali Poselskiej na Wawelu, dwa rzędy wyrzeźbionych głów ówczesnych mieszkańców miasta. Przez przeozdobny kamienny portal wkracza się do wnętrza, gdzie czysto subiektywnie rekomendujemy wstąpić do niewielkiego, lecz zdobnego w gotyckie ornamenty baptysterium, zatrzymać się przed wstrząsającym wyrazem cierpienia krucyfiksem, oraz znaleźć lwy pilnujące jednego z bocznych ołtarzy. W odróżnieniu od lwów flankujących boczne wejście do świątyni, te są rozmiarów zbliżonych do pekińczyka, co nie ujmuje im swoistego wdzięku.

Katedra św. Jakuba nocą
Wnętrze katedry
Baptysterium
Lewki miniaturki
Ołtarz mojego patrona
Przejmujący krucyfiks
Bocznego wejścia strzegą już lwy pokaźnych rozmiarów
Głowy XVI-wiecznych mieszkańców miasta

Tym razem nie skupialiśmy się jednak na zwiedzaniu, ale staraliśmy się czerpać przyjemność z mniej jednoznacznych odkryć. Jednym z najwspanialszych był widok z drogi wiodącej z położonych na wzgórzach dzielnic, ku leżącej nad morzem starówce. I nie chodziło nawet o nietypową perspektywę, morze czerwonych dachów z wyrastającą ponad nie kopułą katedry oraz górującymi nad zabudową wyniosłymi murami twierdzy, lecz o dalszy widok na Adriatyk poprzecinany pasmami kolejnych wysp. A trzeba wiedzieć, że na wysokości Szybenika, między brzegiem, a otwartym morzem rozciągają się cztery łańcuchy ostrowów. Zdecydowanie było więc na czym zawiesić oczy. W rankingu widoków drugie miejsce zajął ten z tarasu hotelu Panorama, położonego parę kilometrów za miastem przy drodze do Zadaru. Bunkrowatej urody budynek, do którego wejście wiedzie przez rozległy parking, stoi tuż przy moście przerzuconym nad kanałem łączącym Prokljansko z morzem. Mijaliśmy go wiele razy, a architektura i otoczenie nie zachęcały do zatrzymania się. Tymczasem, z przeciwnej strony budynek posiada taras wychodzący na rozległy gaj oliwny. Siedząc przy zimnym drinku, czy filiżance kawy, podziwiać można ponad koronami drzewek i wodami kanału wielce oryginalny, skrótowy widok na Szybenik. Tak nam się spodobał, że przyjechaliśmy tam raz jeszcze, tym razem na obiad, co dało możliwość podziwiania go w wersji nocnej.

Most na trasie Szybenik-Zadar
Szybenicka starówka z zamkiem i katedrą
Uzasadnienie dla nazwy hotelu Panorama

Widok Szybenika od strony Adriatyku wieńczą trzy budowle obronne: najbliżej morza zamek pod wezwaniem patrona miasta – św. Michała Archanioła, a jeszcze wyżej fort pod wezwaniem św. Jana oraz forteca pozbawiona opieki świętego patrona, o nazwie Barone. Służyły one za osłonę miasta przed zagrożeniem ze strony władających Bośnią Turków. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że miasto rozciaga się jeszcze spory kawałek poza linię wzgórz łaczących dwie ostatnie budowle. Jest tam m. in. dzielnica Subicevać, którą regularnie mijaliśmy w drodze do centrum i nad morze. Któregoś dnia zdecydowaliśmy się zapuścić w jej głąb i dokonaliśmy odkrycia obiektu, który w naszym wewnętrznym rankingu konkuruje o miano architektonicznej gwiazdy wyjazdu. Niejednokrotnie na tych łamach krytykowałem pospolitość, czy wręcz brzydotę współczesnej architektury sakralnej. W Chorwacji nie ma wielu nowych kościołów. A współczesna, franciszkańska świątynia pod wezwaniem św. Antoniego Padewskiego na szczęście w niczym nie przypomina upiornej twórczości polskich proboszczów. Cylindryczna, kremowobiała bryła z wyniosłą wieżą góruje nad okoliczną zabudową mieszkalną. Projekt jest nieprzegadany, wykończenie staranne, wpasowanie w otoczenie wręcz idealne. Szyby z kolorowego szkła oraz świetlik pod sklepieniem wypełniają wnętrze tęczowymi barwami. Mozaika zaołtarzowa, duży krucyfiks, stacje drogi krzyżowej oraz wzór płytek posadzkowych nie przytłaczają rozległego wnętrza, ani nie rozpraszają wiernych. A z tarasu przy wejściu, w prześwicie między blokami, można podziwiać nieoczywistą perspektywę fortu św. Jana.

Forteca Barone z widokiem na miasto i archipelag sąsiednich wysp, za Barone Fortress | Amadria Park | Hrvatski
Kościół św. Antoniego Padewskiego
Wnętrze kościoła
Główne wejście
Światło wpada do środka filtrowane przez kolorowe szyby w oknach
Mozaika zaołtarzowa
Licowanie ścian kamieniem współgra z odkrywką skalną w sąsiedztwie świątyni

Czy były jakieś minusy tegorocznego pobytu w Chorwacji? Mam wrażenie, że wybrzeże Adriatyku jest coraz bardziej zaśmiecone. Chodzi tu oczywiście o części dzikie, bo oficjalne plaże są regularnie sprzątane. Część śmieci zostawiają odwiedzający te miejsca wędkarze i zwolennicy plażowania w dzikiej naturze. Znaczna część jest jednak wyrzucana przez morze. To taki ciemny rewers malowniczego obrazu morza pełnego statków i jachtów, opisanego w pierwszym paragrafie tych wspomnień. Załogi i pasażerowie tych jednostek produkują śmieci, których pozbywaja się w nie zawsze legalny sposób. Frakcja pływająca, wcześniej, czy później, ląduje na brzegu. Jaki wpływ ma taka działalność na faunę morską, możemy dowiedzieć się z szeregu doniesień medialnych i ogłoszeń społecznych.

Jechać nad ciepłe morze i narzekać na tłok, to dostarczać świadectwo naiwności i braku zdolności przewidywania. My byliśmy przewidujący i stąd ulokowaliśmy się we Vrulje, a nie nad samym morzem. Szybenik wieczorami bywał zatłoczony, ale to miasto na tyle rozległe, że ucieczka w boczne uliczki dawała chwile wytchnienia. Wizyta w wielce popularnym wśród rodaków Trogirze dostarczyła jednak doświadczeń z rodzaju ekstremalnych. Wąskie uliczki wręcz pękały od przeciskających się tłumów. A w sytuacji, gdy zamknięto kładkę na znajdujące się na wyspie Stare Miasto, dotarcie do jedynego czynnego mostu i jego pokonanie zajmowało dobre kilkanaście minut. Szacuje się, że liczba Polaków odwiedzających w tym roku Chorwację wzrosła w porównaniu do lat ubiegłych o 85%. Zabrakło Brytyjczyków i Rosjan, za to pojawili się Francuzi, Szwajcarzy i Ukraińcy. Wobec wprowadzenia kontroli sanitarnej na granicach państwa kolejki samochodów przy wyjeździe oczekiwały na ich przekroczenie po 7 godzin. Częściowo odpowiedzialność za taki stan rzeczy spada na COVID, ale niewątpliwie Chorwacja jest ofiarą własnego sukcesu.

Tłumy turystów szturmują Trogir
Komercha rządzi!

Podziomek z wszystkich miast Dalmacji najbardziej ceni Split. Fakt, koncepcja wciśnięcia dużej części starówki w mury zewnętrzne pałacu Dioklecjana i harmonijne połączenie zabudowy okresu rzymskiego i średniowiecznego robi wrażenie. Do tego ta szeroka promenada nadmorska, obsadzona kilkoma szeregami palm! Ja jednak pozostaję wierny Szybenikowi. To pierwsze dalmatyńskie miasto, które poznałem. A stara miłość nie rdzewieje! W dodatku, jeśli z każdą kolejną wizytą potrafi zaskoczyć czymś nowym.